30 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Hot Space" (1982)



Podczas sesji "Flash Gordon" muzycy Queen dopiero uczyli się wydobywać dźwięki z syntezatorów (i nie wiedzieć czemu, efekty tych prób wydali na płycie), a w trakcie nagrywania "Hot Space" radzili sobie już całkiem nieźle z graniem na nich nieskomplikowanych melodii. Po wielkim sukcesie singla "Another One Bites the Dust" (szczególnie w Stanach), muzycy postanowili nagrać album (prawie) w całości utrzymany w stylistyce funk i disco. Syntezatory są już nie tylko dodatkiem, jak na "The Game", ale podstawowym instrumentem. Gitara Briana Maya została zepchnięta na dalszy plan (zwykle zresztą gitarzysta ogranicza się do typowo funkowego podkładu), John Deacon w kilku utworach w ogóle nie gra na basie, zastąpiony syntezatorem, a Rogera Taylora czasem wyręcza automat perkusyjny. Jedyne, co się w ogóle nie zmieniło, to śpiew Freddiego Mercury'ego, który niezmiennie tak samo zachwyca - chyba, że akurat wspina się na mniej męskie rejestry.

Początek albumu jest nawet nie najgorszy. "Staying Power" (wzbogacony sekcją dętą), "Dancer", a zwłaszcza "Back Chat" naprawdę fajnie bujają i pokazują, że zespół bardzo dobrze odnalazł się w tej nowej stylistyce, nawet jeśli nosi ona znamiona pastiszu. Wiadomo, nie jest to nic choćby w małym stopniu ambitnego, ale sprawdza się w swojej roli muzyki czysto użytkowej. Zdecydowanie mniej udanie wypadają najbardziej syntetyczny, pozbawiony melodii "Body Language" i toporny "Action This Day" (z nieznośnie prostackim automatem perkusyjnym, niepasującym refrenem i nieciekawymi partiami saksofonu). Kolejne cztery utwory bliższe są stylistyki wcześniejszych albumów zespołu. Niby-hardrockowy "Put Out the Fire" i łagodniejszy "Calling All Girls" wypadają okropnie banalnie, wręcz żenująco. Natomiast bardzo lennonowskiej balladzie "Life Is Real", zresztą zadedykowanej zastrzelonemu Beatlesowi, nie można odmówić pewnego uroku. To jeden z bardziej udanych utworów na longplayu. Ale druga ballada, "Las Palabras de Amor", wypada nieznośnie kiczowato i patetycznie (w dodatku jest to właściwie powtórka "Teo Torriatte", tylko tym razem dedykowana nie japońskim, a hiszpańskim fanom). "Cool Cat" to powrót do tanecznej stylistyki z początku albumu, ale jest utrzymany w zbyt leniwym tempie i irytuje falsetową partią wokalną. Na zakończenie pojawia się jedyny, ale naprawdę wielki przebój z tego albumu - słynny "Under Pressure", nagrany wspólnie z Davidem Bowie (na singlu wydany już pół roku przed albumem, a w międzyczasie znalazł się nawet na północnoamerykańskich wydaniach "Greatest Hits"). Choć nigdy za nim nie przepadałem, na tym albumie jest jednym z lepszych momentów.

"Hot Space" to na pewno dziwny album. Pomijając "Flash Gordon", najbardziej odchodzi on od rozpoznawalnych elementów stylu Queen. Choć grupę zawsze cechowała spora eklektyczność, to w jakim stylu by nie grała, od razu można rozpoznać z jakim zespołem mamy do czynienia. W przypadku niektórych utworów z tego albumu, ta rozpoznawalność całkowicie zanika. Można zarzucić muzykom (szczególnie Mercury'emu i Deaconowi, których najbardziej ciągnęło w tym kierunku) pozbycie się własnej tożsamości i zwrot w stronę bardzo popularnej wówczas stylistyki. Ale to właśnie te zupełnie nie-queenowe kawałki wnoszą jakąś nową jakość i w większości należą do najlepszych momentów albumu. Podczas gdy te najbardziej typowe i wtórne z reguły zaliczają się do najsłabszych. Ogólnie, poziom kompozytorski nie jest tu wysoki, wykonanie jest dalekie od porywającego, a brzmienie wyraźnie się zestarzało. "Hot Space" to zdecydowanie jedno ze słabszych dokonań zespołu, choć mające pewne przebłyski.

Ocena: 4/10



Queen - "Hot Space" (1982)

1. Staying Power; 2. Dancer; 3. Back Chat; 4. Body Language; 5. Action This Day; 6. Put Out the Fire; 7. Life Is Real (Song for Lennon); 8. Calling All Girls; 9. Las Palabras de Amor (The Words of Love); 10. Cool Cat; 11. Under Pressure

Skład: Freddie Mercury - wokal, instr. klawiszowe (1,4,5,7,10,11), syntezator basowy (1,4); Brian May - gitara, syntezator basowy (2), instr. klawiszowe (9), wokal (9), dodatkowy wokal; John Deacon - bass (3,6-11), gitara (1,3,10), syntezator (3,10); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, gitara (5,8), syntezator (5), wokal (5), dodatkowy wokal
Gościnnie: Arif Mardin - aranżacja dęciaków (1); Reinhold Mack - syntezator basowy (5); Dino Solera - saksofon (5); David Bowie - wokal i syntezator (11)
Producent: Queen i Reinhold Mack, Arif Mardin (1), David Bowie (11)


29 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Flash Gordon" (1980)



Fani Queen nie musieli długo czekać na następcę "The Game". Kolejne wydawnictwo zespołu ukazało się niespełna pół roku później. Trudno jednak traktować "Flash Gordon" jako pełnoprawny album. Jest to ścieżka dźwiękowa do tak samo zatytułowanego filmu (w reżyserii Mike'a Hodgesa) i niewiele ma wspólnego z resztą dyskografii grupy. Na wzięcie udziału w tym projekcie nalegał Brian May, pozostali muzycy nie byli przekonani. I najwidoczniej zostało im tak do końca sesji, a i May musiał stracić swój zapał w trakcie nagrywania, bo końcowy efekt brzmi jak zrobiony kompletnie na odwal. Byle tylko kasa się zgadzała, przy najmniejszym wysiłku.

Wydawnictwo wypełnia osiemnaście kawałków, w zdecydowanej większości mających charakter muzyki ilustracyjnej. Już po ilości można się domyślić, że trwają bardzo krótko, zwykle koło dwóch minut. Czasem brzmią jak zalążki pomysłów na kompozycje (np tandetny, dyskotekowy "Football Fight"). Częściej jak bezsensowna zabawa syntezatorami, które są tutaj dominującym instrumentem. Jakby tego było mało, dźwięki grane przez zespół są zwykle tylko tłem do pochodzących z filmu dialogów i efektów dźwiękowych, sprawiających wrażenie powklejanych w zupełnie przypadkowe miejsca. Podobnie sprawa ma się z orkiestracjami, które również powciskano tu i ówdzie bez żadnego celu. Pozornie bardziej konkretny kształt mają dwa kawałki z partiami wokalnymi: otwierający całość patetyczny "Flash's Theme" (którego fragmenty przewijają się przez cały album) i hardrockowy "The Hero". Oba są jednak strasznie chaotyczne, sprawiające wrażenie posklejanych z fragmentów różnych utworów (w przypadku tego drugiego faktycznie tak jest - to po prostu "Battle Theme" z dodanym śpiewem, połączony z kolejną wariacją tematu przewodniego), oraz oczywiście wzbogacone głupimi wstawkami z filmu. Jedynym w miarę sensownym kawałkiem jest gitarowa interpretacja "Marszu weselnego" Wagnera - tylko tutaj pojawia się charakterystyczne brzmienie Maya i... wyrazista melodia. Cała reszta to zlepek przypadkowych dźwięków, za którymi najwidoczniej nie stała żadna głębsza myśl.

"Flash Gordon" może konkurować z "Trance Visionary" Wishbone Ash o miano najbardziej kuriozalnego albumu w historii fonografii. Nie mam pojęcia, jak muzykom mogło nie być wstyd wydawać taki syf i jeszcze firmować go szyldem Queen. Tym bardziej nie rozumiem, jakim cudem zespół po wydaniu tego gniota nie stracił swojej popularności, lecz wciąż odnosił kolejne wielkie sukcesy komercyjne. Sam "Flash Gordon" pokrył się platyną w Wielkiej Brytanii. Jak widać, sama nazwa wystarczy, by sprzedać nawet najgorsze gówno.

Ocena: 0/10



Queen - "Flash Gordon" (1980)

1. Flash's Theme; 2. In the Space Capsule (The Love Theme); 3. Ming's Theme (In the Court of Ming the Merciless); 4. The Ring (Hypnotic Seduction of Dale); 5. Football Fight; 6. In the Death Cell (Love Theme Reprise); 7. Execution of Flash; 8. The Kiss (Aura Resurrects Flash); 9. Arboria (Planet of the Tree Men); 10. Escape from the Swamp; 11. Flash to the Rescue; 12. Vultan's Theme (Attack of the Hawk Men); 13. Battle Theme; 14. The Wedding March; 15. Marriage of Dale and Ming (And Flash Approaching); 16. Crash Dive on Mingo City; 17. Flash's Theme Reprise (Victory Celebrations); 18. The Hero

Skład: Freddie Mercury - instr. klawiszowe, wokal; Brian May - gitara, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; John Deacon - bass, gitara, instr. klawiszowe; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Howard Blake - orkiestracja
Producent: Queen i Reinhold Mack


[Recenzja] Queen -"The Game" (1980)



"The Game" to jedyny album Queen, który doszedł na szczyt amerykańskiego notowania (i trzeci, po "A Night at the Opera" i "A Day at the Races", któremu udało się to osiągnąć w Wielkiej Brytanii). To głównie zasługa dwóch wielkich przebojów - rock'n'rollowego pastiszu "Crazy Little Thing Called Love" i funkowego "Another One Bites the Dust". Ogólnie, album stanowi wyraźny zwrot w kierunku łagodniejszego, popowego grania. Zespół nawet po raz pierwszy w swojej karierze wykorzystał syntezatory - jednak jeszcze w bardzo zachowawczy sposób, do wygenerowania pojedynczych dźwięków w kilku kawałkach. Hardrockowe korzenie zespołu słychać tylko w świetnym "Dragon Attack", z zadziornymi partiami gitary, zostawiającymi sporo miejsca do popisu dla sekcji rytmicznej. To najbardziej wyrazisty fragment albumu, obok słynnego "Another One Bites the Dust" oraz balladowych "Save Me" i "Play the Game". Jednak pozostałe kawałki wypadają co najwyżej przeciętnie, a nie brakuje też momentów zwyczajnie sztampowych (na czele z "Need Your Loving Tonight" i "Coming Soon"). Ogólnie album jest całkiem przyjemny, na tle poprzednich jest bardzo bezpretensjonalny, a pomimo sporego eklektyzmu ma dość spójny charakter. Jednak nie ma tu niczego wyjątkowego.

Ocena: 6/10



Queen -"The Game" (1980)

1. Play the Game; 2. Dragon Attack; 3. Another One Bites the Dust; 4. Need Your Loving Tonight; 5. Crazy Little Thing Called Love; 6. Rock It (Prime Jive); 7. Don't Try Suicide; 8. Sail Away Sweet Sister; 9. Coming Soon; 10. Save Me

Skład: Freddie Mercury - wokal, instr. klawiszowe (1,7,8), gitara (5); Brian May - gitara, instr. klawiszowe (8,10), wokal (8), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, gitara (3,4), instr. klawiszowe (3); Roger Taylor - perkusja, gitara (6,9), instr. klawiszowe (6,9), wokal (6,9)
Gościnnie: Reinhold Mack - instr. klawiszowe (6)
Producent: Queen i Reinhold Mack


28 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Live Killers" (1979)



Muzycy Queen, lub ich wydawca, postanowili zakończyć i podsumować lata 70. albumem koncertowym. Jak się wkrótce okazało, bo to idealny moment, tuż przed wyraźnymi zmianami w muzyce zespołu. "Live Killers" zarejestrowano podczas europejskiej trasy koncertowej na początku 1979 roku, podczas trasy promującej album "Jazz". Repertuar jest jednak bardzo przekrojowy i obejmuje materiał z prawie wszystkich longplayów, z pominięciem, niestety, "Queen II". Trochę też szkoda, że koncertówki nie zarejestrowano rok wcześniej, gdy w koncertowym repertuarze grupy były jeszcze takie utwory, jak "The Prophet's Song" i "Stone Cold Crazy". Jednak tracklista jest całkiem przekonująca, a wykonania często różnią się od studyjnych pierwowzorów i zyskują nowej jakości.

O ile studyjne albumy Queen nie rzadko rozczarowywały wygładzonym, popowym brzmieniem, tak na żywo zespół wypadał mocniej i bardziej zadziornie. Świetnie na otwarcie sprawdzają się szybsza, ostrzejsza wersja "We Will Rock You" i zagrany ciężej "Let Me Entertain You". Takiego energetycznego hard rocka jest tutaj więcej, żeby wspomnieć tylko o "Death on Two Legs" (niestety, zagranym tylko we fragmencie), "Get Down, Make Love", rozbudowanym "Now I'm Here", wzbogaconym perkusyjną solówką "Keep Yourself Alive" czy "Sheer Heart Attack". Najbardziej zyskuje "Brighton Rock" - z nie tak irytującą partią wokalną, jak w wersji albumowej, i znacznie rozbudowaną solówką Maya, interesująco wykorzystującego efekt opóźnienia. Zwraca też uwagę bardzo ładne, lepsze od studyjnego wykonanie "Spread Your Wings". A skoro już mowa o spokojniejszych momentach, to świetnie wypadł akustyczny set, z przearanżowanym na samą gitarę i śpiew "Love of My Life" oraz uproszczonym obdartym z niepotrzebnych dodatków "'39".

Całość mogłaby jednak być trochę krótsza. Podczas niewiele różniących się od studyjnych wersji wykonań przebojów w rodzaju "You're My Best Friend", "Don't Stop Me Now", "Tie Your Mother Down", "Bohemian Rhapsody" i "We're the Champions", robi się niestety dość nudno. Wiem, że te uwielbiane przez fanów kawałki musiały być grane na żywo i z przyczyn merkantylnych zamieszczone na tym albumie, ale przez lata zostały tak ograne, że wywołują co najmniej zniecierpliwienie. Nie podoba mi się także to, że część utworów zespół zagrał jako połączone ze sobą fragmenty. "Death on the Legs" i "Killer Queen" zamiast wybrzmieć w całości, zostały znacząco skrócone i zestawione z okropnym "Bicycle Race" i nijakim "I'm in Love with My Car". A skoro mowa o tym "medleyu", to dodatkowo wkurza, że w poprzedzającej go przemowie Mercury'ego zostały "wypikane" przekleństwa. Nie żeby ich zostawienie podniosło wartość tego wydawnictwa, ale taka cenzura śmieszy i drażni swoim koniunkturalizmem (pokażmy jacy jesteśmy kontrowersyjni, że klniemy na koncertach, ale zróbmy to tak, żeby nikt nie zarzucał nam demoralizacji dzieciaków, które kupiły album).

"Live Killers" to dobry dokument z czasów, kiedy zespół był już wielką gwiazdą, ale jeszcze nie całkiem odszedł od swoich rockowych korzeni. Wydawnictwo ma swoje wady i zalety, czyli jak każdy album Queen.

Ocena: 7/10



Queen - "Live Killers" (1979)

LP1: 1. We Will Rock You (fast version); 2. Let Me Entertain You; 3. Death on Two Legs (Dedicated To...); 4. Killer Queen; 5. Bicycle Race; 6. I'm in Love with My Car; 7. Get Down, Make Love; 8. You're My Best Friend; 7. Now I'm Here; 8. Dreamer's Ball; 9. Love of My Life; 10. '39; 11. Keep Yourself Alive
LP2: 1. Don't Stop Me Now; 2. Spread Your Wings; 3. Brighton Rock; 4. Mustapha / Bohemian Rhapsody; 5. Tie Your Mother Down; 6. Sheer Heart Attack; 7. We Will Rock You; 8. We Are the Champions; 9. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, dodatkowy wokal; John Deacon - bass, dodatkowy wokal; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (LP1: 6), dodatkowy wokal
Producent: Queen


27 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Jazz" (1978)



Tytuł siódmego albumu Queen doskonale oddaje charakter tego albumu. "Jazz" nie oznacza tu bowiem gatunku muzycznego, a przymiotnik zgrzytliwy. To najbardziej eklektyczny album, jaki zespół wydał do tamtej pory, a poszczególne kawałki ewidentnie ze sobą zgrzytają. Nic tu do siebie nie pasuje, to jeden wielki chaos. Muzyczne wygłupy (np. "Mustapha", "Bicycle Race", "Dreamers Ball") mieszają się z różnymi odmianami hard rocka (np. radiowy "Fat Bottomed Girls", zadziorniejsze "Let Me Entertain You" i "Dead on Time"), piosenkowymi banałami ("If You Can't Beat Them", "Don't Stop Me Now"), smętnymi balladami ("In Only Seven Days", "Leaving Home Ain't Easy") i tanecznym kawałkiem zapowiadającym już następną dekadę ("Fun It"). Gdyby chociaż poszczególne kawałki broniły się samodzielnie. Ale w większości brzmią jak odrzuty z wcześniejszych albumów. W dodatku znalazł się tutaj jeden z najbardziej irytujących kawałków w całej historii zespołu - "Bicycyle Race". No dobrze, nie wszystko tutaj jest takie tragiczne. Poza wspomnianym gniotem i dwoma czy trzema innymi słabiznami, jest raczej przeciętnie. Z kilkoma niezłymi przebłyskami. Dość intrygująco wypada finałowy "More of That Jazz" (gdyby tylko nie te bezsensowne wstawki z innych nagrań...). W "Let Me Entertain You" pojawia się trochę przyjemnego riffowania, a kawałek świetnie sprawdził się na żywo (zresztą w wersjach koncertowych zyskały też inne fragmenty). Ale przede wszystkim błyszczy tu "Jealousy" - jedna z najładniejszych ballad zespołu. Jako całość, jest to jednak zdecydowanie najsłabszy album Queen z lat 70.

Ocena: 5/10



Queen - "Jazz" (1978)

1. Mustapha; 2. Fat Bottomed Girls; 3. Jealousy; 4. Bicycle Race; 5. If You Can't Beat Them; 6. Let Me Entertain You; 7. Dead on Time; 8. In Only Seven Days; 9. Dreamers Ball; 10. Fun It; 11. Leaving Home Ain't Easy; 12. Don't Stop Me Now; 13. More of That Jazz

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, wokal (2,11), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, gitara (8); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (10,13), gitara (10,13), bass (10,13), dodatkowy wokal
Producent: Queen i Roy Thomas Baker


26 kwietnia 2013

[Recenzja] Deep Purple - "Now What?!" (2013)



Muzycy Deep Purple wyjątkowo długo kazali czekać na następcę wydanego w 2005 roku "Rapture of the Deep". Niektórzy członkowie zespołu twierdzili, że nie warto nagrywać nowego albumu, skoro obecnie nie zarabia się na wydawaniu płyt. A gdzie w tym wszystkim naturalna dla muzyków potrzeba tworzenia? Cóż, może problem leży właśnie w braku kreatywności. Jeżeli "Now What?!" jest zbiorem najlepszych pomysłów, na jakie muzycy wpadli w ciągu niemal ośmiu lat, to faktycznie kiepsko u nich z inwencją.

To bardzo bezpieczny longplay, na którym zespół jednocześnie próbuje zadowolić mało wymagających fanów, jak i zamknąć usta zarzucającym stagnację krytykom. Dla tych pierwszych przygotowali chociażby takie kawałki, jak "Weirdistan", "Hell to Pay" i "Body Line" - utrzymane w charakterystycznym dla grupy stylu, a tym samym bardzo sztampowe. Ale także orientalizujący "Out of Hand" czy "A Simple Song", składający się z dwóch części - balladowej i typowo hardrockowej. W tych dwóch ostatnich pojawiają się nawet dość zgrabne melodie, choć największym zaskoczeniem jest wyjątkowo dobra forma wokalna Iana Gillana. Za to Steve Morse, pomimo niemal dwudziestoletniego stażu w zespole, wciąż nie potrafi się w nim odnaleźć. Jego riffom wciąż brakuje polotu, a solówki są albo nudnymi popisami technicznymi, albo banalnymi melodyjkami (jak na początku "A Simple Song"). Chyba nawet pozostali muzycy zdali sobie w końcu z tego sprawę, bo partie Morse'a (oprócz solówek) są często schowane na dalszym planie. Zdecydowanie dominującą rolę odgrywają tu organy Hammonda i trzeba przyznać, że Don Airey całkiem dobrze nauczył się imitować styl Jona Lorda.

Zdecydowanie mniej udanym nawiązaniem do przeszłości jest "Above & Beyond", kojarzący się z "The House of Blue Light" - jest równie banalny i kiczowaty (brzmienie syntezatorów), co zawartość tego albumu. Co ciekawe, utwór jest hołdem dla Lorda. Nie mam pojęcia, co zrobił pozostałym muzykom, że postanowili zadedykować mu tak paskudny kawałek. W dodatku nawiązujący do albumu, który były klawiszowiec otwarcie krytykował właśnie za podążanie za ówczesnymi trendami, do których nawiązuje "Above & Beyond".

Druga część albumu ma mniej sentymentalny charakter. Zespół próbuje przekonać, że wciąż się rozwija i próbuje nowych - dla siebie - rozwiązań. W "Blood from a Stone" za sprawą elektrycznego pianina i gry sekcji rytmicznej pojawia się niemal jazzowy nastrój (choć raczej z okolic smooth, niż prawdziwego jazzu). I byłby to nawet ciekawy eksperyment, gdyby nie gitarowe zaostrzenia i kiepskie solo Morse'a - facet nie ma za grosz wyczucia. Kompletną pomyłką jest natomiast "Uncommon Man", brzmiący jak połączenie purplowej sztampy z późnym Pink Floyd i najbardziej pompatycznymi momentami Emerson, Lake & Palmer. Z kolei "Après Vous" to z pozoru jeszcze jeden typowo hardrockowy kawałek, ale w środku pojawia się zupełnie niespodziewana, elektroniczna wstawka. Ciekawy pomysł, wykonanie takie sobie. Kolejnym koszmarkiem jest singlowy "All the Time in the World" - nieznośnie banalny i kiczowaty, właściwie popowy kawałek. Finałowy "Vincent Price" to z kolei kuriozalna mieszanka muzyki z horrorów, symfonicznego metalu i - znów - purplowej sztampy.

"Now What?!" to dziwny album. W najlepszych (nielicznych) momentach zbliżony do poziomu, powiedzmy, "Perfect Strangers", ale w znacznej części po prostu przeciętny, a czasem naprawdę fatalny. Pod względem wykonania jest całkiem poprawnie, z wyjątkiem, rzecz jasna, gitary. A wokalnie zdecydowanie powyżej oczekiwań. Brakuje jednak dobrych kompozycji, a brzmienie jest zdecydowanie zbyt sterylne, jak na album hardrockowy. Można posłuchać, ale nie jest to wydawnictwo, do którego będzie się chciało wracać. 

Ocena: 5/10



Deep Purple - "Now What?!" (2013)

1. A Simple Song; 2. Weirdistan; 3. Out of Hand; 4. Hell to Pay; 5. Body Line; 6. Above & Beyond; 7. Blood from a Stone; 8. Uncommon Man; 9. Après Vous; 10. All the Time in the World; 11. Vincent Price

Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Roger Glover - bass; Don Airey - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja
Gościnnie: David Hamilton - instr. klawiszowe (2,6,8); Eric Darken - instr. perkusyjne (5,10); Mike Johnson - gitara hawajska (10,11); Jason Roller - gitara akustyczna (10)
Producent: Bob Ezrin


25 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "News of the World" (1977)



Po kilku bardzo eklektycznych, pełnych rozmachu i przepychu albumach, muzycy Queen postanowili nagrać coś nieco innego. W rezultacie, "News of the World" to wydawnictwo bardziej jednorodne stylistycznie, stawiające przede wszystkim na dość surowe, stricte rockowe granie. I był to naprawdę dobry pomysł, choć ostateczny efekt nie jest pozbawiony wad. Początek longplaya jest naprawdę obiecujący. Porażający swoją efektowną prostotą "We Will Rock You" i znany przez wszystkich hymn "We're the Champions" to prawdopodobnie najsłynniejszy duet otwieraczy w całej historii fonografii. Oba utwory tak świetnie się uzupełniają, że na koncertach zwykle grano je jeden po drugim, a nawet wydano je na jednym singlu, choć opublikowane osobno mogły przynieść większe korzyści. Tym bardziej, że drugi singiel promujący album, "Spread Your Wings", nie powtórzył sukcesu poprzednika. W sumie nie bardzo wiem dlaczego, bo to bardzo ładna ballada, pokazująca rozwój Johna Deacona jako kompozytora. Nie mniej ładną i niedocenianą balladą jest śpiewana przez Maya, fortepianowa "All Dead, All Dead". Fajnym utworem jest też drugi kawałek śpiewany przez gitarzystę, "Sleeping on the Sidewalk" - klasyczny blues rock w stylu wczesnego Fleetwood Mac.

Bardziej zadziorne oblicze zespołu pokazują dwie kompozycje Rogera Taylora. Perkusista nie tylko w nich zaśpiewał (w pierwszej z pomocą Mercury'ego), ale także zagrał partie basu i rytmicznej gitary. "Sheer Heart Attack", którego pierwsza wersja powstała podczas tworzenia tak samo zatytułowanego albumu, to rozpędzony kawałek o niemalże punkowej agresji - w końcu to już 1977 rok. "Fight from the Inside" to z kolei bardzo fajne połączenie hardrockowego brzmienia z funkową rytmiką. Ciekawie pod względem rytmicznym wypada także "Get Down, Make Love", najbardziej eksperymentalny utwór na albumie, ale zachowujący rockowy czad. O ile te pierwsze osiem utworów trzyma naprawdę solidny poziom (choć osobiście średnio przepadam za "We're the Champions" i "Sheer Heart Attack"), tak końcówka albumu jest wyraźnie słabsza. Poziom zaniża przede wszystkim żartobliwy "Who Needs You". Trudno uwierzyć, że Deacon mógł w krótkim czasie skomponować "Spread Your Wings" i takiego gniota. "It's Late" to w sumie dość przyjemny kawałek, ale za bardzo rozwleczony, nieco bez pomysłu. "My Melancholy Blues", nawiązujący do staroświeckich ballad, też nie jest najgorszy, ale - tak samo jak "Who Needs You" - zupełnie nie pasuje do charakteru tego albumu.

Na "News of the World" ponownie ujawnia się stały problem z wydawnictwami Queen - muzycy przykładali za mało uwagi do spójności swoich albumów. Tym razem udało im się nagrać nieco bardziej jednorodny album, wyraźnie widoczny jest pewien pomysł na całość, ale i tak nie udało się uniknąć kilku niepasujących do tego zamysłu kawałków. W dodatku jeden z nich jest zwyczajnym gniotem. Natomiast wśród tych lepszych fragmentów nie znalazł się żaden naprawdę wybitny (chyba, że pod względem komercyjnym), choć trzymają równy, wysoki poziom. Nie przeszkodziło to albumowi w odniesieniu wielkiego sukcesu: doszedł do 4. miejsca w Wielkiej Brytanii (najniżej od czasu "Queen II") i 3. w Stanach (najwyżej do tamtej pory).

Ocena: 7/10



Queen - "News of the World" (1977)

1. We Will Rock You; 2. We Are the Champions; 3. Sheer Heart Attack; 4. All Dead, All Dead; 5. Spread Your Wings; 6. Fight from the Inside; 7. Get Down, Make Love; 8. Sleeping on the Sidewalk; 9. Who Needs You; 10. It's Late; 11. My Melancholy Blues

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, wokal (4,8), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, gitara (5,9); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, gitara (3,6), bass (3,6), wokal (3,6), dodatkowy wokal
Producent: Queen i Mike Stone

Po prawej: okładka wydania południowokoreańskiego.


24 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "A Day at the Races" (1976)



Okładka i tytuł (ponownie zaczerpnięty z filmu braci Marx) piątego albumu Queen to ewidentna próba zdyskontowania wielkiego sukcesu "A Night at the Opera". Zresztą zakończona pełnym sukcesem. Szczyt brytyjskiego notowania znów został zdobyty, w Stanach było niewiele gorzej, niż poprzednio (znów miejsce w pierwszej piątce listy Billboardu). A jednak w ogólnym rozrachunku "A Day at the Races" do dnia dzisiejszego sprzedał się w znacznie mniejszym nakładzie. Przyczyn takiego stanu rzeczy mogło być kilka, część z nich wydaje się oczywista.

"A Day at the Races" to kolejny bardzo eklektyczny zbiór kawałków, bez żadnego pomysłu na całość. Zespół właściwie niczym tu już nie zaskakuje, jedynie powtarza patenty, które przyniosły mu sławę. Poszczególne fragmenty nierzadko są odpowiednikami utworów z poprzednich albumów. Brak tu jednak kompozycji na miarę "Bohemian Rhapsody" i "The Prophet's Song". Najjaśniejszym i najświeższym punktem jest "Somebody to Love", zresztą całkiem spory przebój, wzbogacający twórczość zespołu o wpływy gospel. Wysoki poziom trzymają też dwa inne utwory: urocza ballada "You Take My Breath Away" (godny następca "Love of My Life") i jeden z najcięższych utworów w studyjnej dyskografii zespołu, "White Man". Do udanych fragmentów można jeszcze zaliczyć takie kawałki jak hardrockowo zagrany rock and roll "Tie Your Mother Down" oraz pastiszowe "Good Old-Fashioned Lover Boy" i "The Millionaire Waltz" (dwa pierwsze były wydane na singlach, ale nie odniosły większego sukcesu). Żadnego z tych sześciu utworów nie umieściłbym jednak wśród największych osiągnięć zespołu. Na albumie znalazły się też takie nagrania, jak banalne "Long Away" i "You and I", czy przesłodzona ballada "Teo Torriatte (Let Us Cling Together)". Żadnego z nich nie postawiłbym jednak wśród największych gniotów nagranych przez zespół.

"A Day at the Races" to nie do końca udana próba nagrania drugiego "A Night at the Opera", zbyt wtórna w stosunku do swojego poprzednika, bezpieczna (żadnych nowych rozwiązań) i zawierająca nieco słabsze kompozycje. Z drugiej strony, album wydaje się nieco bardziej zwarty i spójny, poziom poszczególnych utworów też jest trochę bardziej wyrównany. W ogólnym rozrachunku, jest to album na pewno mniej istotny, ale tylko nieznacznie słabszy.

Ocena: 7/10



Queen - "A Day at the Races" (1976)

1. Tie Your Mother Down; 2. You Take My Breath Away; 3. Long Away; 4. The Millionaire Waltz; 5. You and I; 6. Somebody to Love; 7. White Man; 8. Good Old-Fashioned Lover Boy; 9. Drowse; 10. Teo Torriatte (Let Us Cling Together)

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, wokal (3), instr. klawiszowe (10), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, gitara (5); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (9), gitara (9), dodatkowy wokal
Gościnnie: Mike Stone - dodatkowy wokal (8)
Producent: Queen


23 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "A Night at the Opera" (1975)



"A Night at the Opera" to jeden z tych albumów, który swoją ogromną popularność zawdzięcza praktycznie jednemu utworowi. To właśnie tutaj znalazł się najsłynniejszy utwór Queen - "Bohemian Rhapsody". Pomimo swojej nieradiowej długości, przekraczającej pięć minut, i dość złożonej struktury (z operową częścią a capella), nagranie dotarło na szczyt brytyjskiego notowania singli. Utwór stanowi kwintesencję wczesnego stylu zespołu - jest tu i zgrabny fragment balladowy, i hardrockowe zaostrzenie, i studyjne eksperymenty z dublowaniem ścieżek wokalnych. Czy jednak reszta longplaya prezentuje podobny poziom?

Jest tu kilka utworów podobnego kalibru. Przede wszystkim pełen rozmachu, ośmiominutowy "The Prophet's Song". Klimatyczny wstęp na miniaturowym koto (japońskim instrumencie strunowym), przechodzi w ciężkie hardrockowe granie z ciekawie rozpisanymi partiami wokalnymi, przerwane dziwną częścią a capella z zwielokrotnioną (za pomocą tego samego efektu, którego używał do swojej gitary Brian May) wokalizą Freddiego Mercury'ego. To bez wątpienia najlepszy utwór z tego albumu. Wysoki poziom trzymają także agresywny "Death on Two Legs (Dedicated to…)" i będąca jego całkowitym przeciwieństwem fortepianowa ballada "Love of My Life". Całkiem przyjemnie wypadają jeszcze takie utwory, jak nieco beatlesowski "You're My Best Friend" (pierwsza udana próba kompozytorska Johna Deacona, a zarazem drugi singiel z albumu), akustyczny "'39" (choć albumowa wersja jest za bardzo udziwniona, z oszczędniejszą aranżacją na koncertach wypadał lepiej) oraz wodewilowe pastisze "Lazing on a Sunday Afternoon" i "Seaside Rendezvous", będące zabawnymi przerywnikami (warto zwrócić na pomysłowe imitowanie dęciaków za pomocą głosów w tym ostatnim).

Ale co za dużo, to nie zdrowo i już trzeci pastiszowy kawałek, dixielandowy "Good Company", jest całkowicie zbyteczny. Zwłaszcza, że jest nieco za długi (trzy i pół minuty) jak na żart, przez co irytuje. Do słabszych fragmentów zaliczam także "I'm in Love with My Car" i przede wszystkim banalny "Sweet Lady", które są zupełnie zwyczajnymi hardrockowymi kawałkami, niczym szczególnym się nie wyróżniającymi. Zupełnie niepotrzebnym dodatkiem jest natomiast "God Save the Queen" - gitarowa interpretacja brytyjskiego hymnu, która już od jakiegoś czasu była odtwarzana z taśmy na zakończenie każdego występu grupy. Warto dodać, że nie był to zbyt oryginalny pomysł, bo na zakończenie albumu rockową aranżacją hymnu już pięć lat wcześniej wpadli muzycy Gentle Giant ("The Queen" z eponimicznego debiutu). Zresztą styl gry Briana Maya zdaje się wiele zawdzięczać gitarowej solówce z innego utworu tej grupy, "Peel the Paint" z "Three Friends". A i być może zamiłowanie Queen do dziwnych, wielogłowych wokali ma źródło w twórczości Łagodnego Olbrzyma.

Odpowiedź na pytanie postawione w pierwszym akapicie nie jest zatem twierdzące. "A Night at the Opera" to nierówny album, zawierający kilka niemalże genialnych przebłysków, wiele bardzo przyjemnych, ale i parę zwykłych zapełniaczy. Problemem jest tu też przesadny eklektyzm. Z jednej strony fajnie, że zespół potrafi zachować rozpoznawalność w tak różnych stylach, ale z drugiej - wpływa to bardzo niekorzystnie na spójność jego albumów. "A Night at the Opera", pomimo tych wad, jest jednak jednym z najlepszych zbiorów utworów, jakie zaproponowała grupa. 

Ocena: 8/10

PS. Historię powstawania tego albumu opisałem szczegółowo w tym artykule (link).



Queen - "A Night at the Opera" (1975)

1. Death on Two Legs (Dedicated to…); 2. Lazing on a Sunday Afternoon; 3. I'm in Love with My Car; 4. You're My Best Friend; 5. '39; 6. Sweet Lady; 7. Seaside Rendezvous; 8. The Prophet's Song; 9. Love of My Life; 10. Good Company; 11. Bohemian Rhapsody; 12. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, wokal (5,10), koto (8), harfa (9), ukulele (10), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, kontrabas (1,5), pianino elektryczne (4); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, gitara (3), wokal (3), dodatkowy wokal
Producent: Roy Thomas Baker i Queen


22 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Sheer Heart Attack" (1974)



"Sheer Heart Attack" ukazał się zaledwie osiem miesięcy (co do dnia) po poprzednim studyjnym albumie Queen. Najwyraźniej muzycy chcieli jak najszybciej zdyskontować sukces "Queen II" i promującego go singla "Seven Seas of Rhye". Nie zważając na takie drobnostki, jak brak wystarczającej ilości nowego materiału czy pobyt Briana Maya w szpitalu. Wiele utworów zostało nagrane prawie w całości przed jego przybyciem do studia - partie gitary rytmicznej zagrał John Deacon, zostawiono tylko miejsce na solówki. Z brakiem repertuaru też jakoś sobie poradzono - część utworów powstała w studiu, kilka innych wygrzebano z archiwum. Ten cały pośpiech odbił się jednak na jakości i spójności albumu.

"Sheer Heart Attack" to zbiór trzynastu krótkich, eklektycznych piosenek. Nad niektórymi z nich muzycy powinni spędzić zdecydowanie więcej czasu. Najjaskrawszy przykład to trio "Tenement Funster", "Flick of the Wrist" i "Lily of the Valley" - zamiast ciekawie rozwinąć każdy z nich, po prostu połączono je w pozbawioną spójności pseudo-suitę na kształt beatlesowskiej "Abbey Road Medley". Szkoda, bo miały potencjał. Zwłaszcza środkowa część (łącząca hardrockowy czad z typowymi dla grupy harmoniami wokalnymi) zasługiwała na bycie pełnoprawnym utworem. Pomysłów wyraźnie zabrakło też na ledwie minutową balladę "Dear Friends" i niespełna dwuminutowy, okropnie banalny - za to opatrzony stosownym tytułem - "Misfire" (niechlubny debiut Deacona w roli kompozytora). Z kolei prawie cały "Brighton Rock" - odrzut z "Queen II" - wydaje się być nieco wymuszonym dodatkiem do popisowej solówki Maya, ciekawie wykorzystującego efekt echa do tworzenia gitarowych harmonii i kontrapunktów (podczas koncertów była grana zwykle jako część utworu "Son and Daughter"). Do udanych fragmentów albumu nie sposób zaliczyć wygłupów w rodzaju "In the Lap of the Gods" i "Bring Back That Leroy Brown".

Bronią się natomiast oba single. Napisany przez Mercury'ego wodewilowy pastisz "Killer Queen", doskonale pokazujący wszystkie charakterystyczne cechy stylu zespołu, stał się jego pierwszym naprawdę wielkim przebojem (2. miejsce na liście w Wielkiej Brytanii, 12. w Stanach). Utrzymany w stylistyce wygładzonego hard rocka "Now I'm Here", podpisany oczywiście przez Maya, też nieźle poradził sobie na brytyjskim notowaniu (11. miejsce), ale przede wszystkim świetnie sprawdzał się na koncertach. Jednak dziś prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnym utworem z tego albumu jest "Stone Cold Crazy" - rozpędzony, dość agresywny kawałek (i kolejny doskonały utwór na koncerty), zdający się zapowiadać takie style, jak speed i thrash metal. Zresztą po latach własną wersję nagrała Metallica. Co ciekawe, utwór pochodzi jeszcze z czasów poprzedniego zespołu Mercury'ego, Wreckage - oryginalnie był grany dużo wolniej, aż stopniowo zyskał swój ostateczny kształt (nie do końca wiadomo dzięki komu, dlatego jest pierwszym utworem Queen podpisanym nazwiskami wszystkich członków). Dość przyjemnie wypadają dwa ostatnie, balladowe utwory: śpiewany przez Maya, jakby beatlesowski "She Makes Me" oraz podniosły  "In the Lap of the Gods... Revisited", będący jakby pierwowzorem "We're the Champions" - hymnem do śpiewania na koncertach razem z fanami.

"Sheer Heart Attack" mógłby być znacznie lepszym albumem, gdyby zespół poczekał trochę z wejściem do studia, przeznaczając więcej czasu na dopracowanie części utworów ("Brighton Rock" czy "Flick of the Wrist" znacznie lepiej wypadały później podczas występów na żywo), a być może też na napisanie kolejnych, które mogłyby zastąpić co słabsze momenty (a więc znaczną część drugiej strony winylowego wydania). 

Ocena: 6/10



Queen - "Sheer Heart Attack" (1974)

1. Brighton Rock; 2. Killer Queen; 3. Tenement Funster; 4. Flick of the Wrist; 5. Lily of the Valley; 6. Now I'm Here; 7. In the Lap of the Gods; 8. Stone Cold Crazy; 9. Dear Friends; 10. Misfire; 11. Bring Back That Leroy Brown; 12. She Makes Me (Stormtrooper in Stilettos); 13. In the Lap of the Gods... Revisited

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, pianino (6,9), banjolele (11), wokal (12), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, gitara (3,7,10,12), kontrabas (11); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (3), dodatkowy wokal
Producent: Roy Thomas Baker i Queen


21 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Queen II" (1974)



W ciągu niespełna roku, jaki minął od zakończenia nagrywania debiutu do rozpoczęcia prac nad kolejnym albumem, muzycy poczynili znaczące postępy. "Queen II" to album dojrzały, pełen przemyślanych kompozycji i aranżacji, utrzymanych w już całkowicie wykrystalizowanym, unikalnym stylu. Zwraca uwagę już eleganckie i staranie przemyślane wydanie (przynajmniej w oryginalnej wersji winylowej), z kultową okładką (później ożywioną w teledysku "Bohemian Rhapsody") oraz podziałem na strony białą i czarną, zamiast standardowych A i B. Co prawda, nie jest to album koncepcyjny, ale z całej dyskografii Queen stanowi zdecydowanie najbardziej spójne i dopracowane dzieło.

Pierwszą stronę, a więc białą, wypełniają kompozycje Briana Maya i Rogera Taylora. Gitarzysta odpowiada za cztery pierwsze utwory. Orkiestrowa introdukcja "Procession" (zagrana wyłącznie na przetworzonej efektami gitarze) płynnie przechodzi majestatyczny, łączący przebojowość z hardrockowym ciężarem i dość rozbudowaną strukturą "Father to Son". To zdecydowanie jeden z najlepszych i najbardziej niedocenionych utworów Queen. Podobnie zresztą jak piękna ballada "White Queen (As It Began)", z partią gitary ciekawie imitującą w pewnym momencie sitar. Mniej interesująco wypada "Some Day One Day" - w sumie zwyczajna piosenka, niezbyt przekonująco śpiewana przez jej autora. To taki typowy wypełniacz. Fajnie wypada natomiast napisany przez perkusistę i przez niego zaśpiewany "The Loser in the End", w warstwie muzycznej wyraźnie zdradzający inspirację zeppelinową "Czwórką", ale bez przekraczania cienkiej granicy plagiatu (wpływ Led Zeppelin jest słyszalny także w bluesowej kompozycji Maya "See What a Fool I've Been", która jednak nie trafiła na album, a na stronę B towarzyszącego mu singla).

Druga, czarna strona składa się natomiast z sześciu kompozycji Freddiego Mercury'ego. Zaczyna się od dość konwencjonalnego (pomijając studyjne efekty), hardrockowego "Ogre Battle". Jednak zaraz potem rozbrzmiewa zwariowany "The Fairy Feller's Master-Stroke", z partiami klawesynu i licznymi gitarowymi i wokalnymi nakładkami, rozrzuconymi w stereofonicznym miksie. Urocza miniaturka "Nevermore" daje chwilę wytchnienia przed podniosłym, rozbudowanym "The March of the Black Queen", będącym prekursorem słynnego "Bohemian Rhapsody". Już tutaj zespół umiejętnie połączył elementy rockowe i operowe, nadając im wyraźnie pastiszową formę. To jeden z najbardziej złożonych utworów grupy, zbudowany na polirytmicznym podkładzie i z partiami wokalnymi obejmującymi dwie i pół oktawy. Byłby to świetny finał albumu, ale po nim rozbrzmiewają jeszcze dwa kawałki: celowo niepoważny, ale i tak nieco zbyt banalny "Funny How Love Is" i rozbudowana wersja "Seven Seas of Rhye", w której najlepiej wypada znany z poprzedniego albumu początek, do którego dobudowano już nie tak dobre rozwinięcie. Kawałek został jednak wydany na singlu i odniósł całkiem spory sukces w ojczyźnie muzyków (10. miejsce na UK Singles Chart).

"Queen II" zawiera jedne z najlepszych (i zarazem najbardziej niedocenianych) utworów w całej karierze zespołu, kilka innych na bardzo przyzwoitym poziomie, ale i kilka nieco słabszych. Problem ten dotyczy zresztą całej dyskografii grupy. Ten album jest przynajmniej spójniejszy stylistycznie od późniejszych, nie tak szalenie eklektyczny. Tym większa szkoda, że ostateczny efekt budzi dość mieszane odczucia, choć ze zdecydowaną przewagą tych pozytywnych.

Ocena: 8/10



Queen - "Queen II" (1974)

1. Procession; 2. Father to Son; 3. White Queen (As It Began); 4. Some Day One Day; 5. The Loser in the End; 6. Ogre Battle; 7. The Fairy Feller's Master-Stroke; 8. Nevermore; 9. The March of the Black Queen; 10. Funny How Love Is; 11. Seven Seas of Rhye

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, pianino (2), wokal (4), dodatkowy wokal; John Deacon - bass, gitara (2); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (5), dodatkowy wokal
Gościnnie: Roy Thomas Baker - instr. perkusyjne (7), stylofon (11)
Producent: Roy Thomas Baker, Robin Geoffrey Cable i Queen


20 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Queen" (1973)



Queen to bez wątpienia jeden z najbardziej charakterystycznych zespołów rockowych. Charyzmatyczny, niezwykle utalentowany wokalista Freddie Mercury i mający bardzo oryginalne brzmienie gitarzysta Brian May zapewniają natychmiastową rozpoznawalność. I to pomimo wyjątkowo eklektycznego stylu, czerpiącego inspiracje z praktycznie całej muzyki popularnej. W ciągu swojej niespełna dwudziestoletniej kariery (późniejsze poczynania Maya i perkusisty Rogera Taylora lepiej pominąć milczeniem) zespół zyskał ogromną sławę, która zapewniła mu nieśmiertelność. Ale mam wrażenie, że jest traktowany raczej jako pewne zjawisko lub popowa gwiazda, a większości słuchaczy wystarcza znajomość największych przebojów. Tymczasem albumy zespołu nierzadko pokazywały, że muzyków stać na dużo więcej, niż tworzenie popowych hymnów.

Już na swoim fonograficznym debiucie zespół pokazał, że ma na siebie oryginalny pomysł. Co słychać przede wszystkim w takich utworach, jak "My Fairy King", "Liar" i "Jesus". We wszystkich zwracają uwagę charakterystyczne, często wielogłosowe partie wokalne i zwielokrotnione za pomocą efektów brzmienie gitary. Ujawnia się w nich także zamiłowanie do takiej nieco kiczowatej, pastiszowej, teatralnej estetyki. Na albumie dominuje jednak granie o zdecydowanie hardrockowym charakterze. W "Great King Rat", wspomnianym "Liar", a zwłaszcza w "Son and Daughter" nie brakuje ciężkich gitarowych riffów, uzupełnianych solidną grą sekcji rytmicznej. Warto zauważyć, ze basista John Deacon nie ogranicza się tu do samego akompaniamentu - w "Son and Daughter" jego partie doskonale uzupełniają się z gitarą Maya, a w "Liar" gra nawet krótkie solo. Najostrzejszym utworem jest rozpędzony, nietrwający nawet dwóch minut "Modern Times Rock 'n' Roll", w którym obowiązki wokalisty przejął Taylor. Bardziej przebojową odmianę hard rocka zaprezentowano natomiast w "Keep Yourself Alive", wybranym na singiel, który jednak został całkowicie zignorowany (za to w koncertowym repertuarze utrzymał się praktycznie do samego końca). Mniej przekonująco wypadają tutaj spokojniejsze kawałki. Nieco beatlesowski "Doin' All Right" jest zwyczajnie banalny, a ballada "The Night Comes Down" wypadła dość topornie. Dość ciekawy jest natomiast "Seven Seas of Rhye", ale to tylko minutowa miniaturka, która w pełnej wersji została zaprezentowana dopiero na kolejnym albumie.

"Queen" to całkiem udany debiut mającego na siebie pomysł zespołu, choć pokazujący jeszcze pewną niedojrzałość muzyków, zwłaszcza w kompozytorskim warsztacie. Nie pomaga fakt, że zespół został nieco wygładzony brzmieniowo, przez co utwory w rodzaju "Son and Daughter" i "Liar" nie zabrzmiały tak potężnie, jak podczas koncertów. 

Ocena: 7/10



Queen - "Queen" (1973)

1. Keep Yourself Alive; 2. Doing All Right; 3. Great King Rat; 4. My Fairy King; 5. Liar; 6. The Night Comes Down; 7. Modern Times Rock 'n' Roll; 8. Son and Daughter; 9. Jesus; 10. Seven Seas of Rhye...

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, pianino (2), dodatkowy wokal; John Deacon - bass; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (7), dodatkowy wokal
Producent: John Anthony, Roy Thomas Baker i Queen


19 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Black Gives Way to Blue" (2009)



Dla wielu fanów historia Alice in Chains zakończyła się w 2002 roku, wraz ze śmiercią Layne'a Staleya. Pozostali muzycy postanowili jednak kontynuować działalność. Po kilkuletniej przerwie znaleźli odpowiedniego muzyka na miejsce zmarłego frontmana - został nim William DuVall. Okazał się doskonałym wyborem i godnym następcą Staleya, ze względu na zbliżoną barwę głosu. Szczególnie w momentach, gdy śpiewa razem z Jerrym Cantrellem, różnica jest naprawdę niewielka.

Odrodzony zespół nie od razu zabrał się za tworzenie nowego materiału. Muzycy postanowili najpierw pograć trochę na żywo, zgrać się ze sobą i sprawdzić reakcję fanów. W rezultacie pierwszy album tego składu, zatytułowany "Black Gives Way to Blue", ukazał się dopiero w drugiej połowie 2009 roku. Warto było tyle czekać, bo muzykom udało się stworzyć naprawdę solidny materiał, utrzymany w klasycznym stylu zespołu, ale niepozbawiony pewnych niespodzianek.

Odważnym wyborem na pierwszy singiel był utwór "A Looking in View" - w pełnej, siedmiominutowej wersji albumowej. Lecz był to zarazem wybór niezwykle trafny, gdyż kompozycja pokazuje nowy skład od najlepszej strony: potężne riffy, sabbathowy ciężar, ponury nastrój, charakterystyczne dla zespołu partie wokalne, ale też niezła melodia, szczególnie w refrenie. Właśnie takiego grania - i na takim poziomie - oczekuję od Alice in Chains. Dobra wiadomość jest taka, że takich klasycznie brzmiących utworów jest tutaj więcej, na czele z równie potężnymi "All Secrets Known" i "Last of My Kind" oraz balladowym "Private Hell".

Z kolei w "Check My Brain" stare spotyka się z nowym. Charakterystyczne dla grupy elementy zostały zestawione z zaskakująco chwytliwym i pogodnym, ewidentnie radiowym refrenem (kawałek został słusznie wydany na drugim singlu). Wyszło to całkiem nieźle, utwór zapada w pamieć, a przy tym nie odstaje od wyżej wymienionych kompozycji. Komercyjny potencjał ma także częściowo akustyczny "Your Decision" (trzeci singiel), nawiązujący do łagodniejszego oblicza zespołu z EPek "Sap" i "Jar of Flies", ale i trochę do współczesnego mainstreamowego rocka. Efekt jest jednak całkiem przyjemny.

Mniej udane okazują się pozostałe utwory, w których zespół flirtuje z bardziej radiowym graniem: "Lesson Learned", "Take Her Out" i akustyczny "When the Sun Rose Again" są po prostu mdłe. Do słabszych momentów zaliczyć muszę także ciężki "Acid Bubble" - długi najdłuższy utwór, niestety w przeciwieństwie do "A Looking in View" sprawiający wrażenie zbyt rozciągniętego i ocieżałego, pozbawionego czegokolwiek wyrazistego. Kontrowersyjnym utworem jest natomiast tytułowy "Black Gives Way to Blue" - łagodna ballada z gościnnym udziałem Eltona Johna na pianinie, nieco zbyt banalna i w ogóle nie pasująca do Alice in Chains, ale w sumie mająca pewien urok.

"Black Gives Way to Blue" to mimo wszystko udany powrót Alice in Chains. Choć trochę szkoda, że muzycy nie przyłożyli się nieco bardziej, by utrzymać równiejszy poziom tego wydawnictwa. O ile pięć pierwszych utworów i przedostatni nie odstają jakością od największych dokonań zespołu z przeszłości, tak pozostałe są mocno przeciętne lub po prostu nie pasujące do reszty. Tak czy inaczej, muzycy udowodnili, że nowy skład ma rację bytu.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Black Gives Way to Blue" (2009)

1. All Secrets Known; 2. Check My Brain; 3. Last of My Kind; 4. Your Decision; 5. A Looking in View; 6. When the Sun Rose Again; 7. Acid Bubble; 8. Lesson Learned; 9. Take Her Out; 10. Private Hell; 11. Black Gives Way to Blue

Skład: Jerry Cantrell - gitara i wokal; William DuVall - wokal i gitara; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Gościnnie: Stevie Black - instr. smyczkowe (4,10); Chris Armstrong - tabla (6); Elton John - pianino (11); Lisa Coleman - wibrafon (11)
Producent: Nick Raskulinecz i Alice in Chains


18 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Music Bank" (1999)



Przedziwne to wydawnictwo. Na trzech płytach CD zebrano w sumie 48 utworów o łącznym czasie trwania przekraczającym trzy i pół godziny (w zestawie jest jeszcze płyta CD-ROM z trzema teledyskami, grą i innymi bonusami). Sporo tutaj materiału wcześniej niepublikowanego lub trudno dostępnego, ale z drugiej strony mnóstwo utworów powtarza się z regularnymi wydawnictwami. Uwzględniono tu bowiem cały repertuar "Dirt" (aczkolwiek "Junkhead" pojawia się wyłącznie w wersji demo) i "Sap" (ale "Brother" w innym miksie, bez wokalu Ann Wilson), obszerne fragmenty "Facelift", "Jar of Flies" i "Alice in Chains", a także trzy koncertowe nagrania z "MTV Unplugged".

Pomimo tego i tak można wskazać pewne braki, przez które "Music Bank" nie zastąpi posiadania całej dyskografii Alice in Chains (mnie szczególnie brakuje studyjnych wersji "Nutshell" i "Over Now", które pojawiają się tu tylko w wersjach z występu bez prądu). Słabo sprawdza się też jako uzupełnienie dyskografii, ze względu na ogromną ilość powtórek (w ten sposób wyciąga się od fanów jeszcze raz pieniądze za tę same nagrania). Zdecydowanie nie broni się też jako zestaw największych przebojów dla laików, ze względu na sporą ilość mniej znanych kawałków, w większości mogących zainteresować wyłącznie fanów zespołu.

Inna sprawa, że część tego premierowego / trudniej dostępnego materiału faktycznie jest warta uwagi. Całkiem solidne okazują się odrzuty z sesji "Dirt" - chwytliwy "Fear the Voices" i cięższy "Lying Season" - choć oczywiście nie są to utwory na miarę najlepszych momentów tego albumu. Za to wprost doskonale wypadają dwa kawałki nagrane wkrótce potem - "What the Hell Have I" i "A Little Bitter", w typowy dla zespołu sposób łączące ponurą atmosferę, ciężar i przebojowość. Oba w 1993 roku zostały wydane na singlu i na ścieżce dźwiękowej filmu "Last Action Hero" (którego tytuł w Polsce bezsensownie przetłumaczono na "Bohater ostatniej akcji"), tutaj jednak pojawiają się w nieznacznie innych miksach. Równie udane i charakterystyczne dla zespołu są dwie kompozycje, które grupie udało się - mimo fatalnego stanu Layne'a Staleya - nagrać w 1998 roku: "Get Born Again" i "Died" (ten pierwszy został wydany już parę miesięcy wcześniej na kompilacji "Nothing Safe: Best of the Box", będącej swego rodzaju zapowiedzią "Music Bank"). Jak się okazało, były to ostatnie nagrania zespołu z Staleyem, który zmarł 5 kwietnia 2002 po zażyciu zabójczej mieszanki heroiny i kokainy.

Zdecydowanie mniej fascynujące okazują się liczne nagrania demo, choć powinny zainteresować największych fanów, mających szansę usłyszenia wczesnych wersji znanych kompozycji ("Bleed the Freak", "Sea of Sorrow", "Rooster", "Junkhead" oraz "Killing Yourself" - ten ostatni w późniejszej wersji trafił na stronę B singla "We Die Young", pozostałe na albumy "Facelift" i "Dirt"), ale też zupełnie premierowych kawałków - "I Can't Have You Blues", "Whatcha Gonna Do" i "Social Parasite" i zarejestrowanego podczas koncertu "Queen of the Rodeo". Wszystkie cztery zostały zarejestrowane w 1988 roku i portretują zupełnie inne Alice in Chains - jeszcze bez tego charakterystycznego mroku, za to niebezpiecznie bliskie hardrockowo-metalowej sztampy z okolic debiutu Guns N' Roses. Choć zarejestrowany w tym samym czasie "Bleed the Freak" jest bliski późniejszej wersji. I całe szczęście, że to on - a nie pozostałe kawałki - stał się drogowskazem dla dalszych poczynań grupy. Innego rodzaju ciekawostkę stanowi natomiast zremiksowany "Again (Tattoo of Pain Mix)", który w tej wersji nabrał bardziej elektronicznego charakteru, zbliżając się do twórczości chociażby Nine Inch Nails.

Eleganckie wydanie i ogromna ilość materiału okazały się jedynie wydmuszką, mającą na celu wyciągnięcie niemałych pieniędzy od fanów zespołu. Szkoda, bo boks zawiera trochę interesujących nagrań, które są nigdzie indziej niedostępne lub rozproszone na innych, mało istotnych wydawnictwach, jak single i składanki. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby wydanie tylko tych nagrań, na jednopłytowej kompilacji, niedublującej żadnych utworów z albumów i EPek.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Music Bank" (1999)

CD1: 1. Get Born Again; 2. I Can't Have You Blues (demo); 3. Whatcha Gonna Do (demo); 4. Social Parasite (demo); 5. Queen of the Rodeo (live); 6. Bleed the Freak (demo); 7. Killing Yourself (demo); 8. We Die Young; 9. Man in the Box; 10. Sea of Sorrow (demo); 11. I Can't Remember; 12. Love, Hate, Love; 13. It Ain't Like That; 14. Confusion; 15. Rooster (demo); 16. Right Turn; 17. Got Me Wrong
CD2: 1. Rain When I Die; 2. Fear the Voices; 3. Them Bones; 4. Dam That River; 5. Sickman; 6. Rooster; 7. Junkhead (demo); 8. Dirt; 9. God Smack; 10. Iron Gland; 11. Angry Chair; 12. Lying Season; 13. Would?; 14. Brother; 15. Am I Inside; 16. I Stay Away; 17. No Excuses
CD3: 1. Down in a Hole; 2. Hate to Feel; 3. What the Hell Have I (remix); 4. A Little Bitter (remix); 5. Grind; 6. Again (Tattoo of Pain Mix); 7. Head Creeps; 8. God Am; 9. Frogs; 10. Heaven Beside You; 11. Nutshell (live); 12. The Killer Is Me (live); 13. Over Now (live); 14. Died
Bonus CDr: 1. Again (Jungle Mix); 2. Get Born Again (video); 3. I Stay Away (video); 4. We Die Young (video); 5. The Journey (CD ROM Game); 6. Jar of Flies (CD-Extra Mulitmedia)

Skład: Layne Staley - wokal, gitara; Jerry Cantrell - gitara i wokal; Mike Starr - bass; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Gościnnie: Chris Cornell - wokal (CD1:16); Mark Arm - wokal (CD1:16); Tom Araya - wokal (CD2:10); Ann Wilson - wokal (CD2:15); Scott Olson - gitara (CD3:11,13), bass (CD3:12)
Producent: Alice in Chains, Dave Jerden, Toby Wright, Peter Fletcher


17 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "MTV Unplugged" (1996)



Zgodnie z tradycją, po trzecim regularnym albumie ukazało się wydawnictwo pokazujące łagodniejsze oblicze Alice in Chains. Tym razem nie była to jednak EPka z premierowym materiałem, a zapis występu w programie "MTV Unplugged", zarejestrowany 10 kwietnia 1996 roku w nowojorskim Majestic Theatre. Zespół, wsparty przez dodatkowego gitarzystę Scotta Olsona, zagrał trzynaście utworów. W większości takie, które już w studyjnych wersjach opierają się na brzmieniach akustycznych. Niestety, siłą wielu z nich jest właśnie zestawienie dźwięków akustycznych z elektrycznymi, przez co tutejsze wykonania sprawiają wrażenie wybrakowanych (z "Nutshell" i "Over Now" na czele). Zyskuje natomiast "Heaven Beside You", oczyszczony z niepasującego do niego brudu. Za to "Brother" praktycznie nie różni się od studyjnego pierwowzoru.

Najciekawiej wypadają jednak te utwory, które w oryginale były stuprocentowo elektryczne. W przypadku "Would?", "Angry Chair", "Sludge Factory" i "Frogs" nie ma mowy o żadnym zubożeniu, a po prostu o innym spojrzeniu na znane kompozycje (choć w sumie ograniczające się do zamiany elektrycznego instrumentarium na akustyczne). Właśnie tego typu nagrania powinny tu dominować, a nie stanowić urozmaicenie. W repertuarze znalazła się również jedna całkowicie premierowa kompozycja - "The Killer Is Me". Przyjemny, jednak nie wyróżniający się niczym szczególnym kawałek z rodzaju tych, o których zapomina się od razu po wybrzmieniu ostatniego dźwięku.

Choć zespół doskonale sobie radzi z akustycznym instrumentarium, co udowodnił już wcześniej na "Sap" i "Jar of Flies", takie granie w ilości zaprezentowanej na "MTV Unplugged" jest dość męczące i z czasem coraz bardziej dokucza monotonia. Można przyczepić do repertuaru, w którym znalazło się zbyt wiele ballad i prawie żadnych zaskoczeń (nie zaszkodziłoby np. jakiś nietypowy cover). Szkoda też, że zespół nie pokombinował choć trochę z budową i aranżacjami kompozycji, dodając np. jakieś nietypowe dla siebie instrumentarium (jak zrobił na "Jar of Flies"). Ogólnie można odnieść wrażenie, że muzycy niespecjalnie przyłożyli się do tego występu, na którym zaprezentowali się jak sprawni rzemieślnicy, a nie prawdziwi artyści. Tym bardziej szkoda, że to ostatnie pełnowymiarowe wydawnictwo Alice in Chains z Laynem Staleyem (posklejanego z różnych występów "Live" celowo nie liczę). Ten skład zasłużył na znacznie lepsze zwieńczenie swojej dyskografii. 

Ocena: 5/10



Alice in Chains - "MTV Unplugged" (1996)

1. Nutshell; 2. Brother; 3. No Excuses; 4. Sludge Factory; 5. Down in a Hole; 6. Angry Chair; 7. Rooster; 8. Got Me Wrong; 9. Heaven Beside You; 10. Would?; 11. Frogs; 12. Over Now; 13. The Killer Is Me

Skład: Layne Staley - wokal, gitara (6); Jerry Cantrell - gitara, wokal; Mike Inez - bass, gitara (13); Sean Kinney - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Scott Olson - gitara, bass (13)
Producent: Toby Wright i Alice in Chains


16 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Alice in Chains" (1995)



Trzeci regularny album Alice in Chains powstawał w trudnym okresie. Po wydaniu "Jar of Flies" zespół znalazł się na skraju rozpadu, z powodu pogarszającego się stanu uzależnionego od narkotyków Layne'a Staleya. Muzycy postanowili czasowo zawiesić działalność, a wokalista udał się na odwyk. Jak wiadomo, nie na wiele się to zdało, ale przynajmniej zaowocowało jednym ciekawym wydawnictwem. Staley w trakcie odwyku nawiązał współpracę z mającym podobne problemy gitarzystą Pearl Jam, Mike'em McCreadym. Muzycy założyli zespół Mad Season i nagrali ciekawy album "Above", który okazał się zarówno komercyjnym, jak i artystycznym sukcesem.

Pozostali muzycy również nie próżnowali w tym okresie. Mike Inez dołączył do grupy Slash's Snakepit, z którą nagrał album "It's Five O'Clock Somewhere". Tymczasem Jerry Cantrell rozpoczął pracę nad solowym wydawnictwem. Gdy po pewnym czasie w projekt zaangażowali się Inez i Sean Kinney, postanowiono reaktywować Alice in Chains, ściągając z powrotem Staleya. Nagrania szły powoli i z wielkim trudem, głównie przez słabą dyspozycyjność wokalisty. Niewiele brakowało, by wkurzony rosnącymi kosztami wydawca zakończył cały proces. W końcu jednak udało się ukończyć album, który pod koniec 1995 roku trafił do sprzedaży. Oficjalnie wydawnictwo nie posiada tytułu, lecz potocznie bywa nazywane "Tripod", w nawiązaniu do okładki przedstawiającej trzynogiego psa (Kinney optował za tym, aby tak zatytułować album, ale sprzeciwili się temu pozostali członkowie).

Materiał zawarty na "Alice in Chains" doskonale oddaje ówczesną sytuację w zespole i bolesny dla jego członków proces nagrywania. To najcięższe, najbrudniejsze i najbardziej ponure wydawnictwo w dyskografii zespołu. Dominują utwory oparte na potężnych, surowych riffach, jak "Grind" (tutaj akurat zestawiono je z łagodniejszym, dość banalnym refrenem), "Sludge Factory", "Head Creeps", "Again" i "God Am". Bliższy poprzedniego regularnego albumu jest łączący ciężar z lekko psychodelicznym nastrojem "Brush Away". Dla równowagi znalazło się tutaj także kilka łagodniejszych utworów, rozwijających stylistykę z "Jar of Flies" - jak "Heaven Beside You" (spory przebój singlowy, choć według mnie słaby melodycznie i momentami nieco chaotyczny) i "Shame in You" (który z kolei jest całkiem bezbarwny). Dwa najciekawsze utwory, świadczące o rozwoju muzyków, umieszczone zostały na koniec: utrzymany w przyciągającym uwagę, mrocznym klimacie, nieco bluesowy w partii gitary "Frogs", a także zaskakująco pogodny i chwytliwy "Over Now", łącząc brzmienia elektryczne i akustyczne.

Eponimiczny album Alice in Chains nie zawiera tak wiele zapamiętywalnych momentów, jak poprzednie wydawnictwa grupy, dlatego może być nieco trudniej się do niego przekonać (tak było w moim przypadku). Ogólnie jednak jest to całkiem interesujący materiał, świetnie ukazujący ówczesne problemy zespołu. Specyficzny klimat całości - unoszący się zarówno nad tymi cięższymi, jak i nad łagodniejszymi momentami albumu - sprawia, że jest to najbardziej spójne, obok "Dirt", wydawnictwo Alice in Chains.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Alice in Chains" (1995)

1. Grind; 2. Brush Away; 3. Sludge Factory; 4. Heaven Beside You; 5. Head Creeps; 6. Again; 7. Shame in You; 8. God Am; 9. So Close; 10. Nothin' Song; 11. Frogs; 12. Over Now

Skład: Layne Staley - wokal, gitara (2,5); Jerry Cantrell - gitara, wokal; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Producent: Toby Wright i Alice in Chains


15 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Jar of Flies" EP (1994)



"Jar of Flies" to jedna z najsłynniejszych i najlepiej się sprzedających EPek w historii fonografii. Zarejestrowana została we wrześniu 1993 roku w dwóch turach, w dwóch różnych studiach. W nagraniach wziął udział nowy basista - pożyczony od Ozzy'ego Osbourne'a Mike Inez - który zajął miejsce zwolnionego za nadużywanie narkotyków Mike'a Starra. Półgodzinny materiał jest całkiem różnorodny, pokazujący szerokie inspiracje. Choć podobnie jak na poprzedniej EPce, "Sap", dominują tutaj brzmienia akustyczne, tym razem większą rolę odgrywa elektryczna gitara. Czymś zupełnie nowym było natomiast rozszerzenie instrumentarium w niektórych kawałkach o smyczki lub harmonijkę.

Utwory w rodzaju "Rotten Apple" i "I Stay Away", pomimo lżejszego brzmienia, zachowują charakterystyczny dla grupy brud i ponury nastrój. Od właściwiej twórczości zespołu nie odstaje także melancholijny "Nutshell" - bardzo ładny utwór, ze zgrabną melodią i fajnym zestawieniem akustycznych brzmień z solówkami na elektrycznej gitarze. To jedna z moich ulubionych kompozycji w całym dorobku Alice in Chains, jeśli nie najbardziej lubiana. Ale już taki "No Excuses" to zaskakująco pogodny, piosenkowy kawałek, który nie pasowałby na żaden z regularnych albumów. Pomijając banalny refren, jest to całkiem przyjemne nagranie, zwracające uwagę fajnie pulsującym basem i świetnym w swojej prostocie perkusyjnym wstępem. Równie nietypowo wypadają kolejne utwory: gitarowo-smyczkowy instrumental "Whale & Wasp", wyciszony "Don't Follow" z partią harmonijki i soulowymi wokalami, a także bluesowo-country'owy "Swing on This". Żaden z nich nie jest ani szczególnie udany, ani nie zaniża poziomu całości.

"Jar of Flies" to w sumie udane uzupełnienie podstawowej dyskografii, ale na zasadzie ciekawostki, a nie pozycji mogącej konkurować z regularnymi albumami. Sami muzycy nie traktowali tego materiału poważnie, był to raczej rodzaj eksperymentu. Dopiero za namową przedstawicieli wytwórni zgodzili się go opublikować. Dobrze, że do tego doszło, bo bez tego wydawnictwa dyskografia Alice in Chains byłaby jednak nieco uboższa. Ale wielki sukces, jaki osiągnęło to wydawnictwo, nie jest dla mnie do końca zrozumiały.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Jar of Flies" (1994)

1. Rotten Apple; 2. Nutshell; 3. I Stay Away; 4. No Excuses; 5. Whale & Wasp; 6. Don't Follow; 7. Swing on This

Skład: Layne Staley - wokal; Jerry Cantrell - gitara, wokal; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Rebecca Clemons-Smith i Matthew Weiss - skrzypce; April Acevez - altówka; Justine Foy - wiolonczela; David Atkinson - harmonijka; Randy Biro i Darrel Peters - dodatkowy wokal
Producent: Alice in Chains


14 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Dirt" (1992)



Debiutancki album Alice in Chains, "Facelift", zwrócił na zespół uwagę mainstreamowej publiczności, ale nieporównywalnie większy sukces przeszedł dwa lata później. Nie stało się tak bez przyczyny. Na pewno pomogła popularność, jaką w międzyczasie zdobyły inne zespoły wywodzące się ze sceny Seattle - Soundgarden ("Badmotorfinger"), Pearl Jam ("Ten") i przede wszystkim Nirvana ("Nevermind"). Uwaga muzycznych mediów skupiła się na nurce ochrzczonym przez nie mianem grunge'u, a twórczość jego przedstawicieli została uznana prawdziwym objawieniem muzyki rockowej (choć można się spierać w kwestii ich oryginalności). Wydając we wrześniu 1992 roku swój drugi studyjny album, "Dirt", Alice in Chains był już więc nie tylko rozpoznawalnym zespołem, ale także przedstawicielem najmodniejszego wówczas stylu. Jednak na wielki sukces tego wydawnictwa z pewnością wpłynęła też sama jego zawartość.

Zespół dopracował swój styl, rozwijając pomysły zarówno z mocno metalowego debiutu, jak i akustycznej EPki "Sap". Powstał album dojrzały, wypełniony naprawdę dobrymi kompozycjami. Nawet jeśli nie wszystkie z nich prezentują tak samo wysoki poziom. Bardzo mocny jest początek albumu. Czadowy, wykorzystujący zmienne metrum "Them Bones", zagrany z niemal punkową agresją, ale nie przesadnie prosty, doskonale sprawdza się na otwarcie. Sporą dawkę energii i gitarowego czadu przynosi także nieco łagodniejszy "Dam That River". Z kolei "Rain When I Die" to pierwsza prawdziwa perełka. Utwór doskonale łączy sabbathowy ciężar, ciekawy nastrój i dobrą melodię. Świetnie brzmi uwypuklony bas i kwaśna partia gitary. To mój zdecydowany faworyt z tego albumu i jeden z ulubionych kawałków całego grunge'owego nurtu.

Chwilę wytchnienia przynosi ładna, odpowiednio zaostrzona ballada "Down in a Hole". Aczkolwiek na niektórych wydaniach znajduje się ona dopiero na przedostatniej ścieżce, a inne od razu po "Rain When I Die" przechodzą na "Sickman" - zgodnie z tytułem, jeden z najbardziej zwariowanych (i najbardziej intrygujących) kawałków Alice in Chains. A uspokojenie przynosi dopiero "Rooster" - utwór w znacznej części akustyczny (powstał z myślą o "Sap"), należący do największych przebojów zespołu. Nigdy jednak szczególnie za nim nie przepadałem, jest dla mnie zbyt rozwleczony i nijaki melodycznie. Na szczęście potem jest znów lepiej za sprawą momentami bardzo sabbathowego "Junkhead" (nie najlepiej pasuje tu jednak przebojowy refren) i mocarnego, ciekawie podorientalizowanego utworu tytułowego, nad którym znów unosi się klimat Black Sabbath.

"God Smack" i "Hate to Feel" to utwory słabsze od pozostałych, nie tak dobre melodycznie, dość przeciętne instrumentalnie. Album nie straciłby wiele na ich braku. Ciekawostką jest natomiast umieszczony pomiędzy nimi, nieuwzględniony w spisie utworów, "Iron Glad" - niespełna minutowy żart, parodia sabbathowego "Iron Man". Warto jednak odnotować wokalny udział Toma Arayi z Slayera. Wysoki poziom wraca wraz z energetycznym "Angry Chair", przykuwającym uwagę mocną partią perkusji i bardzo chwytliwym, w dobrym tego słowa znaczeniu, refrenem. A na zakończenie pojawia się najbardziej znana kompozycja zespołu, rewelacyjny "Would?", oparty na wyrazistym basowym motywie i jako jedyny z tego albumu zawierający znak rozpoznawczy zespołu - uzupełniające się partie wokalne Staleya i Cantrella. Ten utwór to doskonały przykład na to, jak stworzyć niebanalny przebój.

Muzycy poczynili znaczny postęp od czasu fonograficznego debiutu. "Dirt" jest albumem spójniejszym, równiejszym, zawierającym lepsze, dojrzalsze kompozycje, które mimo większej przebojowości, nie popadają w banał. Na pewno przydało się doświadczenie zdobyte podczas nagrywania "Sap", dzięki któremu zespół przestał się bać chwytliwych melodii i łagodniejszych brzmień. Jeżeli do czegoś miałbym się przyczepić, to znów do długości. Album trwa prawie godzinę, więc spokojnie można by zrezygnować z dwóch słabszych kawałków. Może nie obniżają drastycznie jakości "Dirt", słuchanie albumu bez nich sprawiałoby mi jeszcze więcej przyjemności. Pomimo tej niedogodności, jest to jedno z najlepszych wydawnictw lat 90. i zdecydowanie mój ulubiony album grunge'owy.

Ocena: 9/10



Alice in Chains - "Dirt" (1992)

1. Them Bones; 2. Dam That River; 3. Rain When I Die; 4. Down in a Hole; 5. Sickman; 6. Rooster; 7. Junkhead; 8. Dirt; 9. God Smack; 10. Hate to Feel; 11. Angry Chair; 12. Would?

Skład: Layne Staley - wokal, gitara (10,11); Jerry Cantrell - gitara, wokal; Mike Starr - bass; Sean Kinney - perkusja
Gościnnie: Tom Araya - wokal (9)
Producent: Dave Jerden i Alice in Chains


13 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Sap" EP (1992)



Ważną część dyskografii Alice in Chains stanowią EPki, na których zespół pokazuje zupełnie inne, łagodniejsze oblicze. Pierwsza z nich, "Sap", ukazała się już niespełna rok po debiutanckim albumie "Facelift", a jeszcze przed premierą jego następcy, "Dirt". Wypełniają go głównie melodyjne, akustyczne piosenki, jak "Brother", "Am I Inside" (oba z gościnnym udziałem Ann Wilson, wokalistki zespołu Heart) i "Right Turn" (w którym z kolei grupę wsparli Chris Cornell z Soundgarden i Mark Arm z Mudhoney). W najbardziej chwytliwym "Got Me Wrong" oprócz gitary akustycznej pojawia się także elektryczna, ale wciąż jest to dużo lżejsze i bardziej piosenkowe granie, niż na debiucie. Takie lżejsze oblicze Alice in Chains także wypada udanie.

Na wydawnictwie znalazł się też ukryty bonus w postaci nieuwzględnionego na okładce "Love Song" - ewidentny wygłup, w którym muzycy pozamieniali się instrumentami. Byłoby jednak zdecydowanie lepiej, gdyby się tutaj nie znalazł, gdyż nie tylko nie pasuje do reszty wydawnictwa, ale też po prostu obniża jego poziom. Ogólnie jednak "Sap" stanowi bardzo przyjemny suplement (bo trudno inaczej traktować to dwudziestominutowe wydawnictwo) do regularnych albumów zespołu.

Ocena: 6/10



Alice in Chains - "Sap" EP (1992)

1. Brother; 2. Got Me Wrong; 3. Right Turn; 4. Am I Inside; 5. Love Song

Skład: Layne Staley - wokal, perkusja (5); Jerry Cantrell - gitara, wokal, bass (5); Michael Starr - bass, gitara (5); Sean Kinney - perkusja i instr. perkusyjne, wokal i pianino (5)
Gościnnie: Ann Wilson - wokal (1,4); Chris Cornell - wokal (3); Mark Arm - wokal (3)
Producent: Alice in Chains i Rick Parashar


12 kwietnia 2013

[Recenzja] Alice in Chains - "Facelift" (1990)



Zbliżająca się premiera nowego albumu Alice in Chains to świetna okazja, aby przybliżyć dotychczasową twórczość tego zespołu. Jednego z najsłynniejszych i najważniejszych przedstawicieli sceny Seattle. Sami muzycy co prawda nie czuli się jej częścią i odrzucali przylepioną przez dziennikarzy etykietkę "grunge", jednak ich brudne, surowe brzmienie i ponura, depresyjna tematyka tekstów doskonale wpisują się w wspomniany nurt. Zespół wypracował jednak swój własny, rozpoznawalny styl, którego korzeni należałoby szukać w twórczości Black Sabbath. Podobieństwo tych dwóch zespołów kończy się jednak na ciężkim brzmieniu i ponurej atmosferze. Muzycy zaproponowali zupełnie inne podejście do konstrukcji riffów, solówek i melodii. A najbardziej charakterystyczną cechą stylu Alice in Chains są dopełniające się partie wokalne Layne'a Staleya i Jerry'ego Cantrella.

Na przełomie lat 1989/90 grupa zarejestrowała swój debiutancki album, zatytułowany "Facelift". Już tutaj muzycy pokazali talent do tworzenia całkiem solidnych utworów. Przyciągających uwagę czy to potężnymi riffami i metalowym czadem (rozpędzony "We Die Young" i wolniejszy "Man in the Box" - idealny duet na otwarcie) czy też interesującym nastrojem (mocarny "Love Hate Love", balladowy "Confusion") lub po prostu dobrymi melodiami (np. "Sea of Sorrow", "Bleed the Freak", "I Can't Remember", "It Ain't Like That"). Niestety, nie wszystkie z dwunastu zamieszczonych tutaj utworów trzymają wysoki poziom. W drugiej połowie albumu napięcie wyraźnie spada. Kawałki w rodzaju "Put You Down" i "Real Thing" są przeciętne i nic nie wnoszą do całości. Natomiast mieszane odczucia budzi we mnie funkujący "I Know Somethin (Bout You)", który mógłby być fajnym urozmaiceniem, gdyby tak bardzo nie odstawał od reszty albumu.

"Facelift" to w sumie udany debiut, pokazujący spory potencjał zespołu. Album jest jednak trochę nierówny i odrobinę przydługi - przy prawie godzinnym czasie trwania spokojnie można było zrezygnować z dwóch, trzech słabszych kawałków, co tylko wpłynęłoby z korzyścią na poziom i spójność tego wydawnictwa. Wciąż jednak jest to pozycja warta uwagi.

Ocena: 7/10



Alice in Chains - "Facelift" (1990)

1. We Die Young; 2. Man in the Box; 3. Sea of Sorrow; 4. Bleed the Freak; 5. I Can't Remember; 6. Love, Hate, Love; 7. It Ain't Like That; 8. Sunshine; 9. Put You Down; 10. Confusion; 11. I Know Somethin (Bout You); 12. Real Thing

Skład: Layne Staley - wokal; Jerry Cantrell - gitara i wokal; Mike Starr - bass; Sean Kinney - perkusja, pianino (3)
Producent: Dave Jerden


8 kwietnia 2013

[Recenzja] Ghost - "Infestissumam" (2013)



Debiutancki album anonimowych muzyków z Ghost, wydany dwa i pół roku temu "Opus Eponymous", był jedną z najbardziej oryginalnych płyt, jakie ukazały się w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Prezentował unikalne połączenie heavy i doom metalowych riffów z popowymi melodiami i psychodelicznym klimatem późnych lat 60. Od tamtego czasu grupa przeszła kilka zmian. Wokalista Papa Emeritus zmienił ksywkę na Papa Emeritus II, co miało sugerować zmianę frontmana (w rzeczywistości pozostał nim zidentyfikowany przez fanów Tobias Forge, znany wcześniej z grup Subvision, Repugnant i Crashdïet). Ponadto grupa została prawnie zmuszona do występowania w Stanach jako Ghost B.C. - aby łatwiej było ich odróżnić od innych grup używających tej nazwy. A czy sama muzyka się zmieniła? Zespół miał dwie drogi do wyboru: twardo trzymać się wypracowanego na debiucie stylu, lub zaproponować coś nowego. Zdecydowali się na coś pomiędzy.

Okładka singla "Secular Haze".
"Infestissumam" to półtora minutowa introdukcja - rozpoczyna się chóralną partią wokalną rozpisaną na wiele głosów, do której wkrótce dochodzi szybka perkusja i gitarowa solówka. Pierwszy właściwy utwór, "Per Aspera ad Inferi", oparty jest na ciężkim, doomowym riffie i organowym, kościelnym tle, ale na pierwszy plan wypija się przede wszystkim popowo melodyjna partia wokalna. Świetny jest podniosły finał utworu, oparty na marszowym rytmie. Singlowy "Secular Haze", opublikowany już pod koniec zeszłego roku, rozpoczyna się charakterystycznym klawiszowym motywem, do którego zaraz dołącza gitarowy riff. Dobry wybór na utwór promujący całość - bardzo chwytliwy i tylko nieśmiało zapowiadający stylistyczny rozwój zespołu, w pełni widoczny chociażby w dwóch kolejnych utworach. "Jiggalo Har Megiddo" zaskakuje pogodnym nastrojem - gdyby nie od razu rozpoznawalny głos wokalisty i nawiedzone brzmienie klawiszy, nie uwierzyłbym, że to ten zespół. To taki przebojowy rock, z fajnym riffem i przyjemnie bulgoczącym, wyraźnym basem. Jeszcze większym zaskoczeniem jest dwuczęściowy "Ghuleh / Zombie Queen". Część pierwsza to delikatna piosenka, oparta głównie na akompaniamencie instrumentów klawiszowych (pianina i syntezatorów); w drugiej jest mocniej, ale znowu nietypowo radośnie.

Bliższy poprzedniej płyty jest "Year Zero" - mroczny gitarowo-klawiszowy riff i częściowo chóralne partie wokalne. Ale to akurat jeden z mniej przekonujących fragmentów całości. "Idolatrine" też nie należy do najmocniejszych punktów "Infestissumam". Zaraz po nich pojawia się jednak rewelacyjny "Body and Blood", kolejny utwór o bardziej pogodnym nastroju, z nieprzyzwoicie wręcz chwytliwym refrenem. Kawałek niespodziewanie się urywa przez co pozostawia uczucie niedosytu, powodujące chęć włączenia go jeszcze raz. A potem po raz trzeci i czwarty, i... Warto jednak się powstrzymać przed ciągłym cofaniem, bo dalej jest równie ciekawie. "Depth of Satan's Eyes" to najcięższy fragment albumu, gitarowy riff nie ustępuje tu tak często klawiszom, jak w pozostałych utworach. Pojawia się też dość długie - jak na Ghost - gitarowe solo. Najciekawszy utwór zostawili jednak na koniec. "Monstrance Clock" pełen jest progresywnych zmian nastroju, pojawiają się tu spokojne fragmenty z akompaniamentem organów, ale też odjechane syntezatorowe solówki. I jeden z najbardziej zapamiętywalnych refrenów grupy. Nie wspominając już o genialnej końcówce, z kolejną chóralną, wielogłosową partią.

W porównaniu z "Opus Eponymous", "Infestissumam" jest albumem bardziej dojrzałym. Cieszy, że Ghost nie okazał się jednorazowym projektem, a pełnoprawnym zespołem. Chociaż przyznaję, że nie spodziewałem się po nich aż tak dobrej płyty. Jeżeli utrzymają ten poziom na kolejnych wydawnictwach, mogą stać się jedną z najważniejszych współczesnych grup.

Ocena: 8/10



Ghost - "Infestissumam" (2013)

1. Infestissumam; 2. Per Aspera ad Inferi; 3. Secular Haze; 4. Jiggalo Har Megiddo; 5. Ghuleh / Zombie Queen; 6. Year Zero; 7. Idolatrine; 8. Body and Blood; 9. Depth of Satan's Eyes; 10. Monstrance Clock

Skład: Papa Emeritus II - wokal; Nameless Ghoul  - gitara; Nameless Ghoul ⚪ - gitara; Nameless Ghoul  - bass; Nameless Ghoul  - perkusja; Nameless Ghoul  - instr. klawiszowe
Gościnnie: St. Trident Tenors of Tinseltown - dodatkowy wokal
Producent: Nick Raskulinecz