30 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Hot Space" (1982)



Podczas sesji "Flash Gordon" muzycy Queen dopiero uczyli się wydobywać dźwięki z syntezatorów (i nie wiedzieć czemu, efekty tych prób wydali na płycie), a w trakcie nagrywania "Hot Space" radzili sobie już całkiem nieźle z graniem na nich nieskomplikowanych melodii. Po wielkim sukcesie singla "Another One Bites the Dust" (szczególnie w Stanach), muzycy postanowili nagrać album (prawie) w całości utrzymany w stylistyce funk i disco. Syntezatory są już nie tylko dodatkiem, jak na "The Game", ale podstawowym instrumentem. Gitara Briana Maya została zepchnięta na dalszy plan (zwykle zresztą gitarzysta ogranicza się do typowo funkowego podkładu), John Deacon w kilku utworach w ogóle nie gra na basie, zastąpiony syntezatorem, a Rogera Taylora czasem wyręcza automat perkusyjny. Jedyne, co się w ogóle nie zmieniło, to śpiew Freddiego Mercury'ego, który niezmiennie tak samo zachwyca - chyba, że akurat wspina się na mniej męskie rejestry.

Początek albumu jest nawet nie najgorszy. "Staying Power" (wzbogacony sekcją dętą), "Dancer", a zwłaszcza "Back Chat" naprawdę fajnie bujają i pokazują, że zespół bardzo dobrze odnalazł się w tej nowej stylistyce, nawet jeśli nosi ona znamiona pastiszu. Wiadomo, nie jest to nic choćby w małym stopniu ambitnego, ale sprawdza się w swojej roli muzyki czysto użytkowej. Zdecydowanie mniej udanie wypadają najbardziej syntetyczny, pozbawiony melodii "Body Language" i toporny "Action This Day" (z nieznośnie prostackim automatem perkusyjnym, niepasującym refrenem i nieciekawymi partiami saksofonu). Kolejne cztery utwory bliższe są stylistyki wcześniejszych albumów zespołu. Niby-hardrockowy "Put Out the Fire" i łagodniejszy "Calling All Girls" wypadają okropnie banalnie, wręcz żenująco. Natomiast bardzo lennonowskiej balladzie "Life Is Real", zresztą zadedykowanej zastrzelonemu Beatlesowi, nie można odmówić pewnego uroku. To jeden z bardziej udanych utworów na longplayu. Ale druga ballada, "Las Palabras de Amor", wypada nieznośnie kiczowato i patetycznie (w dodatku jest to właściwie powtórka "Teo Torriatte", tylko tym razem dedykowana nie japońskim, a hiszpańskim fanom). "Cool Cat" to powrót do tanecznej stylistyki z początku albumu, ale jest utrzymany w zbyt leniwym tempie i irytuje falsetową partią wokalną. Na zakończenie pojawia się jedyny, ale naprawdę wielki przebój z tego albumu - słynny "Under Pressure", nagrany wspólnie z Davidem Bowie (na singlu wydany już pół roku przed albumem, a w międzyczasie znalazł się nawet na północnoamerykańskich wydaniach "Greatest Hits"). Choć nigdy za nim nie przepadałem, na tym albumie jest jednym z lepszych momentów.

"Hot Space" to na pewno dziwny album. Pomijając "Flash Gordon", najbardziej odchodzi on od rozpoznawalnych elementów stylu Queen. Choć grupę zawsze cechowała spora eklektyczność, to w jakim stylu by nie grała, od razu można rozpoznać z jakim zespołem mamy do czynienia. W przypadku niektórych utworów z tego albumu, ta rozpoznawalność całkowicie zanika. Można zarzucić muzykom (szczególnie Mercury'emu i Deaconowi, których najbardziej ciągnęło w tym kierunku) pozbycie się własnej tożsamości i zwrot w stronę bardzo popularnej wówczas stylistyki. Ale to właśnie te zupełnie nie-queenowe kawałki wnoszą jakąś nową jakość i w większości należą do najlepszych momentów albumu. Podczas gdy te najbardziej typowe i wtórne z reguły zaliczają się do najsłabszych. Ogólnie, poziom kompozytorski nie jest tu wysoki, wykonanie jest dalekie od porywającego, a brzmienie wyraźnie się zestarzało. "Hot Space" to zdecydowanie jedno ze słabszych dokonań zespołu, choć mające pewne przebłyski.

Ocena: 4/10



Queen - "Hot Space" (1982)

1. Staying Power; 2. Dancer; 3. Back Chat; 4. Body Language; 5. Action This Day; 6. Put Out the Fire; 7. Life Is Real (Song for Lennon); 8. Calling All Girls; 9. Las Palabras de Amor (The Words of Love); 10. Cool Cat; 11. Under Pressure

Skład: Freddie Mercury - wokal, instr. klawiszowe (1,4,5,7,10,11), syntezator basowy (1,4); Brian May - gitara, syntezator basowy (2), instr. klawiszowe (9), wokal (9), dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa (3,6-11), gitara (1,3,10), syntezator (3,10); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, gitara (5,8), syntezator (5), wokal (5), dodatkowy wokal
Gościnnie: Arif Mardin - aranżacja dęciaków (1); Reinhold Mack - syntezator basowy (5); Dino Solera - saksofon (5); David Bowie - wokal i syntezator (11)
Producent: Queen i Reinhold Mack, Arif Mardin (1), David Bowie (11)


28 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Flash Gordon" (1980)



Fani Queen nie musieli długo czekać na następcę "The Game". Kolejne wydawnictwo zespołu ukazało się niespełna pół roku później. Trudno jednak traktować "Flash Gordon" jako pełnoprawny album. Jest to ścieżka dźwiękowa do tak samo zatytułowanego filmu (w reżyserii Mike'a Hodgesa) i niewiele ma wspólnego z resztą dyskografii grupy. Na wzięcie udziału w tym projekcie nalegał Brian May, pozostali muzycy nie byli przekonani. I najwidoczniej zostało im tak do końca sesji, a i May musiał stracić swój zapał w trakcie nagrywania, bo końcowy efekt brzmi jak zrobiony kompletnie na odwal. Byle tylko kasa się zgadzała, przy najmniejszym wysiłku.

Wydawnictwo wypełnia osiemnaście kawałków, w zdecydowanej większości mających charakter muzyki ilustracyjnej. Już po ilości można się domyślić, że trwają bardzo krótko, zwykle koło dwóch minut. Czasem brzmią jak zalążki pomysłów na kompozycje (np tandetny, dyskotekowy "Football Fight"). Częściej jak bezsensowna zabawa syntezatorami, które są tutaj dominującym instrumentem. Jakby tego było mało, dźwięki grane przez zespół są zwykle tylko tłem do pochodzących z filmu dialogów i efektów dźwiękowych, sprawiających wrażenie powklejanych w zupełnie przypadkowe miejsca. Podobnie sprawa ma się z orkiestracjami, które również powciskano tu i ówdzie bez żadnego celu. Pozornie bardziej konkretny kształt mają dwa kawałki z partiami wokalnymi: otwierający całość patetyczny "Flash's Theme" (którego fragmenty przewijają się przez cały album) i hardrockowy "The Hero". Oba są jednak strasznie chaotyczne, sprawiające wrażenie posklejanych z fragmentów różnych utworów (w przypadku tego drugiego faktycznie tak jest - to po prostu "Battle Theme" z dodanym śpiewem, połączony z kolejną wariacją tematu przewodniego), oraz oczywiście wzbogacone głupimi wstawkami z filmu. Jedynym w miarę sensownym kawałkiem jest gitarowa interpretacja "Marszu weselnego" Wagnera - tylko tutaj pojawia się charakterystyczne brzmienie Maya i... wyrazista melodia. Cała reszta to zlepek przypadkowych dźwięków, za którymi najwidoczniej nie stała żadna głębsza myśl.

"Flash Gordon" może konkurować z "Trance Visionary" Wishbone Ash o miano najbardziej kuriozalnego albumu w historii fonografii. Nie mam pojęcia, jak muzykom mogło nie być wstyd wydawać taki syf i jeszcze firmować go szyldem Queen. Tym bardziej nie rozumiem, jakim cudem zespół po wydaniu tego gniota nie stracił swojej popularności, lecz wciąż odnosił kolejne wielkie sukcesy komercyjne. Sam "Flash Gordon" pokrył się platyną w Wielkiej Brytanii. Jak widać, sama nazwa wystarczy, by sprzedać nawet najgorsze gówno.

Ocena: 0/10



Queen - "Flash Gordon" (1980)

1. Flash's Theme; 2. In the Space Capsule (The Love Theme); 3. Ming's Theme (In the Court of Ming the Merciless); 4. The Ring (Hypnotic Seduction of Dale); 5. Football Fight; 6. In the Death Cell (Love Theme Reprise); 7. Execution of Flash; 8. The Kiss (Aura Resurrects Flash); 9. Arboria (Planet of the Tree Men); 10. Escape from the Swamp; 11. Flash to the Rescue; 12. Vultan's Theme (Attack of the Hawk Men); 13. Battle Theme; 14. The Wedding March; 15. Marriage of Dale and Ming (And Flash Approaching); 16. Crash Dive on Mingo City; 17. Flash's Theme Reprise (Victory Celebrations); 18. The Hero

Skład: Freddie Mercury - instr. klawiszowe, wokal; Brian May - gitara, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa, gitara, instr. klawiszowe; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Howard Blake - orkiestracja
Producent: Queen i Reinhold Mack


27 kwietnia 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Black Sabbath

Niniejszym tekstem rozpoczynam nowy cykl, poświęcony najważniejszym utworom w repertuarze danego wykonawcy. Omówienia będą dokładniejsze niż w recenzjach, gdzie nie ma miejsca na umieszczanie wszystkich ciekawostek dotyczących poszczególnych kawałków. Pierwszym zespołem jaki dostąpi tego zaszczytu jest Black Sabbath, który niedługo opublikuje nowy album studyjny, "13" - pierwszy od 1978 roku, na którym wystąpi oryginalny wokalista, Ozzy Osbourne. Wśród omówionych poniżej utworów nie zabrakło zapowiadającego nowe wydawnictwo singla "God Is Dead?", ale skupiam się przede wszystkim na nagraniach z lat 70. Celowo pominąłem wszystkie utwory z czasów, gdy za mikrofonem stali Ronnie James Dio, Ian Gillan, Glenn Hughes i Tony Martin. Był to wówczas zupełnie inny zespół, a choć nagrane w tym okresie płyty mają swoich zwolenników (sam lubię chociażby "Born Again"), to jednak były to znacznie mniej istotne wydawnictwa. Muzycy za wszelką cenę starali się podążać za modą, podczas gdy w pierwszych latach sami kreowali trendy w ciężkim rocku.

Oryginalny skład zespołu: Ozzy Osbourne, Geezer Butler, Tony Iommi i Bill Ward.


1. "Black Sabbath" (z albumu "Black Sabbath", 1970)

Mroczny utwór otwierający debiutancki album. Rozpoczyna się odgłosami burzy i bijącego dzwonu, po kilkudziesięciu sekundach wchodzi porażający riff, oparty na "diabelskim" trytonie - interwale, czyli odległości pomiędzy dwoma dźwiękami, wynoszącym pełne trzy tony, wywołującym dysonans.
"Black Sabbath" był jednym z dwóch pierwszych utworów stworzonych przez zespół (drugi to "Wicked World"). Grając [ten utwór] dostawaliśmy gęsiej skórki, bo było to takie inne - pisał Tony Iommi w swojej autobiografii "Iron Man". Nie wiedzieliśmy co to jest, ale nam się podobało. Wymyśliłem ten riff, zagrałem "dam-dam-dammm" i wtedy mnie olśniło - to jest to! Zbudowaliśmy na tym cały utwór.
Prosta rzecz, ale miała swój styl - kontynuował Iommi. Dopiero później dowiedziałem się, że użyłem czegoś, co nazywane jest "diabelskim interwałem". Zestawu akordów tak mrocznego, że w Średniowieczu jego używanie było zakazane przez Kościół. Nie miałem o tym pojęcia, to było po prostu coś, co czułem w sobie. Zupełnie jakby się ze mnie wyrwało na wolność, nuty płynęły same z siebie. Potem wszyscy zaczęli dokładać po kawałeczku i na końcu stwierdziliśmy, że to zadziwiający utwór. Dziwny, ale dobry.
Gitarzysta wyjaśnia także jaki był wkład pozostałych członków zespołu, w powstanie tej kompozycji. Przyznaje, ze autorem tekstu jest basista Geezer Butler. Ja nie mógłbym tak siedzieć i pisać, a Bill [Ward, perkusista] siedziałby dwadzieścia lat nad jedną linijką - opowiada Iommi.  Ozzy wymyślił linię melodyczną wokalu. Po prostu śpiewał, co mu przyszło do głowy. Potem Geezer dorabiał do tego właściwe słowa. Obaj odwalili kawał porządnej roboty.
Tekst opowiada o historii, która przytrafiła się basiście. Pewnego wieczora, przed zaśnięciem, czytał książkę o czarnej magii, pożyczoną od Osbourne'a. Kiedy kilka godzin później nagle się obudził, zobaczył pochylającą się nad nim ciemną postać. Początkowo nie mógł się poruszyć, a kiedy udało mu się wstać - zjawa zniknęła. Zniknęła też książka.
Utwór przyczynił się do posądzeń zespołu o satanizm, co jednak ciężko zrozumieć, biorąc pod uwagę tekst - czy jakikolwiek satanista krzyczałby please God help me? Pierwotnie utwór był dłuższy o jedną zwrotkę - w takiej wersji został zagrany podczas sesji dla programu Johna Peela w BBC Radio 1, która odbyła się 26 kwietnia 1970 roku. Jej zapis można znaleźć na kompilacji "The Ozzman Cometh" (1997), zawierającej przede wszystkim solowe przeboje Ozzy'ego Osbourne'a.
Utwór "Black Sabbath" został wydany na singlu we Francji, Japonii i na Filipinach.


2."The Wizard" (z albumu "Black Sabbath", 1970)

Utwór znacznie pogodniejszy od poprzedzającego go na płycie, mrocznego "Black Sabbath". Zdradzający, że zespół początkowo mocno siedział w bluesie - pojawia się tutaj nie tylko charakterystyczny dla tej muzyki riff (oczywiście brzmiący odpowiednio ciężej), ale także harmonijka, na której zagrał Ozzy. W ciągu całej swojej kariery po ten instrument sięgnął jeszcze tylko trzykrotnie - w utworze "Swinging the Chain" z albumu "Never Say Die", solowym "Black Rain" z longplaya o tym samym tytule (wyd. 2007), oraz w "Damaged Soul" z sabbathowej "Trzynastki".
Tekst "The Wizard" opowiada o czarodzieju, który używa magii, by rozweselić ludzi. Muzycy udowodniają tym samym, że wbrew stereotypom dotyczących muzyków heavy metalowych, ich fascynacja okultyzmem nie dotyczy tylko negatywnych jego aspektów. Butler przyznawał, że w tamtym czasie czytał "Władcę pierścieni" Tolkiena i zainspirowało go postać Gandalfa, jednak tekst bywa różnie interpretowany. Niektórzy są przekonani, że tytułowy czarodziej to... dealer narkotyków. Późniejsze teksty zespołu (patrz opisy "Sweet Leaf" i "Snowblind") potwierdzają tą drugą teorię. Potwierdza ją też Iommi w swojej autobiografii: W tamtych czasach sporo ćpaliśmy - pisał.  Pewnej nocy znaleźliśmy się w jakimś klubie, na kompletnym zadupiu. Ozzy i Geezer zobaczyli, że ktoś na zewnątrz biega w podskokach jak szalony. Dla nich wyglądało to jak elf, albo coś podobnego. Obawiam się, że to była sprawka prochów, ale stąd chyba właśnie wziął się "Wizard". Po prostu umieścili w tekście to, co wtedy widzieli.
Utwór został wydany na singlu we Francji i na Filipinach.


3. "N.I.B." (z albumu "Black Sabbath", 1970)

Powrót do mrocznych klimatów: My name is Lucifer / Please take my hand - śpiewa Ozzy, ale Geezer uspokajał w jednym z wywiadów: Piosenka jest o tym, jak diabeł zakochuje się i ulega przemianie, staje się dobry. Utwór rozpoczyna się świetnym basowym wstępem (który na amerykańskim wydaniu albumu został uznany za osobny utwór, nazwany "Bassically"), dalej zaś pojawia się jeden z najbardziej chwytliwych riffów w dorobku grupy, a także długie gitarowe solówki.
Wiele osób uważa, że "N.I.B." oznacza "Nativity in Black", cokolwiek to znaczy - pisał Iommi w autobiografii. To typowe dla Amerykanów - zawsze podejrzewają nas o jakieś elementy satanistyczne. Tymczasem my nazywaliśmy Billa "Stalówką" [ang. nib], ponieważ z brodą jego twarz wyglądała jak stalówka od pióra. Wydawało na, się to śmieszne i kiedy zaczęliśmy się zastanawiać nad tytułem utworu, ktoś rzucił pomysł, żeby nazwać go "Nib". To był taki żart.
Geezer przyznawał: Nie mogłem wymyślić tytułu, więc nazwałem to po prostu "Nib", od Billa.  Kropki postawiłem po to, żeby tytuł bardziej intrygował.
W 2000 roku Osbourne dołączył do grupy Primus, by wspólnie nagrać nową wersję "N.I.B.", przeznaczoną na album z coverami Black Sabbath, zatytułowany... "Nativity in Black II" (pierwsza część ukazała się w 1994 roku i również zawierała jeden utwór nagrany przez Ozzy'ego z innym zespołem - "Iron Man" z grupą Therapy?).


4. "War Pigs" (z albumu "Paranoid", 1970)

Utwór oryginalnie nosił tytuł "Walpurgis" i był typowym dla ówczesnego Black Sabbath kawałkiem o treści okultystycznej. Tą pierwotną wersję, zarejestrowaną podczas wspomnianej już sesji dla Johna Peela, także można znaleźć na kompilacji "The Ozzman Cometh". Tytuł i tekst (tradycyjnie autorstwa Geezera) uległy zmianie podczas pracy nad albumem "Paranoid". Kawałek zyskał antywojenne przesłanie. Graliśmy w amerykańskich bazach w Niemczech i żołnierze opowiadali nam straszne historie o Wietnamie, o ludziach grzejących heroinę po to, by od tego uciec - wyjaśniał Geezer. Stąd wzięły się słowa. Do poprzedniej wersji nawiązuje jednak chociażby porównanie wojennej narady do sabatu czarownic. Początkowo "War Pigs" miało być także tytułem drugiego longplaya grupy, ale oprotestował to amerykański wydawca, ze względu na oczywiste skojarzenia z trwającą wówczas wojną w Wietnamie.
Jeżeli chodzi o warstwę tekstową, "Paranoid" był albumem politycznie zaangażowanym - pisał Iommi w autobiografii. A na pewno "War Pigs" taki był. Nie dlatego, że przy pierwszym albumie oskarżano nas o okultyzm, bo nigdy nie żałowaliśmy tego, co zrobiliśmy. Po prostu tak wyszło. Ale tak jak nie cały "Black Sabbath" był okultystyczny, tak i nie cały "Paranoid" był stricte polityczny.
Kompozycja składa się z dwóch części. Druga, instrumentalna i bardziej melodyjna, na niektórych wydaniach została opatrzona własnym tytułem, "Luke's Wall". Odnosił się on do nazwisk dwóch członków koncertowej ekipy zespołu, Geoffa "Luke'a" Lucasa i Spocka Walla.
Magazyn Guitar World określił "War Pigs" jako najlepszy utwór heavy metalowy, jaki kiedykolwiek powstał. Czytelnicy tego pisma umieścili go na 56. miejscu listy 100 najlepszych solówek gitarowych.
Co ciekawe, utwór był regularnie wykonywany na żywo przez grupę Elf, w której występował przyszły wokalista Black Sabbath, Ronnie James Dio.


5. "Paranoid" (z albumu "Paranoid", 1970)

Najprostszy kawałek w repertuarze grupy, w całości oparty na jednym riffie. Stworzony został na poczekaniu. Jak wyjaśniał Butler: Potrzebowaliśmy trzyminutowego zapełniacza na album. Tony wymyślił riff, ja szybko napisałem tekst, z którym Ozzy zapoznawał się na bieżąco podczas rejestrowania swojej partii. Według innych źródeł utwór powstał pod naciskiem wydawcy, domagającego się utworu na singiel. Taki kompromis ze strony grupy mógł się wydawać niektórym dziwny.  Wróciłem do domu z taśmą po pachą - wspominał Osbourne - mówiąc mojej przyszłej żonie: "Myślę, że skomponowaliśmy numer na singiel". Ona na to: "Ale przecież wy tego nie robicie".
Opłaciło się jednak. Utwór doszedł do 4. miejsca w brytyjskich notowaniach i 61. na amerykańskim Billboardzie, a liczba późniejszych rankingów najlepszych utworów, w jakich się znalazł, jest tak wielka, że nie ma sensu wymieniać poszczególnych wyróżnień. Sukces dziwił także samych muzyków: Traktowaliśmy "Paranoid" jak zwykłą zapchajdziurę - pisał Iommi w autobiografii. Nigdy nawet nie pomyśleliśmy, że stanie się hitem. Z całego naszego dorobku ten właśnie kawałek najczęściej pojawia się na wszelkiego rodzaju składankach, ścieżkach filmowych i programach telewizyjnych. Napisanie go zajęło raptem cztery minuty. Chodzi chyba o to, że najprostsze, najbardziej elementarne melodie najłatwiej wpadają ludziom w ucho.


6. "Planet Caravan" (z albumu "Paranoid", 1970)

Pierwszy eksperyment w karierze grupy. Utwór łagodny, całkowicie pozbawiony ciężkich riffów, bardzo psychodeliczny, oparty na mantrowym motywie gitary basowej, z bongosami zamiast perkusji, jazzującymi partiami Tony'ego Iommi i głosem Ozzy'ego, zniekształconym za pomocą głośnika Leslie (używanego do organów Hammonda). Tekst utworu opowiada o podróży przez wszechświat.
W 2009 roku ukazała się reedycja albumu "Paranoid", zawierająca wśród wielu bonusów starszą wersję "Planet Caravan", z innym tekstem, nieprzetworzoną partią wokalną, oraz z dłuższymi, niemal stricte jazzowymi popisami Tony'ego.


7. "Iron Man" (z albumu "Paranoid", 1970)

Jeden z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych riffów w historii muzyki rockowej - właściwie tylko "Smoke on the Water" Deep Purple i "(I Can't Get No) Satisfaction" Rolling Stonesów mogą się z nim równać w przeróżnych rankingach. Kiedy Iommi po raz pierwszy zagrał ten riff, Osbourne stwierdził, ze brzmi jak odgłos przechodzącego gigantycznego, żelaznego faceta. Stąd wziął się oryginalny tytuł kawałka, "Iron Bloke", później zmieniony na "Iron Man", co wywołało oczywiste skojarzenia z bohaterem komiksów Marvela (utwór zresztą został wykorzystany w opartym na nich filmie "Iron Man" z 2008 roku). Historia opowiedziana w tekście jest jednak całkowicie wymyślona przez Butlera. Opowiada o człowieku, który podróżując w czasie stał się świadkiem zagłady ludzkości. Postanowił cofnąć się w czasie, żeby temu zapobiec, ale po drodze wpadł w pole magnetyczne, które zamieniło go w człowieka ze stali (dosłownie). W efekcie stracił zdolność komunikowania się i nie mógł przekazać ostrzeżenia. Ludzie traktowali go z pogardą, co wywołało jego nienawiść. Z zemsty postanowił zniszczyć wszystko w okół - doprowadzając do zagłady, którą chciał powstrzymać.
"Iron Man" powstał na motywach komiksu o ożywionym robocie - tłumaczył Iommi w autobiografii. Myślę, że musiała za tym kryć się jakaś głębsza refleksja, o żywej istocie, która nie może wydostać się z tego mechanicznego ciała, z tej skorupy.
Utwór został wydany na singlu w Stanach i Kanadzie (dopiero w 1971 roku, później niż single z kolejnego albumu, "Master of Reality"). Doszedł do 52. miejsca na liście Billboardu.


8. "Faires Wear Boots" (z albumu "Paranoid", 1970)

Istnieje kilka wersji tego, co było inspiracją dla tekstu tego utworu. Według jednej z nich, członkowie zespołu po jednym ze swoich koncertów zostali napadnięci przez skinheadów i dotkliwie pobici. Według innej, inspiracji dostarczyły halucynacje Ozzy'ego i Geezera po spożyciu środków psychoaktywnych. Paliliśmy sporo trawki, dlatego niektóre ówczesne teksty mogą być nieźle zakręcone - przyznawał Iommi w autobiografii. Spójrzcie tylko na "Faires Wear Boots". Co to za tekst! Ale nikt nie protestował, ludzie jakoś to zaakceptowali.
Utwór nie został nigdy wydany na singlu. ale jest obecny na wielu składankach i był grany podczas wszystkich tras z Osbourne'em.


9. "Sweet Leaf" (z albumu "Master of Reality", 1971)

Kolejny świetny riff Tony'ego Iommi, niestety pozostający w cieniu powyższego. Tekst tym razem dotyczy bardziej przyziemnych spraw - zachwala uroki palenia marihuany. Jest to o tyle ciekawe, że jeszcze rok wcześniej, w utworze "Hand of Doom" z "Paranoid", zespół przestrzegał przed korzystaniem z takich używek. Jednak w okresie "Master of Reality" sami zaczęli ich nadużywać, o czym można się przekonać z licznych anegdotIommi przyznawał: "Sweet Leaf" nagrywaliśmy naćpani. Wtedy braliśmy mnóstwo prochów. Kiedy nagrywałem akustyczny fragment do innego utworu, Ozzy przyniósł mi cholernie dużego jointa i powiedział żebym się sztachnął. Protestowałem, ale w końcu się zaciągnąłem i o mało nie udławiłem. Wykaszlałem wtedy chyba płuca, a oni to nagrali i wykorzystaliśmy ten fragment we wstępie do "Sweet Leaf". Bardzo na miejscu: kaszel jako wstęp do piosenki o marichuanie... i mój najlepszy występ wokalny w całej karierze.
Singiel z utworem "Sweet Leaf" został wydany na Filipinach.


10. "After Forever" (z albumu "Master of Reality", 1971)

Jeżeli ktoś ma wątpliwości czy Black Sabbath są zespołem satanistycznym, z pewnością rozwieje je ten tekst, o zdecydowanie chrześcijańskim przesłaniu. Jego autorem jest Geezer Butler (chociaż na okładce albumu autorstwo tej kompozycji przypisano wyłącznie Tony'emu Iommiemu), który w jednym z wywiadów wypowiadał się następująco o warstwie literackiej tekstów zespołu: Dużo czytałem na ten temat [czarnej magii i okultyzmu]. Ale wszystkie teksty, które napisaliśmy z Ozzym, miały przestrzegać przed satanizmem. Mówiły ludziom, że jeśli chcą się tym zajmować, niech będą ostrożni. Wychowałem się w surowej, katolickiej rodzinie, więc dużo czytałem na temat Szatana. Nigdy nie promowaliśmy satanizmu ani czarnej magii, tylko się do nich odnosiliśmy, a nie był to jedyny temat naszych tekstów. Nasze przesłanie bywało ukryte pod satanistycznym płaszczykiem, ale często dotyczyło wojny i szaleństwa, jakie ona niesie.
Pod względem muzycznym utwór wyróżnia się jako pierwszy, w którym zespół wykorzystał brzmienie syntezatorów (gra na nich Iommi). Kawałek został wydany na singlu, ale tylko w Tajlandii.


11. "Children of the Grave" (z albumu "Master of Reality", 1970)

W przeciwieństwie do powyższego, utwór bardzo typowy dla grupy, zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Geezer kontynuuje tutaj antywojenną tematykę "War Pigs" i "Electric Funeral" z poprzedniego albumu, ale ukrywa ją pod okultystycznym płaszczem. Nie chcieliśmy być zbyt oczywistymi - tłumaczył basista. Jeżeli spojrzysz na tytuł "Children of the Grave", możesz pomyśleć, że to jakaś chora piosenka. A jest to utwór ewidentnie antywojenny. Chociaż dzisiaj jest to jeden z najpopularniejszych utworów grupy, obecny na wszystkich albumach składankowych, na singlu został wydany tylko w Portugalii, Meksyku i Francji - w każdym z tych krajów z inną stroną B (były to odpowiednio: "Solitude", "Lord of This World" i "Iron Man").
Na albumie i na koncertach, "Children of the Grave" jest poprzedzany 30-sekundową miniaturką "Embryo", w której słychać wyłącznie gitarę akustyczną. Taki spokój przed burzą, dla zwiększenia dynamiki - wyjaśniał Iommi.


12. "Solitude" (z albumu "Master of Reality", 1971)

Kolejny, po "Planet Caravan", utwór pokazujący łagodniejsze oblicze Black Sabbath. Nie baliśmy się robić rzeczy nieoczekiwanych - przyznawał Iommi. Na przykład "Solitude", chyba pierwszy utwór miłosny przez nas nagrany. Ozzy, śpiewając, przeciągał, co w tym utworze wypadło znakomicie. Jego głos świetnie się nadaje do ballad. Ja gram tam na flecie.
Rzeczywiście, poza nietypowym jak na tę grupę instrumentarium (flet, gitara akustyczna), utwór zaskakuje melodyjną partią wokalną Osbourne'a, który nigdy wcześniej, ani później, nie zaśpiewał w ten sposób. Można mieć nawet wątpliwości, czy to rzeczywiście on tu się udziela.


13. "Snowblind" (z albumu "Vol. 4", 1972)

Historia identyczna jak z "War Pigs" - "Snowblind" miał dawać tytuł czwartej płycie Black Sabbath, ale muzycy zostali zmuszeni do wyboru innego. Tym razem ze względu na narkotykowe skojarzenia. Podczas całego naszego pobytu w Los Angeles [gdzie powstawał album] ciągle byliśmy na koce - wyjaśniał Butler. Ćpaliśmy więcej, niż graliśmy, więc postanowiłem napisać utwór o naszych wyczynach. Cały album jest zresztą pełen nawiązań do prochów, czego przykładem chociażby umieszczone na okładce podziękowania dla the great COKE-Cola Company, które bynajmniej nie dotyczy producenta popularnego napoju.
"Snowblind" stał się - zasłużenie - najbardziej popularnym utworem z "Czwórki". Do promocji na singlu został wybrany jednak bezbarwny "Tomorrow's Dream", o którym mało kto dzisiaj pamięta - włącznie z samym zespołem, sporadycznie grającym ten kawałek na żywo.


14. "Changes" (z albumu "Vol. 4", 1972)

Kolejna ballada, jeszcze bardziej zaskakująca od poprzednich. Nie ma tu żadnych gitar ani perkusji, akompaniament stanowi głównie pianino i melotron. W salonie [wynajmowanego] domu znalazłem fortepian i, po wciągnięciu miliona kresek koki, zacząłem na nim grać - pisał Tony w autobiografii. Nigdy wcześniej nie grałem na czymś takim. Siedziałem nad tym instrumentem całymi nocami, na zmianę grając i wciągając po kresce koki. Wymyśliłem przy tym "Changes". Ozzy'emu się to spodobało i zaraz zaczął śpiewać. Zdobyliśmy też melotron i Geezer zaczął na nim grac akompaniamenty orkiestrowe. To było to, zdecydowaliśmy się nagrać ten utwór. Brzmiał on bardzo dziwnie, jak nie nasz.
Na żywo "Changes" został wykonany tylko raz przez oryginalny skład zespołu, w 1973 roku, na nowozelandzkim The Great Ngaruawahia Music Festival. Grupa wykonała go ponownie dopiero w 1995 roku, kiedy w składzie nie było już Osbourne'a i Warda. Pierwszy z nich wykonywał go za to regularnie na swojej trasie z 1998 roku, zaś cztery lata później zarejestrował nową wersję studyjną, wspólnie ze swoją córką Kelly. Singiel z tym wykonaniem doszedł do 1. miejsca brytyjskiego notowania.


15. "Sabbath Bloody Sabbath" (z albumu "Sabbath Bloody Sabbath", 1973)

Utwór, który uratował zespół. Po wydaniu "Vol. 4", zespół nie był w stanie stworzyć niczego nowego, bo - jak przyznawał Iommi - za bardzo imprezowali. Było to dość niepokojące - mówił gitarzysta. Nie wiedziałem jak sobie poradzić z blokadą twórczą, bo nigdy wcześniej nie dotknęła mnie w takim stopniu. Według Geezera zespół był na skraju rozpadu: Myśleliśmy, że jesteśmy skończeni jako zespół. Wynajęliśmy zamek w Walii na próby. Działo się tam dużo dziwnych rzeczy, było dużo duchów, ale dla nas była to dobra atmosfera. Gdy Tony wyskoczył z początkowym riffem "Sabbath Bloody Sabbath", krzyknęliśmy: "Wróciliśmy!".
Utwór został wydany na singlu w wielu krajach (także w Wielkiej Brytanii i Stanach), a chociaż nie wszedł na żadne notowanie, to do dzisiaj pozostaje jednym z najpopularniejszych utworów grupy. W tym kontekście dziwi, że zespół rzadko wykonywał go na żywo. Być może ze względu na skomplikowaną strukturę, częste zmiany motywów, oraz wymagającą partię wokalną. W późniejszych latach, po powrocie oryginalnego składu na przełomie wieków, główny riff "Sabbath Bloody Sabbath" często był wykorzystywany jako wstęp do "Paranoid".


16. "Sabbra Cadabra" (z albumu "Sabbath Bloody Sabbath", 1973)

Najbardziej znany utwór z "Sabbath Bloody Sabbath", poza tytułowym. A także jeden z najostrzejszych jego fragmentów (znowu poza tytułowym, a także "Killing Yourself to Live"), pomimo faktu, że został złagodzony przez dźwięki pianina i syntezatora - na obu instrumentach zagrał Rick Wakeman z prog rockowego zespołu Yes, który w sąsiednim studiu nagrywał swój album "Tales from Topographic Oceans". Wbrew powszechnej opinii, Wakeman nie zagrał w innych utworach z "Sabbath Bloody Sabbath" (w pozostałych kawałkach - także w jego najbardziej elektronicznym fragmencie, "Who You Are" - na syntezatorach grają Iommi, Butler i Osbourne). Gitarzysta przyznawał, że Wakeman nie chciał za to pieniędzy, więc zapłaciliśmy mu piwem.
Tekst "Sabbra Cadabra" opowiada o ówczesnej dziewczynie Geezera. Zanim jednak został napisany, Ozzy śpiewał zupełni inne słowa... Studio, w którym nagrywaliśmy album, zajmowało się także podkładaniem lektora do niemieckich filmów pornograficznych - wspominał basista. Cały czas to słyszeliśmy, a Ozzy postanowił śpiewać w "Sabbra Cadabra" to, co mówili lektorzy. Zmieniłem to na tekst o dziewczynie, z którą się wtedy spotykałem. Tytuł nie ma żadnego związku z tekstem.
Utwór był wykonywany na żywo w latach 1972-76.


17. "Symptom of the Universe" (z albumu "Sabotage", 1975)

Utwór uznano za pierwszy przykład progresywnego metalu i nie mogę się z tym nie zgodzić - pisał Iommi w autobiografii. Zaczyna się od akustycznego fragmentu, a potem tempo wzrasta, nadając mu dynamikę; utwór zmienia się co chwilę, by zakończyć się wspólną improwizacją. Ten ostatni fragment wymyśliliśmy na bieżąco w studiu. Nagraliśmy utwór i na koniec zaczęliśmy improwizować. Zagrałem jakiś riff, pozostali się przyłączyli i pograliśmy sobie razem. Potem postanowiliśmy to dołączyć do nagrania. Później dograłem jeszcze ścieżkę gitary akustycznej. Kilka naszych nagrań powstało z takich improwizacji. Czasami lubimy sobie dłużej pograć i w rezultacie zakończenie trwa czasem dłużej niż sam utwór.
W tekście Butler nawiązuje do swojego snu, pełnego odniesień do stworzenia świata i mitologii.


18. "Dirty Women" (z albumu "Technical Ecstasy", 1977)

Jedyny utwór na przedostatnim albumie oryginalnego składu Black Sabbath, utrzymany w stylu wczesnych płyt. Jedyny, w którym Tony Iommi przypomina kto jest twórcą najlepszych heavy metalowych riffów, zresztą w ciągu tych siedmiu minut ma także okazje zaprezentowania swoich umiejętności jako gitarzysta solowy. Nie dziwi, że zespół chętnie wykonywał ten utwór po reaktywacji w 1997 roku. I to właśnie wersja z koncertówki "Reunion" jest najlepszym znanym wykonaniem "Dirty Women". Na albumie "Technical Ecstasy" brzmienie jest niestety zbyt wygładzone, dostosowane do pozostałych kawałków. Tekst utworu - jak można domyślić się po tytule - odnosi się do kobiet wykonujących najstarszy zawód świata.


19. "Selling My Soul" (z albumu "Reunion", 1998)

Jeden z dwóch premierowych utworów studyjnych, jakie zespół umieścił na koncertówce "Reunion". "Selling My Soul" brzmi zdecydowanie bardziej klasycznie sabbathowo, niż nowoczesny "Psycho Man", który pasowałby raczej na któryś z solowych albumów Osbourne'a. Co ciekawe, w nagraniu nie słychać Billa Warda, który nie umiał sobie poradzić ze swoją partią. Zastąpił go automat perkusyjny, obsługiwany przez producenta Boba Marlette'a. Biorąc to pod uwagę, a także fakt, że z powodu problemów zdrowotnych Ward nie brał udziału w większości ówczesnych koncertów, dziwi obecny szum, jaki podnieśli fani, gdy okazało się, że perkusista nie weźmie udziału w nagrywaniu albumu "13".
"Selling My Soul", podobnie zresztą jak "Psycho Man", zostały napisany wyłącznie przez Iommiego i Osbourne'a. Po raz pierwszy zobaczyłem, jak Ozzy pisze własne teksty i naprawdę się w to angażuje - przyznawał gitarzysta. Pisaliśmy utwory i nagrywaliśmy partie moje i Ozzy'ego w jeden dzień. Tempo było zbyt szybkie, nie mieliśmy nawet czasu oswoić się z tymi kawałkami, ale facet z Sony Records stał pod drzwiami i czekał żeby je usłyszeć. Później sprowadziliśmy Billa i Geezera, żeby dograli swoje partie. I już, gotowe! Stworzyliśmy dwa utwory, ale nie bardzo mi się one podobały. Mogłoby być o wiele lepiej, gdybyśmy mieli na nie więcej czasu.


20. "God Is Dead?" (z albumu "13", 2013)

Dziewięciominutowy utwór wydany jako pierwszy od 15 lat singiel (lub od sześciu, jeżeli liczyć nagrany w innym składzie "The Devil Cried") to bardzo odważny i zaskakujący wybór. Być może członkowie zespołu zdawali sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach nie podbiją list przebojów, za to tak długi utwór na pewno ucieszy fanów.
Tytuł odnosi się do wypowiedzi niemieckiego filozofa Friedricha Nietzschego, który stwierdził, że "Bóg nie żyje". Autorem tekstu jest Geezer Butler, który jednak przyznaje, że temat i tytuł podsunął mu Osbourne. Byłem w czyimś biurze, na stole leżało czasopismo ze słowami "Bóg nie żyje" - opowiadał wokalista. Nagle pomyślałem o 11 września, o tych wszystkich zamachach terrorystycznych w imię religii, o tym jak ludzie umierali z jej powodu. Przyszły mi do głowy wszystkie tragedie na przestrzeni lat. Myślisz sobie, że Bóg powstrzymałby ludzi od umierania w jego imię. Stwierdziłem więc, że ludzie muszą myśleć, że Boga nie ma, że jest martwy. To mnie uderzyło. Zacząłem śpiewać "Bóg jest martwy", gdy nagrywałem wstępne ścieżki wokalne, a Geezer dał mi do tego tekst.
Pierwotny tytuł zaproponowany przez Butlera brzmiał "American Jihad", nie został jednak zaaprobowany przez Osbourne'a: To ja stoję z przodu i muszę to śpiewać - mówił.


25 kwietnia 2013

[Recenzja] Deep Purple - "Now What?!" (2013)



Muzycy Deep Purple wyjątkowo długo kazali czekać na następcę wydanego w 2005 roku "Rapture of the Deep". Niektórzy członkowie zespołu twierdzili, że nie warto nagrywać nowego albumu, skoro obecnie nie zarabia się na wydawaniu płyt. A gdzie w tym wszystkim naturalna dla muzyków potrzeba tworzenia? Cóż, może problem leży właśnie w braku kreatywności. Jeżeli "Now What?!" jest zbiorem najlepszych pomysłów, na jakie muzycy wpadli w ciągu niemal ośmiu lat, to faktycznie kiepsko u nich z inwencją.

To bardzo bezpieczny longplay, na którym zespół jednocześnie próbuje zadowolić mało wymagających fanów, jak i zamknąć usta zarzucającym stagnację krytykom. Dla tych pierwszych przygotowali chociażby takie kawałki, jak "Weirdistan", "Hell to Pay" i "Body Line" - utrzymane w charakterystycznym dla grupy stylu, a tym samym bardzo sztampowe. Ale także orientalizujący "Out of Hand" czy "A Simple Song", składający się z dwóch części - balladowej i typowo hardrockowej. W tych dwóch ostatnich pojawiają się nawet dość zgrabne melodie, choć największym zaskoczeniem jest wyjątkowo dobra forma wokalna Iana Gillana. Za to Steve Morse, pomimo niemal dwudziestoletniego stażu w zespole, wciąż nie potrafi się w nim odnaleźć. Jego riffom wciąż brakuje polotu, a solówki są albo nudnymi popisami technicznymi, albo banalnymi melodyjkami (jak na początku "A Simple Song"). Chyba nawet pozostali muzycy zdali sobie w końcu z tego sprawę, bo partie Morse'a (oprócz solówek) są często schowane na dalszym planie. Zdecydowanie dominującą rolę odgrywają tu organy Hammonda i trzeba przyznać, że Don Airey całkiem dobrze nauczył się imitować styl Jona Lorda.

Zdecydowanie mniej udanym nawiązaniem do przeszłości jest "Above & Beyond", kojarzący się z "The House of Blue Light" - jest równie banalny i kiczowaty (brzmienie syntezatorów), co zawartość tego albumu. Co ciekawe, utwór jest hołdem dla Lorda. Nie mam pojęcia, co zrobił pozostałym muzykom, że postanowili zadedykować mu tak paskudny kawałek. W dodatku nawiązujący do albumu, który były klawiszowiec otwarcie krytykował właśnie za podążanie za ówczesnymi trendami, do których nawiązuje "Above & Beyond".

Druga część albumu ma mniej sentymentalny charakter. Zespół próbuje przekonać, że wciąż się rozwija i próbuje nowych - dla siebie - rozwiązań. W "Blood from a Stone" za sprawą elektrycznego pianina i gry sekcji rytmicznej pojawia się niemal jazzowy nastrój (choć raczej z okolic smooth, niż prawdziwego jazzu). I byłby to nawet ciekawy eksperyment, gdyby nie gitarowe zaostrzenia i kiepskie solo Morse'a - facet nie ma za grosz wyczucia. Kompletną pomyłką jest natomiast "Uncommon Man", brzmiący jak połączenie purplowej sztampy z późnym Pink Floyd i najbardziej pompatycznymi momentami Emerson, Lake & Palmer. Z kolei "Après Vous" to z pozoru jeszcze jeden typowo hardrockowy kawałek, ale w środku pojawia się zupełnie niespodziewana, elektroniczna wstawka. Ciekawy pomysł, wykonanie takie sobie. Kolejnym koszmarkiem jest singlowy "All the Time in the World" - nieznośnie banalny i kiczowaty, właściwie popowy kawałek. Finałowy "Vincent Price" to z kolei kuriozalna mieszanka muzyki z horrorów, symfonicznego metalu i - znów - purplowej sztampy.

"Now What?!" to dziwny album. W najlepszych (nielicznych) momentach zbliżony do poziomu, powiedzmy, "Perfect Strangers", ale w znacznej części po prostu przeciętny, a czasem naprawdę fatalny. Pod względem wykonania jest całkiem poprawnie, z wyjątkiem, rzecz jasna, gitary. A wokalnie zdecydowanie powyżej oczekiwań. Brakuje jednak dobrych kompozycji, a brzmienie jest zdecydowanie zbyt sterylne, jak na album hardrockowy. Można posłuchać, ale nie jest to wydawnictwo, do którego będzie się chciało wracać. 

Ocena: 5/10



Deep Purple - "Now What?!" (2013)

1. A Simple Song; 2. Weirdistan; 3. Out of Hand; 4. Hell to Pay; 5. Body Line; 6. Above & Beyond; 7. Blood from a Stone; 8. Uncommon Man; 9. Après Vous; 10. All the Time in the World; 11. Vincent Price

Skład: Ian Gillan - wokal; Steve Morse - gitara; Roger Glover - bass; Don Airey - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja
Gościnnie: David Hamilton - instr. klawiszowe (2,6,8); Eric Darken - instr. perkusyjne (5,10); Mike Johnson - gitara hawajska (10,11); Jason Roller - gitara akustyczna (10)
Producent: Bob Ezrin


23 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen -"The Game" (1980)



"The Game" to jedyny album Queen, który doszedł na szczyt amerykańskiego notowania (i trzeci, po "A Night at the Opera" i "A Day at the Races", któremu udało się to osiągnąć w Wielkiej Brytanii). To głównie zasługa dwóch wielkich przebojów - rock'n'rollowego pastiszu "Crazy Little Thing Called Love" i funkowego "Another One Bites the Dust". Ogólnie, album stanowi wyraźny zwrot w kierunku łagodniejszego, popowego grania. Zespół nawet po raz pierwszy w swojej karierze wykorzystał syntezatory - jednak jeszcze w bardzo zachowawczy sposób, do wygenerowania pojedynczych dźwięków w kilku kawałkach. Hardrockowe korzenie zespołu słychać tylko w świetnym "Dragon Attack", z zadziornymi partiami gitary, zostawiającymi sporo miejsca do popisu dla sekcji rytmicznej. To najbardziej wyrazisty fragment albumu, obok słynnego "Another One Bites the Dust" oraz balladowych "Save Me" i "Play the Game". Jednak pozostałe kawałki wypadają co najwyżej przeciętnie, a nie brakuje też momentów zwyczajnie sztampowych (na czele z "Need Your Loving Tonight" i "Coming Soon"). Ogólnie album jest całkiem przyjemny, na tle poprzednich jest bardzo bezpretensjonalny, a pomimo sporego eklektyzmu ma dość spójny charakter. Jednak nie ma tu niczego wyjątkowego.

Ocena: 6/10



Queen -"The Game" (1980)

1. Play the Game; 2. Dragon Attack; 3. Another One Bites the Dust; 4. Need Your Loving Tonight; 5. Crazy Little Thing Called Love; 6. Rock It (Prime Jive); 7. Don't Try Suicide; 8. Sail Away Sweet Sister; 9. Coming Soon; 10. Save Me

Skład: Freddie Mercury - wokal, instr. klawiszowe (1,7,8), gitara (5); Brian May - gitara, instr. klawiszowe (8,10), wokal (8), dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa, gitara (3,4), instr. klawiszowe (3); Roger Taylor - perkusja, gitara (6,9), instr. klawiszowe (6,9), wokal (6,9)
Gościnnie: Reinhold Mack - instr. klawiszowe (6)
Producent: Queen i Reinhold Mack


21 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Live Killers" (1979)



Muzycy Queen, lub ich wydawca, postanowili zakończyć i podsumować lata 70. albumem koncertowym. Jak się wkrótce okazało, był to idealny moment - tuż przed wyraźnymi zmianami w muzyce zespołu. "Live Killers" zarejestrowano podczas europejskiej trasy koncertowej na początku 1979 roku, odbywającej się w ramach promocji "Jazz". Repertuar jest jednak bardzo przekrojowy i obejmuje materiał z prawie wszystkich longplayów (z pominięciem, niestety, "Queen II"). Trochę szkoda, że koncertówki nie zarejestrowano rok wcześniej, gdy w koncertowym repertuarze grupy były jeszcze takie utwory, jak "The Prophet's Song" i "Stone Cold Crazy". Jednak tracklista jest całkiem przekonująca, a wykonania często różnią się od studyjnych pierwowzorów, czasem na korzyść tutejszych wersji.

O ile studyjne albumy Queen nierzadko rozczarowywały wygładzonym, popowym brzmieniem, tak na żywo zespół wypadał mocniej i bardziej zadziornie. Świetnie na otwarcie sprawdzają się szybsza, ostrzejsza wersja "We Will Rock You" i zagrany ciężej "Let Me Entertain You". Takiego energetycznego hard rocka jest tutaj więcej, żeby wspomnieć tylko o "Death on Two Legs" (niestety, zagranym tylko we fragmencie), "Get Down, Make Love", rozbudowanym "Now I'm Here", wzbogaconym perkusyjną solówką "Keep Yourself Alive" czy "Sheer Heart Attack". Najbardziej zyskuje "Brighton Rock" - z mniej irytującą partią wokalną niż w wersji albumowej i ze znacznie rozbudowaną solówką Maya, interesująco wykorzystującego efekt opóźnienia. Zwraca też uwagę bardzo ładne, lepsze od studyjnego wykonanie "Spread Your Wings". A skoro już mowa o spokojniejszych momentach, to świetnie wypadł akustyczny set, z przearanżowanym na samą gitarę i śpiew "Love of My Life" oraz uproszczonym obdartym z niepotrzebnych dodatków "'39".

Całość mogłaby jednak być znacznie krótsza. Podczas niewiele różniących się od studyjnych wersji wykonań przebojów w rodzaju "You're My Best Friend", "Don't Stop Me Now", "Tie Your Mother Down", "Bohemian Rhapsody" i "We're the Champions", robi się niestety dość nudno. Wiem, że te uwielbiane przez fanów kawałki musiały być grane na żywo i z przyczyn merkantylnych zamieszczone na tym albumie, ale przez lata zostały tak ograne, że wywołują co najmniej zniecierpliwienie. Nie podoba mi się także to, że część utworów zespół zagrał jako połączone ze sobą fragmenty. "Death on the Legs" i "Killer Queen" zamiast wybrzmieć w całości, zostały znacząco skrócone i zestawione z okropnym "Bicycle Race" oraz nijakim "I'm in Love with My Car". A skoro mowa o tym "medleyu", to dodatkowo wkurza, że w poprzedzającej go przemowie Mercury'ego zostały "wypikane" przekleństwa. Nie żeby ich zostawienie podniosło wartość tego wydawnictwa, ale taka cenzura śmieszy i drażni swoim koniunkturalizmem (pokażmy jacy jesteśmy kontrowersyjni, że klniemy na koncertach, ale zróbmy to tak, żeby nikt nie zarzucał nam demoralizacji dzieciaków, które kupiły album).

"Live Killers" to dobry dokument z czasów, kiedy zespół był już wielką gwiazdą, ale jeszcze nie całkiem odszedł od swoich rockowych korzeni. Wydawnictwo ma swoje wady i zalety, czyli jak każdy album Queen.

Ocena: 6/10



Queen - "Live Killers" (1979)

LP1: 1. We Will Rock You (fast version); 2. Let Me Entertain You; 3. Death on Two Legs (Dedicated To...); 4. Killer Queen; 5. Bicycle Race; 6. I'm in Love with My Car; 7. Get Down, Make Love; 8. You're My Best Friend; 7. Now I'm Here; 8. Dreamer's Ball; 9. Love of My Life; 10. '39; 11. Keep Yourself Alive
LP2: 1. Don't Stop Me Now; 2. Spread Your Wings; 3. Brighton Rock; 4. Mustapha / Bohemian Rhapsody; 5. Tie Your Mother Down; 6. Sheer Heart Attack; 7. We Will Rock You; 8. We Are the Champions; 9. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa, dodatkowy wokal; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (LP1: 6), dodatkowy wokal
Producent: Queen


19 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Jazz" (1978)



Tytuł siódmego albumu Queen doskonale oddaje charakter tego albumu. "Jazz" nie oznacza tu bowiem gatunku muzycznego, a przymiotnik zgrzytliwy. To najbardziej eklektyczny album, jaki zespół wydał do tamtej pory, a poszczególne kawałki ewidentnie ze sobą zgrzytają. Nic tu do siebie nie pasuje, to jeden wielki chaos. Muzyczne wygłupy (np. "Mustapha", "Bicycle Race", "Dreamers Ball") mieszają się z różnymi odmianami hard rocka (np. radiowy "Fat Bottomed Girls", zadziorniejsze "Let Me Entertain You" i "Dead on Time"), piosenkowymi banałami ("If You Can't Beat Them", "Don't Stop Me Now"), smętnymi balladami ("In Only Seven Days", "Leaving Home Ain't Easy") i tanecznym kawałkiem zapowiadającym już następną dekadę ("Fun It"). Gdyby chociaż poszczególne kawałki broniły się samodzielnie. Ale w większości brzmią jak odrzuty z wcześniejszych albumów. W dodatku znalazł się tutaj jeden z najbardziej irytujących kawałków w całej historii zespołu - "Bicycyle Race". No dobrze, nie wszystko tutaj jest takie tragiczne. Poza wspomnianym gniotem i dwoma czy trzema innymi słabiznami, jest raczej przeciętnie. Z kilkoma niezłymi przebłyskami. Dość intrygująco wypada finałowy "More of That Jazz" (gdyby tylko nie te bezsensowne wstawki z innych nagrań...). W "Let Me Entertain You" pojawia się trochę przyjemnego riffowania, a kawałek świetnie sprawdził się na żywo (zresztą w wersjach koncertowych zyskały też inne fragmenty). Ale przede wszystkim błyszczy tu "Jealousy" - jedna z najładniejszych ballad zespołu. Jako całość, jest to jednak zdecydowanie najsłabszy album Queen z lat 70.

Ocena: 5/10



Queen - "Jazz" (1978)

1. Mustapha; 2. Fat Bottomed Girls; 3. Jealousy; 4. Bicycle Race; 5. If You Can't Beat Them; 6. Let Me Entertain You; 7. Dead on Time; 8. In Only Seven Days; 9. Dreamers Ball; 10. Fun It; 11. Leaving Home Ain't Easy; 12. Don't Stop Me Now; 13. More of That Jazz

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, wokal (2,11), dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa, gitara (8); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (10,13), gitara (10,13), bass (10,13), dodatkowy wokal
Producent: Queen i Roy Thomas Baker


18 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "News of the World" (1977)



Po kilku bardzo eklektycznych, pełnych rozmachu i przepychu albumach, muzycy Queen postanowili nagrać coś nieco innego. W rezultacie, "News of the World" to wydawnictwo bardziej jednorodne stylistycznie, stawiające przede wszystkim na dość surowe, stricte rockowe granie. I był to naprawdę dobry pomysł, choć ostateczny efekt nie jest pozbawiony wad. Początek longplaya jest naprawdę obiecujący. Porażający swoją efektowną prostotą "We Will Rock You" i znany przez wszystkich hymn "We're the Champions" to prawdopodobnie najsłynniejszy duet otwieraczy w całej historii fonografii. Oba utwory tak świetnie się uzupełniają, że na koncertach zwykle grano je jeden po drugim, a nawet wydano je na jednym singlu, choć opublikowane osobno mogły przynieść większe korzyści. Tym bardziej, że drugi singiel promujący album, "Spread Your Wings", nie powtórzył sukcesu poprzednika. W sumie nie bardzo wiem dlaczego, bo to bardzo ładna ballada, pokazująca rozwój Johna Deacona jako kompozytora. Nie mniej ładną i niedocenianą balladą jest śpiewana przez Maya, fortepianowa "All Dead, All Dead". Fajnym utworem jest też drugi kawałek śpiewany przez gitarzystę, "Sleeping on the Sidewalk" - klasyczny blues rock w stylu wczesnego Fleetwood Mac.

Bardziej zadziorne oblicze zespołu pokazują dwie kompozycje Rogera Taylora. Perkusista nie tylko w nich zaśpiewał (w pierwszej z pomocą Mercury'ego), ale także zagrał partie basu i rytmicznej gitary. "Sheer Heart Attack", którego pierwsza wersja powstała podczas tworzenia tak samo zatytułowanego albumu, to rozpędzony kawałek o niemalże punkowej agresji - w końcu to już 1977 rok. "Fight from the Inside" to z kolei bardzo fajne połączenie hardrockowego brzmienia z funkową rytmiką. Ciekawie pod względem rytmicznym wypada także "Get Down, Make Love", najbardziej eksperymentalny utwór na albumie, ale zachowujący rockowy czad. O ile te pierwsze osiem utworów trzyma naprawdę solidny poziom (choć osobiście średnio przepadam za "We're the Champions" i "Sheer Heart Attack"), tak końcówka albumu jest wyraźnie słabsza. Poziom zaniża przede wszystkim żartobliwy "Who Needs You". Trudno uwierzyć, że Deacon mógł w krótkim czasie skomponować "Spread Your Wings" i takiego gniota. "It's Late" to w sumie dość przyjemny kawałek, ale za bardzo rozwleczony, nieco bez pomysłu. "My Melancholy Blues", nawiązujący do staroświeckich ballad, też nie jest najgorszy, ale - tak samo jak "Who Needs You" - zupełnie nie pasuje do charakteru tego albumu.

Na "News of the World" ponownie ujawnia się stały problem z wydawnictwami Queen - muzycy przykładali za mało uwagi do spójności swoich albumów. Tym razem udało im się nagrać nieco bardziej jednorodny album, wyraźnie widoczny jest pewien pomysł na całość, ale i tak nie udało się uniknąć kilku niepasujących do tego zamysłu kawałków. W dodatku jeden z nich jest zwyczajnym gniotem. Natomiast wśród tych lepszych fragmentów nie znalazł się żaden naprawdę wybitny (chyba, że pod względem komercyjnym), choć trzymają równy, wysoki poziom. Nie przeszkodziło to albumowi w odniesieniu wielkiego sukcesu: doszedł do 4. miejsca w Wielkiej Brytanii (najniżej od czasu "Queen II") i 3. w Stanach (najwyżej do tamtej pory).

Ocena: 7/10



Queen - "News of the World" (1977)

1. We Will Rock You; 2. We Are the Champions; 3. Sheer Heart Attack; 4. All Dead, All Dead; 5. Spread Your Wings; 6. Fight from the Inside; 7. Get Down, Make Love; 8. Sleeping on the Sidewalk; 9. Who Needs You; 10. It's Late; 11. My Melancholy Blues

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, wokal (4,8), dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa, gitara (5,9); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, gitara (3,6), bass (3,6), wokal (3,6), dodatkowy wokal
Producent: Queen i Mike Stone

Po prawej: okładka wydania południowokoreańskiego.


16 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "A Day at the Races" (1976)



Okładka i tytuł (ponownie zaczerpnięty z filmu braci Marx) piątego albumu Queen to ewidentna próba zdyskontowania wielkiego sukcesu "A Night at the Opera". Zresztą zakończona pełnym sukcesem. Szczyt brytyjskiego notowania znów został zdobyty, w Stanach było niewiele gorzej, niż poprzednio (znów miejsce w pierwszej piątce listy Billboardu). A jednak w ogólnym rozrachunku "A Day at the Races" do dnia dzisiejszego sprzedał się w znacznie mniejszym nakładzie. Przyczyn takiego stanu rzeczy mogło być kilka, część z nich wydaje się oczywista.

"A Day at the Races" to kolejny bardzo eklektyczny zbiór kawałków, bez żadnego pomysłu na całość. Zespół właściwie niczym tu już nie zaskakuje, jedynie powtarza patenty, które przyniosły mu sławę. Poszczególne fragmenty nierzadko są odpowiednikami utworów z poprzednich albumów. Brak tu jednak kompozycji na miarę "Bohemian Rhapsody" i "The Prophet's Song". Najjaśniejszym i najświeższym punktem jest "Somebody to Love", zresztą całkiem spory przebój, wzbogacający twórczość zespołu o wpływy gospel. Wysoki poziom trzymają też dwa inne utwory: urocza ballada "You Take My Breath Away" (godny następca "Love of My Life") i jeden z najcięższych utworów w studyjnej dyskografii zespołu, "White Man". Do udanych fragmentów można jeszcze zaliczyć takie kawałki jak hardrockowo zagrany rock and roll "Tie Your Mother Down" oraz pastiszowe "Good Old-Fashioned Lover Boy" i "The Millionaire Waltz" (dwa pierwsze były wydane na singlach, ale nie odniosły większego sukcesu). Żadnego z tych sześciu utworów nie umieściłbym jednak wśród największych osiągnięć zespołu. Na albumie znalazły się też takie nagrania, jak banalne "Long Away" i "You and I", czy przesłodzona ballada "Teo Torriatte (Let Us Cling Together)". Żadnego z nich nie postawiłbym jednak wśród największych gniotów nagranych przez zespół.

"A Day at the Races" to nie do końca udana próba nagrania drugiego "A Night at the Opera", zbyt wtórna w stosunku do swojego poprzednika, bezpieczna (żadnych nowych rozwiązań) i zawierająca nieco słabsze kompozycje. Z drugiej strony, album wydaje się nieco bardziej zwarty i spójny, poziom poszczególnych utworów też jest trochę bardziej wyrównany. W ogólnym rozrachunku, jest to album na pewno mniej istotny, ale tylko nieznacznie słabszy.

Ocena: 7/10



Queen - "A Day at the Races" (1976)

1. Tie Your Mother Down; 2. You Take My Breath Away; 3. Long Away; 4. The Millionaire Waltz; 5. You and I; 6. Somebody to Love; 7. White Man; 8. Good Old-Fashioned Lover Boy; 9. Drowse; 10. Teo Torriatte (Let Us Cling Together)

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, wokal (3), instr. klawiszowe (10), dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa, gitara (5); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (9), gitara (9), dodatkowy wokal
Gościnnie: Mike Stone - dodatkowy wokal (8)
Producent: Queen


14 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "A Night at the Opera" (1975)



"A Night at the Opera" to jeden z tych albumów, który swoją ogromną popularność zawdzięcza praktycznie jednemu utworowi. To właśnie tutaj znalazł się najsłynniejszy utwór Queen - "Bohemian Rhapsody". Pomimo swojej nieradiowej długości, przekraczającej pięć minut, i dość złożonej struktury (z operową częścią a capella), nagranie dotarło na szczyt brytyjskiego notowania singli. Utwór stanowi kwintesencję wczesnego stylu zespołu - jest tu i zgrabny fragment balladowy, i hardrockowe zaostrzenie, i studyjne eksperymenty z dublowaniem ścieżek wokalnych. Czy jednak reszta longplaya prezentuje podobny poziom?

Jest tu kilka utworów podobnego kalibru. Przede wszystkim pełen rozmachu, ośmiominutowy "The Prophet's Song". Klimatyczny wstęp na miniaturowym koto (japońskim instrumencie strunowym), przechodzi w ciężkie hardrockowe granie z ciekawie rozpisanymi partiami wokalnymi, przerwane dziwną częścią a capella z zwielokrotnioną (za pomocą tego samego efektu, którego używał do swojej gitary Brian May) wokalizą Freddiego Mercury'ego. To bez wątpienia najlepszy utwór z tego albumu. Wysoki poziom trzymają także agresywny "Death on Two Legs (Dedicated to…)" i będąca jego całkowitym przeciwieństwem fortepianowa ballada "Love of My Life". Całkiem przyjemnie wypadają jeszcze takie utwory, jak nieco beatlesowski "You're My Best Friend" (pierwsza udana próba kompozytorska Johna Deacona, a zarazem drugi singiel z albumu), akustyczny "'39" (choć albumowa wersja jest za bardzo udziwniona, z oszczędniejszą aranżacją na koncertach wypadał lepiej) oraz wodewilowe pastisze "Lazing on a Sunday Afternoon" i "Seaside Rendezvous", będące zabawnymi przerywnikami (warto zwrócić na pomysłowe imitowanie dęciaków za pomocą głosów w tym ostatnim).

Ale co za dużo, to nie zdrowo i już trzeci pastiszowy kawałek, dixielandowy "Good Company", jest całkowicie zbyteczny. Zwłaszcza, że jest nieco za długi (trzy i pół minuty) jak na żart, przez co irytuje. Do słabszych fragmentów zaliczam także "I'm in Love with My Car" i przede wszystkim banalny "Sweet Lady", które są zupełnie zwyczajnymi hardrockowymi kawałkami, niczym szczególnym się nie wyróżniającymi. Zupełnie niepotrzebnym dodatkiem jest natomiast "God Save the Queen" - gitarowa interpretacja brytyjskiego hymnu, która już od jakiegoś czasu była odtwarzana z taśmy na zakończenie każdego występu grupy. Warto dodać, że nie był to zbyt oryginalny pomysł, bo na zakończenie albumu rockową aranżacją hymnu już pięć lat wcześniej wpadli muzycy Gentle Giant ("The Queen" z eponimicznego debiutu). Zresztą styl gry Briana Maya zdaje się wiele zawdzięczać gitarowej solówce z innego utworu tej grupy, "Peel the Paint" z "Three Friends". A i być może zamiłowanie Queen do dziwnych, wielogłowych wokali ma źródło w twórczości Łagodnego Olbrzyma.

Odpowiedź na pytanie postawione w pierwszym akapicie nie jest zatem twierdzące. "A Night at the Opera" to nierówny album, zawierający kilka niemalże genialnych przebłysków, wiele bardzo przyjemnych, ale i parę zwykłych zapełniaczy. Problemem jest tu też przesadny eklektyzm. Z jednej strony fajnie, że zespół potrafi zachować rozpoznawalność w tak różnych stylach, ale z drugiej - wpływa to bardzo niekorzystnie na spójność jego albumów. "A Night at the Opera", pomimo tych wad, jest jednak jednym z najlepszych zbiorów utworów, jakie zaproponowała grupa. 

Ocena: 8/10



Queen - "A Night at the Opera" (1975)

1. Death on Two Legs (Dedicated to…); 2. Lazing on a Sunday Afternoon; 3. I'm in Love with My Car; 4. You're My Best Friend; 5. '39; 6. Sweet Lady; 7. Seaside Rendezvous; 8. The Prophet's Song; 9. Love of My Life; 10. Good Company; 11. Bohemian Rhapsody; 12. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, wokal (5,10), koto (8), harfa (9), ukulele (10), dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa, kontrabas (1,5), pianino elektryczne (4); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, gitara (3), wokal (3), dodatkowy wokal
Producent: Roy Thomas Baker i Queen


13 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Sheer Heart Attack" (1974)



"Sheer Heart Attack" ukazał się zaledwie osiem miesięcy (co do dnia) po poprzednim studyjnym albumie Queen. Najwyraźniej muzycy chcieli jak najszybciej zdyskontować sukces "Queen II" i promującego go singla "Seven Seas of Rhye". Nie zważając przy tym na takie drobnostki, jak brak wystarczającej ilości nowego materiału czy pobyt Briana Maya w szpitalu. Wiele utworów zostało nagrane prawie w całości przed jego przybyciem do studia - partie gitary rytmicznej zagrał John Deacon, zostawiono tylko miejsce na solówki. Z brakiem repertuaru też jakoś sobie poradzono - część utworów powstała w studiu, kilka innych wygrzebano z archiwum. Ten cały pośpiech odbił się jednak na jakości i spójności albumu.

"Sheer Heart Attack" to zbiór trzynastu krótkich, eklektycznych piosenek. Nad niektórymi z nich muzycy powinni spędzić zdecydowanie więcej czasu. Najjaskrawszy przykład to trio "Tenement Funster", "Flick of the Wrist" i "Lily of the Valley" - zamiast ciekawie rozwinąć każdy z nich, po prostu połączono je w pozbawioną spójności pseudo-suitę na kształt beatlesowskiej "Abbey Road Medley". Szkoda, bo miały potencjał. Zwłaszcza środkowa część (łącząca hardrockowy czad z typowymi dla grupy harmoniami wokalnymi) zasługiwała na bycie pełnoprawnym utworem. Pomysłów wyraźnie zabrakło też na ledwie minutową balladę "Dear Friends" i niespełna dwuminutowy, okropnie banalny - za to opatrzony stosownym tytułem - "Misfire" (niechlubny debiut Deacona w roli kompozytora). Z kolei prawie cały "Brighton Rock" - odrzut z "Queen II" - wydaje się być nieco wymuszonym dodatkiem do popisowej solówki Maya, ciekawie wykorzystującego efekt echa do tworzenia gitarowych harmonii i kontrapunktów (podczas koncertów była grana zwykle jako część utworu "Son and Daughter"), w której zresztą słychać wyraźny wpływ solówki z "Peel the Paint" Gentle Giant.. Do udanych fragmentów albumu nie sposób zaliczyć wygłupów w rodzaju "In the Lap of the Gods" i "Bring Back That Leroy Brown".

Bronią się natomiast oba single. Napisany przez Mercury'ego wodewilowy pastisz "Killer Queen", doskonale pokazujący wszystkie charakterystyczne cechy stylu zespołu, stał się jego pierwszym naprawdę wielkim przebojem (2. miejsce na liście w Wielkiej Brytanii, 12. w Stanach). Utrzymany w stylistyce wygładzonego hard rocka "Now I'm Here", podpisany oczywiście przez Maya, też nieźle poradził sobie na brytyjskim notowaniu (11. miejsce), ale przede wszystkim świetnie sprawdzał się na koncertach. Jednak dziś prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnym utworem z tego albumu jest "Stone Cold Crazy" - rozpędzony, dość agresywny kawałek (i kolejny doskonały utwór na koncerty), zdający się zapowiadać takie style, jak speed i thrash metal. Zresztą po latach własną wersję nagrała Metallica. Co ciekawe, utwór pochodzi jeszcze z czasów poprzedniego zespołu Mercury'ego, Wreckage - oryginalnie był grany dużo wolniej, aż stopniowo zyskał swój ostateczny kształt (nie do końca wiadomo dzięki komu, dlatego jest pierwszym utworem Queen podpisanym nazwiskami wszystkich członków). Dość przyjemnie wypadają dwa ostatnie, balladowe utwory: śpiewany przez Maya, jakby beatlesowski "She Makes Me" oraz podniosły  "In the Lap of the Gods... Revisited", będący swego rodzaju zapowiedzią "We're the Champions" - hymnem do śpiewania na koncertach razem z fanami.

"Sheer Heart Attack" mógłby być znacznie lepszym albumem, gdyby zespół poczekał trochę z wejściem do studia, przeznaczając więcej czasu na dopracowanie części utworów ("Brighton Rock" czy "Flick of the Wrist" znacznie lepiej wypadały później podczas występów na żywo), a być może też na napisanie kolejnych, które mogłyby zastąpić co słabsze momenty (a więc znaczną część drugiej strony winylowego wydania). 

Ocena: 6/10



Queen - "Sheer Heart Attack" (1974)

1. Brighton Rock; 2. Killer Queen; 3. Tenement Funster; 4. Flick of the Wrist; 5. Lily of the Valley; 6. Now I'm Here; 7. In the Lap of the Gods; 8. Stone Cold Crazy; 9. Dear Friends; 10. Misfire; 11. Bring Back That Leroy Brown; 12. She Makes Me (Stormtrooper in Stilettos); 13. In the Lap of the Gods... Revisited

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, pianino (6,9), banjolele (11), wokal (12), dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa, gitara (3,7,10,12), kontrabas (11); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (3), dodatkowy wokal
Producent: Roy Thomas Baker i Queen


11 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Queen II" (1974)



W ciągu niespełna roku, jaki minął od zakończenia nagrywania debiutu do rozpoczęcia prac nad kolejnym albumem, muzycy poczynili znaczące postępy. "Queen II" to album dojrzały, pełen przemyślanych kompozycji i aranżacji, utrzymanych w już całkowicie wykrystalizowanym, unikalnym stylu. Zwraca uwagę już eleganckie i staranie przemyślane wydanie (przynajmniej w oryginalnej wersji winylowej), z kultową okładką (później ożywioną w teledysku "Bohemian Rhapsody") oraz podziałem na strony białą i czarną, zamiast standardowych A i B. Co prawda, nie jest to album koncepcyjny, ale z całej dyskografii Queen stanowi zdecydowanie najbardziej spójne i dopracowane dzieło.

Pierwszą stronę, a więc białą, wypełniają kompozycje Briana Maya i Rogera Taylora. Gitarzysta odpowiada za cztery pierwsze utwory. Orkiestrowa introdukcja "Procession" (zagrana wyłącznie na przetworzonej efektami gitarze) płynnie przechodzi majestatyczny, łączący przebojowość z hardrockowym ciężarem i dość rozbudowaną strukturą "Father to Son". To zdecydowanie jeden z najlepszych i najbardziej niedocenionych utworów Queen. Podobnie zresztą jak piękna ballada "White Queen (As It Began)", z partią gitary ciekawie imitującą w pewnym momencie sitar. Mniej interesująco wypada "Some Day One Day" - w sumie zwyczajna piosenka, niezbyt przekonująco śpiewana przez jej autora. To taki typowy wypełniacz. Fajnie wypada natomiast napisany przez perkusistę i przez niego zaśpiewany "The Loser in the End", w warstwie muzycznej wyraźnie zdradzający inspirację zeppelinową "Czwórką", ale bez przekraczania cienkiej granicy plagiatu (wpływ Led Zeppelin jest słyszalny także w bluesowej kompozycji Maya "See What a Fool I've Been", która jednak nie trafiła na album, a na stronę B towarzyszącego mu singla).

Druga, czarna strona składa się natomiast z sześciu kompozycji Freddiego Mercury'ego. Zaczyna się od dość konwencjonalnego (pomijając studyjne efekty), hardrockowego "Ogre Battle". Jednak zaraz potem rozbrzmiewa zwariowany "The Fairy Feller's Master-Stroke", z partiami klawesynu i licznymi gitarowymi i wokalnymi nakładkami, rozrzuconymi w stereofonicznym miksie. Urocza miniaturka "Nevermore" daje chwilę wytchnienia przed podniosłym, rozbudowanym "The March of the Black Queen", będącym prekursorem słynnego "Bohemian Rhapsody". Już tutaj zespół umiejętnie połączył elementy rockowe i operowe, nadając im wyraźnie pastiszową formę. To jeden z najbardziej złożonych utworów grupy, zbudowany na polirytmicznym podkładzie i z partiami wokalnymi obejmującymi dwie i pół oktawy. Byłby to świetny finał albumu, ale po nim rozbrzmiewają jeszcze dwa kawałki: celowo niepoważny, ale i tak nieco zbyt banalny "Funny How Love Is" i rozbudowana wersja "Seven Seas of Rhye", w której najlepiej wypada znany z poprzedniego albumu początek, do którego dobudowano już nie tak dobre rozwinięcie. Kawałek został jednak wydany na singlu i odniósł całkiem spory sukces w ojczyźnie muzyków (10. miejsce na UK Singles Chart).

"Queen II" zawiera jedne z najlepszych (i zarazem najbardziej niedocenianych) utworów w całej karierze zespołu, kilka innych na bardzo przyzwoitym poziomie, ale i kilka nieco słabszych. Problem ten dotyczy zresztą całej dyskografii grupy. Ten album jest przynajmniej spójniejszy stylistycznie od późniejszych, nie tak szalenie eklektyczny. Tym większa szkoda, że ostateczny efekt budzi dość mieszane odczucia, choć ze zdecydowaną przewagą tych pozytywnych.

Ocena: 8/10



Queen - "Queen II" (1974)

1. Procession; 2. Father to Son; 3. White Queen (As It Began); 4. Some Day One Day; 5. The Loser in the End; 6. Ogre Battle; 7. The Fairy Feller's Master-Stroke; 8. Nevermore; 9. The March of the Black Queen; 10. Funny How Love Is; 11. Seven Seas of Rhye

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, pianino (2), wokal (4), dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa, gitara (2); Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (5), dodatkowy wokal
Gościnnie: Roy Thomas Baker - instr. perkusyjne (7), stylofon (11)
Producent: Roy Thomas Baker, Robin Geoffrey Cable i Queen


10 kwietnia 2013

[Recenzja] Queen - "Queen" (1973)



Queen to bez wątpienia jeden z najbardziej charakterystycznych zespołów rockowych. Charyzmatyczny, niezwykle utalentowany wokalista Freddie Mercury i mający bardzo oryginalne brzmienie gitarzysta Brian May zapewniają natychmiastową rozpoznawalność. I to pomimo wyjątkowo eklektycznego stylu, czerpiącego inspiracje z praktycznie całej muzyki popularnej. W ciągu swojej niespełna dwudziestoletniej kariery (późniejsze poczynania Maya i perkusisty Rogera Taylora lepiej pominąć milczeniem) zespół zyskał ogromną sławę, która zapewniła mu nieśmiertelność. Ale mam wrażenie, że jest traktowany raczej jako pewne zjawisko lub popowa gwiazda, a większości słuchaczy wystarcza znajomość największych przebojów. Tymczasem albumy zespołu nierzadko pokazywały, że muzyków stać na dużo więcej, niż tworzenie popowych hymnów.

Już na swoim fonograficznym debiucie zespół pokazał, że ma na siebie oryginalny pomysł. Co słychać przede wszystkim w takich utworach, jak "My Fairy King", "Liar" i "Jesus". We wszystkich zwracają uwagę charakterystyczne, często wielogłosowe partie wokalne i zwielokrotnione za pomocą efektów brzmienie gitary. Ujawnia się w nich także zamiłowanie do takiej nieco kiczowatej, pastiszowej, teatralnej estetyki. Na albumie dominuje jednak granie o zdecydowanie hardrockowym charakterze. W "Great King Rat", wspomnianym "Liar", a zwłaszcza w "Son and Daughter" nie brakuje ciężkich gitarowych riffów, uzupełnianych solidną grą sekcji rytmicznej. Warto zauważyć, ze basista John Deacon nie ogranicza się tu do samego akompaniamentu - w "Son and Daughter" jego partie doskonale uzupełniają się z gitarą Maya, a w "Liar" gra nawet krótkie solo. Najostrzejszym utworem jest rozpędzony, nietrwający nawet dwóch minut "Modern Times Rock 'n' Roll", w którym obowiązki wokalisty przejął Taylor. Bardziej przebojową odmianę hard rocka zaprezentowano natomiast w "Keep Yourself Alive", wybranym na singiel, który jednak został całkowicie zignorowany (za to w koncertowym repertuarze utrzymał się praktycznie do samego końca). Mniej przekonująco wypadają tutaj spokojniejsze kawałki. Nieco beatlesowski "Doin' All Right" jest zwyczajnie banalny, a ballada "The Night Comes Down" wypadła dość topornie. Dość ciekawy jest natomiast "Seven Seas of Rhye", ale to tylko minutowa miniaturka, która w pełnej wersji została zaprezentowana dopiero na kolejnym albumie.

"Queen" to całkiem udany debiut mającego na siebie pomysł zespołu, choć pokazujący jeszcze pewną niedojrzałość muzyków, zwłaszcza w kompozytorskim warsztacie. Nie pomaga fakt, że zespół został nieco wygładzony brzmieniowo, przez co utwory w rodzaju "Son and Daughter" i "Liar" nie zabrzmiały tak potężnie, jak podczas koncertów. 

Ocena: 7/10



Queen - "Queen" (1973)

1. Keep Yourself Alive; 2. Doing All Right; 3. Great King Rat; 4. My Fairy King; 5. Liar; 6. The Night Comes Down; 7. Modern Times Rock 'n' Roll; 8. Son and Daughter; 9. Jesus; 10. Seven Seas of Rhye...

Skład: Freddie Mercury - wokal i instr. klawiszowe; Brian May - gitara, pianino (2), dodatkowy wokal; John Deacon - gitara basowa; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (7), dodatkowy wokal
Producent: John Anthony, Roy Thomas Baker i Queen


8 kwietnia 2013

[Recenzja] Ghost - "Infestissumam" (2013)



Dwa i pół roku zajęło muzykom szwedzkiego Ghost przygotowanie drugiego albumu. Nie przypadkiem podkreślam narodowość zespołu, bo jak nie trudno się domyślić, istnieje więcej grup o tej nazwie. Doprowadziło to do dość kuriozalnej w sumie sytuacji. Muzycy zostali prawnie zmuszeni, aby na terenie Stanów używać zmienionej nazwy. Stąd też na okładce amerykańskiego wydania "Infestissumam" widnieje nazwa Ghost B.C. To nie jedyna zmiana. W opisie albumu zamiast Papy Emeritusa widnieje Papa Emeritus II. W rzeczywistości grupa ma wciąż tego samego frontmana, który dzięki charakterystycznej barwie głosu został zidentyfikowany jako Tobias Forge, były członek zespołów Subvision, Repugnant i Crashdïet. Tożsamość pozostałych muzyków, Bezimiennych Upiorów, wciąż owiana jest tajemnicą. Ghost nie zmienił zatem swojej strategii - wciąż przyciąga uwagę za pomocą świadomie infantylnej i kiczowatej otoczki. A co oferuje pod względem muzycznym?

Po sukcesie "Opus Eponymous" muzycy mogli kurczowo trzymać się wypracowanej, rozpoznawalnej stylistyki, jednak postanowili nieco ją dopracować i wprowadzić parę nowych elementów. Na "Infestissumam" położono jeszcze większy nacisk na wyrazistość melodii, a także bardziej przyłożono się do aranżacji. W nagrania został nawet zaangażowany prawdziwy chór. I album rozpoczyna się właśnie od jego partii, śpiewanej po łacinie, najpierw a capella, a już po chwili z podniosłym akompaniamentem zespołu. Właśnie to oferuje tytułowy "Infestissumam", będący niespełna dwuminutową introdukcją, płynnie przechodzącą w "Per Aspera ad Inferi". To jeden z ciekawszych momentów albumu. Zwrotki utrzymane są w stylu znanym już z poprzedniego albumu: posępny metalowy riff, partia organów - trochę kościelna, trochę w klimacie starych horrorów, ale też nieco psychodeliczna - a także melodyjny, popowy śpiew Emeritusa. Ale już podniosły i całkiem chwytliwy refren, śpiewany przez wokalistę wyłącznie z akompaniamentem perkusji i organów, to nowy, bardzo udany pomysł.

Do tego poziomu zbliża się jeszcze kilka kawałków. Na szczególne wyróżnienie zasługuje na pewno finałowy "Monstrance Clock", z najbardziej chyba chwytliwym refrenem i bardzo zgrabną aranżacją, w której typowe dla grupy elementy wzbogacono bardzo fajnymi partiami syntezatora oraz, ponownie, partią chóru. Chór istotną rolę ogrywa też w "Year Zero", zdecydowanie cięższym i mroczniejszym, choć jednocześnie całkiem chwytliwym. Ciekawie i dość zaskakująco prezentuje się również "Ghuleh / Zombie Queen". W pierwszej części jest to łagodna piosenka, w trochę psychodelicznym klimacie, z akompaniamentem klawiszy i perkusji, do których dopiero po dłuższym czasie dołącza gitara. Druga część jest już ostrzejsza, ale wyróżnia się wręcz kabaretowym charakterem. 

Z pozostałych kawałków trzeba wymienić przede wszystkim singlowy "Secular Haze", ze świetnymi klawiszami, kojarzącymi się z klasycznymi filmami grozy, ale też całkiem charakterystycznymi, posępnymi riffami, a ponadto wyrazistym basem i kolejną melodyjną partią wokalną. Broni się jeszcze najcięższy na płycie "Depth of Satan's Eyes", w którym nie zabrakło przebojowego refrenu. Ale już "Idolatrine" okazuje się nieco bezbarwny. Najbardziej jednak rozczarowują "Jiggalo Har Megiddo" i "Body and Blood" - niby fajne, chwytliwe, ale jakieś takie zbyt pogodne, zbliżające się do zwyczajnego pop rocka. A przecież jednym z atutów Ghost jest łączenie odległych, pozornie niepasujących do siebie rzeczy. W tych dwóch kawałkach tego brakuje i mam nadzieję, że nie jest to kierunek, w jakim zespół podąży na następnych albumach. Choć z drugiej strony zastanawia mnie, jak wiele jeszcze da się wydobyć ze stylistyki prezentowanej w pozostałych kawałkach. Prędzej lub później zespół będzie musiał pójść w inną stronę. Mam nadzieję, że zaproponuje raczej coś wymykającego się łatwemu zaszufladkowaniu, co na razie się udaje. 

"Infestissumam" to, podobnie jak debiut, wydawnictwo przeznaczone przede wszystkim dla osób z poczuciem humoru pozwalającym na załapanie tej pastiszowej estetyki, a także otwartych na muzykę, która w równym stopniu czerpie z metalu i popu, dodając do tego parę innych rzeczy. Album przebija swojego poprzednika pod względem kompozytorskim, aranżacyjnym, brzmieniowym, a może i wykonawczym, jednak nie każdy utwór prezentuje się równie ciekawie, a niektóre z nich są co najmniej kontrowersyjne. Dlatego wyraźny postęp zaowocował tylko trochę lepszym albumem.

Ocena: 7/10



Ghost - "Infestissumam" (2013)

1. Infestissumam; 2. Per Aspera ad Inferi; 3. Secular Haze; 4. Jiggalo Har Megiddo; 5. Ghuleh / Zombie Queen; 6. Year Zero; 7. Idolatrine; 8. Body and Blood; 9. Depth of Satan's Eyes; 10. Monstrance Clock

Skład: Papa Emeritus II - wokal; Nameless Ghouls - wszystkie instrumnety
Gościnnie: St. Trident Tenors of Tinseltown - dodatkowy wokal
Producent: Nick Raskulinecz


Po prawej: okładka singla "Secular Haze".


6 kwietnia 2013

[Recenzja] Ghost - "Opus Eponymous" (2010)



Od kilku lat panuje moda na granie retro. Mniej kreatywni przedstawiciele tego nieformalnego nurtu po prostu zamykają się w jednej stylistyce bądź nawet ograniczają do kopiowania konkretnego wykonawcy. Nie brakuje jednak bardziej pomysłowych twórców, którzy mieszają ze sobą różne, często odległe wpływy. Takim właśnie przypadkiem jest szwedzki Ghost. Zespół zwrócił na siebie uwagę jeszcze przed premierą debiutanckiego albumu. Wszystko za sprawą tajemniczej otoczki. Nieznane są nazwiska muzyków, którzy na sesjach zdjęciowych i koncertach pojawiają się w przebraniach. Wokalista, używający pseudonimu Papa Emeritus, przyodziewa papieską szatę i maskę kościotrupa, natomiast instrumentaliści - dwaj gitarzyści, basista, klawiszowiec oraz perkusista - nazywani Bezimiennymi Upiorami (Nameless Ghouls), ukrywają się w strojach mnichów, z głęboko nasuniętymi kapturami. Nawiązania do chrześcijańskich tradycji są obecne także w tekstach, które można nazwać satanistycznymi. To wszystko mogłoby sugerować, że mamy do czynienia z zespołem wykonującym black lub death metal. Nic bardziej mylnego. W opisach muzyki granej przez Ghost często pojawiają się takie nazwy, jak Blue Öyster Cult, Mercyful Fate, Black Sabbath czy... The Beatles, a do tego wszystkiego należałoby jeszcze dodać wyraźne podobieństwa do rocka psychodelicznego.

Debiutancki album Ghost nosi przewrotny tytuł "Opus Eponymous", czyli "dzieło eponimiczne", a więc zatytułowane tak, jak wykonawca. Innymi słowy, album mógłby nazywać się "Ghost" i wyszłoby na to samo. Ale to byłoby za proste dla grupy, która stara się wymknąć ścisłym klasyfikacjom. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie na podstawie dziewięciu zamieszczonych tu nagrań. Pełniący rolę wstępu "Deus Culpa" opiera się wyłącznie na partii organów - z jednej strony bardzo delikatnej, ale i trochę niepokojącej. Właściwy styl zespołu poznajemy w "Con Clavi Con Dio", w którym posępnemu gitarowemu riffowi towarzyszą nieco psychodeliczne organy, mnisie zaśpiewy po łacinie, a także wręcz popowo melodyjna partia wokalna Papy Emeritusa, którego barwa głosu i sposób śpiewania są zupełnie niemetalowe. Razem tworzy to całkiem unikalne i spójne połączenie. Podobnie wypadają kolejne utwory, tylko czasem większy nacisk położono na przebojowość ("Ritual", "Stand By Him", "Satan Prayer"), a kiedy indziej na ciężar ("Elizabeth", "Death Knell", "Prime Mover"), choć zawsze mamy do czynienia z jednym i drugim. Dopiero w finałowym instrumentalu "Genesis" zespół pokazuje się od nieco innej, trochę poważniejszej strony. Szczególnie tutaj słychać, że kimkolwiek są członkowie zespołu, nie są to żadni przypadkowi amatorzy. Japońskie wydanie zawiera jeszcze przeróbkę beatlesowskiego "Here Comes the Sun". W zasadzie nie różni się znacząco od pierwowzoru, ale i tak muzycy bardzo mocno odcisnęli na nim własne piętno. Potwierdzając w ten sposób, że wypracowali sobie rozpoznawalne brzmienie.

Ta cała infantylna otoczka i ten groteskowy mrok wydają się zupełnie świadomie kiczowate. Słychać, że muzycy po prostu świetnie się bawią taką konwencją, igrając ze słuchaczami, którzy nie spodziewają się takiego przełamywania metalowych schematów. Jednocześnie "Opus Eponymous" broni się za sprawą wyrazistych melodii (to chyba najbardziej wyróżnia Ghost spośród innych kapel retro-rockowych) i bardzo fajnego, charakterystycznego brzmienia. Większość negatywnych opinii wynika stąd, że słuchacze metalu dali się nabrać na wizerunek grupy, a zamiast bezsensownego łomotu otrzymali połączenie ciężkich riffów z hippisowskimi klawiszami i niemalże popowym wokalem. Czas pokaże, czy Ghost to tylko ciekawostka na jeden raz, czy może wyrośnie na jeden z najlepszych rockowych zespołów XXI wieku. Zbliżająca się premiera drugiego albumu pozwoli już za parę dni to zweryfikować.

Ocena: 7/10



Ghost - "Opus Eponymous" (2010)

1. Deus Culpa; 2. Con Clavi Con Dio; 3. Ritual; 4. Elizabeth; 5. Stand by Him; 6. Satan Prayer; 7. Death Knell; 8. Prime Mover; 9. Genesis

Skład: Papa Emeritus - wokal; Nameless Ghouls - wszystkie instrumenty
Producent: Gene Walker