24 sierpnia 2012

[Recenzja] Dio - "Holy Diver" (1983)



Ronnie James Dio po wyrzuceniu z Black Sabbath postanowił zebrać własny zespół. Razem z nim z poprzedniej grupy wyleciał perkusista Vinny Appice, więc wybór bębniarza był oczywisty. Na posadę basisty ściągnięto natomiast Jimmy'ego Baina, który występował już z wokalistą w Rainbow. Pozostało więc tylko znaleźć odpowiedniego gitarzystę. W wyniki kastingu posadę otrzymał Vivian Campbell, nie mający jeszcze za sobą szczególnych osiągnięć - udzielał się tylko w Sweet Savage, amatorskiej kapeli z nurtu New Wave of British Heavy Metal. Kwartet przyjął niezbyt wyszukaną nazwę Dio i wkrótce zabrał za nagrywanie debiutanckiego albumu, zatytułowanego "Holy Diver".

Dio był wokalistą o niemałych możliwościach wokalnych, ale i o niezbyt dobrym poczuciu estetyki. Już w swoich poprzednich zespołach często przesadnie szarżował i popadał w teatralną manierę. Tam jednak na ogół temperowali go pozostali muzycy. We własnym zespole nie musiał nikogo słuchać, jak ma śpiewać, ani o czym pisać teksty. Mógł w końcu całkiem pogrążyć się w wykreowanej przez siebie, infantylnej krainie smoków, tęcz i wszechobecnego kiczu. Niestety, o ile w Rainbow czy Black Sabbath towarzyszyła temu na ogół całkiem przyzwoita warstwa instrumentalna, tak tutaj jest już dużo gorzej. Zdecydowanie dominuje typowa dla roku wydania metalowa sztampa. Kawałki w rodzaju "Stand Up and Shout", "Gypsy" czy "Caught in the Middle" są zawsze oparte na identycznym, zwrotkowo-refrenowym schemacie. Riffy Campbella są zupełnie pozbawione finezji i kreatywności, opierają się na ogranych metalowych patentach. Natomiast jego solówki są jedynie pokazem szybkości i techniki, nie różniąc się zresztą od tego, co grali inni metalowi wioślarze. Sekcja rytmiczna też nie pokazuje tutaj niczego ciekawego, gra absolutne minimum, schowana za ścianą gitary i głosu. Pomimo tej całej prostoty muzyki, Ronnie śpiewa z takim zaangażowaniem, powagą i patosem, jakby był przekonany, że tworzy prawdziwą sztukę.

Co dobrego mogę o tym albumie powiedzieć, to fakt, że mimo bardzo ograniczonych środków muzycznego wyrazu, stosowanych przez zespół, utwory nie są identyczne. W "Don't Talk to Strangers" i "Invisible" pojawiają się łagodniejsze momenty, w których Ronnie mógł zaprezentować kobiecą stronę swojej natury... tzn. głosu. Zdarzają się też wyprawy w nieco cięższe, wyraźnie sabbathowe rejony, czego potwierdzeniem "Shame on the Night" oraz tytułowy "Holy Diver" (niebezpiecznie zbliżający się do splagiatowania "Heaven and Hell"). W tych fragmentach jest odrobinę lepiej, aczkolwiek nie da się ukryć, że to tylko popłuczyny po poprzednim zespole wokalisty i perkusisty, w dodatku niezbyt do takiej stylistyki pasuje sposób gry Cambella. O ile wszystkim dotąd wspomnianym kawałkom zarzucić można przede wszystkim przesadne powielanie metalowych schematów oraz charakterystyczny dla takiej muzyki brak jakichkolwiek ambicji artystycznych, tak znalazł się tutaj też jeden ewidentny paździerz. Mowa o singlowym "Rainbow in the Dark". W zasadzie mamy tu do czynienia z tym samym, co pojawia się w pozostałych kawałkach: piosenkowy schemat, na zmianę toporną i pseudo-wirtuozerską gitarę, nijaką sekcję rytmiczną oraz emfatyczny śpiew. Jednak tutaj dochodzi do tego niewiarygodne banalny i strasznie żenujący klawiszowy motyw, grany osobiście przez lidera. To jest po prostu kwintesencja złego smaku w muzyce.

Bardzo kiedyś lubiłem ten album, ale dziś już nie jestem w stanie go słuchać. Z upływem czasu coraz rzadziej miałem ochotę wracać do heavy metalu, zamiast tego odkrywałem inne, zwykle ambitniejsze rodzaje muzyki. I słuchanie ich bardzo zmieniło moje poczucie estetyki. Jednak nawet obecnie słuchanie płyt Black Sabbath, czy nawet koncertów Rainbow z Dio, nie budzi we mnie negatywnych emocji (a do wczesnego Sabbath wracam nawet z przyjemnością), tak w przypadku Dio czuję się mocno zażenowany ilością kiczu, wynikającego przede wszystkim z połączenia prostych, sztampowych kompozycji z pełnym powagi wykonaniem, a także niektórych rozwiązań aranżacyjnych. "Holy Diver" w zasadzie nie jest jeszcze taki najgorszy, Broni się jako muzyka czysto użytkowa, przy której można poskakać czy pomachać głową, a wiec nadająca się przede wszystkim dla młodszych słuchaczy (aczkolwiek identyczną funkcję może spełniać mnóstwo innej muzyki, nierzadko mającej więcej wartości od tej). Natomiast późniejsze albumy Dio, na czele z trzecim w dyskografii "Sacred Heart" są już dużo gorsze. Skład na nich został poszerzony o klawiszowca, którego zadaniem było dodawanie jeszcze więcej kiczu tandetnymi partiami syntezatora. Jeśli już ktoś koniecznie chciałby się zapoznać się dokonaniami grupy Dio - zakładam więc, że taki ktoś nie jest miłośnikiem heavy metali, bo już by znał całą dyskografię - to ewentualnie może, na własną odpowiedzialność, sięgnąć właśnie po "Holy Diver". W sumie warto i takich rzeczy słuchać, żeby mieć większą bazę odniesień. Być może pozwoli to bardziej docenić inne gatunki.

Ocena: 4/10



Dio - "Holy Diver" (1983)

1. Stand Up and Shout; 2. Holy Diver; 3. Gypsy; 4. Caught in the Middle; 5. Don't Talk to Strangers; 6. Straight Through the Heart; 7. Invisible; 8. Rainbow in the Dark; 9. Shame on the Night

Skład: Ronnie James Dio - wokal, syntezatory; Vivian Campbell - gitara; Jimmy Bain - gitara basowa; Vinny Appice - perkusja
Producent: Ronnie James Dio


19 sierpnia 2012

[Recenzja] Witchcraft - "The Alchemist" (2007)



Jeżeli dwa pierwsze albumy Witchcraft są fanowskim hołdem dla grupy Pentagram, tak "The Alchemist" pokazuje, że zespół stać na dużo więcej, niż dość bezrefleksyjne kopiowanie swoich idoli. Na swoim trzecim pełnowymiarowym wydawnictwie Szwedzi w końcu poszli w jakość, zamiast w ilość. Zamiast stworzyć więcej utworów, skupili się na udoskonaleniu kilku pomysłów. W rezultacie, longplay zawiera tylko siedem utworów (w tym jeden mocno rozbudowany), za to w każdym z nich dużo się dzieje i każdy przyciąga czymś uwagę.

"Walking Between the Lines" to bardzo fajny, melodyjny i energetyczny, ale niezbyt ciężki otwieracz. Całkiem nieźle wypadają tu gitarowe solówki. W "If Crimson Was Your Colour" zespół gra już bardziej intensywnie, a ciekawym smaczkiem są brzmienia klawiszowe. "Leva" wyróżnia się szwedzkojęzycznym tekstem i bardziej uwypuklonym basem. W wolniejszym, nieco posępnym "Hey Doctor" wracają pentagramowo-sabbathowe skojarzenia, ale sam utwór wypada dużo ciekawej od tych z poprzednich płyt Witchcraft. "Samaritian Burden" to przede wszystkim popis sekcji rytmicznej, która została wysunięta na pierwszy plan, ale zadziorne partie gitar też odgrywa tu niebagatelną rolę; bardzo pomysłowa jest natomiast zmiana klimatu pod koniec utworu. "Remembered" to z kolei parę świetnych riffów, dobra gra sekcji rytmicznej, chwytliwa melodia i... saksofonowe solo fantastycznie dopełniające sabbathowy podkład. Saksofon powinien być zdecydowanie częściej używany przez hardrockowe grupy. Finał albumu to trwający nieco ponad dziesięć minut "The Alchemist", czytelnie nawiązujący do rocka progresywnego. Charakteryzuje się licznymi zmianami dynamiki i nastroju, hardrockowe riffy przeplatają się z łagodniejszymi momentami, wzbogaconymi o brzmienie gitary akustycznej i klawiszy (w tym melotronu). Nawet całkiem przekonująco to wyszło.

"The Alchemist" to bez wątpienia najlepszy retro-rockowy album, jaki słyszałem. Wyróżnia się wyjątkowo udanymi kompozycjami i zawiera parę bardzo trafionych pomysłów aranżacyjnych. Nawiązania do muzyki rockowej z początku lat 70. są oczywiste, ale bardziej już na zasadzie inspiracji, niż imitacji. Warto też zwrócić uwagę na brzmienie, bardzo klasyczne, ale na pewno nie archaiczne. Oczywiście, to nie jest album, który cokolwiek wnosi do muzyki rockowej. Przynosi za to sporo naprawdę fajnego grania i dlatego nie powinien rozczarować żadnego wielbiciela takiej stylistyki.

Ocena: 8/10



Witchcraft - "The Alchemist" (2007)

1. Walking Between the Lines; 2. If Crimson Was Your Colour; 3. Leva; 4. Hey Doctor; 5. Samaritian Burden; 6. Remembered; 7. The Alchemist

Skład: Magnus Pelander - wokal i gitara; John Hoyles - gitara; Ola Henriksson - gitara basowa; Fredrik Jansson - perkusja
Gościnnie: Tom Hakava - instr. klawiszowe (2,7); Anders Andersson - saksofon (6)
Producent: Tom Hakava


17 sierpnia 2012

[Recenzja] Witchcraft - "Firewood" (2005)



Choć "Firewood" ukazał się zaledwie rok po eponimicznym debiucie Witchcraft, słychać tu znaczne postępy. Lepsze na pewno jest brzmienie. Na tym longplayu nie przypomina garażowej produkcji z lat 70. - jest to już zdecydowanie bardziej profesjonalna stylizacja na tamten okres (aczkolwiek wyraźnie słychać, że to album nagrany współcześnie). Jeśli chodzi o styl, to inspiracja Pentagram (bezpośrednia) i Black Sabbath (przynajmniej pośrednia) wciąż jest ewidentna. Szczególnie w takich kawałkach, jak "Queen of Bees", "Wooden Cross", czy "I See a Man" (nie wspominając o kolejnym coverze pierwszej z tych grup, "When the Screams Come", który został tu dołączony jako ukryty bonus). Choć nie brakuje momentów, które aż tak oczywistych skojarzeń nie wywołują. Przebojowy "If Wishes Were Horses", swobodny "Attention!", instrumentalna miniatura "Merlin's Daughter", a także wzbogacony o gitarę akustyczną i flet "Sorrow Evoken" to po prostu klasycznie rockowe granie, nie przywołujące na myśl konkretnych nazw (no może oprócz ostatniego, który momentami wywołuje skojarzenia z łagodniejszym wcieleniem Led Zeppelin lub Jethro Tull). Te cztery utwory, wraz z otwieraczem "Chlyde of Fire", stanowią najmocniejsze, najbardziej wyraziste punkty albumu i zarazem świadczą o pewnym rozwoju kompozytorskich umiejętności zespołu. Wciąż jednak jest to tylko przyjemne granie w stylu retro, bez większych ambicji.

Ocena: 6/10



Witchcraft - "Firewood" (2005)

1. Chylde of Fire; 2. If Wishes Were Horses; 3. Mr Haze; 4. Wooden Cross (I Can't Wake the Dead); 5. Queen of Bees; 6. Merlin's Daughter; 7. I See a Man; 8. Sorrow Evoker; 9. You Suffer; 10. Attention!

Skład: Magnus Pelander - wokal i gitara; John Hoyles - gitara; Ola Henriksson - gitara basowa; Jonas Arnesén - perkusja
Gościnnie: Will Summers - flet (8)
Producent: Witchcraft i Jens Henriksson


16 sierpnia 2012

[Recenzja] Witchcraft - "Witchcraft" (2004)



Od dobrych paru lat w muzyce rockowej panuje moda na granie retro. Nowe zespoły, zamiast próbować czegoś nowego i tworzyć swój oryginalny styl, imitują muzykę sprzed wielu lat. Na celownik biorą zwykle przełom lat 60. i 70., a swoje inspiracje ograniczają zwykle do dwóch czy trzech zespołów, starając się jak najwierniej oddać nie tylko ich styl, ale i brzmienie. Jednym z takich zespołów jest szwedzki Witchcraft. Założony w 2000 roku przez śpiewającego gitarzystę Magnusa Pelandera, początkowo miał być jednorazowym projektem. Muzyk chciał tylko zarejestrować singiel będący hołdem dla swoich dwóch idoli - Bobby'ego Lieblinga (z proto-doom-metalowgo Pentagram) i Roky'ego Ericksona (niegdyś członka pionierów rocka psychodelicznego - The 13th Floor Elevators). Singiel z utworami "No Angel No Demon" i "You Bury Your Head" ukazał się w 2002 roku. Być może faktycznie na tym by się skończyło, jednak wydawnictwo dotarło do Lee Dorriana - muzyka znanego m.in. z Cathedral i Napalm Death, ale także właściciela wytwórni Rise Above. Dorrian zaproponował muzykom Witchcraft nagranie całego albumu.

Eponimiczny debiut Szwedów ukazał się w 2004 roku nakładem wytwórni Dorriana. Poza nowymi wersjami utworów z singla, znalazło się na nim dziewięć premierowych nagrań. Stylistycznie najbliżej im do twórczości Pentagram (w repertuarze znalazł się nawet jego cover - "Please Don't Forget Me"). Wpływ twórczości Ericksona słychać właściwie tylko we wspomnianym "No Angel No Demon", a także w "I Want to Know". Ponadto znalazły się tu dwa quasi-balladowe nagrania: "What I Am" i "Her Sisters They Were Weak". W tym drugim słychać nawet inspiracje folkowymi klimatami. Cała reszta albumu to już fanartowski hołd dla Lieblinga, który przecież nawet nie był prekursorem takiego grania - po prostu podebrał parę patentów grupie Black Sabbath i zbudował na nich całą twórczość swojego Pentagram i innych tworów. Dokonania Witchcraft to zatem dziesiąta woda po kisielu. Poza brakiem oryginalność rażą też dwie inne rzeczy. Najmocniej doskwiera brak wyrazistych kompozycji. Poza dość chwytliwym "No Angel No Demon" i rozbudowanym "Witchcraft", nie ma tu niczego zapamiętywanego. Większość albumu zlewa się ze sobą. Drugi problem dotyczy brzmienia, stylizowanego na domówki Pentagram z lat 70. Tam jednak garażowa produkcja świetnie korespondowała z ciężarem, którego tutaj brakuje, przez co odsłaniane są wszystkie niedoskonałości brzmienia.

Debiut Witchcraft przypomina raczej demówkę, niż regularny album. W dodatku nie słychać tu specjalnego potencjału - materiał jest pozbawiony oryginalności i wyrazistości. Gdyby zespół już nic później nie nagrał, nie byłoby warto w ogóle o nim pamiętać. 

Ocena: 5/10



Witchcraft - "Witchcraft" (2004)

1. Witchcraft; 2. The Snake; 3. Please Don't Forget Me; 4. Lady Winter; 5. What I Am; 6. Schyssta lögner; 7. No Angel or Demon; 8. I Want You to Know; 9. It's So Easy; 10. You Bury Your Head; 11. Her Sisters They Were Weak

Skład: Magnus Pelander - wokal i gitara; John Hoyles - gitara; Mats Arnesen - gitara basowa (oprócz 7); Ola Henriksson - gitara basowa (7); Jonas Arnesen - perkusja
Producent: Witchcraft i Jens Henriksson


8 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Crazy World" (1990)



To z tego albumu pochodzi "Wind of Change". Większość ludzi na świecie kojarzy Scorpions tylko z tym jednym utworem, wciąż uparcie katowanym przez stacje radiowe. Natomiast wielu fanów zespołu nienawidzi go ze względu na popularność (która przecież powinna przypaść któremuś z ich faworytów). Prawda jest taka, że to po prostu dobra, melodyjna piosenka. Tylko i aż tyle. Trochę szkoda, że nie posłużyła za tytuł całego wydawnictwa, na którym słychać prawdziwy powiew zmian. Muzycy zrezygnowali z dalszej współpracy z Dieterem Dierksem i na stanowisko producenta zatrudnili innego fachowca, Keitha Olsena (mającego już na koncie albumy m.in. Fleetwood Mac, Grateful Dead, Santany, Whitesnake i Ozzy'ego Osbourne'a). Zapewnił on solidne, mocniejsze brzmienie, będące miłą odmianą po wygładzonych, plastikowych produkcjach Dierksa z lat 80.

Olsen odegrał ważną rolę także na etapie komponowania. O ile wcześniej pisaniem utworów zajmowali się wyłącznie Klaus Meine, Rudolf Schenker i Herman Rarebell, tak tutaj producentowi udało się przekonać Matthiasa Jabsa i Francisa Buchholza, by także uczestniczyli w tym procesie. Najwyraźniej jednak rozczarował go efekt pracy muzyków, bo zatrudnił zawodowego songwrittera, Jima Vallance'a, który dopracował aż siedem z jedenastu napisanych utworów. Muzykom najwyraźniej ten pomysł się spodobał, bo na każdym z kolejnych albumów również korzystali z usług kompozytorów spoza zespołu.

Album "Crazy World" w większości wypełniają dość standardowe, energetyczne kawałki. Czasem naprawdę chwytliwe, choć popadające w banał (np. refren "Don't Believe Her", zwrotki "To Be with You in Heaven"), a często w przesadną sztampę (np. "Tease Me, Please Me", "Kick After Six", "Hit Between the Eyes"). Jest też kilka cięższych momentów (kompletnie pozbawiony wyrazistości "Money and Fame", niewiele lepszy "Crazy World"), równoważonych przez obowiązkowe ballady - oprócz "Wind of Change", znalazła się tu także przesłodzona "Send Me an Angel", odpychająca banalną melodią i kiczowatym brzmieniem syntezatora.

Ogólnie "Crazy World" wypada trochę lepiej od kilku poprzednich albumów Scorpions, choć w znacznej mierze jest to zasługa lepszego brzmienia, a nie samych kompozycji, które jak zwykle prezentują różny poziom - od całkiem przyzwoitego do dość żenującego.

Ocena: 4/10



Scorpions - "Crazy World" (1990)

1. Tease Me Please Me; 2. Don't Believe Her; 3. To Be With You in Heaven; 4. Wind of Change; 5. Restless Night; 6. Lust or Love; 7. Kick After Six; 8. Hit Between the Eyes; 9. Money and Fame; 10. Crazy World; 11. Send Me an Angel

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Francis Buchholz - gitara basowa; Herman Rarebell - perkusja
Gościnnie: Koen van Baal - instr. klawiszowe (4); Jim Vallance - instr. klawiszowe (11)
Producent: Keith Olsen, Scorpions


7 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Savage Amusement" (1988)



"Savage Amusement" to album, który nawet wśród wielbicieli poprzednich wydawnictw Scorpions nie cieszy się uznaniem. Zespół poszedł jeszcze dalej w stronę komercji i nagrał album po prostu poprockowy, czy też może raczej AOR-owy. Brzmienie jest jeszcze bardziej wygładzone, plastikowe. Produkcja w stylu Bon Jovi pasuje do charakteru samych kompozycji, które są jak zwykle sztampowe, kiczowate i naiwne. Pierwsze trzy kawałki - "Don't Stop at the Top", "Rhythm of Love" i "Passion Rules the Game" - jakoś jeszcze się bronią, dzięki chwytliwym, choć banalnym melodiom. Zaraz potem pojawia się jednak kuriozalny, wręcz dyskotekowy "Media Overkill". A później następuje seria kompletnie nijakich kawałków, zakończona okropnie przesłodzoną balladą "Believe in Love". Co ciekawe muzyka do tego ostatniego została napisana już dekadę wcześniej, w tym samym czasie, co album "Taken By Force". To, a także czteroletnia przerwa wydawnicza przed "Savage Amusement", dobitnie świadczą o braku pomysłów na ten album. Zdecydowanie najsłabszy z wydanych przez zespół do tamtej pory.

Ocena: 2/10



Scorpions - "Savage Amusement" (1988)

1. Don't Stop at the Top; 2. Rhythm of Love; 3. Passion Rules the Game; 4. Media Overkill; 5. Walking on the Edge; 6. We Let It Rock... You Let It Roll; 7. Every Minute Every Day; 8. Love on the Run; 9. Believe in Love

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Francis Buchholz - bass; Herman Rarebell - perkusja
Producent: Dieter Dierks


5 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Love at First Sting" (1984)



"Love at First Sting" uznawany jest za jeden z najlepszych albumów Scorpions. Zespół dopracował styl z trzech poprzednich wydawnictw i wydał prawdziwą kopalnię hitów. To oczywiście wciąż granie pozbawione artystycznych ambicji, przeważnie rażące banałem i sztampą, oraz wygładzonym brzmieniem. Ale kompozycje tym razem są nieco bardziej udane. Pod tandetnymi aranżami i topornym wykonaniem często znajdziemy naprawdę dobre melodie. Wyróżniają się przede wszystkim dwa najbardziej znane kawałki z tego krążka, czyli oparty na bardzo fajnym, rozpoznawalnym riffie "Rock You Like a Hurricane", oraz nieco ckliwy, ale całkiem zgrabny "Still Loving You", będący wzorem rockowej power ballady. Ale nawet te bardziej sztampowe utwory, jak "Big City Nights", "Bad Boys Running Wild" czy "I'm Leaving You" są dość znośne, jak na taką stylistykę. Choć są też wyjątki, jak chaotyczny "The Same Thrill", czy bardziej stonowany, niemiłosiernie rozciągnięty "As Soon As the Good Times Roll".

Z ciekawostek warto wspomnieć o tym, że niewiele zabrakło, a album zostałby nagrany z inną sekcją rytmiczną. W 1983 roku z zespołu odeszli Francis Buchholz i Herman Rarebell, a ich miejsca zajęli Jimmy Bain (ex-Rainbow, Dio) i Bobby Rondinelli (ex-Rainbow, później w Black Sabbath). W tym składzie zarejestrowane zostało nawet demo "Love at First Sting", jednak na właściwą sesję nagraniową wrócili Buchholz i Rarebell. Zaskoczeniem może być także fakt, że pomysł na "Still Loving You" pojawił się już około 1977 roku, ale aż siedem lat zajęło muzykom doszlifowanie tej kompozycji i napisanie tekstu. Wyszło to jednak na dobre, bo w porównaniu z wcześniejszymi balladami słychać jakościowy postęp.

"Love at First Sting" wypada lepiej od innych albumów Scorpions z komercyjnego okresu, przynajmniej pod względem kompozytorskim, bo wykonawczo, aranżacyjnie i brzmieniowo jest to wciąż podrzędny hard rock bez żadnych ambicji, nastawiony na mało wymagających słuchaczy.

Ocena: 5/10



Scorpions - "Love at First Sting" (1984)

1. Bad Boys Running Wild; 2. Rock You Like a Hurricane; 3. I'm Leaving You; 4. Coming Home; 5. The Same Thrill; 6. Big City Nights; 7. As Soon As the Good Times Roll; 8. Crossfire; 9. Still Loving You

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Francis Buchholz - gitara basowa; Herman Rarebell - perkusja
Producent: Dieter Dierks


4 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Blackout" (1982)



Po komercyjnych sukcesach albumów "Lovedrive" i "Animal Magnetism", grupa Scorpions znalazła się na progu światowej kariery. Właśnie wtedy doszło do wydarzenia, przez które w jednej chwili wszystko mogło legnąć w gruzach. Podczas sesji nagraniowej kolejnego albumu Klaus Meine zaniemógł wokalnie i wszystko wskazywało na to, że nieprędko będzie mógł wrócić do śpiewania, o ile w ogóle. Pozostali muzycy zaangażowali nowego frontmana, Amerykanina Dona Dokkena, jednak nic nie wynikło z tej współpracy (niedoszły wokalista założył później własną grupę, Dokken, wykonującą nieciekawy i bardzo wtórny heavy metal). Tymczasem Meine poddał się operacji, dzięki której cudownie odzyskał głos, aczkolwiek nigdy już nie wrócił do formy, jaką prezentował wcześniej. Po jego powrocie, zespół dokończył album, któremu nadano tytuł "Blackout". Longplay okazał się największym komercyjnym sukcesem w dotychczasowej karierze grupy i do dziś jest powszechnie uznawany za jedno z jej największych osiągnięć.

W przypadku Scorpions sukces komercyjny nie szedł jednak w parze z sukcesem artystycznym. Im bardziej grupa stawała się popularna, tym mniej wartościową muzykę grała. Na "Blackout" dominuje bardzo sztampowo zagrany hard rock, któremu nie można odmówić energii i chwytliwości, lecz przy okazji kiczowaty i banalny. W tej muzyce nie ma niczego wyrafinowanego ani ambitnego. To proste, popowe piosenki, oparte na zwrotkowo-refrenowym schemacie, ale podane w ostrym, rockowym przebraniu. Czasami czerpiące to, co najgorsze z mającego wówczas swoje pięć minut heavy metalu - vide agresywne refreny utworu tytułowego i "Can't Live Without You", czy cały "Now!" - co brzmi naprawdę żałośnie. Chociaż taki "Dynamite", wyróżniający się niezłym riffem, jest całkiem przyzwoity. Dla równowagi, w innych utworach pojawiają się balladowe wstawki z płaczliwym śpiewem Meine'a - "No One Like You" i "You Give Me All I Need" (swoją drogą, ten wcześniejszy to pierwszy przebój zespołu w Stanach). Oczywiście nie mogło zabraknąć stuprocentowej ballady. "When the Smoke Is Going Down" to w sumie ładny utwór, ale strasznie płytki, muzycznie i tekstowo. Próbą urozmaicenia całości jest powolny, ciężki i dość długi "China White" - niestety, brakuje tu klimatu, jaki ma pełniący podobną rolę na "Animal Magnetism" utwór tytułowy. Na amerykańskim wydaniu znalazła się alternatywna wersja tego utworu, z inną gitarową solówką Rudolfa Schenkera - w obu przypadkach są to jednak nieciekawe piski.

"Blackout" to prawdziwy przegląd przez niemal wszystko, co najbardziej sztampowe, banalne i kiczowate w ciężkim rocku lat 80. (zabrakło chyba tylko tandetnych brzmień syntezatora). Jest to album wyłącznie dla miłośników takiej stylistyki, tzn. komercyjnego rocka ze wspomnianej dekady. Jednak nawet w ramach tej stylistyki, jest to materiał bardzo wtórny, z nijakimi kompozycjami i przeciętnym wykonaniem.

Ocena: 4/10



Scorpions - "Blackout" (1982)

1. Blackout; 2. Can't Live Without You; 3. No One Like You; 4. You Give Me All I Need; 5. Now!; 6. Dynamite; 7. Arizona; 8. China White; 9. When the Smoke Is Going Down

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara, dodatkowy wokal; Matthias Jabs - gitara, dodatkowy wokal; Francis Buchholz - bass, dodatkowy wokal; Herman Rarebell - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Dieter Dierks


3 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Animal Magnetism" (1980)



Na "Animal Magnetism" zespół wrócił do cięższego grania. To jednak prawdopodobnie czysto koniunkturalne posunięcie - był rok 1980, początek wielkiej popularności heavy metalu. A pod względem kompozytorskim tym razem jest jeszcze gorzej, niż poprzednio. "Make It Real", "Don't Make No Promises" i "Only a Man" to okropnie infantylne, sztampowe i banalne kawałki, ale chociaż z jakimś potencjałem komercyjnym. Bo już w takich "Hold Me Tight", "Twentieth Century Man" i "Falling in Love" do powyższych wad dochodzi kompletna nijakość. To jednak jeszcze nic przy "Lady Starlight" - okropnie przesłodzonej balladzie, z kiczowatą aranżacją, płaczliwym śpiewem Klausa Meine i żałośnie banalną gitarową solówką. Poziom niespodziewanie wzrasta pod koniec albumu. Dwa ostatnie, najcięższe utwory - energetyczny i chwytliwy "The Zoo", oraz wolny i posępny "Animal Magnetism" - należą do najlepszych kompozycji zespołu. Ogólnie jednak album jest bardzo słaby i w znacznym stopniu niesłuchalny (zwłaszcza remaster z 2001 roku, gdzie dodatkowo spieprzono i tak nienajlepsze brzmienie).

Ocena: 4/10



Scorpions - "Animal Magnetism" (1980)

1. Make It Real; 2. Don't Make No Promises (Your Body Can't Keep); 3. Hold Me Tight; 4. Twentieth Century Man; 5. Lady Starlight; 6. Falling in Love; 7. Only a Man; 8. The Zoo; 9. Animal Magnetism

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Francis Buchholz - bass; Herman Rarebell - perkusja
Gościnnie: Victoria Richard i Adele Armin - skrzypce (5); Richard Armin - wiolonczela (5); Melvin Berman - obój (5); George Stimpson i Brad Womaar - waltornia (5); Charles Elliot - kontrabas (5)
Producent: Dieter Dierks


2 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Lovedrive" (1979)



Album "Lovedrive" przyniósł niemieckiej grupie długo oczekiwany sukces komercyjny. Po raz pierwszy w karierze, zespołowi udało się trafić do notowań. I to nie tylko w swojej ojczyźnie (11. miejsce), ale także na dwóch najważniejszych rynkach - w Wielkiej Brytanii (36. miejsce) i USA (55. miejsce). W Europie w sprzedaży pewnie pomogła przyciągająca uwagę okładka, zaprojektowana przez firmę Hipgnosis, znaną przede wszystkim ze współpracy z Pink Floyd (magazyn Playboy ogłosił ją najlepszą okładką roku). W Stanach zdecydowano się jednak ją ocenzurować. W promocji pomógł też pewnie fakt, że w nagraniu albumu wziął udział Michael Schenker, którego właśnie wyrzucono z UFO, za nadużywanie alkoholu i narkotyków. To jednak nie on został następcą Uliego Jona Rotha, a Matthias Jabs, który gra w zespole do dzisiaj.

Za sukcesem "Lovedrive" stała jednak przede wszystkim komercjalizacja. Wygładzono brzmienie, a część utworów wyraźnie skrojono pod amerykańskie stacje radiowe, czego przykładem okropny "Loving You Sunday Morning", czy oparty na rytmice reggae i kojarzący się trochę z twórczością The Eagles "Is There Anybody There?". Oczywiście, są też ballady. "Always Somewhere" irytuje płaczliwym śpiewem Klausa Meine'a oraz zdecydowanie nieprzypadkowym podobieństwem do "Simple Man" Lynyrd Skynyrd. Nieco lepiej wypada "Holiday", choć i tak dość kiczowato. Na przeciwnym biegunie znajdują się ostre, agresywne "Another Piece of Meat" i "Can't Get Enough" - oba strasznie chaotyczne, toporne i sztampowe. Całkiem przyzwoicie wypadają natomiast instrumentalny "Coast to Coast" i tytułowy "Lovedrive" (choć ten drugi to kolejny plagiat - tym razem "Lights Out" UFO), które mają i solidne, hardrockowe brzmienie, i dość dobre, a przede wszystkim mniej banalne melodie.

Muzycy przyznają, że właśnie na tym albumie osiągnęli brzmienie, o jakim zawsze marzyli. To w sumie najlepiej pokazuje ich podejście, w którym liczył się tylko sukces, a nie chęć zaprezentowania czegoś wartościowego. I dlatego niemal z płyty na płytę byli coraz gorszym zespołem, coraz bardziej pogrążającym się w banale i kiczu. Na "Lovedrive" nie zostało już praktycznie nic z ambitnego (jak na hard rock) zespołu, jakim Scorpions był w okresie "Lonesome Crow".

Ocena: 4/10



Scorpions - "Lovedrive" (1979)

1. Loving You Sunday Morning; 2. Another Piece of Meat; 3. Always Somewhere; 4. Coast to Coast; 5. Can't Get Enough; 6. Is There Anybody There?; 7. Lovedrive; 8. Holiday

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Matthias Jabs - gitara; Francis Buchholz - bass; Herman Rarebell - perkusja
Gościnnie: Michael Schenker - gitara (1,2,4,7)
Producent: Dieter Dierks

Po prawej: amerykańska, ocenzurowana wersja okładki.


1 sierpnia 2012

[Recenzja] Scorpions - "Tokyo Tapes" (1978)



W pierwszych latach swojej profesjonalnej kariery, grupa Scorpions zdobyła popularność jedynie w Japonii (gdzie właściwie każdy zachodni wykonawca, który odwiedzał ten kraj, odnosił sukces). Nic dziwnego, że właśnie tam zarejestrowana została pierwsza koncertówka zespołu. "Tokyo Tapes" to zapis występów z 24 i 27 kwietnia 1978 roku w stolicy Japonii. Były to jedne z ostatnich koncertów Scorpions z Ulim Jonem Rothem, który postanowił odejść z przyczyn artystycznych (nie odpowiadał mu komercyjny kierunek, w jakim chcieli iść Klaus Meine i Rudolf Schenker).

Na repertuar "Tokyo Tapes" składają się głównie utwory z czterech albumów Scorpions z Rothem. Ich wybór pozostawia sporo do życzenia. Kawałki w rodzaju np. "Backstage Queen", "Steamrock Fever" czy "Robot Man" zdecydowanie nie należą do ich najlepszych fragmentów (szkoda, że na ich miejscu nie znalazły się "This Is My Song", "Life's Like a River" i "The Sails of Charon"). Debiutancki "Lonesome Crow" reprezentowany jest tylko jednym utworem ("In Search of the Peace of Mind"). Ponadto w repertuarze znalazł się jeden premierowy utwór (całkiem nijaki "All Night Long"), jedna strona B singla (banalny "Suspender Love"), oraz kilka coverów (rockandrollowe standardy "Hound Dog" i "Long Tall Sally", oraz tradycyjna japońska pieśń "Kojo No Tsuki").

Z wykonaniem jest różnie. Muzycy próbują nadać swoim utworom nowego kształtu, ale zdecydowanie brakuje im improwizatorskich umiejętności na miarę choćby Deep Purple czy Led Zeppelin. Szczególnie żałośnie wypadają kanciaste solówki perkusyjne Hermana Rarebella ("Top of the Bill", "He's a Woman - She's a Man"). Irytują niektóre decyzje zespołu, jak pominięcie pierwszej części i pozbawione inwencji rozciągnięcie ostatniej w "Fly to the Rainbow", czy znaczne uproszczenie "In Search of the Peace of Mind", w wyniku którego ten złożony, w wersji studyjnej, utwór tutaj brzmi jak ogniskowa przyśpiewka. Zupełnie bez pomysłu wykonane zostały oba standardy. Z drugiej strony zyskują np. "Speedy's Coming", "In Trance", czy przede wszystkim "We'll Burn the Sky" - w tej wersji z lepszym, niepłaczliwym śpiewem Meine'a i świetną, wydłużoną solówką Rotha. Ciekawym momentem jest też na pewno śpiewany a capella "Kojo No Tsuki", dodający całości kolorytu. Do udanych fragmentów zaliczyć można też "Pictured Life" i "He's a Woman..." (pomimo nieudanego popisu Rarebella).

"Tokyo Tapes" na pewno wiele by zyskał, gdyby skrócono go do jednej płyty. A tak, fajne momenty przeplatają się z po prostu kiepskimi. Czyli dokładnie tak samo, jak na studyjnych albumach zespołu z Rothem. "Tokyo Tapes" doskonale zatem podsumowuję ten okres twórczości Scorpions.

Ocena: 6/10



Scorpions - "Tokyo Tapes" (1978)

LP1: 1. All Night Long; 2. Pictured Life; 3. Backstage Queen; 4. Polar Nights; 5. In Trance; 6. We'll Burn the Sky; 7. Suspender Love; 8. In Search of the Peace of Mind; 9. Fly to the Rainbow
LP2: 1. He's a Woman - She's a Man; 2. Speedy's Coming; 3. Top of the Bill; 4. Hound Dog; 5. Long Tall Sally; 6. Steamrock Fever; 7. Dark Lady; 8. Kojo No Tsuki; 9. Robot Man

Skład: Klaus Meine - wokal; Rudolf Schenker - gitara; Uli Jon Roth - gitara, wokal (LP1: 4,9, LP2: 7); Francis Buchholz - bass; Herman Rarebell - perkusja
Producent: Dieter Dierks

Po prawej: okładka wydania z Korei Południowej.