Posty

Wyświetlam posty z etykietą folk rock

[Recenzja] My New Band Believe - "My New Band Believe" (2026)

Obraz
My New Band Believe to nowy projekt Camerona Pictona, basisty i okazjonalnie wokalisty black midi. Po dwóch latach od rozwiązania tamtej grupy, muzyk debiutuje pod nowym szyldem. Poprzeczka była ustawiona wysoko: nie tylko ze względu na rewelacyjne albumy tria, "Cavalcade" i "Hellfire", ale też konkurencyjny "The New Sound" kolegi z macierzystego zespołu, śpiewającego gitarzysty Geordiego Greepa. Ten ostatni materiał mocno sugerował, że to właśnie Greep był główną siłą kreatywną black midi. Czy w takim razie również Picton ma coś wartościowego do zaproponowania? Szczerze mówiąc, bez większego entuzjazmu śledziłem ten projekt od ponad roku. Od momentu, gdy ukazał się debiutancki singiel My New Band Believe, "Lecture 25". Nagrany przez Pictona w roli śpiewającego gitarzysty - z pomocą basisty Johna Finerty'ego (Shame), perkusisty Davida Ike-Elechiego (Knats) oraz klawiszowca Setha Evansa (HMLTD, współpraca z black midi) - kawałek brzmi jak odrz...

[Recenzja] Swans - "Leaving Meaning." (2019)

Obraz
Domknięcie monumentalnej trylogii Swans - złożonej z albumów "The Seer", "To Be Kind" i "The Glowing Man" - miało definitywnie zakończyć pewien etap w twórczości zespołu. Co wyszło z zapowiadanych przez Michaela Girę zmian personalnych oraz stylistycznych? Trochę faktycznie się pozmieniało. Oficjalnie w składzie odpowiedzialnym za kolejne wydawnictwo zespołu, "Leaving Meaning.", znalazło się tylko dwóch muzyków z poprzedniego wcielenia Swans: Gira i Kristof Hahn, wsparci przez nowego basistę Yoyo Röhma oraz powracającego po przerwie bębniarza Larry'ego Mullinsa. Tyle jednak w teorii, bo w praktyce Thor Harris, Christopher Pravdica, Phil Puleo i Norman Westberg również wzięli udział w nagraniach, tyle że wymienieni wśród gości. Gościnnych występów jest tu zresztą, zgodnie z tradycją, naprawdę sporo. Zespół wspomagają tu też chociażby siostry Maria i Anna von Hausswolff, elektroniczny twórca Ben Frost, część składu folkowego A Hawk and a Hacksa...

[Recenzja] Swans - "Soundtracks for the Blind" (1996)

Obraz
Łabędzi śpiew Łabędzi. "Soundtracks for the Blind" powstawał z myślą, że będzie zwieńczeniem studyjnej dyskografii Swans. I faktycznie nim był. Wprawdzie tylko przez czternaście lat, do czasu gdy grupa wznowiła działalność, jednak wtedy, w połowie lat 90., Michael Gira planował definitywnie pogrzebać zespół, którego prowadzenie wykańczało go finansowo i emocjonalnie. Do prac nad tym album zabrał się wraz z Jarboe oraz kilkoma nowymi współpracownikami, jak perkusista Larry Mullins czy gitarzysta Vudi, jednak można tu też usłyszeć partie dawnych - a zarazem przyszłych - członków zespołu, by wymienić Normana Westberga, Billa Rieflina oraz Christopha Hahna. "Soundtracks for the Blind" jest bowiem kolażową mieszanką nowych i archiwalnych nagrań, rejestrowanych na przestrzeni lat 1981-96, a więc całej dotychczasowej działalności Swans. Wydany pierwotnie na dwóch płytach kompaktowych, 140-minutowy "Soundtracks for the Blind" - pierwsze tak monumentalne dzieło Swa...

[Recenzja] Lô Borges - "Lô Borges" (1972)

Obraz
Z dala od medialnego szumu zmarł kolejny znakomity muzyk. Lô Borges, a właściwie Salomão Borges Filho, był jednym z najwybitniejszych brazylijskich kompozytorów muzyki pop, wokalistą i multiinstrumentalistą. Już jako nastolatek, w połowie lat 60. zainaugurował, wspólnie z Miltonem Nascimento i swoim bratem Márcio, dzialalność muzycznego kolektywu Clube da esquina, łączącego lokalną tradycję ze stylami popularnymi na tzw. Zachodzie. Do ruchu przyłączali się kolejni fantastyczni muzycy, mający odtąd współpracować ze sobą w przeróżnych konfiguracjach. A świat dowiedział się o tym zjawisku w 1972 roku, gdy ukazał się jeden z najsłynniejszych albumów z Brazylii, wymownie zatytulowany "Clube da esquina", sygnowany nazwiskami Miltona i Lô. O ile Nascimento już wówczas miał spore doświadczenie i rozpoznawalność, dla 19-letniego Borgesa był to fonograficzny debiut. Trudno się tego domyślić, słuchając jego kunsztownych kompozycji. Już w trakcie prac nad "Clube da esquina" prz...

[Recenzja] Swans - "The Great Annihilator" (1995)

Obraz
Cykl "Ciężkie poniedziałki" S03E09 Chronologiczne słuchanie dyskografii jest zwykle sensownym pomysłem. Można w ten sposób prześledzić stopniową ewolucję wykonawcy. W przypadku Swans ten progres od pewnego momentu przebiegał jednak kompletnie chaotycznie. Przejście od brudnego, agresywnego "Filth" do zawierającego bardziej klimatyczne i melodyjne momenty "Children of God" było w miarę płynne, z zachowaniem pewnych rozpoznawalnych cech. Potem był jednak całkowity zwrot stylistyczny na "The Burning World", by dopiero na kolejnych "White Light From the Mouth of Infinity" i "Love of Life" spróbować zagrać coś pomiędzy.  "The Great Annihilator" to kolejny album przejściowy - pom iędzy stylem z "Children of God" a "The Burning World" - tyle że tym razem bliższy tego poprzedniego. Inaczej mówiąc, rozwój Swans wydawałaby się bardziej sensowny, gdyby płyty z okresu 1987-95 ukazały się w następującej kolejn...

[Recenzja] Swans - "White Light From the Mouth of Infinity" (1991)

Obraz
Joy Division lub The Cure w bardziej akustycznym wydaniu, ale to Swans. Tak najkrócej można opisać "White Light From the Mouth of Infinity". Album będący zarazem kontynuacją poprzedniego, całkiem porzucającego brudne, przesterowane brzmienia "The Burning World", jak i powrotem do mroczniejszego klimatu jeszcze wcześniejszego "Children of God". Czyli tym razem raczej regres niż progres. Trzymanie się pewnej konwencji,  a nie intensywne wprowadzanie nowych elementów, jak w roku 1987 , ani radykalne zerwanie z wcześniejszym stylem, jak w roku 1989. Przynajmniej zachowano konsekwencję i nie przywrócono tych elementów, które już wcześniej zarzucono. Jednak za bardzo nie dano też czegoś w zamian. Jak na jeden z najbardziej cenionych albumów zespołu, jest to dla mnie mocno rozczarowująca płyta. Właściwie można tu mówić już o pewnym kryzysie Swans. Zespół się sypał i po raz kolejny z wcześniejszego składu pozostali tylko Michael Gira, Jarboe oraz Norman Westberg, ...

[Recenzja] Swans - "The Burning World" (1989)

Obraz
Najbardziej osobliwy, kontrowersyjny album Swans. "The Burning World" idzie o wiele dalej niż poprzedzający go "Children of God". Już tam pojawiło się wiele łagodniejszych momentów o bardziej wyrazistych melodii, poszerzyło się też instrumentarium. Wciąż jednak jest tam sporo brudu i ciężaru charakterystycznego dla wczesnych płyt zespołu. Zaskoczeniem mogła być natomiast wydana tuż potem EPka "Love Will Tear Us Apart", zawierająca m.in. dwie wersje tytułowej kompozycji, pochodzącej oczywiście z repertuaru Joy Division. Jedna z nich - ta śpiewana przez Michaela Girę, bardziej pogodna, energetyczna, a zarazem wyjątkowo na Swans melodyjna, chwytliwa i subtelna, oparta na brzmieniach akustycznych - doczekała się nawet teledysku, który śmigał po antenie MTV. W efekcie zespól doczekał się pierwszego wydawnictwa odnotowanego na listach sprzedaży, a także kontraktu z dużą wytwórnią, Uni Records, należącą do koncernu MCA. To jej nakładem ukazał się "The Burnin...

[Recenzja] Neil Young and The Chrome Hearts - "Talkin' to the Trees" (2025)

Obraz
Nie jest to płyta zbyt istotna z muzycznego punktu widzenia. 79-letni Neil Young na swoim 48. albumie studyjnym wciąż tkwi w latach 70. Pozostaje jednak uważnym i zaniepokojonym obserwatorem współczesnego świata zachodniego, w którym do władzy dochodzą politycy gardzący demokratycznymi wartościami, proponujący zacofanie oraz izolacjonizm, ale za to pozbawieni kompetencji i moralnych kwalifikacji. Teksty na "Talkin' to the Trees" powstały oczywiście jeszcze przed ostatnimi wyborami w naszym kraju, ale już po zeszłorocznym zwycięstwie Trumpa w Stanach. O ile w "Big Change" - wydanym na singlu tuż przed jego inauguracją - Young zachowuje pewien optymizm, nie twierdząc kategorycznie, że nadchodzące zmiany będą na gorsze, to już w "Lets Roll Again" jest bardziej dosadny, śpiewając If you're a fascist then get a Tesla. Tak bezpośredni nie był chyba od czasów słynnego "Ohio" z 1970 roku, gdy właściwie wprost, z nazwiska oskarżył Nixona za śmierć...

[Recenzja] Jim Ghedi - "Wasteland" (2025)

Obraz
Dorastając w angielskim Sheffield, Jim Ghedi miał o wiele większe szansę trafić do punkowej, noise'owej, metalowej lub eksperymentalnej kapeli niż na zostanie muzykiem folkowym. I rzeczywiście zaczynał od amatorskich grup stawiających na gitarowy hałas. Przełomowy moment nastąpił, gdy od swojej ciotki otrzymał album Berta Janscha. Zaczął zagłębiać się w folk-rockowe zespoły w rodzaju Pentangle czy Steeleye Span, ale także amerykańskich prymitywistów pokroju Johna Faheya i Robbiego Basho. Wkrótce sam zaczął występować z gitarą akustyczną - w tych samych miejscach, gdzie wcześniej grywał ze swoimi kapelami DIY. Tamte doświadczenia nie pozostały zresztą bez wpływu na jego późniejszą twórczość. Choć zaczął odwoływać się do folkowej tradycji, nie zrezygnował z bardziej współczesnych brzmień. Z tego powodu nigdy nie został w pełni zaakceptowany przez brytyjskie środowisko folkowe. Nie czując się w nim mile widzianym, podjął decyzję o przeprowadzce do Irlandii, gdzie spotkał się z cieplej...

[Recenzja] Judee Sill - "Heart Food" (1973)

Obraz
Życiorysy folkowych muzyków są często gotowym materiałem na scenariusz filmowy. Niekoniecznie wyróżnia się tu Bob Dylan, który akurat niedawno takiej filmowej biografii się doczekał. Ciekawszą - choć trudniejszą do sprzedania - opowieścią mogłyby być tragiczne losy Jacksona C. Franka, Townesa Van Zandta, Tima Buckleya, Nicka Drake'a czy Judee Sill. Z tego grona to ta ostatnia wydaje się postacią najbardziej barwną: w swoim 35-letnim życiu Sill była ćpunką, kryminalistką, prostytutką i jedną z najwybitniejszych autorek piosenek przełomu lat 60. i 70., porównywalną chyba tylko z Joni Mitchell. Judith Sill nie miała łatwego dzieciństwa. Choć wychowywała się w zamożnej rodzinie, powiązanej z przemysłem, filmowym Hollywood, jej rodzice - a później także ojczym - byli przemocowymi alkoholikami. Wspomniany ojczym, animator kreskówki "Tom i Jerry", miał też ponoć dopuszczać się wobec Judee molestowania. Jeszcze w szkole średniej, lub tuż po jej zakończeniu, wspólnie ze swoim znaj...

[Recenzja] Black Country, New Road - "Forever Howlong" (2025)

Obraz
Płyta tygodnia 31.03-6.04 Black Country, New Road udała się rzecz niezwykła. Rzadko w muzyce spotykana. Pomimo straty charyzmatycznego frontmana, za jakiego niewątpliwie można uznać śpiewającego gitarzystę Isaaca Wooda, grupa przetrwała i nie straciła rozpoznawalności, choć jednocześnie wciąż bardzo fajnie się rozwija. Nowy wokalista - a nawet troje - znaleźli się w samym zespole. Wiele lat temu podobna sztuczka udała się grupie Genesis (nawet stylistyka jest tu nieco podobna), natomiast słabo wypadło to w przypadku The Doors, a przykład Joy Division / New Order jest o tyle nieadekwatny, że tam asekuracyjnie zmieniono szyld, by choć trochę uniknąć porównań. Muzycy BC,NR już raz byli w takiej sytuacji - gdy porzucili nazwę Nervous Conditions po kontrowersjach związanych z ówczesnym frontmanem - i nie chcieli po raz kolejny zaczynać od zera. Nie miałoby to zresztą większego sensu, gdyż "Forever Howlong" to żaden nowy start, a oczywista kontynuacja. Wood, zmagający się z problem...

[Recenzja] The Band - "The Last Waltz" (1978)

Obraz
W połowie lat 70. Robbie Robertson, śpiewający gitarzysta i główny kompozytor The Band, miał już dość nieustannych tras koncertowych. Chciał, wzorem Beatlesów, skupić się na pracy studyjnej. Pozostałym muzykom pomysł nie bardzo się spodobał. Brak porozumienia w kwestii dalszego funkcjonowania ostatecznie doprowadził do decyzji o zawieszeniu działalności. Zanim to jednak nastąpiło, zespół pożegnał się ze sceną z prawdziwą pompą. Ostatni występ The Band w klasycznym składzie odbył się 25 listopada 1976 roku w Winterland Ballroom w San Francisco. Ponieważ wydarzenie miało miejsce w Dzień Dziękczynienia, zorganizowano obiad dla pięciu tysięcy uczestników i udostępniono im salę do tańca. Sam koncert składał się z dwóch części. Podczas pierwszej grający swoje najpopularniejsze utwory zespół wsparła rozbudowana sekcja dęta, a podczas drugiej na scenę kolejno dołączali goście specjalni. Lista nazwisk jest naprawdę imponująca - do dziś nikomu nie udało się jej przebić. Bob Dylan, Joni Mitchell,...