30 maja 2018

[Recenzja] Xhol Caravan - "Electrip" (1969)



Historia tej niemieckiej grupy sięga 1967 roku. W oryginalnym składzie znaleźli się saksofoniści Tim Belbe i Hansi Fischer, basista Klaus Briest, oraz trzech Amerykanów: perkusista Gilbert "Skip" van Wyk, a także wokaliści James Rhodes i Ronnie Swinson. Wkrótce dołączył do nich gitarzysta Werner Funk. Początkowo występowali pod nazwą Soul Caravan. Pod tym szyldem ukazał się debiutancki album "Get in High", wypełniony przeciętną i zupełnie nieoryginalną muzyką w stylistyce psychodelicznego soulu. Wkrótce jednak ze składu odeszli obaj wokaliści i gitarzysta, a pozostali muzycy, wsparci przez klawiszowca Öckiego Breverta, zmienili nazwę na Xhol Caravan (później skróconą do Xhol, aby uniknąć pomyłek z brytyjskim Caravan) i podążyli w zupełnie inne, bardziej ambitne i eksperymentalne rejony. Opublikowany w 1969 roku album "Electrip" to jedno z najwcześniejszych krautrockowych wydawnictw.

Oczywiście, w tamtym czasie nikt jeszcze nie nazywał takiej muzyki krautrockiem. Xhol Caravan byli jednymi z pionierów stylu, prawdziwą awangardą. Muzycy w bardzo twórczy sposób czerpią tutaj z anglosaskiej psychodelii (tej rockowej, nie soulowej) i free jazzu, tworząc coś zupełnie nowego i oryginalnego. Album składa się z czterech narkotycznych jamów, zbudowanych z wyrazistej gry sekcji rytmicznej, psychodelicznych brzmień elektrycznych klawiszy, oraz jazzowych solówek saksofonów i fletu. Największe wrażenie robi siedemnastominutowy "Raise Up High", w którym pojawia się nawet zadziorna partia wokalna van Wyka, nadająca nieco hardrockowego charakteru, a także intrygująca część instrumentalna, momentami bliska freejazzowej improwizacji. Uwagę przyciągają także transowe "Pop Games" i "All Green", kojarzące się nieco z późniejszą twórczością Soft Machine (z albumów "Fourth" i "Fifth"). Z kolei w dynamicznym "Electric Fun Fair" i finałowej miniaturce "Walla Mashalla" muzycy pokazują, że nie brakuje im także poczucia humoru.

"Electrip" to bardzo udany album, wychodzący poza ciasne ramy konkretnych stylów i gatunków. Z pewnością przypadnie do gustu wszystkim słuchaczom otwartym na muzykę mniej konwencjonalną, łamiącą międzygatunkowe granice.

Ocena: 8/10



Xhol Caravan - "Electrip" (1969)

1. Electric Fun Fair; 2. Pop Games; 3. All Green; 4. Raise Up High; 5. Walla Mashalla

Skład: Hansi Fischer - saksofon, flet, elektronika; Tim Belbe - saksofon; Öcki Brevert - instr. klawiszowe, tuba, efekty; Klaus Briest - bass; Skip van Wyk - perkusja i instr. klawiszowe, wokal
Gościnnie: Peter Meisel - efekty
Producent: Xhol Caravan


28 maja 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Bitches Brew Live" (2011)



Tytuł "Bitches Brew Live" celowo wprowadza w błąd, żerując na popularności albumu Milesa Davisa z 1970 roku. W rzeczywistości nie jest koncertowa wersja tego wydawnictwa. Brakuje dwóch utworów ("Pharaoh's Dance", "John McLaughlin"), a pozostałe cztery (tytułowy, "Miles Runs the Voodoo Down", "Spanish Key", oraz zamieszczony tu dwukrotnie "Sanctuary") tak bardzo różnią się od wersji albumowych, że stały się praktycznie zupełnie nowymi kompozycjami. Zupełnie inny jest też skład - tamten album nagrywał rozbudowany ansambl, a tutaj słuchamy małych, dobrze zgranych grup. Można jednak wybaczyć wydawcy to małe oszustwo, gdyż sam materiał jest naprawdę bardzo interesujący i dobrze się stało, że został wydany. To godzina wspaniałej muzyki, zarejestrowanej podczas dwóch festiwalowych występów Milesa Davisa.

Pierwsze dwadzieścia cztery minuty to zapis występu z 5 lipca 1969 roku na Newport Jazz Festival. Choć występ odbył się kilka tygodni przed wydaniem "In a Silent Way" i trochę ponad miesiąc przed nagraniem "Bitches Brew", na repertuar złożyły się głównie utwory z właśnie tych dwóch albumów: żywiołowe, fantastyczne wykonania "Miles Runs the Voodoo Down" i "It's About That Time", oraz subtelny "Sanctuary", pełniący rolę łącznika między nimi (na zakończenie pojawia się jeszcze stary motyw "The Theme"). Trębacz koncertował wówczas z kwintetem - w skład którego wchodzili także Wayne Shorter, Chick Corea, Dave Holland i Jack DeJohnette - jednak tego dnia musiał wystąpić w kwartecie, gdyż Shorter nie zdążył dotrzeć na czas. Na tamtym etapie Davis dopiero częściowo zelektryfikował swój zespół - wciąż nie udało mu się przekonać Hollanda do grania na elektrycznym basie. W efekcie akustyczne parte kontrabasu są niemal niesłyszalne pod nawałnicą wzmocnionej trąbki, elektrycznego pianina i intensywnej perkusji. Te trzy instrumenty doskonale wypełniają jednak przestrzeń, a grający na nich muzycy wykazują się wielką wirtuozerią i pomysłowością.

Pozostałe trzydzieści pięć minut to już nagrania z 29 sierpnia 1970 roku na słynnym Isle of Wight Festival. Davisowi ponownie towarzyszyli Holland (już z gitarą basową), Corea i DeJohnette, a także trójka nowych muzyków: Gary Bartz, Keith Jarrett i Airto Moreira. Zapytany przed występem jakie zostaną zagrane utwory, Miles odparł: Call it anything. Słowa te przez lata funkcjonowały jako tytuł półgodzinnej improwizacji zaprezentowanej przez zespół (m.in. na składance "Message to Love", zawierającej jej fragment, a także nagrania innych wykonawców, którzy wystąpili na festiwalu), tutaj jednak została podzielona na kilka ścieżek, dzięki czemu łatwiej rozpoznać grane utwory - które, jak już wspomniałem, znacząco odbiegają od studyjnych pierwowzorów, a ponadto płynnie między sobą przechodzą, tworząc bardzo spójną, choć wewnętrznie zróżnicowaną całość. Choć występ odbył się już po zarejestrowaniu materiału na album "Jack Johnson", muzycy znów zagrali fragmenty "Bitches Brew" i "In a Silent Way", dodając niealbumowy "Directions" i tradycyjnie "The Theme" na zakończenie. Niemniej jednak słychać tutaj ten bardziej rockowy kierunek, jaki Davis obrał na "Jacku". Praktycznie nieobecne są natomiast freejazzowe zapędy, jakie jeszcze niedawno wykazywali niektórzy z muzyków (słyszalne na takich wydawnictwach, jak "It's About That Time..." czy "Black Beauty"). Zamiast tego, jest więcej melodii i rockowego czadu (tematy z "Bitches Brew" i "Spanish Key" nabrały w tych wersjach riffowego charakteru). Całość jednak została wykonana z pomysłowością i prawdziwą wirtuozerią godną muzyków jazzowych. Ich wzajemna interakcja jest wprost niewiarygodna, a solowe popisy niesamowicie porywające.

Filmową wersję występu na Isle of Wight można znaleźć na DVD "Electric Miles: A Different Kind of Blue" (gdzie pojawia się pod tytułem "Call It Anything", bez podziału na szczegółowe sekcje).

Czy potrzebna była kolejna koncertówka z elektrycznego okresu Milesa Davisa? Zdecydowanie tak! Każdy koncert był zupełnie inny i wnosi coś nowego do jego dorobku. Tutaj otrzymujemy nieco przystępniejszą muzykę, ale wciąż niezwykle energetyczną i niesamowicie kreatywną. Druga część albumu to jeden z najbardziej rockowych występów Davisa, choć w składzie nie było nawet gitarzysty. Trochę nawet szkoda, że nie wykorzystano szansy, jaką dawała obecność na festiwalu Jimiego Hendrixa (grał następnego dnia). Ale wtedy otrzymalibyśmy zupełnie inną muzykę, która mogłaby nie być aż tak wspaniała.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "Bitches Brew Live" (2011)

Newport Jazz Festival: 1. Miles Runs the Voodoo Down; 2. Sanctuary; 3. It's About That Time / The Theme; Isle of Wight Festival: 4. Directions; 5. Bitches Brew; 6. It's About That Time; 7. Sanctuary; 8. Spanish Key; 9. The Theme

Skład: Miles Davis - trąbka; Chick Corea - elektryczne pianino; Dave Holland - kontrabas i bass; Jack DeJohnette - perkusja; Gary Bartz - saksofon (4-9); Keith Jarrett - organy (4-9); Airto Moreira - instr. perkusyjne (4-9)
Producent: Teo Macero, Richard Seidel i Michael Cuscuna


26 maja 2018

[Recenzja] Captain Beefheart - "The Spotlight Kid" (1972)



Po wydaniu pięciu albumów, Captain Beefheart i muzycy jego Magicznego Zespołu wciąż żyli w biedzie. Byli świadomi, że sytuacja ta się nie zmieni, dopóki będą grać zwariowaną, nieokiełznaną, muzykę w stylu "Trout Mask Replica". Stąd też decyzja o złagodzeniu swojego oblicza. Album "The Spotlight Kid" - sygnowany wyłącznie pseudonimem Van Vlieta (bez dopisku "...and His Magic Band") - zawiera muzykę bardziej przystępną, często o wręcz piosenkowym charakterze - choć to raczej bluesowa piosenkowość, niż popowa (np. "White Jam", "Blabber 'n Smoke", instrumentalny "Alice in Blunderland", "Click Clack", "Glider"). Choć gdzieniegdzie słychać jeszcze przebłyski dawnej dzikości i bezkompromisowości ("I'm Gonna Booglarize You Baby", "When It Blows Its Stacks"). Jest też odrobina jamowego luzu, wywołująca - mimo piosenkowej formy  - skojarzenia z "Mirror Man" ("There Ain't No Santa Claus on the Evenin' Stage").

Choć muzycy zespołu zgodnie krytykowali ten materiał, "The Spotlight Kid" to całkiem udany album. Nie tak szokujący, jak "Trout Mask Replica", ani porywający jak "Mirror Man", ale w kategorii bardziej konwencjonalnego grania wypada całkiem przyzwoicie.

Ocena: 7/10



Captain Beefheart - "The Spotlight Kid" (1972)

1. I'm Gonna Booglarize You Baby; 2. White Jam; 3. Blabber 'n Smoke; 4. When It Blows Its Stacks; 5. Alice in Blunderland; 6. The Spotlight Kid; 7. Click Clack; 8. Grow Fins; 9. There Ain't No Santa Claus on the Evenin' Stage; 10. Glider

Skład: Don Van Vliet (Captain Beefheart) - wokal, harmonijka; Bill Harkleroad - gitara; Mark Boston - bass; John French - perkusja i instr. perkusyjne; Art Tripp - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Elliot Ingber - gitara (5); Rhys Clark - perkusja (10)
Producent: Captain Beefheart i Phil Schier


24 maja 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Stellar Regions" (1994)



Po premierze "Interstellar Space" nastąpiła długa przerwa w wydawaniu pośmiertnych płyt Johna Coltrane'a z premierowym materiałem studyjnym. Dopiero dwadzieścia lat później okazało się, że jego archiwa przez cały ten czas wciąż skrywały niepublikowane nagrania. Odnaleziono wówczas taśmę z zapisem sesji z 15 lutego 1967 roku, podczas której saksofoniście towarzyszyli Alice Coltrane, Jimmy Garrison i Rashied Ali. Była to jedna z dwóch sesji, których efekty złożyły się na album "Expression" (druga odbyła się 7 marca). Materiał postanowiono wydać pod tytułem "Stellar Regions", zarówno w wersji winylowej, jak i wzbogaconej o trzy alternatywne podejścia wersji kompaktowej.

Nie jest to całkiem premierowy materiał. Tutejsze wykonanie "Offering" to dokładnie to samo podejście, które trafiło na "Expression". Natomiast temat z "Stellar Regions" został ponownie wykorzystany w nagraniu "Venus", zarejestrowanym równo tydzień później przez duet Coltrane-Ali (nagrania z tej sesji wypełniły album "Interstellar Space"). "Stellar Regions" przynosi muzykę o zdecydowanie mniej radykalnym charakterze, niż większość późnych dzieł Trane'a - to bardziej nastrojowe granie, z pięknymi, melodyjnymi tematami i transcendentnym klimatem (np. "Serapic Light", utwór tytułowy). Choć nie brakuje w nich też bardziej zadziornych solówek saksofonisty, składających się z freejazzowych przedęć i dysonansów (szczególnie w "Offering", ale też np. "Sun Star"). Bardziej radykalny charakter w całości mają dwa nagrania: agresywny "Tranesonic" (ciekawską jest użycie w nim saksofonu altowego, który John porzucił w latach 40. na rzecz tenoru) i perkusyjno-saksofonowy duet zapowiadający "Interstellar Space" - "Configuration". Zupełnie odmienny charakter ma "Jimmy's Mode", z bardziej bopowym tematem, będącym punktem wyjścia dla długiego popisu solowego Garrisona.

"Stellar Regions" nie należy do tych albumów Johna Coltrane'a, które obowiązkowo trzeba poznać, ale z drugiej strony byłoby głupio nie posłuchać tak dobrego albumu.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Stellar Regions" (1994)

1. Seraphic Light; 2. Sun Star; 3. Stellar Regions; 4. Iris; 5. Offering; 6. Configuration; 7. Jimmy's Mode; 8. Tranesonic

Skład: John Coltrane - saksofon; Alice Coltrane - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Rashied Ali - perkusja
Producent: Bob Thiele


22 maja 2018

[Recenzja] Radiohead - "Kid A" (2000)



Po ogromnym sukcesie "OK Computer" mogli spocząć na laurach. Nagrywać kolejne przebojowe albumy w tym stylu i nie martwić się o zyski. Wybrali jednak inną drogę. Bardziej ambitną i odważną. Postanowili zbudować swój styl na nowo, odchodząc od dawnej przystępności i przebojowości, a także od typowo rockowego brzmienia. Poświęcili wiele czasu na tworzenie nowego materiału - napisali w sumie około czterdziestu utworów, z których nagrali około połowę. Dziesięć z nich ukazało się na albumie "Kid A", jedenaście kolejnych na wydanym rok później "Amnesiac". Wydając pierwszy z nich, niemal całkowicie zrezygnowano z tradycyjnych form promocji - żadnych singli, teledysków, nawet trasy koncertowej. Zamiast tego, wykorzystano na szeroką skalę możliwości internetu, co było prawdziwie nowatorskim rozwiązaniem. Choć "Kid A" ukazał się jeszcze w XX wieku, tak naprawdę wprowadził muzykę w XXI wiek.

Pod względem ściśle muzycznym nie jest to zupełnie nowatorski album, jednak zespół w bardzo twórczy i interesujący sposób czerpie na nim ze swoich inspiracji. A te również są bardzo ciekawe: od krautrocka i nowoczesnego jazzu, po muzykę elektroniczną i współczesną awangardę. Muzycy postanowili skupić się przede wszystkim na rytmie - a nie, jak dawniej, na melodiach - dodając do niego sporą dawkę nowoczesnych brzmień elektronicznych, a czasem smyczki lub sekcję dętą. Gitary wciąż są tu obecne, ale jakby na dalszym planie, dopełniając brzmienie. Te wszystkie zmiany najlepiej oddaje chyba utwór "The National Anthem", oparty na transowej partii basu, pełen dziwnych brzmień elektronicznych i dodających jazzowego, a nawet freejazzowego klimatu dęciaków. Do tego dochodzi jakby oderwana od warstwy muzycznej warstwa wokalna. Brzmi to naprawdę dziwnie i zarazem intrygująco, a przy okazji nasuwa pytanie: co oni ćpali? Mimo nowoczesnego brzmienia, czuć tu podobne podejście, jakie przyświecało wielu wykonawcom na przełomie lat 60./70., polegające na poszerzaniu ram muzyki i własnej świadomości.

W klimat całości doskonale wprowadzają dwa pierwsze, właściwie stricte-elektroniczne utwory: w całości utrzymany w subtelnym nastroju "Everything in Its Right Place" i tytułowy "Kid A", który po łagodnym początku robi się coraz dziwniejszy. "How to Disappear Completely" bliższy jest wcześniejszej twórczości zespołu - jest tu bardzo ładna, choć nieco zbyt melancholijna partia wokalna, której towarzyszy gitara akustyczna i smyczkowe tło, a w drugiej połowie także grająca raczej rockowo sekcja rytmiczna. Po instrumentalnym, ambientowym przerywniku "Treefingers", następuje kolejna seria bardziej eksperymentalnych kawałków. W energetycznym "Optimistic" pojawiają się wyraziste partie gitary, ale jest tu także zupełnie nierockowa warstwa rytmiczna i sporo atonalnych dźwięków w tle. Jednocześnie utwór posiada całkiem wyrazistą melodię. Narkotyczny klimat ma łagodniejszy "In Limbo", w którym następuje doskonała symbioza brzmień gitarowych i elektronicznych. "Idioteque" jest natomiast jednym z najbardziej zwariowanych (i najlepszych) fragmentów albumu, o niemal tanecznym charakterze, ale zarazem zbyt dziwny, by sprawdził się na parkiecie. "Morning Bell" to znów łagodniejszy, ale oparty na wyrazistym rytmie utwór, z ładną melodią, ale dość irytująco zaśpiewany. Na zakończenie pojawia się jeszcze wyciszony, znów całkiem elektroniczny "Motion Picture Soundtrack".

O ile dwa pierwsze albumy Radiohead zawierają konwencjonalny rock, a "OK Computer" był dość nieśmiałą próbą odświeżenia brzmienia, tak "Kid A" jest tym albumem, na którym wszystko znalazło się na właściwym miejscu. Zespół zaprezentował tu swój dojrzały, całkiem oryginalny styl. Choć same kompozycje nie są tu lepsze, niż te z wcześniejszych albumów (ale i nie gorsze), to aranżacje zachwycają pomysłowością i dziwnością. Na swój sposób jest to jednak wciąż całkiem przebojowe granie, na pewno nie trudne w odbiorze, choć może takie być dla osób przyzwyczajonych do gitarowego łojenia. Warto jednak spróbować otworzyć się i na taką muzykę. Jeśli nie uda się na trzeźwo, to można inaczej.

Ocena: 9/10



Radiohead - "Kid A" (2000)

1. Everything in Its Right Place; 2. Kid A; 3. The National Anthem; 4. How to Disappear Completely; 5. Treefingers; 6. Optimistic; 7. In Limbo; 8. Idioteque; 9. Morning Bell; 10. Motion Picture Soundtrack

Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, pianino; Jonny Greenwood - gitara, instr. klawiszowe; Ed O'Brien - gitara, dodatkowy wokal; Colin Greenwood - bass; Phil Selway - perkusja
Gościnnie: Orchestra of St John's - instr. smyczkowe; Andy Bush - trąbka (3); Steve Hamilton, Martin Hathaway, Andy Hamilton, Mark Lockheart, Stan Harrison - saksofony (3); Liam Kerkman, Mike Kearsey - puzony (3); Henry Binns - sample (3)
Producent: Nigel Godrich i Radiohead


20 maja 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "Man-Child" (1975)



Herbie Hancock postanowił nagrać ten album w znacznie poszerzonym składzie. W sesji wzięło udział równo dwudziestu instrumentalistów, w tym wszyscy członkowie Head Hunters (włącznie z byłym perkusistą Harveyem Masonem), a także tacy muzycy, jak chociażby Wayne Shorter, Stevie Wonder, czy gitarzysta Wah Wah Watson. Album "Man-Child" stanowi logiczne rozwinięcie "Head Hunters" i "Thrust" - Herbie odchodzi tu jeszcze dalej od swoich jazzowych korzeni, na rzecz typowego funku. Ograniczone zostały improwizacje, które na dwóch poprzednich albumach wciąż odgrywały istotną rolę. Zamiast tego otrzymujemy zbiór dość krótkich (jak na standardy Hancocka), zwartych kawałków o zdecydowanie tanecznym charakterze (np. singlowy "Hang Up Your Hang Ups", "Heartbeat", czy "Steppin' in It" zbudowany na linii basu podobnej do tej z "Chameleon"), uzupełnionych dwiema łagodnymi balladami ("Sun Touch" i nieco mniej komercyjna "Bubbles" prowadzona ładną partią gitary).

Nie da się ukryć, że "Man-Child" to granie bliskie ówczesnego mainstreamu. Ta cała plejada znakomitych instrumentalistów, nie bardzo ma tu możliwość zaprezentowania pełni swoich umiejętności. Za bardzo dają się ograniczać konwencji, grają zbyt prosto i monotonnie, jak na swoje możliwości. Choć z drugiej strony, udaje im się utrzymać pewien poziom i uniknąć popadania w sztampę i kicz. Niemniej jednak jest to już ten moment w karierze Herbiego, gdy jego muzyka przestaje mnie ekscytować. 

Ocena: 6/10



Herbie Hancock - "Man-Child" (1975)

1. Hang Up Your Hang Ups; 2. Sun Touch; 3. The Traitor; 4. Bubbles; 5. Steppin' in It; 6. Heartbeat

Skład: Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Bennie Maupin - saksofon, saxello, klarnet basowy, flet, instr. perkusyjne; Wayne Shorter - saksofon; Ernie Watts - saksofon i flet; Jim Horn - saksofon i flet; Jay DaVersa - trąbka; Bud Brisbois - trąbka; Dick Hyde - tuba i puzon; Garnett Brown - puzon; Wah Wah Watson - gitara i syntezator; Dewayne McKnight - gitara; David T. Walker - gitara; Paul Jackson - bass; Henry E. Davis - bass; Louis Johnson - bass; Mike Clark - perkusja; Harvey Mason - perkusja; James Gadson - perkusja; Bill Summers - instr. perkusyjne
Gościnnie: Stevie Wonder - harmonijka (5)
Producent: David Rubinson i Herbie Hancock


18 maja 2018

[Recenzja] Yatha Sidhra - "A Meditation Mass" (1974)



Niemieckie trio Yatha Sidhra pozostawiło po sobie tylko jeden album. Jeden, ale za to jakże piękny. "A Mediatation Mass" w całości wypełnia tytułowa czteroczęściowa suita, będąca wspaniałą mieszanką krautrocka, psychodelii, folku i jazz rocka, przesiąkniętą klimatem środkowo-południowej Azji. Choć całość jest bardzo spójna, nie bez powodu podzielono ją na części. "Part 1" - najdłuższa, 18-minutowa część - ma medytacyjny charakter i hipnotyzujący nastrój, tworzony przez przepiękne partie fletu, którym towarzyszy jednostajny podkład gitary i egzotycznych perkusjonaliów, oraz elektroniczne szumy w tle. Pojawiają się też partia wokalna o nieco wschodnim charakterze.  Krótki, ledwie trzyminutowy "Part 2", jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniej części, ale zmienia się instrumentarium - tym razem partii fletu towarzyszy elektryczne pianino, transowa partia elektrycznego basu, oraz dość zwyczajna perkusja. W drugiej połowie milknie flet, a pozostałe instrumenty zaczynają grać w bardziej jazzowy sposób. Znów dłuższy, dwunastominutowy "Part 3" łączy medytacyjny charakter pierwszej części i motywy z drugiej; w środkowym fragmencie robi się natomiast bardziej dynamicznie, a na pierwszy plan wysuwa się zadziorne solo gitary. Finałowy "Part 4" to siedmiominutowa repryza pierwszej części - doskonała klamra spinająca album.

"A Meditation Mass" to raczej nie najlepszy, ale zdecydowanie najładniejszy NKR, jaki słyszałem. Album powinien przypaść do gustu zarówno wielbicielom hipisowskiej muzyki z drugiej połowy lat 60., jak i krautrocka, a przede wszystkim miłośnikom muzyki z silnymi wpływami orientalnymi, zwłaszcza hindustańskimi.

Ocena: 8/10



Yatha Sidhra - "A Meditation Mass" (1974)

1. Part 1; 2. Part 2; 3. Part 3; 4. Part 4

Skład: Rolf Fichter - gitara, instr. klawiszowe, wibrafon, flet, wokal; Matthias Nicolai - gitara i bass; Klaus Fichter - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Peter Elbracht - flet
Producent: Winfried Schmidt, Achim Reichel i Frank Dostal



Po prawej: okładka niektórych reedycji.



16 maja 2018

[Recenzja] Miles Davis - "The Complete On the Corner Sessions" (2007)


"The Complete On the Corner Sessions" to ostatni boks z tej serii i zarazem najlepszy. Na sześciu kompaktach zebrano materiał z trzyletniego okresu poprzedzającego długą przerwę od grania, jaką Miles zrobił sobie w połowie lat 70. Ściślej mówiąc, nagrań dokonano podczas kilkunastu różnych sesji, mających miejsce od marca 1972 do maja 1975 roku. Davis, po krótkim etapie jazzrockowym, wrócił wówczas do tworzenia bardziej eksperymentalnej muzyki. Razem z towarzyszącymi mu instrumentalistami, stworzył niesamowitą i bardzo oryginalną fuzję jazzu, funku, rocka, psychodelii, muzyki hindustańskiej i afrykańskiej, oraz współczesnej awangardy, kładąc nacisk przede wszystkim na warstwę rytmiczną, której podporządkowana została cała reszta.

W nagraniach, jak zwykle, trębacza wspomagało mnóstwo wspaniałych, kreatywnych muzyków. Podczas sesji z czerwca i lipca '72, których wynikiem był album "On the Corner", towarzyszyła mu prawdziwa śmietanka sceny fusion, m.in. John McLaughlin, Herbie Hancock, Chick Corea, Jack DeJohnette, Bennie Maupin, Billy Hart i Lonnie Liston Smith. Podczas kolejnych sesji, Davis chętniej korzystał z muzyków o raczej funkowych (a czasem rockowych lub bluesowych), niż stricte jazzowych korzeniach. Wykrystalizował się zespół, którego podstawę stanowiła sekcja rytmiczna złożona z Michaela Hendersona, Ala Fostera i Jamesa Mtume'a (cała trójka grała również na "On the Corner"), oraz gitarzyści Reggie Lucas i Pete Cosey (a przez pewien czas także Dominique Gaumont). Zmieniali się jedynie saksofoniści (rolę tę pełnili m.in. Dave Liebman, Carlos Garnett i Sonny Fortune), oraz klawiszowcy (do czasu, aż Davis osobiście zajął się grą na organach elektrycznych). Okazjonalnie w nagraniach brali też udział muzycy grający na indyjskich instrumentach.

Jak zawsze w przypadku boksów z tej serii, część materiału była już wcześniej wydana. Znajdziemy tu cały album "On the Corner" i prawie cały "Get Up with It" (z wyjątkiem zarejestrowanego wcześniej "Honky Tonk"), a także utwór "Ife" z albumu "Big Fun", oraz nagrania "Big Fun" i "Holly-wuud" z wydanego w 1973 roku singla. Dodatkowo otrzymujemy niemal trzy i pół godziny premierowego materiału. Czasem są to po prostu alternatywne podejścia lub miksy. "Mtume (take 11)" to po prostu krótsze wykonanie utworu znanego z "Get Up with It", ale w "On the Corner (take 4)" różnice są już znaczące - w tym podejściu utwór jest znacznie bardziej zwarty i przystępny, dzięki wyraźniejszej melodii. Są tu też trzy nagrania podpisane jako "unedited master" - to dokładnie te same wersje, które trafiły na album "On the Corner", ale jeszcze przed ostatecznym miksem. I o ile tytułowy "On the Corner" i "Helen Butte / Mr. Freedom X" praktycznie nie różnią się od ostatecznych wersji, tak "One and One" jest o jedenaście minut dłuższy i zawiera chociażby świetne solówki gitary i saksofonu, które wycięto w wersji albumowej. Znajdziemy tu także dwa podejścia do energetycznego nagrania zatytułowanego tutaj "Big Fun / Holly-wuud", ponieważ to właśnie fragmenty jednej wersji ("take 3") wykorzystano na wspomnianym wyżej singlu.

Zostaje zatem dziesięć utworów, które wcześniej były kompletnie nieznane. I jest to materiał na absolutnie najwyższym poziomie. Przeważnie są to dość długie improwizacje hipnotyzujące niesamowitym klimatem i transową grą sekcji rytmicznej. Niezwykle bogate jest instrumentarium. Te wszystkie flety, klarnety, sitary, egzotyczne perkusjonalia i elektryczne klawisze tworzą naprawdę intrygujący nastrój w takich nagraniach, jak chociażby "Jabali", "Chieftain", "Turnaround" (i jego krótszej wersji, "U-turnaround"), czy "Hip-Skip". Genialnie wypada niesamowicie intensywny "The Hen". Energetyczny "What They Do", zdominowany przez agresywne brzmienie gitar, jest natomiast najbliższy temu, co Davis prezentował wówczas podczas koncertów. Bardziej stonowany charakter mają natomiast "Peace" i "Mr Foster", z przepięknymi partiami fletu i gitary w pierwszym, oraz saksofonu w drugim. Wszystkie te utwory wypadają nawet lepiej, niż znaczna część "Get Up with It". Naprawdę trudno zrozumieć dlaczego odłożono je do archiwum, zamiast zrobić z nich album, który być może byłby nawet najwspanialszym ze studyjnych wydawnictw Milesa.

Odmienny charakter ma natomiast kawałek "Minnie" - króciutki, niespełna czterominutowy kawałek o niemal piosenkowym charakterze, z prostą, zgrabną melodią, egzotycznym klimatem i - do czasu - łagodnym brzmieniem (w drugiej połowie nabiera intensywności). Jako jednorazowy eksperyment jest to całkiem przyjemne, ale cały album w takim stylu byłby sporym rozczarowaniem. Utwór został zarejestrowany 5 maja 1975 roku - była to ostatnia sesja nagraniowa Davisa przed przerwą. Wiadomo, że zarejestrowane zostało wówczas znacznie więcej materiału, ale zdecydowano się opublikować tylko ten jeden fragment. Być może w archiwum pozostaje jeszcze więcej niepublikowanych nagrań, także z poprzednich sesji. W boksie na pewno brakuje natomiast zawartości wydanego w 1972 roku singla "Molester" (czyli alternatywnej wersji "Black Satin").

"The Complete On the Corner Sessions" utwierdza mnie w przekonaniu, że lata 1972-75 były najlepszym, najbardziej twórczym i kreatywnym okresem w trwającej na przestrzeni sześciu dekad działalności Milesa Davisa. Zarówno na żywo (to przecież wtedy zostały zarejestrowane "Agharta", "Pangaea" i "Dark Magus"), jak w studiu, trębacz i jego współpracownicy tworzyli naprawę niesamowitą, bardzo pomysłową i ambitną muzykę, która wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom. Albumy "On the Corner" i "Get Up with It" tylko w pewnym stopniu pokazują, na co było ich stać w warunkach studyjnych. Dopiero ten boks ukazuje w pełni ich geniusz.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "The Complete On the Corner Sessions" (2007)

CD1: 1. On the Corner (unedited master); 2. On the Corner (take 4); 3. One and One (unedited master); 4. Helen Butte / Mr. Freedom X (unedited master); 5. Jabali
CD2: 1. Ife; 2. Chieftain; 3. Rated X; 4. Turnaround; 5. U-turnaround
CD3: 1. Billy Preston; 2. The Hen; 3. Big Fun / Holly-wuud (take 2); 4. Big Fun / Holly-wuud (take 3); 5. Peace; 6. Mr Foster
CD4: 1. Calypso Frelimo; 2. He Loved Him Madly
CD5: 1. Maiysha; 2. Mtume; 3. Mtume (take 11); 4. Hip-Skip; 5. What They Do; 6. Minnie
CD6: 1. Red China Blues; 2. On the Corner / New York Girl / Thinkin' of One Thing and Doin' Another / Vote for Miles; 3. Black Satin; 4. One and One; 5. Helen Butte / Mr. Freedom X; 6. Big Fun; 7. Holly-wuud

Skład: Miles Davis - trąbka, organy (CD3:1,3-6, CD4, CD5, CD6:6,7); Dave Liebman - saksofon i flet (CD1:1,2, CD3:2-6, CD4, CD6:3,6,7); Carlos Garnett - saksofon (CD1:3-5, CD2:1,4,5, CD3:1, CD6:2,4,5); John Stubblefield - saksofon (CD3:6, CD4:1); Sonny Fortune - saksofon (CD5:1-5); Sam Morrison - saksofon (CD5:6); Bennie Maupin - klarnet basowy (CD1:3-5, CD2:1, CD6:2,4,5); Harold I. Williams - instr. klawiszowe (CD1, CD2:1, CD6:2-5); Herbie Hancock - instr. klawiszowe (CD1:1-4 CD6:2-5); Chick Corea - instr. klawiszowe (CD1:1,2, CD6:3); Lonnie Liston Smith - instr. klawiszowe (CD1:3-5, CD2:1, CD6:2,4,5); Cedric Lawson - instr. klawiszowe (CD2:2-5, CD3:1,2); John McLaughlin - gitara (CD1:1-4, CD6:2-5); David Creamer - gitara (CD1:3,4, CD6:2,4,5); Reggie Lucas - gitara (CD2:2-5, CD3, CD4, CD5, CD6:6,7); Pete Cosey - gitara (CD3:3-6, CD4, CD5, CD6:6,7); Dominique Gaumont - gitara (CD4:2, CD5:1-5); Cornel Dupree - gitara (CD6:1); Michael Henderson - bass; Jack DeJohnette - perkusja (CD1:1-4, CD6:2-5); Billy Hart - perkusja i instr. perkusyjne (CD1, CD2:1, CD6:2-5); Don Alias - instr. perkusyjne (CD1:1-4, CD6:2-5); James Mtume - instr. perkusyjne; Al Foster - perkusja (CD1:5, CD2, CD3, CD4, CD5, CD6:1,6,7); Bernard Purdie - perkusja (CD6:1); Collin Walcott - sitar (CD1:1-4, CD6:2-5); Khalil Balakrishna - sitar (CD2:2-5, CD3:1,2); Badal Roy - tabla (CD1, CD2, CD3:1,2, CD6:2-5); Paul Buckmaster - wiolonczela (CD1:1-4, CD6:2-5); Wally Chambers - harmonijka (CD6:1)
Producent: Teo Macero


14 maja 2018

[Recenzja] Cargo - "Cargo" (1972)



Holenderski Wishbone Ash. Tak najprościej można opisać należącą do nieznanego kanonu rocka grupę Cargo. Skojarzenia z angielskim zespołem wywołują przeplatające się partie dwóch gitar solowych i pulsujące partie basu, oraz charakterystyczne dla lat 70. brzmienie. Zespół pozostawił po sobie tylko jeden longplay, a także parę singli i EPek, wydanych jeszcze pod szyldem September. Album "Cargo" ukazał się w 1972 roku i przeszedł praktycznie niezauważony. Dopiero kompaktowa reedycja z 1993 roku zwróciła na dawno już nieistniejący zespół uwagę szerszego grona miłośników klasycznego rocka.

Longplay wypełniają zaledwie cztery, w większości rozbudowane kompozycje, o dość swobodnych, raczej jamowych strukturach. Dominuje instrumentalne granie, z długimi solówkami braci De Hont, podpartymi wyrazistą grą sekcji rytmicznej. Dwa najdłuższe utwory, "Sail Inside" i "Summerfair" łączą rockowy czad z łagodniejszymi momentami, o niemal pastoralnym nastroju, tak typowym dla spokojniejszych nagrań Wishbone Ash. Dwa pozostałe kawałki, "Cross Talking" i "Finding Out", to już cięższe, prawie hardrockowe granie, choć momentami zahaczające o funkową rytmikę. Niestety, muzykom wyraźnie brakuje wyobraźni i kreatywności, choćby na poziomie właśnie Wishbone Ash (o wykonawcach w rodzaju The Allman Brothers Band, Cream czy Hendrixa nie warto nawet wspominać), przez co niewiele z tego grania wynika. Kompletnym brakiem inwencji razi szczególnie instrumentalny "Cross Talking", który najbardziej obnaża warsztatowe braki gitarzystów. Zespół nie potrafił też tworzyć zapamiętywalnych motywów, ani dobrych melodii - wyjątek stanowi całkiem zgrabny "Summerfair", choć muzycy niepotrzebnie rozciągnęli ten utwór do ponad kwadransa kolejnymi nudnymi improwizacjami.

Twórczość Cargo ma licznych zwolenników, którzy będą się upierać, że zespół grał na poziomie największych rockowych grup, a także mnożyć powody - oczywiście nie mające związku z samą muzyką - przez które zespół nie odniósł komercyjnego sukcesu. Prawda jest jednak taka, że była to absolutnie podrzędna kapela, grająca jak wiele innych w tamtym czasie, tylko słabiej. Muzykom brakowało zarówno zdolności kompozytorskich, jak i improwizatorskich, tak koniecznych w wybranej przez nich konwencji. Mimo wszystko, słucha się tego całkiem przyjemnie, choć to chyba głównie zasługa unoszącego się nad całością klimatu lat 70.

Ocena: 6/10



Cargo - "Cargo" (1972)

1. Sail Inside; 2. Cross Talking; 3. Finding Out; 4. Summerfair

Skład: Willem de Vries - wokal i bass; Ad De Hont - gitara; Jan De Hont - gitara; Dennis Whitbread - perkusja
Producent: John B. van Setten


12 maja 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Live in Japan" (1991)



Latem 1966 roku John Coltrane udał się na swoją jedyną trasę koncertową po Japonii. Towarzyszył mu jego ostatni zespół, w skład którego wchodzili Pharoah Sanders, Alice Coltrane, Jimmy Garrison i Rashied Ali. Co najmniej dwa z tych występów - z 11 i 22 lipca w Tokio - zostały profesjonalnie zarejestrowane i na przestrzeni lat ukazały się liczne wydawnictwa zawierające ich fragmenty lub całość. Najpełniejszy obraz przynosi wydany w 1991 roku boks "Live in Japan", który na czterech płytach CD zawiera prawdopodobnie kompletne zapisy obu występów. Wcześniej ukazały się m.in.:

Okładka "Concert in Japan".
  • "Concert in Japan" (1973) - 2 LP z fragmentami występu z 22 lipca (bez "My Favorite Things").
  • "Coltrane in Japan" (1973) - 3 LP, pełny (?) zapis z 22 lipca. Wydany tylko w Japonii.
  • "Second Night in Tokyo" (1977) - 3 LP, pełny (?) zapis z 11 lipca, oraz wywiad z liderem. Wydany tylko w Japonii.
  • "Live in Japan Vol. 1" i "Live in Japan Vol. 2" (1987) - dwa zestawy po 2 CD, każdy z pełnym (?) zapisem jednego występu. Wydane tylko w Niemczech. Dokładnie ten sam materiał powtórzono w boksie "Live in Japan" .


Winylowe wydania mają w przypadku tego materiału jedną poważną wadę - poszczególne utwory są na nich podzielone na kilka części, z powodów ograniczeń czasowych analogów. Na kompaktach zmieściły się w całości. I tak właśnie powinny być słuchane, aby mogły wywrzeć odpowiednie wrażenie na słuchaczu. Cały zespół był wówczas w niesamowitej formie, u szczytu swojej kreatywności. Co zaowocowało bardzo długimi improwizacjami. Najkrótsze są obie wersje "Peace on Earth" - jedynego utworu, zagranego podczas obu występów - trwające niewiele ponad dwadzieścia pięć minut. "Afro-Blue" i "Leo" mają już długość około czterdziestu minut, a "Crescent" i "My Favorite Things" zbliżają się do godziny (wliczając kilkunastominutowe solówki Garrisona, rozpoczynające każdy z tych dwóch utworów). Żadne z tych nagrań jednak ani przez moment nie nudzi. Wręcz przeciwnie - wciągają swoim nieziemskim, mistycznym klimatem i rewelacyjną interakcją między muzykami, którzy zdają się oddziaływać na siebie za pomocą telepatii. Piękno i chaos łączą się tu w niezwykłą całość. A tutejsze wykonanie "Crescent" jest być może najwspanialszym osiągnięciem Johna Coltrane'a - przynajmniej z nagrań koncertowych.

"Live in Japan" to kolejny, po "Live in Seattle", przykład niesamowitego natchnienia i kreatywności, a zarazem prawdziwej instrumentalnej wirtuozerii. Nie jest to łatwa w odbiorze muzyka, dlatego nie polecam tego albumu osobom, które nie mają dobrze osłuchanych studyjnych wydawnictw Trane'a. A tych, którzy mają to już za sobą, z pewnością nie muszę dodatkowo zachęcać. 

Ocena: 10/10



John Coltrane - "Live in Japan" (1991)

CD1: 1. Afro-Blue; 2. Peace on Earth
CD2: 1. Crescent
CD3: 1. Peace on Earth; 2. Leo
CD4: 1. My Favorite Things

Skład: John Coltrane - saksofon, instr. perkusyjny; Pharoah Sanders - saksofon, klarnet basowy, instr. perkusyjne; Alice Coltrane - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Rashied Ali  - perkusja
Producent: Alice Coltrane i Ed Michel


10 maja 2018

[Recenzja] Rage Against the Machine - "Renegades" (2000)



Muzycy Rage Against the Machine wyjątkowo szybko - jak na swoje standardy - uporali się z nagraniem czwartego albumu, który do sprzedaży trafił niewiele ponad rok po "The Battle of Los Angeles". Nie ma w tym jednak niczego nadzwyczajnego, gdyż "Renegades" to po prostu album z coverami. Zespół sięgnął głównie do repertuaru wykonawców hiphopowych (jak np. Cypress Hill czy Afrika Bambaataa) i około-punkrockowych (The Stooges, MC5, Minor Threat). Są też mniej oczywiste wybory, jak utwory Boba Dylana, The Rolling Stones i Bruce'a Springsteena.

Za każdym razem zespół nadaje jednak coverom własnego stylu, całkowicie rezygnując z elementów charakterystycznych dla oryginalnych twórców, dzięki czemu brzmią jak jego autorskie kawałki. Z jednym wyjątkiem. "Beautiful World" nowofalowego Devo został przerobiony na... łagodną balladę, z subtelnym śpiewem Zacka de la Rochy i akompaniamentem nieprzesterowanej gitary. To całkowite zaprzeczenie stylu zespołu, co stanowi bardzo miłe urozmaicenie. Z pozostałych kawałków warto wyróżnić oparte na głębokich liniach basu "Microphone Fiend" hiphopowego duetu Eric B. & Rakim i "I'm Housin'" EPMD, oraz chwytliwe "Renegades of Funk" Afrika Bambaataa i "How I Could Just Kill a Man" Cypress Hill, a także wzbogacone niezłymi riffami "The Ghost of Tom Joad" Springsteena i "Maggie's Farm" Dylana. Żaden z tych kawałków nie jest jednak równie udane, co najlepsze z autorskich kompozycji grupy z poprzednich longplayów. A już zupełnie nie przekonuje mnie Rage w wersji punkowej ("In My Eyes" Minor Threat, "Kick Out the Jams" MC5, "Down on the Street" Stooges), podobnie jak udziwniona wersja stonesowskiego "Street Fighting Man".

"Renegades" niewiele wnosi do dyskografii Rage Against the Machine - z wyjątkiem, oczywiście, zaskakująco zaaranżowanego "Beautiful World". Wydawnictwo należy traktować raczej jako dodatek do podstawowej dyskografii, niż pełnoprawny album. Jest to jednak całkiem udany materiał, choć nie pozbawiony słabszych momentów. Jest to także ostatnie studyjne wydawnictwo zespołu, który rozpadł się jeszcze przed jego wydaniem, a późniejsze reaktywacje nie przyniosły nowego materiału.

Ocena: 6/10 



Rage Against the Machine - "Renegades" (2000)

1. Microphone Fiend; 2. Pistol Grip Pump; 3. Kick Out the Jams; 4. Renegades of Funk; 5. Beautiful World; 6. I'm Housin'; 7. In My Eyes; 8. How I Could Just Kill a Man; 9. The Ghost of Tom Joad; 10. Down on the Street; 11. Street Fighting Man; 12. Maggie's Farm

Skład: Zack de la Rocha - wokal; Tom Morello - gitara; Tim Commerford - bass, dodatkowy wokal; Brad Wilk - perkusja
Producent: Rick Rubin i Rage Against the Machine, Brendan O'Brien (9)


8 maja 2018

[Recenzja] Herbie Hancock - "Thrust" (1974)



"Thrust" to drugi album Herbiego nagrany ze składem Head Hunters (z nowym perkusistą Mikiem Clarkiem na miejscu Harveya Masona). Pomysł na muzykę jest taki sam, jak na przebojowym "Head Hunters". Bo i po co od razu zmieniać coś, co przyniosło tak wielki sukces? Dominują tu proste, funkowe rytmy i futurystyczne brzmienia syntezatorów, ale utwory są dość długie (mieszczą się w przedziale czasowym od siedmiu do jedenastu minut), co daje muzykom spore pole do popisu. Tanecznego potencjału nie można odmówić takim kawałkom, jak "Palm Grease", "Actual Proof" i "Spank-a-Lee", ale najważniejszym i najpiękniejszym utworem jest bardziej stonowany "Butterfly", w którym błyszczy przede wszystkim Bennie Maupin, choć zarówno lider (grający tu głównie na pianinie elektrycznym), jak i rozbudowana sekcja rytmiczna również pokazują swój talent. Ogólnie jest to całkiem przyjemny longplay, choć nie tak przełomowy i interesujący, jak jego słynny poprzednik.

Ocena: 7/10



Herbie Hancock - "Thrust" (1974)

1. Palm Grease; 2. Actual Proof; 3. Butterfly; 4. Spank-a-Lee

Skład: Herbie Hancock - instr. klawiszowe; Bennie Maupin - saksofon, klarnet basowy, flet; Paul Jackson - bass; Mike Clark - perkusja; Bill Summers - instr. perkusyjne
Producent: David Rubinson i Herbie Hancock


6 maja 2018

[Recenzja] The Stooges - "The Stooges" (1969)



Dowodzony przez charyzmatycznego Iggy'ego Popa zespół The Stooges był jednym z prekursorów punk rocka. Podobnie jednak jak inni proto-punkowi wykonawcy, do zaoferowania miał znacznie więcej, niż jego naśladowcy. Co słychać już na jego debiutanckim, eponimicznym albumie. Zespół zarejestrował go w kwietniu 1969 roku z pomocą byłego muzyka The Velvet Underground, Johna Cale'a, w roli producenta. Choć muzycy aktywnie koncertowali od kilkunastu miesięcy, przystępując do nagrań dysponowali jedynie pięcioma kompozycjami, w większości trwającymi około trzech minut. Przedstawiciele Electra Records nie chcieli słyszeć o tak krótkim albumie, więc zespół spontanicznie stworzył jeszcze trzy kawałki ("Real Cool Time", "Not Right" i "Little Doll"). Podobno zajęło to tylko jedną noc, a następnego dnia zostały zarejestrowane w studiu. Wytwórni nie spodobał się także miks albumu przygotowany przez Cale'a - ostatecznie materiał został ponownie zmiksowany przez zespół i prezesa Electry, Jaca Holzmana.

Muzyka zawarta na "The Stooges" to przede wszystkim proste, energetyczne i melodyjne kawałki o surowym, mocno sfuzzowanym brzmieniu, pełne dysonansowych i atonalnych partii gitar. Wyraźnie słychać inspirację twórczością zespołami w rodzaju The Velvet Underground (przede wszystkim w "I Wanna Be Your Dog") i MC5, ale też The Rolling Stones. Do tego dochodzą wyraźne wpływy psychodelii. Takie skojarzenie wywołują przetworzone efektem wah-wah partie gitar w takich utworach, jak "1969", "Real Cool Time", czy w bardziej nastrojowym i udramatyzowanym "Ann". Ale przede wszystkim wywołuje je kompozycja "We Will Fall", w której zespół sięga do samych korzeni rocka psychodelicznego - to dziesięciominutowa mantra przypominająca w warstwie muzycznej hindustańskie ragi, a w wokalnej - chorały gregoriańskie. Zespół zbudował tu naprawdę fantastyczny klimat (warto jednak pamiętać, że już wcześniej podobne rzeczy nagrywały grupy The Yardbirds i The United States of America). Album ma też słabsze momenty, jak niewyróżniające się niczym szczególnym "No Fun", "Not Right" i "Little Doll".

"The Stooges", podobnie jak inne albumy zespołu, nie odniósł sukcesu, a wśród recenzji przeważały obojętne i negatywne. Dopiero z czasem został doceniony, gdy okazało się jak wieli wywarł wpływ na tzw. muzykę alternatywną, scenę metalową, ale przede wszystkim punkową. Wówczas wręcz zaczęto go przeceniać, bardziej skupiając się na wpływie, jaki wywołał, niż na rzeczywistej jakości muzyki.

Ocena: 7/10



The Stooges - "The Stooges" (1969)

1. 1969; 2. I Wanna Be Your Dog; 3. We Will Fall; 4. No Fun; 5. Real Cool Time; 6. Ann; 7. Not Right; 8. Little Doll

Skład: Iggy Pop - wokal; Ron Asheton - gitara, dodatkowy wokal; Dave Alexander - bass; Scott Asheton - perkusja
Gościnnie: John Cale - pianino, instr. perkusyjne (2), altówka (3)
Producent: John Cale


4 maja 2018

[Recenzja] Miles Davis - "The Complete Jack Johnson Sessions" (2003)


Jeden z najlepszych boksów z tej serii. Zarówno ze względu na ilość i jakość premierowego materiału, jak i na możliwość podglądu tego, jak rodził się jeden z najlepszych albumów Milesa Davisa - "Jack Johnson". Na pięciu płytach CD zamieszczono nagrania dokonane w okresie od 18 lutego do 4 czerwca 1970 roku. W tamtym czasie trębacz był pod silnym wpływem muzyki rockowej i funkrockowej, przede wszystkim Jimiego Hendrixa i grupy Sly and the Family Stone. Jednak dopiero dzięki temu wydawnictwu można się w pełni przekonać, jak wielki był to wpływ.

Ówczesny koncertowy skład grupy Davisa był całkiem stabilny - towarzyszyli mu Dave Holland, Jack DeJohnette, saksofonista Steve Grossmann, Chick Corea i/lub Keith Jarrett na klawiszach, oraz perkusjonalista Airto Moreira. Jednak w studiu Miles eksperymentował ze składem, testując możliwości i umiejętności różnych muzyków. Oprócz wyżej wymienionych instrumentalistów, w nagraniach towarzyszyli mu także m.in. John McLaughlin (obecny na wszystkich, z wyjątkiem jednej sesji), Wayne Shorter, Herbie Hancock, Bennie Maupin, Billy Cobham i Ron Carter, ale również zupełnie nowi współpracownicy, jak Michael Henderson, Sonny Sharrock, czy Hermeto Pascoal. Dzięki ich wkładowi powstał zróżnicowany, choć w znacznej części ciążący w stronę rocka, materiał.

Oczywiście, wiele z tych nagrań zostało już wcześniej opublikowane - można je znaleźć na takich wydawnictwach, jak "Live-Evil" ("Little Church (Take 10)", "Nem Um Talvez (Take 4A)", "Selim (Take 4B)"), "Get Up with It" ("Honky Tonk (Take 2)") i "Directions" ("Willie Nelson (Remake Take 2)", "Duran (Take 6)", "Konda"). Ponadto na koniec zamieszczony został cały album "Jack Johnson". Warto zauważyć, że niektóre z tych utworów ("Honky Tonk", "Konda") pojawiają się tutaj w pełnych wersjach, a nie dotychczas znanych wersjach skróconych. Odnotować też trzeba brak "Go Ahead John" w zmiksowanej wersji z "Big Fun". Są tutaj natomiast liczne podejścia (nagrane na żywo, bez studyjnej obróbki) do tego kawałka, ale też do "Willie Nelson", "Right Off" i "Yesternow", z których Teo Macero posklejał finalne wersje. Dzięki ich obecności można dowiedzieć się jak wiele ostateczny kształt albumów Davisa zawdzięczał producentowi i jego żmudnej pracy. Choć nie zawsze wybierał najlepsze wersje - vide "Willie Nelson". Na "Jack Johnson" trafiły zmiksowane fragmenty podejść z 18 lutego, podczas gdy zespół (w nieco innej konfiguracji) znacznie ciekawszy klimat zbudował w trakcie sesji z 27 lutego (oba podejścia podpisane jako "remake take").

Jeśli chodzi o premierowy materiał, to zaskoczeniem mogą być takie nagrania, jak "Duran (Take 4)", "Johnny Bratton (Insert 1)", "Johnny Bratton (Insert 2)" czy "Ali (Take 3)" - dość proste i krótkie, z niemal piosenkowymi strukturami, oraz zdecydowanie rockowym charakterem za sprawą energetycznej gry sekcji rytmicznej i dominującymi, ostrymi partiami gitary. Szczególnie ta wersja "Duran" spokojnie mogłaby znaleźć się w repertuarze Hendrixa czy Sly'a Stone'a - wystarczyłoby tylko zamienić partie trąbki Milesa na wokal (Davis planował wydać ją na singlu, ale wydawca nie był tym zainteresowany). Wszystkie te utwory pojawiają się tutaj także w bardziej rozbudowanych wersjach ("Duran (Take 6)", "Johnny Bratton (Take 4)", "Ali (Take 4)"), w których instrumentaliści mają znacznie więcej pola do popisu. Te wykonania robią na mnie jeszcze lepsze wrażenie, szczególnie rewelacyjny "Johnny Bratton", z tym pięknie pulsującym basem Hollanda i psychodeliczną gitarą McLaughlina. Dlaczego tak wspaniałe nagranie przeleżało w archiwum trzydzieści lat, zamiast stać się częścią któregoś albumu? To jedna z największych wydawniczych pomyłek w dyskografii Davisa. Wyłącznie jako ciekawostkę należy traktować natomiast "Archie Moore" - spontaniczny jam McLaughlina, Hollanda i DeJohnette'a, będący po prostu typowym bluesem w wolnym tempie.

Nieco odmienny, mniej rockowy charakter mają balladowe nagrania z sesji z brazylijskim perkusistą Hermeto Pascoalem (znane już z "Live-Evil" - tutaj obecne także w alternatywnych wersjach), oraz dwie improwizacje o wspólnym tytule "The Mask" - pierwsza, nagrana bez udziału lidera, ma kompletnie swobodny, nieokiełznany charakter, natomiast druga, już z udziałem trębacza, jest bardziej ułożona, pozbawiona szaleństwa i nastawiona raczej na budowanie klimatu.

"The Complete Jack Johnson Sessions" to doskonałe i bardzo potrzebne uzupełnienie dyskografii Milesa Davisa. Podobnie jak w przypadku boksów z okresu "Bitches Brew", "In a Silent Way" i "On the Corner", z zawartego tutaj premierowego materiału można by skompilować co najmniej jeszcze jeden longplay (najlepiej dwupłytowy). I to chyba nawet lepszy od oryginalnego "Jacka Johnsona".

Ocena: 10/10



Miles Davis - "The Complete Jack Johnson Sessions" (2003)

CD1: 1. Willie Nelson (Take 2); 2. Willie Nelson (Take 3); 3. Willie Nelson (Insert 1); 4. Willie Nelson (Insert 2); 5. Willie Nelson (Remake Take 1); 6. Willie Nelson (Remake Take 2); 7. Johnny Bratton (Take 4); 8. Johnny Bratton (Insert 1); 9. Johnny Bratton (Insert 2); 10. Archie Moore
CD2: 1. Go Ahead John (Part One); 2. Go Ahead John (Part Two A); 3. Go Ahead John (Part Two B); 4. Go Ahead John (Part Two C); 5. Go Ahead John (Part One Remake); 6. Duran (Take 4); 7. Duran (Take 6); 8. Sugar Ray
CD3: 1. Right Off (Take 10); 2. Right Off (Take 10A); 3. Right Off (Take 11); 4. Right Off (Take 12); 5. Yesternow (Take 16); 6. Yesternow (New Take 4); 7. Honky Tonk (Take 2); 8. Honky Tonk (Take 5)
CD4: 1. Ali (Take 3); 2. Ali (Take 4); 3. Konda; 4. Nem Um Talvez (Take 17); 5. Nem Um Talvez (Take 19); 6. Little High People (Take 7); 7. Little High People (Take 8); 8. Nem Um Talvez (Take 3); 9. Nem Um Talvez (Take 4A); 10. Selim (Take 4B); 11. Little Church (Take 7); 12. Little Church (Take 10)
CD5: 1. The Mask (Part One); 2. The Mask (Part Two); 3. Right Off; 4. Yesternow

Skład: Miles Davis - trąbka; Bennie Maupin - klarnet basowy (CD1:1-4, CD2:6,7, CD5:4); Steve Grossman - saksofon (CD1:5-9, CD2:1-5,8, CD3, CD4:1,2,6-12, CD5); Wayne Shorter - saksofon (CD2:6,7); Chick Corea - instr. klawiszowe (CD1:1-4, CD4:6-12, CD5:1,2,4); Herbie Hancock - instr. klawiszowe (CD2:8, CD3:1-8, CD4:1,2,4-12, CD5); Keith Jarrett - instr. klawiszowe (CD3:7,8, CD4:1-12, CD5:1,2); John McLaughlin - gitara (oprócz CD4:6-10); Sonny Sharrock - gitara (CD1:1-4, CD5:4); Dave Holland - bass (CD1, CD2, CD4:11,12, CD5:1,2,4); Michael Henderson - bass (CD3, CD4:1,2,4,5, CD5:3,4); Gene Perla - bass (CD3:7,8, CD4:1,2); Ron Carter - bass (CD4:6-10); Jack DeJohnette - perkusja (CD1, CD2:1-5, CD4:3,6-12, CD5:1,2,4); Billy Cobham - perkusja (CD2:6,7, CD3, CD4:1,2, CD5:3,4); Lenny White - perkusja (CD2:8); Airto Moreira - instr. perkusyjne (CD3:7,8, CD4, CD5:1,2); Hermeto Pascoal - wokal i perkusja (CD4:4-12)
Gościnnie: Brock Peters - narracja (CD5:4)
Producent Teo Macero


2 maja 2018

[Recenzja] Radiohead - "OK Computer" (1997)



Jeden z najsłynniejszych albumów w historii, który po dwóch dekadach od wydania wciąż wywołuje wielkie - i skrajne - emocje. Multiplatynowa sprzedaż, stała obecność w praktycznie wszystkich profesjonalnych listach płyt lat 90. i wszech czasów, pierwsze miejsce w rankingu ogólnym strony Rate Your Music - to wszystko robi wrażenie, bez względu na to, czy podzielamy te zachwyty, czy jesteśmy nimi zdumieni. Jednocześnie utrudnia to obiektywną ocenę tego materiału. Dla jednych jego wielkość jest dogmatem. Dla innych jest to najbardziej przereklamowany album w dziejach, niesłuchalny gniot, który przyczynił się do upadku muzyki rockowej. Obydwa podejścia są oczywiście mocno przesadzone. Z jednej strony zestawienie tego albumu z dziełami w rodzaju "Dark Side of the Moon" czy "Kind of Blue" jest śmieszne i smutne zarazem, lecz z drugiej - nie jest to całkiem bezwartościowa muzyka.

Do nagrania swojego trzeciego longplaya muzycy Radiohead podeszli całkiem ambitnie. Za cel postawili sobie stworzenie albumu koncepcyjnego na miarę końca XX wieku, wyjście z piosenkowego schematu, bardziej eksperymentalne podejście do brzmienia (m.in. poprzez rozbudowanie instrumentarium). W teorii wygląda to całkiem interesująco. Ale w praktyce jest z tym różnie. Najciekawiej wypada sam początek albumu. "Airbag" i "Paranoid Android" bardzo dobrze przygotowują do tego, co będzie się działo dalej, zwłaszcza na kolejnych albumach grupy - pokazując kierunek, w jakim zmierza zespół, ale w naturalny, niewywołujący szoku sposób, łącząc nowe elementy ze starymi. Bo to wciąż bardzo gitarowe granie, jednak w pierwszym przypadku delikatnie wzbogacone elektroniką, a w drugim - mające kompletnie zwariowaną, nieprzewidywalną strukturę. Dalej jednak robi się nieco zbyt sennie i smętnie. Utwory w rodzaju "Subterranean Homesick Alien", "Exit Music (For a Film)", "Let Down" czy "Lucky" mają naprawdę spory potencjał melodyczny, ale zmarnowany zbyt anemicznym wykonaniem. Przydałoby się im nieco więcej energii, nie zaszkodziłoby mocniejsze wyeksponowanie sekcji rytmicznej, a najbardziej pomogłoby zastąpienie Thoma Yorka bardziej męskim wokalistą.

Prawdopodobnie najbardziej znanymi fragmentami "OK Computer" są singlowe "Karma Police" i "No Suprises" (na małych płytach wydano także "Paranoid Android", "Lucky", "Let Down" i "Airbag"). Ten pierwszy wyróżnia się całkiem zgrabną partią pianina i nieco beatlesowskim charakterem. Całkiem niezła melodia znów jest zanadto rozwleczona, ale w sumie jest to nie najgorsze nagranie. W przeciwieństwie do banalnego i zbyt ospałego "No Suprises". Potrzebne urozmaicenie przynosi bardziej żywiołowy "Electioneering". Aż prosiłoby się tutaj o więcej takich utworów, dla równowagi z tymi wszystkimi smętami. Choć sam w sobie, jest to zupełnie przeciętne nagranie. Do najciekawszych momentów albumu - oprócz dwóch pierwszych utworów - zaliczyć muszę także "Climbing Up the Walls", najbardziej eksperymentalny fragment całości, odważnie wykorzystujący elektronikę, oraz finałowy "The Tourist", który choć jest kolejną z tych smętnych, powolnie snujących się piosenek, doskonale sprawdza się w roli zakończenia tego longplaya.

"OK Computer" to album, na którym Radiohead w końcu pokazało swój własny styl (a właściwie dopiero jego zalążek), który znalazł zarówno licznych zwolenników, jak i przeciwników. Sam przez długi czas należałem do tych drugich. Przy pobieżnym kontakcie album rzeczywiście zniechęca swoją anemicznością i przerysowanymi partiami wokalnymi. Warto jednak wsłuchać się w niego uważniej, a okaże się, że pod tym całym smęceniem ukryte jest mnóstwo ciekawych pomysłów i niezłych melodii. 

Ocena: 6/10



Radiohead - "OK Computer" (1997)

1. Airbag; 2. Paranoid Android; 3. Subterranean Homesick Alien; 4. Exit Music (For a Film); 5. Let Down; 6. Karma Police; 7. Fitter Happier; 8. Electioneering; 9. Climbing Up the Walls; 10. No Surprises; 11. Lucky; 12. The Tourist

Skład: Thom Yorke - wokal, gitara, pianino; Jonny Greenwood - gitara, instr. klawiszowe, flet; Ed O'Brien - gitara, dodatkowy wokal; Colin Greenwood - bass; Phil Selway - perkusja
Producent: Nigel Godrich