31 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Blue Matter" (1969)



Na koniec stycznia 1969 roku zaplanowana została pierwsza amerykańska trasa Savoy Brown. Muzycy koniecznie chcieli wcześniej ukończyć i opublikować swój trzeci album. Nie dysponowali jednak wystarczającą ilością materiału. Nie było już czasu na zorganizowanie sesji, jedynym rozwiązaniem było zarejestrowanie kilku utworów podczas koncertu. Zespół zaoferował darmowy występ na terenie City of Leicester College of Education, który odbył się 6 grudnia 1968 roku. Nagrania z tego koncertu, wraz ze studyjnym materiałem, trafiły na album zatytułowany "Blue Matter" W tamtym czasie takie kompilacje studyjnych i koncertowych nagrań były na porządku dziennym, żeby wspomnieć tylko o "Wheels of Fire" i "Goodbye" tria Cream, "Ummugummie" Pink Floyd czy "Happy Trails" Quicksilver Messenger Service.

Pierwsza strona winylowego wydania zawiera pięć studyjnych kawałków, prezentujących różne odcienie bluesa. Całość rozpoczyna pogodna, skoczna piosenka "Train to Nowhere", w której zespołowi towarzyszy sekcja dęta złożona z pięciu puzonistów. zaraz potem rozbrzmiewa minorowa, natchniona ballada bluesowa "Tolling Bells", która bardzo mocno kojarzy się z ówczesnym Fleetwood Mac - zarówno wyjątkowo dobra partia wokalna Chrisa Youldena, jak i gitara Kima Simmondsa świetnie imitują styl Petera Greena. Jest tu też fantastyczna gra pianisty Boba Halla. To zdecydowanie najlepszy utwór, jaki zespół nagrał do tamtej pory. "She's Got a Ring in His Nose and a Ring on Her Hand" to dla odmiany bardziej wyluzowane i nieco ostrzejsze nagranie. Natomiast akustyczny "Vicksburg Blues", w którym partii wokalnej towarzyszy tylko pianino, fajnie kontrastuje z iście hardrockową przeróbką "Don't Turn Me From Your Door" Johna Lee Hookera, w którym na pierwszy plan wybija się przesterowana partia basu. Pomimo sporego eklektyzmu, jest to naprawdę fajny zbiór kawałków.

Część koncertowa została co ciekawe zarejestrowana w okrojonym składzie, bez Youldena, który wówczas cierpiał na zapalenie migdałków i nie mógł wystąpić z zespołem. W roli wokalisty wystąpił gitarzysta Dave Peverett, dysponujący raczej bezbarwnym głosem. Stronę B rozpoczyna napisany przez niego "May Be Wrong" - bardzo klasyczny blues w wolnym tempie, z ostrymi solówkami gitary. Repertuaru dopełniają natomiast rozbudowane interpretacje "Louisiana Blues" Muddy'ego Watersa oraz "It Hurts Me Too", którego pierwotnym wykonawcą był Tampa Red. Nie należy jednak oczekiwać porywających improwizacji całego zespołu w stylu Cream czy The Allman Brothers Band - co najwyżej pojawiają się dłuższe solówki Simmondsa, jak w "Louisiana Blues". Savoy Brown stawia raczej na budowanie bluesowego klimatu, co jak najbardziej się tutaj udaje, aczkolwiek jest to bardzo przewidywalne granie. Podoba mi się, ale nie zachwyca mnie.

"Blue Matter" był pierwszym albumem zespołu, który zaznaczył swoją obecność na listach sprzedaży. Trudno jednak mówić tu o jakimś wielkim sukcesie - doszedł zaledwie do 182. miejsca amerykańskiego notowania. Ogólnie jest to całkiem fajna płyta, która nie rozczaruje wielbicieli bluesa, jednak niemalże słychać tutaj ten pośpiech, w jakim była przygotowywana. Niewątpliwie mógł to być jeszcze lepszy longplay, gdyby zespół miał więcej czasu na jego ukończenie.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Blue Matter" (1969)

1. Train to Nowhere; 2. Tolling Bells; 3. She's Got a Ring in His Nose and a Ring on Her Hand; 4. Vicksburg Blues; 5. Don't Turn Me From Your Door; 6. May Be Wrong (live); 7. Louisiana Blues (live); 8. It Hurts Me Too (live)

Skład: Chris Youlden - wokal (1-5), gitara (5)Kim Simmonds - gitara, pianino (2), harmonijka; Dave Peverett - gitara, wokal (6-8); Rivers Jobe - gitara basowa (1,2,4)Tony Stevens - gitara basowa (3,5-8); Roger Earl - perkusja i instr. perkusyjne; Bob Hall - pianino
Gościnnie: Alan Moore, Terry Flannery, Keith Martin, Brian Perrin i Derek Wadsworth - puzony (1); Mike Vernon - instr. perkusyjne (1)
Producent: Mike Vernon


29 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Getting to the Point" (1968)



Po wydaniu debiutanckiego "Shake Down", skład Savoy Brown kompletnie się posypał. W zespole pozostali tylko gitarzysta Kim Simmonds oraz pianista Bob Hall (który na pierwszym albumie ledwie zaznaczył swoją obecność, grając tylko w trzech kawałkach). Miejsce wokalisty Brice'a Portiusa i gitarzysty Martina Stone'a zajęli odpowiednio Chris Youlden i Dave Peverett. Dłużej trwały poszukiwania odpowiedniej sekcji rytmicznej. Przez krótki czas w zespole występowali basista Bob Brunning oraz perkusiści Hughie Flint (wcześniej w grupie Johna Mayalla) i Bill Bruford (później w Yes i King Crimson), zanim role te objęli Rivers Jobe i Roger Earl. Kiedy już skład się w miarę ustabilizował, muzycy przystąpili do nagrywania drugiego albumu, "Getting to the Point".

Tym razem w repertuarze znalazł się przede wszystkim autorski materiał, napisany głównie przez Simmondsa i Youldena, z małym udziałem Peveretta i Halla. Są też trzy przeróbki bluesowych standardów: "Honey Bee" Muddy'ego Watersa, tradycyjny "Give Me a Penny", a także "You Need Love" Williego Dixona, czyli pierwowzór zeppelinowego "Whole Lotta Love" (jeszcze bez tego powalającego riffu). Stylistycznie jest to wciąż zachowawcze granie na pograniczu bluesa i rocka, z przewagą tego pierwszego, choć średnia długość utworów trochę się wydłużyła. Najlepszym elementem wciąż są gitarowe solówki Simmondsa. Słabo wypada natomiast nowy wokalista, którego maniera jest dość irytująca (na szczęście całkiem porzucił ją na kolejnych albumach). Nie najlepszym pomysłem było rozpoczęcie albumu od balladowego "Flood in Houston". W roli otwieracza lepiej sprawdziłby się któryś z bardziej energetycznych kawałków, "Stay with Me Baby", instrumentalne "The Incredible Gnome Meets Jaxman" i "Getting to the Point" lub nieco jamowy "You Need Love", a nawet utrzymany w wolnym tempie, ale wyróżniający się niemal hardrockowym ciężarem "Give Me a Penny". Najciekawiej, pod względem kompozycji i wykonania, prezentuje się "Mr. Downchild" - z początku bardzo subtelny, ale z czasem nabierający intensywności (m.in. za sprawą lekko przesterowanego basu), w który muzycy włożyli najwięcej emocji. Nawet wokal Youldena, śpiewającego trochę niżej, zupełnie mi tu nie przeszkadza.

Jako całość "Getting to the Point" jest niestety bardzo przewidywalnym i schematycznym albumem, niczym się nie wyróżniającym na tle dziesiątek wydawnictw w podobnym stylu, wydanych w drugiej połowie lat 60. Album podzielił zresztą los swojego poprzednika i nie został odnotowany na listach sprzedaży. 

Ocena: 6/10



Savoy Brown - "Getting to the Point" (1968)

1. Flood in Houston; 2. Stay with Me Baby; 3. Honey Bee; 4. The Incredible Gnome Meets Jaxman; 5. Give Me a Penny; 6. Mr. Downchild; 7. Getting to the Point; 8. Big City Lights; 9. You Need Love

Skład: Chris Youlden - wokal; Kim Simmonds - gitara; Dave Peverett - gitara; Rivers Jobe - gitara basowa; Roger Earl - perkusja; Bob Hall - pianino
Producent: Mike Vernon


27 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Shake Down" (1967)



Po sukcesie John Mayall and the Bluesbreakers doszło do wysypu brytyjskich grup grających muzykę na pograniczu bluesa i rocka. Aby wymienić tylko te najważniejsze, trzeba wspomnieć o Cream, Ten Years After, Groundhogs, Fleetwood Mac, Chicken Shack, The Jeff Beck Group, The Aynsley Dunbar Retaliation czy Savoy Brown. Większość z nich już dawno zakończyła działalność, niektóre są kojarzone dziś z zupełnie inną muzyką. Wyjątek stanowi ostatni z wymienionych, który wciąż koncertuje i nagrywa (z gitarzystą Kimem Simmondsem jako jedynym członkiem oryginalnego składu), pozostając wiernym swoim bluesowym korzeniom.

Podobnie jak w przypadku wielu innych grup z tego nurtu, sporą część wczesnego repertuaru Savoy Brown stanowiły przeróbki bluesowych standardów. Na debiutanckim "Shake Down" znalazła się tylko jedna w pełni premierowa kompozycja - instrumentalny "The Doormouse Rides the Rails", podpisany przez gitarzystę Martina Stone'a. Poza tym muzycy wzięli na warsztat kompozycje napisane m.in. przez Williego Dixona ("I Ain't Superstitious", "Let Me Love You Baby", "Little Girl"), Johna Lee Hookera ("It's My Own Fault"), a także trzech królów bluesa: B.B. Kinga ("Rock Me Baby"), Alberta Kinga ("Oh! Pretty Woman") i Freddy'ego Kinga ("High Rise"). Wszystkie utwory zagrane są z rockową energią i brzmieniem, choć zdarzają się też subtelniejsze momenty, w postaci dwóch klasycznie bluesowych ballad ("Black Night", "It's My Own Fault"). Muzycy nie kombinują, grają te utwory w dość zachowawczy sposób, choć w finałowym "Shake 'Em on Down" zespół pozwala sobie na nieco więcej. Zdecydowanie najlepiej na tym albumie wypadają partie gitar, trzymające się typowo bluesowych zagrywek, ale mające ostrzejsze, rockowe brzmienie. Z kolei wokalista i sekcja rytmiczna raczej niczym się nie wyróżniają, ani na plus, ani na minus.

W rodzimej Wielkiej Brytanii album przeszedł praktycznie niezauważony, a w Stanach nie został wydany aż do 1990 roku, jednak sympatykom takiego grania z pewnością przypadnie do gustu. Głównym problem tego wydawnictwa jest to, że absolutnie niczym się nie wyróżnia wśród wielu podobnych, jakie ukazały się w zbliżonym okresie.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Shake Down" (1967)

1. I Ain't Superstitious; 2. Let Me Love You Baby; 3. Black Night; 4. High Rise; 5. Rock Me Baby; 6. I Smell Trouble; 7. Oh! Pretty Woman; 8. Little Girl; 9. The Doormouse Rides the Rails; 10. It's My Own Fault; 11. Shake 'Em on Down

Skład: Brice Portius - wokal; Kim Simmonds - gitara; Martin Stone - gitara; Ray Chappell - gitara basowa; Leo Mannings - perkusja; Bob Hall - pianino (1,8,11)
Producent: Mike Vernon


13 grudnia 2014

[Recenzja] Message - "From Books and Dreams" (1973)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 7/13

Założona w Düsseldorfie pod koniec lat 60. grupa Message nie zdobyła nigdy większego rozgłosu. I to pomimo wydania kilku niezłych płyt oraz wsparcia Dietera Dierksa - producenta i inżyniera dźwięku, który pomógł zaistnieć takim grupom, jak chociażby Ash Ra Tempel, Embryo, Tangerine Dream czy Scorpions. To właśnie dzięki Dierksowi muzycy Message podpisali kontrakt z należącą do Petera Hauke'a wytwórnią Bacillus Records. W tamtym czasie w skład grupy wchodzili aż trzej Brytyjczycy - śpiewający saksofonista i klawiszowiec Tommy McGuigan oraz gitarzyści Allan Murdoch i Billy Tabbert - a także dwóch Niemców, basista Horst Stachelhaus (wcześniej członek Birth Control) i perkusista Gerhard Schaber.

Tych właśnie muzyków można usłyszeć na debiutanckim "The Dawn Anew Is Coming" (1972), zawierającym całkiem przyjemną mieszankę psychodelii z elementami hard rocka oraz rocka progresywnego, wyraźnie nawiązującą do twórczości brytyjskich i amerykańskich grup. Głównymi problemami tego wydawnictwa są całkowity brak własnej tożsamości oraz niezbyt charakterystyczne kompozycje. Znacznie ciekawiej prezentuje się kolejny longplay zespołu, nagrany już bez udziału Tabberta i Schabera, za to z nowym perkusistą Güntherem Klingelem. Już sama okładka "From Books and Dreams" zapowiada, że zespół zwrócił się w nieco mroczniejsze rejony. To wciąż muzyka czerpiąca przede wszystkim z anglosaskiego rocka głównego nurtu, aczkolwiek tym razem lekko zbliżająca się do krautrocka (przede wszystkim w warstwie rytmicznej i za sprawą dość ćpuńskiego klimatu) oraz jazz-rocka (dzięki większej roli saksofonu). Jednak najbliższą rzeczywistości etykietą będzie heavy psych. Zdecydowanie nie jest to - jak twierdzą niektórzy - rock progresywny, gdyż utwory mają raczej jamowy charakter.

Całość rozpoczyna się od intrygującego, choć trochę przydługiego intra "Sleep!", które po niespełna trzech minutach przechodzi w trzynastominutowy, rozpędzony "Dreams and Nightmares (Dreams)", w którym przeplata się kilka charakterystycznych tematów i niezłych solówek. Sfuzzowane brzmienie gitary z pewnością zachwyci każdego miłośnika rocka przełomu lat 60. i 70., mnie jednak najbardziej podoba się w nim gra sekcji rytmicznej, która zdecydowanie nie ogranicza się do najprostszego akompaniamentu. Całkiem fajnie wpleciono tu też partie saksofonu, natomiast mniej udanym elementem są partie wokalne McGuigana, których na szczęście nie ma tu wiele. Utwór bardzo płynnie przechodzi w kolejny, "Turn Over!" - z początku nastrojowy, z czasem bardziej intensywny. Tym razem w pierwszoplanowej roli występuje saksofon, nadający lekko jazzowego charakteru. Nagranie jest w zasadzie instrumentalne, jeśli nie liczyć finałowej recytacji zakończonej zapętlonymi słowami z tytułu - to sygnał, że pora przewrócić winyl na drugą stronę (aczkolwiek fragment ten zostawiono także na kompaktowych reedycjach). Strona B rozpoczyna się bardzo pogodnie i piosenkowo, kontrastując z poprzednimi nagraniami. Choć w drugiej połowie "Sigh" pojawia się dłuższy fragment instrumentalny o zupełnie innym nastroju i charakterze, w którym słychać nawet niemal freejazzową partię saksofonu. Finałowy i najdłuższy "Dreams and Nightmares (Nightmares)" już w całości utrzymany jest w klimacie znanym z poprzedniej strony. Balladowy początek z melotronowym tłem nawiązuje do rocka progresywnego, ale już po chwili muzycy wracają do bardziej hałaśliwego i jamowego grania, by później jeszcze parę razy zmienić klimat. Na plus można znów zaliczyć partie saksofonu i sekcji rytmicznej, a mniejszą kreatywnością wykazuje się gitarzysta, choć granym przez niego motywom nie można odmówić wyrazistości.

"From Books and Dreams" wydaje się trochę spóźniony względem brytyjskich i amerykańskich grup, ze względu na brzmienie i jamowy charakter kompozycji (gdybym nie wiedział, obstawiałbym, że to album najpóźniej z 1971 roku), aczkolwiek trudno mi wskazać inny faktycznie podobny album. Muzycy Message połączyli znane rozwiązania na swój własny sposób, całkiem zresztą ciekawy. I właśnie dlatego "From Books and Dreams" jest albumem, o którego istnieniu warto przypominać. Nie można tego niestety powiedzieć o kolejnych wydawnictwach stale zmieniającego skład i stylistykę zespołu, które najlepiej pominąć milczeniem.

Ocena: 7/10



Message - "From Books and Dreams" (1973)

1. Sleep!; 2. Dreams and Nightmares (Dreams); 3. Turn Over!; 4. Sigh; 5. Dreams and Nightmares (Nightmares)

Skład: Tommy McGuigan - wokal, saksofon, melotron; Allan Murdoch - gitara; Horst Stachelhaus - gitara basowa; Günther Klingel - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Peter Hauke


29 listopada 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Cream

Cream - pierwsza supergrupa, stworzona przez dwóch jazzmanów (Jack Bruce i Ginger Baker) i bluesmana (Eric Clapton), którzy wspólnymi siłami położyli fundamenty hard rocka. To jeden z najbardziej nowatorskich i inspirujących zespołów w dziejach muzyki rockowej. I chociaż trio najlepsze efekty osiągało na koncertach - szczególnie podczas niczym nie skrępowanych, porywających improwizacji, których podstawą były bluesowe standardy (np. "Spoonful" Williego Dixona, "I'm So Glad" Skipa Jamesa, czy "Cross Road Blues" Roberta Johnsona) - to pozostawiło po sobie także sporo interesującego, autorskiego materiału studyjnego. W poniższym tekście opisałem dziesięć najciekawszych (niekoniecznie pod względem muzycznym) kompozycji Cream.

Cream: Jack Bruce, Ginger Baker i Eric Clapton.


1. "Wrapping Paper" (niealbumowy singiel, 1966)

Pierwszy singiel zespołu, z muzyką Jacka Bruce'a i tekstem poety Pete'a Browna. Pisanie tekstów nie było naszą mocną stroną - przyznawał Ginger Baker, tłumacząc dlaczego zespół korzystał z usług tekściarza spoza grupy. To właśnie perkusista zadzwonił do Browna, który początkowo miał pisać teksty do jego utworów - szybko jednak się okazało, że Brownowi znacznie lepiej współpracuje się z Brucem. Doskonale się rozumieliśmy - przyznawał Brown. Czasem się kłóciliśmy, ale od początku było nam pisane artystyczne porozumienie. Bruce natomiast wyjaśniał: Pete pisał słowa, a ja pilnowałem, by można je było wyśpiewać.
Utwór "Wrapping Paper" znacznie odstaje od psychodeliczno-bluesrockowego stylu Cream, utrzymany jest bardziej w jazzowo-rhythm and bluesowym stylu. Podobał mi się pomysł wydania "Wrapping Paper" na pierwszym singlu - mówił Eric Clapton. Nie taką muzykę chciałem grać, ale liczył się efekt zaskoczenia. Oto nam chodziło. Zupełnie inne podejście miał Baker: "Wrapping Paper" to najbardziej przerażające gówno, jakie słyszałem w moim życiu - mówił. Byłem mu całkowicie przeciwny, od samego początku. Singiel odniósł jednak umiarkowany sukces, dochodząc do 34. miejsca na brytyjskim notowaniu.


2. "I Feel Free" (niealbumowy singiel, 1966)

Największy singlowy przebój Cream w Wielkiej Brytanii - 11. miejsce na tamtejszym notowaniu. W Europie utwór został wydany tylko na małej płycie, natomiast w Stanach został włączony do repertuaru albumu "Fresh Cream" (zamiast coveru "Spoonful"). Pomimo sukcesu, jaki osiągnął, "I Feel Free" nie był wykonywany przez grupę na koncertach, był natomiast prezentowany podczas występów radiowych i telewizyjnych. Był też grany przez Jacka Bruce'a (kompozytora utworu), na solowych koncertach po rozpadzie Cream. W 1986 roku basista nagrał także nową studyjną wersję "I Feel Free", przeznaczoną do reklamy samochodu Renault 21.
Pod względem muzycznym, utwór utrzymany jest w typowym dla wczesnego Cream stylu - stanowi połączenie psychodelicznego popu i blues rocka.


3. "Toad" (z albumu "Fresh Cream", 1966)

Utwór Gingera Bakera, składający się głównie z jego perkusyjnej solówki (jednej z pierwszych, jakie zostały zarejestrowane na studyjny album rockowy), poprzedzonej i zakończonej krótkim riffem granym przez całe trio. "Toad" był stałym punktem koncertów grupy, a perkusyjne solo rozrastało się na nich do kilkunastu minut (vide wersja z koncertowej płyty albumu "Wheels of Fire"). Baker wykonywał ten utwór także ze swoim późniejszym zespołem Ginger Baker's Air Force.
"Toad" stał się jednym z najbardziej inspirujących utworów dla rockowych perkusistów. Pod jego wrażeniem byli m.in. John Bonham i Bill Ward, czego dowodem są utwory "Moby Dick" Led Zeppelin i "Rat Salad" Black Sabbath, powielające strukturę "Toad".


4. "Strange Brew" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Pierwszym utworem, który zespół zagrał podczas sesji nagraniowej na drugi album, był cover "Hey Lawdy Mama" Buddy'ego Mossa z 1934 roku. Pomysł wziął się z płyty, którą nagrali Buddy Guy i Junior Wells - wyjaśniał Eric Clapton. Jest tam utwór "Hey Lawdy Mama", ale riff gitary pochodzi z piosenki "Everything's Going to Be Alright" Little Waltera.
Producent albumu "Disraeli Gears", Felix Pappalardi, odrzucił pomysł umieszczenia na nim tego coveru, jednak wraz ze swoją żoną, Gail Collins, stworzył własny utwór, "Strange Brew", oparty na tym samym riffie. Z 12-taktowego bluesa zrobił popową piosenkę w stylu Paula McCartneya - tłumaczył Clapton (dopisany do utworu jako współkompozytor). Trochę wściekałem się z powodu ostatecznego brzmienia, ale szanowałem Felixa za to, że wiedział jak się za to zabrać. Na mocy niepisanej umowy, godząc się na popowy kawałek, mogłem zagrać solówkę w stylu Alberta Kinga.
"Strange Brew" został wydany na pierwszym singlu promującym album i stał się jednym z największych przebojów grupy (17. miejsce w Wielkiej Brytanii). Co jednak ciekawe, utwór nie był wykonywany przez grupę na koncertach - muzycy preferowali granie "Hey Lawdy Mama".


5. "Tales of Brave Ulysses" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Kompozycja Erica Claptona, z tekstem Martina Sharpa, który był także autorem okładki albumu "Disraeli Gears". Kiedy poznałem Erica, nie słyszałem o Cream, nie znałem ich muzyki - wspominał Sharp. To był przypadek. Powiedziałem, że właśnie wymyśliłem tekst. Eric na to, że napisał utwór. Zapisałem więc słowa na serwetce i zostawiłem swój adres. Pomyśleć, że tekst pasował do tej muzyki. To jak przeznaczenie. Wyjaśniał także, co zainspirowało go do napisania tego tekstu: Właśnie wróciłem z Balearów, byłem na Ibizie i i Formenterze. Ktoś mi powiedział, ze to właśnie tam syreny zwodziły Odyseusza śpiewem. Po powrocie do Londynu tęskniłem za tamtejszym latem. Napisałem więc tekst, mając w głowie piosenkę Leonarda Cohena "Susanne", ale w wykonaniu Judy Collins. Uwielbiam tę wersję.
Napisał [te] słowa na skrawku papieru, a Jack wymyślił linię wokalną na podstawie gitarowego riffu - wyjaśniał Clapton. Jakiś rok wcześniej Lovin' Spoonful nagrali "Summer in the City". Słuchaliśmy tej grupy, szczególnie ja. na gitarze grał tam Zal Yanovsky. Jego riff był punktem wyjścia.
Dzień przed napisaniem muzyki, Clapton odkrył efekt wah-wah. Jego użycie na albumie zaproponował producent, Felix Pappalardi, który osobiście zaprowadził Erica do sklepu z instrumentami. Sprzedawca zaproponował mi efekt pedałowy, który przypomina płacz dziecka - wspominał gitarzysta. Przekonał mnie. Taki efekt dobrze wpływa na brzmienie. Wah-wah tworzy klimat; w samej muzyce niczego nie zmienia. Wzbogaca brzmienie.
Trio regularnie wykonywało "Tales of Brave Ulysses" podczas koncertów. Utwór stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych w dorobku grupy, chociaż nigdy nie został wydany na stronie A singla. Eric przyniósł singiel "Strange Brew" z utworem "Tales of Brave Ulysses" na stronie B, co mnie trochę rozczarowało - wspominał Sharp.


6. "Sunshine of Your Love" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Jeden z najsłynniejszych gitarowych riffów wszech czasów został wymyślony przez Jacka Bruce'a na kontrabasie, po całonocnej próbie napisania jakiegoś utworu. W końcu wstał, chwycił kontrabas i spytał: "Co sądzisz o tym?" - wspominał Pete Brown. Spojrzałem za okno i powiedziałem: "Zbliża się świt". Stało się to zalążkiem tekstu, który potem napisał. To jeszcze nie była piosenka, zaledwie [sam] riff - mówił Bruce. Wkrótce potem, podczas próby, zagrałem to Ericowi, który dorzucił coś od siebie. Po złączeniu tych dwóch części, powstało "Sunshine of Your Love". Ta piosenka ma pewną pierwotną jakość, która pociąga ludzi. Riff wnika bardzo głęboko. Clapton potwierdzał: Jack miał już linię basu. Przeniosłem to do rejestru gitary i dodałem akordy. Pojawiły się współbrzmienia. Gitarzysta wymyślił także melodię refrenu. W rezultacie, "Sunshine of Your Love" jest jedynym utworem Cream, którego autorstwo jest przypisane jednocześnie Bruce'owi, Brownowi i Claptonowi.
Utwór był drugim singlem promującym album "Disraeli Gears" - w Wielkiej Brytanii utwór doszedł do 25. miejsca notowania, był też pierwszą małą płytą tria, która została odnotowana w Stanach - na 5. miejscu, co miało okazać się największym singlowym sukcesem Cream na tamtejszym rynku.
"Sunshine of Your Love" był stałym punktem koncertów grupy, a po jej rozpadzie Jack Bruce i Eric Clapton chętnie wykonywali go na swoich solowych koncertach; był także wykonywany przez grupę Blind Faith, w której grali Clapton i Ginger Baker.


7. "SWLABR" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Kolejna kompozycja autorstwa Bruce'a i Browna. Tajemniczy tytuł jest akronimem słów "She Walks Like a Bearded Rainbow" (lub "She Was Like a Bearded Rainbow"). "SWLABR" to rzecz o kimś, kto porównuje ukochaną z Mona Lisą, a potem zaczyna niszczyć jej obraz - wyjaśniał Brown. Pojawia się tu dość zwyrodniały tekst o tęczy z brodą. Głównie chodzi o zemstę kogoś, kto został porzucony. Blues w dużej mierze dotyczy wojny płci, a to tylko jeden z jej epizodów.
Zespół nie wykonywał tego utworu na żywo, z wyjątkiem radiowych sesji.


8. "White Room" (z albumu "Wheels of Fire", 1968)

Kolejny przebój Cream (6. miejsce w Stanach, 28. w Wielkiej Brytanii, a także szczyt notowania w... Australii), napisany przez Jacka Bruce'a i Pete'a Browna. Najpierw powstała muzyka - wyjaśniał drugi z nich. Napisany przez niego, bardzo poetycki tekst dotyczy mieszkania, do którego właśnie się wprowadził. To cud, że to zadziałało, jeśli wziąć pod uwagę, że to monolog o nowym mieszkaniu - mówił.
Poza muzykami zespołu, w nagraniu wystąpił także producent Felix Pappalardi, grający na altówce.
"White Room" był stałym punktem koncertów grupy podczas jej pożegnalnej trasy, granym na rozpoczęcie każdego występu. Znalazł się także w repertuarze występów tria w 2005 roku - jedynych jakie zagrali razem po rozpadzie w 1968 roku. "White Room" był także regularnie wykonywany na solowych koncertach przez Jacka Bruce'a i Erica Claptona.
W 2001 roku Bruce nagrał nową, inspirowaną muzyką latynowską, wersję studyjną "White Room" na swój solowy album "Shadows in the Air". W nagraniu oprócz niego wystąpił także Clapton.


9. "Politican" (z albumu "Wheels of Fire", 1968)

Utwór (jak większość w autorskim repertuarze Cream podpisany przez Bruce'a i Browna) powstał podobno gdy zespół czekał na swój występ w BBC. Jest to jeden z pierwszych utworów w muzyce rockowej, w którym pojawia się kilka partii gitar nałożonych na siebie, granych przez jednego gitarzystę (oczywiście było to możliwe tylko w nagraniu studyjnym).
Jack Bruce, zapytany niedawno czy inspiruje go polityka, odparł: Nie, ale dotyka tych spraw, które powinny być ważne dla każdego człowieka. Bo jeśli nie podejmiemy odpowiednich działań mających na celu rozwiązanie globalnych problemów, nasz gatunek może nie przetrwać. Uważam, że artyści powinni zwrócić uwagę na takie sprawy w swojej twórczości. Robiłem to już wcześniej, podczas pisania piosenek dla Cream.
Utwór był grany na żywo podczas pożegnalnej trasy z 1968 roku, a także na występach w 2005 roku. W wersji zarejestrowanej na żywo jest dostępny m.in. na koncertowo-studyjnym albumie "Goodbye". Był także regularnie wykonywany na solowych występach przez Jacka Bruce'a.


10. "Badge" (z albumu "Goodbye", 1969)

Utwór został napisany przez Erica Claptona z pomocą George'a Harrisona, który ponadto zarejestrował w nim partię gitary rytmicznej. Z przyczyn kontraktowych Harrison musiał wystąpić pod pseudonimem L'Angelo Misterioso. Warto dodać, że rok wcześniej, Clapton zagrał solówkę na "Białym" albumie Beatlesów, w utworze Harrisona "While My Guitar Gently Weeps".
Tytuł "Badge" (czyli "odznaka", "znaczek", itp.) nie ma żadnego związku z tekstem utworu. Podobno Clapton źle przeczytał napisane przez George'a słowo "bridge", oznaczające tzw. "mostek", czyli przejście w utworze. Pomogłem Ericowi napisać "Badge" - wspominał Harrison. Każdy z nich [muzyków Cream] miał napisać po jednym utworze na album "Goodbye", a Eric nie potrafił skończyć swojego. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, kiedy pisałem tekst. Gdy doszedłem do środkowej części, napisałem "bridge", a Eric, czytający to do góry nogami, wybuchł śmiechem i zapytał: "Co ma do tego odznaka?". Następnie dołączył do nas pijany Ringo [Starr] i dorzucił wers o łabędziach żyjących w parku.
Na pierwszym wydaniu albumu "Goodbye" autorstwo utworu zostało przypisane wyłącznie Claptonowi, dopiero na kolejnych została dodana informacja o współautorstwie Harrisona. Ringo Starr nigdy nie został dopisany jako współtwórca.
"Badge" został wydany na singlu, który osiągnął sukces przede wszystkim w Wielkiej Brytanii (18. miejsce), w Stanach cieszył się mniejszym powodzeniem (60. pozycja). Utwór był grany podczas występów Cream w 2005 roku; należy także do stałych punktów solowych koncertów Claptona.




Główne źródła cytatów:
1. Klasyczne albumy rocka - Cream - "Disraeli Gears", reż. Matthew Longfellow, Wielka Brytania, 2006
2. Bruce Jack, Jack Bruce - Silver Rails, rozm. przepr. Paweł Urbaniec, "Jazz Forum" 2014, nr. 3
3. Harrison George, George Harrison Interview, rozm. przepr. Mitchell Glazer, "Crawdaddy Magazine" 1977, nr. 2


28 listopada 2014

[Recenzja] AC/DC - "Rock or Bust" (2014)



Ciekawsze od samego albumu są ostatnie wydarzenia w obozie AC/DC. Jeszcze przed nagraniem "Rock or Bust" ze składu musiał odejść jego współzałożyciel i główny kompozytor, Malcolm Young. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia prawdopodobnie już nigdy nie wróci do grania. Funkcję gitarzysty rytmicznego przejął jego bratanek, Steve Young. Rolę kompozytora nie bardzo kto miał przejąć, więc na warsztat wzięto po prostu niewykorzystane pomysły z okresu "Black Ice" - poprzedniego, wydanego przed sześcioma laty albumu. Już po nagraniach zespół stracił kolejnego muzyka - perkusista Phil Rudd został aresztowany za posiadanie narkotyków oraz... próbę zlecenia dwóch morderstw. Trudno o lepszą promocję nowego albumu. Zresztą nie tylko, bo w sieci wzrosła sprzedaż starego kawałka "Dirty Deeds Done Dirt Cheep", którego tekst to... ogłoszenie płatnego mordercy.

Wyprodukowany z pomocą Brendana O'Briena "Rock or Bust" jest najkrótszym albumem w historii zespołu. Nie trwa nawet trzydziestu pięciu minut, co na dzisiejsze standardy jest sporym zaskoczeniem. Prawda jest taka, że zespół po prostu nie był w stanie stworzyć nowych kawałków od podstaw, musiał bazować na materiale zostawionym przez Malcolma. Te kawałki mogły zostać nagrane praktycznie w dowolnym momencie ostatnich trzech dekad. Dokładnie tak, jak należało się spodziewać, nie różnią się absolutnie niczym od większości nagrań grupy. Struktura utworów, ich brzmienie, tempo, rytmika, sposób grania riffów i solówek, wysoki śpiew Johnsona - różnice są tu właściwie niezauważalne. Zespół od lat powtarza dosłownie kilka patentów (dokładnie tych samych w każdym kawałku), nic nie dodając, nic nie ujmując. Nawet tytuły wydają się znajome - nie tylko przez nadużywanie w nich słowa "rock". Nie przypadkiem nie wymieniam żadnych kawałków, bo po prostu kompletnie nic się tu niczym nie wyróżnia, nic nie zapada w pamięć. Co najwyżej niektóre motywy czy zagrywki kojarzą się bardzo ewidentnie z jakimś konkretnym kawałkiem z przeszłości... tylko za cholerę nie mogę sobie przypomnieć tytułów.

Zaletami tego krążka jest spora dawka energii (w ogóle nie słychać tu znużenia graniem od czterdziestu lat tego samego) i krótki czas trwania, dzięki czemu ma pewne walory rozrywkowe. Ale sądzę, że nawet wielbiciele AC/DC nie będą wracać do tego albumu. Nie ma po prostu do czego. Większość pozostałych albumów zawiera dokładnie to samo, ale też jeden czy dwa bardziej wyraziste kawałki.

Ocena: 3/10



AC/DC - "Rock or Bust" (2014)

1. Rock or Bust; 2. Play Ball; 3. Rock the Blues Away; 4. Miss Adventure; 5. Dogs of War; 6. Got Some Rock & Roll Thunder; 7. Hard Times; 8. Baptism by Fire; 9. Rock the House; 10. Sweet Candy; 11. Emission Control

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara, dodatkowy wokal (5); Stevie Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - gitara basowa, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Brendan O'Brien


21 listopada 2014

[Recenzja] Beck, Bogert & Appice - "Live" (1973)



"Live" to zapis dwóch występów, jakie efemeryczna supergrupa Beck, Bogert & Appice dała w Osace 18 i 19 maja 1973 roku. Ten dwupłytowy album oryginalnie został wydany wyłącznie w Japonii i przez wiele lat nie był wznawiany w żadnym innym kraju. Dopiero w XXI doczekał się wydania w Stanach (wyłącznie kompaktowego) oraz w Australii i Nowej Zelandii (kompaktowego i winylowego). Europejscy fani do dziś są skazani wyłącznie na importowane egzemplarze. Szkoda, ponieważ to ciekawsze wydawnictwo od studyjnego debiutu bez tytułu. Podobnie jak inni wykonawcy w tamtych czasach, Jeff Beck, Tim Bogert i Carmine Appice na żywo grają z jeszcze większą energią oraz ze znacznie większą swobodą, rozbudowując swoje partie i wdając się w dłuższe zespołowe improwizacje.

Powtarza się tutaj praktycznie cały repertuar poprzedniego wydawnictwa. Zabrakło tylko "Oh to Love You", ale to akurat żadna strata. Już na otwarcie pojawia się najlepszy utwór z tamtego longplaya, "Superstition", w tej wersji jeszcze bardziej porywający. Jednak nawet dużo słabsze kompozycje, jak "Lose Myself with You", "Livin' Alone", "Black Cat Moan" czy "Why Should I Care", sporo tutaj zyskują dzięki bardziej jamowemu podejściu instrumentalistów. Choć ballady "Sweet Sweet Surrender" i "I'm So Proud" wyszły akurat dość niemrawo. Cieszy natomiast obecność dodatkowych utworów, których na debiucie nie było. Chyba całkiem premierowy "Boogie" można by wziąć za spontaniczny jam, gdyby nie obecność partii wokalnej. Repertuaru dopełniły kawałki poprzednich zespołów Becka. Nieco humorystycznie, ale bardzo sprawnie zagrany "Jeff's Boogie" sięga czasów The Yardbirds. Jest też całkiem spory wybór materiału z płyt The Jeff Beck Group. "Morning Dew" (z "Truth", a oryginalnie z repertuaru Bonnie Dobson) rozrósł się tutaj niemal do kwadransa, głównie za sprawą perkusyjnego popisu Appice'a. "Plynth" (z "Beck-Ola") został z kolei połączony z bluesowym standardem "Shotgun" Juniora Wellsa. Najlepiej wypada jednak znacznie bardziej zwięzły "Going Down", oryginalnie wykonywany przez mało znaną grupę Moloch, a przez gitarzystę nagrany już na album "The Jeff Beck Group". Tutejsze wykonanie ma zdecydowanie najwięcej czadu.

"Live" ma fajny, jamowy klimat, a żywiołowa gra muzyków naprawdę może się podobać, jednak wciąż jest to wydawnictwo dalekie od ideału. Kompozycjom, przynajmniej tym autorskim, brakuje wyrazistości, przez co czasem trudno zorientować się czy to wciąż ten sam, czy już kolejny utwór. Najsłabszym ogniwem pozostają jednak partie wokalne, które na żywo wypadają chyba jeszcze bardziej okropnie. Gdybym jednak miał wybrać jedno z dwóch wydawnictw Beck, Bogert & Appice, to bez wahania postawiłbym na koncertówkę. 

Ocena: 7/10



Beck, Bogert & Appice - "Live" (1973)

LP1: 1. Superstition; 2. Lose Myself with You; 3. Jeff's Boogie; 4. Going Down; 5. Boogie; 6. Morning Dew
LP2: 1. Sweet Sweet Surrender; 2. Livin' Alone; 3. I'm So Proud; 4. Lady; 5. Black Cat Moan; 6. Why Should I Care; 7. Plynth/Shotgun

Skład: Jeff Beck - gitara, talkbox, wokal; Tim Bogert - gitara basowa, wokal; Carmine Appice - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Jeff Beck, Tim Bogert, Carmine Appice i Yuji Takahashi


18 listopada 2014

[Recenzja] Beck, Bogert & Appice - "Beck, Bogert & Appice" (1973)



Gdy w 1972 roku doszło do rozpadu zespołów The Jeff Beck Group i Cactus, w końcu stała się możliwa współpraca Jeffa Becka z Timem Bogertem i Carminem Appice'em. Muzycy planowali nagranie czegoś razem już kilka lat wcześniej, ale wtedy na przeszkodzie stanął samochodowy wypadek gitarzysty. Sekcja rytmiczna założyła wówczas Cactus, a Beck po powrocie do zdrowia zebrał zupełnie nowy skład swojej grupy, m.in. z klawiszowcem Maxem Middletonem oraz wokalistą Bobbym Trenchem. Obaj zostali zaangażowani także do nowego projektu, jednak szybko zrezygnowali. Beck, Bogert i Appice zdecydowali się działać jako trio, dzieląc między siebie obowiązki wokalne, które spadły głównie na perkusistę oraz basistę. W trakcie nagrywania eponimicznego albumu wspomogli ich klawiszowcy Duane Hitchings (ze składu Cactus) i Jimmy Greenspoon, jednak ich wkład nie był istotny. Zespół postawił na bardziej surowe granie, nawiązując do niegdysiejszej mody na tzw. power tria. Gitara wcale nie jest tu wiodącym instrumentem, lecz pozostawia sporo przestrzeni dla basu i bębnów, których rola nie ogranicza się do trzymania rytmu.

Beck, Bogert i Appice to niewątpliwie znakomici instrumentaliści, potrafiący ze sobą współpracować, jednocześnie przyciągając uwagę własnymi popisami. Niestety, żaden z nich nie był szczególnie zdolnym kompozytorem, co dobitnie uświadamia ten album. Najlepszą kompozycją jest tu bez wątpienia "Superstition", podarowany Beckowi przez Steviego Wondera w podziękowaniu za występ na albumie "Talking Book". Muzyk szybko pożałował oddania tak dobrej kompozycji i nagrał własną wersję, która ukazała się jeszcze zanim gitarzysta opublikował swoją. "Superstition" to utwór o najbardziej wyrazistej melodii, przyciągający jednak uwagę także świetnym wykonaniem, z intensywną, funkową grą sekcji rytmicznej oraz porywającymi zagrywkami Becka. Jedynie śpiew Bogerta wypada mało przekonująco. Zresztą ogólnie wokale nie są na tym albumie najlepsze. Pod względem muzycznym broni się jeszcze na pewno "Lady", z całkiem charakterystycznym riffem oraz fantastycznymi partiami basu. Słabiej wypadają pozostałe z ostrzejszych kawałków: "Black Cat Moan" jest nieco zbyt toporny, a "Why Should I Care", "Lose Myself with You" i "Livin' Alone" popadają w straszny banał. Nie lepiej prezentują się ballady. "Oh to Love You" wypada dość kiczowato, a utrzymany w klimacie amerykańskiego południa "Sweet Sweet Surrender" razi naprawdę fatalnym refrenem. Niewątpliwie bardziej udany okazuje się soulowy "I'm So Proud", ale to akurat kompozycja Curtisa Mayfielda, bardzo nieporadnie zaśpiewana w porównaniu z oryginałem.

Słychać, że grają tu świetni instrumentaliści. Podoba mi się to surowe brzmienie większości kawałków i wyraźnie zaznaczająca swoją obecność sekcja rytmiczna. Świetnym pomysłem było dodanie tu i ówdzie - nie tylko w "Superstition" i "I'm So Proud" - elementów muzyki afroamerykańskiej. Jednak kompozycje na ogół są bardzo przeciętne, a zaśpiewane jest to wszystko po prostu fatalnie. Muzycy zdecydowanie powinni zatrzymać w składzie Trencha albo ściągnąć Pete'a Frencha (członka Cactus, a do tego współautora "Lady") lub nawet Roda Stewarta, który ponoć miał zasilić skład, gdy Beck, Bogert i Appice po raz pierwszy zabierali się do współpracy.

Ocena: 6/10



Beck, Bogert & Appice - "Beck, Bogert & Appice" (1973)

1. Black Cat Moan; 2. Lady; 3. Oh to Love You; 4. Superstition; 5. Sweet Sweet Surrender; 6. Why Should I Care; 7. Lose Myself with You; 8. Livin' Alone; 9. I'm So Proud

Skład: Jeff Beck - gitara, wokal (1); Tim Bogert - gitara basowa, wokal (4,6,7); Carmine Appice - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (2,3,5,8,9)
Gościnnie: Duane Hitchings - pianino i melotron (3); Jimmy Greenspoon - pianino (5); Danny Hutton - dodatkowy wokal (5)
Producent: Don Nix, Jeff Beck, Tim Bogert i Carmine Appice


15 listopada 2014

[Recenzja] Cactus - "Restrictions" (1971)



Trzeci album Cactus, "Restrictions", to znów bardzo nierówne wydawnictwo. Niewątpliwie są tu mocne momenty. Należy do nich przede wszystkim rewelacyjna wersja kompozycji Howlin' Wolfa, "Evil" - znacznie cięższa od oryginału, porywająca świetnym riffowaniem i solówkowaniem, ale wciąż bardzo bluesowa. Dobrze wypadają również czadowe "Restrictions" i "Bag Drag", albo rozbudowany "Guiltless Glider", w którym wrażenie robią zwłaszcza długie fragmenty instrumentalne. Niestety, są tu też słabsze utwory, jak banalny "Sweet Sixteen", czy zalatujący muzyką country "Token Chokin'". Niespecjalnie wyszły też akustyczne numery, dość nużące "Alaska" i "A Mean Night in Cleveland". Potwierdza się zatem to, co sugerowały dwa poprzednie albumy zespołu - że choć w jego składzie są niewątpliwie utalentowani instrumentaliści, to jednak kompozytorzy z nich średni. Właśnie warstwa kompozytorska po raz kolejny okazuje się bardzo nierówna. Może gdyby muzycy rzadziej wchodzili do studia, jakość poszczególnych albumów byłaby wyższa. Bo z najlepszych fragmentów "Cactus", "One Way... or Another" i "Restrictions" można by skompilować jeden naprawdę mocny album. Być może z czasem muzycy doszliby do podobnych wniosków, jednak nie było im to już dane.

Wkrótce po premierze "Restrictions" z zespołu odszedł Jim McCarty, który nie potrafił dostosować się do niekonwencjonalnej gry Tima Bogerta na basie. W tym samym czasie, wytwórnia zmusiła zespół do odprawienia Rusty'ego Daya z powodu... za mało komercyjnego głosu. Day zrezygnował wówczas z dalszej kariery muzycznej i zajął się... handlem narkotykami (co zresztą przepłacił życiem - w 1982 roku został zamordowany, prawdopodobnie w związku ze swoim zajęciem). Na jego miejsce przyjęto, paradoksalnie, wokalistę o równie niekomercyjnym głosie - Pete'a Frencha, znanego z Leaf Hound i Atomic Rooster. Nowym gitarzystą został natomiast Werner Fritzschings, ponadto postanowiono poszerzyć skład o klawiszowca, Duane'a Hitchingsa. W tej konfiguracji personalnej nagrany został bardzo słaby album "'Ot 'N' Sweaty" (1972), w połowie wypełniony niezbyt porywającymi nagraniami koncertowymi, a w drugiej - nowymi kompozycjami w klimatach boogie rocka. Po jego wydaniu zespół zakończył działalność. Bogert i Carmine Appice stworzyli wówczas efemeryczną supergrupę Beck, Bogert & Appice, po czym ich drogi także się rozeszły - nie licząc częstych reaktywacji ich pierwszej grupy, Vanilla Fudge. W 2005 roku reaktywowali natomiast Cactus, czego wynikiem był wydany rok później album "Cactus V". W jego nagraniu, wzięli udział także McCarty i były wokalista Savoy Brown, Jimmy Kunes. Pomimo stylistycznego nawiązania do pierwszych albumów Cactus, longplay sprawia wrażenie zbyt wykalkulowanego, a samym utworom brakuje wyrazistości.

"Restrictions" można zatem uznać za ostatni "prawdziwy" album Cactus - a w każdym razie ostatnie studyjne wydawnictwo grupy, z którym warto się zapoznać. Bo choć longplay jako całość jest bardzo nierówny, to nie brakuje na nim solidnego, hard rockowego grania. A przeróbka "Evil" to jeden z najlepszych przykładów u(hard)rockowienia bluesowego standardu.

Ocena: 7/10



Cactus - "Restrictions" (1971)

1. Restrictions; 2. Token Chokin'; 3. Guiltless Glider; 4. Evil; 5. Alaska; 6. Sweet Sixteen; 7. Bag Drag; 8. A Mean Night in Cleveland

Skład: Rusty Day - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Jim McCarty - gitara; Tim Bogert - bass, dodatkowy wokal; Carmine Appice - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Ron Leejack - gitara (2); Albhy Galuten - pianino (5)
Producent: Geoffrey Haslam


13 listopada 2014

[Recenzja] Toad - "Toad" (1971)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 6/13

Szwajcarska scena rockowa kojarzy się raczej z ekstremalnym graniem w stylu Celtic Frost czy Coroner. Jednak już w latach 70. działało tam parę ciekawych zespołów, by wspomnieć tylko o psychodeliczno-krautrockowym Brainticket, hardrockowo-bluesowym Toad, czy progresywnych Island i Circus. Pierwsze trzy są zresztą powiązane ze sobą personalnie. Basista Werner Frohlich i perkusista Cosimo Lampis wystąpili na debiutanckim albumie Brainticket, "Cottonwoodhill", jednak nie do końca odpowiadała im stylistyka, więc stworzyli własny zespół, przyjmując nazwę Toad. Składu dopełnili gitarzysta Vittorio "Vic" Vergeat (z pochodzenia Włoch) i wokalista Benjamin Jaeger. Ten ostatni odłączył się wkrótce po nagraniu debiutanckiego albumu i kilka lat później wziął udział w nagraniu jedynego wydawnictwa Island, "Pictures", zawierającego muzykę zbliżoną do dokonań Van der Graaf Generator czy tria Emerson, Lake & Palmer, ale kierującą się w bardziej awangardowe rejony. Moim zdaniem jest to najciekawszy rockowy album ze Szwajcarii, jednak jest to dość trudna w odbiorze muzyka, która nie mogła liczyć na szerokie uznanie. Do założeń niniejszego cyklu zdecydowanie bardziej pasuje Toad, który grał bardziej mainstreamowo i na tyle dobrze, że mógł zyskać większa popularność.

Eponimiczny debiut kwartetu został zarejestrowany pod koniec 1970 roku w londyńskim De Lane Lea Studios. Producentem nagrań był Chris Schwegler, natomiast rolę inżyniera dźwięki pełnił słynny Martin Birch, ówczesny współpracownik Deep Purple i Fleetwood Mac. W sumie zarejestrowano dziewięć utworów, z których siedem trafiło na album, a dwa pozostałe - "Stay" i "Animal World" - na wydany równolegle singiel (jego strona A jest obecna na wszystkich kompaktowych reedycjach debiutu, strona B tylko na niektórych z nich). Longplay został wydany w 1971 roku w Szwajcarii, Niemczech i we Włoszech, a rok później także w Wielkiej Brytanii. Grupa nie zdobyła jednak popularności poza swoją ojczyzną, gdzie pewnym powodzeniem cieszył się singiel "Stay" - ponoć jedyny hardrockowy utwór, jaki trafił na tamtejsze notowanie.

Inspiracje zespołu są oczywiste: Cream, Jimi Hendrix, The Jeff Beck Group, Led Zeppelin i Black Sabbath. Brzmienie jest tutaj bardzo, jak na tamte czasy, ciężkie. Świetny jest też miks, w którym mono uwypuklone zostały partie basu. Bardzo pasuje to do tej muzyki, która ma wyraźnie jamowy charakter, a wszystkie instrumenty odgrywają ważną rolę.. Zdecydowanie najbardziej błyszczy tu Frohlich, który wykorzystuje bas w podobny sposób do Jacka Bruce'a, a więc przede wszystkim jako instrument solowy i melodyczny. Intensywna praca Lampisa i czasem naprawdę niezłe riffy Vergeata również mogą się podobać (w przeciwieństwie do raczej stereotypowych solówek tego drugiego). Jaeger też daje radę. A jednak utwory w znaczniej części wydają się mało charakterystyczne, co pewnie było główną przyczyną braku sukcesu. Zwykle jednak nadrabiają ogromną dawką energii oraz całkiem sporym zróżnicowaniem. Są tutaj i bardziej rozbudowane nagrania, łączące riffowy czad z akustycznymi zwolnieniami ("Cottonwood Hill", momentami mocno sabbathowy "Life Goes On"), i bardziej zwarte, typowo hardrockowe kawałki ("A Life That Ain't Worth Living", instrumentalny "Tank", "Stay"). Czasem robi się bardziej funkowo ("Pig's Walk" z bardzo hendrixową gitarą) lub bluesowo ("They Say I'm Mad", bardzo w stylu Jeff Beck Group, z Jaegerem naśladującym sposób śpiewania Roda Stewarta). Pewnym zaskoczeniem może być natomiast "The One I Mean" z partia wokalną przypominającą momentami "The Court of the Crimson King", której jednak towarzyszy tylko prosty akompaniament gitary akustycznej.

Niezbyt oryginalne to granie i słabsze od tego, z czego czerpie, ale to wciąż bardzo solidny hard rock. Naprawdę podoba mi się brzmienie, proporcje pomiędzy instrumentami, jamowy charakter tego materiału, a także spora dawka energii, jaką niesie. Wszystkie te elementy sprawiają, że mniej istotne stają się pewne, wciąż zauważalne, braki muzyków tworzących ten zespół (przede wszystkim brakowało im zdolności kompozytorskich). Toad nagrał później jeszcze parę płyt, ale z każda kolejną było coraz gorzej. W miarę broni się jeszcze następny w dyskografii "Tomorrow Blue", utrzymany w podobnej stylistyce, choć nieco bardziej zorientowany na blues. Można zarzuć mu właściwie to samo, co debiutowi. Ponadto, na gorsze wyszło przejście funkcji wokalisty przez Vergeata, zmniejszenie roli basu, a także wysunięcie na pierwszy plan sztampowych partii gitary. Tak naprawdę spokojnie można ograniczyć się do eponimicznego wydawnictwa Toad i olać całą resztę.

Ocena: 7/10



Toad - "Toad" (1971)

1. Cottonwood Hill; 2. A Life That Ain't Worth Living; 3. Tank; 4. They Say I'm Mad; 5. Life Goes On; 6. Pig's Walk; 7. The One I Mean

Skład: Benjamin Jaeger - wokal; Vic Vergeat - gitara; Werner Frohlich - gitara basowa; Cosimo Lampis - perkusja
Producent: Chris Schwegler


10 listopada 2014

[Recenzja] Pink Floyd - "The Endless River" (2014)



"The Endless River" to najbardziej wyczekiwana, ale i budząca najwięcej obaw tegoroczna premiera płytowa. David Gilmour postanowił niepodziewanie powrócić do szyldu Pink Floyd po dwudziestu latach od ostatniego albumu. Historia tego materiału sięga zresztą pierwszej połowy lat 90., gdy Gilmour, Rick Wright i Nick Mason, wraz z zastępami muzyków sesyjnych, pracowali nad "The Division Bell". Pomysły na utwory brały się z jamowania w studiu, wspólnych improwizacji (oprócz członków zespołu brali w nich udział także sesyjni muzycy, m.in. basista Guy Pratt i klawiszowiec Jon Carin). Zostało zarejestrowane wiele godzin materiału, z którego tylko część została rozwinięta w utwory, które trafiły na "The Division Bell". Już w tamtym czasie zespół planował z pozostałych fragmentów sesji wydać osobny longplay. Miał to być zbiór instrumentalnych utworów o ambientowym charakterze, roboczo zatytułowany "The Big Spliff". Przedsmakiem tego wydawnictwa był 20-minutowy dźwiękowy kolaż, puszczany z taśmy przed koncertami grupy na trasie w 1994 roku (później trafił na kasetowe wydanie koncertówki "Pulse"). Muzycy postanowili jednak zawiesić działalność zespołu i tym samym przestali przejawiać jakiekolwiek zainteresowanie opublikowaniem "The Big Spliff".

Dopiero po śmierci Wrighta w 2008 roku, Gilmour i Mason zaczęli ponownie myśleć o wydaniu tych nagrań. Od 2012 roku materiał wędrował między różnymi producentami, którzy go cięli i miksowali, a pod koniec 2013 roku zarejestrowane zostały nowe partie żyjących członków ostatniego wcielenia grupy, basisty Guya Pratta oraz saksofonisty Gilada Atzmona; nieco później w studiu pojawiły się także chórzystki. Co więcej, w całość wmiksowano także nieznane wcześniej partie zmarłego klawiszowca zarejestrowane podczas próby zespołu w 1968 roku. Co z tego wszystkiego powstało? "The Endless River", jak ostatecznie nazwano album (słowa te pochodzą z tekstu utworu "High Hopes" wieńczącego album "The Division Bell"), to bardzo specyficzne wydawnictwo. Album składa się z osiemnastu, przeważnie dość krótkich utworów, w większości płynnie ze sobą połączonych, tworząc cztery dłuższe formy (odpowiadające czterem stronom winylowego wydania - bo w takiej formie album też został wydany). W przeciwieństwie do wcześniejszych wydawnictw wydanych pod tym szyldem, jest to muzyka w znacznej części instrumentalna. Czasem słychać głos ludzki w postaci sampli (np. przemowa Stephena Hawkinga w "Talkin Hawkin'") lub wokaliz  ("Talkin Hawkin'", "Surfacing"), ale dopiero w finałowym "Louder Than Words" pojawia się regularna partia wokalna Gilmoura śpiewającego tekst napisany przez Polly Samson.

Ten właśnie kawałek został wydany na promującym album singlu i jeszcze bardziej wzmocnił obawy dotyczące tego wydawnictwa. To banalna piosenka z mdłą melodią i okropnie przesłodzonym refrenem. Tak strasznego gniota ten zespół jeszcze nie nagrał. Takiego paskudztwa nie było nawet na "A Momentary Lapse of Reason" i "The Division Bell", choć już na obu tych albumach - nagranych po odejściu głównego kompozytora wcześniejszych wydawnictw, Rogera Watersa - spadek jakości jest bardzo duży. Reszta zawartego tu materiału na szczęście wypada lepiej, bo ma zupełnie inny charakter. Zamiast piosenkowego banału mamy tu granie faktycznie bliższe ambientu, często wzbogacone bardziej rockową dynamiką, ale na ogół raczej subtelne. Budowa tych nagrań jest zupełnie inna, niż na wcześniejszych albumach Pink Floyd, jednak całość jest przesiąknięta tym charakterystycznym floydowym klimatem, dużo tutaj od razu rozpoznawalnych solówek Gilmoura, a nawet zdarzają się bardzo wyraźne nawiązania do starszych kompozycji ("Shine on You Crazy Diamond" w "It's What We Do", "A Saucerful of Secrets" w "Skins", a także "Run Like Hell" w "Allons-y (1)" i "Allons-y (2)") lub nawet pochodzące z nich sample (np. orkiestrowy motyw z refrenu "Comfortably Numb" w "Anisina", dzwony z "Fat Old Sun" i "High Hopes" w "Louder Than Words").

Najbardziej spójnie i przemyślanie wypada pierwsza z czterech dłuższych form. Pozostałe trzy brzmią jak posklejane z losowo dobranych skrawków, ale to wciąż całkiem przyjemna muzyka, choć raczej do słuchania w tle. Niewiele tu wyróżniających się momentów. Obie odsłony "Allons-y" zwracają uwagę jako najbardziej energetyczne momenty, a wspólnie z umieszczonym pomiędzy nimi "Autumn '68" (zagranym wyłącznie na instrumentach klawiszowych) tworzą dość zgrabną całość. Z kolei "It's What We Do" wydaje się najbardziej kompletnym fragmentem, podczas gdy pozostałe brzmią jak szkice lub wstępy, interludia i zakończenia, z których tak naprawdę nic nie wynika. Nawet nie ma sensu przywoływać tu ich tytułów, bo są to drobiazgi, o których zapomina się zaraz po usłyszeniu. Szkoda, że tak łatwo nie da się zapomnieć o "Louder Than Words", który jako część albumu nic nie zyskuje, a nawet jeszcze bardziej irytuje. Kompletnie tu nie pasuje, ale został dodany ze względów czysto merkantylnych, żeby było czym promować całość. Zdecydowanie zaniża jej poziom, na co wpływ ma też wyjątkowo niefortunne umieszczenie tego kawałka na płycie - tak fatalne zakończenie pozostawia bardzo złe wrażenie po odsłuchu longplaya. Który i tak okazuje się znacznie lepszy niż przypuszczałem.

"The Endless River" podzielił słuchaczy Pink Floyd jeszcze przed swoją premierą. Wielu osobom nie spodobało się, że członkowie zespołu, który zawsze dbał o wysoką jakość swojej muzyki i trzymał archiwum zamknięte na klucz, nagle postanowili wydać odrzuty z najmniej ciekawego okresu swojej działalności. Inni narzekali na to, że nie będzie dużo śpiewania. A chyba wszystkich odrzuciła okładka - jeśli nie ze względu na kiepskie wykonanie, to na swoje łopatologiczne i pretensjonalne przesłanie. Z drugiej strony, nie brakuje też takich, którzy bezkrytycznie podchodzą do każdego wydawnictwa Pink Floyd, bo przecież tak wybitny zespół nie wypuściłby czegoś kiepskiego. Obiektywnie można stwierdzić, że to średnie wydawnictwo. Muzycy niby próbują tu nowych rozwiązań, ale też kurczowo trzymają innych, żeby całość wciąż brzmiała jak Pink Floyd, czasem zbyt nachalnie nawiązując do odległej przeszłości. Zbyt duża część tego albumu sprawia wrażenie przerywników pomiędzy właściwymi utworami, których prawie w ogóle tu nie ma. Mnie jednak "The Endless River" przekonuje bardziej od "A Momentary Lapse of Reason" i "The Division Bell", na których jest znacznie więcej piosenkowego banału, na drugim z nich przykrytego grubą warstwą neo-progowego patosu. 

Ocena: 6/10



Pink Floyd - "The Endless River" (2014)

LP1: 1. Things Left Unsaid; 2. It's What We Do; 3. Ebb and Flow; 4. Sum; 5. Skins; 6. Unsung; 7. Anisina
LP2: 1. The Lost Art of Conversation; 2. On Noodle Street; 3. Night Light; 4. Allons-y (1); 5. Autumn '68; 6. Allons-y (2); 7. Talkin Hawkin'; 8. Calling; 9. Eyes to Pearls; 10. Surfacing; 11. Louder Than Words

Skład: David Gilmour - gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe, wokal (LP2: 11); Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Jon Carin - instr. klawiszowe; Damon Iddins - instr. klawiszowe; Guy Pratt - gitara basowa; Bob Ezrin - gitara basowa; Victoria Lyon - skrzypce; Honor Watson - skrzypce; Chantal Leverton - altówka; Helen Nash - wiolonczela; Gilad Atzmon - saksofon, klarnet (LP1: 7); Durga McBroom, Louise Clare Marshall, Sarah Brown - dodatkowy wokal (LP2: 10,11)
Producent: David Gilmour, Martin Glover, Andy Jackson i Phil Manzanera


7 listopada 2014

[Recenzja] Cactus - "One Way... or Another" (1971)



Zaledwie osiem miesięcy po ukazaniu się debiutanckiego longplaya Cactus, do sklepów trafił jego następca, "One Way... or Another". W międzyczasie nie doszło do żadnych drastycznych zmian - ani w kwestii składu, ani kierunku muzycznego. Jednak muzycy zdążyli się zgrać i w rezultacie stworzyć materiał nieco lepiej przemyślany od chaotycznego debiutu. Kompozycje są trochę bardziej dopracowane, pomimo wciąż surowego brzmienia i dość topornego wykonania. Najsłabszym ogniwem pozostaje warstwa wokalna, choć Rusty Day tym razem stara się śpiewać mniej bełkotliwie. I radzi sobie o wiele lepiej od Tima Bogerta, który nie wiedzieć po co przejął mikrofon w "Rockout Whatever You Feel Like". Sam kawałek nie jest najgorszy, szczególnie dzięki partiom harmonijki, jednak fragmenty wokalne wypadają naprawdę fatalnie.

W repertuarze znów nie brakuje sztampowego grania na pograniczu hard rocka i bluesa (np. przeróbka "Long Tall Sally" Little Richarda, "Rock 'n' Roll Children"). Choć spróbowano zaoferować coś więcej. W pierwszej części "Big Mama Boogie (Parts I & II)" muzycy próbują sił w akustycznym bluesie, jednak wyszło strasznie monotonnie, a przez szybkie tempo nie ma tu nawet żadnego klimatu, a jedynie wrażenie, że muzycy chcą jak najszybciej to odegrać i wrócić do czadowania. Druga część tego utworu jest już rzeczywiście znacznie cięższa, bardziej energetyczna. I to pierwszy naprawdę udany moment tego albumu - świetny instrumentalny jam, w którym gitara, bas oraz perkusja pełnią równorzędną rolę. Szczególnie Bogert i Appice pokazują się tutaj od jak najlepszej strony. Całkiem fajnie od strony instrumentalnej wypada "Feel So Bad" z repertuaru Chucka Willisa, gdzie muzykom udaje się grać energetycznie i w całkiem uporządkowany sposób. Nawet udanie wpleciono tu partie gitary akustycznej. Jednak dobre wrażenie psują okropne zaśpiewy w refrenie. "Song for Aries" jest na szczęście w całości instrumentalny i muzykom w końcu udaje się stworzyć całkiem przyjemny nastrój, którego nie psuje nawet ostrzejsze solo Jima McCarty'ego. Najlepszym nagraniem jest tu jednak "Hometown Bust", przeplatający łagodniejsze fragmenty z cięższym, ale zdecydowanie bluesowym graniem. Tym razem nie tylko instrumentaliści pokazują się od najlepszej strony, ale też Rusty wchodzi na wyżyny swojej wokalnej ekspresji. Na zakończenie albumu zespół wraca do hardrockowego czadowania, jednak tytułowy "One Way... or Another" opiera się na całkiem wyrazistym riffie, a sekcja rytmiczna nie ogranicza do najprostszego akompaniamentu, dzięki czemu kawałek wypada całkiem przyzwoicie.

Drugi album Amerykanów wypada pod każdym względem lepiej od swojego eponimicznego poprzednika. Ale poprawa poprawą, a wciąż trochę mało tu - nawet jak na zespół hardrockowy - polotu. Jeśli ktoś szuka muzyki, która przede wszystkim ma być energetyczna i prosta w odbiorze, mającej wypełniać tło podczas jazdy samochodem czy uprawiania sportów, to "One Way... or Another" zapewne się w tej roli dobrze sprawdzi. Przy większych oczekiwaniach względem muzyki nie ma w ogóle sensu, by brać się za dokonania Cactus.

Ocena: 6/10



Cactus - "One Way... or Another" (1971)

1. Long Tall Sally; 2. Rockout Whatever You Feel Like; 3. Rock n' Roll Children; 4. Big Mama Boogie (Parts I & II); 5. Feel So Bad; 6. Song for Aries; 7. Hometown Bust; 8. One Way... or Another

Skład: Rusty Day - wokal, harmonijka; Jim McCarty - gitara; Tim Bogert - gitara basowa, wokal (2), dodatkowy wokal; Carmine Appice - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Cactus


5 listopada 2014

[Recenzja] Cactus - "Cactus" (1970)



Nie byłoby grupy Cactus, gdyby nie samochodowy wypadek Jeffa Becka. Wówczas szlag trafił jego planowaną współpracę z sekcją rytmiczną właśnie rozwiązanego Vanilla Fudge, basistą Timem Bogertem oraz perkusistą Carminem Appice'em. Doszło do niej dopiero kilka lat później. Bogert i Appice nie zamierzali jednak próżnować, bezczynnie czekając aż Beck dojdzie do siebie. Nawiązali więc współpracę z byłym wokalistą The Amboy Dukes, Rustym Dayem, a także gitarzystą Jimem McCartym, wcześniej członkiem Buddy Miles Express. Kwartet przyjął nazwę Cactus i już wkrótce zarejestrował materiał na swój eponimiczny debiut. Album przyniósł umiarkowany sukces komercyjny, a dziennikarze zaczęli określać grupę mianem amerykańskiego Led Zeppelin. Brzmi nieźle, ale niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością. Oba zespoły grały ciężką odmianę blues rocka, jednak w zupełnie inny sposób. Longplay Cactus przynosi muzykę znacznie bardziej surową i toporną.

Początek albumu raczej zniechęca. Przeróbka "Parchman Farm" Mose'a Allisona wypada strasznie chaotycznie, jakby muzyków obchodziło wyłącznie granie najszybciej i najciężej, jak potrafią. Wrażenie to jeszcze bardziej pogłębia bełkotliwy głos Daya. Kolejny na płycie "My Lady from South of Detroit" brzmi jak nagrany przez zupełnie inny zespół, ale to tylko nudnawa, banalna i ckliwa ballada w klimacie amerykańskiego południa. Strasznie sztampowo wypadają boogie "Bro. Bill" i rock'n'rollowy "Let Me Swim". Nieco lepiej broni się przeróbka standardu Bo Diddleya, "You Can't Judge a Book by the Cover", z dość fajnymi zmianami nastroju i lekko jamowym nastrojem, choć za dużo tu powtarzalności. W archetypowej balladzie bluesowej "No Need to Worry" od lepszej strony pokazuje się Day, a McCarty ma w końcu okazję zagrać coś trochę bardziej finezyjnego niż toporne riffy lub brzdąkanie na akustyku. Jednak takich nagrań, nierzadko lepszych, powstało do tamtej pory już co nie miara, a w dodatku w 1970 roku granie w ten sposób było już przeżytkiem minionej epoki. W "Oleo" zespół wraca do bardziej energetycznego, ale i strasznie niechlujnego grania. Broni się jedynie partia harmonijki. Dopiero finałowy "Feel So Good" przynosi trochę bardziej charakterystyczny riff, ale znów całość jest zbyt bałaganiarska, a w dodatku znaczną część zajmuje takie sobie solo perkusyjne.

Debiutancki album Cactus pozostawia mnie z niemal wyłącznie negatywnymi odczuciami. Choć grają tutaj doświadczeni instrumentaliści, to równie dobrze mogłaby to być garażowa demówka nastolatków, którzy nasłuchali się bluesrockowych płyt z połowy lat 60. i postanowili nagrać coś podobnego, ale szybciej i ciężej. Z jednej strony mamy tu więc strasznie odtwórcze powielanie niemiłosiernie już ogranych patentów, bez choćby śladów własnej inwencji, a z drugiej - bardzo przeciętne i niechlujne wykonanie. Lubię osadzonego w bluesie hard rocka, ale na tej płycie nie znajduje właściwie nic dobrego. Zastanawia mnie jakim cudem ktokolwiek mógł wpaść na porównywanie tego czegoś do Led Zeppelin. Ktoś tu chyba dobrze komuś zapłacił za taką reklamę.

Ocena: 4/10



Cactus - "Cactus" (1970)

1. Parchman Farm; 2. My Lady from South of Detroit; 3. Bro. Bill; 4. You Can't Judge a Book by the Cover; 5. Let Me Swim; 6. No Need to Worry; 7. Oleo; 8. Feel So Good

Skład: Rusty Day - wokal, harmonijka; Jim McCarty - gitara; Tim Bogert - gitara basowa, dodatkowy wokal; Carmine Appice - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Cactus


2 listopada 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Out of the Storm" (1974)



Jack Bruce najlepiej czuł się w formule tria, która dawała sporo przestrzeni dla jego basowych popisów. Świetnie sprawdziło się to w czasach Cream. Jednak w późniejszych latach basista nie mógł znaleźć partnerów, z którymi porozumiewałby się równie dobrze, jak z Erikiem Claptonem i Gingerem Bakerem. Współpraca z Chrisem Speddingiem i Johnem Marshallem na "Harmony Row" dała średnie efekty, więc Bruce rozwiązał ten skład (Marshall skorzystał wówczas z oferty Soft Machine, który zabiegał o niego już wcześniej), a następnie połączył siły z Leslie Westem i Corkym Laingiem z właśnie rozwiązanego Mountain. Trio West, Bruce and Laing nagrało dwa albumy. Współpraca muzykom nawet się układała, ale materiał był zupełnie nieodkrywczy, schematyczny i nadto eklektyczny. Po rozwiązaniu grupy, Bruce przygotował kolejny album solowy, "Out of the Storm". Ponownie wykorzystał trzyosobowy skład, z gitarzystą Steve'em Hunterem oraz Jimem Gordonem lub Jimem Keltnerem na bębnach.

I tutaj znów trudno mówić o jakimś szczególnie dobrym zgraniu instrumentalistów. Rola dodatkowych muzyków sprowadza się do uzupełnienia basowych, klawiszowych oraz wokalnych partii Bruce'a. Hunter, Gordon i Keltner to cenieni muzycy sesyjni, którym nie można odmówić umiejętności ani profesjonalizmu, ale po muzykach do wynajęcia trudno spodziewać się wyobraźni pozwalającej na porywającą interakcję całego zespołu. Jeden tylko Gordon miał też doświadczenie jako regularny członek Traffic i Derek and the Dominos. Ciekawe, że to właśnie on gra w tych bardziej interesujących momentach "Out of the Storm" (cały materiał tradycyjnie skomponował Bruce, a za teksty odpowiada Pete Brown), a więc w otwierającym całość "Pieces of Mind", a także w zamieszczonych na koniec "One" i "Timeslip". Wszystkie charakteryzują się nieco mniej przewidywalną budową, trochę bardziej złożonymi partiami instrumentalnymi (na wyróżnienie zasługują przede wszystkim porywające partie basu), różnymi smaczkami aranżacyjnymi, jak np, quasi-jazzujące pianino (w dwóch pierwszych), klasycyzująca gitara akustyczna (w "One"). W "Timeslip" pojawia się nawet trochę jamowego grania w stylu koncertowych improwizacji Cream - i to niemal równie dobrego. Nagrania dokonane z udziałem Keltnera to już bardziej konwencjonalny i merkantylny materiał, który można podzielić na kawałki o energetycznym ("Keep Me Wondering" z bluesową harmonijką, funkujący "Keep It Down", lekko soulujący "Into the Storm") lub balladowym charakterze ("Golden Days", "Running Through Our Hands"). To wciąż przyjemne granie, ale tak naprawdę nie wyróżniające się niczym szczególnym, z wyjątkiem niektórych partii basowych lidera ("Keep It Down").

"Out of the Storm" to prawdopodobnie ostatnie tak udane wydawnictwo Jacka Bruce'a. Nie każde nagranie mnie zachwyca, ale trzy z nich uważam za jedne z najlepszych solowych kawałków Bruce'a - równie dobre kompozycje można znaleźć chyba tylko na debiutanckim "Songs for a Tailor" (i to tez w otoczeniu słabszych utworów).

Ocena: 7/10



Jack Bruce - "Out of the Storm" (1974)

1. Pieces of Mind; 2. Golden Days; 3. Running Through Our Hands; 4. Keep on Wondering; 5. Keep It Down; 6. Into the Storm; 7. One; 8. Timeslip

Skład: Jack Bruce - wokal, gitara basowa, instr. klawiszowe, harmonijka; Steve Hunter - gitara; Jim Gordon - perkusja (1,7,8); Jim Keltner - perkusja (2-6)
Producent: Jack Bruce i Andy Johns


31 października 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Harmony Row" (1971)



Jack Bruce przygotował ten album wyłącznie z pomocą dwóch muzyków Nucleus, gitarzysty Chrisa Speddinga i perkusisty Johna Marshall, a także tekściarza Pete'a Browna. Powrót do formuły tria mógłby sugerować chęć stworzenia nowego Cream, może nawet w bardziej jazzrockowym wydaniu ze względu na wcześniejsze dokonania Marshalla i Speddinga. To jednak coś innego. Bruce wyszalał się artystycznie już w The Tony Williams' Lifetime i na "Escalator over the Hill" Carli Bley. Na "Harmony Row" rzadko proponuje coś ambitniejszego. Jedynie "Smiles and Grins" zahacza o bardziej progresywne rejony i pozwala wykazać się instrumentalistom. Przede wszystkim liderowi, w którego partiach - na gitarze basowej i pianinie - słychać pewne echa jazzowych doświadczeń. Pozostałe nagrania to raczej konwencjonalne piosenki, niewychodzące poza rockową stylistykę. To jednak przeważnie dość spokojny materiał, czasem wręcz oparty wyłącznie na ascetycznym akompaniamencie pianina ("Can You Follow", "There's a Forest"), choć trafiają się także zadziorniejsze, bluesrockowe momenty ("You Burned the Tables on Me", "A Letter of Thanks"). Przyjemne to granie, ale raczej niewiele z niego wynika i prawie nic z niego nie zapamiętałem. Może z wyjątkiem subtelnego "Folk Song", który posiada najbardziej wyrazistą melodię oraz najbardziej emocjonalne wykonanie.

Ocena: 6/10



Jack Bruce - "Harmony Row" (1971)

1. Can You Follow?; 2. Escape to the Royal Wood (On Ice); 3. You Burned the Tables on Me; 4. There's a Forest; 5. Morning Story; 6. Folk Song; 7. Smiles and Grins; 8. Post War; 9. A Letter of Thanks; 10. Victoria Sage; 11. The Consul at Sunset

Skład: Jack Bruce - wokal, gitara basowa, wiolonczela, instr. klawiszowe, harmonijka; Chris Spedding - gitara; John Marshall - perkusja
Producent: Jack Bruce


29 października 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Things We Like" (1970)



"Things We Like" ukazał się jako drugi solowy album Jacka Bruce'a, jednak zarejestrowany został wcześniej. To zapis sesji z sierpnia 1968 roku, gdy basista wciąż był członkiem Cream. Co więcej, duża część zawartych tutaj utworów opiera się na motywach, które wymyślił kilkanaście lat wcześniej jako nastolatek. Pod względem stylistycznym jest to bardzo nietypowe dla niego wydawnictwo, niemające nic wspólnego z rockiem. Jest to bowiem album stricte jazzowy, w pełni instrumentalny. Liderowi, który zagrał wyłącznie na kontrabasie, w nagraniach towarzyszyli gitarzysta John McLaughlin, saksofonista Dick Heckstall-Smith oraz perkusista Jon Hiseman. Dwaj ostatni w tamtym czasie byli członkami Bluesbreakers Johna Mayalla, a niedługo potem założyli jazzrockowy Colosseum. Natomiast gitarzysta niedługo po tej sesji przeniósł się do Stanów, gdzie grał m.in. z Milesem Davisem, Tonym Williamsem i innymi wybitnymi jazzmanami. Co ciekawe, w połowie lat 60. wszyscy przewinęli się przez skład rhythm and bluesowej grupy Graham Bond Organistation, aczkolwiek w różnym czasie. W jej oryginalnym wcieleniu występowali Bruce i McLaughlin, potem miejsce drugiego z nich zajął Heckstall-Smith, a Hiseman dołączył już po odejściu Bruce'a.

"Things We Like" składa się głównie z kompozycji Bruce'a, z wyjątkiem "Sam Enchanted Dick" (złożonego z dwóch części: interpretacji "Sam Sack" jazzowego wibrafonisty Milta Jacksona oraz "Rill's Thrills" Heckstall-Smitha) i jazzowego standardu "Born to Be Blue" Mela Tormé'a, znanego z wykonań m.in. Stana Getza, Granta Greena, Wesa Montgomery'ego czy Freddiego Hubbarda. Stylistycznie utrzymane są gdzieś pomiędzy klasycznym bebopem a free jazzem. W praktyce wygląda to tak, że struktury są raczej tradycyjne, wpisują się w typowy schemat, tzn. temat - improwizacja - temat. Bruce i Hiseman często swingują, choć pozwalają też sobie na trochę swobody. Saksofon brzmi agresywnie, ale Heckstall-Smith nie zapuszcza się daleko we freejazzowe odloty, gra raczej melodyjnie i trzyma się głównego tematu. Najbardziej nieokiełznana jest tutaj gitara McLaughlina. Nie powinno dziwić, że to właśnie on najlepiej się w takiej stylistyce odnajduje. Pozostali muzycy pewnie sprawdziliby się w bardziej konwencjonalnych odmianach jazzu - na takie przypuszczenie pozwala tutejsze wykonanie ballady "Born to Be Blue" - ale postanowili zmierzyć się z bardziej awangardowym graniem, trochę przeceniając swoje możliwości. Szczególnie w partiach saksofonu brakuje tej finezji i wyobraźni, jaką słychać u jazzmanów. Ogólnie jest to jednak całkiem przyjemna płyta. Szczególnie podoba mi się nagranie tytułowe z najbardziej błyskotliwym tematem, w którym poszczególne instrumenty doskonale się uzupełniają. Główny problem z tym albumem polega na tym, że nie ma nic do zaoferowania słuchaczom nieprzepadającym za jazzem, a pozostali mają do wyboru setki lepszych albumów jazzowych.

W solowej dyskografii Jacka Bruce'a "Things We Like" jest jedynym albumem w takiej stylistyce. Jednak na nim związki basisty z jazzem się nie skończyły. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy longplay trafił do sprzedaży, muzyk dołączył do składu The Tony William's Lifetime, jednej z najlepszych grup łączących jazz z rockiem, gdzie znów grał u boku McLaughlina. Bruce uczestniczył w nagraniu drugiego albumu zespołu, "(turn it over)". W zbliżonym okresie wziął także udział w ambitnym przedsięwzięciu "Escalator over the Hill" jazzowej pianistki i kompozytorki Carli Bley. Natomiast pod koniec lat 70. basista ponownie współpracował z McLaughlinem (wystąpił na jego albumie "Electric Guitarist"), a także założył jazzowe trio z Johnem Surmanem i Jonem Hisemanem, które niestety nie pozostawiło po sobie żadnego albumu. 

Ocena: 7/10



Jack Bruce - "Things We Like" (1970)

1. Over the Cliff; 2. Statues; 3. Sam Enchanted Dick (Sam Sack / Rill's Thrills); 4. Born to be Blue; 5. HCKHH Blues; 6. Ballad for Arthur; 7. Things We Like

Skład: Jack Bruce - kontrabas; Dick Heckstall-Smith - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Jon Hiseman - perkusja; John McLaughlin - gitara (3-7)
Producent: Jack Bruce


27 października 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Songs for a Tailor" (1969)



Przed dwoma dniami, 25 października, zmarł Jack Bruce. Jeden z najbardziej utalentowanych i najbardziej inspirujących basistów rockowych i bluesowych (chociaż sam uważał siebie przede wszystkim za muzyka jazzowego). Człowiek, który zrewolucjonizował grę na gitarze basowej w zespole rockowym, traktując ją nie tylko jako instrument rytmiczny, ale także melodyczny i solowy. Pozostawił po sobie kilkadziesiąt albumów, zarówno solowych, jak i nagranych z licznymi zespołami. Największą sławę przyniosły mu te nagrane z Erikiem Claptonem i Gingerem Bakerem pod szyldem Cream. Po rozpadzie tej grupy wciąż odnosił artystyczne sukcesy, współpracując m.in. z Tonym Williamsem, Johnem McLaughlinem, Carlą Bley, Michaelem Mantlerem, Johnem Surmanem, Lou Reedem czy Frankiem Zappą. Ale komercyjnie już nigdy nie zbliżył się do poziomu, jaki osiągnął z Cream. Co dziwi tym bardziej, że to właśnie Bruce jest autorem tych najbardziej znanych utworów grupy, jak "I Feel Free", "Sunshine of Your Love" i "White Room".

Niedługo po rozpadzie Cream, Jack Bruce zabrał się za nagrywanie solowego debiutu. W sesji, odbywającej się na przestrzeni kwietnia i maja 1969 roku, wzięło udział wielu znamienitych gości, wśród których znaleźli się muzycy jazzrockowych grup Colosseum (Jon Hiseman, Dick Heckstall-Smith) i Nucleus (Chris Spedding, John Marshall), a w jednym kawałku wystąpił George Harrison. Basista pozyskał do swojej ekipy także dwóch ważnych współpracowników Cream: producenta i multiinstrumentalistę Felixa Pappalardiego, a także tekściarza Pete'a Browna. Album otrzymał tytuł "Song for a Tailor", jako hołd dla Jeannie Franklyn, projektantki strojów współpracującej z Cream, która zginęła w wypadku motocyklowym. Longplay okazał się jedynym solowym wydawnictwem Bruce'a, które odniosło jakikolwiek sukces komercyjny, dochodząc do 6. miejsca UK Albums Chart i 55. na amerykańskiej liście Billboardu.

Jack Bruce (14.5.1943 - 25.10.2014)

"Songs for a Tailor" to album pokazujący bardziej piosenkowe oblicze Bruce'a, zorientowany na zwięzłe kawałki bez długich popisów instrumentalnych. Materiał jest całkiem zróżnicowany. Do twórczości Cream najbliżej energetycznym "Weird of Hermiston" i "The Clearout", z szalejącym na basie liderem - co nie powinno dziwić, skoro obie kompozycje powstały podczas prac nad "Disraeli Gears". Trochę w sumie dziwne, czemu skończyły jako odrzuty. Nie da się ukryć, że wypadają lepiej od dużej części całkowicie premierowego materiału z tego longplaya, które niespecjalnie się wyróżnia. Dotyczy to zarówno tych radośniejszych momentów, jak "Never Tell Your Mother She's Out of Tune", "The Ministry of Bag" i "Boston Ball Game 1967", w których istotną rolę odgrywają jakby soulowe dęciaki, albo "Tickets to Water Falls", opartego na nieco reggae'owej rytmice, jak i tych bardziej nastrojowych w rodzaju "He the Richmond" oraz początku "To Isengard". Ten ostatni z  czasem nabiera dynamiki i przeistacza w coś na kształt krótkiej improwizacji, której jednak daleko do zespołowych popisów Cream. Ale Bruce nie zapomniał całkiem, jak tworzyć zapamiętywane kompozycje, czego dowodem bardzo zgrabny, dość melancholijny "Theme from an Imaginary Western" oraz intrygujący "Rope Ladder to the Moon" z partią wiolonczeli i nerwowym basem. Oba zresztą zostały włączone do repertuaru zespołów grających tutaj muzyków - pierwszy przejął Pappalardi dla swojego Mountain, drugi wzięli instrumentaliści Colosseum.

"Song for a Tailor" to ogólnie całkiem przyjemny album, choć nie jest to zbyt ambitne granie - wręcz przeciwnie, to materiał nastawiony raczej komercyjnie - a na całość trochę zabrakło pomysłu. poszczególne nagrania nie tworzą spójnej całości, zaś ich poziom jest zróżnicowany. Jack Bruce wciąż błyszczy jako instrumentalista i - niestety, tylko czasem - jako kompozytor, jednak czegoś tu zabrakło. Może tej chemii, jaką było słychać, gdy grał z Claptonem i Bakerem.

Ocena: 7/10



Jack Bruce - "Songs for a Tailor" (1969)

1. Never Tell Your Mother She's Out of Tune; 2. Theme for an Imaginary Western; 3. Tickets to Water Falls; 4. Weird of Hermiston; 5. Rope Ladder to the Moon; 6. The Ministry of Bag; 7. He the Richmond; 8. Boston Ball Game 1967; 9. To Isengard; 10. The Clearout

Skład: Jack Bruce - wokal, gitara basowa, pianino (1-6,8,10), organy (2-4,10), gitara (5,7,8), wiolonczela (5); George Harrison - gitara (1); Chris Spedding - gitara (2-4,6,9,10); Felix Pappalardi - dodatkowy wokal (5,9), instr. perkusyjne (7), gitara (9); Jon Hiseman - perkusja (1-4,6,8-10); John Marshall - perkusja (5,7); Dick Heckstall-Smith - saksofon (1,6,8); Art Themen - saksofon (1,6,8); Harry Beckett - trąbka (1,6,8); Henry Lowther - trąbka (1,6,8); John Mumford - puzon (8)
Producent: Felix Pappalardi


23 października 2014

[Recenzja] Paul Di'Anno - "The Beast Arises" (2014)



Paul Di'Anno od ponad trzydziestu lat nie może pogodzić się z faktem, że nie jest już wokalistą Iron Maiden (brał udział w nagrywaniu dwóch pierwszych albumów tego zespołu, "Iron Maiden" i "Killers"). Wystarczy spojrzeć na okładkę jego najnowszego, koncertowego wydawnictwa, zatytułowanego "The Beast Arises" - nazwisko muzyka jest stylizowane na logo jego byłego zespołu, a tytuł napisany tą samą czcionką, co tytuły albumów "Killers" i "The Number of the Beast" (oraz singli z tamtego okresu). Odwracamy album na stronę z tracklistą i co widzimy? Na piętnaście utworów aż trzynaście pochodzi z dwóch pierwszych longplayów Żelaznej Dziewicy. Pozostałe dwa to cover "Blitzkrieg Bop" The Ramones, oraz jedyny tutaj post-maidenowy kawałek autorstwa Di'Anno, "Childern of Madness" z repertuaru zespołu Battlezone. Ok, w wersji DVD i winylowej "The Beast Arises" są jeszcze utwory "Marshall Lockjaw" i "The Beast Arises" nagrane przez wokalistę w latach 90. z zespołem nazwanym... Killers. W żadnym stopniu nie zmienia to wrażenia, że Paul Di'Anno żeruje wyłącznie na popularności wynikającej z tego, że był kiedyś wokalistą Iron Maiden.

Album został zarejestrowany 9 kwietnia br. w krakowskim klubie Lizard King. Był to jeden z pięciu koncertów trasy Doładowanie Fest 2014, zorganizowanej przez polski zespół Scream Maker. Di'Anno, który jakiś czas temu zrezygnował z utrzymywania własnego zespołu i na koncerty zaprasza lokalnych muzyków, podczas tych występów został wsparty przez muzyków zespołów Night Mistress (Robert Kazanowski, Artur Pochwała oraz Dominik Wójcik) i wspomnianego Scream Maker (Michał Wrona). Ponadto, w jednym utworze wsparli go muzycy Turbo - specjalni goście krakowskiego koncertu - ale akurat wykonany z nimi "Breaking the Law" (z repertuaru Judas Priest) nie został umieszczony na "The Beast Arises". Prawdopodobnie z przyczyn prawnych - bo raczej nie z powodu błędów w rejestracji. Skąd ta pewność? Cóż, jakość wydanego materiału pozostawia wiele do życzenia - najwidoczniej w Polsce oficjalne koncertówki nagrywa się tanim telefonem. Wszystkie instrumenty zlewają się tutaj w brudną ścianę dźwięku. Tracą na tym zwłaszcza utwory, w których powinny być dobrze słyszalne partie basu (np. "Wrathchild", "Running Free"). Brzmienie jest bardzo niechlujne, co nie przeszkadza aż tak bardzo w prostszych, zdradzających wpływy punk rocka utworach (np. "Sanctuary", "Prowler"), ale już w tych bardziej skomplikowanych (np. "Phantom of the Opera", "Transylvania") jest irytujące.

Paul Di'Anno w latach 80. i obecnie.

Jednak brzmienie wcale nie jest największą wadą "The Beast Arises". Jest nią fatalna forma wokalna Paula Di'Anno. Fakt, nigdy nie miał wielkich umiejętności, ale jego surowy głos pasował do wczesnych, także surowych, nagrań Iron Maiden. Teraz jednak śpiewanie przychodzi mu z trudem, bardzo często drży mu głos, co próbuje ukryć wysokim piszczeniem w stylu Roba Halforda, dzikimi wrzaskami, lub niby-groźnymi pomrukami. Najczęściej słychać jednak po prostu bełkot, który zrozumieć pozwala tylko znajomość oryginalnych wersji. Aż żal tego słuchać. Równie kiepsko wypada jako frontman, o czym można się przekonać dzięki filmikom zapowiadającym wydawnictwo - co najmniej trzykrotnie grubszy niż w czasach Iron Maiden, tylko stoi przed mikrofonem jak słup soli i robi groźne miny. Oglądanie tego jest równie niemiłym przeżyciem, co samo słuchanie. Bardziej adekwatnym tytułem dla tego wydawnictwa byłoby "The Beast Falls" - jest to dokument stoczenia się na samo dno samozwańczej "Bestii" (tylko skąd ten pseudonim, skoro na "The Number of the Beast" Di'Anno już nie śpiewał?), której nie pozostało nic więcej, jak odgrywanie kawałków sprzed trzydziestu lat, na poziomie marnego cover bandu.

Ocena: 1/10



Paul Di'Anno - "The Beast Arises" (2014)

1. Sanctuary; 2. Purgatory; 3. Wrathchild; 4. Prowler; 5. Murders in the Rue Morgue; 6. Childern of Madness; 7. Genghis Khan; 8. Remember Tomorrow; 9. Charlotte the Harlot; 10. Killers; 11. Phantom of the Opera; 12. Running Free; 13. Transylvania; 14. Iron Maiden; 15. Blitzkrieg Bop

Skład: Paul Di'Anno - "wokal"; Michał Wrona - gitara; Robert Kazanowski - gitara; Artur Pochwała - gitara basowa; Dominik Wójcik - perkusja
Producent: nikt się nie przyznał, ciekawe czemu?