31 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Blue Matter" (1969)



"Blue Matter" to specyficzny album - częściowo złożony z nagrań studyjnych, a częściowo koncertowych. Takie rozwiązanie było jednak bardzo popularne pod koniec lat 60. (vide albumy "Wheels of Fire" i "Goodbye" Cream, albo "Ummagumma" Pink Floyd). Często jednak o wzbogaceniu albumu o koncertowe nagrania decydował po prostu brak pomysłów na nowe kompozycje. Lub też pośpiech, jak było w przypadku trzeciego albumu Savoy Brown. Muzycy koniecznie chcieli ukończyć i wydać longplay przed rozpoczęciem amerykańskiej trasy, a jedynym wyjściem było dogranie materiału podczas koncertu - konkretnie 6 grudnia 1968 roku w Leicester. Co ciekawe, zespół nie wystąpił wówczas w pełnym składzie - wokalista Chris Youlden cierpiał na zapalenie migdałków, w rezultacie czego jego obowiązki przejął gitarzysta Dave Peverett. Poradził sobie w tej roli całkiem nieźle. Bo chociaż, podobnie jak Youlden, Peverett dysponuje raczej przeciętnym głosem, to w przeciwieństwie do "etatowego" wokalisty Savoy Brown, jego barwa jest o wiele bardziej odpowiednia dla wykonywanej przez grupę muzyki.

Jednak to właśnie w tych trzech spontanicznie zarejestrowanych utworach (wypełniających całą stronę B winylowego wydania) grupa w pełni pokazuje na co ją stać. Koncertową część albumu rozpoczyna "May Be Wrong" - jedyny tutaj utwór autorstwa Peveretta, bardzo swobodny blues, w którym wszyscy muzycy mają spore pole do popisu. Jeszcze bardziej swobodnie jest w interpretacji "Louisiana Blues" Muddy'ego Watersa. Utwór nabrał prawdziwie hardrockowego ciężaru i czadu, a długie popisy solowe rozciągnęły go do dziewięciu minut, Może nie jest to poziom koncertowych improwizacji Cream... Ale też naprawdę niewiele niższy. Savoy Brown miał zresztą utrudnione zadanie, bo piątce muzyków na pewno trudniej się razem zgrać, niż triu. Na koniec czeka jeszcze bluesrockowy "It Hurts Me Too" (po raz pierwszy wykonany w 1940 roku przez Tampa Reda), w którym znów pojawiają się porywające solówki gitarowe.

Szkoda, że cały album nie został skompilowany z nagrań koncertowych. Bo zamieszczone na nim nagrania studyjne już tak dobre nie są. Już na sam początek pojawia się nużący, bezpłciowy "Train to Nowhere", który dodatkowo został "upopowiony" brzmieniem dęciaków. Kolejnym kawałkiem o którym można od razu zapomnieć jest sztampowy "She's Got a Ring in His Nose and a Ring on Her Hand" (długość tytułu zdecydowanie nieproporcjonalna do zawartości muzycznej). Totalną porażką jest natomiast "Vicksburg Blues", oparty wyłącznie na akompaniamencie "barowego" pianina, ale drażniący przede wszystkim "rozciągniętą" partią wokalną. Do lepszych fragmentów zaliczyć można natomiast blues "Tolling Bells" i hardrockową przeróbkę "Don't Turn Me From Your Door" Johna Lee Hookera. Na żywo oba te utwory mogłyby jednak wypaść jeszcze lepiej.

"Blue Matter" jest zatem kolejnym albumem Savoy Brown, który pozostawia mieszane odczucia. Wyraźnie jest na nim słyszalne dlaczego grupa nigdy nie zyskała sławy na miarę chociażby wspominanego Cream. Niemniej jednak znalazło się tutaj sporo interesującej muzyki, która nie powinna pozostawić obojętnym żadnego sympatyka brytyjskiego bluesa.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Blue Matter" (1969)

1. Train to Nowhere; 2. Tolling Bells; 3. She's Got a Ring in His Nose and a Ring on Her Hand; 4. Vicksburg Blues; 5. Don't Turn Me From Your Door; 6. May Be Wrong (live); 7. Louisiana Blues (live); 8. It Hurts Me Too (live)

Skład: Chris Youlden - wokal (1-5), gitara (5); Dave Peverett - wokal (6-8) i gitara; Kim Simmonds - gitara, pianino (2), harmonijka; Rivers Jobe - bass (1,2)Tony Stevens - bass (3,5-8); Roger Earl - perkusja; Bob Hall - pianino
Gościnnie: Terry Flannery, Keith Martin, Alan Moore, Brian Perrin i Derek Wadsworth - instr. dęte (1); Mike Vernon - instr. perkusyjne (1)
Producent: Mike Vernon


30 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Getting to the Point" (1968)



Do poprawy.

Ocena: /10



Savoy Brown - "Getting to the Point" (1968)

1. Flood in Houston; 2. Stay with Me Baby; 3. Honey Bee; 4. The Incredible Gnome Meets Jaxman; 5. Give Me a Penny; 6. Mr. Downchild; 7. Getting to the Point; 8. Big City Lights; 9. You Need Love

Skład: Chris Youlden - wokal; Kim Simmonds - gitara; Dave Peverett - gitara; Rivers Jobe - bass; Roger Earl - perkusja; Bob Hall - pianino
Producent: Mike Vernon


29 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Shake Down" (1967)



Savoy Brown to jeden z licznych przedstawicieli brytyjskiego blues rocka, nienależący może do najbardziej znanych, chociaż jako jeden z niewielu wciąż działa (z gitarzystą Kimem Simmondsem jako jedynym członkiem oryginalnego składu) i pozostaje wierny swoim bluesowym korzeniom. Podobnie jak w przypadku wielu innych grup z tego nurtu, sporą część wczesnego repertuaru Savoy Brown stanowiły przeróbki utworów amerykańskich bluesmanów. Na debiutanckim albumie zespołu, zatytułowanym "Shake Down" znalazła się tylko jedna własna kompozycja, podpisana przez gitarzystę Martina Stone'a "The Doormouse Rides the Rails". To instrumentalny kawałek z porywającymi gitarowymi solówkami, będący dość swobodną - aczkolwiek skondensowaną do trzech i pół minuty - improwizacją muzyków.

Reszta albumu to już przeróbki bluesowych standardów. W tym aż trzy Williego Dixona ("I Ain't Superstitious", "Let Me Love You Baby" i "Little Girl"), poza tym muzycy sięgnęli między innymi do twórczości B.B. Kinga ("Rock Me Baby") i Alberta Kinga ("Oh! Pretty Woman"). Amerykańskie standardy w ich wersji nabrały zdecydowanie brytyjskiego charakteru. Wykonania są naprawdę dobre. Czasem grupa gra niemal z hardrockową żywiołowością ("Let Me Love You Baby", "High Rise", "Oh! Pretty Woman", "Shake 'Em on Down"), ale trochę bardziej klasycznego bluesa też się znajdzie ("I Ain't Superstitious", "Rock Me Baby", "Little Girl", "It's My Own Fault"), a kiedy trzeba, muzycy potrafią też zagrać bardziej nastrojowo, klimatycznie ("Black Night").

Album zdecydowanie wart polecenia wielbicielom takich wykonawców, jak John Mayall, Fleetwood Mac (z czasów Petera Greena), Chicken Shack, czy Canned Heat.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Shake Down" (1967)

1. I Ain't Superstitious; 2. Let Me Love You Baby; 3. Black Night; 4. High Rise; 5. Rock Me Baby; 6. I Smell Trouble; 7. Oh! Pretty Woman; 8. Little Girl; 9. The Doormouse Rides the Rails; 10. It's My Own Fault; 11. Shake 'Em on Down

Skład: Brice Portius - wokal; Kim Simmonds - gitara; Martin Stone - gitara; Ray Chappell - bass; Leo Mannings - perkusja; Bob Hall - pianino (1,8,11)
Producent: Mike Vernon


26 grudnia 2014

[Artykuł] Podsumowanie roku 2014

UWAGA: Poniższy artykuł prezentuje opinie pochodzące z grudnia 2014 roku. Od tamtej pory zdążyły się one zdezaktualizować. Dziś stworzyłbym zupełnie inny ranking, wykorzystując zdobytą w międzyczasie wiedzę, m.in. dzięki przesłuchaniu znacznej ilości albumów i otwarciu się na inne muzyczne gatunki, niż rock. Nie uważam za potrzebne, by wprowadzać zmiany w poniższym tekście, ponieważ tego typu podsumowania są tylko zapisem pewnej chwili. Tak wyglądały moje opinie w 2014 roku. Dziś niektóre z nich mogą mnie śmieszyć, ale wtedy były zgodne z moimi przekonaniami. Odsyłam jednak do zaktualizowanych recenzji prezentowanych tu albumów (tych, które są dostępne), a także do sprawdzenia moich aktualnych ocen płyt z tego rocznika dostępnych na Rate Your Music (link).




Kolejny rok zbliża się ku końcowi, najwyższa więc pora na tradycyjne (w końcu już po raz trzeci) przedstawienie subiektywnej listy najlepszych albumów mijającego roku. Jaki on był? Przez pierwsze sześć miesięcy niewiele działo się na rynku wydawniczym; miałem poważne obawy, że w tym roku w ogóle będę musiał zrezygnować z podsumowania. W drugiej połowie roku było już znacznie lepiej, chociaż ilość wydanych wówczas albumów niekoniecznie przekładała się na jakość. Niemniej jednak udało mi się wybrać z nich dziesięć, a właściwie jedenaście, godnych uwagi pozycji (jedyny album z pierwszego półrocza, który brałem pod uwagę - "Blue Horizon" Wishbone Ash - ostatecznie nie znalazł się w zestawieniu). Czy będę do nich wracał w przyszłości? Obawiam się, że nie do wszystkich, ale kilka na pewno zostanie ze mną na dłużej.

W przeciwieństwie do podsumowań z poprzednich lat, tym razem przy ustalaniu kolejności nie brałem pod uwagę ocen, które wystawiłem w recenzjach. Przy ocenianiu nowości często staram się być w miarę obiektywny i wyrozumiały - daje im kredyt zaufania, tzn. pozytywną ocenę mimo mieszanych odczuć, bo istnieje możliwość, że przy kolejnych przesłuchaniach bardziej przypadną mi do gustu. Ale przeważnie nie dochodzi już do kolejnych przesłuchań. Zapominam o tych albumach i już nigdy ich nie słucham. Dlatego tym razem ważniejszym kryterium było czy - i jak często - wracałem do poszczególnych pozycji. Stąd też np. na siódmym miejscu znalazł się album z oceną 8/10, a na trzecim - z 6/10. Oczywiście częstotliwość słuchania nie była najważniejszym wyznacznikiem. Album z pierwszego miejsca wcale nie był tym najczęściej przeze mnie słuchanym. Decydującym kryterium była jakość danego wydawnictwa - oszacowana całkowicie subiektywnie.

Listę wszystkich recenzji albumów wydanych w 2014 roku znajdziesz pod tym linkiem.




Najlepsze albumy 2014:


10. Jack Bruce - "Silver Rails"

Prawdopodobnie przeoczyłbym fakt wydania tego albumu, gdyby nie śmierć Jacka Bruce'a zaledwie siedem miesięcy po premierze "Silver Rails". Longplay stał się tym samym muzycznym epitafium tego wybitnego muzyka, znanego przede wszystkim z supergrupy Cream, ale aktywnie działającego także po jej rozpadzie (chociaż od wydania poprzedniego w solowej dyskografii "More Jack than God" minęło aż jedenaście lat). Na "Silver Rails" Bruce nie obawiał się eksplorować nowych dla siebie rejonów (zaskakująco nowoczesny "Drone"), ale przede wszystkim nawiązywał do swojej przeszłości - nie mogło więc zabraknąć ani bluesa ("Rusty Lady" i najlepszy na albumie "Keep It Down" ze świetnymi organami Johna Medeskiego i porywającą gitarą Berniego Marsdena) ani hard rocka ("No Surrender"). Najwięcej tutaj jednak grania o balladowym charakterze. Z tych spokojniejszych fragmentów największe wrażenie robią ascetyczny "Industrial Child" oraz trochę żywsza "Don't Look Now", w której piękną, bardzo floydową solówkę zagrał syn Jacka, Malcolm.


9 . Uriah Heep - "Outsider"

Poważną wadą tego albumu jest mała ilość Uriah Heep w Uriah Heep. Z muzyków, którzy współtworzyli zespół w latach 70. (czasie jego największych - a właściwie jedynych - sukcesów), pozostał tylko gitarzysta Mick Box. Także pod względem stylistycznym jest to już zupełnie inna grupa - bez bogatych harmonii wokalnych i gitarowo-Hammondowych współbrzmień (brzmienia gitarowe wysuwają się tutaj na pierwszy plan, klawisze stanowią tylko tło), czyli charakterystycznych cech "oryginalnego" - żeby nie napisać "prawdziwego" -  Uriah Heep. Nazwa użyta jest więc tutaj wyłącznie ze względów marketingowych. A jednak, "Outsider" - 24. longplay sygnowany tą nazwą - to solidna porcja grania na pograniczu hard rocka i heavy metalu. Bez fragmentów wybitnych lub szczególnie porywających, jednak żaden wielbiciel klasycznego ciężkiego rocka nie może być zawiedziony takimi czadowymi kompozycjami, jak "The Law", "The Outsider", "Looking at You" czy "Say Goodbye" (w dwóch ostatnich pojawia się trochę przyjemnych brzmień organowych, kojarzących się - a jednak! - ze "starym, dobrym" Uriah Heep). Brakuje tutaj tylko "obowiązkowej" na takich płytach ballady. Ale może to i lepiej - muzycy z takim stażem mają skłonność do przesładzania tego typu nagrań.


8. Robert Plant - "Lullaby and... The Ceaseless Roar"

Podczas gdy Jimmy Page ogranicza swoją muzyczną działalność do produkowania kolejnych niepotrzebnych remasterów Led Zeppelin, Robert Plant wciąż tworzy premierową muzykę. Na swoich solowych albumach nie odcina kuponów od swojej przeszłości w Led Zeppelin, a eksploruje zupełnie inne muzyczne terytoria - czego najlepszym dowodem jest właśnie ten album. Zamiast ciężkiego bluesa, czy nawet akustycznego folku, otrzymujemy tutaj łagodną muzykę, przesiąkniętą afrykańskim klimatem. Dominują tutaj brzmienia etniczne i egzotyczne instrumenty, takie jak bendir, djembe, tehardant, kologo i ritti. Oczywiście, Plant nie odchodzi tutaj całkiem od muzyki rockowej; zdarzają się też utwory w których wyraźnie słychać gitary ( "Embrace Another Fall", "Turn It Up", "Somebody There" i "Up on the Hollow Hill"). Do najciekawszych kompozycji należy ascetyczna, ale bardzo przejmująca ballada "A Stolen Kiss", a także najbardziej dynamiczny i przebojowy "Somebody There". Nie wszystkie utwory trzymają jednak wysoki poziom, zdarzają się też mniej ciekawe fragmenty, jak banalny "House of Love", czy zbyt eksperymentalny "Arbaden (Maggie's Babby)".


7. Foo Fighters - "Sonic Highways"

Jedno z moich największych zaskoczeń tego roku - zespół, który dotychczas specjalizował się w tworzeniu radiowych hitów o bezwstydnie komercyjnym charakterze, nagle nagrał album przemyślany od początku do końca. Co prawda, sam koncept (dla przypomnienia: każdy utwór został nagrany w innym amerykańskim mieście, z udziałem pochodzących stamtąd muzyków i w mniejszym lub większym stopniu nawiązuje do muzycznych tradycji danego regionu), jest znacznie ciekawszy od zawartych tu kompozycji, niemniej jednak znalazłem tutaj kilka interesujących fragmentów. Single okazały się tym razem niezbyt porywające ("Something from Nothing", "The Feast and the Famine", "Congregation"), świetnej melodii nie można za to odmówić nagranemu w Los Angeles "Outside". Uwypuklona w miksie partia basu oraz solówka Joe'a Walsha z The Eagles od razu przypadły mi do gustu. Przebojowości, w dobrym tego słowa znaczeniu, nie można odmówić także "In the Clear", w którym rockowy czad został wzbogacony sekcją dętą (nagrywanie w Nowym Orleanie zobowiązuje). I w końcu muszę wspomnieć także o perełce w postaci "Subterranean" - spokojnej, akustycznej piosence, w której wspaniale udało się oddać charakter deszczowego Seattle.


6. Judas Priest - "Redeemer of Souls"

Legenda heavy metalu w świetnej formie. Pomimo odejścia K. K. Downinga - gitarzysty, jednego z głównych kompozytorów i współzałożyciela grupy - "Redeemer of Souls" okazał się najlepszym albumem Judas Priest od wielu, wielu lat. Co najmniej od czasu kultowego "Painkiller" z 1990 roku. Jeżeli ktoś się obawiał kolejnego pretensjonalnego i patetycznego albumu w stylu "Nostradamus" (2008), to musiał się mile rozczarować. "Redeemer of Souls" to longplay nagrany z myślą o wielbicielach klasycznych dokonań zespołu. Przygotowany w myśl zasady "dla każdego coś miłego". Oczywiście najwięcej tutaj nawiązań do albumów z lat 1980-84, czyli największej popularności Judas Priest (np. "Down in Flames", "Battle Cry"), albo do wspomnianego "Painkillera" (np. "Secrets of the Dead"), ale z drugiej strony znalazły się tutaj także utwory bliższe twórczości zespołu z lat 70. (bluesowo-hardrockowy "Crossfire", sabbathowy "March of the Damned"). Stylistycznie od reszty albumu nieco odstaje finałowa ballada "Beginning of the End" - ale na szczęście nie jest to żadna ckliwa "pościelówka", a przyjemny, spokojny utwór.


5. Overkill - "White Devil Armory"

Overkill to dziś czołowy przedstawiciel thrash metalu, który wciąż ma coś do zaoferowania - w przeciwieństwie do tzw. "Wielkiej Czwórki", której przedstawiciele od lat odcinają kupony od swoich dokonań z lat 80., bo współcześnie nie tworzą niczego wartościowego. Albo w ogóle niczego nowego nie tworzą. Tymczasem Overkill regularnie co dwa lata dostarcza fanom nowe albumy, które nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu. W obecnie trwającej dekadzie jeszcze bardziej podniósł sobie poprzeczkę, najpierw wydając rewelacyjny "Ironbound" (2010), na którym muzycy zaprezentowali swoje bardziej progresywne oblicze, a następnie "The Electric Age" (2012), pokazujący bardziej agresywną twarz zespołu. Najnowsze dzieło Overkill, "White Devil Armory", jest swego rodzaju podsumowaniem obu poprzednich albumów, ich syntezą. Z jednej strony znalazły się tutaj stricte thrash metalowe, rozpędzone i agresywne czady (np. "Armorist", "Where There's Smoke...", "King of the Rat Bastards"), jak i kompozycje wolniejsze, bardziej rozbudowane - czasem mogące kojarzyć się z twórczością Black Sabbath ("Bitter Pill"), a kiedy indziej z klasycznym heavy metalem ("In the Name"). Dzięki tej różnorodności, "White Devil Armory" powinien zachwycić wszystkich wielbicieli thrash metalu, bez względu na to, jaką jego odmianę preferują.


4. Blues Pills - "Blues Pills"

Najlepszy tegoroczny debiut został nagrany przez szwedzko (wokalistka) - francusko (gitarzysta) - amerykański (sekcja rytmiczna) zespół Blues Pills, czerpiący garściami z muzyki przełomu lat 60. i 70., przede wszystkim blues rocka i rocka psychodelicznego. Młodym muzykom nieobce są dokonania Fleetwood Mac (z czasów Petera Greena), Cream, Jimiego Hendrixa, Free czy Led Zeppelin. Największym atutem zespołu jest natomiast utalentowana wokalistka Elin Larsson, dysponująca barwą głosu zbliżoną do Janis Joplin (w bardziej zadziornych fragmentach) lub Adele (w tych bardziej subtelnych).
Na albumie dominuje dość surowe, bardzo energetyczne i niezbyt złożone granie (np. singlowe "High Class Woman" i "Devil Man"), ale grupa potrafi także urzec bardziej klimatycznym, balladowym graniem (np. "River", "Astraplane", "Little Sun"). W przekonujący sposób potrafią także połączyć oba te oblicza, czego dowodem jedyny trochę (ale naprawdę tylko "trochę") bardziej skomplikowany kawałek - "Black Smoke". Wszystko to razem tworzy naprawdę udaną całość. Dla wielbicieli klasycznego rocka - szczególnie tego z bluesowym pierwiastkiem - pozycja obowiązkowa.


3. Pink Floyd - "The Endless River"

Prawdopodobnie najważniejsza i najbardziej kontrowersyjna premiera tego roku - dla jednych arcydzieło, dla innych - niepotrzebnie wydane odrzuty. Prawda leży gdzieś pośrodku. Im więcej jednak czytałem tych negatywnych opinii na temat "The Endless River", tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to album genialny. Nie, nie pod względem muzycznym. Genialny, ponieważ wkurzył wszystkich, którzy mieli z góry wyrobione oczekiwania jaka muzyka powinna się na nim znaleźć, a potem się rozczarowali, bo okazało się, że jego zawartość nie przypomina niczego, co zespół wcześniej nagrał. A przecież to własnie było zawsze istotą Pink Floyd - ciągły rozwój. Nigdy nie nagrali albumu, który brzmiał jak coś z przeszłości. Zawsze poszukiwali nowych środków wyrazu (pierwszy z brzegu przykład - po zdominowanym przez brzmienia klawiszowe i subtelne gitarowe solówki albumie "Wish You Were Here", nagrali bardzo gitarowy, agresywny "Animals").
Pozostaje pytanie czy to, co zaprezentowali tym razem, jest dobre. Niestety, nie do końca. Zdarzają się fragmenty bardzo dobre i rewelacyjne (przede wszystkim "It's What We Do", "Allons-y", "Autumn '68", oraz "Talkin Hawkin'", w których słychać przebłyski dawnego geniuszu), ale też bardzo słabe (banalne "Louder Than Words", "Anisina" i "Surfacing"). Irytować może też zbyt duża ilość ambientowych przerywników, w których prawie nic się nie dzieje - dlatego lepiej słuchać "The Endless River" jako całości, bez zwracania uwagi na sztuczny podział na ścieżki.


2. Lunatic Soul - "Walking on the Flashlight Beam"

Czwarty album Lunatic Soul znacznie różni się od wcześniejszych, folkowo-etnicznych albumów zespołu. Na "Walking on the Flashlight Beam" Mariusz Duda skierował się w stronę brzmień elektronicznych... Spokojnie, nie jest to żadne techno ani inne tego typu wynalazki, a raczej granie z okolic Depeche Mode (wpływ tej grupy jest szczególnie słyszalny w singlowym "Cold"), z prawdziwą perkusją i istotną rolą gitary. Rockowi słuchacze nie powinni mieć zatem większych problemów z zaakceptowaniem zawartej tu muzyki.
Najciekawsze fragmenty albumu to: powoli się rozwijający "Shutting Out the Sun"; przebojowy, niemal piosenkowy "Treehouse"; oraz przepiękny tytułowy "Walking on a Flashlight Beam".



1. Opeth - "Pale Communion"

Nigdy nie przepadałem za elementami death metalowymi (szczególnie zaś za growlem) w twórczości Opeth, zawsze natomiast podobały mi się te spokojniejsze fragmenty, zdradzające inspirację rockiem progresywnym. Pierwszym albumem, na którym grupa całkowicie zrezygnowała z elementów metalowych, był "Damnation" z 2003 roku - ale ten longplay był akurat dopełnieniem wydanego rok wcześniej "Deliverance" (oba zostały nagrane podczas jednej sesji i początkowo miały tworzyć całość). Nieco inaczej wygląda sprawa z przedostatnim w dyskografii "Heritage" (2011), który jasno dawał do zrozumienia, że muzyków znudziło granie ekstremalnej muzyki. Niestety, dając wyraz swojej fascynacji rockiem progresywnym z lat 70., stracili wszystkie rozpoznawalne cechy swojego stylu. Na szczęście, na "Pale Communion" problem ten udało się całkowicie rozwiązać. To znów album przesiąknięty muzyką sprzed czterdziestu lat (szczególnie w moich ulubionych "Eternal Rains Will Come" i "River", w których mamy i fantastycznie przebojowe melodie, i dużo progrockowego kombinowania). Tym razem jednak jest też sporo charakterystycznego dla Opeth klimatu (np. "Elysian Woes" spokojnie mógłby trafić na wspomniany "Damnation"). Wróciły nawet patenty metalowe ("Cusp of Eternity" w całości oparty jest na metalowym riffie, dużo ciężkich brzmień pojawia się także np. w "Moon Above, Sun Below"), ale na szczęście Mikael Åkerfeldt ani przez chwilę nie stosuje tutaj growlu.
"Pale Communion" to według mnie najlepszy longplay w dyskografii Opeth, z największym naciskiem położonym na zapadające w pamieć melodie, ale jednocześnie ambitny w warstwie instrumentalnej.




Specjalne wyróżnienie:


Queen - "Live at the Rainbow '74"

Album ten umieściłem poza rankingiem, ponieważ w przeciwnym razie musiałby znaleźć się na jego podium. A obecność na nim albumu koncertowego - i to nagranego 40 lat temu - byłaby trochę niesprawiedliwa wobec albumów z premierowym materiałem zarejestrowanym współcześnie.
Nie ukrywam jednak, że to właśnie "Live at the Rainbow '74" najbardziej mnie w tym roku zachwycił. To genialny dokument czasów, kiedy koncerty były czymś o wiele bardziej wyjątkowym, niż obecnie. Muzycy nie ograniczali się wówczas do odgrywania utworów tak, jak zostały nagrane w studiu. Albumowe wersje były tylko punktem wyjścia do tworzenia tych utworów praktycznie na nowo. Często nabierały dzięki temu zupełnie innego charakteru, nowej jakości. Nie inaczej jest w tym przypadku. A ponadto, "Live at Rainbow '74" pokazuje Queen w ciekawym momencie kariery. Jeszcze przed wydaniem przełomowego albumu "A Night at the Opera" i przed komercyjnym sukcesem singla "Bohemian Rhapsody". W 1974 roku zespół wciąż musiał ciężko pracować, aby zwrócić na siebie uwagę. Dlatego muzycy grają tu z niesamowitym zaangażowaniem. Te wczesne, w większości jeszcze stricte hardrockowe, utwory grupy zyskały tutaj niesamowitą energię. Wręcz rozsadzającą takie kompozycje, jak "Son and Daughter", "Father to Son", "Liar", "Stone Cold Crazy" czy "Modern Times Rock'n'Roll". Ale kiedy trzeba, jest też bardzo nastrojowo ("White Queen (As It Began)"), lub po prostu przebojowo ("Keep Yourself Alive", "Seven Seas of Rhye", "Killer Queen"). Dziś już nikt nie nagrywa takich koncertówek.




Albumy, które kupiłem w tym roku:

  1. Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" LP (1970)
  2. Black Sabbath - "The Eternal Idol" LP (1986)
  3. Black Sabbath - "Tyr" LP (1990)
  4. Blind Faith - "Blind Faith" LP (1969)
  5. Cream - "The Best of Cream" LP (1984)
  6. Deep Purple - "Made in Europe" LP (1976)
  7. Dio - "The Last in Line" LP (1984)
  8. Genesis - "Nursery Cryme" LP (1971)
  9. Genesis - "Foxtrot" LP (1972)
  10. Iron Maiden - "Sanctuary" SP (1980; reedycja 2014)
  11. Iron Maiden - "Maiden England '88" DVD (2013)
  12. Judas Priest - "Sad Wings of Destiny" LP (1976)
  13. Ozzy Osbourne - "The Ultimate Sin" LP (1986)
  14. Pink Floyd - "The Division Bell" LP (1996; reedycja 2014)
  15. Pink Floyd - "The Endless River" LP (2014)
  16. Queen - "Queen" LP (1973)
  17. Queen - "Queen II" LP (1974)
  18. Queen - "Live Killers" LP (1979)
  19. Queen - "Live at the Rainbow '74" LP (2014)
  20. Queen - "Live at the Rainbow '74" DVD (2014)
  21. Rainbow - "Live in Munich 1977" DVD (2006)
  22. Rush - "2112" LP (1976)
  23. Rush - "Archives" LP (1978)
  24. Rush - "Moving Pictures" LP (1981)
  25. Rush - "Signals" LP (1982)
  26. Rush - "Grace Under Pressure" LP (1984)
  27. Scorpions - "Lovedrive" LP (1979)
  28. Scorpions - "Best of Rockers N' Ballads" LP (1989)
  29. Thin Lizzy - "Bad Reputation" LP (1977)
  30. Whitesnake - "Lovehunter" LP (1979)
  31. Whitesnake - "Ready an' Willing" LP (1980)
  32. Whitesnake - "Live... in the Heart of the City" LP (1980)
  33. Whitesnake - "Come an' Get It" LP (1981)



2015?


Na chwilę obecną, na 2015 rok zapowiedziane zostały tylko dwa interesujące mnie albumy: 23 lutego ukaże się "Return to Forever" grupy Scorpions, a cztery dni później "Hand. Cannot. Erase." Stevena Wilsona (lidera Porcupine Tree). Po Scorpionsach nie spodziewam się wiele - tym bardziej, że od 30 lat nie nagrali niczego naprawdę interesującego, a promujący "Return to Forever" na singlu utwór "We Built This House" jest wyjątkowo kiepski, nawet na tle ostatnich dokonań zespołu (najbliżej mu chyba do przesłodzonego albumu "Pure Instinct"). Nie mogę się natomiast doczekać drugiego z tych albumów, zwłaszcza że poprzednie dzieło Wilsona, zeszłoroczny "The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)", jest jednym z najlepszych albumów ostatnich lat.

Nowe albumy na przyszły rok zapowiadają także m.in. Black Sabbath, Deep Purple, David Gilmour, Faith No More, Slayer, Megadeth i Testament; nie są znane jednak żadne szczegóły na ich temat. Osobiście najbardziej czekam na to, żeby w końcu ukazał się nowy album Iron Maiden - od premiery "The Final Frontier" minęły już ponad cztery lata, co jest największą przerwą wydawniczą w przypadku tej grupy. Nadzieję, że zespół w końcu wyda coś premierowego, zwiększa niedawno opublikowana kartka świąteczna:



22 grudnia 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Cream

Cream - pierwsza supergrupa, stworzona przez dwóch jazzmanów (Jack Bruce i Ginger Baker) i bluesmana (Eric Clapton), którzy wspólnymi siłami położyli fundamenty hard rocka. To jeden z najbardziej nowatorskich i inspirujących zespołów w dziejach muzyki rockowej. I chociaż trio najlepsze efekty osiągało na koncertach - szczególnie podczas niczym nie skrępowanych, porywających improwizacji, których podstawą były bluesowe standardy (np. "Spoonful" Williego Dixona, "I'm So Glad" Skipa Jamesa, czy "Cross Road Blues" Roberta Johnsona) - to pozostawiło po sobie także sporo interesującego, autorskiego materiału studyjnego. W poniższym tekście opisałem dziesięć najciekawszych (niekoniecznie pod względem muzycznym) kompozycji Cream.

Cream: Jack Bruce, Ginger Baker i Eric Clapton.


1. "Wrapping Paper" (niealbumowy singiel, 1966)

Pierwszy singiel zespołu, z muzyką Jacka Bruce'a i tekstem poety Pete'a Browna. Pisanie tekstów nie było naszą mocną stroną - przyznawał Ginger Baker, tłumacząc dlaczego zespół korzystał z usług tekściarza spoza grupy. To właśnie perkusista zadzwonił do Browna, który początkowo miał pisać teksty do jego utworów - szybko jednak się okazało, że Brownowi znacznie lepiej współpracuje się z Brucem. Doskonale się rozumieliśmy - przyznawał Brown. Czasem się kłóciliśmy, ale od początku było nam pisane artystyczne porozumienie. Bruce natomiast wyjaśniał: Pete pisał słowa, a ja pilnowałem, by można je było wyśpiewać.
Utwór "Wrapping Paper" znacznie odstaje od psychodeliczno-bluesrockowego stylu Cream, utrzymany jest bardziej w jazzowo-rhythm and bluesowym stylu. Podobał mi się pomysł wydania "Wrapping Paper" na pierwszym singlu - mówił Eric Clapton. Nie taką muzykę chciałem grać, ale liczył się efekt zaskoczenia. Oto nam chodziło. Zupełnie inne podejście miał Baker: "Wrapping Paper" to najbardziej przerażające gówno, jakie słyszałem w moim życiu - mówił. Byłem mu całkowicie przeciwny, od samego początku. Singiel odniósł jednak umiarkowany sukces, dochodząc do 34. miejsca na brytyjskim notowaniu.


2. "I Feel Free" (niealbumowy singiel, 1966)

Największy singlowy przebój Cream w Wielkiej Brytanii - 11. miejsce na tamtejszym notowaniu. W Europie utwór został wydany tylko na małej płycie, natomiast w Stanach został włączony do repertuaru albumu "Fresh Cream" (zamiast coveru "Spoonful"). Pomimo sukcesu, jaki osiągnął, "I Feel Free" nie był wykonywany przez grupę na koncertach, był natomiast prezentowany podczas występów radiowych i telewizyjnych. Był natomiast grany przez Jacka Bruce'a (kompozytora utworu), na solowych koncertach po rozpadzie Cream. W 1986 roku basista nagrał także nową studyjną wersję "I Feel Free", przeznaczoną do reklamy samochodu Renault 21.
Pod względem muzycznym, utwór utrzymany jest w typowym dla wczesnego Cream stylu - stanowi połączenie psychodelicznego popu i blues rocka.


3. "Toad" (z albumu "Fresh Cream", 1966)

Utwór Gingera Bakera, składający się głównie z jego perkusyjnej solówki (jednej z pierwszych, jakie zostały zarejestrowane na studyjny album rockowy), poprzedzonej i zakończonej krótkim riffem granym przez całe trio. "Toad" był stałym punktem koncertów grupy, a perkusyjne solo rozrastało się na nich do kilkunastu minut (vide wersja z koncertowej płyty albumu "Wheels of Fire"). Baker wykonywał ten utwór także ze swoim późniejszym zespołem Ginger Baker's Air Force.
"Toad" stał się jednym z najbardziej inspirujących utworów dla rockowych perkusistów. Pod jego wrażeniem byli m.in. John Bonham i Bill Ward, czego dowodem są utwory "Moby Dick" Led Zeppelin i "Rat Salad" Black Sabbath, powielające strukturę "Toad".


4. "Strange Brew" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Pierwszym utworem, który zespół zagrał podczas sesji nagraniowej na drugi album, był cover "Hey Lawdy Mama" Buddy'ego Mossa z 1934 roku. Pomysł wziął się z płyty, którą nagrali Buddy Guy i Junior Wells - wyjaśniał Eric Clapton. Jest tam utwór "Hey Lawdy Mama", ale riff gitary pochodzi z piosenki "Everything's Going to Be Alright" Little Waltera.
Producent albumu "Disraeli Gears", Felix Pappalardi, odrzucił pomysł umieszczenia na nim tego coveru, jednak wraz ze swoją żoną, Gail Collins, stworzył własny utwór, "Strange Brew", oparty na tym samym riffie. Z 12-taktowego bluesa zrobił popową piosenkę w stylu Paula McCartneya - tłumaczył Clapton (dopisany do utworu jako współkompozytor). Trochę wściekałem się z powodu ostatecznego brzmienia, ale szanowałem Felixa za to, że wiedział jak się za to zabrać. Na mocy niepisanej umowy, godząc się na popowy kawałek, mogłem zagrać solówkę w stylu Alberta Kinga.
"Strange Brew" został wydany na pierwszym singlu promującym album i stał się jednym z największych przebojów grupy (17. miejsce w Wielkiej Brytanii). Co jednak ciekawe, utwór nie był wykonywany przez grupę na koncertach - muzycy preferowali granie "Hey Lawdy Mama".


5. "Tales of Brave Ulysses" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Kompozycja Erica Claptona, z tekstem Martina Sharpa, który był także autorem okładki albumu "Disraeli Gears". Kiedy poznałem Erica, nie słyszałem o Cream, nie znałem ich muzyki - wspominał Sharp. To był przypadek. Powiedziałem, że właśnie wymyśliłem tekst. Eric na to, że napisał utwór. Zapisałem więc słowa na serwetce i zostawiłem swój adres. Pomyśleć, że tekst pasował do tej muzyki. To jak przeznaczenie. Wyjaśniał także, co zainspirowało go do napisania tego tekstu: Właśnie wróciłem z Balearów, byłem na Ibizie i i Formenterze. Ktoś mi powiedział, ze to właśnie tam syreny zwodziły Odyseusza śpiewem. Po powrocie do Londynu tęskniłem za tamtejszym latem. Napisałem więc tekst, mając w głowie piosenkę Leonarda Cohena "Susanne", ale w wykonaniu Judy Collins. Uwielbiam tę wersję.
Napisał [te] słowa na skrawku papieru, a Jack wymyślił linię wokalną na podstawie gitarowego riffu - wyjaśniał Clapton. Jakiś rok wcześniej Lovin' Spoonful nagrali "Summer in the City". Słuchaliśmy tej grupy, szczególnie ja. na gitarze grał tam Zal Yanovsky. Jego riff był punktem wyjścia.
Dzień przed napisaniem muzyki, Clapton odkrył efekt wah-wah. Jego użycie na albumie zaproponował producent, Felix Pappalardi, który osobiście zaprowadził Erica do sklepu z instrumentami. Sprzedawca zaproponował mi efekt pedałowy, który przypomina płacz dziecka - wspominał gitarzysta. Przekonał mnie. Taki efekt dobrze wpływa na brzmienie. Wah-wah tworzy klimat; w samej muzyce niczego nie zmienia. Wzbogaca brzmienie.
Trio regularnie wykonywało "Tales of Brave Ulysses" podczas koncertów. Utwór stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych w dorobku grupy, chociaż nigdy nie został wydany na stronie A singla. Eric przyniósł singiel "Strange Brew" z utworem "Tales of Brave Ulysses" na stronie B, co mnie trochę rozczarowało - wspominał Sharp.


6. "Sunshine of Your Love" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Jeden z najsłynniejszych gitarowych riffów wszech czasów został wymyślony przez Jacka Bruce'a na kontrabasie, po całonocnej próbie napisania jakiegoś utworu. W końcu wstał, chwycił kontrabas i spytał: "Co sądzisz o tym?" - wspominał Pete Brown. Spojrzałem za okno i powiedziałem: "Zbliża się świt". Stało się to zalążkiem tekstu, który potem napisał. To jeszcze nie była piosenka, zaledwie [sam] riff - mówił Bruce. Wkrótce potem, podczas próby, zagrałem to Ericowi, który dorzucił coś od siebie. Po złączeniu tych dwóch części, powstało "Sunshine of Your Love". Ta piosenka ma pewną pierwotną jakość, która pociąga ludzi. Riff wnika bardzo głęboko. Clapton potwierdzał: Jack miał już linię basu. Przeniosłem to do rejestru gitary i dodałem akordy. Pojawiły się współbrzmienia. Gitarzysta wymyślił także melodię refrenu. W rezultacie, "Sunshine of Your Love" jest jedynym utworem Cream, którego autorstwo jest przypisane jednocześnie Bruce'owi, Brownowi i Claptonowi.
Utwór był drugim singlem promującym album "Disraeli Gears" - w Wielkiej Brytanii utwór doszedł do 25. miejsca notowania, był też pierwszą małą płytą tria, która została odnotowana w Stanach - na 5. miejscu, co miało okazać się największym singlowym sukcesem Cream na tamtejszym rynku.
"Sunshine of Your Love" był stałym punktem koncertów grupy, a po jej rozpadzie Jack Bruce i Eric Clapton chętnie wykonywali go na swoich solowych koncertach; był także wykonywany przez grupę Blind Faith, w której grali Clapton i Ginger Baker.


7. "SWLABR" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Kolejna kompozycja autorstwa Bruce'a i Browna. Tajemniczy tytuł jest akronimem słów "She Walks Like a Bearded Rainbow" (lub "She Was Like a Bearded Rainbow"). "SWLABR" to rzecz o kimś, kto porównuje ukochaną z Mona Lisą, a potem zaczyna niszczyć jej obraz - wyjaśniał Brown. Pojawia się tu dość zwyrodniały tekst o tęczy z brodą. Głównie chodzi o zemstę kogoś, kto został porzucony. Blues w dużej mierze dotyczy wojny płci, a to tylko jeden z jej epizodów.
Zespół nie wykonywał tego utworu na żywo, z wyjątkiem radiowych sesji.


8. "White Room" (z albumu "Wheels of Fire", 1968)

Kolejny przebój Cream (6. miejsce w Stanach, 28. w Wielkiej Brytanii, a także szczyt notowania w... Australii), napisany przez Jacka Bruce'a i Pete'a Browna. Najpierw powstała muzyka - wyjaśniał drugi z nich. Napisany przez niego, bardzo poetycki tekst dotyczy mieszkania, do którego właśnie się wprowadził. To cud, że to zadziałało, jeśli wziąć pod uwagę, że to monolog o nowym mieszkaniu - mówił.
Poza muzykami zespołu, w nagraniu wystąpił także producent Felix Pappalardi, grający na altówce.
"White Room" był stałym punktem koncertów grupy podczas jej pożegnalnej trasy, granym na rozpoczęcie każdego występu. Znalazł się także w repertuarze występów tria w 2005 roku - jedynych jakie zagrali razem po rozpadzie w 1968 roku. "White Room" był także regularnie wykonywany na solowych koncertach przez Jacka Bruce'a i Erica Claptona.
W 2001 roku Bruce nagrał nową, inspirowaną muzyką latynowską, wersję studyjną "White Room" na swój solowy album "Shadows in the Air". W nagraniu oprócz niego wystąpił także Clapton.


9. "Politican" (z albumu "Wheels of Fire", 1968)

Utwór (jak większość w autorskim repertuarze Cream podpisany przez Bruce'a i Browna) powstał podobno gdy zespół czekał na swój występ w BBC. Jest to jeden z pierwszych utworów w muzyce rockowej, w którym pojawia się kilka partii gitar nałożonych na siebie, granych przez jednego gitarzystę (oczywiście było to możliwe tylko w nagraniu studyjnym).
Jack Bruce, zapytany niedawno czy inspiruje go polityka, odparł: Nie, ale dotyka tych spraw, które powinny być ważne dla każdego człowieka. Bo jeśli nie podejmiemy odpowiednich działań mających na celu rozwiązanie globalnych problemów, nasz gatunek może nie przetrwać. Uważam, że artyści powinni zwrócić uwagę na takie sprawy w swojej twórczości. Robiłem to już wcześniej, podczas pisania piosenek dla Cream.
Utwór był grany na żywo podczas pożegnalnej trasy z 1968 roku, a także na występach w 2005 roku. W wersji zarejestrowanej na żywo jest dostępny m.in. na koncertowo-studyjnym albumie "Goodbye". Był także regularnie wykonywany na solowych występach przez Jacka Bruce'a.


10. "Badge" (z albumu "Goodbye", 1969)

Utwór został napisany przez Erica Claptona z pomocą George'a Harrisona, który ponadto zarejestrował w nim partię gitary rytmicznej. Z przyczyn kontraktowych Harrison musiał wystąpić pod pseudonimem L'Angelo Misterioso. Warto dodać, że rok wcześniej, Clapton zagrał solówkę na "Białym" albumie Beatlesów, w utworze Harrisona "While My Guitar Gently Weeps".
Tytuł "Badge" (czyli "odznaka", "znaczek", itp.) nie ma żadnego związku z tekstem utworu. Podobno Clapton źle przeczytał napisane przez George'a słowo "bridge", oznaczające tzw. "mostek", czyli przejście w utworze. Pomogłem Ericowi napisać "Badge" - wspominał Harrison. Każdy z nich [muzyków Cream] miał napisać po jednym utworze na album "Goodbye", a Eric nie potrafił skończyć swojego. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, kiedy pisałem tekst. Gdy doszedłem do środkowej części, napisałem "bridge", a Eric, czytający to do góry nogami, wybuchł śmiechem i zapytał: "Co ma do tego odznaka?". Następnie dołączył do nas pijany Ringo [Starr] i dorzucił wers o łabędziach żyjących w parku.
Na pierwszym wydaniu albumu "Goodbye" autorstwo utworu zostało przypisane wyłącznie Claptonowi, dopiero na kolejnych została dodana informacja o współautorstwie Harrisona. Ringo Starr nigdy nie został dopisany jako współtwórca.
"Badge" został wydany na singlu, który osiągnął sukces przede wszystkim w Wielkiej Brytanii (18. miejsce), w Stanach cieszył się mniejszym powodzeniem (60. pozycja). Utwór był grany podczas występów Cream w 2005 roku; należy także do stałych punktów solowych koncertów Claptona.




Główne źródła cytatów:
1. Klasyczne albumy rocka - Cream - "Disraeli Gears", reż. Matthew Longfellow, Wielka Brytania, 2006
2. Bruce Jack, Jack Bruce - Silver Rails, rozm. przepr. Paweł Urbaniec, "Jazz Forum" 2014, nr. 3
3. Harrison George, George Harrison Interview, rozm. przepr. Mitchell Glazer, "Crawdaddy Magazine" 1977, nr. 2


18 grudnia 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Silver Rails" (2014)



Album "Silver Rails" ukazał się w marcu tego roku - jedenaście lat po poprzednim albumie w dyskografii Jack Bruce'a ("More Jack than God") i zaledwie siedem miesięcy przed jego śmiercią. Tym samym niniejszy longplay pozostaje muzycznym epitafium tego wybitnego, ale często niedocenianego muzyka. Zarówno on sam, jak i jego twórczość, często były pomijane w przeróżnych rankingach, mimo że był jednym z najbardziej inspirujących basistów. To właśnie Bruce zrewolucjonizował grę na gitarze basowej, używając jej nie tylko jako instrumentu rytmicznego, ale także solowego i melodycznego. Natomiast albumy, które nagrał pod koniec lat 60. z supergrupą Cream, to kamienie milowe zarówno muzyki rockowej, jak i bluesowej (sam Bruce uważał się jednak przede wszystkim za jazzmana).

Wróćmy jednak do teraźniejszości. Na sesję nagraniową "Silver Rails" Bruce zaprosił imponujący "zestaw" muzyków - m.in. gitarzystów Phila Manzanerę (znanego przede wszystkim z Roxy Music, ale też z współpracy z Davidem Gilmourem i Pink Floyd), Uliego Jona Rotha (ex-Scorpions), Robina Trowera (ex-Procol Harum) i Berniego Marsdena (ex-Whitesnake), a także klawiszowca Johna Medeskiego (z jazzowego tria Medeski Martin & Wood, współpracującego także z Johnem Zornem). Nie można też nie wspomnieć, że większość tekstów (z wyjątkiem "Candlelight" i "Hidden Cities") napisał Pete Brown, z którym Bruce współpracował już od czasu Cream. To właśnie Brown stworzył teksty do takich utworów, jak "I Feel Free", "Sunshine of Your Love", "White Room" czy "Politican".

Album "Silver Rails" rozpoczyna się od spokojnego "Candlelight", zdominowanego przez brzmienia dęciaków i organów, pojawia się też zgrabna - ale zdecydowanie za krótka - solówka Manzanery. Ogólnie jest to dość przyjemny kawałek, ale przykro się go słucha ze względu na zniszczony wokal Bruce'a. Nigdy nie był on wybitnym wokalistą, ale na tym albumie wyraźnie daje się we znaki jego wiek i ciągnąca się od lat choroba... Spokojnie jest także w kolejnym utworze, "Reach for the Night" - bluesowej balladzie zwracającej uwagę partiami Medeskiego na organach Hammonada i solówką Dereka Nasha na saksofonie. To jeden z najpiękniejszych fragmentów longplaya, nawet mimo bardziej mówionej niż śpiewanej partii wokalnej. W ogóle dużo tutaj takich spokojniejszych kompozycji. Znalazły się tu bowiem jeszcze dwie fortepianowe ballady, "Don't Look Now" i bardziej ascetyczna "Industrial Child". Uwagę przyciąga przede wszystkim pierwsza z nich, za sprawą pięknej, nieco gilmourowskiej solówki. Co ciekawe, nie zagrał jej żaden ze słynnych gitarzystów, wymienionych wyżej, a syn Jacka, Malcolm.

Odrobinę bardziej dynamicznego grania przynosi "Fields of Forever", ale to akurat najbardziej nijaki i banalny fragment longplaya. Nie przekonuje także "Hidden Cities", w którym ciężki riff Rotha łagodzony jest żeńskim chórkiem wspierającym wokalnie Bruce'a. Udanym fragmentem jest natomiast ostry blues "Rusty Lady", nagrany z udziałem Trowera. Chociaż może trochę za bardzo słychać tutaj podobieństwo do "Politican" Creamu - zarówno muzycznie, jak i tekstowo (bohaterką jest zmarła w zeszłym roku Margaret Thatcher). Nie wszystkie jednak utwory nawiązują do przeszłości Jacka. Pojawia się tutaj bowiem także zaskakująco nowoczesny "Drone", z dziwnie przesterowaną partią basu na pierwszym planie i "mechaniczną" partią wokalną. Najlepszymi fragmentami albumu są jednak według mnie dwa ostatnie utwory: bardzo chwytliwy blues "Keep It Down" - z pięknym Hammondowym tłem, mocną grą sekcji rytmicznej i wspaniałymi gitarowymi popisami Marsdena - a także najmocniejszy na albumie "No Surrender" - jedyny fragment przypominający o hard rockowej przeszłości Bruce'a; także w tym utworze można podziwiać umiejętności byłego muzyka Whitesnake.

"Silver Rails" to zróżnicowany album (niestety, nie tylko pod względem stylistycznym, ale też jakościowym), pokazujący jak wszechstronnym muzykiem był Jack Bruce. Dobrze, że ten album został nagrany. Szkoda tylko, że tak późno.

Ocena: 6/10



Jack Bruce - "Silver Rails" (2014)

1. Candlelight; 2. Reach for the Night; 3. Fields of Forever; 4. Hidden Cities; 5. Don't Look Now; 6. Rusty Lady; 7. Industrial Child; 8. Drone; 9. Keep It Down; 10. No Surrender

Skład: Jack Bruce - wokal i bass, pianino (3-5,7), melotron (9,10)
Gościnnie: Phil Manzanera - gitara (1); Tony Remy - gitara (1-3,7); John Medeski - organy (1,2,4,5,9), melotron (5); Frank Tontoh - perkusja (1-3,5,6,9); Milos Pál - djembe (1), perkusja (8); Rob Cass - instr. perkusyjne (1,3,6); Derek Nash - saksofon (1-3); Winston Rollins - puzon (1,3); Russell Bennett - trąbka (1,3); Malcolm Bruce - gitara (2,5,6); Pearse MacIntyre - gitara (3); Uli Jon Roth - gitara (4); Cindy Blackman-Santana - perkusja (4,10); Aruba Red, Chantelle Nandi, Julie Iwheta i Kyla Bruce - dodatkowy wokal (4); Robin Trower - gitara (6); Bernie Marsden - gitara (9,10)
Producent: Rob Cass


8 grudnia 2014

[Recenzja] Royal Blood - "Royal Blood" (2014)



Jeżeli młody zespół wychwalany jest m.in. przez Jimmy'ego Page'a, a wielu recenzentów nazywa jego album "debiutem roku" lub nawet "płytą roku", to... To jeszcze nie koniecznie znaczy, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Niemniej jednak warto sprawdzić, co wywołuje takie emocje. A wywołuje je brytyjski duet o pretensjonalnej nazwie Royal Blood. Duet? Aby osiągnąć pełne rockowe brzmienie potrzebna jest przynajmniej trójka muzyków (gitarzysta, basista i perkusista), chociaż zdarzały się już - szczególnie w ostatnich latach - rockowe składy okrojone zaledwie do dwóch muzyków, żeby wymienić tylko The White Stripes czy The Black Keys. W obu przypadkach zespół składa(ł) się z śpiewającego gitarzysty i perkusistki/ty. Royal Blood zmieniają ten schemat, zastępując śpiewającego gitarzystę śpiewającym basistą.

Zespół składający się z samej sekcji rytmicznej na pozór wydaje się czymś niesamowicie oryginalnym, a wręcz nieprawdopodobnym (nawet jeśli już pod koniec lat 60. Jack Bruce w nagraniach Cream pokazał, że gitara basowa może być wykorzystana jako instrument solowy i melodyczny). W tym wypadku jest to jednak tylko trik, mający wzbudzić zainteresowanie wokół duetu. Mike Kerr równie dobrze mógłby grać na gitarze, bowiem brzmienie jego basu jest tak zmodyfikowane, że praktycznie nie można go odróżnić od brzmienia gitary elektrycznej. A zatem mamy tu do czynienia nie tyle z oryginalnością, co grubymi nićmi szytym chwytem marketingowym. A trzeba przyznać, że o promocję Royal Blood ktoś naprawdę dba. Jeszcze zanim muzycy cokolwiek wydali, perkusista Arctic Monkeys ubrał na koncert koszulkę z ich logo - w ten sposób popyt na produkt wytworzył się jeszcze zanim trafił on do sprzedaży.

Niech będzie jasne - nie potępiam Royal Blood za to, że próbują zwrócić na siebie uwagę w ten sposób. Każdy początkujący zespół musi zadbać o promocję. Nawet sukcesy grup w rodzaju The Beatles czy Led Zeppelin były częściowo zasługą menadżerów. Ale w tych akurat przykładach, zwracanie na siebie uwagi szło w parze z talentem muzyków. Jak natomiast wygląda ten aspekt u Royal Blood? W tym miejscu pora przejść w końcu do meritum, czyli opisać debiutancki longplay duetu. Rozpoczyna się od bardzo gęstego, potężnie brzmiącego "Out of the Black" - aż trudno uwierzyć, że gra tu tylko dwóch muzyków. Z drugiej strony, w studiu można zrobić wszystko - ciekawe czy na żywo są w stanie odtworzyć takie brzmienie? Stylistycznie najbliżej chyba do wspomnianego już The White Stripes - nawet wokal Mike'a Kerra brzmi łudząco podobnie do Jacka White'a, ale - na szczęście - mniej płaczliwie. Brzmieniowo jest jednak znacznie ciężej.

"Out of the Black" to całkiem niezłe otwarcie, jednak już kolejne utwory uświadamiają jak bardzo ograniczające jest granie w tak minimalistycznym składzie. "Come on Over", "Figure It Out", "You Can Be So Cruel" czy "Little Monsters" - to wszystko fajne, bardzo energetyczne i melodyjne kawałki, ale też wszystkie opierają się praktycznie na tych samych patentach, więc mimo tego, że całość trwa niewiele ponad pół godziny, w pewnym momencie zaczyna nużyć. Zaczyna też brakować gitarzysty, który tu i ówdzie pododawałby jakieś solówki. Najbardziej wyróżniającym się utworem jest "Blood Hands", który rozpoczyna się nieco wolniej i łagodniej, by powoli nabierać na intensywności. Wciąż jednak brzmi to jak The White Stripes z podkręconym wzmacniaczem, bez solówek i gęściej grającym perkusistą.

Jak na album nagrany w tak okrojonym składzie i przy użyciu zaledwie dwóch instrumentów, "Royal Blood" jest naprawdę zaskakująco udanym wydawnictwem. Tylko, że gdyby grało na nim więcej muzyków i szersze było instrumentarium, mógłby być o wiele, wiele lepszy. Zastanawiam się jak potoczą się dalsze losy duetu. W takim składzie ciężko im będzie czymkolwiek zaskoczyć na kolejnych albumach, raczej są skazani na wieczne nagrywanie - wzorem AC/DC - tej samej płyty pod różnymi tytułami. Jak długo ludzie będą chcieli to kupować? Z drugiej strony, jeśli poszerzą skład lub samo instrumentarium - stracą wszystko, co odróżnia ich od setek podobnie grających grup.

Ocena: 6/10



Royal Blood - "Royal Blood" (2014)

1. Out of the Black; 2. Come on Over; 3. Figure It Out; 4. You Can Be So Cruel; 5. Blood Hands; 6. Little Monster; 7. Loose Change; 8. Careless; 9. Ten Tonne Skeleton; 10. Better Strangers

Skład: Mike Kerr - wokal i bass; Ben Thatcher - perkusja
Producent: Tom Dalgety, Mike Kerr, Ben Thatcher


26 listopada 2014

[Recenzja] AC/DC - "Rock or Bust" (2014)



W ciągu swojej czterdziestoletniej kariery grupa AC/DC przechodziła przez wiele trudnych momentów: śmierć Bona Scotta na początku lat 80., czy kłopoty z uzależnieniami innych muzyków, które kończyły się krótszą (Malcolm Young) lub dłuższą (Phil Rudd) absencją w zespole. Atmosfery w zespole na pewno nie poprawiało mordercze tempo nagrywania kolejnych albumów (wydawanych średnio z ok. półtorarocznymi przerwami), czego wynikiem często był słaby poziom zawartego na nich materiału. Ostatnie dwadzieścia lat minęło jednak bardzo spokojnie, ze stabilnym składem, od czasu do czasu wchodzącym do studia, by nagrać coś nowego. Niedawno jednak czarne chmury znów zawisły nad zespołem. Najpierw pojawiły się informacje o chorobie Malcolma Younga, który prawdopodobnie już nigdy nie będzie w stanie powrócić do grania. Natomiast przed trzema tygodniami pojawiły się doniesienia o jeszcze bardziej szokującym aresztowaniu Phila Rudda, oskarżonego o zlecenie dwóch morderstw i posiadanie narkotyków (pierwszy zarzut został wycofany, z powodu braku dostatecznych dowodów, za drugi wciąż grozi mu kara dłuższego pozbawienia wolności). Problemy z Ruddem zaczęły się zresztą wcześniej, już na początku sesji nagraniowej nowego albumu. Perkusista przez ponad tydzień nie pojawiał się w studiu, przybył dopiero, gdy producent Brendan O'Brien zagroził, że zatrudni innego bębniarza. Rudd szybko zarejestrował swoje partię i znów zniknął.

W takich właśnie warunkach powstał "Rock or Bust". Problemy z Ruddem właściwie nie mogły specjalnie zaszkodzić grupie, gdyż perkusista nigdy nie brał udziału w procesie tworzenia utworów, a tak proste partie mógł zarejestrować ktokolwiek (miały też swoje pozytywne strony - w sieci wzrosła sprzedaż starego utworu AC/DC, "Dirty Deeds Done Dirt Cheep", którego tekst jest... ogłoszeniem płatnego mordercy). Znacznie większym ciosem dla grupy była nieobecność Malcolma Younga - to przecież on, wraz ze swoim bratem Angusem, odpowiada za napisanie całej muzyki i większości tekstów zespołu. To spod palców Malcolma wyszły nieśmiertelne riffy "Highway to Hell" i "Back in Black"... Tym razem cały ciężar komponowania spadł na Angusa. Który, niestety, poszedł na totalną łatwiznę - zamiast spróbować stworzyć coś nowego, po prostu dokończył pomysły, nad którymi pracował jeszcze z Malcolmem w trakcie pracy nad poprzednim albumem, "Black Ice". Być może właśnie dlatego - z braku nowych idei Malcolma - "Rock or Bust" jest najkrótszym albumem w dyskografii zespołu, trwającym niespełna trzydzieści pięć minut. Nawet w latach 70. i 80. byłby to bardzo krótki longplay, a dzisiaj nawet EPki i single trwają dłużej.

A jak to wszystko brzmi? Dokładnie tak, jak należało się spodziewać po szyldzie AC/DC - jest bardzo prosto, bardzo energetycznie, bardzo melodyjnie i jeszcze bardziej przewidywalnie. Nawet brzmieniowo jest niemal identycznie, jak na płytach sprzed trzydziestu lat. Problem w tym, że jest też monotonnie. Pewnie, to także cecha charakterystyczna tego zespołu. Nazwa AC/DC jest praktycznie synonimem grupy, która cały czas gra to samo. Jednak na większości ich albumów można usłyszeć jakieś zróżnicowanie - np. kawałki w wolniejszym tempie, albo jakieś smaczki, które odróżniały dany kawałek od innych. Na "Rock or Bust" wszystkie piosenki (bo "utworami" ich nazywać nie wypada) są nagrane na jedno kopyto. Wszystkie są utrzymane w zbliżonych tempach, zbudowane na takim samym schemacie, oparte na bardzo podobnych riffach, z takim samych jak zwykle śpiewem Briana Johnsona i powtarzanymi od wieków zagrywkami Youngów (choć tym razem zamiast Malcolma gra jego bratanek, Steve). Zaletą albumu jest natomiast ogromna dawka energii, jaką niesie - pod tym względem nie różni się niczym od najlepszych płyt zespołu. Muzycy grają tu z taką samą werwą, jak dwadzieścia, trzydzieści, a nawet i czterdzieści lat temu. Niewiele jednak z tej muzyki pozostaje w głowie na dłużej. A przecież nie brakuje tutaj naprawdę chwytliwych refrenów - "Rock the Blues Away", "Dogs of War" (tutaj dodatkowo pojawia się też najlepsza na płycie solówka), czy "Rock the House" (tu z kolei jest świetny riff) to najlepsze przykłady. Ale wszystko, co oferują te kawałki, słyszałem już setki razy, nierzadko w znacznie lepszych wersjach.

"Rock or Bust" brzmi dokładnie jak to, czym jest - zbiorem odrzutów po "Black Ice". Tak naprawdę mogłyby to być odrzuty po dowolnym albumie AC/DC. Niby od tej grupy nie można wymagać niczego więcej, niż grania w swoim stylu na sprawdzonych miliony razy patentach, ale trochę większa różnorodność na pewno by nie zaszkodziła. Mimo wszystko, naprawdę przyjemnie się tego słucha. Ogromna dawka energii sprawia, że aż tak bardzo nie zwraca się uwagi na monotonność tego wydawnictwa. Może z czasem "Rock or Bust" będzie wymieniany jako jeden z najlepszych albumów AC/DC. Na razie pozostawia mieszane odczucia.

Ocena: 6/10



AC/DC - "Rock or Bust" (2014)

1. Rock or Bust; 2. Play Ball; 3. Rock the Blues Away; 4. Miss Adventure; 5. Dogs of War; 6. Got Some Rock & Roll Thunder; 7. Hard Times; 8. Baptism by Fire; 9. Rock the House; 10. Sweet Candy; 11. Emission Control

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara, dodatkowy wokal (5); Stevie Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - bass, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Brendan O'Brien


21 listopada 2014

[Recenzja] Blind Faith - "Blind Faith" (1969)



Wkrótce po rozpadzie Cream, dwie trzecie tego składu - Eric Clapton i Ginger Baker - postanowiło stworzyć kolejną "supergrupę", w miejsce Jacka Bruce'a zapraszając wokalistę / klawiszowca Steve'a Winwooda (z zespołu Traffic) i basistę Rica Grecha (ex-Family). Nowy skład przybrał nazwę Blind Faith i... okazał się jeszcze bardziej efemerycznym przedsięwzięciem niż Cream - drogi muzyków rozeszły się po około pół roku wspólnego grania. Przez ten czas zdążyli jednak zagrać wiele koncertów (jeden z nich, z londyńskiego Hyde Parku, został sfilmowany i po latach ukazał się na DVD), a także zarejestrować i wydać jeden album studyjny. Longplay, (nie)zatytułowany "Blind Faith", ukazał się w sierpniu 1969 i stał się - podobnie jak wcześniej albumy Cream - kamieniem milowym w rozwoju blues rocka i hard rocka. Jego zawartość to właściwie kontynuacja tego, co Clapton i Baker tworzyli przez poprzednie trzy lata. Nie można jednak lekceważyć wpływu Winwooda i Grecha. To dzięki nim muzyka Blind Faith jest o wiele bogatsza pod względem aranżacyjnym, niż dokonania Cream - instrumentarium zostało poszerzone o klawisze i skrzypce. 

Album rozpoczyna się od dwóch kompozycji Winwooda, "Had to Cry Today" i "Can't Find My Way Home". Pierwsza z nich to ponad ośmiominutowy popis muzyków, w którym mocniejsze fragmenty, z hard rockowym riffowaniem i ostrymi, rozbudowanymi solówkami Claptona, przeplatają się z bardziej subtelnymi refrenami. W 1969 roku taki utwór musiał być czymś naprawdę zaskakującym, a i współcześnie robi wrażenie - taka muzyka ani trochę się nie zestarzała. "Can't Find My Way Home" to już utwór o bardziej piosenkowej strukturze, oparty głównie na brzmieniu gitary akustycznej, przez co bliżej mu do twórczości Traffic niż Cream. Prostsze granie dominuje także w "Well All Right" - jedynej tutaj cudzej kompozycji, pochodzącej z repertuaru Buddy'ego Holy'ego. W porównaniu z oryginałem jest znacznie bogatsza brzmieniowo, ale niestety równie banalna. Chociaż... Po zasadniczej części utworu następuje jeszcze krótka koda, o nieco jazz rockowym charakterze. Naprawdę świetna rzecz - szkoda, że nie została rozwinięta w pełnoprawny utwór.

Pierwszą stronę albumu kończy jedyny utwór Blind Faith autorstwa Claptona, "Presence of the Lord". To prawdopodobnie najwspanialszy fragment tego longplaya. Utrzymany w podniosłym nastroju, z początku raczej łagodny, oparty na brzmieniu organów, podpartych wyrazistą grą sekcji rytmicznej, ale nagle przełamany wejściem ostrej partii gitary - Clapton gra tutaj jedną ze swoich najbardziej porywających solówek. Druga strona longplaya to już tylko wisienka na torcie. "Sea of Joy", kolejna kompozycja Winwooda, to kolejny bardziej piosenkowy kawałek, w którym smaczkiem jest partia skrzypiec. A całości dopełnia ponad piętnastominutowy jam "Do What You Like", którego autorstwo przypisane zostało Bakerowi, i który w sporej części składa się z jego perkusyjnej solówki - jednak pozostali muzycy również dostają sporo miejsca do popisu. "Do What You Like" to świetna fuzja jazzu, bluesa i rocka, podana w mocno psychodelicznym klimacie.

Nie wszystkie utwory nagrane przez zespół trafiły na album. Pozostałe znalazły się dopiero na kompaktowej reedycji "Blind Faith" z 2001 roku. Pierwszy dysk, poza sześcioma utworami z oryginalnego albumu, zawiera także pięć dodatkowych kompozycji. Wśród nich dwie wersje - szybką i wolną - bluesowego utworu "Sleeping in the Ground", autorstwa Sama Myersa, a także "elektryczną" wersję "Can't Find My Way Home" (wg mnie ciekawszą od wersji albumowej; wyróżniającą się chociażby świetną gitarową solówką), kolejny piętnastominutowy jam - tym razem o wszystko mówiącym tytule "Acoustic Jam" (niestety, trochę zbyt monotonny), oraz bardzo przyjemną instrumentalną kompozycję "Time Winds", w której każdy instrument - organy, gitara, bass i perkusja - zdają się odgrywać pierwszoplanową rolę. Reedycja zawiera także drugi dysk, a na nim cztery kilkunastominutowe jamy muzyków.

"Blind Faith" to jeden z najważniejszych, ale dziś już nieco zapomnianych, albumów w historii muzyki rockowej, bez którego znajomości nie można uważać się za wielbiciela tego gatunku. Dla każdego powinna to być obowiązkowa "lektura" w muzycznej edukacji.

Ocena: 9/10



Blind Faith - "Blind Faith" (1969)

1. Had to Cry Today; 2. Can't Find My Way Home; 3. Well All Right; 4. Presence of the Lord; 5. Sea of Joy; 6. Do What You Like

Skład: Steve Winwood - wokal, instr. klawiszowe, gitara; Eric Clapton - gitara, wokal (6); Ric Grech - bass, skrzypce (5), wokal (6); Ginger Baker - perkusja, wokal (6)
Producent: Jimmy Miller


3 listopada 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Animals" Pink Floyd

Okładki Pink Floyd należą do najbardziej znanych i rozpoznawalnych. Niektóre z nich, jak "The Dark Side of the Moon", "Wish You Were Here" czy "A Momentary Lapse of Reason" można interpretować i analizować na przeróżne sposoby, co zresztą od lat jest robione. Prawdopodobnie najciekawsza historia kryje się jednak za mniej znaną, chociaż równie intrygującą, okładką albumu "Animals".


Muzycy Pink Floyd, niemal od początku istnienia zespołu - konkretnie od swojego drugiego albumu, "A Saucerful of Secrets"z 1968 roku - ściśle współpracowali z designerską firmą Hipgnosis, prowadzoną przez Storma Thorgersona i Aubreya "Po" Powella. Warto dodać, ze pierwszy z nich był znajomym Rogera Watersa i Syda Barretta jeszcze z czasów studenckich; grali w jednej drużynie rugby. To właśnie dzięki pracom dla Pink Floyd, Hipgnosis stali się jednymi z najbardziej cenionych projektantów okładek (później z ich usług korzystali m.in. Wishbone Ash, Led Zeppelin, ELP, Genesis, Black Sabbath i Scorpions). Przez niemal dekadę Floydzi akceptowali wszystko, co podsuwał im duet grafików - bez względu czy był to kolarz złożony z cudzych prac ("A Saucerful of Secrets"), zdjęcie krowy ("Atom Heart Mother"), czy narysowany pryzmat (wiadomo). Po raz pierwszy zakwestionowali propozycje Hipgnosis przy okazji swojego dziesiątego albumu, "Animals".



Pierwszą propozycją Hipgnosis było zdjęcie kominka, nad którym przybite zostały kaczki. Jest to nawiązanie do starej angielskiej tradycji przybijania do ścian drewnianych kaczek, które są symbolem małżeńskiego szczęścia. Zdjęcie Hipgnosis przedstawiało jednak... prawdziwe kaczki, przybite żywcem, na co wskazuje spływająca po ścianie krew. Pamiętam dokładnie moment, kiedy pokazałem zdjęcie zespołowi - wspominał Thorgerson. To było podczas trasy, w autokarze. Mam wrażenie, że Rogerowi się podobało. Ale był tam też gość, który miksował dźwięk na koncertach. Brian jakiś-tam. I on odniósł się do projektu z nienawiścią. Naprawdę z nienawiścią. Krzyczał: "Jak można wziąć prawdziwe kaczki i zrobić coś takiego! Dlaczego nie weźmiesz kilku Irlandczyków i nie przybijesz ich do ściany?". Odparłem, że dokładnie o to chodzi. Moim zdaniem było to zdjęcie o wielkiej sile wyrazu. Zdjęcie zostało ostatecznie wykorzystane na okładce kompilacji nagrań różnych wykonawców należących do wytwórni Drag City, zatytułowanej "Hey Drag City" i wydanej w 1994 roku.

Drugą propozycją był rysunek małego chłopca wchodzącego w środku nocy do sypialni swoich rodziców... Tym razem to Roger Waters nie krył swojego oburzenia, a Thorgerson po latach przyznawał: Muzycy zdecydowanie odrzucili ten projekt. I pewnie mieli rację. Jednocześnie grafik bronił swojego pomysłu: Moim zdaniem był to psychologicznie bardzo ciekawy pomysł - mówił. Dziecko, które widzi swoich rodziców kochających się... Seks musi być czymś trudnym do zrozumienia dla takiego malca. Pomysł nie został później nigdy wykorzystany.

Kiedy stało się jasne, że żaden z projektów Hipgnosis nie odpowiada muzykom (lub ich współpracownikom), Waters postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Storm i Po przedstawili nam kilka pomysłów okładki - wspominał. Żaden mi się nie podobał. Wszyscy spojrzeli wtedy na mnie, mówiąc: "Jak takiś mądry, wymyśl coś lepszego!". Spuściłem głowę i bąknąłem tylko: "Dobra, spróbuję". I jakiś czas potem zaproponowałem swój projekt. Pojechałem w okolicę elektrowni Battersea, zrobiłem jej kilka zdjęć i na kolejnym spotkaniu zespołu położyłem je na stole ze słowami "Oto okładka". Wszystkich zatkało. Byli zachwyceni pomysłem. Elektrownia Battersea jest czymś tak niesamowitym, szalonym... Można przyjąć, że kominy reprezentują każdego z naszej czwórki. W takim razie cały obiekt symbolizuje zespół. Jego gwałtowną naturę, jego siłę. Ale zarazem jego upadek. Wygląda przecież trochę jak odwrócony do góry nogami stół. Dla mnie w tamtym momencie był to najlepszy symbol Pink Floyd, jaki mogłem sobie wyobrazić.

Elektrownia Battersea znajduje się w Londynie, na południowym brzegu Tamizy. Jest największą budowlą z cegły w Europie. W 1977 roku była już częściowo zamknięta, a całkowicie przestała funkcjonować w 1983. Trzy lata wcześniej została zaliczona do dziedzictwa narodowego Wielkiej Brytanii. Można ją zobaczyć w kilku filmach, m.in. "Sabotaż" Alfreda Hitchcocka z 1936 roku i beatlesowego "Help!" z 1965. Co ciekawe, pół roku po premierze "Animals", w lipcu '77, ukazał się album "Quark, Strangeness and Charm" grupy Hawkwind, na którego okładce wykorzystane zostało zdjęcie zrobione wewnątrz elektrowni. Co więcej, za jej wykonanie również odpowiada firma Hipgnosis.

Na okładce albumu Pink Floyd nie wykorzystano oczywiście amatorskich zdjęć zrobionych przez Watersa. Firma Hipgnosis zorganizowała profesjonalną sesję, która nie odbyła się bez problemów. Wszystko przez szalony pomysł Watersa, aby na zdjęciu, pomiędzy kominami elektrowni, widoczna była... ogromna nadmuchiwana świnia. Ponad dziewięciometrowy balon został przygotowany już wcześniej, jako element koncertowej scenografii, przez niemiecką firmę Ballon Fabrik, która produkowała sterowce. Świnia została ochrzczona imieniem Algie. Skąd wziął się w ogóle pomysł na wykorzystanie akurat takiej scenografii? Jest to oczywiście nawiązanie do utworu "Pigs on the Wings" z albumu "Animals", ale Waters różnie tłumaczył co miała symbolizować. To symbol nadziei - twierdził w jednym wywiadzie, by w innym powiedzieć: Mamy w języku angielskim takie powiedzonko: "Dobrze, że świnie nie potrafią latać". Chodzi o to, że gdyby umiały latać, bylibyśmy pokryci od stóp do głów gównem, bo srałyby na nas cały czas. Świnia na okładce symbolizuje więc siły zewnętrzne, nad którymi nie ma się kontroli, a które mogą cię zniszczyć.

Przygotowania Algie do sesji zdjęciowej.
Zatrudniono kilkunastu fotografów, a także firmę zajmującą się nadmuchiwaniem dużych balonów helem. Menadżer zespołu, Steve O'Rourke, postanowił sprowadzić także snajpera, na wypadek, gdyby świnia zerwała się z lin, co mogłoby stanowić zagrożenie dla ruchu lotniczego. Pierwszego dnia, z przyczyn technicznych, nie udało się nadmuchać świni do końca, przez co nie wyszła najlepiej na zdjęciach. Następnego dnia balon został nadmuchany całkowicie i wszystko wydawało się iść gładko, dopóki nie zerwał się wiatr... przez który świnia wyrwała się z przytrzymujących ją lin. Co gorsze, tego dnia snajper był nieobecny. Było niesamowite zamieszanie - wspominał Aubrey Powell. RAF oraz kontrola lotów na Heathrow zaczęły donosić o latającej świni. Wspomniano o nas nawet w wieczornym wydaniu serwisów informacyjnych. Po wielu godzinach, około dwudziestej drugiej, zguba wylądowała na pewnej farmie w hrabstwie Kent. Farmer był wściekły - twierdził Powell. Podobno świnia wystraszyła jego krowy. Na szczęście była w jednym kawałku, co pozwoliło kontynuować sesję następnego dnia. Tym razem ze wsparciem dwóch strzelców.

Chociaż trzeci dzień sesji przebiegał bez problemów, trudności bynajmniej się nie skończyły. Gdy dostaliśmy zdjęcia, ujęcia z trzeciego dnia były dość kiepskie - mówił Powell.  Natomiast te początkowe miały fantastycznie ponure niebo i cudowne kształty chmur. Wykorzystaliśmy więc zdjęcia chmur z pierwszego dnia i zdjęcia świni z dnia trzeciego. Gdybyśmy od razu na to wpadli, można było zaoszczędzić wiele tysięcy funtów.

Podczas sesji wykonano wiele zdjęć, oto niektóre z nich:




W 1997 roku Storm Thorgerson umieścił okładkę "Animals" w swojej książce "Mind Over Matter", poświęconej jego dziełom dla grupy Pink Floyd, co wkurzyło Rogera Watersa, uważającego się za jej twórcę. Zgoda, to jego pomysł - przyznawał Thorgerson. I w mojej książce zostało to powiedziane. Jego koncepcja, ale nie jego zdjęcie. Czego się więc wkurzać? Zawsze przyznawałem, że to świetna idea. Waters obraził się śmiertelnie na grafika i podobno już nigdy się do niego nie odezwał (Thorgerson zmarł w kwietniu 2013 roku). Jednak ich drogi rozeszły się już znacznie wcześniej. Storm nie dostał zlecenia na okładki dwóch kolejnych, po "Animals", albumów studyjnych - "The Wall" i "The Final Cut" (chociaż w międzyczasie stworzył grafikę na kompilację "A Collection of Great Dance Songs"). Dopiero po reaktywacji Pink Floyd bez Rogera Watersa, pozostali muzycy odnowili współpracę z firmą Hipgnosis, która trwała do zawieszenia działalności w 1994 roku.




Źródła cytatów:
1. Blake Mark, Prędzej świnie zaczną latać, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2012, s. 325-327
2. Weiss Wiesław, Świńskie odchody, "Teraz Rock" 2006, nr 8, s. 114

2 listopada 2014

[Podsumowanie miesiąca] Październik 2014

Kolejny miesiąc za nami, pora na kolejne podsumowanie. Być może ostatnie - zamiast tego wolałbym się skupić na swoich "flagowych" cyklach, czyli "Historiach okładek" (kolejna część już czeka na opublikowanie) i "Najważniejszych utworach..." (tutaj od dłuższego czasu męczę się z opisaniem twórczości pewnego zespołu). Czas pokaże jak potoczą się dalsze losy bloga. W najbliższym miesiącu na pewno nie zabraknie solidnej porcji recenzji (w tym "nowego" albumu Pink Floyd), powoli zaczynam też myśleć o rankingu najlepszych albumów bieżącego roku, co oznacza, że muszę nadrobić pewne zaległości płytowe.



Nie bardzo już pamiętam jakich albumów słuchałem najczęściej w minionym miesiącu. Na pewno były wśród nich te widoczne na powyższym zdjęciu - czyli moje najnowsze zakupy:

"Queen" i "Queen II", czyli pierwsze dwa albumy Queen na winylach. Debiut to najbardziej hard rockowe wydawnictwo grupy (oczywiście licząc tylko studyjną część dyskografii). Taki "Led Zeppelin z harmoniami", jak to niedawno określił Roger Taylor, do tego wyraźne wpływy innych grup tego typu (Cream, Black Sabbath). Z drugiej strony muzycy już tutaj mieli wypracowany rozpoznawalny styl i brzmienie. Niektóre kompozycje sprawiają wrażenie niedopracowanych (przede wszystkim drętwa ballada "The Night Comes Down"), ale trafiają się też prawdziwe perełki, jak "Son and Daughter", "Liar" i "Great King Rat". "Dwójka" to już album o wiele bardziej dojrzały, co szczególnie słychać w takich kompozycjach, jak "Father to Son", "White Queen (As It Began)" czy "The March of the Black Queen". Wciąż jednak nie brakuje utworów o zdecydowanie hard rockowym charakterze ("Ogre Battle", "Father to Son").





"Live at the Rainbow '74", czyli znowu Queen - tym razem w wersji koncertowej i na DVD. Sama ścieżka dźwiękowa zrobiła na mnie ogromne wrażenie i musiałem się przekonać jak wyglądało to pod względem wizualnym. Cóż, sama muzyka okazała się o wiele bardziej żywiołowa, niż zachowanie muzyków na scenie. Niemniej jednak oglądanie (i słuchanie) Queen z tamtego okresu, jeszcze stricte hard rockowego, to ogromna przyjemność. Minusy? Brak "Great King Rat"! Nie ma tego utworu także na winylowym wydaniu, które posiadam. A inwestować w trzecią wersję tego albumu (na nielubianym przeze mnie nośniku, jakim jest płyta CD) nie mam zamiaru.



I ostatni zakup - "Sanctuary", czyli wyjątkowo nie Queen, a Iron Maiden. 7-calowy singiel z serii najnowszych reedycji (co to w ogóle za pomysł, żeby wznawiać single?!). Rzecz bardzo potrzebna, gdyż tytułowego utworu - jednego z większych przebojów grupy - nie ma na żadnym regularnym albumie. Tzn. jest - na amerykańskim wydaniu debiutanckiego "Iron Maiden", umieszczony pomiędzy "Strange World" i "Charlotte the Harlott". Za bardzo jednak przyzwyczaiłem się do oryginalnej kolejności, żeby wymieniać moje brytyjskie wydanie na tamto.



W październiku dokonałem także dwóch muzycznych odkryć. Pierwszym z nich jest Lunatic Soul, poboczny projekt Mariusza Dudy z Riverside. Jest to muzyka dość odległa od tej, której słucham na co dzień - czerpiąca z akustycznego folku, twórczości Petera Gabriela (post-genesisowej) i Dead Can Dance, a ostatnio także z muzyki elektronicznej. Duda ma jednak dar do tworzenia bardzo intrygującej i pięknej muzyki, której urokowi nie jestem się w stanie oprzeć. Największe wrażenie wywarły na mnie albumy "Lunatic Soul II" i tegoroczny "Walking on a Flashlight Beam".



Drugie odkrycie to także polski zespół, ale wykonujący zupełnie inną muzykę. Twórczość Scream Maker to klasyczny heavy metal, inspirowany takimi wykonawcami, jak Iron Maiden czy Judas Priest. Słuchając ich niedawno wydanego debiutanckiego albumu "Livin' in the Past" można pomyśleć, że to dzieło jakiejś zapomnianej grupy z lat 80. Oczywiście zagranicznej, bo u nas nikt wtedy nie nagrywał tak dobrze brzmiących płyt. Niedługo na blogu powinna pojawić się recenzja tego krążka. I prawdopodobnie na tym się nie skończy, ponieważ jestem aktualnie w kontakcie z gitarzystą grupy.



31 października 2014

[Recenzja] Cream - "Goodbye" (1969)



Jack Bruce, Eric Clapton i Ginger Baker świetnie dogadywali się pod względem muzycznym, ale prywatnie ich wzajemne stosunki układały się fatalnie. Szybki rozpad grupy był nieunikniony. O tym, że grupa kończy swoją (niewiele ponad dwuletnią) działalność, było już wiadomo tuż przed wydaniem albumu "Wheels of Fire", kiedy ogłoszono jej pożegnalną trasę. Mimo tego, muzycy postanowili wydać jeszcze jeden, pożegnalny album, dobitnie zatytułowany "Goodbye". Oryginalny pomysł zakładał kolejny, po "Wheels of Fire", dwupłytowy album, składający się z dysku z materiałem koncertowym i drugiego ze studyjnym. Szybko jednak okazało się, że zespół nie dysponuje wystarczającą ilością jakościowego materiału. Stanęło więc na jednopłytowym albumie, złożonym z trzech nagrań koncertowych (zarejestrowanych 19 października 1968 roku w Los Angeles) i trzech studyjnych (po jednym napisanym przez każdego muzyka).

Utwory zarejestrowane na żywo to znów uczta dla wielbicieli koncertowych improwizacji. Szczególnie porywająco wypadł "I'm So Glad" z repertuaru Skipa Jamesa, który z prostej popowej piosenki (w takiej wersji trio zaprezentowało ten utwór na swoim debiucie) przerodził się w dziewięciominutowy, bezkompromisowy jam o hard rockowej mocy. W "Politican" dla odmiany muzycy trzymają się wersji studyjnej. Nie najlepiej wypada partia wokalna, ale brzmienie jest potężne, bardzo ciężkie. Bardziej bluesowy "Sitting on Top of the World" też wypada rewelacyjnie pod względem muzycznym, ale rozczarowują nieco wymęczonym śpiewem.

Studyjną cześć albumu rozpoczyna piosenkowy, bardzo melodyjny "Badge", napisany przez Erica Claptona z pomocą George'a Harrisona, który zagrał tu także na gitarze rytmicznej (rok wcześniej Clapton wystąpił na "Białym albumie" Beatlesów, w harrisonowym "While My Guitar Gently Weeps"). "Badge" to całkiem przyjemne nagranie (trochę w klimacie Beatlesów), umiarkowany przebój singlowy, ale trochę zbyt prosty - zwłaszcza po tym, co zespół zaprezentował w nagraniach koncertowych. Jeszcze bardziej banalnie wypada "Doing That Scrapyard Thing" Jacka Bruce'a (z tekstem Pete'a Browna). Wesoła melodyjka i komiczny śpiew z twardym akcentem nie pozwalają traktować tego nagrania poważnie. Intrygująco wypada natomiast "What a Bringdown" Gingera Bakera, bardzo intensywny i bogaty aranżacyjnie, i świetnie zaśpiewany w ducie przez Bruce'a i Claptona.

Album "Goodbye" został wydany jako post scriptum twórczości Cream i tak właśnie należy go postrzegać - jako dodatek do podstawowej dyskografii. W przeciwnym razie trzeba by go uznać za najsłabszy album tria. A przecież warto go poznać, choćby tylko dla genialnej wersji "I'm So Glad".

Ocena: 7/10



Cream - "Goodbye" (1969)

1. I'm So Glad (live); 2. Politician (live); 3. Sitting on Top of the World (live); 4. Badge; 5. Doing That Scrapyard Thing; 6. What a Bringdown

Skład: Jack Bruce - wokal, bass, instr. klawiszowe; Eric Clapton - wokal, gitara; Ginger Baker - perkusja, wokal
Gościnnie: George Harrison - gitara (4); Felix Pappalardi - bass (6), instr. klawiszowe (4-6)
Producent: Felix Pappalardi