31 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Blue Matter" (1969)



Na koniec stycznia 1969 roku zaplanowana została pierwsza amerykańska trasa Savoy Brown. Muzycy koniecznie chcieli wcześniej ukończyć i opublikować swój trzeci album. Nie dysponowali jednak wystarczającą ilością materiału. Nie było już czasu na zorganizowanie sesji, jedynym rozwiązaniem było zarejestrowanie kilku utworów podczas koncertu. Zespół zaoferował darmowy występ na terenie City of Leicester College of Education, który odbył się 6 grudnia 1968 roku. Nagrania z tego koncertu, wraz ze studyjnym materiałem, trafiły na album zatytułowany "Blue Matter" W tamtym czasie takie kompilacje studyjnych i koncertowych nagrań były na porządku dziennym, żeby wspomnieć tylko o "Wheels of Fire" i "Goodbye" tria Cream, "Ummugummie" Pink Floyd czy "Happy Trails" Quicksilver Messenger Service.

Pierwsza strona winylowego wydania zawiera pięć studyjnych kawałków, prezentujących różne odcienie bluesa. Całość rozpoczyna pogodna, skoczna piosenka "Train to Nowhere", w której zespołowi towarzyszy sekcja dęta złożona z pięciu puzonistów. zaraz potem rozbrzmiewa minorowa, natchniona ballada bluesowa "Tolling Bells", która bardzo mocno kojarzy się z ówczesnym Fleetwood Mac - zarówno wyjątkowo dobra partia wokalna Chrisa Youldena, jak i gitara Kima Simmondsa świetnie imitują styl Petera Greena. Jest tu też fantastyczna gra pianisty Boba Halla. To zdecydowanie najlepszy utwór, jaki zespół nagrał do tamtej pory. "She's Got a Ring in His Nose and a Ring on Her Hand" to dla odmiany bardziej wyluzowane i nieco ostrzejsze nagranie. Natomiast akustyczny "Vicksburg Blues", w którym partii wokalnej towarzyszy tylko pianino, fajnie kontrastuje z iście hardrockową przeróbką "Don't Turn Me From Your Door" Johna Lee Hookera, w którym na pierwszy plan wybija się przesterowana partia basu. Pomimo sporego eklektyzmu, jest to naprawdę fajny zbiór kawałków.

Część koncertowa została co ciekawe zarejestrowana w okrojonym składzie, bez Youldena, który wówczas cierpiał na zapalenie migdałków i nie mógł wystąpić z zespołem. W roli wokalisty wystąpił gitarzysta Dave Peverett, dysponujący raczej bezbarwnym głosem. Stronę B rozpoczyna napisany przez niego "May Be Wrong" - bardzo klasyczny blues w wolnym tempie, z ostrymi solówkami gitary. Repertuaru dopełniają natomiast rozbudowane interpretacje "Louisiana Blues" Muddy'ego Watersa oraz "It Hurts Me Too", którego pierwotnym wykonawcą był Tampa Red. Nie należy jednak oczekiwać porywających improwizacji całego zespołu w stylu Cream czy The Allman Brothers Band - co najwyżej pojawiają się dłuższe solówki Simmondsa, jak w "Louisiana Blues". Savoy Brown stawia raczej na budowanie bluesowego klimatu, co jak najbardziej się tutaj udaje, aczkolwiek jest to bardzo przewidywalne granie. Podoba mi się, ale nie zachwyca mnie.

"Blue Matter" był pierwszym albumem zespołu, który zaznaczył swoją obecność na listach sprzedaży. Trudno jednak mówić tu o jakimś wielkim sukcesie - doszedł zaledwie do 182. miejsca amerykańskiego notowania. Ogólnie jest to całkiem fajna płyta, która nie rozczaruje wielbicieli bluesa, jednak niemalże słychać tutaj ten pośpiech, w jakim była przygotowywana. Niewątpliwie mógł to być jeszcze lepszy longplay, gdyby zespół miał więcej czasu na jego ukończenie.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Blue Matter" (1969)

1. Train to Nowhere; 2. Tolling Bells; 3. She's Got a Ring in His Nose and a Ring on Her Hand; 4. Vicksburg Blues; 5. Don't Turn Me From Your Door; 6. May Be Wrong (live); 7. Louisiana Blues (live); 8. It Hurts Me Too (live)

Skład: Chris Youlden - wokal (1-5), gitara (5)Kim Simmonds - gitara, pianino (2), harmonijka; Dave Peverett - gitara, wokal (6-8); Rivers Jobe - gitara basowa (1,2,4)Tony Stevens - gitara basowa (3,5-8); Roger Earl - perkusja i instr. perkusyjne; Bob Hall - pianino
Gościnnie: Alan Moore, Terry Flannery, Keith Martin, Brian Perrin i Derek Wadsworth - puzony (1); Mike Vernon - instr. perkusyjne (1)
Producent: Mike Vernon


29 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Getting to the Point" (1968)



Po wydaniu debiutanckiego "Shake Down", skład Savoy Brown kompletnie się posypał. W zespole pozostali tylko gitarzysta Kim Simmonds oraz pianista Bob Hall (który na pierwszym albumie ledwie zaznaczył swoją obecność, grając tylko w trzech kawałkach). Miejsce wokalisty Brice'a Portiusa i gitarzysty Martina Stone'a zajęli odpowiednio Chris Youlden i Dave Peverett. Dłużej trwały poszukiwania odpowiedniej sekcji rytmicznej. Przez krótki czas w zespole występowali basista Bob Brunning oraz perkusiści Hughie Flint (wcześniej w grupie Johna Mayalla) i Bill Bruford (później w Yes i King Crimson), zanim role te objęli Rivers Jobe i Roger Earl. Kiedy już skład się w miarę ustabilizował, muzycy przystąpili do nagrywania drugiego albumu, "Getting to the Point".

Tym razem w repertuarze znalazł się przede wszystkim autorski materiał, napisany głównie przez Simmondsa i Youldena, z małym udziałem Peveretta i Halla. Są też trzy przeróbki bluesowych standardów: "Honey Bee" Muddy'ego Watersa, tradycyjny "Give Me a Penny", a także "You Need Love" Williego Dixona, czyli pierwowzór zeppelinowego "Whole Lotta Love" (jeszcze bez tego powalającego riffu). Stylistycznie jest to wciąż zachowawcze granie na pograniczu bluesa i rocka, z przewagą tego pierwszego, choć średnia długość utworów trochę się wydłużyła. Najlepszym elementem wciąż są gitarowe solówki Simmondsa. Słabo wypada natomiast nowy wokalista, którego maniera jest dość irytująca (na szczęście całkiem porzucił ją na kolejnych albumach). Nie najlepszym pomysłem było rozpoczęcie albumu od balladowego "Flood in Houston". W roli otwieracza lepiej sprawdziłby się któryś z bardziej energetycznych kawałków, "Stay with Me Baby", instrumentalne "The Incredible Gnome Meets Jaxman" i "Getting to the Point" lub nieco jamowy "You Need Love", a nawet utrzymany w wolnym tempie, ale wyróżniający się niemal hardrockowym ciężarem "Give Me a Penny". Najciekawiej, pod względem kompozycji i wykonania, prezentuje się "Mr. Downchild" - z początku bardzo subtelny, ale z czasem nabierający intensywności (m.in. za sprawą lekko przesterowanego basu), w który muzycy włożyli najwięcej emocji. Nawet wokal Youldena, śpiewającego trochę niżej, zupełnie mi tu nie przeszkadza.

Jako całość "Getting to the Point" jest niestety bardzo przewidywalnym i schematycznym albumem, niczym się nie wyróżniającym na tle dziesiątek wydawnictw w podobnym stylu, wydanych w drugiej połowie lat 60. Album podzielił zresztą los swojego poprzednika i nie został odnotowany na listach sprzedaży. 

Ocena: 6/10



Savoy Brown - "Getting to the Point" (1968)

1. Flood in Houston; 2. Stay with Me Baby; 3. Honey Bee; 4. The Incredible Gnome Meets Jaxman; 5. Give Me a Penny; 6. Mr. Downchild; 7. Getting to the Point; 8. Big City Lights; 9. You Need Love

Skład: Chris Youlden - wokal; Kim Simmonds - gitara; Dave Peverett - gitara; Rivers Jobe - gitara basowa; Roger Earl - perkusja; Bob Hall - pianino
Producent: Mike Vernon


27 grudnia 2014

[Recenzja] Savoy Brown - "Shake Down" (1967)



Po sukcesie John Mayall and the Bluesbreakers doszło do wysypu brytyjskich grup grających muzykę na pograniczu bluesa i rocka. Aby wymienić tylko te najważniejsze, trzeba wspomnieć o Cream, Ten Years After, Groundhogs, Fleetwood Mac, Chicken Shack, The Jeff Beck Group, The Aynsley Dunbar Retaliation czy Savoy Brown. Większość z nich już dawno zakończyła działalność, niektóre są kojarzone dziś z zupełnie inną muzyką. Wyjątek stanowi ostatni z wymienionych, który wciąż koncertuje i nagrywa (z gitarzystą Kimem Simmondsem jako jedynym członkiem oryginalnego składu), pozostając wiernym swoim bluesowym korzeniom.

Podobnie jak w przypadku wielu innych grup z tego nurtu, sporą część wczesnego repertuaru Savoy Brown stanowiły przeróbki bluesowych standardów. Na debiutanckim "Shake Down" znalazła się tylko jedna w pełni premierowa kompozycja - instrumentalny "The Doormouse Rides the Rails", podpisany przez gitarzystę Martina Stone'a. Poza tym muzycy wzięli na warsztat kompozycje napisane m.in. przez Williego Dixona ("I Ain't Superstitious", "Let Me Love You Baby", "Little Girl"), Johna Lee Hookera ("It's My Own Fault"), a także trzech królów bluesa: B.B. Kinga ("Rock Me Baby"), Alberta Kinga ("Oh! Pretty Woman") i Freddy'ego Kinga ("High Rise"). Wszystkie utwory zagrane są z rockową energią i brzmieniem, choć zdarzają się też subtelniejsze momenty, w postaci dwóch klasycznie bluesowych ballad ("Black Night", "It's My Own Fault"). Muzycy nie kombinują, grają te utwory w dość zachowawczy sposób, choć w finałowym "Shake 'Em on Down" zespół pozwala sobie na nieco więcej. Zdecydowanie najlepiej na tym albumie wypadają partie gitar, trzymające się typowo bluesowych zagrywek, ale mające ostrzejsze, rockowe brzmienie. Z kolei wokalista i sekcja rytmiczna raczej niczym się nie wyróżniają, ani na plus, ani na minus.

W rodzimej Wielkiej Brytanii album przeszedł praktycznie niezauważony, a w Stanach nie został wydany aż do 1990 roku, jednak sympatykom takiego grania z pewnością przypadnie do gustu. Głównym problem tego wydawnictwa jest to, że absolutnie niczym się nie wyróżnia wśród wielu podobnych, jakie ukazały się w zbliżonym okresie.

Ocena: 7/10



Savoy Brown - "Shake Down" (1967)

1. I Ain't Superstitious; 2. Let Me Love You Baby; 3. Black Night; 4. High Rise; 5. Rock Me Baby; 6. I Smell Trouble; 7. Oh! Pretty Woman; 8. Little Girl; 9. The Doormouse Rides the Rails; 10. It's My Own Fault; 11. Shake 'Em on Down

Skład: Brice Portius - wokal; Kim Simmonds - gitara; Martin Stone - gitara; Ray Chappell - gitara basowa; Leo Mannings - perkusja; Bob Hall - pianino (1,8,11)
Producent: Mike Vernon


25 grudnia 2014

[Artykuł] Podsumowanie roku 2014

UWAGA: Poniższy artykuł prezentuje opinie pochodzące z grudnia 2014 roku. Od tamtej pory zdążyły się one zdezaktualizować. Dziś stworzyłbym zupełnie inny ranking, wykorzystując zdobytą w międzyczasie wiedzę, m.in. dzięki przesłuchaniu znacznej ilości albumów i otwarciu się na inne muzyczne gatunki, niż rock. Nie uważam za potrzebne, by wprowadzać zmiany w poniższym tekście, ponieważ tego typu podsumowania są tylko zapisem pewnej chwili. Tak wyglądały moje opinie w 2014 roku. Dziś niektóre z nich mogą mnie śmieszyć, ale wtedy były zgodne z moimi przekonaniami. Odsyłam jednak do zaktualizowanych recenzji prezentowanych tu albumów (tych, które są dostępne), a także do sprawdzenia moich aktualnych ocen płyt z tego rocznika dostępnych na Rate Your Music (link).




Kolejny rok zbliża się ku końcowi, najwyższa więc pora na tradycyjne (w końcu już po raz trzeci) przedstawienie subiektywnej listy najlepszych albumów mijającego roku. Jaki on był? Przez pierwsze sześć miesięcy niewiele działo się na rynku wydawniczym; miałem poważne obawy, że w tym roku w ogóle będę musiał zrezygnować z podsumowania. W drugiej połowie roku było już znacznie lepiej, chociaż ilość wydanych wówczas albumów niekoniecznie przekładała się na jakość. Niemniej jednak udało mi się wybrać z nich dziesięć, a właściwie jedenaście, godnych uwagi pozycji (jedyny album z pierwszego półrocza, który brałem pod uwagę - "Blue Horizon" Wishbone Ash - ostatecznie nie znalazł się w zestawieniu). Czy będę do nich wracał w przyszłości? Obawiam się, że nie do wszystkich, ale kilka na pewno zostanie ze mną na dłużej.

W przeciwieństwie do podsumowań z poprzednich lat, tym razem przy ustalaniu kolejności nie brałem pod uwagę ocen, które wystawiłem w recenzjach. Przy ocenianiu nowości często staram się być w miarę obiektywny i wyrozumiały - daje im kredyt zaufania, tzn. pozytywną ocenę mimo mieszanych odczuć, bo istnieje możliwość, że przy kolejnych przesłuchaniach bardziej przypadną mi do gustu. Ale przeważnie nie dochodzi już do kolejnych przesłuchań. Zapominam o tych albumach i już nigdy ich nie słucham. Dlatego tym razem ważniejszym kryterium było czy - i jak często - wracałem do poszczególnych pozycji. Stąd też np. na siódmym miejscu znalazł się album z oceną 8/10, a na trzecim - z 6/10. Oczywiście częstotliwość słuchania nie była najważniejszym wyznacznikiem. Album z pierwszego miejsca wcale nie był tym najczęściej przeze mnie słuchanym. Decydującym kryterium była jakość danego wydawnictwa - oszacowana całkowicie subiektywnie.

Listę wszystkich recenzji albumów wydanych w 2014 roku znajdziesz pod tym linkiem.




Najlepsze albumy 2014:


10. Jack Bruce - "Silver Rails"

Prawdopodobnie przeoczyłbym fakt wydania tego albumu, gdyby nie śmierć Jacka Bruce'a zaledwie siedem miesięcy po premierze "Silver Rails". Longplay stał się tym samym muzycznym epitafium tego wybitnego muzyka, znanego przede wszystkim z supergrupy Cream, ale aktywnie działającego także po jej rozpadzie (chociaż od wydania poprzedniego w solowej dyskografii "More Jack than God" minęło aż jedenaście lat). Na "Silver Rails" Bruce nie obawiał się eksplorować nowych dla siebie rejonów (zaskakująco nowoczesny "Drone"), ale przede wszystkim nawiązywał do swojej przeszłości - nie mogło więc zabraknąć ani bluesa ("Rusty Lady" i najlepszy na albumie "Keep It Down" ze świetnymi organami Johna Medeskiego i porywającą gitarą Berniego Marsdena) ani hard rocka ("No Surrender"). Najwięcej tutaj jednak grania o balladowym charakterze. Z tych spokojniejszych fragmentów największe wrażenie robią ascetyczny "Industrial Child" oraz trochę żywsza "Don't Look Now", w której piękną, bardzo floydową solówkę zagrał syn Jacka, Malcolm.


9 . Uriah Heep - "Outsider"

Poważną wadą tego albumu jest mała ilość Uriah Heep w Uriah Heep. Z muzyków, którzy współtworzyli zespół w latach 70. (czasie jego największych - a właściwie jedynych - sukcesów), pozostał tylko gitarzysta Mick Box. Także pod względem stylistycznym jest to już zupełnie inna grupa - bez bogatych harmonii wokalnych i gitarowo-Hammondowych współbrzmień (brzmienia gitarowe wysuwają się tutaj na pierwszy plan, klawisze stanowią tylko tło), czyli charakterystycznych cech "oryginalnego" - żeby nie napisać "prawdziwego" -  Uriah Heep. Nazwa użyta jest więc tutaj wyłącznie ze względów marketingowych. A jednak, "Outsider" - 24. longplay sygnowany tą nazwą - to solidna porcja grania na pograniczu hard rocka i heavy metalu. Bez fragmentów wybitnych lub szczególnie porywających, jednak żaden wielbiciel klasycznego ciężkiego rocka nie może być zawiedziony takimi czadowymi kompozycjami, jak "The Law", "The Outsider", "Looking at You" czy "Say Goodbye" (w dwóch ostatnich pojawia się trochę przyjemnych brzmień organowych, kojarzących się - a jednak! - ze "starym, dobrym" Uriah Heep). Brakuje tutaj tylko "obowiązkowej" na takich płytach ballady. Ale może to i lepiej - muzycy z takim stażem mają skłonność do przesładzania tego typu nagrań.


8. Robert Plant - "Lullaby and... The Ceaseless Roar"

Podczas gdy Jimmy Page ogranicza swoją muzyczną działalność do produkowania kolejnych niepotrzebnych remasterów Led Zeppelin, Robert Plant wciąż tworzy premierową muzykę. Na swoich solowych albumach nie odcina kuponów od swojej przeszłości w Led Zeppelin, a eksploruje zupełnie inne muzyczne terytoria - czego najlepszym dowodem jest właśnie ten album. Zamiast ciężkiego bluesa, czy nawet akustycznego folku, otrzymujemy tutaj łagodną muzykę, przesiąkniętą afrykańskim klimatem. Dominują tutaj brzmienia etniczne i egzotyczne instrumenty, takie jak bendir, djembe, tehardant, kologo i ritti. Oczywiście, Plant nie odchodzi tutaj całkiem od muzyki rockowej; zdarzają się też utwory w których wyraźnie słychać gitary ( "Embrace Another Fall", "Turn It Up", "Somebody There" i "Up on the Hollow Hill"). Do najciekawszych kompozycji należy ascetyczna, ale bardzo przejmująca ballada "A Stolen Kiss", a także najbardziej dynamiczny i przebojowy "Somebody There". Nie wszystkie utwory trzymają jednak wysoki poziom, zdarzają się też mniej ciekawe fragmenty, jak banalny "House of Love", czy zbyt eksperymentalny "Arbaden (Maggie's Babby)".


7. Foo Fighters - "Sonic Highways"

Jedno z moich największych zaskoczeń tego roku - zespół, który dotychczas specjalizował się w tworzeniu radiowych hitów o bezwstydnie komercyjnym charakterze, nagle nagrał album przemyślany od początku do końca. Co prawda, sam koncept (dla przypomnienia: każdy utwór został nagrany w innym amerykańskim mieście, z udziałem pochodzących stamtąd muzyków i w mniejszym lub większym stopniu nawiązuje do muzycznych tradycji danego regionu), jest znacznie ciekawszy od zawartych tu kompozycji, niemniej jednak znalazłem tutaj kilka interesujących fragmentów. Single okazały się tym razem niezbyt porywające ("Something from Nothing", "The Feast and the Famine", "Congregation"), świetnej melodii nie można za to odmówić nagranemu w Los Angeles "Outside". Uwypuklona w miksie partia basu oraz solówka Joe'a Walsha z The Eagles od razu przypadły mi do gustu. Przebojowości, w dobrym tego słowa znaczeniu, nie można odmówić także "In the Clear", w którym rockowy czad został wzbogacony sekcją dętą (nagrywanie w Nowym Orleanie zobowiązuje). I w końcu muszę wspomnieć także o perełce w postaci "Subterranean" - spokojnej, akustycznej piosence, w której wspaniale udało się oddać charakter deszczowego Seattle.


6. Judas Priest - "Redeemer of Souls"

Legenda heavy metalu w świetnej formie. Pomimo odejścia K. K. Downinga - gitarzysty, jednego z głównych kompozytorów i współzałożyciela grupy - "Redeemer of Souls" okazał się najlepszym albumem Judas Priest od wielu, wielu lat. Co najmniej od czasu kultowego "Painkiller" z 1990 roku. Jeżeli ktoś się obawiał kolejnego pretensjonalnego i patetycznego albumu w stylu "Nostradamus" (2008), to musiał się mile rozczarować. "Redeemer of Souls" to longplay nagrany z myślą o wielbicielach klasycznych dokonań zespołu. Przygotowany w myśl zasady "dla każdego coś miłego". Oczywiście najwięcej tutaj nawiązań do albumów z lat 1980-84, czyli największej popularności Judas Priest (np. "Down in Flames", "Battle Cry"), albo do wspomnianego "Painkillera" (np. "Secrets of the Dead"), ale z drugiej strony znalazły się tutaj także utwory bliższe twórczości zespołu z lat 70. (bluesowo-hardrockowy "Crossfire", sabbathowy "March of the Damned"). Stylistycznie od reszty albumu nieco odstaje finałowa ballada "Beginning of the End" - ale na szczęście nie jest to żadna ckliwa "pościelówka", a przyjemny, spokojny utwór.


5. Overkill - "White Devil Armory"

Overkill to dziś czołowy przedstawiciel thrash metalu, który wciąż ma coś do zaoferowania - w przeciwieństwie do tzw. "Wielkiej Czwórki", której przedstawiciele od lat odcinają kupony od swoich dokonań z lat 80., bo współcześnie nie tworzą niczego wartościowego. Albo w ogóle niczego nowego nie tworzą. Tymczasem Overkill regularnie co dwa lata dostarcza fanom nowe albumy, które nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu. W obecnie trwającej dekadzie jeszcze bardziej podniósł sobie poprzeczkę, najpierw wydając rewelacyjny "Ironbound" (2010), na którym muzycy zaprezentowali swoje bardziej progresywne oblicze, a następnie "The Electric Age" (2012), pokazujący bardziej agresywną twarz zespołu. Najnowsze dzieło Overkill, "White Devil Armory", jest swego rodzaju podsumowaniem obu poprzednich albumów, ich syntezą. Z jednej strony znalazły się tutaj stricte thrash metalowe, rozpędzone i agresywne czady (np. "Armorist", "Where There's Smoke...", "King of the Rat Bastards"), jak i kompozycje wolniejsze, bardziej rozbudowane - czasem mogące kojarzyć się z twórczością Black Sabbath ("Bitter Pill"), a kiedy indziej z klasycznym heavy metalem ("In the Name"). Dzięki tej różnorodności, "White Devil Armory" powinien zachwycić wszystkich wielbicieli thrash metalu, bez względu na to, jaką jego odmianę preferują.


4. Blues Pills - "Blues Pills"

Najlepszy tegoroczny debiut został nagrany przez szwedzko (wokalistka) - francusko (gitarzysta) - amerykański (sekcja rytmiczna) zespół Blues Pills, czerpiący garściami z muzyki przełomu lat 60. i 70., przede wszystkim blues rocka i rocka psychodelicznego. Młodym muzykom nieobce są dokonania Fleetwood Mac (z czasów Petera Greena), Cream, Jimiego Hendrixa, Free czy Led Zeppelin. Największym atutem zespołu jest natomiast utalentowana wokalistka Elin Larsson, dysponująca barwą głosu zbliżoną do Janis Joplin (w bardziej zadziornych fragmentach) lub Adele (w tych bardziej subtelnych).
Na albumie dominuje dość surowe, bardzo energetyczne i niezbyt złożone granie (np. singlowe "High Class Woman" i "Devil Man"), ale grupa potrafi także urzec bardziej klimatycznym, balladowym graniem (np. "River", "Astraplane", "Little Sun"). W przekonujący sposób potrafią także połączyć oba te oblicza, czego dowodem jedyny trochę (ale naprawdę tylko "trochę") bardziej skomplikowany kawałek - "Black Smoke". Wszystko to razem tworzy naprawdę udaną całość. Dla wielbicieli klasycznego rocka - szczególnie tego z bluesowym pierwiastkiem - pozycja obowiązkowa.


3. Pink Floyd - "The Endless River"

Prawdopodobnie najważniejsza i najbardziej kontrowersyjna premiera tego roku - dla jednych arcydzieło, dla innych - niepotrzebnie wydane odrzuty. Prawda leży gdzieś pośrodku. Im więcej jednak czytałem tych negatywnych opinii na temat "The Endless River", tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to album genialny. Nie, nie pod względem muzycznym. Genialny, ponieważ wkurzył wszystkich, którzy mieli z góry wyrobione oczekiwania jaka muzyka powinna się na nim znaleźć, a potem się rozczarowali, bo okazało się, że jego zawartość nie przypomina niczego, co zespół wcześniej nagrał. A przecież to własnie było zawsze istotą Pink Floyd - ciągły rozwój. Nigdy nie nagrali albumu, który brzmiał jak coś z przeszłości. Zawsze poszukiwali nowych środków wyrazu (pierwszy z brzegu przykład - po zdominowanym przez brzmienia klawiszowe i subtelne gitarowe solówki albumie "Wish You Were Here", nagrali bardzo gitarowy, agresywny "Animals").
Pozostaje pytanie czy to, co zaprezentowali tym razem, jest dobre. Niestety, nie do końca. Zdarzają się fragmenty bardzo dobre i rewelacyjne (przede wszystkim "It's What We Do", "Allons-y", "Autumn '68", oraz "Talkin Hawkin'", w których słychać przebłyski dawnego geniuszu), ale też bardzo słabe (banalne "Louder Than Words", "Anisina" i "Surfacing"). Irytować może też zbyt duża ilość ambientowych przerywników, w których prawie nic się nie dzieje - dlatego lepiej słuchać "The Endless River" jako całości, bez zwracania uwagi na sztuczny podział na ścieżki.


2. Lunatic Soul - "Walking on the Flashlight Beam"

Czwarty album Lunatic Soul znacznie różni się od wcześniejszych, folkowo-etnicznych albumów zespołu. Na "Walking on the Flashlight Beam" Mariusz Duda skierował się w stronę brzmień elektronicznych... Spokojnie, nie jest to żadne techno ani inne tego typu wynalazki, a raczej granie z okolic Depeche Mode (wpływ tej grupy jest szczególnie słyszalny w singlowym "Cold"), z prawdziwą perkusją i istotną rolą gitary. Rockowi słuchacze nie powinni mieć zatem większych problemów z zaakceptowaniem zawartej tu muzyki.
Najciekawsze fragmenty albumu to: powoli się rozwijający "Shutting Out the Sun"; przebojowy, niemal piosenkowy "Treehouse"; oraz przepiękny tytułowy "Walking on a Flashlight Beam".



1. Opeth - "Pale Communion"

Nigdy nie przepadałem za elementami death metalowymi (szczególnie zaś za growlem) w twórczości Opeth, zawsze natomiast podobały mi się te spokojniejsze fragmenty, zdradzające inspirację rockiem progresywnym. Pierwszym albumem, na którym grupa całkowicie zrezygnowała z elementów metalowych, był "Damnation" z 2003 roku - ale ten longplay był akurat dopełnieniem wydanego rok wcześniej "Deliverance" (oba zostały nagrane podczas jednej sesji i początkowo miały tworzyć całość). Nieco inaczej wygląda sprawa z przedostatnim w dyskografii "Heritage" (2011), który jasno dawał do zrozumienia, że muzyków znudziło granie ekstremalnej muzyki. Niestety, dając wyraz swojej fascynacji rockiem progresywnym z lat 70., stracili wszystkie rozpoznawalne cechy swojego stylu. Na szczęście, na "Pale Communion" problem ten udało się całkowicie rozwiązać. To znów album przesiąknięty muzyką sprzed czterdziestu lat (szczególnie w moich ulubionych "Eternal Rains Will Come" i "River", w których mamy i fantastycznie przebojowe melodie, i dużo progrockowego kombinowania). Tym razem jednak jest też sporo charakterystycznego dla Opeth klimatu (np. "Elysian Woes" spokojnie mógłby trafić na wspomniany "Damnation"). Wróciły nawet patenty metalowe ("Cusp of Eternity" w całości oparty jest na metalowym riffie, dużo ciężkich brzmień pojawia się także np. w "Moon Above, Sun Below"), ale na szczęście Mikael Åkerfeldt ani przez chwilę nie stosuje tutaj growlu.
"Pale Communion" to według mnie najlepszy longplay w dyskografii Opeth, z największym naciskiem położonym na zapadające w pamieć melodie, ale jednocześnie ambitny w warstwie instrumentalnej.




Specjalne wyróżnienie:


Queen - "Live at the Rainbow '74"

Album ten umieściłem poza rankingiem, ponieważ w przeciwnym razie musiałby znaleźć się na jego podium. A obecność na nim albumu koncertowego - i to nagranego 40 lat temu - byłaby trochę niesprawiedliwa wobec albumów z premierowym materiałem zarejestrowanym współcześnie.
Nie ukrywam jednak, że to właśnie "Live at the Rainbow '74" najbardziej mnie w tym roku zachwycił. To genialny dokument czasów, kiedy koncerty były czymś o wiele bardziej wyjątkowym, niż obecnie. Muzycy nie ograniczali się wówczas do odgrywania utworów tak, jak zostały nagrane w studiu. Albumowe wersje były tylko punktem wyjścia do tworzenia tych utworów praktycznie na nowo. Często nabierały dzięki temu zupełnie innego charakteru, nowej jakości. Nie inaczej jest w tym przypadku. A ponadto, "Live at Rainbow '74" pokazuje Queen w ciekawym momencie kariery. Jeszcze przed wydaniem przełomowego albumu "A Night at the Opera" i przed komercyjnym sukcesem singla "Bohemian Rhapsody". W 1974 roku zespół wciąż musiał ciężko pracować, aby zwrócić na siebie uwagę. Dlatego muzycy grają tu z niesamowitym zaangażowaniem. Te wczesne, w większości jeszcze stricte hardrockowe, utwory grupy zyskały tutaj niesamowitą energię. Wręcz rozsadzającą takie kompozycje, jak "Son and Daughter", "Father to Son", "Liar", "Stone Cold Crazy" czy "Modern Times Rock'n'Roll". Ale kiedy trzeba, jest też bardzo nastrojowo ("White Queen (As It Began)"), lub po prostu przebojowo ("Keep Yourself Alive", "Seven Seas of Rhye", "Killer Queen"). Dziś już nikt nie nagrywa takich koncertówek.





Najchętniej czytane posty z tego roku:

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zostało na nim opublikowane w sumie 224 postów, czyli mniej niż w poprzednich latach (366 w 2013, 240 w 2012). Spadek liczby postów był jednak wprost proporcjonalny do liczby odwiedzin bloga, która w ubiegłym roku wynosiła 137819 wejść, co stanowi 64,5% wszystkich dotychczasowych odwiedzin. Poniżej przedstawiam listy dziesięciu najpopularniejszych recenzji i artykułów. Z recenzji najczęściej czytane były oczywiście opisy tegorocznych premier, ale w pierwszej dziesiątce znalazło się też miejsce dla jednego starszego albumu (dużo starszego, bo z... 1967 roku). Na liście najczęściej czytanych artykułów dominują natomiast posty z cyklu "Najważniejsze utwory...", co również nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo posty z tej serii zawsze były bardzo poczytne. Zaskoczeniem było dla mnie natomiast to, która część znalazła się na pierwszym miejscu - nie spodziewałem się, że właśnie ona będzie miała najwięcej wyświetleń z tego roku.


Recenzje:


1. Pink Floyd - "The Endless River" (1501 wyświetleń)
2. AC/DC - "Rock or Bust" (655 wyświetleń)
3. Judas Priest - "Redeemer of Souls" (621 wyświetleń)
4. Opeth - "Pale Communion" (443 wyświetleń)
5. Queen - "Queen Forever" (328 wyświetleń)
6. Slash - "World on Fire" (238 wyświetleń)
8. Queen - "Live at the Rainbow '74" (235 wyświetleń)
9. Phil Rudd - "Head Job" (227 wyświetleń)
10. Wishbone Ash - "Blue Horizon" (216 wyświetleń)



Artykuły:


1. Najważniejsze utwory Depeche Mode (536 wyświetleń)
3. Płyty winylowe vs. kompaktowe (389 wyświetleń)
4. Najlepsze albumy koncertowe (355 wyświetleń)
5. Najważniejsze utwory Judas Priest (300 wyświetleń)
6. Najważniejsze utwory Alice in Chains (275 wyświetleń)
7. Najważniejsze utwory AC/DC (260 wyświetleń)
8. Najważniejsze utwory Megadeth (235 wyświetleń)
10. Najważniejsze utwory The Rolling Stones (227 wyświetleń)





Albumy, które kupiłem w tym roku:

  1. Atomic Rooster - "Death Walks Behind You" LP (1970)
  2. Black Sabbath - "The Eternal Idol" LP (1986)
  3. Black Sabbath - "Tyr" LP (1990)
  4. Blind Faith - "Blind Faith" LP (1969)
  5. Cream - "The Best of Cream" LP (1984)
  6. Deep Purple - "Made in Europe" LP (1976)
  7. Dio - "The Last in Line" LP (1984)
  8. Genesis - "Nursery Cryme" LP (1971)
  9. Genesis - "Foxtrot" LP (1972)
  10. Iron Maiden - "Sanctuary" SP (1980; reedycja 2014)
  11. Iron Maiden - "Maiden England '88" DVD (2013)
  12. Judas Priest - "Sad Wings of Destiny" LP (1976)
  13. Ozzy Osbourne - "The Ultimate Sin" LP (1986)
  14. Pink Floyd - "The Division Bell" LP (1996; reedycja 2014)
  15. Pink Floyd - "The Endless River" LP (2014)
  16. Queen - "Queen" LP (1973)
  17. Queen - "Queen II" LP (1974)
  18. Queen - "Live Killers" LP (1979)
  19. Queen - "Live at the Rainbow '74" LP (2014)
  20. Queen - "Live at the Rainbow '74" DVD (2014)
  21. Rainbow - "Live in Munich 1977" DVD (2006)
  22. Rush - "2112" LP (1976)
  23. Rush - "Archives" LP (1978)
  24. Rush - "Moving Pictures" LP (1981)
  25. Rush - "Signals" LP (1982)
  26. Rush - "Grace Under Pressure" LP (1984)
  27. Scorpions - "Lovedrive" LP (1979)
  28. Scorpions - "Best of Rockers N' Ballads" LP (1989)
  29. Thin Lizzy - "Bad Reputation" LP (1977)
  30. Whitesnake - "Lovehunter" LP (1979)
  31. Whitesnake - "Ready an' Willing" LP (1980)
  32. Whitesnake - "Live... in the Heart of the City" LP (1980)
  33. Whitesnake - "Come an' Get It" LP (1981)



2015?


Na chwilę obecną, na 2015 rok zapowiedziane zostały tylko dwa interesujące mnie albumy: 23 lutego ukaże się "Return to Forever" grupy Scorpions, a cztery dni później "Hand. Cannot. Erase." Stevena Wilsona (lidera Porcupine Tree). Po Scorpionsach nie spodziewam się wiele - tym bardziej, że od 30 lat nie nagrali niczego naprawdę interesującego, a promujący "Return to Forever" na singlu utwór "We Built This House" jest wyjątkowo kiepski, nawet na tle ostatnich dokonań zespołu (najbliżej mu chyba do przesłodzonego albumu "Pure Instinct"). Nie mogę się natomiast doczekać drugiego z tych albumów, zwłaszcza że poprzednie dzieło Wilsona, zeszłoroczny "The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)", jest jednym z najlepszych albumów ostatnich lat.

Nowe albumy na przyszły rok zapowiadają także m.in. Black Sabbath, Deep Purple, David Gilmour, Faith No More, Slayer, Megadeth i Testament; nie są znane jednak żadne szczegóły na ich temat. Osobiście najbardziej czekam na to, żeby w końcu ukazał się nowy album Iron Maiden - od premiery "The Final Frontier" minęły już ponad cztery lata, co jest największą przerwą wydawniczą w przypadku tej grupy. Nadzieję, że zespół w końcu wyda coś premierowego, zwiększa niedawno opublikowana kartka świąteczna:



13 grudnia 2014

[Recenzja] Message - "From Books and Dreams" (1973)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 7/13

Założona w Düsseldorfie pod koniec lat 60. grupa Message nie zdobyła nigdy większego rozgłosu. I to pomimo wydania kilku niezłych płyt oraz wsparcia Dietera Dierksa - producenta i inżyniera dźwięku, który pomógł zaistnieć takim grupom, jak chociażby Ash Ra Tempel, Embryo, Tangerine Dream czy Scorpions. To właśnie dzięki Dierksowi muzycy Message podpisali kontrakt z należącą do Petera Hauke'a wytwórnią Bacillus Records. W tamtym czasie w skład grupy wchodzili aż trzej Brytyjczycy - śpiewający saksofonista i klawiszowiec Tommy McGuigan oraz gitarzyści Allan Murdoch i Billy Tabbert - a także dwóch Niemców, basista Horst Stachelhaus (wcześniej członek Birth Control) i perkusista Gerhard Schaber.

Tych właśnie muzyków można usłyszeć na debiutanckim "The Dawn Anew Is Coming" (1972), zawierającym całkiem przyjemną mieszankę psychodelii z elementami hard rocka oraz rocka progresywnego, wyraźnie nawiązującą do twórczości brytyjskich i amerykańskich grup. Głównymi problemami tego wydawnictwa są całkowity brak własnej tożsamości oraz niezbyt charakterystyczne kompozycje. Znacznie ciekawiej prezentuje się kolejny longplay zespołu, nagrany już bez udziału Tabberta i Schabera, za to z nowym perkusistą Güntherem Klingelem. Już sama okładka "From Books and Dreams" zapowiada, że zespół zwrócił się w nieco mroczniejsze rejony. To wciąż muzyka czerpiąca przede wszystkim z anglosaskiego rocka głównego nurtu, aczkolwiek tym razem lekko zbliżająca się do krautrocka (przede wszystkim w warstwie rytmicznej i za sprawą dość ćpuńskiego klimatu) oraz jazz-rocka (dzięki większej roli saksofonu). Jednak najbliższą rzeczywistości etykietą będzie heavy psych. Zdecydowanie nie jest to - jak twierdzą niektórzy - rock progresywny, gdyż utwory mają raczej jamowy charakter.

Całość rozpoczyna się od intrygującego, choć trochę przydługiego intra "Sleep!", które po niespełna trzech minutach przechodzi w trzynastominutowy, rozpędzony "Dreams and Nightmares (Dreams)", w którym przeplata się kilka charakterystycznych tematów i niezłych solówek. Sfuzzowane brzmienie gitary z pewnością zachwyci każdego miłośnika rocka przełomu lat 60. i 70., mnie jednak najbardziej podoba się w nim gra sekcji rytmicznej, która zdecydowanie nie ogranicza się do najprostszego akompaniamentu. Całkiem fajnie wpleciono tu też partie saksofonu, natomiast mniej udanym elementem są partie wokalne McGuigana, których na szczęście nie ma tu wiele. Utwór bardzo płynnie przechodzi w kolejny, "Turn Over!" - z początku nastrojowy, z czasem bardziej intensywny. Tym razem w pierwszoplanowej roli występuje saksofon, nadający lekko jazzowego charakteru. Nagranie jest w zasadzie instrumentalne, jeśli nie liczyć finałowej recytacji zakończonej zapętlonymi słowami z tytułu - to sygnał, że pora przewrócić winyl na drugą stronę (aczkolwiek fragment ten zostawiono także na kompaktowych reedycjach). Strona B rozpoczyna się bardzo pogodnie i piosenkowo, kontrastując z poprzednimi nagraniami. Choć w drugiej połowie "Sigh" pojawia się dłuższy fragment instrumentalny o zupełnie innym nastroju i charakterze, w którym słychać nawet niemal freejazzową partię saksofonu. Finałowy i najdłuższy "Dreams and Nightmares (Nightmares)" już w całości utrzymany jest w klimacie znanym z poprzedniej strony. Balladowy początek z melotronowym tłem nawiązuje do rocka progresywnego, ale już po chwili muzycy wracają do bardziej hałaśliwego i jamowego grania, by później jeszcze parę razy zmienić klimat. Na plus można znów zaliczyć partie saksofonu i sekcji rytmicznej, a mniejszą kreatywnością wykazuje się gitarzysta, choć granym przez niego motywom nie można odmówić wyrazistości.

"From Books and Dreams" wydaje się trochę spóźniony względem brytyjskich i amerykańskich grup, ze względu na brzmienie i jamowy charakter kompozycji (gdybym nie wiedział, obstawiałbym, że to album najpóźniej z 1971 roku), aczkolwiek trudno mi wskazać inny faktycznie podobny album. Muzycy Message połączyli znane rozwiązania na swój własny sposób, całkiem zresztą ciekawy. I właśnie dlatego "From Books and Dreams" jest albumem, o którego istnieniu warto przypominać. Nie można tego niestety powiedzieć o kolejnych wydawnictwach stale zmieniającego skład i stylistykę zespołu, które najlepiej pominąć milczeniem.

Ocena: 7/10



Message - "From Books and Dreams" (1973)

1. Sleep!; 2. Dreams and Nightmares (Dreams); 3. Turn Over!; 4. Sigh; 5. Dreams and Nightmares (Nightmares)

Skład: Tommy McGuigan - wokal, saksofon, melotron; Allan Murdoch - gitara; Horst Stachelhaus - gitara basowa; Günther Klingel - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Peter Hauke


29 listopada 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Cream

Cream - pierwsza supergrupa, stworzona przez dwóch jazzmanów (Jack Bruce i Ginger Baker) i bluesmana (Eric Clapton), którzy wspólnymi siłami położyli fundamenty hard rocka. To jeden z najbardziej nowatorskich i inspirujących zespołów w dziejach muzyki rockowej. I chociaż trio najlepsze efekty osiągało na koncertach - szczególnie podczas niczym nie skrępowanych, porywających improwizacji, których podstawą były bluesowe standardy (np. "Spoonful" Williego Dixona, "I'm So Glad" Skipa Jamesa, czy "Cross Road Blues" Roberta Johnsona) - to pozostawiło po sobie także sporo interesującego, autorskiego materiału studyjnego. W poniższym tekście opisałem dziesięć najciekawszych (niekoniecznie pod względem muzycznym) kompozycji Cream.

Cream: Jack Bruce, Ginger Baker i Eric Clapton.


1. "Wrapping Paper" (niealbumowy singiel, 1966)

Pierwszy singiel zespołu, z muzyką Jacka Bruce'a i tekstem poety Pete'a Browna. Pisanie tekstów nie było naszą mocną stroną - przyznawał Ginger Baker, tłumacząc dlaczego zespół korzystał z usług tekściarza spoza grupy. To właśnie perkusista zadzwonił do Browna, który początkowo miał pisać teksty do jego utworów - szybko jednak się okazało, że Brownowi znacznie lepiej współpracuje się z Brucem. Doskonale się rozumieliśmy - przyznawał Brown. Czasem się kłóciliśmy, ale od początku było nam pisane artystyczne porozumienie. Bruce natomiast wyjaśniał: Pete pisał słowa, a ja pilnowałem, by można je było wyśpiewać.
Utwór "Wrapping Paper" znacznie odstaje od psychodeliczno-bluesrockowego stylu Cream, utrzymany jest bardziej w jazzowo-rhythm and bluesowym stylu. Podobał mi się pomysł wydania "Wrapping Paper" na pierwszym singlu - mówił Eric Clapton. Nie taką muzykę chciałem grać, ale liczył się efekt zaskoczenia. Oto nam chodziło. Zupełnie inne podejście miał Baker: "Wrapping Paper" to najbardziej przerażające gówno, jakie słyszałem w moim życiu - mówił. Byłem mu całkowicie przeciwny, od samego początku. Singiel odniósł jednak umiarkowany sukces, dochodząc do 34. miejsca na brytyjskim notowaniu.


2. "I Feel Free" (niealbumowy singiel, 1966)

Największy singlowy przebój Cream w Wielkiej Brytanii - 11. miejsce na tamtejszym notowaniu. W Europie utwór został wydany tylko na małej płycie, natomiast w Stanach został włączony do repertuaru albumu "Fresh Cream" (zamiast coveru "Spoonful"). Pomimo sukcesu, jaki osiągnął, "I Feel Free" nie był wykonywany przez grupę na koncertach, był natomiast prezentowany podczas występów radiowych i telewizyjnych. Był też grany przez Jacka Bruce'a (kompozytora utworu), na solowych koncertach po rozpadzie Cream. W 1986 roku basista nagrał także nową studyjną wersję "I Feel Free", przeznaczoną do reklamy samochodu Renault 21.
Pod względem muzycznym, utwór utrzymany jest w typowym dla wczesnego Cream stylu - stanowi połączenie psychodelicznego popu i blues rocka.


3. "Toad" (z albumu "Fresh Cream", 1966)

Utwór Gingera Bakera, składający się głównie z jego perkusyjnej solówki (jednej z pierwszych, jakie zostały zarejestrowane na studyjny album rockowy), poprzedzonej i zakończonej krótkim riffem granym przez całe trio. "Toad" był stałym punktem koncertów grupy, a perkusyjne solo rozrastało się na nich do kilkunastu minut (vide wersja z koncertowej płyty albumu "Wheels of Fire"). Baker wykonywał ten utwór także ze swoim późniejszym zespołem Ginger Baker's Air Force.
"Toad" stał się jednym z najbardziej inspirujących utworów dla rockowych perkusistów. Pod jego wrażeniem byli m.in. John Bonham i Bill Ward, czego dowodem są utwory "Moby Dick" Led Zeppelin i "Rat Salad" Black Sabbath, powielające strukturę "Toad".


4. "Strange Brew" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Pierwszym utworem, który zespół zagrał podczas sesji nagraniowej na drugi album, był cover "Hey Lawdy Mama" Buddy'ego Mossa z 1934 roku. Pomysł wziął się z płyty, którą nagrali Buddy Guy i Junior Wells - wyjaśniał Eric Clapton. Jest tam utwór "Hey Lawdy Mama", ale riff gitary pochodzi z piosenki "Everything's Going to Be Alright" Little Waltera.
Producent albumu "Disraeli Gears", Felix Pappalardi, odrzucił pomysł umieszczenia na nim tego coveru, jednak wraz ze swoją żoną, Gail Collins, stworzył własny utwór, "Strange Brew", oparty na tym samym riffie. Z 12-taktowego bluesa zrobił popową piosenkę w stylu Paula McCartneya - tłumaczył Clapton (dopisany do utworu jako współkompozytor). Trochę wściekałem się z powodu ostatecznego brzmienia, ale szanowałem Felixa za to, że wiedział jak się za to zabrać. Na mocy niepisanej umowy, godząc się na popowy kawałek, mogłem zagrać solówkę w stylu Alberta Kinga.
"Strange Brew" został wydany na pierwszym singlu promującym album i stał się jednym z największych przebojów grupy (17. miejsce w Wielkiej Brytanii). Co jednak ciekawe, utwór nie był wykonywany przez grupę na koncertach - muzycy preferowali granie "Hey Lawdy Mama".


5. "Tales of Brave Ulysses" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Kompozycja Erica Claptona, z tekstem Martina Sharpa, który był także autorem okładki albumu "Disraeli Gears". Kiedy poznałem Erica, nie słyszałem o Cream, nie znałem ich muzyki - wspominał Sharp. To był przypadek. Powiedziałem, że właśnie wymyśliłem tekst. Eric na to, że napisał utwór. Zapisałem więc słowa na serwetce i zostawiłem swój adres. Pomyśleć, że tekst pasował do tej muzyki. To jak przeznaczenie. Wyjaśniał także, co zainspirowało go do napisania tego tekstu: Właśnie wróciłem z Balearów, byłem na Ibizie i i Formenterze. Ktoś mi powiedział, ze to właśnie tam syreny zwodziły Odyseusza śpiewem. Po powrocie do Londynu tęskniłem za tamtejszym latem. Napisałem więc tekst, mając w głowie piosenkę Leonarda Cohena "Susanne", ale w wykonaniu Judy Collins. Uwielbiam tę wersję.
Napisał [te] słowa na skrawku papieru, a Jack wymyślił linię wokalną na podstawie gitarowego riffu - wyjaśniał Clapton. Jakiś rok wcześniej Lovin' Spoonful nagrali "Summer in the City". Słuchaliśmy tej grupy, szczególnie ja. na gitarze grał tam Zal Yanovsky. Jego riff był punktem wyjścia.
Dzień przed napisaniem muzyki, Clapton odkrył efekt wah-wah. Jego użycie na albumie zaproponował producent, Felix Pappalardi, który osobiście zaprowadził Erica do sklepu z instrumentami. Sprzedawca zaproponował mi efekt pedałowy, który przypomina płacz dziecka - wspominał gitarzysta. Przekonał mnie. Taki efekt dobrze wpływa na brzmienie. Wah-wah tworzy klimat; w samej muzyce niczego nie zmienia. Wzbogaca brzmienie.
Trio regularnie wykonywało "Tales of Brave Ulysses" podczas koncertów. Utwór stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych w dorobku grupy, chociaż nigdy nie został wydany na stronie A singla. Eric przyniósł singiel "Strange Brew" z utworem "Tales of Brave Ulysses" na stronie B, co mnie trochę rozczarowało - wspominał Sharp.


6. "Sunshine of Your Love" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Jeden z najsłynniejszych gitarowych riffów wszech czasów został wymyślony przez Jacka Bruce'a na kontrabasie, po całonocnej próbie napisania jakiegoś utworu. W końcu wstał, chwycił kontrabas i spytał: "Co sądzisz o tym?" - wspominał Pete Brown. Spojrzałem za okno i powiedziałem: "Zbliża się świt". Stało się to zalążkiem tekstu, który potem napisał. To jeszcze nie była piosenka, zaledwie [sam] riff - mówił Bruce. Wkrótce potem, podczas próby, zagrałem to Ericowi, który dorzucił coś od siebie. Po złączeniu tych dwóch części, powstało "Sunshine of Your Love". Ta piosenka ma pewną pierwotną jakość, która pociąga ludzi. Riff wnika bardzo głęboko. Clapton potwierdzał: Jack miał już linię basu. Przeniosłem to do rejestru gitary i dodałem akordy. Pojawiły się współbrzmienia. Gitarzysta wymyślił także melodię refrenu. W rezultacie, "Sunshine of Your Love" jest jedynym utworem Cream, którego autorstwo jest przypisane jednocześnie Bruce'owi, Brownowi i Claptonowi.
Utwór był drugim singlem promującym album "Disraeli Gears" - w Wielkiej Brytanii utwór doszedł do 25. miejsca notowania, był też pierwszą małą płytą tria, która została odnotowana w Stanach - na 5. miejscu, co miało okazać się największym singlowym sukcesem Cream na tamtejszym rynku.
"Sunshine of Your Love" był stałym punktem koncertów grupy, a po jej rozpadzie Jack Bruce i Eric Clapton chętnie wykonywali go na swoich solowych koncertach; był także wykonywany przez grupę Blind Faith, w której grali Clapton i Ginger Baker.


7. "SWLABR" (z albumu "Disraeli Gears", 1967)

Kolejna kompozycja autorstwa Bruce'a i Browna. Tajemniczy tytuł jest akronimem słów "She Walks Like a Bearded Rainbow" (lub "She Was Like a Bearded Rainbow"). "SWLABR" to rzecz o kimś, kto porównuje ukochaną z Mona Lisą, a potem zaczyna niszczyć jej obraz - wyjaśniał Brown. Pojawia się tu dość zwyrodniały tekst o tęczy z brodą. Głównie chodzi o zemstę kogoś, kto został porzucony. Blues w dużej mierze dotyczy wojny płci, a to tylko jeden z jej epizodów.
Zespół nie wykonywał tego utworu na żywo, z wyjątkiem radiowych sesji.


8. "White Room" (z albumu "Wheels of Fire", 1968)

Kolejny przebój Cream (6. miejsce w Stanach, 28. w Wielkiej Brytanii, a także szczyt notowania w... Australii), napisany przez Jacka Bruce'a i Pete'a Browna. Najpierw powstała muzyka - wyjaśniał drugi z nich. Napisany przez niego, bardzo poetycki tekst dotyczy mieszkania, do którego właśnie się wprowadził. To cud, że to zadziałało, jeśli wziąć pod uwagę, że to monolog o nowym mieszkaniu - mówił.
Poza muzykami zespołu, w nagraniu wystąpił także producent Felix Pappalardi, grający na altówce.
"White Room" był stałym punktem koncertów grupy podczas jej pożegnalnej trasy, granym na rozpoczęcie każdego występu. Znalazł się także w repertuarze występów tria w 2005 roku - jedynych jakie zagrali razem po rozpadzie w 1968 roku. "White Room" był także regularnie wykonywany na solowych koncertach przez Jacka Bruce'a i Erica Claptona.
W 2001 roku Bruce nagrał nową, inspirowaną muzyką latynowską, wersję studyjną "White Room" na swój solowy album "Shadows in the Air". W nagraniu oprócz niego wystąpił także Clapton.


9. "Politican" (z albumu "Wheels of Fire", 1968)

Utwór (jak większość w autorskim repertuarze Cream podpisany przez Bruce'a i Browna) powstał podobno gdy zespół czekał na swój występ w BBC. Jest to jeden z pierwszych utworów w muzyce rockowej, w którym pojawia się kilka partii gitar nałożonych na siebie, granych przez jednego gitarzystę (oczywiście było to możliwe tylko w nagraniu studyjnym).
Jack Bruce, zapytany niedawno czy inspiruje go polityka, odparł: Nie, ale dotyka tych spraw, które powinny być ważne dla każdego człowieka. Bo jeśli nie podejmiemy odpowiednich działań mających na celu rozwiązanie globalnych problemów, nasz gatunek może nie przetrwać. Uważam, że artyści powinni zwrócić uwagę na takie sprawy w swojej twórczości. Robiłem to już wcześniej, podczas pisania piosenek dla Cream.
Utwór był grany na żywo podczas pożegnalnej trasy z 1968 roku, a także na występach w 2005 roku. W wersji zarejestrowanej na żywo jest dostępny m.in. na koncertowo-studyjnym albumie "Goodbye". Był także regularnie wykonywany na solowych występach przez Jacka Bruce'a.


10. "Badge" (z albumu "Goodbye", 1969)

Utwór został napisany przez Erica Claptona z pomocą George'a Harrisona, który ponadto zarejestrował w nim partię gitary rytmicznej. Z przyczyn kontraktowych Harrison musiał wystąpić pod pseudonimem L'Angelo Misterioso. Warto dodać, że rok wcześniej, Clapton zagrał solówkę na "Białym" albumie Beatlesów, w utworze Harrisona "While My Guitar Gently Weeps".
Tytuł "Badge" (czyli "odznaka", "znaczek", itp.) nie ma żadnego związku z tekstem utworu. Podobno Clapton źle przeczytał napisane przez George'a słowo "bridge", oznaczające tzw. "mostek", czyli przejście w utworze. Pomogłem Ericowi napisać "Badge" - wspominał Harrison. Każdy z nich [muzyków Cream] miał napisać po jednym utworze na album "Goodbye", a Eric nie potrafił skończyć swojego. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, kiedy pisałem tekst. Gdy doszedłem do środkowej części, napisałem "bridge", a Eric, czytający to do góry nogami, wybuchł śmiechem i zapytał: "Co ma do tego odznaka?". Następnie dołączył do nas pijany Ringo [Starr] i dorzucił wers o łabędziach żyjących w parku.
Na pierwszym wydaniu albumu "Goodbye" autorstwo utworu zostało przypisane wyłącznie Claptonowi, dopiero na kolejnych została dodana informacja o współautorstwie Harrisona. Ringo Starr nigdy nie został dopisany jako współtwórca.
"Badge" został wydany na singlu, który osiągnął sukces przede wszystkim w Wielkiej Brytanii (18. miejsce), w Stanach cieszył się mniejszym powodzeniem (60. pozycja). Utwór był grany podczas występów Cream w 2005 roku; należy także do stałych punktów solowych koncertów Claptona.




Główne źródła cytatów:
1. Klasyczne albumy rocka - Cream - "Disraeli Gears", reż. Matthew Longfellow, Wielka Brytania, 2006
2. Bruce Jack, Jack Bruce - Silver Rails, rozm. przepr. Paweł Urbaniec, "Jazz Forum" 2014, nr. 3
3. Harrison George, George Harrison Interview, rozm. przepr. Mitchell Glazer, "Crawdaddy Magazine" 1977, nr. 2


28 listopada 2014

[Recenzja] AC/DC - "Rock or Bust" (2014)



Ciekawsze od samego albumu są ostatnie wydarzenia w obozie AC/DC. Jeszcze przed nagraniem "Rock or Bust" ze składu musiał odejść jego współzałożyciel i główny kompozytor, Malcolm Young. Z powodu pogarszającego się stanu zdrowia prawdopodobnie już nigdy nie wróci do grania. Funkcję gitarzysty rytmicznego przejął jego bratanek, Steve Young. Rolę kompozytora nie bardzo kto miał przejąć, więc na warsztat wzięto po prostu niewykorzystane pomysły z okresu "Black Ice" - poprzedniego, wydanego przed sześcioma laty albumu. Już po nagraniach zespół stracił kolejnego muzyka - perkusista Phil Rudd został aresztowany za posiadanie narkotyków oraz... próbę zlecenia dwóch morderstw. Trudno o lepszą promocję nowego albumu. Zresztą nie tylko, bo w sieci wzrosła sprzedaż starego kawałka "Dirty Deeds Done Dirt Cheep", którego tekst to... ogłoszenie płatnego mordercy.

Wyprodukowany z pomocą Brendana O'Briena "Rock or Bust" jest najkrótszym albumem w historii zespołu. Nie trwa nawet trzydziestu pięciu minut, co na dzisiejsze standardy jest sporym zaskoczeniem. Prawda jest taka, że zespół po prostu nie był w stanie stworzyć nowych kawałków od podstaw, musiał bazować na materiale zostawionym przez Malcolma. Te kawałki mogły zostać nagrane praktycznie w dowolnym momencie ostatnich trzech dekad. Dokładnie tak, jak należało się spodziewać, nie różnią się absolutnie niczym od większości nagrań grupy. Struktura utworów, ich brzmienie, tempo, rytmika, sposób grania riffów i solówek, wysoki śpiew Johnsona - różnice są tu właściwie niezauważalne. Zespół od lat powtarza dosłownie kilka patentów (dokładnie tych samych w każdym kawałku), nic nie dodając, nic nie ujmując. Nawet tytuły wydają się znajome - nie tylko przez nadużywanie w nich słowa "rock". Nie przypadkiem nie wymieniam żadnych kawałków, bo po prostu kompletnie nic się tu niczym nie wyróżnia, nic nie zapada w pamięć. Co najwyżej niektóre motywy czy zagrywki kojarzą się bardzo ewidentnie z jakimś konkretnym kawałkiem z przeszłości... tylko za cholerę nie mogę sobie przypomnieć tytułów.

Zaletami tego krążka jest spora dawka energii (w ogóle nie słychać tu znużenia graniem od czterdziestu lat tego samego) i krótki czas trwania, dzięki czemu ma pewne walory rozrywkowe. Ale sądzę, że nawet wielbiciele AC/DC nie będą wracać do tego albumu. Nie ma po prostu do czego. Większość pozostałych albumów zawiera dokładnie to samo, ale też jeden czy dwa bardziej wyraziste kawałki.

Ocena: 3/10



AC/DC - "Rock or Bust" (2014)

1. Rock or Bust; 2. Play Ball; 3. Rock the Blues Away; 4. Miss Adventure; 5. Dogs of War; 6. Got Some Rock & Roll Thunder; 7. Hard Times; 8. Baptism by Fire; 9. Rock the House; 10. Sweet Candy; 11. Emission Control

Skład: Brian Johnson - wokal; Angus Young - gitara, dodatkowy wokal (5); Stevie Young - gitara, dodatkowy wokal; Cliff Williams - gitara basowa, dodatkowy wokal; Phil Rudd - perkusja
Producent: Brendan O'Brien


13 listopada 2014

[Recenzja] Toad - "Toad" (1971)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 6/13

Szwajcarska scena rockowa kojarzy się raczej z ekstremalnym graniem w stylu Celtic Frost czy Coroner. Jednak już w latach 70. działało tam parę ciekawych zespołów, by wspomnieć tylko o psychodeliczno-krautrockowym Brainticket, hardrockowo-bluesowym Toad, czy progresywnych Island i Circus. Pierwsze trzy są zresztą powiązane ze sobą personalnie. Basista Werner Frohlich i perkusista Cosimo Lampis wystąpili na debiutanckim albumie Brainticket, "Cottonwoodhill", jednak nie do końca odpowiadała im stylistyka, więc stworzyli własny zespół, przyjmując nazwę Toad. Składu dopełnili gitarzysta Vittorio "Vic" Vergeat (z pochodzenia Włoch) i wokalista Benjamin Jaeger. Ten ostatni odłączył się wkrótce po nagraniu debiutanckiego albumu i kilka lat później wziął udział w nagraniu jedynego wydawnictwa Island, "Pictures", zawierającego muzykę zbliżoną do dokonań Van der Graaf Generator czy tria Emerson, Lake & Palmer, ale kierującą się w bardziej awangardowe rejony. Moim zdaniem jest to najciekawszy rockowy album ze Szwajcarii, jednak jest to dość trudna w odbiorze muzyka, która nie mogła liczyć na szerokie uznanie. Do założeń niniejszego cyklu zdecydowanie bardziej pasuje Toad, który grał bardziej mainstreamowo i na tyle dobrze, że mógł zyskać większa popularność.

Eponimiczny debiut kwartetu został zarejestrowany pod koniec 1970 roku w londyńskim De Lane Lea Studios. Producentem nagrań był Chris Schwegler, natomiast rolę inżyniera dźwięki pełnił słynny Martin Birch, ówczesny współpracownik Deep Purple i Fleetwood Mac. W sumie zarejestrowano dziewięć utworów, z których siedem trafiło na album, a dwa pozostałe - "Stay" i "Animal World" - na wydany równolegle singiel (jego strona A jest obecna na wszystkich kompaktowych reedycjach debiutu, strona B tylko na niektórych z nich). Longplay został wydany w 1971 roku w Szwajcarii, Niemczech i we Włoszech, a rok później także w Wielkiej Brytanii. Grupa nie zdobyła jednak popularności poza swoją ojczyzną, gdzie pewnym powodzeniem cieszył się singiel "Stay" - ponoć jedyny hardrockowy utwór, jaki trafił na tamtejsze notowanie.

Inspiracje zespołu są oczywiste: Cream, Jimi Hendrix, The Jeff Beck Group, Led Zeppelin i Black Sabbath. Brzmienie jest tutaj bardzo, jak na tamte czasy, ciężkie. Świetny jest też miks, w którym mono uwypuklone zostały partie basu. Bardzo pasuje to do tej muzyki, która ma wyraźnie jamowy charakter, a wszystkie instrumenty odgrywają ważną rolę.. Zdecydowanie najbardziej błyszczy tu Frohlich, który wykorzystuje bas w podobny sposób do Jacka Bruce'a, a więc przede wszystkim jako instrument solowy i melodyczny. Intensywna praca Lampisa i czasem naprawdę niezłe riffy Vergeata również mogą się podobać (w przeciwieństwie do raczej stereotypowych solówek tego drugiego). Jaeger też daje radę. A jednak utwory w znaczniej części wydają się mało charakterystyczne, co pewnie było główną przyczyną braku sukcesu. Zwykle jednak nadrabiają ogromną dawką energii oraz całkiem sporym zróżnicowaniem. Są tutaj i bardziej rozbudowane nagrania, łączące riffowy czad z akustycznymi zwolnieniami ("Cottonwood Hill", momentami mocno sabbathowy "Life Goes On"), i bardziej zwarte, typowo hardrockowe kawałki ("A Life That Ain't Worth Living", instrumentalny "Tank", "Stay"). Czasem robi się bardziej funkowo ("Pig's Walk" z bardzo hendrixową gitarą) lub bluesowo ("They Say I'm Mad", bardzo w stylu Jeff Beck Group, z Jaegerem naśladującym sposób śpiewania Roda Stewarta). Pewnym zaskoczeniem może być natomiast "The One I Mean" z partia wokalną przypominającą momentami "The Court of the Crimson King", której jednak towarzyszy tylko prosty akompaniament gitary akustycznej.

Niezbyt oryginalne to granie i słabsze od tego, z czego czerpie, ale to wciąż bardzo solidny hard rock. Naprawdę podoba mi się brzmienie, proporcje pomiędzy instrumentami, jamowy charakter tego materiału, a także spora dawka energii, jaką niesie. Wszystkie te elementy sprawiają, że mniej istotne stają się pewne, wciąż zauważalne, braki muzyków tworzących ten zespół (przede wszystkim brakowało im zdolności kompozytorskich). Toad nagrał później jeszcze parę płyt, ale z każda kolejną było coraz gorzej. W miarę broni się jeszcze następny w dyskografii "Tomorrow Blue", utrzymany w podobnej stylistyce, choć nieco bardziej zorientowany na blues. Można zarzuć mu właściwie to samo, co debiutowi. Ponadto, na gorsze wyszło przejście funkcji wokalisty przez Vergeata, zmniejszenie roli basu, a także wysunięcie na pierwszy plan sztampowych partii gitary. Tak naprawdę spokojnie można ograniczyć się do eponimicznego wydawnictwa Toad i olać całą resztę.

Ocena: 7/10



Toad - "Toad" (1971)

1. Cottonwood Hill; 2. A Life That Ain't Worth Living; 3. Tank; 4. They Say I'm Mad; 5. Life Goes On; 6. Pig's Walk; 7. The One I Mean

Skład: Benjamin Jaeger - wokal; Vic Vergeat - gitara; Werner Frohlich - gitara basowa; Cosimo Lampis - perkusja
Producent: Chris Schwegler


10 listopada 2014

[Recenzja] Pink Floyd - "The Endless River" (2014)



"The Endless River" to najbardziej wyczekiwana, ale i budząca najwięcej obaw tegoroczna premiera płytowa. David Gilmour postanowił niepodziewanie powrócić do szyldu Pink Floyd po dwudziestu latach od ostatniego albumu. Historia tego materiału sięga zresztą pierwszej połowy lat 90., gdy Gilmour, Rick Wright i Nick Mason, wraz z zastępami muzyków sesyjnych, pracowali nad "The Division Bell". Pomysły na utwory brały się z jamowania w studiu, wspólnych improwizacji (oprócz członków zespołu brali w nich udział także sesyjni muzycy, m.in. basista Guy Pratt i klawiszowiec Jon Carin). Zostało zarejestrowane wiele godzin materiału, z którego tylko część została rozwinięta w utwory, które trafiły na "The Division Bell". Już w tamtym czasie zespół planował z pozostałych fragmentów sesji wydać osobny longplay. Miał to być zbiór instrumentalnych utworów o ambientowym charakterze, roboczo zatytułowany "The Big Spliff". Przedsmakiem tego wydawnictwa był 20-minutowy dźwiękowy kolaż, puszczany z taśmy przed koncertami grupy na trasie w 1994 roku (później trafił na kasetowe wydanie koncertówki "Pulse"). Muzycy postanowili jednak zawiesić działalność zespołu i tym samym przestali przejawiać jakiekolwiek zainteresowanie opublikowaniem "The Big Spliff".

Dopiero po śmierci Wrighta w 2008 roku, Gilmour i Mason zaczęli ponownie myśleć o wydaniu tych nagrań. Od 2012 roku materiał wędrował między różnymi producentami, którzy go cięli i miksowali, a pod koniec 2013 roku zarejestrowane zostały nowe partie żyjących członków ostatniego wcielenia grupy, basisty Guya Pratta oraz saksofonisty Gilada Atzmona; nieco później w studiu pojawiły się także chórzystki. Co więcej, w całość wmiksowano także nieznane wcześniej partie zmarłego klawiszowca zarejestrowane podczas próby zespołu w 1968 roku. Co z tego wszystkiego powstało? "The Endless River", jak ostatecznie nazwano album (słowa te pochodzą z tekstu utworu "High Hopes" wieńczącego album "The Division Bell"), to bardzo specyficzne wydawnictwo. Album składa się z osiemnastu, przeważnie dość krótkich utworów, w większości płynnie ze sobą połączonych, tworząc cztery dłuższe formy (odpowiadające czterem stronom winylowego wydania - bo w takiej formie album też został wydany). W przeciwieństwie do wcześniejszych wydawnictw wydanych pod tym szyldem, jest to muzyka w znacznej części instrumentalna. Czasem słychać głos ludzki w postaci sampli (np. przemowa Stephena Hawkinga w "Talkin Hawkin'") lub wokaliz  ("Talkin Hawkin'", "Surfacing"), ale dopiero w finałowym "Louder Than Words" pojawia się regularna partia wokalna Gilmoura śpiewającego tekst napisany przez Polly Samson.

Ten właśnie kawałek został wydany na promującym album singlu i jeszcze bardziej wzmocnił obawy dotyczące tego wydawnictwa. To banalna piosenka z mdłą melodią i okropnie przesłodzonym refrenem. Tak strasznego gniota ten zespół jeszcze nie nagrał. Takiego paskudztwa nie było nawet na "A Momentary Lapse of Reason" i "The Division Bell", choć już na obu tych albumach - nagranych po odejściu głównego kompozytora wcześniejszych wydawnictw, Rogera Watersa - spadek jakości jest bardzo duży. Reszta zawartego tu materiału na szczęście wypada lepiej, bo ma zupełnie inny charakter. Zamiast piosenkowego banału mamy tu granie faktycznie bliższe ambientu, często wzbogacone bardziej rockową dynamiką, ale na ogół raczej subtelne. Budowa tych nagrań jest zupełnie inna, niż na wcześniejszych albumach Pink Floyd, jednak całość jest przesiąknięta tym charakterystycznym floydowym klimatem, dużo tutaj od razu rozpoznawalnych solówek Gilmoura, a nawet zdarzają się bardzo wyraźne nawiązania do starszych kompozycji ("Shine on You Crazy Diamond" w "It's What We Do", "A Saucerful of Secrets" w "Skins", a także "Run Like Hell" w "Allons-y (1)" i "Allons-y (2)") lub nawet pochodzące z nich sample (np. orkiestrowy motyw z refrenu "Comfortably Numb" w "Anisina", dzwony z "Fat Old Sun" i "High Hopes" w "Louder Than Words").

Najbardziej spójnie i przemyślanie wypada pierwsza z czterech dłuższych form. Pozostałe trzy brzmią jak posklejane z losowo dobranych skrawków, ale to wciąż całkiem przyjemna muzyka, choć raczej do słuchania w tle. Niewiele tu wyróżniających się momentów. Obie odsłony "Allons-y" zwracają uwagę jako najbardziej energetyczne momenty, a wspólnie z umieszczonym pomiędzy nimi "Autumn '68" (zagranym wyłącznie na instrumentach klawiszowych) tworzą dość zgrabną całość. Z kolei "It's What We Do" wydaje się najbardziej kompletnym fragmentem, podczas gdy pozostałe brzmią jak szkice lub wstępy, interludia i zakończenia, z których tak naprawdę nic nie wynika. Nawet nie ma sensu przywoływać tu ich tytułów, bo są to drobiazgi, o których zapomina się zaraz po usłyszeniu. Szkoda, że tak łatwo nie da się zapomnieć o "Louder Than Words", który jako część albumu nic nie zyskuje, a nawet jeszcze bardziej irytuje. Kompletnie tu nie pasuje, ale został dodany ze względów czysto merkantylnych, żeby było czym promować całość. Zdecydowanie zaniża jej poziom, na co wpływ ma też wyjątkowo niefortunne umieszczenie tego kawałka na płycie - tak fatalne zakończenie pozostawia bardzo złe wrażenie po odsłuchu longplaya. Który i tak okazuje się znacznie lepszy niż przypuszczałem.

"The Endless River" podzielił słuchaczy Pink Floyd jeszcze przed swoją premierą. Wielu osobom nie spodobało się, że członkowie zespołu, który zawsze dbał o wysoką jakość swojej muzyki i trzymał archiwum zamknięte na klucz, nagle postanowili wydać odrzuty z najmniej ciekawego okresu swojej działalności. Inni narzekali na to, że nie będzie dużo śpiewania. A chyba wszystkich odrzuciła okładka - jeśli nie ze względu na kiepskie wykonanie, to na swoje łopatologiczne i pretensjonalne przesłanie. Z drugiej strony, nie brakuje też takich, którzy bezkrytycznie podchodzą do każdego wydawnictwa Pink Floyd, bo przecież tak wybitny zespół nie wypuściłby czegoś kiepskiego. Obiektywnie można stwierdzić, że to średnie wydawnictwo. Muzycy niby próbują tu nowych rozwiązań, ale też kurczowo trzymają innych, żeby całość wciąż brzmiała jak Pink Floyd, czasem zbyt nachalnie nawiązując do odległej przeszłości. Zbyt duża część tego albumu sprawia wrażenie przerywników pomiędzy właściwymi utworami, których prawie w ogóle tu nie ma. Mnie jednak "The Endless River" przekonuje bardziej od "A Momentary Lapse of Reason" i "The Division Bell", na których jest znacznie więcej piosenkowego banału, na drugim z nich przykrytego grubą warstwą neo-progowego patosu. 

Ocena: 6/10



Pink Floyd - "The Endless River" (2014)

LP1: 1. Things Left Unsaid; 2. It's What We Do; 3. Ebb and Flow; 4. Sum; 5. Skins; 6. Unsung; 7. Anisina
LP2: 1. The Lost Art of Conversation; 2. On Noodle Street; 3. Night Light; 4. Allons-y (1); 5. Autumn '68; 6. Allons-y (2); 7. Talkin Hawkin'; 8. Calling; 9. Eyes to Pearls; 10. Surfacing; 11. Louder Than Words

Skład: David Gilmour - gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe, wokal (LP2: 11); Rick Wright - instr. klawiszowe; Nick Mason - perkusja
Gościnnie: Jon Carin - instr. klawiszowe; Damon Iddins - instr. klawiszowe; Guy Pratt - gitara basowa; Bob Ezrin - gitara basowa; Victoria Lyon - skrzypce; Honor Watson - skrzypce; Chantal Leverton - altówka; Helen Nash - wiolonczela; Gilad Atzmon - saksofon, klarnet (LP1: 7); Durga McBroom, Louise Clare Marshall, Sarah Brown - dodatkowy wokal (LP2: 10,11)
Producent: David Gilmour, Martin Glover, Andy Jackson i Phil Manzanera


2 listopada 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Out of the Storm" (1974)



Jack Bruce najlepiej czuł się w formule tria, która dawała sporo przestrzeni dla jego basowych popisów. Świetnie sprawdziło się to w czasach Cream. Jednak w późniejszych latach basista nie mógł znaleźć partnerów, z którymi porozumiewałby się równie dobrze, jak z Erikiem Claptonem i Gingerem Bakerem. Współpraca z Chrisem Speddingiem i Johnem Marshallem na "Harmony Row" dała średnie efekty, więc Bruce rozwiązał ten skład (Marshall skorzystał wówczas z oferty Soft Machine, który zabiegał o niego już wcześniej), a następnie połączył siły z Leslie Westem i Corkym Laingiem z właśnie rozwiązanego Mountain. Trio West, Bruce and Laing nagrało dwa albumy. Współpraca muzykom nawet się układała, ale materiał był zupełnie nieodkrywczy, schematyczny i nadto eklektyczny. Po rozwiązaniu grupy, Bruce przygotował kolejny album solowy, "Out of the Storm". Ponownie wykorzystał trzyosobowy skład, z gitarzystą Steve'em Hunterem oraz Jimem Gordonem lub Jimem Keltnerem na bębnach.

I tutaj znów trudno mówić o jakimś szczególnie dobrym zgraniu instrumentalistów. Rola dodatkowych muzyków sprowadza się do uzupełnienia basowych, klawiszowych oraz wokalnych partii Bruce'a. Hunter, Gordon i Keltner to cenieni muzycy sesyjni, którym nie można odmówić umiejętności ani profesjonalizmu, ale po muzykach do wynajęcia trudno spodziewać się wyobraźni pozwalającej na porywającą interakcję całego zespołu. Jeden tylko Gordon miał też doświadczenie jako regularny członek Traffic i Derek and the Dominos. Ciekawe, że to właśnie on gra w tych bardziej interesujących momentach "Out of the Storm" (cały materiał tradycyjnie skomponował Bruce, a za teksty odpowiada Pete Brown), a więc w otwierającym całość "Pieces of Mind", a także w zamieszczonych na koniec "One" i "Timeslip". Wszystkie charakteryzują się nieco mniej przewidywalną budową, trochę bardziej złożonymi partiami instrumentalnymi (na wyróżnienie zasługują przede wszystkim porywające partie basu), różnymi smaczkami aranżacyjnymi, jak np, quasi-jazzujące pianino (w dwóch pierwszych), klasycyzująca gitara akustyczna (w "One"). W "Timeslip" pojawia się nawet trochę jamowego grania w stylu koncertowych improwizacji Cream - i to niemal równie dobrego. Nagrania dokonane z udziałem Keltnera to już bardziej konwencjonalny i merkantylny materiał, który można podzielić na kawałki o energetycznym ("Keep Me Wondering" z bluesową harmonijką, funkujący "Keep It Down", lekko soulujący "Into the Storm") lub balladowym charakterze ("Golden Days", "Running Through Our Hands"). To wciąż przyjemne granie, ale tak naprawdę nie wyróżniające się niczym szczególnym, z wyjątkiem niektórych partii basowych lidera ("Keep It Down").

"Out of the Storm" to prawdopodobnie ostatnie tak udane wydawnictwo Jacka Bruce'a. Nie każde nagranie mnie zachwyca, ale trzy z nich uważam za jedne z najlepszych solowych kawałków Bruce'a - równie dobre kompozycje można znaleźć chyba tylko na debiutanckim "Songs for a Tailor" (i to tez w otoczeniu słabszych utworów).

Ocena: 7/10



Jack Bruce - "Out of the Storm" (1974)

1. Pieces of Mind; 2. Golden Days; 3. Running Through Our Hands; 4. Keep on Wondering; 5. Keep It Down; 6. Into the Storm; 7. One; 8. Timeslip

Skład: Jack Bruce - wokal, gitara basowa, instr. klawiszowe, harmonijka; Steve Hunter - gitara; Jim Gordon - perkusja (1,7,8); Jim Keltner - perkusja (2-6)
Producent: Jack Bruce i Andy Johns


31 października 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Harmony Row" (1971)



Jack Bruce przygotował ten album wyłącznie z pomocą dwóch muzyków Nucleus, gitarzysty Chrisa Speddinga i perkusisty Johna Marshall, a także tekściarza Pete'a Browna. Powrót do formuły tria mógłby sugerować chęć stworzenia nowego Cream, może nawet w bardziej jazzrockowym wydaniu ze względu na wcześniejsze dokonania Marshalla i Speddinga. To jednak coś innego. Bruce wyszalał się artystycznie już w The Tony Williams' Lifetime i na "Escalator over the Hill" Carli Bley. Na "Harmony Row" rzadko proponuje coś ambitniejszego. Jedynie "Smiles and Grins" zahacza o bardziej progresywne rejony i pozwala wykazać się instrumentalistom. Przede wszystkim liderowi, w którego partiach - na gitarze basowej i pianinie - słychać pewne echa jazzowych doświadczeń. Pozostałe nagrania to raczej konwencjonalne piosenki, niewychodzące poza rockową stylistykę. To jednak przeważnie dość spokojny materiał, czasem wręcz oparty wyłącznie na ascetycznym akompaniamencie pianina ("Can You Follow", "There's a Forest"), choć trafiają się także zadziorniejsze, bluesrockowe momenty ("You Burned the Tables on Me", "A Letter of Thanks"). Przyjemne to granie, ale raczej niewiele z niego wynika i prawie nic z niego nie zapamiętałem. Może z wyjątkiem subtelnego "Folk Song", który posiada najbardziej wyrazistą melodię oraz najbardziej emocjonalne wykonanie.

Ocena: 6/10



Jack Bruce - "Harmony Row" (1971)

1. Can You Follow?; 2. Escape to the Royal Wood (On Ice); 3. You Burned the Tables on Me; 4. There's a Forest; 5. Morning Story; 6. Folk Song; 7. Smiles and Grins; 8. Post War; 9. A Letter of Thanks; 10. Victoria Sage; 11. The Consul at Sunset

Skład: Jack Bruce - wokal, gitara basowa, wiolonczela, instr. klawiszowe, harmonijka; Chris Spedding - gitara; John Marshall - perkusja
Producent: Jack Bruce


29 października 2014

[Recenzja] Jack Bruce - "Things We Like" (1970)



"Things We Like" ukazał się jako drugi solowy album Jacka Bruce'a, jednak zarejestrowany został wcześniej. To zapis sesji z sierpnia 1968 roku, gdy basista wciąż był członkiem Cream. Co więcej, duża część zawartych tutaj utworów opiera się na motywach, które wymyślił kilkanaście lat wcześniej jako nastolatek. Pod względem stylistycznym jest to bardzo nietypowe dla niego wydawnictwo, niemające nic wspólnego z rockiem. Jest to bowiem album stricte jazzowy, w pełni instrumentalny. Liderowi, który zagrał wyłącznie na kontrabasie, w nagraniach towarzyszyli gitarzysta John McLaughlin, saksofonista Dick Heckstall-Smith oraz perkusista Jon Hiseman. Dwaj ostatni w tamtym czasie byli członkami Bluesbreakers Johna Mayalla, a niedługo potem założyli jazzrockowy Colosseum. Natomiast gitarzysta niedługo po tej sesji przeniósł się do Stanów, gdzie grał m.in. z Milesem Davisem, Tonym Williamsem i innymi wybitnymi jazzmanami. Co ciekawe, w połowie lat 60. wszyscy przewinęli się przez skład rhythm and bluesowej grupy Graham Bond Organistation, aczkolwiek w różnym czasie. W jej oryginalnym wcieleniu występowali Bruce i McLaughlin, potem miejsce drugiego z nich zajął Heckstall-Smith, a Hiseman dołączył już po odejściu Bruce'a.

"Things We Like" składa się głównie z kompozycji Bruce'a, z wyjątkiem "Sam Enchanted Dick" (złożonego z dwóch części: interpretacji "Sam Sack" jazzowego wibrafonisty Milta Jacksona oraz "Rill's Thrills" Heckstall-Smitha) i jazzowego standardu "Born to Be Blue" Mela Tormé'a, znanego z wykonań m.in. Stana Getza, Granta Greena, Wesa Montgomery'ego czy Freddiego Hubbarda. Stylistycznie utrzymane są gdzieś pomiędzy klasycznym bebopem a free jazzem. W praktyce wygląda to tak, że struktury są raczej tradycyjne, wpisują się w typowy schemat, tzn. temat - improwizacja - temat. Bruce i Hiseman często swingują, choć pozwalają też sobie na trochę swobody. Saksofon brzmi agresywnie, ale Heckstall-Smith nie zapuszcza się daleko we freejazzowe odloty, gra raczej melodyjnie i trzyma się głównego tematu. Najbardziej nieokiełznana jest tutaj gitara McLaughlina. Nie powinno dziwić, że to właśnie on najlepiej się w takiej stylistyce odnajduje. Pozostali muzycy pewnie sprawdziliby się w bardziej konwencjonalnych odmianach jazzu - na takie przypuszczenie pozwala tutejsze wykonanie ballady "Born to Be Blue" - ale postanowili zmierzyć się z bardziej awangardowym graniem, trochę przeceniając swoje możliwości. Szczególnie w partiach saksofonu brakuje tej finezji i wyobraźni, jaką słychać u jazzmanów. Ogólnie jest to jednak całkiem przyjemna płyta. Szczególnie podoba mi się nagranie tytułowe z najbardziej błyskotliwym tematem, w którym poszczególne instrumenty doskonale się uzupełniają. Główny problem z tym albumem polega na tym, że nie ma nic do zaoferowania słuchaczom nieprzepadającym za jazzem, a pozostali mają do wyboru setki lepszych albumów jazzowych.

W solowej dyskografii Jacka Bruce'a "Things We Like" jest jedynym albumem w takiej stylistyce. Jednak na nim związki basisty z jazzem się nie skończyły. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy longplay trafił do sprzedaży, muzyk dołączył do składu The Tony William's Lifetime, jednej z najlepszych grup łączących jazz z rockiem, gdzie znów grał u boku McLaughlina. Bruce uczestniczył w nagraniu drugiego albumu zespołu, "(turn it over)". W zbliżonym okresie wziął także udział w ambitnym przedsięwzięciu "Escalator over the Hill" jazzowej pianistki i kompozytorki Carli Bley. Natomiast pod koniec lat 70. basista ponownie współpracował z McLaughlinem (wystąpił na jego albumie "Electric Guitarist"), a także założył jazzowe trio z Johnem Surmanem i Jonem Hisemanem, które niestety nie pozostawiło po sobie żadnego albumu. 

Ocena: 7/10



Jack Bruce - "Things We Like" (1970)

1. Over the Cliff; 2. Statues; 3. Sam Enchanted Dick (Sam Sack / Rill's Thrills); 4. Born to be Blue; 5. HCKHH Blues; 6. Ballad for Arthur; 7. Things We Like

Skład: Jack Bruce - kontrabas; Dick Heckstall-Smith - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Jon Hiseman - perkusja; John McLaughlin - gitara (3-7)
Producent: Jack Bruce