29 października 2016

[Relacja] Ten Years After, klub Parlament, Gdańsk, 28.10.2016

Czasami żałuję, że nie żyłem na przełomie lat 60. i 70., oczywiście w jakimś normalniejszym kraju, w którym dostęp do muzyki nie był ograniczony. W czasach kiedy największe rockowe zespoły co kilka, najwyżej kilkanaście miesięcy wydawały kolejne genialne albumy, a za niewielkie pieniądze można było zobaczyć je na żywo. Dziś niestety wiele z tych zespołów już nie istnieje, a wielu muzyków już nie żyje. Nowe albumy wydają coraz rzadziej, a ich zawartość daleka jest od poziomu albumów z lat świetności. Oczywiście, są jeszcze koncerty. Nawet w Polsce nie można narzekać na ilość występów klasyków rocka. Niestety, zazwyczaj są to wielkie koncerty w sportowych obiektach o akustyce nieprzystosowanej do grania muzyki na żywo, a publiczność na nich jest mniej lub bardziej przypadkowa i nie bardzo wie, jak zachowywać się na koncercie. Na szczęście zdarzają się też mniejsze występy nieco już zapomnianych gwiazd. Pod koniec października do Polski przyjechała grupa Ten Years After, by zagrać cztery klubowe koncerty - w Poznaniu, Gdańsku, Wrocławiu i Krakowie. Miałem przyjemność uczestniczyć w drugim z tych występów.


Przed zakupem biletów na koncert nie wiedziałem nawet, że w zespole nie grają już Leo Lyons i... ten gość, który kilkanaście lat temu zastąpił Alvina Lee (chodzi oczywiście o Joe'a Goocha, jednak bez sprawdzenia nie przypomniałbym sobie tego nazwiska). No cóż, nie ma co ukrywać, że zespół był wielki w latach 1967-75, ale jego późniejsze poczynania śledzili tylko najbardziej zagorzali wielbiciele. Nagrany po wieloletniej przerwie album "About Time", będący zarazem ostatnim studyjnym dokonaniem oryginalnego składu, był tylko marnym cieniem wcześniejszej twórczości grupy. Przez kolejnych kilkanaście lat muzycy wciąż koncertowali, jednak Alvin Lee sprzeciwiał się nagraniu nowego materiału studyjnego. Dopiero po jego odejściu (w 2003 roku) powstały dwa nowe albumy - jednak dla większości fanów Ten Years After to tylko Alvin Lee, więc jakiekolwiek nagrania bez niego były skazane na porażkę. Dwa lata temu doszło do kolejnego rozpadu, w wyniku którego nowym basistą został Colin Hodgkinson (prawdziwy weteran, mający za sobą m.in. współpracę z Alexisem Kornerem, Mickiem Jaggerem i Whitesnake, oraz własnym jazzrockowym triem Back Door), a rola wokalisty i gitarzysty przypadła młodemu muzykowi Marcusowi Bonfantiemu. Z oryginalnego składu pozostali jedynie klawiszowiec Chick Churchill i perkusista Ric Lee.

Przyznam, że trochę obawiałem się tego występu. Spodziewałem się, że obecne Ten Years After to tylko cover band (poniekąd tak jest, skoro najnowsze utwory z setlisty powstały w 1972 roku), grający największe przeboje w wersjach wiernym studyjnych pierwowzorów. Przyjemnie się jednak "rozczarowałem". Muzykom udało się rewelacyjnie przywołać klimat rockowych występów sprzed ponad czterech dekad. Owszem, w repertuarze nie zabrakło przebojów - z "I'd Love to Change the World", "Love Like a Man", "Good Morning Little Schoolgirl" i "I'm Going Home" na czele - ale zagrane zostały w dość rozbudowanych wersjach, z długimi solówkami. Nie zabrakło też licznych niespodzianek, w postaci mniej znanych utworów, jak np. "I'm Coming On", "Me and My Baby", "Working on the Road", czy niesamowitego "Standing at the Station". Całość zaś rozpoczęła się dokładnie tak samo, jak najlepszy studyjny album grupy, "Cricklewood Green", czyli od utworu "Sugar the Road". Warto jeszcze wspomnieć o porywającym, jak zwykle, bluesie "I Woke Up This Morning". Do pełni szczęścia zabrakło tylko "Help Me" i "I Can't Keep from Cryin' Sometimes".

Wykonaniom nie brakowało energii, większość utworów została zagrana z prawdziwie hardrockowym czadem (z chwilami wytchnienia, np. w postaci jazzującego "Me and My Baby"). Całe show spadło oczywiście na młodego Bonfantiego, który naprawdę dobrze wywiązał się z roli frontmana. Wokalnie idealnie wpasował się w styl Alvina Lee, jako gitarzysta też poradził sobie z jego partiami (a w "One of These Days" zagrał także na harmonijce). Pozostali muzycy, którzy przekroczyli już siedemdziesiątkę, grali w skupieniu, jednak także dawali z siebie wszystko. Chick Churchill zaprezentował swoje umiejętności chociażby w "Hear Me Calling", w którym zagrał długą solówkę. Sam utwór wypadł zresztą dużo lepiej niż w wersji studyjnej, także dzięki zaangażowani publiczności we wspólne śpiewanie. Ric Lee i Colin Hodgkinson dostali dodatkowy czas na solowe popisy. Pierwszy w obowiązkowym punkcie koncertów grupy, "Hobbit", składającym się głównie z perkusyjnego popisu (po tym utworze Lee wygłosił do publiczności dłuższą przemowę); drugi zaś wykonał kompozycję "San Francisco Bay Blues" (z repertuaru Jesse'a Fullera) - samodzielnie ją śpiewając i akompaniując sobie na basie, który przejmował rolę zarówno gitary rytmicznej, jak i solowej.

Naprawdę nic nie mogę zarzucić organizacji koncertu. Brzmienie nie było może powalające - dźwięk był trochę zbyt głośny, przez co lekko zniekształcony - ale akustyka klubu była znacznie lepsza niż większych, sportowych obiektów (typu Ergo Arena). Kto chciał stać pod sceną - mógł się tam dostać bez problemu, kto chciał oglądać na siedząco - mógł siedzieć w miejscu z dobrym widokiem na scenę. Atmosfera była całkiem przyjemna, dzięki dojrzałej publiczności (bez gówniarzy pogujących do czego popadnie, i do metalu, i do folku). Koncert zakończył się o przyzwoitej porze, dzięki czemu bez problemu można było wrócić tramwajem na drugi koniec miasta (kto mieszka w Gdańsku ten wie, że po dwudziestej trzeciej komunikacja miejsca praktycznie przestaje funkcjonować i trafienie na linię nocną w odpowiednim czasie to cud).

Zobaczenie na żywo jednego z najlepszych bluesrockowych zespołów, i to w zaskakująco dobrej formie, było naprawdę fantastycznym przeżyciem. Był to zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów, w jakich uczestniczyłem. Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się zobaczyć jakiś innych klasyków rocka i to właśnie w takich, klubowych warunkach.

Setlista:

1. Sugar the Road
2. One of These Days
3. I'm Coming On
4. Hear Me Calling
5. I'd Love to Change the World
6. Me and My Baby
7. Working on the Road
8. San Francisco Bay Blues
9. If You Should Love Me
10. Hobbit
11. Love Like a Man
12. Standing at the Station
13. I Say Yeah
14. Good Morning Little Schoolgirl
15. I'm Going Home
Bis:
16. I Woke Up This Morning
17. Choo Choo Mama


PS. W roli supportu wystąpiła wejherowska grupa White Room, która niestety postawiła głównie na covery - repertuar składał się z jednego autorskiego kawałka (o znajomej nazwie "I Am Going Home"), kilku utworów Breakoutu, oraz zagranego na koniec fragmentu "Love Like a Man" Ten Years After.




26 października 2016

[Recenzja] Stone the Crows - "Stone the Crows" (1970)



Szkocki zespół Stone the Crows powstał pod koniec lat 60. i wykonywał muzykę na pograniczu rocka i bluesa. Bynajmniej nic oryginalnego. Takich kapel było wówczas bez liku. A jednak Szkoci posiadali pewien atut, wyróżniający ich spośród podobnych grup. Przy mikrofonie stała bowiem wokalistka, Maggie Bell. W tamtych czasach kobiety niezwykle rzadko zasilały składy rockowych zespołów, szczególnie w Wielkiej Brytanii był to prawdziwy ewenement. W dodatku nie była to byle jaka wokalistka, a obdarzona naprawdę mocnym głosem, kojarzącym się natychmiast z Janis Joplin. Towarzyszący jej instrumentaliści również byli muzakami z wysokiej półki. Gitarzysta Les Harvey, śpiewający basista Jimmy Dewar i klawiszowiec John McGinnis doskonale znali się na swoim fachu, zaś perkusista Colin Allen doświadczenie zdobywał u samego Johna Mayalla, co jest najlepszą możliwą rekomendacją w świecie brytyjskiego bluesa.

Zespół nie mógł być zresztą zły, skoro zainteresował się nim sam Peter Grant, słynny menadżer Led Zeppelin, i postanowił przyjąć muzyków pod swoje skrzydła. Wiąże się z tym pewna anegdota. Gdy Grant po raz pierwszy usłyszał zespół, występujący jeszcze pod nazwą Power, wykrzyknął słowa stone the crows - w Wielkiej Brytanii zwrot ten jest wyrażeniem zaskoczenia, a w tym wypadku pewnie i zachwytu. Muzykom tak się to spodobało, że postanowili przemianować zespół. Grant zaś został ich menadżerem, wespół z Markiem Londonem. London został także producentem grupy.

Niestety, debiutancki album Stone the Crows pozostawia spory niedosyt. Nie udało się na nim odtworzyć porywających występów grupy. Fatalnym pomysłem było rozpoczęcie całości wolną balladą "The Touch of Your Loving Hand", w warstwie instrumentalnej zdominowaną przez pianino elektryczne i organy. Jej ckliwy charakter podkreśla damsko-męski duet wokalny Bell i Dewara (który, nawiasem pisząc, śpiewał później na pierwszych solowych albumach Robina Trowera). Utwór trwa ponad sześć minut i bardzo się dłuży. O wiele lepiej w roli otwieracza sprawdziłby się kolejny utwór, "Raining in Your Heart" - rozpędzony, zadziorny brzmieniowo, pełen świetnych solówek McGinnisa i Harveya, a także ekspresyjnego śpiewu dwójki wokalistów. To najlepszy fragment albumu - jedyny, który pokazuje jak grupa brzmiała na koncertach.

Ponadto na pierwszej stronie winylowego wydania znalazły się dwie przeróbki: akustyczny blues "Blind Man" autorstwa Josha White'a Juniora, który dzięki oszczędnej aranżacji w pełni pokazuje wokalne możliwości Maggie Bell, a także beatlesowski "The Fool on the Hill", który w tej wersji stracił swój psychodeliczny klimat, broni się jednak jako zgrabna, klimatyczna ballada. Całą drugą stronę albumu wypełnia natomiast 17-minutowa kompozycja "I Saw America". Nie jest to typowy dla bluesrockowych wykonawców jam, a próba stworzenia wieloczęściowej suity progrockowej. Niestety, muzycy znacznie przecenili swoje umiejętności i efekt jest, delikatnie mówiąc, kiepski. Poszczególne fragmenty są naprawdę fajne i jako osobne utwory by się obroniły. Ale połączono je kompletnie bez pomysłu, przez co całość jest po prostu chaotyczna. Doskonały przykład przerostu formy nad treścią.

Debiutancki album Stone the Crows pozostawia mieszane odczucia. Choć mam wrażenie, że wszystkie jego wady wynikają z niekompetencji producenta, niż z winy muzyków. To przecież producent powinien odwieść zespół od nagrania czegoś tak nieprzemyślanego, jak "I Saw America" (tymczasem jego nazwisko widnieje na liście kompozytorów tego utworu), a także zadbać o właściwe ułożenie tracklisty (aby nie zniechęcać słuchaczy umieszczeniem najbardziej smętnego kawałka na samym początku). Mimo wszystko, "Stone the Crows" przyniósł pewien powiew świeżości na scenie brytyjskiego blues rocka. W sumie bardzo fajne to granie, choć niewykorzystujące potencjału grupy.

Ocena: 7/10



Stone the Crows - "Stone the Crows" (1970)

1. The Touch of Your Loving Hand; 2. Raining in Your Heart; 3. Blind Man; 4. The Fool on the Hill; 5. I Saw America

Skład: Maggie Bell - wokal; Les Harvey - gitara; Jimmy Dewar - bass, wokal; Colin Allen - perkusja i instr. perkusyjne; John McGinnis - instr. klawiszowe
Producent: Mark London


23 października 2016

[Recenzja] Pelander - "Time" (2016)



Podobno w dzisiejszych czasach muzycy nie zarabiają na wydawaniu nowych albumów, a tylko na koncertowaniu - stąd też więcej czasu spędzają na trasach niż w studiu. W tym kontekście dziwić może podejście Szwedów z Witchcraft, którzy ostatni koncert zagrali trzy lata temu - wydanego na początku bieżącego roku longplaya "Nucleus" nie promował ani jeden występ. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki braku koncertowych zobowiązań, Magnus Pelander - wokalista, gitarzysta i jedyny stały członek Witchcraft - miał czas na przygotowanie solowego albumu. "Time" nie jest jego debiutem w roli solisty - w 2010 roku wydał EPkę "A Sinner's Child" - jest natomiast jego pierwszym długogrającym wydawnictwem sygnowanym własnym nazwiskiem.

Zawartość "Time" ma sporo wspólnego z twórczością Witchcraft - rozpoznawalny głos i sposób komponowania Magnusa, czy oczywiste inspiracje muzyką z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Tutaj jednak nie znajdziemy ciężkich, sabbathowych riffów, a głównie akustyczne granie, o wyraźnie folkowym klimacie. Całość rozpoczyna się od znanego już na długo przed premierą "Umbrella". To naprawdę udany utwór, z chwytliwą melodią i ciekawą aranżacją - poza głosem i gitarą Pelandera pojawiają się tu także partie fletu i skrzypiec, oraz żeńskie chórki - dzięki której udało się wytworzyć bardzo fajny klimat, taki pogańsko-folkowy. W kolejnym utworze, "Family Song", partii wokalnej i gitarze akustycznej towarzyszą tylko okazjonalne klawiszowe ozdobniki. To nieco słabszy fragment albumu, dość banalny melodycznie. Tuż po nim rozbrzmiewa jednak przepiękny "The Irony of Man". Bardzo delikatny, wręcz intymny utwór, z ascetyczną partią gitary, znów ozdobioną fletem, skrzypcami i żeńskim drugim wokalem.

Pelander próbuje też swoich sił w progresywnym folku, czego przykładem prawie dziewięciominutowy "True Colour" i niemal dziesięciominutowy "Precious Swan". Pierwszy z nich zaczyna się bardzo intrygująco, ale potem zdaje się zmierzać donikąd - za dużo w nim powtórzeń, a poszczególnym fragmentom brakuje płynności. Zupełnie inaczej sytuacja przedstawia się w przypadku "Precious Swan" - naprawdę niezwykłej kompozycji, z przepiękną, zgrabnie skonstruowaną melodią, a także dość dziwną instrumentalną częścią środkową, która przywołuje skojarzenia z "First Utternace" grupy Comus. Ciężko uwierzyć, że taki utwór powstał w XXI wieku, że nie jest to jakaś zagubiona kompozycja sprzed czterdziestu-paru lat. Podstawową część albumu zamyka utwór tytułowy - znów dość wyciszony, z subtelnym akompaniamentem gitary akustycznej, bardzo zgrabny melodycznie. Większość wydań "Time" na tym się jednak nie kończy. Bonusowy utwór "Rebecka" wyróżnia się najbardziej ascetycznym charakterem i celowo gorszym, zaszumionym brzmieniem, podkreślającym jego intymny charakter.

Porównując "Time" z ostatnim albumem Witchcraft, można dojść do wniosku, że obecnie Magnus Pelander o wiele lepiej czuje się w klimatach folkowych, niż ciężkim rockowym graniu. "Time" to album niewymuszony i szczery, czego nie można powiedzieć o "Nucleus". Zespół utknął w pewnej konwencji, gra to, czego oczekują fani, nie pozwala już sobie na eksperymenty z innymi stylami, jakich przecież nie brakowało na pierwszych trzech albumach. Dobrze, że Pelander zdecydował się zrealizować swoje prawdziwe ambicje pod innym szyldem. Osobiście nie miałbym nic przeciwko temu, by w przyszłości skupił się głównie na solowej karierze. Chyba, że znów odnajdzie w sobie zamiłowanie do cięższego grania.

Ocena: 7/10



Pelander - "Time" (2016)

1.  Umbrella; 2. Family Song; 3. The Irony of Man; 4. True Colour; 5. Precious Swan; 6. Time; 7. Rebecka

Skład: Magnus Pelander - wokal, gitara, instr. perkusyjne
Gościnnie: Rage Widerberg - bass (1), pianino (2,5); Gustav Hafvenstein - flet (1,3), trąbka (7); Hannah Lindgren - wiolonczela (1,3-5); Emma Hedlund - skrzypce (1,3-5); Mariam Wallentin - dodatkowy wokal (1,3,4,6); Katarina Lilja - dodatkowy wokal (5)
Producent: Michael Linder


21 października 2016

[Recenzja] Gentle Giant - "Gentle Giant" (1970)



Gentle Giant to zespół w pewnych kręgach kultowy, choć na ogół nie wymieniany jednym tchem z czołowymi przedstawicielami rocka progresywnego. Tymczasem jest to jedna z ciekawszych grup w tym nurcie, posiadająca swój własny styl i brzmienie. Oczywiście, można doszukać się różnych podobieństw - czy to do King Crimson, czy np. Genesis. Ale przecież żaden rockowy wykonawca nie jest wolny od różnych wpływów, a podobieństwa często wynikają z czerpania z tych samych inspiracji.

Debiutancki album Gentle Giant jest jednak jeszcze dość zachowawczy. Szczególnie dotyczy to jego drugiej strony, której zawartość to niemalże konwencjonalny rock tamtych czasów. Kompozycja "Nothing at All", choć najdłuższa w repertuarze zespołu, nie przypomina monumentalnych suit innych progresywnych gigantów. Więcej ma wspólnego z ambitniejszą odmianą hard rocka. Rozpoczyna się balladowo - gitara akustyczna i harmoniczna partia wokalna prowadzą bardzo ładną melodię, a w tle przyjemnie pulsuje bas. W czwartej minucie następuje hardrockowe zaostrzenie, utwór nabiera riffowego charakteru, pojawia się osra gitarowa solówka, a potem także długie solo na perkusji, do którego po pewnym czasie dołącza nieco chaotyczna partia pianina. Na koniec muzycy wracają do balladowego grania. Kolejny utwór, "Why Not?", mocno opiera się na bluesowo-hardrockowych schematach. Nie brakuje w nim gitarowo-organowych popisów, ani ciężkiej gry sekcji rytmicznej. Z drugiej strony, wyróżnia się bogatymi partiami wokalnymi (przez co może kojarzyć się z twórczością Uriah Heep), a także łagodniejszym fragmentem, w którym akompaniament stanowi wyłącznie partia fletu.

Pod hardrockowe granie można na upartego podciągnąć także otwierający całość "Giant", cechujący się sporą energią i ciężkim brzmieniem. Utwór posiada jednak bardzo bogatą aranżację i nieoczywistą, progrockową strukturę. Podobny charakter ma "Alucard", w którym wiodącą rolę odgrywają partie instrumentów dętych i klawiszowych, w tym syntezatora (a konkretnie Minimooga). Zapowiedzią późniejszych dokonań Gentle Giant są natomiast utwory "Funny Ways" i "Isn't It Quiet and Cold?" - oba wyraźnie inspirowane muzyką dawną, co dodatkowo podkreśla wykorzystanie instrumentów smyczkowych i - w drugim z nich - ksylofonu. Muzycy oczywiście nie uciekają całkowicie od bardziej współczesnych wpływów - w "Funny Ways" pojawia się ostra solówka gitarowa, zaś melodia "Isn't it Quiet and Cold?" ma wyraźnie beatlesowski charakter (nie sposób uniknąć skojarzeń z psychodelicznym okresem twórczości Wspaniałej Czwórki). Całości dopełnia instrumentalny, niespełna dwuminutowy "The Queen", będący nieco swobodną interpretacją brytyjskiego hymnu "God Save the Queen". Pomysł został później powtórzony przez grupę Queen na jej czwartym albumie, "A Night at the Opera".

Debiutancki album Gentle Giant na ogół oceniany jest nieco niżej od kilku następnych albumów grupy. Prawdopodobnie właśnie ze względu na konwencjonalny charakter niektórych utworów i jeszcze nie w pełni ukształtowany własny styl. Kolejne albumy zespołu na pewno są bardziej dojrzałe i nowatorskie, jednak muzycy już tutaj zaprezentowali wielki talent kompozytorski, aranżacyjny i wykonawczy. Zachowali też dobre proporcje między graniem ambitnym, a - nazwijmy to - bardziej rozrywkowym. I chyba właśnie dlatego jest to jeden z moich ulubionych albumów, jeśli nie najulubieńszy, w dyskografii grupy.

Ocena: 9/10



Gentle Giant - "Gentle Giant" (1970)

1. Giant; 2. Funny Ways; 3. Alucard; 4. Isn't It Quiet and Cold?; 5. Nothing at All; 6. Why Not?; 7. The Queen

Skład: Derek Shulman - wokal (1-3,5,6), bass (4); Gary Green - gitara, dodatkowy wokal; Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wokal (3,6), bass (2), wiolonczela (2), ksylofon (4); Phil Shulman - wokal (2-5), saksofon, flet, trąbka; Ray Shulman - bass, gitara (5-7), skrzypce (2,4), dodatkowy wokal; Martin Smith - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Paul Cosh - sakshorn (1); Claire Deniz - wiolonczela (4)
Producent: Tony Visconti


19 października 2016

[Recenzja] Willie Dixon - "I Am the Blues" (1970)



Willie Dixon to jedna z najważniejszych i najbardziej wpływowych postaci muzyki bluesowej. Urodził się w 1915 roku w stanie Mississippi, zaś w latach 30. wyemigrował do Chicago. Początkowo dzielił swój czas między boksem (w 1937 roku zdobył tytuł mistrza wagi ciężkiej) i muzyką. W latach 40. poświęcił się już całkowicie tej drugiej pasji, występując - jako wokalista i basista - w licznych bluesowych zespołach. Punkt zwrotny w jego karierze nastąpił w 1951 roku, gdy rozpoczął pracę w wytwórni Chess Records. Jako producent, aranżer, kompozytor i muzyk sesyjny współpracował z czołowymi przedstawicielami chicagowskiego bluesa. W tym okresie nagrał też kilka albumów sygnowanych wspólnie z Memphisem Slimem.

W 1969 roku Dixon zarejestrował swój pierwszy solowy album. Zatytułował go "I Am the Blues" - nieco zarozumiale, ale miał do tego pełne prawo jako kompozytor niezliczonych standardów bluesowych. W latach 50. i 60. przyniosły one popularność innym bluesmanom, tym razem zostały nagrane przez ich kompozytora. Dixon wybrał dziewięć utworów, które oryginalnie zarejestrowali Howlin' Wolf ("Back Door Man", "Spoonful", "I Ain't Superstitious", "The Little Red Rooster"), Muddy Waters ("You Shook Me", "I'm Your Hoochie Coochie Man", "The Same Thing"), Otis Rush ("I Can't Quit You, Baby") i Willie Mabon ("The Seventh Son"). Wszystkie  z nich - może z wyjątkiem "The Same Thing" i "The Seventh Son" - to niekwestionowana klasyka bluesa.

Zresztą nie tylko bluesa. Utwory te zostały nagrane także przez niezliczonych wykonawców rockowych, żeby wspomnieć tylko o The Rolling Stones ("The Little Red Rooster"), Johnie Mayallu ("I Can't Quit You, Baby"), Cream i Ten Years After (obie grupy sięgnęły po "Spoonful"), The Doors ("Back Door Man"), The Jeff Beck Group ("You Shook Me", "I Ain't Superstitious"), Led Zeppelin ("You Shook Me", "I Can't Quit You, Baby"), The Allman Brothers Band ("I'm Your Hoochie Coochie Man"), albo Climax Chicago Blues Band ("The Seventh Son"), czy nawet zespoły bardziej odległe od bluesa, jak Motörhead (znów "I'm Your Hoochie Coochie Man") i Megadeth ("I Ain't Superstitious"). Rockowi wykonawcy sięgali też chętnie po inne, niezawarte na tym albumie kompozycje Dixona, jak chociażby "Evil" czy "I Just Want to Make Love to You" (oryginalnie nagrane przez - odpowiednio - Wolfa i Watersa).

Na "I Am the Blues" utwory są zaaranżowane w podobny sposób, co ich oryginalne wersje. Mamy tu więc do czynienia ze stricte bluesowym graniem, na swój sposób bardzo energetycznym (nie licząc dwóch bardziej stonowanych kompozycji - "I Can't Quit You Baby" i "You Shook Me"), ale niezbyt ciężkim brzmieniowo i pozbawionym rozbudowanych improwizacji. Tu chodzi przede wszystkim o osiągnięcie specyficznego klimatu, budowanie napięcia i dramaturgii. Ważną rolę odgrywają teksty, a muzyka jest ściśle związana z emocjonalnym śpiewem Dixona. Akompaniament stanowi bardzo typowe dla bluesa instrumentarium: gitara, harmonijka i pianino jako instrumenty solowe, a także wyrazista sekcja rytmiczna, z pulsującym basem i mocna perkusja. Warto dodać, że wśród towarzyszących Dixonowi w nagraniach muzyków, znalazło się kilka ważnych dla sceny chicagowskiego bluesa postaci, jak słynny harmonijkarz Walter Horton czy pianiści Lafayette Leake i Sunnyland Slim.

"I Am the Blues" może być świetnym wprowadzeniem do chicagowskiego bluesa. Willie Dixon zebrał tutaj większość swoich najlepszych kompozycji, będących zarazem absolutną klasyką gatunku. Każdy wielbiciel klasycznego rocka z pewnością zna ich urockowione przeróbki, warto więc przekonać się jak brzmią w wykonaniu ich autora.

Ocena: 9/10



Willie Dixon - "I Am the Blues" (1970)

1. Back Door Man; 2. I Can't Quit You, Baby; 3. The Seventh Son; 4. Spoonful; 5. I Ain't Superstitious; 6. You Shook Me; 7. (I'm Your) Hoochie Coochie Man; 8. The Little Red Rooster; 9. The Same Thing

Skład: Willie Dixon - wokal i bass; Johnny Shines - gitara; Clifton James - perkusja; Lafayette Leake - pianino; Sunnyland Slim - pianino; Walter Horton - harmonijka
Producent: Abner Spector


7 października 2016

[Recenzja] Trettioåriga Kriget - "Krigssång" (1975)



Drugi album szwedzkiego kwartetu Trettioåriga Kriget, zatytułowany "Krigssång" (czyli "pieśń wojenna"), przynosi muzykę łagodniejszą brzmieniowo, choć niepozbawioną dynamiki i energii. Już w otwierającym całość utworze tytułowym istotną rolę pełni gitara akustyczna i melotron, jednak utwór stopniowo nabiera na intensywności, dochodzą ostrzejsze solówki i przede wszystkim mocna, głęboka partia basu. W "Metamorfoser" nastrój z początku jest jeszcze bardziej sielski, z czym kontrastuje cięższa część środkowa. Dopiero folkowy "Jag Och Jag Och "Jag"" zawiera stricte akustyczną aranżację. Zarówno klimat, jak i melodia tego kawałka przypomina wczesną twórczością King Crimson (takie utwory, jak "Cadence and Cascade" czy "I Talk to the Wind").

Dla odmiany, tuż po nim rozbrzmiewają dwa cięższe utwory - "Mitt Mirakel" i instrumentalny "Murar" - brzmieniowo i stylistyczne najbliższe poprzedniego albumu. Choć w tym drugim pojawia się coś zupełnie nowego w twórczości grupy - partia skrzypiec, fantastycznie uzupełniająca ostrą partię gitary i intensywną grę sekcji rytmicznej. Finał albumu to ponad 17-minutowy "Krigssång II", łączący cięższe i łagodniejsze oblicze grupy. Muzycy wyszli obronną ręką z próby stworzenia progrockowej suity, zachowując dobre proporcje między bardziej piosenkowymi fragmentami, a instrumentalnymi popisami, zarazem unikając chaosu lub przesadnego patosu. Jedynie partia wokalna Roberta Zimy wypada trochę zbyt pretensjonalnie. Niestety, podobnie jak na debiucie, warstwa wokalna na całym albumie pozostawia sporo do życzenia. I znów jest to jedyny zarzut, jaki mogę postawić grupie.

"Krigssång" to dowód rozwoju zespołu, który stworzył bardziej różnorodny i lepiej skomponowany materiał, niż zawartość - bardzo dobrego przecież - debiutu. Choć z drugiej strony, zwrot ku bardziej piosenkowej formie utworów spowodował, że instrumentaliści mają mniej okazji do pokazania swoich umiejętności. Najgorsze jednak, że nie zrobiono nic, aby poprawić kwestię wokalną. Jeśli zmiana wokalisty nie wchodziła w grę, to można było mu chociaż dać tym razem anglojęzyczne teksty, zamiast trudniejszych do śpiewania szwedzkojęzycznych (tym bardziej, że szwedzki nie jest ojczystym językiem Roberta Zimy). Dlatego też obu albumom wystawiam taką samą ocenę, z zastrzeżeniem, że "Krigssång" mimo wszystko uważam za odrobinę lepszy.

Ocena: 8/10



Trettioåriga Kriget - "Krigssång" (1975)

1. Krigssång; 2. Metamorfoser; 3. Jag Och Jag Och "Jag"; 4. Mitt Mirakel; 5. Murar; 6. Krigssång II

Skład: Robert Zima - wokal; Christer Åkerberg - gitara; Stefan Fredin - bass, dodatkowy wokal; Dag Lundquist - perkusja i instr. perkusyjne, melotron, skrzypce, dodatkowy wokal
Producent: Trettioåriga Kriget


1 października 2016

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Machine Gun: The Fillmore East First Show" (2016)



Na przełomie 1969 i 1970 roku Jimi Hendrix dał cztery występy w nowojorskim Fillmore East (po dwa 31 grudnia i 1 stycznia). Towarzyszył mu wówczas nowy zespół, nazwany Band of Gypsys, w skład którego wchodzili także basista Billy Cox i perkusista Buddy Miles. Grupa okazała się efemerydą. Pod koniec stycznia zagrała jeszcze jeden koncert, który okazał się porażką, z powodu występującego na haju Hendrixa. Niektórzy wierzą, że to ówczesny menadżer, Michael Jeffery, podał muzykowi LSD, ponieważ chciał rozpadu Band of Gypsys i powrotu Experience. Jeżeli tak było, to osiągnął swój cel jedynie połowicznie. Band of Gypsys faktycznie się rozpadło, jednak do powrotu oryginalnego składu Experience nigdy nie doszło. Co prawda, Jimi odnowił współpracę z perkusistą Mitchem Mitchellem, lecz nie z basistą Noelem Reddingiem - zamiast z nim, wolał grać z Coxem.

Wróćmy jednak do występów w Fillmore East. Wszystkie zostały profesjonalnie zarejestrowane. Na wydanym w kwietniu 1970 roku albumie "Band of Gypsys" znalazło się jednak tylko sześć utworów z dwóch ostatnich występów. Na oficjalną publikację innych nagrań trzeba było czekać długimi latami (wciąż nie wydano wszystkich). W 1986 roku ukazał się album "Band of Gypsys 2", wbrew tytułowi tylko częściowo składający się z nagrań z tego okresu (jedno z pierwszego występu, dwa z czwartego). Z kolei w 1999 roku ukazało się bardziej obszerne wydawnictwo "Live at the Fillmore East", zawierające fragmenty wszystkich czterech występów (choć głównie dwóch ostatnich). Do kolejnej publikacji doszło dopiero w 2010 roku, gdy trzy nagrania z drugiego występu trafiły na kompilację "West Coast Seattle Boy: The Jimi Hendrix Anthology". Aż trudno uwierzyć, że przez tyle lat nikt nie wpadł na pomysł publikacji kompletnych zapisów wszystkich występów. Dopiero teraz do sprzedaży trafił "Machine Gun: The Fillmore East First Show", zgodnie z tytułem będący pełną rejestracją pierwszego występu. Z jedenastu zawartych na nim nagrań, tylko trzy były wcześniej wydane ("Hear My Train a Comin'", "Changes" i "Izabella" - wszystkie na "Live at the Fillmore East", a pierwszy ponadto na "Band of Gypsys 2").

Pierwszy występ Band of Gypsys był zdecydowanie najciekawszym, jeśli chodzi o repertuar. Muzycy postanowili bowiem, że nie zagrają żadnego utworu z oficjalnie wydanych na albumów i singli Jimiego. Na repertuar złożyły się zatem utwory zupełnie premierowe lub wykonywane wcześniej tylko na koncertach, a także dwa covery ("Stop" Howarda Tate'a, "Bleeding Heart" Elmore'a Jamesa). Co ciekawe, zespół miał w zanadrzu więcej premierowych kompozycji - dwie kolejne zadebiutowały podczas drugiego występu ("Who Knows", "Stepping Stone"), a jedna dopiero na ostatnim ("We Gotta Live Together"). Na kolejnych występach, szczególnie drugim i czwartym, zespół grał także popularne utwory z czasów Experience, ograniczając tym samym ilość nowych kawałków. Prawdopodobnie zmiana repertuaru wynikała z reakcji publiczności, która przyszła słuchać znanych hitów, a nie zupełnie sobie nieznanego materiału, choćby nawet był lepszy. A moim zdaniem był lepszy.

Jimi był tego wieczoru w świetnej formie, jego gitarowe popisy olśniewają w każdym w utworze. A czarnoskóra sekcja rytmiczna dodaje do nich funkowego pulsu. Ciężka, bardzo gęsta gra Coxa i Milesa doskonale uzupełnia gitarowe partie Hendrixa, często wchodząc z nim w interakcję. Czasem lider pozwala im nawet zagrać krótkie solówki. Za czasów Experience coś takiego było nie do pomyślenia, Mitchell i Redding całkowicie ograniczali się do zapewnienia rytmicznego podkładu. O żadnej interakcji, ani tym bardziej o ich wychodzeniu na pierwszy plan, nie było mowy. W dodatku perkusista udziela się tu także wokalnie. Jego wysoki, soulowy śpiew ciekawie dopełnia niższe partie Hendrixa. A w dwóch utworach Buddy Miles pełni rolę głównego wokalisty - w mocno soulowym, ale niepozbawionym hardrockowego ciężaru "Changes", którego zresztą jest kompozytorem, oraz w znacznie zaostrzonej przeróbce soulowego przeboju "Stop". Taka wokalna różnorodność wychodzi zdecydowanie na dobre. Oba utwory są także świetne pod względem muzycznym.

Fuzja hard rocka i funku rewelacyjnie wyszła w takich utworach, jak "Power of Soul", "Lover Man", "Izabella" i "Ezy Ryder", w których znajdziemy mnóstwo energii, świetne melodie, odpowiednio ciężkie brzmienie i porywającą grę całego tria. Są też utwory o bardziej rozimprowizowanym charakterze. "Machine Gun", będący wizytówką tego składu, ustępuje co prawda wersji z "Band of Gypsys", ale trzeba pamiętać, że tutejsze wykonanie było zupełnie pierwszym, więc miało prawo zabrzmieć nieco mniej porywająco. Zresztą i tak jest świetne. A imitowanie karabinu maszynowego za pomocą gitary i perkusji już tutaj wyszło doskonale. W każdym calu rewelacyjne jest tutejsze wykonanie "Hear My Train a Comin'", wiele zyskujące dzięki cięższej (niż w wykonaniach innych składów), a zarazem bardzo pomysłowej grze sekcji rytmicznej. Mamy tu też jedne z najwspanialszych solówek, jakie Jimi zagrał w całej karierze. Bardzo przyjemnym urozmaiceniem jest bluesowa ballada "Bleeding Heart" - jednak i tutaj nie ma ani chwili wytchnienia, dzięki emocjonującym partiom gitary. Odrobinę słabiej, na tle całości, wypada końcówka albumu. W utworach "Earth Blues" i "Burning Desire" nie brakuje energii ani świetnych popisów instrumentalistów, ale nieco mniej ciekawa jest warstwa melodyczna, a drugi z nich ponadto jest trochę chaotyczny. Nie obniża to jednak wartości albumu.

"Machine Gun: The Fillmore East First Show" to jedna z najlepszych koncertówek w dorobku Jimiego Hendrixa. A może po prostu najlepsza. Poza świetnym repertuarem i porywającym wykonaniem, trzeba też wspomnieć o perfekcyjnym brzmieniu (bardzo wyrazistym i naturalnym, idealnie pasującym do takiej muzyki). Warto postawić ten album na swojej półce obok "Band of Gypsys". Mam nadzieję, że wydane zostaną także zapisy trzech pozostałych występów Band of Gypsys w Fillmore East. Jimi Hendrix był wówczas w niewiarygodnej formie, a sekcja rytmiczna Cox/Miles była najlepszą, z jaką występował.

Ocena: 9/10



Jimi Hendrix - "Machine Gun: The Fillmore East First Show" (2016)

1. Power of Soul; 2. Lover Man; 3. Hear My Train a Comin'; 4. Changes; 5. Izabella; 6. Machine Gun; 7. Stop; 8. Ezy Ryder; 9. Bleeding Heart; 10. Earth Blues; 11. Burning Desire

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - gitara basowa, dodatkowy wokal;  Buddy Miles - perkusja, wokal (4,7), dodatkowy wokal
Producent: Janie Hendrix, Eddie Kramer i John McDermott