31 marca 2021

[Przegląd] Nie tylko Magma, czyli zeuhl warty uwagi

Niezwykle rzadko się zdarza, by jakiś wykonawca wypracował sobie na tyle odrębny styl, by uznano go za zupełnie nowy podgatunek. Tak stało się jednak w przypadku francuskiej grupy Magma i muzycznych idei jej lidera, Christiana Vandera. Czerpiąc inspiracje ze współczesnej muzyki poważnej (Igor Strawinski, Carl Orff) i nowoczesnego jazzu (John Coltrane), a następnie przekładając je na elektryczne, kojarzone raczej z rockiem instrumentarium, stworzył zupełnie nową, niepodobną do innych odmianę rocka progresywnego. Do jej głównych cech charakterystycznych nalezą uwypuklone, transowe partie rytmiczne oraz wielogłosowe, quasi-chóralne partie wokalne w wymyślonym języku kobajańskim, ułatwiającym improwizację. Vander wymyślił też nazwę dla tego stylu - zeuhl, co po kobajańsku miało znaczyć niebiański.

Choć Magma nigdy nie odniosła sukcesu na skalę światową, doczekała się licznych naśladowców, głównie we Francji i Japonii. Przy czym japoński zeuhl pojawił się nieco później, a ponadto dość istotnie się różni - jest bardziej brutalny, mniej wyrafinowany i praktycznie całkiem pozbawiony wpływów jazzowych. Francuskim zespołom reprezentującym ten styl - nierzadko zakładanym przez byłych muzyków Magmy -  zdecydowanie bliżej do tego, co proponował Vander. Choć nawet wśród nich niewielu decydowało się na śpiewanie po kobajańsku. Prawie nikomu nie udało się osiągnąć równie wysokiego poziomu. Najlepsze efekty osiągali ci wykonawcy, którzy próbowali jakoś rozwinąć tę stylistykę, albo czerpali też inspirację od innych twórców. Właśnie na nich skupiam się w tym przeglądzie. Wybrałem dwanaście zespołów lub solistów, krótko omawiając po jednym, zazwyczaj najbardziej reprezentatywnym albumie. Zdecydowana większość z nich ukazała się w latach 1977-81, nierzadko jako prywatne tłoczenia w małym nakładzie, co bynajmniej nie wyklucza profesjonalnego podejścia muzyków. Całkowicie pominąłem japońską scenę oraz bardziej współczesnych i odtwórczych naśladowców.

12 najlepszych albumów zeuhl, których nie nagrała Magma:



Abus Dangereux - "Le quatrième mouvement" (1980)

1. Le Quatrième Mouvement; 2. Interlude (Percussions); 3. Funk Au Château; 4. Thème D'Hiver; 5. Danse De Pâques; 6. Le Roy Est Mort, Vive Le Roy; 7. Ballade Courte

Skład: Pierre-Jean Gaucher - gitara; Eric Bono - instr. klawiszowe; Laurent Krzewina - saksofon; Nigel Warren-Green - wiolonczela; Pascal Gaillard - gitara basowa; Alain Mourey - perkusja; Dan Ken - wibrafon; Arnaud Jarlan - instr. perkusyjne; Sylvie Voise - wokal; Caitriona Walsh - wokal
Producent: Arnaud Jarlan

Wieloosobowa grupa Abus Dangereux istniała niespełna dekadę i pozostawiła po sobie trzy albumy studyjne oraz koncertówkę. Debiutancki "Le quatrième mouvement" wyraźnie wskazuje na dość rozległe inspiracje zespołu. Do zawartej tu muzyki najlepiej chyba pasuje określenie jazz-rock, choć złożona rytmika wskazuje też na silny wpływ awangardowych odmian rocka progresywnego. Słychać również pewne echa sceny Canterbury, a basista Pascal Gaillard ewidentnie zdradza fascynację twórczością Magmy. Pomimo rozbudowanego instrumentarium, jego masywne partie przez niemal cały czas pozostają wysunięte wręcz na pierwszy plan i przyciągają nie mniejszą uwagę, niż solówki gitary czy saksofonu. Pewne skojarzenia z zeuhlem budzą również quasi-operowe wokalizy Sylvie Voise i Caitriony Walsh, choć w ich przypadku trudno mówić o dokładnym kopiowaniu rozwiązań proponowanych przez grupę Vandera.

Ocena: 7/10



Archaïa - "Archaïa" (1977)

1. Soleil Noir; 2. L'arche Des Mutations; 3. Sur Les Traces Du Vieux Roy; 4. La Roue; 5. Le Festin Du Lion Vert; 6. Massa Confusa; 7. Le Grand Secret; 8. Vol Du Phenix

Skład: Philippe Bersan - syntezator, instr. perkusyjne, wokal; Pierrick Le Bras - gitara, syntezator, wokal; Michel Munier - gitara basowa
Producent: Dominique Calmel
Okładka, przygotowana przez basistę Michela Muniera, bardzo dobrze wprowadza w klimat albumu, choć to jeszcze nie ten najmroczniejszy zeuhl w wykonaniu Shub Niggurath. Archaïa to zespół ewidentnie zapatrzony w Magmę, aczkolwiek szukający też inspiracji w progresywnej elektronice z okolic Heldon. Najbardziej słychać jej wpływ na przykładzie utworów "Sur Les Traces Du Vieux Roy" i "Le Festin Du Lion Vert". Ciekawostką jest również brak tak nieodzownego w zeuhlu - jakby się zdawało - instrumentu, jak perkusja. Pojawiają się jedynie perkusjonalia, najbardziej prominentnie w "La Roue". Nie można zatem odmówić tej płycie dość twórczego podejścia do naśladownictwa, choć efekt moim zdaniem nie powala. Zespół nie miał do zaoferowania wiele pod względem kompozytorskim czy wykonawczym, aranżacje też zdają się trochę niedopracowane. Sami muzycy najwyraźniej zdawali sobie sprawę ze swoich braków i nic więcej już nie nagrali. Może jednak podjęli tę decyzję zbyt pochopnie, bo mimo wszystko słychać tu potencjał.

Ocena: 7/10



Dün - "Eros" (1981)

1. L'épice; 2. Arrakis; 3. Bitonio; 4. Eros

Skład: Jean Geeraerts - gitara; Bruno Sabathe - pianino, syntezator; Alain Termolle - wibrafon, ksylofon, instr. perkusyjne; Pascal Vandenbulcke - flet; Thierry Tranchant - gitara basowa; Laurent Bertaud - perkusja
Producent: Dün
Opisałem już tutaj ten album. To zdecydowanie najbardziej interesujące wydawnictwo z tej listy, pokazujące bardzo twórcze rozwinięcie stylistyki zeuhl. Elementy wzięte od Magmy niekoniecznie tu dominują. Można mówić także o silnej inspiracji twórczością Franka Zappy (podobne zabawy rytmiką), nie da się też uniknąć skojarzeń z King Crimson (brzmienie oraz niektóre partie gitary) czy Henry Cow (nieprzewidywalna struktura utworów). Pomimo wyraźnych skojarzeń z tymi czterema wykonawcami, Dün wydaje się czymś niepowtarzalnym. Od większości zeuhlu odróżnia go także praktycznie całkowity brak partii wokalnych, jeśli nie liczyć żartobliwych odgłosów dyszenia w jednym utworze. No właśnie, to dość frywolna muzyka, zupełnie bezpretensjonalna, choć pokazująca naprawdę dobry warsztat wykonawczy instrumentalistów. Wielka szkoda, że zespół pozostawił po sobie tylko ten jeden album.

Ocena: 9/10



Eider Stellaire - "Eider Stellaire" (1981)

1. Onde; 2. Arctis 6eme Éphéméride; 3. Légende; 4. Tetra; 5. Nihil

Skład: Jean-Claude Delachat - gitara; Pierre Gérard-Hirne - instr. klawiszowe; Patrick Singery - gitara basowa; Michel Le Bars - perkusja; Véronique Perrault - wokal; Gościnnie: Marie-Anne Boda - flet, wokal; Michel Moindron - saksofon tenorowy
Producent: Eider Stellaire
Pomimo braku personalnych powiązań z grupą Vandera, Eider Stellaire to jeden z zespołów, którym udało się najbardziej zbliżyć do stylu Magmy. Różnice polegają przede wszystkim na bardziej oszczędnej warstwie wokalnej - eponimiczny debiut zespołu to głównie granie instrumentalne, czasem wzbogacone żeńskimi wokalizami - a także wysunięciu na pierwszy plan gitary. Zarówno ostre brzmienie, jak i niektóre zagrywki Jean-Claude'a Delachata mogą wywoływać skojarzenia z Johnem McLaughlinem z czasów pierwszego składu Mahavishnu Orchestra, choć pod względem możliwości Francuz trochę ustępuje Brytyjczykowi. Jednak jego partie, w połączeniu z elektrycznym pianinem, mocarną sekcją rytmiczną, eterycznym wokalem oraz sporadycznymi dźwiękami dęciaków, tworzą naprawdę świetną całość. Zespół nagrał później jeszcze dwie, niestety już nie tak udane płyty.

Ocena: 8/10



Eskaton - "Fiction" (1983)

1. Automute; 2. Simplicius; 3. Plus Et Moins; 4. Parenthèse; 5. La Danse Des Feux; 6. Le Cinéma; 7. La Mort De Tristan; 8. Les Deux Trucs; 9. F.X.

Skład: Amara Tahir - wokal; Paule Kleynnaert - wokal; Marc Rozenberg - instr. klawiszowe, wokal; Gilles Rozenberg - gitara, instr. klawiszowe; André Bernardi - gitara basowa; Gerard Konig - perkusja
Producent: Eskaton
Eskaton to jeszcze jeden zespół, któremu udawało się wyjątkowo wiernie podrabiać magmową rytmikę. Muzycy zaproponowali jednak trochę lżejszą odmianę zeuhlu, unikając patosu i nie czerpiąc tak wiele z muzyki klasycznej. Uwagę zwraca też nieco inne podejście do wielogłosowych partii wokalnych, które mają bardziej melodyjny charakter. Eskaton swoje wyżyny osiągnął na najwcześniej nagranym, ale wydanym jako drugi "4 Visions". To jedyny album zeuhl, obok "Eros", który mogę z czystym sumieniem postawić obok najlepszych wydawnictw Magmy. Wcześniej ukazał się niemal identyczny stylistycznie, ale nieco słabszy "Ardeur", natomiast późniejszy "Fiction" to już pewien krok do przodu. Dwa pierwsze albumy już recenzowałem, więc tutaj chciałbym skupić się na trzecim. Tym razem zespół postawił na zdecydowanie krótsze utwory, o quasi-piosenkowym charakterze, choć wciąż dość złożone w warstwie rytmicznej. Uwagę zwraca też bardziej elektroniczne, ale z reguły dalekie od ejtisowego kiczu brzmienie. Był to w sumie całkiem niezły pomysł na uwspółcześnienie zeuhlu w czasach mniej sprzyjającym ambitniejszej muzyce, bez jej przesadnego upraszczania, czego nie uniknęła Magma na  wydanym rok później "Merci".

Ocena: 7/10



Laurent Thibault - "Mais On Ne Peut Pas Rêver Tout Le Temps" (1978)

1. Orée; 2. Aquadingen; 3. La Caravane De L'Oubli; 4. Mais On Ne Peut Pas Rêver Tout Le Temps

Skład: Laurent Thibault - gitara basowa, gitara; Francis Moze - gitara basowa; Jacqueline Thibault - instr. klawiszowe; Anne-Sophie - pianino; Richard Raux - saksofon tenorowy; Guy Renaudin - saksofon sopranowy; David Rose - skrzypce; Dominique Bouvier - perkusja; Amanda Parsons, Jean-Claude Delaplace, Lionel Ledissez, Lisa Bois - wokal
Producent: Laurent Thibault
Laurent Thibault to oryginalny basista Magmy, który nie wystąpił co prawda na żadnym albumie zespołu, ale kilka z nich produkował (m.in. eponimiczny debiut i "Attahk"). Jego jedyne solowe wydawnictwo to chyba najbardziej łagodne oblicze zeuhlu, z jakim się zetknąłem. Z zawartą tu muzyką całkiem dobrze koresponduje okładka, sugerująca klimat niczym z amazońskiej dżungli, zamiast kosmicznych podróży Vandera i spółki. Dominują tutaj subtelne brzmienia instrumentów klawiszowych, skrzypiec i dęciaków oraz eteryczne wokalizy (za główny wokal żeński odpowiada Amanda Parsons, znana ze współpracy z Hatfield and the North czy National Health), choć nie brakuje także bardziej intensywnej, zeuhlowej gry sekcji rytmicznej - przede wszystkim w ostatnim na płycie, tytułowym "Mais On Ne Peut Pas Rêver Tout Le Temps". Thibault miał naprawdę fajny pomysł na rozwinięcie stylistyki swoich kolegów i trochę szkoda, że poprzestał na tym jednym albumie.

Ocena: 8/10



Rialzu - "Rialzu" (1978)

1. U Rigiru; 2. Lagramanti; 3. A Mubba

Skład: Christophe Mac-Daniel - instr. klawiszowe, wokal; Dominique Gallet - skrzypce, wokal; Gilles Renne - gitara; François Mac Daniel - gitara basowa, dodatkowy wokal; Olivier Renne - perkusja i instr. perkusyjne; Françoise Augé - dodatkowy wokal; Jean-Philippe Gallet - dodatkowy wokal
Producent: Rialzu
Grupa pozostawiła po sobie tylko ten jeden, niespełna półgodzinny album (na jedynej kompaktowej reedycji, z 2008 roku, można znaleźć jeszcze dwa dodatkowe nagrania, wydłużające longplay o prawie dwadzieścia minut). Pod względem muzycznym mamy tu do czynienia z czymś na kształt mieszanki stylów Magmy i Mahavishnu Orchestra. Z tą drugą łączy ją przede wszystkim identyczne instrumentarium (klawisze, skrzypce, gitara, bas i perkusja), a także silne wpływy fusion. Od pierwszej pożyczono natomiast pewne rozwiązania rytmiczne, dzięki czemu nie brakuje tu tej specyficznej zeuhlowej transowości - szczególnie w utworze "U Rigiru" - aczkolwiek sekcja gra także na inne sposoby. Są też wielogłosowe partie wokalne, jednak zaaranżowane w zupełnie inny sposób niż u grupy Vandera, inspirowany muzyką ludową Korsyki (również teksty są po korsykańsku). Takie wpływy czynią ten album czymś całkiem unikalnym, jednak mam wrażenie, że zespołowi nie udało się tu całkiem wykorzystać swojego potencjału. Może rozszerzona wersja albumu prezentuje się lepiej, jednak w oficjalnym streamingu zamieszczono tylko podstawowy materiał.

Ocena: 7/10



Serge Bringolf - "Strave" (1981)

LP1: 1. Délire (Parts 1-3); 2. Strave I & II
LP2: 1. Utopie; 2. Jodwernssen

Skład: Serge Bringolf - perkusja i instr. perkusyjne, saksofon, wokal; Philippe Gisselmann - saksofony; Jean Gobinet - trąbka; Pascal Beck - puzon; Mary Cherney - flet; Jürgen Roth - flet (LP2:2); Michael Nick - skrzypce; Francois Grillot - gitara basowa; Richard Muller - wibrafon; Mano Kuhn - wokal
Producent: Serge Bringolf
Serge Bringolf, perkusista i saksofonista Alain Eckert Quartet, jako solista zadebiutował dwupłytowym albumem koncertowym. Na scenie towarzyszył mu rozbudowany zespół, obejmujący muzyków grających na saksofonach, trąbce, puzonie, flecie, skrzypcach, gitarze basowej i wibrafonie, a także dodatkowy wokalista (sam lider również udzielał się wokalnie). Zaprezentowana przez nich muzyka łączy w sobie elementy zeuhlu, fusion i third stream. Na repertuar składają się tylko cztery kilkunastominutowe utwory, wszystkie o podobnym charakterze. To dość swobodne improwizacje, oparte wszakże na starannie rozpisanych tematach. Muzykom nie brakuje wykonawczego kunsztu, do aranżacji i kompozycji też nie mogę się przyczepić, jednak mam poczucie, że skrócenie tego materiału do najlepszych momentów wyszłoby na dobre. W tym samym roku Bringolf wydał jeszcze studyjny "Vision", utrzymany w tej samej stylistyce, bardziej treściwy, ale pod wszystkimi innymi względami trochę jednak ustępujący "Strave".

Ocena: 7/10



Shub Niggurath - "Les morts vont vite" (1986)

1. Incipit Tragaedia; 2. Cabine 67; 3. Yog Sothoth; 4. La Ballade De Lénore

Skład: Ann Stewart - wokal; Véronique Verdier - puzon; Jean-Luc Hervé - instr. klawiszowe; Franck W. Fromy - gitara, instr. perkusyjne; Alain Ballaud - gitara basowa; Franck Coulaud - perkusja
Producent: Pierre Benazeth
Najbardziej mroczne oblicze zeuhlu, do którego przymiotnik niebiański zdaje się nijak nie pasować. Wpływ Magmy na Shub Niggurath jest oczywisty, słychać go przede wszystkim w potężnych partiach basu oraz quasi-operowym wokalu (tutaj w wykonaniu jednej wokalistki). Pod względem klimatu bliżej jednak do "Heresie" Univers Zero. To muzyka budząca podobną grozę, choć osiągająca ten efekt za pomocą nieco innych środków: zgiełkliwych partii gitary, kościelnych organów, niemal chaotycznych uderzeń w klawisze fortepianu oraz przeszywającego sopranu Ann Stewart. Intrygującym dopełnieniem brzmienia okazują się dźwięki puzonu. Na oryginalne wydanie albumu składają się tylko cztery utwory - w tym dwa trwające po kilkanaście minut - ale w wersji kompaktowej i w streamingu dorzucono parę bonusów. "Les morts vont vite" to jeden z tych albumów, które twórczo rozwijają idee Vandera. Rezultat może spodobać się nie tylko wielbicielom Magmy i szeroko pojętego rocka progresywnego, ale też chociażby słuchaczom tych bardziej posępnych odmian metalu - choć tu dawka mroku jest o wiele większa.

Ocena: 8/10



Univeria Zekt - "The Unnamables" (1972)


1. You Speak and Speak and Colegram; 2. Altcheringa; 3. Clementine; 4. Something's Cast a Spell; 5. Ourania; 6. Africa Anteria; 7. Ündïa


Skład: Yochk'o Seffer - saksofon; Teddy Lasry - saksofon, flet, organy; Tito Puentes - trąbka; François Cahen - pianino; Claude Engel - gitara; Francis Moze - gitara basowa, organy; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne; Lucien Zabuski - wokal (2); Lionel Ledissez - wokal (4); Klaus Blasquiz - wokal (7), instr. perkusyjne

Producent: Laurent Thibault

Univeria Zekt to tak naprawdę Magma, z okresu gdzieś pomiędzy nagraniem dwóch pierwszych albumów. Decyzja o wydaniu tego materiału pod innym szyldem nie powinna nikogo dziwić, gdyż to muzyka o zdecydowanie innym charakterze. Na album - jedyny pod tą nazwą - składają się głównie kawałki o bardziej piosenkowym, wręcz przebojowym charakterze, pod względem instrumentalnym i wokalnym (teksty są w większości śpiewane po angielsku), bliższe konwencjonalnego jazz-rocka. Nawet rozbudowany instrumental "Africa Anteria" wypada wyjątkowo przystępnie. Takie było zresztą założenie tego longplaya - miał ułatwić słuchaczom wejście do świata Magmy. Łatwo tu wskazać pewne wspólne elementy, pozwalające zaliczyć "The Unnamables" do zeuhlu. Mam tu na myśli przede wszystkim silnie zaznaczoną warstwę rytmiczną oraz charakterystyczny głos Klausa Blaquiza w śpiewanym po kobajańsku ostatnim utworze.

Ocena: 7/10



Weidorje - "Weidorje" (1978)

1. Elohims Voyage; 2. Vilna; 3. Booldemug

Skład: Bernard Paganotti - gitara basowa, wokal; Patrick Gauthier - instr. klawiszowe; Jean-Philippe Goude - instr. klawiszowe; Yvon Guillard - trąbka, wokal; Alain Guillard - saksofon; Michel Ettori - gitara; Kirt Rust - perkusja
Producent: Frédéric Leibovitz





Weidorje to w zasadzie kolejny spin-off Magmy. Efemeryczna, jak się okazało, grupa powstała z inicjatywy basisty Bernarda Paganottiego i klawiszowca Patricka Gauthiera, którzy współpracowali z Vanderem od połowy dekady. W projekt zaangażowali byli także Laurent Thibault i Klaus Blasquiz - pierwszy wystąpił w roli inżyniera dźwięki, drugi odpowiada za projekt i wykonanie okładki. Warto też dodać, że nazwa została zaczerpnięta od jednego z utworów zawartych na albumie "Üdü Ẁüdü", kompozycji Paganottiego i Blasquiza. Jedyne wydawnictwo Weidorje można potraktować jako bezpośrednią kontynuację tamtego longplaya. Szczególne wypełniającą pierwszą stronę winylowego wydania kompozycję basisty, "Elohims Voyage", można wziąć za jakiś zapomniany utwór Magmy. Jedynie brzmienie jest nieco bardziej elektroniczne, co należy uznać za wkład Gauthiera, który w tym samym czasie udzielał się w Heldon. Dwie kompozycje klawiszowca to już całkiem oryginalne połączenie zeuhlu, elektroniki i jazzowych dęciaków. Największym atutem wydają się partie współliderów, szczególnie rewelacyjne popisy basisty. A całokształt przekonuje mnie zdecydowanie bardziej od wydanego w tym samym roku "Attahk".

Ocena: 8/10



Zao - "Shekina" (1975)

1. Joyl; 2. Yen-Lang; 3. Zohar; 4. Metatron; 5. Zita; 6. Bakus

Skład: Yochk'o Seffer - saksofon, klarnet, wokal; François Cahen - instr. klawiszowe; Gérard Prévost - gitara basowa; Jean-My Truong - perkusja; Pierre Guignon - instr. perkusyjne; Marie-Françoise Viaud - skrzypce; Michele Margand - skrzypce; Françoise Douchet - altówka; Claudine Lassere - wiolonczela
Producent: François Cahen, Pascal Legros i Yochk'o Seffer




Zao to kolejny magmowy odprysk, którego powstanie było związane z rozłamem w grupie Vandera. Saksofonista Yochk'o Seffer i klawiszowiec François Cahen nie byli przekonani co do kierunku, w jakim rozwijał się tamten zespół. Odeszli tuż przed nagraniem przełomowego "Mekanïk Destruktïw Kommandöh", na którym zeuhlowa stylistyka w pełni się wykrystalizowała. Seffer i Cahen woleli grać muzykę podobną do tej z wcześniejszych płyt, o bardziej jazzrockowym charakterze. Pod szyldem Zao poszli jeszcze bardziej w stronę fusion, Jednak na pierwszych płytach wciąż mocno słychać zeuhlowe naleciałości, szczególnie w warstwie rytmicznej, ale też za sprawą sporadycznych wokaliz. Prawdopodobnie najciekawszym osiągnięciem tej grupy jest jej trzeci album, "Shekina", nagrany z udziałem kwartetu smyczkowego, który bardzo ciekawie dopełnia to najbliższe jazzu oblicze zeuhlu, wzbogacając je o bardzo wyraźne odniesienia do poważnej kameralistyki. Szkoda, że już na kolejnym w dyskografii "Kawana" elementy zeuhlu i muzyki klasycznej zostały właściwie całkiem wyparte przez skomercjalizowane fusion.

Ocena: 8/10


28 marca 2021

[Recenzja] Floating Points, Pharoah Sanders & The London Symphony Orchestra - "Promises" (2021)



"Promises" to niewątpliwie najbardziej zaskakująca kooperacja ostatnich lat. Młody przedstawiciel sceny elektronicznej i jazzman z blisko sześćdziesięcioletnim doświadczeniem połączyli swoje siły, angażując jeszcze do współpracy orkiestrę o ponad stuletniej tradycji. Inicjatorem tego przedsięwzięcia był Pharoah Sanders, jeden z najwybitniejszych żyjących saksofonistów, znany m.in. ze współpracy z Sun Ra, Donem Cherrym oraz Johnem i Alice Coltrane'ami, a także z własnych płyt, jak słynna "Karma" czy "Black Unity". Gdy kilka lat temu usłyszał album "Elaenia", debiutanckie dzieło Sama Shepherda, lepiej znanego pod pseudonimem Floating Points, zapragnął nagrać coś wspólnie z Brytyjczykiem. Na przeszkodzie stały jednak inne zobowiązania Shepherda, zajętego pracą z różnymi wykonawcami i własną, obiecującą karierą (album "Crush" to, moim zdaniem, jedno z ciekawszych wydawnictw el-muzyki 2019 roku). Dopiero panująca od nieco ponad roku sytuacja, w tym niemal całkowity zakaz koncertowania, pozwoliły na tą niecodzienną współpracę.

Na album składa się tylko jedna kompozycja, o całkowitej długości nieznacznie przekraczającej trzy kwadranse, podzielona na dziewięć segmentów. Ten podział jest tu zresztą dość umowny, ponieważ bez zerkania na odtwarzacz trudno się zorientować, w którym momencie następuje przejście do kolejnej części. Całość ma bardzo minimalistyczny charakter i rozwija się w niemal niezauważalny sposób. Utwór opiera się na nieustannym powtarzaniu jednego motywu, granego przez Shepherda kolejno na różnych instrumentach klawiszowych, dopełniając ich dźwięki delikatnym elektronicznym tłem. Saksofon, a zwłaszcza orkiestra dłuższymi fragmentami są zupełnie nieobecne. Prowadzić to może do wniosku, że najważniejszą postacią albumu jest Floating Points, który w dodatku całość skomponował i zaaranżował. Błędem byłoby jednak traktować pozostałych zaangażowanych w ten projekt muzyków jako mniej ważnych. Solówki Sandersa, nawet jeśli odległe od tych najbardziej natchnionych i porywających z przeszłości, to zdecydowanie najpiękniejsze momenty albumu. Wyraźnie przywołują ten mistyczny nastrój, pamiętany z jego najważniejszych dzieł. Nie można pominąć też wkładu The London Symphony Orchestra, która pojawia się sporadycznie, ale wyraźnie zaznaczając swoją obecność. Szczególnie prominentnie w "Movement 6", który właśnie za sprawą stopniowo nabierających na intensywności partii smyczków okazuje się najbardziej charakterystycznym i najmocniej przykuwającym uwagę fragmentem. Tuż za nim plasuje się "Movement 7". w którym Pharoah gra z największą ekspresją, a towarzyszy mu bardzo ładnie pulsująca elektronika. 

"Promises" to album trudny do jednoznacznego sklasyfikowania. Elementy jazzu, elektroniki oraz muzyki poważnej przeplatają się tu w taki sposób, że żaden z tych gatunków nie dominuje wyraźnie nad innymi. Nie jest to oczywiście pierwsza próba połączenia tych odległych, jakby się zdawało, światów. Jednak efekt i tak okazuje się dość oryginalny. Zawarta tu muzyka zachwyca swoim subtelnym nastrojem, a pomimo pozornej monotonii może naprawdę zaintrygować, skupiając na sobie całą uwagę słuchacza. Zdaje się też całkiem dobrze oddawać obecną rzeczywistość, czasy izolacji i ogólnego spowolnienia. Nie mam wątpliwości, że to najbardziej dojrzałe i najambitniejsze przedsięwzięcie w dotychczasowej karierze Sama Shepherda. Pharoah Sanders niejednokrotnie brał już udział w tworzeniu bardziej wybitnych dzieł, jednak warto docenić, że 80-letni dziś muzyk nie boi się nowych wyzwań. Mógłby przecież, wzorem wielu swoich rówieśników, odcinać kupony od osiągnieć z czasów młodości.

Ocena: 8/10



Floating Points, Pharoah Sanders & The London Symphony Orchestra - "Promises" (2021)

1. Movement 1; 2. Movement 2; 3. Movement 3; 4. Movement 4; 5. Movement 5; 6. Movement 6; 7. Movement 7; 8. Movement 8; 9. Movement 9

Skład: Floating Points - elektronika, pianino, klawesyn, czelesta, wokal; Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, wokal; The London Symphony Orchestra - instr. smyczkowe
Producent: Floating Points


26 marca 2021

[Recenzja] Foudre! - "Future Sabbath" (2021)



Muzyka elektroniczna we Francji ma długą i całkiem bogatą historię. Wciąż zresztą dopisywane są do niej nowe rozdziały. Przykładem na to może być grupa Foudre!, która niedawno opublikowała swoje piąte długogrające wydawnictwo, album "Future Sabbath". Jak dotąd zespół pozostaje praktycznie nieznany. Jednak połowa składu - Frédéric D. Oberland oraz Paul Régimbeau (działający głównie pod pseudonimem Mondkopf) - zaistnieli już dzięki innym swoim projektom. Ich najnowsza propozycja jest w stanie zainteresować zarówno miłośników współczesnej, jak i tej bardziej klasycznej elektroniki. W nagraniach wykorzystano analogowe syntezatory, melotron, ale też saksofon altowy czy różne egzotyczne instrumenty. Tytuł i okładka słusznie sugerują rytualny, okultystyczny klimat (swoją drogą, trudno uniknąć tu skojarzeń z zeszłoroczną serią EPek Janusza Jurgi, Spopielonego i Zguby o wspólnym tytule "Occultt" - ciekawe, czy to przypadek).

Dwuczęściowy otwieracz albumu, "Liberation of the Mystics", to ponad kwadrans tajemniczego, mrocznego ambientu, pełnego niepokojących dronów, syntezatorowego skwierczenia i innych dziwnych odgłosów, spod których przebijają się bardziej melodyjne partie. Muzykom udało się tu stworzyć naprawdę świetny, wciągający nastrój. A dalej jest jeszcze ciekawiej. W "Imaginatio Vera" do elektronicznych brzmień dochodzą partie na sazie - arabskim instrumencie podobnym do lutni - oraz saksofonie, które rozwiewają mrok poprzednich nagrań, nadając przy okazji jeszcze bardziej mistycznego klimatu. Ta posępna atmosfera wraca w dwuczęściowym "Black Swan Theory", w którym na pierwszy plan wysuwa się elektroniczny puls, obudowany dronowymi organami oraz perkusjonaliami. W drugiej odsłonie dochodzi do tego jednostajny rytm automatu perkusyjnego i dość melodyjne, orientalizujące partie sazu, a nastrój jeszcze bardziej gęstnieje, wprowadzając słuchacza w psychodeliczny trans. Świetnie wypada wycieszenie w końcówce, z lekko jazzującą solówką na saksofonie. Na zakończenie albumu pojawia się jeszcze nieco pogodniejszy, najkrótszy w zestawie "Danse Secrète", w którym oldskulowej elektronice towarzyszą egzotyczne perkusjonalia.

Nie jest to dzieło wybitne, a na pewno nie nowatorskie, choć całkiem sprawnie łączy różne wpływy, a mimo bardzo wyraźnych odniesień do przeszłości, brzmi całkiem współcześnie. Warto sprawdzić, niezależnie od tego, jaki rodzaj muzyki elektronicznej lubi się najbardziej. Po "Future Sabbath" powinni też sięgnąć wielbiciele muzyki z różnych stron świata, ponieważ nie brakuje tu ciekawych nawiązań do tradycji bliskowschodnich.

Ocena: 7/10



Foudre! - "Future Sabbath" (2021)

1. Liberation of the Mystics I; 2. Liberation of the Mystics II; 3. Imaginatio Vera; 4. Black Swan Theory I; 5. Black Swan Theory II; 7. Danse Secrète

Skład: Frédéric D. Oberland - syntezator, melotron, saksofon altowy, saz, instr. perkusyjne; Paul Régimbeau - syntezator, automat perkusyjny, wokal; Romain Barbot - syntezator; Grégory Buffier - instr. perkusyjne
Producent: Foudre!


24 marca 2021

[Recenzja] Morawski Waglewski Nowicki Hołdys ‎- "Świnie" (1985)



Sukces grupy Perfect okazał się dla tworzących ją muzyków ciężarem. Najbardziej znużony intensywną działalnością i odgrywaniem w kółko tych samych przebojów był jej lider, Zbigniew Hołdys. Na początku 1983 ogłosił decyzję o rozwiązaniu zespołu, które miało nastąpić po zakończeniu zaplanowanych koncertów. W międzyczasie rozpoczął pracę nad nowym projektem. Początkowo planował klasyczne rockowe trio w stylu Cream lub The Jimi Hendrix Experience. Ostatecznie w powstanie albumu "I Ching" było zaangażowanych kilkunastu muzyków, reprezentujących różne odmiany ówczesnego polskiego mainstreamu rockowego. Poszczególne utwory nagrywano w różnych składach, a w efekcie całości zdecydowanie brakuje spójnej wizji. Dwupłytowy album można potraktować jako ciekawostkę dla wielbicieli polskiego rocka lat 80.

Podczas tamtych sesji okazało się, że Hołdysowi najlepiej gra się z trzema muzykami: perkusistą Wojciechem Morawskim (znanym m.in. z wczesnego wcielenia Perfect, grupy Breakout oraz współpracy z jazzmanem Krzysztofem Sadowskim), basistą Andrzejem Nowickim (z wówczas ostatniego składu Perfect), a także gitarzystą Wojciechem Waglewskim (w tamtym czasie członkiem grupy Osjan). Cała czwórka postanowiła kontynuować współpracę już jako kwartet, jako szyld przyjmując własne nazwiska. W ciągu kolejnych miesięcy samodzielnie stworzyli kilkanaście utworów. Już podczas debiutanckiego występu, w październiku 1984 roku, zespół zaprezentował niemal wyłącznie premierowy materiał (repertuaru dopełniła "Wojna grubych z chudymi" z "I Ching"). Choć część publiczności była zawiedziona brakiem przebojów Perfectu, koncert okazał się sporym sukcesem.

Zespół nie zdobył jednak popularności na miarę poprzedniej grupy Hołdysa, co poniekąd mogło wynikać z braku odpowiedniej promocji. A wszystko przez konflikt z radiową Trójką, która wcześniej ochoczo wspierała Perfect. Muzykom MWNH odmówiono jednak prezentowania utworu "Nie ma Boga", ze względu na odważny tytuł i jego błędną interpretację. Hołdys w odwecie zakazał dziennikarzom tej stacji wstępu na koncerty. To z kolei oznaczało, ze zespół nie może kontynuować nagrań w radiowym studiu. Muzycy przenieśli się do innego studia, choć również związanego z Polskim Radiem, więc nagrywali pod przykrywką, posługując się przepustkami wystawionymi na grupę Bajm. Istotną rolę podczas sesji odegrał inżynier dźwięku Józef B. Nowakowski, który stosował bardzo nowoczesne, jak na ówczesne warunki w kraju, techniki nagraniowe. Na album ostatecznie trafiło dziewięć utworów, którym udało się przejść przez cenzurę. Płyta była sprzedawana z naklejka głoszącą: tego nie usłyszysz w radiu, co zresztą niezupełnie się sprawdziło. Kawałki "Najmniejszy oddział świata" i "Jak tu pięknie" pojawiły się nawet na Liście Przebojów Trójki.

"Świnie" to jedna z najmroczniejszych polskich płyt lat 80. Ponura rzeczywistość przełożyła się na tematykę tekstów, nierzadko bardzo dosadnych, a towarzyszy im odpowiednio dobrana muzyka. Stylistycznie wpisuje się w ramy post-punku, ale raczej z okolic Joy Division czy wczesnego Dead Can Dance, niż ogromnie wówczas popularnego wśród polskich wykonawców The Police. W zasadzie kwartet zaproponował własne podejście do takiej stylistyki. Utwory zdają się zbudowane przede wszystkim na potężnej, całkiem pomysłowej grze Morawskiego (właśnie perkusja była nagrywana jako pierwsza) i wyrazistym basie Nowickiego, podczas gdy często dysonansowe partie gitar są tu jakby na dalszym planie, choć niezwykle ważne dla brzmienia. Towarzyszy temu zwykle głos Hołdysa, który chyba nigdy nie śpiewał z takim zaangażowaniem, jak w "Nie ma Boga", "Jesteśmy najlepsi" czy pełnych wściekłości "Świniach" i "Ludzkim psie". Jednak w roli wokalisty lepiej wypada Waglewski, któremu przypadł najbardziej subtelny, niemalże mistyczny "Czerwony deszcz", a także najbardziej przebojowe, świetne melodycznie, a przy tym niepopadające w banał "Pastylka" i "Jak tu pięknie", które pomimo bardziej optymistycznej muzyki okazują się wyjątkowo gorzkie w warstwie tekstowej. Najbardziej znanym kawałkiem pozostaje jednak prawdopodobnie "Najmniejszy oddział świata", w którym marszowa perkusja podkreśla militarno-partyzancki tekst.

W chwili wydania tego albumu zespół praktycznie już nie istniał. Wynikało to zarówno z trudnościami w przebiciu się chociażby na krajowej scenie, jak i z tarć między muzykami. Na gruzach MWNH wkrótce powstała grupa Voo Voo, do dziś prowadzona przez Waglewskiego. W pierwszym składzie towarzyszyli mu Nowicki i Morawski, a miejsce Hołdysa zajęło kilku dodatkowych bębniarzy i perkusjonalistów. MWNH pozostawił po sobie jednak jeden naprawdę udany album. "Świnie" wyróżniają się nie tylko na tle krajowego post-punka, ale nawet na świecie trudno znaleźć cos faktycznie podobnego, pomimo pewnych skojarzeń z innymi twórcami. Trzydzieści pięć lat później wciąż super się tego słucha. Nawet teksty - w sposób nieco zawoalowany, lecz dosadny krytykujące ówczesną sytuację w kraju - nie wydają się szczególnie zdezaktualizowane, a wręcz obecna rzeczywistość coraz bardziej je dogania. Muzycznie album jest świetny, z tym swoim zimnym, niepokojącym brzmieniem oraz dość niekonwencjonalnymi partiami muzyków, których celem - osiągniętym tylko do pewnego stopnia - było zagrać tak, jak nikt przed nimi.

Ocena: 8/10



Morawski Waglewski Nowicki Hołdys - "Świnie" (1985)

1. Nie ma Boga; 2. Najmniejszy oddział świata; 3. Czerwony deszcz; 4. Jesteśmy najlepsi; 5. Pastylka; 6. Świnie; 7. Jak tu pięknie; 8. Ludzki pies; 9. Schizo

Skład: Wojciech Morawski - perkusja; Wojciech Waglewski - gitara, wokal; Andrzej Nowicki - gitara basowa; Zbigniew Hołdys - gitara, wokal
Producent: Morawski Waglewski Nowicki Hołdys


22 marca 2021

[Recenzja] Dead Can Dance - "Dead Can Dance" (1984)



Debiutancki album Dead Can Dance to płyta bardzo inna od kolejnych, choć zawierająca już wiele typowej dla grupy elementów. W zasadzie można zawarte tu utwory podzielić na dwie grupy. Bardziej żywiołowe kawałki, jak instrumentalny otwieracz "The Fatal Impact" czy śpiewane przez Brendana Perry "The Trial", "Fortune", "East of Eden" i "A Passage in Time", to jeszcze wciąż granie o ewidentnie rockowym charakterze. Instrumentarium składa się w nich przede wszystkim z gitary, gitary basowej oraz perkusji, czasem w towarzystwie brzmień klawiszowych. Perry oraz złożona z basisty Paula Eriksona i perkusisty Petera Urlicha sekcja rytmiczna grają w bardzo postpunkowo-nowofalowy sposób, przesiąknięty gotyckim klimatem, wywołującym skojarzenia z dokonaniami Joy Division lub Bauhaus. Właśnie ten nastrój, ale też rozpoznawalny głos wokalisty, stanowią w zasadzie jedyny łącznik tych nagrań z późniejszymi dokonaniami Dead Can Dance.

Jednak eponimiczny album grupy ma też inne oblicze. "Wild in the Woods", a zwłaszcza śpiewane przez Lisę Gerrard utwory "Frontier", "Ocean" i "Musica Eternal" odchodzą od rockowych patentów, na rzecz bardziej nastrojowego, wręcz eterycznego grania, w którym nie brakuje nawiązań do egzotycznych, z naszej perspektywy, tradycji muzycznych. Najbardziej symptomatyczne są tu dwa ostanie nagrania na płycie, w których wykorzystano yangqin - chiński instrument podobny do dulcimera lub cytry. Co prawda, w "Wild in the Woods" wciąż dużą rolę odgrywa rockowa gitara i sekcja rytmiczna, jednak już w najbardziej eterycznym "Musica Eternal" czy mocno plemiennym "Frontier" tego typu rozwiązania całkiem wyeliminowano. To już dokładnie taki Dead Can Dance, jak na kolejnych płytach, przyciągający uwagę niezwykłym klimatem oraz wspaniałym kontraltem Gerrard.

W przeciwieństwie do wielu wielbicieli zespołu, nie poczytuję dwoistości tego albumu za wadę. Zgadzam się, że zespół najlepiej wypada grając na swój własny sposób, jednak w tym bardziej rockowym wcieleniu również prezentuje się bardzo fajnie, choć może nieco zbyt wtórnie. Pewnym problemem jest też brzmienie albumu. Muzycy uparli się, że nie skorzystają z pomocy nikogo z zewnątrz i sami wyprodukują ten materiał, co nie wyszło za dobrze. Jak bardzo mógłby zyskać ten album z lepszym brzmieniem, można się przekonać dzięki czterem utworom dodanym na większości kompaktowych wznowień. Wszystkie pochodzą z wydanej jeszcze w tym samym roku EPki "Garden of the Arcane Delights", zarejestrowanej już z nowym basistą Scottem Rogerem oraz grającym na perkusjonaliach Jamesem Pinkerem. Te nagrania mają już znacznie bardziej profesjonalne brzmienie. A pomimo zbliżonego instrumentarium, wyraźnie już odchodzą od post-punkowej stylistyki debiutu. Zdecydowanie warto sięgnąć właśnie po tę rozszerzoną wersję.

Ocena: 7/10



Dead Can Dance - "Dead Can Dance" (1984)

1. The Fatal Impact; 2. The Trial; 3. Frontier; 4. Fortune; 5. Ocean; 6. East of Eden; 7. Threshold; 8. A Passage in Time; 9. Wild in the Woods; 10. Musica Eternal

Skład: Brendan Perry - wokal (2,4,6,8,9), gitara, yangqin; Lisa Gerrard - wokal (3,5,7,10), yangqin; Paul Erikson - gitara basowa; Peter Ulrich - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Dead Can Dance


20 marca 2021

[Recenzja] Sun Ra - "Lanquidity" (1978)



"Lanquidity" to album szczególny w dyskografii Sun Ra. Artysta wyraźnie zwrócił się tutaj w stronę głównego nurtu i stylistyki fusion. Powstało jedno z najbardziej przystępnych dzieł w jego karierze, które jednak nie popada w przesadną komercyjność. Wręcz przeciwnie, to wciąż bardzo wysmakowana muzyka, która do tego wydaje się całkiem logiczną kontynuacją poprzednich albumów rzekomego przybysza z Saturna. Tu wciąż jest obecny ten kosmiczny klimat, a także zachowane zostało wiele innych elementów. Lider nie zrezygnował chociażby z bigbandowego składu - sama sekcja dęta liczy ośmiu muzyków, a to tylko połowa całego zespołu. Część instrumentalistów współpracowała z Sun Ra już od dawna, więc nie powinno dziwić, że powracają tu pewne rozwiązania z wcześniejszych płyt. Choć tym razem wszystko wydaje się bardziej poukładane i subtelniejsze.

Zresztą wszystko zaczyna się od najbardziej nastrojowego nagrania tytułowego. Klawiszowy wstęp na elektrycznym pianinie nasuwa skojarzenia z "In a Silent Way" Davisa, zarówno pod względem melancholijnego klimatu, jak i zbliżonego brzmienia. Jednak zaraz dołącza zupełnie inna, bardziej jednostajna, nieco jakby ociężała gra sekcji rytmicznej, a także całkiem odmienne, oszczędniejsze partie gitar. Przede wszystkim zaś zwraca uwagę znacznie większa różnorodność dęciaków, których partie wspaniale się wymieniają i dopełniają. Szczególnie znakomite okazuje się solo na saksofonie, choć świetnie wypadają też trębacze. Sun Ra trzyma się raczej w tle, jednak jego Fender Rhodes przez cały czas stanowi bardzo ważny element brzmienia. Wszyscy instrumentaliści grają z ogromnym wyczuciem, dokładnie tyle, ile trzeba i ściśle ze sobą współpracując, tworząc przepiękny, nieco jakby odrealniony nastrój. Pomimo rozbudowanego składu jest tu mnóstwo przestrzeni. Muszę też nadmienić o wyraźnie poprowadzonej melodii, co nie jest przecież czymś oczywistym na płycie muzyka kojarzonego raczej z jazzową awangardą.

Klimat zmienia się wraz z kolejnym na płycie "Where Pathways Meet", z bardziej żywiołową, wręcz taneczną grą sekcji rytmicznej oraz chwytliwym tematem i melodyjnymi solówkami dęciaków. Pojawiają się też ostrzejsze i bardziej wyeksponowane partie solowe gitar. Sun Ra, tym razem grający na akustycznym pianinie, znów trzyma się raczej w tle, z wyjątkiem krótkiej solówki, jednak jego partie doskonale ubarwiają całość. "That's How I Feel" dla odmiany łączy subtelniejsze brzmienie z prawie tanecznym pulsem, podkreślonym przez uwypukloną linię basu. Delikatne dźwięki elektrycznych klawiszy doskonale uzupełniają się z bardziej ekspresyjnymi, choć wciąż niezwykle melodyjnymi dęciakami. Po raz kolejny zachwycają solówki, z saksofonową i klawiszową na czele. "Twin Stars of Thence" to przede wszystkim uwypuklona, ostinatowa linia basu, będąca zarazem chwytliwym tematem. Doskonale dopełniają ją partie elektrycznych klawiszy, gitar i perkusji, tworząc hipnotyczny podkład dla świetnych solówek sekcji dętej, w których gdzieniegdzie pobrzmiewa freejazzowy rodowód muzyków, ale znów dominuje melodyjne granie. W pewnym momencie świetny popis daje też jeden z gitarzystów.

Finałowy, najdłuższy na płycie "There Are Other Worlds (They Have Not Told You Of)" to z kolei nagranie najbliższe wcześniejszych dokonań Sun Ra. Przynajmniej pod względem mistycznego klimatu, odwołującego się do wyobrażeń o dawnych cywilizacjach oraz potencjalnych innych światach gdzieś w kosmosie. Transowa gra sekcji rytmicznej oraz partie lidera na syntezatorze i pianinie, dopełniane dźwiękami fletów oraz innych dęciaków, a także dogranymi później głosami lidera i June Tyson, tworzą bardzo specyficzny, retro-futurystyczny nastrój. Jak żaden inny utwór z tej płyty, "The Are Other Worlds..." bez większych zmian aranżacyjno-brzmieniowych mógłby trafić na któryś z poprzednich albumów artysty, wydanych w ciągu poprzedzającej go dekady. Na "Lanquidity" wyróżnia się trochę innym charakterem, ale jednocześnie zdaje się bardzo dobrze pasować do całości.

"Lanquidity" to, przynajmniej w moim przekonaniu, najdoskonalsze dzieło w bogatym dorobku Sun Ra (co prawda nie słyszałem wszystkich jego płyt, których są setki, ale te najważniejsze i najbardziej cenione już poznałem). Pomimo zwrotu w stronę fusion i większej przystępności, jest to wciąż muzyka bardzo w stylu tego artysty. Zachowując rozpoznawalność i kreatywność, nie tracąc dotychczasowego wyrafinowania, Sun Ra zdaje się tutaj dużo staranniej podchodzić do kwestii kompozycji (dbając o ich wyrazistość), aranżacji i brzmienia. Pod tymi względami "Lanquidity" może być jego największym osiągnięciem, a dodać jeszcze trzeba znakomite wykonanie. Dla miłośników jazzu jest to pozycja obowiązkowa, zaś dla wszystkich innych wysoce rekomendowana. Album łatwo znaleźć na serwisach streamingowych. Nie jest też aż tak trudny do zdobycia na fizycznych nośnikach, jak wiele pozostałych wydawnictw Sun Ra. Nie mam tu jednak na myśli pierwotnego wydania Philly Jazz, praktycznie nie do dostania, lecz współczesne wznowienia kompaktowe i winylowe.

Ocena: 10/10



Sun Ra - "Lanquidity" (1978)

1. Lanquidity; 2. Where Pathways Meet; 3. That's How I Feel; 4. Twin Stars of Thence; 5. There Are Other Worlds (They Have Not Told You Of)

Skład: Sun Ra - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, głos (5); Marshall Allen - saksofon altowy, obój, flet; John Gilmore - saksofon tenorowy; Julian Pressley - saksofon barytonowy; Danny Ray Thompson - saksofon barytonowy, flet; Elo Omoe - klarnet basowy, flet; James Jacson - obój, fagot, flet, głos; Eddie Gale - trąbka; Michael Ray - trąbka, skrzydłówka; Slo Johnson - gitara; Dale Williams- gitara; Richard Williams - kontrabas; Artaukatune - perkusja i instr. perkusyjne; Luqman Ali - instr. perkusyjne; Michael Anderson - instr. perkusyjne; June Tyson - głos (5)
Producent: Sun Ra


18 marca 2021

[Recenzja] David Bowie - "Lodger" (1979)



"Lodger" stanowi domknięcie, a zarazem najbardziej kontrowersyjną odsłonę Trylogii Berlińskiej. Jako jedyna część tego cyklu nie zawiera ani jednego dźwięku zarejestrowanego w Berlinie. Większość materiału nagrano w szwajcarskim Mountain Studios w Montreux, we wrześniu 1978 roku, zaś dodatkowe partie dograno w marcu w nowojorskim Record Plant. Nie ma tu także żadnych instrumentalnych utworów, które tak dobrze sprawdziły się na dwóch poprzednich albumach. A jednak wyraźnie słychać, że "Lodger" to bezpośrednia kontynuacja "Low" i "'Heroes'", przepełniona dekadenckim klimatem ówczesnego Berlina, podobnie ambitna w kwestii brzmienia oraz aranżacji. To przecież wciąż dzieło tych samych twórców: Davida Bowie, Briana Eno i Tony'ego Visconti. W składzie nie zabrakło zaś sprawdzonych sidemanów Carlosa Alomara, George'a Murraya oraz Dennisa Davisa. Nie ma co prawda udzielającego się na "'Heroes'" Roberta Frippa, ale zastąpił go podebrany Frankowi Zappie Adrian Belew (który zresztą wkrótce potem, po epizodzie w Talking Heads, dołączył do Frippa w nowym wcieleniu King Crimson). Kolejny nabytek to grający na skrzypcach Simon House, wcześniej muzyk High Tide i Hawkwind.

"Lodger" składa się z dziesięciu piosenek, z których najdłuższe nieznacznie przekraczają cztery minuty. Nie ma tu od razu wpadających w ucho melodii, zresztą żaden z czterech singli nie stał się ponadczasowym przebojem. Komercyjnie najlepiej radził sobie "Boys Keep Swinging", chyba najmniej ciekawe tutaj nagranie, raczej banalna piosenka, choć z fajnie pulsującym basem i przyjemnie zgrzytliwą solówką gitary. Zresztą i tak wyszło nieźle, biorąc pod uwagę dokonany sabotaż w postaci zamiany ról między muzykami - Alomar zasiadł za bębnami, Davis chwycił za bas (wypadł tak fatalnie, że ostatecznie jego partię powtórzył Visconti), a Murray zagrał na klawiszach, których jednak w ostatecznym miksie nie uświadczymy. Można więc potraktować ten kawałek jako żart. Pozostałe w zdecydowanej większości wypadają ciekawiej. To przede wszystkim zasługa bardzo kreatywnych, złożonych aranżacji oraz różnych smaczków. "African Night Flight" i "Moved On", z plemienną rytmiką oraz wielogłosowymi wokalami, to swego rodzaju zapowiedź albumu "Remain in Light" Talking Heads, na którym ponownie spotkali się Eno i Belew. Zresztą wiele wspólnego z twórczością tamtej grupy mają też post-punkowe "DJ" i "Repetition", oba z całkiem misternymi partiami gitar, pulsującą rytmiką oraz elektronicznymi dodatkami. "Yassassin" to kolei niezwykłe połączenie reggae i muzyki arabskiej. Bowie nie zapomina też o swojej fascynacji krautrockiem, której echa najlepiej słychać w motorycznym "Red Sails". Całkiem trafnym pomysłem było zakończenie albumu nagraniem "Red Money", czyli po prostu nową wersją "Sister Midnight" z innym tekstem, ale bez większych zmian w warstwie instrumentalnej. Oryginał rozpoczyna album "The Idiot" Iggy'ego Popa, nieformalny początek Berlińskiej Trylogii, więc powstała fajna klamra. Ktoś mniej życzliwy mógłby jednak stwierdzić, że powrót do tej kompozycji świadczy o braku nowych pomysłów.

Nie zamierzam być na siłę kontrowersyjny i pisać, że "Lodger" dorównuje swoim dwóm poprzednikom lub je przewyższa. Uważam jednak, że album ten jest na ogół zbyt surowo oceniany, bo nie nastąpił tu żaden drastyczny spadek poziomu. Poszczególne utwory z reguły prezentują zbliżony poziom do tych bardziej piosenkowych fragmentów "Low" i "'Heroes'". Gdyby towarzyszył im tu jeszcze jakiś interesujący instrumental, umieszczony w miejsce tych mniej porywających momentów ("Fantastic Voyage", "Look Back in Anger" oraz wspomnianego "Boys Keep Swinging"), "Lodger" mógłby utrzymać przynajmniej poziom środkowej części trylogii. W tych lepszych fragmentach jest to jednak naprawdę udana muzyka, pokazująca jak doskonale David Bowie odnalazł się w czasach post-punku.

Ocena: 7/10



David Bowie - "Lodger" (1979)

1. Fantastic Voyage; 2. African Night Flight; 3. Move On; 4. Yassassin; 5. Red Sails; 6. DJ; 7. Look Back in Anger; 8. Boys Keep Swinging; 9. Repetition; 10. Red Money

Skład: David Bowie - wokal, instr. klawiszowe (1,4,6), gitara (8,10); Brian Eno - instr. klawiszowe, elektronika, trąbka (7), waltornia (7), dodatkowy wokal; Tony Visconti - mandolina (1), gitara (3,4), gitara basowa (8), dodatkowy wokal; Adrian Belew - mandolina (1), gitara (3,5,6,8-10); Simon House - mandolina (1), skrzypce (4,5,8,9), dodatkowy wokal; Carlos Alomar - gitara (2-7,9,10), perkusja (8), dodatkowy wokal; George Murray - gitara basowa (1-7,9,10), dodatkowy wokal; Dennis Davis - perkusja i instr. perkusyjne (1-7,9,10), gitara basowa (8), dodatkowy wokal; Sean Mayes - pianino (1-3,5,7); Roger Powell - syntezator (9,10); Stan Harrison - saksofon (5)
Producent: David Bowie i Tony Visconti


16 marca 2021

[Recenzja] Lou Reed - "Transformer" (1972)



The Velvet Underground wywarł niezaprzeczalny wpływ na rozwój muzyki rockowej. Jednak w czasie swojej działalności grupa pozostawała szerzej nieznana. Taki stan rzeczy, w połączeniu ze stopniowo spadającą jakością tworzonej muzyki, doprowadziły do odejścia z zespołu jednego z jego założycieli - śpiewającego gitarzysty Lou Reeda. Wkrótce potem grupa całkiem się posypała, a sam Reed na pewien czas zrezygnował z kariery muzyka, przyjmując pracę księgowego w firmie swojego ojca. Nie trwało to jednak długo. W ciągu kilku miesięcy muzyk podpisał kontrakt z RCA Records i wyjechał do Londynu, by zarejestrować pierwszy album solowy. Eponimiczny debiut - wypełniony w większości niewykorzystanymi utworami The Velvet Underground, a nagrany z pomocą m.in. muzyków Yes, Steve'a Howe'a i Ricka Wakemana - nie spotykał się z większym zainteresowaniem. I w zasadzie trudno się temu dziwić, gdyż płytę wypełnił mało porywający materiał, choć z samych kompozycji dałoby się wycisnąć więcej. Reed potrzebował lepiej dobranych współpracowników, a także kogoś, kto zadbałby o odpowiednie aranżacje oraz produkcję. I wtedy zjawił się Bowie.

David Bowie już od pewnego czasu był pod wrażeniem wczesnych dokonań The Velvet Underground. Tak dużym, że włączył utwory "I'm Waiting for the Man", "Sweet Jane" oraz "White Light/White Heat" do swojego koncertowego repertuaru, ale też kilkakrotnie nawiązywał do stylu tej grupy we własnych nagraniach. Gdy więc pojawiła się możliwość współpracy z Reedem - nagrywającym dla tej samej wytwórni - ochoczo na nią przystał. Problemem był jedynie napięty grafik, gdyż właśnie kończył pracę nad swoim "The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars", a wkrótce czekała go intensywna promocja tego albumu. Znalazł jednak trochę czasu w sierpniu 1972 roku, a ponieważ nie mógł się w pełni poświęcić współpracy z Reedem, zaangażował do pomocy swojego ówczesnego gitarzystę, Micka Ronsona. Wspólnie zajęli się produkcją, aranżacjami, a także wystąpili w roli muzyków. Podstawowego składu dopełniła sekcja rytmiczna złożona z basisty Herbiego Flowersa i perkusisty Johna Halseya.

Podobnie, jak poprzednio, część repertuaru "Transformer" stanowią kompozycje z czasów The Velvet Underground. "Andy's Chest" i "Satellite of Love" zostały nawet przez tę grupę zarejestrowane, choć tamte pierwotne wersje opublikowano znacznie później. "New York Telephone Conversation" oraz "Goodnight Ladies" były natomiast grane podczas koncertów. Pozostałe siedem utworów to już całkowicie premierowe kompozycje. Album wypełniają krótkie piosenki. W tych najbardziej bezpretensjonalnych, luzackich momentach - raz trochę ostrzejszych ("Vicious", "Hangin' 'Round", "I'm So Free"), kiedy indziej nieco stonowanych (np. "Andy's Chest", "Wagon Wheel") - nie trudno usłyszeć echa stylu The Velvet Underground. Szczególnie z późniejszych, bardziej melodyjnych i odchodzących od eksperymentów płyt. Za to tematyka tekstów jest ewidentnie undergroundowa. Jednak ogromne piętno odcisnęli też Bowie i Ronson, dzięki którym materiał nierzadko zbliża się do modnego wówczas glamu. Nie brakuje tu kunsztowniej zaaranżowanych utworów, jak wzbogacony dźwiękami tuby "Make Up", pastiszowe "New York Telephone Conversation" i "Goodnight Ladies", czy pełne brzmień klawiszowych "Satellite of Love" i urocza, choć naiwna ballada "Perfect Day". Dwa ostatnie to prawie najbardziej znane utwory z tego krążka, popularnością ustępujące jedynie "Walk on the Wild Side", opartego na charakterystycznej, podwójnej linii basu (podobno Flowers zaproponował, że zagra zarówno na gitarze basowej, jak i kontrabasie, by dostać wyższą stawkę za pracę w studiu). Pojawia się tu także krótkie solo saksofonowe oraz bardzo specyficzne chórki; zresztą podobnych smaczków nie brakuje w pozostałych kawałkach.

"Transformer" - napędzany dwoma autentycznie przebojowymi singlami, "Walk on the Wild Side" i "Satellite of Love" (trzeci, "Vicious", nie trafił do notowań) - okazał się dużym sukcesem komercyjnym, a do dziś można go znaleźć na mniej i bardziej profesjonalnych listach płyt wszechczasów. Nie da się jednak ukryć, że płyta w dużej mierze zawdzięcza swój ostateczny kształt, a tym samym sukces, wkładowi Davida Bowie. Był tego świadomy także sam Lou Reed, który przez kolejne lata próbował odciąć się od tego wydawnictwa i - z różnymi efektami - samodzielnie stworzyć coś lepszego. "Transformer" pozostaje jednak jednym z najfajniejszych albumów w jego solowym dorobku.

Ocena: 7/10



Lou Reed - "Transformer" (1972)

1. Vicious; 2. Andy's Chest; 3. Perfect Day; 4. Hangin' 'Round; 5. Walk on the Wild Side; 6. Make Up; 7. Satellite of Love; 8. Wagon Wheel; 9. New York Telephone Conversation; 10. I'm So Free; 11. Goodnight Ladies

Skład: Lou Reed - wokal i gitara; Mick Ronson - gitara, pianino, flet; David Bowie - instr. klawiszowe, gitara (5,8), dodatkowy wokal; Herbie Flowers - gitara basowa, kontrabas, tuba (6,11); John Halsey - perkusja
Gościnnie: Trevor Bolder - trąbka; Ronnie Ross - saksofon barytonowy (5), saksofon sopranowy (11); Klaus Voormann - gitara basowa (3,6,7,11); Barry DeSouza - perkusja; Ritchie Dharma - perkusja; Thunderthighs - dodatkowy wokal
Producent: David Bowie i Mick Ronson


14 marca 2021

[Recenzja] Kenny Burrell - "Midnight Blue" (1963)



W serii recenzji poświęconych jazzowym gitarzystom nie powinno zabraknąć jednego z największych mistrzów tego instrumentu ery hard bopu. Kenny Burrell wystąpił na ponad trzystu albumach, z których ponad sześćdziesiąt sygnował własnym nazwiskiem. Największe sukcesy, artystyczne i komercyjne, odnosił w latach 50.  i 60.  Zaistniał już jako dwudziestolatek, grając u boku samego Dizzy'ego Gillespie. Wkrótce pojawił się też w składach grup Oscara Petersona czy Tommy'ego Flanagana, a nawet zarejestrował album z Johnem Coltrane'em w roli współlidera (wydany z pięcioletnim opóźnieniem). Często grywał też z organistą Jimmym Smithem i wieloma innymi muzykami, których wymienienie zajęłoby zbyt wiele miejsca. Jego styl gry wiele zawdzięcza takim jazzowym gitarzystom, jak Charlie Christian, Django Reinhardt czy Oscar Moore, ale też bluesmanom w rodzaju Muddy'ego Watersa i T-Bone Walkera. On sam stał się z kolei inspiracją dla kolejnych pokoleń gitarzystów, nie tylko jazzowych. Powoływali się na niego m.in. Jimi Hendrix, Peter Frampton, a także Stevie Ray Vaughan. Ten ostatni nagrał nawet własną wersją "Chitlins con Carne", otwierającego najsłynniejszy solowy album Burrella, "Midnight Blue".

Płytę zarejestrowano 8 stycznia 1963 roku w studiu Rudy'ego Van Geldera, w dość nietypowym na tamte czasy składzie. W okresie, gdy dużą popularnością cieszyło się połączenie brzmienia gitary i elektrycznych organów, Burrell podjął decyzję o rezygnacji z jakiegokolwiek instrumentu klawiszowego. Rozbudował za to sekcję rytmiczną o grającego na kongach Raya Barretto, który w większości utworów dopełnia partie basisty Majora Holleya i perkusisty Billa Englisha, a także dodaje trochę egzotycznego klimatu. Kwintetu dopełnił najbardziej znany w tym gronie saksofonista Stanley Turrentine. Oryginalnie wydanie albumu zawiera siedem utworów, w większości kompozycji lidera (współautorem "Mule" jest Holley), z wyjątkiem interpretacji standardu z lat 20., "Gee, Baby, Ain't I Good to You". Pod względem stylistycznym zawarta tu muzyka to w zasadzie typowy dla tamtych czasów hard bop. może tylko jeszcze silniej niż zwykle osadzony w bluesie.

"Midnight Blue" to album niewątpliwie bardzo przyjemny, ale zdecydowanie mam się do czego tu przyczepić. Ta muzyka wydaje się aż nadto podręcznikowa. Jeśli ktoś słyszał wcześniej inne tytuły wydane w zbliżonym okresie przez Blue Note, to zapewne nic go tu nie zaskoczy. Ponadto, bardzo wyraźny zdaje się tu podział na lidera i sidemanów. Sekcja rytmiczna - może poza Barretto - gra w bardzo zachowawczy, niezwracający uwagi sposób. Po prostu pełni swoją podstawową funkcję, nadając odpowiedni rytm. Jako solista udziela się natomiast Turrentine, niewątpliwie zdolny saksofonista, jednak tutaj grający w bardzo bezpieczny i szablonowy sposób. Największym atutem albumu jest zatem sam Burrell, którego jazzowo-bluesowe partie zachwycają w dosłownie każdym nagraniu. A najbardziej błyszczy wtedy, gdy ma dla siebie najwięcej przestrzeni. Prawdziwą perłą tego albumu jest przepiękna miniatura "Soul Lament", w której lider gra bez udziału pozostałych muzyków. Drugi mocny punkt krążka to tytułowy blues "Midnight Blue", gdzie gitarzyście towarzyszy tylko sekcja rytmiczna, dodająca więcej dynamiki, ale nawet przez chwilę nie odciągająca uwagi od znakomitych popisów lidera.

"Midnight Blue" to jedna z najsłynniejszych pozycji w katalogu Blue Note, mająca stałe miejsce w jazzowym kanonie. Nie całkiem chyba zasłużenie, biorąc pod uwagę potężną konkurencję wśród płyt z tamtego okresu, nierzadko o wiele mniej zachowawczych i stereotypowych. W moim przekonaniu "Midnight Blue" nawet przez chwilę nie zbliża się do prawdziwej wybitności, co zdaje się wynikać z niechęci lidera do wyjścia poza schematy oraz z doboru współpracowników, którym chyba zabrakło zaangażowania. Jednak jego ogromną zaletę stanowią partie Kenny'ego Burrella, który być może właśnie tutaj zaprezentował życiową formę. Burrell jako gitarzysta niewątpliwe odegrał ważną rolę w historii tego instrumentu, dlatego warto sprawdzić jego twórczość. A akurat ten album bardzo dobrze pokazuje jego styl i umiejętności, zaś pomimo pewnych wad, cały czas trzyma bardzo solidny poziom.

Ocena: 7/10



Kenny Burrell - "Midnight Blue" (1963)

1. Chitlins con Carne; 2. Mule; 3. Soul Lament; 4. Midnight Blue; 5. Wavy Gravy; 6. Gee, Baby, Ain't I Good to You; 7. Saturday Night Blues

Skład: Kenny Burrell - gitara; Stanley Turrentine - saksofon tenorowy (1,2,5,7); Major Holley - kontrabas (1,2,4-7); Bill English - perkusja (1,2,4-7); Ray Barretto - kongi (1,2,4,5,7)
Producent: Michael Cuscuna, Alfred Lion i Tom Vasatka


12 marca 2021

[Recenzja] Frank Zappa - "Shut Up 'n Play Yer Guitar" (1981)



"Shut Up 'n Play Yer Guitar" to kolejny, po opublikowanym ledwie półtora roku wcześniej "Joe's Garage", duży projekt Zappy. Oryginalnie wydany w postaci trzech osobnych albumów, z identycznymi okładkami i różnymi wariacjami tytułu. Jednak już rok później przepakowano ten materiał do jednego pudełka, z nową okładką, ale bez żadnych innych ingerencji. Od tamtej pory wszystkie wydania zawierają komplet nagrań. Na niektórych edycjach kompaktowych zdecydowano się rozmieścić je na dwóch płytach, na innych zachowano pierwotny podział na trzy dyski. Każda część przynosi nieco ponad pół godziny materiału. Zgodnie ze swoim tytułem, cykl jest całkowicie instrumentalny (nie licząc kilku wygłupów pomiędzy utworami), a dominującą rolę pełni na nim gitara. Zdecydowana większość utworów to de facto fragmenty koncertowych wykonań znanych kompozycji. Frank zostawił wyłącznie momenty, w których sam grał solówki.

Materiał pochodzi przede wszystkim z występów w londyńskim Hammersmith Odeon z lutego 1979 roku, a także z amerykańskiej trasy z końca 1980 roku. Zappie przez cały ten okres towarzyszyli Ike Willis, Arthur Barrow, Vinnie Colaiuta oraz Tommy Mars. Podczas wcześniejszych koncertów składu dopełniali Warren Curcurullo, Denny Walley, Peter Wolf i Ed Mann, których miejsca zajęli później Steve Vai, Ray White i Bob Harris. Wyjątek stanowią utwory "Ship Ahoy" - fragment wykonania "Zoot Allures" z lutego 1976 roku w Kōsei Nenkin Kaikan - oraz "Pink Napkins", czyli "Black Napkins" z lutego 1977 roku w Hammersmith Odeon. Tutaj skład znacząco się różni. W Japonii liderowi towarzyszyli wyłącznie Terry Bozzio, Roy Estrada i Andre Lewis, natomiast w Londynie ostatnich dwóch zastąpili Patrick O'Hearn i Eddie Jobson, doszedł też Ray White. Ponadto, trzy utwory to nagrania studyjne. Najstarszy w zestawie "Canard du Jour" to duet Zappy i Jean-Luca Ponty'ego z 1972 roku, natomiast "While You Were Out" i "Stucco Homes" lider zarejestrował jesienią 1979 roku z udziałem Curcurullo i Colaiuty.

Frank Zappa był niezwykle utalentowanym i kreatywnym gitarzystą, co doskonale ukazuje ten materiał. Inna sprawa, że słuchanie przez ponad sto minut gitarowych solówek, choćby nie wiadomo jak dobrych, będzie interesujące przede wszystkim dla osób, które same grają na tym instrumencie lub są zagorzałymi miłośnikami artysty. Dla innych może być męczące, zwłaszcza że udział pozostałych muzyków siłą rzeczy sprowadza się do roli akompaniatorów. Pełne wersje tych wykonań zapewne pozwoliłyby bardziej docenić wkład całego składu. Nie sprawiałby też wrażenia wyrwanych z kontekstu. Oczywiście, jest to wciąż muzyka bardziej złożona i po prostu ciekawsza od dokonań gitarowych wymiataczy pokroju Joego Satriani czy (obecnego na tym albumie, ale odpowiadającego tylko za cześć partii rytmicznych) Steve'a Vai. Tutaj jednak w podkładach dzieje się więcej i słychać, że soliście towarzyszą muzycy z wyższej półki - szczególnie dotyczy to partii Vinniego Colaiuty oraz Arthura Barrowa. A i same solówki okazują się nieporównywalnie bardziej błyskotliwe.

Nawet jeśli pomysł na całość okazał się niezbyt trafiony, to poszczególne ścieżki przeważnie prezentują się bardzo udanie. Do moich faworytów zaliczają się wszystkie trzy utwory tytułowe, wycięte z różnych wykonań "Inca Road", w których Zappa zachwyca nie tylko wirtuozerią, ale też doskonałym wyczuciem klimatu. Równie świetnie wypada najbardziej chyba złożony "five-five-FIVE", fragment kompozycji "Conehead", w którym znakomite popisy lidera nie odciągają uwagi od fantastycznej gry Barrowa i Colaiuty. Innym nagraniem, w którym ważną rolę odrywa współpraca całego zespołu, jest "Soup 'n Old Clothes", oryginalnie część "The Legend of Illinois Enema Bandit", który z jednej strony pokazuje niemałe umiejętności muzyków, a jednocześnie naprawdę fajnie buja. Na pewno warto zwrócić uwagę na "Canarsie" i "The Deathless Horsie", czyli jedyne koncertowe nagrania niebędące częścią dłuższych utworów. Pierwszy z nich wyróżnia się partią Curcurullo na elektrycznym sitarze, a w obu istotną rolę odgrywają perkusjonalia Eda Manna - oba te elementy stanowią bardzo przyjemne urozmaicenie albumu. Bardzo ładną odskocznią jest też studyjny "Stucco Homes", pokazujący bardziej subtelne oblicze Zappy, grającego tu na gitarze akustycznej z elektrycznymi przetwornikami. Jednak najbardziej zaskakuje "Canard du Jour", w którym instrumentarium ogranicza się do buzuki i skrzypiec barytonowych. Zappie i Ponty'emu udaje się stworzyć intrygujący nastrój, jednak nagraniu trochę brakuje określonego kierunku.

Każda z trzech płyt zawiera autentycznie świetne momenty, ale przeważa na nich muzyka, która kompletnie nie angażuje mnie jako słuchacza. "Shut Up 'n Play Yer Guitar" powinien być albo znacznie krótszy, albo bardziej urozmaicony (na pewno nie pomaga fakt, że dwa najbardziej wyróżniające się utwory zamieszczono na sam koniec). A może po prostu nie było dobrym pomysłem, by album w większości składał się z wycinków utworów, zamiast pełnych wykonań.

Ocena: 6/10



Oryginalna okładka z 1981 roku.
Frank Zappa - "Shut Up 'n Play Yer Guitar" (1981)

1. five-five-FIVE; 2. Hog Heaven; 3. Shut Up 'n Play Yer Guitar; 4. While You Were Out; 5. Treacherous Cretins; 6. Heavy Duty Judy; 7. Soup 'n Old Clothes

Frank Zappa - "Shut Up 'n Play Yer Guitar Some More" (1981)

1. Variations on the Carlos Santana Secret Chord Progression; 2. Gee, I Like Your Pants; 3. Canarsie; 4. Ship Ahoy; 5. The Deathless Horsie; 6. Shut Up 'n Play Yer Guitar Some More; 7. Pink Napkins

Frank Zappa - "Return of the Son of Shut Up 'n Play Yer Guitar" (1981)

1. Beat It with Your Fist; 2. Return of the Son of Shut Up 'n Play Yer Guitar; 3. Pinocchio's Furniture; 4. Why Johnny Can't Read; 5. Stucco Homes; 6. Canard du Jour

Skład: Frank Zappa - gitara, buzuki; Warren Curcurullo - gitara, sitar; Steve Vai - gitara; Denny Walley - gitara; Ray White - gitara; Ike Willis - gitara; Arthur Barrow - gitara basowa; Roy Estrada - gitara basowa; Patrick O'Hearn - gitara basowa; Terry Bozzio - perkusja; Vinnie Colaiuta - perkusja; Ed Mann - instr. perkusyjne; Bob Harris - instr. klawiszowe; Eddie Jobson - instr. klawiszowe; Andre Lewis - instr. klawiszowe; Tommy Mars - instr. klawiszowe; Peter Wolf - instr. klawiszowe; Jean-Luc Ponty - skrzypce
 Producent: Frank Zappa


10 marca 2021

[Recenzja] 15-60-75 The Numbers Band ‎- "Jimmy Bell's Still in Town" (1976)



Historia grupy 15-60-75, dla uproszczenia nazywanej The Numbers Band, sięga końca lat 60. Jej członkami od samego początku byli śpiewający gitarzysta Robert Kidney oraz saksofonista Terry Hynde (brat Chrissie Hynde z Pretenders). Pozostali muzycy zmieniali się regularnie. Przez skład przewinął się m.in. przyszły współzałożyciel nowofalowego Devo, basista Gerald Casale. Porywające występy przyniosły zespołowi sporą rzeszę fanów w rodzinnym Ohio. Muzykom nie zależało jednak na sukcesie. Nie chcieli występować poza swoim stanem, ani nie szukali wydawcy. Nikt też nie proponował im takiej współpracy. Pomimo tego, grupa pozostaje wciąż aktywna i posiada kilka płyt na koncie. Po latach pewne uznanie zdobył debiutancki "Jimmy Bell's Still in Town", zarejestrowany 16 czerwca 1975 roku podczas występu w Cleveland, Ohio. Grupa supportowała wówczas Boba Marleya. Oryginalnie album został wydany w 1976 roku własnym sumptem na winylu i kasecie, a egzemplarze osiągają dziś wysokie sumy na aukcjach. W 2000 roku ukazało się jednak pierwsze kompaktowe wznowienie, opublikowane przez Hearpen Records - wytwórnię Davida Thomasa z Pere Ubu, który niejednokrotnie przyznawał się do uwielbienia dla 15-60-75. Od tamtej pory ukazało się kilka kolejnych reedycji w różnych formatach.

W chwili tego występu The Numbers Band mieli już własny repertuar, z którego mogli wybrać najlepsze utwory (jedynie tytułowy "Jimmy Bell" to przeróbka kompozycji bluesmana Williama "Cat-Iron" Carradine'a), a także kilka lat doświadczenia. Pod względem stylistycznym jest to granie najbliższe blues rocka, choć o wyraźnie jazzowym zabarwieniu. To ostatnie to zasługa trzech saksofonistów w składzie. Zawarta tu muzyka przypomina mi trochę "Raw Sienna" grupy Savoy Brown lub te bardziej jazzowe dokonania Johna Mayalla. Tutaj jednak sekcja dęta wydaje się bardziej integralnym elementem brzmienia, a nie dodatkiem do niego. Saksofoniści grają raczej melodyjne, choć bardzo ekspresyjnie, momentami z niemal freejazzowym zacięciem (fragmenty "About the Eye Game", i "About Leaving Day"). Chyba jeszcze bardziej porywająca jest gra pozostałych muzyków. Świetne są partie gitarowe, nieograniczające się do bluesowych schematów, a także niezamordowanie gnająca do przodu sekcja rytmiczna, która pomimo rozbudowanego składu nie daje się zepchnąć w tło. W instrumentarium sporadycznie pojawia się też harmonijka (w "Narrow Road" pełni wiodącą rolę), organy lub perkusjonalia. Całości dopełnia dość beznamiętny, lecz charakterystyczny, dobrze pasujący do tej muzyki głos Kidneya. Te wszystkie elementy składają się razem w muzykę niesamowicie energetyczną i intensywną, całkowicie bezpretensjonalną, ale wcale nie banalną. Muzycy zdecydowanie nie są amatorami, lecz naprawdę potrafią grać, co o takim nieco jamowym charakterze ma ogromne znaczenie. Kluczowym momentem jest tu bez wątpienia rozimprowizowane, pełne luzu wykonanie "Jimmy Bell". Same kompozycje też robią pozytywne wrażenie, na czele z najbardziej wyrazistymi melodycznie "Narrow Road", "Jimmy Bell" i "About Leaving Way".

Niektóre wznowienia zawierają trzy dodatkowe nagrania z tego samego występu. W przeróbce "Who Do You Love?" Bo Diddleya muzycy 15-60-75 nie próbują ścigać się z niedoścignioną wersją Quicksilver Messenger Service, lecz proponują bardziej stonowane, akustyczne podejście. To jedyny łagodniejszy moment, oparty wyłącznie na brzmieniu dwóch gitar i harmonijki, choć nawet tutaj wykonanie jest bardzo żywiołowe. Autorskie "Drive" i "Keep a Knockin' (But You Can't Come In)" to już granie dokładnie w stylu podstawowego materiału. Szczególnie dobrze wypada ten pierwszy, napędzany charakterystyczną, intensywną partią basu, której towarzyszą świetnie dopełniające się gitary i saksofony. Całkiem fajny okazuje się ten ostatni, będący czymś na kształt dekonstrukcji typowego rock and rolla. Zdecydowanie warto poszukać wydania z tymi bonusami.

Choć teoretycznie muzyka zawarta na "Jimmy Bell's Still in Town" wydaje się spóźnioną o dobre pół dekady odpowiedzią na blues rocka, w wykonaniu The Numbers Band muzyka ta zabrzmiała całkiem świeżo, a nawet dość oryginalnie. Choć od dawna odczuwam przesyt takiego grania i bardzo sporadycznie sięgam już tylko po kilka ulubionych płyt z tego stylu, to ten album autentycznie mnie zachwycił. Fakt, że nie od razu. Gdy kilka lat temu słuchałem go po raz pierwszy, nie przykuł jakoś szczególnie mojej uwagi. To był jednak czas, gdy najbardziej intensywnie poszukiwałem muzyki zupełnie innej od tej, jaką znałem wcześniej. Gdy kilka tygodni temu do niego wróciłem, wrażenia były już znacznie lepsze, a z kolejnymi przesłuchaniami tylko zyskiwał. Jest to zatem album, któremu warto dać kolejne szanse, jeśli nie zaskoczy od razu. Wahałem się nawet, czy nie przyznać mu wyższej oceny, będącej przecież tylko wyznacznikiem mojej sympatii dla danego wydawnictwa. Nie jestem jednak pewien, jak dobrze zniesie próbę czasu, tzn. czy zostanie ze mną na dłużej.

Ocena: 8/10



15-60-75 The Numbers Band - "Jimmy Bell's Still in Town" (1976)

1. Animal Speaks; 2. About the Eye Game; 3. Narrow Road; 4. Thief; 5. Jimmy Bell; 6. About Leaving Day

Skład: Robert Kidney - gitara, wokal; Michael Stacey - gitara; Terry Hynde - saksofon altowy, saksofon barytonowy, marakasy; Jack Kidney - saksofon tenorowy, harmonijka, organy, kongi; Tim Maglione - saksofon sopranowy, saksofon barytonowy; Drake Gleason - gitara basowa; David Robinson - perkusja
Producent: 15-60-75 The Numbers Band


8 marca 2021

[Recenzja] Kenny Wheeler - "Gnu High" (1976)



Zgodnie z sugestią jednego z Czytelników, postanowiłem rozpocząć nowy cykl recenzji, poświęcony płytom z katalogu ECM. Niewiele wytwórni stało się równie rozpoznawalną marką. Rzadko kiedy są utożsamiane z odrębnym muzycznym stylem. Tymczasem Manfred Eicher - założyciel labelu i producent większości wydanych przez niego albumów - wypracował własne brzmienie, które stało się najbardziej charakterystyczną cechą nowej stylistyki, powszechnie znanej jako ECM Style Jazz. Zanim do tego doszło, wytwórnia specjalizowała się w jazzowej awangardzie, zaś po latach poszerzyła ofertę m.in. o muzykę klasyczną. Jednak kojarzona jest przede wszystkim z tą specyficzną, subtelną i przystępną, ale mimo wszystko niezbyt komercyjną odmianą jazzu. Eicher wspierał wykonawców, którymi nie były zainteresowane większe wytwórnie, nastawione wyłącznie na sukcesy finansowe. Nierzadko byli to twórcy o dużym doświadczeniu i już ugruntowanej pozycji oraz zdobytej rozpoznawalności wśród miłośników jazzu, by wymienić tylko takie nazwiska, jak John Abercrombie, Don Cherry, Chick Corea. Jack DeJohnette, Jan Garbarek, David Holland, Keith Jarrett, Dave Liebman, Terje Rypdal, Tomasz Stańko czy John Surman. Do listy tej należy też dodać Kenny'ego Wheelera.

Wheeler to kanadyjski trębacz, który po skończeniu The Royal Conservatory of Music (na kierunku kompozycji), przeniósł się do Londynu, gdzie udzielał się w różnych jazzowych składach. Przez pierwszych kilkanaście lat pozostawał niezbyt znanym muzykiem. Dopiero pod koniec lat 60. stał się ważną postacią europejskiej sceny wyzwolonego jazzu. Był członkiem m.in. Globe Unity Orchestra i Spontaneous Music Ensemble, a także jednorazowej grupy zorganizowanej na potrzeby wykonania freejazzowej kompozycji Krzysztofa Pendereckiego, "Actions". Współpracował również z amerykańskim saksofonistą Anthonym Braxtonem. Zaczął też wydawać płyty pod własnym nazwiskiem. Największym uznaniem do dziś cieszy się "Gnu High", jego debiut w wytwórni ECM. To także jedna z najbardziej uznanych płyt eceemowskiego jazzu. I wcale mnie to nie dziwi, gdyż album jest znakomity. Wystarczy spojrzeć na skład, by rozwiać wszelkie wątpliwości w kwestii jakości. Keith Jarrett, Dave Holland i Jack DeJohnette grali przecież z innym wspaniałym trębaczem, Milesem Davisem, w jego najbardziej twórczym okresie (a w każdym razie przez pewien fragment tego czasu), współpracowali też z wieloma innymi wybitnymi jazzmanami, a także z powodzeniem działali na własny rachunek. Największą sławą cieszył się Jarrett - zresztą zdobytą dzięki solowym płytom wydanym dla ECM - który w chwili nagrywania "Gnu High" praktycznie nie udzielał się już jako sideman. Dla Wheelera zrobił jednak wyjątek.

Longplay składa się z zaledwie trzech utworów, bez wyjątku skomponowanych przez lidera. Sam otwieracz, "Heyoke", trwa blisko dwadzieścia dwie minuty, co stanowi lekko ponad połowę całkowitej długości płyty. Drugą stronę winylowego wydania wypełniają zdecydowanie już krótsze nagrania, sześciominutowy "Smatter" oraz trzynastominutowy "Gnu Suite". Całość jest bardzo spójna, za sprawą subtelnego, nieśpiesznego charakteru. Kwartet tworzy tu dość melancholijny nastrój, jednak instrumentaliści grają całkiem dynamicznie, ani przez chwilę nie przynudzając. Brzmienie zostało zdominowane przede wszystkim przez skrzydłówkę i fortepian. Wheeler w każdym utworze proponuje znakomite tematy, które następnie rozwija w swoich błyskotliwych solówkach. Momentami w jego grze pobrzmiewają odległe echa freejazzowych doświadczeń, co jednak nie zakłóca klimatu. Również Jarrett prezentuje tu wiele wyrafinowanych solówek, podczas których skupia niemal całą uwagę słuchacza na sobie. Zresztą w środkowej części "Heyoke" gra bez wsparcia pozostałych instrumentalistów. Holland i DeJohnette są na ogół na dalszym planie, jednak ich wkładu nie da się przecenić. Szczególnie basista gra w sposób dalece wykraczający poza rytmiczny akompaniament. Bardziej stonowane partie perkusisty doskonale pasują do tej stylistyki. Na uwagę niewątpliwie zasługuje doskonałe zgranie całego składu, co najlepiej chyba pokazuje najbardziej zwarty "Smatter". Jednak także w dwóch pozostałych nagraniach, bardziej zorientowanych na indywidualne popisy, wszyscy grają dokładnie tyle, ile potrzeba, zawsze we właściwych momentach.

"Gnu High" to właśnie ten album, dzięki któremu nieżyjący od kilku lat Kenny Wheeler zostanie zapamiętany. To jego kompozytorskie i wykonawcze dzieło życia. Nie bez znaczenia jest tu również idealny dobór pozostałych instrumentalistów. Słychać, że Wheeler, Jarrett, Holland i DeJohnette doskonale się rozumieli, a przy tym każdy z nich był - lub jest nadal - prawdziwym wirtuozem swojego instrumentu. I to wszystko procentuje na tym albumie.

Ocena: 8/10



Kenny Wheeler - "Gnu High" (1976)

1. Heyoke; 2. Smatter; 3. Gnu Suite

Skład: Kenny Wheeler - skrzydłówka; Keith Jarrett - pianino; Dave Holland - kontrabas; Jack DeJohnette - perkusja
Producent: Manfred Eicher