28 lutego 2021

[Recenzja] King Gizzard & The Lizard Wizard - "L.W." (2021)



King Gizzard & The Lizard Wizard słynie z częstych zmian stylu, dokonywanych nierzadko z albumu na album. Tym razem jednak po raz trzeci w karierze, a drugi z rzędu, proponuje zabawy ze skalami mikrotonowymi, psychodelią i orientalizmami. Jako trzecia część tego mikrotonowego cyklu, rozpoczętego przez "Flying Microtonal Banana" w 2017 roku, a zarazem bezpośrednia kontynuacja zeszłorocznego "K.G.", "L.W." przynosi raczej przewidywalną muzykę. Nie poczytuję tego za wadę, gdyż stylistyczne poszukiwania i wybory Australijczyków często bywają niezbyt trafne, natomiast w takim graniu odnajdują się wyjątkowo dobrze, a przy tym brzmi dość oryginalnie. Zastanawiam się jednak, czy kompozycje na dwa najnowsze albumy powstawały równolegle, a jeśli tak, to czy nie lepszym rozwiązaniem byłaby selekcja tych najlepszych i opublikowanie ich na jednym longplayu?

"K.G." i "L.W." można traktować jako całość. dwie płyty tego samego albumu. Stylistyka jest identyczna, podobnie jak pomysł, by wszystkie utwory płynnie przechodziły w kolejne. Poprzednik wydaje się jednak trochę bardziej eklektyczny, natomiast ten album - przynajmniej do pewnego momentu - okazuje się bardzo równy stylistycznie. Pierwsze osiem utworów można w zasadzie potraktować jak jedno długie nagranie. Pomimo pewnych zmian nastroju czy natężenia dźwięków, tworzą naprawdę spójną całość, czerpiącą przeważnie ze sprawdzonych rozwiązań. Większość motywów i melodii brzmi bardzo charakterystycznie dla tej grupy, wręcz balansując na granicy autoplagiatu. Są przy tym wciąż tak samo dziwne, a zarazem autentycznie przebojowe (np. "O.N.E.", "Ataraxia"), co akurat działa niewątpliwie na ich korzyść. Dzięki temu słucha mi się ich naprawdę dobrze, pomimo wrażenia powtórki z rozrywki. A zdarzają się też pewne drobne urozmaicenia, jak funkowa rytmika w "If Not Now, Then When?", bardziej egzotyczne brzmienia w "Static Electricity", "East West Link" czy "See Me", albo wplecione tu i ówdzie syntezatory lub inne klawisze.

Niestety, jest też pewien zgrzyt. Po raz kolejny muzycy postanowili zwieńczyć całość cięższym utworem. O ile jednak w kończącym poprzednika "The Hungry Wolf of Fate" sabbathowy riff jest tylko dodatkiem do typowej dla nich piosenki, tak tym razem poszli jeszcze dalej. "K.G.L.W." jedynie przez pierwsze czterdzieści sekund - w których powraca motyw z tak samo zatytułowanego intra poprzedniego albumu - utrzymane jest w stylu reszty materiału. Potem jednak utwór nabiera ciężaru i w zasadzie staje się typowo doom metalowym kawałkiem. Sam w sobie nie jest zły - choć nie za bardzo znajduję uzasadnienie dla długości przekraczającej osiem minut - ale nie pasuje do reszty albumu i rozwala jego budowaną przez ponad pół godziny spójność. Na wcześniejszym longplayu zdarzają się utwory o odrębnym charakterze - jak wspomniany "The Hungry Wolf of Fate", bardziej akustyczny "Straws in the Wind" czy taneczny "Intrasport" - jednak wszystkie pasują do całości. "K.G.L.W" jest natomiast kompletnie wyrwany z kontekstu.

Pomijając to niepasujące zakończenie, bardzo mi odpowiada takie oblicze zespołu. Obawiam się tylko, że muzykom brakuje pomysłów, by dalej je rozwijać. "K.G." i "L.W." to w zasadzie kopie "Flying Microtonal Banana", różniące się głównie jakością poszczególnych kompozycji (i to raczej na własną niekorzyść). Pod względem brzmienia, aranżacji czy melodycznej różnorodności słychać bardzo mały postęp i to tylko w niektórych kawałkach, głównie z poprzedniego albumu. To chyba faktycznie powinien to być jeden album, zawierający tylko te najlepsze - i pasujące do siebie - nagrania. Może wtedy byłoby to wydawnictwo bliższe poziomu pierwszej części mikrotonowego cyklu. A tak powstały dwie zaledwie dobre płyty.

Ocena: 7/10



King Gizzard & The Lizard Wizard - "L.W." (2021)

1. If Not Now, Then When?; 2. O.N.E.; 3. Pleura; 4. Supreme Ascendancy; 5. Static Electricity; 6. East West Link; 7. Ataraxia; 8. See Me; 9. K.G.L.W.

Skład: Stu Mackenzie - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Ambrose Kenny-Smith - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Joey Walker - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Cook Craig - gitara, instr. klawiszowe, wokal; Lucas Harwood - gitara basowa, instr. klawiszowe, wokal; Michael Cavanagh - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: King Gizzard & The Lizard Wizard


26 lutego 2021

[Recenzja] The Notwist - "Vertigo Days" (2021)



Niemiecka grupa The Notwist działa już od ponad trzydziestu lat i ma kilkanaście wydawnictw na koncie. Z szerszym zainteresowaniem i uznaniem spotkał się jednak tylko jeden album, "Neon Golden" z 2002 roku. To akurat całkiem przyjemny przykład tzw, indietroniki, czyli mieszanki indie popu z różnymi formami elektroniki. Kolejnym płytom nie udało się powtórzyć sukcesu. Mogło to być jedną z przyczyn odejścia klawiszowca Martin Gretschmann, mającego niemały wpływ na graną przez zespół muzykę. Niedługo później nastąpiła wieloletnia przerwa wydawnicza. Dopiero miesiąc temu bracia Markus i Micha Acher, wsparci przez nowego muzyka Christopha Becka oraz licznych gości, powrócili z nowym albumem. Podobno najlepszym od lat. "Vertigo Days" to mój pierwszy kontakt z muzyką The Notwist. I to naprawdę udany.

Ten nieprzesadnie długi, co bardzo mnie cieszy, longplay składa się z czternastu utworów, tworzących razem bardzo spójną całość. Czasem wręcz trudno zorientować się się, gdzie kończy się jedna, a zaczyna kolejna kompozycja. To nie tylko zasługa samego miksu, ale też specyficznego klimatu całości. Dominuje tu raczej subtelny, lekko psychodeliczny nastrój i elektroniczne brzmienia, w które nierzadko wpleciono jakby krautrockową motorykę (np. druga połowa "Into Love / Stars", "Exit Strategy to Myslef", "Al Sur"), wyraźniejsze partie gitar i basu (np. "Exit Strategy to Myself", "Ship", "Night's Too Dark"), skrzypce ("Sans Soleil"), a nawet jazzujące dęciaki ("Into the Ice Age"). Choć album jest bardzo zwarty, to poszczególne nagrania wciąż zachowują indywidualny charakter, zarówno za sprawą wyrazistych melodii, jak i przeróżnych aranżacyjnych oraz brzmieniowych smaczków. Popowa przystępność spotyka się tu z eksperymentem. I robi to w naprawdę udany sposób. Z jednej strony melodie są naprawdę atrakcyjne, urocze i przebojowe (do moich ulubionych zaliczają się te z "Where You Find Me", "Into the Ice Age", "Oh Sweet Fire", a nade wszystko "Loose Ends"). A jednocześnie ani przez chwilę nie jest to muzyka błaha, w czym zasługa kunsztownych, wielopłaszczyznowych aranżacji oraz niemniej bogatego brzmienia. Może tylko w finałowym "Into Love Again" - nagranym w pełnej kooperacji w japońską grupą Zayaendo - robi się trochę zbyt rzewnie i bardziej konwencjonalnie pod względem brzmienia, mimo wykorzystania naprawdę wielu instrumentów.

The Notwist na "Vertigo Days" nie odkrywa może niczego nowego - co najwyżej robi to w kontekście swojej własnej twórczości - jednak proponuje naprawdę świetny album, wypełniony całkiem niegłupimi piosenkami. Polecam wszystkim, którzy potrafią docenić muzykę inną od tej, jaką grano pięćdziesiąt i więcej lat temu. W XXI wieku wciąż powstaje mnóstwo ciekawych rzeczy, a obecny rok zaczął się naprawdę mocarnie. Ten longplay jest tego doskonałym przykładem.

Ocena: 8/10



The Notwist - "Vertigo Days" (2021)

1. Al Norte; 2. Into Love / Stars; 3. Exit Strategy to Myself; 4. Where You Find Me; 5. Ship; 6. Loose Ends; 7. Into the Ice Age; 8. Oh Sweet Fire; 9. Ghost; 10. Sans Soleil; 11. Night's Too Dark; 12. * Stars *; 13. Al Sur; 14. Into Love Again

Skład: Markus Acher, Micha Acher, Christoph Beck - wokal, gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe, elektronika, perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Max Punktezahl - gitara; Fabiana Striffler - skrzypce; Theresa Loibl - klarnet, klarnet basowy; Ullrich Wangenheim - flet altowy, klarnet, klarnet basowy; Mathias Götz - puzon; Karl Ivar Refseth - wibrafon, instr. perkusyjne; Saya Ueno - wokal (2,5,14), melodyka (14); Angel Bat Dawid - klarnet (7); Ben LaMar Gay - wokal (8); Juana Molina - instr. klawiszowe (13), elektronika (13), wokal (13); Satomi Endo - saksofon sopranowy (14); Ken Manabe - saksofon tenorowy (14); Kanako Veda - klarnet (14); Kiriko Kawamatsu - puzon (14); Yutaka Hirose - tuba (14); Kiyokazu Onozaki - melodyka (14); Tomoaki Saito - mandolina (14); Takashi Ueno - bandżo (14); Mitsuru Tanaka - instr. perkusyjne (14)
Producent: The Notwist


24 lutego 2021

[Recenzja] Elephant9 - "Arrival of the New Elders" (2021)



Norweskie trio Elephant9 działa już od kilkunastu lat i zdążyło wydać kilka albumów, jednak dotąd nie miałem okazji recenzować jego dokonań. Wspominałem co prawda o dwóch koncertówkach o wspólnym tytule "Psychedelic Backfire", które uznałem za jedne z najlepszych płyt 2019 roku, jednak pełnych recenzji nie było. Zespół nie każe jednak długo czekać na swoje kolejne wydawnictwa, a ja w końcu postanowiłem poświęcić mu trochę miejsca. Opublikowany w tym miesiącu "Arrival of the New Elders", szósta pozycja w studyjnej dyskografii grupy, to w zasadzie longplay niewiele różniący się od poprzednich. Muzycy pozostają wierni dotychczasowym inspiracjom, obejmującym takich wykonawców, jak Miles Davis, The Tony Williams Lifetime, Mahavishnu Orchestra, Weather Report, King Crimson czy Hawkwind. Konsekwencję zespołu widać już po samej okładce, utrzymanej w stylu poprzednich, a także po instrumentarium, tradycyjnie ograniczającym się do różnych klawiszy, basu oraz perkusji, z okazjonalnie pojawiającą się gitarą (tej ostatniej jest nieco więcej na płytach nagranych z udziałem Reine'ego Fiske'a, który jednak tym razem nie wspomógł tria).

Na album składa się tylko osiem utworów o łącznym czasie trwania zbliżającym się do czterdziestu czterech minut. Podoba mi się ta tendencja, jaką zaobserwowałem też na innych tegorocznych albumach, powrotu do winylowej długości płyt. Wydawanie dłuższych płyt z premierowym materiałem naprawdę nie ma przeważnie sensu. Trudno wówczas utrzymać równy poziom i zbudować odpowiednią dramaturgię. "Arrival of the New Elders" te problemy nie dotyczą. Całkiem trafionym pomysłem okazało się rozpoczęcie albumu dość subtelnym, nieśpiesznym utworem tytułowym, zdominowanym przez brzmienia elektrycznych instrumentów klawiszowych Ståle'a Storløkkena, wspartych wyrazistą grą sekcji rytmicznej, a momentami także fortepianem. Tempo wzrasta dopiero w drugim na płycie "Rite of Accession", napędzanym energetyczną grą sekcji rytmicznej, której towarzyszą ostrzejsze, przesterowane dźwięki elektrycznego pianina lub organów. Jednak dla równowagi wpleciono tu także partie melotronu oraz sporo akustycznej gitary, na której zagrał basista Nikolai Hængsle. Pomimo nieco innego instrumentarium, nagranie kojarzy mi się z pierwszym wcieleniem Mahavishnu Orchestra. Skojarzenia z tą grupą, tylko tym razem jej łagodniejszymi nagraniami, wywołuje także początek "Sojourn". I tak album sobie płynie, częściej stawiając na tworzenie nastroju ("Tales of Secrets", "Throughout the Worlds", "Solar Song") niż bardziej dynamicznego granie ("Chasing the Hidden", "Chemical Boogie" - oba utrzymane na pograniczu wczesnego fusion i krimzonowania). 

Muszę przyznać, że bardzo przyjemnie się tego wszystkiego słucha. Świetne jest brzmienie, z tymi wszystkimi oldskulowymi klawiszami i wyrazistą sekcją rytmiczną. Podoba mi się też gra muzyków, z jednej strony wyrafinowana, świadcząca o dużym warsztacie instrumentalnym, ale całkowicie pozbawiona popisywania się umiejętnościami. Trio stawia zdecydowanie na grę zespołową. Nie mogę też przyczepić się do aranżacji, które pomimo skromnego składu, zdają się całkiem bogate i kunsztowne. Natomiast pewnym problemem są kompozycje, którym brakuje czegoś charakterystycznego. Właściwie tylko w "Rite of Accession" pojawia się bardziej wyrazisty motyw i w ogóle ten utwór moim zdaniem bardzo wybija się na tle pozostałych. Zupełnie nie przeszkadza mi to podczas słuchania "Arrival of the New Elders" w całości, ale wątpię, bym kiedyś poczuł chęć powrotu do tego albumu. Pomimo tego, zdecydowanie polecam go wszystkim wielbicielom muzyki na pograniczu jazzowego mainstreamu początku lat 70. oraz ambitniejszego rocka tego okresu. Elephant9 całkiem udanie przywołuje ten klimat, co zresztą udowodnił już na wcześniejszych płytach.

Ocena: 7/10



Elephant9 - "Arrival of the New Elders" (2021)

1. Arrival of the New Elders; 2. Rite of Accession; 3. Sojourn; 4. Tales of Secrets; 5. Throughout the Worlds; 6. Chasing the Hidden; 7. Chemical Boogie; 8. Solar Song

Skład: Ståle Storløkken - instr. klawiszowe; Nikolai Hængsle - gitara basowa, gitara (2); Torstein Lofthus - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Elephant9


22 lutego 2021

[Recenzja] Fire! - "Defeat" (2021)



Mats Gustafsson, Johan Berthling i Andreas Werliin niemal co roku prezentują premierową muzykę. Czy to nagraną w trio pod szyldem Fire!, czy też w bardziej rozbudowanym składzie i pod stosownie zmodyfikowaną nazwą Fire! Orchestra. Nie minął jeszcze rok od premiery koncertowego "Actions" - składającego się z odświeżonej wersji tytułowej kompozycji Krzysztofa Pendereckiego - a już do sklepów i na serwisy streamingowe trafiło kolejne wydawnictwo. Tym razem zarejestrowane w bardziej kameralnym składzie, po raz pierwszy od wydanego trzy lata temu "The Hands". Jednak podstawowy skład został tu wsparty przez dwóch muzyków bigbandowego wcielenia grupy: trębacza Gorana Kajfesa oraz grającego na puzonie i suzafonie Matsa Äleklinta. To nie jedyna zmiana. "Defeat" całkowicie odchodzi od bardziej rockowego brzmienia "The Hands", a Gustafsson chyba po raz pierwszy w karierze uczynił swoim głównym instrumentem flet.

Longplay składa się z pięciu utworów o łącznym czasie trwania nieznacznie przekraczającym trzydzieści sześć minut. To bardzo krótko, szczególnie na współczesne standardy. Ale taka długość działa na korzyść. Nie ma tu żadnego zbędnego przedłużania, a słuchacz nie zdąży się znudzić. Na dłuższą metę prezentowana tu muzyka - dość konsekwentnie bazująca na podobnych w sumie rozwiązaniach - mogłaby zacząć nużyć. A tak pozostawia raczej niedosyt, zachęcając do kolejnych odsłuchów. Każde nagranie ma przy tym trochę inny charakter, choć w zasadzie wszystkie, pisząc w sporym uproszczeniu, sprowadzają się do grania solówek instrumentów dętych z towarzyszeniem zapętlonej gry sekcji rytmicznej. Jednak partie Berthlinga i Werlina są całkiem pomysłowe i bynajmniej nie stanowią jedynie akompaniamentu. To taka muzyka, w której każdy instrument wydaje się równie istotny.

Album zaczyna się od najbardziej melodyjnego "A Random Belt. Rats You Out", w którym na tle niemal tanecznej gry sekcji rytmicznej rozbrzmiewają solówki różnych dęciaków, z czasem ciekawie się uzupełniające i coraz bardziej intensywne. Szczególnie świetnie wypada partia fletu, przerywana zabawnymi odgłosami Gustafssona, co - mimo zupełnie innej stylistyki - wywołuje skojarzenia z Ianem Andersonem i Jethro Tull. Mniej przystępnie rozpoczyna się pierwsza odsłona dwuczęściowego "Each Millimeter of the Toad", jednak z czasem saksofonowe rzężenie ustępuje miejsca klimatycznej partii fletu, lecz tworzącej raczej niepokojący nastrój, świetnie budowany z pomocą sekcji rytmicznej. W drugiej odsłonie dla odmiany robi się bardziej pogodnie, choć partie dęciaków nierzadko ocierają się o freejazzową agresję. Równie intensywnie brzmią w znanym już przed premierą "Defeat (Only Further Apart...)", gdzie dla odmiany towarzyszą im bardziej plemienne bębny. Największe wrażenie robi na mnie jednak finałowy "Alien (to My Feet)", najbardziej tutaj subtelny utwór, w którym muzykom udaje się stworzyć naprawdę świetny nastrój.

"Defeat" to kolejne potwierdzenie, że Fire! - podobnie, jak i Fire! Orchestra - to obecnie jedna z najmocniejszych jazzowych marek. Kolejne albumy, choć tak często wydawane, niemal zawsze trzymają bardzo wysoki poziom. W dodatku zespół zawsze stara się zaprezentować coś innego, zamiast powielać te same schematy. Mimo tego, pewne podobieństwa na poszczególnych wydawnictwach są zauważalne, co świadczy o tym, że muzycy wypracowali sobie charakterystyczny styl gry. To cechy tych najlepszych wykonawców.

Ocena: 8/10



Fire! - "Defeat" (2021)

1. A Random Belt. Rats You Out; 2. Each Millimeter of the Toad, Part 1; 3. Each Millimeter of the Toad, Part 2; 4. Defeat (Only Further Apart...); 5. Alien (to My Feet)

Skład: Mats Gustafsson - flet, saksofon barytonowy, elektronika; Johan Berthling - gitara basowa; Andreas Werliin - perkusja
Gościnnie: Goran Kajfes - trąbka; Mats Äleklint - puzon, suzafon
Producent: Fire!


20 lutego 2021

[Recenzja] Sun Ra - "Disco 3000" (1978)



Sun Ra przeważnie występował i nagrywał w dużych, kilkunastoosobowych grupach. Czasem jednak decydował się na mniejszy skład. Tak było podczas występu z 23 stycznia 1978 roku w Mediolanie. Liderowi towarzyszyli wówczas jedynie saksofonista John Gilmore, trębacz Michael Ray oraz perkusista Luqman Ali. Z fragmentami tego koncertu można zapoznać się dzięki opublikowanemu niedługo później albumowi "Disco 3000". Podobnie jak wiele innych pozycji z obszernej dyskografii rzekomego mieszkańca Saturna, longplay ukazał się własnym sumptem, w niewielkim nakładzie rozprowadzanym podczas występów. Oryginalne, bardzo trudne do zdobycia, kopie zawierały różne, własnoręcznie wykonane okładki. Powyższa grafika, inspirowana jednym z pierwotnych projektów, pochodzi z europejskiej reedycji winylowej z 2009 roku. Przy okazji warto wspomnieć o wznowieniach kompaktowych, które na dwóch płytach CD zawierają kompletny zapis mediolańskiego występu. W tej recenzji skupię się jednak na pierwotnie opublikowanym materiale.

Pomimo nienajlepszej jakości nagrania, dobrze, że nagrania te ujrzały światło dzienne. To wyjątkowy album w dyskografii Sun Ra, nie tylko ze względu na bardziej kameralny skład. Zawarta tu muzyka przypomina fascynacji lidera elektroniką. Jednak w przeciwieństwie do jego pierwszych eksperymentów z syntezatorami - jak "My Brother the Wind" - zawierający muzykę o nieco bardziej uporządkowanym charakterze. Zbliżającą się w sumie do tego, co prezentowali ówcześni przedstawiciele elektronicznego mainstreamu. najważniejszym utworem jest tu bez wątpienia tytułowy "Disco 3000", ponad dwudziestominutowa improwizacja, zajmująca stronę A winyla. Sun Ra korzysta tutaj z wielu nowinek technicznych, jak automat perkusyjny, czy - prawdopodobnie - sekwencer, dzięki którym utwór momentami nasuwa skojarzenia ze Szkołą Berlińską progresywnej elektroniki. Jednak to tylko dodatki do bardziej jazzowych improwizacji na organach, syntezatorze oraz dęciakach. Innego rodzaju smaczkiem jest krótki cytat ze słynnego "Space Is the Place". Całość jest naprawdę unikalnym połączeniem awangardowego jazzu i głównonurtowej elektroniki. Z tą ostatnią jeszcze bardziej kojarzy się jedenastominutowy "Dance of the Cosmo-Aliens", w całości oparty na elektronicznych repetycjach, stanowiących tło dla solowych popisów lidera na organach. Ewidentnie jazzowy charakter ma natomiast znany już z innych wydawnictw "Third Planet", zdominowany przez partie pianina, saksofonu oraz intensywną perkusję. Bębniarz może wykazać się również w miniaturowym "Friendly Galaxy", który rozpoczyna się jego popisem.

"Disco 3000" nie zawsze jest wymieniany wśród polecanych płyt Sun Ra, co należy uznać za spore niedopatrzenie. Takie kameralne, mocno elektroniczne oblicze jego muzyki wypada bardzo ciekawie i intrygująco. Na szczęście obecnie można zapoznać się z tym materiałem bez większych trudności. Zdecydowanie nie warto pomijać tego albumu, jeśli chce się mieć w miarę kompletne pojęcie o dokonaniach Sun Ra.

Ocena: 8/10



Sun Ra - "Disco 3000" (1978)

1. Disco 3000; 2. Third Planet; 3. Friendly Galaxy; 4. Dance of the Cosmo-Aliens

Skład: Sun Ra - instr. klawiszowe, automat perkusyjny, wokal; John Gilmore - saksofon tenorowy, perkusja, wokal; Michael Ray - trąbka, wokal; Luqman Ali - perkusja, wokal
Producent: Sun Ra


18 lutego 2021

[Recenzja] David Bowie - "'Heroes'" (1977)



Zaraz po zakończeniu prac nad albumem "Lust for Life" Iggy'ego Popa, latem 1977 roku, David Bowie przystąpił do przygotowania kolejnej odsłony swojej Trylogii Berlińskiej. "'Heroes'" (cudzysłów jest częścią tytułu) jako jedyna część tego cyklu faktycznie została w całości zarejestrowana w Berlinie Zachodnim, które to miasto ponownie dostarczyło inspiracji zarówno do tekstowej, jak i muzycznej warstwy albumu. Nagrania odbyły się na przełomie lipca i sierpnia w Hansa Studio. Bowie ponownie skorzystał z pomocy Briana Eno i Tony'ego Visconti, którzy mieli istotny wpływ na ostateczny kształt "Low", a także swojego zespołu wspierającego, wówczas wciąż składającego się z Carlosa Alomara, George'a Murraya i Dennisa Davisa. W studiu pojawiła się też nowa postać - Robert Fripp we własnej osobie, którego charakterystyczna gitara ubarwiła niektóre z nowych utworów.

Struktura longplaya przypomina poprzednie wydawnictwo. Pierwszą połowę albumu, czyli winylową stronę A, wypełniają kawałki o bardziej piosenkowym charakterze, łączące w zasadzie popowe melodie z całkiem pomysłowymi aranżacjami. Sztandarowym utworem jest tu oczywiście tytułowy "'Heroes'", jedno z najsłynniejszych nagrań Bowiego w ogóle, choć jako singiel odniósł raczej umiarkowany sukces w notowaniach. Popularność tego kawałka wynika w znacznym stopniu z charakterystycznej, opartej na dwóch dźwiękach zagrywki Frippa, wymyślonej wszakże przez lidera i Eno. To faktycznie bardzo przyjemna piosenka, choć niekoniecznie najciekawsza na tym albumie. Inne kawałki zdają się dużo ciekawsze pod względem aranżacyjnym, nie tracąc przy tym na przebojowości. Wymieć trzeba drugi, znacznie mniej znany singiel, "Beauty and the Beast", zbudowany na dość tanecznej rytmice, ale pełen gitarowych i klawiszowych smaczków, ze świetną partią wokalną Bowiego, wspartego przez żeński chórek. Albo "Joe the Lion" z kolejnym wyrazistym motywem przewodnim oraz fajną zmianą nastroju w środkowej części. Spokojniejszy "Sons of Silent Age", z istotną rolą saksofonu i brzmień klawiszowych, to kolejny mocny punkt. Od całości nie odstaje też żywszy "Blackout", w którym pojawiają się najbardziej frippowskie partie gitary.

Druga strona albumu to przede wszystkim cykl czterech (prawie) instrumentalnych utworów, płynnie ze sobą połączonych. Skojarzenia z drugą połową "Low" są jak najbardziej na miejscu, choć na początek pojawia się bardziej motoryczny "V-2 Schneider". Nagranie nie tylko za sprawą tytułu oddaje hołd dla Floriana Schneidera i Kraftwerk. Jednak oprócz sporej dawki brzmień elektronicznych, charakterystycznej, jednostajnej rytmiki oraz tekstu składającego się z pojedynczych słów, pojawia się tutaj także ciekawa partia saksofonu. W tym nagraniu Bowie zdecydowanie najbardziej zbliżył się do swojej krautrockowej fascynacji. Pozostałe trzy nagrania to już takie bardziej ambientowe pejzaże, w których nieoceniony jest wkład Eno. "Sense of Doubt" i "Neuköln" - pierwszy mocno elektroniczny, drugi wzbogacony przejmującymi partiami saksofonu oraz posępną gitarą - doskonale oddają ponury klimat ówczesnego Berlina, w którym II wojna światowa nie wydawała się czymś odległym i definitywnie zakończonym. Trochę wytchnienia daje umieszczony pomiędzy nimi "Moss Garden", z ładną partią koto i ogólnie subtelniejszym nastrojem, choć i tutaj nie brakuje dość niepokojących momentów. Szkoda jedynie, że Bowie postanowił zakończyć ten album bardziej optymistycznym akcentem. Piosenka "The Secret Life of Arabia", oparta na bardzo tanecznym rytmie, trochę nie pasuje do zbudowanego przez poprzednie utwory klimatu. Sama w sobie wypada jednak całkiem fajnie.

"'Heroes'" potwierdza, że nagranie "Low" nie było przypadkiem, a David Bowie naprawdę przeobraził się z twórcy zbiorów zgrabnych piosenek w dojrzałego, lecz wciąż poszukującego artystę, myślącego o albumie muzycznym jako o całości. Druga część Berlińskiej Trylogii wydaje mi się jednak mniej ciekawa. O ile instrumentalne utwory interesująco rozwijają koncepcje z poprzednika, tak piosenkowy materiał oceniam trochę niżej - nie słyszę w tych kawałkach dużego postępu, a czasem nawet bardziej zachowawcze podejście (tytułowy, "The Secret Life of Arabia"). Nie do końca wykorzystano też możliwości, jakie nastały wraz z pojawieniem się w studiu Frippa. To jednak wciąż bardzo udany album i niewątpliwie jedno z największych osiągnię w całej karierze Bowiego.

Ocena: 8/10



David Bowie - "'Heroes'" (1977)

1. Beauty and the Beast; 2. Joe the Lion; 3. "Heroes"; 4. Sons of the Silent Age; 5. Blackout; 6. V-2 Schneider; 7. Sense of Doubt; 8. Moss Garden; 9. Neuköln; 10. The Secret Life of Arabia

Skład: David Bowie - wokal, instr. klawiszowe, saksofon, gitara, koto, instr. perkusyjne; Brian Eno - instr. klawiszowe; Robert Fripp - gitara; Carlos Alomar - gitara; George Murray - gitara basowa; Dennis Davis - perkusja i instr. perkusyjne; Tony Visconti - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: David Bowie i Tony Visconti


16 lutego 2021

[Recenzja] Iggy Pop - "Lust for Life" (1977)



Identycznie, jak w przypadku "The Idiot", w powstawanie kolejnego albumu Iggy'ego Popa mocno zaangażował się David Bowie. Brytyjski artysta znalazł czas pomiędzy pracą nad swoimi dwoma wielkimi dziełami, "Low" i "'Heroes'", by wspomóc Amerykanina w jego solowej karierze. Zaraz po zakończeniu nagrań na "Low" zebrał zespół, z którym Pop mógł wyruszyć na światową trasę promującą "The Idiot". Znalazł się w nim gitarzysta Ricky Gardiner, wcześniej członek Beggars Opera, a także znani ze współpracy z Toddem Rundgrenem bracia Sales, basista Tony i perkusista Hunt. Bowie osobiście zasiadł za klawiszami. Zaraz po zakończeniu koncertów kwintet udał się do berlińskiego Hansa Studio, celem przygotowania nowego materiału. Prace tym razem nie przebiegały pod dyktando Bowiego. Pop poczuł się zdecydowanie pewniej w roli lidera. Samodzielnie napisał wszystkie teksty, a także muzykę do kawałka "Sixteen". Nalegał też, aby w komponowanie zaangażowani byli wszyscy instrumentaliści, a następnie sam pozmieniał część melodii. Sesja przebiegała dość chaotycznie, a Bowie próbował ratować sytuację angażując dodatkowych muzyków: swojego stałego współpracownika w tamtym okresie, gitarzystę Carlosa Alomara, a także klawiszowca Warrena Peace'a.

"Lust for Life", jak zatytułowano album, nie kontynuuje eksperymentów z "The Idiot". Pop zaproponował całkiem inny kierunek, stawiając na proste, energetyczne i melodyjne granie rockowe, nierzadko wywołujące skojarzenia z The Rolling Stones, bardziej piosenkowymi momentami The Velvet Underground czy z muzycznymi początkami Popa w The Stooges. Longplay przyniósł aż dwa spore przeboje: tytułowy oraz "The Passenger", skomponowane odpowiednio przez Bowiego i Gardinera. Tych kawałków nie trzeba chyba nikomu przybliżać. Podobnych nagrań, tylko przeważnie nieco ostrzej zagranych i nie aż tak chwytliwych, jest tutaj znacznie więcej, by wspomnieć tylko o "Sixteen" i "Some Weird Sin". Przebojowości nie można natomiast odmówić najbardziej pogodnemu "Success". Jednak moim faworytem jest nieco bardziej stonowany "Neighborhood Threat". Zarówno ten utwór, jak i wyróżniający się większą rolą brzmień klawiszowych "Tonight" zostały później nagrane przez Bowiego na album nazwany tytułem drugiego z nich. "Lust for Love" przynosi także balladę "Turn Blue" o staroświeckim, nieco bluesowym klimacie. Jest jeszcze dość lekki, wyluzowany "Fall in Love with Me", znów z bardziej wyeksponowanymi, przyjemnymi klawiszami. Ciekawostką jest zamiana ról Gardinera i braci Sales, którzy pozamieniali się instrumentami, co jednak nie ma większego wpływu na muzykę.

"Lust for Life" nawet przez moment nie zbliża się do wyjątkowości "The Idiot", ale w swojej kategorii bezpretensjonalnego, energetycznego i przebojowego grania broni się naprawdę dobrze. Potwierdza niestety, że o charakterze poprzedniego albumu zadecydował przede wszystkim wkład Bowiego. Gdy Iggy Pop zaczął sam kierować swoją karierą, jego muzyka od razu stała się bardziej zwyczajna, choć przyjemna i doskonale spełniająca swoją użytkową rolę.

Ocena: 7/10



Iggy Pop - "Lust for Life" (1977)

1. Lust for Life; 2. Sixteen; 3. Some Weird Sin; 4. The Passenger; 5. Tonight; 6. Success; 7. Turn Blue; 8. Neighborhood Threat; 9. Fall in Love with Me

Skład: Iggy Pop - wokal; David Bowie - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Carlos Alomar - gitara, dodatkowy wokal; Ricky Gardiner - gitara (1-8), perkusja (9), dodatkowy wokal; Tony Sales - gitara basowa (1-8), gitara (9), dodatkowy wokal; Hunt Sales - perkusja (1-8), gitara basowa (9), dodatkowy wokal
Gościnnie: Warren Peace - instr. klawiszowe (7), dodatkowy wokal (7)
Producent: David Bowie, Iggy Pop i Colin Thurston


14 lutego 2021

[Recenzja] Sonny Sharrock - "Ask the Ages" (1991)



Warren "Sonny" Sharrock, nazywany nie bez powodu Hendrixem jazzu lub Coltrane'em gitary, na instrumencie nauczył się grać stosunkowo późno. Karierę muzyczną zaczynał pod koniec lat 50. jako wokalista w amatorskiej grupie doo-wopowej. Jazzem zainteresował się pod wpływem "Kind of Blue" Milesa Davisa, a szczególnie gry Johna Coltrane'a. Sam chciał początkowo zostać właśnie saksofonistą, jednak z powodu astmy musiał zmienić instrument. Zdecydował się więc na gitarę, wkrótce wyrabiając sobie swój własny sposób gry, zdradzający inspirację zarówno Trane'em, jak i Jimim Hendrixem. Na jazzowej scenie zaistniał pod koniec lat 60. Wyraźnie ciągnęło go w stronę ambitniejszego grania, czego dowodem udział w sesjach takich muzyków, jak Pharoah Sanders, Don Cherry, Wayne Shorter czy Miles Davis. Jednocześnie był stałym współpracownikiem Herbiego Manna, z którym tworzył bardziej komunikatywne rzeczy. Ważną postacią w karierze Sharrocka był też Bill Laswell, z którym pracował przy różnych okazjach, przede wszystkim w kwartecie Last Exit, łączącym free jazz, jazz rock i noise.

Sonny pozostawił po sobie też wiele płyt solowych, z których najsłynniejsze to pierwsza i ostatnia. Debiutancki "Black Woman" nie specjalnie przypadł mi do gustu, ze względu na zbyt wyeksponowane wokalizy Lindy Sharrock, ówczesnej żony gitarzysty. O wiele bardziej przekonuje mnie "Ask the Ages", wydany w 1991 roku, na trzy lata przed nieco przedwczesną śmiercią muzyka. Jeżeli ktoś sądzi, że w latach 90. jazz nie miał już nic do zaoferowania, to ten album powinien zweryfikować taką opinię. Jest to co prawda granie mocno zakorzenione w stylach popularnych dobre dwadzieścia lat wcześniej, jednak Sharrock przedstawia tu własną wizję takiej muzyki. A trzeba dodać, że dobrał sobie znakomitych współpracowników. Takie nazwiska, jak Pharoah Sanders i Elvin Jones mówią same za siebie. Basista Charnett Moffett to również postać, której nie powinno się ignorować. W opisie albumu znalazł się też Laswell, choć tym razem wyłącznie w roli współproducenta.

Sześć premierowych kompozycji lidera nawiązuje do różnych jazzowych nurtów. Zdecydowanie najjaśniejszymi punktami są tutaj dwa najdłuższe nagrania. Świetnie sprawdzający się w roli otwieracza post-bopowy "Promises Kept" już na otwarcie zwraca uwagę świetnym gitarowym tematem, a następnie porywającymi, zahaczającymi o estetykę free jazzu popisami Sandersa i Sharrocka, którym towarzyszy dość swobodna, ale przy tym bardzo potężna oraz energetyczna gra sekcji rytmicznej, która zresztą dostaje też sporo czasu na własny, nie mniej fascynujący popis. Z kolei w "Many Mansions" już od mocarnego wejścia Jonesa, do którego dopiero po pewnym czasie dołączają pozostali instrumentaliści, budowany jest fantastyczny, uduchowiony nastrój. Pharoah, Sonny i Elvin wspięli się tu na wyżyny swoich umiejętności, jednak nieoceniony jest także wkład Moffetta, dostarczającego hipnotyczny podkład. Trudno uniknąć skojarzeń z najsłynniejszymi dokonaniami Alice Coltrane czy samego Sandersa, jednak wyeksponowana gitara nadaje pewnej unikalności. 

Co nie znaczy, że pozostałe kawałki pozostają daleko w tyle. Warto na pewno zwrócić uwagę na spokojniejszy "Who Does She Hope to Be?", w którym kwartet pokazuje bardziej subtelne oblicze, bez popadania w przesadną rzewność lub tani sentymentalizm. To także jeden z mocniejszych fragmentów całości. Przyjemnie wypada swingujący "Little Rock", świadczący o sporym szacunku do tradycji. Z grą całego składu ciekawie kontrastuje ostre brzmienie gitary, które kojarzy się raczej z muzyką rockową. Mniej przekonuje mnie "As We Used to Sing", w którym sekcja rytmiczna gra trochę zbyt monotonnie, a partie Sonny'ego i Pharoaha ocierają się o chaos, momentami przekraczając tę granicę. Z kolei w "Once Upon a Time" niespecjalnie pasuje mi bardzo intensywna gra Jonesa, która niekoniecznie pasuje do tego, co grają pozostali instrumentaliści. Zapewne taki właśnie był zamysł, ale moim zdaniem nie wyszło to przekonująco.

Pomimo pewnych zastrzeżeń, uważam "Ask the Ages" za bardzo udany album i chyba szczytowe osiągniecie Sonny'ego Sharrocka, wliczając w to jego wkład w dokonania innych muzyków. Wszyscy instrumentaliści znakomicie się tutaj spisali, A efekt może zainteresować nie tylko wielbicieli jazzu. Ostre, rockowe brzmienie gitary lidera może przekonać także słuchaczy, którzy raczej stronią od muzyki jazzowej.

Ocena: 8/10



Sonny Sharrock - "Ask the Ages" (1991)

1. Promises Kept; 2. Who Does She Hope to Be?; 3. Little Rock; 4. As We Used to Sing; 5. Many Mansions; 6. Once Upon a Time

Skład: Sonny Sharrock - gitara; Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Charnett Moffett - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bill Laswell i Sonny Sharrock 


12 lutego 2021

[Recenzja] Chick Corea - "Circulus" (1978)



Przed kilkoma dniami, 9 lutego, zmarł jeden z najsłynniejszych jazzmanów, Chick Corea. To postać nieco kontrowersyjna. Z jednej strony znakomity pianista, tworzący swego czasu artystycznie wartościowe rzeczy. Jednocześnie muzyk, który m.in. pod wpływem scjentologii zwrócił się w stronę bardziej komercyjnego grania, miewający skłonności do instrumentalnego onanizmu, do tego nie zawsze wykazujący się dobrym smakiem w kwestii dobru brzmień elektronicznych instrumentów. Corea zostanie zapamiętany przede wszystkim za sprawą współpracy z Milesem Davisem - wystąpił na tych najważniejszych elektrycznych płytach trębacza, czyli "In a Silent Way", "Bitches Brew", "Jack Johnson" i "On the Corner" - a także dzięki własnej grupie Return to Forever, z którą odnosił wielkie sukcesy komercyjne w czasach popularności plastikowego fusion. Nagrał też wiele płyt solowych, z których najbardziej cenione, a przy tym faktycznie warte poznania są dwie: jeszcze stricte akustyczny "Now He Sings, Now He Sobs", nagrany w trio z Miroslavem Vitoušem i Royem Haynesem, a także "Return to Forever" utrzymany w stylistyce bardziej wysublimowanego, choć już komunikatywnego fusion.

Zapewne mniej osób kojarzy pianistę z bardziej awangardowymi odmianami jazzu. Jednak przez pewien okres, zanim jeszcze względy merkantylne zaczęły mieć dla niego kluczowe znaczenie, tworzył muzykę o znacznie trudniejszym charakterze. Wciąż będąc członkiem regularnego zespołu Davisa, przygotował własny album "Is" (1969), stylistycznie utrzymany pomiędzy wczesnym, eksperymentalnym fusion, a free jazzem. Po zakończeniu stałej współpracy z trębaczem poszedł jeszcze dalej w free, czego dowodem dwa albumy nagrane wspólnie z basistą Davidem Hollandem i perkusistą Barrym Altschulem: wydany wyłącznie pod nazwiskiem Corei "The Song of Singing" (1970) oraz sygnowany przez całą trójkę "A.R.C." (1971). Wkrótce potem dołączył do nich saksofonista Anthony Braxton, a kwartet przybrał nazwę Circle. Pod tym szyldem ukazało się kilka płyt, głównie koncertowych, jak mocarny "Paris Concert" z 1972 roku. Z tego właśnie okresu pochodzą także nagrania zebrane na "Circulus" - dwupłytowej kompilacji opublikowanej przez Blue Note w 1978 roku i nigdy później już niewznawianej. Materiał zarejestrowano na przestrzeni 1970 roku, głównie w czteroosobowym składzie, z wyjątkiem jednego utworu pochodzącego z sesji "The Song of Singing".

Chick Corea (12.6.1941 - 9.2.2021)


I właśnie od tego najstarszego nagrania, noszącego tytuł "Drone", całość się zaczyna. Nie należy traktować go jako odrzutu. Ta trwająca ponad dwadzieścia minut swobodna improwizacja po prostu niespecjalnie pasowałaby do charakteru "The Song of Singing", który co prawda wyraźnie zdradza wpływ stylistyki free i poważnej awangardy, ale wypełniają go stosunkowo krótkie i raczej poukładane utwory. Tutaj trio proponuje znacznie luźniejszą formę. Jest to zdecydowanie jeden z najwspanialszych momentów w karierze Corei, który w swoich improwizacjach śmiało wykracza poza jazzowy idiom, zdradzając fascynację współczesnymi kompozytorami w rodzaju Arnolda Schönberga, Karlheinza Stockhausena czy Johna Cage'a, Instrument traktuje w sposób bardzo niekonwencjonalny - szczególnie w środkowej części, gdy gra także bezpośrednio na strunach fortepianu. Na uznanie zasługuje też wkład pozostałych muzyków, doskonale uzupełniających partie pianisty. Wykazać może się zwłaszcza Holland, który gra krótkie, lecz bardzo intensywne i interesujące solo na kontrabasie.

"Drone" to jeszcze mimo wszystko całkiem poukładane granie. Gdy kilka miesięcy później do tria dołączył Braxton, muzycy jeszcze bardziej się zradykalizowali. Trzy kilkunastominutowe nagrania o wspólnym tytule "Quartet Piece" to już totalna improwizacja, całkowicie rezygnująca z melodii oraz określonej formy. W pierwszej odsłonie instrumentaliści skupiają się przede wszystkim na dźwięku jako takim, proponując własną wersję sonoryzmu. Corea gra tym razem głównie na spreparowanym pianinie, Braxton wydobywa z saksofonu przedziwne dźwięki, a Holland i Altschul zdają się kompletnie nie pamiętać, jaka jest rola sekcji rytmicznej. A jednak słychać, że wszyscy zmierzają w tym samym kierunku, dopełniając się nawzajem. Druga odsłona realizuje te same założenia, jednak trochę zmienia się instrumentarium. Holland gra także na gitarze akustycznej i wiolonczeli, Braxton częściowo przerzuca się na klarnet, dochodzą też wibrafon oraz basowa marimba. Tu również muzykom udaje się wykreować ciekawy nastrój, choć pod względem sonorystycznym nie jest to już tak niezwykłe nagranie. Ostatnia część bliższa momentami bliższa jest bardziej typowego free w radykalniejszej odmianie, ale są też dłuższe fragmenty pełne dźwiękowych i formalnych eksperymentów. Całości dopełnia stosunkowo krótki, sześciominutowy "Percussion Piece", w którym zgodnie z tytułem cały kwartet gra wyłącznie na różnych perkusjonaliach. Ponownie jednak skupiono się na brzmieniu, rezygnując z rytmu i melodii, a efekt znów okazuje się bardzo ciekawy.

Lata 1968-72 to niezwykle udany okres w twórczości Chicka Corei. Niezależnie od tego, czy grał post-bop ("Now He Sings..."), ambitne fusion (współpraca z Milesem), mniej lub bardziej radykalny free jazz (solowe płyty z przełomu dekad, kwartet Circle) czy delikatne fusion ("Return to Forever"), zawsze była to muzyka na najwyższym poziomie artystycznym. A "Circulus" tylko to potwierdza. Wypełniają go jedne z najlepszych utworów z tego najbardziej awangardowego etapu działalności pianisty. Jedyny powód, dlaczego ten materiał musiał czekać tyle czasu na wydanie, to obawa o wyniki sprzedaży. Dopiero późniejszy sukces Corei z Return to Forever - którego płyty wydawały inne wytwórnie - zachęcił przedstawicieli Blue Note do publikacji. Ciekaw jestem tylko, jak wielbiciele "Romantic Warrior" zareagowali na ten materiał. Nie jest to przecież muzyka błaha i przystępna.

Ocena: 8/10



Chick Corea - "Circulus" (1978)

LP1: 1. Drone; 2. Quartet Piece No. 1
LP2: 1. Quartet Piece No. 2; 2. Quartet Piece No. 3; 3. Percussion Piece

Skład: Chick Corea - pianino, czelesta, wibrafon, marimba, instr. perkusyjne; Dave Holland - kontrabas, wiolonczela, gitara, instr. perkusyjne; Barry Altschul - perkusja i instr. perkusyjne; Anthony Braxton - saksofon altowy, saksofon sopranowy, klarnet, klarnet kontrabasowy, instr. perkusyjne
Producent: Sonny Lester


11 lutego 2021

[Recenzja] Frank Zappa - "Joe's Garage Act I" / "Joe's Garage Act II & III" (1979)



Frank Zappa zawsze był płodnym twórcą, jednak pod koniec lat 70. przeszedł sam siebie. W samym 1979 roku opublikował aż pięć albumów, z których drugi i ostatni to wydawnictwa dwupłytowe. Kolejno były to  "Sleep Dirt", "Sheik Yerbouti", "Orchestral Favorites", a także "Joe's Garage Act I" i "Joe's Garage Act II & III". Jak nietrudno się domyślić, dwa ostatnie tworzą całość - rockową operę w trzech aktach (kompaktowe reedycje zawierają cały materiał na dwóch, wydanych razem dyskach). Podobne przedsięwzięcia kojarzą się ze sporą dawką patosu, jednak Zappa podszedł do niego z typowym dla siebie humorem. Wszystkie recenzje "Joe's Garage", jakie udało mi się znaleźć, skupiają się na warstwie tekstowej, będącej satyrą na amerykańskie społeczeństwo i politykę, choć obrywa się też przemysłowi muzycznemu oraz instytucjom religijnym. Zappa wyraża swoją krytykę w sposób prosty, dosadny, nierzadko wulgarny, ale przy tym humorystyczny. Na temat samej muzyki recenzenci konsekwentnie się nie wypowiadali. Mogę to poniekąd zrozumieć. Zbiór dziewiętnastu, szalenie eklektycznych, nawiązujących do chyba wszystkich możliwych rodzajów muzyki utworów, nie jest wdzięcznym materiałem do opisywania. Jednak niezwykle trudno mi wyobrazić sobie sytuację, by ktoś sięgał po jakiś album ze względu na tematykę tekstów, nie wiedząc nawet, w jakiej stylistyce jest utrzymany.

Serwis Rate Your Music podpowiada takie style, jak comedy rock, rock eksperymentalny, rock progresywny, funk rock i jazz rock. To jednak wciąż nie wyczerpuje tematu, bo znalazła się tu też chociażby soulowa ballada w rytmie reggae ("Lucille Has Messed My Mind Up") czy kawałek inspirowany muzyką egzotyczną ("Outside Now"). Tu i ówdzie słychać uwielbiane przez Zappę doo-wopowe wokale (np. "Dong Work for Yuda"), a w warstwie instrumentalnej trafiają się wręcz hardrockowe riffy (np. "Why Does It Hurt When I Pee?", "Keep It Greasey", "Packard Goose"). Tym, co łączy te wszystkie wpływy, jest żartobliwy charakter tego materiału, całkowicie zdominowanego przez wokalne wygłupy, frywolne motywy oraz ewidentnie pastiszowe podejście do różnych muzycznych stylów, łączących ze sobą w prawdziwie zwariowany sposób. A przy tym słychać tu wciąż duży kunszt wykonawczy. W obszernej dyskografii Zappy trudno znaleźć inny album, na którym partie wokalne byłyby równie różnorodne i dopracowane. W nagraniach udziela się dziesięcioro wokalistów, wcielających się w różne postacie. Znakomicie spisują się również instrumentaliści, z których większość - jak gitarzysta Warren Cuccurullo, basista Arthur Barrow czy perkusista Vinnie Colaiuta - dopiero co rozpoczęła współpracę z Zappą.

Konsekwentnie satyryczno-pastiszowy charakter poszczególnych utworów sprawia, że ten blisko dwugodzinny, eklektyczny album brzmi bardzo spójnie. Mam jednak wrażenie, że muzycznie nie straciłby wiele na skróceniu do dwóch, a może nawet do jednej płyty. Wśród kawałków, których nie pominąłbym na takiej krótszej wersji, znalazłby się na pewno tytułowy "Joe's Garage" - autentycznie chwytliwy rockowy numer, pełen różnych głupawych wstawek. Naprawdę świetny, a przy tym nie mniej chwytliwy, jest także bluesowy "Crew Slut", z gitarą slide i harmonijką, przypominający trochę nagrany w współpracy z Captainem Beefheartem "Bongo Fury". Bardzo podobają mi się wspomniane ballady "Lucille Has Messed My Mind Up" i "Outside Now", a także bardziej rozbudowane nagrania, jak "Keep It Greasey", "He Used to Cut the Grass" i "Packard Goose", w których pojawiają się dłuższe fragmenty instrumentalne, z fantastycznymi solówkami gitarowymi (przynajmniej część z nich zarejestrowano podczas koncertów i za pomocą techniki znanej jako xenochrony wstawione do studyjnych nagrań). Choć moimi faworytami są jednak dwa w całości instrumentalne utwory: "Toad-O Line" (na reedycjach przemianowany na "On the Bus") oraz "Watermelon in Easter Hay". Ten ostatni bardzo wyraźnie - i, oczywiście, nieco pastiszowo - przywołuje klimat "The Dark Side of the Moon" Pink Floyd oraz wyróżnia ładnymi solówkami w stylu Davida Gilmoura.

"Joe's Garage" może nawet zawiera najlepsze momenty z tych najbardziej komediowych dokonań Franka Zappy, jednak jest tu po prostu za dużo materiału, bym chętnie wracał do tego albumu. Nawet nie chodzi o to, że są tu jakieś ewidentne wpadki, bo zdecydowana większość utworów trzyma poziom co najmniej przyzwoity. Ale słuchanie przez dwie godziny muzyki tak zwariowanej, w której praktycznie cały czas dzieje się kilka rzeczy jednocześnie, jest dla mnie jednak dość przytłaczające. Oczywiście, można słychać poszczególnych aktów osobno, choć wtedy za każdym razem będzie czegoś brakować.

Ocena: 7/10



Frank Zappa - "Joe's Garage Act I" (1979)

Act I: 1. The Central Scrutinizer; 2. Joe's Garage; 3. Catholic Girls; 4. Crew Slut; 5. Wet T-Shirt Nite; 6. Toad-O Line; 7. Why Does It Hurt When I Pee?; 8. Lucille Has Messed My Mind Up; 9. Scrutinizer Postlude

Frank Zappa - "Joe's Garage Act II & III" (1979)

Act II (LP1): 1. A Token of My Extreme; 2. Stick It Out; 3. Sy Borg; 4. Dong Work for Yuda; 5. Keep It Greasey; 6. Outside Now
Act III (LP2): 1. He Used to Cut the Grass; 2. Packard Goose; 3. Watermelon in Easter Hay; 4. A Little Green Rosetta

Skład: Frank Zappa - gitara, wokal; Warren Cuccurullo - gitara, wokal; Denny Walley - gitara, wokal; Arthur Barrow - gitara basowa, gitara (Act I), wokal; Vinnie Colaiuta - perkusja i instr. perkusyjne; Ed Mann - instr. perkusyjne, wokal; Peter Wolf - instr. klawiszowe; Tommy Mars - instr. klawiszowe (Act I); Jeff Hollie - saksofon tenorowy (Act I); Earle Dumler - saksofon barytonowy (Act I); Bill Nugent - saksofon basowy (Act I); Craig Steward - harmonijka (Act I); Ike Willis - wokal; Dale Bozzio - wokal (Act I); Al Malkin - wokal (Act I); Geordie Hormel, Barbara Issak - dodatkowy wokal
Gościnnie: Patrick O'Hearn - gitara basowa (Act II: 6, Act III: 1)
Producent: Frank Zappa


9 lutego 2021

[Recenzja] Darkside - "Psychic" (2013)



W ciągu najbliższych miesięcy - oficjalna data wciąż nie jest znana - powinien ukazać się długo oczekiwany drugi album Darkside. Warto z tej okazji przypomnieć wydany przed ośmiu laty debiutancki "Psychic". Za projektem stoi dwóch amerykańskich muzyków: Nicholas Jaar, obecnie jeden z najsłynniejszych przedstawicieli współczesnej sceny elektronicznej, a także multiinstrumentalista Dave Harrington, w swoich własnych projektach poruszający się na pograniczu ambientu, jazzu i rocka. Połączyła ich chęć stworzenia muzyki, która zachowując nowoczesny charakter będzie wyraźnie odwoływać się do tego, co grano kilka dekad wcześniej. Szyld, pod którym się skryli, zupełnie nie przypadkiem wywołuje skojarzenia ze słynną płytą z pryzmatem na okładce. Duet zadebiutował w 2011 roku udaną eponimiczną EPką, a następnie opublikował - pod zmodyfikowanym szyldem Daftside - płytę z remiksem albumu "Random Access Memories" grupy Daft Punk. W końcu przyszła zaś pora na zaprezentowanie pełnowymiarowego wydawnictwa z autorskim materiałem.

Muzyka zawarta na "Psychic" brzmi bardzo nowocześnie, a zarazem klasycznie, łącząc house'ową elektronikę z wyraźniej zarysowanymi melodiami oraz partiami tradycyjnych instrumentów, jak różnego rodzaju gitary, elektryczne organy i pianino czy klarnet. Podejście do muzyki wydaje się jednak bliższe tego, jakie mieli wykonawcy z lat  70. Widać to już nawet po winylowej długości albumu, wynoszącej trzy kwadranse. Większość utworów zasługuje na szczególnie wyróżnienie. Zdecydowanie należy do nich 11-minutowy otwieracz "Golden Arrow", który stopniowo się rozwija, wprowadzając w klimat całości. Z początku można mieć wątpliwości, czy przypadkiem nie włączyło się jakiegoś klasycznego albumu Pink Floyd lub Tangerine Dream, a choć z czasem dochodzi coraz więcej współczesnych dźwięków, to zachowany zostaje nastrój typowy dla muzyki sprzed teraz już pięciu dekad. Fajnie wypada też bardziej zwarty, niemal piosenkowy w strukturze "Heart", w którym istotną rolę odgrywa gitara. "Paper Trails" to z kolei blues na miarę XXI wieku, znów z dużą ilością brzmień gitarowych, ale na elektronicznej podstawie. Do mnie jednak silniej trafia mocno elektroniczny "The Only Shrine I've Seen", który po bardziej klimatycznym początku stopniowo nabiera wręcz tanecznego, quasi-funkowego charakteru, a później znów się wycisza. Warto też zwrócić uwagę na "Freak, Go Home", w którym psychodeliczny nastrój całego albumu jeszcze bardziej podkreślają egzotyczne perkusjonalia. Najciekawszy efekt udało się jednak osiągnąć w finałowym "Metatron", w którym odniesienia do przeszłości i teraźniejsze rozwiązania spajają się ze sobą w niezwykle spójny oraz intersujący sposób, zachwycając przy tym kosmiczną atmosferą.

"Psychic" to bardzo przyjemny album, choć nie da się ukryć, że koncepcja zespolenia nowoczesnej elektroniki z muzyką sprzed wielu lat wygląda ciekawiej na piśmie, niż okazała się w praktyce. Zawarte tu nagrania ani przez chwile nie zbliżają się do prawdziwej wybitności. Wciąż jednak jest to muzyka intrygująca oryginalnym połączeniem dwóch odległych - choć chyba nie tak bardzo, jak się powszechnie wydaje - światów muzycznych, a także wciągająca naprawdę świetnym klimatem. Dlatego mimo wszystko zasługuje na wysoką ocenę. Czekam, co duet zaproponuje na drugim albumie Darkside - być może tym razem da się wydobyć z tej koncepcji jeszcze więcej.

Ocena: 8/10



Darkside - "Psychic" (2013)

1. Golden Arrow; 2. Sitra; 3. Heart; 4. Paper Trails; 5. The Only Shrine I've Seen; 6. Freak, Go Home; 7. Greek Light; 8. Metatron

Skład: Nicolas Jaar - instr. klawiszowe, elektronika, efekty, programowanie, automat perkusyjny, instr. perkusyjne, wokal; Dave Harrington - gitara, gitara basowa, kontrabas, klarnet, instr. klawiszowe, elektronika, efekty, automat perkusyjny, instr. perkusyjne
Gościnnie: Samer Ghadry - instr. perkusyjne (6)
Producent: Darkside


7 lutego 2021

[Recenzja] Eberhard Weber - "Yellow Fields" (1976)



Eberhard Weber to niemiecki basista, którego nazwisko wiele osób z pewnością kojarzy z płyt Kate Bush. Zanim jednak nawiązał współpracę z brytyjską wokalistką, był ważną postacią europejskiej sceny jazzowej. Zaczął jeszcze w latach 60., grając przede wszystkim u boku Wolfganga Daunera. Udzielał się też na płytach innych wykonawców, najczęściej poruszających się po takich stylistykach, jak free jazz czy fusion. Weber został doceniony za specyficzny sposób frazowania oraz tonację. Jego indywidualny styl gry stał się jeszcze bardziej zauważalny, gdy zaczął grać na skonstruowanym przez siebie elektro-akustycznym kontrabasie z dodatkową struną. W latach 70. muzyk związał się z wytwórnią ECM, biorąc udział w nagraniach innych podopiecznych Manfreda Eichera, ale też tworząc pod własnym nazwiskiem. Pozostał aktywny do początku XXI wieku. Po przejściu udaru w 2007 roku nie wrócił już do grania.

Prawdopodobnie najbardziej znanym solowym dziełem Webera jest jego debiut, "The Colours of Chloë" z 1974 roku. Znalazła się na nim muzyka łącząca jazz z elementami europejskiej muzyki klasycznej, minimalizmu oraz ambientu. Pod względem brzmieniowym jest to natomiast typowa produkcja Eichera, charakteryzująca się bardzo czystym, wręcz wypolerowanym dźwiękiem. Muszę przyznać, że choć go doceniam, nie jestem wielbicielem tego longplaya. Może z wyjątkiem fantastycznej kompozycji finałowej, "No Motion Picture" - w której wpływ minimalizmu staje się najbardziej oczywisty -  choć moim zdaniem nie zaszkodziłoby jej skrócenie o kilka minut. Pozostałe utwory uważam za nieco zbyt rzewne, co podkreślają partie orkiestry. Zdecydowanie bardziej przekonuje mnie kolejne dzieło basisty, wydany dwa lata później "Yellow Fields". Wypełnia go muzyka o również kameralnym charakterze, bardzo subtelna, lecz jednocześnie jakby bardziej dynamiczna. Ze składu nagrywającego poprzedni album pozostali tylko lider i klawiszowiec Rainer Brüninghaus, do których tym razem dołączyli saksofonista Charlie Mariano (znany m.in. ze współpracy z Charlesem Mingusem, ale też krautrockowym Embryo) oraz perkusista Jon Christensen (stały współpracownik Jana Garbarka).

Na "Yellow Fields" trafiły cztery utwory, z których tylko rozpoczynający album "Touch" trwa poniżej dziesięciu minut (ściślej mówiąc nie przekracza nawet pięciu). Choć nagranie jest bardziej zwarte od kolejnych, stanowi bardzo dobrą zapowiedź całości. Już od pierwszych sekund przyciąga uwagę fortepianowym ostinatem oraz wyrazistą partią kontrabasu, którym towarzyszy dość swobodna partia perkusji. po chwili dochodzą do tego jeszcze ładne solówki saksofonu sopranowego, a całość zostaje zatopiona w dźwiękach syntezatora. Instrumentaliści grają tutaj bardzo subtelnie, nastrojowo, ale też dość ekspresyjnie - nie ma mowy o żadnym przynudzaniu i smęceniu. Podobnie jest przez resztę albumu. Mój faworyt to drugi w kolejności "Sand-Glass". Utwór opiera się na mocno zaznaczonym, motorycznym rytmie, który wręcz przywodzi na myśl znacznie późniejsze style, jak downtempo czy trip-hop. Transowy klimat podkreślają ulegające nieznacznym przetworzeniom partie basu i klawiszy. Dochodzą do tego jeszcze solówki Mariano na egzotycznych instrumentach nadaswaram i shenhai, choć nie brakuje też bardziej jazzowych dźwięków saksofonu. Bardzo ładnie wypada też tytułowy "Yellow Fields", wyróżniający się lamentacyjnym, ale na swój sposób chwytliwym tematem saksofonu, a także bardziej swobodnymi partiami lidera. Brüninghaus i Christensen nie pozostają zresztą w tyle, także dodają tu wiele dobrego od siebie. Z kolei nieco bardziej rozmarzony, ale wciąż na ten swój subtelny sposób intensywny "Left Lane" doskonale sprawdza się w roli finału.

Jazz w stylu ECM (nie mylić z jazzem z katalogu ECM - to dwa zbiory, które tylko częściowo się pokrywają) nie zawsze do mnie przemawia. Wiele reprezentujących go płyt wydaje mi się zbyt sterylnie wyprodukowana i zagrana nieco bezpłciowo. W żadnym wypadku nie dotyczy to "Yellow Fields". Kwartet Eberharda Webera zaproponował tu muzykę bardzo ładną, subtelną, ale przy tym naprawdę wyrazistą i wciągającą. Jeżeli ktoś dotąd nie miał do czynienia z solową twórczością basisty, to oczywiście warto poznać też wcześniejszy "The Colours of Chloë" i wyrobić sobie własną opinię.

Ocena: 8/10



Eberhard Weber - "Yellow Fields" (1976)

1. Touch; 2. Sand-Glass; 3. Yellow Fields; 4. Left Lane

Skład: Eberhard Weber - kontrabas; Charlie Mariano - saksofon sopranowy, shenhai, nadaswaram; Rainer Brüninghaus - instr. klawiszowe; Jon Christensen - perkusja
Producent: Manfred Eicher


5 lutego 2021

[Recenzja] Black Country, New Road - "For the First Time" (2021)



"For the First Time" to jeden z najbardziej wyczekiwanych rockowych debiutów ostatnich lat. Brytyjski septet zwrócił na siebie uwagę słuchaczy i krytyków już dwa lata temu. Dwa świetne single, "Athens, France" oraz "Sunglasses", a także porywające występy (nierzadko w towarzystwie innej obiecującej młodej grupy, black midi), wywołały ogromny entuzjazm. Internetowy magazyn Quietus ogłosił Black Country, New Road najlepszym zespołem na świecie. Takie deklaracje mediów należy traktować z dużym dystansem, jednak grupa faktycznie wyróżnia się na tle obecnej sceny rockowej. Jej twórczość można w uproszczeniu określić jako post-punk z wpływami jazzu oraz muzyki klezmerskiej. Uwagę zwracają całkiem wysokie umiejętności oraz dojrzałość instrumentalistów - trzech dziewczyn i czterech chłopaków - którzy na zdjęciach wyglądają na bardzo młodych. Bynajmniej nie są zupełnymi debiutantami. Część muzyków aktywnie działa w innych projektach, a większość składu współtworzyła wcześniej grupę Nervous Conditions (rozwiązaną ze względu na zarzuty wobec śpiewającego gitarzysty Connora Browne'a, który miał się dopuścić napaści na tle seksualnym). Po tamtym zespole pozostały tylko single oraz eponimiczna koncertówka, wyraźnie zapowiadająca stylistykę Black Country, New Road. Przez trzy lata, jakie minęły od jej nagrania, muzycy (już bez Browne'a) bardzo ciekawie rozwinęli ten styl.

Jak na tak wyczekiwany album, "For the First Time" może trochę rozczarowywać. Znalazło się na nim zaledwie sześć utworów o łącznym czasie trwania ledwo przekraczającym czterdzieści minut. To jednak idealna długość dla rockowego albumu. Trochę gorzej, że nie przynosi praktycznie żadnej nieznanej wcześniej kompozycji. Trafiły tutaj nagrane na nowo "Athens, France" i "Sunglasses", natomiast dwa inne utwory, "Science Fair" i "Track X", ukazały się jako single na przestrzeni kilku ostatnich tygodni przed premierą longplaya. Z całego repertuaru tylko ten ostatni nie był grany przez grupę na żywo w czasach, gdy jeszcze można było koncertować. Jednak z tego też nie robiłbym dużego problemu. Słuchałem tych wszystkich kawałków już wcześniej - z czego czterech, w tym dotąd nie wspomnianych "Instrumental" i "Opus", w wersjach innych niż albumowe - i robiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Ale dopiero zebrane razem, w tych wersjach i w takiej kolejności - tworzą autentycznie powalającą całość. Żaden utwór nie wybija się ponad pozostałe, ale też nie odstaje od innych. To niezwykle równy i konsekwentny stylistycznie album, który trwa na tyle krótko, że nie sposób się tym stylem znudzić.

Fantastycznie w roli otwieracza oraz zapowiedzi, czego się po tym albumie spodziewać, sprawdza się "Instrumental". To pięć i pół minuty bardzo intensywnego, gęstego grania, opartego przede wszystkim na post-punkowych partiach gitar Isaaca Wooda i Luke'a Marka oraz potężnej gry sekcji rytmicznej tworzonej przez basistkę Tyler Hyde i perkusistę Charliego Wayne'a. Świetnie wpleciono w to klawisze May Kershaw, skrzypce Georgii Ellery oraz saksofon Lewisa Evansa. Melodia wyraźnie kojarzy się z muzyką klezmerską, co nie jest typowym rozwiązaniem dla muzyki tego typu. W "Athens, France" dochodzi do tego nerwowa partia wokalna Wooda, na pół deklamowana, na pół śpiewana, a także świetne operowanie zmianami nastroju. "Science Fair" przynosi jeszcze gęstszą, wręcz paranoiczną atmosferę, tworzoną przez neurotyczny wokal, wręcz noise'owe, atonalne gitary i niemalże freejazzowy saksofon, a także transową sekcję rytmiczną (w pewnym momencie rewelacyjnie dopełnioną elektroniką). Najbardziej rozbudowany na płycie "Sunglasses" łączy podobne fragmenty z bardziej melodyjnymi momentami. Jednak prawdziwe uspokojenie przychodzi wraz z nieco pastoralnym "Track X", w którym na pierwszy plan wychodzi gitara akustyczna, skrzypce, klawisze i saksofon, a w refrenie Woodowi towarzyszy żeńska wokaliza. Spokojnie zaczyna się też finałowy "Opus", jednak szybko nabiera dynamiki i doskonale podsumowuje całość. Tutaj najmocniej, obok otwieracza, słychać klezmerskie wpływy, ale też sporo rockowego czadu oraz dość złożonych partii instrumentalnych. Momentami przywodzi mi na myśl King Crimson z okresu "Red", choć to dość luźne skojarzenie.

Rok dopiero się zaczął, ale trudno będzie przebić ten album, przynajmniej w kategorii rocka. "For the First Time" nie jest może bardzo nowatorskim dziełem, jednak trudno byłoby mi wskazać faktycznie podobny zespół, czepiący inspiracje z tych samych źródeł. Jest tutaj prawdziwie młodzieńcza energia i całkiem odświeżające podejście do post-punku. Młodym instrumentalistom nie można odmówić umiejętności oraz zespołowego zgrania. Choć mam wrażenie, że nie do końca wykorzystano potencjał tak rozbudowanego składu - na pewno można było zrobić większy użytek z instrumentów klawiszowych. Jednak to dopiero pierwszy album pod szyldem Black Country, New Road i jak na tak wczesny etap kariery wypada niezwykle dojrzale. To rzadkość we współczesnym rocku. W przyszłości - mam nadzieję, że niedalekiej - zespół może osiągnąć jeszcze wyższy poziom. Potencjału nie brakuje. Ja już teraz jestem pod wielkim wrażeniem.

Ocena: 9/10



Black Country, New Road - "For the First Time" (2021)

1. Instrumental; 2. Athens, France; 3. Science Fair; 4. Sunglasses; 5. Track X; 6. Opus

Skład: Isaac Wood - wokal i gitara; Luke Mark - gitara; Lewis Evans - saksofon; Georgia Ellery - skrzypce; May Kershaw - instr. klawiszowe; Tyler Hyde - gitara basowa; Charlie Wayne - perkusja
Producent: Andy Savours


3 lutego 2021

[Recenzja] Steven Wilson - "The Future Bites" (2021)



"The Future Bites" to kolejna próba Stevena Wilsona odcięcia się od etykiety rocka progresywnego, która niegdyś niesłusznie do niego przylgnęła. Pomimo tego wieli recenzentów wciąż uparcie przypisuje Wilsonowi progresywność. Jednak już nie w znaczeniu muzyki przypominającej prog-rock sprzed półwiecza, a w tym prawidłowym, oznaczającym rozwój. Nijak ma się to do zawartości tego albumu. Trudno nazwać rozwojem zwyczajną zamianę jednego stylu na inny. Tym bardziej, że to już drugie z rzędu wydawnictwo Wilsona w tym stylu, powielające patenty z wydanego cztery lata temu "To the Bone". A przecież już wcześniej zdarzało mu się zbliżać się do takiego grania. Co więcej, wbrew swojemu tytułowi "The Future Bites" bynajmniej nie brzmi jak potencjalna muzyka przyszłości, lecz stanowi nostalgiczny powrót do estetyki popu lat 80., jedynie z bardziej współczesnym brzmieniem. W końcu w przeciwieństwie do innych pogrobowców, były lider Porcupine Tree nigdy nie starał się o brzmienie retro. I bez tego jego twórczość była zaprzeczeniem postępu. Nie inaczej jest tym razem.

Z perspektywy czasu można uznać "To the Bone" za album przejściowy. "The Future Bites" jeszcze bardziej odcina się od imitowania rocka progresywnego - choć gdzieś tam jeszcze pobrzmiewają elementy kojarzące się z późnym, nieprogresywnym Pink Floyd - i przynosi nawet większe uproszczenie utworów. Pod względem formy bardzo typowo dla Wilsona wypada właściwie tylko "Personal Shopper", zapewne właśnie dlatego wybrany na pierwszy singiel. Nagranie trwa niemal dziesięć minut i składa się z kilku różnych segmentów, pomiędzy którymi nieraz trudno znaleźć muzyczne powiązania. Brzmi to jak fragmenty kilku odrębnych kompozycji, w dodatku topornie ze sobą sklejone, bo nie ma tutaj żadnego podbudowania dla nagłych zmian klimatu. Co jest tym bardziej kuriozalne, że taka forma kompletnie nie pasuje do ewidentnie tanecznej rytmiki, ejtisowej elektroniki oraz falsetów Wilsona i żeńskich chórków jakby wprost wyjętych z klasycznego disco. Na szczęście, w pozostałych kawałkach lider stara się unikać tego charakterystycznego dla siebie zestawiania kontrastujących fragmentów bez przejmowania się logicznym przebiegiem utworu. Zamiast tego proponuje bardziej zwięzłe, piosenkowe formy.

Oczywiście, wciąż zdarza mu się okrutnie smęcić, czego przykładem wszystkie łagodniejsze nagrania ("12 Things I Forgot", "Man of the People", "Count of Unease", a także pełniący rolę wstępu "Unself"). Jednak pomiędzy nimi pojawia się też trochę nieco bardziej energetycznego grania. Kawałki w rodzaju "Self" czy "Follower", choć na singlach niewydane, są ewidentnie skrojone pod masowego słuchacza w wieku 40+, który w młodości bawił się przy takim miałkim pop rocku. To granie niby melodyjne, ale jednak za mało charakterystyczne, by faktycznie zapaść w pamięć, a przy tym wciąż zbyt anemiczne, by dobrze spełniać swoją użytkową rolę. Jeszcze mniej przebojowe i taneczne - pomimo nawiązań do tego typu muzyki sprzed lat - okazują się "King Ghost" i bardzo floydowy pod względem rytmicznym "Eminent Sleaze", które akurat na singlach się ukazały. To jednak wciąż jedne z lepszych momentów całości: pierwszy wyróżnia się całkiem fajną elektroniką, a drugi trochę bogatszą aranżacją. Paradoksalnie, najbardziej wyraziście pod względem melodycznym wypada ten nieszczęsny "Personal Shopper", w którym jednak komercyjny potencjał zostaje zabity przez nieuzasadnioną długość oraz inne bezsensowne rozwiązania, jak nudne zwolnienie z recytacją Eltona Johna.

Jak przystało na album, którego warstwa tekstowa skupia się m.in. na krytyce konsumpcjonizmu, "The Future Bites" ukazał się w kilku różnych formatach, w tym drogiej edycji deluxe z licznymi bonusowymi kawałkami. Podstawowy materiał nie zachęcił mnie jednak do męczenia się ze sporą porcją odrzutów.

W przeciwieństwie do wielbicieli Stevena Wilsona, nie uważam żeby problemem tego albumu była jego stylistyka. Moim zdaniem problemem jest sam Wilson, który za każdą stylistykę bierze się nieumiejętnie, jakby kompletnie nie rozumiał o co w niej chodzi. Pop powinien charakteryzować się przede wszystkim wyrazistymi melodiami, a dzięki ciekawym aranżacjom może posiadać też pewną wartość artystyczną. Na "The Future Bites" jedno i drugie występuje we śladowych ilościach. Czasem pojawia się tu jakiś bardziej charakterystyczny refren, kiedy indziej lepiej pomyślana aranżacja lub ciekawsze wykorzystanie brzmień elektronicznych, jednak te elementy są rozproszone w różnych kawałkach, w których ostateczny efekt zepsuto czymś innym. To samo mógłbym w sumie napisać o innych solowych czy zespołowych wydawnictwach Wilsona, więc gdzie ten obiecywany progres i muzyka przyszłości?

Ocena: 4/10



Steven Wilson - "The Future Bites" (2021)

1. Unself; 2. Self; 3. King Ghost; 4. 12 Things I Forgot; 5. Eminent Sleaze; 6. Man of the People; 7. Personal Shopper; 8. Follower; 9. Count of Unease

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe, cytra akordowa, harfa, instr. perkusyjne; Adam Holzman - instr. klawiszowe; David Kosten - instr. klawiszowe, programowanie; Nick Beggs - gitara basowa, Chapman stick, gitara; Michael Spearman - perkusja i instr. perkusyjne; Jason Cooper - instr. perkusyjne; Jack Flanagan, Bobbie Gordon, Wendy Harriott, Blaine Harrison, Crystal Williams - dodatkowy wokal
Gościnnie: Fyfe Dangerfield - wokal (1); Elton John - głos (1); Rotem Wilson - głos (1);  The London Session Orchestra - instr. smyczkowe; Guy Protheroe - dyrygent orkiestry
Producent: Steven Wilson i David Kosten