31 marca 2020

[Recenzja] Stephan Micus - "Implosions" (1977)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

Stephan Micus to niemiecki multiinstrumentalista, którego twórczość najprościej można określić jako muzykę świata. Artysta nie posiada formalnego wykształcenia muzycznego, jest samoukiem. Po ukończeniu szkoły średniej zaczął podróżować po świecie, przede wszystkim tych bardziej egzotycznych krajach, kolekcjonując pochodzące stamtąd instrumenty i ucząc się na nich grać od lokalnych muzyków. Zawsze jednak próbował wypracować własny sposób gry, aby stworzyć swój własny świat dźwięków. W 1976 roku, po kilku latach praktyki, Micus wydał swój pierwszy album, zatytułowany "Archaic Concerts". Jednak większy rozgłos przyniósł mu dopiero wydany rok później, nakładem należącej do Manfreda Eichera wytwórni JAPO (oddziału ECM), album "Implosions".

Dość ciekawe jest samo wydanie wersji winylowej. W kopercie, poza samą płytą, umieszczono także tekturową wkładkę, na której znalazły się zdjęcia używanych przez Micusa instrumentów, wraz z krótkim opisem na temat ich pochodzenia, właściwości, a czasem też różnych ciekawostek. Dla osób faktycznie interesujących się muzyką był to bardzo cenny dodatek. I w sumie dalej jest, choć dziś dużo łatwiej pogłębić każdą wiedzę za pomocą internetu.

Samą płytę wypełnia pięć utworów, z których każdy zagrany jest na innym instrumencie lub instrumentach. Trwający dwadzieścia dwie minuty otwieracz "As I Crossed a Bridge of Dream" - ponoć pierwsza kompozycja Micusa, który pracował nad nią przez blisko trzy lata - opiera się na brzmieniu trzech sitarów i gitary akustycznej, którym towarzyszy partia wokalna. Stephan stworzył tutaj prawdziwie mistyczny, medytacyjny klimat, przynajmniej do pewnego momentu, gdy utwór zyskuje dynamiki, nie tracąc jednak nic ze swojego piękna i niezwykłej atmosfery. Nieco bardziej przyziemnie, choć wciąż nastrojowo, robi się w "Borkenkind", wykorzystującym brzmienie bawarskiej cytry. Egzotyczny klimaty i uduchowiony nastrój wracają jednak w trzecim utworze i pozostają już do końca płyty, czy to za sprawą japońskiego fletu shakuhachi w "Amarchaj", czy tajlandzkiego fletu i japońskiego shō (to ten instrument na okładce, w brzmieniu przypominający organy) w "For the 'Beautiful Changing Child'", czy w końcu afgańskiej lutni, rababu, w "For M'schr and Djingis Khan".

Chociaż instrumentarium zmienia się tutaj w każdym utworze, Stephan Micus zdołał stworzyć album niezwykle spójny, o bardzo jednolitym charakterze i klimacie. Jeśli ktoś lubi muzykę z egzotycznych stron świata, to nie powinien być rozczarowany zawartością "Implosions". Micus doskonale oddał mistyczno-medytacyjny nastrój wschodnich kultur, przetwarzając te wpływy na swój własny sposób, nie popadając przy tym ani w kicz, ani w trywializm.

Ocena: 9/10



Stephan Micus - "Implosions" (1977)

1. As I Crossed a Bridge of Dreams; 2. Borkenkind; 3. Amarchaj; 4. For the 'Beautiful Changing Child'; 5. For M'schr and Djingis Khan

Skład: Stephan Micus - wokal (1.2,5), sitar (1), gitara (1), cytra (2), shakuhachi (3), shō (4), flet tajlandzki (4), rabab (5)
Producent: Manfred Eicher


29 marca 2020

[Artykuł] Filmowe podsumowanie roku 2019

Pod koniec ubiegłego roku planowałem przygotowanie czterech podsumowań: trzech muzycznych (lat 2019 i 1969, dekady 2010-19) oraz jednego filmowego (rok 2019). Dwa pierwsze, tradycyjnie publikowane co roku, doszły do skutku. Na dwa dodatkowe zabrakło już czasu. W przypadku posumowania filmowego dość dużo czasu zajęło mi, zanim obejrzałem wszystkie zaplanowane filmy. Długo zastawiałem się też, czy powinienem wykraczać na tej stronie poza tematykę muzyczną - argumentem za tym, by to zrobić, jest jej nazwa, nie precyzująca o jakie chodzi recenzje, a także fakt, że tematyka filmowa wielokrotnie przewijała się w komentarzach. Pozostał więc tylko problem z brakiem czasu na napisanie większego tekstu. To się jednak zmieniło w związku z obecną sytuacją i akcją #zostańwdomu.



Nie mam pojęcia, czy to rok 2019 był wyjątkowo dobry dla kina, czy też miałem szczęście dowiedzieć się o istnieniu większej liczby udanych filmów, niż w latach poprzednich. Tak czy inaczej, nie miałem większych problemów z wyborem dziesięciu pozycji do swojego subiektywnego rankingu. Większym problemem było ułożenie ich we właściwej kolejności. W słabszym roku niemal każdy z tych filmów byłby kandydatem na podium. Większość z nich obejrzałem z pewnym opóźnieniem za pośrednictwem usługi VOD, tylko trzy widziałem w kinie (w tym "Irlandczyka", którego można było zobaczyć wyłącznie w kinach studyjnych). Na liście nie uwzględniłem czwartego filmu, który oglądałem w kinie - "Przemytnika" w reżyserii Clinta Eastwooda. Bardzo lubię Eastwooda, zarówno jako reżysera, jak i aktora, ale po pierwsze ten film światową premierę miał już w 2018 roku, a po drugie nie jest to jednak poziom "Bez przebaczenia", "Rzeki tajemnic" czy "Gran Torino" (ale też nie poziom tych najsłabszych).



Przejdźmy jednak do najważniejszej części. Przypominam, ze wybór jest całkowicie subiektywny, a jeśli masz innych faworytów - daj znać w komentarzach. Tak naprawdę kolejność filmów na liście nie ma dużego znaczenia, bo moim zdaniem wszystkie prezentują zbliżony poziom, choć cenię je nie zawsze z tych samych powodów. Za jakiś czas mógłbym ułożyć zupełnie inny ranking, ale prawdopodobnie obejmujący te same tytuły. Chociaż pewnie nie widziałem wszystkich zeszłorocznych filmów zasługujących na uwagę.


Najlepsze filmy 2019 roku



10. "Osierocony Brooklyn" ["Motherless Brooklyn"]

reżyseria i scenariusz: Edward Norton

Drugi film w reżyserii Edwarda Nortona to bardzo klasyczny kryminał w stylistyce neo-noir, z akcją osadzoną w latach 50. ubiegłego wieku. Nie jest to dzieło na miarę "Chinatown" Romana Polańskiego, ale ogląda się całkiem przyjemnie. Jest tu dość ciekawa intryga, dobre aktorstwo (oprócz grającego główną rolę Nortona warto wyróżnić Willema Dafoe, który jednak w tym roku miał jedną jeszcze lepszą rolę, o czym więcej później), sprawna realizacja i niezły scenariusz (na podstawie powieści Jonathana Lethema). Być może największą zaletą jest soundtrack, bo mamy tu i utwór Thoma Yorke'a i mnóstwo przyjemnego jazzu w stylu epoki, za którego skomponowanie odpowiada Wynton Marsalis. Jazz odgrywa zresztą dość istotną rolę w filmie - pojawia się tu fajny wątek z klubem jazzowym i postacią trębacza, wyraźnie inspirowaną Milesem Davisem.


9. "1917"

reżyseria: Sam Mendes | scenariusz: Sam Mendes i Krysty Wilson-Cairns

Mogłoby się wydawać, że kolejny film wojenny jest zupełnie niepotrzebny. Dzieło Sama Mendesa wnosi jednak do gatunku trochę świeżości. Po pierwsze, akcja nie dzieje się podczas II wojny światowej, lecz rzadziej inspirującej filmowców I wojny (do głowy przychodzi mi właściwie tylko jeden - "Ścieżki chwały" Stanleya Kubricka). Ale przede wszystkim mamy tutaj zupełnie nietypową dla filmów wojennych pracę kamery - cały film został zrealizowany w taki sposób, jakby nakręcono go w jednym ujęciu, bez cięć. Roger Deakins (zdjęcia) i Lee Smith (montaż) wykonali tutaj naprawdę kawał świetnej roboty. Wrażenie robią zwłaszcza nocne sceny, ale właściwie cały film nieustannie przyciąga uwagę. Sam scenariusz - ponoć oparty na prawdziwych zdarzeniach - jest bardzo prosty, ale historia jest ciekawa. Dobrze poradzili też sobie aktorzy - ci mniej znani, obsadzeni w głównych rolach (George MacKay i Dean-Charles Chapman), i ci bardziej znani, mający tylko krótkie epizody (m. in. Andrew Scott i Benedict Cumberbatch).


8. "Nieoszlifowane diamenty" ["Uncut Gems"]

reżyseria: Ben Safdie i Joshua Safdie | scenariusz: Ben Safdie, Joshua Safdie i Ronald Bronstein

Opisy tego filmu w różnych bazach filmowych nie są zbyt zachęcające. Trudno byłoby zresztą ciekawie streścić jego fabułę. Sama historia jest prosta i dość typowa dla thrillerów czy kina gangsterskiego, powielająca znane motywy i schematy. Ale jak fantastycznie jest to opowiedziane. I to przede wszystkim za pomocą formy (w tym także muzyki). Ten film jest tak bardzo intensywny, momentami wręcz psychodeliczny, że cholernie wciąga niezależnie od treści. Co nie znaczy, że fabuła nie odgrywa tu istotnej roli, bo sama historia też jest całkiem ciekawa (jednak przy bardziej sztampowej realizacji film naprawdę mocno by stracił). Aktorsko też jest dobrze, choć to przede wszystkim popis występującego w głównej roli Adama Sandlera, który praktycznie nie schodzi z ekranu. I naprawdę świetnie się w tej roli odnajduje.


7. "Historia małżeńska" ["Marriage Story"]

reżyseria i scenariusz: Noah Baumbach

Nie spodziewałem się, że film tego typu autentycznie mnie zaciekawi i wciągnie, ale tak właśnie się stało. To zasługa kilku rzeczy. Po pierwsze, świetnie napisanego scenariusza (błyskotliwie balansującego między dramatem i humorem), postaci oraz dialogów. Po drugie, naprawdę dobrego aktorstwa - Adam Driver i Scarlett Johansson pokazali się tutaj od najlepszej strony (scena kłótni to prawdziwe mistrzostwo i kulminacyjny punkt filmu). Aż chciałoby się oglądać ich więcej w tego typu rolach, gdzie naprawdę mają co pograć, zamiast marnować się w seriach disneyowskich blockbusterów. Ciekawym rozwiązaniem jest na pewno pokazanie historii z dwóch perspektyw, bez sugerowania widzowi czyją stronę ma trzymać. Pod względem technicznym jest to solidna robota, ale forma jest tu bardzo konwencjonalna, gdyż w tym filmie chodzi przede wszystkim o fabułę.


6. "The Lighthouse"

reżyseria: Robert Eggers | scenariusz: Robert Eggers i Max Eggers

Jeden z tych filmów, w których nie bardzo wiadomo o co chodzi i które można interpretować na różne sposoby. Niezależnie od tego, sama forma jest niezwykle atrakcyjna i intrygująca: czarno-biały obraz, wykadrowany kwadratowo, ciekawe zdjęcia i coraz bardziej popaprana fabuła, zilustrowana odpowiednio dobraną muzyką (lub jej brakiem). Do tego ponownie pochwalić muszę fantastyczne aktorstwo. Willem Dafoe i Robert Pattinson są rewelacyjni w swoich rolach, a razem stworzyli naprawdę świetny duet. Naprawdę warto zobaczyć ten film nawet tylko ze względu na to, jak to zostało zrobione i jak zostało zagrane, bo cała reszta ma tu jednak drugorzędne znaczenie i zbyt wiele nie oferuje. Osobiście nie traktuję tego jako wadę, bo przecież nie ma nic złego w tym, że film zachwyca elementami, które właśnie dla tego medium są unikalne, a nie tymi, które można przekazać za pomocą pozostałych rodzajów sztuki.


5. "Irlandczyk" ["The Irishman"]

reżyseria: Martin Scorsese | scenariusz: Steven Zaillian

Klasyczne kino gangsterskie w stylu filmów kręconych niegdyś przez Coppolę ("Ojciec chrzestny" I i II), Leone ("Dawno temu w Ameryce"), De Palmę ("Człowiek z blizną", "Życie Carlita") oraz, oczywiście, samego Scorsese ("Taksówkarz", "Chłopcy z ferajny", "Kasyno"). Kino, jakiego ostatnio brakuje i chyba nie bardzo jest na nie miejsce we współczesnym, politycznie poprawnym świecie. Świetnie było zobaczyć znów Roberta DeNiro, Ala Pacino i Joego Pesci w tego typu rolach i w końcu - po latach chałturzenia przez pierwszą dwójkę oraz niebytu trzeciego - tak dobrze zagranych. Szczególnie Pacino i Pesci wrócili w pełnej chwale. Historia jest tutaj opowiedziana w sposób typowy dla filmów gangsterskich, nieco może przewlekle, ale bez tego nie udałoby się dobrze zbudować tej opowieści. Kilka scen spokojnie może przejść do kanonu gatunku (ta z rybą - genialna!). Całość jest bardzo dobrze, choć z oczywistych względów konwencjonalnie, zrealizowana.


4. "Na noże" ["Knives Out"]

reżyseria i scenariusz: Rian Johnson

Z jednej strony jest to klasyczny kryminał w stylu Agathy Christie, z bardzo wyrazistymi postaciami i stopniowo odkrywaną intrygą, podkładając po drodze kilka mylnych tropów. A z drugiej strony, Rian Johnson dokonał tu swego rodzaju dekonstrukcji gatunku, prezentując go w mocno odświeżonej formie i wzbogacając go o elementy komediowe (i to raczej o czarny humor). A rezultat doskonale broni się zarówno jako kryminał, jak i jako komedia. Dodatkowym atutem jest świetna obsada i naprawdę dobre, zwłaszcza jak na kino o typowo rozrywkowym charakterze, aktorstwo - błyszczą przede wszystkim Daniel "James Bond" Craig, Chris "Kapitan Ameryka" Evans, Jamie Lee Curtis i Christopher Plummer. Craig stworzył zresztą na tyle interesującą postać, że planowane są kolejne filmy z jej udziałem. Jeśli w projekt będzie wciąż zaangażowany Johnson, to czekam z niecierpliwością.


3. "Parasite" ["기생충"]

reżyseria i scenariusz: Bong Joon-ho

Najbardziej chyba nagradzany film zeszłego roku. Dzieło południowokoreańskiego reżysera Bong Joon-ho jest z jednej strony bardzo koreański, a z drugiej - uniwersalny. Film ponadgatunkowy (zdominowany przez elementy dramatu, czarnej komedii i satyry, ale też odrobiną thrillera), sprawnie łączący różne konwencje w bardzo spójną i dokładnie przemyślaną całość. Każda scena zdaje się być umieszczona we właściwym miejscu i coś wnosić, czy to dla rozwoju fabuły (czasem w dość niespodziewanym kierunku), czy też lepszego poznania bohaterów. Zarówno główne, jak i drugoplanowe role są tu zagrane naprawdę dobrze, co zapewne też jest zasługą dobrego poprowadzenia aktorów przez reżysera. Również pod względem technicznym, wszystko jest tutaj idealnie dopracowane. Sporym atutem filmu jest połączenie pewnych artystycznych ambicji ze znacznymi walorami komercyjnymi - i pewnie tutaj tkwi źródło jego sukcesu.


2. "Pewnego razu w Hollywood" ["Once Upon a Time in Hollywood"]

reżyseria i scenariusz: Quentin Tarantino

Dziewiąty film Tarantino jest zarówno dziełem bardzo w jego stylu, jak i czymś zupełnie dla niego nowym. Całość składa się z dwóch, nierównych części. Pierwsza, zdecydowanie dłuższa, to właściwie zbiór bardzo luźno powiązanych ze sobą scen, będących przede wszystkim hołdem dla Hollywood 1969 roku i ówczesnego kina (ale też w mniejszym stopniu muzyki, dzięki udanemu doborowi kawałków z epoki). Jednak te sceny same w sobie są naprawdę świetnie napisane, wyreżyserowane i sfilmowane, a główni aktorzy, Leonardo DiCaprio i Brad Pitt, grają tu jedne ze swoich życiowych ról. W drugiej części nieśpieszna dotąd akcja nabiera tempa i prowadzi już w konkretnym - choć niekoniecznie spodziewanym przez widzów - kierunku. Robi się też zdecydowanie bardziej tarantinowsko, przede wszystkim w pełnym przemocy i czarnego humoru punkcie kulminacyjnym.


1. "Joker"

reżyseria: Todd Phillips | scenariusz: Todd Phillips i Scott Silver

Nie spodziewałem się po tym filmie wiele. Okazuje się jednak, że film o postaciach z komiksu można zrobić inaczej, ciekawiej, niż ma to miejsce w typowym kinie superbohaterskim. Historia najsłynniejszego przeciwnika Batmana została przedstawiona jako dramat psychologiczny, wprost nawiązujący do takich klasyków kina, jak "Taksówkarz" i "Król komedii" Scorsesego - z pierwszego czerpie estetykę, silnie kojarzącą się z nurtem new hollywood, zaś oba wpłynęły na fabułę (dodatkowym smaczkiem jest udział Roberta DeNiro, który grał główne role w obu tamtych filmach). Jednak to, co w tym filmie najlepsze, to tytułowa postać. Bardzo dobrze napisana (przedstawiona przy tym w inny, bardziej ludzki sposób, niż w komiksach czy innych adaptacjach), ale przede wszystkim fenomenalnie zagrana przez Joaquina Phoenixa, który wspiął się tutaj na wyżyny aktorstwa i zasłużenie został nagrodzony za tę rolę Oscarem, Złotym Globem oraz innymi prestiżowymi nagrodami. Zasłużony jest także Oscar za muzykę, która doskonale podkreśla dramatyzm i klimat. Film nie jest co prawda pozbawiony wad (niektóre rzeczy niepotrzebnie są wyjaśniane w momencie, gdy widz już sam powinien się wszystkiego domyślić), co jednak nie zmienia faktu, że to właśnie "Joker" w zeszłym roku najbardziej mnie zaskoczył i zrobił na mnie największe wrażenie.



27 marca 2020

[Recenzja] Jackie McLean - "Let Freedom Ring" (1963)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

Jeśli chodzi o jazz, to ostatnio skłaniam się raczej ku jego akustycznej odmianie - ale ani tej z głównego nurtu, ani tej najbardziej radykalnej. Raczej takiej utrzymanej pomiędzy tymi dwoma podejściami, czerpiącej z nich to, co najlepsze. Łączącej duże ambicje i wyrafinowanie oraz niekonwencjonalne nastawienie, z mimo wszystko sporym szacunkiem do jazzowej tradycji i ogólną przystępnością. Tego typu granie najczęściej określane jest jako avant-garde jazz lub post-bop. Właśnie taką muzykę przynosi album "Let Freedom Ring" Jackiego McLeana. Pomijając bardzo standardową balladę "I'll Keep Loving You" z repertuaru Buda Powella (nagraną przez niego w 1949 roku), znalazły się tutaj trzy porywające kompozycje lidera, które fantastycznie godzą przywiązanie do hard-bopowych korzeni i wyraźne wycieczki w stronę free jazzu, słyszalne przede wszystkim w agresywnym brzmieniu oraz swobodnej strukturze kompozycji.

Album został zarejestrowany dziewiętnastego marca 1962 roku w studiu Rudy'ego Van Geldera, pod producenckim nadzorem Alfreda Liona. Każdy wielbiciel jazzu już na podstawie tych informacji doskonale wie, czego się spodziewać. W takim miejscu i czasie musieli zebrać się sami utalentowani instrumentaliści i nagrać co najmniej solidny longplay. I tak faktycznie było. Prawdopodobnie najmniej pamiętany z tej ekipy jest pianista Walter Davis Jr. Niesłusznie, bowiem ten aktywny od późnych lat 40. ubiegłego wieku w trakcie swojej kariery grał u boku najwybitniejszych jazzmanów, zarówno tych kojarzonych ze złotą erą bopu, jak Charlie Parker, Dizzy Gilespie, Max Roach, Art Blakey, Donald Byrd czy Sonny Rollins, ale także z przedstawicielem młodszego pokolenia i członkiem freejazzowej sceny, Archie'em Sheppem. Jego gra na "Let Freedom Ring" czerpie zarówno z doświadczeń zdobytych w epoce bebopu (staroświecko sentymentalne partie w "I'll Keep Loving You"), jak i prezentuje nowocześniejsze podejście, czego przykładem chociażby świetny temat i solówka w "Melody for Melonae", albo swobodniejsza gra w najbardziej rozluźnionym rytmicznie "Omega". Pianista wydobywa dokładnie tyle dźwięków, ile trzeba, nic ponadto, do tego zdaje się doskonale porozumiewać z każdym pozostałych muzyków.

Również basista Herbie Lewis nie jest postacią szczególnie znaną w dzisiejszych czasach, choć niektórzy Czytelnicy mogą kojarzyć jego nazwisko - zwłaszcza, że grał na bardzo przeze mnie cenionym i wielokrotnie tu wspominanym "Now!" Bobby'ego Hutchersona z 1970 roku. Już wcześniej, jeszcze przed współpracą z McLeanem, Lewis grał m. in. z Lesem McCannem, Artem Farmerem i Stanleyem Turrentine'em. Za to z pewnością bardziej rozpoznawalnym muzykiem jest perkusista Billy Higgins, który występował i nagrywał z samym Ornette'em Colemanem - można go usłyszeć na fundamentalnych dla awangardowego jazzu albumach "The Shape of Jazz to Come", "Free Jazz" i "Science Fiction". Grywał też chociażby z Sonnym Rollinsem, Herbiem Hancockiem i Dexterem Gordonem. Lewis i Higgins tworzą tu naprawdę zwartą, dobrze zgraną  (przede wszystkim ze sobą, ale też z resztą składu) sekcję. Nie zawsze jednak mają okazję pokazać, na co ich stać. W "I'll Keep Loving You" obaj chowają się w tle, a udział Higginsa sprowadza się właściwie tylko do trzymania tempa i odmierzania czasu za pomocą monotonnych uderzeń w talerze. Nieco już więcej mogą zaprezentować w "Rene", gdzie odpowiadają za wyrazisty, swingujący podkład, a perkusista zagrał kilka przejść. Najbardziej jednak błyszczą w tych utworach, w których warstwa rytmiczna jest mniej konwencjonalna, a więc "Melody for Melonae" i "Omega". W tym ostatnim Lewis jest wręcz postacią pierwszoplanową, a kontrabas traktuje jak instrument solowy, wymiatając na nim jak Scott LaFaro, Charlie Haden czy Richard Davis.

Najważniejszym muzykiem jest tu jednak bez wątpienia Jackie McLean. To bardzo ciekawa postać i jeden z najlepszych saksofonistów z bopowej i post-bopowej epoki. Muzyką interesował się od najmłodszych lat, gdyż dorastał w umuzykalnionej rodzinie i w sąsiedztwie kilku wybitnych jazzmanów: Charliego Parkera, Theloniousa Monka i Buda Powella, od których pobierał nieformalne lekcje. Wciąż uczęszczając do liceum, występował w zespole z Kennym Drew i Sonnym Rollinsem. Ten ostatni wkręcił go potem do zespołu Milesa Davisa - McLean miał wówczas dopiero dwadzieścia lat i nie posiadał karty kabaretowej umożliwiającej koncertowanie w Nowym Jorku. Gdy już ją uzyskał, szybko została cofnięta z powodu uzależnienia saksofonisty od heroiny. Występy były głównym źródłem utrzymania muzyków, podczas gdy sesje nagraniowe nie przynosiły dużych korzyści. Co prawda, Jackie zdecydował się odejść z wytwórni Prestige, dla której w latach 50. nagrał kilka albumów, i przejść pod skrzydła Blue Note, oferującej najwyższe stawki za sesję, jednak musiał bardzo ciężko pracować, by utrzymać się z grania. Stąd też na przełomie dekad wziął udział w nagraniu dziesiątek płyt, zarówno jako lider, jak i sideman. W tym okresie zaliczył współpracę z niemal każdym, no może co drugim, liczącym się muzykiem nowojorskiej sceny jazzowej (a więc tej skupiającej niemal wszystkich spośród najbardziej uznanych jazzmanów). Na jednym ze swoich albumów, "New and Old Gospel", gościł nawet Ornette'a Colemana, nieczęsto przecież występującego na płytach innych artystów.

Na początku lat 60. McLean był zresztą pod silnym wpływem Colemana, co doskonale słychać także na "Let Freedom Ring", zarówno w podejściu do kompozycji, jak i w samej grze na saksofonie altowym. Oczywiście, mamy tutaj do czynienia z inspiracją, a nie imitacją, Jackie posiadał idiomatyczny styl gry, jedynie podpatrzył pewne patenty. I przemyca je nawet w nie bardzo dotąd przeze mnie chwalonym "I'll Keep Loving You". O ile na początku, podczas tematu, gra w bardzo tradycyjny sposób, tak z czasem się rozkręca, wprowadzając trochę nieznacznych dysonansów i przedęć, dzięki czemu utwór nie brzmi aż tak bardzo staromodnie. W podobny sposób ratuje "Rene" - bez niego byłby to po prostu bardzo solidny hard bop osadzony w bluesie, jednak partie lidera, tym razem jeszcze bardziej ekspresyjne, nadają mu nowocześniejszego charakteru. Najlepszy efekt jest jednak osiągany wtedy, gdy w podobnym kierunku zmierza cały kwartet. Doskonałym utworem jest najdłuższy na płycie "Melody for Melonae", w którym McLean pomysłowo wykorzystuje różne barwy swojego instrumentu, zarówno w błyskotliwym temacie, jak i podczas solówek, gdzie odważnie ociera się o freejazzowe rejony. Równie wspaniałym momentem jest "Omega", w którym lider, podobnie jak towarzyszący mu muzycy, najbardziej zbliża się do dokonań Colemana (szczególnie z wydanego parę miesięcy wcześniej "Ornette!"), choć gra tu jednak w nieco bardziej melodyjny sposób, jedynie fragmentami prezentując agresywniejsze zagrywki.

"Let Freedom Ring" to świetny album, jak przystało na efekt sesji muzyków tej klasy w renomowanym studiu Van Geldera w latach 60., wydany z logo Blue Note. Trochę tylko szkoda, że cały longplay nie jest tak bezkompromisowy, jak pierwszy i ostatni utwór. Dwa środkowe utwory idą jednak nieco za bardzo w mainstreamowym kierunku, pomimo prób lidera, by nadać im bardziej awangardowego charakteru - to jednak wciąż bardzo solidne granie, pokazujące duży kunszt instrumentalistów. Pomimo tych drobnych zastrzeżeń, całość robi na mnie bardzo dobre wrażenie. Takiej właśnie muzyki obecnie poszukuję.

Ocena: 8/10



Jackie McLean - "Let Freedom Ring" (1963)

1. Melody for Melonae; 2. I'll Keep Loving You; 3. Rene; 4. Omega

Skład: Jackie McLean - saksofon altowy; Walter Davis, Jr. - pianino; Herbie Lewis - kontrabas; Billy Higgins - perkusja
Producent: Alfred Lion


25 marca 2020

[Recenzja] Hawkwind - "Doremi Fasol Latido" (1972)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

Opisywanie dorobku Hawkwind zakończyłem jakiś czas temu na dwóch pierwszych albumach. Mogło to prowadzić do przekonania, że zespół nie nagrał już później nic godnego uwagi. W rzeczywistości, tych najlepszych albumów jeszcze nie zrecenzowałem. Po prostu skupiłem się na innych, moim zdaniem ciekawszych, wykonawcach. Hawkwind nie zalicza się do moich ulubionych przedstawicieli kosmicznego rocka, który w wykonaniu tej grupy brzmi bardzo topornie i surowo. Zdecydowanie preferuję bardziej finezyjne i lepiej - a przynajmniej bardziej kreatywnie - zagrane dokonania Gong, Ash Ra Tempel, Tangerine Dream czy wczesnego Pink Floyd. Hawkwind to natomiast taki space rock dla wielbicieli hard rocka, kładący nacisk przede wszystkim na gitarowy czad, a dopiero później na kosmiczny klimat, budowany za pomocą bardzo prostych środków - riffowych repetycji i świergotu syntezatorów.

Na "Doremi Fasol Latido", trzecim albumie w dyskografii zespołu, w składzie zadebiutowała nowa sekcja rytmiczna: perkusista Simon King oraz basista Ian Kilmister, lepiej znany pod pseudonimem Lemmy. Obecność przyszłego założyciela Motörhead to kolejny powód, by hardrockowi słuchacze sięgnęli po dokonania Hawkwind. Zresztą to właśnie w czasie pobytu Lemmy'ego w składzie, zespół nagrał zdecydowaną większość swoich najsłynniejszych i najbardziej cenionych albumów. "Doremi Fasol Latido" nie umieściłbym jednak na podium. To bardzo solidny album, ale w znacznej części po prostu powielający rozwiązania z poprzedniego "X in Search of Space". Odrobinę świeżości wnosi dopiero umieszczona na samym końcu "The Watcher" autorstwa Kilmistera, trochę przypominający akustyczny blues, ale tak naprawdę niezbyt bluesowy (bardziej czadowa wersja została nagrana później przez Motörhead). Jest jeszcze klawiszowa miniatura "One Change" autorstwa Dela Dettmara - miły przerywnik, ale nic ponadto. Reszta longplaya przynosi dokładnie taką muzykę, jakiej można było się po tym zespole spodziewać - sporo psychodelicznego grania o jamowym charakterze, w wersji czadowej ("Brainstorm", "Lord of Light", "Time We Left This World Today") lub łagodniejszej, z dodatkiem brzmień akustycznych ("Space Is Deep", "Down Through the Night"). Najlepiej z nich wypada jedenastominutowy otwieracz "Brainstorm", w którym za pomocą wspomnianych na wstępie środków, faktycznie udało się zbudować transowy, wciągający klimat. Reszta albumu już tak nie olśniewa, ale też nie schodzi poniżej całkiem przyzwoitego poziomu.

Jeśli oceniać ten album w kategorii kosmicznego rocka, to wypada tak sobie, zbyt jednostajnie (nie w kwestii "transowości", tylko podobieństw między poszczególnymi kawałkami) oraz dość niechlujnie pod względem brzmienia i wykonania. Natomiast jeśli te wszystkie psychodeliczne efekty traktować jako próbę ciekawego urozmaicenia hard rocka, to trzeba przyznać, że rezultat jest bardzo udany. "Doremi Fasol Latido" - i ogólnie twórczość Hawkwind - może być dobrym punktem wyjścia dla hardrockowych słuchaczy, by zainteresować się graniem o podobnym klimacie, ale już bardziej ambitnym, jak Gong i wykonawcy krautrockowi, a w końcu może nawet twórczością Herbiego Hancocka, Johna Coltrane'a czy Sun Ra.

Ocena: 7/10



Hawkwind - "Doremi Fasol Latido" (1972)

1. Brainstorm; 2. Space Is Deep; 3. One Change; 4. Lord of Light; 5. Down Through the Night; 6. Time We Left This World Today; 7. The Watcher

Skład: Dave Brock - gitara, wokal;  Nik Turner - saksofon, flet, wokal; Del Dettmar - syntezator; Michael Davies - syntezator; Ian "Lemmy" Kilmister - gitara basowa, gitara, wokal; Simon King - perkusja
Producent: Dave Brock i Del Dettmar


24 marca 2020

[Recenzja] Magma - "Merci" (1984)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

"Merci", jedyny studyjny album Magmy wydany w latach 80., to najbardziej kontrowersyjne wydawnictwo w dorobku francuskiej grupy. Przez większość wielbicieli i krytyków uznawany za najsłabszą pozycję w dyskografii. Wszystko dlatego, że bardzo mocno odbiega od wcześniejszej (ale i późniejszej) twórczości. Nie powinno to być jednak zaskoczeniem, bo Christian Vander zmierzał w tym kierunku już od czasu "Attahk", a może nawet "Üdü Ẁüdü". O ile jednak wcześniej funkowo-soulowe wpływy oraz elektroniczne brzmienia były tylko dodatkiem do zeuhlowej stylistyki, tak tutaj wysuwają się na pierwszy plan.

Uwagę zwracają anglojęzyczne tytuły - po raz raz pierwszy na płycie Magmy zrezygnowano ze stworzonego na potrzeby zespołu języka kobajańskiego. Jednak to nic przy zmianach, jakie nastąpiły w samej muzyce. Dużą część albumu charakteryzuje funkowa lub nawet dyskotekowa rytmika, roztańczone partie dęciaków, chwytliwe melodie, a także uproszczona, piosenkowa struktura. Nigdy wcześniej zespół nie nagrał tak przebojowego kawałka, jak "Call from the Dark (Ooh Ooh Baby)", który właściwie bez większych zmian mógłby znaleźć się w repertuarze chociażby Earth, Wind & Fire. "I Must Return", "Do the Music" oraz "Otis" (hołd dla Otisa Reddinga) są utrzymane w podobnym stylu, niemal tak samo chwytliwe, ale posiadają też wiele punktów stycznych z wcześniejszymi dokonaniami zespołu. We wszystkich pojawia się sporo tej charakterystycznej dla grupy transowości (aczkolwiek nie wynikającej już głównie ze specyficznej rytmiki, której tu praktycznie nie ma, o czym więcej za chwilę), a także będących jej znakiem rozpoznawczym wielogłosowych, przerysowanych partii wokalnych (choć tym razem mniej operowych, a bardziej soulowych). Najwięcej wspólnego z dawną Magmą mają bardzo ładne "Eliphas Levi" i "The Night We Died", wyróżniające się wręcz uduchowionym nastrojem, przypominającym o fascynacji Vandera muzyką Johna Coltrane'a.

W nagraniu tego albumu wzięło udział niemal trzydziestu muzyków. Trzon zespołu stanowili, oczywiście, Christian i Stella Vanderowie, wpierani tym razem przede wszystkim przez Guya Khalifę i Lisę Deluxe. W pojedynczych nagraniach pojawiają się też inni muzycy związani wcześniej z Magmą, jak Klaus Blasquiz, Benoit Widemann, Michel Graillier, Patrick Gauthier, Jean-Luc Chevalier czy Maria Popkiewicz. Ale na liście płac widnieje też wiele nowych nazwisk, wśród których znalazł się nawet amerykański saksofonista jazzowy Robin Kenyatta (znany ze współpracy m.in. z Andrew Hillem, Samem Riversem, Archie'em Sheppem czy Billem Dixonem). Co ciekawe, Vander skupia się tu na śpiewie i klawiszach, a w żadnym utworze nie zagrał na perkusji, będącej dotąd jego podstawowym instrumentem - jedynie w "Eliphas Levi" odpowiada za perkusjonalia, a w "Call from the Dark (Ooh Ooh Baby)" za... zaprogramowanie automatu perkusyjnego. Tradycyjna sekcja rytmiczna - basista Marc Eliard i bębniarz François Laizeau - wzięła udział w nagraniu tylko trzech utworów, a ich partie mają bardziej funkowy niż zeuhlowy charakter.

Jak już jednak wspomniałem, przez większość albumu wciąż doskonale słychać, że to Magma. Mamy tu więc do czynienia nie tyle z odejściem od zeuhlu, co raczej jego innym, bardziej przystępnym obliczem, w którym wpływy muzyki poważnej zastąpiono funkiem i soulem. I osobiście uważam, że bardzo fajnie odświeżyło to twórczość zespołu, który na kilku poprzednich wydawnictwach stał się zbyt zachowawczy i przewidywalny. Oczywiście, ta piosenkowa stylistyka nie jest szczególnie wybitna, a zwarta tu muzyka ustępuje tym ambitniejszym dokonaniom zespołu. Słucham tego jednak z dużą przyjemnością. Zaletą tego wydawnictwa jest też niski próg wejścia - nie trzeba być dobrze osłuchanym z muzyką poważną, awangardą czy jazzem, by go zrozumieć i polubić (przeszkodą może być za to niechęć do muzyki tanecznej). Na koniec warto jeszcze dodać, że kompaktowe reedycje mają inną kolejność utworów - i w tym akurat przypadku taki zabieg świetnie się sprawdza, gdyż nowa tracklista jest bardziej sensowna (spokojniejsze utwory lepiej sprawdzają się na zakończenie, niż niemal na samym początku).

Ocena: 7/10



Magma - "Merci" (1984)

1. I Must Return; 2. Eliphas Levi; 3. The Night We Died; 4. Call from the Dark (Ooh Ooh Baby); 5. Do the Music; 6. Otis; 7. Otis (Ending)

Reedycje CD: 
1. Call from the Dark (Ooh Ooh Baby); 2. Otis; 3. Do the Music; 4. Otis (Ending); 5. I Must Return; 6. Eliphas Levi; 7. The Night We Died

Skład (wg wydania winylowego): Christian Vander - wokal (1,5-7), dodatkowy wokal (2-4), pianino (1-3), pianino elektryczne (2,5-7), czelesta (3)instr. perkusyjne (2), syntezator (4,6,7), automat perkusyjny (4); Stella Vander - wokal (1,4), dodatkowy wokal (2,3,5,6); Guy Khalifa - wokal (1,4,5), dodatkowy wokal (2,3,6), flet (2,6), pianino elektryczne (6); Klaus Blasquiz - wokal (1); Lisa Deluxe - wokal (2,3), dodatkowy wokal (1,6); Maria Popkiewicz - dodatkowy wokal (1); Benoît Widemann - syntezator (1,4,5,6); Philippe Slominski - trąbka (1,4,5); Christian Martinez - trąbka (1,4); Denis Leloup - puzon (1,5); Jérome Naulay - puzon (1); Marc Eliard - gitara basowa (1,5,6); François Laizeau - perkusja i instr. perkusyjne (1,5,6); Michel Graillier - elektryczne pianino (2); Steve Shehan - instr. perkusyjne (2); Michel Goldberg - saksofon (4,5); Alex Ferrand - dodatkowy wokal (4,5) Demis Visvikis - dodatkowy wokal (4); Jean-Luc Chevalier - gitara (5); Paul Baile - saksofon (5); Arrigo Lorenzi - saksofon (5); Patrick Gauthier - syntezator (5); Simon Goubert - syntezator (5); Jean-Pierre Fouquey - pianino elektryczne (6); Robin Kenyatta - saksofon (6); Michel Gaucher - saksofon (6); Freddy Hovsepian - trąbka (6); Christian Guizien - puzon (6)
Producent: Christian Vander


23 marca 2020

[Recenzja] Max Roach - "We Insist!" (1961)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

Gdyby popularność szła w parze z zasługami dla muzyki, nie musiałbym dzisiaj przybliżać, kim był Max Roach. A był jednym z pionierów bebopu oraz jednym z najwybitniejszych i najbardziej cenionych jazzowych perkusistów. Z perkusji uczynił instrument równie ważny, co pozostałe, a nie tylko odmierzacz czasu. Wziął udział w nagraniu kilkuset albumów. W swojej ponad sześćdziesięcioletniej (od połowy lat 40. niemalże do śmierci w 2007 roku) niejednokrotnie współpracował z innymi wielkimi muzykami, jak chociażby Charlie Parker, Dizzy Gillespie, Duke Ellington, Thelonious Monk, Miles Davis, Charles Mingus, Eric Dolphy... To tylko niektórzy. Wystarczy zresztą spojrzeć na listę płac albumu "We Insist!", na której znaleźli się m. in. Coleman Hawkins, Booker Little, Michael Olatunji czy Julian Priester.

A sam album "We Insist!" to jedno z najciekawszych przedsięwzięć perkusisty. Już sam podtytuł "Max Roach's Freedom Now Suite" sugeruje, czego mniej więcej się spodziewać. Nawiązuje bowiem do ówczesnych ruchów społecznych na rzecz zniesienia segregacji rasowej w Stanach, a zarazem do rosnącej samoświadomości czarnej społeczności, przejawiającej się chociażby poprzez muzyczne nawiązania do ich afrykańskich korzeni. "We Insist!" to właściwie jeszcze nie spiritual jazz, ale momentami już jego wyraźna zapowiedź. Na całym albumie istotną rolę odgrywają perkusjonalia i afrykańskie rytmy. A w "All Africa" te wpływy wychodzą na pierwszy plan. W nagraniu słychać wyłącznie egzotyczne bębny i inne instrumenty perkusyjne, trochę trąbki oraz partie wokalne (rolę głównego wokalisty we wszystkich utworach pełni Abbey Lincoln, ówczesna żona Roacha). Niesamowita rzecz, bardzo oryginalna jak na tamte czasy. W podobnym stylu utrzymany jest także "Triptych", choć tutaj wpływy afrykańskie nie są tak silne i dosłowne. To właściwie tylko perkusyjna solówka lidera oraz wokalny popis Lincoln, z początku bardziej nastrojowy, z czasem przeradzający się w dzikie krzyki. Intrygujące i również bardzo nietypowe dla ówczesnego jazzu.

Nieco bardziej tradycyjne okazują się pozostałe nagrania - "Driva Man", "Freedom Day" i "Tears for Johannesburg" - zarejestrowane z udziałem trzy- lub czteroosobowej sekcji dętej oraz basisty. Tutaj jednak również nie mamy do czynienia z konwencjonalnym graniem. To prawdziwie awangardowa muzyka, nie wpisująca się ani w ówczesne standardy bopowe, ani nie idąca w stronę powoli zyskującego popularność free jazzu. Jeśli miałbym ją do czegoś przyrównać, to wyłącznie do późniejszych, i to znacznie późniejszych rzeczy, jak wydany niemal dekadę później "Now!" Bobby'ego Hutchersona, czy tych już zupełnie współczesnych, w rodzaju dokonań Fire! Orchestra czy Matany Roberts. Oczywiście, nie ma tu freejazzowych, a tym bardziej (to przecież dopiero 1961 rok) jazzrockowych naleciałości, ale i tak nie sposób uniknąć takich skojarzeń. Pewne zapoczątkowane tu przez Roacha idee są wciąż aktualne, a dzięki temu ten wydany blisko sześćdziesiąt lat temu albumu w żadnym wypadku nie brzmi archaicznie.

Wykonanie jest tu na naprawdę wysokim poziomie. To przede wszystkim fantastyczny popis Maxa Roacha, trwający przez praktycznie cały album, jednak pozostali muzycy bynajmniej nie są tutaj zbędni - w momentach, w których się pojawiają, pokazują się od najlepszej strony. Kompozycje nie są może wybitne, ale w sposób bardzo ciekawy i wizjonerski odbiegają od ówcześnie stosowanych w jazzie rozwiązań. I co chyba tu najważniejsze, to ten afrykański klimat, naprawdę świetnie oddany,

Ocena: 9/10



Max Roach - "We Insist! Max Roach's Freedom Now Suite" (1961)

1. Driva Man; 2. Freedom Day; 3. Triptych: Prayer / Protest/Peace; 4. All Africa; 5. Tears for Johannesburg

Skład: Max Roach - perkusja; Abbey Lincoln - wokal; Booker Little - trąbka (1,2,4,5); Julian Priester - puzon (1,2,5); Walter Benton - saksofon tenorowy (1,2,5); Coleman Hawkins - saksofon tenorowy (1); James Schenk - kontrabas (1,2,5); Michael Olatunji - instr. perkusyjne, wokal; Raymond Mantilla - instr. perkusyjne (1-3); Tomas du Vall - instr. perkusyjne (4,5)
Producent: Nat Hentoff


22 marca 2020

[Recenzja] Faust - "Faust" (1971)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

Gdybym miał przygotować listę najważniejszych grup krautrockowych, zamieściłbym na niej na pewno Amon Düül II, Ash Ra Tempel, Can, Embryo, Faust, Kraftwerk, Neu!, Popol Vuh i Tangerine Dream. Można polemizować, które jeszcze zespoły powinny się na niej znaleźć. Natomiast te wymienione bez wątpienia należą do najbardziej istotnych, a ich dokonania dają bardzo dobre (choć wciąż nieco niepełne) pojęcie o całym nurcie. O większości z nich już tu pisałem. Pora zatem na przybliżenie twórczości kolejnego. Faust to jeden z najbardziej oryginalnych, najdziwniejszych, ale i najbardziej wpływowych przedstawicieli krautrocka.

Zespół powstał w dość nietypowych, jak na tamte czasy i taką muzykę, okolicznościach. Na początku lat 70. wspomniany nurt cieszył się już sporym zainteresowaniem, także poza granicami Niemiec Zachodnich - przede wszystkim w Wielkiej Brytanii (choć to właśnie tamtejsi dziennikarze wymyślili niezbyt pochlebne określenie niemieckiej sceny eksperymentalnego rocka). Przedstawiciele niemiecko-brytyjskiej wytwórni fonograficznej Polydor doszli do wniosku, że posiadanie w katalogu własnej grupy krautrockowej, przysporzy im spore zyski. I wyznaczyli producenta Uwe Nettelbeck, mającego rozległe znajomości w podziemnej scenie, do znalezienia odpowiedniego zespołu. Jednak Nettlebeck zamiast tego postanowił zebrać zupełnie nowy skład, w którym znalazło się dwóch perkusistów, basista oraz trzech klawiszowców, z których jeden grał także na gitarze, a drugi na saksofonie. Sekstet przyjął nazwę Faust, kojarzącą się oczywiście z dramatem Goethego, ale po niemiecku oznaczającego też po prostu pięść.

Nagrywany na przełomie lat 1970/71 debiutancki album zespołu, to jedno z najbardziej eksperymentalnych dzieł całego nurtu. Już samo wydanie było niezwykłe: przeźroczysty winyl i foliowa koperta z nadrukiem rentgenowskiego zdjęcia zaciśniętej pięści. Sama muzyka okazała się równie niekonwencjonalna. Zespół nawiązał tutaj wprost do poważnej awangardy z połowy XX wieku, szczególnie do muzyki konkretnej. Pierwszą stronę winylowego wydania wypełniły dwa nagrania, "Why Don't You Eat Carrots" i "Meadow Meal", o kolażowym charakterze, pełne brzmieniowych eksperymentów i różnych studyjnych technik łączenia lub przetwarzania (w tym samplingu, choć w tamtym czasie nikt nie używał jeszcze takiego określenia), Dużo tutaj szumów, świstów i innych nietypowych dźwięków, wydobywanych głównie z prymitywnych generatorów własnej konstrukcji, z których jednak często wyłaniają się bardziej tradycyjne, prawie melodyjne partie instrumentalne czy wokalne zabawy, a przy tym sporo w tym wszystkim rockowej energii. Jest to bardzo intrygujące i wizjonerskie w kontekście rocka, jednak w porównaniu z prawdziwą awangardą brzmi dość naiwnie i już nie tak bardzo oryginalnie. Muzycy, pomimo dużych ambicji, byli jednak amatorami. Słychać to też w wypełniającym drugą stronę winyla "Miss Fortune", bardziej tradycyjnym - na ile tradycyjne może być nagranie o zupełnie swobodnej strukturze - psychodelicznym jamie. Zresztą i tutaj nie brakuje bardziej eksperymentalnych fragmentów.

Jedno jest pewne. Żaden rockowy wykonawca nie zapuścił się wcześniej tak daleko na terytorium poważnej awangardy. Za to wielu korzystało później z rozwiązań stosowanych tutaj przez Faust. Słuchając tego albumu dzisiaj, trudno nie usłyszeć pewnych podobieństw do industrialu, noise'u czy w mniejszym stopniu post-punku. Można polemizować, czy akurat ten album był inspiracją - nie cieszył się bowiem komercyjnym powodzeniem, a więc jego zasięg był mocno ograniczony - natomiast bez wątpienia był wizjonerski. Trochę tylko szkoda, że umiejętności muzyków, nie tylko czysto techniczne, nie dorównały ich ambicji.

Ocena: 7/10



Faust - "Faust" (1971)

1. Why Don't You Eat Carrots; 2. Meadow Meal; 3. Miss Fortune

Skład: Gunter Wüsthoff - syntezator, saksofon; Rudolf Sosna - gitara, instr. klawiszowe; Hans Joachim Irmler - organy; Jean-Hervé Péron - gitara basowa; Werner Diermaier - perkusja; Arnulf Meifert - perkusja
Producent: Uwe Nettelbeck


21 marca 2020

[Recenzja] The Mothers - "The Grand Wazoo" (1972)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

"The Grand Wazoo" powstał podczas tych samych sesji, na przełomie kwietnia i maja 1972 roku w kalifornijskim Paramount Studios, co wydany nieco wcześniej "Waka/Jawaka". Frank Zappa miał wówczas przerwę od koncertowania, wymuszoną obrażeniami po zepchnięciu i upadku ze sceny podczas londyńskiego występu w grudniu poprzedniego roku. Muzyk zawsze przejawiał dużą aktywność w tworzeniu nowego materiału i nie znosił bezczynności, dlatego tak szybko zabrał się do pracy, czego efektem były aż dwa albumy. W ogólnym zamyśle bardzo do siebie podobne - wypełniała je głównie instrumentalna muzyka o jazz-rockowym charakterze, nagrana z pomocą bardzo rozbudowanego składu - ale bezsprzecznie stanowiące odrębne, zamknięte dzieła. Co dodatkowo podkreśla fakt, że "Waka/Jawaka" ukazał się pod nazwiskiem Zappy, a "The Grand Wazoo" - pod szyldem The Mothers.

Drugi z tych albumów różni się od swojego poprzednika chociażby za sprawą jeszcze bardziej rozbudowanego składu. W nagranie go było zaangażowanych w sumie dwudziestu czterech muzyków. Poza liderem, byli to m.in. trębacz Sal Marquez, saksofoniści Mike Altschul i Joel Peskin, basista Alex "Erroneous" Dmochowski, perkusista Aynsley Dunbar, gitarzysta Tony Duran oraz klawiszowcy Don Preston i George Duke - a więc instrumentaliści, których słychać także w nagraniach z "Waka/Jawaka". W większości utworów z "The Grand Wazoo" zwiększeniu uległa sekcja dęta, na wzór starych big bandów jazzowych. Ale  w żadnym wypadku nie jest to archaiczne granie w stylu złotej epoki jazzowych orkiestr. Całość doskonale balansuje pomiędzy nowoczesnymi odmianami tego gatunku (fusion, free), a ambitniejszymi formami rocka. I choć "The Grand Wazoo" ukazał się jako drugi, zdecydowanie nie brzmi jak zbiór odrzutów po poprzednim albumie. Wręcz przeciwnie - zdaje się dziełem spójniejszym, bardziej dopracowanym i przemyślanym.

W najbardziej rozbudowanym składzie zostały nagrane dwa utwory z winylowej strony A albumu. "For Calvin (and His Next Two Hitch-Hikers)" charakteryzuje się powolnym tempem i pozornie leniwym klimatem, jednak w warstwie instrumentalnej pojawia się wiele ciekawych smaczków, jak partie syntezatora czy freejazzowe dęciaki; również pod względem rytmicznym dzieje się tu sporo ciekawego. Jest to jedyne nagranie na płycie, w którym pojawia się - tylko przez chwilę, na samym początku - regularna partia wokalna, śpiewana w duecie przez Marqueza i Janet Neville-Ferguson, fajnie parodiująca stary jazz wokalny. Utwór tytułowy, najdłuższy na płycie, to już zdecydowanie bardziej energetyczne nagranie, z wieloma porywającymi solówkami (przede wszystkim gitary i trąbki, ale też na syntezatorze) oraz potężnym brzmieniem (z orkiestrowymi partiami dęciaków, które jednak nie nadają tu symfonicznego patosu, lecz trochę subtelnego humoru). Co ciekawe, na większości reedycji oba te utwory zostały zamienione miejscami, co raczej nie było najlepszym pomysłem - oryginalna kolejność ma po prostu więcej sensu w kontekście całości.

Trzy nagrania ze strony B zostały nagrane już przez nieco mniejszy aparat wykonawczy, jednak brzmienie wciąż jest bardzo różnorodne, a w poszczególnych utworach wciąż dużo się dzieje. "Cletus Awreetus-Awrightus" trwa niespełna trzy minuty, ale pomysłów tu tyle, że u niektórych wykonawców nie znajdzie się tylu w całej dyskografii. Kawałek co chwile zaskakuje nowymi rozwiązaniami i motywami, a przy tym wszystko trzyma się tu kupy. Jest to najbardziej humorystyczne nagranie na płycie, ale wcale nie mniej ambitne. Warstwę instrumentalną wzbogacają krótkie wokalizy Zappy i Ilene Rappaport. Prawdopodobnie najbardziej znanym fragmentem albumu - i moim faworytem - jest dynamiczny "Eat That Question", z bardzo chwytliwym, ale błyskotliwym tematem, a także częścią improwizowaną ze świetnymi solówkami Duke'a i Zappy oraz fantastyczną grą Erroneousa i Dunbara. Na zakończenie albumu następuje wyciszenie, w postaci subtelnego, bardzo ładnego "Blessed Relief". Tym razem pierwszoplanową rolę odgrywają dęciaki i elektryczne pianino, dopiero w drugiej połowie ustępujące na chwilę miejsca gitarze, a nieoceniona jest też tu gra sekcji rytmicznej.

"The Grand Wazoo" to pięć utworów, z których każdy ma swój własny charakter i zachwyca czym innym, ale jednocześnie wszystko idealnie do siebie pasują, tworząc bardzo spójną, doskonałą całość. Naprawdę nie mam do czego się tutaj przyczepić. Ani obiektywnie, ani subiektywnie, co nie zdarza się często. Wszystko - kompozycje, aranżacje, wykonanie, brzmienie - robi na mnie ogromne wrażenie. 

Ocena: 10/10



The Mothers - "The Grand Wazoo" (1972)

1. For Calvin (and His Next Two Hitch-Hikers); 2. The Grand Wazoo; 3. Cletus Awreetus-Awrightus; 4. Eat That Question; 5. Blessed Relief

Skład: Frank Zappa - gitara, wokal (3), instr. perkusyjne (4); Sal Marquez - trąbka, wokal (1); Mike Altschul - instr. dęte; Alex "Erroneous" Dmochowski - gitara basowa; Aynsley Dunbar - perkusjaTony Duran - gitara (1,2,5); Don Preston - syntezator (1,2); Bill Byers, Joanne Caldwell McNabb, Earl Dumler, Fred Jackson, Malcolm McNabb, Anthony Ortega, Ernie Tack - instr. dęte (1,2); Alan Estes, Bob Zimmitti - instr. perkusyjne (1,2); Janet Neville-Ferguson - wokal (1); George Duke - instr. klawiszowe (3-5), wokal (3); Ernie Watts - saksofon C melody (3); Ken Shroyer - puzon (3); Ilene Rappaport - wokal (3); Joel Peskin, John Rotella - instr. dęte (4,5); Lee Clement - gong (4)
Producent: Frank Zappa


20 marca 2020

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Village of the Pharoahs" (1973)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

Pomimo wydawania co najmniej jednego albumu rocznie, Pharoah Sanders potrafił, przynajmniej do pewnego momentu, utrzymać wysoki poziom swojej muzyki. "Village of the Pharoahs" to kolejne bardzo udane dzieło saksofonisty. Longplay zawiera nagrania dokonane na przestrzeni niemal dwóch lat. Najstarszy w zestawie "Mansion Worlds" został zarejestrowany w Van Gelder Studio w New Jersey już 8 grudnia 1971 roku - dokładnie dwa tygodnie po nagraniu albumu "Black Unity". W obu sesjach wziął udział bardzo podobny skład, nieco tylko okrojony podczas tej późniejszej: saksofoniście towarzyszyli wówczas pianista Joe Bonner, basiści Cecil McBee i Stanley Clarke, perkusista Norman Connors, a także grający na perkusjonaliach "Hannibal" Marvin Peterson (na co dzień trębacz) i Lawrence Killian. "Memories of Lee Morgan" to z kolei nagranie z 22 listopada 1972 roku w nowojorskim A & R Studios, dedykowane zmarłemu na początku tamtego roku trębaczowi Lee Morganowi. Skład jest tu bardzo podobny, jedynie miejsce Petersona zajął flecista Arthur Web.

Ostatnia i najważniejsza sesja, podczas której zarejestrowano ponad połowę albumu, odbyła się 14 września 1973 roku w studiu Wally Heider Recording w San Francisco. Sanders tym razem zebrał trochę inną, ale wciąż świetną ekipę. W składzie ponownie znaleźli się Bonner i Killian, ponadto dołączyli basista Calvin Hill, grający na tamburze Kylo Kylo, bębniarze Kenneth Nash i Jimmy Hopps oraz perkusjonalista Sadatrius Brown. Na przeszkadzajkach grali zresztą prawie wszyscy muzycy, a większość z nich udzielała się także wokalnie. To właśnie z tej sesji pochodzi trzyczęściowy utwór tytułowy, stanowiący główną atrakcję albumu. Instrumentaliści kreują tutaj fantastyczny, uduchowiony klimat o naprawdę unikalnym brzmieniu, powstałym z połączenia typowo jazzowego instrumentarium z hindustańską tamburą, japońskim fletem shakuhachi oraz afrykańskimi perkusjonaliami, a do tego wszystkiego z melodyką kojarzącą się ze starożytnym Egiptem. Wszyscy muzycy grają bardzo intensywnie, partie Sandersa na saksofonie sopranowym mają freejazzową zadziorność, ale cały czas wyraźnie zaznaczona jest linia melodyczna. Swego rodzaju dopełnieniem tego utworu jest mantrowa miniatura "Myth", składająca się głównie z ciekawie zaaranżowanych, wielogłosowych partii wokalnych, którym towarzyszą tylko dźwięki kontrabasu i jakaś afrykańska piszczałka. Podczas tej samej sesji powstał również finałowy "Went Like It Came", będący swego rodzaju humorystyczną dekonstrukcją bardziej tradycyjnych odmian jazzu. Dobrze, że ten drugi został umieszczony na końcu, ponieważ znacznie różni się od pozostałych nagrań. Także tych zarejestrowanych wcześniej. "Mansion Worlds" i "Memories of Lee Morgan" to bowiem kolejne utwory o bardzo uduchowionym nastroju. W pierwszym z nich dochodzi też trochę ostrości za sprawą agresywnych partii lidera.

Pierwsza strona winylowego wydania, z tytułowym "Village of the Pharoahs i "Myth", moim zdaniem ani trochę nie ustępuje tym najbardziej uznanym osiągnięciom Pharoaha Sandersa, jak "The Creator Has a Master Plan" czy "Black Unity". Druga strona wypada odrobinę słabiej. "Mansion Worlds" i "Memories of Lee Morgan" są bardzo ładne, ale też trochę zbyt przewidywalne i konwencjonalne, natomiast "Went Like It Came" jest już bardzo zaskakujący, jednak trochę ze stratą na artystycznej wartości. Ogólnie jednak longplay pozostawia bardzo pozytywne wrażenie. Jest to jedna z mocniejszych pozycji w dyskografii Sandersa. Niestety, dość mało znana, co zapewne ma związek ze słabą dostępnością. Oprócz paru wydań winylowych z lat 1973-74, album doczekał się nielicznych reedycji kompaktowych: japońskich wydań z lat 2005 i 2007, a także europejskiego z 2011 roku, na którym znalazł się też materiał z kolejnego albumu Faraona, wyraźnie już słabszego "Wisdom Through Music" (takie kompilacje z wielu powodów nie są zbyt mądrym rozwiązaniem). Szczęściem w nieszczęściu jest fakt udostępnienia tego materiału przez Impulse! Records w serwisach streamingowych.

Ocena: 8/10



Pharoah Sanders - "Village of the Pharoahs" (1973)

1. Village of the Pharoahs (Part One); 2. Village of the Pharoahs (Part Two); 3. Village of the Pharoahs (Part Three); 4. Myth; 5. Mansion Worlds; 6. Memories of Lee Morgan; 7. Went Like It Came

Skład: Pharoah Sanders - saksofon sopranowy (1-3,5,6), saksofon tenorowy (7), instr. perkusyjne (1-3,5-7), wokal (1-4,7); Joe Bonner - pianino (1-3,5-7), flet (1-3), instr. perkusyjne (1-3), wokal (4); Calvin Hill - kontrabas (1-4,7); Kylo Kylo - tambura (1-3), instr. perkusyjne (1-3,7); Kenneth Nash - perkusja (1-3), instr. perkusyjne (1-3,7), piszczałka (4); Jimmy Hopps - perkusja (1-3,7); Sedatrius Brown - instr. perkusyjne (1-3,7), wokal (1-4,7); Lawrence Killian - instr. perkusyjne (1-3,5,7), wokal (4); Cecil McBee - kontrabas (5,6); Stanley Clarke - kontrabas (5,6); Norman Connors - perkusja (5,6); "Hannibal" Marvin Peterson - instr. perkusyjne (5); Arthur Web - flet (6)
Producent: Ed Michel


19 marca 2020

[Recenzja] Bob Dylan - "Blonde on Blonde" (1966)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

"Blonde on Blonde" to ostatnia część nieformalnej trylogii, w skład której wchodzą także dwa poprzednie albumy Boba Dylna, "Bringing It All Back Home" i "Highway 61 Revisited" (oba wydane w 1965 roku). Artysta kontynuuje tutaj obraną wcześniej drogę, ponownie korzystając z pomocy licznego grona muzyków sesyjnych i elektrycznego instrumentarium, a także czerpiąc inspiracje zarówno z folku, bluesa, jak i rocka. Za nic mając oskarżenia i oczekiwania folkowych ortodoksów, którzy wciąż liczyli na powrót do akustycznych piosenek wykonywanych samodzielnie przy wtórze jedynie gitary akustycznej i harmonijki. "Blonde on Blonde" przynosi bardziej zróżnicowany materiał. I to w znacznie większej dawce, niż dotychczas. Był to prawdopodobnie pierwszy dwupłytowy album w historii muzyki rozrywkowej (choć ostatnia strona jest zapełniona tylko w połowie). Dziś longplay jest powszechnie uznawany za jedno z największych dokonań Boba Dylana. Sam twórca uważa go za dzieło, na którym najbardziej zbliżył się do tego, co pragnął osiągnąć. Wiele mówi tu zresztą fakt, że akronimem tytułu jest imię muzyka.

Czternaście zawartych tutaj nagrań można zasadniczo podzielić na trzy grupy. Do pierwszej zaliczają się kawałki bluesowe, jak wzbogacony dęciakami, nieco komediowy "Rainy Day Women ♯12 & 35",  bardzo tradycyjny blues w wolnym tempie "Temporary Like Achilles", utrzymane w stylistyce elektrycznego  bluesa chicagowskiego "Pledging My Time" i "Leopard-Skin Pill-Box Hat", a nawet wręcz bluesrockowe "Most Likely You Go Your Way and I'll Go Mine" i "Obviously 5 Believers". Druga grupa to już zdecydowanie rockowe nagrania, przeważnie z charakterystycznym brzmieniem elektrycznych organów Ala Koopera, od razu wywołującym skojarzenia z "Like a Rolling Stone". Tutaj wymienić można przede wszystkim "Stuck Inside of Mobile with the Memphis Blues Again", "Absolutely Sweet Marie", czy zabarwione folkowo "Visions of Johanna" i "One of Us Must Know". Ostatnia grupa to utwory, w których dominuje pierwiastek folkowy, jak w energetyczny "I Want You" oraz subtelniejsze "Just Like a Woman", "4th Time Around" i najważniejszy tu, jedenastominutowy "Sad Eyes Lady of the Lowlands".

Moim zdaniem nie wszystkie te utwory trzymają równie wysoki poziom. Mógłbym obyć się bez znacznej części trzeciej strony winylowego wydania (poza otwierającym ją kawałkiem), za "Leopard-Skin-Pill-Box Hat" raczej też bym nie tęsknił, a pozostałe nagrania zmieściłyby się na jednej płycie winylowej. Album nie straciłby wówczas nic istotnego - nic, czego nie byłoby w pozostałych utworach - a zyskałby dzięki większej zwartości i bardziej wyrównanym poziomie. Kto wie, czy nie byłby to wtedy najlepszy album Boba Dylana. Choć z tymi paroma wypełniaczami też prezentuje się bardzo solidnie.

Ocena: 8/10



Bob Dylan - "Blonde on Blonde" (1966)

LP1: 1. Rainy Day Women ♯12 & 35; 2. Pledging My Time; 3. Visions of Johanna; 4. One of Us Must Know (Sooner or Later); 5. I Want You; 6. Stuck Inside of Mobile with the Memphis Blues Again; 7. Leopard-Skin Pill-Box Hat; 8. Just Like a Woman
LP2: 1. Most Likely You Go Your Way and I'll Go Mine; 2. Temporary Like Achilles; 3. Absolutely Sweet Marie; 4. 4th Time Around; 5. Obviously 5 Believers; 6. Sad Eyed Lady of the Lowlands

Skład: Bob Dylan - wokal, gitara, harmonijka, pianino
Gościnnie: Al Kooper - gitara, organy; Charlie McCoy - gitara, gitara basowa, trąbka, harmonijka; Jerry Kennedy - gitara; Robbie Robertson - gitara, dodatkowy wokal; Wayne Moss - gitara, dodatkowy wokal; Joe South - gitara basowa, gitara, dodatkowy wokal; Henry Strzelecki - gitara basowa; Kenny Buttrey - perkusja; Bobby Gregg - perkusja; Bill Aikins - instr. klawiszowe; Hargus Robbins - pianino; Paul Griffin - pianino; Wayne Butle - puzon
Producent: Bob Johnston


18 marca 2020

[Recenzja] Tangerine Dream - "Force Majeure" (1979)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

Tangerine Dream zakończyli lata 70. jednym ze swoich najlepszych albumów. To, co nie do końca wyszło na poprzednim w dyskografii "Cyclone", świetnie sprawdziło się na "Force Majeure". Edgar Froese i Christopher Franke - ponownie wsparci przez perkusistę Klausa Krügera, ale już bez udziału multiinstrumentalisty i wokalisty Steve'a Jolliffe'a - kontynuują tutaj swoje wcześniejsze poszukiwania. W wielkim skrócie polegały one na połączeniu elektronicznego stylu zespołu, znanego z albumów "Phaedra" i "Rubycon", z elementami klasycznego rocka progresywnego, zaczerpniętymi przede wszystkim z ówczesnej twórczości Pink Floyd. W praktyce oznaczało to zwiększenie roli tradycyjnych instrumentów i mocniejsze zarysowanie linii melodycznych. Takie podejście już wcześniej doskonale sprawdziło się na "Stratosfear". Nieco już gorzej na wspomnianym "Cyclone", na którym zespół chyba jednak trochę za daleko poszedł w floydowanie (a już kompletnie nietrafionym i niepotrzebnym pomysłem okazało się dodanie partii wokalnych). "Force Majeure" przynosi powrót właściwych proporcji. Tym razem przez cały czas doskonale słychać, kto jest twórcą tego materiału.

Na album składają się tylko trzy utwory - dwie dłuższe formy i jeden już zdecydowanie krótszy, choć ze swoimi siedmioma minutami długości zdecydowanie nie jest kawałkiem do grania w radiu. Już na otwarcie pojawia się 18-minutowa kompozycja tytułowa, oparta głównie na elektronicznych dźwiękach - na początku o ambientowym charakterze, później żywszych, bardziej transowych - w które doskonale wpleciono partie elektrycznej i akustycznej gitary, pianina oraz perkusji. Nie brakuje wyrazistych motywów i fajnych solówek, jest też sporo dynamiki. "Cloudburst Flight" to już bardziej skondensowane nagranie, w którym to tradycyjne instrumentarium przeważnie wychodzi na pierwszy plan, a elektronika raczej tylko dopełnia brzmienie. Utwór pokazuje bardziej prog-rockowe oblicze zespołu, ale w żadnym wypadku nie ma tu mowy o imitowaniu stylu innego wykonawcy. Tak właśnie mógłby brzmieć poprzedni album, gdyby zespół nadał mu więcej własnego charakteru.

Nieco już mniej ekscytująco przedstawia się ostatnie nagranie, 13-minutowy "Thru Metamorphic Rocks". Utwór składa się właściwie z dwóch odrębnych części. Pierwsze pięć minut to jeszcze jeden przykład udanej fuzji elektronicznego i tradycyjnego instrumentarium (poza wymienionymi wcześniej instrumentami słychać także wiolonczelę, na której zagrał Eduard Meyer, wspomagający zespół także jako inżynier dźwięku). I tutaj trudno do czegokolwiek się przyczepić. Natomiast dalsza część, o już stricte elektronicznym brzmieniu, wypada trochę zbyt monotonnie. Fragment ten powrócił później na ścieżce dźwiękowej filmu "Złodziej" (ang. "Thief", 1981) w reżyserii Michaela Manna - tym razem jako "Igneous", w znacznie krótszej i bardziej urozmaiconej wersji. A więc można było zagrać to ciekawiej. Szkoda, że nie zrobiono tak w oryginalnej wersji.

"Force Majeure" pozostawia mnie z pewnym rozczarowaniem. Pierwsze pół godziny to muzyka na poziomie tych największych, klasycznych dzieł zespołu, czyli "Zeit", "Phaedra", "Rubycon", "Ricochet" i "Stratosfear". Końcówka albumu wypada już wyraźnie słabiej, jakby zespołowi nagle kompletnie zabrakło pomysłów, ale musiał koniecznie dobić do czterdziestu minut. Jako całość jest to wciąż świetny longplay. Mógł być jednak jeszcze lepszy.

Ocena: 8/10



Tangerine Dream - "Force Majeure" (1979)

1. Force Majeure; 2. Cloudburst Flight; 3. Thru Metamorphic Rocks

Skład: Edgar Froese - instr. klawiszowe, gitara, efekty; Christopher Franke - instr. klawiszowe; Klaus Krüger - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Eduard Meyer - wiolonczela
Producent: Christopher Franke i Edgar Froese


16 marca 2020

[Recenzja] Thelonious Monk - "Monk's Music" (1957)



Rok 1957 przyniósł aż cztery albumy sygnowane nazwiskiem Theoloniousa Monka. W tamtych czasach nie było w tym nic nadzwyczajnego. Normą było tak częste wydawanie płyt z premierowym materiałem. Natomiast warto zwrócić uwagę, że dwa z tych longplayów na stałe wpisały się do ścisłego kanonu hard bopu. A to już niemały wyczyn, nawet jak na złote lata jazzu. Pierwszym z tych albumów jest nagrany jeszcze w poprzednim roku "Brilliant Corners", drugim - "Monk's Music". Czy jednak uznanie, jakim cieszą się te dwa longplaye, jest w pełni uzasadnione? Nie mam co do tego wątpliwości w przypadku wcześniejszego wydawnictwa. Pochodzący z niego utwór tytułowy jest jednym z najbardziej wizjonerskich wykonań jazzowych z końcówki lat 50., a pozostałe nagrania również mają co zaoferować słuchaczowi. Do "Monk's Music" nie jestem już tak przekonany.

Teoretycznie nie ma do czego się tutaj przyczepić. W nagraniu albumu - sesja odbyła się w dniach 25-26 czerwca 1957 roku w nowojorskim Reeves Sound Studio - wziął udział bardzo ciekawy skład, złożony z doświadczonych, utalentowanych muzyków. W składzie septetu, poza liderem znalazła się sekcja rytmiczna z samym Artem Blakeyem na bębnach i Wilburem Ware'em na basie, a także rozbudowana sekcja dęta, w składzie obejmującym trębacza Raya Copelanda, saksofonistę altowego Gigiego Gryce'a oraz saksofonistów tenorowych Colemana Hawkinsa i Johna Coltrane'a. Parę miesięcy wcześniej Trane został zwolniony z kwintetu Milesa Davisa z powodu uzależnienia od heroiny, z którym właśnie sobie poradził i znalazł nowe zatrudnienie u Monka. Producentem sesji był natomiast prawdziwy fachowiec w tej dziedzinie, Orrin Keepnews.

Na album złożyło się sześć nagrań, w większości skomponowanych przez lidera i - z wyjątkiem "Crepuscule with Nellie" - rejestrowanych przez niego już wcześniej. W otwierającej album miniaturze "Abide With Me", przeróbce XIX-wiecznego chrześcijańskiego hymnu, gra wyłącznie czteroosobowa sekcja dęta, w sentymentalnej balladzie "Ruby, My Dear" wystąpili tylko trzej pozostali muzycy, a pozostałe nagrania zawierają już pełen septet. Wykonania są tutaj, oczywiście, na najwyższym poziomie, a muzycy mają sporo okazji do zaprezentowania swoich umiejętności (chociażby w bardzo ekspresyjnym, najdłuższym - i najlepszym - na płycie "Well, You Needn't", gdzie cały skład kolejno gra solówki), z zachowaniem wzorowej dyscypliny i harmonii z pozostałymi instrumentalistami. Natomiast brakuje mi tu czegoś, co odróżniłaby ten album od innych hardbopowych dzieł z tamtego okresu. Nie ma tutaj tak zapamiętywalnych momentów, jak "Brilliant Corners" czy "'Round Midnight". Zespół nie wykracza też w żadnym momencie poza hardbopową estetykę, co mogłoby być ciekawym urozmaiceniem.

Oczywiście, miłośnicy takiej stylistyki z pewnością znajdą tu wiele powodów do zachwytu. Mój podziw budzą umiejętności instrumentalistów i ich doskonała współpraca. Kompozycje nie robią jednak na mnie większego wrażenia i prawdę mówiąc, w ogóle nie zapadły mi w pamięć. Liczne odsłuchy, poprzedzające napisanie tej recenzji, były przyjemnie spędzonym czasem, ale nie mam poczucia, by w jakiś sposób mnie rozwinęły i pozwoliły inaczej spojrzeć na hard bop (za którym generalnie przepadam, choć nie jakoś bardzo mocno), czy jazz ogólnie. 

Ocena: 7/10



Thelonious Monk - "Monk's Music" (1957)

1. Abide With Me; 2. Well, You Needn't; 3. Ruby, My Dear; 4. Off Minor; 5. Epistrophy; 6. Crepuscule with Nellie 

Skład: Thelonious Monk - pianino (2-6); John Coltrane - saksofon tenorowy (1,2,4-6); Coleman Hawkins - saksofon tenorowy (1,2,4-6); Gigi Gryce - saksofon altowy (1,2,4-6); Ray Copeland - trąbka (1,2,4-6); Wilbur Ware - kontrabas (2-6); Art Blakey - perkusja (2-6)
Producent: Orrin Keepnews


13 marca 2020

[Recenzja] Heldon - "Interface" (1977)



Nieczęsto się zdarza, by wykonawca z płyty na płytę stawał się coraz lepszy. Jednym z rzadkich wyjątków od tej niepisanej reguły jest francuski projekt Heldon. "Interface" to szósty album w jego dyskografii - a drugi nagrany jako trio złożone z Richarda Pinhasa, Patricka Gauthiera i François Augera (ponownie wsparte w jednym utworze przez basistę Didiera Batarda) - i jednocześnie najlepszy z wydanych do tamtej pory. Muzycy po raz kolejny podnieśli poprzeczkę, dopracowując dotychczasowy styl i prezentując go w jeszcze dojrzalszej formie.

Pod względem stylistycznym jest to wciąż progresywna elektronika, jednak o mroczniejszym i bardziej surowym charakterze, niż twórczość przedstawicieli Szkoły Berlińskiej, tym razem trochę mocniej wymieszana z rockiem progresywnym z okolic koncertowych poczynań King Crimson z lat 1972-74. Kto wie, czy grupa Roberta Frippa nie rozwinęłaby się w podobnym kierunku, gdyby kontynuowała działalność w drugiej połowie lat 70. - jeśli tak by miało być, to można przyjąć, że Heldon doskonale wypełnił lukę na progresywniej scenie. Oczywiście, jest to muzyka nieco trudniejsza w odbiorze, niż klasyczny prog - całkowicie instrumentalna, bez łatwo przyswajalnych motywów i melodii, bardziej mechaniczna i przeważnie raczej mało subtelna. I nie piszę tego wcale w negatywnym kontekście. W tym konkretnym przypadku efekt jest bardzo intrygujący.

Utwory w większości opierają się na hipnotycznych, elektroniczno-perkusyjnych pętlach ("Les Soucoupes Volantes Vertes", "Le Retour Des Soucoupes Volantes"), w które nierzadko wtapiają się zgiełkliwe, nieco frippowskie partie gitary ("Jet Girl", "Le Fils Des Soucoupes Volantes (Vertes)", "Interface"). Wydawać by się mogło, że utwory zbudowane na pętlach niewiele mogą zaoferować. Nic bardziej mylnego. Nie brakuje tutaj różnych przetworzeń i innych smaczków. Najlepszym tego przykładem dziewiętnastominutowe nagranie tytułowe. Pomijając perkusyjny wstęp i zaskakująco konwencjonalne gitarowe zakończenie (będące raczej żartem Pinhasa), zasadnicza część opiera się na perkusyjno-syntezatorowych repetycjach i raczej mało urozmaiconej partii gitary. Ale po pierwsze - samo brzmienie jest bardzo ciekawe, a po drugie - faktura stopniowo się tutaj zagęszcza, dzięki czemu w ogóle nie odczuwam znużenia. Wręcz przeciwnie, słucham tego z rosnącym zaciekawieniem.

Najbardziej podoba mi się tu jednak fragment najmniej typowy dla tego albumu i w ogóle odstający od większości twórczości Heldon. Mam oczywiście na myśli "Bal-A-Fou". Tytuł ten można przetłumaczyć z francuskiego dosłownie jako "szalona piłka", jednak jego fonetyczna wymowa przypomina słowo "balafon", czyli określenie afrykańskiego instrumentu z grupy idiofonów. I jest to chyba słuszny trop, gdyż perkusjonalia Augera mają bardzo egzotyczny charakter. Do tego pojawiają się tu jeszcze lekko jazzująco-funkowe partie instrumentów klawiszowych, a także świetny, nieco zeuhlowy bas Batarda. Trochę nawet szkoda, że basista nie wystąpił w pozostałych nagraniach, bo mógł do nich wnieść wiele dobrego. Cóż, znacznie większą rolę odegrał na następnym albumie Heldon, "Stand By". Tam poprzeczka została podniesiona jeszcze wyżej (!), niemniej jednak już "Interface" jest albumem niezwykle udanym. Niewiele lepszej elektroniki ukazało się w latach 70., a była to przecież bardzo dobra dekada dla takiej muzyki.

Ocena: 9/10



Heldon - "Interface" (1977)

1. Les Soucoupes Volantes Vertes; 2. Jet Girl (Part I: In New-York Or Paris, Equivalent / Part II: In South Bronx); 3. Le Retour Des Soucoupes Volantes; 4. Bal-A-Fou; 5. Le Fils Des Soucoupes Volantes (Vertes); 6. Interface

Skład: Richard Pinhas - syntezatory (1-3,5,6), gitara (2,4-6); Patrick Gauthier - syntezatory (1,3-6); François Auger - perkusja i instr. perkusyjne, syntezator (4)
Gościnnie; Didier Batard - gitara basowa (4)
Producent: Heldon


11 marca 2020

[Recenzja] This Heat - "This Heat" (1979)



This Heat był jednym z najciekawszych wykonawców przełomu lat 70. i 80., swego rodzaju ogniwem łączącym ambitną muzykę z obu tych dekad. Powstał w 1975 roku z inicjatywy Charlesa Haywarda, wcześniej udzielającego się jako perkusista w grupach Quiet Sun i Gong. Składu dopełnili Charles Bullen i Gareth Williams (obaj jeszcze bez żadnych znaczących osiągnięć na koncie). Przez ponad dwa i pół roku, od lutego 1976 do września 1978, trio pracowało nad debiutanckim albumem. Nie miało to wiele wspólnego z tradycyjnym komponowaniem. Raczej z luźnymi jamami, podczas których wykorzystywano gitary, bębny, instrumenty klawiszowe, klarnet i altówkę. Następnie zespół, wzorem twórców muzyki konkretnej, manipulował taśmami, tworząc pętle i inne efekty. Materiał został wydany w 1979 roku na eponimicznym albumie, czasem zwanym niebieskim lub żółtym od kolorów okładki (odwróconych na jej rewersie).

Na longplayu znalazło się jedenaście utworów. Choć często różnią się charakterem, przenikają się w bardzo płynny sposób, tworząc niezwykle spójną całość. Oprócz inspiracji poważną awangardą z XX wieku, słychać tu m.in. także wpływy krautrocka (szczególnie takich grup, jak Faust, Can i Neu!) oraz avant-proga (np. Henry Cow), ale też nowszych stylów, jak industrial, noise czy post-punk. A wszystko to połączone jest w zupełnie oryginalny sposób, który do dziś brzmi niezwykle świeżo i inspiruje kolejne pokolenia muzyków. Wspólnymi cechami wszystkich zawartych tu utworów są niepokojący klimat i niezwykła intensywność, zarówno w tych ekspresyjnych momentach (np. w najbliższym avant-proga "Horizontal Hold" czy najbardziej eksperymentalnym "24 Track Loop"), jak i tych pozornie subtelniejszych (np. "Not Waving", "Twilight Furniture", czy jakby nawiązujący do gamelanu "Water"). Poszczególne fragmenty mają raczej transowy, jednostajny charakter, a zarazem są zupełnie nieprzewidywalne i zaskakują kolejnymi rozwiązaniami brzmieniowymi lub aranżacyjnymi. Tradycyjne instrumenty odgrywają istotną rolę, ale ich partii nie sposób nazwać konwencjonalnymi (niewielka powtarzalność, brak wyraźnie zaznaczonych linii melodycznych, itp.), często też zostają przetworzone za pomocą studyjnych technik. Wokal pojawia się sporadycznie i przeważnie jest tak samo niekonwencjonalny (np. "Not Waving", "Twilight Furniture"). Jedynie w "The Fall of Saigon" partia wokalna nadaje odrobinę pozornej normalności, choć sprawia wrażenie jakby odrealnionej i unikającej melodii. Stanowi też doskonałe uzupełnienie dla pełnego zgrzytów, industrialnego akompaniamentu. Być może jest to najlepszy fragment tego wydawnictwa, chociaż nawet jeśli inne z wymienionych wyżej tytułów mu ustępują, to naprawdę nieznacznie. Pozostałe nagrania już słabiej bronią się jako osobne dzieła, ale zyskują w kontekście całości.

"This Heat" to niezwykle intrygujący album. Bardzo kreatywny, oryginalny i inspirujący. A przy tym bardzo uniwersalny, bo jak twierdził Chris Cutler z Henry Cow, This Heat to jedyna grupa progresywna, która była akceptowana przez pokolenie punka i nowej fali. Zespół nie zyskał jednak dużej popularności w czasie swojej działalności. Z jednej strony grał na to zbyt mało przystępną muzykę, a z drugiej - muzycy jakby celowo sabotowali sukces, nie wydając singli, unikając wywiadów i sporadycznie koncertując (zgodzili się jednak na radiowe sesje dla Johna Peela). Z czasem jednak twórczość This Heat zyskiwała coraz większe uznanie (m.in. za sprawą innych, powołujących się na nią wykonawców), obecnie będąc niekwestionowaną - choć wciąż nieobecną w mainstreamowych mediach - klasyką.

Ocena: 9/10



This Heat - "This Heat" (1979)

1. Testcard; 2. Horizontal Hold; 3. Not Waving; 4. Water; 5. Twilight Furniture; 6. 24 Track Loop; 7. Diet of Worms; 8. Music Like Escaping Gas; 9. Rainforest; 10. The Fall of Saigon; 11. Testcard

Skład: Charles Bullen - gitara, klarnet, altówka, perkusja, taśmy, wokal; Charles Hayward - perkusja, instr. klawiszowe, gitara, gitara basowa, taśmy, wokal; Gareth Williams - gitara basowa, instr. klawiszowe, taśmy, wokal
Producent: Anthony Moore, David Cunningham i This Heat


8 marca 2020

[Recenzja] McCoy Tyner - "Enlightenment" (1973)



A więc odszedł ostatni z członków najsłynniejszego kwartetu Johna Coltrane'a. Pianista McCoy Tyner zmarł w wieku 81 lat, pozostawiwszy po sobie kilkaset albumów, nagranych w roli lidera lub sidemana. Nie będę teraz opisywał jego blisko sześćdziesięcioletniej kariery muzycznej, bo po pierwsze - to temat na znacznie dłuższy tekst, a po drugie - można o tym przeczytać w innych miejscach. Sam już zresztą omawiałem wiele z jego dokonań i o wielu na pewno jeszcze napiszę. Jedynym z najlepszych solowych albumów Tynera, którego jeszcze nie zrecenzowałem, choć od dawna miałem w planach to zrobić, jest wydana po raz pierwszy w 1973 roku dwupłytowa (w wersji winylowej) koncertówka "Enlightement".

Trafił tutaj zapis występu kwartetu McCoya Tynera z 7 lipca 1973 roku na Montreux Jazz Festival (ciekawostka: dzień wcześniej, podczas tego samego festiwalu, został nagrany opisywany przeze mnie niedawno "Streams" Sama Riversa). Pianiście towarzyszył jego stały współpracownik w tamtym okresie, perkusista Alphonse Mouzon, a także saksofonista Azar Lawrence (najbardziej znany z udziału na "Dark Magus" Milesa Davisa) oraz najmniej znany w tym gronie basista Juini Booth (grał m.in. z Sonnym Simmonsem, Garym Bartzem i Larrym Youngiem).

McCoy Tyner (11.12.1939 - 6.03.2020)

Album wypełniają cztery rozbudowane kompozycje (autorstwa lidera), stylistycznie mieszczące się gdzieś pomiędzy jazzem modalnym, a uduchowionym graniem w stylu Johna Coltrane'a - jednak bez radykalnie freejazzowych odlotów. Gra muzyków jest tutaj fenomenalna. Pełna ekspresji, niezwykle intensywna i bardzo swobodna. Na scenie jest ich tylko czterech, ale doskonale wypełniają przestrzeń. Choć liderem jest Tyner, to właściwie każdy instrumentalista jest tu tak samo ważny, wszyscy grają równie błyskotliwie i porywająco, doskonale ze sobą współpracując. Nawet jeśli rola solisty zwykle przypada pianiście lub saksofoniście, to sekcja rytmiczna nigdy nie ogranicza się do banalnego tła. A dzięki temu, że mamy tutaj niespotykaną nigdzie indziej konfigurację personalną, całość ma unikalny charakter.

Oczywiście, nie da się uniknąć pewnych porównań. W pierwszej części otwierającej album "Enlightenment Suite", "Genesis", podobieństwo do dokonań kwartetu Trane'a z połowy lat 60. jest niezaprzeczalne. Tyner gra w stylu wypracowanym w tamtym okresie, Lawrence wyraźnie stara się naśladować słynnego saksofonistę, a ogólny nastrój jest podobnie uduchowiony. Jednak John pociągnąłby ten utwór w innym kierunku, skręcając w bardziej freejazzowe rejony. Tymczasem tutaj instrumentaliści cały czas krążą wokół głównego tematu - swoją drogą bardzo ładnego - i trzymają linii melodycznej. W drugiej części, "The Offering", nie ma już mowy o kopiowaniu kogokolwiek - to interludium będące solowym popisem Tynera, prezentującego swój idiomatyczny styl gry. W finałowej części, "Inner Glimpse", wraca cały skład, tym razem stawiając bardziej na ekspresję, niż klimat, wciąż jednak grając całkiem przystępnie.

Więcej zdradzał nie będę, żeby nie psuć przyjemności z odkrywania tego albumu tym, którzy go jeszcze nie słyszeli. Dodam tylko, że zarówno krótsze "Presence" i "Nebula", jak i blisko 25-minutowy "Walk Spirit, "Talk Spirit", utrzymują wysoki poziom suity, oferując podobną dawkę energii, wirtuozerii i błyskotliwości. McCoy Tyner jako solista nagrał wiele albumów w podobnej stylistyce i o zbliżonym klimacie, ale tak porywające wykonanie jest chyba tylko tutaj. Cały kwartet był podczas tego występu w doskonałej formie i rewelacyjnie ze sobą współpracował. Bez wątpienia jest to jedna z najwspanialszych jazzowych koncertówek lat 70. - a konkurencja jest przecież potężna.

Ocena: 9/10



McCoy Tyner - "Enlightenment" (1973)

LP1: 1. Presenting the McCoy Tyner Quartet; 2. Enlightenment Suite, Part 1: Genesis; 3. Enlightenment Suite, Part 2: The Offering (Solo Piano); 4. Enlightenment Suite, Part 3: Inner Glimpse; 5. Presence
LP2: 1. Nebula; 2. Walk Spirit, Talk Spirit - Introduction; 3. Walk Spirit, Talk Spirit

Skład: McCoy Tyner - pianino, instr. perkusyjne; Azar Lawrence - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Juini Booth - kontrabas; Alphonse Mouzon - perkusja
Producent: Orrin Keepnews