30 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Sticky Fingers" (1971)



"Sticky Fingers" to prawdopodobnie najbardziej popularny album Stonesów. Jego recenzje dzielą się na ultra-hiper-ekstra-entuzjastyczne, oraz na... takie, których nie znalazłem. Poważnie, nie widziałem ani jednej recenzji, która nie składałaby się z samych zachwytów. Czy jednak ten cały entuzjazm jest zasłużony? W wypromowaniu longplaya z pewnością pomogły dwa świetne single, "Brown Sugar" i "Wild Horses", oraz kontrowersyjna okładka, zaprojektowana przez Andy'ego Warhola (z prawdziwym zamkiem w pierwszym wydaniu). Ale longplay ma do zaoferowania znacznie więcej. Bo choć bezkrytyczne opinie na jego temat są według mnie jednak odrobinę przesadzone (nie wszystkie utwory trzymają równy poziom), to muszę przyznać, że to naprawdę mocna rzecz. Pozostawiająca w tyle nawet bardzo udany poprzedni album, "Let It Bleed".

Okładka wydania hiszpańskiego.
Trzeba jednak pamiętać, że zespół miał tym razem znacznie więcej czasu, niż kiedykolwiek wcześniej, aby dopracować każdy szczegół. Nagrywając po raz pierwszy dla własnej wytwórni, muzycy nie byli ograniczeni żadnymi terminami. W rezultacie sesje nagraniowe odbywały się na przestrzeni ponad roku. Pierwsze nagranie, "Brown Sugar", powstało już na samym początku grudnia 1969 roku, a ostatnia sesja zakończyła się w styczniu 1971 roku. Warto w tym miejscu wspomnieć o niesławnym występie grupy na Altamont Free Concert, 6 grudnia '69, gdyż miał on prawdopodobnie decydujący wpływ na ostateczny kształt albumu. To właśnie w jego trakcie, wynajęty do ochrony gang motocyklowy Hell's Angels zabił czarnoskórego uczestnika koncertu, który jednak sam wcześniej wyciągnął broń. Członkowie gangu zaczęli zachowywać się agresywnie już wcześniej, gdy zespół wykonywał utwór "Sympathy for the Devil" - fakty te zostały szybko powiązane i wkrótce potem nasiliły się oskarżenia o związki zespołu z satanizmem. Wówczas muzycy postanowili całkiem zerwać z "piekielną" otoczką, która od pewnego czasu im towarzyszyła. Począwszy od albumu "Sticky Fingers" teksty zespołu można streścić hasłem "sex, drugs & rock'n'roll". Przy czym w przypadku tego albumu, zdecydowanie najwięcej mowy o narkotykach.

Ale to nie warstwa tekstowa wpływa na jakość longplaya. Muzyka broni się sama. Już na otwarcie pojawia się cios w postaci jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów Stonesów, czyli wspomnianego już dwukrotnie "Brown Sugar". Zadziornego, bardzo dynamicznego kawałka, z charakterystycznym gitarowym riffem (wyjątkowo wymyślonym nie przez Richardsa, a Jaggera) i ostrymi solówkami Bobby'ego Keysa na saksofonie. "Sway" to dla odmiany wolniejszy utwór, w którym zgrzytliwe gitary przeplatają się z ładnym motywem pianina, a w tle pobrzmiewa orkiestracja. Można tu także podziwiać gitarowy kunszt Micka Taylora, który ozdobił utwór długą solówką graną techniką slide. A tuż potem rozbrzmiewa prześliczny "Wild Horses", z misterną konstrukcją gitar akustycznych (w tym 12-strunowych), czarującymi solówkami - tym razem w wykonaniu Richardsa, oraz świetnymi wejściami perkusji (niemal tak rewelacyjnymi, jak w wydanym w tym samym roku "Stairway to Heaven" Zeppelinów). Następujący tuż potem "Can't You Hear Me Knocking" to wręcz zwrot o 180 stopni - zgiełkliwy, nieco toporny utwór. Ale tylko przez pierwsze dwie minuty i czterdzieści sekund - później utwór niespodziewanie zmienia się w improwizowany, niemal jazzrockowy jam, z etnicznymi perkusjonaliami, oraz solówkami na saksofonie i gitarze, w tle zaś pobrzmiewają organy (na których zagrał Billy Preston, znany chociażby ze współpracy z The Beatles). Chyba nikt nie spodziewałby się takiego utworu po tym zespole.

Tuż potem następuje jednak utwór, który moim zdaniem ewidentnie odstaje od reszty albumu, zarówno pod względem stylistycznym, jak i poziomu. "You Gotta Move" to przeróbka gospelowej pieśni z lat 40., w wersji Stonesów oparta na country-bluesowej aranżacji Freda McDowella, której surowe, ascetyczne brzmienie (tylko wokal, gitary - ale bez basowej - i bardzo oszczędna perkusja), w połączeniu z monotonią, działa na mnie odpychająco. Na tle dopracowanej reszty albumu wypada bardzo słabo. Wysoki poziom na szczęście wraca w otwierającym drugą stronę winylowego wydania "Bitch" - kolejnym zadziornym i dynamicznym kawałku, ze świetnym gitarowym riffem i saksofonowymi solówkami. Reszta albumu jest już bardziej stonowana. "I Got the Blues" to przejmująca ballada, o - zgodnie z tytułem - bluesowym odcieniu. Wspaniale wypadają tutaj saksofonowe wejścia Keya, oraz organowe solo Prestona. A jeszcze bardziej przejmująca jest częściowo akustyczna "Sister Morphine". Utwór napisany przez Jaggera i Richardsa wspólnie z Marianne Faithfull, która zresztą także nagrała swoją wersję (z udziałem ponad połowy Stonesów, z wyjątkiem Billa Wymana i - nie grającego także w ich wersji - Taylora) i wydała ją już na początku 1969 roku. Pod względem tekstowym jest to szczere wyznanie narkomana, świetnie zinterpretowane wokalnie przez Jaggera, któremu towarzyszy intrygująca muzyka (z niesamowitym popisem Ry Coodera, który zagrał tutaj gościnnie na gitarze). Co ciekawe, kompozytorski wkład Faithfull był przez wiele lat był nieuwzględniany w opisie albumu - zmieniło się do dopiero w latach 90. po wygraniu sądowej batalii przez byłą kochankę Jaggera.

"Dead Flowers" to dla odmiany kompozycja o bardzo pogodnym charakterze. Niestety, jest to także drugi utwór z tego albumu, który niespecjalnie mnie przekonuje. O ile jednak w przypadku "You Gotta Move" mam wyłącznie negatywne odczucia, tak tutaj są one bardziej mieszane. Bo w sumie jest to całkiem przyjemny, melodyjny kawałek. A jednak odpychający swoją banalnością i aranżacją w stylu country, którego nie znoszę. Na zakończenie albumu czeka jednak kolejna świetna ballada, "Moonlight Mile". Wyróżniająca się naprawdę niezwykłym klimatem - z jednej strony słychać w niej wyraźną inspirację muzyką z dalekiego wschodu, a z drugiej przygniata (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) słuchacza niemal orkiestrowym rozmachem. Przede wszystkim zachwyca jednak wspaniałą melodią, która spokojnie może konkurować z "Wild Horses", "I Got the Blues" i "Sister Morphine". Sam nie mogę się zdecydować, który z tych utworów wywołuje u mnie największe emocje. Wszystkie są fantastyczne. Aż trudno uwierzyć, że cztery tego typu kompozycje znalazły się na jednym albumie. To przede wszystkim one decydują o wielkości "Sticky Fingers". Jednak gdyby wypełniały go tylko kompozycje tego typu - pewnie w pewnym momencie zaczęłyby nudzić. Na szczęście reszta utworów jest bardzo zróżnicowana i chociaż nie wszystkie z nich zachwycają, to w w większości trzymają mocny poziom.

Ocena: 9/10

PS. W sierpniu tego roku "Sticky Fingers" został wznowiony w licznych formatach, zawierających wiele bonusowych nagrań, w tym alternatywne wersje "Brown Sugar" (z gitarową solówką Erica Claptona), "Wild Horses" (akustyczna), "Can't You Hear Me Knocking" (bez części jamowej), "Bitch" i "Dead Flowers", a także pięć utworów w wersjach koncertowych zarejestrowanych w 1971 roku w londyńskim Roundhouse ("Live with Me", "Stray Cat Blues", "Love in Vain", 11-minutowe wykonanie "Midnight Rambler", oraz "Honky Tonk Woman"). Dostępne są trzy wydania winylowe: jednopłytowe bez bonusów i z oryginalną okładką (bez zamka), dwupłytowe z wspomnianymi wyżej bonusami (oprócz "Midnight Rambler") i oryginalną okładką (z zamkiem), oraz dwupłytowe z tymi samymi bonusami i hiszpańską wersją okładki. Z wydań cyfrowych najbardziej obszerne zawiera aż trzy płyty CD (jedną z oryginalnym albumem, drugą z wymienionymi wyżej bonusami, oraz trzecią z kompletnym zapisem występu na Uniwersytecie w Leeds, także z 1971 roku), płytę DVD (z rejestracją utworów "Midnight Rambler" i "Bitch" z londyńskiego Marquee Club - ponownie 1971 rok), oraz winylowy singiel z utworami "Brown Sugar" i "Wild Horses".



The Rolling Stones - "Sticky Fingers" (1971)

1. Brown Sugar; 2. Sway; 3. Wild Horses; 4. Can't You Hear Me Knocking; 5. You Gotta Move; 6. Bitch; 7. I Got the Blues; 8. Sister Morphine; 9. Dead Flowers; 10. Moonlight Mile

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara (2,9,10), instr. perkusyjne (1); Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara (1-7,9,10); Bill Wyman - bass, pianino (5); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (1,9); Bobby Keys - saksofon (1,4,6,7); Nicky Hopkins - pianino (2,4); Paul Buckmaster - aranżacja instr. smyczkowych (2,10); Jim Dickinson - pianino (3); Billy Preston - organy (4,7); Rocky Dijon - kongi (4); Jimmy Miller - instr. perkusyjne (4); Jim Price - trąbka (6,7), pianino (10); Ry Cooder - gitara (8); Jack Nitzsche - pianino (8)
Producent: Jimmy Miller


28 listopada 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "For Your Love" (1965)



W Europie The Yardbirds zadebiutowali koncertówką, a w Stanach kompilacją... Którą można jednak potraktować jako regularny album, gdyż żaden utwór nie był wcześniej wydany na płycie długogrającej, ani nie został później powtórzony na żadnym albumie. "For Your Love" wydano z okazji sukcesu tak samo zatytułowanego singla, a także z powodu zbliżającej się pierwszej amerykańskiej trasy grupy. Na repertuar złożyły się utwory z trzech pierwszych singli zespołu ("I Wish You Would", "Good Morning Little Schoolgirl", "For Your Love"), ich strony B ("A Certain Girl", "I Ain't Got You", "Got to Hurry"), oraz niewydane wcześniej kompozycje, w tym trzy utwory zarejestrowane już z nowym gitarzystą, Jeffem Beckiem, który w marcu 1965 roku zajął miejsce Erica Claptona ("I'm Not Talking", "I Ain't Done Wrong", "My Girl Sloopy" - w Europie wydane kilka miesięcy później, na EPce "Five Yardbirds").

Do najciekawszych fragmentów longplaya z pewnością należy tytułowy "For Your Love". Utwór został napisany przez Grahama Gouldmana (późniejszego muzyka 10cc) dla jego ówczesnej grupy, Mockingbirds, jednak nie spodobał się wydawcy. Potencjał kompozycji dostrzegł jednak menadżer Gouldmana, który postanowił zaproponować ją Beatlesom - wcześniej jednak zainteresowali się nią muzycy The Yardbirds. Nagranie stało się punktem zwrotnym w ich karierze - z jednej strony przyniosło im pierwszy przebój (3. miejsce na UK Singles Chart, 6. w Stanach), z drugiej natomiast doprowadziło do odejścia Erica Claptona. Gitarzysta w tamtym czasie był zainteresowany wyłącznie wykonywaniem bluesa i rhythm 'n' bluesa, tymczasem "For Your Love" był komercyjnym nagraniem pop rockowym. Clapton odszedł w dzień premiery singla. Sama kompozycja wyróżnia się bardzo chwytliwą melodią, a także nietypowymi jak na tamte czasy zmianami tempa i nastroju - wolne zwrotki, wzbogacone brzmieniem klawesynu i bongosów, kontrastują z rock and rollowym przyśpieszeniem w refrenach. I co więcej, nie była wcale najbardziej popowym utworem, jaki nagrał w tamtym czasie zespół - o wiele bardziej komercyjnym nagraniem jest, także obecny na tym albumie, "Sweet Music" z gościnnym udziałem Manfreda Manna. Jednak pozostałe utwory nagrane w oryginalnym składzie rzeczywiście bliższe są tradycyjnego bluesa, a większość z nich ozdabiają świetne gitarowe solówki Claptona ("I Ain't Got You", "A Certain Girl", "Good Morning Little Schoolgirl" i - przede wszystkim - instrumentalny "Got tu Hurry").

Z utworów nagranych już po zmianie składu, prawdziwą perłą jest "I'm Not Talking" (oryginalnie wykonywany przez Mose'a Allisona), wyprzedzający swój czas o dobre dwa lata - ostre brzmienie gitary Becka, grającego blues rockowe riffy i solówki, podparte mocną sekcją rytmiczną, to przecież prototyp stylu Cream, The Jimi Hendrix Experience i podobnych im grup. W 1965 roku nikt tak jeszcze nie grał. Fakt, rok wcześniej pojawiło się "You Really Got Me" The Kinks, jednak to typowa dla tamtych czasów pop rockowa piosenka, tyle że z bardziej wyrazistym riffem i ostrzejszym brzmieniem gitary, ale z dość delikatnym śpiewem i grą sekcji rytmicznej. Z kolei w wydanym pod koniec 1965 roku utworze "My Generation" The Who jest już mocniejsza gra sekcji rytmicznej i bardziej zadziorną partia wokalna, ale z kolei brzmienie gitary pod względem ostrości nie może równać się z kawałkiem The Yardbirds. Wychodzi więc na to, że to właśnie "I'm Not Talking" było pierwszym w pełni hard rockowym utworem. Sporo gitarowego czadu pojawia się także w "I Ain't Done Wrong" - pierwszym utworze The Yardbirds nie będącym coverem ani kawałkiem napisanym dla grupy przez kogoś spoza składu; jego autorem jest wokalista grupy, Keith Relf. Ewidentnie słabiej wypada trzeci z utworów drugiego składu - rozwleczony "My Girl Sloopy", oparty na riffie podkradzionym z "Twist and Shout" (znanym przede wszystkim z wersji The Beatles) i bardziej archaiczny brzmieniowo.

Chociaż "For Your Love" składa się z utworów nagranych podczas kilku różnych sesji, odbywających się na przestrzeni ponad roku (od marca '64 do kwietnia '65), a nawet w różnych składach, całość brzmi dość spójnie i słucha się jej bardzo przyjemnie. Pozycja warta poznania, zwłaszcza jeśli kogoś interesują początki "białego" bluesa oraz korzenie muzyki hard rockowej.

Ocena: 7/10



The Yardbirds - "For Your Love" (1965)

1. For Your Love; 2. I'm Not Talking; 3. Putty (in Your Hands); 4. I Ain't Got You; 5. Got to Hurry; 6. I Ain't Done Wrong; 7. I Wish You Would; 8. A Certain Girl; 9. Sweet Music; 10. Good Morning Little Schoolgirl; 11. My Girl Sloopy

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Eric Clapton - gitara (1,3-5,7-10); Jeff Beck - gitara (2,6,11); Chris Dreja - gitara; Paul Samwell-Smith - bass, dodatkowy wokal; Jim McCarty - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Brian Auger - klawesyn (1); Denny Pierce - bongosy (1); Ron Prentice - kontrabas (1); Giorgio Gomelsky - dodatkowy wokal (8); Manfred Mann - instr. klawiszowe i dodatkowy wokal (9); Tom McGuinness - gitara (9); Mike Vickers - gitara (9); Paul Jones - dodatkowy wokal (9)
Producent: Giorgio Gomelsky; Manfred Mann (9)


27 listopada 2015

[Recenzja] Howlin' Wolf - "The London Sessions" (1971)



Howlin' Wolf, a właściwie Chester Arthur Burnett, to jeden z najbardziej inspirujących bluesmanów. Także dla muzyków rockowych. To właśnie on jako pierwszy wykonywał takie utwory, jak np. "Smokestack Lightning", "How Many More Years", "Killing Floor", "No Place to Go", "The Red Rooster", "Spoonful", "I Ain't Superstitious" i "Back Door Man" (trzy ostatnie napisał dla niego inny słynny bluesman, Willie Dixon). Kompozycje te były później wielokrotnie coverowane przez licznych wykonawców, takich jak np. The Rolling Stones, The Yardbirds, The Animals, Cream, Jimi Hendrix, The Doors, Fleetwood Mac, The Jeff Beck Group, Led Zeppelin, a nawet Soundgarden i Megadeth.

Howlin' Wolf zaczynał karierę na początku lat 50., a więc jeszcze w czasach przedalbumowych. Dopiero pod koniec dekady chicagowski bluesman dorobił się pierwszego "długograja" - kompilacji "Moanin' in the Moonlight", zawierającej kilkanaście utworów z wydanych w latach 1951-58 singli. W późniejszych latach dorobił się jednak także kilku albumów sensu stricto, jak "Sings the Blues" (1962), "The Howlin' Wolf Album" (1969) i "Message to the Young" (1971). Te dwa ostatnie były zresztą odejściem od czystego bluesa - na fali popularności blues rocka (czyli "białego" bluesa), wytwórnia Chess Records przekonała Wolfa (i innych podległych im czarnoskórych bluesmanów) do zmodernizowania swojej muzyki, poprzez wzbogacenie jej o rockową energię i ostre gitarowe solówki. Jeszcze bardziej radykalnym krokiem w tę stronę jest "The London Album", będący dosłownym spotkaniem dwóch muzycznych światów - "czarnego" i "białego" bluesa.

Pomysł na jego nagranie narodził się pod koniec lat 60., podczas jednej z amerykańskich tras grupy Cream. Po jednym z koncertów, Eric Clapton spotkał niejakiego Normana Dayrona, pracownika Chess Records, który spontanicznie zaproponował mu nagranie albumu z Howlin' Wolfem. Dla każdego wielbiciela bluesa, a Clapton niewątpliwie się do nich zaliczał, byłaby to propozycja nie do odrzucenia. Postanowiono, że sesja nagraniowa odbędzie się w Londynie. Zasługą Erica było zaangażowanie sekcji rytmicznej The Rolling Stones, Billa Wymana i Charliego Wattsa. On także uparł się, aby na nagrania przyleciał Hubert Sumlin, gitarzysta od lat współpracujący z Wolfem (przedstawiciele Chess Records byli temu niechętni, ze względu na koszty). W nagraniach wziął udział także współpracownik Stonesów, pianista Ian Stewart, oraz grający na harmonijce Jeffrey Carp. A ponieważ podczas jednego dnia sesji nie mogli być obecni Wyman i Watts, zastąpili ich wówczas Ringo Starr i Klaus Voormann (basista grający na wielu solowych albumach Starra, Johna Lennona i George'a Harrisona). Po zarejestrowaniu, materiał został wysłany do Stanów, gdzie dograno dodatkowe partie instrumentalne - nie tylko amerykańskich muzyków, ale również Steve'a Winwooda, który właśnie koncertował po tamtej stronie Atlantyku ze swoją grupą Traffic.

Repertuar "The London Sessions" to klasyczne utwory Howlin' Wolfa (choć w niewielkim stopniu pokrywające się z wymienionymi na początku), wzbogacone kilkoma coverami równie klasycznych bluesów (jak "Built for Comfort" Dixona, czy "Sittin' on Top of the World" Mississippi Sheiks). Oczywiście zaprezentowane w wersjach odbiegających od stricte bluesowych pierwowzorów. Utwory zostały uwspółcześnione i "urockowione", poprzez takie zabiegi, jak bardziej dynamiczna gra sekcji rytmicznej, mniejsza rola instrumentów klawiszowych (raczej używanych jako "ozdobniki") oraz, przede wszystkim, zwiększenie roli gitary, która przestała być częścią akompaniamentu - wysunięto ją na pierwszy plan, na równi z wokalem Wolfa. Jej ostre brzmienie nie odbiega od ówczesnych standardów hardrockowych, chociaż np. taki "Sittin' on Top of the World" pod względem ciężaru oczywiście ustępuje wersji Cream. Jeszcze więcej rockowego czadu pojawia się w takich utworach, jak "Rockin' Daddy", "I Ain't Superstitious" (wzbogaconym zadziornymi partiami dęciaków), "What a Woman!", "Do the Do" czy "Highway 49". Nawet w utworach bliższych tradycyjnego bluesa ("Worried About My Baby", "Built for Comfort", "The Red Rooster", "Wang-Dang-Doodle"), nie brakuje energetycznych, bluesrockowych solówek Claptona. Jednak nie tylko on tutaj błyszczy, bo taki "Who's Been Talking?" to przede wszystkim popis Winwooda, który ozdobił utwór świetnymi solówkami na organach. Osobną kwestię stanowi warstwa wokalna. Wolf nie próbuje naśladować rockowych wokalistów (co zresztą byłoby niemożliwe przy jego warunkach głosowych), tylko śpiewa swoim charakterystycznym, zachrypniętym głosem w typowo bluesowy sposób.

"The London Sessions" to udany pomost pomiędzy "czarnym" i "białym" bluesem. Idealnie nadaje się jako album, od którego wielbiciele blues rocka mogą zacząć poznawanie "prawdziwego" bluesa (w następnej kolejności proponuję sięgnąć po "The Howlin' Wolf Album",  "Message to the Young", a potem już po stricte-bluesową twórczość Wolfa; chociaż wcześniej warto poznać też "The London Sessions" Muddy'ego Watersa, który niedługo również zrecenzuję). Longplay sprawdza się jednak nie tylko w celach edukacyjnych - zawarta na nim muzyka broni się sama.

Ocena: 8/10



Howlin' Wolf - "The London Sessions" (1971)

1. Rockin' Daddy; 2. I Ain't Superstitious; 3. Sittin' on Top of the World; 4. Worried About My Baby; 5. What a Woman!; 6. Poor Boy; 7. Built for Comfort; 8. Who's Been Talking?; 9. The Red Rooster (Rehearsal); 10. The Red Rooster; 11. Do the Do; 12. Highway 49; 13. Wang-Dang-Doodle

Skład: Howlin' Wolf - wokal, harmonijka (4,8); Eric Clapton - gitara; Hubert Sumlin - gitara;  Bill Wyman - bass (3-13), instr. perkusyjne (2,8,11); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne (1,3-13)
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (1,7,11,13); Phil Upchurch - bass (1); Steve Winwood - instr. klawiszowe (2,5,6,8,12); Klaus Voormann - bass (2); Ringo Starr - perkusja (2); Jordan Sandke - trąbka (2,7); Dennis Lansing - saksofon (2,7); Joe Miller - saksofon (2,7); Lafayette Leake - pianino (3,4,9,10); Jeffrey Carp - harmonijka (3,5,6,12,13); John Simon - pianino (8)
Producent: Norman Dayron


23 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Get Yer Ya-Ya's Out!" (1970)



Druga koncertówka Stonesów została zarejestrowana tuż przed premierą albumu "Let It Bleed". Głównie podczas występów w Nowym Jorku w dniach 27 i 28 listopada 1969 roku (jedynie utwór "Love in Vain" pochodzi z występu w Baltimore, z 26 listopada). Materiał opublikowano prawie rok później, w międzyczasie dokonując licznych studyjnych dogrywek i poprawek. Podobno aż w połowie utworów oryginalne partie wokalne Micka Jaggera zastąpiono studyjnymi wykonaniami, a w co najmniej trzech Keith Richards podmienił swoje gitarowe partie. Zawsze jednak powtarzam, że lepiej poprawić niedoskonałości, niż wydać stuprocentowo zgodny z rzeczywistością zapis, którego nie da się słuchać. "Get Yer Ya-Ya's Out!" stracił może na autentyczności, ale za to jak świetnie się go słucha! Na repertuar składają się przede wszystkim najświeższe wówczas dokonania zespołu, z albumów "Beggars Banquet" i "Let It Bleed", oraz niealbumowych singli z tego okresu ("Jumpin' Jack Flash", "Honky Tonk Women"), uzupełnione dwoma przeróbkami Chucka Berry'ego ("Carol" i "Little Queenie"). Trochę szkoda, że zabrakło miejsca dla wykonanych podczas tamtych występów utworów "Under My Thumb" i "Satisfaction", oraz granego podczas innych koncertów tamtej trasy "Gimme Shelter". Wszelkie braki wynagradzają jednak świetne wykonania obecnych kawałków.

Już na otwarcie rozbrzmiewa niesamowicie żywiołowe wykonanie "Jumpin' Jack Flash", a tuż po nim równie energetyczne wykonania "Carol" (z wersją z debiutu Stonesów nie warto nawet porównywać) i "Stray Cat Blues" (z początku nieco wygładzonego, ale potem stopniowo nabierającego ciężaru). Chwilę uspokojenia przynosi "Love in Vain", który tutaj wypada jeszcze piękniej, niż w wersji studyjnej. A potem następuje gwóźdź programu - rozbudowane do dziewięciu minut wykonanie "Midnight Rambler". Ale akurat ten utwór już w wersji oryginalnej miał dość rozimprowizowany charakter. Szkoda, że z pozostałymi utworami zespół nie pokombinował bardziej. Owszem, mają więcej energii od studyjnych pierwowzorów, ale poza tym szczególnie od nich nie odbiegają. Może jeszcze z wyjątkiem "Sympathy for the Devil", który został pozbawiony charakterystycznych chórków,a rytm nabrał bardziej rockowego charakteru, przez co utwór stracił swój klimat i wypada bardziej konwencjonalnie. Jednak szczerze mówiąc, mnie taka żywiołowa wersja odpowiada bardziej. Dodatkowym smaczkiem są tutaj dwie świetne gitarowe solówki. W "Live with Me" zabrakło partii saksofonu, jest za to znacznie więcej czadu - to idealny kawałek do grania na żywo. Emocje na chwilę opadają w wolniejszym "Little Queenie", ale to tylko chwilowa cisza przed burzą. O ile jeszcze "Honky Tonk Woman" wypada tylko trochę mocniej od wersji studyjnej, tak finałowy "Street Fighting Man" nabrał tutaj takiej zadziorności i żywiołowości, że ciężko uwierzyć, że to ten sam utwór, co na "Beggars Banquet".

"Get Yer Ya-Ya's Out!" na tle innych koncertówek wydanych w tamtym czasie (np. "Band of Gypsys" Hendrixa, "Live at Leeds" The Who, czy "At Fillmore East" The Allman Brothers Band), zdominowanych przez długie instrumentalne improwizacje, wypada bardziej konwencjonalnie. Jednak za sprawą niesamowitej energii wypada niemal równie porywająco. Zdecydowanie warto posłuchać.

Ocena: 8/10



The Rolling Stones - "Get Yer Ya-Ya's Out! The Rolling Stones in Concert" (1970)

1. Jumpin' Jack Flash; 2. Carol; 3. Stray Cat Blues; 4. Love in Vain; 5. Midnight Rambler; 6. Sympathy for the Devil; 7. Live with Me; 8. Little Queenie; 9. Honky Tonk Women; 10. Street Fighting Man

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka (5); Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara; Bill Wyman - bass; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (2,8,9)
Producent: The Rolling Stones i Glyn Johns


21 listopada 2015

[Recenzja] Queen - "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" (2015)



Dziś mija równo czterdzieści lat od ukazania się przełomowego w dyskografii Queen albumu "A Night at the Opera". To właśnie na nim znalazł się utwór "Bohemian Rhapsody", który zapewnił zespołowi międzynarodową popularność. Z tej okazji do sklepów właśnie trafiło wydawnictwo zatytułowane "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" - zapis jednego z koncertów trasy promującej ten album, który odbył się w londyńskim Hammersmith Odeon, 24 grudnia 1975 roku. Niestety, nie jest to tak ekscytujący materiał, jak wydany rok temu "Live at the Rainbow '74" (zawierający wiele kompozycji wcześniej nieobecnych na oficjalnych albumach koncertowych). Przede wszystkim dlatego, że większość utworów to powtórka z tamtego wydawnictwa. Mimo całego roku dzielącego rejestracje tych występów i wydania w międzyczasie nowego albumu, zespół nieznacznie zmienił swoją setlistę. Muzycy zrezygnowali z kilku utworów, dodali natomiast "Bohemian Rhapsody" (grany w dwóch odsłonach, bez wstępu i części operowej) i "Brighton Rock". Akurat te dwa kawałki raczej nie zachęcają do kupna "A Night at the Odeon", gdyż były już wydane na innych koncertówkach (chociażby klasycznej "Live Killers").

Powstaje zatem pytanie, dlaczego wydano akurat zapis występu w Hammersmith Odeon, a nie jakiegoś innego koncertu trasy, na którym zespół grał także inne utwory z "A Night at the Opera" - chociażby "The Prophet's Song" i "Sweet Lady" (wciąż niewydane na żadnym oficjalnym albumie koncertowym). Nie wspominając już o tym, że na niektórych koncertach trasy wykonywana była kompozycja "Hangman" - wciąż nieopublikowana w żadnej wersji na żadnym oficjalnym wydawnictwie Queen. Może i nie jest to jakiś wybitny utwór, ale fanów grupy na pewno ucieszyłaby jego oficjalna premiera, w końcu z dobrym brzmieniem, a nie w bootlegowej jakości (o ile taka wersja istnieje). Kawałek był grany m.in. podczas występu Queen w Tokio, 1 maja 1975 roku - tego samego, którego fragment pełni rolę bonusu na wydaniu DVD "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975". Kompletnie bez sensu wybrano powtarzające się z londyńskim występem utwory "Now I'm Here", "Killer Queen" i " In the Lap of the Gods... Revisited", zamiast "Hangman" lub także wówczas granego "Doing All Right" (kolejnego utworu grupy niewydanego na żadnej oficjalnej koncertówce).

Oczywiście "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" słucha się wyśmienicie. Zespół dopiero co osiągnął szczyt ("Bohemian Rhapsody" własnie okupował czwarty tydzień z rzędu 1. miejsce UK Singles Chart, a "A Night at the Opera" królował na liście albumów) i muzycy dawali z siebie wszystko, by wypaść jak najlepiej. Repertuar też niczego sobie - dominują w nim utwory o ewidentnie hard rockowym charakterze (jak np. "Now I'm Here", "Ogre Battle", "Liar" czy - znacznie niestety skrócony - "Son and Daughter"), ale znalazło się też miejsce dla kilku uroczych ballad ("White Queen (As It Began)", "In the Lap of the Gods... Revisited"), a nawet na odrobinę bluesa (niealbumowy "See What a Fool I've Been") i rock'n'rolla ("Jailhouse Rock (Medley)"). Problem jedynie w tym, że zdecydowana większość tych utworów, w równie dobrych - jeśli nie lepszych - wykonaniach, była już wydana na "Live at the Rainbow '74". W rezultacie "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" to album głównie dla najbardziej oddanych fanów Queen. Ewentualnie dla tych, którzy chcieliby poznać najbardziej hard rockowe oblicze grupy, a jeszcze nie słyszeli poprzedniej koncertówki. Osobiście polecam im jednak bardziej "Live at the Rainbow '74" - może i nie ma na nim "Bohemian Rhapsody", są za to fantastyczne "Father to Son" i "Stone Cold Crazy".

Ocena: 7/10



Queen - "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" (2015)

1. Now I'm Here; 2. Ogre Battle; 3. White Queen (As It Began); 4. Bohemian Rhapsody; 5. Killer Queen; 6. The March of the Black Queen; 7. Bohemian Rhapsody (Reprise); 8. Bring Back That Leroy Brown; 9. Brighton Rock; 10. Guitar solo; 11. Son and Daughter; 12. Keep Yourself Alive; 13. Liar; 14. In the Lap of the Gods... Revisited; 15. Big Spender; 16. Jailhouse Rock (Medley); 17. Seven Seas of Rhye; 18. See What a Fool I've Been; 19. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, dodatkowy wokal, ukulele (8); John Deacon - gitara basowa, dodatkowy wokal; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Justin Shirley-Smith, Josh Macrae i Kris Fredriksson


20 listopada 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "Five Live Yardbirds" (1964)



Pierwszy album długogrający The Yardbirds to dość niekonwencjonalny debiut. Jest to bowiem album koncertowy. Materiał zarejestrowano w londyńskim Marquee Club, 13 marca 1964 roku. Jakość dźwięku jest, jak na datę rejestracji, wyjątkowo dobra (aczkolwiek zdarzają się spadki jakości, szczególnie w "Here 'Tis"). A repertuar to przede wszystkim kipiące energią przeróbki rock and rollowych i bluesowych standardów w rodzaju "Too Much Monkey Business" Chucka Berry'ego, "Smokestack Lightning" Howlin' Wolfa, "Good Morning Little Schoolgirl" Sonny'ego Boya Williamsona, czy "I'm a Man" Bo Diddleya. Raz tylko muzycy zwalniają, aby zaproponować tradycyjny blues "Five Long Years" (z repertuaru Eddiego Boyda). Warto pamiętać, że "Five Live Yardbirds" to także długogrający debiut Erica Claptona. Jego gitarowe solówki są ozdobą większości utworów. Może nie są aż tak ekscytujące, jak jego późniejsze popisy w nagraniach Bluesbreakers, Cream, Blind Faith i Derek and the Dominos, niemniej jednak wykonał kawał dobrej roboty i słychać, że po prostu doskonale czuł się w takiej muzyce. W sumie więc jest to album z pewnością godny poznania, ale nie należy spodziewać się po nim porywających improwizacji charakterystycznych dla nieco późniejszych koncertówek.

Ocena: 7/10



The Yardbirds - "Five Live Yardbirds" (1964)

1. Too Much Monkey Business; 2. Got Love If You Want It; 3. Smokestack Lightning; 4. Good Morning Little Schoolgirl; 5. Respectable; 6. Five Long Years; 7. Pretty Girl; 8. Louise; 9. I'm a Man; 10. Here 'Tis

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Eric Clapton - gitara, wokal (4); Chris Dreja - gitara; Paul Samwell-Smith - bass, wokal (4); Jim McCarty - perkusja
Producent: Giorgio Gomelsky


16 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Let It Bleed" (1969)



Poprzedni album Stonesów, "Beggars Banquet", otworzył nowy etap w twórczości zespołu, a "Let It Bleed" to po prostu jego doskonalsza kontynuacja. Tym razem z bardziej wyważonymi proporcjami, między tym, co zawsze było atrybutem zespołu, czyli rockową żywiołowością, a eksperymentami z innymi stylami. Bo chociaż całość wypada o wiele bardziej rockowo, bardziej stonesowsko, to jednak stylistyczne zróżnicowanie jest tutaj całkiem spore. I w tym tkwi siła tego albumu. Nigdy wcześniej zespół nie stworzył zestawu tak wyrazistych utworów, z których praktycznie każdy ma swój unikalny charakter. Na poprzednich longplayach - może z wyjątkiem "Beggars Banquet" - większość kawałków zlewa się w całość, a tylko nieliczne wyróżniały się z tłumu.

"Let It Bleed" rozpoczyna się od przebojowego "Gimme Shelter". Utwór wyróżnia się wyjątkowo długim, stopniowo budującym napięcie, wstępem, a także świetną melodią i zadziorną grą Keitha Richardsa. Świetne otwarcie, choć mam jedno zastrzeżenie do tego utworu - niepotrzebnie złagodzono go żeńskimi chórkami w refrenie... Zaraz potem rozbrzmiewa jednak przejmująca ballada "Love in Vain" (z repertuaru amerykańskiego bluesmana Roberta Johnsona), zachwycająca pięknymi partiami gitar. Skoro już o tym mowa, większość partii gitar na album zarejestrował Richards - Brian Jones został wyrzucony w trakcie sesji (niedługo później, 3 lipca 1969 roku, utopił się we własnym basenie), a jego następca, Mick Taylor (wcześniej muzyk John Mayall's Bluesbreakers), zagrał tylko w dwóch utworach na albumie. Notabene, w dwóch kolejnych utworach, "Country Tonk" i "Live with Me". Pierwszy z nich, zgodnie z tytułem, to kolejne w dyskografii Stonesów nagranie w stylu country - na szczęście jedyne na tym albumie. Szkoda, że zamiast niego nie trafiła tutaj jego późniejsza wersja, bardziej rockowa "Honky Tonk Women", wydana na singlu kilka miesięcy przed premierą albumu (nawiasem pisząc, ta wersja brzmi jak pierwowzór stylu grupy Lynyrd Skynyrd). "Live with Me" to już utwór stricte rockowy, a wręcz hardrockowy. Zbudowany na świetnym basowym motywie (w wykonaniu Richardsa), wyróżniający się także zadziorną solówką na saksofonie, w wykonaniu niedawno zmarłego Bobby'ego Keysa.

Tytułowy "Let It Bleed" rozpoczyna się dość spokojnie, brzmieniami akustycznymi, by stopniowo przerodzić się w dynamiczny blues. W bluesowym klimacie utrzymany jest także kolejny utwór - rozimprowizowany, niemal siedmiominutowy "Midnight Rambler". Zespół idealnie wpasował się tą kompozycją w ówczesne trendy, jako że był to czas największej popularności tego typu grania. A w jego nagraniu zdążył jeszcze wziąć udział Brian Jones, grający tutaj na kongach. Muzyk zagrał także w kolejnym utworze, "You Got the Silver" - tym razem na cytrze. Ten bluesowo-country'owy kawałek wyróżnia się jednak przede wszystkim wokalnym udziałem Keitha Richardsa. Gitarzysta już wcześniej udzielał się wokalnie (np. w "Connection" i "Salt of the Earth"), ale tutaj po raz pierwszy zaśpiewał zupełnie samodzielnie. "Monkey Man"  to kolejny, po "Gimme Shelter", utwór z intrygującym wstępem, rozwijający się w bardzo melodyjny kawałek, zdominowany przez zadziorne brzmienie gitar i lekko jazzujące partie pianisty Nicky'ego Hopkinsa. A finałowy "You Can't Always Get What You Want" przywołuje klimat wspomnianego "Salt of the Earth", który wieńczył poprzedni album. To powoli rozwijający się utwór o podniosłym, gospelowym charakterze. Udane zakończenie świetnego albumu.

The Rolling Stones zakończyli dekadę lat 60. najlepszym albumem w dotychczasowej karierze, a być może nawet w całej dyskografii. A chociaż longplay nie jest pozbawiony wad (z których najpoważniejsza to obecność nieszczęsnego "Country Honk" zamiast znacznie lepszego "Honky Tonk Women"), to słucha się go naprawdę dobrze. Przed jego poznaniem nie sądziłem, że kiedyś będę miał ochotę wracać do jakiegokolwiek wydawnictwa Stonesów, tymczasem "Let It Bleed" jest właśnie takim albumem. Jeżeli ktoś jeszcze ma problem z przekonaniem się do tego zespołu, a tego akurat albumu jeszcze nie słyszał - proponuję jak najszybciej nadrobić zaległości.

Ocena: 8/10



The Rolling Stones - "Let It Bleed" (1969)

1. Gimme Shelter; 2. Love in Vain; 3. Country Honk; 4. Live with Me; 5. Let It Bleed; 6. Midnight Rambler; 7. You Got the Silver; 8. Monkey Man; 9. You Can't Always Get What You Want

Skład: Mick Jagger - wokal (1-6,8,9), harmonijka (1,6); Keith Richards - gitara, bass (4), wokal (7), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass (1,2,5-9), cytra (5); Charlie Watts - perkusja (1-8); Mick Taylor - gitara (3,4); Brian Jones - kongi (6), cytra (7)
Gościnnie: Nicky Hopkins - instr. klawiszowe (1,4,7,8); Jimmy Miller - instr. perkusyjne (1,8), perkusja (9); Merry Clayton - dodatkowy wokal (1); Ry Cooder - mandolina (2); Byron Berline - skrzypce (3); Nanette Workman - dodatkowy wokal (3,9); Bobby Keys - saksofon (4); Leon Russell - pianino (4); Ian Stewart - pianino (5); Al Kooper - instr. klawiszowe i waltornia (9); Rocky Dijon - instr. perkusyjne (9); Doris Troy, Madeline Bell i The London Bach Choir - dodatkowy wokal (9)
Producent: Jimmy Miller


14 listopada 2015

[Recenzja] The Who - "Quadrophenia" (1973)



Pomimo sukcesu albumu "Who's Next", wynikającego między innymi z powrotu do mniej pretensjonalnego grania, Pete Townshend uparł się, aby następny album The Who był kolejną "operą rockową". Niestety, "Quadrophenia" odsłania wszystkie słabości zespołu. Album powstał praktycznie według tego samego schematu, co wydany cztery lata wcześniej "Tommy". Jednak to, co wtedy było nowatorskie i - poprzez element zaskoczenia - mogło zachwycać, tutaj jest już tylko odgrzewanym kotletem. Chociażby powtórzenia niektórych tematów, mające nadać całości spójności - nie dość, że nie są już niczym zaskakującym, to tym razem są tak nachalne, że czasami wręcz irytują. Weźmy utwór tytułowy - w dwóch trzecich składa się z instrumentalnego fragmentu "Love Reign o'er Me", który przewija się na albumie jeszcze kilkakrotnie, zanim na sam koniec usłyszymy go w pełnej wersji. Jak tu się nie znudzić, ciągle słysząc to samo? Nie pomaga patetyczny charakter albumu, wymuszona podniosłość. Tylko obnaża to braki warsztatowe muzyków, którzy po prostu nie mieli wystarczających umiejętności do tworzenia oper, nawet rockowych. Dużo tutaj także bezsensownych eksperymentów (np. "I Am the Sea", w którym Rogera Daltrey śpiewa fragmenty innych utworów, jedynie z akompaniamentem szumu morza). Gwoździem do trumny jest natomiast nieciekawa fabularnie historia opowiedziana w tekstach, którą można by streścić w jednym utworze.

Mimo wszystko, spora część zawartych tutaj utworów broni się sama w sobie. Może i nie wszystkie jednak spokojnie wystarczyłoby ich na jednopłytowy album.  A dwa z nich to prawdziwe perły. Po pierwsze, "The Real Me" - bardzo chwytliwy kawałek hardrockowy, napędzany rewelacyjną partią basu Johna Entwistle'a, ekspresyjnie zaśpiewany przez Daltreya. A skoro już mowa o ekspresyjnym śpiewie, to mało który utwór (i to nie tylko z dorobku The Who) może równać się z drugą perłą albumu - finałowym "Love Reign o'er Me". Partia wokalna Rogera z tego utworu to prawdziwe mistrzostwo. A i warstwa instrumentalna wypada interesująco - z początku jest to klawiszowa ballada, która jednak wspaniale się rozkręca, nabiera dynamiki i dramaturgii. Na wyróżnianie zasługuje także kilka innych utworów, choć nie są to już rzeczy tak rewelacyjne. Chociażby "The Punk and the Godfather" - stylistycznie zbliżony do "The Real Me" (w warstwie muzycznej znów dominują popisy Entwistle'a), ale zepsuty zwolnieniami ze smętnym śpiewem Townsenda. Nie rozumiem czemu gitarzysta miał takie parcie na mikrofon, skoro dysponował barwą głosu, delikatnie mówiąc, nieciekawą i praktycznie żadnymi umiejętnościami wokalnymi. Choć muszę przyznać, że w "I'm the One" (jedynym utworze z tego albumu, gdzie śpiewa sam) poradził sobie całkiem przyzwoicie. To kolejny z tych bardziej udanych fragmentów, łączący fragmenty akustyczne z zaostrzeniami. Warto też wyróżnić przyjemne melodycznie "The Dirty Jobs" i "Sea and Sand".

Nie przekonuje mnie koncept i rozbudowana forma, zaproponowana przez zespół na "Quadrophenii", jednak album ma naprawdę mocne punkty, które nie pozwalają go nisko ocenić. Trzeba też pamiętać, że zespół już nigdy później nie nagrał niczego lepszego. To ostatni album The Who, który mogę polecić z czystym sumieniem.

Ocena: 7/10



The Who - "Quadrophenia" (1973)

LP1: 1. I Am the Sea; 2. The Real Me; 3. Quadrophenia; 4. Cut My Hair; 5. The Punk and the Godfather; 6. I'm One; 7. The Dirty Jobs; 8. Helpless Dancer; 9. Is It in My Head?; 10. I've Had Enough
LP2: 1. 5:15; 2. Sea and Sand; 3. Drowned; 4. Bell Boy; 5. Doctor Jimmy; 6. The Rock; 7. Love, Reign o'er Me

Skład: Roger Daltrey - wokal (LP1: 1,2,4,5,7-10, LP2: 1-5,7); Pete Townshend - gitara, instr. klawiszowe, wokal (LP1: 4-6,10, LP2: 1,2), bandżo, wiolonczela; John Entwistle - bass, instr. dęte, wokal (LP1: 9); Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (LP2: 4)
Gościnnie: Chris Stainton - pianino (LP1: 7, LP2: 1,3)
Producent: The Who, Kit Lambert, Glyn Johns


10 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Beggars Banquet" (1968)



Po skoku w bok, w postaci psychodelicznego albumu "Their Satanic Majesties Request", zmiażdżonego przez krytykę, Stonesi postanowili wrócić do korzeni. Nie koniecznie swoich - album "Beggars Banquet" tak naprawdę niewiele ma wspólnego z wcześniejszą twórczością zespołu. Mniej tutaj rockowej energii, za to muzycy wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej nawiązali do amerykańskiej tradycji. Dużo tutaj bluesa, ale przede wszystkim pojawiły się ewidentne wpływy muzyki country ("Dear Doctor", "Factory Girl", oraz przeróbka "Prodigal Son" Roberta Wilkinsa). Nieszczególnie odpowiada mi ta metamorfoza, gdyż nigdy nie przepadałem za country. Najwyraźniej jednak jestem w mniejszości, bo przeważają opinie, że "Beggars Banquet" to jedno ze szczytowych osiągnięć Rolling Stones, oraz że longplay rozpoczyna najciekawszy okres twórczości zespołu, rzekomo trwający do roku 1972 i wydanego wówczas albumu "Exile on Main St." (który też nigdy mnie nie zachwycał).

"Beggars Banquet" powstawał w nienajlepszej atmosferze. Brian Jones oddalił się od reszty zespołu, także pod względem muzycznym. Chciał kontynuować psychodeliczne eksperymenty, znów grać na różnych niekonwencjonalnych instrumentach, które nie pasowały do surowego charakteru muzyki, jaką w tamtym czasie tworzyli pozostali muzycy. W rezultacie pozwolono mu na udział tylko w kilku utworach. Mimo problemów, album został ukończony już w lipcu 1968 roku. Premiera opóźniła się jednak aż do grudnia, gdyż ani europejski, ani amerykański wydawca nie chciał zaakceptować projektu okładki zaproponowanego przez zespół - zdjęcia obskurnego kibla. Po wielu miesiącach walki, muzycy się poddali i zgodzili na bardziej neutralną okładkę. Ich pomysł został wykorzystany dopiero na kompaktowej reedycji z 1984 roku (większość późniejszych wydań - zarówno kompaktowych, jak i winylowych - także zawiera taką okładkę). Warto w tym miejscu dodać, że dopiero na wydaniach po 2002 roku album ma właściwą prędkość - podczas przygotowywania oryginalnego masteringu zrobiono błąd, w rezultacie czego prędkość została zwolniona (w sumie wydłużyło to album o około pół minuty). Dopiero po ponad trzydziestu latach postanowiono to poprawić.

Album rozpoczyna się od jednego z najbardziej znanych utworów zespołu, "Sympathy for the Devil". Sławę przyniósł mu przede wszystkim kontrowersyjny tekst (za sprawą którego zespół do dziś bywa oskarżany o propagowanie satanizmu; choć w rzeczywistości nawiązuje on do "Mistrza i Małgorzaty" Michaiła Bułhakowa), ale i pod względem muzycznym jest to dość niekonwencjonalna rzecz - uwagę zwracają przede wszystkim plemienny rytm i charakterystyczne chórki. Znalazło się też miejsce dla zgrabnej solówki Keitha Richardsa. Innym popularnym utworem jest wyjątkowo jak na ten album dynamiczny "Street Fighting Man", który również wywołał spore kontrowersje - wiele stacji radiowych nie chciało go grać, ze względu na tekst, poruszający problem ówczesnych protestów studenckich. Jest to jeden z nielicznych utworów na płycie, na których swoje piętno odcisnął Brian Jones. W tym akurat kawałku zagrał na indyjskich instrumentach, sitarze i tamburze, których brzmienie nadaje mu nieco orientalnego charakteru (w utworze pojawia się także inny instrument pochodzenia indyjskiego, shehnai, na którym gościnnie zagrał Dave Mason, gitarzysta grupy Traffic).

Co ciekawe, to właśnie utwory z udziałem Jonesa (nieograniczającym się do chórków lub grania na harmonijce) należą do moich faworytów z tego albumu: bardzo ładna ballada "No Expectations", którą Brian ozdobił slide'owymi partiami gitary, a także psychodeliczny "Jigsaw Puzzle" i najbardziej dynamiczny, stricte rockowy "Stray Cat Blues", w których zagrał na melotronie. Chociaż akurat w tych dwóch ostatnich to nie jego udział decyduje o ich wartości. W "Jigsaw Puzzle" błyszczy przede wszystkim Bill Wyman, którego wyrazista partia basu przyciąga najwięcej uwagi. Z kolei "Stray Cat Blues" to głównie zadziorne riffowanie Richardsa i interesująca linia wokalna, w której jest miejsce i na śpiew, i na wrzask, i na deklamację. Do ciekawszych fragmentów album zaliczam także klasycznie bluesowy "Parachute Woman", jak również finałową balladę "Salt of the Earth", wyróżniająca się charakterystycznymi dla muzyki gospel żeńskimi chórkami. Zupełnie nie przekonują - a wręcz drażnią - mnie natomiast wspomniane na początku trzy utwory w stylu country. Obniżają poziom całości i zniechęcają mnie do wracania do tego albumu. Szkoda, że zamiast nich nie trafił tutaj singlowy "Jumpin' Jack Flash" - jeden z najlepszych utworów zespołu, pokazujący, że grupa świetnie odnalazła się w czasach narodzin hard rocka.

"Beggars Banquet" to mimo wszystko bardzo udane otwarcie nowego etapu działalności zespołu. Jednak dopiero na dwóch kolejnych albumach zespół doprowadził ten styl do... może niekoniecznie perfekcji, ale na pewno do ciekawszego efektu. Tutaj niestety nie brakuje fragmentów, w których znacząco spada napięcie.

Ocena: 8/10



The Rolling Stones - "Beggars Banquet" (1968)

1. Sympathy for the Devil; 2. No Expectations; 3. Dear Doctor; 4. Parachute Woman; 5. Jigsaw Puzzle; 6. Street Fighting Man; 7. Prodigal Son; 8. Stray Cat Blues; 9. Factory Girl; 10. Salt of the Earth

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka (4); Keith Richards - gitara, bass (1,6), wokal (10), dodatkowy wokal; Brian Jones - dodatkowy wokal (1), gitara (2), harmonijka (3,4,7), melotron (5,8), sitar (6), tambura (6); Bill Wyman - bass, dodatkowy wokal (1), instr. perkusyjne (1); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal (1)
Gościnnie: Nicky Hopkins - instr. klawiszowe; Rocky Dijon - kongi (1,8,9); Jimmy Miller, Anita Pallenberg, Marianne Faithfull - dodatkowy wokal (1); Dave Mason - shehnai (6), melotron (9); Ric Grech - skrzypce (9); Watts Street Gospel Choir - dodatkowy wokal (10)
Producent: Jimmy Miller


8 listopada 2015

[Recenzja] The Who - "Meaty Beaty Big and Bouncy" (1971)



Ciężko zebrać na fizycznych, oryginalnych nośnikach wszystkie utwory wykonawców działających w latach 60. W tamtym czasie wiele kompozycji - i to przeważnie tych najbardziej znanych - ukazywało się wyłącznie na singlach. Nie inaczej było w przypadku The Who. W samych latach 1965-71 na małych płytach zespołu ukazało się około trzydziestu utworów nieobecnych na płytach długogrających. Większość z nich została co prawda powtórzona później na różnych składankach, jednak nikt nie wpadł na pomysł wydania jednej kompilacji, zbierającej wszystkie tego typu nagrania (na wzór "Past Masters" Beatlesów). Albo przynajmniej niealbumowych stron A singli (gdyż strony B - może poza napisanymi przez Johna Entwistle'a "Dr. Jekyll and Mr. Hyde" i "Heaven and Hell" - i tak nie prezentują większej wartości). Niemal udało się to na "Meaty Beaty Big and Bouncy", zawierającej osiem niealbumowych stron A z jedenastu wydanych do tamtej pory (pozostałe trzy to: poprawna, ale nie wnosząca nic do oryginału przeróbka "The Last Time" Rolling Stonesów; bardzo melodyjny, ale zepsuty głupimi dialogami "Dogs"; oraz dość przeciętny "Let's See Action").

"Meaty Beaty Big and Bouncy" rozpoczyna się od pierwszego singla wydanego (na początku 1965 roku) pod szyldem The Who - "I Can't Explain". Niby piosenka, jakich w tamtym czasie było mnóstwo, ale niesamowicie chwytliwa i energetyczna. Ciekawostką jest udział w nagraniu Jimmy'ego Page'a - wówczas renomowanego muzyka sesyjnego - grającego tutaj na gitarze rytmicznej. Kolejny singiel grupy, otwierający drugą stronę kompilacji (niestety, nagrania nie są ułożone chronologicznie) "Anyway, Anyhow, Anywhere", to także bardzo melodyjny i energetyczny kawałek. Podobno pierwszy w historii zawierający gitarową solówkę, w której wykorzystano sprzężenie zwrotne, tak chętnie używane później chociażby przez Jimiego Hendrixa (choć pierwszym utworem, w którym pojawiło się sprzężenie, był "I Feel Fine" Beatlesów). Kolejne utwory, na które warto zwrócić szczególną uwagę, to przebój "Substitute", zadziorny "Pictures of Lily", częściowo akustyczny "Magic Bus", oraz najnowszy z zawartych tutaj utworów, "The Seeker", pokazujący bardziej hard rockowe oblicze grupy. Ale znalazł się tu także irytujący banalną melodią i archaicznymi chórkami "Happy Jack". Ponadto kompilacja zawiera także kilka utworów z regularnych albumów. I trzeba przyznać, że są to wyjątkowo trafione wybory: "My Generation" i "The Kids Are Alright" z debiutu (reprezentowanego także przez przeciętny "A Legal Matter"), "Boris the Spider" z "A Quick One", "I Can See for Miles" z "The Who Sell Out", oraz "Pinball Wizard" z "Tommy'ego" to przecież najlepsze fragmenty tych albumów. Przynajmniej w mojej subiektywnej opinii. A skoro już o tym mowa, do pełni szczęścia brakuje mi tutaj "Silas Stingy" - ale to przecież mało znany kawałek.

"Meaty Beaty Big and Bouncy" jako uzupełnienie regularnych albumów The Who sprawdza się średnio - brakuje wielu niealbumowych utworów, a obecność kilku albumowych może przeszkadzać tym, którzy mają je już na innych wydawnictwach. Kompilacja może natomiast być świetnym wprowadzeniem do twórczości zespołu - wraz z "Live at Leeds" i "Who's Next" stanowi idealny "pakiet startowy". Nada się także jako substytut pierwszych czterech albumów The Who dla tych, którzy podobnie jak ja uważają, że są tutaj (niemal) wszystkie najlepsze utwory z tego okresu.

Ocena: 8/10



The Who - "Meaty Beaty Big and Bouncy" (1971)

1. I Can't Explain; 2. The Kids Are Alright; 3. Happy Jack; 4. I Can See for Miles; 5. Pictures of Lily; 6. My Generation; 7. The Seeker; 8. Anyway, Anyhow, Anywhere; 9. Pinball Wizard; 10. A Legal Matter; 11. Boris the Spider; 12. Magic Bus; 13. Substitute; 14. I'm a Boy

Skład: Roger Daltrey - wokal, instr. perkusyjne; Pete Townshend - gitara, instr. klawiszowe, wokal; John Entwistle - bass, instr. dęte, wokal; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Page - gitara (1); Nicky Hopkins - pianino (8)
Producent: Kit Lambert, Shel Talmy, The Who


4 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Their Satanic Majesties Request" (1967)



Jako drugi najpopularniejszy zespół połowy lat 60., Stonesi nieustannie są porównywani z numerem jeden - Beatlesami. Tymczasem obie grupy niewiele mają ze sobą wspólnego. The Beatles zaczynali od grania melodyjnego rock and rolla i ewoluowali praktycznie z albumu na album, często tworząc rzeczy prekursorskie. Natomiast korzenie The Rolling Stones to surowy rhythm and blues, którego muzycy trzymali się praktycznie przez całą karierę. Jeden jedyny raz postanowili jednak wyraźnie nawiązać do swoich bardziej znanych kolegów po fachu. Wydany pod koniec 1967 roku album "Their Satanic Majesties Request" to oczywista odpowiedź na opublikowany pół roku wcześniej "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band". Longplay jeszcze bardziej dziwny, przepełniony psychodeliczno-narkotycznym klimatem. Podobno muzycy zupełnie nie pamiętają jego sesji nagraniowej. I chyba w tym wypadku nie jest to tylko próba wzbudzenia kontrowersji. Dziwaczna muzyka wypełniająca "Their Satanic Majesties Request" mogła powstać chyba tylko i wyłącznie pod wpływem substancji psychoaktywnych.

To jedyny album The Rolling Stones, na którym zespół wyparł się swojego charakterystycznego, surowego brzmienia. Brzmienie jest tutaj wyjątkowo bogate. To głównie zasługa Briana Jonesa, który praktycznie porzucił grę na gitarze, na rzecz takich instrumentów, jak saksofon, flet, elektryczny dulcimer, oraz przeróżnych perkusjonalii i instrumentów klawiszowych - szczególnie melotronu, za pomocą którego nadaje wielu utworom orkiestrowego tła. Na albumie pojawiają się także prawdziwe smyczki (zaaranżowane przez Johna Paula Jonesa, późniejszego basistę Led Zeppelin), wykorzystane w utworze "She's a Rainbow". Zresztą będącym prawdziwą perłą tego albumu. Wyjątkowo zgrabnie - jak na ten album - skomponowanym utworem, wyróżniającym się bardzo chwytliwą melodią. Innym świetnym utworem jest "2000 Light Years from Home", o bardzo intrygującym, "kosmicznym" klimacie. Dobrze wypada także zadziorny i ciężki brzmieniowo "Citadel" - najbardziej gitarowy utwór na albumie. Z kolei "2000 Man" ma kolejną świetną melodię, jednak utwór sprawia wrażenie jakby jego poszczególne części posklejano z fragmentów kilku różnych kompozycji. Chociaż to jeszcze nic przy takich kakofonicznych kawałkach, jak ośmiominutowy "Sing This All Together (See What Happens)" czy "On with the Show". Nagrywając je muzycy chyba kompletnie nie mieli pojęcia, co chcą osiągnąć... Koniecznie trzeba wspomnieć także o "In Another Land" - jednym z zaledwie dwóch utworów w całej dyskografii zespołu skomponowanych przez basistę Billa Wymana, a także jedynym przez niego zaśpiewanym. Niezbyt jednak interesującym melodycznie, a w warstwie muzycznej zdominowany przez archaiczne brzmienie klawesynu.

"Their Satanic Majesties Request" to po prostu jeden wielki eksperyment, mający kilka interesujących fragmentów, ale na ogół sprawiający wrażenie bardzo nieprzemyślanego. Warto dodać, że to pierwszy album Stonesów wydany w identycznej formie po obu stronach Atlantyku.

Ocena: 7/10



The Rolling Stones - "Their Satanic Majesties Request" (1967)

1. Sing This All Together; 2. Citadel; 3. In Another Land; 4. 2000 Man; 5. Sing This All Together (See What Happens); 6. She's a Rainbow; 7. The Lantern; 8. Gomper; 9. 2000 Light Years from Home; 10. On with the Show

Skład: Mick Jagger - wokal, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, melotron, dodatkowy wokal; Brian Jones - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, flet, saksofon, dulcimer, gitara; Bill Wyman - bass, instr. perkusyjne, wokal (3), pianino (3), dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - instr. klawiszowe; Paul McCartney - dodatkowy wokal (1,5), instr. perkusyjne (6); John Lennon - dodatkowy wokal (1,5); Steve Marriott - gitara i dodatkowy wokal (3); Ronnie Lane - dodatkowy wokal (3); John Paul Jones - aranżacja instr. smyczkowych (6)
Producent: The Rolling Stones


2 listopada 2015

[Recenzja] The Who - "Who's Next" (1971)



Zachęcony sukcesem "Tommy'ego", Pete Townshend postanowił stworzyć kolejną "operę rockową". Tym razem miało to być jeszcze bardziej ambitne przedsięwzięcie. Projekt "Lifehouse" miał obejmować nie tylko album, ale również film i specjalne koncerty. Realizacja przerosła jednak muzyków i projekt został zarzucony. W zamian wydano zestaw niepowiązanych ze sobą piosenek - chociaż większość z nich została stworzona na potrzeby "Lifehouse" - zatytułowany "Who's Next". I było to najlepsze, co zespół mógł w tamtym czasie zrobić. Zamiast kolejnej pretensjonalnej "opery rockowej", której forma znacznie przerasta treść i umiejętności muzyków, powstał zbiór naprawdę świetnych utworów, które bronią się zarówno jako część albumu, jak i słuchane osobno. "Who's Next" to ponadto pierwszy studyjny album The Who, na którym grupa zbliżyła się do tego, co prezentowała podczas koncertów - do grania szczerej, ekspresyjnej, bezkompromisowej i odrobinę nieprzewidywalnej muzyki.

"Who's Next" zawiera trzy wielkie przeboje - otwierający go "Baba O'Riley", oraz zamykające go "Behind Blue Eyes" i "Won't Get Fooled Again". Pierwszy z nich zdominowany jest przez brzmienie syntezatora, wykorzystanego tutaj w zupełnie innowacyjny sposób - grany na nim motyw pełni zarówno rolę melodyczną, jak i rytmiczną. Powoli dołączają do niego kolejne instrumenty - pianino, perkusja, gitara basowa (jednocześnie z zadziornym wokalem Rogera Daltreya) i, dopiero po dłuższym czasie, gitara elektryczna. W końcówce pojawia się jeszcze partia skrzypiec, w wykonaniu Dave'a Arbusa z zespołu East of Eden. Mimo tej dziwnej aranżacji, utwór posiada prawdziwie hardrockową energię. Syntezatory odgrywają istotną rolę także w "Won't Get Fooled Again" - tym razem jednak już wyłącznie w charakterze ozdobnika. Ten ponad ośmiominutowy utwór wyróżnia się chwytliwą melodią, hardrockowym brzmieniem gitary Peta'a Townshenda, zakręconym basem Johna Entwistle'a, niezliczonymi przejściami perkusyjnymi Keitha Moona, oraz dzikim śpiewem Daltreya. "Behind Blue Eyes" to dla odmiany ballada, z akompaniamentem gitary akustycznej i pięknie pulsującego basu, oraz z subtelną partią wokalną, wspartą świetnymi harmoniami w refrenie. Nie brak też wspaniałej, bardzo chwytliwej melodii. Jednak sielanka trwa tylko przez pierwsze dwie i pół minuty, gdyż później następuje nagłe zaostrzenie. Na początku lat 70. musiało to robić ogromne wrażenie, dziś jest już raczej czymś oczywistym. Sam utwór wciąż jednak zachwyca.

Z pozostałych sześciu utworów trzeba wyróżnić przede wszystkim "Bargain". Bardzo dynamiczny, łączący hardrockowy czad z akustyczno-syntezatorowymi zwolnieniami, a także niesamowicie chwytliwy. Znów zwraca uwagę mocny śpiew Daltreya (niestety, we fragmentach wyręcza go tutaj Townshend, posiadający nieciekawą barwę głosu), a także basowe popisy Entwistle'a. Ten ostatni swoją wszechstronność pokazuje w zadziornym "My Wife", który sam skomponował, zaśpiewał, oraz zagrał w nim na pianinie i dęciakach, a całość oczywiście prowadził charakterystyczną partią basu. Bardzo przyjemnym utworem jest także prostszy "Love Ain't for Keeping", oparty na gitarach akustycznych i mocnym basie. Jego jedyną wadą jest, że kończy po ledwie dwóch minutach. Nieco słabiej wypada "Going Mobile" - bardzo energiczny i melodyjny kawałek z pierwszoplanową rolą gitary akustycznej, której towarzyszy sekcja rytmiczna, oraz ozdobniki na syntezatorach i gitarze elektrycznej, rozczarowujący jednak banalną partią wokalną Townshenda. Nie do końca przekonują mnie także "The Song Is Over" i "Getting in Tune", jakby poskładane z fragmentów różnych kompozycji i pozbawione wyrazistych melodii. Dwa wypełniacze, przy tak udanej reszcie, można jednak wybaczyć.

Warto wspomnieć także o bonusach z kompaktowych reedycji. Wydanie z 1995 roku zawiera siedem dodatkowych utworów. Większość z nich to nagrania z sesji do projektu "Lifehouse", w tym wczesna wersja "Behind Blue Eyes", bliska albumowej, ale z dodatkową ścieżką organów, na których zagrał Al Kooper (późniejszy współpracownik Lynyrd Skynyrd), oraz kilka mniej znanych utworów: bardzo melodyjny "Pure and Easy", akustyczny "Too Much of Anything", wzbogacony bluesowym pianinem "I Don't Even Know Myself", oraz najlepszy z nich "Baby Don't You Do It" - hardrockowa przeróbka przeboju Marvina Gaye'a o nieco jamowej strukturze, nagrana z udziałem Lesliego Westa (gitarzysty Mountain). Poza tym wydanie zawiera dwa koncertowe nagrania z 26 kwietnia 1971 roku w londyńskim Young Vic Theatre - fantastyczny, jamowy "Water" i niemal równie rozbudowany "Naked Eye". Oba utwory zostały napisane w tym samym czasie, co "Lifehouse", jednak nie były powiązane z tym projektem - miały trafić na EPkę "6 ft. Wide Garage, 7 ft. Wide Car", planowaną na 1970 rok, ale ostatecznie wstrzymaną. Chociaż zespół chętnie wykonywał je na żywo, studyjne wersje, nagrane na wspomnianą EPkę, zostały wydane dopiero po latach - "Water" w 1973 roku (na stronie B singla "5.15"), a "Naked Eye" rok później (na kompilacji "Odds and Sods").

Inny zestaw bonusów przyniosła dwupłytowa reedycja z 2003 roku. Pierwszy dysk zawiera sześć bonusów: "Baby Don't You Do It" (w lepszej, dłuższej o trzy minuty wersji), "Pure and Easy", oraz wczesne wersje "Behind Blue Eyes", "Love Ain't For Keeping", "Getting in Tune" i "Won't Get Fooled Again". Dwie ostatnie nie były wcześniej wydane. Najbardziej od ostatecznej, albumowej wersji różni się "Love Ain't for Keeping" - dwukrotnie dłuższy, z gitarą elektryczną i perkusją, oraz - niestety - z wokalem Townshenda. Cały drugi dysk wypełniają natomiast nagrania z wspomnianego wyżej występu w Young Vic Theatre. Tracklista - poza "Water" i "Naked Eye" - obejmuje także inne niealbumowe utwory ("Pure and Easy", "Time Is Passing", "I Don't Even Know Myself", "Too Much of Anything" i cover "Road Runner" Bo Diddleya), liczną reprezentację "Who's Next" (w tym m.in. ciekawą wersję "Love Ain't for Keeping" - elektryczną, ale z wokalem Daltreya), oraz dwie powtórki z "Live at Leeds" (równie porywające wykonanie "Young Man Blues", oraz rozczarowujące "My Generation" - wierne studyjnej wersji, bez improwizacji).

"Who's Next" to szczytowe osiągnięcie The Who, jeśli chodzi o albumy studyjne. Nigdy wcześniej, ani później, zespół nie wydał zbioru utworów tak dobrze skomponowanych i wykonanych niemal z koncertową energią. To po prostu szczere rockowe granie, bez patetyczności "rockowych oper", dalekie również od pewnej nieporadności wczesnych albumów The Who.

Ocena: 9/10



The Who - "Who's Next" (1971)

1. Baba O'Riley; 2. Bargain; 3. Love Ain't for Keeping; 4. My Wife; 5. The Song Is Over; 6. Getting in Tune; 7. Going Mobile; 8. Behind Blue Eyes; 9. Won't Get Fooled Again

Skład: Roger Daltrey - wokal (1-3,5,6,8,9); Pete Townshend - gitara, instr. klawiszowe, wokal (1,2,5,7); John Entwistle - bass, instr. dęte, wokal (4), pianino (4); Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Dave Arbus - skrzypce (1); Nicky Hopkins - pianino (5,6)
Producent: The Who, Glyn Johns