29 listopada 2018

[Recenzja] Henry Cow / Slapp Happy - "In Praise of Learning" (1975)



"In Praise of Learning" to trzecia część skarpetkowej trylogii Henry Cow, a zarazem drugi album nagrany wspólnie z zespołem Slapp Happy. Materiał został napisany przez muzyków obu zespołów, ale z wyraźną przewagą wkładu członków Henry Cow. Dlatego nie powinno dziwić, że w przeciwieństwie do bardziej piosenkowego "Desperate Straights" (zdominowanego przez kompozycje Slapp Happy), tym razem dominuje bardzo awangardowe, skomplikowane granie. Choć najbardziej radykalny, abstrakcyjny charakter mają akurat dwa nagrania podpisane przez oba składy. Instrumentalne "Beginning: The Long March" i "Morning Star" to czyste free improvisation, pełne dysonansów i atonalnych dźwięków, zaś całkowicie pozbawione powtarzających się tematów i choćby śladów melodii. Jest to muzyka niezwykle wymagająca, mogąca drażnić i sprawiać wrażenie bezsensownego hałasu, ale tak naprawdę bardzo wyrafinowana i intelektualna.

Pozostałe utwory przynajmniej sprawiają pozory bardziej poukładanych, za sprawą pojawiających się w nich charakterystycznych motywów, melodii i partii wokalnych. Najbardziej przystępnie wypada właściwie balladowy "Beautiful as the Moon - Terrible as an Army with Banners", napisany przez Freda Fritha i Chrisa Cutlera, z wyjątkowo subtelnym śpiewem Dagmar Krause i odpowiednio stonowaną, lecz daleką od popowego banału warstwą instrumentalną. Znamiona piosenki, całkiem zresztą chwytliwej na swój dziwny sposób, nosi też napisany przez członków Slapp Happy, Anthony'ego Moore'a i Petera Blegvada, "War". Tutaj jednak pojawia się więcej awangardowo zakręconych dźwięków, dopełnianych kompletnie zwariowaną partią Krause (i melodyjnym śpiewem Blegvada). Najbardziej niesamowitą kompozycją jest napisana przez Tima Hodgkinsona 15-minutowa "Living in the Heart of the Beast", w której bardzo ładne i przystępne momenty (bliskie zwykłego proga, choć raczej z okolic King Crimson, Van der Graaf Generator i Gentle Giant, niż np. Genesis) przeplatają się z awangardowym szaleństwem, a całość nieustannie się rozwija, co chwilę zmieniając motywy i już ich nie powtarzając, lecz jednocześnie zachowując spójność. Prawdziwa esencja Henry Cow.

Pewien problem sprawia warstwa tekstowa albumu. Zwykle nie zwracam uwagi na ten element, traktując wokal jako kolejny instrument, a teksty za nieistotny dodatek. Jednak te z "In Praise of Learning" są bardzo silnie upolitycznione i sympatyzujące z komunistyczną ideologią. Tak wielkie zaangażowanie muzyków, w połączeniu z wypisaną na okładce deklaracją Art is not a mirror - it is a hammer (cytat z Johna Griersona), prowadzi do pytania, na ile w tym wszystkim chodzi o muzykę, a na ile o propagowanie (szkodliwych) poglądów? Odpowiedź na to pytanie można poniekąd znaleźć w utworze "Gloria Gloom" z repertuaru Matching Mole, który Henry Cow wykonywał podczas koncertów, a w którego tekście pada zdanie: How long can I pretend that music's more relevant / Than fighting for a socialist world? Z drugiej strony, muzyka zawarta na "In Praise of Learning" wcale nie sprawia wrażenia mniej ważnej od tekstów, a wręcz przeciwnie. A na pewno lepiej świadczy o intelekcie muzyków, niż ich poglądy. Jednak pewien niesmak pozostaje.

"In Praise of Learning", pomimo zasługującej na potępienie warstwy tekstowej, to wspaniały album, który z pewnością zachwyci każdego, kto poszukuje muzyki ambitnej, niekonwencjonalnej, wyrafinowanej i stawiającej słuchaczowi wymagania, a nie tylko mającej zapewnić mu wyłącznie rozrywkę. Osobiście stawiam ten album trochę niżej od doskonale wyważonego "Legend", ale wyżej od nierównego "Unrest".

Ocena: 9/10



Henry Cow / Slapp Happy - "In Praise of Learning" (1975)

1. War; 2. Living in the Heart of the Beast; 3. Beginning: The Long March; 4. Beautiful as the Moon - Terrible as an Army with Banners; 5. Morning Star

Skład Henry Cow: Fred Frith - gitara, skrzypce, pianino, ksylofon; Tim Hodgkinson - instr. klawiszowe, klarnet; Lindsay Cooper - fagot, obój; John Greaves - bass, pianino; Chris Cutler - perkusja i instr. perkusyjne
Skład Slapp Happy: Dagmar Krause - wokal; Peter Blegvad - gitara, klarnet, wokal; Anthony Moore - instr. klawiszowe
Gościnnie: Geoff Leigh - saksofon sopranowy; Mongezi Feza - trąbka; Phil Becque - oscylator
Producent: Henry Cow, Slapp Happy i Phil Becque


28 listopada 2018

[Recenzja] Mythic Sunship - "Another Shape of Psychedelic Music" (2018)



Mythic Sunship to duński zespół, założony w 2009 roku. Od samego początku w jego składzie znajdują się gitarzyści Emil Thorenfeldt i Kasper Stougaard Andersen, basista Rasmus Cleve Christensen oraz perkusista Frederik Denning. Do tej pory muzycy wydali siedem długogrających albumów, z czego dwa najnowsze, "Upheaval" i "Another Shape of Psychedelic Music", ukazały się w tym roku (odpowiednio w styczniu i październiku). Zespół obraca się w podobnych klimatach, co nagrywający dla tej samej wytwórni Monarch (którego jedyny jak dotąd album, "Two Isles", ukazał się dwa lata temu), grając długie, instrumentalne jamy, pozbawione wyraźnych struktur, stylistycznie mieszczące się gdzieś pomiędzy rockiem psychodelicznym, a stonerem.

Tak przynajmniej było do czasu wydania "Another Shape of Psychedelic Music". Skład poszerzył się tu bowiem o saksofonistę Sørena Skova, co skierowało muzykę zespołu na bardziej jazzowe tory. W przeciwieństwie do wielu saksofonistów występujących na rockowych albumach, Skov gra w prawdziwie jazzowy sposób, agresywnie, zbliżając się do freejazzowej ekspresji. Jego partie doskonale uzupełniają się ze swobodną, psychodeliczno-stonerowo (z naciskiem na pierwszy człon) grą pozostałych instrumentalistów. Na albumie znalazło się sześć utworów, z czego większość trwa po kilkanaście minut (najdłuższy "Backyard Ritual" zbliża się do osiemnastu), a dwóch krótszych też nie sposób nazwać miniaturami ("Last Exit" i "Way Ahead" trwają odpowiednio dziewięć i siedem minut). Nie ma sensu opisywać poszczególnych utworów, bo składają się praktycznie z tych samych elementów, czyli długich, przeplatających się solówek saksofonu i gitar (czasem aż trzech, bo w "Backyard Ritual" i "Out There" gościnnie wystąpił Jonas Munk), dopełnianych mocną grą sekcji rytmicznej. Ale choć razem trwają dobrze ponad siedemdziesiąt minut, całości słuchałem z prawdziwym zainteresowaniem, czego nie mogą powiedzieć o wcześniejszych, dużo krótszych albumach zespołu. Może nie ma tutaj jakiś wybitnych momentów (choć ekspresyjne zakończenie "Elevation" jest naprawdę porywające - szkoda, że akurat ten utwór drastycznie skrócono w wersji winylowej albumu), ale też muzycy ani na chwilę nie schodzą poniżej naprawdę wysokiego poziomu wykonawczego.

"Another Shape of Psychedelic Music" to obok najnowszego longplaya Fire!, "The Hands", najlepszy nowy album, jaki w tym roku słyszałem. Oba wydawnictwa pokazują, że w takim swobodnym graniu na pograniczu jazzu i rocka wciąż można zaproponować coś ekscytującego i dość świeżego, nie kopiującego rozwiązań sprzed kilkudziesięciu lat.

Ocena: 8/10



Mythic Sunship - "Another Shape of Psychedelic Music" (2018)

1. Resolution; 2. Backyard Ritual; 3. Last Exit; 4. Way Ahead; 5. Out There; 6. Elevation

Skład: Søren Skov - saksofon; Emil Thorenfeldt - gitara; Kasper Stougaard Andersen - gitara; Rasmus Cleve Christensen - bass; Frederik Denning - perkusja
Gościnnie: Jonas Munk - gitara (2,5)
Producent: Mythic Sunship


27 listopada 2018

[Recenzja] Tomasz Stańko - "Almost Green" (1979)



Pomimo artystycznego i komercyjnego sukcesu "Balladyny", Tomasz Stańko zdecydował się nagrać swój kolejny studyjny materiał dla małej fińskiej wytwórni Leo Records. Wtedy musiało wydawać się to dobrym pomysłem. Wytwórnia należała do ówczesnego współpracownika trębacza, perkusisty Edwarda Vesali, więc pewnie o wszystkim zadecydowały względy finansowe. Dziś jednak wiadomo, że był to strzał we własną stopę. Album "Almost Green", podobnie jak cały katalog Leo Records (w tym zrecenzowany przeze mnie niedawno drugi album The Quartet, "Loaded"), został wydany tylko raz, w niewielkim nakładzie. Co gorsze, nie wiadomo chyba nawet do kogo obecnie należą prawa do nagrań Leo Records (Vesala zmarł w 1999 roku), więc nie ma praktycznie żadnych szans na ich wznowienie.

Materiał na "Almost Green" został zarejestrowany w Helsinkach, w bliżej nieokreślonym momencie 1978 roku. Podobnie, jak na trzech poprzednich wydawnictwach ("TWET", "Balladyna" i "Live at Remont"), trębaczowi w studiu towarzyszyli wspomniany już Vesala, a także saksofonista Tomasz Szukalski. Na ich czwartym - i ostatnim - wspólnym wydawnictwie obowiązki basisty pełni czwarty z kolei muzyk. Tym razem wybrano szwedzkiego kontrabasistę Palle'a Danielssona, znanego ze współpracy m.in. z Keithem Jarrettem i Janem Garbarkiem. Materiał został skomponowany głównie przez lidera, z wyjątkiem jednego utworu autorstwa perkusisty ("Megaira").

Pod względem stylistycznym jest to bezpośrednia kontynuacja "TWET" i "Balladyny". Muzykę graną przez kwartet można określić mianem klimatycznego lub melancholijnego free jazzu. Doskonale w roli otwieracza sprawdza się 10-minutowy "New Song", zbudowany na luźnej partii Danielssona, z ostrymi partiami Stańki i Szukalskiego oraz zagęszczającą atmosferę grą Vesali. Niemniej porywająco i jeszcze bardziej ekspresyjnie wypadają  "When on Earth" i "Megaira". "From Greenhills" to z kolei przede wszystkim popis perkusisty. Najbardziej swobody charakter ma natomiast "Slowly By", w którym partie poszczególnych muzyków niemalże się rozchodzą, co jest jednak całkowicie zamierzonym efektem. Zaś najbardziej lirycznym utworem, typową dla Stańki freejazzową balladą, jest tytułowy "Almost Green" (z partiami trąbki, które pokazują, że trębacz wciąż był pod wpływem "Bitches Brew").

"Almost Green" utrzymuje poziom poprzedzających go wydawnictw, ale z drugiej strony - jest wobec nich wtórny, nie przynosi żadnych nowych rozwiązań. Jednak przy tak dobrych kompozycjach i wykonaniu nie ma to większego znaczenia. Albumu słucha się równie wybornie, co wcześniejszych. Pozostaje tylko żałować, że tak trudno zdobyć go na oryginalnym nośniku fizycznym. Ktoś powinien coś zrobić, aby katalog Leo Records został w końcu wznowiony.

Ocena: 8/10



Tomasz Stańko - "Almost Green" (1979)

1. New Song; 2. From Greenhills; 3. Slowly By; 4. When on Earth; 5. Almost Green; 6. Megaira

Skład: Tomasz Stańko - trąbka; Tomasz Szukalski - saksofon tenorowy; Palle Danielsson - kontrabas; Edward Vesala - perkusja
Producent: Edward Vesala


25 listopada 2018

[Recenzja] Can - "Soon Over Babaluma" (1974)



"Soon Over Babaluma" pozostaje w cieniu nieformalnej trylogii, którą tworzą albumy "Tago Mago", "Ege Bamyasi" i "Future Days". Nic w sumie dziwnego - w jego nagraniu nie brał już udziału charyzmatyczny wokalista Damo Suzuki (który, po dołączeniu do Świadków Jehowy, na blisko dekadę porzucił muzyczną działalność). Nie znaczy to bynajmniej, że album znacząco ustępuje swoim poprzednikom pod względem artystycznym. Co prawda nie ma tu już szaleństw na miarę drugiej połowy "Tago Mago", ale zamiast tego jest większa dojrzałość - pod względem stylistycznym jest to niewątpliwie kontynuacja wcześniejszych dzieł (z naciskiem na "Future Days"), ale jakby bardziej przemyślana i dopracowana. W każdym razie, warstwa instrumentalna wciąż prezentuje bardzo wysoki poziom, a Michael Karoli i Irmin Schmidt starają się jak najlepiej wypełnić pustkę po byłym wokaliście.

Nerwowa atmosfera, mechaniczna perkusja wybijająca nieco egzotyczne rytmy, hipnotyczne partie basu, awangardowe dźwięki gitary, skrzypiec i klawiszy, dziwaczne partie wokalne - to wszystko wciąż jest obecne w takich utworach, jak "Dizzy Dizzy" czy "Come Sta, La Luna". Pewien powiew świeżości przynosi instrumentalny jam "Splash", który do charakterystycznych elementów stylu Can dodaje wyraźne wpływy jazz fusion. W najdłuższym "Chain Reaction" dzieje się tyle, że trudno to wszystko ogarnąć, pomimo zbudowania całego utworu, tradycyjnie, na jednym rytmie. Kontynuacją elektroniczno-ambientowych eksperymentów z poprzedniego albumu jest natomiast finałowy "Quantum Physics" - najbardziej wyciszony utwór na tym longplayu, ale dość niepokojący za sprawą uporczywej gry sekcji rytmicznej i tajemniczego klimatu.

"Soon Over Babaluma" to już ostatni tak udany album Can, będący świetnym zwieńczeniem pewnego etapu w historii zespołu, który wkrótce potem zaczął odchodzić od takiej bezkompromisowej, eksperymentalnej muzyki na rzecz bardziej konwencjonalnego, strukturalnego grania. Na "Soon Over Babaluma" wciąż wszystko jest na swoim miejscu, a muzykom udało się stworzyć bardzo równą i spójną całość, ale i pozbawioną czegoś naprawdę wybitnego.

Ocena: 8/10



Can - "Soon Over Babaluma" (1974)

1. Dizzy Dizzy; 2. Come Sta, La Luna; 3. Splash; 4. Chain Reaction; 5. Quantum Physics

Skład: Michael Karoli - gitara, skrzypce (1-3), wokal (1,4,5), dodatkowy wokal (2); Irmin Schmidt - instr. klawiszowe, wokal (2), perkusja (2); Holger Czukay - bass; Jaki Liebezeit - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Can


23 listopada 2018

[Recenzja] Chick Corea - "The Sun" (1971)



Pod koniec lat 60., wraz z ekspansją muzyki rockowej, jazz stawał się coraz bardziej niszowym gatunkiem. Sytuacji na pewno nie poprawiała polityka wytwórni płytowych, nastawionych na zysk. Nawet uznani jazzmani zaczęli mieć problem ze znalezieniem wydawcy, jeśli nagrany przez nich materiał nie był zgodny z aktualnymi trendami. Z problemem tym zmagał się także Chick Corea (zanim podpisał kontrakt z ECM), którego albumu "The Sun" nie chciała wydać żadna większa wytwórnia. Nie dlatego, że był słaby - po prostu został utrzymany w stylistyce post-bopowej, zamiast dającego szanse na lepszą sprzedaż fusion. Ostatecznie materiał został wydany wyłącznie w Japonii, przez tamtejszą wytwórnię Express. Dopiero kilka lat później, w 1978 roku, a więc już po wielkim sukcesie odniesionym przez Coreę z grającą fusion grupą Return to Forever, "The Sun" został wznowiony nakładem EMI.

Album jest zapisem sesji z 14 września 1970 roku w nowojorskim Up Surge Studio. Klawiszowiec w tamtym okresie wciąż był członkiem koncertowego zespołu Milesa Davisa. I właśnie członkowie tego składu - saksofonista Steve Grossmann, basista Dave Holland i perkusista Jack DeJohnette - wspomogli Chicka podczas tej sesji. Dodatkowo, wziął w niej udział także grający na perkusjonaliach Steve Jackson. Materiał został skomponowany głównie przez lidera, jeden temat napisał Grossmann ("Moon Dance"), a "Slumber" to kompozycja pożyczona od saksofonisty Dave'a Liebmana (zresztą późniejszego współpracownika Davisa).

Jak na solowego Coreę z tamtego okresu, jest to bardzo przystępna muzyka. Bez żadnych naprawdę radykalnych odjazdów, z jakich klawiszowiec wówczas słynął. Utwory mają luźny, improwizowany charakter, ale raczej trzymają się wyraźnie zarysowanych linii melodycznych, choć czasem robi się bardziej freejazzowo za sprawą ekspresyjnych solówek Grossmanna oraz atonalnych partii Corei  i Hollanda ("The Sun (Part 1)", "The Sun (Part 2)", "The Moon"). Jednak utwory w rodzaju bujającego "Moon Dance" czy klimatycznego "Slumber" powinny przypaść do gustu także osobom preferującym bardziej tradycyjne, bopowe podejście. Z drugiej strony, może to być wadą dla wielbicieli bezkompromisowego jazzu, jaki Corea grał na "Is" czy "The Song of Singing". Mnie jednak ten album przypadł do gustu najbardziej z wydawnictw pianisty sprzed przełomowego "Return to Forever".

Ocena: 8/10



Chick Corea - "The Sun" (1971)

1. Moon Dance; 2. Slumber; 3. The Sun (Part 1); 4. The Sun (Part 2); 5. The Moon

Skład: Chick Corea - pianino; Steve Grossman - saksofon tenorowy, musette; Dave Holland - kontrabas; Jack DeJohnette - perkusja; Steve Jackson - instr. perkusyjne
Producent: Teruo Nakamura



Po prawej: okładka reedycji z 1978 roku.


21 listopada 2018

[Recenzja] Ash Ra Tempel - "Join Inn" (1973)



Podczas sesji nagraniowej "Join Inn" doszło do ponownego zjednoczenia Manuela Göttschinga i Hartmuta Enke'a z Klausem Schulze'em. Tym samym powrócił oryginalny skład Ash Ra Tempel, który rozpadł się wkrótce po nagraniu debiutanckiego albumu, gdy Schulze postanowił rozpocząć solową działalność. To nie jedyne tutaj nawiązanie do eponimicznego debiutu. Czwarty album zespołu ma dokładnie taką samą strukturę. Wypełniają go tylko dwa długie jamy, z których pierwszy (19-minutowy "Freak'n'roll") jest zwariowanym, porywającym popisem gitarowym Göttschinga z towarzyszeniem solidnej, krautrockowej sekcji rytmicznej i niewielu elektronicznych dodatków, zaś drugi (24-minutowy "Jenseits") - bardziej nastrojowym, psychodeliczno-ambientowym nagraniem, z dużą ilością brzmień klawiszowych, hipnotycznym basem i pojawiającą się dopiero po dłuższym czasie subtelną gitarą. Nawiązaniem do dwóch poprzednich albumów jest natomiast obecność krótkiej partii wokalnej (w wykonaniu Rosi Müller) w drugim z tych utworów. Oba nagrania nieznacznie ustępują swoim odpowiednikom z debiutu, ale to wciąż bardzo interesująca i intrygująca muzyka. Właśnie w takim swobodnym, zupełnie niepiosenkowym graniu Ash Ra Tempel wypada najciekawiej.

Ocena: 8/10



Ash Ra Tempel - "Join Inn" (1973)

1. Freak'n'roll; 2. Jenseits

Skład: Manuel Göttsching - gitara; Hartmut Enke - bass; Klaus Schulze - perkusja i instr. klawiszowe; Rosi Müller - wokal (2)
Producent: Rolf-Ulrich Kaiser


19 listopada 2018

[Recenzja] Lonnie Liston Smith and The Cosmic Echoes ‎- "Astral Traveling" (1973)



Lonnie Liston Smith to jazzowy klawiszowiec, najbardziej znany ze współpracy z Pharoahem Sandersem (m.in. na albumach "Karma", "Deaf Dumb Blind" i "Thembi") i Milesem Davisem ("On the Corner"). A "Astral Traveling'' to debiutanckie dzieło jego własnej grupy, The Cosmic Echoes. W jej oryginalnym składzie znaleźli się m.in. tacy muzycy, jak basista Cecil McBee (z którym Smith grał u Sandersa), gitarzysta Joe Beck, czy perkusjonaliści James Mtume i Badal Roy (wszyscy trzej grali z Davisem, choć ten pierwszy w innym okresie, niż Smith). Warto też wspomnieć o mniej znanym saksofoniście George'u Barronie, na którym spoczął niemal cały ciężar grania solówek - pozostali muzycy, włącznie z liderem, skupiają się raczej na kreowaniu klimatu. Producentem albumu został natomiast Bob Thiele, znany z pełnienia tej samej roli na znacznej części dyskografii Johna Coltrane'a.

Lonnie Liston Smith - kompozytor pięciu zawartych tu utworów i aranżer wszystkich sześciu (w tym także tradycyjnej pieśni gospel "Let Us Go Into the House of the Lord", znanej już z "Deaf Dumb Blind") - okazał się zdolnym uczniem. Od Pharoaha nauczył się grać jazz w niemalże transcendentny sposób, wywodzący się z twórczości Coltrane'a. Od Milesa - wykorzystywać elektryczne brzmienie i egzotyczne instrumentarium. W rezultacie, "Astral Traveling" to świetna mieszanka spiritual jazzu i kosmicznego fusion. Najbardziej natchnionym, prawdziwie mistycznym utworem jest najdłuższy, siedmiominutowy "In Search of Truth", zbudowany wokół pięknie pulsującej, ostinatowej partii kontrabasu. Uduchowiona gra wszystkich muzyków doskonale podkreślana jest przez brzmienie elektrycznego pianina, dronowe dźwięki tambury i różnorodne perkusjonalia. Niemal równie wspaniale wypadają takie utwory, jak tytułowy "Astral Traveling" (po raz pierwszy nagrany na "Thembi", tutaj z większą rolą brzmień klawiszowych), "Let Us Go Into the House of the Lord" i "I Mani (Faith)". Ten ostatni w pewnym momencie nabiera freejazzowego charakteru, co stanowi ciekawe urozmaicenie. Różnorodności dodaje także finałowy "Aspirations", który z kolei jest bardzo wyciszony i subtelny (nieco w klimacie "In a Silent Way"), zagrany wyłącznie na elektrycznym pianinie. Ale już utrzymany w nieco szybszym tempie "Rejuvenation" wyraźnie odstaje stylistycznie i, niestety, jakościowo od reszty albumu.

"Astral Traveling" z pewnością nie jest albumem wybitnym, ale na pewno bardzo interesującym. Warto podkreślić, że Lonnie Liston Smith nie tylko kontynuuje tu muzyczne idee swoich mentorów, ale także wypracował swój unikalny sposób gry na elektrycznym pianinie, odchodzący od grania typowo jazzowych akordów, na rzecz bardziej ciągłego, falującego brzmienia. Doskonale pasuje ono do zaprezentowanej tutaj mieszanki fusion i spiritualu, wzmacniając jej medytacyjny charakter. Pozostali instrumentaliści również doskonale się wczuli w ten nastrój. Szkoda tylko, że nie wszystkie kompozycje trzymają wysoki poziom. Choć największą wpadką jest tu okładka - zdecydowanie niezachęcająca do sięgnięcia po album i sugerująca zupełnie inną muzykę.

Ocena: 8/10



Lonnie Liston Smith and The Cosmic Echoes ‎- "Astral Traveling" (1973)

1. Astral Traveling; 2. Let Us Go Into the House of the Lord; 3. Rejuvenation; 4. I Mani (Faith); 5. In Search of Truth; 6. Aspirations

Skład: Lonnie Liston Smith - pianino, pianino elektryczne; George Barron - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Joe Beck - gitara; Cecil McBee - kontrabas; David Lee - perkusja; James Mtume - instr. perkusyjne; Sonny Morgan - instr. perkusyjne; Geeta Vashi - tambura; Badal Roy - tabla
Producent: Bob Thiele


17 listopada 2018

[Recenzja] Slapp Happy / Henry Cow - "Desperate Straights" (1975)



"Desperate Straights" to efekt współpracy dwóch różnych, także pod względem stylistycznym, zespołów: avant-progowego Henry Cow i art-popowego Slapp Happy. W nagraniach wzięli też udział liczni goście, jak np. Geoff Leigh (były muzyk Henry Cow), Nick Evans (członek Keith Tippett Group, znany także ze współpracy z Soft Machine i King Crimson), czy Pierre Moerlen z Gong. Współpraca obu grup układała się na tyle dobrze, że zarejestrowały razem materiał na jeszcze jeden longplay, "In Praise of Learning". Z tych dwóch wydawnictw, "Desperate Straights" to dzieło przede wszystkim Slapp Happy. Większość utworów została napisana przez instrumentalistów tej grupy, gitarzystę Petera Blegvada i pianistę Anthony'ego Moore'a, z niewielkim wsparciem członków Henry Cow (coś od siebie dołożyli tylko John Greaves i Chris Cutler - każdy z nich jest współautorem jednego utworu).

Nie powinno zatem dziwić, że pod względem stylistycznym materiał ten bliższy jest dokonań Slapp Happy. Dominują tu zatem krótkie, często nieprzekraczające nawet dwóch minut, piosenki, oparte na akompaniamencie pianina, basu i perkusji, czasem wzbogaconych sekcją dętą lub gitarami. Choć jednak są to piosenki, muzycy unikają zwrotkowo-refrenowych schematów, utwory mają bardziej linearną strukturę. Większość albumu to pop, ale nie taki typowo radiowy - inspirowany raczej muzyką kabaretową i twórczością Kurta Weilla, z domieszką awangardy. Ten ostatni element pojawia się głównie za sprawą bardzo specyficznych, nierzadko dziwnych, ale interesujących partii wokalnych Dagmar Krause, dzięki którym utwory nabierają czasem atonalnego charakteru (np. "Some Questions About Hats", "The Owl"). Bardziej konwencjonalny charakter mają dwie przebojowe piosenki - zaśpiewana wyjątkowo subtelnie przez Krause "Riding Tigers" oraz "Strayed" z wokalem Blegvada. Na przeciwnym biegunie mieszczą się utwory współtworzone przez członków Henry Cow. "Bad Alchemy", autorstwa Greaves i Blevgada, to połamany rytmicznie kawałek, który w wersji instrumentalnej spokojnie mógłby znaleźć się na "Legend" lub "Unrest". Z kolei instrumentalny "Caucasian Lullaby", podpisany przez Cutlera i Moore'a, to już osiem minut awangardowych, atonalnych dźwięków o charakterze free improvisation. Warto też zwrócić uwagę na "Excerpt from The Messiah", czyli rockową aranżację fragmentu "Mesjasza" Händla, a także na instrumentalny utwór tytułowy, wyróżniający się lekko jazzowym zabarwieniem.

"Desperate Straights" to zdecydowanie najmniej skomplikowane wydawnictwo Henry Cow, ale na tyle specyficzne i do niczego niepodobne, że może odstraszyć wielu słuchaczy. To jednak bardzo ciekawy materiał, któremu warto dać szansę. Mnie z każdym kolejnym przesłuchaniem podoba się coraz bardziej. Choć nie wykorzystano tu w pełni potencjału, jaki dawało połączenie sił dwóch tak różnych zespołów. To nastąpiło dopiero na kolejnym wspólnym dziele Henry Cow i Slapp Happy.

Ocena: 8/10



Slapp Happy / Henry Cow - "Desperate Straights" (1975)

1. Some Questions About Hats; 2. The Owl; 3. A Worm Is at Work; 4. Bad Alchemy; 5. Europa; 6. Desperate Straights; 7. Riding Tigers; 8. Apes in Capes; 9. Strayed; 10. Giants; 11. Excerpt from The Messiah; 14. In the Sickbay; 15. Caucasian Lullaby

Skład Slapp Happy: Dagmar Krause - wokal, organy (13); Peter Blegvad - gitara, wokal; Anthony Moore - pianino
Skład Henry Cow: Fred Frith - gitara, skrzypce; Tim Hodgkinson - klarnet, pianino (15); Lindsay Cooper - fagot, obój; John Greaves - bass, pianino (4); Chris Cutler - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Geoff Leigh - flet; Mongezi Feza - trąbka; Nick Evans - puzon; Mont Campbell - waltornia; Pierre Moerlen - instr. perkusyjne (5)
Producent: Slapp Happy, Henry Cow i Simon Heyworth


15 listopada 2018

[Recenzja] The Quartet - "Loaded" (1980)



Drugi album The Quartet, "Loaded", został zarejestrowany w... Finlandii. Sesja nagraniowa odbyła się 4 listopada 1979 roku w helsińskim Soundtrack Studios. Producentem longplaya został Edward Vesala - perkusista, który wraz z Tomaszem Szukalskim grał w ówczesnym zespole Tomasza Stańki. "Loaded" ukazał się nakładem fińskiej wytwórni Leo Records (należącej do Vesali) w 1980 roku i od tamtej pory - według informacji z Discogs - nigdy go nie wznowiono. Podobno istnieje kompaktowe wydanie tego materiału, które było sprzedawane wyłącznie podczas występów reaktywowanego w poprzedniej dekadzie The Quartet. Jeśli to prawda, to zdobycie go jest dziś jeszcze trudniejsze, niż kupno oryginalnego winyla.

"Loaded" to album bardziej bezkompromisowy od eponimicznego debiutu. Ponownie znalazły się na nim tylko cztery rozbudowane utwory (wszystkie skomponowane przez pianistę Sławomira Kulpowicza), w tym nowe wersje znanych z debiutu "Macondo" i "The Promise". O ile ten pierwszy nie różni się charakterem od swojego pierwowzoru (zwraca jednak uwagę zdecydowanie cięższe brzmienie perkusji), tak drugi znacznie zyskuje dzięki bardziej zadziornemu wykonaniu, z drapieżnymi solówkami Szukalskiego, oraz dodaniu basowo-perkusyjnego popisu Pawła Jarzębskiego i Janusza Stefańskiego. Fantastycznie wypadają także - a może przede wszystkim - obie premierowe kompozycje. "Mr. Person" przyciąga uwagę natchnioną grą Kulpowicza i sekcji rytmicznej, oraz porywającymi solówkami Szukalskiego, przypominającymi o jego fascynacji Johnem Coltrane'em. "Train People" to z kolei najbardziej klimatyczny, inspirowany spiritual jazzem utwór. Szukalski tym razem gra nie tylko na saksofonach, ale także na klarnecie basowym, a jego partie nieustannie zachwycają, choć reszta zespołu nie pozostaje w tyle, cały skład świetnie tu współpracuje.

Piękny album, stanowiący kolejny niezbity dowód na to, że Polska była prawdziwą potęgą w muzyce jazzowej, nie ustępując pod tym względem Niemcom czy Wielkiej Brytanii. Zdecydowanie powinno się o tym więcej mówić, pisać i promować taką właśnie muzykę. Szkoda, że The Quartet zakończył działalność niedługo po nagraniu tego albumu, zamiast nagrać jeszcze więcej wspaniałej muzyki i zyskać jeszcze większą popularność.

Ocena: 9/10



The Quartet - "Loaded" (1980)

1. Mr. Person; 2. Macondo; 3. The Promise; 4. Train People

Skład: Tomasz Szukalski - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, klarnet basowy; Sławomir Kulpowicz - pianino; Paweł Jarzębski - kontrabas; Janusz Stefański - perkusja
Producent: Edward Vesala


13 listopada 2018

[Recenzja] Soft Machine - "Alive & Well: Recorded in Paris" (1978)



Pomimo nazwy Soft Machine na okładce, jest to już zupełnie inny zespół, bez żadnego muzyka - choćby w roli gościa - z oryginalnego składu. Karl Jenkins, John Marshall i John Etheridge nagrali ten album z dwójką nowych muzyków - basistą Steve'em Cookiem i grającym na skrzypcach Rickiem Sandersem. Jest to pierwszy longplay sygnowany nazwą zespołu od czasu eponimicznego debiutu, na którym nie pojawia się żaden instrument dęty, a zarazem pierwszy w ogóle, na jakim słychać instrument smyczkowy. Materiał został w większości zarejestrowany w lipcu 1977 roku podczas czterech występów w paryskim Théâtre Le Palace, a następnie poddano go studyjnej obróbce, usuwając odgłosy publiczności i poprawiając niektóre partie instrumentalne, dzięki czemu brzmi album jak wydawnictwo studyjne.

Całość rozpoczyna się od typowej dla Soft Machine zabawy z subtelną, repetycyjną elektroniką ("White Kite"). Później jednak zespół kontynuuje jazzrockową stylistykę z albumów "Bundles" i "Softs", tak bardzo odległą od wcześniejszych eksperymentów z free jazzem i awangardą. Całość ma bardziej komercyjny charakter, co potwierdza przede wszystkim "Odds Bullets and Blades (Part I)", oparty na jakby reggae'owej grze sekcji rytmicznej, stanowiącej akompaniament dla dość kiczowatej partii syntezatora. Ciekawiej wypadają te momenty, kiedy na pierwszy plan wychodzą partie Sandersa i Etheridge'a, który coraz lepiej radzi sobie z graniem w stylu Johna McLaughlina - w "Odds Bullets and Blades (Part II)" i "The Nodder" nie sposób nie usłyszeć wpływu Mahavishnu Orchestra. Zaś bardzo energetyczny "Huffin" brzmi jak wariacja na temat własnego "Hazard Profile". Najciekawszym fragmentem albumu jest jednak zarejestrowany (prawdopodobnie samodzielnie przez Jenkinsa) całkowicie w studiu "Soft Space". Czegoś takiego na płycie zespołu jeszcze nie było - utwór utrzymany jest w stylistyce progresywnej elektroniki i kojarzy się raczej z dokonaniami Tangerine Dream czy Klausa Schulze'a, niż Soft Machine. Wyszło świetnie.

"Alive & Well: Recorded in Paris" jest albumem nierównym i nieco wtórnym wobec swoich dwóch poprzedników, ale jednocześnie zmiana instrumentarium i ostatni utwór wprowadzają trochę świeżości, której tak bardzo brakowało na "Softs". "Soft Space" to zdecydowanie jeden z ciekawszych i bardziej udanych eksperymentów późnego Soft Machine i choćby dla tego jednego fragmentu warto zapoznać się z tym wydawnictwem.

Ocena: 7/10



Soft Machine - "Alive & Well: Recorded in Paris" (1978)

1. White Kite; 2. Eos; 3. Odds Bullets and Blades (Part I); 4. Odds Bullets and Blades (Part II); 5. Song of the Sunbird; 6. Puffin; 7. Huffin; 8. Number Three; 9. The Nodder; 10. Surrounding Silence; 11. Soft Space

Skład: Karl Jenkins - instr. klawiszowe; John Etheridge - gitara; Rick Sanders - skrzypce; Steve Cook - bass; John Marshall - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Mike Thorne


11 listopada 2018

[Recenzja] Wayne Shorter - "Adam's Apple" (1967)



"Adam's Apple" to kolejny album Wayne'a Shortera nagrany dla Blue Note. Efekt sesji z 3 i 24 lutego 1966 roku - tradycyjnie mającej miejsce w Van Gelder Studio, pod producenckim nadzorem Alfreda Liona - na płycie został wydany dopiero w październiku następnego roku. Po nagranym w bardziej rozbudowanym składzie "The All Seeing Eye", saksofonista postanowił wrócić do klasycznej formy kwartetu. W nagraniach wsparli go po raz kolejny Herbie Hancock i Reggie Workman, a także Joe Chambers - perkusista znany ze współpracy m.in. z Bobbym Hutchersonem, Archie'em Sheppem, Chickiem Coreą i Freddie'em Hubbardem.

Na album składa się sześć utworów. Pięć z nich to kompozycje Shortera, jedna to interpretacja "502 Blues (Drinkin' and Drivin')" Jimmy'ego Rowlesa. Podczas sesji zarejestrowano także kompozycję "The Collector" Hancocka, dodaną do repertuaru na kompaktowych reedycjach. Całość rozpoczyna nagranie tytułowe - jedyny efekt sesji z 3 lutego. Utwór został zbudowany na zaskakująco frywolnym temacie (granym przez całe nagranie na pianinie), jednak nawet w takim kawałku zachwycają solówki lidera. Materiał z drugiej sesji jest już bardziej poważny. Sympatyczne, lecz nieco staroświeckie ballady "502 Blues" i "Teru" przeplatają się z bardziej żywiołowymi, nowoczesnymi utworami post-bopowymi, jak "El Gauho", "Chief Crazy Horse" i "Footprints". Szczególnie wspaniale wypada ten ostatni, czarujący swoim klimatem i pięknymi solówkami Shortera. Utwór stał się jednym z najpopularniejszych jazzowych standardów lat 60., jednak najsłynniejszą wersją jest ta nagrania później - ale wydana wcześniej, na albumie "Miles Smiles" - przez kwintet Milesa Davisa (z Shorterem i Hancockiem).

"Adam's Apple" to jeden z mniej lubianych przeze mnie albumów Wayne'a Shortera z czasów jego współpracy z Blue Note (przypadającej na najbardziej dla niego kreatywne lata 1964-70). Instrumentaliści grają tutaj naprawdę dobrze, a lider wręcz rewelacyjnie. Ale same kompozycje - poza doskonałym "Footprints", a w mniejszym stopniu "El Gauho" i "Chief Crazy Horse" - nie zachwycają mnie. Takimi albumami, jak "JuJu", "Speak No Evil" i "The All Seeing Eye", Shorter pokazał, że stać go na znacznie więcej jako kompozytora. Może to kwestia tego, że zbyt wiele swoich najlepszych utworów zaczął oddawać Davisowi.

Ocena: 7/10



Wayne Shorter - "Adam's Apple" (1967)

1. Adam's Apple; 2. 502 Blues (Drinkin' and Drivin'); 3. El Gaucho; 4. Footprints; 5. Teru; 6. Chief Crazy Horse

Skład: Wayne Shorter - saksofon tenorowy; Herbie Hancock - pianino; Reggie Workman - kontrabas; Joe Chambers - perkusja
Producent: Alfred Lion


9 listopada 2018

[Recenzja] Popol Vuh - "Aguirre" (1975)



Popol Vuh największą sławę - o ile w przypadku tej grupy można w ogóle użyć tego słowa - zdobył dzięki regularnej współpracy z niemieckim reżyserem Wernerem Herzogiem. Na przestrzeni lat (głównie w okresie 1972-82) zespół stworzył muzykę do ośmiu jego filmów. Pierwszym efektem tej współpracy była ścieżka dźwiękowa do filmu "Aguirre, gniew boży" z 1972 roku. W formie płytowej muzyka została opublikowana dopiero trzy lata później, na wydawnictwie zatytułowanym "Aguirre". Wbrew tytułowi, trafiły tu tylko dwa krótkie, około siedmiominutowe fragmenty znacznie dłuższej ścieżki dźwiękowej (kompaktowa reedycja z 2004 roku zawiera jeszcze jeden fragment, co jednak wciąż nie wyczerpuje tematu), uzupełnione innym niepublikowanym wcześniej materiałem, zarejestrowanym w latach 1972-74.

Nie jest tajemnicą, że longplay został wydany w celu wypełnienia kontraktowych zobowiązań. I niespecjalnie się do niego przyłożono, o czym świadczy już sama okładka - z grafiką niemającą nic wspólnego z zawartą tu muzyką, bez jakichkolwiek informacji, że część nagrań pochodzi z filmu Herzoga i składem przepisanym wprost z "Einsjäger und Siebenjäger" (uwzględniającym wokalistkę Djong Yun, której w ogóle tutaj nie słychać, a pomijającym faktycznie udzielających się Conny'ego Veita i Roberta Eliscu). Dobór i zestawienie materiału też nie do końca przekonuje. Wydawnictwo jest po prostu niespójne, pozbawione jakiegoś pomysłu na całość.

Ale jego poszczególne momenty są całkiem interesującym uzupełnieniem dyskografii Popol Vuh. No, może z wyjątkiem "Morgengruß II" i "Agnus Dei" - nic nie ujmując im samym, są to po prostu alternatywne, nieznacznie się różniące wersje utworów "Morgengruß" i "Gutes Land" z wydanego zaledwie rok wcześniej albumu "Einsjäger und Siebenjäger". To piękna muzyka, ale czyż nie lepiej było umieścić tu więcej takiej całkowicie premierowej? Chociażby tej z "Gniewu bożego". Bo dwa obecne fragmenty brzmią bardzo intrygująco. "Aguirre I" to przypomnienie elektronicznych początków Popol Vuh. Utwór opiera się wyłącznie na brzmieniu syntezatora Mooga i rzadkiego instrumentu znanego jako choir organ - w budowie przypominającego melotron, ale imitującego chóralny śpiew (na zakończenie pojawia się jeszcze krótka solówka na andyjskiej fletni pana). W podobnym stylu utrzymany jest z początku "Aguirre II", ale w trzeciej minucie klimat całkowicie się zmienia - brzmienia klawiszowe ustępują miejsca pięknym partiom gitar, przywołujących pastoralny nastrój "Einsjäger und Siebenjäger". Z kolei wypełniający drugą stronę winylowego wydania, szesnastominutowy "Vergegenwärtigung" to znów stricte elektroniczne nagranie, o bardzo swobodnym, eksperymentalnym charakterze i mrocznym, ambientowym klimacie.

Poszczególne utwory nie schodzą poniżej pewnego, wysokiego poziomu. Jednak razem nie tworzą spójnego, przemyślanego albumu, a zbiór przypadkowych nagrań, którym zresztą "Aguirre" jest. W dodatku część materiału to tylko alternatywne wersje kompozycji wydanych niedługo wcześniej. Ale dla pozostałych fragmentów zdecydowanie warto zapoznać się z tym longplayem. Może też być dobrym wprowadzeniem do twórczości Popol Vuh, gdyż pokazuje zarówno bardziej eksperymentalne, elektroniczne oblicze grupy z początków działalności, jak i to późniejsze, już w pełni dojrzałe.

Ocena: 7/10



Popol Vuh - "Aguirre" (1975)

1. Aguirre I; 2. Morgengruß II; 3. Aguirre II; 4. Agnus Dei; 5. Vergegenwärtigung

Skład: Florian Fricke - instr. klawiszowe; Daniel Fichelscher - gitara (2-4), perkusja (4); Conny Veit - gitara (1,3); Robert Eliscu - fletnia pana (1), obój (4), flet (4)
Producent: Popol Vuh


7 listopada 2018

[Recenzja] Anthony Braxton - "For Alto" (1971)



Anthony Braxton to jeden z najwybitniejszych przedstawicieli muzyki improwizowanej. Celowo nie napisałem "jazzowej", gdyż jego poszukiwania wyszły daleko poza ten gatunek. Nic dziwnego, że jego twórczość często spotyka się z nierozumieniem jazzowych tradycjonalistów. Jednak nie można jej odmówić ogromnej kreatywności i nowatorstwa, które inspirowały kolejne pokolenia muzyków. W tym roku wypada 50-lecie profesjonalnej kariery Braxtona, który pozostaje aktywnym muzykiem. Jego bogata dyskografia obejmuje ponad setkę albumów, jednak ze względu na ich ambitny, awangardowy charakter - nigdy nie przyniosły mu powszechnej sławy ani pieniędzy (na życie zarabia jako profesor uniwersytecki).

Choć Braxton potrafi grać na przeróżnych odmianach saksofonu (nigdy jednak nie używał popularnego tenoru) i klarnetu, swój najbardziej ceniony album zarejestrował wyłącznie za pomocą saksofonu altowego. Dodać trzeba, że nagrał go bez pomocy innych muzyków. "For Alto" to pierwszy w historii jazzu album na instrument solo. I to od razu dwupłytowy, zawierający siedemdziesiąt trzy minuty muzyki. Materiał powstał w lutym 1969 roku, a wydano go... w sumie nie bardzo wiadomo kiedy. Różne źródła nie są w tej kwestii zgodne, ale najbardziej wiarygodne podają rok 1971. Nawet jeśli album ukazał się z dwuletnim poślizgiem, to nic nie stracił na swojej świeżości, gdyż swoim nowatorstwem jeszcze bardziej wyprzedzał czas. To jeden z najważniejszych albumów freejazzowych, wytyczający standardy gry na saksofonie w tym nurcie. Braxton, mając do dyspozycji tylko alt, stosował przeróżne techniki gry i eksperymentował z sonorystyką, aby materiał był jak najbardziej zróżnicowany i nie nudził. Czasem gra naprawdę agresywnie, wydobywając z saksofonu dysonansowe, drażniące dźwięki (np. "To Composer John Cage", "To Pianist Cecil Taylor", "To My Friend Kenny McKenny"), zaś kiedy indziej zachwyca subtelnością i wyrafinowaniem ("To Artist Murray dePillars", "Dedicated to Ann and Peter Allen"). Cały materiał jest improwizowany i został zarejestrowany na setkę, bez żadnych późniejszych dogrywek.

Jeżeli komuś się wydaje, że ponad godzinny album na saksofon solo musi być nudny, nie może być bardziej w błędzie. "For Alto" zachwyca bogactwem pomysłów i improwizatorskimi umiejętnościami Anthony'ego Braxtona. Oczywiście jest to muzyka trudna w odbiorze, wymagająca intelektualnego wysiłku. Dlatego początkowo może spotkać się z kompletnym niezrozumieniem nawet wśród osób mających już jakieś doświadczenie z free jazzem. A nawet nie wyobrażam sobie jakie musi wywoływać wrażenia u osób, które wcześniej nie miały do czynienia z tym stylem. Jednak każdy, kto chce poszerzać swój gust i być w miarę osłuchanym człowiekiem, powinien w pewnym momencie swojej muzycznej edukacji spróbować zmierzyć się z "For Alto". A także z innymi dokonaniami Braxtona, które nie zawsze są tak radykalne.

Ocena: 10/10



Anthony Braxton - "For Alto" (1971)

LP1: 1. Dedicated to Multi-Instrumentalist Jack Gell; 2. To Composer John Cage; 3. To Artist Murray dePillars; 4. To Pianist Cecil Taylor; 5. Dedicated to Ann and Peter Allen
LP2: 1. Dedicated to Susan Axelrod; 2. To My Friend Kenny McKenny; 3. Dedicated to Multi-Instrumentalist Leroy Jenkins

Skład: Anthony Braxton - saksofon altowy
Producent: Robert G. Koester


5 listopada 2018

[Recenzja] King Crimson Collectors' Club (przegląd, część II)

W drugiej części przeglądu wydawnictw z serii "King Crimson Collectors' Club" przyjrzę się wydawnictwom zarejestrowanym pomiędzy październikiem 1972, a lipcem 1974 roku. W składzie zespołu, obok Roberta Frippa, występowali wówczas John Wetton, Bill Bruford, David Cross i (przez kilka pierwszych miesięcy) Jamie Muir. Był to zdecydowanie najmocniejszy koncertowy skład King Crimson, któremu udało się do perfekcji opanować sztukę zespołowej improwizacji. Występy zespołu były w tamtym czasie czymś naprawdę niezwykłym, daleko wkraczającym poza standardy rockowych koncertów. Nie były tylko elementem promocji nowych wydawnictw. Wręcz przeciwnie, zespół całkowicie odwrócił panujący porządek. Najpierw były występy, podczas których muzycy testowali swoje nowe, jeszcze niewydane kompozycje, stopniowo szlifując ich kształt, a także grali długie improwizacje, podczas których nierzadko rodziły się pomysły na nowe utwory. Po serii takich występów, zespół wchodził do studia, gdzie podsumowywał ten okres swojej działalności. W sumie ukazały się wówczas trzy studyjne longplaye: "Larks's Tongues in Aspic", "Starless and Bible Black" i "Red" (na dwóch ostatnich wykorzystano także koncertowe nagrania po odpowiedniej obróbce).

Działalność trzeciego koncertującego składu King Crimson została całkiem nieźle udokumentowana na powszechnie dostępnych koncertówkach: "USA" (fragmenty występów z czerwca 1974 roku), "The Night Watch" (kompletny zapis z 23 listopada 1973 w Amsterdamie) i przede wszystkim na czteropłytowym boksie "The Great Deceiver" (fragmenty różnych występów z lat 1973-74). Jednak zdecydowanie nie wyczerpują one tematu. Dlatego warto zapoznać się także z dziewięcioma wydawnictwami z serii "King Crimson Collectors' Club", będących doskonałym uzupełnieniem. Dzięki nim można prześledzić opisany wyżej proces - przekonać się, jak mocno ewoluowały poszczególne kompozycje, zanim zostały nagrane w studio (a zwykle też po ich zarejestrowaniu) i jak wiele interesujących pomysłów ma swoje korzenie w natchnionych improwizacjach. Dlatego też tym razem zdecydowałem się przedstawić kolejne pozycje według daty zarejestrowania, a nie wydania.


Skład IIIa
Robert Fripp - gitara, instr. klawiszowe; John Wetton - bass, wokal;
David Cross - skrzypce, instr. klawiszowe, flet; Bill Bruford - perkusja; Jamie Muir - instr. perkusyjne


"Live at the Zoom Club" (KCCC20, 2002)

Zapis zupełnie pierwszego występu tego składu, który odbył się 13 października 1972 roku we Frankfurcie. Zespół zaprezentował wczesne wersje wszystkich sześciu utworów, które w następnym roku zostały wydane na albumie "Larks' Tongues in Aspic" (nagranym na początku 1973 roku). I dużo, dużo więcej. Muzycy już wtedy doskonale ze sobą współpracowali. Czego przykładem niewydana nigdzie indziej kompozycja "Zoom" - rozbudowana do ponad dwudziestu minut - a także liczne improwizacje, w tym niesamowita, ponad czterdziestominutowa "Zoom Zoom", czy już znacznie krótsza "Fallen Angel", będąca zalążkiem nagranej dwa lata później kompozycji o tym właśnie tytule. Niestety, jakość dźwięku jest beznadziejna, ale wystarczająca by przekonać się, że był to naprawdę porywający występ. A także niezwykle ważny pod względem historycznym.
Ocena: 8/10

CD1: 1. Larks' Tongues in Aspic (Part I); 2. Book of Saturday; 3. Zoom; 4. Improv: Zoom Zoom
CD2: 1. Easy Money; 2. Improv: Fallen Angel; 3. Improv: Z'Zoom; 4. Exiles; 5. The Talking Drum; 6. Larks' Tongues in Aspic (Part II)


"The Beat Club, Bremen" (KCCC3, 1999)

To zapis występu w telewizyjnym studiu, 17 października 1972 roku, wyemitowany następnie w niemieckim programie "Beat-Club". Znalazły się tu trzy utwory, z których ostatni jest ucięty. Zwraca uwagę zdecydowanie lepsza, prawie doskonała jakość dźwięku. Oprócz przedpremierowych, wciąż dalekich do albumowych, ale wspaniałych wersji "Exiles" i "Larks' Tongues in Aspic (Part I)", znalazła się tu także półgodzinna, zahaczająca o jazz i awangardę, ale rockowo ciężka improwizacja "The Rich Tapestry of Life", podczas której w pełni objawia się ogromna kreatywność, instrumentalny kunszt i umiejętność zespołowej interakcji tego składu.
Ocena: 8/10

1. Improv: The Rich Tapestry of Life; 2. Exiles; 3. Larks' Tongues in Aspic (Part I)


"Live in Guildford" (KCCC24, 2003)

Skład z Muirem nie miał szczęścia do rejestracji swoich występów. KCCC24, zapis występu z 13 listopada 1972, także cierpi przez problemy techniczne. Jakość dźwięku jest słaba (choć lepsza od KCCC20), ponadto brakuje początku "Larks' Tongues in Aspic (Part I)", a "Exiles" urywa się nagle po trzech minutach (potem słychać jeszcze króciutki fragment jakiejś fajnej improwizacji). Repertuaru dopełnia "Book of Saturday" (wtedy jeszcze noszący tytuł "Daily Games") oraz 25-minutowa improwizacja "All That Glitters Is Not Nail Polish" - z początku niezbyt ciekawa, ale z czasem muzycy się rozgrzewają, a końcówka - ze zwariowaną solówką Frippa na tle rozpędzonej sekcji rytmicznej - to już mistrzostwo.
Ocena: 7/10

1. Larks' Tongues in Aspic (Part I); 2. Book of Saturday; 3. Improv: All That Glitters Is Not Nail Polish; 4. Exiles / Improv


Skład IIIb
Robert Fripp - gitara, instr. klawiszowe; John Wetton - bass, wokal;
David Cross - skrzypce, instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne


"Live in Zurich" (KCCC41, 2009)

W samym 1973 roku King Crimson zagrał ponad setkę koncertów, z czego wiele zarejestrowano. Ale w serii KCCC ukazał się tylko jeden zapis pochodzący z tego roku. I to w dodatku częściowo już znany, bo fragment występu z 15 listopada w Zurychu został opublikowany na "The Great Deceiver". Ponadto, fragment improwizacji "The Law of Maximum Distress" posłużył za podkład utworu "The Mincer", wydanego na "Starless and Bible Black". Fragment ten został dosłownie wycięty z taśmy z występem, po czym dodano do niego studyjne nakładki, w tym partię wokalną. Na szczęście, na potrzeby "Live in Zurich" udało się przywrócić brakującą część, dzięki czemu w końcu można było usłyszeć całą improwizację (na "The Great Deceiver" znalazły się tylko kawałki).

Na repertuar występu złożyło się kilka przedpremierowych utworów, wydanych cztery miesiące później, oczywiście w nieco innym kształcie, na "Starless and Bible Black" ("Lament", "The Night Watch", "Fracture"), obszerne fragmenty "Larks' Tongues in Aspic" (w tym m.in. jak zawsze rozbudowane wersje "Easy Money" i "Larks' Tongues in Aspic (Part II)"), a także nietypowo dużo, jak na ten skład, utworów wcześniejszych wcieleń zespołu ("Peace: A Theme", "Cat Food" i "21st Century Schizoid Man"). Wszystkie wykonania ciekawie odbiegają od wersji albumowych. Do tego znalazło się tu kilka improwizacji. Najbardziej intrygują wspomniana "The Law of Maximum Distress", a także "Some More Pussyfooting", obie bardzo awangardowe.

Choć brakuje tutaj szaleństwa z czasów występów z Muirem, wykonanie jest naprawdę doskonałe, a brzmienie w końcu perfekcyjne. Tym samym dobrze, że występ z Zurychu został opublikowany w całości, gdyż jest to jedna z najcenniejszych pozycji w całej serii.
Ocena: 9/10

CD1: 1. Walk On... No Pussyfooting; 2. Improv: Some Pussyfooting; 3. Larks' Tongues in Aspic (Part I); 4. R.F. announcement; 5. Lament; 6. Peace: A Theme; 7. Cat Food; 8. The Night Watch; 9. Fracture
CD2: 1. Improv: The Law of Maximum Distress (Part I); 2. The Mincer; 3. The Law of Maximum Distress (Part II); 4. Easy Money; 5. Exiles; 6. Improv: Some More Pussyfooting; 7. The Talking Drum; 8. Larks' Tongues in Aspic (Part II); 9. 21st Century Schizoid Man


"Live in Heidelberg" (KCCC29, 2005)

Choć ten występ miał miejsce w dniu premiery "Starless and Bible Black", 29 marca 1974 roku, zespół wybiegał już w przyszłość i zaprezentował nową kompozycję "Starless" (później wydaną, w przearanżowanej wersji, na "Red"). W repertuarze znalazł się też "Dr. Diamond" - grany na koncertach już od kilku miesięcy, ale nigdy nie wydany w wersji studyjnej (choć nie ustępuje innym kompozycjom z tamtego okresu). Reszta repertuaru to nagrania z dwóch najświeższych wówczas albumów. Zwraca uwagę piękna, rozbudowana wersja "Exiles" i jak zwykle zmodyfikowany "Easy Money". Inne kawałki są wykonane bardziej zachowawczo. Improwizacje? "Heidelberg I" to rozbudowany wstęp "Dr. Diamond", a "Heidelberg II" nieszczególnie porywa. Brzmienie całości jest nieco zniekształcone, a "Fracture" urywa się nagle po trzech minutach.
Ocena: 7/10

1. Improv: Heidelberg I; 2. Dr. Diamond; 3. Exiles; 4. Improv: Heidelberg II; 5. Starless; 6. The Night Watch; 7. Lament; 8. Easy Money; 9. Fracture


"Live in Mainz" (KCCC15, 2001)

Dzień po występie w Heidelberg, 30 marca, zespół dał koncert w Mainz. Podstawowy repertuar jest praktycznie identyczny ("Fracture" tym razem urywa się jeszcze szybciej), za to muzycy chętniej wdają się w improwizacje. "The Savage" to kolejny rozbudowany wstęp "Dr. Diamond", zaś "Arabica" to ciekawe wprowadzenie do "Exiles". Bardzo intrygująco wypada awangardowa "Atria". Jest też piękne "Trio", w innej wersji, niż na albumie "Starless and Bible Black". Ogólnie, w porównaniu z poprzednim występem, słychać tu znacznie więcej pasji (chociażby w jeszcze bardziej porywającym wykonaniu "Easy Money"). Lepsze jest też brzmienie (choć w mocniejszych fragmentach zniekształcone).
Ocena: 8/10

1. Improv: The Savage; 2. Dr. Diamond; 3. Improv: Arabica; 4. Exiles; 5. Improv: Atria; 6. The Night Watch; 7. Starless; 8. Lament; 9. Improv: Trio; 10. Easy Money / Fracture


"Live in Kassel" (KCCC36, 2007)

Kolejny występ z tego samego okresu (1 kwietnia) i znów niemal identyczny repertuar (z nagle urwanym "Fracture"). Doszedł tylko "The Great Deceiver", który nie wiedzieć czemu, nie był często grany przez zespół podczas koncertów. Tradycyjnie nie brakuje improwizacji, choć tym razem pozbawione są własnych tytułów. Pierwsza to obowiązkowy rozszerzony wstęp "Dr. Diamond". Druga zaczyna się nietypowo, bo od perkusyjnej solówki Bruforda. Dopiero po chwili dochodzą pozostali muzycy, jednak wypadają wyjątkowo przeciętnie. Trzecia, znacznie delikatniejsza improwizacja też niespecjalnie przyciąga uwagę. Najciekawiej wypada tu instrumentalna część "Easy Money". Można więc śmiało powiedzieć, że ta pozycja nic nie wnosi do katalogu King Crimson. Brzmieniowo też jest co najwyżej przeciętnie, a w cięższych momentach słabo.
Ocena: 6/10

1. The Great Deceiver; 2. Improv I; 3. Dr. Diamond; 4. Improv II; 5. Exiles; 6. The Night Watch; 7. Lament; 8. Starless; 9. Improv III; 10. Easy Money; 11. Fracture


"Live in Toronto" (KCCC45, 2011)

Fragmenty tego występu, z 24 czerwca 1974 roku, zostały już wcześniej wydane w boksie "The Great Deceiver". W tym te najbardziej istotne, a więc dwie porywające improwizacje (agresywna, zahaczająca o stylistykę fusion "The Golden Walnut" i awangardowa "Clueless and Slightly Slack"), pokazujące zespół w doskonałej formie. Poza tym znalazły się tam "The Night Watch" i (w końcu kompletny) "Fracture". Pozostały repertuar nie przynosi niespodzianek. Zespół zaprezentował stały zestaw kompozycji. Odnotować należy tylko obecność "Larks' Tongues in Aspic (Part II)" (był grany podczas marcowo-kwietniowych koncertów, ale nie mieścił się na taśmach) i powracającego do setlisty "21st Century Schizoid Man" (w miejsce "Dr. Diamond"). Wykonanie całości bez zarzutu, brzmienie przyzwoite.
Ocena: 8/10

CD1: 1. Larks' Tongues in Aspic (Part II); 2. Lament; 3. Exiles; 4. Improv: The Golden Walnut; 5. The Night Watch; 6. Fracture
CD2: 1. Improv: Clueless and Slightly Slack; 2. Easy Money; 3. Starless; 4. 21st Century Schizoid Man


"Live in Central Park, NYC" (KCCC10, 2000)

Ten zapis ma przede wszystkim wartość historyczną. 1 lipca 1974 roku Fripp, Wetton, Bruford i Cross po raz ostatni wystąpili razem na scenie. Później pierwsza trójka weszła jeszcze do studia, by zarejestrować materiał na "Red", po czym King Crimson zawiesił działalność. Setlista tego ostatniego występu nie przynosi większych niespodzianek. Warto tylko zwrócić uwagę na nietypowo zagrany w roli otwieracza "21st Century Schizoid Man" oraz jedyną improwizację - bardzo swobodną, z początku lekko jazzującą, później rockowo ciężką "Cerberus". Wykonanie całości jest fantastyczne, ale brzmienie tragiczne, jak na amatorskim bootlegu.
Ocena: 8/10

1. Walk On... No Pussyfooting; 2. 21st Century Schizoid Man; 3. Lament; 4. Exiles; 5. Improv: Cerberus; 6. Easy Money; 7. Fracture; 8. Starless; 9. The Talking Drum; 10. Larks' Tongues in Aspic (Part 2)


PS. Więcej koncertowych nagrań z tego okresu można znaleźć w bardzo obszernych boksach "Larks' Tongues in Aspic: The Complete Recordings" (2012), "The Road to Red" (2013) i "Starless" (2014).

3 listopada 2018

[Recenzja] The Quartet - "The Quartet" (1979)



Pod niewyszukaną nazwą The Quartet kryją się polscy jazzmani: saksofonista Tomasz Szukalski, perkusista Janusz Stefański (obaj znani ze współpracy z Tomaszem Stańko), pianista Sławomir Kulpowicz oraz basista Paweł Jarzębski. Zespół istniał zaledwie dwa lata, ale dzięki licznym występom zdobył światowe uznanie. I mógł zdobyć jeszcze większe, gdyby po fantastycznie przyjętych występach w słynnym nowojorskim klubie Village Vanguard, muzycy zdecydowali się pozostać w Stanach. Wrócili jednak do kraju, a niedługo potem zakończyli współpracę z przyczyn personalnych - byli zbyt wielkimi indywidualnościami, by móc dłużej współpracować.

Kwartet pozostawił po sobie dwie płyty z materiałem studyjnym. Pierwsza sesja odbyła się w dniach 8-10 października 1978 roku w warszawskim Staromiejskim Domu Kultury. Debiutancki, eponimicznie zatytułowany album został oryginalnie wydany w 1979 roku przez wytwórnię Poljazz w ramach serii Klub Płytowy PSJ, a wznowiono go tylko raz (edycja kompaktowa z 2009 roku).

Na repertuar składają się cztery kompozycje Kulpowicza, z których żadna nie trwa poniżej ośmiu minut. Prezentują one absolutnie światowy poziom, choć sprawiają wrażenie pochodzących z innej epoki - w ten sposób grano dobre kilkanaście lat wcześniej. Co, oczywiście, nie umniejsza jakości tego materiału. Najmniej interesująco wypada sam początek albumu. Kompozycja "The Promise" to bardzo zachowawczy głównonurtowy jazz, z nieco zbyt słodkimi solówkami Szukalskiego (choć w pewnym momencie na chwilę nabierają ostrości). Później jednak jest już coraz ciekawiej. "Arlekin Dance", po niezbyt obiecującym początku, przeradza się w piękną improwizację ze świetną, dodającą jakby nieco rockowego brudu i ciężaru partią basu oraz porywającymi solówkami saksofonu w stylu Johna Coltrane'a. Do twórczości wielkiego jazzmana jeszcze bardziej nawiązuje "Namashkar Blues", przywołujący spiritualistyczny klimat utworów w rodzaju "Out of This World", z niemal równie pięknymi i uduchowionymi partiami całego składu, jednak błyszczy przede wszystkim Szukalski. Wysoki poziom utrzymuje żywiołowy "Macondo", który zbliża się do stylistyki freejazzowej, zachowując jednak przez prawie całą swoją długość (z pominięciem perkusyjnego popisu Stefańskiego) wyraźną linię melodyczną.

The Quartet był fantastycznie zgranym zespołem i te nagrania doskonale to potwierdzają. Z dwóch albumów kwartetu ten jest jednak tym słabszym, bardziej konformistycznym, czego potwierdzeniem jest wyraźny ukłon w stronę szerszej publiki w pierwszym utworze (w którym jednak też słychać talent muzyków). Reszta longplaya wspina się jednak na wyżyny polskiego jazzu, zbliżając się do samego szczytu.

Ocena: 8/10



The Quartet - "The Quartet" (1979)

1. The Promise; 2. Arlekin Dance; 3. Namashkar Blues; 4. Macondo

Skład: Tomasz Szukalski - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Sławomir Kulpowicz - pianino; Paweł Jarzębski - kontrabas, bass; Janusz Stefański - perkusja
Producent: The Quartet


1 listopada 2018

[Recenzja] Timothy Leary & Ash Ra Tempel - "Seven Up" (1973)



Album "Seven Up" to efekt współpracy Ash Ra Tempel z hippisowskim guru, doktorem Timothym Learym. Naukowiec i filozof przebywał w tamtym czasie w Szwajcarii, po ucieczce z amerykańskiego więzienia, gdzie trafił za eksperymenty z LSD i głoszenie niewygodnych poglądów. Ponieważ z obawy przed ekstradycją nie mógł przyjechać do Niemiec, to muzycy Ash Ra Tempel udali się do Berna, gdzie w sierpniu 1972 roku zarejestrowali materiał na swój trzeci album (w październiku, już u siebie, dokonali paru dogrywek). Tytuł rzekomo odnosi się do puszek napoju 7 Up doprawionych LSD, które muzycy pili podczas sesji. Manuel Göttsching twierdzi jednak, że tytuł odnosi się do książki "Siedem poziomów świadomości", nad którą pracował wówczas Leary.

"Seven Up" jest swego rodzaju albumem koncepcyjnym. Teksty - autorstwa Leary'ego i Briana Barritta (obaj udzielają się także jako wokaliści) - odnoszą się do teorii tego pierwszego o siedmiu stanach po zażyciu środków psychoaktywnych. Stąd na albumie znalazło się siedem utworów (połączonych, za pomocą elektronicznych szumów, w dwie kilkunastominutowe suity, odpowiadające dwóm stronom płyty winylowej), z których każdy kolejny jest coraz bardziej odjechany. Zaczyna się od zupełnie konwencjonalnego, bluesrockowego "Downtown", w kolejnych utworach brzmienia gitarowe coraz bardziej ustępują klawiszowym, a praktycznie cała druga strona to swobodny, psychodeliczny jam, całkowicie pozbawiony wyraźnych struktur, jakim podlegają kawałki ze strony pierwszej. Cpuńską atmosferę podkreślają odpowiednie partie wokalne, ale i bez nich nietrudno byłoby uniknąć narkotycznych skojarzeń.

Longplay jest ciekawą dźwiękową ilustracją stanu po spożyciu psychodelików. Jednak pod względem instrumentalnym nie stanowi żadnego postępu w stosunku do wcześniejszych wydawnictw Ash Ra Tempel. I nie jest to niestety aż tak porywająca muzyka, jak na debiutanckim dziele zespołu. Wciąż jednak warta poznania.

Ocena: 7/10



Timothy Leary & Ash Ra Tempel - "Seven Up" (1973)

1. Space (Downtown / Power Drive / Right Hand Lover / Velvet Genes); 2. Time (Timeship / Neuron / She)

Skład: Manuel Göttsching - gitara, syntezatory; Hartmut Enke - bass, gitara, syntezatory; Timothy Leary - głos
Gościnnie: Steve Schroyder - instr. klawiszowe; Dieter Dierks - syntezator; Dieter Burmeister - perkusja; Tommie Engel - perkusja; Michael Duwe - flet, głos; Brian Barritt, Liz Elliott, Bettina Hohls, Portia Nkomo - głosy
Producent: Rolf-Ulrich Kaiser i Gille Lettmann

Po prawej: alternatywna wersja okładki.