27 stycznia 2016

[Recenzja] Witchwood - "Litanies From the Woods" (2015)



Minął ledwie miesiąc odkąd opublikowałem swoje podsumowanie zeszłego roku, a już żałuję nieuwzględnienia w nim kilku albumów. Albumów, które odkryłem zdecydowanie za późno. Wśród nich znajduje się "Litanies From the Woods" - debiutanckie dzieło młodego włoskiego zespołu o nazwie Witchwood. Grupa czerpie garściami z klasycznego rocka lat 70., głównie z takich stylów, jak hard-, prog- i folk rock. W utworach nie brakuje wyrazistych riffów, ani zachwycających solówek gitarowych. W bogatych aranżacjach słychać zaś inspirację zarówno takimi wykonawcami, jak Deep Purple i Uriah Heep (wszechobecne Hammondy), jak i Jethro Tull (w składzie jest nawet muzyk grający na flecie). Nie brzmi to może szczególnie oryginalnie, jednak na tle licznych współczesnych zespołów nawiązujących do tamtej dekady, Witchwood zdecydowanie się wyróżnia. Muzykom nie można zarzucić ani talentu wykonawczego, ani kompozytorskiego. A szczególnie brak tego drugiego jest widoczny w ostatnich czasach wśród młodych zespołów.

Longplay rozpoczyna się od trzech najbardziej dynamicznych kawałków. "Prelude / Liar" to hardrockowy riffowiec, przyjemnie ubarwiony "purpurowymi" organami. Świetny jest fragment w środku, kiedy milkną wszystkie instrumenty, z wyjątkiem basu, do którego po chwili dołącza partia fletu i organowe tło, a następnie także perkusja - przypomina to nieco twórczość Traffic. Przynajmniej do czasu ponownego wejścia gitary, gdy utwór znów zaczyna nabierać dynamiki. Instrumentalnie jest więc naprawdę rewelacyjnie - gorzej wypada warstwa wokalna. Riccardo Dal Pane niestety nie posiada szerokiej skali głosu, szczególnymi umiejętnościami też nie może się pochwalić. W zupełności wynagradza to jednak muzyka. W kolejnym utworze, "A Place for the Sun", główny riff gitarowy uzupełniany jest fletem i organami, przez co brzmi jak skrzyżowanie mocniejszego Jethro Tull z Deep Purple. Utwór jest ciekawie urozmaicany spokojniejszymi refrenami, znów też pojawia się świetny fragment instrumentalny - tym razem z gitarą akustyczną i prześlicznymi solówkami na gitarze i organach. "Rainbow Highway" to kolejny riffowiec, tym razem o nieco podfunkowionym rytmie. I w tym utworze pojawia się ciekawe zwolnienie w środku - tym razem z klasycyzującą partią pianina, oraz kolejną świetną solówką gitarową.

"The Golden King" rozpoczyna spokojniejszą część albumu. To bardzo klimatyczny, nieco orientalizujący utwór o wciągającym, transowym charakterze. Świetna rzecz. Mieszane odczucia mam natomiast w stosunku do 11-minutowego "Shade of Grey". Z jednej strony są w nim naprawdę śliczne partie gitary akustycznej, a także nadające folkowego klimatu ozdobniki na flecie i mandolinie. Z drugiej - w utworze nie dzieje się zbyt wiele, a zaostrzenia w drugiej połowie wypadają dość topornie. Zdecydowanie przydałoby się skrócić tą kompozycję. Tym bardziej, że album i tak jest bardzo długi. "The World Behind Your Eyes" to bardziej piosenkowy utwór, z łagodnymi, akustycznymi zwrotkami i ostrzejszym, przebojowym refrenem. Warto zwrócić uwagę na kapitalną, choć krótką, solówkę wieńczącą utwór. Najbardziej intrygującym utworem jest "Farewell to the Ocean Boulevard". Mimo, że to ponad kwadrans całkowicie instrumentalnej muzyki, jest zdecydowanie najbardziej chwytliwą kompozycją na albumie, z licznymi zapadającymi w pamięć motywami i fantastycznymi popisami muzyków (jest tu nawet solo perkusyjne - rzecz praktycznie niespotykana na współczesnych albumach). Słabo na tle całości wypada "Song of Freedom" - dziewięciominutowa kompozycja, w której panuje straszny chaos, jakby muzycy chcieli wymieszać ze sobą jak najwięcej muzycznych gatunków - słychać i country, i folk, i blues, i rock... Poziom wraca w podniosłym finale albumu, "Handful of Stars", złożonym z kilku części: wokalnej "The Gates of Slumber"; instrumentalnego popisu na granicy hard- i prog rocka, "Nox Erat..."; a także intrygującego zakończenia "Epilogue: Litanies for a Starless Night", z "kosmiczną" partią syntezatora Mooga.

"Litanies From the Woods" to jeden z lepszych rockowych debiutów XXI wieku. Mimo wszystko, album nie jest pozbawiony wad. Ta największa to długość - 78 minut muzyki to przecież materiał na dwa longplaye. Na miejscu muzyków zrezygnowałbym z kilku utworów - jeden odłożył do dopracowania na następny album ("Shade of Grey"), inny w ogóle bym sobie darował ("Song of Freedom"). I wówczas album sprawiałby lepsze wrażenie. Być może następnym razem członkowie Witchwood nie popełnią takiego błędu i wydadzą bardziej zwarty, w pełni udany album.

Ocena: 7/10



Witchwood - "Litanies From the Woods" (2015)

1. Prelude / Liar; 2.  A Place for the Sun; 3. Rainbow Highway; 4. The Golden King; 5. Shade of Grey; 6. The World Behind Your Eyes; 7. Farewell to the Ocean Boulevard; 8. Song of Freedom; 9. Handful of Stars

Skład: Riccardo Dal Pane - wokal, gitara, mandolina, instr. perkusyjne; Luca Celotti - bass; Andrea Palli - perkusja i instr. perkusyjne; Stefano Olivi - instr. klawiszowe; Samuele Tesori - flet, harmonijka
Gościnnie: Alessandro Celli - gitara; Alessandro Aroni - bass (7); Matteo Zambrini - instr. perkusyjne; Tiziana Franzoni - dodatkowy wokal
Producent: Witchwood


25 stycznia 2016

[Recenzja] Black Sabbath - "The End" (2016)



Trzy lata temu grupa Black Sabbath wróciła w wielkim stylu, wydając zaskakująco udany album "13". Longplay okazał się wielkim sukcesem - artystycznym i komercyjnym - i muzycy nie wykluczali, że jeszcze wejdą razem do studia. Osobiście uważałem to za zły pomysł. Wydaje mi się mało prawdopodobne, żeby byli w stanie utrzymać poziom "13". Poza tym, zakończenie tego albumu, z tymi samymi odgłosami burzy, które rozpoczynały debiutancki album, straciłoby wówczas sens. Po tej symbolicznej klamrze dyskografia zespołu powinna się kończyć. Dlatego też nie zmartwiła mnie informacja, że tegoroczna trasa koncertowa będzie ostatnim przejawem działalności Black Sabbath i zespół nie wejdzie już nigdy do studia nagraniowego. O ile jednak nie chciałbym nowego albumu grupy, tak ucieszyła mnie wiadomość, że podczas wspomnianej trasy będzie sprzedawane specjalne wydawnictwo o tytule "The End", zawierające osiem niepublikowanych wcześniej nagrań (w tym czterech studyjnych pozostałości po sesji "13"). Taki suplement nie szkodzi spójności dyskografii, za to jest ciekawym uzupełnieniem ostatniego albumu.

Podczas sesji nagraniowej "13", zespół zarejestrował szesnaście utworów, z których osiem trafiło na album, a kolejne cztery posłużyło jako bonusy w rozszerzonych wydaniach. Te cztery ostatnie - może poza "Methademic", który był nawet wykonywany na koncertach - nie były, szczerze mówiąc szczególnie porywające. Jak zatem brzmią pozostałe cztery utwory z sesji, które dopiero teraz zostały opublikowane? Wbrew obawom, nie jest źle. Ba, taki "Season of the Dead" mógłby być naprawdę mocnym punktem albumu. To rozbudowana do ponad siedmiu minut kompozycja, oparta na fantastycznym, bardzo charakterystycznym - a więc ciężkim i posępnym - riffowaniu Tony'ego Iommiego, wspartym równie rozpoznawalnym basem Geezera Butlera i chwytliwą partią wokalną Ozzy'ego Osbourne'a. Mógłby to być świetny otwieracz lub finał albumu. Brak tego utworu na "13" można tłumaczyć chyba tylko tym, że muzycy postanowili zachować go na potencjalny następny longplay, aby choć w pewnym stopniu mieć zapewniony wysoki poziom.

"Cry All Night" to też mocna rzecz. Utwór niewiele krótszy od poprzedniego, z przebojową częścią wokalną (choć linia wokalna w zwrotkach kojarzy się z "Loner" z "13") i łagodniejszym fragmentem instrumentalnym w środku, podczas którego Iommi gra prostą, lecz przyciągającą uwagę solówkę. Dynamiczny, bardziej zwarty "Take Me Home" pod względem przebojowości nie zostaje w tyle. Sporym zaskoczeniem jest solówka na gitarze akustycznej -  i jest to zaskoczenie jak najbardziej pozytywne. Najmniej przekonuje mnie "Isolated Man" z dziwnie przetworzonym śpiewem Osbourne'a. Jednak i tutaj w warstwie instrumentalnej dzieje się dużo dobrego - świetny jest zwłaszcza fragment z solówką Iommiego na tle basowego popisu Geezera. Wszystkie cztery utwory trzymają dobry poziom, nie sprawiają wrażenia odrzutów. Wiele niestety tracą przez nowoczesną produkcję Ricka Rubina - ale tak samo było przecież z "13".

Na "The End" znalazły się także cztery nagrania koncertowe, zarejestrowane w kwietniu 2013 roku w Australii i Nowej Zelandii, oraz w kwietniu 2014 roku w Kanadzie. Aż trzy z nich pochodzą z ostatniego albumu ("God Is Dead?", "End of the Beginning" i "Age of Reason"), a uzupełnia je nieco niedoceniana perła z wydanego w 1972 roku "Vol. 4" - "Under the Sun". Wykonania są bliskie studyjnych pierwowzorów i jeśli już, to różnią się raczej na niekorzyść - vide "Under the Sun", który został skrócony o instrumentalną kodę. Muzycy są jednak w doskonałej formie. Iommi i Butler łoją jakby wciąż mieli po dwadzieścia-parę lat, a Ozzy śpiewa nie gorzej, niż w studiu. Warto jeszcze wspomnieć o Tommym Clufetosie, który z powodzeniem odtwarza partie Brada Wilka (w utworach z "13") i Billa Warda (w "Under the Sun", zawierającym kilka interesujących perkusyjnych przejść).

"The End" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli Black Sabbath. Studyjne utwory trzymają wysoki poziom albumu "13", a nagrania koncertowe są przyjemnym dodatkiem, potwierdzającym dobrą formę muzyków. Jeżeli to już naprawdę koniec, to zespół odchodzi w doskonałym momencie. Z godnością, zamiast podkopywać swoją legendę kolejnymi, nagrywanymi na siłę, coraz słabszymi nowymi albumami. Niewielu wykonawców zdecydowało się zejść ze sceny, gdy nadszedł na to czas. Za to tym większy szacunek dla Tony'ego, Geezera i Ozzy'ego.

Ocena: 6/10

PS. Mam nadzieję, że nie będzie trzeba długo czekać na ogólnodostępne wydawnictwo, zawierające wszystkie osiem studyjnych odrzutów z "13". Z przyjemnością kupiłbym taką składankę, zwłaszcza jeśli byłaby wydana jako pojedynczy winyl (wszystkie te utwory trwają razem niespełna 44 minuty, a to nawet według dzisiejszych standardów za mało na dwie płyty - choć pewnie wytwórnia znalazłaby sposób, aby wydać na dwóch, niestety). 



Black Sabbath - "The End" (2016)

1. Season of the Dead; 2. Cry All Night; 3. Take Me Home; 4. Isolated Man; 5. God Is Dead? (live); 6. Under the Sun (live); 7. End of the Beginning (live); 8. Age of Reason (live)

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass
Gościnnie: Brad Wilk - perkusja (1-4); Tommy Clufetos - perkusja (5-8); Adam Wakeman - instr. klawiszowe (5-8)
Producent: Rick Rubin (1-4)


20 stycznia 2016

[Recenzja] Steven Wilson - "4 ½" (2016)



Steven Wilson nigdy nie próżnował, ale w ostatnim czasie wypuszcza tyle nowych wydawnictw, że nawet jego fani mogą odczuwać przesyt. Nie minął jeszcze rok od czasu premiery jego czwartego solowego albumu, "Hand. Cannot. Erase.", a dyskografia już poszerzyła się o składankę ("Transience", zawierającą m.in. nową wersję "Lazarus" z repertuaru Porcupine Tree) i trafiającą właśnie do sprzedaży EPkę "4 ½". To ostatnie wydawnictwo zawiera aż 37 minut premierowej muzyki, a więc jeszcze ćwierć wieku temu mogłoby być traktowane jako pełnoprawny album. Mogłoby, gdyby nie to, że zawiera materiał zarejestrowany podczas różnych sesji na przestrzeni trzech lat.

Połowa repertuaru to odrzuty z dwóch najnowszych albumów Wilsona. Z sesji "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" pochodzi nagranie "Year of the Plague". Nic dziwnego, że skończyło jako odrzut, bo nie tylko nie pasowałoby tam stylistycznie ze swoim niby-ambientowym charakterem, ale jest po prostu słabe (i nudne, ale to akurat nigdy Wilsonowi nie przeszkadzało). Podobnie ma się sprawa z dwoma odrzutami z "Hand. Cannot. Erase.". Może nie wypadają szczególnie źle na tle twórczości Wilsona - a już na pewno nie na tle wspomnianego albumu, choć lepiej też nie - ale przy przyjęciu szerszej perspektywy są po prostu mizerne. "Happiness III" to kolejny bardzo miałki kawałek poprockowy, a instrumentalny "Sunday Rain Sets In" to takie granie, które zmierza donikąd i nic z niego nie wynika - nie ma tu ani melodii, ani klimatu, ani jakiś ciekawych partii instrumentalnych.

Pozostałe utwory, trwające w sumie prawie 25 minut, to już materiał zarejestrowany po wydaniu "Hand. Cannot. Erase.". Dziewięciominutowy "My Book of Regrets" mógłby jednak spokojnie trafić na tamten longplay. Lub na któreś z wydawnictw Porcupine Tree wydanych po "Signify" (zresztą momentami ociera się o autoplagiat "Time Flies", który z kolei był mocno zainspirowany floydowskim "Dogs"). Jest to kolejna poprockowa piosenka, charakteryzująca się anemicznością typową dla współczesnego mainstreamu rockowego, ale bezsensownie rozciągnięta niby-progrockowymi solówkami, które zupełnie nie pasują do prostoty piosenkowych części utworu. Wyszło coś naprawdę kuriozalnego. Nieco lepiej prezentuje się instrumental "Vermillioncore", nawiązujący raczej do retro-progowej stylistyki wcześniejszych solowych wydawnictw Wilsona, tylko w podmetalizowanej wersji. Znów jednak jest to granie bez sprecyzowanego celu, bez melodii ani klimatu, z tylko trochę lepszymi, ale wciąż niezbyt interesującymi partiami instrumentalnymi.

Całości dopełnia zarejestrowany podczas koncertu i poprawiony w studiu "Don't Hate Me" - jedna z najsłynniejszych kompozycji Porcupine Tree, oryginalnie wydana na albumie "Stupid Dream". Pod względem instrumentalnym wykonanie nie odbiega od studyjnego (nie licząc dodania przyjemniej solówki Adama Holzmana na pianinie elektrycznym), a Wilson znów tak samo smęci, ale w refrenie oddaje głos znanej już z "Hand. Cannot. Erase." Ninet Tayeb, co wyszło tylko na gorsze. Nie mam pojęcia, czemu Wilson uparcie promuje tak przeciętną wokalistkę, która położyła nawet tak prostą partię. W każdym razie utwór pozostaje nudnawą balladą, rozbudowaną długimi solówkami (oprócz udanego popisu Holzmana, są tu też niezbyt ekscytujące, proste solówki Theo Travisa na saksofonie i Dave'a Kilminstera na gitarze), które zapewne mają sugerować słuchaczom, że obcują z wielkim progresywnym dziełem.

"4 ½" powinien uświadomić fanom Wilsona, że ich idol jest tylko szarlatanem grającym miałki pop i nudne instrumentale, a sprzedaje to jako ambitną muzykę, żerując na niewiedzy osób, które nigdy nie miały styczności z naprawdę wartościową muzyką. A przecież dostęp do niej w dzisiejszych czasach jest śmiesznie prosty. Bez problemu można poznać całe dyskografie nie tylko Pink Floyd, Genesis czy Yes, ale także King Crimson, Gentle Giant, Van der Graaf Generator, Soft Machine, Caravan, Gong, Henry Cow, Can, Popol Vuh, Ash Ra Tempel, Agitation Free, Magmy, Heldon i mnóstwa innych wartościowych wykonawców. Ich twórczość z pewnością zapewni znacznie głębsze doznania estetyczne i pozwoli odtworzyć się także na inne gatunki, jak jazz, muzyka elektroniczna czy szeroko pojmowana awangarda.

Ocena: 2/10



Steven Wilson - "4 ½" (2016)

1. My Book of Regrets; 2. Year of the Plague; 3. Happiness III; 4. Sunday Rain Sets In; 5. Vermillioncore; 6. Don't Hate Me

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe, cytra, instr. perkusyjne; Adam Holzman - instr. klawiszowe; Nick Beggs - bass, Chapman stick, dodatkowy wokal; Dave Kilminster - gitara (1,6); Guthrie Govan - gitara (3); Craig Blundell - perkusja (1,5,6); Marco Minnemann - perkusja (3); Chad Wackerman - perkusja (4); Theo Travis - saksofon i flet (4,6)
Gościnnie: Ninet Tayeb - wokal (6)
Producent: Steven Wilson


18 stycznia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Emotional Resque" (1980)



Zachęceni sukcesem singla "Miss You", Stonesi postanowili kontynuować flirt z muzyką disco. Jednak to, co na poprzednim albumie brzmiało świeżo i intrygująco, tutaj jest już tylko niesmacznym, odgrzewanym kotletem. Ani "Dance (Pt. 1)", ani tytułowy "Emotional Rescue" nie mogą równać się z wspomnianym, dwa lata starszym przebojem. Pierwszy balansuje na granicy autoplagiatu, ale brakuje mu dobrej melodii. Drugi jest natomiast kompletnie asłuchalny przez partię wokalną Micka Jaggera, śpiewającego charakterystycznym dla tego stylu, irytującym falsetem. Na albumie zespół eksperymentuje też z reggae, jednak tym razem (w przeciwieństwie do karykaturalnego "Cherry Oh Baby" z "Black and Blue") ze znacznie lepszym skutkiem - "Send It to Me" to całkiem przyjemny, bezpretensjonalny utwór. Oczywiście na albumie nie zabrakło też stonesowego czadu, choć tym razem w postaci niezbyt wyrazistych utworów ("Summer Romance", "Let Me Go", "Where the Boys Go", "She's So Cold"). Każdą stronę winylowego wydania kończy natomiast ballada - niestety obie ("Indian Girl", "All About You") są zbyt przesłodzone. Na albumie znalazł się jednak jeszcze jeden spokojniejszy utwór - zgrabny blues "Down in the Hole". Dla tego jednego utworu warto sięgnąć po "Emotional Resque". Poza nim brakuje tu jednak wyrazistych kompozycji. Brakuje czegokolwiek, do czego chciałoby się wracać.

Ocena: 5/10



The Rolling Stones - "Emotional Resque" (1980)

1. Dance (Pt. 1); 2. Summer Romance; 3. Send It to Me; 4. Let Me Go; 5. Indian Girl; 6. Where the Boys Go; 7. Down in the Hole; 8. Emotional Rescue; 9. She's So Cold; 10. All About You

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, pianino; Keith Richards - gitara, wokal (10), bass (10), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, bass (8), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass (1-7,9), syntezator; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Ian Stewart  - pianino, instr, perkusyjne; Nicky Hopkins - instr. klawiszowe; Sugar Blue - harmonijka; Bobby Keys - saksofon; Michael Shrieve - instr. perkusyjne; Max Romeo - dodatkowy wokal (1); Jack Nitzsche - aranżacja instr. dętych (5)
Producent: Mick Jagger i Keith Richards


15 stycznia 2016

[Recenzja] Witchcraft - "Nucleus" (2016)



Witchcraft to jeden z naprawdę nielicznych młodych zespołów, do którego twórczości chętnie wracam. Grupa ciekawie nawiązuje do najlepszych czasów muzyki rockowej. Nie tylko stylistycznie. Jej pierwsze trzy albumy brzmiały jakby zostały nagrane czterdzieści lat wcześniej. Szczególnie warto z nich wyróżnić trzeci, "The Alchemist" z 2007 roku. O ile na poprzednich było słychać głównie inspirację klasycznym doom metalem (Black Sabbath, Pentagram), tak na tym doszły wyraźne wpływy rocka progresywnego, a aranżacje stały się znacznie bogatsze. Poza tym muzycy rozwinęli się jako kompozytorzy i zaproponowali bardzo przebojowy, ale nie banalny, materiał. Nieco rozczarował mnie kolejny album zespołu, wydany w 2012 roku "Legend" - pierwszy, który poznawałem na bieżąco. Chociaż poziom kompozytorski na nim nie spadł, to przez unowocześnione (czyt. cięższe, pozbawione przestrzeni i dynamiki) brzmienie i uproszczenie aranżacji (tylko podstawowe instrumentarium: gitary, bas, perkusja) nie słuchało się go tak przyjemnie, jak poprzednich dokonań Witchcraft. Być może to uwspółcześnienie było koniecznym kompromisem po podpisaniu kontraktu z większą wytwórnią, a może wynikało z istotnej zmiany składu - z oryginalnego wcielenia grupy pozostali wówczas tylko wokalista i gitarzysta Magnus Pelander oraz basista Ola Henriksson.

Od czasu wydania "Legend" minęło trochę ponad trzy lata. W międzyczasie skład Witchcraft znów uległ poważniej zmianie - w zespole pozostał tylko Pelander. To jednak właśnie on był zawsze siłą napędową grupy, co pozwoliło zachować mu nazwę. Z pomocą nowej sekcji rytmicznej - basisty Tobiasa Angera i perkusisty Rage'a Widerberga - nagrał kolejny album wydany pod tym szyldem, zatytułowany "Nucleus". Na miesiąc przed premierą albumu opublikowana została pierwsza zapowiedź, w postaci singlowego kawałka "The Outcast". Utwór sprawia naprawdę dobre wrażenie: klasyczne brzmienie (bliższe pierwszych trzech albumów, niż "Legend"), dużo hard rockowego riffowania, ale też liczne spokojne zwolnienia, do tego przebojowa melodia i bogata aranżacja (poza podstawowym instrumentarium słychać także flet i klawisze); nie można też nie wspomnieć o zgrabnych, klasycznie rockowych gitarowych solówkach. Kompozycja spokojnie mogłaby tracić na "The Alchemist". I na pewno nie byłaby tam wypełniaczem. Po takiej zapowiedzi spodziewałem się albumu co najmniej bardzo dobrego.

Ale "Nucleus" nie jest takim albumem. Klasyczne brzmienie i dość urozmaicone aranżacje, charakteryzujące także pozostałe utwory, to za mało by zachwycić, jeśli brakuje dobrych, przyciągających uwagę kompozycji. "The Outcast" należy do wyjątków. Innym interesującym utworem jest  "An Exorcism of Doubts". Rozpoczęty posępnym motywem, jakiego nie powstydziłby się Tony Iommi, który stopniowo przechodzi w niemal balladową zwrotkę, by wrócić w refrenie. Po drugim refrenie niespodziewanie rozbrzmiewa bardzo ładna solówka, przywołująca klimat rockowych ballad z lat 70. Potem utwór nabiera ciężaru i tempa, pojawia się kilka niezłych riffów, by na koniec wrócił do głównego tematu. Bardzo sabbathowo brzmi także "Theory of Consequence", słusznie wybrany na drugą zapowiedź longplaya. Szkoda jedynie, że kończy się po niespełna dwóch i pół minuty, pozostawiając spory niedosyt. Na wyróżnienie zasługują także bardziej pogodne i przebojowe "The Obsessed", "To Transcend Bitterness" i "Chasing Rainbows". Wbrew wszelkiej logice, ostatni - i najlepszy - z tych trzech utworów jest tylko bonusem (w wydaniu digipakowym oraz wersji winylowej).

Ale na albumie jest też sporo dłużyzn. Już na otwarcie pojawia się ponad ośmiominutowy "Malstroem", który po ciekawym wstępie (z gitarą akustyczną i fletem) zmienia się w toporny i dość monotonny riffowy walec. A to jeszcze nic przy dwóch najdłuższych utworach, które razem trwają pół godziny. W tytułowym "Nucleus" zespół proponuje liczne zmiany nastroju, ale całości brakuje płynności, jaką miał chociażby tytułowy utwór z "The Alchemist". Do tego dochodzi chaos spowodowany użyciem zbyt wielu dodatkowych instrumentów - jak nie fletu, to skrzypiec lub przeróżnych klawiszowych brzmień, by na koniec wstawić jeszcze minutę gry na akordeonie. Jakby tego było mało, pojawiają się tu jeszcze chóralne wokalizy... Dla odmiany w finałowym "Breakdown" dzieje się zbyt mało, jak na kwadrans muzyki: najpierw siedem minut jednostajnego, spokojnego grania, potem drugie tyle monotonnego powtarzania jednego, topornego riffu. Zdecydowanie więcej dzieje się w niemal trzykrotnie krótszym "Helpless" - częściowo utrzymanym balladowym nastroju, a częściowo miażdżącym sabbathowym ciężarem. Jednak i w nim pojawia się spora powtarzalność motywów,

Chociaż ilościowo przeważają tutaj utwory udane (sześć do czterech), to pod względem czasowym stanowią one mniejszą część albumu (niespełna pół godziny, przy ponad 70-minutowej całości). W rezultacie "Nucleus" okazuje się najsłabszym albumem w dotychczasowej dyskografii Witchcraft. Grupa wciąż jest jednym z najciekawszych zjawisk na scenie retro-rockowej, ale nie podoba mi się kierunek, jaki obrała na tym albumie. Za dużo tutaj rozciągania utworów, przy czym muzykom zbrakło wyobraźni, by ciekawie je wypełnić, unikając chaosu lub monotonii. W krótszych utworach dzieje się zdecydowanie więcej, a przynajmniej sprawiają one takie wrażenie. Mam nadzieję, że muzycy po nabraniu dystansu do swojego najnowszego albumu, dostrzegą jego wady i wyciągną odpowiednie wnioski. Nie wykluczam, że będą wówczas w stanie stworzyć coś na miarę "The Alchemist" - jak dotąd najlepszego retro-albumu XXI wieku.

Ocena: 7/10



Witchcraft - "Nucleus" (2016)

LP1: 1. Malstroem; 2. Theory of Consequence; 3. The Outcast; 4. Nucleus; 5. An Exorcism of Doubts
LP2: 1. The Obsessed; 2. To Transcend Bitterness; 3. Helpless; 4. Breakdown; 5. Chasing Rainbows

Skład: Magnus Pelander - wokal i gitara; Tobias Anger - bass; Rage Widerberg - perkusja
Producent: Magnus Pelander, Philip Gabriel Saxin i Anton Sundell


11 stycznia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Some Girls" (1978)



"Some Girls" bywa uznawany za kolejne - i już definitywnie ostatnie - wielkie dzieło Stonesów. Czy jednak słusznie? Przy pierwszych przesłuchaniach nie byłem do tego przekonany, jednak album zyskiwał z kolejnymi odsłuchami. Bez wątpienia jest to znacznie lepszy longplay od poprzedniego w dyskografii "Black and Blue". Nowy skład zdążył się już zgrać, a także odnaleźć w nowej muzycznej rzeczywistości, w której królowały disco i punk - wśród nowych utworów zespołu (a powstało ich tyle, że starczyło ich jeszcze na następne albumy) wielbiciele obu tych stylów mogli znaleźć coś dla siebie. Warto też dodać, że muzycy nagrali ten album niemal całkiem samodzielnie, nie wspierając się - jak przy okazji siedmiu poprzednich longplayów - licznymi muzykami sesyjnymi. Na "Some Girls" muzycy spoza zespołu wystąpili tylko w czterech utworach, z których tylko w jednym ich wkład decyduje o charakterze kompozycji.

Ten utwór to oczywiście "Miss You" - najbardziej znany fragment albumu i ostatni naprawdę wielki przebój zespołu. A także jeden z najlepszych w całej dyskografii zespołu, pomimo ewidentnie tanecznego charakteru. Mick Jagger w tamtym czasie był stałym bywalcem klubów disco i po nasiąknięciu tamtejszymi dźwiękami, postanowił stworzyć coś w tym stylu (w komponowaniu pomógł mu Billy Preston, jednak utwór tradycyjnie został podpisany nazwiskami Jaggera i Keitha Richardsa, mimo że ten drugi nie brał udziału w jego tworzeniu). Na szczęście, w utworze zostały wykorzystane wyłącznie prawdziwe instrumenty. Z członków zespołu najbardziej błyszczy Bill Wyman - ta funkowa linia basu to jego największy popis w karierze. Utwór jest jednak przede wszystkim popisem zaproszonych gości - Iana McLagana (ex-Small Faces), który gra charakterystyczny motyw przewodni na pianinie elektrycznym, a także Mela Collinsa (ex-King Crimson) i Jamesa "Sugar Blue" Whitinga, którzy ubarwiają kompozycję saksofonem i harmonijką. Wyszedł naprawdę świetny, chwytliwy kawałek, z jednej strony idealny na parkiet, a z drugiej - nieodrzucający rockowych (czy też np. bluesowych) słuchaczy.

Innym interesującym utworem jest "Beast of Burden", wydany zresztą jako drugi singiel. Utwór zdradza inspirację soulem i pomimo dość melancholijnego charakteru, zachwyca piękną melodią. Ten kawałek także nieźle sprawdziłby się na parkiecie, do wolniejszego tańca. Jeżeli chodzi natomiast o wspomniane we wstępnie naleciałości punkowe, to wymienić trzeba przede wszystkim agresywne "Lies" i "Respectable". Sporo energii pojawia się także w typowo stonesowskich utworach, jak "When the Whip Comes Down", "Shattered" czy śpiewanym przez Richardsa, autobiograficznym "Before They Make Me Run" (gitarzysta rzeczywiście musiał wówczas uciekać - przed prawem, w wyniku różnych narkotykowych wpadek). Muzycy po raz kolejny sięgnęli do repertuaru The Temptations, tym razem czerpiąc z niego kompozycje "Just My Imagination (Running Away with Me)", której nadali bardziej rockowego charakteru. W tytułowym "Some Girls" przypominają natomiast o swojej fascynacji bluesem - jest tu i fajny motyw na harmonijce, i mocny podkład rytmiczny (ten bas!), i dłuższe solówki gitarowe. Niestety, muzycy przypominają tutaj także o swoim uwielbieniu dla country - w najsłabszym na albumie, banalnym "Far Away Eyes".

W sumie jednak "Some Girls" jawi się jako całkiem udany longplay. Nawiązanie do ówczesnych trendów mogło być strzałem do własnej bramki (bo tak zazwyczaj kończą się takie eksperymenty), jednak zespół wyszedł z tej próby zwycięsko, zachowując własną tożsamość. A przede wszystkim muzycy przypomnieli sobie jak pisać dobre utwory i wykonywać je z dawną energią. Może trochę brakuje tutaj solówek Micka Taylora, jednak nie da się ukryć, że Ronnie Wood lepiej od niego wpasował się do reszty zespołu. 

Ocena: 8/10



The Rolling Stones - "Some Girls" (1978)

1. Miss You; 2. When the Whip Comes Down; 3. Just My Imagination (Running Away with Me); 4. Some Girls; 5. Lies; 6. Far Away Eyes; 7. Respectable; 8. Before They Make Me Run; 9. Beast of Burden; 10. Shattered

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, pianino (6); Keith Richards - gitara, bass (4,8), pianino (6), wokal (8), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, bass (10), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass (1-3,5-7,9), syntezator (4); Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Ian McLagan - instr. klawiszowe (1,3); Mel Collins - saksofon (1); Sugar Blue - harmonijka (1,4); Simon Kirke - kongi (10)
Producent: Mick Jagger i Keith Richards


6 stycznia 2016

[Recenzja] The Yardbirds - "Live Yardbirds: Featuring Jimmy Page" (1971)



Po tym, jak grupa Led Zeppelin odniosła sukces, nie trzeba było długo czekać aż różne wytwórnie postanowią zarobić wydając starszy materiał zarejestrowany przez członków tej grupy. Na pierwszy ogień poszły koncertowe nagrania The Yardbirds zarejestrowane z udziałem Jimmy'ego Page'a. Jest to zapis występu grupy z 30 marca 1968 roku w Nowym Jorku. Wykonania są pełne energii i swobody, czego często brakowało na studyjnych albumach grupy. Już na otwarcie zespół zaatakował czadowym "Train Kept A-Rollin'". Jakość zapisu niestety nie jest idealna - na pierwszy plan często wysuwa się harmonijka Keitha Relfa, przez co utwór nie poraża ciężarem, jak wersja studyjna. W dodatku ktoś wpadł na idiotyczny pomysł wstawienia dodatkowych odgłosów publiczności, które zagłuszają zespół... Ale tuż potem pojawia się świetne wykonanie "You're a Better Man Than I", zawierające dwie rewelacyjne solówki Page'a - jedną szybką i ostrą, drugą wolniejszą, przypominającą psychodeliczne odloty Jimiego Hendrixa. Na zakończenie utworu pojawia się fragment przeboju "Heart Full of Soul".

Najciekawszym fragmentem jest jednak "I'm Confused", czyli przeróbka "Dazed and Confused" Jake'a Holmesa. Zaprezentowana już w aranżacji znanej z pierwszego albumu Led Zeppelin. Porywające solówki i riffy Page'a są już na swoim miejscu, brakuje tylko odpowiednio ekspresyjnego wokalisty i mocniej grającej sekcji rytmicznej. Jest za to niezbyt pasująca do tego utworu harmonijka... Pomijając jednak fakt, że Led Zeppelin grał później ten utwór lepiej, i tak jest on najlepszym, najlepiej skomponowanym i najbardziej dojrzałym utworem, jaki kiedykolwiek wykonała grupa The Yardbirds. Kolejna przeróbka, "My Baby" z repertuaru Garneta Mimmsa, już tak szczególnie nie wypada - tym razem zespół nie odbiega daleko od popowego oryginału, a Page nie ma okazji zabłysnąć żadną solówką. Na szczęście, tych ostatnich nie brakuje w odegranych następnie "Over, Under, Sideways, Down", "Drinking Muddy Water" i "Shapes of Things". Największym popisem Page'a jest jednak niemal solowy "White Summer", w którym udało się odtworzyć klimat znany z wersji studyjnej. Całość kończy rozbudowane, 11-minutowe wykonanie "I'm a Man" Bo Diddleya. Nie jest to improwizacja na miarę Cream, niemniej jednak solówki Page'a robią wrażenie.

"Live Yardbirds" ciężko postawić w jednym rzędzie obok najlepszych koncertówek tamtych czasów, mimo wszystko warto zapoznać się z tym materiałem. O ile na studyjnym "Little Games" można usłyszeć, jak rodził się zeppelinowy styl Jimmy'ego Page'a, tak tutaj jest on już praktycznie całkowicie wykrystalizowany. Tym samym, album pozwala poszerzyć wiedzę na temat rozwoju ciężkiego rocka.

Ocena: 7/10



The Yardbirds - "Live Yardbirds: Featuring Jimmy Page" (1971)

1. Train Kept A-Rollin'; 2. You're a Better Man Than I / Heart Full of Soul; 3. I'm Confused; 4. My Baby; 5. Over, Under, Sideways, Down; 6. Drinking Muddy Water; 7. Shapes of Things; 8. White Summer; 9. I'm a Man

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara; Chris Dreja - bass; Jim McCarty - perkusja
Producent: nieznany


4 stycznia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Black and Blue" (1976)



Nowym gitarzystą The Rolling Stones został Ronnie Wood (wcześniej członek The Jeff Beck Group i The Faces, a także solowego zespołu wokalisty obu tych grup, Roda Stewarta). Chociaż Keith Richards i Mick Jagger już wcześniej mieli okazje z nim współpracować (gdy nagrywał swój solowy debiut, "I've Got My Own Album to Do" z 1974 roku), nie od razu zdecydowali się na zatrudnienie własnie jego. Wcześniej przesłuchali wielu innych gitarzystów, wśród których znaleźli się Harvey Mandel (ex-Canned Heat) i Wayne Perkins (muzyk sesyjny) - partie obu wykorzystano nawet na albumie - a także Steve Marriott (ex-Small Faces, Humble Pie), Peter Frampton (ex-Humble Pie), oraz Jeff Beck i Rory Gallagher. Dwaj ostatni nie mieli nawet pojęcia, że biorą udział w przesłuchaniu (choć drugi z nich spędził z zespołem kilka dni na wspólnym graniu), później zaś zgodnie twierdzili, że nie dołączyliby do zespołu. Obaj byli przecież liderami własnych grup i nie chcieli z tego rezygnować, by podporządkowywać się spółce Jagger/Richards. Wood najwyraźniej nie miał z tym problemu. Zresztą jego udział na "Black and Blue" ograniczył się do zagrania w ledwie trzech utworach.

Opisane wyżej wydarzenia są z pewnością ciekawsze niż sam album. Bo "Black and Blue" był, w chwili wydania, najsłabszą pozycją w dyskografii The Rolling Stones. Gdzieś uleciała cała energia, od której kipiał poprzedni longplay, "It's Only Rock 'n' Roll". Słychać to szczególnie w tych bardziej dynamicznych utworach, którym przydałoby się więcej czadu, ale zespół gra w nich niemrawo, jakby bez przekonania ("Hand of Fate", "Hey Negrita", "Crazy Mama"). Jednak problemem jest nie tylko wykonanie - same kompozycje są kompletnie pozbawione wyrazu. Ballady wypadają nużąco ("Memory Hotel", "Fool to Cry"), nieciekawie wyszedł kolejny flirt z funkiem (monotonny i zdecydowanie za długi "Hot Stuff"), podobnie jak sięgnięcie po wpływy jazzowe ("Melody"). Największą porażką jest jednak zupełnie nowy dla zespołu eksperyment ze stylistyką reggae - "Cherry Oh Baby" (z repertuaru Erica Donaldsona). Nie przepadam za tym gatunkiem muzyki, a ten kawałek ma wszystkie jego wady, czyli identyczny, jak we wszystkich innych utworach reggae, rytm, a także irytujące wokalizy.

Bardzo brakuje na tym albumie Micka Taylora, którego partie tak ekscytowały na poprzednich longplayach grupy. Skład z Ronniem Woodem także miewał swoje wzloty, ale na "Black and Blue" próżno ich szukać. 

Ocena: 4/10



The Rolling Stones - "Black and Blue" (1976)

1. Hot Stuff; 2. Hand of Fate; 3. Cherry Oh Baby; 4. Memory Motel; 5. Hey Negrita; 6. Melody; 7. Fool to Cry; 8. Crazy Mama

Skład: Mick Jagger - wokal, instr. perkusyjne (1), pianino (4,7), gitara (8); Keith Richards - gitara, pianino (4), bass (8), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara (3,5,8), dodatkowy wokal (1,2,4,5,8); Bill Wyman - bass (1-7), instr. perkusyjne (1); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Preston - instr. klawiszowe (1,2,4-6,8), dodatkowy wokal (1,4-6), instr. perkusyjne (6); Harvey Mandel - gitara (1,4); Ollie Brown - instr. perkusyjne (1-3,5,8); Ian Stewart - instr. perkusyjne (1); Wayne Perkins - gitara (2,4,7); Nicky Hopkins - instr. klawiszowe (3,7)
Producent: Mick Jagger i Keith Richards