Posty

Wyświetlam posty z etykietą proto-punk

[Recenzja] New York Dolls - "New York Dolls" (1973)

Obraz
Jakby nie patrzeć, to jeden z najbardziej wpływowych albumów amerykańskiego podziemia. Właśnie zmarł ostatni z muzyków New York Dolls, którzy uczestniczyli w jego nagrywaniu - wokalista David Johansen. Warto więc przypomnieć tę płytę, nawet jeśli jej wartość jest bardziej historyczna niż stricte muzyczna. Wydanie tego longplaya było w zasadzie początkiem nowojorskiej sceny punkowej, na której wkrótce miały zadebiutować takie zespoły, jak Talking Heads czy Television. Longplay był też bezpośrednią inspiracją dla brytyjskiego punk rocka, jak The Clash czy Sex Pistols. Zresztą chwilę przed wymyśleniem tego ostatniego, Malcolm McLaren przez krótki czas pełnił nieformalną rolę menadżera rozpadających się Dollsów. Nie mniejszy wpływ grupa wywarła także na amerykańskiego hard rocka, z takimi zespołami, jak Kiss czy Aerosmith. New York Dolls powstał w 1971 roku i szybko stał się lokalną sensacją, wyróżniając się na tle innych nowojorskich kapel swoją wulgarnością oraz kampowym image'em w s...

[Recenzja] MC5 - "Kick Out the Jams" (1969)

Obraz
Powód, dlaczego ta recenzja pojawia się właśnie teraz, jest oczywisty - przed kilkoma dniami zmarł Wayne Kramer, wieloletni lider MC5. Natomiast dlaczego zabrałem się za nią dopiero teraz, trudno mi sensownie uzasadnić. Proto-punkowy zespół, którego gitarzyści chętnie przyznawali się do inspiracji free jazzem - szczególnie twórczością Alberta Aylera, Archiego Sheppa, Sun Ra, późnego Johna Coltrane'a oraz nagraniami z udziałem Sonny'ego Sharrocka - to przecież idealny kandydat do opisania na tej stronie. Dyskografia MC5 - to skrót od Motor City Five, bo kwintet pochodzi z okolic Detroit - składa się z zaledwie trzech albumów, z których najbardziej liczy się pierwszy. To właśnie "Kick Out the Jams" zaistniał w różnego rodzaju zestawieniach płyt wszech czasów, wymieniany jako wydawnictwo archetypowe dla sposobu grania, który już w tamtym czasie był dość rozpowszechniony, ale mainstreamowe media dostrzegły niemal dekadę później i nazwały punk rockiem. Czytaj też:  [Recenz...

[Recenzja] Monks - "Black Monk Time" (1966)

Obraz
Nie milkną echa skandalu na białostockiej diecezji. No bo kto to widział, żeby ksiądz napastował kobietę i to w dodatku dorosłą? Problemu z celibatem oraz hipokryzją nie mieli na szczęście muzycy grupy Monks. Bo tak naprawdę nie byli to wcale mnisi, a amerykańscy żołnierze stacjonujący w Zachodnim Berlinie, którzy postanowili zastąpić mundury habitami i grać obsceniczną muzykę (przynajmniej pod względem instrumentalnym, bo teksty skupiają się na antywojennym przekazie). W połowie lat 60. musiało to budzić niemałe oburzenie w konserwatywnych środowiskach. Swoją drogą chciałbym zobaczyć, jak dziś podobny numer odwalają chociażby żołnierze z polskich baz NATO. Bo niby mamy różnych prowokatorów na krajowej scenie, ale muzycznie nie ma o czym mówić. A Monks nie dość, że prowokowali, to jeszcze nagrali jeden z najbardziej wizjonerskich albumów lat 60. "Black Monk Time", jedyne pełnowymiarowe wydawnictwo grupy, można z dzisiejszej perspektywy uznać za jedną z najważniejszych płyt ta...

[Recenzja] Neu! - "Neu! '75" (1975)

Obraz
Klaus Dinger i Michael Rother nie popisali się na swoim drugim albumie. "Neu! 2" w znacznej części brzmi jak zbiór odpadków po eponimicznym debiucie duetu, z niewielką ilością nowych rozwiązań, które są zdecydowanie niedopracowane. Niedługo potem drogi muzyków rozeszły się na pewien czas (Rother nawiązał w tym czasie współpracę z muzykami Cluster, tworząc supergrupę Harmonia), by zejść się ponownie pod koniec 1974 roku. Duet zarejestrował jeszcze jeden album, na którym wrócił do formy z debiutu i ciekawie rozwinął pomysły z "dwójki", aczkolwiek zauważalny jest brak nowych rozwiązań i balansowanie na granicy autoplagiatu. Niemniej jednak "Neu! '75" (znany też jako "Neu! 3") jest wydawnictwem wartym uwagi. W trakcie sesji nagraniowej, odbywającej się w grudniu '74 i styczniu '75 w studiu Conny'ego Planka, Dinger i Rother wciąż nie mogli dojść do porozumienia w kwestii muzycznego kierunku. Kompromis osiągnięto poprzez podziele...

[Recenzja] The Stooges - "Fun House" (1970)

Obraz
"Fun House", podobnie jak poprzedzający go eponimiczny debiut The Stooges, w chwili wydania nie cieszył się wielką popularnością, ale z czasem został należycie doceniony. To jeden z ciekawszych rockowych albumów tamtego okresu, udanie łączący proto-punkową wściekłość i surowość z prawdziwie awangardowymi elementami - i mam tu na myśli nie są samą innowacyjność, a faktyczne nawiązania do awangardy. Co ciekawe, producentem albumu nie był już obracający się w takich klimatach John Cale, a Don Gallucci - klawiszowiec grającej prosty rock grupy The Kingsmen. Ideą albumu było jak najlepsze oddanie żywiołowych występów The Stooges. Utwory były rejestrowane na żywo - każdy w kilku podejściach, z których potem wybrano najlepsze. Po latach, w 1999 roku, ukazał się siedmiopłytowy boks "1970: The Complete Fun House Sessions", zawierający prawdopodobnie wszystkie podejścia zarejestrowane w trakcie dwutygodniowej sesji z maja 1970 roku. Jednak przesłuchanie tak obszernego ...

[Recenzja] The Stooges - "The Stooges" (1969)

Obraz
Dowodzony przez charyzmatycznego Iggy'ego Popa zespół The Stooges był jednym z prekursorów punk rocka. Podobnie jednak jak inni proto-punkowi wykonawcy, do zaoferowania miał znacznie więcej, niż jego naśladowcy. Co słychać już na jego debiutanckim, eponimicznym albumie. Zespół zarejestrował go w kwietniu 1969 roku z pomocą byłego muzyka The Velvet Underground, Johna Cale'a, w roli producenta. Choć muzycy aktywnie koncertowali od kilkunastu miesięcy, przystępując do nagrań dysponowali jedynie pięcioma kompozycjami, w większości trwającymi około trzech minut. Przedstawiciele Electra Records nie chcieli słyszeć o tak krótkim albumie, więc zespół spontanicznie stworzył jeszcze trzy kawałki ("Real Cool Time", "Not Right" i "Little Doll"). Podobno zajęło to tylko jedną noc, a następnego dnia zostały zarejestrowane w studiu. Wytwórni nie spodobał się także miks albumu przygotowany przez Cale'a - ostatecznie materiał został ponownie zmiksowany prz...

[Recenzja] The Velvet Underground - "White Light/White Heat" (1968)

Obraz
Po komercyjnej klapie "The Velvet Underground & Nico", muzycy zespołu postanowili sami pokierować swoją karierą. Odprawili Andy'ego Warhola i Nico (która w efekcie rozpoczęła karierę solową), a następnie zabrali się za nagranie drugiego albumu. Uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie próba odtworzenia w studiu muzyki, jaką grali podczas koncertów. Tym samym, całkowicie zrezygnowali z obecnych na debiucie elementów folkowych, oraz nawiązań do psychodelii. Materiał zawarty na "White Light/White Heat" ma o wiele bardziej eksperymentalny, awangardowy charakter. Utwory można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczają się krótsze nagrania o quasi-piosenkowym charakterze. Tytułowy "White Light/White Heat", "Lady Godiva's Operation", "Here She Comes Now" i "I Heard Her Call My Name" mogłyby konkurować na listach przebojów z ówczesnymi singlami Stonesów, gdyby nie brzmienie. Brudne, mocno przesterowane, pełne ...

[Recenzja] The Velvet Underground & Nico - "The Velvet Underground & Nico" (1967)

Obraz
Jeden z najsłynniejszych i najbardziej wpływowych albumów w dziejach muzyki. Longplay, na którym rock stracił swoje dziewictwo. W czasach niewinnych i naiwnych piosenek o miłości i pokoju, muzycy The Velvet Underground zaproponowali materiał o znacznie bardziej dosadnej tematyce, łamiącej wszelkie tabu. Narkotyki, seks i przeróżne dewiacje były w tekstach grupy na porządku dziennym. Nie mniej przełomowa była sama warstwa muzyczna. Eksperymentalny charakter muzyki i brudne brzmienie doskonale dopełnia całości. W 1967 roku świat nie był jeszcze na coś takiego gotowy. Sklepy odmawiały sprzedaży albumu, stacje radiowe - emisji jego fragmentów, a w prasie nie było recenzji.  Zespół w czasie swojego istnienia był niemal nieznany. Jego twórczość powszechnie doceniono dopiero dekadę później, gdy okazało się, jak wielki wpływ wywarła ona na twórczość kolejnego pokolenia muzyków. The Velvet Underground powstał w 1964 roku (początkowo jako The Primitives, lecz nazwa ta okazała się...

[Recenzja] The Modern Lovers - "The Modern Lovers" (1976)

Obraz
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten album, byłem zdziwiony, że już w 1976 roku grano w taki sposób. Prawdziwym szokiem było natomiast odkrycie, że materiał ten został nagrany znacznie wcześniej, na przełomie lat 1971-72. Muzyka zawarta na debiutanckim albumie The Modern Lovers określana jest jako proto-punk, lecz zdecydowanie bliżej jej do takich stylów, jak post-punk, nowa fala, czy indie rock. Stylów, które na początku lat 70. teoretycznie jeszcze nie istniały. Nie istniał wtedy jeszcze nawet punk rock. Potwierdza to, jak nieistotna - z czysto muzycznego punktu widzenia - była ta cała "punkowa rewolucja" z 1977 roku. Nie wniosła do muzyki kompletnie nic nowego. The Modern Lovers powstał w 1970 roku w stanie Massachusetts, z inicjatywy śpiewającego gitarzysty Jonathana Richmana, klawiszowca Jerry'ego Harrisona (później członka Talking Heads), perkusisty Davida Robinsona (później w The Cars), oraz basisty Erniego Brooksa. Materiał zawarty na debiutanckim...

[Recenzja] Peter Hammill - "Nadir's Big Chance" (1975)

Obraz
Pod koniec 1974 roku Peter Hammill, Dave Jackson, Hugh Banton i Guy Evans podjęli decyzję o wznowieniu działalności pod szyldem Van der Graaf Generator. Pierwszy tydzień grudnia muzycy spędzili na nagraniach w walijskim Rockfield Studios oraz londyńskim Trident. Zarejestrowany wówczas materiał, choć nagrany przez pełny skład reaktywowanego VdGG, ukazał się pod nazwiskiem Hammilla. Zapewne dlatego, że kompozycje, jakimi dysponował lider, niekoniecznie pasowały do charakteru zespołu - "Nadir's Big Chance" to dość eklektyczny zbiór krótszych, piosenkowych kawałków. Podobieństw do nagrań grupy trudno jednak było uniknąć z tak charakterystycznym wokalistą i instrumentalistami o równie rozpoznawalnym stylu. Można polemizować, która autorska płyta Petera Hammilla wyszła mu najlepiej, ale "Nadir's Big Chance" niewątpliwie jest najbardziej progresywną - nie w znaczeniu stylistycznym, ale tym ścisłym, odnoszącym się do przyszłościowego myślenia o muzyce. Zupełnie jakb...

[Recenzja] Yoko Ono - "Yoko Ono/Plastic Ono Band" (1970)

Obraz
Ten album to właściwie efekt uboczny sesji nagraniowej solowego debiutu Johna Lennona - wydanego tego samego dnia, z niemal identyczną okładką i podobnym tytułem, "John Lennon/Plastic Ono Band". W trakcie jednego popołudnia sesji, w październiku 1970 roku, biorący w niej udział muzycy - Lennon, Ringo Starr i Klaus Voormann - zorganizowali, wraz z Yoko Ono, spontaniczne jam session. Materiał został zarejestrowany, zmiksowany i wraz z jednym nagraniem dokonanym przez Ono i innych instrumentalistów prawie trzy lata wcześniej, trafił na "Yoko Ono/Plastic Ono Band". Jest to album zupełnie inny od bliźniaczego wydawnictwa sygnowanego nazwiskiem Lennona - pozbawiony warstwy tekstowej, eksperymentalny, pozbawiony typowych struktur, w pewnym sensie wizjonerski, bo wpisujący się w ramy proto-punku, z pewnymi elementami kojarzącymi się z wówczas dopiero raczkującym krautrockiem, a nawet jeszcze nieznaną stylistyką no wave. Dodatkowo nie brak tu także nawiązań do muzyki ...