28 lutego 2019

[Recenzja] Joy Division - "Still" (1981)



Po sukcesie, który nadszedł po śmierci Iana Curtisa, kolejne wydawnictwa Joy Division były wyłącznie kwestią czasu. Oczywiście, stworzenie nowego materiału nie wchodziło w grę. Ale w archiwach pozostało sporo niewydanych nagrań. I właśnie część z nich wypełnia dwupłytową (w wersji winylowej) kompilację "Still". Ściślej mówiąc, znalazły się tutaj dwa wcześniej wydane - ale nie na regularnych albumach - utwory, siedem wcześniej niepublikowanych, a także dwanaście zarejestrowanych na żywo.

Pierwszą płytę wypełniają głównie nagrania studyjne, zarejestrowane pomiędzy październikiem 1978, a styczniem 1980 roku. Choć pochodzą z różnych sesji, styl zespołu jest na tyle charakterystyczny, że tworzą dość spójną całość. Jednak i tak trochę szkoda, że nie zdecydowano się na przedstawienie ich w kolejności chronologicznej. Najstarszym utworem z zestawu jest "Glass", znany już z EPki różnych wykonawców "A Factory Sample". Brzmienie jest tu nieco surowsze, niemal demówkowe, ale wszystkie charakterystyczne elementy stylu Joy Division są już na swoim miejscu. Aż cztery utwory to odrzuty z sesji nagraniowej "Unknown Pleasures" z kwietnia 1979 roku: "Exercise One", "The Only Mistake", "Walked in Line", i "The Kill". Co ciekawe, każdy z nich pasowałby na ten longplay bardziej od "Interzone" i tylko podniósłby jego wartość (szczególnie dwa pierwsze, utrzymane w posępniejszym klimacie). W lipcu zarejestrowano "Something Must Break", napędzany bardzo przyjemną partią basu, ale zawierający też nie najlepiej brzmiący syntezator. Z przełomu października i listopada pochodzą natomiast nagrania "Ice Age" i "Dead Souls" (drugi z nich został wcześniej wydany na niealbumowym singlu "Licht und Blindheit", zawierającym także kompozycję "Atmosphere"). Pierwszy z nich brzmi bardzo zadziornie, przypominając o punkowych korzeniach, podczas gdy drugi charakteryzuje się fajnym klimatem i całkiem nośną melodią - jedną z najlepszych w karierze zespołu. Najnowszym ze studyjnych utworów jest natomiast "The Sound of Music", zarejestrowany podczas tej samej sesji, co przebój "Love Will Tear Us Apart". Przyjemny kawałek, ale nie wyróżniający się niczym szczególnym na tle pozostałych dokonań grupy.

Na pierwszej płycie znalazło się też miejsce dla jednego nagrania z koncertu - przeróbki "Sister Ray" z repertuaru The Velvet Underground, zarejestrowanej 2 kwietnia 1980 roku w londyńskim Moonlight Club. Dość ciekawej, choć tracącej na wyjątkowo kiepskiej jakości dźwięku. Problem ten dotyczy zresztą także całej drugiej płyty, zawierającej zapis występu z 2 maja 1980 roku na Birmingham University. W archiwach były zapewne lepsze rejestracje, a wybór akurat tej wydaje się celowym żerowaniem na okolicznościach śmierci Curtisa, który popełnił samobójstwo zaledwie szesnaście dni po tym koncercie. Trudno o lepszą promocję. Niestety, kompilacja tylko traci przez wybór tak źle brzmiącego materiału, a w dodatku nie najlepszego pod względem wykonawczym. Zresztą nie widzę w ogóle sensu w wydawaniu koncertowych nagrań zespołu, który podczas występów po prostu odgrywał wiernie swoje utwory. Przy takim podejściu koncertowy materiał będzie zawsze słabszy od studyjnego, bo jedyne różnice będą polegać na obecności odgłosów publiczności i ewentualnych potknięciach muzyków, a czasem na gorszym brzmieniu. W tym wypadku można jednak zaliczyć na plus, że w repertuarze znalazły się utwory "Transmission" i "Digital" - wcześniej dostępne tylko na, odpowiednio, niealbumowym singlu i wspomnianym "A Factory Sample".

"Still" to cenny dodatek do podstawowej dyskografii, lecz sprawiałby o wiele lepsze wrażenie, gdyby składał się wyłącznie z pierwszej płyty lub gdyby nagrania koncertowe zastąpiono pozostałymi niealbumowymi utworami grupy, których trochę się nazbierało w ciągu krótkiej działalności zespołu (żeby wymienić tylko wspomniane już w tej recenzji "Atmosphere", "Love Will Tear Us Apart", "Transmission" i "Digital"). Na pomysł zebrania ich razem ktoś wpadł dopiero kilka lat później.

Ocena: 7/10



Joy Division - "Still" (1981)

LP1: 1. Exercise One; 2. Ice Age; 3. The Sound of Music; 4. Glass; 5. The Only Mistake; 6. Walked in Line; 7. The Kill; 8. Something Must Break; 9. Dead Souls; 10. Sister Ray (live)
LP2: 1. Ceremony (live); 2. Shadowplay (live); 3. Means to an End (live); 4. Passover (live); 5. New Dawn Fades (live); 6. Twenty Four Hours (live)*; 7. Transmission (live); 8. Disorder (live); 9. Isolation (live); 10. Decades (live); 11. Digital (live)

*pominięty na wydaniu kompaktowym

Skład: Ian Curtis - wokal; Bernard Sumner - gitara, instr. klawiszowe; Peter Hook - bass; Stephen Morris - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Martin Hannett


26 lutego 2019

[Recenzja] Morning Glory - "Morning Glory" (1973)



Morning Glory to efemeryczny projekt Johna Surmana. Saksofonista zaprosił do niego innych brytyjskich muzyków jazzowych - puzonistę Malcolma Griffithsa, pianistę Johna Taylora, basistę Chrisa Laurence'a i perkusistę Johna Marshalla (znanego z Soft Machine i Nucleus) - a także norweskiego gitarzystę Terjego Rypdala. 12 marca 1973 roku w kanterberyjskim Marlowe Theatre odbyła się jedyna sesja nagraniowa tego składu. Materiał jeszcze w tym samym roku trafił na eponimiczny album projektu.

Słuchając jego zawartości niemal od razu staje się jasne, dlaczego Surman nie sygnował tego albumu własnym nazwiskiem. Saksofonista w tamtym czasie był związany przede wszystkim ze stylistyką freejazzową, tymczasem ten materiał jest wyraźnie inspirowany davisowskim fusion. Słuchać tu podobieństwa i do "In a Silent Way", i "Bitches Brew", i "Jacka Johnsona". W instrumentarium pojawia się elektryczne pianino, klarnet basowy i gitara, której partie nie są bardzo odległe od tych, które grał John McLaughlin u Milesa Davisa. Przynajmniej pod względem brzmieniowym, bo Rypdal również jest zdolnym gitarzystą o rozpoznawalnym stylu, zatem nie mamy tu do czynienia ze zwykłym kopiowaniem. Ponadto, w przeciwieństwie do większości albumów fusion Laurence gra wyłącznie na kontrabasie, a nie gitarze basowej. Natomiast partie Surmana na saksofonie sopranowym nierzadko nadają freejazzowego charakteru. W rezultacie, zawarty tu materiał brzmi całkiem oryginalnie.

Pierwsza połowa / strona longplaya, z utworami "Cloudless Sky" i "Iron Man", wydaje się bardziej subtelna, poukładana i bliższa czystego fusion. Natomiast druga, z nagraniami "Norwegian Steel - Septimus" i "Hinc Illae Lacrimae - For Us All (Hence These Tears)" jest bardziej swobodna, więcej na niej freejazzowej brutalności, ale wymieszanej z jazz-rockiem, co brzmi naprawdę oryginalnie i interesująco. W poszczególnych utworach dzieje się sporo, są bardzo nieprzewidywalne, dlatego nie ma sensu bym psuł całą przyjemność z ich odkrywania bardziej szczegółowymi opisami. Wystarczy wspomnieć, że muzycy grają tu bardzo kreatywnie i doskonale ze sobą współpracują. Nie jest to oczywiście poziom elektrycznego Davisa czy najlepszych dokonań grup założonych przez jego współpracowników, ale też wcale nie dużo niższy. Szkoda, że same kompozycje nie są tak dobre, jak ich wykonanie.

Wciąż jednak jest to jeden z najlepszych europejskich albumów fusion, jeśli nie najlepszy. Bardzo polecam wszystkim wielbicielom takiej stylistyki, z pewnością nie będą rozczarowani.

Ocena: 9/10



Morning Glory - "Morning Glory" (1973)

1. Cloudless Sky; 2. Iron Man; 3. Norwegian Steel - Septimus; 4. Hinc Illae Lacrimae - For Us All (Hence These Tears)

Skład: John Surman - saksofon sopranowy, klarnet basowy, syntezator; Malcolm Griffiths - puzon; John Taylor - pianino, elektryczne pianino; Terje Rypdal - gitara; Chris Laurence - kontrabas; John Marshall - perkusja
Producent: John Surman i Peter Eden


24 lutego 2019

[Recenzja] National Health - "Of Queues and Cures" (1978)



Drugi album National Health powstał już całkowicie bez udziału współzałożyciela grupy, Alana Gowena. Nastąpiła też zmiana na stanowisku basisty - miejsce Neila Murraya, który odszedł do Whitesnake, zajął John Greaves, znany przede wszystkim z Henry Cow. Wyszło zdecydowanie na dobre, gdyż jego sposób gry i muzyczne doświadczenia zdecydowanie bardziej pasowały do tego zespołu. W sesji nagraniowej - odbywającej się w lipcu 1968 roku w Ridge Farm Studio - wzięli udział też liczni goście, w tym rozbudowana sekcja dęta, składająca się ze stałego współpracownika kanterberyjskich grup Jimmy'ego Hastingsa na klarnetach i flecie, trębacza Phila Mintona, puzonisty Paula Niemana i oboisty Keitha Thompsona, ponadto wystąpiła tu ówczesna basistka Henry Cow, Georgie Born - tutaj grająca na wiolonczeli - oraz inny muzyk związany niegdyś z tą grupą, Peter Blegvad, a także perkusjonalista Selwyn Baptiste i basista Rick Biddulph (zastępuje Greavesa we fragmencie "Dreams Wide Awake").

Głównym kompozytorem materiału jest Dave Stewart (dwie części "The Bryden Two-Step (For Amphibians)", "The Collapso"), jednak po jednym utworze dostarczyli także John Greaves ("Squarer for Maud"), Phil Miller ("Dreams Wide Awake") i Pip Pyle ("Binoculars"; perkusista jest podpisany także pod "Phlâkatön", ale to tylko kilkusekundowy wygłup a capella). Dzięki temu repertuar jest bardziej różnorodny. Utwory Stewarta to bezpośrednia kontynuacja debiutu - jazzrockowego grania z brzmieniami klawiszowymi nieznacznie dominującymi nad pozostałymi instrumentami. Greaves kieruje zespół w odrobinę bardziej avant-progowe rejony i dodaje dość wyraźną inspirację Mahavishnu Orchestra. W utworze Millera jest najwięcej elementów kojarzących się ze zwyczajnym rockiem. Natomiast u Pyle'a jest najwięcej kanterberyjskiego humoru.

Pod względem brzmieniowym jest bardziej zadziornie, niż na eponimicznym debiucie - w czym zasługa masywnych partii Greavesa i ostrzej pogrywającego Millera - jednak całość zachowuje typowy dla sceny Canterbury klimat i luz. Utwory są zwykle rozbudowane, wielowątkowe, pełne dynamicznych zmian i fantastycznych popisów muzyków. Czterej instrumentaliści z podstawowego składu doskonale ze sobą współpracują, co w przypadku takiej muzyki - w znacznym stopniu improwizowanej -  jest niezwykle istotne. Ale trudno wyobrazić sobie ten album bez udziału gości. Szczególnie istotną rolę odgrywają Jimmy Hastings (m.in. piękne solo na flecie w "Binoculars") i Georgie Born (najlepszy popis dająca w "Squarer for Maud"). Nie można nie wspomnieć o partiach  Selwyna Baptiste'a na steel drum, dodających w "The Collapso" egzotycznego klimatu. Mniej udanym elementem są partie wokalne - deklamacja Blegvada w "Squarer for Maud" i śpiew Greavesa w "Binoculars". Szkoda, że album nie jest w całości instrumentalny.

"Of Queues and Cures" to ostatnie wielkie dzieło ze sceny Canterbury i jeden z ostatnich udanych albumów, jakie wydała na świat. Muzycy pomysłowo czerpią tutaj ze swoich wcześniejszych dokonań i doświadczeń, dzięki czemu proponują bardzo dojrzałą i porywającą muzykę.

Ocena: 9/10



National Health - "Of Queues and Cures" (1978)

1. The Bryden Two-Step (For Amphibians) (Part 1); 2. The Collapso; 3. Squarer for Maud; 4. Dreams Wide Awake; 5. Binoculars; 6. Phlâkatön; 7. The Bryden Two-Step (For Amphibians) (Part 2)

Skład: Dave Stewart - instr. klawiszowe; Phil Miller - gitara; John Greaves - bass, pianino (3), wokal (5); Pip Pyle - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Georgie Born - wiolonczela (1,3,5,7); Phil Minton - trąbka (1,5,7); Paul Nieman - puzon (1,5,7); Selwyn Baptiste - instr. perkusyjne (2); Jimmy Hastings - klarnet basowy (3), klarnet (5), flet (5); Keith Thompson - obój (3,5); Peter Blegvad - głos (3); Rick Biddulph - bass (4)
Producent: Mike Dunne


22 lutego 2019

[Recenzja] Oliver Nelson - "The Blues and the Abstract Truth" (1961)



Oliver Nelson nie jest może wymieniany wśród najważniejszych i najlepszych saksofonistów, jednak jego album "The Blues and the Abstract Truth" należy do najbardziej cenionych wydawnictw bopowych. Wystarczy zresztą spojrzeć, w jakim składzie został nagrany, by nie mieć żadnych wątpliwości co do jego jakości. Eric Dolphy, Freddie Hubbard, Bill Evans, Paul Chambers i Roy Haynes to muzycy, których nie trzeba przedstawiać, ich nazwiska mówią za siebie same. Dodatkowo, w sesji mającej miejsce 23 lutego 1961 roku w Van Gelder Studio, wziął udział mniej znany George Barrow, grający na saksofonie barytonowym. Jego nazwisko nie znalazło się na froncie okładki, a na albumie nie zagrał żadnej solówki, jednak jego instrument odgrywa ważną rolę w brzmieniu całości.

Zawarta tu muzyka jest w pewnym sensie kontynuacją "Kind of Blue" Milesa Davisa czy "Blue Train" Johna Coltrane'a (Chambers grał na obu tych albumach, Evans na pierwszym). Zbliżony jest klimat tych nagrań (choć tutaj mniej minorowy) i ich bluesowa podstawa. Większość utworów z "The Blues and the Abstract Truth" (wszystkie zostały skomponowane przez lidera) opiera się na tradycyjnej, dwunastotaktowej strukturze. Bardziej złożoną budowę mają tylko "Hoe-Down" i "Cascades". Schemat jest oczywiście typowy dla bopu: temat-solówki-temat. Utwory są jednak dość rozbudowane, więc instrumentaliści mają czas na zaprezentowanie swoich umiejętności. Najważniejszym momentem jest otwierający całość "Stolen Moments", ładnie urozmaicony partiami fletu Dolphy'ego (szkoda, że później ten instrument jest w ogóle nieobecny). Utwór stał się jazzowym standardem, po który sięgali bardzo różni wykonawcy, od Ahmada Jamala, Chicka Corei i Kenny'ego Burrella, po Franka Zappę. Co ciekawe, utwór po raz pierwszy został nagrany już rok wcześniej na album "Trane Whistle" Eddiego "Lockjawa" Davisa, na którym Nelson, Dolphy i Haynes pełnili rolę sidemanów. Pozostałe nagrania z "The Blues and the Abstract Truth" trzymają wysoki poziom, jednak nie zapisały się tak mocno w jazzowym kanonie.

Za to całość do kanonu niewątpliwie należy. Jest to jeden z dosłownie kilku najsłynniejszych i najbardziej poważanych album z jazzowego mainstreamu lat 60. Jego popularność była tak duża, że kilka lat później wytwórnia przekonała Nelsona do nagrania albumu pod tytułem "More Blues and the Abstract Truth" - był to jednak tylko bezczelny zabieg marketingowy, gdyż tamten materiał został nagrany w zupełnie innym składzie (nawet lider pełni na nim wyłącznie funkcję aranżera, dyrygenta i kompozytora części materiału), tym razem bez wielkich nazwisk, a wykonanie nie jest już tak ekscytujące. Saksofonista zresztą nigdy nie przeskoczył poziomu albumu z 1961 roku. Ale to jedno wydawnictwo wystarczyło, by zapewnić mu nieśmiertelność.

Ocena: 8/10



Oliver Nelson - "The Blues and the Abstract Truth" (1961)

1. Stolen Moments; 2. Hoe-Down; 3. Cascades; 4. Yearnin'; 5. Butch and Butch; 6. Teenie's Blues

Skład: Oliver Nelson - saksofon tenorowy, saksofon altowy (6); Eric Dolphy - saksofon altowy, flet (1); George Barrow - saksofon barytonowy; Freddie Hubbard - trąbka; Bill Evans - pianino; Paul Chambers - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Creed Taylor


Po prawej: alternatywna wersja okładki.


21 lutego 2019

[Recenzja] John Mayall - "Nobody Told Me" (2019)



Można pozazdrościć formy 85-letniemu Johnowi Mayallowi. Muzyk wciąż aktywnie koncertuje i nagrywa nowe albumy. Zaledwie dwa lata temu ukazał się udany "Talk About That", a do sprzedaży właśnie trafia jego następca, "Nobody Told Me" - 36. studyjny longplay w dyskografii ojca brytyjskiego bluesa. W nagraniach wzięła udział sprawdzona sekcja rytmiczna - basista Greg Rzab i perkusista Jay Davenport - a także gitarzysta rytmiczny Billy Watts. Wszystkie solowe partie gitar zostały natomiast wykonane przez mniej lub bardziej znanych gości, jak Joe Bonammasa, Carolyn Wonderland, Larry McCray i Steven Van Zandt, ale także niekojarzących się z bluesem Alexa Lifesona i Todda Rundgrena.

"Nobody Told Me" pod względem muzycznym nie przynosi żadnych zaskoczeń. John Mayall po raz kolejny cofa się do swoich korzeni i stylistyki znanej z takich albumów, jak "Blues Breakers", "A Hard Road" czy "Crusade". Pod dostatkiem tutaj typowo bluesowych zagrywek gitarowych, rockowo energicznej, a czasem niemal funkowo bujającej sekcji rytmicznej, a także urozmaicających brzmienie partii elektrycznych organów (bardzo w stylu drugiej połowy lat 60.) lub akustycznego pianina oraz gęsto się udzielającej sekcji dętej. Dziwi natomiast niewielki udział harmonijki, na której Mayall zawsze fantastycznie wymiatał. Tutaj pozwolił na to sobie jedynie w "Evil and Here to Stay", należącym zresztą do najlepszych momentów całości. Lider pozostaje za to w dobrej formie wokalnej (choć należy wziąć poprawkę na to, że nigdy nie był wybitnym wokalistą), a zaproszeni goście sprawdzili się na miejscu zajmowanym niegdyś przez Erica Claptona, Petera Greena, Micka Taylora czy niesłusznie zapomnianego Freddy'ego Robinsona.

Najwięcej, bo aż w trzech utworach, udziela się Carolyn Wonderland, która po tej sesji dostała stałą posadę w grupie Mayalla. Świetnie wypadła w energetycznym "Distant Lonesome Train", gdzie zaprezentowała grę techniką slide. Jednak w żartobliwym "Like It Like You Do" i klasycznym wolnym bluesie "Nobody Told Me" gitarowe partie są jakby na dalszym planie i nieszczególnie przyciągają uwagę. Bardzo dobre wrażenie sprawiają za to oba kawałki z udziałem Larry'ego McCraya - najbardziej żywiołowy, wręcz porywający "The Moon is Full" i wolniejszy, luzacki "The Hurt Inside". Steven Van Zandt, gitarzysta znany z współpracy z Bruce'em Springsteenem, również zachwyca swoją grą w "It's So Tough". Nawet Alex Lifeson z Rush ("Evil and Here to Stay") i Todd Rundgren ("That's What Love Will Make You Do") zaprezentowali się jak rasowi bluesmani. Jednak największym zaskoczeniem są dla mnie utwory z udziałem Joego Bonammasy ("What Have I Done Wrong" i "Delta Hurricane"). Nie przepadam za jego solowymi dokonaniami, są zbyt wyrachowane i pozbawione bluesowej naturalności. Tutaj natomiast zagrał wyjątkowo przekonująco, mniej się popisując, a bardziej wczuwając w bluesowy nastrój. Widocznie granie z jednym ze swoich idoli miało na niego dobry wpływ.

"Nobody Told Me" nie wnosi niczego nowego, ale John Mayall swoje dla muzyki zrobił już pięć dekad temu, przyczyniając się do powstania blues rocka (wydając kultowy "Blues Breakers") i dokładając nieco do rozwoju jazz rocka (na albumach "Bare Wires", "The Turning Point" i "Jazz Blues Fusion"). Od muzyka z takim wkładem i tak długą karierą nie należy wymagać nowatorstwa. Wystarczy, że będzie nagrywał tak przyjemne albumy, jak ten czy poprzedni. "Nobody Told Me" jest zresztą jednym z najlepszych wydawnictw w jego karierze. Wiadomo, że nie jest to poziom wymienionych wyżej albumów, choć z innymi z klasycznego okresu mógłby już śmiało konkurować. Kompozycje są przewidywalne, ale nadrabiają mnóstwem energii, bluesowego luzu i świetnym wykonaniem. Jeśli "Nobody Told Me" okaże się ostatnim albumem Johna Mayalla, to będzie to doskonałe zwieńczenie jego wspaniałej kariery. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników bluesa, szczególnie w brytyjskim wydaniu.

Ocena: 8/10



John Mayall - "Nobody Told Me" (2019)

1. What Have I Done Wrong; 2. The Moon is Full; 3. Evil and Here to Stay; 4. That's What Love Will Make You Do; 5. Distant Lonesome Train; 6. Delta Hurricane; 7. The Hurt Inside; 8. It's So Tough; 9. Like It Like You Do; 10. Nobody Told Me

Skład: John Mayall - wokal, instr. klawiszowe, gitara, harmonijka; Billy Watts - gitara; Greg Rzab - bass; Jay Davenport - perkusja
Gościnnie: Joe Bonamassa - gitara (1,6); Larry McCray - gitara (2,7); Alex Lifeson - gitara (3); Todd Rundgren - gitara (4); Carolyn Wonderland - gitara (5,9,10); Steven Van Zandt - gitara (8)
Producent: John Mayall i Eric Corne


20 lutego 2019

[Recenzja] Embryo - "Embryo's Rache" (1971)



Niektórzy wykonawcy już od pierwszego albumu zachwycają swoją dojrzałością i kreatywnością. Innym zajmuje nieco więcej czasu, by zaproponować coś naprawdę wartościowego. Grupa Embryo zdecydowanie nie zalicza się do tej pierwszej kategorii. Tworząc swój debiutancki longplay "Opal", muzycy nie byli do końca pewni w jakim pójść kierunku, a rezultat okazał się niezbyt spójny i nieco pozbawiony własnego stylu. Jednak zespół w niedługim czasie poczynił znaczne postępy. Jego kolejne wydawnictwo, wydany w następnym roku "Embryo's Rache", to już album bardziej dojrzały, i przemyślany, oryginalniejszy.

Zapewne nie bez znaczenia jest fakt, że w międzyczasie doszło do zmiany składu. Basista Ralph Fischer został zastąpiony przez Romana Bunke, ale co ważniejsze, odszedł też gitarzysta John Kelly, a na jego miejsce przyjęto... grającego na flecie i perkusjonaliach Hansiego Fischera (który wcześniej przewinął się przez skład Xhol Caravan). W sesji nagraniowej drugiego albumu gościnnie uczestniczył także wokalista Franz Böntgen oraz dwóch klawiszowców, Hermann Breuer i Jimmy Jackson (występujący pod pseudonimem Tabarin Man). Dzięki obecności tej ostatniej dwójki, Edgar Hofmann - na debiucie odpowiadający m.in. za grę na organach - mógł skupić się na saksofonie i nie używanych wcześniej przez grupę skrzypcach. Na albumie znalazło się sześć utworów - trzy kompozycje Christiana Burcharda, jedna Fischera ("Tausendfüßler"), jedna napisana przez nich wspólnie ("Time") i jedna autorstwa Jacksona ("Revenge")

Brak gitary sprawił, że muzyka zespołu oddaliła się od anglosaskiej psychodelii. Zbliżyła natomiast do stylistyki jazzrockowej. Choć tak naprawdę mieszają się tutaj przeróżne wpływy. Partie fletu nadają nieco folkowego klimatu (z okolic Jethro Tull), melotron dodaje progrockowego patosu, elektryczne organy przypominają o psychodelicznych początkach grupy, a skrzypce i perkusjonalia uzupełniają album o elementy etniczno-orientalne. Jazzowe są natomiast przede wszystkim partie saksofonu i elektrycznego pianina. Do tego dochodzi jeszcze krautrockowa sekcja rytmiczna, z wyrazistym, przesterowanym basem i mocną perkusją. O ile ten ostatni składnik pojawia się praktycznie w każdym nagraniu, tak pozostałe pojawiają się z różną częstotliwością, dzięki czemu nie można narzekać na monotonię. Ale całość jest zarazem bardzo spójna i przemyślana. Utwory nie posiadają jednak sztywnych struktur, mają bardzo swobodny charakter. Największe wrażenie robi najdłuższy, jedenastominutowy, bardzo transowy "Espagna Si, Franco Non". Niewiele w tyle pozostają najbardziej jazzujące "Time" i "Tausendfüßler". Właściwie przyczepić mogę się tylko do miniatury "Sittin' at the Moon" (znanej też jako "Try to Be"), w której jakby zabrakło pomysłu na rozwinięcie. Podobnie jak na debiucie, najsłabszym ogniwem są partie wokalne - na szczęście nie ma ich tu wiele.

"Embryo's Rache" można uznać za właściwy debiut zespołu, który zaprezentował tutaj oryginalną wersję krautrocka z silnymi wpływami elektrycznego jazzu i muzyki etnicznej. Styl ten interesująco rozwijano na kolejnych wydawnictwach, często osiągając jeszcze lepsze rezultaty, jednak już tutaj Embryo zaprezentował bardzo interesujący materiał - choć nie wchodzący tak łatwo, jak debiut, wymagający więcej przesłuchań, by w pełni go docenić.

Ocena: 8/10



Embryo - "Embryo's Rache" (1971)

1. Tausendfüßler; 2. Time (I Can't Wait / Eva's Wolke); 3. Revenge; 4. Espagna Si, Franco Non (Spain Yes, Franco Finished); 5. Sittin' at the Moon (Try to Be); 6. Verwandlung (Change)

Skład: Edgar Hofmann - saksofon sopranowy, skrzypce, instr. perkusyjne; Hansi Fischer - flet, instr. perkusyjne, wokal; Roman Bunka - bass; Christian Burchard - perkusja, elektryczne pianino, wokal
Gościnnie: Hermann Breuer - elektryczne pianino, organy; Tabarin Man (Jimmy Jackson) - organy, melotron; Franz Böntgen - wokal
Producent: Embryo


18 lutego 2019

[Recenzja] Weather Report - "Sweetnighter" (1973)



Weather Report zaczynał jako dość demokratyczny zespół, by z czasem dowodzenie nad nim zdecydowanie przejął Joe Zawinul. Postanowił on skierować muzykę grupy w bardziej komercyjne rejony. Odejść od rozbudowanych improwizacji na bazie krótkich tematów na rzecz skomponowanych utworów. W tamtym czasie zaczął interesować się syntezatorami i muzyką funkową, co znacząco wpłynęło na charakter jego utworów. Przy czym bliżej im było do dokonań Herbiego Hancocka z Head Hunters, niż awangardowych eksperymentów Milesa Davisa z "On the Corner". Na albumie "Sweetnighter" Weather Report nie odchodzi jeszcze całkiem od stylu wypracowanego na poprzednich longplayach, jednak słychać już tutaj nowe podejście i wspomniane inspiracje.

Album został zarejestrowany w ciągu pięciu dni, pomiędzy 3-7 lutego 1973 roku, w Connecticut Recording Studio. Choć podstawowy skład jest tutaj dokładnie taki sam, jak na wydanych rok wcześniej "I Sing the Body Electric" i "Live in Tokyo", to Miroslav Vitouš i Eric Gravatt zostali zepchnięci na nieco dalszy plan. Obaj mieli problemy z graniem funkowych partii rytmicznych. W rezultacie, w kilku utworach Gravatta wspomaga lub zastępuje Herschela Dwellinghama, natomiast partie gitary basowej zagrał w nich Andrew White, podczas gdy Vitouš wtórował mu na kontrabasie (identyczny patent z dwoma basistami, akustycznym i elektrycznym, był już wcześniej użyty na "Bitches Brew"). White, znany już z gościnnego udziału na "I Sing the Body Electric", na którym zagrał partie rożka angielskiego, tutaj również sięga po ten instrument. Trzecim gościem wspierającym zespół był perkusjonista Muruga Booker.

Nowe oblicze Weather Report słychać przede wszystkim w dwóch najdłuższych utworach, "Boogie Woogie Waltz" i "125th Street Congress", skomponowanych przez Zawinula. Mniej tutaj znanej z poprzednich albumów zespołu nieprzewidywalności, a więcej repetycji. Oba utwory osadzone są mocno na gęstej, funkowo bujającej warstwie rytmicznej, składającej się z wyrazistych partii gitary basowej White'a, subtelniejszych dźwięków kontrabasu Vitouša, konkretnej perkusji Dwellinghama i (tylko w drugim z nich) Gravatta oraz licznych perkusjonaliów Bookera i Doma Uma Romão. Na tym akompaniamencie rozbrzmiewają świetne solówki Wayne'a Shortera i Zawinula, grającego przede wszystkim na elektrycznym pianinie (którego brzmienie czasem kojarzy się z gitarą), ale także na syntezatorze. Pomimo wyraźnego uproszczenia, względem wcześniejszych dokonań zespołu, oba utwory wypadają naprawdę fajnie, nie popadają w komercyjną tandetę, mogą być stawiane za wzór jazz-funku. W podobnym stylu utrzymany jest także znacznie krótszy "Non-Stop Home", skomponowany przez Shortera. Wyróżnia się niespodziewanym wstępem, zdominowanym przez zabawy Zawinula na syntezatorze, oraz... całkowitą absencją Vitouša. Była to niejako zapowiedź jego nadchodzącego rozstania z grupą. Druga kompozycja saksofonisty, "Manolete", łączy nowe elementy (syntezator, lekko funkowa rytmika) z nastrojem wcześniejszych albumów Weather Report. Do przeszłości jeszcze bardziej nawiązują bardzo klimatyczne "Adios" Zawinula i "Will" Vitouša, które spokojnie mogłyby znaleźć się na eponimicznym debiucie lub "I Sing the Body Electric". I nie odstawałyby poziomem od innych zawartych tam kompozycji.

"Sweetnighter" to album przejściowy, będący wyraźnym zwrotem w bardziej mainstreamowe rejony, zawierający muzykę prostszą w odbiorze, ale wciąż bardzo wyrafinowaną i niepopadającą w banał. Muzycy zaproponowali tutaj ciekawe połączenie elektrycznego jazzu, zakorzenionego w dokonaniach Milesa Davisa, z popularnym wówczas funkiem. Pomimo skojarzeń z ówczesną twórczością Herbiego Hancocka, zespół zachował własną tożsamość i rozpoznawalność, za sprawą charakterystycznego brzmienia oraz idiomatycznego stylu gry Zawinula i Shortera. Odświeżenie stylu w tym przypadku zdecydowanie nie zaszkodziło - longplay trzyma wysoki poziom swoich poprzedników.

Ocena: 8/10



Weather Report - "Sweetnighter" (1973)

1. Boogie Woogie Waltz; 2. Manolete; 3. Adios; 4. 125th Street Congress; 5. Will; 6. Non-Stop Home

Skład: Joe Zawinul - elektryczne pianino (1-5), syntezator (1,2,6), pianino (2,6); Wayne Shorter - saksofon; Miroslav Vitouš - kontrabas (1,2,4), bass (3,5); Eric Gravatt - perkusja (2,4,6); Dom Um Romão - instr. perkusyjne, flet
Gościnnie: Andrew White - bass (1,4,6), rożek angielski (3,5); Herschel Dwellingham - perkusja (1,2,4,6); Muruga Booker - instr. perkusyjne (1-4)
Producent: Weather Report


16 lutego 2019

[Recenzja] Joy Division - "Closer" (1980)



Wiosną 1980 roku Joy Division stał u progu światowej kariery. Europejscy fani wyczekiwali premiery singla "Love Will Tear Us Apart" (znanego już za sprawą radiowej sesji dla Johna Peela) i drugiego pełnowymiarowego albumu, a zespół szykował się do swojej pierwszej amerykańskiej trasy. W przeddzień wyjazdu Ian Curtis postanowił jednak zakończyć swoje życie. Pozostali muzycy zdawali sobie sprawę, że nie można zastąpić najważniejszego, najbardziej rozpoznawalnego członka zespołu i podjęli jedyną słuszną decyzję - zakończyli działalność pod szyldem Joy Division (i kontynuowali współpracę pod nazwą New Order). Śmierć wokalisty sprawiała jednak, że przynajmniej w Europie zespół stał się niezwykle popularny - debiutancki "Unknown Pleasures" nagle zaczął pojawiać się na listach sprzedaży, a wkrótce dołączył do niego nowy album, zatytułowany "Closer".

Nie da się pisać o tym longplay pomijając powyższy kontekst. To jeden z najbardziej depresyjnych i ponurych albumów w historii fonografii, szczególnie w warstwie tekstowej - odczytywanej jako zapowiedź nadchodzącej tragedii - ale też odpowiednio dobranej muzyki. Przebój "Love Will Tear Us Apart" nie przypadkiem został pominięty - tak pogodny utwór zwyczajnie by tu nie pasował. Zespół dopracował styl z debiutanckiego albumu, jeszcze dalej odchodząc od zwykłego punku, na rzecz gotyckiej atmosfery. Głos Iana Curtisa jest tutaj jeszcze bardziej przepełniony smutkiem i odrealniony, charakterystyczne partie basu i prosta gra perkusji (lub automatu perkusyjnego) wprowadzają w niemal transowy nastrój, a wycofana gitara dodaje przestrzeni. W porównaniu z debiutem, więcej tutaj brzmień klawiszowych, które (nie zawsze) podkreślają brzmieniowy chłód.

"Atrocity Exhibition"  doskonale wprowadza w klimat całości. W warstwie instrumentalnej na pierwszy plan wybija się jakby plemienna perkusja, której towarzyszą gitarowe sprzężenia i wyjątkowo oszczędna linia basu (efekt zamiany ról przez Sumnera i Hooka). Warstwa wokalna to już natomiast dokładnie to, czego należało spodziewać się po Curtisie. W utrzymanych w szybszym tempie "Passover", "Colony" i "A Means to an End" klimat jest równie gęsty i ponury. A potem zaczyna się najlepsza część albumu: bardzo transowy w warstwie rytmicznej "Heart and Soul", rozpędzony, wykonany z wielkim zaangażowaniem "Twenty Four Hours", a także przejmujący "The Eternal" niewątpliwie świadczą o większej dojrzałości kompozytorskiej muzyków oraz umiejętności jak najlepszego i najbardziej kreatywnego wykorzystania swoich możliwości, dzięki czemu wszelkie techniczne braki nie mają żadnego znaczenia. Finałowego "Decades" nie wymieniłem razem z poprzednią trójką tylko dlatego, że dość tandetne brzmienie syntezatora nie pasuje do posępnego klimatu tego utworu. Podobne brzmienia syntetyczne pojawiają się także w "Isolation", z tą jednak różnicą, że tutaj cały utwór wypada zaskakująco trywialnie i dość radośnie, co naprawdę szkodzi spójności albumu. Bez tych niespełna trzech minut całość i tak byłaby wystarczająco długa, a tylko by na tym zyskała.

Pomimo pewnych niedoskonałości, "Closer" to wielkie dzieło. Bez wątpienia jeden z najlepszych i najważniejszych albumów lat 80., całkowicie zasłużenie cieszący się tak wielką popularnością. Samobójstwo Curtisa niewątpliwie pomogło w odniesieniu sukcesu, jednak zawarty tu materiał broni się sam. Trochę tylko szkoda, że zespół w tym składzie nie nagrał więcej albumów. Z drugiej strony dobrze, że nie istniał na tyle długo, by spaść poniżej tego poziomu.

Ocena: 9/10



Joy Division - "Closer" (1980)

1. Atrocity Exhibition; 2. Isolation; 3. Passover; 4. Colony; 5. A Means to an End; 6. Heart and Soul; 7. Twenty Four Hours; 8. The Eternal; 9. Decades

Skład: Ian Curtis - wokal, gitara (6), melodyka (9); Bernard Sumner - gitara (2-5,7-9), bass (1), syntezator (2,6,8,9); Peter Hook - bass (2-9), gitara (1); Stephen Morris - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Martin Hannett


14 lutego 2019

[Recenzja] Frank Lowe - "Black Beings" (1973)



"Black Beings" to debiutancki album saksofonisty Franka Lowe'a, znanego ze współpracy m.in. z Sun Ra, Alice Coltrane, Donem Cherrym, Johnem McPhee czy Jazz Composer's Orchestra. Materiał został zarejestrowany podczas koncertu, w marcu 1973 roku. Na scenie Lowe'a (grającego na tenorze) wspomogli saksofonista Joseph Jarman (grający na sopranie i alcie), basista William Parker, perkusista Rashid Sinan, a także Raymong Lee Chang na skrzypcach. Na potrzeby oryginalnego, winylowego wydania nagrania zostały skrócone do całkowitej długości 45 minut. Na kompaktowych reedycjach przywrócono im oryginalny kształt, wydłużając album do godziny.

Tytuł pierwszego utworu, "In Trane's Name", zapowiada czego się spodziewać. To hołd dla Johna Coltrane'a, inspirowany jego późnymi dokonaniami w rodzaju "Ascension", "Meditations" i "Om". To dwadzieścia pięć (trzydzieści trzy w wersji kompaktowej) minut agresywnego, bezkompromisowego free jazzu, pełne saksofonowych przedęć i dysonansów, perkusyjnej nawałnicy i bardzo luźnych partii kontrabasu, z małym dodatkiem atonalnych dźwięków skrzypiec. Czasem z tego pozornego chaosu wyłaniają się bardziej nastrojowe i dostojne partie, będące ciekawym kontrapunktem. Duet Lowe-Jarman gra ewidentnie pod wpływem duetu Coltrane-Sanders, niemal zbliżając się do ich poziomu kreatywności i ekspresji. Niespełna pięciominutowy (w obu wersjach) "Brother Joseph" to solowy popis lidera, w którym jest miejsce i na liryzm, i freejazzową brutalność. Pozostali muzycy wracają w 16-minutowym (22-minutowym na reedycjach) "Thulani" - jedynej tutaj kompozycji autorstwa Jarmana, a nie Lowe'a. Jest to kolejna potężna porcja bardzo swobodnego grania, długimi momentami naprawdę agresywnego, choć niepozbawionego spokojniejszych, ładnych partii. Świetne są zwłaszcza te fragmenty, kiedy ostre i łagodne partie są grane jednocześnie, tworząc bardzo interesujący kontrapunkt.

"Black Beings" nie jest albumem zbyt znanym, a szkoda, bo to na prawdę solidne wydawnictwo, które doceni każdy wielbiciel freejazzowych improwizacji.

Ocena: 8/10



Frank Lowe - "Black Beings" (1973) 

1. In Trane's Name; 2. Brother Joseph; 3. Thulani

Skład: Frank Lowe - saksofon tenorowy; Joseph Jarman - saksofon sopranowy, saksofon altowy; William Parker - kontrabas; Rashid Sinan - perkusja; Raymond Lee "The Wizard" Cheng - skrzypce
Producent: - 


12 lutego 2019

[Recenzja] Art Bears - "The World as It Is Today" (1981)



Nagrywając swój trzeci longplay, muzycy Art Bears przypomnieli sobie, że sztuka powinna być młotem. I w rezultacie powstał album bardzo mocno zaangażowany politycznie, o czym świadczą już same tytuły w rodzaju "Freedom" czy "Democracy". Tym samym warstwa muzyczna schodzi na nieco dalszy plan, a materiał sprawia dość jednorodne wrażenie. Co ma też swoje zalety. Jedenaście utworów, o łącznym czasie ledwo przekraczającym trzydzieści minut, tworzy bardzo spójną całość. W przeciwieństwie do dość różnorodnych "Hopes and Fears" i "Winter Songs", "The World as It Is Today" nawiązuje muzycznie przede wszystkim do kameralnej awangardy. Pod koniec albumu, w utworach od siódmego do dziesiątego, dochodzi do tego wpływ piosenki kabaretowej, co nasuwa skojarzenia z twórczością pierwszej grupy Dagmar Krause, Slapp Happy. Ogólnie zawarta tutaj muzyka nie jest zbyt radykalna - nie licząc dzikich wrzasków Krause w "Freedom" i zbliżającego się do free improvisation "Albion, Awake!" - jednak wymaga dużego skupienia i licznych przesłuchań, by wyłapać wszystkie aranżacyjne smaczki, które pozwolą odróżnić od siebie poszczególne utwory i dostrzec w nich piękno.

Na "The World as It Is Today" nie ma łatwo wpadających w ucho melodii, gitarowych riffów i efektownych solówek, prostych rytmów przy których można pomachać głową lub potupać nogą, ani innych elementów, których normalni ludzie szukają w normalnej muzyce. Twórczość Art Bears wymaga większego zaangażowania i większej otwartości, aby odsłonić przed słuchaczem swoje piękno. Ale to właśnie odróżnia prawdziwą sztukę od czysto użytkowych produktów. Niestety, "The World as It Is Today" okazał się ostatnim wydawnictwem zespołu, który wkrótce po jego zarejestrowaniu zakończył działalność, by już nigdy się nie reaktywować. Rozpad tria był związany z przeprowadzką Freda Fritha do Stanów, gdzie pochłaniały go inne projekty (np. post-punkowy Massacre). Chris Cutler i Dagmar Krause, z pomocą m.in. Lindsay Cooper (współpracowniczki z czasów Henry Cow), stworzyli nowy zespół, News From Babel, z którym nagrali dwa albumy.

Ocena: 8/10



Art Bears - "The World as It Is Today" (1981)

1. The Song of Investment Capital Overseas; 2. Truth; 3. Freedom; 4. (Armed) Peace; 5. Civilisation; 6. Democracy; 7. The Song of the Martyrs; 8. Law; 9. The Song of the Monopolists; 10. The Song of the Dignity of Labour Under Capital; 11. Albion, Awake!

Skład: Dagmar Krause - wokal; Fred Frith - gitara, bass, instr. klawiszowe, skrzypce, altówka, ksylofon; Chris Cutler - perkusja i instr. perkusyjne, efekty
Producent: Art Bears i Etienne Conod


10 lutego 2019

[Recenzja] Charles Mingus - "Blues & Roots" (1960)



Pod koniec lat 50. Charles Mingus był już bardzo uznanym muzykiem. Niektórzy krytycy zarzucali mu jednak zbyt ociężały, niezbyt swingujący styl gry. Stąd pomysł Nesuhiego Ertegüna z Atlantic Records, aby basista nagrał dla jego wytwórni album zawierający muzykę o zdecydowanie bardziej bujającym charakterze. Mingus na to przystał. Tworząc nowy materiał (postawił wyłącznie na autorski repertuar) postanowił sięgnąć do swoich muzycznych korzeni - do bluesa i gospel, z którymi miał do czynienia już jako dziecko, za pośrednictwem kościoła. Stąd też tytuł wydawnictwa, "Blues & Roots".

Sesja nagraniowa odbyła się 4 lutego 1959 roku w nowojorskim Atlantic Studios (trzy miesiące przed nagraniem dla innej wytwórni "Mingus Ah Um", który ukazał się wcześniej). Mingus lubił pracować z dość rozbudowanymi składami - nie inaczej było tym razem. W nagraniach wzięło udział czterech saksofonistów: John Handy i Jackie McLean na altach, Booker Ervin na tenorze oraz Pepper Adams na barytonie, dwóch puzonistów: Jimmy Knepper i Willie Dennis, perkusista Dannie Richmond, a także pianista Horace Parlan (w jednym utworze zastąpiony przez Mala Waldrona). Album wypełniło sześć mocno swingujących, opartych na bluesie utworów. Nagrania w rodzaju "Wednesday Night Prayer Meeting", "Tensions" czy najbardziej rozimprowizowanego "Moanin'" mają mnóstwo luzu i energii, niemal taneczny charakter (na ile tylko taneczny może być jazz), ale i doskonale sprawdzają się jako muzyka do słuchania, za sprawą niebanalnych partii instrumentalnych i udanej współpracy rozbudowanego składu.

"Blues & Roots" nie należy może do ścisłej czołówki dokonań Charlesa Mingusa, ale zdecydowanie należy do tych wydawnictw basisty, które warto poznać. Tym bardziej, że pokazuje nieco inne oblicze słynnego muzyka, grającego tutaj może i bardziej mainstreamowo, idąc na pewien kompromis, ale wciąż dbającego o artystyczny poziom.

Ocena: 8/10



Charles Mingus - "Blues & Roots" (1960)

1. Wednesday Night Prayer Meeting; 2. Cryin' Blues; 3. Moanin'; 4. Tensions; 5. My Jelly Roll Soul; 6. E's Flat Ah's Flat Too

Skład: Charles Mingus - kontrabas; John Handy - saksofon altowy; Jackie McLean - saksofon altowy; Booker Ervin - saksofon tenorowy; Pepper Adams - saksofon barytonowy; Jimmy Knepper - puzon; Willie Dennis - puzon; Dannie Richmond - perkusja; Horace Parlan - pianino (1-5); Mal Waldron - pianino (6)
Producent: Nesuhi Ertegün


8 lutego 2019

[Recenzja] Ashra - "Blackouts" (1978)



Drugi album Manuela Göttschinga wydany pod szyldem Ashra rozwija pomysły z "New Age of Earth" i wcześniejszego, solowego "Inventions for Electric Guitar". Także tym razem muzyk nie skorzystał z niczyjej pomocy i całość zarejestrował zupełnie samodzielnie, za pomocą gitary, klawiszy i studyjnego sprzętu. Studyjna obróbka odgrywa tu bowiem nie mniejszą rolę, niż nagrane partie instrumentalne. Kompozycje są tworzone w podobny sposób, jak robili to minimalistyczni twórcy w rodzaju Terry'ego Rileya czy Steve'a Reicha - poprzez nakładanie kolejnych ścieżek z zapętlonymi dźwiękami. "Blackouts" dość istotnie różni się jednak od poprzednich albumów, będąc próbą połączenia technik minimalizmu z bardziej rockowym podejściem. Próbą naprawdę udaną.

Album wypełniają głównie stosunkowo krótkie (rzadko przekraczające siedem minut) utwory. W nagraniach ze strony A winylowego wydania - "77 Slightly Delayed", "Midnight on Mars" oraz połączonych ze sobą "Don't Trust the Kids" i "Blackouts" - główną rolę odgrywają dość tradycyjne gitarowe solówki, grane na minimalistycznych podkładach stworzonych z kilku zapętlających się ścieżek (gitarowych i klawiszowych). Göttsching nie popisuje się techniką, stawia na klimat i tworzenie dźwiękowych pejzaży. Najładniej wyszło to w "Midnight on Mars", w którym gitarowe frazy i ich brzmienie kojarzą się z Davidem Gilmourem, jednak w grze Manuela jest więcej swobody i przestrzeni. "Shuttle Cock" to już natomiast utwór oparty w większym stopniu na pętlach, układających się w ciekawe wzory, ulegające stopniowym przetworzeniom. Mocno taneczny  (ale nie w tandetny sposób) charakter tego nagrania to już jakby zapowiedź słynnego "E2-E4". Bliższy poprzednich albumów jest z kolei siedemnastominutowy finał longplaya, "Lotus (Parts 1-4)", w którym zapętlające się dźwięki są bardziej nastrojowe, momentami niemal ambientowe, a brzmienie gitary jest trudniejsze do wyłapania.

"Blackouts" to swego rodzaju podsumowanie dotychczasowej kariery Manuela Göttschinga, będąc z jednej strony kontynuacją elektronicznych eksperymentów z drugiej połowy lat 70., jak i w pewnym stopniu powrotem do bardziej rockowego grania z czasów Ash Ra Tempel. Nie ma jednak wrażenia wtórności - z tego połączenia powstała nowa jakość. Jest to być może album mniej eksperymentalny, ale za to nadrabiający dojrzałością. I chyba najlepiej sprawdza się w roli wprowadzenia do twórczości Göttschinga (zarówno solowej, jak i pod szyldami Ashra i Ash Ra Tempel), pokazując różne oblicza jego muzyki, ale również z powodu swojej przystępności.

Ocena: 8/10



Ashra - "Blackouts" (1978)

1. 77 Slightly Delayed; 2. Midnight on Mars; 3. Don't Trust the Kids; 4. Blackouts; 5. Shuttle Cock; 6. Lotus (Parts 1-4)

Skład: Manuel Göttsching - gitara, instr. klawiszowe, sekwencer
Producent: Manuel Göttsching


6 lutego 2019

[Recenzja] Return to Forever - "Hymn of the Seventh Galaxy" (1973)



"Hymn of the Seventh Galaxy" rozpoczyna nowy etap w działalności Chicka Corei i Return to Forever. Z poprzedniego składu, oprócz lidera, został tylko basista Stanley Clarke. W nowej wersji zespołu dołączyli do nich perkusista Lenny White (najbardziej znany z udziału w nagraniu "Bitches Brew") i gitarzysta Bill Connors. Wiązało się to z wyraźną zmianą stylu na bardziej jazz-rockowy. Corea najwidoczniej pozazdrościł Johnowi McLaughlinowi i jego Mahavishnu Orchestra wielkich komercyjnych sukcesów i postanowił spróbować sił w takiej stylistyce.

Na album składa się sześć utworów (pięć kompozycji lidera i jedna Clarke'a), opartych na partiach zelektryfikowanych klawiszy, gitary i basu oraz mocnej, w rockowy sposób uproszczonej perkusji. Brzmienie całości jest dość ostre, wywołuje raczej skojarzenia z muzyką rockową. Same kompozycje mają oczywiście bardziej swobodny charakter i otwarte struktury. Ale czy aż tak bardzo różnią się od instrumentalnych fragmentów w rocku progresywnym albo koncertowych improwizacji tych ambitniejszych wykonawców rockowych? Zdecydowanie nie. Jest to na pewno jeden z najbardziej rockowych albumów nagranych przez muzyków jazzowych.

Zaczyna się świetnie, od energetycznego, bardzo zwięzłego i treściwego "Hymn of the Seventh Galaxy". Jeszcze lepiej wypada utwór kolejny, "After the Cosmic Rain" (kompozycja Clarke'a), bardziej rozbudowany, z melodyjnym tematem będącym punktem wyjścia do długich solówek i z licznymi kontrastami dynamicznymi. W równie długich "Captain Señor Mouse" i "Theme to the Mothership" również dzieje się sporo, ale wkrada się w to pewna monotonia, muzycy nie wprowadzają tu żadnych elementów niewykorzystanych w poprzednich utworach. Jednak najbardziej męczy mnie w nich intensywność, nieustanne prezentowanie przez wszystkich instrumentalistów jednocześnie ich technicznej biegłości. Mam wrażenie, że w tych utworach nie chodzi o nic więcej, niż popisywanie się umiejętnościami, muzycy nie próbują zachwycić niczym innym. "Space Circus" przynosi odrobinę wytchnienia za sprawą łagodniejszej brzmieniowo klamry i mniejszej ilości popisów w mocniejszej części środkowej, która wyjątkowo posiada dość schematyczną strukturę - z funkowymi "zwrotkami" i rockowym "refrenem". Obiecująco zaczyna się także "The Game Maker", jednak po pewnym czasie subtelność przeradza się w kolejne bezduszne popisy.

Próbowałem przekonać się do tego albumu, wielokrotnie do niego podchodząc z dłuższymi odstępami czasu, ale za każdym razem odbieram go tak samo. Fantastyczny początek, a potem już głównie kłębowisko technicznych popisów, z których właściwie nie wynika nic, prócz tego, że muzycy posiadają wielkie umiejętności, ale przesadzają z ich pokazywaniem. Zwykle jazzmani potrafią przystopować, co tylko korzystnie wpływa na ich nagrania. Tutaj jest zbyt intensywnie, niemal bez wytchnienia. Oczywiście zasługuje na uznanie to, że muzycy przy tej całej tendencji do popisywania się, potrafią cały czas wzorowo ze sobą współpracować i się nie pogubić. Ale mnie słuchanie znacznej części tego albumu męczy. Ale sądzę, że rockowi słuchacze, zwłaszcza ci lubujący się w szybkich solówkach gitarowych, znajdą tu dla siebie o wiele więcej.

Ocena: 7/10



Return to Forever featuring Chick Corea - "Hymn of the Seventh Galaxy" (1973)

1. Hymn of the Seventh Galaxy; 2. After the Cosmic Rain; 3. Captain Señor Mouse; 4. Theme to the Mothership; 5. Space Circus (Parts 1-2); 6. The Game Maker

Skład: Chick Corea - instr. klawiszowe, gong; Bill Connors - gitara; Stanley Clarke - bass; Lenny White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chick Corea


Po prawej: alternatywna wersja okładki (z krajów europejskich).


4 lutego 2019

[Recenzja] Joy Division - "Unknown Pleasures" (1979)



Jeden z najsłynniejszych post-punkowych i nowofalowych zespołów, będący zarazem całkiem reprezentatywnym dla tej mniej eksperymentalnej odmiany tych nurtów. Pomysł na założenie zespołu pojawił się zresztą podczas występu Sex Pistols, w którym uczestniczyli Bernard Sumner i Peter Hook - późniejsi gitarzysta i basista Joy Division. Koncert przekonał ich, ze nie trzeba wielkich umiejętności, by grać w zespole i podbijać tłumy. Wkrótce jednak dołączył do nich wokalista Ian Curtis, który miał nieco ambitniejsze inspiracje - The Velvet Underground, The Doors, Davida Bowiego, a nawet krautrockowe Neu! i Kraftwerk. Skierował on zespół w mniej punkowe rejony. Po wypróbowaniu kilku perkusistów, stanowisko to ostatecznie objął Stephen Morris. W kwietniu 1979 roku zespół wszedł do studia, by w ciągu niespełna tygodnia zarejestrować materiał na swój debiutancki album, "Unknown Pleasures".

Zespół zaprezentował tutaj całkiem oryginalny, rozpoznawalny styl. Spora w tym zasługa producenta Martina Hannetta, który wymógł na muzykach staranniejsze wykonanie (oni sami chcieli zagrać jak na koncertach, bardziej punkowo). Najbardziej charakterystycznym elementem Joy Division jest wokal. W głosie i sposobie śpiewania Curtisa słychać trochę Bowiego, trochę Jima Morrisona, ale nie sposób pomylić go z nimi czy kimkolwiek innym. Jego głos jest zarazem pełen pasji, jak i zimny, wyobcowany. Towarzyszy mu odpowiednia muzyka oparta na wyrazistych, motorycznych partiach basu (będących głównym nośnikiem melodii), perkusji tak prostej, że mogłaby być grana przez automat (choć zdecydowanie brakuje jej precyzji automatu), oraz nieco wycofanych, prostych partiach gitary i klawiszy, które jednak pomagają stworzyć bardzo zimną, depresyjną, gotycką atmosferę. Właśnie ten nastrój jest główną zaletą albumu. Utwory w rodzaju "Days of the Lords", "Candidate", "I Remember Nothing", a zwłaszcza "New Dawn Fades" to prawdziwe mistrzostwo w kreowaniu posępnego, a zarazem hipnotycznego nastroju. Nie można zapomnieć o świetnym "Shadowplay", w którym większa żywiołowość nie sprawia, że utwór brzmi mniej chłodno i złowieszczo. Z kolei w "Insight" rytm i elektroniczne dodatki potwierdzają inspirację wspomnianymi wyżej przedstawicielami krautrocka. W kontekście całości mogą dziwić natomiast nieco pogodniejsze, najbardziej punkowe "Disorder" i "Interzone". O ile ten pierwszy jest bardzo udanym kawałkiem, dzięki czemu można traktować go jako przyjemne urozmaicenie, tak drugi wyraźnie odstaje poziomem od innych kompozycji.

Pomimo dzielnej promocji zespołu przez Johna Peela, album "Unknown Pleasures" nie sprzedawał się tak dobrze, jak się spodziewano. Do brytyjskiego notowania wszedł dopiero po samobójczej śmierci Iana Curtisa w następnym roku, nawet wtedy dochodząc zaledwie do 71. miejsca. Z czasem zyskał jednak status jednego z najbardziej kultowych i najpopularniejszych albumów w historii fonografii. Całkiem zasłużenie. Instrumentaliści nie byli żadnymi wirtuozami, ich partie słuchane osobno często są nijakie, ale złożone razem brzmią naprawdę efektownie, a wszelkie braki techniczne zespół nadrabia chociażby rozpoznawalnością, dużym zmysłem melodycznym, umiejętnością kreowania wciągającego klimatu i tworzeniem dość zróżnicowanych, jak na taką stylistykę, kompozycji. 

Ocena: 9/10



Joy Division - "Unknown Pleasures" (1979)

1. Disorder; 2. Day of the Lords; 3. Candidate; 4. Insight; 5. New Dawn Fades; 6. She's Lost Control; 7. Shadowplay; 8. Wilderness; 9. Interzone; 10. I Remember Nothing

Skład: Ian Curtis - wokal; Bernard Sumner - gitara, instr. klawiszowe; Peter Hook - bass, dodatkowy wokal; Stephen Morris - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Martin Hannett - syntezator
Producent: Martin Hannett


2 lutego 2019

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun)" (1970)



Jak przystało na jazzowe standardy, nie trzeba było długo czekać na następcę nieco rozczarowującego albumu "Jewels of Thought". Pharoah Sanders jeszcze w tym samym roku wydał kolejny album, "Deaf Dumb Blind" (podtytuł "Summun Bukmun Umyun" znaczy dokładnie to samo w języku arabskim). Trafił na niego materiał zarejestrowany 1 czerwca 1970 roku w nowojorskim A & R Studios. Liderowi w nagraniach ponownie towarzyszyli pianista Lonnie Liston Smith i basista Cecil McBee, a ponadto saksofonista Gary Bartz, trębacz Woody Shaw, perkusista Clifford Jarvis oraz perkusjoniści Nathaniel Bettis i Anthony Wiles. Na perkusjonaliach grają zresztą prawie wszyscy instrumentaliści, stanowią one podstawę brzmienia tego albumu. "Deaf Dumb Blind" jest bowiem silnie inspirowany muzyką afrykańską, jej pierwotnym klimatem i polirytmią.

Album składa się z dwóch długich utworów: ponad dwudziestominutowej kompozycji Sandersa "Summun, Bukmun, Umyun" na stronie A oraz trwającej niespełna osiemnaście minut tradycyjnej pieśni gospel w aranżacji Smitha, "Let Us Go Into the House of the Lord", na stronie B. Oba utrzymane są w charakterystycznym dla Pharoaha, uduchowionym nastroju, dopracowanym już na albumie "Karma". Tym razem na szczęście obyło się bez powtórki z rozrywki - w przeciwieństwie do ocierającego się o autoplagiat "Jewels of Thought". Ten album ma własny charakter, m.in. za sprawą zwiększenia roli perkusjonaliów, oddalenia się od freejazzowego hałasu w czysty spiritual jazz, czy w końcu niemal całkowita rezygnacja z partii wokalnych (nie licząc trwającego dosłownie kilka sekund jodłowania). Pierwszy utwór wypada bardziej ekspresyjnie, perkusjonalia i kontrabas nadają niemal tanecznego charakteru, a dęciaki dodają zadziorności. Drugi utwór jest bardziej subtelny, przestrzenny, a partie kontrabasu (grane smyczkiem), pianina i saksofonu tworzą naprawdę piękny nastrój.

Pharoah Sanders w ramach wypracowanego wcześniej stylu zaproponował album, który wnosi pewną świeżość i nową jakość do jego twórczości. A przede wszystkim zawiera fantastycznie skomponowaną, zaaranżowaną i wykonaną muzykę. "Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun)" to jedno z największych osiągnięć saksofonisty.

Ocena: 8/10



Pharoah Sanders - "Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun)" (1970)

1. Summun, Bukmun, Umyun; 2. Let Us Go Into the House of the Lord

Skład: Pharoah Sanders - saksofon sopranowy, flet, pianino, instr. perkusyjne; Gary Bartz - saksofon altowy, instr. perkusyjne; Woody Shaw - trąbka, instr. perkusyjne, wokal; Lonnie Liston Smith - pianino, instr. perkusyjne; Cecil McBee - kontrabas; Clifford Jarvis - perkusja; Nathaniel Bettis - instr. perkusyjne, wokal; Anthony Wiles - instr. perkusyjne
Producent: Ed Michel


1 lutego 2019

[Blog] Looking Back: Styczeń 2019

Witam w pierwszej odsłonie odświeżonego cyklu "Looking Back". Zamiast skupiać się wyłącznie na swoich płytowych zakupach, jak we wcześniejszych częściach (publikowanych od września do listopada 2014 roku i ponownie od listopada 2015 do października 2017), nowa formuła będzie polegała głównie na podsumowaniu tego, co w ciągu danego miesiąca wydarzyło się na stronie - także w postaci specjalnie przygotowanej playlisty na serwisie Spotify.

W styczniu działo się sporo. Pojawiła się kolejna część cyklu "50 lat temu...", dotycząca 1968 roku, piętnaście nowych recenzji, a także zostało poprawione dwanaście starszych recenzji. Wśród nowości znalazły się teksty o przedstawicielach sceny Canterbury (eponimiczny debiut National Health, eponimiczny debiut i "The Rotter's Club" Hatfield and the North), krautrocka ("Opal" Embryo), avant-proga ("Barndomens Stigar" Kultivator, "Western Culture" Henry Cow, "Winter Songs" Art Bears), progresywnej elektroniki ("Zeit" Tangerine Dream), a także różnych odmian jazzu, od post-bopowych dokonań Charlesa Mingusa ("Mingus Ah Um") i Erica Dolphy'ego ("Outward Bound", "Out There"), przez fusion Return to Forever ("Light as a Feather") i Weather Report ("I Sing the Body Electric"), po free jazz Pharoaha Sandersa ("Jewels of Thought") i Dona Cherry'ego ("Complete Communion"). Poprawiane były głównie recenzje Nirvany i Judas Priest.

W zeszłym miesiącu padła ponadto rekordowa liczba wejść na stronę - po raz pierwszy przekroczyła ona 50 tysięcy. Najchętniej czytane były następujące teksty:
  1. Judas Priest - "Stained Class"
  2. Nirvana - "Nevermind"
  3. 50 lat temu... Podsumowanie roku 1968
  4. Tangerine Dream - "Zeit"
  5. Judas Priest - "British Steel"
  6. Judas Priest - "Sad Wings of Destiny"
  7. Hatfield and the North - "The Rotters' Club"
  8. Chick Corea and Return to Forever - "Light as a Feather"
  9. Henry Cow - "Western Culture"
  10. Kultivator - "Barndomens Stigar"

Aby nie odchodzić całkiem od tradycji tego cyklu, chciałbym jeszcze przedstawić listę kupionych w tym miesiącu płyt. Bardzo krótką, bo liczącą ledwie trzy pozycje: winylowe wydania "Mwandishi" Herbiego Hancocka (reedycja z początku XXI wieku) i eponimicznego debiutu Weather Report (reedycja z początku lat 80.), a także kompaktowy boks "1963: New Directions" Johna Coltrane'a. Albumu Hancocka poszukiwałem już od dawna, zależało mi na starszym wydaniu, ale w końcu się poddałem i kupiłem nowe (które i tak trzeba było sprowadzić aż z Wielkiej Brytanii).

Na koniec wspomniana playlista. Wybrałem po jednym utworze z zrecenzowanych i kupionych w tym miesiącu albumów, z wyjątkiem nieobecnych na Spotify Henry Cow i Art Bears (jak przystało na antykapitalistów, nie udostępnili swojej muzyki w serwisach streamingowych) oraz National Health. Również niedostępny jest tam debiut Weather Report, dlatego na liście umieściłem koncertową wersję "Orange Lady" z "Live in Tokyo". Ponadto uwzględniłem utwór The Jeff Beck Group jako reprezentanta podsumowania 1968 roku, a także przekorny wybór reprezentantów poprawionych recenzji - nietypowy utwór z dorobku Nirvany i oryginalną wersję utworu zcoverowanego przez Judas Priest. Kolejność ustaliłem w taki sposób, aby zacząć od prostych kawałków rockowych, przez bardziej progresywne granie, jazz-rockowe fuzje, akustyczny jazz, po free jazz i progresywną elektronikę. Zachęcam do przesłuchania całości ;)