16 lutego 2019

[Recenzja] Joy Division - "Closer" (1980)



Wiosną 1980 roku Joy Division stał u progu światowej kariery. Europejscy fani wyczekiwali premiery singla "Love Will Tear Us Apart" (znanego już za sprawą radiowej sesji dla Johna Peela) i drugiego pełnowymiarowego albumu, a zespół szykował się do swojej pierwszej amerykańskiej trasy. W przeddzień wyjazdu Ian Curtis postanowił jednak zakończyć swoje życie. Pozostali muzycy zdawali sobie sprawę, że nie można zastąpić najważniejszego, najbardziej rozpoznawalnego członka zespołu i podjęli jedyną słuszną decyzję - zakończyli działalność pod szyldem Joy Division (i kontynuowali współpracę pod nazwą New Order). Śmierć wokalisty sprawiała jednak, że przynajmniej w Europie zespół stał się niezwykle popularny - debiutancki "Unknown Pleasures" nagle zaczął pojawiać się na listach sprzedaży, a wkrótce dołączył do niego nowy album, zatytułowany "Closer".

Nie da się pisać o tym longplay pomijając powyższy kontekst. To jeden z najbardziej depresyjnych i ponurych albumów w historii fonografii, szczególnie w warstwie tekstowej - odczytywanej jako zapowiedź nadchodzącej tragedii - ale też odpowiednio dobranej muzyki. Przebój "Love Will Tear Us Apart" nie przypadkiem został pominięty - tak pogodny utwór zwyczajnie by tu nie pasował. Zespół dopracował styl z debiutanckiego albumu, jeszcze dalej odchodząc od zwykłego punku, na rzecz gotyckiej atmosfery. Głos Iana Curtisa jest tutaj jeszcze bardziej przepełniony smutkiem i odrealniony, charakterystyczne partie basu i prosta gra perkusji (lub automatu perkusyjnego) wprowadzają w niemal transowy nastrój, a wycofana gitara dodaje przestrzeni. W porównaniu z debiutem, więcej tutaj brzmień klawiszowych, które (nie zawsze) podkreślają brzmieniowy chłód.

"Atrocity Exhibition"  doskonale wprowadza w klimat całości. W warstwie instrumentalnej na pierwszy plan wybija się jakby plemienna perkusja, której towarzyszą gitarowe sprzężenia i wyjątkowo oszczędna linia basu (efekt zamiany ról przez Sumnera i Hooka). Warstwa wokalna to już natomiast dokładnie to, czego należało spodziewać się po Curtisie. W utrzymanych w szybszym tempie "Passover", "Colony" i "A Means to an End" klimat jest równie gęsty i ponury. A potem zaczyna się najlepsza część albumu: bardzo transowy w warstwie rytmicznej "Heart and Soul", rozpędzony, wykonany z wielkim zaangażowaniem "Twenty Four Hours", a także przejmujący "The Eternal" niewątpliwie świadczą o większej dojrzałości kompozytorskiej muzyków oraz umiejętności jak najlepszego i najbardziej kreatywnego wykorzystania swoich możliwości, dzięki czemu wszelkie techniczne braki nie mają żadnego znaczenia. Finałowego "Decades" nie wymieniłem razem z poprzednią trójką tylko dlatego, że dość tandetne brzmienie syntezatora nie pasuje do posępnego klimatu tego utworu. Podobne brzmienia syntetyczne pojawiają się także w "Isolation", z tą jednak różnicą, że tutaj cały utwór wypada zaskakująco trywialnie i dość radośnie, co naprawdę szkodzi spójności albumu. Bez tych niespełna trzech minut całość i tak byłaby wystarczająco długa, a tylko by na tym zyskała.

Pomimo pewnych niedoskonałości, "Closer" to wielkie dzieło. Bez wątpienia jeden z najlepszych i najważniejszych albumów lat 80., całkowicie zasłużenie cieszący się tak wielką popularnością. Samobójstwo Curtisa niewątpliwie pomogło w odniesieniu sukcesu, jednak zawarty tu materiał broni się sam. Trochę tylko szkoda, że zespół w tym składzie nie nagrał więcej albumów. Z drugiej strony dobrze, że nie istniał na tyle długo, by spaść poniżej tego poziomu.

Ocena: 9/10



Joy Division - "Closer" (1980)

1. Atrocity Exhibition; 2. Isolation; 3. Passover; 4. Colony; 5. A Means to an End; 6. Heart and Soul; 7. Twenty Four Hours; 8. The Eternal; 9. Decades

Skład: Ian Curtis - wokal, gitara (6), melodyka (9); Bernard Sumner - gitara (2-5,7-9), bass (1), syntezator (2,6,8,9); Peter Hook - bass (2-9), gitara (1); Stephen Morris - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Martin Hannett


14 lutego 2019

[Recenzja] Frank Lowe - "Black Beings" (1973)



"Black Beings" to debiutancki album saksofonisty Franka Lowe'a, znanego ze współpracy m.in. z Sun Ra, Alice Coltrane, Donem Cherrym, Johnem McPhee czy Jazz Composer's Orchestra. Materiał został zarejestrowany podczas koncertu, w marcu 1973 roku. Na scenie Lowe'a (grającego na tenorze) wspomogli saksofonista Joseph Jarman (grający na sopranie i alcie), basista William Parker, perkusista Rashid Sinan, a także Raymong Lee Chang na skrzypcach. Na potrzeby oryginalnego, winylowego wydania nagrania zostały skrócone do całkowitej długości 45 minut. Na kompaktowych reedycjach przywrócono im oryginalny kształt, wydłużając album do godziny.

Tytuł pierwszego utworu, "In Trane's Name", zapowiada czego się spodziewać. To hołd dla Johna Coltrane'a, inspirowany jego późnymi dokonaniami w rodzaju "Ascension", "Meditations" i "Om". To dwadzieścia pięć (trzydzieści trzy w wersji kompaktowej) minut agresywnego, bezkompromisowego free jazzu, pełne saksofonowych przedęć i dysonansów, perkusyjnej nawałnicy i bardzo luźnych partii kontrabasu, z małym dodatkiem atonalnych dźwięków skrzypiec. Czasem z tego pozornego chaosu wyłaniają się bardziej nastrojowe i dostojne partie, będące ciekawym kontrapunktem. Duet Lowe-Jarman gra ewidentnie pod wpływem duetu Coltrane-Sanders, niemal zbliżając się do ich poziomu kreatywności i ekspresji. Niespełna pięciominutowy (w obu wersjach) "Brother Joseph" to solowy popis lidera, w którym jest miejsce i na liryzm, i freejazzową brutalność. Pozostali muzycy wracają w 16-minutowym (22-minutowym na reedycjach) "Thulani" - jedynej tutaj kompozycji autorstwa Jarmana, a nie Lowe'a. Jest to kolejna potężna porcja bardzo swobodnego grania, długimi momentami naprawdę agresywnego, choć niepozbawionego spokojniejszych, ładnych partii. Świetne są zwłaszcza te fragmenty, kiedy ostre i łagodne partie są grane jednocześnie, tworząc bardzo interesujący kontrapunkt.

"Black Beings" nie jest albumem zbyt znanym, a szkoda, bo to na prawdę solidne wydawnictwo, które doceni każdy wielbiciel freejazzowych improwizacji.

Ocena: 8/10



Frank Lowe - "Black Beings" (1973) 

1. In Trane's Name; 2. Brother Joseph; 3. Thulani

Skład: Frank Lowe - saksofon tenorowy; Joseph Jarman - saksofon sopranowy, saksofon altowy; William Parker - kontrabas; Rashid Sinan - perkusja; Raymond Lee "The Wizard" Cheng - skrzypce
Producent: - 


12 lutego 2019

[Recenzja] Art Bears - "The World as It Is Today" (1981)



Nagrywając swój trzeci longplay, muzycy Art Bears przypomnieli sobie, że sztuka powinna być młotem. I w rezultacie powstał album bardzo mocno zaangażowany politycznie, o czym świadczą już same tytuły w rodzaju "Freedom" czy "Democracy". Tym samym warstwa muzyczna schodzi na nieco dalszy plan, a materiał sprawia dość jednorodne wrażenie. Co ma też swoje zalety. Jedenaście utworów, o łącznym czasie ledwo przekraczającym trzydzieści minut, tworzy bardzo spójną całość. W przeciwieństwie do dość różnorodnych "Hopes and Fears" i "Winter Songs", "The World as It Is Today" nawiązuje muzycznie przede wszystkim do kameralnej awangardy. Pod koniec albumu, w utworach od siódmego do dziesiątego, dochodzi do tego wpływ piosenki kabaretowej, co nasuwa skojarzenia z twórczością pierwszej grupy Dagmar Krause, Slapp Happy. Ogólnie zawarta tutaj muzyka nie jest zbyt radykalna - nie licząc dzikich wrzasków Krause w "Freedom" i zbliżającego się do free improvisation "Albion, Awake!" - jednak wymaga dużego skupienia i licznych przesłuchań, by wyłapać wszystkie aranżacyjne smaczki, które pozwolą odróżnić od siebie poszczególne utwory i dostrzec w nich piękno.

Na "The World as It Is Today" nie ma łatwo wpadających w ucho melodii, gitarowych riffów i efektownych solówek, prostych rytmów przy których można pomachać głową lub potupać nogą, ani innych elementów, których normalni ludzie szukają w normalnej muzyce. Twórczość Art Bears wymaga większego zaangażowania i większej otwartości, aby odsłonić przed słuchaczem swoje piękno. Ale to właśnie odróżnia prawdziwą sztukę od czysto użytkowych produktów. Niestety, "The World as It Is Today" okazał się ostatnim wydawnictwem zespołu, który wkrótce po jego zarejestrowaniu zakończył działalność, by już nigdy się nie reaktywować. Rozpad tria był związany z przeprowadzką Freda Fritha do Stanów, gdzie pochłaniały go inne projekty (np. post-punkowy Massacre). Chris Cutler i Dagmar Krause, z pomocą m.in. Lindsay Cooper (współpracowniczki z czasów Henry Cow), stworzyli nowy zespół, News From Babel, z którym nagrali dwa albumy.

Ocena: 8/10



Art Bears - "The World as It Is Today" (1981)

1. The Song of Investment Capital Overseas; 2. Truth; 3. Freedom; 4. (Armed) Peace; 5. Civilisation; 6. Democracy; 7. The Song of the Martyrs; 8. Law; 9. The Song of the Monopolists; 10. The Song of the Dignity of Labour Under Capital; 11. Albion, Awake!

Skład: Dagmar Krause - wokal; Fred Frith - gitara, bass, instr. klawiszowe, skrzypce, altówka, ksylofon; Chris Cutler - perkusja i instr. perkusyjne, efekty
Producent: Art Bears i Etienne Conod


10 lutego 2019

[Recenzja] Charles Mingus - "Blues & Roots" (1960)



Pod koniec lat 50. Charles Mingus był już bardzo uznanym muzykiem. Niektórzy krytycy zarzucali mu jednak zbyt ociężały, niezbyt swingujący styl gry. Stąd pomysł Nesuhiego Ertegüna z Atlantic Records, aby basista nagrał dla jego wytwórni album zawierający muzykę o zdecydowanie bardziej bujającym charakterze. Mingus na to przystał. Tworząc nowy materiał (postawił wyłącznie na autorski repertuar) postanowił sięgnąć do swoich muzycznych korzeni - do bluesa i gospel, z którymi miał do czynienia już jako dziecko, za pośrednictwem kościoła. Stąd też tytuł wydawnictwa, "Blues & Roots".

Sesja nagraniowa odbyła się 4 lutego 1959 roku w nowojorskim Atlantic Studios (trzy miesiące przed nagraniem dla innej wytwórni "Mingus Ah Um", który ukazał się wcześniej). Mingus lubił pracować z dość rozbudowanymi składami - nie inaczej było tym razem. W nagraniach wzięło udział czterech saksofonistów: John Handy i Jackie McLean na altach, Booker Ervin na tenorze oraz Pepper Adams na barytonie, dwóch puzonistów: Jimmy Knepper i Willie Dennis, perkusista Dannie Richmond, a także pianista Horace Parlan (w jednym utworze zastąpiony przez Mala Waldrona). Album wypełniło sześć mocno swingujących, opartych na bluesie utworów. Nagrania w rodzaju "Wednesday Night Prayer Meeting", "Tensions" czy najbardziej rozimprowizowanego "Moanin'" mają mnóstwo luzu i energii, niemal taneczny charakter (na ile tylko taneczny może być jazz), ale i doskonale sprawdzają się jako muzyka do słuchania, za sprawą niebanalnych partii instrumentalnych i udanej współpracy rozbudowanego składu.

"Blues & Roots" nie należy może do ścisłej czołówki dokonań Charlesa Mingusa, ale zdecydowanie należy do tych wydawnictw basisty, które warto poznać. Tym bardziej, że pokazuje nieco inne oblicze słynnego muzyka, grającego tutaj może i bardziej mainstreamowo, idąc na pewien kompromis, ale wciąż dbającego o artystyczny poziom.

Ocena: 8/10



Charles Mingus - "Blues & Roots" (1960)

1. Wednesday Night Prayer Meeting; 2. Cryin' Blues; 3. Moanin'; 4. Tensions; 5. My Jelly Roll Soul; 6. E's Flat Ah's Flat Too

Skład: Charles Mingus - kontrabas; John Handy - saksofon altowy; Jackie McLean - saksofon altowy; Booker Ervin - saksofon tenorowy; Pepper Adams - saksofon barytonowy; Jimmy Knepper - puzon; Willie Dennis - puzon; Dannie Richmond - perkusja; Horace Parlan - pianino (1-5); Mal Waldron - pianino (6)
Producent: Nesuhi Ertegün


8 lutego 2019

[Recenzja] Ashra - "Blackouts" (1978)



Drugi album Manuela Göttschinga wydany pod szyldem Ashra rozwija pomysły z "New Age of Earth" i wcześniejszego, solowego "Inventions for Electric Guitar". Także tym razem muzyk nie skorzystał z niczyjej pomocy i całość zarejestrował zupełnie samodzielnie, za pomocą gitary, klawiszy i studyjnego sprzętu. Studyjna obróbka odgrywa tu bowiem nie mniejszą rolę, niż nagrane partie instrumentalne. Kompozycje są tworzone w podobny sposób, jak robili to minimalistyczni twórcy w rodzaju Terry'ego Rileya czy Steve'a Reicha - poprzez nakładanie kolejnych ścieżek z zapętlonymi dźwiękami. "Blackouts" dość istotnie różni się jednak od poprzednich albumów, będąc próbą połączenia technik minimalizmu z bardziej rockowym podejściem. Próbą naprawdę udaną.

Album wypełniają głównie stosunkowo krótkie (rzadko przekraczające siedem minut) utwory. W nagraniach ze strony A winylowego wydania - "77 Slightly Delayed", "Midnight on Mars" oraz połączonych ze sobą "Don't Trust the Kids" i "Blackouts" - główną rolę odgrywają dość tradycyjne gitarowe solówki, grane na minimalistycznych podkładach stworzonych z kilku zapętlających się ścieżek (gitarowych i klawiszowych). Göttsching nie popisuje się techniką, stawia na klimat i tworzenie dźwiękowych pejzaży. Najładniej wyszło to w "Midnight on Mars", w którym gitarowe frazy i ich brzmienie kojarzą się z Davidem Gilmourem, jednak w grze Manuela jest więcej swobody i przestrzeni. "Shuttle Cock" to już natomiast utwór oparty w większym stopniu na pętlach, układających się w ciekawe wzory, ulegające stopniowym przetworzeniom. Mocno taneczny  (ale nie w tandetny sposób) charakter tego nagrania to już jakby zapowiedź słynnego "E2-E4". Bliższy poprzednich albumów jest z kolei siedemnastominutowy finał longplaya, "Lotus (Parts 1-4)", w którym zapętlające się dźwięki są bardziej nastrojowe, momentami niemal ambientowe, a brzmienie gitary jest trudniejsze do wyłapania.

"Blackouts" to swego rodzaju podsumowanie dotychczasowej kariery Manuela Göttschinga, będąc z jednej strony kontynuacją elektronicznych eksperymentów z drugiej połowy lat 70., jak i w pewnym stopniu powrotem do bardziej rockowego grania z czasów Ash Ra Tempel. Nie ma jednak wrażenia wtórności - z tego połączenia powstała nowa jakość. Jest to być może album mniej eksperymentalny, ale za to nadrabiający dojrzałością. I chyba najlepiej sprawdza się w roli wprowadzenia do twórczości Göttschinga (zarówno solowej, jak i pod szyldami Ashra i Ash Ra Tempel), pokazując różne oblicza jego muzyki, ale również z powodu swojej przystępności.

Ocena: 9/10



Ashra - "Blackouts" (1978)

1. 77 Slightly Delayed; 2. Midnight on Mars; 3. Don't Trust the Kids; 4. Blackouts; 5. Shuttle Cock; 6. Lotus (Parts 1-4)

Skład: Manuel Göttsching - gitara, instr. klawiszowe, sekwencer
Producent: Manuel Göttsching


6 lutego 2019

[Recenzja] Return to Forever - "Hymn of the Seventh Galaxy" (1973)



"Hymn of the Seventh Galaxy" rozpoczyna nowy etap w działalności Chicka Corei i Return to Forever. Z poprzedniego składu, oprócz lidera, został tylko basista Stanley Clarke. W nowej wersji zespołu dołączyli do nich perkusista Lenny White (najbardziej znany z udziału w nagraniu "Bitches Brew") i gitarzysta Bill Connors. Wiązało się to z wyraźną zmianą stylu na bardziej jazz-rockowy. Corea najwidoczniej pozazdrościł Johnowi McLaughlinowi i jego Mahavishnu Orchestra wielkich komercyjnych sukcesów i postanowił spróbować sił w takiej stylistyce.

Na album składa się sześć utworów (pięć kompozycji lidera i jedna Clarke'a), opartych na partiach zelektryfikowanych klawiszy, gitary i basu oraz mocnej, w rockowy sposób uproszczonej perkusji. Brzmienie całości jest dość ostre, wywołuje raczej skojarzenia z muzyką rockową. Same kompozycje mają oczywiście bardziej swobodny charakter i otwarte struktury. Ale czy aż tak bardzo różnią się od instrumentalnych fragmentów w rocku progresywnym albo koncertowych improwizacji tych ambitniejszych wykonawców rockowych? Zdecydowanie nie. Jest to na pewno jeden z najbardziej rockowych albumów nagranych przez muzyków jazzowych.

Zaczyna się świetnie, od energetycznego, bardzo zwięzłego i treściwego "Hymn of the Seventh Galaxy". Jeszcze lepiej wypada utwór kolejny, "After the Cosmic Rain" (kompozycja Clarke'a), bardziej rozbudowany, z melodyjnym tematem będącym punktem wyjścia do długich solówek i z licznymi kontrastami dynamicznymi. W równie długich "Captain Señor Mouse" i "Theme to the Mothership" również dzieje się sporo, ale wkrada się w to pewna monotonia, muzycy nie wprowadzają tu żadnych elementów niewykorzystanych w poprzednich utworach. Jednak najbardziej męczy mnie w nich intensywność, nieustanne prezentowanie przez wszystkich instrumentalistów jednocześnie ich technicznej biegłości. Mam wrażenie, że w tych utworach nie chodzi o nic więcej, niż popisywanie się umiejętnościami, muzycy nie próbują zachwycić niczym innym. "Space Circus" przynosi odrobinę wytchnienia za sprawą łagodniejszej brzmieniowo klamry i mniejszej ilości popisów w mocniejszej części środkowej, która wyjątkowo posiada dość schematyczną strukturę - z funkowymi "zwrotkami" i rockowym "refrenem". Obiecująco zaczyna się także "The Game Maker", jednak po pewnym czasie subtelność przeradza się w kolejne bezduszne popisy.

Próbowałem przekonać się do tego albumu, wielokrotnie do niego podchodząc z dłuższymi odstępami czasu, ale za każdym razem odbieram go tak samo. Fantastyczny początek, a potem już głównie kłębowisko technicznych popisów, z których właściwie nie wynika nic, prócz tego, że muzycy posiadają wielkie umiejętności, ale przesadzają z ich pokazywaniem. Zwykle jazzmani potrafią przystopować, co tylko korzystnie wpływa na ich nagrania. Tutaj jest zbyt intensywnie, niemal bez wytchnienia. Oczywiście zasługuje na uznanie to, że muzycy przy tej całej tendencji do popisywania się, potrafią cały czas wzorowo ze sobą współpracować i się nie pogubić. Ale mnie słuchanie znacznej części tego albumu męczy. Ale sądzę, że rockowi słuchacze, zwłaszcza ci lubujący się w szybkich solówkach gitarowych, znajdą tu dla siebie o wiele więcej.

Ocena: 7/10



Return to Forever featuring Chick Corea - "Hymn of the Seventh Galaxy" (1973)

1. Hymn of the Seventh Galaxy; 2. After the Cosmic Rain; 3. Captain Señor Mouse; 4. Theme to the Mothership; 5. Space Circus (Parts 1-2); 6. The Game Maker

Skład: Chick Corea - instr. klawiszowe, gong; Bill Connors - gitara; Stanley Clarke - bass; Lenny White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chick Corea


Po prawej: alternatywna wersja okładki (z krajów europejskich).


4 lutego 2019

[Recenzja] Joy Division - "Unknown Pleasures" (1979)



Jeden z najsłynniejszych post-punkowych i nowofalowych zespołów, będący zarazem całkiem reprezentatywnym dla tej mniej eksperymentalnej odmiany tych nurtów. Pomysł na założenie zespołu pojawił się zresztą podczas występu Sex Pistols, w którym uczestniczyli Bernard Sumner i Peter Hook - późniejsi gitarzysta i basista Joy Division. Koncert przekonał ich, ze nie trzeba wielkich umiejętności, by grać w zespole i podbijać tłumy. Wkrótce jednak dołączył do nich wokalista Ian Curtis, który miał nieco ambitniejsze inspiracje - The Velvet Underground, The Doors, Davida Bowiego, a nawet krautrockowe Neu! i Kraftwerk. Skierował on zespół w mniej punkowe rejony. Po wypróbowaniu kilku perkusistów, stanowisko to ostatecznie objął Stephen Morris. W kwietniu 1979 roku zespół wszedł do studia, by w ciągu niespełna tygodnia zarejestrować materiał na swój debiutancki album, "Unknown Pleasures".

Zespół zaprezentował tutaj całkiem oryginalny, rozpoznawalny styl. Spora w tym zasługa producenta Martina Hannetta, który wymógł na muzykach staranniejsze wykonanie (oni sami chcieli zagrać jak na koncertach, bardziej punkowo). Najbardziej charakterystycznym elementem Joy Division jest wokal. W głosie i sposobie śpiewania Curtisa słychać trochę Bowiego, trochę Jima Morrisona, ale nie sposób pomylić go z nimi czy kimkolwiek innym. Jego głos jest zarazem pełen pasji, jak i zimny, wyobcowany. Towarzyszy mu odpowiednia muzyka oparta na wyrazistych, motorycznych partiach basu (będących głównym nośnikiem melodii), perkusji tak prostej, że mogłaby być grana przez automat (choć zdecydowanie brakuje jej precyzji automatu), oraz nieco wycofanych, prostych partiach gitary i klawiszy, które jednak pomagają stworzyć bardzo zimną, depresyjną, gotycką atmosferę. Właśnie ten nastrój jest główną zaletą albumu. Utwory w rodzaju "Days of the Lords", "Candidate", "I Remember Nothing", a zwłaszcza "New Dawn Fades" to prawdziwe mistrzostwo w kreowaniu posępnego, a zarazem hipnotycznego nastroju. Nie można zapomnieć o świetnym "Shadowplay", w którym większa żywiołowość nie sprawia, że utwór brzmi mniej chłodno i złowieszczo. Z kolei w "Insight" rytm i elektroniczne dodatki potwierdzają inspirację wspomnianymi wyżej przedstawicielami krautrocka. W kontekście całości mogą dziwić natomiast nieco pogodniejsze, najbardziej punkowe "Disorder" i "Interzone". O ile ten pierwszy jest bardzo udanym kawałkiem, dzięki czemu można traktować go jako przyjemne urozmaicenie, tak drugi wyraźnie odstaje poziomem od innych kompozycji.

Pomimo dzielnej promocji zespołu przez Johna Peela, album "Unknown Pleasures" nie sprzedawał się tak dobrze, jak się spodziewano. Do brytyjskiego notowania wszedł dopiero po samobójczej śmierci Iana Curtisa w następnym roku, nawet wtedy dochodząc zaledwie do 71. miejsca. Z czasem zyskał jednak status jednego z najbardziej kultowych i najpopularniejszych albumów w historii fonografii. Całkiem zasłużenie. Instrumentaliści nie byli żadnymi wirtuozami, ich partie słuchane osobno często są nijakie, ale złożone razem brzmią naprawdę efektownie, a wszelkie braki techniczne zespół nadrabia chociażby rozpoznawalnością, dużym zmysłem melodycznym, umiejętnością kreowania wciągającego klimatu i tworzeniem dość zróżnicowanych, jak na taką stylistykę, kompozycji. 

Ocena: 9/10



Joy Division - "Unknown Pleasures" (1979)

1. Disorder; 2. Day of the Lords; 3. Candidate; 4. Insight; 5. New Dawn Fades; 6. She's Lost Control; 7. Shadowplay; 8. Wilderness; 9. Interzone; 10. I Remember Nothing

Skład: Ian Curtis - wokal; Bernard Sumner - gitara, instr. klawiszowe; Peter Hook - bass, dodatkowy wokal; Stephen Morris - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Martin Hannett - syntezator
Producent: Martin Hannett


2 lutego 2019

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun)" (1970)



Jak przystało na jazzowe standardy, nie trzeba było długo czekać na następcę nieco rozczarowującego albumu "Jewels of Thought". Pharoah Sanders jeszcze w tym samym roku wydał kolejny album, "Deaf Dumb Blind" (podtytuł "Summun Bukmun Umyun" znaczy dokładnie to samo w języku arabskim). Trafił na niego materiał zarejestrowany 1 czerwca 1970 roku w nowojorskim A & R Studios. Liderowi w nagraniach ponownie towarzyszyli pianista Lonnie Liston Smith i basista Cecil McBee, a ponadto saksofonista Gary Bartz, trębacz Woody Shaw, perkusista Clifford Jarvis oraz perkusjoniści Nathaniel Bettis i Anthony Wiles. Na perkusjonaliach grają zresztą prawie wszyscy instrumentaliści, stanowią one podstawę brzmienia tego albumu. "Deaf Dumb Blind" jest bowiem silnie inspirowany muzyką afrykańską, jej pierwotnym klimatem i polirytmią.

Album składa się z dwóch długich utworów: ponad dwudziestominutowej kompozycji Sandersa "Summun, Bukmun, Umyun" na stronie A oraz trwającej niespełna osiemnaście minut tradycyjnej pieśni gospel w aranżacji Smitha, "Let Us Go Into the House of the Lord", na stronie B. Oba utrzymane są w charakterystycznym dla Pharoaha, uduchowionym nastroju, dopracowanym już na albumie "Karma". Tym razem na szczęście obyło się bez powtórki z rozrywki - w przeciwieństwie do ocierającego się o autoplagiat "Jewels of Thought". Ten album ma własny charakter, m.in. za sprawą zwiększenia roli perkusjonaliów, oddalenia się od freejazzowego hałasu w czysty spiritual jazz, czy w końcu niemal całkowita rezygnacja z partii wokalnych (nie licząc trwającego dosłownie kilka sekund jodłowania). Pierwszy utwór wypada bardziej ekspresyjnie, perkusjonalia i kontrabas nadają niemal tanecznego charakteru, a dęciaki dodają zadziorności. Drugi utwór jest bardziej subtelny, przestrzenny, a partie kontrabasu (grane smyczkiem), pianina i saksofonu tworzą naprawdę piękny nastrój.

Pharoah Sanders w ramach wypracowanego wcześniej stylu zaproponował album, który wnosi pewną świeżość i nową jakość do jego twórczości. A przede wszystkim zawiera fantastycznie skomponowaną, zaaranżowaną i wykonaną muzykę. "Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun)" to jedno z największych osiągnięć saksofonisty.

Ocena: 8/10



Pharoah Sanders - "Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun)" (1970)

1. Summun, Bukmun, Umyun; 2. Let Us Go Into the House of the Lord

Skład: Pharoah Sanders - saksofon sopranowy, flet, pianino, instr. perkusyjne; Gary Bartz - saksofon altowy, instr. perkusyjne; Woody Shaw - trąbka, instr. perkusyjne, wokal; Lonnie Liston Smith - pianino, instr. perkusyjne; Cecil McBee - kontrabas; Clifford Jarvis - perkusja; Nathaniel Bettis - instr. perkusyjne, wokal; Anthony Wiles - instr. perkusyjne
Producent: Ed Michel


1 lutego 2019

[Blog] Looking Back: Styczeń 2019

Witam w pierwszej odsłonie odświeżonego cyklu "Looking Back". Zamiast skupiać się wyłącznie na swoich płytowych zakupach, jak we wcześniejszych częściach (publikowanych od września do listopada 2014 roku i ponownie od listopada 2015 do października 2017), nowa formuła będzie polegała głównie na podsumowaniu tego, co w ciągu danego miesiąca wydarzyło się na stronie - także w postaci specjalnie przygotowanej playlisty na serwisie Spotify.

W styczniu działo się sporo. Pojawiła się kolejna część cyklu "50 lat temu...", dotycząca 1968 roku, piętnaście nowych recenzji, a także zostało poprawione dwanaście starszych recenzji. Wśród nowości znalazły się teksty o przedstawicielach sceny Canterbury (eponimiczny debiut National Health, eponimiczny debiut i "The Rotter's Club" Hatfield and the North), krautrocka ("Opal" Embryo), avant-proga ("Barndomens Stigar" Kultivator, "Western Culture" Henry Cow, "Winter Songs" Art Bears), progresywnej elektroniki ("Zeit" Tangerine Dream), a także różnych odmian jazzu, od post-bopowych dokonań Charlesa Mingusa ("Mingus Ah Um") i Erica Dolphy'ego ("Outward Bound", "Out There"), przez fusion Return to Forever ("Light as a Feather") i Weather Report ("I Sing the Body Electric"), po free jazz Pharoaha Sandersa ("Jewels of Thought") i Dona Cherry'ego ("Complete Communion"). Poprawiane były głównie recenzje Nirvany i Judas Priest.

W zeszłym miesiącu padła ponadto rekordowa liczba wejść na stronę - po raz pierwszy przekroczyła ona 50 tysięcy. Najchętniej czytane były następujące teksty:
  1. Judas Priest - "Stained Class"
  2. Nirvana - "Nevermind"
  3. 50 lat temu... Podsumowanie roku 1968
  4. Tangerine Dream - "Zeit"
  5. Judas Priest - "British Steel"
  6. Judas Priest - "Sad Wings of Destiny"
  7. Hatfield and the North - "The Rotters' Club"
  8. Chick Corea and Return to Forever - "Light as a Feather"
  9. Henry Cow - "Western Culture"
  10. Kultivator - "Barndomens Stigar"

Aby nie odchodzić całkiem od tradycji tego cyklu, chciałbym jeszcze przedstawić listę kupionych w tym miesiącu płyt. Bardzo krótką, bo liczącą ledwie trzy pozycje: winylowe wydania "Mwandishi" Herbiego Hancocka (reedycja z początku XXI wieku) i eponimicznego debiutu Weather Report (reedycja z początku lat 80.), a także kompaktowy boks "1963: New Directions" Johna Coltrane'a. Albumu Hancocka poszukiwałem już od dawna, zależało mi na starszym wydaniu, ale w końcu się poddałem i kupiłem nowe (które i tak trzeba było sprowadzić aż z Wielkiej Brytanii).

Na koniec wspomniana playlista. Wybrałem po jednym utworze z zrecenzowanych i kupionych w tym miesiącu albumów, z wyjątkiem nieobecnych na Spotify Henry Cow i Art Bears (jak przystało na antykapitalistów, nie udostępnili swojej muzyki w serwisach streamingowych) oraz National Health. Również niedostępny jest tam debiut Weather Report, dlatego na liście umieściłem koncertową wersję "Orange Lady" z "Live in Tokyo". Ponadto uwzględniłem utwór The Jeff Beck Group jako reprezentanta podsumowania 1968 roku, a także przekorny wybór reprezentantów poprawionych recenzji - nietypowy utwór z dorobku Nirvany i oryginalną wersję utworu zcoverowanego przez Judas Priest. Kolejność ustaliłem w taki sposób, aby zacząć od prostych kawałków rockowych, przez bardziej progresywne granie, jazz-rockowe fuzje, akustyczny jazz, po free jazz i progresywną elektronikę. Zachęcam do przesłuchania całości ;)