29 lipca 2016

[Recenzja] Muddy Waters - "Electric Mud" (1968)



W połowie lat 60. zmalało zainteresowanie tradycyjnym bluesem wśród jego głównej grupy odbiorczej - Afroamerykanów, którzy w tamtym czasie przerzucili się na słuchanie soulu. Jednocześnie nastąpił wzrost zainteresowanie bluesem wśród białych odbiorców - ci jednak słuchali głównie urockowionej odmiany stylu, granej przez białych muzyków. Przedstawiciele największej amerykańskiej wytwórni bluesowej, Chess Records, wpadli więc na pomysł, aby ich czołowi wykonawcy - Howlin' Wolf i Muddy Waters - nagrali bardziej rockowe albumy. Obaj bluesmani nie byli tym zachwyceni, ale i tak nie mieli nic do gadania. Szczególnie pierwszy z nich obnosił się z niechęcią do tego projektu (na froncie koperty "The Howlin' Wolf Album" pojawiła się nawet informacja, że nie lubi on tego longplaya), a podczas sesji nagraniowej poszedł na łatwiznę, nagrywając jedynie nowe wersje kilku swoich starczych utworów. Słychać w nich, że nie potrafił odnaleźć się w takim brzmieniu. Poważniej do tematu podszedł Muddy Waters, traktując to jako ciekawe wyzwanie i starając jak najlepiej wczuć się w nowy styl. Efekt, w postaci albumu "Electric Mud", jest bardzo udany.

W nagraniach Watersowi towarzyszyli muzycy psychodeliczno-soulowej grupy Rotary Connection, promowanej wówczas przez Chess Records jako "najgorętszy i najbardziej awangardowy zespół w Chicago". Współpraca ta zaowocowała materiałem łączącym elektryczny blues z rockiem psychodelicznym. Na repertuar złożyły się głównie utwory już wcześniej wydane przez Watersa, wśród których nie zabrakło takich klasyków muzyki bluesowej, jak "I Just Want to Make Love to You", "I'm Your Hoochie Coochie Man" czy "Mannish Boy". Wszystkie zostały jednak zaprezentowane w bardziej dynamicznych, energetycznych i cięższych brzmieniowo wersjach. Rockowego charakteru nadają ostre partie gitar, z nałożonymi efektami fuzz i wah-wah, oraz mocna gra sekcji rytmicznej. Czasem w instrumentarium pojawiają się także elektryczne organy (świetnie wykorzystane chociażby w "I Just Want...") lub saksofon, natomiast całkiem zrezygnowano z harmonijki - instrumentu, jak się mogło wydawać, niezbędnego w bluesie.

Na albumie znalazły się także dwa zupełnie nowe utwory - bardzo psychodeliczne "Herbert Harper's Free Press News" i "Tom Cat" - a także jedna zaskakująca przeróbka - "Let's Spend the Night Together" z repertuaru The Rolling Stones. Dość dziwna, bo praktycznie nie przypominająca oryginału, za to oparta na riffie zerżniętym z "Sunshine of Your Love" Cream. A skoro o podobieństwach mowa, to tutejsza wersja "She's Alright" - swoją drogą fantastyczna - wyraźnie inspirowana jest hendrixowskim "Voodoo Child (Slight Return)". To najcięższy fragment albumu, ciekawie pod koniec zwalniający. Takich smaczków jest tutaj więcej - np. "Mannish Boy" w tutejszej wersji nabrał nie tylko ostrości, ale i lekko funkowego charakteru. Właśnie dzięki takiemu twórczemu podejściu, "Electric Mud" jest czymś więcej, niż tylko ciekawostką, nagraną w celu odzyskania popularności.

Dla bluesowych ortodoksów album był - i zapewne dalej jest - kompletnym nieporozumieniem i największą pomyłką w całej działalności Muddy'ego Watersa. "Electric Mud" był jednak kierowany do zupełnie innej publiczności - wielbicieli "białego" blues rocka i psychodelii. Waters i muzycy Rotary Connection pokazali tutaj, że potrafią grać taką muzykę bynajmniej nie gorzej od jej ówczesnych czołowych reprezentantów. Zawarta tutaj muzyka to prawdziwa uczta dla wielbicieli Cream czy Jimiego Hendrixa.

Ocena: 9/10



Muddy Waters - "Electric Mud" (1968)

1. I Just Want to Make Love to You; 2. I'm Your Hoochie Coochie Man; 3. Let's Spend the Night Together; 4. She's Alright; 5. Mannish Boy; 6. Herbert Harper's Free Press News; 7. Tom Cat; 8. The Same Thing

Skład: Muddy Waters - wokal; Phil Upchurch - gitara; Roland Faulkner - gitara; Pete Cosey - gitara; Louis Satterfield - bass; Morris Jennings - perkusja i instr. perkusyjne; Charles Stepney - organy
Gocinnie: Gene Barge - saksofon (7)
Producent: Marshall Chess i Charles Stepney


27 lipca 2016

[Recenzja] The Aynsley Dunbar Retaliation - "To Mum, from Aynsley and the Boys" (1969)



Producentem trzeciego albumu The Aynsley Dunbar Retaliation został John Mayall. Tak, ten sam John Mayall, który zaledwie trzy lata wcześniej wyrzucił Aynsleya Dunbara ze swojej kapeli. Na szczęście obaj panowie się pogodzili i w efekcie powstał najlepiej brzmiący longplay zespołu. Warto też dodać, że skład grupy poszerzył się o klawiszowca Tommy'ego Eyre (który później współpracował m.in. z Gregiem Lake'iem i Garym Moorem). Dzięki temu Victor Brox mógł się bardziej skupić na śpiewaniu i wychodzi mu to lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej.

"To Mum, from Aynsley and the Boys" to bardzo zróżnicowany album, wykraczający poza stylistykę bluesrockową. W tym stylu utrzymane są tylko zadziorne "Run You Off the Hill" i "Down, Down and Down". W pozostałych utworach zespół pokazuje całkiem sporą wszechstronność. Już  na otwarcie zamieszczono zaskakujący "Don't Take the Power Away" - klimatyczny utwór, oparty na akompaniamencie gitary akustycznej, z subtelną partią perkusji i nastrojowymi ozdobnikami na trąbce. Z kolei "Let It Ride" - mój faworyt z całej dyskografii grupy - opiera się na dynamicznej, transowej grze sekcji rytmicznej i pierwszoplanowej roli organów. Wrażenie robi szczególnie instrumentalna druga połowa utworu, z rewelacyjnymi, choć nieskomplikowanymi, popisami Eyre'a. Klawiszowiec pokazuje swój talent także we wstępie "Journey's End", wyraźnie inspirowanym muzyką klasyczną. Utwór niespodziewanie przechodzi w wolny blues z gitarowo-klawiszowymi improwizacjami. Na albumie słychać też inspirację jazzem - w perkusyjno-klawiszowej miniaturce "Unheard", oraz w finałowym "Leaving Right Away", opartym na połamanym rytmie. Pomiędzy nimi znajduje się jeszcze interesujący "Sugar on the Line", będący przede wszystkim świetnym popisem sekcji rytmicznej.

"To Mum, from Aynsley and the Boys" to zdecydowanie najciekawszy album The Aynsley Dunbar Retaliation - różnorodny, zachwycający bogactwem pomysłów i świetnie zagrany. Niestety, zespół rozpadł się wkrótce po jego wydaniu, gdy Aynsley Dunbar i Alex Dmochowski skorzystali z zaproszenia Franka Zappy do jego grupy. Victor Brox postanowił wydać pod szyldem zespołu jeszcze jeden album, "Remains to be Heard", zawierający cztery odrzuty z poprzednich sesji, a także nowe utwory, nagrane z przypadkowymi muzykami na miejscu oryginalnej sekcji rytmicznej. Jak łatwo się domyślić, poziom tego wydawnictwa daleki jest od wcześniejszych wydawnictw grupy. Dlatego poznawanie The Aynsley Dunbar Retaliation najlepiej zakończyć na "To Mum, from Aynsley and the Boys", który wspaniale wieńczy podstawową dyskografię grupy.

Ocena: 9/10



The Aynsley Dunbar Retaliation - "To Mum, from Aynsley and the Boys" (1969)

1. Don't Take the Power Away; 2. Run You Off the Hill; 3. Let It Ride; 4. Journey's End; 5. Down, Down and Down; 6. Unheard; 7. Sugar on the Line; 8. Leaving Right Away

Skład: Victor Brox - wokal, gitara, instr. dęte i instr. klawiszowe; John Moorshead - gitara; Alex Dmochowski - bass; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne; Tommy Eyre - instr. klawiszowe
Producent: John Mayall


22 lipca 2016

[Recenzja] Syd Barrett - "The Madcap Laughs" (1970)



Mija właśnie  dziesięć lat od śmierci Syda Barretta, jednego z założycieli grupy Pink Floyd. Co prawda Syd z muzycznym biznesem skończył - a może raczej muzyczny biznes skończył z nim - już czterdzieści lat wcześniej, jednak przez ten czas obrósł wielką legendą (która znacznie przerosła jego dokonania muzyczne), więc informacja o jego odejściu nie przeszła bez echa. Zwłaszcza, że w tamtym czasie znów wzrosło zainteresowanie dokonaniami Pink Floyd. Na świecie - po słynnym występie na Live 8 w 2005 roku, dającym nadzieje na dłuższy powrót grupy. I w Polsce, gdzie wszyscy fani czekali na pojawienie się trzech muzyków zespołu - pod koniec sierpnia 2006 roku David Gilmour i Rick Wright wystąpili w Gdańsku promując album "On an Island" pierwszego z nich, a w tym samym czasie Roger Waters zawitał do Poznania na premierę swojej opery "Ça Ira".

Barrett nagrał z zespołem tylko debiutancki "The Piper at the Gates of Dawn", kilka singli i część drugiego albumu, "A Saucerful of Secrets". Jego pogarszający się stan psychiczny, w znacznym stopniu spowodowany narkotykami, był coraz większym ciężarem dla pozostałych muzyków. Syd miał problem z poprawnym wykonywaniem na koncertach utworów, które zresztą sam stworzył, a często po prostu stał i nic nie robił. Zaangażowano więc Gilmoura, który początkowo miał tylko wspierać Barretta, jako wokalista i gitarzysta. Z czasem jednak całkiem przejął jego rolę, gdy w drodze na występy muzycy "zapominali" podjechać po swojego niedawnego frontmana. Nie można było tego ciągnąć w nieskończoność, więc wkrótce muzycy przekonali Syda, aby odszedł z zespołu.

Wkrótce po rozstaniu z Pink Floyd w kwietniu 1968 roku, Barrett rozpoczął pracę nad solowym albumem. Nie był to jego pomysł, lecz byłych menadżerów grupy, którzy postanowili zrobić z niego solową gwiazdę. Sesja nagraniowa zajęła ponad rok i była koszmarem dla wszystkich zaangażowanych w nią osób. Może z wyjątkiem samego Syda, który najwyraźniej nie był świadomy niczego, co w okół niego się działo. Miał sporo pomysłów na utwory, ale były niedokończone i kompletnie nie potrafił ich rozwinąć; ciężko było go zmusić, aby zagrał choć jeden kawałek w całości. Zrozpaczeni producenci rezygnowali po pewnym czasie i wytwórnia musiała szukać kogoś nowego. Podobnie było z muzykami (w nagrania zaangażowali byli m.in. członkowie Soft Machine: Robert Wyatt, Mike Ratledge i Hugh Hopper), którym Barrett nie był w stanie udzielić odpowiedzi na tak podstawowe kwestie, jak tonacja poszczególnych kawałków. W końcu wytwórnia zaangażowała do projektu Rogera Watersa i Davida Gilmoura, pod których nadzorem longplay został wreszcie ukończony.

Niestety, efekt tego wszystkiego jest taki, że "The Madcap Laughs" to bardzo nierówny album. Całkiem nieźle wypadają utwory zarejestrowane pod okiem producenta Malcolma Jonesa, czyli prawie cała pierwsza strona longplaya. W nagrywaniu większości z nich brali udział dodatkowi instrumentaliści - muzycy Soft Machine w "No Good Trying" i "Love You", a także Willie Wilson i Jerry Shirley w "No Man's Land" i "Here I Go" - którym udało się ukryć niedociągnięcia w śpiewie i grze Barretta. Szczególnie te dwa ostatnie robią dobre wrażenie, dzięki całkiem niezłym, chwytliwym melodiom. "No Man's Land" dodatkowo wyróżnia się ostrzejszym, zgiełkliwym brzmieniem. Z kolei w "Terrapin" słychać już tylko samego Syda, przez co utwór brzmi bardzo monotonnie, aczkolwiek jest w nim spory potencjał. Jonesowi udało się namówić muzyka do zarejestrowaniu kilku wersji, z których ta była najlepiej wykonana. Wspomnieć trzeba także o "Late Night", którego podstawa została zarejestrowana już na bardzo wczesnym etapie sesji, jeszcze z Peterem Jennerem jako producentem, ale z późniejszymi dogrywkami zarządzonymi przez Jonesa - i w sporym stopniu właśnie te dogrywki, jak atonalna partia gitary solowej, sprawiają, że jest to jeden z bardziej udanych kawałków.

Niestety, gdy miejsce Jonesa zajęli Waters i Gilmour, wszystko zaczęło zmierzać w bardzo złym kierunku. Muzycy chcieli jak najszybciej wrócić do nagrywania kolejnego albumu Pink Floyd, "Ummagumma", więc robili wszystko, aby album Barretta jak najszybciej został dokończony. Mówiąc wprost - postanowili wydać cokolwiek, bez względu na jakość, poziom ukończenia, a nawet obecność błędów. Zarejestrowane z nimi nagrania brzmią jak szkice, brakuje im jakiegoś rozwinięcia, a często zupełnie nagle się urywają. W większości z nich słychać tylko śpiew Barretta (często fałszujący - vide "Dark Globe" lub niemiłosiernie irytujący przez to "If It's in You"), któremu towarzyszy monotonne brzdąkanie na gitarze akustycznej. Nawet po dodaniu innych instrumentów, efekt pozostawia sporo do życzenia ("Octopuss"). Co gorsze, w nagraniach zostawiono sporo pomyłek, jakie nie powinny się pojawić na wydawnictwie studyjnym - jak wyraźne gitarowe fałsze w "She Took a Long Cold Look" i niespodziewane urwanie się tego utworu, po którym słychać przewracanie kartek. Z efektów tej części sesji broni się właściwie tylko klimatyczny "Golden Hair", wyjątkowo poprawnie zagrany i z pasującym do jego charakteru instrumentalnym ascetyzmem.

Gdyby Malcolm Jones był wystarczająco cierpliwy, by dotrwać do końca sesji, zapewne album byłby bardziej dopracowany. Niestety, Gilmour i Waters wszystko spieprzyli, umieszczając na longplayu wyraźnie niedorobione utwory. Szczerze mówiąc, rozumiem ich podejście - bo niby czemu miało im zależeć na jakości tego wydawnictwa, skoro samemu twórcy było to kompletnie obojętne? W rezultacie powstał jednak bardzo dziwny album - z całkiem przyjemną (poza wspomnianym wyżej wyjątkiem) stroną A i w sporej części nieudaną, momentami wręcz asłuchalną stroną B. Co w sumie dobrze oddawało ówczesny stan Syda Barretta, któremu zdarzały się lepsze dni, ale zbyt często był pogrążony we własnym świecie.

Ocena: 5/10



Syd Barrett - "The Madcap Laughs" (1970)

1. Terrapin; 2. No Good Trying; 3. Love You; 4. No Man's Land; 5. Dark Globe; 6. Here I Go; 7. Octopus; 8. Golden Hair; 9. Long Gone; 10. She Took a Long Cold Look; 11. Feel; 12. If It's in You; 13. Late Night

Skład: Syd Barrett - wokal i gitara
Gościnnie: David Gilmour - gitara, gitara basowa, perkusja (7); Hugh Hopper - gitara basowa (2,3); Robert Wyatt - perkusja (2,3); Mike Ratledge - instr. klawiszowe (2,3); Willie Wilson - gitara basowa (4,6); Jerry Shirley - perkusja (4,6)
Producent: Malcolm Jones (1-4,6,13), David Gilmour (5,7-12), Roger Waters (5,9-12), Syd Barrett (7,8), Peter Jenner (13)


18 lipca 2016

[Recenzja] Groundhogs - "Who Will Save the World? The Mighty Groundhogs" (1972)



Do tej pory każdy kolejny album Groundhogs był lepszy od poprzedniego. "Who Will Save the World? The Mighty Groundhogs" niestety wyłamuje się z tego schematu. To wciąż bardzo dobre wydawnictwo, jednak zdarzają się na nim kompozytorskie mielizny ("Body in Mind", "Music is the Food of Thought", "Bog Roll Blues"). Reszta albumu prezentuje się jednak naprawdę zacnie. Świetnie wypada otwieracz - dynamiczny i chwytliwy "Earth Is Not Room Enough", który w połowie zaskakuje przełamaniem z partią melotronu. Wcześniej klawisze nie były obecne w twórczości zespołu, więc ich wykorzystanie tutaj ciekawie odświeżyło brzmienie. Całkiem przyjemny jest także kolejny kawałek, "Wages of Peace". Moim faworytem jest natomiast "Death of the Sun", oparty na dynamicznej grze sekcji rytmicznej i fantastycznych, misternych partiach gitary akustycznej. Szkoda, że utwór trwa bardzo krótko, niespełna trzy minuty. Ciekawie wypada także instrumentalna, gitarowa interpretacja hymnu "Amazing Grace", czarująca celtyckim klimatem. I w końcu finałowy "The Grey Maze" - dziesięciominutowy utwór z chwytliwą częścią "piosenkową" i porywającym, improwizowanym rozwinięciem. Warto jeszcze zwrócić uwagę na formę wydania longplaya - w wersji winylowej rozkładana koperta imitowała komiks (podobny patent jak w przypadku "Thick as a Brick" Jethro Tull - co ciekawe, oba albumy ukazały się w marcu 1972 roku).

"Who Will Save the World?" to ostatni "klasyczny" album Groundhogs. Wkrótce po jego wydaniu z zespołu odszedł Ken Pustelnik, niedługo potem pożegnał się z nim także Peter Cruikshank. Tony McPhee konsekwentnie nagrywał kolejne albumy z innymi muzykami, jednak nie robiły już one takiego wrażenia, jak wczesne dokonania grupy. "Who Will Save the World?" dość dobrze podsumowuje ten okres, choć nie jest to już tak wybitny album, jak "Thank Christ for the Bomb" czy "Split".

Ocena: 8/10



Groundhogs - "Who Will Save the World? The Mighty Groundhogs" (1972)

1. Earth Is Not Room Enough; 2. Wages of Peace; 3. Body in Mind; 4. Music is the Food of Thought; 5. Bog Roll Blues; 6. Death of the Sun; 7. Amazing Grace; 8. The Grey Maze

Skład: Tony McPhee - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Peter Cruikshank - bass; Ken Pustelnik - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony McPhee


15 lipca 2016

[Recenzja] "What's Shakin'" (1966)



"What's Shakin'" to kompilacja wydana na wschodzącej fali popularności blues rocka. Odpowiedzialna za nią amerykańska wytwórnia Electra Records jeszcze krótko wcześniej zajmowała się wyłącznie muzyką folkową, jednak w 1965 roku zakontraktowała bluesowy The Paul Butterfield Blues Band, a po jego sukcesie zaczęła szukać podobnych zespołów. Niemal udało jej się podpisać kontrakt z The Lovin' Spoonful, zanim muzycy ostatecznie wybrali inną ofertę. Wcześniej zarejestrowali jednak kilka utworów dla Electry. Ponieważ wytwórnia miała też kilka niewykorzystanych nagrań The Paul Butterfield Blues Band, pojawił się pomysł wydania składanki z materiałem obu tych grup. Starczyło też miejsca dla innych wykonawców - dorzucono po jednym utworze Ala Koopera i Toma Rusha, a całości dopełniło kilka kawałków brytyjskiej grupy The Powerhouse.

Ten ostatni zespół powstał praktycznie na zamówienie wytwórni, która właśnie otwierała swoje biuro w Londynie i rozglądała się za lokalnymi wykonawcami. Gdy trafili na niejakiego Paula Jonesa, wówczas wokalistę i harmonijkarza zespołu Manfreda Manna, zaproponowali mu stworzenie grupy, w skład której mieliby wchodzić czołowi brytyjscy muzycy bluesowi. Jonesowi udało się pozyskać takie wchodzące sławy, jak Eric Clapton, Jack Bruce i Steve Winwood. Propozycję otrzymał także Ginger Baker, lecz odmówił lub miał inne zobowiązania, w rezultacie czego stanowisko perkusisty objął Pete York (wówczas występujący, razem z Winwoodem, w The Spencer Davis Group). Składu dopełnił pianista Ben Palmer. Zespół z założenia miał być efemerydą, której jedynym celem było nagranie kilku utworów na planowaną kompilację Electry. Muzycy zarejestrowali cztery utwory, z których wykorzystane zostały trzy (czwarty, określany jako "wolny blues", do dziś nie został wydany). Wśród nich znalazła się własna kompozycja "I Want to Know" - przyjemny bluesrockowy kawałek z wiodącą rolą harmonijki i niezłym, choć oszczędnym solem Claptona - a także covery "Crossroads" Roberta Johnsona i instrumentalnego "Steppin' Out" Memphisa Slima. Pierwszy z nich zagrany jest z podobną energią, co późniejsza wersja Cream, jednak Eric zamiast porywających solówek gra tylko partię rytmiczną, zaś prym wiedzie harmonijka. Gitarzysta może się wykazać za to w drugim coverze, prowadzonym jego fantastyczną solówką. Co ciekawe, zaledwie kilka tygodni wcześniej Clapton nagrał ten utwór razem z Johnem Mayallem na słynny album "Blues Breakers". Tamtejsza wersja jest nieco cięższa i wzbogacona brzmieniem dęciaków; natomiast w tutejszej uwagę przyciągają świetne solowe partie basu Bruce'a.

Z pozostałych wykonawców, jacy pojawiają się na tej kompilacji, najbardziej błyszczy grupa The Paul Butterfield Band,. Wśród jej pięciu utworów znalazły się przeróbki popularnych bluesowych standardów "Spoonful" Howlin' Wolfa i "Good Morning Little Schoolgirl" Sonny'ego Boya Williamsona - choć zagrane bardzo energetycznie, to bliższe pierwowzorów, niż późniejszych, rozimprowizowanych wersji Cream (pierwszego z nich) i Ten Years After (obu utworów). Zespół sięgnął także po mniej popularne - przynajmniej w kręgu rockowych wykonawców - utwory "Off the Wall" Little Waltera i "One More Mile" Jamesa Cottona. Szczególnie dobrze wypada ten ostatni, z porywającymi solówkami Mike'a Bloomfielda. Znalazła się tu także jedna autorska kompozycja grupy, "Lovin' Cup" (później scoverowana przez UFO) - również bardzo udana, oparta na fajnym gitarowym motywie, któremu towarzyszą świetne partie solowe Bloomfielda i Paula Butterfielda na harmonijce. Do najlepszych fragmentów kompilacji zalicza się także utwór Ala Koopera, "Can't Keep from Crying Sometimes", wyróżniający się naprawdę rewelacyjną, chwytliwą melodią. Całkiem przyzwoicie wypada "I'm in Love Again" Fatsa Domino w wykonaniu Toma Rusha. Nie przekonują mnie natomiast cztery utwory The Lovin' Spoonful - autorskie "Good Time Music" i "Don't Bank on it Baby", oraz przeróbki "Almost Grown" Chucka Berry'ego i "Searchin'" The Coasters. W przeciwieństwie do pozostałych wykonawców, zespół nie grał blues rocka, a rock and roll. Utworom nie brakuje energii, lecz brzmieniowo są trochę zbyt wygładzone, wręcz popowe. Muzycznie nie ma co prawda tragedii, ale dość kiepsko wypada wokal Johna Sebastiana o nieciekawej barwie i dość irytującej manierze.

"What's Shakin'" jest bardzo interesującym dokumentem początków blues rocka. W chwili wydania album był swego rodzaju przewodnikiem dla początkujących zespołów, chcących grać taką muzykę*. Dziś ma natomiast przede wszystkim wartość historyczną. Dzięki niemu można poznać chociażby najwcześniejsze nagrania The Paul Butterfield Blues Band, albo posłuchać jak Eric Clapton i Jack Bruce grali w przededniu stworzenia Cream. 

Ocena: 8/10

* Aż trzy utwory z tej kompilacji - "Spoonful", "Can't Keep from Crying Sometimes" i "I Want to Know" - zostały rok później scoverowane przez grupę Ten Years After i wydane na jej debiutanckim albumie. Z kolei na swoim trzecim albumie, "Ssssh", zespół umieścił przeróbkę "Good Morning Little Schoolgirl".



Różni wykonawcy - "What's Shakin'" (1966)

1. Good Time Music; 2. Almost Grown; 3. Spoonful; 4. Off the Wall; 5. Can't Keep from Crying Sometimes; 6. I Want to Know; 7. Crossroads; 8. Lovin' Cup; 9. Good Morning Little Schoolgirl; 10. Steppin' Out; 11. I'm in Love Again; 12. Don't Bank on It Baby; 13. Searchin'; 14. One More Mile

The Lovin' Spoonful (utwory 1,2,12,13):
Skład: John Sebastian - wokal i gitara; Zal Yanovsky - gitara; Steve Boone - bass; Joe Butler - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: ?

The Paul Butterfield Blues Band (utwory 3,4,8,9,14):
Skład: Paul Butterfield - wokal i harmonijka; Mike Bloomfield - gitara; Elvin Bishop - gitara; Jerome Arnold - bass; Sam Lay - perkusja i instr. perkusyjne; Mark Naftalin - instr. klawiszowe
Producent: Paul Rothchild i Mark Abramson

Al Kooper (utwór 5):
Skład: Al Kooper - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Andy Kulberg - bass; Roy Blumenfeld - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: ?

The Powerhouse (utwory 6,7,10):
Skład: Steve Winwood - wokal; Eric Clapton - gitara; Jack Bruce - bass; Pete York - perkusja i instr. perkusyjne; Paul Jones - harmonijka; Ben Palmer - pianino
Producent: Joe Boyd

Tom Rush (utwór 11):
Skład: Tom Rush - wokal i gitara; Al Kooper - gitara; Bruce Langhorne - gitara; Harvey Brooks - bass;  Bobby Gregg - perkusja i instr. perkusyjne; Roosevelt Gook - pianino
Producent: Mark Abramson


11 lipca 2016

[Recenzja] Groundhogs - "Split" (1971)



"Split" to największe osiągnięcie Groundhogs. Zarówno pod względem komercyjnym (5. miejsce na UK Album Chart - a mogło być nawet wyższe, lecz wytłoczono za mało egzemplarzy), jak i - przede wszystkim - artystycznym. Było to możliwe w tamtych czasach, gdy ogromną popularnością cieszyła się muzyka hardrockowa (jeszcze w ambitniejszej formie, przed skomercjalizowaniem jej przez grupy pokroju Aerosmith) i progrockowa. Zawartość "Split" może się podobać wielbicielom obu tych stylów. Brzmienie jest ciężkie, stricte hardrockowe, zaś same kompozycje ambitne i nawet jak na tamte czasy niezbyt radiowe. Dlatego też można uznać, że zespół nie wpasował się w ówczesne trendy w celu zdobycia większej popularności, lecz było to spowodowane chęcią rozwoju, poszukiwania nowych rozwiązań. Sukces przyszedł bez żadnych kompromisów.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełniają cztery kompozycje o wspólnym tytule "Split". Pod względem muzycznym nie tworzą one całości - każdy utwór ma swój początek i zakończenie - są za to spójne tekstowo. Tony McPhee nawiązał tutaj do swoich własnych przeżyć, kiedy miał wrażenie, że popada w schizofrenię. Warstwa wokalna jest tu jednak tylko dodatkiem; dominuje granie instrumentalne z porywającymi gitarowymi popisami i intensywną grą sekcji rytmicznej. W utworach sporo się dzieje, mnóstwo w nich świetnych riffów (szczególnie w "Part Two") i ekscytujących solówek, ale nie brakuje też dobrych, wyrazistych melodii. Brzmienie jest cięższe niż na poprzednich albumach, ale zespół zachował rozpoznawalność - McPhee ma swój własny, unikalny styl gry na gitarze. Ciekawie wypada także druga strona albumu. Energetyczny, ciężki "Cherry Red" to najbardziej przebojowy kawałek. Muzycznie utwór jest świetny, ale partia wokalna częściowo śpiewana jest irytującym falsetem. W najkrótszym na płycie "A Year in the Life" muzycy nieco zwalniają tempo i ściszają wzmacniacze, nie jest to jednak typowa ballada. W "Junkman" zespół pokazuje swoje bardziej eksperymentalne oblicze - szczególnie w jego drugiej połowie, składającej się wyłącznie z gitarowych zgrzytów. Na sam koniec muzycy wracają natomiast do swoich korzeni - "Groundhog" to tradycyjny blues, inspirowany utworem "Groundhog's Blues" Johna Lee Hookera, któremu zresztą grupa zawdzięcza swoją nazwę.

"Split" to album trudny do zaszufladkowania. Brzmienie jest stricte hardrockowe, ale podejście muzyków jest bardziej progrockowe, w dodatku czasami przypominają o swoich bluesowych korzeniach. Bez względu jednak na to, jaki to styl, jest to po prostu bardzo dobra muzyka. Zdecydowanie najlepszy longplay w dorobku Groundhogs, może tylko nieznacznie ustępująca ówczesnym dokonaniom rockowej czołówki (choć od części z nich na pewno lepsza). Pozycja absolutnie obowiązkowa.

Ocena: 9/10



Groundhogs - "Split" (1971)

1. Split (Part One); 2. Split (Part Two); 3. Split (Part Three); 4. Split (Part Four); 5. Cherry Red; 6. A Year in the Life; 7. Junkman; 8. Groundhog

Skład: Tony McPhee - wokal i gitara; Peter Cruikshank - bass; Ken Pustelnik - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony McPhee


8 lipca 2016

[Recenzja] Mike Bloomfield, Al Kooper & Stephen Stills - "Super Session" (1968)



Bloomfield, Kooper & Stills to supergrupa, która tak naprawdę nigdy nie istniała. "Trio" nigdy nie pojawiło się razem ani studiu, ani na scenie. To jednak nie było przeszkodą dla działu marketingowego Columbia Records, który postanowił takim szyldem reklamować te nagrania. Nagrania, które tak naprawdę są efektem spontanicznego, dwudniowego jamu. Pomysłodawcami projektu byli Al Kooper i Mike Bloomfield. Obaj grali razem już wcześniej, wspierając Boba Dylana w nagraniu albumu "Highway 61 Revisited". W 1968 obaj postanowili rozstać ze swoimi ówczesnymi zespołami - Kooper z Blood, Sweat & Tears, a Bloomfield z Electric Flag (który stworzył po odejściu z The Butterfield Blues Band). Muzycy zaangażowali basistę Harveya Brooksa (który również brał udział w nagrywaniu "Highway...", zaś później był członkiem Electric Flag), klawiszowca Barry'ego Goldberga (także z Electric Flag), oraz cenionego perkusistę sesyjnego Eddiego Hoha. Następnie wynajęli na dwa dni studio nagraniowe. Pierwszego dnia wszystko szło idealnie, jednak następnego dnia nie zjawił się Bloomfield. Wtedy właśnie Kooper zwrócił się o pomoc do Stephena Stillsa, który akurat nie miał nic do roboty - dopiero co odszedł z Buffalo Springfield, a supergrupy Crosby, Stills & Nash nie było jeszcze nawet w planach.

Album "Super Session" powstał właśnie podczas tych dwóch dni. Pierwszą stronę winylowego wydania wypełniły nagrania z pierwszego dnia, natomiast na drugą stronę trafiły efekty drugiego dnia sesji. Bloomfieldowa część albumu to przede wszystkim instrumentalne bluesowe jamy w średnim lub wolnym tempie, pełne porywających gitarowych solówek i klawiszowych popisów Koopera ("Albert's Shuffle", "Stop", "Really"). Urozmaiceniem są bardziej piosenkowy "Man's Temptation" - soulowy utwór autorstwa Curtisa Mayfielda, w którym pojawia się partia wokalna, a w akompaniamencie dominują dęciaki - a także niemal dziesięciominutowy jazzowy jam "His Holy Modal Majesty" (w podobnym klimacie, co "East-West" The Butterfield Blues Band), w którym wrażenie robią przede wszystkim popisy Bloomfielda i Brooksa. Druga strona albumu to już zupełnie inna muzyka. Znalazły się tutaj kolejne piosenkowe utwory, w postaci psychodelicznych wersji "It Takes a Lot to Laugh, It Takes a Train to Cry" Boba Dylana i "You Don't Love Me" Williego Cobbsa. Nawet rozbudowany do jedenastu minut "Season of the Witch", z repertuaru Donovana, brzmi dość piosenkowo, dopiero pod koniec nabiera bardziej improwizowanego charakteru. Znalazła się tu jeszcze bardzo ładna, jazzująca miniaturka "Harvey's Tune".

"Super Session" to dość dziwna, niespójna mieszanina instrumentalnych jamów i coverów popularnych utworów. Jak na materiał zarejestrowany w ciągu zaledwie dwóch dni w różnych składach, wypada jednak całkiem przyzwoicie. Zresztą trudno byłoby wskazać tutaj jakieś słabsze momenty - jedyną poważną wadą jest brak spójności.

Ocena: 8/10



Mike Bloomfield, Al Kooper & Stephen Stills - "Super Session" (1968)

1. Albert's Shuffle; 2. Stop; 3. Man's Temptation; 4. His Holy Modal Majesty; 5. Really; 6. It Takes a Lot to Laugh, It Takes a Train to Cry; 7. Season of the Witch; 8. You Don't Love Me; 9. Harvey's Tune

Skład: Al Kooper - wokal, instr. klawiszowe, gitara; Mike Bloomfield - gitara (1-5); Stephen Stills - gitara (6-9); Harvey Brooks - bass; Eddie Hoh - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Barry Goldberg - pianino (1,2)
Producent: Al Kooper


6 lipca 2016

[Recenzja] The Aynsley Dunbar Retaliation - "Doctor Dunbar's Prescription" (1968)



Muzycy The Aynsley Dunbar Retaliation na swoim drugim albumie, "Doctor Dunbar's Prescription", sprawiają wrażenie bardziej zgranych. Zaś kompozycje, głównie autorstwa Victora Broxa, są dużo lepsze niż na debiucie. Nie brakuje tutaj porywających energetycznych kawałków - vide "Change Your Low Down Ways", "I Tried", "Call My Woman", "Low Gear Man" czy "Mean Old World". Wszystkie zostały fajnie wzbogacone organowym tłem. O rewelacyjnej grze sekcji rytmicznej nie muszę chyba wspominać, natomiast zaskoczeniem są całkiem udane partie wokalne Broxa i gitarowe popisy Johna Moorsheda - obaj poczynili spore postępy od czasu debiutu. Talent muzyków jeszcze lepiej słychać na przykładzie wolniejszego, choć także dynamicznego i ciężkiego jak na tamte czasy "The Fugitive", opartego na fantastycznym riffie (nieco przypominającym ten ze "Spoonful"). Tradycyjnie nie zabrakło spokojniejszych utworów. Szczególnie interesująco wypadają klimatyczne "Till' Your Lovin' Makes Me Blue" i "Tuesday's Blues", zdominowane przez brzmienie organów, z stonowaną grą sekcji rytmicznej i subtelnymi partiami gitary. Intrygująca jest również przeróbka "Now That I've Lost You" B.B. Kinga, z uwypukloną rolą sekcji rytmicznej. Całości dopełnia akustyczny blues "The Devil Drives", który wypada nieco słabiej od pozostałych utworów.

"Doctor Dunbar's Prescription" to album, dzięki któremu zespół awansował do pierwszej ligi brytyjskiego bluesa. Longplay spokojnie można postawić na równi z ówczesnymi dokonaniami John Mayall's Bluesbreakers, Fleetwood Mac, czy Ten Years After.

Ocena: 8/10



The Aynsley Dunbar Retaliation - "Doctor Dunbar's Prescription" (1968)

1. Change Your Low Down Ways; 2. The Fugitive; 3. Till' Your Lovin' Makes Me Blue; 4. Now That I've Lost You; 5. I Tried; 6. Call My Woman; 7. The Devil Drives; 8. Low Gear Man; 9. Tuesday's Blues; 10. Mean Old World

Skład: Victor Brox - wokal, instr. klawiszowe, gitara, kornet; John Moorshead - gitara; Alex Dmochowski - bass; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ian Samwell


4 lipca 2016

[Recenzja] Groundhogs - "Thank Christ for the Bomb" (1970)



Już na poprzednim albumie, "Blues Obituary", pojawiły się utwory, w których muzycy Groundhogs zaprezentowali swój własny, oryginalny styl i rozpoznawalne brzmienie. "Thank Christ for the Bomb" już całkowicie wypełniony jest takimi właśnie kompozycjami. Zespół całkiem zrezygnował z powielania bluesrockowych patentów, zastępując je swoją własną wersją hard rocka. To głównie zasługa Tony'ego McPhee, który nie tylko posiada rozpoznawalną barwę głosu i takiż styl gry na gitarze, ale również komponuje w bardzo charakterystyczny sposób. Sam też, po raz kolejny, podjął się roli producenta (za konsoletą, jako inżynier dźwięku, wsparł go sam Martin Birch).

Rozpoczynający album "Strange Town" łączy przebojowe zwrotki oparte na bujającym riffowaniu z ciekawymi instrumentalnymi zwolnieniami, zastępującymi tutaj tradycyjny refren. W utworze pojawiają się aż trzy porywające solówki gitarowe. "Darkness Is No Friend" i "Soldier" mają bardziej konwencjonalną strukturę, jednak pod względem przebojowości i jakości gitarowych popisów nie ustępują pierwszemu utworowi. Bardziej nietypowo wypada utwór tytułowy - najdłuższy na albumie, składający się z dwóch odrębnych części. Pierwsza to po prostu melodyjna piosenka z akompaniamentem jedynie gitary akustycznej. Druga część jest w pełni instrumentalna, z początku słychać tylko sekcję rytmiczną, do której wkrótce dołącza Tony McPhee, stopniowo nadając utworowi coraz większej intensywności i bardziej eksperymentalnego charakteru.

Druga strona albumu wypada równie ciekawie. Solidną dawkę energii przynoszą "Ship on the Ocean", w którym pojawia się kolejne świetne solo gitarowe, oraz oparty na bardzo gęstej grze sekcji rytmicznej "Eccentric Man". "Garden" i "Status People" zbudowane są natomiast na kontraście wolnych zwrotek z czadowymi refrenami; pierwszy z nich utrzymany jest w dość mrocznym klimacie, drugi wyróżnia się natomiast pierwszoplanową rolą basu. Moim zdecydowanym faworytem jest jednak "Rich Man, Poor Man", z cholernie chwytliwą linią melodyczną, rewelacyjnymi partiami gitary, świetnymi kontrastami dynamicznymi i fantastycznie napędzającą utwór pulsującą partią basu. Wszystko to już było w innych utworach, ale tutaj osiągnęło najwyższy poziom. Utwór pod każdym względem jest wprost idealny, wszystko w nim doskonale współgra. Opus magnum Groundhogs.

"Thank Christ for the Bomb" był pierwszym komercyjnym sukcesem grupy (doszedł do 9. miejsca UK Albums Chart). Zupełnie zasłużenie. Szkoda tylko, że z czasem pamięć o zespole coraz bardziej się zacierała i dziś jest znany tylko nielicznym. Warto jednak sięgnąć po twórczość Groundhogs, a ten album jest chyba najlepszą opcją na start.

Ocena: 9/10



Groundhogs - "Thank Christ for the Bomb" (1970)

1. Strange Town; 2. Darkness Is No Friend; 3. Soldier; 4. Thank Christ for the Bomb; 5. Ship on the Ocean; 6. Garden; 7. Status People; 8. Rich Man, Poor Man; 9. Eccentric Man

Skład: Tony McPhee - wokal i gitara; Peter Cruickshank - bass; Ken Pustelnik - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony McPhee


1 lipca 2016

[Recenzja] Mike Vernon - "Bring It Back Home" (1971)



Mike Vernon to bardzo ważna postać na scenie brytyjskiego bluesa. Miał znaczący wpływ na czołowych przedstawicieli tego nurtu. Jako producent (związany zarówno z Decca Records, jak i własną wytwórnią Blue Horizon) wspierał takich wykonawców, jak John Mayall, Savoy Brown, Ten Years After, Chicken Shack, Fleetwood Mac, czy The Aynsley Dunbar Retaliation, prowadząc ich do pierwszych sukcesów. Miał też okazję współpracować ze słynnymi amerykańskimi bluesmanami, jak Otis Spann, Willie Dixon, lub Freddie King. Warto jednak dodać, że wspomagał nie tylko bluesowych i bluesrockowych wykonawców - produkował też wczesne albumy Davida Bowiego i holenderskiej grupy Focus.

W 1971 roku Vernon postanowił spróbować swoich sił także po drugiej stronie konsolety, jako muzyk. "Bring It Back Home" to jego debiutancki album, na którym próbuje swoich sił jako wokalista, gitarzysta rytmiczny, basista i kompozytor (większość utworów jest jego autorstwa, kilka to covery). Stylistycznie utrzymany jest oczywiście w klimatach bluesowych. Niestety, kiepsko pasuje do takiego grania cienki, delikatny głos Vernona. Sprowadza on do przeciętności wszystkie utwory, w których się pojawia. I sytuacji nie ratuje nawet udział tak wyśmienitych muzyków, jak Rory Gallagher (w sztampowym rock and rollu "Come Back Baby") i Paul Kossoff z Free (w energetycznym bluesie "My Say Blues"), mimo że obaj jak zwykle czarują swoimi solówkami. Nic dziwnego, że najlepiej wypada jedyny instrumentalny utwór, "Brown Alligator". Zresztą nie tylko dzięki braku partii wokalnej - jako jedyny wychodzi poza bluesowe/rock'n'rollowe schematy. To niemal dwunastominutowy jam o jazzrockowym charakterze, oparty na transowej partii basu Vernona, z fantastycznymi popisami gitarowymi Ricka Haywarda, które w pewnym momencie ustępują miejsca rewelacyjnej partii saksofonu w wykonaniu Dicka Parry'ego (najbardziej znanego ze współpracy z Pink Floyd). Świetny kawałek, będący wystarczającym powodem, aby sięgnąć po ten album.

Zasług Mike'a Vernona jako producenta nie można przecenić, jednak jako muzyk nie miał wiele do zaoferowania. Może gdyby cały album składał się z instrumentalnego jazz rocka, ogólne wrażenie byłoby lepsze. Niestety, zdecydowana większość "Bring It Back Home" to bardzo średni blues rock, z niepasującym do tego stylu śpiewem. Jedynie "Brown Alligator" podnosi nieco poziom.

Ocena: 6/10



Mike Vernon - "Bring It Back Home" (1971)

1. Let's Try It Again; 2. Move Away; 3. Mississippi Joe; 4. Brown Alligator; 5. Come Back Baby; 6. War Pains; 7. Dark Road Blues; 8. (She Said) She Didn't Have Time; 9. Ain't That Lovin' You Baby; 10. My Say Blues

Skład: Mike Vernon - wokal, gitara i bass; Rick Hayward - gitara; Kenny Lamb - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Pete Wingfield - instr. klawiszowe (1,6,9); Dick Parry - saksofon (4,8); Rory Gallagher - gitara (5); Laurie Garmon - harmonijka (8,9); Paul Kossoff - gitara (10)
Producent: Mike Vernon