22 października 2019

[Recenzja] Heldon - "Electronique Guerilla" (1974)



Francja ma niezwykle bogatą ofertę ambitnej muzyki. Ograniczając się tylko do ostatniego półwiecza i okolic muzyki rockowej, należy wymienić przede wszystkim zespół Gong, niemal całą scenę zeuhlową, z Magmą, Eskaton i Dün na czele, Art Zoyd, Lard Free czy Heldon. Pomysłodawcą tego ostatniego był Richard Pinhas, doktor z Sorbony, w wolnych chwilach grający na gitarze w amatorskich kapelach bluesrockowych i psychodelicznych (jego główną inspiracją w tamtym czasie był Jimi Hendrix). Nieco poważniejszym przedsięwzięciem był zespół Schizo, który pozostawił po sobie dwa single, wydane na początku lat 70. Jeden z nich, "Le Voyageur", powstał z pomocą filozofa Gillesa Deleuze'a, recytującego fragmenty książki "Ludzkie, arcyludzkie" Friedricha Nietzschego. Filozofia była bowiem największą, obok muzyki, pasją Pinhasa. Po usłyszeniu wspólnego albumu Roberta Frippa i Briana Eno, zdecydował się stworzyć nowy projekt, któremu nadał nazwę Heldon (zaczerpniętą z powieści "The Iron Dream" amerykańskiego pisarza Normana Spinrada).

Co ciekawe, na debiutanckim albumie Heldon, "Electronique Guerilla" (tytuł zainspirowała twórczość innego amerykańskiego pisarza, Williama S. Burroughsa), powtórzony został wspomniany wyżej "Le Voyageur" - tu jako "Ouais, Marchais, Mieux Qu'en 68 (Ex : Le Voyageur)", ale jest to dokładnie to samo nagranie. Słychać w nim jeszcze mocne przywiązanie do rockowej tradycji, za sprawą gitarowych riffów i wyrazistego rytmu; wykorzystano też syntezatory, ale w dość klasyczny, konwencjonalny sposób. Nie jest to jednak typowy kawałek rockowy, bo nie występuje w nim podział na zwrotki i refreny; ma bardziej jednostajny, transowy charakter. Dlatego też nie odstaje drastycznie od reszty albumu, która została zarejestrowana przez Pinhasa praktycznie samodzielnie, wyłącznie za pomocą syntezatora EMS Synthi AKS i gitary Gibson Les Paul z 1954 roku; jedynie w nagraniu "Northernland Lady" towarzyszy mu gitarzysta rytmiczny Alain Renaud. Utwory obierają się na zapętlonych sekwencjach z syntezatora, którym zwykle towarzyszą gitarowe solówki, nierzadko przetworzone za pomocą elektronicznych efektów. Wyraźnie słychać wpływ Frippa i Eno, szczególnie w partiach gitarowych, ponadto można wyłapać pewne podobieństwa do progresywnej elektroniki ze Szkoły Berlińskiej, jednak Pinhas już na tym albumie stworzył swój indywidualny styl, trudny do pomylenia z innymi twórcami, czego najlepszym przykładem utwory "Back to Heldon" i "Circulus Vitiosus".

Styl ten był interesująco rozwijany i udoskonalany na kolejnych albumach wydawanych pod szyldem Heldon. "Electronique Guerilla" to dopiero wprawka przed tym, co Richard Pinhas zaprezentował na następnych wydawnictwach. Jednak już tutaj słychać wielki potencjał i oryginalny pomysł na swoją twórczość.

Ocena: 7/10



Heldon - "Electronique Guerilla" (1974)

"Guerilla Electronique" William Burroughs: 1. Zind; 2. Back to Heldon; 3. Northernland Lady; Special Thanks to Norman Spinrad: 4. Ouais, Marchais, Mieux Qu'en 68 (Ex : Le Voyageur); 5. Circulus Vitiosus; 6. Ballade Pour Puig Antich, Révolutionnaire Assassiné En Espagne

Skład: Richard Pinhas - gitara, syntezator
Gościnnie: Alain Renaud - gitara (3); Patrick Gauthier - pianino i syntezator (4); Georges Grünblatt - syntezator (4); Pierrot Roussel - bass (4); Coco Roussel - perkusja (4); Gilles Deleuze - głos (4)
Producent: Richard Pinhas


20 października 2019

[Recenzja] Prince Lasha & Sonny Simmons - "Firebirds" (1968)



Okładka może i nie zachęca do sięgnięcia po "Firebirds", ale muzyka zawarta na drugim wspólnym albumie Prince'a Lashy i Sonny'ego Simmonsa zdecydowanie zasługuje na uwagę. Już sam skład robi wrażenie. Oprócz dwójki liderów, w sesji nagraniowej (odbywającej się w dniach 28 i 29 września 1967 roku) udział wzięli wibrafonista Bobby Hutcherson, basista Buster Williams (najbardziej znany ze współpracy z Herbiem Hancockiem w okresie Mwandishi) oraz perkusista Charles Moffett (występujący wcześniej m.in. z Ornette'em Colemanem). Obaj liderzy zagrali na saksofonach altowych, a ponadto Lasha wykorzystał flet i klarnet altowy, zaś Simmons tak rzadko spotykany w jazzie instrument, jak rożek angielski (Sonny uczył się na nim grać jako nastolatek, zanim zdecydował się na saksofon). Bardzo ciekawie urozmaica i wzbogaca to brzmienie albumu.

Muzyka zawarta na "Firebirds" mieści się gdzieś pomiędzy jazzowym mainstreamem, a jazzową awangardą, gdzieś pomiędzy bopową tradycją, a wyraźnymi odniesieniami do free jazzu. Jest to granie jeszcze przystępne, ale już ambitne. Przeważają dość długie nagrania: "Psalm of Solomon" i tytułowy "Firebirds" przekraczają długość dziesięciu minut, a "The Island Song" zbliża się do dziewięciu, choć znalazły się tu także niespełna czterominutowy "Prelude to Bird" oraz trwający pięć i pół minuty "The Loved Ones". Materiał jest zróżnicowany. Rozpoczynający całość energetyczny "The Island Song" jest mocno zanurzony w bopowej tradycji, zwłaszcza za sprawą swingującej gry Williamsa i Moffetta, choć nie brakuje tu też zbliżających się do freejazzowej ekspresji solówek saksofonów, a swobodne partie wibrafonu mają post-bopowy charakter. Całkowicie odmiennie prezentuje się "Psalm of Solomon", nastrojowy utwór zbudowany na bardziej subtelnej grze sekcji rytmicznej, ze świetnie dopełniającymi się partiami liderów, którzy tym razem porzucają saksofony na rzecz fletu, klarnetu i różka, których brzmienie naprawdę fantastycznie wzbogaca ten utwór. Króciutki "Prelude to Bird" to bardzo liryczny utwór, z wyrazistą melodią, a także pięknie przeplatającymi się solówkami liderów na klarnecie i saksofonie. Liryczny nastrój podtrzymuje "The Loved Ones", jeszcze bardziej subtelny, a przy tym pozbawiony określonej struktury, z pięknymi partiami rożka, klarnetu i wibrafonu. Dla odmiany, finałowy "Firebirds" to najbardziej ekspresyjny utwór na albumie, z agresywnymi solówkami saksofonów i energetyczną grą sekcji rytmicznej (szczególnie Moffetta podczas jego solówki).

"Firebirds" sprostał wymaganiom, które można było wobec niego mieć po poprzednim wspólnym dziele Prince'a Lashy i Sonny'ego Simmonsa, "The Cry!" z 1963 roku. A nawet wydaje się nieco bardziej dojrzały i przemyślany od swojego poprzednika. Na dobre wyszła większa swoboda poszczególnych kompozycji, których jest mniej, ale za to z każdej wyciągnięto jak najwięcej. Doskonałym pomysłem było wzbogacenie brzmienia o rożek angielski i wibrafon. To wszystko jednak, w moim przekonaniu, stawia "Firebirds" tylko nieznacznie wyżej od - bardzo dobrego przecież - "The Cry!". I dlatego wystawiam taką samą ocenę, jednocześnie mocno rekomendując oba albumy wszystkim wielbicielom ambitnego jazzu.

Ocena: 8/10



Prince Lasha & Sonny Simmons - "Firebirds" (1968)

1. The Island Song; 2. Psalm of Solomon; 3. Prelude to Bird; 4. The Loved Ones; 5. Firebirds

Skład: Prince Lasha - saksofon altowy, klarnet altowy, flet; Sonny Simmons - saksofon altowy, rożek angielski; Bobby Hutcherson - wibrafon; Buster Williams - kontrabas; Charles Moffett - perkusja
Producent: Lester Koenig


18 października 2019

[Recenzja] Planet Gong - "Live Floating Anarchy 1977" (1978)



Pod koniec lat 70. na muzycznej scenie zaroiło się od zespołów kontynuujących dziedzictwo grupy Gong. Wystarczy tylko popatrzyć na ich nazwy: Pierre Moerlen's Gong, Planet Gong, Mother Gong, New York Gong. We wszystkich z nich występowali muzycy oryginalnego zespołu. Często jednak proponowali zupełnie inną muzykę. Inaczej sprawa ma się jednak z Planet Gong. Co nie powinno dziwić, bowiem jego inicjatorami byli współzałożyciele pierwotnej grupy - Daevid Allen i Gilli Smyth. Składu dopełnili członkowie brytyjskiej grupy spacerockowej Here & Now (wówczas istniejącej już kilka lat, ale jeszcze nie mającej na koncie żadnego albumu). Planet Gong okazał się efemerydą. Zespół zagrał ledwie kilka koncertów we Francji i Wielkiej Brytanii. Występy były darmowe, ale wśród publiczności zbierano datki na benzynę i inne potrzeby muzyków. Koncert z 6 listopada 1977 roku we francuskim Toulouse został zarejestrowany, a jego fragmenty (wyłącznie wcześniej niewydane kompozycje) opublikowano na albumie "Live Floating Anarchy 1977". Na wydawnictwie znalazło się też jedyne studyjne nagranie tego składu, "Opium for the People" (wydane także na singlu, wraz z utworem "Poet for Sale", pochodzącym z solowego albumu Allena z 1977 roku, "Now is the Happiest Time of Your Life" - niezbyt udanego, choć ten akurat utwór może sugerować coś zupełnie innego).

Zawartość "Live Floating Anarchy 1977" stanowi bezpośrednią kontynuację tego, co Allen i Smyth robili w Gong. Są tu charakterystyczne wokale, gitarowe glissanda, kosmiczne klawisze i mnóstwo humoru, co natychmiast wywołuje skojarzenia z twórczością tamtego zespołu od debiutanckiego "Magick Brother" do ostatniej części trylogii "Radio Gnome Invisible", czyli albumu "You". Nie jest to jednak tylko sentymentalna podróż w czasie o kilka lat wstecz. Allen (kompozytor całego materiału) i jego towarzysze nie pozostali obojętni na zmiany, jakie w tamtym czasie zaszły w muzyce rockowej. W rezultacie, można tu usłyszeć także wyraźnie wpływy punk rocka. Singlowy "Opium for the People" to niemalże stricte punkowy kawałek - energetyczna, prosta piosenka z odpowiednio stylizowanym śpiewem Allena, ale także z żeńskimi głosami i syczącymi dźwiękami syntezatora. Elementy punkowe pojawiają się też w nagraniach koncertowych, szczególnie w energetycznych, dość krótkich "Floating Anarchy" i "Stoned Innocent Frankenstein". Ale nieco więcej tu już typowo gongowych elementów. Te ostatnie całkowicie dominują natomiast w pełniącym rolę wstępu "Psychological Overture", a także w najbardziej rozbudowanych, kilkunastominutowych "New Age Transformation Try: No More Sages" i "Allez Ali Baba Black Sheep Have You Any Bullshit: Mama Maya Mantram". Te dwa ostatnie to zwariowane psychodeliczne jamy, które spokojnie mogłyby trafić na którąś z części "Radio Gnome Invisible" i wcale nie odstawałyby tam poziomem (choć do tych najlepszych kawałków, jak "Master Builder" czy "Isle of Everywhere", trochę jednak brakuje, przynajmniej pierwszemu z nich).

 "Live Floating Anarchy 1977" to naprawdę świetna kontynuacja allenowskiego Gongu. Dodanie elementów punkowych zadziałało tu naprawdę dobrze i stanowi ciekawe urozmaicenie albumu. Choć największe wrażenie robią tu jednak nagrania utrzymane w klasycznym stylu, znanym z "Camembert Electrique" i "Radio Gnome Invisible". Dla wielbicieli Gong jest to zatem pozycja obowiązkowa. Słuchacze punk rocka, ci nie wychodzący poza swoją niszę, raczej nie znajdą tu wiele dla siebie. 

Ocena: 8/10



Planet Gong - "Live Floating Anarchy 1977" (1978)

1. Psychological Overture; 2. Floating Anarchy; 3. Stoned Innocent Frankenstein; 4. New Age Transformation Try: No More Sages; 5. Opium for the People; 6. Allez Ali Baba Black Sheep Have You Any Bullshit: Mama Maya Mantram

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara; Gilli Smyth - wokal; Stephan Lewry - gitara, dodatkowy wokal; Keith Bailey - bass; Frank Honest - perkusja; Gavin Allardyce - syntezator; Anni Wombat, Suze Da Blooz - dodatkowy wokal
Producent: - 


16 października 2019

[Recenzja] Cecil Taylor - "Silent Tongues" (1975)



W latach 70., po rozwiązaniu grupy Unit, Cecil Taylor skupił się na występach solowych. W bardzo ścisłym tego słowa znaczeniu - bez żadnych dodatkowych instrumentalistów, jedynie z towarzyszeniem pianina marki Bösendorfer. Okres ten podsumowuje kilka albumów, z których powszechnie najbardziej cenionym jest "Silent Tongues". To zapis występu z 2 lipca 1974 roku na szwajcarskim Montreux Jazz Festival. Na 50-minutowy album składa się tytułowa, pięcioczęściowa kompozycja Taylora, a także zagrane na bis jej fragmenty.

W tym samym roku ukazał się także bodajże najsłynniejszy album na fortepian solo, "The Köln Concert" Keitha Jarretta. Dzieło Taylora znacząco różni się od tamtego wydawnictwa. Podczas gdy Jarrett czerpał głównie z jazzowego mainstreamu, nawiązując też do muzyki klasycznej, Taylor nagrał album o zdecydowanie freejazzowym charakterze, z silnymi wpływami poważnej, współczesnej awangardy. "Silent Tongues" to swego rodzaju fortepianowy odpowiednik "For Alto" Anthony'ego Braxtona. Tylko jeden instrument, ale niezliczona ilość technik gry i ogromna kreatywność czynią ten materiał niezwykle interesującym i nie pozwalają na odrobinę nudy. Pianista doprowadza tu do perfekcji swój styl, polegający na niezwykle potężnej i intensywnej, perkusyjnej grze, nierzadko w zawrotnym tempie, pełnej dysonansów i atonalnych dźwięków, pomiędzy którymi zdarzają się jednak bardziej liryczne momenty. Tutaj Taylor wspina się na wyżyny solowej improwizacji. Wielu krytyków muzycznych uważa, że właśnie tutaj instrumentalista osiągnął swoje twórcze apogeum.

Osobiście preferuję jednak Cecila Taylora grającego z zespołem, przede wszystkim z okresu współpracy z Blue Note ("Unit Structures", "Conquistador"). Jednak to kameralne oblicze jego twórczości również zasługuje na podziw, nawet większy, gdyż niewielu potrafiłoby grac przez prawie godzinę z tak niesamowitą energią i w tak kreatywny sposób, by używając tylko jednego instrumentu zaprezentować tak wiele.

Ocena: 8/10



Cecil Taylor - "Silent Tongues: Live at Montreux '74" (1975)

1. Abyss (First Movement) / Petals & Filaments (Second Movement) / Jitney (Third Movement); 2. Crossing (Fourth Movement) Part One; 3. Crossing (Fourth Movement) Part Two; 4. After All (Fifth Movement); 5. Jitney No. 2; 6. After All No. 2

Skład: Cecil Taylor - pianino
Producent: Alan Bates i Michael Cuscuna


14 października 2019

[Recenzja] Hoenig / Göttsching - "Early Water" (1995)



Współpraca Manuela Göttschinga (Ash Ra Tempel) i Michaela Hoeniga (Agitation Free, Tangerine Dream) mogła być w latach 70. sporym wydarzeniem na krautrockowej i elektronicznej scenie. Niestety, o tym, że w ogóle do niej doszło, mało kto wówczas wiedział. Sam pomysł pojawił się wkrótce po nagraniu przez Göttschinga albumu "New Age of Earth". Muzyk otrzymał propozycję zagrania trasy po Francji. Ponieważ potrzebował dodatkowego instrumentalisty, który pomógłby mu w obsłudze wszystkich elektronicznych urządzeń, zaprosił do współpracy Hoeniga. Jesienią 1976 roku instrumentaliści przez blisko trzy tygodnie przygotowywali się do występów, by dosłownie w przeddzień wyjazdu otrzymać wiadomość, że trasa została odwołana. O całym przedsięwzięciu szybko zapomniano, jednak po prawie dwóch dekadach Göttsching odnalazł taśmę zarejestrowaną podczas ostatniego dnia prób. Przekazał ją Hoenigowi, który zajął się odrestaurowaniem nagrań. Wkrótce potem materiał został opublikowany pod tytułem "Early Water".

Trwający niemal pięćdziesiąt minut longplay w całości składa się z jednego utworu. Klimat przywodzi na myśl "Departure from the Northern Wasteland" Hoeniga lub wspomniany "New Age of Earth", gdzieś tam pobrzmiewają też echa Tangerine Dream czy twórczości Klausa Schulze'a (co zupełnie nie dziwi, biorąc pod uwagę liczne powiązania na berlińskiej scenie muzyki elektronicznej), ale nagranie stanowi przede wszystkim zapowiedź słynnego "E2-E4" Göttschinga, nagranego pięć lat później. Podobnie jak tam, całość oparta jest na ostinatowej sekwencji elektronicznych brzmień, nawiązując do nurtu minimalizmu (reprezentowanego m.in. przez Terry'ego Rileya i Steve'a Reicha). Repetycje wprowadzają w hipnotyzujący nastrój, ale nie można tu mówić o monotonii. Fakturę wzbogacają różne dodatkowe partie instrumentów klawiszowych (syntezatorów i organów), a zwłaszcza gitarowe solówki Göttschinga. Jego subtelna, finezyjna gra doskonale wtapia się w elektroniczne brzmienia i klimat albumu. Właśnie ten medytacyjno-relaksacyjny nastrój odróżnia "Early Water" od tanecznego "E2-E4", który przecież świetnie sprawdził się na klubowych parkietach.

Szkoda, że materiał ten nie ukazał się zaraz po nagraniu, bo dziś bez wątpienia należałby do ścisłego kanonu progresywnej elektroniki. Przez spóźnioną premierę jest tylko archiwalną ciekawostką. Co jednak nie czyni zawartej tu muzyki mniej interesującą, a jedynie mniej znaną. Dla wielbicieli takiej stylistyki jest to rzecz obowiązkowa. Wszystkich pozostałych też zachęcam do odsłuchu - być może "Early Water" pomoże w poszerzeniu muzycznych horyzontów. 

Ocena: 8/10



Hoenig / Göttsching - "Early Water" (1995)

1. Early Water

Skład: Michael Hoenig - instr. klawiszowe; Manuel Göttsching - instr. klawiszowe, gitara, efekty
Producent: Michael Hoenig i Manuel Göttsching


12 października 2019

[Recenzja] Miroslav Vitouš - "Infinite Search" (1970)



Miroslav Vitouš to jeden z najsłynniejszych jazzowych basistów, najbardziej znany z pierwszej inkarnacji grupy Weather Report. Urodził się w Pradze, w 1947 roku. Już w wieku sześciu lat uczył się gry na skrzypcach, jednak z czasem zdecydował się na kontrabas. Mając kilkanaście lat grywał w amatorskich kapelach jazzowych, z których warto wspomnieć o Junior Trio, w którym rolę pianisty pełnił późniejszy członek Mahavishnu Orchestra, Jan Hammer (składu dopełniał brat Miroslava, Alan Vitouš na perkusji). Studiował muzykę w praskim konserwatorium, a po wygraniu konkursu w Wiedniu (w którego jury zasiadał sam Julian "Cannonball" Adderley) uzyskał stypendium na bostońskim Berklee College of Music. Na uczelni nie zagrzał jednak długo miejsca, rozczarowany faktem, że może się tam uczyć jedynie podstaw, które już dawno opanował.

Po wyjeździe do Stanów, Vitouš szybko zwrócił na siebie uwagę środowiska jazzowego. W 1967 roku występował z trębaczem Clarkiem Terrym. To właśnie wtedy zainteresował się nim Miles Davis. Gdy jakiś czas potem słynny muzyk potrzebował chwilowego zastępcy dla Rona Cartera, zwrócił się właśnie do Vitouša. Współpraca trwała około tygodnia. W kolejnych miesiącach czeski basista brał udział w sesjach m.in. Chicka Corei ("Now He Sings, Now He Sobs", marzec 1968), Wayne'a Shortera ("Super Nova", sierpień i wrzesień 1969) oraz Joego Zawinula ("Zawinul", sierpień-październik 1970), zanim wspólnie z ostatnią dwójką założył Weather Report. W międzyczasie otrzymał propozycję dołączenia na stałe do zespołu Milesa, z którym właśnie rozstał się Dave Holland. Szybko jednak stało się jasne, że Davis i Vitouš mają zupełnie inną koncepcję wykorzystania basu. Trębacz szukał basisty, który grałby ostinatowe, hipnotyzujące motywy podszyte funkowym pulsem (znalazł go w osobie Michaela Hendersona). Tymczasem Vitouš uważał takie podejście za niewolnicze i zbyt konwencjonalne; sam dążył do tego, by uczynić kontrabas (lub gitarę basową) instrumentem wiodącym, wchodzącym w dialog z innymi solistami, całkowicie wyemancypowanym z sekcji rytmicznej.

Takie właśnie podejście doskonale słychać na debiutanckim albumie Czecha, zarejestrowanym 8 października 1969 roku "Infinite Search" (niektóre reedycje noszą tytuł "Mountain in the Clouds" lub "The Bass"). O tym, jak wielkim uznaniem Vitouš cieszył się na jazzowej scenie, świadczą nazwiska muzyków, którzy wzięli udział w tej sesji: Joe Henderson, John McLaughlin, Herbie Hancock, Jack DeJohnette i Joe Chambers. Co ciekawe, wszyscy mieli na koncie mniej lub bardziej owocną współpracę z Milesem Davisem. McLaughlin i DeJohnette niespełna dwa miesiące wcześniej wzięli udział w nagraniu "Bitches Brew", a pół roku wcześniej Hancock i McLaughlin przyczynili się do powstania "In a Silent Way". Nie przypadkiem o tym wspominam, bowiem "Infinite Search" wyraźnie nawiązuje do davisowskich eksperymentów z elektrycznym brzmieniem. Przy czym bliżej mu jednak do "In a Silent Way", ze względu na mały skład i podobne brzmienie - z jednej strony zanurzone w subtelnych dźwiękach elektrycznego pianina, a z drugiej kontrastowane ostrymi partiami elektrycznej gitary. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Nie ma tu w ogóle trąbki, a Henderson gra wyłącznie na saksofonie tenorowym, w przeciwieństwie do Shortera używającego łagodniejszego sopranu. Z kolei gra DeJohnetta lub (w jednym utworze) Chambersa jest zdecydowanie bardziej jazzowa od inspirowanych rockiem, uproszczonych partii Tony'ego Williamsa. Natomiast kontrabas lidera jest znacznie bardziej wysunięty do przodu i pełni zupełnie inną rolę - solową, nie rytmiczną.

Na repertuar oryginalnego wydania winylowego składa się sześć utworów, z których pięć to autorskie kompozycje Vitouš. Wyjątek stanowi otwierający całość "Freedom Jazz Dance" - kompozycja Eddiego Harrisa, najbardziej chyba jednak znana z wykonania Milesa Davisa (z zarejestrowanego pod koniec 1966 roku "Miles Smiles"). Obok równie rozbudowanego - oba trwają po jedenaście minut - "I Will Tell Him on You", jest to najbardziej porywający fragment albumu. Oba utwory są bardzo ekspresyjne, z rozszalałymi partiami basu, przeplatającymi się z agresywnymi dźwiękami gitary i saksofonu oraz odpowiednio mocną, jednak wyrafinowaną grą DeJohnette'a, ale też z nieco łagodzącymi brzmienie dźwiękami pianina. Wspaniała jest tu współpraca instrumentalistów, którzy doskonale odnajdują się w takiej zespołowej improwizacji. Sporo ekspresji ma także miniatura "Mountain in the Clouds", zagrana przez Vitouša, McLaughlina i DeJohnette'a w trio. Pozostałe utwory - "When Face Gets Pale", "Infinite Search" i "Epilogue" - to już granie o zdecydowanie subtelniejszym nastroju, utrzymane w wolniejszym tempie, ale na swój sposób intensywne, z tak samo swobodnymi, pięknie się uzupełniającymi partiami instrumentalistów.

Miroslav Vitouš do dziś jest aktywnym muzykiem, ale już nigdy nie wydał pod własnym nazwiskiem równie dobrego albumu, jak autorski debiut (albumy z Weather Report to inna kwestia). "Infinite Search" to pozycja z absolutnego kanonu elektrycznego jazzu, której nie powinien zignorować żaden wielbiciel takiej stylistyki.

Ocena: 8/10



Miroslav Vitouš - "Infinite Search" (1970)

1. Freedom Jazz Dance; 2. Mountain in the Clouds; 3. When Face Gets Pale; 4. Infinite Search; 5. I Will Tell Him on You; 6. Epilogue

Skład: Miroslav Vitouš - kontrabas; Joe Henderson - saksofon tenorowy; John McLaughlin - gitara; Herbie Hancock - elektryczne pianino; Jack DeJohnette - perkusja (1-5); Joe Chambers - perkusja (6)
Producent: Herbie Mann

Po prawej: okładka "Mountain in the Clouds". Tytuł ten noszą wszystkie wznowienia "Infinite Search" wydane w latach 70. przez Atlantic Records (aczkolwiek wydanie z 1977 roku zawiera jeszcze inną okładkę). Niemieckie wydanie z 1972 i brytyjskie z 2016 roku noszą tytuł "The Bass" i również posiadają własną okładkę. Na pozostałych reedycjach przywrócono oryginalny tytuł i okładkę, znane z pierwszego wydania wytwórni Embryo.


10 października 2019

[Recenzja] Ginger Baker's Air Force - "Ginger Baker's Air Force" (1970)



Zmarły przed kilkoma dniami Peter Edward Baker, lepiej znany jako Ginger Baker, był jednym z najwybitniejszych brytyjskich perkusistów. Karierę muzyczną zaczynał w latach 50., grając w różnych jazzowych składach. W 1963 roku zasilił skład jazzowo-rhythm'n'bluesowego The Graham Bond Organisation, w którym występował m.in. u boku Johna McLaughlina, Jacka Bruce'a i Dicka Heckstall-Smitha. Prawdziwą sławę przyniosła mu jednak współpraca z Bruce'em i Erikiem Claptonem pod szyldem Cream. Trio zrewolucjonizowało muzykę rockową, wprowadzając do niej jazzowe improwizacje i cięższe brzmienie. Nie mniejszym zainteresowaniem cieszyła się kolejna krótko istniejąca supergrupa, Blind Faith, tworzona przez Bakera, Claptona oraz Steve'a Winwooda i Rica Grecha. W późniejszych latach Ginger nie odnosił już tak wielkich sukcesów komercyjnych, choć wciąż był aktywnym muzykiem. Współpracował m.in. z nigeryjskim mistrzem afrobeatu Felą Kutim, z Paulem McCartneyem i jego Wings, ale też ze space-rockowym Hawkwind czy post-punkowym Public Image Ltd. Współtworzył także kilka kolejnych efemerycznych supergrup, jak chociażby Ginger Baker's Air Force, z którą dał wyraz swojej fascynacji muzyką afrykańską, nie zapominając o jazzowo-bluesowo-rockowych doświadczeniach.

Air Force istniał przez około rok i pozostawił po sobie dwa albumy, oba nagrane i wydane w 1970 roku: dwupłytowy, zarejestrowany na żywo eponimiczny debiut, a także jednopłytowy, studyjny "Ginger Baker's Air Force 2". Ciekawszy jest ten pierwszy. Chociażby ze względu na skład, w którym nie zabrakło znanych nazwisk. 15 stycznia 1970 na scenę Royal Albert Hall weszli Graham Bond, Denny Laine z Wings, Steve Winwood i Chris Wood z Traffic, późniejszy członek tej grupy Ric Grech, jazzmani Harold McNair i Phil Seamen, nigeryjski perkusista Remi Kabaka, a także dodatkowa wokalistka Jeanette Jacobs oraz, oczywiście, sam Baker. Dziesięcioosobowy skład zaproponował muzykę mającą dość spontaniczny, improwizowany charakter, utrzymaną na pograniczu rocka, bluesa i jazzu z silnymi wpływami muzyki afrykańskiej.

Ginger Baker (19.8.1939 - 6.10.2019)

Zaczyna się od energetycznej kompozycji McNaira "Da Da Man", w której wszystkie wymienione wyżej inspiracje łączą się w mniej więcej równych proporcjach. Zwracają uwagę długie solówki Winwooda na elektrycznych organach, Laine'a na gitarze i Bonda na saksofonie altowym, a także świetna współpraca trzech perkusistów (Baker, Seamen, Kabaka), co świetnie urozmaica warstwę rytmiczną. Dwa dodatkowe saksofony (McNair i Wood) oraz potężny bas Grecha dopełniają całości. Nie mniej udanie wypada rozbudowana interpretacja tradycyjnego bluesa "Early in the Morning", z wokalnym duetem Bakera i Laine'a oraz długim fragmentem instrumentalnym, podczas którego nie brakuje niezłych solówek, czasem granych niezależnie od siebie przez kilku muzyków na raz. Szczególnie partie fletu są tu miłym dodatkiem. Mniej przekonująco wypada natomiast kompozycja Bakera i Winwooda "Don't Care". Piosenkowa część - z wyrazistym tematem saksofonu, chwytliwą partią wokalną Winwooda i Jacobs oraz organową solówką - wypada całkiem przyjemnie. Z czasem jednak utwór przeradza się w spontaniczną improwizację, a muzykom tym razem trochę zabrakło pomysłów, by ciekawie ją wypełnić, zaś powracający wciąż motyw przewodni zaczyna w końcu coraz bardziej irytować. Pierwszą płytę kończy jednak ciekawa wersja creamowego "Toad", z bogatszym brzmieniem części zespołowej i solówkami na trzy perkusje.

"Aiko Biaye", podpisany przez Kabakę i Teddy'ego Osei, to nagranie, w którym najmocniej uwydatniają się wpływy afrykańskie, zarówno w warstwie wokalnej (tym razem za śpiew odpowiadają głównie Bond i Jacobs), jak i instrumentalnej, zdominowanej przez polirytmiczne perkusjonalia, jazzowe saksofony i taneczny bas. Fantastycznie wypada długa improwizacja grana przez większość składu w pierwszej połowie. Nieco przydługi jest natomiast kolejny popis perkusistów z drugiej połowy, który ma fajny klimat, ale za mało się w nim dzieje, więc z czasem zaczyna nużyć. Dla odmiany, bardzo zwartym nagraniem jest kolejny na płycie "Man of Constant Sorrow" - interpretacja tradycyjnej amerykańskiej pieśni folkowej, śpiewanej przez Laine'a z akompaniamentem głównie gitary i skrzypiec (w wykonaniu Grecha). Ta nieco dylanowska ballada jest kompletnie wyrwana z kontekstu, w ogóle nie pasuje do reszty albumu. I choć wypada przyjemnie, to tylko szkodzi całości. Na właściwe tory wracamy w "Do What You Like", kompozycji Bakera znanej już z jedynego, eponimicznego albumu Blind Faith. Tutejsza wersja - również z długim popisem perkusyjnym, a dodatkowo wzbogacona o sekcję dętą - wypada porównywalnie dobrze. To przede wszystkim popis Winwooda jako wokalisty i klawiszowca. Finałowy instrumental "Doin' It", autorstwa Gingera i Grecha, zwraca uwagę niemal freejazzowymi popisami sekcji dętej, ale ogólnie jest to najmniej wyrazisty fragment całości.

"Ginger Baker's Air Force" to bardzo nierówny longplay, pełen świetnych momentów, ale niepozbawiony wyraźnie słabszych lub po prostu niepasujących fragmentów. Skrócenie całości do jednej płyty winylowej wyszłoby na dobre. Przeszkadzać może duża ilość długich popisów perkusyjnych - fakt, lepszych od stricte rockowych solówek perkusyjnych, ale jest ich tu po prostu zbyt wiele. Nie zawsze na dobre wyszło wykorzystanie rozbudowanego składu - czasem partie poszczególnych instrumentów zbijają się w niezbyt przyjemną ścianę dźwięku, brakuje przestrzeni, muzycy zdają się za bardzo wchodzić sobie nawzajem w drogę. Zapewne udałoby się tego uniknąć, gdyby Baker zatrudnił samych jazzmanów - większość składu stanowią jednak muzycy rockowi, którzy nie zawsze się odnajdują w takim improwizowanym graniu. Ale pomimo tych wszystkich mankamentów, na pewno warto posłuchać tego materiału i samemu ocenić.

Ocena: 7/10



Ginger Baker's Air Force - "Ginger Baker's Air Force" (1970)

LP1: 1. Da Da Man; 2. Early in the Morning; 3. Don't Care; 4. Toad
LP2: 1. Aiko Biaye; 2. Man of Constant Sorrow; 3. Do What You Like; 4. Doin' It

Skład: Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (1:2); Denny Laine - gitara, wokal (1:2, 2:2); Steve Winwood - organy, wokal (1:3, 2:3), bass (2:2); Graham Bond - saksofon altowy, organy, wokal (2:1); Chris Wood - saksofon tenorowy, flet; Harold McNair - saksofon altowy, saksofon tenorowy, flet altowy; Ric Grech - bass, skrzypce (2:2); Remi Kabaka - perkusja i instr. perkusyjne; Phil Seamen - perkusja i instr. perkusyjne; Jeanette Jacobs - dodatkowy wokal
Producent: Ginger Baker i Jimmy Miller


9 października 2019

[Recenzja] Andrew Hill - "Point of Departure" (1965)



Przełom lat 1963/64 był niezwykle pracowity dla Andrew Hilla. W ciągu pół roku pianista nagrał cztery autorskie albumy dla Blue Note: "Black Fire", "Smoke Stack" (choć nagrany jako drugi, wydany jako ostatni, dopiero w 1966 roku), "Judgment!" oraz "Point of Departure". I na każdym z nich udało mu się utrzymać bardzo wysoki poziom. Był w końcu niezwykle utalentowanym kompozytorem (samodzielnie skomponował cały materiał na wspomniane albumy) i instrumentalistą, w dodatku zawsze dobierającym sobie współpracowników z najwyższej półki. W przypadku albumu "Point of Departure" - zarejestrowanego 21 marca 1964 roku w Van Gelder Studio - byli to: Eric Dolphy, Joe Henderson, Kenny Dorham, Richard Davis i Tony Williams. Te nazwiska mówią same za siebie. Warto natomiast zauważyć, że Hill po raz pierwszy skorzystał z tak rozbudowanego składu. Do tamtej pory preferował granie w kwartecie, z basistą, perkusistą i - w zależności od albumu - saksofonistą ("Black Fire"), wibrafonistą ("Judgment!") lub drugim basistą ("Smoke Stack"). Tym razem postanowił jednak wykorzystać rozbudowaną sekcję dętą, składającą się z trzech muzyków, ale grających na pięciu różnych instrumentach.

Brzmienie "Point od Departure" jest zatem bardzo bogate. Szczególnie słychać to na przykładzie "Spectrum", w którym - zgodnie z tytułem - zaprezentowano całe spektrum instrumentalne. Dolphy zagrał tutaj na trzech różnych instrumentach (saksofonie altowym, klarnecie basowym i flecie), Henderson na dwóch (saksofonie tenorowym i flecie), do tego dochodzi jeszcze trąbka, pianino, kontrabas i bębny. Przy całym tym bogactwie udało się uniknąć chaosu. Wszystko zdaje się tu być dokładnie przemyślane i rozplanowane. A przy tym wciąż jest to muzyka niepozbawiona jazzowej spontaniczności i swobody. Poszczególne utwory są przeważnie wystarczająco długie (tylko "Flight 19" nie przekracza pięciu minut, zaś najdłuższy "Refuge" trwa ponad dwanaście), by każdy instrumentalista mógł pokazać swoje umiejętności. Oczywiście, poza solowymi popisami jest tu też wzorowa współpraca czy to całego zespołu, czy poszczególnych muzyków w różnych duetach, triach, itd. Może nie ma między nimi aż tak telepatycznej więzi, jak między Hillem, Davisem i Royem Hayensem na "Black Fire" - bo i chyba w tak dużym składzie nie byłoby to możliwe - jednak wszyscy doskonale się tutaj porozumiewają. Szczególnie porywające pod tym względem są dwa najdłuższe nagrania, czyli wspomniane już "Refuge" i "Spectrum", choć pozostałe nie zostają daleko w tyle.

"Point of Departure" uznawany jest często za największe osiągnięcie Andrew Hilla. Nie do końca się z tym zgadzam, bo zarówno wcześniejsze "Black Fire" i "Judgment!", jak i późniejszy "Compulsion", to także wspaniałe wydawnictwa. Nie mam natomiast wątpliwości, że "Point of Departure" to fantastyczny album, należący do ścisłego kanonu post-bopu. Hill, Dolphy, Henderson, Dorham, Davis i Williams są tutaj w szczytowej formie (ten pierwszy także kompozytorskiej), a mowa tu przecież o jednych z najwybitniejszych przedstawicieli nowoczesnego jazzu.

Ocena: 8/10



Andrew Hill - "Point of Departure" (1965)

1. Refuge; 2. New Monastery; 3. Spectrum; 4. Flight 19; 5. Dedication

Skład: Andrew Hill - pianino; Eric Dolphy - saksofon altowy (1-3), klarnet basowy (3-5), flet (3); Joe Henderson - saksofon tenorowy, flet (3); Kenny Dorham - trąbka; Richard Davis - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


7 października 2019

[Playlista] Miles Davis - elektryczny okres dla początkujących



Przygotowałem tę playlistę już parę miesięcy temu, ale dotąd nie miałem okazji się nią podzielić. W żadnym razie nie jest to składanka najlepszych / najważniejszych utworów Milesa Davisa z jego tzw. elektrycznego okresu (obejmującego lata 1967-75). Nie jest to nawet przegląd mogący przybliżyć jego ówczesną twórczość. Trębacz nagrał zbyt wiele wartościowego, różnorodnego materiału, by dało się coś takiego przygotować. Celem playlisty jest jedynie zachęcenie do samodzielnego zgłębiania tej twórczości, poprzez zaprezentowanie najłatwiejszych w odbiorze nagrań. Żeby jednak naprawdę mieć jakieś pojęcie na temat twórczości Davisa z tego etapu, trzeba poznać w całości przynajmniej te wydawnictwa:
  • Miles in the Sky (1968)
  • Filles de Kilimanjaro (1968)
  • In a Silent Way (1969)
  • Bitches Brew (1970)
  • At Fillmore (1970)
  • Jack Johnson (1971)
  • Live-Evil (1971)
  • On the Corner (1972)
  • Black Beauty: Miles Davis at Fillmore West (1973)
  • Big Fun (1974)
  • Get Up with It (1974)
  • Agharta (1975)
  • Pangaea (1975)
  • Dark Magus (1977)
  • Circle in the Round (1979)
  • Directions (1981)
  • Live at the Fillmore East (March 7, 1970): It's About that Time (2001)
  • Bitches Brew Live (2011)
Dla pełnego obrazu należy jednak poznać także: 
  • The Complete Bitches Brew Sessions (1998)
  • The Complete In a Silent Way Sessions (2001)
  • The Complete Jack Johnson Sessions (2003)
  • The Cellar Door Sessions 1970 (2005)
  • The Complete On the Corner Sessions (2007)
  • Live in Europe 1969: The Bootleg Series Vol. 2 (2013)
  • Miles at the Fillmore: The Bootleg Series Vol. 3 (2014)
  • At Newport 1955-1975: The Bootleg Series Vol. 4 (2015) (CD3 i 4; pozostałe tez są interesujące, ale stricte akustyczne)

Zdecydowanie nie wolno pomijać koncertówek, bo nawet jeśli zawierają znane kompozycje, to zagrane zupełnie inaczej, w sposób, jakiego nie uświadczy się na studyjnych albumach. Nie można też ignorować wymienionych wyżej kompilacji i boksów, gdyż również zawierają mnóstwo wartościowego materiału, niepodobnego do niczego innego. Biorąc pod uwagę, że większość wydawnictw z pierwszej listy została oryginalnie wydana na dwóch płytach winylowych (kompaktowe wznowienia często również są dwupłytowe), a na drugiej liście znajdują się same wielopłytowe boksy, poznawanie elektrycznego okresu Davisa to zajęcie na wiele miesięcy, a nawet lat. Jednym z głównych problemów może być niewiedza na temat tego, od czego zacząć. Tutaj pomocne mogą być moje recenzje (link), a także ten artykuł (link). Wciąż jednak ilość materiału do ogarnięcia jest przytłaczająca, co może zniechęcać. I tutaj, mam nadzieję, pomocna będzie poniższa playlista, która pokazuje, że to bardzo fajna muzyka, mogąca zainteresować nie tylko wielbicieli jazzu i szeroko pojętej ambitnej muzyki, ale tez np. słuchaczy klasycznego rocka czy muzyki elektronicznej.

Playlista zawiera materiał pochodzący z czterech wydawnictw: "The Complete In a Silent Way Sessions", "The Complete Jack Johnson Sessions", "The Complete On the Corner Sessions" oraz albumu "Bitches Brew" w rozszerzonej wersji na 40-lecie premiery. Wiele z tych utworów było wcześniej wydane także na innych wydawnictwach. Szczegółowe informacje na ich temat zamieściłem pod playlistą.




1. "Directions II" (Joe Zawinul)
Utwór, którym Davis rozpoczynał większość swoich występów w latach 1969-71, dość późno doczekał się premiery w wersji studyjnej. Dopiero w 1981 roku został wydany na kompilacji "Directions" - za to w dwóch różnych podejściach z tego samego dnia, 27 listopada 1968 roku. Wybrałem krótszą, bardziej zwartą wersję, która posiada więcej rockowej energii.

2. "In a Silent Way" (Joe Zawinul)
Jest to dokładanie to samo nagranie, które trafiło na album "In a Silent Way" jako część suity "In a Silent Way / It's About That Time". Tutaj jednak w wersji bez studyjnej edycji, która jest dostępna wyłącznie w boksie "The Complete In a Silent Way Sessions". Istotną rolę w nagraniu odgrywa gitara Johna McLaughlina, który spontanicznie dołączył tego dnia do zespołu Milesa, choć nigdy wcześniej z nim nie grał.

3. "Miles Runs the Voodoo Down" (Miles Davis)
4. "Spanish Key" (Miles Davis)
Wydane na tym samym singlu, drastycznie skrócone wersje dwóch utworów z albumu "Bitches Brew". To ledwie namiastka tego, co muzycy faktycznie zagrali. Jednak wystarczająco zachęcająca, by sięgnąć po pełne wersje.

5. "Little Blue Frog" (Miles Davis)
6. "Great Expectations" (Joe Zawinul / Miles Davis)
Utwory z niealbumowego singla z 1970 roku, również drastycznie skrócone. "Great Expectations" w pełnej wersji (połączonej z inną kompozycją Zawinula, "Orange Lady") został wydany na "Big Fun", a "Little Blue Frog" znacznie później, dopiero w boksie "The Complete Bitches Brew Sessions" (gdzie zamieszczono także jego alternatywne wykonanie).

7. "Willie Nelson" (Miles Davis)
Wypełniający drugą stronę albumu "Jack Johnson" utwór "Yesternow" został skompilowany z kilku podejść do dwóch różnych kompozycji: "Yesternow" i "Willie Nelson". To najbardziej zwarte podejście do tej drugiej, w oryginalnej formie po raz pierwszy wydane w boskie "The Complete Jack Johnson Sessions". Utwór był wykonany na żywo tylko kilka razy, ale jego charakterystyczny basowy riff często pojawiał się podczas improwizacji.

8. "Johnny Bratton" (Miles Davis)
Jeden z najbardziej rockowych utworów w dorobku Davisa i może właśnie dlatego wydany dopiero (i jedynie) w boksie "The Complete Jack Johnson Sessions" - w trzech różnych wersjach. Na playlistę wybrałem zwarty "insert 2", ale najbardziej podoba mi się "take 4" z dłuższymi improwizacjami.

9. "Duran" (Miles Davis)
Kolejny bardzo rockowy utwór Milesa. Trębacz w swojej autobiografii przyznawał, że chciał wydać go na singlu, ale nie zgodził się na to wydawca. Ostatecznie kompozycja doczekała się premiery w 1981 roku, na kompilacji "Directions". Trafiła na nią w mocno rozimprowizowanej wersji ("take 6"). Boks "The Complete Jack Johnson Sessions" zawiera także bardziej piosenkowe wykonanie ("take 4"), które wybrałem na playlistę, choć podobnie jak w przypadku innych utworów - preferuję dłuższą wersję.

10. "Right Off" (Miles Davis)
27-minutowa wersja z albumu "Jack Johnson" powstała ze zmiksowania kilku podejść do tej kompozycji. Wykonania te zostały zamieszczone w oryginalnej formie we wspomnianym wyżej boksie. Wybrałem "take 11" ze względu na bardzo psychodeliczne solo Herbiego Hancocka.

11. "Red China Blues" (Miles Davis)
Bluesrockowy kawałek nagrany w dość przypadkowym składzie, niedługo przed sesją nagraniową "On the Corner". Oryginalnie wydany na "Get Up with It".

12. "On the Corner" (Miles Davis)
Alternatywne, znacznie krótsze i zupełnie inne podejście do tytułowej kompozycji z "On the Corner". Dostępne wyłącznie w boksie "The Complete On the Corner Sessions".

13. "Black Satin" (Miles Davis)
Najkrótszy, ale reprezentatywny dla całości utwór z "On the Corner" - oparty na jednostajnym rytmie, wokół którego improwizują wszyscy instrumentaliści. Wpływ tego albumu na muzykę elektroniczną (np. techno) jest nie do przecenienia.

14. "Rated X" (Miles Davis)
Jeden z kilku utworów, w których można usłyszeć Davisa porzucającego trąbkę na rzecz elektrycznych organów. Utwór oryginalnie ukazał się na "Get Up with It".

15. "Big Fun" (Miles Davis)
16. "Holly-wuud" (Miles Davis)
Dwa utwory wydane w 1973 roku na tym samym singlu. W rzeczywistości, są to fragmenty tego samego nagrania, które jako "Big Fun/Holly-wuud (take 3)" trafiło na "The Complete On the Corner Sessions". Boks zawiera także "take 2", jak również oba singlowe wycinki.

17. "Minnie" (Miles Davis)
Utwór zarejestrowany podczas ostatniej sesji trębacza przed zawieszeniem działalności, odbywającej się 5 maja 1975 roku. Jest to jedyny znany fragment tej sesji - dostępny wyłącznie w boksie "The Complete On the Corner Sessions". 

Utwory są ułożone w kolejności w jakiej zostały nagrane.

5 października 2019

[Recenzja] Univers Zero - "Heresie" (1979)



Nie ma wielkiej przesady w nazywaniu "Heresie" najmroczniejszym albumem w historii muzyki. Univers Zero kontynuuje tutaj stylistykę wypracowaną na swoim poprzednim, eponimicznym dziele, łącząc muzykę kameralną - szczególnie zdradzając inspirację twórczością Beli Bartóka czy Igora Strawinskiego - z awangardowym rockiem. Tym razem jednak środek ciężkości jeszcze bardziej przesuwa się w stronę muzyki klasycznej, a ściślej mówiąc poważnej awangardy. Rocka w tradycyjnym rozumieniu nie ma tu praktycznie wcale, jego wpływ słychać tylko w dynamice i wyraźnej rytmiczności tej muzyki. Rytmy są tu jednak mocno połamane. Nie ma tu miejsca na wyraziste motywy czy melodie, a budowa poszczególnych utworów dalece odbiega od piosenkowej struktury. W instrumentarium dominują takie instrumenty, jak obój, fagot, skrzypce, altówka, fisharmonia czy organy, wsparte basem i perkusją oraz tylko z rzadka pojawiającą się, zwykle na dalszym planie, gitarą.

Na album składają się tylko trzy, ale bardzo rozbudowane utwory: 25-minutowy "La Faulx" oraz zbliżające się do kwadransa "Jack the Ripper" i "Vous le saurez en temps voulu" (pierwszy został skomponowany przez Rogera Trigaux, ostatni przez Daniela Denisa, a za środkowy odpowiadają obaj). Całość jest niezwykle ponura, niczym ścieżka dźwiękowa nieistniejącego filmu grozy, jak przystało na opowieść o kwintesencji Zła. Opowiedzianą głównie za pomocą dźwięków, często dysonansowych, atonalnych, czasem naprawdę dziwacznych, naśladujących dźwięki otoczenia. Zawarta tu muzyka jest niezwykle intensywna, a nieliczne momenty pozornego wytchnienia służą budowaniu napięcia przed kolejnym zagęszczeniem atmosfery. Jeśli jakaś muzyka naprawdę mogłaby budzić prawdziwe przerażenie, to właśnie "Heresie". Nie jest to infantylny mrok w stylu zespołów metalowych, lecz znacznie poważniejsze, bardzo wyrafinowanie granie. Muzycy wykazują naprawdę sporą inwencję w kreowaniu upiornego nastroju, za pomocą doskonale dobranego instrumentarium i ciekawych eksperymentów sonorystycznych.

Nie jest to album, który zachwyci od razu. Wielu słuchaczy w ogóle nie zachwyci, szczególnie tych przyzwyczajonych do muzyki sztampowej i schematycznej. Jednak z pewnością zainteresuje tych o bardziej otwartym podejściu. To zresztą nie przypadkiem jeden z najbardziej cenionych albumów wśród wielbicieli rockowej awangardy.

Ocena: 9/10



Univers Zero - "Heresie" (1979)

1. La Faulx; 2. Jack the Ripper; 3. Vous le saurez en temps voulu

Skład: Roger Trigaux - gitara, pianino, organy, fisharmonia; Michel Berckmans - obój, fagot; Patrick Hanappier - skrzypce, altówka; Guy Segers - bass, głos; Daniel Denis - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Eric Faes


3 października 2019

[Recenzja] Ornette Coleman - "Ornette on Tenor" (1962)



"Ornette on Tenor" przedstawia Colemana w nietypowej dla niego roli. Saksofonista po raz pierwszy zdecydował się na grę na tenorze, zamiast na alcie. To album wyjątkowy także z innych względów. Choćby z uwagi na skład. Ponownie znaleźli się w nim Don Cherry i Ed Blackwell, za to znów zmienił się basista. Lider nie był do końca zadowolony ze Scotta LaFaro, grającego na kontrabasie w wysokich rejestrach. Potrzebował basisty, który zapewni więcej niższych tonów. Jak Charlie Haden, który jednak przebywał na odwyku. Składu dopełnił więc Jimmy Garrison, późniejszy członek najsłynniejszego kwartetu Johna Coltrane'a. Odbywająca się 22 i 27 marca 1961 roku sesja (pierwszego dnia zarejestrowano wyłącznie utwór "Eos") była, jak się wkrótce okazało, ostatnią dla wytwórni Atlantic, z którą Coleman współpracował niemal od początku kariery, wydając z jej logo choćby takie albumy, jak "The Shape of Jazz to Come" czy "Free Jazz: A Collective Improvisation". Wkrótce potem saksofonista zrobił sobie kilkuletnią przerwę w występowaniu i nagrywaniu, podczas której uczył się gry na skrzypcach i trąbce.

Składający się z pięciu kompozycji lidera "Ornette on Tenor" to udany album, choć daleko mu do najwybitniejszych osiągnięć Colemana, zarówno z wcześniejszej, jak i późniejszej działalności. Pomijając zamianę saksofonu altowego na tenorowy, brakuje tutaj jakiś świeżych pomysłów, zamiast czego powielane są patenty z poprzednich sesji. Do samego wykonania, oczywiście, trudno się przyczepić. Dominuje tutaj kolektywna improwizacja, wypracowana na albumie "Free Jazz", a na kolejnym "Ornette!" zaprezentowana w mniejszym składzie. I właśnie z tym drugim wydawnictwem kojarzy się muzyka zawarta na "Ornette on Tenor". To tak samo swobodne granie, oparte na pozornie niezależnych, a tak naprawdę wzajemnie się uzupełniających partiach poszczególnych instrumentalistów. Absolutnie fantastycznie wyszło to w najdłuższym na płycie, jedenastominutowym "Cross Breeding". Doskonale w takiej stylistyce odnalazł się Garrison, wcześniej grający raczej mainstreamowe rzeczy. Jego kontrabas świetnie dopełnia się z pozostałymi instrumentami i nadaje odpowiedniej głębi. Reszta materiału nie wypada już tak porywająco, aczkolwiek trzyma wysoki poziom - w końcu muzycy tej klasy nie mogli zawieść. A nawet od takiego innowatora, jak Ornette Coleman, trudno wymagać, by za każdym razem dokonywał kolejnej rewolucji.

"Ornette on Tenor" to album, którego nie powinni ignorować wielbiciele freejazzowej stylistyki, a wszystkim, którzy jej wielbicielami jeszcze nie są, polecam najpierw poznać te bardziej istotne i powszechnie cenione dzieła. "Ornette on Tenor" jest po prostu kolejnym albumem w bogatej dyskografii Colemana, który co prawda nie schodzi poniżej wysokiego poziomu, ale rzadko zbliża się do prawdziwych wyżyn i, niestety, niewiele wnosi do dorobku tego wybitnego muzyka.

Ocena: 7/10



Ornette Coleman - "Ornette on Tenor" (1962)

1. Cross Breeding; 2. Mapa; 3. Enfant; 4. Eos; 5. Ecars

Skład: Ornette Coleman - saksofon tenorowy; Don Cherry - trąbka; Jimmy Garrison - kontrabas; Ed Blackwell - perkusja
Producent: Nesuhi Ertegun


1 października 2019

[Recenzja] Soft Machine - "BBC Radio 1 Live in Concert 1971" (1993)



Dwa tygodnie po premierze albumu "Fourth" doszło do ciekawego wydarzenia. 11 marca 1971 roku w londyńskim Paris Theatre odbył się specjalny występ Soft Machine z gościnnym udziałem wielu zaprzyjaźnionych muzyków, ale też weterana brytyjskiej sceny jazzowej, Ronniego Scotta. Całość została profesjonalne zarejestrowana przez BBC. Dziesięć dni później materiał wyemitowano na antenie Radio 1. A później niemal całkiem o nim zapomniano. Dopiero w 1993 roku ukazał się na album "BBC Radio 1 Live in Concert 1971", zawierający fragmenty występu (reedycja z 2005 roku, "BBC In Concert 1971" sygnowana przez Soft Machine & Heavy Friends, zawiera dodatkowy utwór). Trudno zrozumieć, dlaczego aż tyle trzeba było czekać na płytową premierę. Nie dość, że to niezwykle interesujący materiał ze względu na rozszerzony skład - co znacznie wpływa na charakter muzyki - to jeszcze mamy tu do czynienia z naprawdę porywającym wykonaniem, a brzmienie całości jest wręcz doskonałe.

Reedycja zaczyna się od oryginalnej radiowej zapowiedzi Johna Peela, natomiast pierwsze wydanie od razu od kompozycji Eltona Deana, "Blind Badger" (z jego, wówczas jeszcze nienagranego, eponimicznego debiutu solowego). Był to właściwie występ zespołu saksofonisty, Just Us - z kornecistą Markiem Charingiem, basistą Nevillem Whiteheadem i perkusistą Philem Howardem - ale też z dodatkowym udziałem klawiszowca Mike'a Ratledge'a. Wyrazista, ale raczej subtelna gra sekcji rytmicznej, wraz z nastrojowymi dźwiękami elektrycznego pianina, kierują utwór w stronę bardziej przystępnego, melodyjnego fusion, choć sekcja dęta nierzadko dodaje niemal freejazzowej agresji. W "Neo Caliban Grides", niewydany na żadnym studyjnym albumie, gra już cały skład Soft Machine, zresztą ten najbardziej klasyczny, z Ratledgem, Deanem, Hughem Hopperem i Robertem Wyattem, wyjątkowo wsparty przez Howarda. Jest to o tyle ciekawe, że właśnie Howard parę miesięcy później zajął miejsce Wyatta. Tutaj obaj perkusiści mają okazję ze sobą współpracować, co wyszło interesująco. A sam utwór jest najbardziej brutalnym fragmentem albumu, z wściekłymi, freejazzowymi partiami saksofonu, przesterowanym brzmieniem gitary basowej i elektrycznych organów, a także perkusyjną nawałnicą.

Kolejne pół godziny to wiązanka różnych utworów z repertuaru Soft Machine, pochodzących z albumów "Third" ("Out Bloody Rageous"), "Fourth" ("Kings and Queens", "Teeth") i nagranego dopiero na przełomie lat 1971/72 "Fifth" ("All White", "Pigling Bland"), wraz z jednym niealbumowym ("Eamonn Andrews"). Tutaj skład jest najbardziej rozbudowany: do podstawowego kwartetu dołączyli Scott, Charing, puzonista Paul Nieman, a także kolejny przyszyły członek zespołu, grający na kontrabasie Roy Babbington. Poszerzenie składu dało fantastyczny efekt, interesująco wzbogacając brzmienie, ale też wymuszając na muzykach kreatywne podejście, aby odnaleźć się w tej spontanicznej improwizacji, w której znane motywy są punktem wyjścia do improwizacji, a obok nich pojawią się też zupełnie nowe tematy. Nie brakuje tu porywających solówek, a interakcja instrumentalistów wypada fantastycznie. Na reedycje trafiło jeszcze krótkie, ale treściwe i bardzo fajne wykonanie "Slightly All the Time / Noisette".

"BBC Radio 1 Live in Concert 1971" to nie tylko jedna z ciekawszych koncertówek w pośmiertnej dyskografii Soft Machine, ale też jedno z najlepszych wydawnictw zespołu w ogóle. To wydawnictwo nie ustępuje w niczym "Third" czy "Fourth" (a od pierwszego jest dużo lepsze pod względem brzmieniowym), choć oczywiście jest od nich mniej istotne ze względu na archiwalny charakter. Nie powinno się go jednak przez to lekceważyć. Nawet jeśli nie ma tu żadnych premierowych kompozycji, to przecież zespół za każdym razem grał swoje utwory zupełnie inaczej, a tutaj, za sprawą rozszerzonego składu, zyskują wręcz kompletnie inne oblicze. Zespół nigdy nie brzmiał podobnie, dzięki czemu ten materiał jest zupełnie unikalny.

Ocena: 9/10



Soft Machine - "BBC Radio 1 Live in Concert 1971" (1993)

1. Blind Badger; 2. Neo Caliban Grides; 3. Continuous Medley: Out Bloody Rageous / Eamonn Andrews / All White / Kings and Queens / Teeth / Pigling Bland

Soft Machine: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Elton Dean - saksofon altowy; Hugh Hopper - bass (2,3); Robert Wyatt - perkusja (2,3)
Heavy Friends: Marc Charig - kornet (1-3); Neville Whitehead - bass (1); Phil Howard - perkusja (1,2); Ronnie Scott - saksofon tenorowy (3); Paul Nieman - puzon (3); Roy Babbington - kontrabas (3)
Producent: Jeff Griffin

Po prawej: okładka wydania z 2005 roku.


29 września 2019

[Recenzja] Sonny Simmons - "Staying on the Watch" (1966)



Wspólne albumy Prince'a Lashy i Sonny'ego Simmonsa - "The Cry!" oraz "Firebirds" - zawierają bardzo udaną muzykę na styku jazzowego głównego nurtu i jazzowej awangardy. Już dzięki nim można było się domyślać, jaki kierunek wspólnym nagraniom nadawał każdy z wymienionych muzyków. A poznanie ich osobnych wydawnictw rozwiewa wszelkie ewentualne wątpliwości. Prince Lasha na swoim solowym debiucie "Insight" z 1966 roku zaproponował muzykę bliską jazzu środka - łatwą w odbiorze, melodyjną, poukładaną, zachowawczą. Tymczasem Sonny Simmons - parafrazując tytuł jego debiutu z tego samego roku - stanął na straży free jazzu. "Insight" to przyjemny album, ale raczej nie taki, który zasługiwałby na szersze omówienie - nie ze względu na swoją stylistykę, lecz dlatego, że po prostu niespecjalnie wyróżnia się na tle wielu podobnych wydawnictw. Jakże inaczej prezentuje się "Staying on the Watch", prezentujący może i nieprzesadnie oryginalne, ale bardzo ciekawe podejście do wyzwolonego jazzu.

Simmons skorzystał z pomocy raczej niezbyt znanych instrumentalistów - może z wyjątkiem pianisty Johna Hicksa, który miał już za sobą współpracę z The Jazz Messengers Arta Blakeya. Składu dopełnili basista Teddy Smith, perkusista Marvin Pattillo, oraz grająca na trąbce zona lidera, Barbara Donald. Długość sesji nie odbiegała od jazzowych standardów - nagrania zamknęły się w ciągu jednego dnia, 30 sierpnia 1966 roku. Na album trafiły cztery, raczej rozbudowane i dość spontaniczne utwory. Dominuje bardzo ekspresyjne granie, ze srogim dęciem w rury i urozmaiconą, potężną grą sekcji rytmicznej. Brzmienie ubarwia pianino, choć nie są to ani dzikie pasaże w stylu Cecila Taylora, ani niemalże transcendentna gra, jaką najpierw McCoy Tyner, a następnie Alice Coltrane uprawiali w zespole Trane'a, pomimo wyraźnych prób grania na oba te sposoby. Ale to, co Hicks robi chociażby w środkowej części "Metamorphosis", również zasługuje na docenienie. Sekcja rytmiczna również ma parę świetnych momentów. Smith najlepiej wypada wtedy, gdy gra smyczkiem. Tutaj trzeba wspomnieć przede wszystkim o "A Distant Voice", opartym wyłącznie na brzmieniu kontrabasu i saksofonu. Sama idea wydaje się zaczerpnięta z duetów Erica Dolphy'ego i Richarda Davisa, jednak na tym podobieństwa się kończą, nie ma mowy o kopiowaniu stylu tamtych muzyków. W każdym z trzech pozostałych utworów można usłyszeć całkiem pomysłową grę Pattillo, a w dwóch ostatnich bębniarz dostał nawet czas na krótkie, ale treściwe solówki. Na wyróżnienie zasługuje też gra sekcji w nagranym w trio (z liderem), najbardziej agresywnym "Interplanetary Travelers". Natomiast trąbka przydaje się przede wszystkim w bardziej melodyjnych fragmentach, a więc szczególnie w "City of David". Lider często pozostawia całą przestrzeń swoim współpracownikom, ale gdy już zaczyna dąć swoim altem, to skupia na sobie niemal całą uwagę. W każdym nagraniu gra porywające solówki, ale jednak największą kreatywnością wykazuje się we wspomnianym "A Distant Voice", gdzie próbuje różnych technik, aby jak najciekawiej urozmaicić ten ascetyczny - pod względem użytego instrumentarium - utwór.

"Staying on the Watch" nie może się, oczywiście, równać z największymi osiągnięciami wybitnych przedstawicieli jazzowej awangardy, jak Ornette Coleman, Cecil Taylor, John Coltrane, Eric Dolphy czy Anthony Braxton. Ale to i tak kawał świetnego free jazzu, który z pewnością zainteresuje wszystkich wielbicieli tego stylu.

Ocena: 8/10



Sonny Simmons - "Staying on the Watch" (1966)

1. Metamorphosis; 2. A Distant Voice; 3. City of David; 4. Interplanetary Travelers

Skład: Sonny Simmons - saksofon altowy; Barbara Donald - trąbka; John Hicks - pianino; Teddy Smith - kontrabas; Marvin Pattillo - perkusja
Producent: Jay Dillon


27 września 2019

[Recenzja] John Coltrane - "Blue World" (2019)



Kariera Johna Coltrane'a trwała krótko, zaledwie dwie dekady, ale artysta maksymalnie wykorzystał ten czas. Przez pierwsza połowę tego okresu występował u boku wielkich jazzmanów, jak Dizzy Gillespie, Miles Davis i Thelonious Monk. Pod koniec lat 50. rozpoczął działalność pod własnym nazwiskiem. Przed niespodziewaną śmiercią w 1967 roku zdążył wydać ponad dwadzieścia albumów, z których wiele okazało się dziełami wybitnymi. Zapewniły one Trane'owi status jednego z najwybitniejszych jazzmanów i największych saksofonistów w dziejach. Mogłoby się wydawać, że działalność tak prominentnej postaci została już doskonale udokumentowana i nie kryje żadnych tajemnic. Tymczasem pięć dekad po jego śmierci wciąż odkrywane są nieznane dotąd nagrania. Zaledwie rok temu ukazał się album "Both Directions at Once", zawierający zapis zapomnianej sesji z 1963 roku. W tym roku wytwórnia Impulse! zaskoczyła wydaniem materiału z jeszcze jednej sesji, o której nikt nie pamiętał. Rezultatem jest właśnie wydany album "Blue World".

24 czerwca 1964 roku Coltrane zorganizował potajemną - nie poinformował o niej swojego aktualnego wydawcy, Impulse! Records - sesję nagraniową w studiu Rudy'ego Van Geldera. Wraz ze swoim klasycznym kwartetem, obejmującym pianistę McCoya Tynera, basistę Jimmy'ego Garrisona i perkusistę Elvina Jonesa, zarejestrował materiał, który miał posłużyć za ścieżkę dźwiękową kanadyjskiego filmu "Le chat dans le sac". Reżyser Gilles Groulx był znajomym Garrisona i właśnie za jego pośrednictwem namówił kwartet do udziału w projekcie. Groulx osobiście uczestniczył w krótkiej, zaledwie trzygodzinnej sesji. Gdy nagrania dobiegły końca, otrzymał wszystkie taśmy, które zabrał ze sobą do Kanady. Ostatecznie wykorzystał tylko niewielką część tej muzyki. Resztę materiału odłożył do archiwum, po czym wszyscy o nim zapomnieli. Dopiero w XXI wieku przedstawiciele organizacji National Film Board of Canada postanowili skompletować dzieła zmarłego w 1994 roku Groulxa. Przy okazji trafili na taśmy z nagraniami kwartetu Trane'a. Po negocjacjach z firmą Impulse!, udało się doprowadzić do wydania tego materiału.

Właściwie trudno traktować "Blue World" jak regularny album. Składa się na niego osiem utworów, ale tylko pięć kompozycji, z czego jedna w dwóch podejściach, a inna w trzech. To po prostu kompletny zapis krótkiej sesji, której sami muzycy nie traktowali zbyt poważnie. Przed utworami słychać nawet krótkie zapowiedzi lub rozmowy ze studia. Na repertuar złożyły się wyłącznie kompozycje już wcześniej znane, w większości pochodzące z albumów zarejestrowanych jeszcze w latach 50., jak "John Coltrane with the Red Garland Trio", "Giant Steps" i "Coltrane Jazz". Nawet tytułowy "Blue World" okazuje się tylko wariacją na temat "Out of This World" z nagranego i wydanego w 1962 roku albumu "Coltrane", utrzymaną w wolniejszym tempie, ale identycznym nastroju.

Czy w takim razie warto w ogóle zaprzątać sobie głowę tym wydawnictwem? Oczywiście, że tak! Wykonania są tutaj zupełnie inne, niż oryginalne. Przez te kilka lat muzyka Trane'a niesamowicie się rozwinęła, dzięki czemu wszystkie kompozycje zyskały nowe oblicze. Nagrania odbyły się zresztą w niezwykle ciekawym momencie - zaledwie kilka tygodni po zakończeniu prac nad albumem "Crescent", a niespełna pół roku przed przełomową sesją "A Love Supreme". Okres pomiędzy rejestracją tych dwóch wydawnictw nie został dotąd udokumentowany. Oczywiście, nagraniom bliżej do muzyki zawartej na "Crescent". Nie jest jeszcze tak bardzo transcendentna, jak ta z "A Love Supreme" i późniejszych wydawnictw. Aczkolwiek, saksofonista zmierzał w tym kierunku już od początku lat 60., więc podobnie, jak na "Live at the Village Vanguard", "Coltrane" czy "Crescent", także na "Blue World" słychać fascynację lidera mistycyzmem, przede wszystkim w jego uduchowionych tematach i solówkach (co szczególnie słychać w utworze tytułowym). Pozostali instrumentaliści zdawali się doskonale rozumieć tę koncepcję. Dopiero później przyszły radykalne freejazzowe odloty, przez które rozeszły się drogi saksofonisty z jego długoletnimi współpracownikami, Tynerem i Jonesem.

W 1964 roku w kwartecie panowała jednak artystyczna zgoda i całkowite zrozumienie pomiędzy instrumentalistami. Od blisko dwóch lat grali w dokładnie takiej konfiguracji personalnej i zdążyli się ze sobą rewelacyjnie zgrać. Zarówno na scenie, jak i w studiu, potrafili porozumieć się bez słów. A więc nawet jeśli ta sesja była dla nich tylko błyskawicznym zarobkiem (a może nawet darmową przysługą koleżeńską) i nie przykładali się do niej szczególnie, to byli zbyt doświadczonym i utalentowanym zespołem, by odwalić zwykłą chałturę. Co prawda tylko w "Blue World" i w rozpoczętym solówką Garrisona "Traneing In" kwartet pozwala sobie na dłuższe, swobodniejsze improwizacje (aczkolwiek oba są bardziej zwarte od swoich pierwowzorów, ten pierwszy znacznie), ale pozostałe nagrania nie są wcale mniej atrakcyjne. Przepięknie wypadają obie wersje ballady "Naima", prawdopodobnie najsłynniejszego tematu Trane'a. We wszystkich trzech wykonaniach "Village Blues" udało się zachować wyluzowany klimat oryginału, ale słychać też większą dojrzałość, Dedykowany Sonny'emu Rollinsowi "Like Sonny" jeszcze bardziej tutaj zyskuje, brzmiąc zdecydowanie nowocześniej.

Oczywiście, "Blue World" w żadnym razie nie jest wydawnictwem pokazującym twórczość Johna Coltrane'a od nieznanej wcześniej strony, wzbogacającym jakoś wiedzę o tym wybitnym muzyku. Tak naprawdę, nic nowego nie wnosi do jego dorobku. Kompozycje są znane od ponad pół wieku, a choć tutaj brzmią inaczej, to są utrzymane w stylu znanym niemal od tak samo dawna. To bardzo przyjemny materiał, ale jednak publikowanie go jako "nowego albumu" wydaje się przesadą. Bardziej nadawałby się na bonusowy dysk reedycji "Crescent" albo część kompilacji typu zeszłorocznego "1963: New Directions" (na trzech płytach CD zebrano wszystkie znane, studyjne i koncertowe, nagrania Trane'a z 1963 roku). Sam fakt opublikowania tych nagrań bardzo jednak cieszy. W ciągu tych pięćdziesięciu dwóch lat, jakie minęły od śmierci Johna Coltrane'a, wciąż nie pojawił się żaden inny muzyk, który potrafiłby szczelnie wypełnić lukę po nim. Wydawnictw, które po sobie pozostawił, jest wiele - a te najlepsze nie nudzą nawet po dziesiątkach przesłuchań - ale fajnie usłyszeć też coś wcześniej nieznanego.

Ocena: 7/10



John Coltrane - "Blue World" (2019)

1. Naima (Take 1); 2. Village Blues (Take 2); 3. Blue World; 4. Village Blues (Take 1); 5. Village Blues (Take 3); 6. Like Sonny; 7. Traneing In; 8. Naima (Take 2)

Skład: John Coltrane - saksofon tenorowy; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: John Coltrane (1964), Ken Druker (2019)


25 września 2019

[Playlista] Jimi Hendrix - "Strate Ahead" (moja rekonstrukcja czwartego albumu)



Mały bonus na zakończenie poprawek recenzji Jimiego Hendrixa: playlista z najbardziej możliwą  do wykonania rekonstrukcją albumu, nad którym artysta pracował przed śmiercią. Zarówno tytuł, jak i wybór oraz kolejność utworów, są zgodne z notatkami, które Jimi sporządził 14 sierpnia 1970 roku (niewiele ponad miesiąc przed swoją śmiercią). Dla przypomnienia, lista wyglądała tak:
  1. Ezy Ryder
  2. Room Full of Mirrors
  3. Earth Blues
  4. Valleys of Neptune
  5. Straight Ahead
  6. Cherokee Mist
  7. Freedom
  8. Stepping Stone
  9. Izabella
  10. Astro Man
  11. Drifter's Escape
  12. Angel
  13. Bleeding Heart
  1. Burning Desire
  2. Night Bird Flying
  3. Electric Lady
  4. Hear My Train a Comin'
  5. Lover Man
  6. Midnight Lightning
  7. Heaven Has No Tomorrow
  8. Sending My Love
  9. This Little Boy
  10. Locomotion
  11. Dolly Dagger
  12. The New Rising Sun (Hey Baby)

Z oczywistych względów niemożliwe było uwzględnienie czterech utworów. "Heaven Has No Tomorrow" do dziś nie został wydany, choć w archiwach znajduje się wykonanie tego utworu z czerwca 1970 roku, dokonane przez samego Hendrixa. Nic nie wiadomo natomiast o istnieniu takich kompozycji, jak "Electric Lady", "This Little Boy" i "Locomotion". Być może są to alternatywne tytuły znanych utworów, jednak dotąd nie udało się ich zidentyfikować.

Unikając niepotrzebnego kombinowania, dwanaście utworów zaczerpnąłem z wydanej w 1997 roku kompilacji "First Rays of the New Rising Sun" (zbierającej materiał oryginalnie opublikowany na pierwszych pośmiertnych wydawnictwach Hendrixa: "The Cry of Love", "Rainbow Bridge" i "War Heroes"). Utwory "Drifter's Escape", "Bleeding Heart" i "Midnight Lightning" pochodzą z wydanej w tym samym roku kompilacji "South Saturn Delta", "Cherokee Mist" z boksu "The Jimi Hendrix Experience" (2000), tytułowy  i "Lover Man" z "Valleys of Neptune" (2010), "Hear My Train a Comin'" z "People, Hell and Angels" (2013), a "Sending My Love" z "Both Sides of the Sky" (2018). Są to po prostu najbardziej ukończone - nierzadko już po śmierci Jimiego - wersje tych utworów. Choć np. w przypadku "Hear My Train a Comin'" równie dobrze mógłbym wybrać wersję z "Valleys of Neptune" lub z "Both Sides of the Sky", wybrałem jednak tę najbardziej zwartą. Nie wziąłem natomiast pod uwagę materiału z albumów przygotowanych przez Alana Douglasa z użyciem partii zarejestrowanych w połowie lat 70. przez przypadkowych muzyków - dlatego "Midnight Lightning" pojawia się tu w surowej wersji bez sekcji rytmicznej. Najbardziej problematyczne było znalezienie odpowiedniej wersji "Burning Desire". Nagranie z "Loose Ends" (1974) jest fatalnej jakości, dlatego zdecydowałem się na instrumentalną, ale dobrze brzmiącą wersję z boksu "West Coast Seattle Boy" (2010). Razem dało to godzinę i trzydzieści dwie minuty - w sam raz na dwie płyty winylowe, trochę za dużo na pojedynczy dysk CD. 

Oczywiście, gdyby prac nad czwartym albumem Jimiego Hendrixa nie przerwała jego śmierć, ostateczny efekt byłby zupełnie inny od zawartości poniższej playlisty. Wiele utworów zostałoby zupełnie inaczej zmiksowane, część partii zostałaby zastąpiona innymi, zapewne inny byłby też finalny wybór utworów. Jednak to, co zamieściłem na playliście, jest zdecydowanie bliższe temu, co na miesiąc przed śmiercią chciał wydać Hendrix, niż zawartość któregokolwiek z jego pośmiertnych albumów.

Grafika nad tekstem pochodzi z singla "Lover Man" wydanego w 2018 roku, jako zapowiedź "Both Sides of the Sky". Tytuł "Strate Ahead" (sic!) dodałem sam, żeby zakryć oryginalny napis. Taka okładka jest może zbyt psychodeliczna, jak na ten materiał (Hendrix w tym czasie niemal całkiem zrezygnował z psychodelicznych elementów - wyjątkiem "Cheerokie Mist" i "Astro Man"), ale wygląda super.






Więcej na temat nieukończonego albumu w następujących recenzjach:

The Cry of Love (1971)
Rainbow Bridge (1971)
War Heroes (1972)
Loose Ends (1974)
First Rays of the New Rising Sun (1997)
South Saturn Delta (1997)
Valleys of Neptune (2010)
People, Hell & Angels (2013)
Both Sides of the Sky (2018)

24 września 2019

[Recenzja] Neu! - "Neu!" (1972)



W złotym okresie muzyki rockowej - późnych latach 60., wczesnych 70. - działało mnóstwo bardzo wpływowych wykonawców. Jednak niewielu z nich wywarło tak silny i rozległy wpływ, że po pięciu dekadach wciąż inspirują do robienia nowych rzeczy. Niewielu tworzyło muzykę tak wizjonerską, że po tylu latach wciąż brzmiącą niezwykle świeżo i nawet bardziej aktualnie, niż w chwili wydania. Jednym z tych nielicznych zespołów jest krautrockowy duet o jakże adekwatnej nazwie Neu! (stylizowanej na NEU!). Jego wpływu na późniejszą muzykę nie da się przecenić. Był bezpośrednią lub nieświadomą inspiracją dla przedstawicieli tak różnych rodzajów muzyki, jak space rock, ambient, punk rock, post-punk, nowa fala, synth pop, industrial, noise, techno, house czy inne rodzaje muzyki elektronicznej, neo-psychodelii, post-rock, indie rock i zapewne jeszcze wielu innych. Chyba tylko Can odcisnął swoje piętno na muzyce równie mocno.

Historia zespołu sięga końcówki 1970 roku i jest ściśle związana z inną krautrockową legendą Kraftwerk. Perkusista Klaus Dinger załapał się na sesję debiutanckiego, eponimicznego albumu tej grupy, a gitarzysta Michael Rother dołączył wkrótce potem. Obaj wkrótce potem odeszli, by stworzyć własny projekt. Nazwę Neu! wymyślił Dinger, zainspirowany nagminnym używaniem tego słowa ("Nowość!") przez branżę reklamową, a także zaprojektował popartowe logo. Rother początkowo był przeciwny takiej nazwie, jednak nie był w stanie wymyślić lepszej. W grudniu 1971 roku muzycy weszli do studia, wraz z podebranym Kraftwerk producentem Konradem "Connym" Plankiem. Rola Conny'ego polegała m.in. na byciu mediatorem, gdyż Dinger i Rother nie byli zgodni w kwestii muzycznego kierunku. Pierwsze dni sesji okazały się kompletnie bezproduktywne. Dopiero gdy Dinger przyniósł do studia "japońskie bandżo" (w zależności od źródła było to japońskie koto lub indyjski bulbul tarang), udało się stworzyć kawałek "Negativland". Dalej praca szła już znacznie sprawniej. Nagrano w sumie sześć utworów. Na płycie winylowej umieszczono po trzy na stronie, przy czym te ze strony B tworzą suitę o tytule "Jahresüberblick".

Kluczowymi punktami albumu są dwa najdłuższe, około dziesięciominutowe utwory: "Hallogallo" i wspomniany "Negativland". Klaus Dinger zaprezentował w nich, po raz pierwszy, swój charakterystyczny "motorik" - mechaniczny, wręcz dronowy sposób grania na perkusji, w metrum 4/4, natarczywie się powtarzający, z minimalną ilością urozmaiceń. Nie był to jego całkowicie oryginalny pomysł - podobnie grali już Jaki Liebezeit z Can, a nawet Maureen Tucker z The Velvet Underground - jednak Dinger nadał temu ostateczny szlif. Taki rodzaj rytmu znalazł później szerokie zastosowanie w muzyce elektronicznej, jak choćby techno. W "Hallogallo" motorycznej perkusji towarzyszy kilka ścieżek gitar, i bardziej melodyjnych, i bardziej eksperymentalnych (psychodeliczne zabawy z odwróceniem taśmy), podkreślających zarówno transowy, hipnotyzujący charakter utworu, jak i jego taneczny potencjał. W "Negativeland" perkusja idealnie stapia się z nerwową, ostinatową partią basu, a w tle roi się od przeróżnych szumów, pisków i zgrzytów, tworzonych głównie za pomocą gitary. W przeciwieństwie do pogodnego "Hallogallo", ten utwór może budzić prawdziwy niepokój.

Ale eponimiczny debiut Neu! to nie tylko te dwa utwory. Mocnym punktem jest psychodeliczny, znacznie mniej intensywny, subtelny "Weissensee", który wywołuje dość wyraźne skojarzenia z "Us and Them" Pink Floyd, wydanym dopiero w następnym roku na "The Dark Side of the Moon" (aczkolwiek Brytyjczycy pracowali nad tą kompozycją już wcześniej, więc utwór Niemców mógł jedynie zainspirować ich na etapie aranżacji, o ile nie był to zwyczajny przypadek). Bardziej eksperymentalny charakter ma "Sonderangebot" - niemalże ambientowy, nieco industrialny kolaż dźwiękowy, stworzony wyłącznie za pomocą tradycyjnych instrumentów i studyjnej obróbki, bo muzyków nie było stać na syntezator. W podobnym stylu utrzymany jest też "Im Glück", wzbogacony samplami z głosami i dźwiękami wody, a także z bardziej wyrazistą partią gitary, której delikatna partia nadaje trochę pastoralnego nastroju. Taki klimat powraca w finałowym "Lieber Honig" - to jednak jedyny utwór, do którego nie jestem przekonany. Pojawia się tu naprawdę okropna partia wokalna (jedyna na albumie), której towarzyszy niezbyt interesujący, monotonny i ascetyczny akompaniament gitary. W końcówce wracają dźwięki wody i głosy - jest to jedyny element, który potwierdza, że utwory ze strony B faktycznie tworzą pewną całość.

Debiutancki album Neu! jest może nieco nierówny i pozbawiony spójnej wizji, jednak jego oryginalność i olbrzymi wpływ, jaki wciąż wywiera na muzyce po prawie pięciu dekadach od premiery, to kwestie absolutnie niepodlegające dyskusji. Niewiele było aż tak wizjonerskich dzieł. Niewiele albumów aż tak dobrze zniosło próbę czasu. I dlatego jest to wydawnictwo, którego po prostu wstyd nie znać. Nie każdemu się spodoba, nie każdy musi je polubić, ale docenić powinni wszyscy, którzy mają jakiekolwiek pojęcie o muzyce z ostatniego półwiecza.

Ocena: 9/10



Neu! - "Neu!" (1972)

1. Hallogallo; 2. Sonderangebot; 3. Weissensee; 4. Jahresüberblick (Part One): Im Glück; 5. Jahresüberblick (Part Two): Negativland; 6. Jahresüberblick (Part Three): Lieber Honig

Skład: Michael Rother - gitara, bass; Klaus Dinger  - perkusja, gitara, koto
Producent: Konrad "Conny" Plank


22 września 2019

[Recenzja] Cecil Taylor - "Conquistador!" (1966)



Cecil Taylor w 1966 roku nagrał nie jedno, a dwie wiekopomne dzieła, stanowiące niekwestionowany kanon free jazzu. Niespełna pięć miesięcy po sesji "Unit Structures", 6 października pianista wrócił do Van Gelder Studio, gdzie pod okiem Alfreda Liona jako producenta oraz, oczywiście, samego Rudy'ego Van Geldera jako inżyniera dźwięku, zarejestrował materiał na swój drugi album dla Blue Note. Ponownie wsparli go saksofonista Jimmy Lyons, basiści Alan Silva i Henry Grimes oraz perkusista Andrew Cyrille. Tym razem obyło się bez drugiego saksofonisty, natomiast za partie trąbki odpowiada Bill Dixon, znany ze współpracy z Archie'em Sheppem i z własnego dzieła "Intents and Purposes" (którego najstarsze fragmenty zostały zarejestrowane zaledwie cztery dni po sesji u Taylora, 10 października). Album, zatytułowano "Conquistador!" i wydano go, najprawdopodobniej, jeszcze w tym samym roku (choć przynajmniej jedno źródło podaje, że ukazał się dopiero w marcu 1968 roku).

Na longplay trafiły tylko dwa obszerne nagrania: blisko osiemnastominutowy "Conquistador" i ponad minutę dłuższy "With (Exit)". Oba o spontanicznej strukturze, ze swobodną grą jednocześnie improwizujących instrumentalistów, a także nierzadko zmieniającym się nastroju (w pierwszym utworze zmiany są nagłe, zaskakujące, drugi natomiast rozwija się w płynniejszy sposób). Partie Taylora jak zwykle zachwycają kreatywnością, chociażby w przenoszeniu na grunt jazzu rozwiązań z XX-wiecznej muzyki poważnej. Jego gra  często zachwyca szybkością i precyzją, jest niepozbawiona agresji, a potężne uderzenia w klawiaturę przypominają raczej grę na perkusji, ale jest w niej też miejsce na subtelność w trakcie wolniejszych fragmentów. Nieustannie towarzyszy mu inteligentne wsparcie rozszerzonej sekcji rytmicznej. Jeden z basistów zwykle gra przenikliwe, wysokie dźwięki smyczkiem, podczas gdy drugi zapewnia solidny "dół", grając palcami. Nie licząc lidera, rola solisty przypada także, co oczywiste, muzykom z sekcji dętej. Lyons preferuje ostre, agresywne solówki, podczas gdy Dixon gra przeważnie bardziej lirycznie, trochę w stylu Milesa Davisa z tego samego okresu. Choć podobnie, jak na "Unit Structure", dzieje się tu naprawdę sporo, "Conquistador!" wydaje się odrobinę łatwiejszy w odbiorze - bardziej przejrzysty, dzięki zmniejszeniu składu i mniejszej ilości grających jednocześnie instrumentów.

Kolejny wielki album wielkiego jazzmana, prawdziwego konkwistadora free jazzu. Moim zdaniem nieznacznie ustępujący swojemu poprzednikowi, ale wciąż jest to pozycja z absolutnego kanonu stylu i całego gatunku. Pozycja wielce rekomendowana.

Ocena: 8/10



Cecil Taylor - "Conquistador!" (1966)

1. Conquistador; 2. With (Exit)

Skład: Cecil Taylor - pianino; Bill Dixon - trąbka; Jimmy Lyons - saksofon altowy; Henry Grimes - kontrabas; Alan Silva - kontrabas; Andrew Cyrille - perkusja
Producent: Alfred Lion


20 września 2019

[Recenzja] Univers Zero - "Univers Zero" (1977)



Sytuacja na rynku fonograficznym dla wykonawców grających niekomercyjną muzykę zaczęła być w drugiej połowie lat 70. coraz trudniejsza. Muzycy brytyjskiej grupy Henry Cow, zmagający się z niechęcią wytwórni płytowych. postanowili stworzyć organizację zrzeszającą podobnych im artystów z całej Europy. Tak narodził się ruch i stowarzyszenie w jednym, któremu nadano nazwę Rock in Opposition. Na początek zaproszono do niego cztery inne zespoły: szwedzki Samla Mammas Manna, włoski Stormy Six, francuski Etron Fou Leloublan, a także belgijski Univers Zero. 12 marca 1978 roku cała piątka wystąpiła razem podczas zorganizowanego w Londynie (z finansową pomocą Arts Council of Great Britain) festiwalu Rock in Opposition. Podobne wydarzenia organizowano w kolejnych miesiącach, a skład stowarzyszenia poszerzył się o belgijki Aksak Maboul, francuski Art Zoyd, a także brytyjski Art Bears, założony przez muzyków rozwiązanego Henry Cow. Organizacja zakończyła działalność pod koniec 1979 roku.

Niniejszą recenzją rozpoczynam nieregularny cykl poświęcony wykonawcom z kręgu RiO. Na początek wybrałem grupę Univers Zero.

Założycielem zespołu jest perkusista Daniel Denis. Muzyczną karierę rozpoczął w wieku siedemnastu lat, zakładając w 1970 roku swoją pierwszą grupę, Arkham (jej nazwa została zaczerpnięta z prozy H.P. Lovecrafta). W tamtym czasie był pod silnym wpływem sceny Canterbury, szczególnie grup Soft Machine i Egg, co słychać na jedynym, eponimicznie zatytułowanym albumie grupy, wydanym dopiero w 2002 roku. Zespół został rozwiązany w 1972 roku, a Denis na krótko zasilił składy francuskiej Magmy i holenderskiego Supersister. Niedługo potem założył własny Necronomicon (nazwa znów zainspirowana została Lovecraftem), który z biegiem czasu i zmieniającego się składu został przemianowany na Univers Zero. Pierwszych nagrań dokonano dopiero po dłuższym czasie, w ciągu trzech sierpniowych dni 1977 roku. Jeszcze w tym samym roku eponimiczny album został wydany w Belgii i Francji, nakładem niezależnych wytwórni. W późniejszych latach był kilkakrotnie wznawiany (także w Stanach i Japonii), czasami pod tytułem "1313", nawiązującym do numeru katalogowego pierwszego wydania belgijskiego (EF 1313).

Utwory zawarte na albumie mają nieprzewidywalne, cały czas się rozwijające struktury. Zupełnie jak u Henry Cow, z tą różnicą, że Univers Zero jeszcze mocniej odchodzi od rocka, przynajmniej w kwestii brzmienia. Choć sekcja rytmiczna zapewnia rockową dynamikę (poza ostatnim, najbardziej kameralnym utworem, "Complainte"), a sporadycznie pojawiają się też partie gitary elektrycznej, to istotną rolę odgrywają tu zupełnie nierockowe instrumenty, jak skrzypce, altówka, wiolonczela, fisharmonia, klawesyn i fagot. Wyraźnie słyszalna jest inspiracja muzyką kameralną, zwłaszcza XX-wieczną i twórczością takich kompozytorów, jak Igor Stravinsky i Béla Bartók, których z kolei inspirowała muzyka ludowa. Stąd i muzyka Univers Zero może kojarzyć się z jakimiś dawnymi obrzędami, co w połączeniu z jej mrocznym nastrojem wywołuje dość upiorne wrażenie. Twórczość zespołu brzmi jak ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego horroru - jednak mistrzostwo w tej dziedzinie muzycy osiągnęli dopiero na późniejszych wydawnictwach.

Eponimiczny album Belgów to intrygujące wydawnictwo, aczkolwiek głównie za sprawą nietypowego (w kontekście rocka) instrumentarium i tworzonego za jego pomocą klimatu, a nie samych kompozycji, którym daleko do błyskotliwości zaprzyjaźnionego Henry Cow. 

Ocena: 7/10



Univers Zero - "Univers Zero" (1977)

1. Ronde; 2. Carabosse; 3. Docteur Petiot; 4. Malaise; 5. Complainte

Skład: Marcel Dufrane - skrzypce; Patrick Hanappier - skrzypce, altówka, wiolonczela; Michel Berckmans - fagot; Emmanuel Nicaise - fisharmonia, klawesyn; Roger Trigaux - gitara; Christian Genet - bass; Daniel Denis - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Eric Faes