30 grudnia 2019

[Recenzja] Sam Rivers - "Contours" (1967)



Studio Rudy'ego Van Geldera, istniejące od pierwszej połowy lat 50. w stanie New Jersey, to prawdziwe centrum amerykańskiego jazzu. Powstały tam tysiące albumów, w tym wiele spośród tych najsłynniejszych arcydzieł gatunków. Nagrywali tam praktycznie wszyscy spośród najbardziej prominentnych amerykańskich jazzmanów, gdyż z usług Van Geldera korzystały niemal wszystkie główne wytwórnie o jazzowym profilu, jak Blue Note, Prestige, Impulse!, Verve czy CTI.

W połowie lat 60. często gościł tam Sam Rivers. Pod koniec 1964 zarejestrował swój autorski debiut, "Fuchsia Swing Song". Już w kolejnym roku wziął udział w nagraniu "Dialogue" Bobby'ego Hutchersona (3 kwietnia) i "Spring" Tony'ego Williamsa (12 sierpnia), w międzyczasie organizując swoją drugą autorską sesję. 21 maja 1965 roku zarejestrowany został materiał na album "Contours". W składzie - jak to zwykle bywało podczas sesji w Van Gelders Studio - znaleźli się sami uznani muzycy: Freddie Hubbard, Herbie Hancock, Ron Carter i Joe Chambers. Nie było w tym nic dziwnego, gdyż analizując składy poszczególnych albumów jazzowych z tamtych czasów łatwo zauważyć, że przewija się wśród nich kilkadziesiąt nazwisk w różnych konfiguracjach. Widać to nawet na przykładzie wymienionych wyżej tytułów: Hubbard i Chambers grają także na "Dialogue", Hancock na "Spring", a Carter na "Fushia Swing Song" (na którym można usłyszeć także Williamsa). Co więcej, nazwiska te były praktycznie zawsze gwarancją wysokiej ilości.

Ilość albumów produkowanych w Van Gelder Studio była tak ogromna, że wytwórnie nie nadążały z publikowaniem ich na bieżąco, gdyż ich polityka zakładała wypuszczanie tylko paru tytułów miesięcznie. Jedną z ofiar takiego podejścia był "Contours", który ukazał się - nakładem Blue Note - dopiero w styczniu 1967 roku - ponad półtora roku po zarejestrowaniu. Ktoś może zadać pytanie, czym właściwie różni się ten album spośród innych, jakie ci sami muzycy w innych składach nagrali w tym miejscu i wydali za pośrednictwem jednej z pięciu wymienionych wyżej wytwórni? Teoretycznie jest to album, jakich w tamtym czasie ukazało się wiele - stojący jakby w rozkroku między bopową tradycją, a jazzową awangardą. A na których okładkach widnieją takie nazwiska, jak  Andrew Hill, Eric Dolphy, Bobby Hutcherson czy Grachan Moncur III. Jednak sam fakt, że muzycy grają tutaj właśnie w takiej, unikalnej konfiguracji, czyni ten album niepowtarzalnym. Wymiana choćby jednego instrumentalisty mogłaby znacząco zmienić charakter całości. Gdyby, przykładowo, na pianinie zagrał Jaki Byard, efekt byłby prawdopodobnie jeszcze mocniej zakotwiczony w bopie. Ale gdyby grali tu np. Richard Davis i Tony Williams, album mógłby pójść w jeszcze bardziej awangardowym kierunku.

Na longplayu znalazły się tylko cztery kompozycje lidera. Za to każda z nich wykonana jest z dużą swobodą, z długimi popisami solowymi i wzorową interakcją zespołu. Materiał jest zróżnicowany. "Point of Many Returns" to ekspresyjny otwieracz, ze swingującą grą sekcji rytmicznej, stanowiącą podkład dla bardziej nowoczesnych partii solowych - w drugiej połowie gra Riversa i Hubbarda ma przez chwilę niemal freejazzowy charakter (w końcu trębacz udzielał się już wcześniej na "Free Jazz" Colemana, a wkrótce potem zagrał na "Ascension" Coltrane'a). "Dance of the Tripedal" ma mniej oczywistą budowę, wyróżnia się dynamicznymi kontrastami i ciekawym przeplataniem liryzmu z agresją. Łagodniejsze oblicze kwintet pokazuje w "Euterpe", w którym bardzo ładny klimat tworzą partie fletu, przytłumiona trąbka, ostinatowy kontrabas, dość nieregularne partie pianina oraz gęsta i intensywna, ale zarazem stonowana perkusja. Kontrastuje z nim finałowy "Mellifluous Cacophony", najbardziej ekspresyjny i agresywny utwór na albumie, trzymający się jednak uparcie bopowej podstawy i wyraziście zaznaczonej warstwy melodycznej.

Wymienione w trzech pierwszych akapitach nazwiska, nazwy i tytuły są wystarczającą rekomendacją, by sięgnąć po ten album. Co prawda, sprawiają one, że oczekiwania są spore, jednak "Contours" całkowicie je zaspokaja.

Ocena: 8/10



Sam Rivers - "Contours" (1967)

1. Point of Many Returns; 2. Dance of the Tripedal; 3. Euterpe; 4. Mellifluous Cacophony

Skład: Sam Rivers - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet; Freddie Hubbard - trąbka; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Joe Chambers - perkusja
Producent: Alfred Lion


28 grudnia 2019

[Recenzja] Bob Dylan - "Another Side of Bob Dylan" (1964)



Tytuł tego longplaya obiecuje wiele, ale spełnia te obietnice tylko w najmniej istotnej dla mnie kwestii. Inna strona Boba Dylana objawia się niemal wyłącznie w tekstach. Artysta porzuca tu politykę i społeczne problemy, zamiast tego sięga po zdecydowanie lżejszą tematykę. często miłośną (efekt rozstania z Suze Rotolo), nie unikając ironii, humoru czy przywoływania wręcz surrealistycznych obrazów. Jednocześnie teksty stawały się coraz bardziej poetyckie, czego najlepszym przykładem "Chimes of Freedom" i "To Ramona". Nie przekonało to jednak krytyków, którzy czekali na kolejne "Blowin' in the Wind" i "The Times They Are A-Changin'", i nie doczekawszy się ich, zarzucali Dylanowi utratę kontaktu ze słuchaczami oraz (określając to innymi słowami) sprzedanie się.

Pod względem muzycznym nie ma tu jednak znaczących zmian. Jedynym nowym elementem jest partia pianina stanowiąca (wraz z harmonijką) akompaniament w "Black Crow Blues". Dylan samodzielnie zagrał na tym instrumencie, choć nigdy nie uczył się gry na nim - a choć efekt nie jest tak zły, jakby mógł być, to jest to jeden z najmniej udanych tu kawałków. Pozostałe nagrania nie przynoszą już żadnych niespodzianek. Podobnie jak trzy poprzednie albumy, "Another Side of Bob Dylan" (w całości zarejestrowany w ciągu jednego dnia, 9 czerwca 1964 roku) przynosi ascetyczne piosenki w folkowym lub rzadziej bluesowym stylu, składające się z partii wokalnych, surowego akompaniamentu gitary akustycznej i sporadycznych solówek na harmonijce. Jak na tak prostą i oszczędną muzykę, nie można odmówić jej wykonawczego kunsztu, nawet jeśli tym razem więcej tu luzu, a nieco mniej zaangażowania. Dylan potrafił jednak tworzyć naprawdę zgrabne kawałki, czego przykładem - poza wymienionymi już "Chimes of Freedom" i "To Ramona" - są tu przede wszystkim "Spanish Harlem Incident", "My Back Pages" (z chyba najładniejszą tu melodią), "It Ain't Me Babe" czy najbardziej stąd znany "All I Really Want to Do". Znalazły się jednak na tym albumie także mniej udane nagrania, jak "I Shall Be Free No. 10" i "Motorpsycho Nitemare", oba ze zbyt długą i monotonną gadaniną Dylana, czy już wspomniany "Black Crow Blues".

"Another Side of Bob Dylan" pokazuje rozwój artysty jako tekściarza, jednocześnie zdradzając zastój pod względem instrumentalnym. Dotychczasowa konwencja muzyczna właściwie została już całkiem wyeksploatowana. Najwidoczniej sam Dylan doskonale zdawał sobie z tego sprawę, bo już wkrótce - wbrew oczekiwaniom własnej publiczności - postanowił odświeżyć swoją twórczość, faktycznie pokazując inne oblicze. Ale o tym już w kolejnych recenzjach.

Ocena: 7/10



Bob Dylan - "Another Side of Bob Dylan" (1964)

1. All I Really Want to Do; 2. Black Crow Blues; 3. Spanish Harlem Incident; 4. Chimes of Freedom; 5. I Shall Be Free No. 10; 6. To Ramona; 7. Motorpsycho Nitemare; 8. My Back Pages; 9. I Don't Believe You; 10. Ballad in Plain D; 11. It Ain't Me Babe

Skład: Bob Dylan - wokal, gitara, harmonijka, pianino
Producent: Tom Wilson


25 grudnia 2019

[Artykuł] Podsumowanie roku 2019



Jeśli ktoś w 2019 roku wciąż narzeka na kondycje współczesnego rynku muzycznego, to świadczy to jedynie o jego braku kontaktu z rzeczywistością. Prawda jest taka, że obecnie ukazuje się tak wiele wydawnictw, że każdy bez problemu znajdzie coś dla siebie. W każdym rodzaju muzyki, jaki kiedykolwiek miał coś do zaoferowania, wciąż pojawiają się udane albumy. Powodów do narzekań nie powinny mieć ani osoby poszukujące w nowej muzyce czegoś... nowego, ani słuchacze przewiązani do tradycji (poza masą pogrobowców są przecież jeszcze niezliczone wydawnictwa z archiwalnym materiałem). Potwierdzeniem tego wszystkiego mogą być wyniki tegorocznej ankiety na album roku, przeprowadzonej wśród Czytelników tej strony. Udzielone przez nich odpowiedzi były niezwykle zróżnicowane, a docenione zostały albumy z niemal wszystkich głównych gatunków (chyba tylko z wyjątkiem muzyki poważnej, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę profil tej strony).


Rok 2019 według Czytelników

Czterdzieści trzy osoby zagłosowały w sumie na sto czterdzieści jeden albumów, z których siedemdziesiąt sześć dostało więcej niż jeden głos. Najwięcej głosów otrzymały następujące albumy:

Miejsca 17-24 ex aequo (4 głosy):
Ariana Grande - "Thank U, Next"
Ciśnienie - "JazzArt Underground"
Elder Ones - "From Untruth"
Elephant9 & Reine Fiske - "Psychedelic Backfire II"
Flying Lotus - "Flamagra"
Föllakzoid - "I"
Innercity Ensemble - "IV"
Michael Kiwanuka - "Kiwanuka"

Miejsca 9-16 ex aequo (5 głosów):
Alameda 5 - "Eurodrome"
Andy Stott - "It Should Be Us"
black midi - "Schlagenheim"
Chemical Brothers - "No Geography"
Dorian Electra - "Flamboyant"
Elephant9 - "Psychedelic Backfire I"
John Mayall - "Nobody Told Me"
Tim Hecker - "Anoyo"

Miejsce 8 (6 głosów):
Mgła - "Age of Excuse"

Miejsca 6-7 ex aequo (7 głosów):
Saba Alizadeh -"Scattered Memories"
Tunes of Negation - "Reach the Endless Sea"

Miejsce 5 (8 głosów):
Thom Yorke - "ANIMA"

Miejsca 3-4 ex aequo (9 głosów):
EABS - "Slavic Spirits"
Tyler, the Creator - "Igor"

Miejsce 2 (12 głosów):
Tool - "Fear Inloculum"

Miejsce 1 (16 głosów):
Batushka - "Panihida"


Z archiwalnych wydawnictw najwięcej głosów otrzymały "Live in Newcastle, December 8, 1972" King Crimson (5), "Songs for Groovy Children" Jimiego Hendrixa (2) oraz "Live in Kalisz 1986" Sun Ra (2).

W głosowaniu na największe płytowe rozczarowanie roku, najwięcej osób wskazało "Fear Inloculum" Tool (6), "Age of Excuse" Mgły (3), "Fishing for Fishes" King Gizzard & the Lizard Wizard (2) i "Rubberband" Milesa Davisa (2).

Ilość przesłuchanych tegorocznych wydawnictw w większości przypadków mieściła się w granicach 15-40 albumów, pięć głosujących przesłuchało powyżej stu, a rekordzista - 320.




Rok 2019 według autora

Przesłuchałem w tym roku ponad setkę różnorakich albumów, polskich i zagranicznych, jazzowych i rockowych, elektronicznych i akustycznych, nowych i archiwalnych, dobrych i kiepskich. Nie mam pojęcia, do ilu z nich będę jeszcze wracał, raczej do niewielu, jednak uważam ten rok za naprawdę udany pod względem fonograficznym. Był to na pewno dobry rok dla polskiej muzyki, a w każdym razie dla polskiego niezalu muzycznego. Ukazało się sporo fajnego jazzu (żeby wspomnieć tylko o "Slavic Spirits" EABS czy "Red Fog" Quantum Trio), post-rocka ("JazzArt Underground" grupy Ciśnienie, "II" ARRM), ambientu ("Hypnowald" Janusza Jurga, "Straight Out of the Sea" Fresh Fish, "Legendy" Spopielonego), downtempo ("[dog]" Palmer Eldritch), czy też czegoś, co w dużym uproszczeniu można nazwać elektronicznym rockiem ("Eurodrome" Alamedy 5, "IV" Innercity Ensemble).

Oczywiście, jeszcze więcej ciekawego działo się w muzyce zagranicznej. Dominującymi gatunkami od długiego czasu są hip-hop i elektronika. Z tym pierwszym nie miałem praktycznie wcale do czynienia (nie licząc "Flamagry" Flying Lotusa i "Igora" Tylera, the Creatora, ale oba dalece wykraczają poza ten gatunek). Z drugiego przesłuchałem wiele naprawdę różnorodnych płyt, z których najbardziej podobały mi się dzieła Tima Heckera ("Anoyo"), Sama Shackletona ("Reach the Endless Sea" wydany pod szyldem Tunes of Negation), Saby Alizadeh ("Scattered Memories"), Andy'ego Stotta ("It Should Be Us"), Floating Points ("Crush"), ale też obracającej się dotąd w retrorockowych klimatach grupy Föllakzoid ("I"). Ukazało się też trochę fajnego jazzu, z którego najbardziej doceniłem albumy Elder Ones ("From Untruth) i Fire! Orchestra ("Arrival"), a nieco mniej chociażby najnowsze wydawnictwo Maurice'a Loucy ("Elephantine"). Z popu, poza wspomnianym Tylerem, najbardziej ciekawe moim zdaniem wydawnictwa wydali Thom Yorke ("ANIMA"), FKA twigs ("Magdalene"), Lana Del Rey ("Norman Fucking Rockwell!") i Michael Kiwanuka ("Kiwanuka"). Z rocka muszę wymienić przede wszystkim bardzo obiecujący debiut black midi ("Schlagenheim"). Bardzo fajne są również obie koncertówki Elephant9, wydane pod wspólnym tytułem "Psychedelic Backfire". Całkiem przyzwoite są natomiast nowe wydawnictwa francuskiej Magmy ("Zess") i Johna Mayalla ("Nobody Told Me"), aczkolwiek nic nie wnoszą do twórczości tych niezwykle zasłużonych, działających od wielu dekad wykonawców.

Moje największe tegoroczne rozczarowanie muzyczne? Zdecydowanie "Trust in the Lifeforce of the Deep Mystery" The Comet Is Coming. Jeden z najbardziej hajpowanych albumów w tym roku, opublikowany nakładem prestiżowej wytwórni Impulse! (posiadającej w swoim katalogu płyty m.in. Johna Coltrane'a, Charlesa Mingusa, Archiego Sheppa, Alberta Aylera i innych jazzowych mocarzy). Oczekiwania miałem więc spore, a dostałem zupełnie nietrafiony melanż jazzowych partii saksofonu (samych w sobie może i nie najgorszych, choć oczywiście bardzo dalekich od wirtuozerii i potęgi Coltrane'a, Braxtona czy Shortera) z zupełnie bezbarwnymi podkładami nawiązującymi do współczesnej elektroniki, popu czy nawet hip-hopu. Nie dlatego, że połączenie tych gatunków nie może być ciekawe (bo przecież może, co udowadnia chociażby wspomniany wyżej Flying Lotus), ale dlatego, że Comet Is Coming nie potrafi połączyć tych inspiracji w spójną całość. A przy tym nie jest to ani dobry jazz, ani dobre cokolwiek innego. Moim drugim, już mniejszym, rozczarowaniem jest "Panihida" Batushki. Black metal zdecydowanie nie należy do moich ulubionych stylów, ale po ilości głosów w ankiecie na ten album, nie spodziewałem się czegoś aż tak strasznie stereotypowego i aż tak pozbawionego wyrazistości. No niby są tutaj te chóry w stylu muzyki cerkiewnej, ale wepchnięte zupełnie bez pomysłu i zawsze zagłuszane typowo blackmetalowym łomotem, sprawiając wrażenie przypadkowego odtwarzania dwóch różnych płyt. Nie mówiąc już o kiepskim wykonaniu tych chórów, zupełnie bez finezji obecnej w autentycznej prawosławnej muzyce liturgicznej. I nie sądzę, by chodziło w tym wszystkim o poszerzenie granic black metalu, a jedynie o kontrowersyjną otoczkę.


Tak prezentują się moje listy z poszczególnych gatunków (maks. osiem pozycji w każdej kategorii):


Jazz:

1. EABS - "Slavic Spirits" [Recenzja]
2. Quantum Trio - "Red Fog" [Recenzja]
3. Elder Ones - "From Untruth" [Recenzja]
4. Fire! Orchestra - "Arrival" [Recenzja]
5. Maurice Louca - "Elephantine"
6. Paal Nilssen-Love - "New Brazilian Funk"
7. Paal Nilssen-Love - "New Japanese Noise"
8. Ill Considered - "Ill Considered 6" [Recenzja]


Rock:

1. Elephant9 & Reine Fiske - "Psychedelic Backfire II"
2. Elephant9 - "Psychedelic Backfire I"
3. Ciśnienie - "JazzArt Underground"
4. black midi - "Schlagenheim" [Recenzja]
5. Innercity Ensemble - "IV"
6. Alameda 5 - "Eurodrome" [Recenzja]
7. ARRM - "II"
8. Magma - Zëss : "Le jour du néant"


Blues:

1. John Mayall - "Nobody Told Me" [Recenzja]


Ambient / inna elektronika:

1. Tim Hecker - "Anoyo"
2. Tunes of Negation - "Reach the Endless Sea"
3. Saba Alizadeh - "Scattered Memories"
4. Andy Stott - "It Should Be Us"
5. Föllakzoid - "I"
6. Floating Points - "Crush"
7. Palmer Eldritch - "[dog]"
8. Chemical Brothers - "No Geography"


Pop / soul / hip hop:

1. Flying Lotus - "Flamagra"
2. Tyler, the Creator - "Igor"
3. Thom Yorke - "ANIMA"
4. FKA twigs - "Magdalene"
5. Lana Del Rey - "Norman Fucking Rockwell!"
6. Michael Kiwanuka - "Kiwanuka"
7. Africa Express - "Egoli"


Inne gatunki:

1. Bastarda - "Ars moriendi"
2. Deontic Miracle - "Selections From 100 Models of Hegikan Roku"
3. Annabelle Playe - "Geyser"


Archiwalia (różne gatunki):

1. King Crimson - "Live in Newcastle, December 8, 1972"
2. Jimi Hendrix - "Songs for Groovy Children" [Recenzja]
3. Miles Davis - "Early Minor" [Recenzja]
4. John Coltrane - "Blue World" [Recenzja]
5. Rory Gallagher - "Blues" [Recenzja]
6. Sun Ra Arkestra - "Live in Kalisz 1986"








Najchętniej czytane posty z 2019 roku

  1. [Recenzja] Tool - "Fear Inoculum" (2019)
  2. [Recenzja] John Mayall - "Nobody Told Me" (2019)
  3. [Recenzja] Tool - "10,000 Days" (2006)
  4. [Artykuł] 20 fajnych albumów z 2019, które mogłeś przeoczyć (bo ich nie zrecenzowałem)
  5. [Recenzja] Bob Dylan - "Bob Dylan" (1962)
  6. [Recenzja] Joy Division - "Closer" (1980)
  7. [Playlista] Miles Davis - elektryczny okres dla początkujących
  8. [Recenzja] Tangerine Dream - "Phaedra" (1974)
  9. [Recenzja] Cecil Taylor - "Silent Tongues" (1975)
  10. [Recenzja] Talking Heads - "More Songs About Buildings and Food" (1978)
  11. [Recenzja] Univers Zero - "Heresie" (1979)
  12. [Recenzja] Tool - "Undertow" (1993)
  13. [Recenzja] Joy Division - "Unknown Pleasures" (1979)
  14. [Recenzja] Ginger Baker's Air Force - "Ginger Baker's Air Force" (1970)
  15. [Recenzja] Talking Heads - "Remain in Light" (1980)
  16. [Recenzja] Manuel Göttsching - "E2-E4" (1984)
  17. [Recenzja] Prince Lasha Quintet featuring Sonny Simmons - "The Cry!" (1963)
  18. [Recenzja] Charles Mingus - "The Black Saint and the Sinner Lady" (1963)
  19. [Recenzja] Weather Report - "Sweetnighter" (1973)
  20. [Recenzja] Neu - "Neu!" (1972)



Kupione w tym roku

Winyle:
  1. Bobby Hutcherson - "Now!" (1970)
  2. David Holland Quartet - "Conference of the Birds" (1973)
  3. EABS - "Slavic Spirits" (2019)
  4. Eddie Henderson - "Realization" (1973)
  5. Gong - "Flying Teapot" (1973)
  6. Gong - "You" (1974)
  7. Julian Priester Pepo Mtoto - "Love, Love" (1974)
  8. Joe McPhee - "Nation Time" (1971)
  9. Hatfield and the North - "The Rotters' Club" (1975)
  10. Herbie Hancock - "Mwandishi" (1971)
  11. Mahavishnu Orchestra - "Between Nothingness & Eternity" (1973)
  12. Miles Davis - "Early Minor (Rare Miles From the Complete in a Silent Way Sessions)" (2019)
  13. Morning Glory - "Morning Glory" (1973)
  14. Popol Vuh - "Nosferatu: Brüder des Schattens - Söhne des Lichts" (1978)
  15. Weather Report - "Weather Report" (1971)
CD:
  1. Blue Effect & Jazz Q Praha - "Coniunctio" (1970)
  2. Chico Freeman - "The Outside Within" (1981)
  3. Jethro Tull - "The Jethro Tull Christmas Album" (2003)
  4. John Coltrane - "1963: New Directions" (2018)


22 grudnia 2019

[Recenzja] Miles Davis ‎- "Early Minor (Rare Miles from The Complete In a Silent Way Sessions)" (2019)



Record Store Day to naprawdę świetna inicjatywa. Międzynarodowe święto niezależnych sklepów z płytami odbywa się już od jedenastu lat w jedną sobotę kwietnia. Od jakiegoś czasu organizowana jest też edycja listopadowa, związana z tzw. Black Friday. Wiele wytwórni fonograficznych dołącza się do tych obchodów, publikując specjalne, limitowane wydawnictwa, przeważnie tylko na płytach winylowych, często z trudno dostępnym materiałem. Jedną z tegorocznych niespodzianek jest niniejsza składanka Milesa Davisa, zawierająca trzy utwory dostępne wcześniej tylko i wyłącznie w boksie "The Complete In a Silent Way Sessions" z 2001 roku.

W mijającym roku minęło 50 lat od dwóch przełomowych sesji Milesa Davisa. 18 lutego 1969 roku zarejestrowany został album "In a Silent Way". Zaledwie pół roku później, w dniach 19-21 sierpnia, nagrano materiał na "Bitches Brew". Trudno przecenić wpływ tych wydawnictw na rozwój muzyki, na zatarcie granic między jazzem, a rockiem i innymi muzycznymi gatunkami. Mam jednak wrażenie, że pierwszy z tych longplayów nieco ginie w cieniu drugiego. A przecież to właśnie na nim w pełni skrystalizowała się idea jazz fusion. "In a Silent Way" nie był oczywiście pierwszą próbą poszerzenia granic jazzu. Nawet nie pierwszą podjętą przez Davisa. Jednak nigdy wcześniej nie udało się połączyć jazzu i elementów rocka w tak dojrzały i spójny sposób. Było to zasługą nie tylko lidera, ale też producenta Teo Macero (nigdy wcześniej w muzyce jazzowej producent nie wpływał tak znacząco na ostateczny kształt muzyki), jak i pozostałych instrumentalistów (w tym Joego Zawinula i Johna McLaughlina, którzy dołączyli do reszty zupełnie spontanicznie). Ciekawe, że tego jednego dnia - i tylko tego - w studiu spotkali się późniejsi założyciele wszystkich najważniejszych grup fusion: Tony Williams (The Tony Williams' Lifetime), Wayne Shorter i Joe Zawinul (Weather Report), Herbie Hancock (Mwandishi, Head Hunters), Chick Corea (Return to Forever), John McLaughlin (Mahavishnu Orchestra) i oczywiście sam Davis (w składzie znalazł się też Dave Holland, który w późniejszych latach wolał grać jazz akustyczny). Musiała więc być to magiczna sesja, co potwierdza zresztą muzyka zawarta na "In a Silent Way".

Te dwie słynne sesje nie były jednak jedynymi, jakie w tamtym czasie się odbyły. Davis do studia wchodził znacznie częściej, niż dwa razy do roku. Jednak większość rejestrowanego przez niego materiału była odkładana do archiwum, by dopiero po latach wypłynąć na różnych składankach czy publikowanych już pośmiertnie boksach z (rzekomo) kompletnymi sesjami. Nie wynikało to bynajmniej ze słabej jakości tych nagrań. W tamtym czasie trębacz był u szczytu swojej kreatywności i twórczych możliwości, a udział innych wybitnych lub przynajmniej bardzo dobrych instrumentalistów zapewniał utrzymanie wysokiego poziomu i - z racji stale zmieniającego się składu - zachowanie świeżości. Jednak po pierwsze - materiału było zbyt wiele, by publikować go na bieżąco, a po drugie - sam lider często podchodził zbyt krytycznie do swojej twórczości, nie publikując naprawdę świetnych rzeczy. W okresie 1969-75 ukazały się tylko cztery regularne albumy studyjne: "In a Silent Way", dwupłytowy "Bitches Brew", "Jack Johnson" i "On the Corner", a także dwa dwupłytowe zestawy z całkowicie premierowym, ale zarejestrowanym podczas różnych sesji materiałem: "Big Fun" i "Get Up with It". Z odrzuconego materiału można by pewnie skompilować drugie tyle wydawnictw, które w dodatku prezentowałyby bardzo zbliżony poziom. "Early Minor (Rare Miles from The Complete In a Silent Way Sessions)" stanowi całkiem dobre potwierdzenie tej tezy. Choć tak naprawdę z sesji odbywających się na przełomie lat 1968/69 - wyjąwszy materiał znany z "In a Silent Way" - dałoby się stworzyć jeszcze lepszy album. Ale o tym później.

Tymczasem skupmy się na tym, co się tutaj znalazło. Najstarszy w zestawie "Splashdown" to nagranie z 25 listopada 1968 roku. Do ówczesnego kwintetu Davisa - z Shorterem, Coreą, Hollandem i Williamsem - dołączyli dwaj dodatkowi muzycy: były, wieloletni współpracownik trębacza, Hancock, a także nie występujący z nim wcześniej Zawinul. Aż trzech klawiszowców, grających na elektrycznych pianinach i organach, zapewniło bardzo psychodeliczne brzmienie, które wyznaczyło kierunek obrany podczas sesji "In a Silent Way". Sam utwór to właściwie wariacja na temat kompozycji Davisa "Splash" (zarejestrowanej parę dni wcześniej, w podobnym składzie, ale bez Zawinula i jeszcze bez tak mocno zelektryfikowanego brzmienia; po raz pierwszy została wydana w 1979 roku na kompilacji "Circle in the Round", później powtórzona na reedycji "Water Babies" i w boksie "The Complete In a Silent Way Sessions"). Pozostałe dwa nagrania to już efekty sesji, która odbyła się dwa dni po zarejestrowaniu "In a Silent Way", 20 lutego 1969 roku, w niemal identycznym składzie, jednak bez Tony'ego Williamsa, którego miejsce zajął Joe Chambers. Tytułowy "Early Minor", skomponowany przez Zawinula, to bardzo nastrojowe nagranie, ewidentnie przywołujące klimat poprzedniej sesji. Dla odmiany, podpisany przez Davisa "The Ghetto Walk" to ponad 26-minutowa improwizacja o sporym ładunku energii, będąca wyraźną zapowiedzią kolejnych dokonań trębacza, zdradzających coraz silniejszy wpływ rocka. Ten niemal półgodzinny popis wybitnych, doskonale ze sobą współpracujących instrumentalistów, to zdecydowanie jedno z najwspanialszych nagrań, jakie zostały opublikowane dopiero przy okazji boksów z kompletnymi sesjami. Pozostałe dwa utwory są przy tym właściwie tylko przyjemnym dodatkiem, choć wciąż jest to poziom osiągalny tylko dla nielicznych artystów.

"Early Minor (Rare Miles from The Complete In a Silent Way Sessions)" został wydany na 12-calowej płycie winylowej (w komplecie jest też kod do pobrania cyfrowej wersji). Brzmienie jest całkiem przyzwoite, jak na współczesne wydanie. Zwraca uwagę także staranna oprawa graficzna, z unikalną okładką i rewersem, na którym zamieszczono nie tylko spis utworów i listę płac, ale także - wzorem starych płyt jazzowych - esej na temat muzycznej zawartości (już nie tak unikalny - wykorzystano fragment tekstu z książeczki "The Complete In a Silent Way Sessions", autorstwa Boba Beldena). Pewnym zgrzytem jest jednak nierówna długość poszczególnych stron płyty: niespełna 15 i blisko 27 minut. Dlatego też trudno wyobrazić sobie, by takie wydawnictwo ukazało się w epoce jako regularny album. W tamtym okresie powstało jednak więcej ciekawych nagrań, odłożonych do szuflady. W międzyczasie, 27 listopada 1968 roku, odbyła się jeszcze jedna sesja: zarejestrowano wówczas przepiękny "Ascent" i dwie wersje energetycznego "Directions" (wszystkie te utwory wydano w 1981 roku na kompilacji "Directions", później powtórzono we wspomnianym wielokrotnie boksie). To już dawało całkiem spory wybór materiału do stworzenia naprawdę mocnego albumu. Oczywiście, część utworów musiałoby zostać skrócone, żeby całość weszła na jedną płytę, ale nie mam wątpliwości, że Teo Macero doskonale by sobie z tym poradził, wydobywając z tych nagrań to, co najlepsze.

"Early Minor (Rare Miles from The Complete In a Silent Way Sessions)" jest jednak naprawdę świetnym uzupełnieniem mojej kolekcji winyli Milesa Davisa. Nie zamierzałem kupować boksu "The Complete In a Silent Way Sessions", który zwłaszcza w wersji winylowej kosztuje niemało, a w większości i tak składa się z materiału, który już mam (na "In a Silent Way", "Directions" i "Filles de Kilimanjaro"), chociaż trochę mi brakowało tych unikalnych dla tamtego wydawnictwa kompozycji. Teraz mam również i ten materiał, znacznie mniejszym kosztem, bez ponownego płacenia za powtórki. Pozostaje czekać na podobne wydawnictwa z nagraniami aktualnie dostępnymi tylko w boksach z kompletnymi sesjami z okresu "Bitches Brew", "Jack Johnson" i "On the Corner".

Ocena: 8/10



Miles Davis ‎- "Early Minor (Rare Miles from The Complete In a Silent Way Sessions)" (2019)

1. Splashdown; 2. Early Minor; 3. The Ghetto Walk

Skład: Miles Davis - trąbka; Wayne Shorter - saksofon tenorowy (1), saksofon sopranowy (2,3); Herbie Hancock - elektryczne pianino; Chick Corea - elektryczne pianino; Joe Zawinul - organy; Dave Holland - kontrabas; Tony Williams - perkusja (1); John McLaughlin - gitara (2,3); Joe Chambers - perkusja (2,3)
Producent: Teo Macero (1968-69);  Bob Belden, Michael Cuscuna i Steve Berkowitz (2019)


20 grudnia 2019

[Recenzja] New York Gong - "About Time" (1980)



Niesamowity rozkwit nowojorskiej sceny muzycznej pod koniec lat 70. przyciągał do miasta całą rzeszę muzyków i inne osoby z branży, pochodzące z całego świata. Był wśród nich Giorgio Gomelsky, menadżer i producent znany przede wszystkim ze współpracy z The Yardbirds, mający jednak na koncie próby wypromowania bardziej ambitnych zespołów, jak Soft Machine, Gong, Henry Cow czy francuska Magma. Po przeprowadzce do Nowego Yorku, otworzył swój własny klub muzyczny, nazwany Zu Club, i zaczął się rozglądać za muzykami do mającego tam rezydentować zespołu. W ten sposób po raz pierwszy przecięły się drogi basisty Billa Laswella, klawiszowca Michaela Beinhorna, gitarzysty Cliffa Culteriego oraz perkusistów Billa Bacona i wówczas ledwie 14-letniego Freda Mahera - późniejszych założycieli grupy Material. Początkowo byli jednak znani po prostu jako Zu Band.

Tymczasem do Stanów, na zaproszenie Gomesky'ego, przybył Daevid Allen. Muzyk chwilowo nie miał żadnego zajęcia - rozpadł się zarówno zespół Planet Gong, jak i jego nie tylko muzyczny związek z Gilli Smyth. Nie dostał zaproszenia do stworzonej przez Smyth i innego byłego członka Gong, Didiera Malherbe'a, grupy Mother Gong (przez której skład przewinął się także Chris Cutler z Henry Cow i Art Bears, jak również Guy Evans z Van der Graaf Generator). Nie było też szans na powrót do właściwego Gong, który w tamtym czasie pod dowodzeniem Pierre'a Moerlena obrał zupełnie inny kierunek muzyczny, zmieniając w końcu nazwę na Pierre Moerlen's Gong. Gomesky namówił Allena na dołączenie do Zu Band, który tym samym stał się kolejnym z około-gongowych projektów, przybierając nazwę New York Gong. Zespół nagrał pod tym szyldem tylko jeden album, wydany w 1980 roku "About Time", a także zagrał parę koncertów. Po odejściu Allena pozostali muzycy kontynuowali współpracę jako Material.

"About Time" to próba połączenia popularnych na ówczesnej scenie nowojorskiej stylów z elementami gongowymi. Jest tu więc charakterystyczny śpiew Allena, gitarowe glissanda oraz obowiązkowa dawka humoru. I te właśnie elementy sprawiają, że wciąż ledwie, ale jako tako trzyma się kupy ten bardzo eklektyczny album. Czego tu nie ma? Na jednej płycie znalazła się elektroniczna miniatura "Preface" z niemal hiphopową deklamacją, stricte punkowy "Much Too Old" oraz nieco bardziej urozmaicone, ale też silnie czerpiące z punka "Black September" i "Hours Gone", nowofalowe "Strong Woman" i "I Am Freud" (w tym drugim pojawia się gitara w stylu Talking Heads i... freejazzowe wstawki saksofonu Dona Davisa), czy też psychodeliczno-post-punkowy odlot "O My Photograph". Jednak najciekawsze fragmenty to jakby zapowiadający dokonania Material instrumental "Materialism", z wyrazistą, zakręconą partia basu Laswella, a także najbliższy klasycznego Gong "Jungle Windo(w)", wyraźnie nawiązujący do "I Never Glid Before", z funkową rytmiką, dużą rolą saksofonu Gary'ego Windo (znanego m.in. z "Rock Bottom" Roberta Wyatta) i wręcz archetypowymi partiami Allena, ale też z trochę post-punkową końcówką.

"About Time" to ciekawy eksperyment, ale nie za dobrze przemyślany, jakby nagrywano go w pośpiechu, bez jasnej wizji całości. Sam pomysł na przeniesienie twórczości Daevida Allena w realia nowojorskiej sceny późnych lat 70. był co najmniej dobry. Utwory w rodzaju "Materialism", "I Am a Freud", "O My Photograph" czy (w mniejszym stopniu) "Jungle Windo(w)" pokazują, że takie połączenie jak najbardziej miało sens. Gorzej jednak, że muzycy próbują realizować ten pomysł na bardzo wiele różnych sposobów, często dających znacznie mniej ciekawe efekty (pozostałe kawałki), a to stylistyczne niezdecydowanie źle wpływa na spójność albumu. Wciąż jednak jest to wydawnictwo warte poznania, przede wszystkim ze względu na swój niepowtarzalny charakter.

Ocena: 6/10



New York Gong - "About Time" (1980)

1. Preface; 2. Much Too Old; 3. Black September; 4. Materialism; 5. Strong Woman; 6. I Am a Freud; 7. O My Photograph; 8. Jungle Windo(w); 9. Hours Gone

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara; Cliff Cultreri - gitara (2-4,8,9); Bill Laswell -gitara basowa ; Bill Bacon - perkusja (1-6,8,9); Fred Maher - perkusja (1-4,7-9)
Gościnnie: Michael Beinhorn - syntezator (1); Don Davis - saksofon altowy (6); Gary Windo - saksofon tenorowy (8); Mark Kramer - organy (9)
Producent: Daevid Allen


18 grudnia 2019

[Recenzja] Pierre Moerlen's Gong - "Downwind" (1979)



Kontrakt z wytwórnią Virgin obligował Pierre'a Moerlena do wydania albumów "Gazeuse!" i "Expresso II" pod szyldem Gong, choć pod wieloma względami był to już zupełnie inny zespół - pozbawiony większości kluczowych muzyków i poruszający się w zupełnie innej stylistyce. Po wygaśnięciu kontraktu, perkusista mógł w końcu zmienić szyld. Na tym etapie nie miałaby już jednak całkowita zmiana nazwy. Zdecydowano się więc na połowiczne rozwiązanie: zespół został przemianowany na Pierre Moerlen's Gong.

Pierwszym sygnowanym w ten sposób albumem jest nagrywany latem 1978 roku "Downwind". Skład nie zmienił się znacząco od czasu "Expresso II". W zespole pozostali basista Hansford Rowe i wibrafonista Benoit Moerlen, ale odeszła perkusjonalistka Mireille Bauer, a gitarzystę Allana Holdswortha zastąpił Ross Record. Ponadto w nagraniach wzięło udział wielu znamienitych gości, jak słynny francuski skrzypek Didier Lockwood (znany m.in. ze współpracy z zespołem Magma), Didier Malherbe (były członek Gong), gitarzysta Mick Taylor (ex-John Mayall's Bluesbreakers, The Rolling Stones), grający na syntezatorze Steve Winwood (ex-Traffic, Blind Faith), a także Mike Oldfield i jego brat Terry.

Pod względem stylistycznym jest to na pewno kontynuacja, ale też rozwinięcie dwóch poprzednich albumów. To wciąż bardzo oryginalny jazz rock, mocno oparty na dźwiękach przeróżnych instrumentów perkusyjnych. Tym razem brzmienie jest jednak bogatsze, w czym zasługa nie tylko licznych gości, ale również samego Moerlena, który w każdym utworze zagrał także na klawiszach. Ponadto, pojawiają się tutaj partie wokalne, z których całkowicie zrezygnowano na obu poprzednich wydawnictwach. W "Aeroplane" i "What You Know" w roli głównego wokalisty wystąpił Pierre - radząc sobie całkiem przyzwoicie. I są to właściwie tradycyjne piosenki, proste i melodyjne. Obie powinny przypaść do gustu słuchaczom bardziej ukierunkowanym na rock. W "Aeroplane" pojawia się typowo rockowe brzmienie elektrycznych organów, a w "What You Know" dużo ostrej gitary (w tym dobre, bluesowe solo Taylora), zaś oba opierają się na mocnej grze sekcji rytmicznej (prawie wcale nie słychać tu natomiast tych typowych dla Moerlena perkusjonaliów - a szkoda, bo mogły nadać bardziej unikalnego charakteru). A znalazł się tu jeszcze "Jin-Go-Lo-Ba" z repertuaru nigeryjskiego perkusjonalisty Babatunde Olatunji, z wokalizami Moerlena, Recorda i Rowe'a, które w połączeniu z egzotyczną rytmiką i popisową solówką gitarową wywołują wyraźne skojarzenia z wczesnymi dokonaniami Santany (aczkolwiek z wpływami afrykańskimi zamiast latynoskich).

Reszta albumu to już granie całkowicie instrumentalne, a tym samym bliższe dwóch poprzednich albumów, ale jednak bardziej udane. Przede wszystkim nie ma tutaj Holdswortha, który szkodził każdemu zespołowi, w jakim się pojawił. Record jest może i słabszy technicznie, ale za to zdaje się być bardziej świadomy swoich ograniczeń i tym samym lepiej wykorzystuje swoje możliwości. Ot, przyzwoity gitarzysta o raczej rockowych, niż jazzowych skłonnościach. A błyszczą tu zwłaszcza bracia Moerlen i zaproszeni goście. W aż trzech utworach udziela się Lockwood. Energetyczny "Crosscurrents" i początkowo nastrojowy, a później nabierający ciężaru "Xtasea" to bardzo fajne jazzrockowe granie, z dobrą współpracą muzyków, mnóstwem perkusyjnych ozdobników oraz znakomitymi partiami skrzypiec, a w tym drugim także z ładną, nieco gilmourowską solówką gitarzysty. A jest jeszcze "Emotions" - subtelny duet skrzypiec i wibrafonu (oraz odrobiną brzmień z syntezatora), urzekający bardzo ładnym nastrojem. Jednak w najlepszym na płycie, tytułowym "Downwind", Lockwood nie wystąpił, dając się wykazać innym gościom. To ponad dwunastominutowy jazzrockowy popis, oparty na funkującej linii basu i znów bardzo bogatej warstwie perkusyjnej, ze świetnymi partiami saksofonu Malherbe'a, fletu Terry'ego Oldfielda i gitary Mike'a Oldfielda, oraz dodatkiem syntezatora Winwooda. Momentami brzmi trochę jak wariacja na temat "Tubular Bells", ale więcej tu dynamiki i tego, czego w idee fixe Oldfielda kompletnie zabrakło - interakcji pomiędzy muzykami.

"Downwind" to album raczej z rodzaju tych przyjemnych, niż wybitnych, ale to wciąż bardzo fajne wydawnictwo. Bogatsze instrumentarium, lepszy dobór muzyków i większa różnorodność utworów , przy zachowaniu spójności całości, czynią ten longplay zdecydowanie ciekawszym od jego dwóch poprzedników. Mimo wszystko, jest to trochę nierówne wydawnictwo, bo instrumentalne nagrania są tu nieporównywalnie ciekawsze od tych z partiami wokalnymi, stanowiącymi miłe, ale chyba nie do końca potrzebne uzupełnienie.

Ocena: 7/10



Pierre Moerlen's Gong - "Downwind" (1979)

1. Aeroplane; 2. Crosscurrents; 3. Downwind; 4. Jin-Go-Lo-Ba; 5. What You Know; 6. Emotions; 7. Xtasea

Skład: Pierre Moerlen - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, wokal (1,4,5); Ross Record - gitara (1,2,4,5,7), dodatkowy wokal (1,4); Hansford Rowe - gitara basowa (1-5,7), wokal (4); Benoît Moerlen - wibrafon (1,2,4,5,7)
Gościnnie: Didier Lockwood - skrzypce (2,6,7); François Causse - instr. perkusyjne (2,4,5); Mike Oldfield - gitara (3), gitara basowa (3), perkusja (3); Terry Oldfield - flet (3); Didier Malherbe - saksofon (3); Steve Winwood - syntezator (3); Mick Taylor - gitara (5)
Producent: Pierre Moerlen; Nick Bradford (1,2,4-7); Mike Oldfield (3)


15 grudnia 2019

[Recenzja] Niemen - "Mourner's Rhapsody" (1975)



"Mourner's Rhapsody" to wyjątkowa pozycja w dyskografii Czesława Niemena. Artysta, wciąż związany kontraktem z CBS Records, za namową Michała Urbaniaka postanowił wyruszyć do Stanów, gdzie odbyły się nagrania na jego kolejny zagraniczny album. W studiu, oprócz Niemena i Urbaniaka, pojawili się także tacy muzycy, jak np. gitarzysta John Abercrombie, czy byli członkowie Mahavishnu Orchestra, basista Rick Laird i klawiszowiec - tutaj jednak występujący w roli bębniarza - Jan Hammer, by wymienić tylko tych najbardziej znanych. Nagranie przez polskiego muzyka w tamtych czasach albumu w takim składzie, było naprawdę niezwykłym wydarzeniem. Longplay ukazał się najpierw w Wielkiej Brytanii, a następnie w Stanach (był też ponoć wydany w Niemczech, ale nie znalazłem potwierdzenia). Pomimo bardziej gwiazdorskiego składu i szerszej dostępności niż w przypadku wcześniejszych zagranicznych albumów Niemena, "Mourner's Rhapsody" podzielił ich los i nie odniósł żadnego sukcesu. Właściwie niespecjalnie mnie to dziwi.

Czesław Niemen zaproponował tutaj całkiem oryginalną mieszankę soulu, elektrycznego jazzu i rocka progresywnego, charakteryzującą się bogatym instrumentarium, obejmującym przeróżne instrumenty klawiszowe (elektryczne i akustyczne pianina, elektryczne organy, melotron, syntezatory), skrzypce, flet, elektryczne i akustyczne gitary, gitarę basową, perkusję i rozmaite perkusjonalia. Jest to przy tym muzyka bardzo przystępna, bez żadnych awangardowych odlotów, jakie jeszcze niedawno były w twórczości Niemena normą (albumy "Strange Is This World" i "Marionetki"). A jednak "Mourner's Rhapsody" nie zainteresował zachodnich słuchaczy. Może dlatego, że nie bardzo wiadomo, do kogo właściwie jest kierowany? Longplay wyraźnie dzieli się na dwie części, odpowiadające stronom płyty winylowej. Strona A zawiera pięć około pięciominutowych piosenek o wyraźnych naleciałościach soulowych i bardziej dyskretnych jazzowych, niepozbawionych wszakże rockowej ekspresji. Zupełnie inaczej prezentuje się strona B, zawierająca wyłącznie jedno piętnastominutowe nagranie, tytułowy "Mourner's Rhapsody", czyli anglojęzyczną wersję słynnego "Bema pamięci żałobny rapsod" - pod względem stylistycznym nie odbiegającą daleko od pierwowzoru, przywołującą klimat rocka progresywnego z końcówki lat 60., bez żadnych soulowych czy jazzowych naleciałości.

Piosenkowa część albumu wypada dość przyzwoicie, ale zdecydowanie nie wywołuje u mnie zachwytu. Nagrania mają przyjemne brzmienie, typowe dla ówczesnego jazz fusion (bardziej już wypolerowane, ale jeszcze nie całkiem plastikowe - poza niektórymi partiami syntezatora, szczególnie w "Baby M"), z dodatkiem soulowego ciepła i gdzieniegdzie rockowej zadziorności. Piosenkowe struktury sprawiają jednak, że pod względem instrumentalnym niewiele się tu dzieje ciekawego, a same melodie są za mało wyraziste, czasem wręcz banalne. Zdarzają się też zupełnie nietrafione pomysły aranżacyjne, jak dość tandetne orientalizmy i jarmarczne zaśpiewy chórzystek w "I Search for Love". Wokalnie Niemen bywa przesadnie ekspresyjny, co nie ma żadnego uzasadnienia w takiej muzyce ("Baby M", "Inside I'm Dying"), lecz gdy śpiewa w bardziej stonowany sposób, brzmi jak rasowy wokalista soulowy ("I've Got No One Who Needs Me", fragmenty "Lilacs and Champagne").

O ile nagrania z pierwszej strony winylowego albumu są może niezbyt ambitne, ale całkiem oryginalne i w chwili wydania brzmiące nowocześnie, tak w przypadku drugiej strony sytuacja wygląda zupełnie nie odwrót. "Bema pamięci żałobny rapsod" robi wrażenie na tle muzyki lat 60., ale powracanie do niego sześć lat później, w nieznacznie odświeżonej wersji (poza angielskim tekstem doszło trochę dźwięków syntezatora, które jednak nie wpływają na charakter całości), nie było najlepszym pomysłem. Niemen chciał pokazać zachodniej publiczności jedno ze swoich największych dzieł, jednak to już nie był odpowiedni czas dla takiej muzyki. "Mourner's Rhapsody" w momencie wydania brzmiał jak nagranie sprzed paru lat, utrzymane w stylu, od którego już dawno odeszli zachodni prekursorzy takiego grania (a moda na retro nadeszła dopiero wiele lat później). W dodatku utwór ten kompletnie nie pasuje do reszty albumu, jest to muzyka kierowana do zupełnie innego odbiorcy. Pierwsza strona mogła zainteresować ówczesną młodzież obracającą się przede wszystkim w klimatach soulowo-funkowo-jazzowych. Tymczasem druga strona to granie dla nieco już starszej publiczności, która z rozrzewnieniem słuchała starych płyt Procol Harum i Moody Blues, myśląc sobie, że kiedyś to była muzyka... W rezultacie album nie trafił do żadnej z tych grup, gdyż dla każdej z nich był w znaczniej części niezrozumiały.

"Mourner's Rhapsody" to dziwaczne wydawnictwo. Niemen niby próbował dotrzeć tu do zachodniej publiczności, tylko zdawał się nie bardzo wiedzieć, do jakich konkretnie odbiorców chce trafić. I w efekcie stworzył bardzo nierówny, niespójny stylistycznie album. W dodatku znacznie bardziej zachowawczy od tego, co tworzył wówczas w Polsce - w połowie próbujący upodobnić się do ówczesnego zachodniego mainstreamu, a w drugiej połowie do rockowego mainstreamu sprzed paru lat - nie pokazując zachodnim słuchaczom, jak bardzo oryginalny i kreatywny potrafi być naprawdę. Artystyczne walory tego longplaya nie są zbyt wysokie - piosenkowy repertuar uzupełniony jest tylko jedną ambitniejszą kompozycją, która dla zachodnich słuchaczy musiała w połowie lat 70. brzmieć strasznie archaicznie i epigońsko. Pod względem komercyjnym była to natomiast kompletna klapa. Niemen okazał się zbyt trudny do wypromowania na Zachodzie, w czym nie pomagały jego liczne nietrafione decyzje. Nic zatem dziwnego, że CBS nie zdecydował się na przedłużenie kontraktu. "Mourner's Rhapsody" to już ostanie zachodnie wydawnictwo Niemena.

Po latach album doczekał się kilku, chyba nie do końca oficjalnych wznowień: kompaktowe reedycje ukazały się w 1993 roku w Stanach i w 2003 roku w Niemczech, a w 2011 roku pojawiła się europejska edycja winylowa. Polskiego wydania oczywiście wciąż nie ma.

Ocena: 6/10



Niemen - "Mourner's Rhapsody" (1975)

1. Lilacs and Champagne; 2. I've Got No One Who Needs Me; 3. I Search for Love; 4. Baby M; 5. Inside I'm Dying; 6. Mourner's Rhapsody

Skład: Czesław Niemen - wokal i instr. klawiszowe, instr. perkusyjne (6); Michał Urbaniak - skrzypce (1,3,5); Rick Laird - gitara basowa (1-3,5,6); Jan Hammer - perkusja; Dave Johnson - instr. perkusyjne (1,3,5,6); Erin Dickins, Gail Kantor, Tasha Thomas - dodatkowy wokal (1,3,4); Seldon Powell - flet (2); Don Grolnick - elektryczne pianino (3,5), pianino (6); Steve Khan - gitara (3); Carl Rabinowitz - gitara (4); John Abercrombie - gitara (5,6)
Producent: Sol Rabinowitz i Czesław Niemen


12 grudnia 2019

[Recenzja] Ornette Coleman - "Skies of America" (1972)



Pomysł łączenia jazzu i zachodniej (a więc głównie europejskiej) muzyki klasycznej sięga lat 50. XX wieku. Wymyślono nawet specjalne określenie na taką stylistykę - "third stream", trzeci nurt - mające sugerować, że nie jest to ani odmiana jazzu, ani muzyki klasycznej, lecz coś odrębnego. W praktyce wyglądało to na ogół inaczej. Muzycy jazzowi, sięgając po pewne rozwiązania z muzyki klasycznej, wciąż grali muzykę kwalifikującą się bardziej jako odmiana jazzu. Wystarczy przypomnieć te najbardziej znane dzieła, jak "The Black Saint and the Sinner Lady" Charlesa Mingusa czy "Sketches of Spain" Milesa Davisa. Nieco inaczej do tematu podszedł Ornette Coleman.

Pierwsze próby napisania kompozycji na orkiestrę saksofonista podjął pod koniec lat 60. Najwyraźniej nie był zadowolony z efektu, bo napisana przez niego wówczas muzyka nie została nigdy zarejestrowana. Przełomowym momentem okazała się współpraca z Alice Coltrane na początku następnej dekady. Coleman pomógł jej w rozpisaniu partii kwartetu smyczkowego na album "Universal Consciousness". Następnie podjął kolejną próbę skomponowania utworu w formie concerto grosso, czego efektem jest kompozycja "Skies of America". Pierwotny plan zakładał pełną współpracę jazzowego kwartetu i orkiestry symfonicznej. Przedstawiciele CBS Records zorganizowali sesję nagraniową w Wielkiej Brytanii z udziałem London Symphony Orchestra. Na miejscu okazało się, że muzycy z zespołu Colemana nie mogą wziąć udziału w nagraniach ze względów prawnych. Tym samym ostateczny efekt mocno różni się od zamierzonego. Zdecydowana większość kompozycji została zarejestrowana przez samą orkiestrę, sporadycznie wspieraną przez Ornette'a na saksofonie altowym.

Na potrzeby winylowego wydania nagranie "Skies of America" zostało nieco skrócone, głównie o powtarzające się motywy. Wydawca wprowadził też sztuczny podział na dwadzieścia jeden ścieżek, mając nadzieję, że dzięki temu fragmenty albumu będą prezentowane w stacjach radiowych. W rzeczywistości cały album to jedna długa kompozycja, podzielona na dwie części ze względu na specyfikę płyt winylowych. Miks ten zachowano na wydaniach kompaktowych, które zresztą pojawiły się późno - dopiero w 1998 roku w Japonii, w 2000 w Europie i Stanach. Może dlatego, że longplay wciąż budzi spore kontrowersje. Przede wszystkim, ostateczny rezultat ma bardzo mało wspólnego z jazzem. Wyjątek stanowią oczywiście fragmenty, w których Ornette wkracza ze swoim saksofonem, grając w bardzo ekspresyjny, freejazzowy sposób. Po raz pierwszy następuje to dopiero w ostatnich minutach pierwszej strony winylowego wydania; na drugiej stronie zdarza się już częściej. Przez resztę utworu bliżej jest do muzyki klasycznej. I oczywiście nie sposób postawić Colemana obok klasycznych kompozytorów. Niemniej jednak wykazuje znacznie większą odwagę i kreatywność, niż chociażby rockowi muzycy próbujący sił w komponowaniu na orkiestrę. Warto też zwrócić uwagę na przeniesienie harmolodycznych koncepcji - polegających na zjednoczeniu melodii, harmonii i rytmu - na grunt muzyki symfonicznej. A smaczkiem dla wielbicieli artysty są ciekawe przetworzenia motywów z jego jazzowych kompozycji, które można tu i ówdzie wyłapać.

"Skies of America" to na pewno dzieło bardzo oryginalne, nie przypominające nie tylko innych dokonań Ornette'a Colemana, ale chyba też niczego innego. Jest to też jedno z jego najbardziej odważnych dzieł, porównywalne pod tym względem (i tylko pod tym) chyba wyłącznie z "Free Jazz: A Collective Improvisation". Jednak pomimo zaprezentowania tutaj kilku interesujących rozwiązań, ostateczny efekt nie dorównuje chyba zamierzonemu, a w każdym razie bardziej odsłania się na krytykę. Przy pełnej współpracy orkiestry symfonicznej i kwartetu jazzowego, pewnie nie można by zarzucić Colemanowi zbyt dalekiego odejścia od jazzu, na rzecz komponowania muzyki trochę go jednak przerastającej. Jeśli traktować "Skies of America" jako muzykę klasyczną, to wypada co najwyżej średnio. Jeśli jednak przyjąć, że była to próba stworzenia czegoś nowego, to rezultat jest naprawdę zadowalający.

Ocena: 7/10



Ornette Coleman - "Skies of America" (1972)

1. Skies of America; 2. Native Americans; 3. The Good Life; 4. Birthdays and Funerals; 5. Dreams; 6. Sounds of Sculpture; 7. Holiday for Heroes; 8. All of My Life; 9. Dancers; 10. The Soul Within Woman; 11. The Artist in America; 12. The New Anthem; 13. Place in Space; 14. Foreigner in A Free Land; 15. Silver Screen; 16. Poetry; 17. The Men Who Live in the White House; 18. Love Life; 19. The Military; 20. Jam Session; 21. Sunday in America

Skład: Ornette Coleman - saksofon altowy (11,14-18,20); London Symphony Orchestra - pozostałe instrumenty; David Measham - dyrygent
Producent: Paul Myers


10 grudnia 2019

[Recenzja] Heldon - "Third" (1975)



Jedną z przewag płyt winylowych nad kompaktowymi jest ich pojemność. Optymalna długość winyla wynosi trzy kwadranse. W czasach przed wprowadzeniem znacznie pojemniejszych kompaktów, wymuszało to na wykonawcach i producentach dokonywanie większej selekcji nagranego materiału. Dzięki temu albumy były krótsze, ale przeważnie równiejsze, pozbawione dłużyzn. Zdarzały się jednak przypadki, gdy album wydawano na dwóch płytach winylowych. O ile w przypadku nagrań koncertowych było to w pełni uzasadnione, tak dwupłytowce z premierowym materiałem studyjnym przeważnie okazywały się nie tyle dowodem niespotykanej kreatywności twórczej muzyków, co ich nieuzasadnioną wiarą w jakość skomponowanych właśnie utworów. Błędu tego nie uniknął Richard Pinhas wydając trzeci album pod szyldem Heldon, banalnie zatytułowany "Third" (z przewrotnym podtytułem "It's Always Rock'n'Roll").

Jest to właściwie solowe dokonanie Pinhasa, który samodzielnie skomponował osiem z dziewięciu utworów, a także zarejestrował część z nich bez pomocy innych muzyków. Georges Grünblatt, mający bardzo istotny udział w powstaniu poprzedniego w dyskografii "Allez-Téia", tym razem zagrał tylko w dwóch utworach: "Cotes De Cachalot À La Psylocybine" i skomponowanym przez siebie "Ocean Boogi". W "Mechamment Rock" udziela się perkusista Gilbert Artman z awangardowo-progresywno-elektronicznego Lard Free. Z kolei w "Doctor Bloodmoney" można usłyszeć znanego już z debiutu Heldon, "Electronique Guerilla", klawiszowca Patricka Gauthiera, a także perkusistę Jean-My Truonga z zeuhlowego ZAO. Natomiast w "Aurore" wystąpili grający na indyjskiej fisharmonii Ariel Kalma i... pies Aurore.

Dominują tu nagrania oparte wyłącznie lub przede wszystkim na brzmieniu syntezatorów, stylistycznie mieszczące się gdzieś pomiędzy ambientem, a Szkołą Berlińską ("Ics Machinique", "Cotes De Cachalot À La Psylocybine", "Cocaine Blues", "Aurore", "Doctor Bloodmoney"). Pomiędzy nimi znajdują się jednak utwory o bardziej rockowym charakterze, przynajmniej pod względem użytego instrumentarium. W "Mechamment Rock" pojawia się bardzo tradycyjna sekcja rytmiczna, tworząca solidny podkład dla atonalnych dźwięków gitary i syntezatorowych syków. W przywołujących stylistykę "Allez-Téia" utworach "Virgin Swedish Blues" i "Ocean Boogi" słychać czyste partie gitary rytmicznej i frippowskie solówki, a w drugim z nich także melotron. Z kolei "Zind Destruction (Bouillie Blues)", bluesowa wariacja na temat "Zind" z "Electronique Guerilla", opiera się głównie na gitarowych sprzężeniach.

Problem w tym, że we wszystkich nagraniach niewiele się dzieje, mają bardzo repetycyjny charakter, a często trwają dość długo - "Aurore" i "Doctor Bloodmoney" po kilkanaście minut, parę innych zbliża się do dziesięciu. Album mógłby tylko zyskać, gdyby część z nich została nieco skrócona. Bez większej straty można by całkiem pominąć parę innych (proponowałbym wyrzucić brzmiące jak odrzuty z poprzedniego albumu "Virgin Swedish Blues" i "Ocean Boogi", najbardziej monotonny "Ics Machinique", a także nieco bezsensowną improwizację "Doctor Bloodmoney"). Taki jednopłytowy longplay byłby prawdopodobnie jednym z mocniejszych wydawnictw w dyskografii Heldon. Materiał ten nie jest jednak wystarczająco mocny, by uzasadnić wydanie podwójnego albumu.

Co ciekawe, gdy w 1991 roku dyskografia Heldon została wznowiona w wersji kompaktowej, "Third" wydano jako dwa osobne albumy, gdyż trwająca 85 minut całość nie zmieściłaby się na pojedynczym CD. Została zachowana oryginalna kolejność (i długość) utworów, a zatem na "Third: Volume 1" trafiły nagrania z pierwszej płyty winylowego wydania, a na "Third: Volume 2" z drugiej. Takie rozwiązanie wyszło na dobre (choć wciąż nie jest doskonałe): zamiast jednego zdecydowanie zbyt długiego, bardzo nierównego albumu, wydano dwa longplaye o odpowiedniej długości i znacznie bardziej wyrównanym poziomie. Przy czym jednak poziom ten jest wyraźnie wyższy w przypadku "Volume 1", zawierającego właściwie wszystkie najlepsze pomysły i niewiele zbytecznych momentów, niż "Volume 2", który sprawia wrażenie zbioru odrzutów.

Ocena: 6/10
7/10 dla "Volume 1", 5/10 dla "Volume 2"



Heldon - "Third («It's Always Rock'n'Roll»)" (1975)

LP1 / Volume 1: 1. Ics Machinique; 2. Cotes De Cachalot À La Psylocybine; 3. Mechamment Rock; 4. Cocaine Blues; 5. Aurore
LP2 / Volume 2: 1. Virgin Swedish Blues; 2. Ocean Boogi; 3. Zind Destruction (Bouillie Blues); 4. Doctor Bloodmoney

Skład: Richard Pinhas - syntezatory, melotron, gitara, gitara basowa (1.2, 2.2), efekty
Gościnnie: Georges Grünblatt - gitara (1.2, 2.2), melotron (1.2, 2.2); Gilbert Artman - perkusja (1.3); Ariel Kalma - fisharmonia (1.5); Aurore - głos (1.5); Patrick Gauthier - syntezator (2.4); Jean-My Truong - perkusja (2.4)
Producent: Joe Chip


7 grudnia 2019

[Recenzja] Bob Dylan - "The Times They Are a-Changin'" (1964)



Pod pewnymi względami jest to przełomowe wydawnictwo w dorobku Boba Dylana. W przeciwieństwie do obu poprzednich, znalazły się na nim wyłącznie autorskie kompozycje (aczkolwiek w warstwie instrumentalnej często oparte na tradycyjnych pieśniach z Irlandii i Szkocji). Podobnie jak podczas nagrywania eponimicznego debiutu, a w przeciwieństwie do sesji "The Freewheelin' Bob Dylan", cały materiał został zarejestrowany bez udziału żadnych dodatkowych instrumentalistów. Nagrania odbyły się w ciągu kilku sesji, w sierpniu i październiku 1963 roku. Oprócz przygrywającego sobie na gitarze akustycznej i harmonijce pieśniarza, w studiu obecny był jedynie producent Tom Wilson. Dziesięć utworów składa się na prawdopodobnie najbardziej zaangażowany społecznie i politycznie album Dylana, zatytułowany od jednego z nich "The Times They Are a-Changin'".

Materiał zdaje się bardziej jednorodny od swoich poprzedników. Tym razem artysta rezygnuje z wpływów bluesowych, prezentując jedynie folkowe ballady. Aranżacje pozostały bardzo ascetyczne, a budowa poszczególnych kompozycji składa się właściwie z jednostajnych repetycji jednego gitarowego motywu, często urozmaiconych solowymi partiami harmonijki. Jednak w tych prostych partiach instrumentalnych słychać ogromne zaangażowanie Dylana, jeszcze silniej ujawniające się w warstwie wokalnej. Teksty są tu oczywiście świetnie napisane, ale już sam sposób, w jaki artysta je opowiada, przyciąga uwagę. Śpiewa w taki sposób, że nie trzeba nawet skupiać się na znaczeniu słów, by dać się im porwać.

Materiał jest ogólnie bardzo równy, niemniej jednak warto wyróżnić te najciekawsze momenty. Tytułowy otwieracz "The Times They Are a-Changin'" to jedna z najsłynniejszych kompozycji Dylana, która umocniła jego status głosu pokolenia, zdobyty parę miesięcy wcześniej za sprawą "Blowin' in the Wind" (wydanego na poprzednim longplayu). Oba utwory powstały według tego samego przepisu: łączą kontestujące teksty z przystępną formą muzyki rozrywkowej i atrakcyjną warstwą melodyczną. Choć kawałek tytułowy jest najbardziej znanym fragmentem tego albumu, moim zdaniem znalazły się tu przynajmniej trzy ciekawsze utwory. "Ballad of Hollis Brown", "North Country Blues" (tylko tytułem przypominający "Girl from the North Country" z "Freewheelin'") i "The Lonesome Death of Hattie Carroll" wyróżniają się świetnymi melodiami, bardzo zaangażowanym wykonaniem, fantastycznym klimatem oraz bardzo dobrze napisanymi historiami. Trochę ustępuje im "With God on Our Side", posiadający co prawda te same zalety, aczkolwiek długość siedmiu minut (wymuszona przez tekst) wydaje się zupełnie nieadekwatna do muzycznej treści. Przyjemnym kontrastem dla tych emocjonalnych utworów są utrzymany w żywszym tempie i pogodniejszym nastroju "When the Ship Comes In" oraz leniwy finał albumu, "Restless Farewell".

"The Times They Are a-Changin'" pokazuje coraz większą dojrzałość Boba Dylana jako kompozytora i tekściarza. Podobnie jak na obu wcześniejszych wydawnictwach, zawarta tu muzyka wciąż brzmi bardzo atrakcyjnie - nic się nie zestarzała. Jedynie część tekstów zdradza, kiedy album został nagrany. Ale przecież muzyki nie słucha się dla tekstów.

Ocena: 8/10



Bob Dylan - "The Times They Are a-Changin'" (1964)

1. The Times They Are a-Changin'; 2. Ballad of Hollis Brown; 3. With God on Our Side; 4. One Too Many Mornings; 5. North Country Blues; 6. Only a Pawn in Their Game; 7. Boots of Spanish Leather; 8. When the Ship Comes In; 9. The Lonesome Death of Hattie Carroll; 10. Restless Farewell

Skład: Bob Dylan - wokal, gitara, harmonijka
Producent: Tom Wilson


5 grudnia 2019

[Artykuł] Jeszcze parę fajnych albumów z 2019, które mogłeś przeoczyć

Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, prezentuję drugą część tegorocznych albumów, które nie doczekały się pełnoprawnych recenzji, ale chciałbym je polecić. Na drugiej liście znalazły się albumy, których nie uwzględniłem poprzednim razem - choć w sumie mógłbym, bo w większości nie odstają poziomem od tamtych z poprzedniej listy - a także te, które odsłuchałem dopiero w ciągu ostatnich trzech tygodni. Zaprezentowane tu wydawnictwa nie dostały osobnych recenzji nie dlatego, że na to nie zasługują, a z niezależnych od nich samych przyczyn. Rozrzut stylistyczny znów jest spory: od rocka i popu, przez różnoraki jazz, po rozmaite odmiany współczesnej elektroniki. Wszystkie albumy można odsłuchać w serwisie Spotify i/lub Bandcamp.

A tutaj link do części I




Africa Express - "Egoli" 6/10
Projekt Damona Albarna (Blur, Gorillaz) ciekawie łączący różne rodzaje muzyki afrykańskiej z europejską elektroniką sprzed dwóch dekad.

Andy Stott - "It Should Be Us" 7/10
Teoretycznie jest to tylko EPka, ale w praktyce - aż 47 minut nowoczesnej elektroniki.

Chemical Brothers - "No Geography" 7/10
Elektroniczny duet wrócił tym albumem do formy z lat 90.

Ciśnienie - "JazzArt Underground" 7/10
Cztery rozbudowane, improwizowane utwory na pograniczu post-rocka i jazz-rocka, interesujące połączenie dźwięków skrzypiec, waltorni, brzmień klawiszowych oraz potężnej sekcji rytmicznej.

Cykada - "Cykada" 7/10
Debiut londyńskiego sekstetu to nowocześnie brzmiące fusion z dużą ilością gitary - niezbyt oryginalne, ale przyjemne granie.

Evan Parker & Kinetics - "Chiasm" 6/10
Europejski free jazz w wykonaniu słynnego brytyjskiego saksofonisty i duńsko-finlandzkiego tria - nic nowego do gatunku nie wnosi, ale może zainteresować jego wielbicieli

Fennesz - "Agora" 7/10
Ładne ambientowe drony tworzone za pomocą przetworzonej gitary.

FKA twigs - "Magdalene" 7/10
Współczesny artpop w najlepszym wydaniu - ładne melodie plus ambitne podejście do aranżacji i produkcji.

Katharos XIII - "Palindrome" 6/10
Połączenie black metalu z dark jazzem mogło chyba dać ciekawszy efekt, ale brawa za sam pomysł.

Maurice Louca - "Elephantine" 7/10
Bardzo ładna mieszanka zachodniego jazzu oraz muzyki arabskiej i afrykańskiej, grana przez międzynarodowy, 12-osobowy skład (w instrumentarium m.,in. gitara, oud, wibrafon i przeróżne dęciaki).

Michael Kiwanuka - "Kiwanuka" 7/10
Zgrabne piosenki, nawiązujące do klasycznego soulu, ale ze współczesnym brzmieniem.

Nat Birchall Quartet - "The Storyteller - A Musical Tribute to Yusef Lateef" 7/10
Przyjemny, choć raczej zbyt zachowawczy, jazz o egzotycznym zabarwieniu, nagrany w hołdzie zmarłemu parę lat temu Lateefowi, ale składający się głównie z premierowych kompozycji Birchalla.

Non Violent Communication - "Obserwacje" 7/10
Debiut projektu złożonego z muzyków m.in. progowego Merkabah i post-hardcore'owego So Slow, to cztery improwizowane utwory w stylistyce dark jazzu, trochę jednak za mało zróżnicowane.

Oh Sees - "Face Stabber" 6/10
22. album w dyskografii istniejącej od 20. lat kapeli to całkiem fajna retro-psychodelia, z odniesieniami do krautrocka i space rocka, jednak zdecydowanie przegięto tu z długością (80 minut), a nie brakuje słabszych momentów.

Palmer Eldritch - "[dog]" 7/10
Kolejny świetny projekt z polskiego niezalu, tym razem w klimatach downtempo i ambient techno, regularnie publikujący nowy materiał, trzymając wysoki poziom.

Sun Ra Arkestra - "Live in Kalisz 1986" 7/10
Tytuł brzmi dość zabawnie, w samej muzyce nie brakuje humorystycznych aspektów, ale przeważa kosmiczny free jazz na wysokim poziomie.



Wraz z ukończeniem tego tekstu, kończę przesłuchiwanie tegorocznych wydawnictw. Zapewne pominąłem parę ciekawych albumów, ale cóż, wszystkiego usłyszeć się nie da. Do nowej muzyki powrócę w podsumowaniu roku, które tradycyjnie zostanie opublikowane 25 grudnia. A tymczasem zapraszam do udziału w corocznej ankiecie:



3 grudnia 2019

[Recenzja] Elder Ones - "From Untruth" (2019)



Na współczesnej scenie jazzowej wciąż dzieją się ciekawe rzeczy. Przykładem może być twórczość nowojorskiego kwartetu Elder Ones. Zespół powstał w obecnej dekadzie z inicjatywy Amirthy Kidambi, posiadającej klasyczne wykształcenie i doświadczenie w śpiewaniu kompozycji takich twórców, jak Karlheinz Stockhausen czy Luigi Nono. W autorskiej działalności nawiązuje także do swoich karnatyckich korzeni, jak i do fascynacji muzyką Alice i Johna Coltrane'ów. Składu Elder Ones dopełnili: saksofonista Matt Nelson, perkusista Max Jaffe, a także basista Brandon Lopes, z czasem zastąpiony przez Nicka Dunstona. Kwartet zadebiutował w 2016 roku bardzo dobrym albumem "Holy Science", a w tym roku opublikował kolejny, nie mniej udany "From Untruth".

Nie sposób uniknąć - ze względu na połączenie żeńskiego śpiewu ze swobodnym, freejazzowym graniem - skojarzeń z dokonaniami Matany Roberts czy Fire! Orchestra. Elder Ones posiada jednak swój własny styl i rozpoznawalne brzmienie, w którym istotną rolę odgrywają partie Kidambi na indyjskiej fisharmonii. Doskonały efekt dało połączenie tego instrumentu z przeważnie agresywnymi, a czasem bardziej subtelnymi dźwiękami saksofonu sopranowego, hipnotyzującą grą kontrabasu i perkusji, a także interesującym, dalekim od konwencjonalnego jazzu wokalnego śpiewem. Na "From Untruth" doszły do tej fascynującej mieszanki jeszcze partie analogowych syntezatorów (grają na nich Kidambi i Nelson), czyniące brzmienie kwartetu jeszcze bardziej oryginalnym. Na albumie znalazły się cztery rozbudowane kompozycje liderki, w których fantastycznie łączą się w spójną całość wpływy free i spiritual jazzu, XX-wiecznej awangardy oraz muzyki karnatyckiej, czasem dochodzi też transowa motoryczność kojarząca się z francuską Magmą, a nawet trochę humoru przywołującego na myśl Gong (wokalne zabawy np. w ósmej minucie "Eat the Rich" i końcówce "Dance of the Subaltern"). Muzyka kwartetu brzmi potężnie, czasem niemalże dziko, ale nie brakuje też bardziej nastrojowych i niemalże konwencjonalnie melodyjnych fragmentów, choć należą tu raczej do rzadkości i szybko kontrapunktowane są bardziej typowymi dla zespołu rozwiązaniami.

Elder Ones od początku swojego istnienia tworzy muzykę bardzo oryginalną, kreatywną i dojrzałą. I choć debiutancki "Holy Science" przeszedł praktycznie bez echa, to wydanie "From Untruth" zostało lepiej odnotowane (zapewne wpływ na to miał udział Amirthy Kidambi na zeszłorocznych albumach "Code Girl" Mary Halvorson i "Voices Fall From the Sky" Williama Parkera), co daje nadzieję, że twórczość kwartetu zyska w końcu należny rozgłos. Ze swojej strony polecam go wszystkim wielbicielom awangardowego jazzu i rocka. 

Ocena: 8/10



Elder Ones - "From Untruth" (2019)

1. Eat the Rich; 2. Dance of the Subaltern; 3. Decolonize the Mind; 4. From Untruth

Skład: Amirtha Kidambi - wokal, fisharmonia, syntezator; Matt Nelson - saksofon sopranowy, syntezator; Nick Dunston - kontrabas; Max Jaffe - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Elder Ones


1 grudnia 2019

[Recenzja] Quantum Trio - "Red Fog" (2019)



Quantum Trio został założony w 2012 roku w Rotterdamie, jednak w jego skład wchodzą dwaj polscy instrumentaliści - saksofonista Michał Jan Ciesielski i pianista Kamil Zawiślak - a także chilijski perkusista Luis Mora Matus. Muzycy poznali się na tamtejszym konserwatorium. Od tamtej pory działają głównie w Holandii i Polsce, ale swój najnowszy album - zatytułowany "Red Fog" - nagrali we Włoszech, w mieszczącym się niedaleko Rzymu studiu Tube Recording. O ile poprzednie wydawnictwa tria - dwa studyjne longplaye i jeden zarejestrowany podczas koncertu - nie należą do krótkich (wszystkie przekraczają godzinę), tak "Red Fog" nie trwa nawet trzech kwadransów. Ta zwięzłość wychodzi mu zdecydowanie na dobre. Utwory (skomponowane przez wszystkich trzech muzyków - indywidualnie lub zespołowo) są tym razem nie tylko bardziej treściwe, ale również bardziej różnorodne, a czasem nawet wyraźnie wykraczają poza jazzowy idiom. Co stanowi ogromny postęp w stosunku do zbyt jednostajnego, w całości utrzymanego w melancholijnym nastroju, sprawiającego wrażenie wystudiowanego i sterylnego debiutu "Gravity", ale także względem pokazującego większą wszechstronność, niepozbawionego bardziej żywiołowych, swobodnych momentów, jednak chyba przesadnie napompowanego materiałem, wydanego na dwóch kompaktach "Duality: Particles & Waves".

W przypadku "Red Fog" w czasie czterdziestu jeden minut udało się zawszeć wystarczającą ilość pomysłów, by nie zanudzić słuchacza monotonią, ani nie przytłoczyć go ich nadmiarem. Poszczególne nagrania mają swój indywidualny charakter, a zarazem tworzą spójną całość. Album ma odpowiednią dynamikę i przyciąga uwagę od pierwszych dźwięków. Do najmocniejszych punktów całości z pewnością zaliczyć można otwieracz "Interference". Rozpoczęty freejazzowym saksofonem, do którego po chwili dołącza ciekawa partia fortepianu, której nie powstydziliby się wykonawcy avant-progowi, a następnie mocna partia perkusji, która doskonale dopełnia pozostałe instrumenty. Pomimo skromnego i dość nietypowego - pozbawionego kontrabasu lub gitary basowej - instrumentarium, muzykom udaje się osiągnąć bardzo pełne brzmienie. W "Hawk In" dużo ciekawego dzieje się w warstwie rytmicznej, a intensywnej grze Zawiślaka i Matusa towarzyszą tym razem nieco bardziej liryczne, ale niepozbawione odpowiedniej ekspresji partie Ciesielskiego. Na szczególne wyróżnienie zasługuje także najbardziej energetyczny, brzmiący zaskakująco nowocześnie "Liquid Fire", napędzany naprawdę potężną, kreatywną grą perkusisty, świetnie dopełnianą przez pozostałych muzyków. Warto jeszcze zwrócić uwagę na najdłuższy na płycie, dziewięciominutowy utwór tytułowy, w którym trio znów fajnie kombinuje z rytmiką i dynamiką, buduje klimat w sposób niekoniecznie typowy dla jazzu, ale dodaje też odrobinę freejazzowej agresji w partiach saksofonu. W pozostałych utworach muzycy przypominają, że lubią pograć sobie bardziej nastrojowo, wychodzi im to ładnie i przyjemnie (zwłaszcza w najbardziej subtelnym "IBBI"), świetnie urozmaica całość, ale raczej nie ekscytuje tak bardzo, jak reszta albumu.

Quantum Trio wyrasta na jednego z ciekawszych współczesnych przedstawicieli polskiego jazzu. O ile dwa poprzednie studyjne albumy polsko-chillijskiego tria pokazywały, że mamy do czynienia ze sprawnymi instrumentalistami, ale w sumie niewiele ponadto, tak "Red Fog" ukazuje ich jako całkiem kreatywnych, bardziej dojrzałych twórców, nieobawiających się wykraczać poza jazzowe schematy. Najnowsze wydawnictwo Quantum Trio to taki jazz nie tylko dla wielbicieli jazzu. Duża dynamika znacznej części utworów i dość ciężkie brzmienie (szczególnie perkusji) może przypaść do gustu rockowym słuchaczom. Patrząc na okładkę "Red Fog" można wręcz odnieść wrażenie, że zdobycie zainteresowania takiej właśnie publiczności jest celem tria.

Ocena: 8/10



Quantum Trio - "Red Fog" (2019)

1. Interference; 2. Hawk In; 3. Streams; 4. Liquid Fire; 5. Passing Time; 6. Red Fog; 7. IBBI

Skład: Michał Jan Ciesielski - saksofon tenorowy, saksofon altowy; Kamil Zawiślak - fortepian; Luis Mora Matus - perkusja
Producent: Quantum Trio


28 listopada 2019

[Recenzja] Art Blakey and the Jazz Messengers - "Art Blakey and the Jazz Messengers" ["Moanin'"] (1959)



The Jazz Messengers był prawdziwym zespołem-instytucją. Nierozerwalnie związanym z osobą wybitnego perkusisty Arta Blakeya, który zaczynał karierę w latach 40. ubiegłego wieku, występując u boku m.in. Theloniousa Monka, Charliego Parkera i Dizzy'ego Gillespiego, przyczyniając się do stworzenia nowoczesnego, bopowego stylu gry na perkusji. Na początku następnej dekady nawiązał współpracę z pianistą Horace'em Silverem, która w 1954 roku zaowocowała powstaniem kwintetu The Jazz Messengers. Początkowo Blakey i Silver dzielili się funkcją lidera lub pełnili ją zamiennie, a po odejściu ze składu pianisty niekwestionowanym liderem i jedynym stałym członkiem błyskawicznie zmieniających się składów został perkusista, co dobitnie podkreślił rozszerzając szyld do Art Blakey and the Jazz Messengers. Grupa istniała aż do jego śmierci w 1990 roku. W międzyczasie była prawdziwą kuźnią talentów, gdyż Blakey lubił się otaczać się młodymi, obiecującymi instrumentalistami. To właśnie w Jazz Messengers pierwsze poważne kroki stawiali tacy muzycy, jak np. Donald Byrd, Wayne Shorter, Freddie Hubbard, Lee Morgan czy Keith Jarrett, by wymienić kilku spośród tych najbardziej znanych.

W ciągu trzydziestu pięciu lat działalności, The Jazz Messengers nagrał blisko pięćdziesiąt albumów ze studyjnym materiałem i kilkadziesiąt koncertowych. Pomimo tego bogactwa, krytycy i słuchacze są na ogół zgodni, że największym osiągnięciem zespołu jest eponimiczny "Art Blakey and the Jazz Messengers", zarejestrowany 30 października 1958 roku w Van Gelder Studio pod okiem Alfreda Liona. W tamtym czasie kwintet składał się z trębacza Lee Morgana, saksofonisty Benny'ego Golsona, pianisty Bobby'ego Timmonsa, basisty Jymiego Merritta oraz, oczywiście, samego Blakeya. Na oryginalną winylową wersję albumu - wydaną w styczniu 1959 roku nakładem Blue Note - trafiło pięć premierowych kompozycji (głównie autorstwa Golsona) oraz interpretacja "Come Rain or Come Shine" z musicalu "St. Louis Woman", skomponowana przez Harolda Arlena (do tekstu Johnny'ego Mercera) w połowie lat 40.

Album rozpoczyna się od niezwykle popularnego standardu "Moanin'". Utwór cieszył się tak wielkim zainteresowaniem, że począwszy od 1966 roku, album jest przeważnie wznawiany pod nowym tytułem, wziętym właśnie od tego utworu. Jest to jedyna tutaj kompozycja, pod którą został podpisany Timmons. Za cztery inne odpowiada, jak już wspomniałem, Golson. Co ciekawe, saksofonista był członkiem grupy przez dość krótki czas, a to jedyne nagrane w Stanach wydawnictwo z jego udziałem (wziął jeszcze udział w wyprawie kwintetu do Europy, gdzie zarejestrowano materiał na kilka koncertówek oraz ścieżkę dźwiękową do francuskiego filmu "Des Femmes Disparaissent", na którym znalazło się kilka jego kompozycji; po powrocie został zastąpiony przez Wayne'a Shortera).

Pod względem stylistycznym, jest to wręcz archetypowy przykład hard bopu z końcówki lat 50., mocno zakorzenionego w bluesie, zdradzającego tez pewne wpływy muzyki gospel. Takie akustyczne granie w klimacie zadymionej knajpy z czarno-białego filmu, w którym wszyscy męscy bohaterowie chodzą w garniturach, kapeluszach i z nieodłącznym papierosem w ustach. Jednocześnie jest to jedna z najlepszych ówczesnych płyt w tym stylu. Tematy są bardzo charakterystyczne - pod tym względem przoduje, oczywiście, ten ze słynnego "Moanin'", ale tylko nieznaczne ustępują mu motywy napisane przez Golsona. Gra wszystkich instrumentalistów jest po prostu wyśmienita - bardzo wyrafinowana, elegancka, ale również naturalna, niepozbawiona spontaniczności. Nie ma tu żadnego przesadnego popisywania się umiejętnościami, muzycy stawiają raczej na granie zespołowe. Oczywiście, nie brakuje fantastycznych solówek, w których przodują Golson i Morgan, choć Timmons i Merritt również mają swoje momenty. Lider trzyma natomiast wszystko w ryzach, dyskretnie dyrygując zespołem zza swojego zestawu perkusyjnego, skupiając się przede wszystkim na zapewnianiu rytmicznego pokładu, raczej unikając zwracania na siebie uwagi (choć jego gra jest mocno wysunięta w miksie). Na nieco więcej pozwala sobie jedynie w trzyczęściowym "The Drum Thunder Suite", który zgodnie z zamysłem Golsona miał być przede wszystkim popisem perkusisty.

Na niektórych kompaktowych reedycjach można znaleźć dwa dodatkowe nagrania: alternatywne podejście do "Moanin'", zamieszczone na końcu płyty, a także wykorzystany w roli wstępu, kilkudziesięciosekundowy fragment rozgrzewki zespołu oraz dialogu między Lee Morganem i Rudym Van Gelderem. O ile druga wersja popularnego standardu wnosi do całości bardzo mało (choć jest zagrana porywająco, to dokonano słusznego wyboru wybierając inne wykonanie na oryginalny album), tak ten krótki fragment na początku ma naprawdę rewelacyjny klimat i dodanie go było genialnym posunięciem.

Trudno o lepszy hard bop, niż ten zaprezentowany na "Art Blakey and the Jazz Messengers". Absolutny klasyk jazzu.

Ocena: 9/10



Art Blakey and the Jazz Messengers - "Art Blakey and the Jazz Messengers" ["Moanin'"] (1959)

1. Moanin'; 2. Are You Real; 3. Along Came Betty; 4. The Drum Thunder Suite; 5. Blues March; 6. Come Rain or Come Shine

Skład: Art Blakey - perkusja; Benny Golson - saksofon tenorowy; Lee Morgan - trąbka; Bobby Timmons - pianino; Jymie Merritt - kontrabas
Producent: Alfred Lion


25 listopada 2019

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts" (2019)



Blisko pięćdziesiąt lat temu, na przełomie lat 1969/1970, prowadzone przez Jimiego Hendrixa trio Band of Gypsys dało cztery występy (po dwa dziennie) w nowojorskim klubie Fillmore East. Był to jeden z najciekawszych momentów w karierze słynnego gitarzysty. Wspierany przez nową, czarnoskórą sekcję rytmiczną - basistę Billy'ego Coxa i perkusistę Buddy'ego Milesa - odświeżył swoją hardrockowo-bluesową twórczość o wyraźne wpływy funku i soulu. Trio rozpadło się niedługo potem, a Hendrix po raz kolejny podążył w nieco innym muzycznym kierunku. Przez lata jedyną pamiątką po tym okresie był wydany już w kwietniu 1970 roku album "Band of Gypsys". Wydawnictwo tyleż zachwycające swoją zawartością muzyczną, co rozczarowujące skromną objętością - to tylko sześć utworów, zarejestrowanych podczas obu występów z 1 stycznia 1970 roku.

W ciągu kolejnych dekad wypłynęło jeszcze trochę materiału z tych występów. W 1986 roku trzy utwory - jeden z pierwszego setu z 31 grudnia '69, dwa z pierwszego setu następnego dnia -  zostały opublikowane na "Band of Gypsys 2" (wbrew tytułowi zawierającym też nagrania z późniejszych koncertów, już bez Milesa w składzie). Na kolejne otwarcie archiwum trzeba było czekać aż do 1999 roku, gdy ukazał się "Live at the Fillmore East", składający się z dwóch płyt kompaktowych, zawierających w sumie szesnaście utworów ze wszystkich czterech występów (w tym część wydanych już wcześniej). Wówczas wydano tez DVD "Hendrix: Band of Gypsys" z fragmentami filmowej rejestracji. Trzy kolejne utwory (wszystkie z drugiego setu) wypłynęły w 2010 roku w boksie "West Coast Seattle Boy". Rok 2016 przyniósł natomiast wydawnictwo o wszystko mówiącym tytule "Machine Gun: The Fillmore East First Show".

Po jego wydaniu spodziewałem się kontynuacji w postaci wydawanych jako osobne wydawnictwa rejestracji pozostałych trzech występów. Zamiast tego, tuż przed ich pięćdziesiątą rocznicą, do sprzedaży trafia boks "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts", zbierający na pięciu płytach CD lub ośmiu płytach winylowych (dostępny jest też w streamingu) cały materiał rozproszony dotąd na wspomnianych wyżej wydawnictwach, ale też nagrania nie mające dotąd oficjalnej premiery. Całość została na nowo zmiksowana przez Eddiego Kramera i Chandlera Harroda (z wyjątkiem nagrań z pierwszego występu - wykorzystano miksy Kramera, Harroda i Spencera Guerry sprzed trzech lat, dokonane na potrzeby "Machine Gun..."), starano się jednak zachować oryginalny kształt nagrań. Dzięki temu okazuje się, że na potrzeby albumu "Band of Gypsys" drastycznie skrócono nie tylko "We Gotta Live Together" (w którym akurat wyraźnie słuchać cięcie, a ponadto pełne wykonanie pojawiło się już na "Live at the Fillmore East"), ale także "Power of Soul" i "Changes", które dopiero teraz można usłyszeć w pełnych, blisko dziesięciominutowych wykonaniach.

Po sprawdzeniu tracklisty "Songs for Groovy Children" i porównaniu z dostępnymi materiałami, okazuje się, niestety, że nie jest to kompletny zapis serii występów w Fillmore East. O ile pierwszy set z 31 grudnia jest ponoć kompletny, tak na pewno brakuje pięciu utworów z drugiego występu z tego dnia: "Stepping Stone", "Burning Desire", "Power of Soul", "Voodoo Child (Slight Return)" i "Purple Haze". Żadne z tych konkretnych wykonań nie zostało nigdy opublikowane, więc można tylko zgadywać, skąd decyzja o ich pominięciu. Może wystąpiły jakieś techniczne problemy podczas nagrywania? Może zespół zaliczył jakieś wpadki? Zapis pierwszego setu z 1 stycznia prawdopodobnie również jest wybrakowany - niektóre źródła podają, że w jego trakcie został zagrany także "Hear My Train' a Comin'", choć nie jest to potwierdzona informacja. Za to ostatni występ trafił tu najprawdopodobniej w całości. W kompaktowej wersji boksu jako jedyny został zamieszczony na dwóch płytach, a nie jednej.

Najciekawiej pod względem repertuaru prezentował się pierwszy set z pierwszego dnia - choć nie dla osób, które przyszły na koncert, by posłuchać przebojów. Trio zaprezentowało wyłącznie utwory, które jeszcze nie pojawiły się na żadnym wydawnictwie sygnowanym nazwiskiem Hendrixa. Blisko połowa z nich była już wcześniej grana na żywo, podczas gdy inne miały koncertową premierę właśnie tego dnia ("Changes", "Machine Gun", "Ezy Ryder", "Burning Desire"). Repertuaru dopełniły dwie przeróbki (grany już wcześniej "Bleeding Heart" Elmore'a Jamesa i zaprezentowany po raz pierwszy "Stop" Howarda Tate'a). Podczas kolejnego setu zespół powtórzył wszystkie z premierowych utworów (włącznie z "Stop"), wprowadzając do repertuaru jeszcze dwie nowości ("Who Knows" i "Stepping Stone"). Jednak poza nimi wykonał wiele popularnych, wydanych na płytach kawałków, jak "Fire", "Stone Free" (w świetnej, rozbudowanej do ponad 17 minut wersji, wzbogaconej cytatami z "Sunshine of Your Love" Cream i własnego "Outside Woman Blues"), "Foxy Lady", "Voodoo Child (Slight Return)" i "Purple Haze", czy znany już z występu na Woodstocku "Message to Love" (płytowa premiera tej kompozycji odbyła się dopiero na "Band of Gypsys"), a całości dopełniła instrumentalna przeróbka noworocznej piosenki "Auld Lang Syne". Trzeci występ - pierwszy drugiego dnia - składał się wyłącznie z utworów granych już poprzedniego dnia, ale trio znów skupiło się na mniej znanych kompozycjach (robiąc wyjątek dla "Foxy Lady"). Podczas ostatniego występu znów zagrano więcej powszechnie znanych przebojów ("Stone Free", "Message to Love", "Voodoo Child (Slight Return)", "Hey Joe", "Purple Haze" czy przeróbkę "Wild Things" The Troggs, którą Jimi wykonał już chociażby podczas pamiętnego występu na Monetey Pop Festival w 1967 roku), ale pojawiła się też kolejna premiera ("We Gotta Live Together") i zagrana tylko wtedy przeróbka "Steal Away" Jimmy'ego Hughesa.

No dobra, to w końcu ile utworów z "Songs for Groovy Children" jest unikalnych dla tego wydawnictwa? Tak naprawdę, jedynie osiem nie zostało dotąd wydane w żadnej formie, a dwa kolejne - "Changes" i "Earth Blues" z trzeciego setu - pojawiły się wyłącznie w filmowej rejestracji. Wśród tej premierowej ósemki przeważają kompozycje doskonale znane z innych wykonań: "Ezy Ryder", "Changes", "Message to Love" i "Stop" z drugiego występu, a także "Lover Man", "Hey Joe" i "Purple Haze" z ostatniego. Oczywiście, sam fakt, że są to inne wykonania, zmienia wszystko w przypadku muzyki w znacznej mierze opartej na jamowaniu. A tak właśnie grał Band of Gypsys, osiągając wyżyny rockowej improwizacji. Nawet "Hey Joe", który nigdy mnie nie przekonywał, tutaj wypada całkiem zacnie, choć kawałek ten niespecjalnie pasuje do tego składu. Najbardziej ekscytującą informacją była jednak obecność utworu, który dotąd w żadnej wersji nie zagościł w dyskografii Hendrixa. Do czasu ogłoszenia zawartości "Songs for Groovy Children" mało kto zdawał sobie w ogóle sprawę, że muzyk go kiedykolwiek wykonywał. Mowa oczywiście o wspomnianym już wyżej "Steal Away" - wolnym bluesie zaśpiewanym przez Milesa (perkusista pełni rolę głównego wokalisty także we wszystkich wersjach "Stop" oraz swoich autorskich "Changes" i "We Gotta Live Together", a ponadto często wspiera Jimiego soulowymi chórkami). Zdecydowanie nie jest to jeden z najbardziej porywających fragmentów całości - zespół gra tutaj tak strasznie przewidywalnego i schematycznego bluesa, że aż wstyd. Po takich improwizatorach oczekuję znacznie więcej.

"Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts" pozostawia mieszane odczucia. Trudno przyczepić się do tego, co na scenie zaprezentował zespół. Repertuar wybrano świetny, zarówno jeśli chodzi o kawałki z wcześniejszego dorobku Hendrixa, przeróbki (z wyjątkiem "Steal Away"), jak i premierowy materiał, który moim zdaniem przewyższa dużą część tego, co ukazało się wcześniej na płytach gitarzysty. A wykonanie jest fenomenalne - naprawdę niewiele rockowych zespołów (nie licząc tych progresywnych i awangardowych) potrafiło osiągnąć taki poziom. Niewątpliwie cieszy, że w końcu zebrano wszystkie te utwory w jednym miejscu (dodając kilka wcześniej niepublikowanych), podobnie jak to, że w końcu można usłyszeć niektóre z nich w pełnych wersjach, a dużą część ze znacznie lepszym brzmieniem (przede wszystkim w porównaniu z "Live at the Fillmore East"). Z drugiej strony, mam też pewne zastrzeżenia. Rozczarowuje na pewno brak kilku nagrań. Ponadto, obszerność (i cena) tego boksu sprawiają, że jest to typowe wydawnictwo wyłącznie dla najzagorzalszych fanów artysty, którzy muszą mieć na półce wszystko, nawet jeśli znaczna część tego będzie się tylko kurzyć. Nie podoba mi się też to, jak potraktowano wszystkich - w tym i mnie - którzy zakupili "Machine Gun: The Fillmore East First Show", dając im do wyboru albo ponowne zapłacenie za dokładnie ten sam materiał, albo dalsze czekanie, aż zapisy pozostałych trzech występów ukażą się osobno, jeśli w ogóle zostaną tak wydane. Podsumowując - muzyczna zawartość zasługuje na najwyższą ocenę, ale forma jej wydania jest daleka od doskonałości.

Ocena: 8/10



Jimi Hendrix - "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts" (2019)

CD1 (12/31/69 1st Set): 1. Power of Soul; 2. Lover Man; 3. Hear My Train a Comin'; 4. Changes; 5. Izabella; 6. Machine Gun; 7. Stop; 8. Ezy Ryder; 9. Bleeding Heart; 10. Earth Blues; 11. Burning Desire
CD2 (12/31/69 2nd Set): 1. Auld Lang Syne; 2. Who Knows; 3. Fire; 4. Ezy Ryder; 5. Machine Gun; 6. Stone Free; 7. Changes; 8. Message to Love; 9. Stop; 10. Foxy Lady
CD3 (1/1/70 1st Set): 1. Who Knows; 2. Machine Gun; 3. Changes; 4. Power of Soul; 5. Stepping Stone; 6. Foxy Lady; 7. Stop; 8. Earth Blues; 9. Burning Desire
CD4 (1/1/70 2nd Set, Part I): 1. Stone Free; 2. Power of Soul; 3. Changes; 4. Message to Love; 5. Machine Gun; 6. Lover Man; 7. Steal Away; 8. Earth Blues
CD5 (1/1/70 2nd Set, Part II): 1. Voodoo Child (Slight Return); 2. We Gotta Live Together; 3. Wild Thing; 4. Hey Joe; 5. Purple Haze

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - gitara basowa, dodatkowy wokal; Buddy Miles - perkusja, wokal, dodatkowy wokal
Producent: Janie Hendrix, Eddie Kramer i John McDermott



Bonus: setlisty wszystkich czterech występów Band of Gypsys w Fillmore East. Pogrubienie tytułu oznacza, że dany utwór jest obecny na "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts". W nawiasach kwadratowych podano wcześniejszą dostępność.

31 grudnia 1969 - pierwszy występ [w całości wydany na "Machine Gun: The Fillmore East First Show"]:

Power of Soul
Lover Man
Hear My Train a Comin' ["Band of Gypsys 2", "Live at the Fillmore East"]
Changes ["Live at the Fillmore East"] 
Izabella ["Live at the Fillmore East"]
Machine Gun
Stop
Ezy Ryder
Bleeding Heart
Earth Blues
Burning Desire

31 grudnia 1969 - drugi występ:

Auld Lang Syne ["Live at the Fillmore East"] 
Who Knows ["Live at the Fillmore East"] 
Stepping Stone
Burning Desire
Fire ["West Coast Seattle Boy"]
Ezy Ryder
Machine Gun ["Live at the Fillmore East"]
Power of Soul
Stone Free ["West Coast Seattle Boy"]
Changes
Message to Love
Stop
Foxy Lady ["West Coast Seattle Boy"]
Voodoo Child (Slight Return)
Purple Haze

1 stycznia 1970 - pierwszy występ:

Who Knows ["Band of Gypsys"]
Machine Gun ["Band of Gypsys"]
Changes ["Hendrix: Band of Gypsys" DVD]
Power of Soul ["Live at the Fillmore East"]
Stepping Stone ["Live at the Fillmore East"]
Foxy Lady ["Band of Gypsys 2"]
Stop ["Band of Gypsys 2", "Live at the Fillmore East"]
Hear My Train' a Comin'
Earth Blues ["Hendrix: Band of Gypsys" DVD]
Burning Desire ["Live at the Fillmore East"]

1 stycznia 1970 - drugi występ:

Stone Free ["Live at the Fillmore East"]
Power of Soul ["Band of Gypsys"]
Changes ["Band of Gypsys"]
Message to Love ["Band of Gypsys"]
Machine Gun ["Live at the Fillmore East"]
Lover Man
Steal Away
Earth Blues ["Live at the Fillmore East"]
Voodoo Child (Slight Return) ["Live at the Fillmore East"]
We Gotta Live Together ["Band of Gypsys", "Live at the Fillmore East"]
Wild Thing ["Live at the Fillmore East"]
Hey Joe
Purple Haze