17 sierpnia 2019

[Recenzja] Magma - "Live" (1975)



Pierwszy koncertowy album Magmy został zarejestrowany podczas występów w paryskim Taverne de l'Olympia, odbywających się w dniach 1-5 czerwca 1975 roku. Zespół promował wówczas swoje najnowsze studyjne dzieło, "Köhntarkösz", jednak w międzyczasie znacząco zmienił się skład. Z muzyków, biorących w nagraniu tamtego albumu, przetrwali tylko Christian i Stella Vanderowie oraz Klaus Blasquiz. Miejsce pozostałych instrumentalistów zajęli: klawiszowcy Benoit Widemann i Jean-Pol Asselin, gitarzysta Gabriel Federow i basista Bernard Paganotti. Ponadto skład zasilił grający na skrzypcach Didier Lockwood - wówczas mało znany, obecnie uznawany za jednego z najlepszych jazzowych skrzypków.

Na dwupłytowy album trafiło pięć utworów, których część tytułów wydaje się jakby znajoma, ale jakoś tak nie do końca. Zespół nie mógł wykorzystać oryginalnej pisowni z przyczyn prawnych, gdyż "Live" ukazał się dla innej wytwórni, niż wcześniejsze wydawnictwa. I dlatego pod nazwą "Köhntark" kryje się tytułowa kompozycja z "Köhntarkösz", "Kobah" to "Kobaïa" z eponimicznego debiutu, a "Mëkanïk Zaïn" to wariacja na temat fragmentu "Mekanïk Destruktïẁ Kommandöh" (a konkretnie części "Nebëhr Gudahtt" i "Mekanïk Kommandöh"). Jedynymi faktycznie nowymi kompozycjami są "Lïhns" i "Hhaï" (ta druga doczekała się studyjnej rejestracji w 2009 roku, jako cześć utworu "Ëmëhntëhtt-Ré").

W przypadku utworów mających już wcześniej premierę w wersjach studyjnych, zespół nie próbuje odgrywać ich wiernie, lecz podchodzi do nich w bardziej swobodny sposób. Wiele zmienia sama obecność nowych muzyków. Na pierwszy plan często wysuwają się skrzypce Lockwooda - instrument wcześniej nieobecny w twórczości grupy, znacznie większą rolę odgrywa elektryczne pianino, natomiast gra nowego gitarzysty jest dość powściągliwa, lecz również istotna dla brzmienia. Ta wersja Magmy przypomina trochę Mahavishnu Orchestra lub koncertowe oblicze King Crimson z okresu 1972-74. Ale tylko na zasadzie luźnych skojarzeń, pewnych wspólnych cech, a nie kopiowania tamtych grup. Zespół nie traci tu własnej tożsamości. Charakterystyczne dla zeuhlu partie wokalne i gra sekcji rytmicznej są na swoim miejscu.

Wspaniale wypada tutejsze wykonanie "Köhntarkösz". Doskonale odnalazł się w nim Lockwood, zarówno w tych mocniejszych fragmentach, podkreślając ich gwałtowność, jak i w tych nastrojowych, nadając im jeszcze bardziej niebiańskiego charakteru. Jeszcze więcej zyskuje w tutejszej wersji "Kobaïa", zupełnie inaczej zaaranżowana za sprawą obecności skrzypiec i elektrycznego pianina zamiast dęciaków i akustycznego pianina, z bardziej finezyjnymi partiami gitary oraz bardziej zakręconą grą basisty. Szkoda tylko, że w połowie siódmej minuty następuje wyciszenie, choć wykonanie wyraźnie trwało dłużej. Rewelacyjnie wypada także "Mëkanïk Zaïn", z dziesięciominutową, w pełni instrumentalną improwizacją na bazie "Nebëhr Gudahtt", płynnie przechodząca w ekspresyjne wykonanie "Mekanïk Kommandöh". Mniej tutaj, w porównaniu ze studyjnym pierwowzorem, odniesień do Orffa czy Stawińskiego, zamiast czego otrzymujemy świetny, natchniony popis zespołowej interakcji, porównywalny wręcz ze składami jazzowymi. A nowe kompozycje? "Lïhns" to bardzo ładny, nastrojowy utwór, tylko jakoś tak dziwnie się urywający na koniec. Przepięknie rozwija się natomiast "Hhaï", początkowo również nastrojowy, ale stopniowo nabierający na sile, dzięki budującym napięcie partiom skrzypiec i coraz intensywniejszej grze sekcji rytmicznej. Są tu też udane solówki na elektrycznym pianinie i gitarze. Aż dziwne, że tak wspaniały utwór - jeden z najlepszych w całej twórczości zespołu! - doczekał się studyjnej rejestracji dopiero trzy dekady później.

"Live" to wydawnictwo, na którym wciąż doskonale słychać ogromne, jak na zespół rockowy, umiejętności Christiana Vandera i wspierających go muzyków, a z drugiej strony, jak na Magmę, jest to całkiem przystępne granie, bliższe głównego nurtu rocka progresywnego czy jazz rocka. To wciąż ambitne, wyrafinowane granie, ale już nie tak hermetyczne - elementy rockowe, a w mniejszym stopniu jazzowe, dominują tutaj nad wpływami współczesnej muzyki poważnej i awangardowej. I z tego właśnie względu, jest to doskonałe wydawnictwo na początek znajomości z Magmą. Mnie właśnie ten album przekonał do grupy, której wcześniej nie rozumiałem. Ale nawet teraz, gdy doceniłem i polubiłem "Mekanïk Destruktïw Kommandöh", "Köhntarkösz" czy "Ëmëhntëhtt-Ré", wciąż uważam "Live" za jedno z najwspanialszych osiągnięć zespołu.

Ocena: 10/10



Magma - "Live" (1975)

LP1: 1. Köhntark (Part One); 2. Könntark (Part Two)
LP2: 1. Kobah; 2. Lïhns; 3. Hhaï; 4. Mëkanïk Zaïn

Skład: Klaus Blasquiz - wokal; Stella Vander - wokal; Didier Lockwood - skrzypce; Benoit Widemann - instr. klawiszowe; Jean-Pol Asseline - instr. klawiszowe; Gabriel Federow - gitara; Bernard Paganotti - bass; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Giorgio Gomelsky


16 sierpnia 2019

[Recenzja] McCoy Tyner - "Sahara" (1972)



"Sahara" to album, dzięki któremu McCoy Tyner na dobre wyszedł z cienia Johna Coltrane'a. Oczywiście, pianista już wcześniej wydawał artystycznie udane dzieła (jak opisany już przeze mnie "The Real McCoy"), jednak dopiero niniejsze wydawnictwo zwróciło na niego większą uwagę. Album sprzedał się w ponad stu tysiącach egzemplarzach i był nominowany w dwóch kategoriach do nagrody Grammy. Co należy uznać za naprawdę wielki sukces, szczególnie biorąc pod uwagę, że zdecydowanie nie jest to muzyka o komercyjnym charakterze.

Materiał na longplay został zarejestrowany w styczniu 1972 roku w nowojorskim Decca Recording Studio, a wydany pół roku później nakładem Milestone. W sesji uczestniczyli również: saksofonista Sonny Fortune (najbardziej znany z późniejszej współpracy z Milesem Davisem - można go usłyszeć na "Big Fun", "Get Up with It", "Agharta" i "Pangaea"), perkusista Alphonse Mouzon (znany chociażby z eponimicznego debiutu Weather Report czy świetnego albumu solowego "Mind Transplant"), a także praktycznie anonimowy basista Calvin Hill (później współpracował m.in. z Pharoahem Sandersem i Maxem Roachem). Wszystkie nagrania zostały skomponowane przez Tynera.

Utwory są ciekawie zróżnicowane. Album zaczyna się od dziewięciominutowego "Ebony Queen" z chwytliwym, ale niebanalnym tematem, rozbudowanymi solówkami Fortune'a na saksofonie sopranowym i Tynera na pianinie, a także intensywną, ale finezyjną grą Mouzona. Muzycy grają jak natchnieni, w niemalże uduchowiony sposób. Nie mniej udanie wypada "A Prayer for My Family", zagrany wyłącznie na pianinie, ciekawie urozmaicającego swoją grę. Zaskoczeniem przy pierwszym odsłuchu może być natomiast "Valley of Life", który za sprawą partii Tynera na koto (japońskim instrumencie widocznym na okładce) i Fortune'a na flecie, nabiera prawdziwie mistycznego charakteru. "Rebirth" to dla odmiany bardziej ekspresyjne granie, z bardziej uwypukloną rolą sekcji rytmicznej, szybkimi partiami pianina i agresywnymi, freejazzowymi solówkami na saksofonie altowym. Ponad 23-minutowy utwór tytułowy, samodzielnie zajmujący całą drugą stronę winylowego wydania, to jakby podsumowanie całości: swobodna, natchniona improwizacja, pełna ekspresji, ale raczej kierująca się w stronę bardziej uduchowionego post-bopu, niż freejazzowej agresji. Zespołowa interakcja jest tu na wysokim poziomie, a każdy muzyk ma wiele okazji do zaprezentowania własnych pomysłów, nie tylko za pomocą swojego podstawowego instrumentu.

Album "Sahara" powszechnie uznawany jest za jedno z największych solowych osiągnięć McCoya Tynera. I nie ma w tym w ogóle przesady. To naprawdę świetny album rozwijający pewne koncepcje zaproponowane przez Johna Coltrane'a, ale robiący to w sposób bardzo kreatywny, a nie odtwórczy. Pianista zresztą po raz kolejny udowodnił, ze postrzeganie go wyłącznie jako byłego współpracownika wielkiego saksofonisty jest błędem, bo sam też jest zdolnym kompozytorem i liderem umiejącym poprowadzić zespół na artystyczne wyżyny. I przy okazji odnieść sukces komercyjny.

Ocena: 8/10



McCoy Tyner - "Sahara" (1972)

1. Ebony Queen; 2. A Prayer for My Family; 3. Valley of Life; 4. Rebirth; 5. Sahara

Skład: McCoy Tyner - pianino, koto (3), flet (5), instr. perkusyjne (5); Sonny Fortune - saksofon sopranowy (1,5), flet (3,5), saksofon altowy (4); Calvin Hill - kontrabas (1,3-5), instr. dęte (3,5), instr. perkusyjne (3,5); Alphonse Mouzon - perkusja i instr. perkusyjne (1,3-5), trąbka (5)
Producent: Orrin Keepnews


15 sierpnia 2019

[Recenzja] Tangerine Dream - "Cyclone" (1978)



Peter Baumann definitywnie opuścił Tangerine Dream w 1977 roku. Stało się to wkrótce po zakończeniu amerykańskiej trasy i zmiksowaniu zarejestrowanej w jej trakcie koncertówki "Encore". Edgar Froese wykorzystał chwilową przerwę w działalności zespołu na nagranie swojego czwartego albumu solowego, "Ages". Podczas sesji, trwającej od sierpnia do listopada, wsparł go jedynie perkusista Klaus Krüger. Sprawdził się na tyle dobrze, że został przyjęty do Tangerine Dream. Miejsce Baumanna zajął natomiast brytyjski multiinstrumentalista Steve Jolliffe, który przewinął się już przez skład niemieckiej grupy niedługo po jej powstaniu. Wkrótce jednak wrócił do swojej ojczyzny, gdzie na krótko zasilił skład bluesrockowego Steamhammer (wziął udział w nagraniu albumu "Mk II"), a następnie zajął się tworzeniem muzyki stockowej. Ponowne zaproszenie do Tangerine Dream, mającego już wówczas ugruntowaną pozycję, było dla niego szansą, by zyskać szersza popularność.

Niestety, zarejestrowany w styczniu 1978 roku album "Cyclone" spotkał się raczej z chłodnym przyjęciem fanów i krytyków. Zarzuty kierowano zwłaszcza przeciw Jollliffemu, którego rola nie ogranicza się tu tylko do grania na różnych instrumentach klawiszowych, ale także do gry na licznych instrumentach dętych i... śpiewu. "Cyclone" jest bowiem pierwszym albumem Tangerine Dream na którym pojawiły się regularne partie wokalne i teksty. Zarówno to, jak również dodanie perkusji i rosnąca rola gitary Froese'a, sprawia, że muzyka zespołu zbliżyła się do głównego nurtu rocka progresywnego, a zwłaszcza do twórczości Pink Floyd. Tym samym grupa zatoczyła koło. O ile jednak w pierwszych latach działalnością główną inspiracją był eksperymentalny "A Saucerful of Secrets", tak "Cyclone" wywołuje raczej skojarzenia z "Wish You Were Here". Tak naprawdę nie powinno to być zaskoczeniem, bo już wcześniejszy "Stratosfear" stanowi wyraźną zapowiedź tego kierunku. "Cyclone" ukazał się jednak w nieco innej muzycznej rzeczywistości, gdy krytycy i cześć słuchaczy zachłysnęli się punk rockiem, co niewątpliwie wpłynęło na odbiór tego albumu. Jolliffe miał jednak wyrzuty sumienia, że to przez niego zespół traci popularność i postanowił z niego odejść.

Longplay składa się z trzech, w większości rozbudowanych utworów. Trzynastominutowy "Bent Cold Sidewalk" rozpoczyna się od przetworzonego wokalu, a po chwili podąża w zdecydowanie rockowe rejony, z podniosłymi partiami klawiszy i mocną, ale dość finezyjną perkusją, stanowiącymi podkład dla partii wokalnej. Jolliffe zdecydowanie nie jest szczególnie uzdolnionym wokalistą, natomiast barwa jego głosu może kojarzyć się z Rogerem Watersem wymieszanym z Jonem Andersonem. W piątej minucie zaczyna się część instrumentalna, oparta na typowej dla wcześniejszych dokonań zespołu, zapętlonej elektroniki, stanowiącej jednak podkład głównie dla solówek fletu i innych dęciaków, ale też syntezatorów. I efekt jest naprawdę intrygujący (nie licząc dość kuriozalnych wstawek wokalnych). Ostatnie minuty to powrót do podniosłego, rockowego grania.

Pięciominutowy "Rising Runner Missed by Endless Sender" to nagranie o quasi-piosenkowym charakterze, z dużą ilością śpiewu, tym razem naprawdę kiepskiego. Jednak warto zwrócić uwagę na warstwę instrumentalną, z minimalistycznymi partiami gitary, syntezatorów, perkusji i elektronicznego basu, które nie są wcale dużo odległe od stylistyki synth-punku. Dwudziestominutowy "Madrigal Meridian" jest już bliższy wcześniejszej twórczości zespołu. Ten w pełni instrumentalny utwór składa się z kilku części: ambientowo-kosmicznego wstępu, przyśpieszenia z ostinatową elektroniką i perkusją, stanowiącymi podkład dla klawiszowych i gitarowych solówek, a także klimatycznej końcówki, zawierającej m.in. partie fletu i klawinetu. Może ogólny zamysł wydaje się trochę niejasny - bo równie dobrze mogłyby to być trzy różne utwory - ale to i tak najlepsze tutaj nagranie, pozbawione jakiś niepotrzebnych elementów.

Podzielam wiele zarzutów, jakie w przeszłości pojawiły się wobec "Cyclone". W kwestii brzmień elektronicznych zespół nie zaprezentował tutaj niczego nowego, jedynie powtarza pomysły stosowane już od czasu "Phaedry". Dodanie partii wokalnych to zabieg zupełnie niepotrzebny. Do tej pory muzyka Tangerine Dream doskonale broniła się bez nich, a wokalnym umiejętnościom Jolliffe'a można wiele zarzucić. Zbliżenie się do prog-rockowego mainstreamu raczej też nie wyszło na dobre (grupa zaczęła tracić własną tożsamość i unikalność), choć sam pomysł rozszerzenia instrumentarium był świetny - mam tylko wrażenie, że nie wykorzystano w pełni możliwości, jakie to dawało. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie sposób zaprzeczyć, że "Cyclone" ustępuje kilku wcześniejszym albumom Tangerine Dream. Ale tak naprawdę, jest to wciąż ciekawe granie. A największą zaletą tego materiału jest to, że może być dobrym wprowadzeniem do muzyki elektronicznej dla rockowych słuchaczy znajdujących się na etapie Pink Floyd.

Ocena: 7/10



Tangerine Dream - "Cyclone" (1978)

1. Bent Cold Sidewalk; 2. Rising Runner Missed by Endless Sender; 3. Madrigal Meridian

Skład: Edgar Froese - syntezatory, melotron, gitara; Christopher Franke - syntezatory, melotron, elektroniczna perkusja; Steve Jolliffe - flet, rożek angielski, klarnet basowy, lyricon, klawinet, syntezatory, fortepian, elektryczne pianino, wokal; Klaus Krüger - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tangerine Dream


14 sierpnia 2019

[Recenzja] Tool - "Lateralus" (2001)



Jedno trzeba przyznać grupie, nawet jeśli kompletnie nic nie znajduje się w jej twórczości. Muzycy niezwykle dbają o aspekt wizualny. Oprawa graficzna albumów i koncertów, teledyski - wszystko jest dokładnie dopracowane. Pod tym względem Tool nie ustępuje największym grupom progresywnym. Wystarczy spojrzeć na kompaktowe wydanie "Lateralus". Pudełko zapakowano w czarne, półprzeźroczyste etui (na nim znajdują się wszystkie informacje - jak nazwa wykonawcy, tytuł albumu, lista utworów i nazwiska zaangażowanych osób - nigdzie więcej nie powtórzone), a książeczkę wydrukowano na przeźroczystej folii, dzięki czemu można stopniowo wnikać w kolejne warstwy psychodelicznej grafiki. Aż chciałoby się postawić ten album na półce ze względu na samo wydanie.

Ale sama muzyczna zawartość też prezentuje się całkiem interesująco. Ok, zespół (ponownie wsparty przez producenta Davida Bottrilla) znów przegiął z długością, wypełniając po brzegi płytę kompaktową, umieszczając po drodze kilka ewidentnych zapychaczy. Przede wszystkim miniatury "Eon Blue Apocalypse", "Mantra" i "Faaip de Oiad", które nic nie wnoszą do całości. Ale przynajmniej pasują do niej klimatem, nie są tak oderwane od wszystkiego, jak te z "Ænimy". W ciągu tych pięciu lat, dzielących oba albumy, zespół poczynił znaczne postępy. Przede wszystkim nauczył się przekuwać swoje ograniczenia w zalety. Instrumentarium wciąż nie wykracza poza gitarę, bas i perkusję, ale więcej tu kombinowania z brzmieniem (gitara czasem brzmi jak klawisze), dzięki czemu trochę więcej tu różnorodności. A do tego w poszczególnych utworach często dzieje się naprawdę sporo. Struktury są złożone, ale logiczne. Wyróżnić trzeba przede wszystkim takie nagrania, jak "The Grudge", "The Patient", "Schism", "Parabola", tytułowy "Lateralus", a także "Reflection". Ciężkie, nowoczesne brzmienie, na miarę XXI wieku, ale też bardziej klimatyczne momenty wytchnienia, całkiem pomysłowe partie uzupełniających się gitar, niebanalna perkusja i perkusjonalia, a także zróżnicowane partie wokalne - to właśnie można w nich znaleźć. A choć powstały z tych samych elementów, to nie brakuje w nich wystarczająco wyrazistych momentów, by je odróżnić. Są też utwory, w których zespół całkiem rezygnuje z metalowego ciężaru, stawiając na nastrojowe budowanie klimatu - z lepszym ("Disposition") lub mniej przekonującym efektem (nudnawy "Parabol"). Skoro mowa o słabszych momentach, to zalatujący nu metalem, nieuzasadnienie długi "Ticks & Leeches" i toporny instrumental "Triad" są tu zdecydowanie zbędne i znacząco zaniżają poziom.

"Lateralus" zdecydowanie lepiej prezentowałby się w takiej formie:



I to byłby album na solidne 8/10.

Zespół na "Lateralus" zaprezentował muzykę, która faktycznie ma wiele wspólnego z prawdziwą istotą rocka progresywnego - odejściem od utartych schematów, wyraźnym rozwojem (zarówno w kontekście własnej twórczości, jak i metalowej stylistyki) oraz na tyle unikalnym stylem, że nie dającym się pomylić z innym wykonawcą. Muzykom przydałoby się jednak więcej umiaru i bardziej krytycznego spojrzenia na swoje nagrania. Zamiast wrzucać na płytę wszystko, co udało się im nagrać, powinni dokonywać jakiejś selekcji materiału. Przesłuchanie któregokolwiek albumu Tool w całości za jednym podejściem to ogromne wyzwanie chyba dla każdego, kto nie jest ślepo oddanym fanem. Najdłuższy w dotychczasowej dyskografii "Lateralus" zdecydowanie nie jest tu wyjątkiem, choć zawiera najmniej niepotrzebnych wypełniaczy.

Ocena: 7/10



Tool - "Lateralus" (2001)

1. The Grudge; 2. Eon Blue Apocalypse; 3. The Patient; 4. Mantra; 5. Schism; 6. Parabol; 7. Parabola; 8. Ticks & Leeches; 9. Lateralus; 10. Disposition; 11. Reflection; 12. Triad; 13. Faaip de Oiad

Skład: Maynard James Keenan - wokal; Adam Jones - gitara; Justin Chancellor - bass; Danny Carey - perkusja i instr. perkusyjne, sample
Gościnnie: Eric Anest - elektronika (12)
Producent: David Bottrill i Tool


13 sierpnia 2019

[Recenzja] Anthony Williams - "Life Time" (1964)



W grudniu 1964 roku Tony Williams skończył dopiero dziewiętnaście lat. W niektórych stanach USA wciąż nie mógł kupić legalnie alkoholu (co zresztą stwarzało problemy podczas występów w lokalach, które alkohol sprzedawały). Cieszył się już za to sławą niezwykle utalentowanego bębniarza. A na koncie miał już nagrania m.in. u boku Grachana Moncura III ("Evolution"), Erica Dolphy'ego ("Out to Lunch!"), Herbiego Hancocka ("My Point of View", "Empyrean Isles"), Sama Riversa ("Fuchsia Swing Song") i przede wszystkim Milesa Davisa, jako stały członek jego nowego zespołu, wkrótce nazwanego Drugim Wielkim Kwintetem. Zdążył też przygotować jeden album pod swoim nazwiskiem, wydany właśnie w 1964 roku, nakładem Blue Note, pod tytułem "Life Time".

Nagrania na longplay odbyły się 21 i 24 sierpnia 1964 roku, oczywiście w Van Gelder Studio. Pierwszego dnia perkusiście towarzyszył saksofonista Sam Rivers oraz basiści Richard Davis i Gary Peacock. Drugiego dnia wsparli go zupełnie inni muzycy: Bobby Hutcherson, a także dwaj koledzy z kwintetu Milesa, Herbie Hancock i Ron Carter. Kompozytorem całego materiału jest Tony Williams. Ale tak naprawdę nie o kompozycje tutaj chodzi, bo tematy są często dość szczątkowe, o ile w ogóle można się ich doszukać. "Life Time" to przede wszystkim niezwykle kreatywne wykonanie, właściwie nie freejazzowe, ale bardzo swobodne, świadomie odchodzące od bopowej konwencji i schematów.

Z pierwszego dnia sesji pochodzą przede wszystkim dwie odsłony "Two Pieces of One", trwające w sumie prawie dziewiętnaście minut i wypełniające całą stronę A winylowego wydania. W pierwszej z nich, "Red", istotną rolę odgrywają partie dwóch kontrabasistów, używających różnych technik gry, ekspresyjne solówki Riversa, a także pomysłowa gra Williamsa. "Green" to już przede wszystkim nie mniej kreatywny popis ostatniej dwójki, z niewielkim udziałem kontrabasów. Bardzo awangardowe i odważne to granie. "Tomorrow Afternoon", zarejestrowany bez udziału Richarda Davisa, to już bardziej przystępne nagranie, bliskie bopowej tradycji. Co nie znaczy, że całkiem konwencjonalne. Williams i Peacock swingują, ale bardzo finezyjnie, nie unikając różnych urozmaiceń. Rivers gra bardziej melodyjnie, ale na granicy tonalności. Zwłaszcza w drugiej połowie muzycy się rozkręcają i grają naprawdę ekspresyjnie.

Nie mniej ciekawie prezentują się nagrania z drugiego dnia sesji. Szczególnie ośmiominutowy "Memory" - swobodna, abstrakcyjna improwizacja, oparta na dźwiękach perkusji i perkusjonalii Williamsa, wibrafonu i marimby Hutchersona oraz pianina Hancocka. Najbardziej zaskakującym utworem jest jednak finałowy "Barb's Song to the Wizard", nagrany bez udziału... lidera. To duet Hancocka i Cartera. Pierwszy gra bardzo ładne dźwięki na pianinie, podczas gdy drugi dodaje bardziej awangardowe partie kontrabasu. Williams wyszalał się w poprzednich utworach, tę kompozycję oddał natomiast swoim starszym kolegom, co było doskonalą decyzją, bo po prostu perkusja nie jest tu w ogóle potrzebna.

"Life Time" to niezwykle kreatywny popis młodego perkusisty, zachwycającego z jednej strony swoją wyrafinowaną, potężną grą, a z drugiej odważnym, niekonwencjonalnym materiałem. Oczywiście, nie można zlekceważyć wkładu pozostałych wybitnych instrumentalistów, jacy się tutaj udzielają (choć trochę szkoda, że w żadnym utworze nie gra więcej, niż trzech z nich), jednak to Tony Williams jest tu centralną postacią, nawet gdy jego rola ogranicza się tylko do wskazówek dla innych muzyków, jak w ostatnim utworze. Błyskotliwy debiut wybitnego muzyka, nie będącego już wprawdzie debiutantem, ale stojącego dopiero u samego progu wspaniałej kariery.

Ocena: 9/10



Anthony Williams - "Life Time" (1964)

1. Two Pieces of One: Red; 2. Two Pieces of One: Green; 3. Tomorrow Afternoon; 4. Memory; 5. Barb's Song to the Wizard

Skład: Tony Williams - perkusja i instr. perkusyjne (1-4); Sam Rivers - saksofon tenorowy (1-3); Gary Peacock - kontrabas (1-3); Richard Davis - kontrabas (1,2); Bobby Hutcherson - wibrafon i marimba (4); Herbie Hancock - pianino (4,5); Ron Carter - kontrabas (5)
Producent: Alfred Lion


12 sierpnia 2019

[Recenzja] King Gizzard & the Lizard Wizard - "Infest the Rats' Nest" (2019)



King Gizzard & the Lizard Wizard na swoim drugim tegorocznym albumie, "Infest the Rats' Nest", postanowili zmierzyć się ze stylistyką odległą od wszystkiego, czego próbowali wcześniej. Zresztą nie pierwszy raz w swojej karierze. Tym razem nie porwali się jednak na coś, co z dużym prawdopodobieństwem by ich przerosło (jak próba grania jazz rocka na wydanym dwa lata temu "Sketches of Brunswick East"). Wręcz przeciwnie. Sięgnęli po stylistykę, z którą żaden muzyk nie powinien mieć większych problemów. Nawet nie trzeba było angażować wszystkich członków septetu - w sesji wzięło udział tylko trzech muzyków: śpiewający gitarzysta / basista Stu Mackenzie, gitarzysta / basista Joey Walker i perkusista Michael Cavanagh. Trio postanowiło zmierzyć się z thrash metalem.

Wydany już parę miesięcy temu singiel "Planet B" prezentuje się nawet nieźle. Oprócz typowo thrashowej pracy gitary i perkusji oraz dostosowanego do tej stylistyki wokalu, pojawiają się tu też fajne zagrywki gitary basowej, a także fragment zaśpiewany w sposób przywołujący na myśl "Flying Microtonal Banana" - jak dotąd jedyny naprawdę udany album zespołu (i tak już pewnie pozostanie). Z dokładnie tych samych elementów składa się drugie singlowe nagranie "Self-Immolate". Za to zarówno trzeci singiel, "Organ Farmer", jak i zdecydowana większość pozostałych kawałków, to już wyłącznie powielanie thrashowych klisz, już bez żadnych prób urozmaicenia własnymi patentami (na upartego można je znaleźć jeszcze w "Hell") Nawet na tak krótkim wydawnictwie, trwającym niewiele ponad pół godziny, taka jednostajność męczy. Pewne urozmaicenie stanowią dwa nagrania: "March for the Rich", w którym pojawiają się nieco lżejsze momenty, trochę w stylu Motörhead (znów fajnie pulsuje bas), a także powolny, stonerowy "Superbug", z fajnym, bluesującym riffem, ale znacznie mniej udaną resztą.

Nie mam pojęcia, po co ten album w ogóle powstał. Z wcześniejszą twórczością grupy ma to tak mało wspólnego, że dotychczasowi odbiorcy prawdopodobnie nie znajdą tu nic dla siebie. Natomiast słuchacze thrash metalu od razu zorientują się, że mają do czynienia z kiepską podróbką - z muzykami, którzy podpatrzyli parę patentów i w kółko je powtarzają w bardzo schematycznych, maksymalnie uproszczonych kawałkach. Jeśli miał to być hołd, to wyszło bardzo ubogo. Jeśli pastisz - to jeszcze bardziej nieudolnie, bo w ogóle nie słychać tu humorystycznego podejścia. A parę fajnych momentów tylko pogłębia rozczarowanie, bo mogłoby być znacznie ciekawiej, gdyby metalowe elementy wzbogaciły wcześniejszy styl, a nie niemal całkiem (w jakiś 99%) go wyparły. Ciekawe, czym jeszcze zespół będzie próbował zaskoczyć? Płytą w stylu disco, nagraną przez pozostałych czterech muzyków?

Ocena: 3/10



King Gizzard & the Lizard Wizard - "Infest the Rats' Nest" (2019)

1. Planet B; 2. Mars for the Rich; 3. Organ Farmer; 4. Superbug; 5. Venusian 1; 6. Perihelion; 7. Venusian 2; 8. Self-Immolate; 9. Hell

Skład: Stu Mackenzie - wokal, gitara, bass; Joey Walker - gitara, bass; Michael Cavanagh - perkusja
Producent: -


11 sierpnia 2019

[Recenzja] Gong - "Live Etc." (1977)



"Live Etc." to uzupełnienie najciekawszego, najbardziej twórczego i kreatywnego okresu w historii grupy Gong. Na dwie płyty winylowe trafiły fragmenty koncertów, sesje radiowe i studyjne odrzuty. Wszystko zarejestrowano pomiędzy czerwcem 1973, a wrześniem 1975 roku, a więc w czasie, gdy powstały dwie ostatnie części trylogii "Radio Gnome Invisible" - "Angel's Egg", "You" - i tuż przed zmianą kierunku na "Shamal". Wydawnictwo doskonale podsumowuje i uzupełnia materiał znany ze studyjnych albumów.

Pierwszą płytę wypełniają głównie nagrania koncertowe z sierpnia i września 1973 roku (odpowiednio we Francji i Szkocji), zarejestrowane w najsłynniejszym składzie grupy, tworzonym przez Daevida Allena, Gilli Smyth, Didiera Malherbe'a, Steve'a Hillage'a, Tima Blake'a, Mike'a Howletta i Pierre'a Moerlena. Repertuar obejmuje zarówno utwory znane z albumów "Camembert Electrique" ("You Can't Kill Me", "Dynamite / I Am Your Animal") i "Flying Teapot" ("Zero the Hero and the Witch's Spell", tytułowy), wszystkie w mniej lub bardziej zmienionych wersjach, jak również melodyjną, ale zwariowaną piosenkę "Est-ce que Je Suis" z niealbumowego singla "Garçon ou fille" (wydanego w 1970 roku tylko we Francji), a także świetny jazzrockowo-psychodeliczno-orientalny jam "6/8 Tune". Brzmienie tych nagrań nie jest najlepsze, ale doskonale uchwycono w nich koncertowe szaleństwo zespołu, słychać też niemałe umiejętności jego członków.

Ten sam skład odpowiada za oba studyjne odrzuty. Zarejestrowany w czerwcu 1973 roku (na kilka miesięcy przed sesją "Angel's Egg") utwór "Ooby-Scooby Doomsday or The D-Day DJ's Got the D.D.T. Blues" to ponoć próba stworzenia przebojowego singla - wyszedł jednak tak pokręcony kawałek, że singiel nigdy się nie ukazał. Nagranie zostało pominięte na kompaktowych reedycjach "Live Etc." (dzięki temu mogły ukazać się na jednej płycie), ale za to dodano je jako bonus na wznowieniach "Angel's Egg". "Where Have All the Flowers Gone?" został z kolei zarejestrowany latem 1974 roku, pod koniec sesji nagraniowej "You". Tutaj zespół był już bliższy stworzenia radiowego kawałka, jednak nagranie nie zostało nigdy ukończone. Ciekawym smaczkiem są bluesowe partie harmonijki.

Świetnie wypadają cztery nagrania ze stycznia 1974 roku dla radia BBC, szczególnie przearanżowane, rozbudowane wersje "Radio Gnome Invisible" i "Inner Temple". Jakość brzmienia tym razem jest niemal doskonała. Pewne zmiany nastąpiły w składzie - Moerlen i Smyth zostali czasowo zastąpieni przez, odpowiednio, Roba Taita i Diane Stewart - ale nie wpływa to znacząco na wykonanie. Za to ze znacznie innym składem mamy do czynienia w czterech ostatnich nagraniach, zarejestrowanych na żywo we wrześniu 1975 roku w londyńskim Marquee Club. Z zespołu na dobre odeszli Allen, Smyth i Blake, doszli Patrice Lemoine, Mireille Bauer i Miquette Giraudy, wrócił Moerlen. Dokładnie ten sam skład zarejestrował później album "Shamal" (aczkolwiek Hillage i Giraudy wystąpili na nim jedynie w roli gości), tutaj jednak prezentuje głównie materiał z "You" ("Isle of Everywhere", "Master Builder" i wariacja na temat początku "You Never Blow Yr Trip Forever", zatytułowana "Get It Inner"), uzupełniając go fragmentem tytułowego nagrania z "Flying Teapot". Zdecydowanie mniej tutaj szaleństwa, za to nie brakuje porywających partii instrumentalnych. Jakość brzmienia, niestety, znów pozostawia trochę do życzenia.

Wielbiciele albumów "Camembert Electrique", "Flying Teapot", "Angel's Egg" i "You" mogą brać to wydawnictwo w ciemno. Wyraźnie inne wersje znanych z nich utworów, a także zupełnie nowe kompozycje, to chyba wystarczający powód. Szkoda tylko, że brzmienie nie zawsze jest równie dobre, co sama muzyka.

Ocena: 8/10



Gong - "Live Etc." (1977)

LP1: 1. You Can't Kill Me; 2. Zero the Hero and the Witch's Spell; 3. Flying Teapot; 4. Dynamite / I Am Your Animal; 5. 6/8 Tune; 6. Est-ce que Je Suis; 7. Ooby-Scooby Doomsday or The D-Day DJ's Got the D.D.T. Blues
LP2: 1. Radio Gnome Invisible; 2. Oily Way; 3. Outer Temple; 4. Inner Temple; 5. Where Have All the Flowers Gone?; 6. Isle of Everywhere; 7. Get It Inner; 8. Master Builder; 9. Flying Teapot (Reprise)

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara (LP1, LP2:1-5); Gilli Smyth - wokal (LP1, LP2:5); Didier Malherbe - saksofony, flet i instr. perkusyjne; Steve Hillage - gitara i wokal; Tim Blake - syntezatory i wokal (LP1, LP2:1-5); Mike Howlett - bass i wokal; Pierre Moerlen - perkusja i instr. perkusyjne (LP1, LP2:5-9); Rob Tait - perkusja i instr. perkusyjne (LP2:1-4); Diane Stewart - wokal i instr. perkusyjne (LP2:1-4); Patrice Lemoine - instr. klawiszowe (LP2:6-9); Mireille Bauer - instr. perkusyjne (LP2:6-9); Miquette Giraudy - wokal (LP2:6-9)
Producent: Mike Howlett i Phil Newell (LP1, LP2:5-9), John Walters (LP2:1-4)


9 sierpnia 2019

[Recenzja] Tool - "Ænima" (1996)



Dokładnie przed tygodniem dyskografia Tool trafiła w końcu na serwisy streamingowe. To zapewne część kampanii promocyjnej zapowiadanego na koniec sierpnia nowego albumu grupy, "Fear Inoculum". Zawsze to jeden news więcej na każdym portalu zajmującym się muzyką. Ale sama inicjatywa godna pochwały. Od teraz nie trzeba już męczyć się na YouTubie, ręcznie przewijając co bardziej denerwujące fragmenty poszczególnych albumów. Wystarczy jedno kliknięcie, by przejść do następnego utworu. Miło. Zwłaszcza, że na bardzo długich albumach grupy nie brakuje zbędnych wypełniaczy. Wyjątkiem bynajmniej nie jest drugie pełnowymiarowe wydawnictwo zespołu, "Ænima". Zespół nie miał żadnej litości dla słuchaczy - umieścił na albumie niemal dokładnie tyle muzyki, ile mieści się na płycie kompaktowej.

W pierwszej kolejności powinny wylecieć stąd wszystkie przerywniki, których zespół nawpychał tu do cholery. Część z nich to ewidentne wygłupy (organowa melodyjka "Intermission", industrialny "Die Eier von Satan" z recytowanym po niemiecku przepisem na ciasto), inne mają zapewne pokazywać ambicje zespołu (oparty na brzmieniu pianina i wokalnych sampli "Message to Harry Manback", elektroniczny "Cesaro Summability"), a pozostałe to... sam szum ("Useful Idiot" i trwający aż cztery minuty "(-) Ions"). W sumie jedenaście zbędnych minut, rozproszonych po całym albumie, kompletnie rujnując jego spójność. Szkoda, że zespół nie podszedł ambitniej do tematu brzmień klawiszowych i humoru, wplatając jedno i drugie w pełnowymiarowe utwory. Takie urozmaicenie mogłoby dać znacznie ciekawszy efekt.

W następnej kolejności pozbyłbym się najdłuższego, czternastominutowego "Third Eye", z mozaikową strukturą, sprawiającą wrażenie kompletnie przypadkowej, jakby zespół wprowadzał kolejne sekcje wyłącznie po to, by były. Im dłużej to trwa, tym bardziej wydaje się pozbawione jakiegokolwiek zamysłu. Może zespół goniły terminy, więc posklejał wszystkie niedokończone utwory w jeden... Odrzuciłbym jeszcze najbardziej metalowy, a tym samym najbardziej zwyczajny "Hooker with a Penis". Razem kolejne osiemnaście minut mniej. Zostałyby niewiele ponad trzy kwadranse, a więc w sam raz na długogrający album. W takiej formie sprawiałby dużo lepsze wrażenie, choć zdecydowanie nie byłby wielkim dziełem.

Aż cztery nagrania promowały album na singlach. "Stinkfist" to jeden z najbardziej zwartych i konwencjonalnych utworów, nie obiegający daleko od stylistyki poprzedniego albumu, choć byłby tam jednym z bardziej wyrazistych momentów. "H." pokazuje zespół od trochę innej strony - bardzo melodyjnej, nieco łagodniejszej brzmieniowo (choć nie brakuje ostrzejszych momentów z gitarowymi sprzężeniami). "Forty Six & 2" oparty jest właściwie na jednym - ale fajnie zakręconym, intensywnym - motywie, jednak granym ze zmiennym natężeniem dźwięku, co daje całkiem ciekawy efekt. To zdecydowanie jeden z najbardziej udanych fragmentów albumu. Na singlu wydany został także prawie-tytułowy "Ænema" - całkiem chwytliwy utwór, o dość zwartej, ale urozmaiconej strukturze. Od singlowych kawałków nie odstaje "jimmy" - niezły melodycznie, niebanalny w warstwie instrumentalnej, ale bez przesadnego, prowadzącego na manowce kombinowania. Dwa pozostałe utwory są już bardziej rozbudowane. W "Eulogy" przez pierwsze dwie i pół minuty zespołowi udaje się budować całkiem wciągający klimat, którego kulminacją jest jednak toporne, metalowe przełamanie w refrenie. Potem jest już dość nierówno. Bardziej przekonujący jako całość jest "Pushit", w którym ciężkie partie gitary lepiej wtapiają się w klimatyczną resztę.

Niewątpliwie zespół poczynił pewne postępy od czasu debiutanckiego "Undertow". A właściwie poczynili je Maynard James Keenan, Adam Jones i Danny Carey. Basista Paul D'Amour nie chciał się rozwijać razem z resztą, więc na jego miejsce ściągnięto nowego muzyka, Justina Chancellora. Odświeżony skład, wsparty przez producenta Davida Bottrilla (który rok wcześniej pracował z King Crimson podczas sesji "THRAK"), nagrał album pokazujący nieco większe ambicje i umiejętności, nieznacznie bogatszy brzmieniowo (pomijając klawisze z miniatur, należy wspomnieć o perkusjonaliach). Utwory są bardziej złożone i dopracowane, a tym samym ciekawsze, choć czasem zbyt przekombinowane lub niedostatecznie przemyślane. Za to nie zlewają się ze sobą tak bardzo, jak te z debiutu. Tool nie rezygnuje jednak z bycia przede wszystkim zespołem metalowym, co mocno go ogranicza - aczkolwiek już w nieco mniejszym stopniu, niż na poprzednim longplayu.

A więc tak: z jednej strony zespół dopracował to, co było fajne na "Undertow" (niebanalne utwory, równouprawnienie pomiędzy wszystkimi instrumentami), zmienił to, co wtedy nie wyszło (małe zróżnicowanie materiału), ale z drugiej strony parę głupot powtórzył z nawiązką (całość jest jeszcze dłuższa) i popełnił kilka nowych (psujące spójność miniatury, trochę niepotrzebnego lub nieudolnego komplikowania). Niech więc będzie taka sama ocena, jaką dostał debiut - chętnie odjąłbym punkt za przegiętą długość, ale biorąc pod uwagę rozwój w słusznym kierunku, głupio byłoby ocenić ten album niżej od poprzedniego.

Ocena: 6/10



Tool - "Ænima" (1996)

1. Stinkfist; 2. Eulogy; 3. H.; 4. Useful Idiot; 5. Forty Six & 2; 6. Message to Harry Manback; 7. Hooker with a Penis; 8. Intermission; 9. jimmy; 10. Die Eier von Satan; 11. Pushit; 12. Cesaro Summability; 13. Ænema; 14. (-) Ions; 15. Third Eye

Skład: Maynard James Keenan - wokal; Adam Jones - gitara; Justin Chancellor - bass; Danny Carey - perkusja i instr. perkusyjne, sample
Gościnnie: David Bottrill - instr. klawiszowe; Eban Schletter - organy (8); Marko Fox - wokal (10); Chris Pitman - syntezator (15)
Producent: David Bottrill


8 sierpnia 2019

[Recenzja] Bobby Hutcherson - "Head On" (1971)



O ile albumom Bobby'ego Hutchersona z lat 60. można zarzucić zbytnie podobieństwo między sobą, tak jego twórczość z początku lat 70. zaskakuje niezwykłą wręcz różnorodnością. Po ambitnym, łączącym spiritual jazz i fusion "Now!", wibrafonista nagrał bardziej komercyjny, jazz-funkowy "San Francisco". A zaraz potem znów zachwycił swoją kreatywnością i ambicjami na "Head On". Album ten nie do końca słusznie zaliczany jest do nurtu fusion. Poza elektrycznym pianinem, pojawiającym się w zależności od utworu mniej lub bardziej sporadycznie, instrumentarium jest w pełni akustyczne. Znalazła się tu niezwykle oryginalna mieszanka post-bopu, jazzu awangardowego, free jazzu, fusion i spiritualu.

Podczas sesji nagraniowej, odbywającej się w dniach 1-3 lipca 1971 roku w Los Angeles, Hutcherson skorzystał z pomocy bardzo rozbudowanego aparatu wykonawczego. W nagraniach wzięło udział aż dwudziestu jeden muzyków. Poza liderem i jego stałym współpracownikiem, saksofonistą Haroldem Landem, byli to także: trębacz Oscar Brashear, fleciści Fred Jackson i Donald Smith, puzoniści George Bohanon i Louis Spears, waltornista Willie Ruff, grający na bliżej niesprecyzowanych dęciakach Charles Owens, Delbert Hill, Ernie Watts i Herman Riley, pianiści Todd Cochran i William Henderson, basiści Reggie Johnson i James Leary III, a także perkusiści Woody Theus, Leon Chancler, Stix Hooper, Warren Bryant i Robert Jenkins. Producentem został George Butler. Album ukazał się jesienią 1971 roku nakładem Blue Note.

Na oryginalnym wydaniu albumu znalazły się cztery utwory, z których aż trzy zostały skomponowane przez Todda Cochrana, podczas gdy Hutcherson podpisany jest tylko pod jednym ("Mtume"). Sporym zaskoczeniem może być na pewno początek trzyczęściowego "At the Source". Fragment zatytułowany "Ashes & Rust" to orkiestrowy wstęp, kojarzący się z muzyką klasyczną. Część "Eucalyptus" to subtelny duet wibrafonu i pianina, również odległy od jazzowych schematów. Dopiero w ostatniej części, równie delikatniej "Obsidian", robi się bardziej jazzowo za sprawą partii dęciaków, kontrabasu i perkusji, uzupełnianych wibrafonem. W najdłuższym na płycie, jedenastominutowym "Many Thousands Gone" jest już znacznie bardziej intensywnie. Bigbandowy wstęp, a potem długie solo kontrabasu, do którego stopniowo dołączają kolejne instrumenty. To doskonały przykład zespołowej improwizacji, trochę freejazzowej, trochę w stylu "Bitches Brew", gdzie muzycy pozornie grają niezależnie od siebie, ale fantastycznie się dopełniają. Wspomniany już "Mtume", nagrany w okrojonym składzie, to znów bardzo ekspresyjne granie, jednak tym razem przywołujące mistyczny klimat spiritual jazzu, w stylu późnego Johna Coltrane'a czy Pharoaha Sandersa (ale bez wycieczek w stronę free), albo wczesnego Mwandishi, z którym kojarzy się za sprawą transowej, ale bardzo energetycznej partii kontrabasu. Finałowy "Clockwork of the Spirits" to pozornie prostszy utwór, z wyrazistą linią melodyczną, jednak warto zwrócić uwagę, jak wspaniale przeplatają się partie licznych instrumentalistów, grających tutaj w nie mniej natchniony sposób, niż w poprzednich nagraniach.

Album dopiero w 2008 roku doczekał się edycji kompaktowej (była to zarazem pierwsza reedycja od 1971 roku). Wzbogacono ją o trzy dodatkowe nagrania z tej samej sesji - "Togo Land" i "Jonathan" Cochrana oraz "Hey Harold" Hutchersona - trwające w sumie ponad czterdzieści minut, trochę więcej od podstawowego materiału. Nie dziwi, że część tych nagrań została odrzucona. Utrzymane są w wyraźnie innym stylu. "Togo Land" i "Hey Harold" to energetyczne jamy o jazz-funkowym charakterze - jednak w porównaniu z zawartością "San Francisco", znacznie bardziej swobodne (każdy z nich trwa powyżej kwadransa), pełne porywających popisów instrumentalnych na tanecznym, ale finezyjnym podkładzie rytmicznym. Ale już "Jonathan" - pozornie zwyczajna ballada, zachwycająca jednak instrumentalnym bogactwem - spokojnie mogłaby trafić na album. Miejsca by wystarczyło. Najbardziej jednak dziwi, że utwory te nie zostały wydane na osobnym wydawnictwie w latach 70., lecz dopiero po niemal czterech dekadach skończyły jako bonusy.

Z bonusami, czy bez nich (w tym drugim wypadku album jest jednak bardziej zwarty i spójny), "Head On" to wielkie, niedocenione dzieło nowoczesnego jazzu. W niczym nieustępujące rewelacyjnemu "Now!", choć pewnie mniej przystępne dla początkujących słuchaczy jazzu. Trudność w odbiorze może brać się stąd, że niemal przez cały album dzieje się wiele różnych rzeczy na raz, co może utrudnić koncentrację. Ale dzięki temu, jest co odkrywać przy kolejnych przesłuchaniach, doceniać złożoność dopełniających się partii instrumentalnych. Granie w tak wielkim składzie było ogromnym wyzwaniem dla muzyków, ale doskonale sobie poradzili.

Ocena: 9/10



Bobby Hutcherson - "Head On" (1971)

1. At the Source: Ashes & Rust / Eucalyptus / Obsidian; 2. Many Thousands Gone; 3. Mtume; 4. Clockwork of the Spirits

Skład: Bobby Hutherson - wibrafon, marimba; Harold Land - saksofon tenorowy, flet; Oscar Brashear - trąbka, skrzydłówka; Fred Jackson - flet; Donald Smith - flet (1,2,4); George Bohanon - puzon (1,2,4); Louis Spears - puzon (1,2,4); Willie Ruff - waltornia (1,2,4); Charles Owens, Delbert Hill, Ernie Watts, Herman Riley - dodatkowe instr. dęte (1,2,4); Todd Cochran - pianino; William Henderson - elektryczne pianino; Reggie Johnson - kontrabas (1-3); James Leary III - kontrabas (4); Woody Theus - perkusja i instr. perkusyjne; Leon Chancler - perkusja i instr. perkusyjne (1,2,4); Stix Hooper - perkusja i instr. perkusyjne (1,3,4); Warren Bryant  - instr. perkusyjne; Robert Jenkins - instr. perkusyjne (1,2,4)
Producent: George Butler


7 sierpnia 2019

[Recenzja] Magma - "Köhntarkösz" (1974)



Gdyby nie wydany rok wcześniej "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh", to prawdopodobnie właśnie "Köhntarkösz" byłby powszechnie uznawany za największe osiągnięcie francuskiej Magmy. Album został nagrany po kolejnej zmianie składu. Jego trzon wciąż jednak tworzyli Christian Vander i Klaus Blasquiz, występujący w zespole od początku, a także Stella Vander i Jannick Top, którzy dołączyli przed nagraniem "M.D.K.". W tym samym roku, jako kwartet, zarejestrowali także materiał na wydany pod nazwiskiem Vandera album "Tristan et Iseult" (znany też jako "Ẁurdah Ïtah" i w ostatnich latach wznawiany pod nazwą zespołu). Podczas sesji "Köhntarkösz" skład został rozbudowany o dwóch klawiszowców, Gerarda Bikialo i Michela Grailliera, a także o gitarzystę Briana Goddinga.

Znaczną część albumu zajmuje skomponowany przez Vandera utwór tytułowy, podzielony na dwie ponad piętnastominutowe części. Choć zespół zachował wszystkie charakterystyczne elementy swojego stylu, niewątpliwie można mówić tu o jego dalszym rozwoju. Tym razem mniejsza rolę odgrywają partie wokalne, więcej za to długich pasaży instrumentalnych. "Part I" pokazuje cięższe, bardzo rockowe - ale wciąż wyrafinowane - oblicze grupy. Spora w tym zasługa potężnej sekcji rytmicznej i partii organów, a w mniejszym stopniu gitary. Całość wciąż mocno opiera się na transowych rytmach, choć już nie tak intensywnych, jak w przypadku "M.D.K." i "Ẁurdah Ïtah", i nie jest im aż tak bardzo podporządkowana, dzięki czemu pojawia się więcej instrumentalnej swobody. Jeszcze ciekawiej prezentuje się "Part 2", rozpoczęty bardzo subtelnie, z ładną melodią i uduchowionym klimatem, a następnie intrygująco się rozwijający w coraz bardziej intensywne i agresywne rejony. Niewątpliwie jest to jedno z największych dzieł zespołu.

Ale na albumie znalazły się też dwa krótsze utwory. Ciekawie prezentuje się skomponowany przez Jannicka Topa "Ork Alarm". To nietypowe nagranie w dorobku zespołu - pozbawione sekcji rytmicznej, oparte głównie na akompaniamencie wiolonczeli (na której zagrał Top), ale za to z charakterystycznymi partiami wokalnymi, które tym razem trwają praktycznie nieprzerwanie od początku do końca utworu. Mniej przekonuje mnie finałowa, instrumentalna kompozycja Vandera, "Coltrane Sündïa", elegia dla Johna Coltrane'a, próbująca przywołać mistyczny klimat jego twórczości, ale ostatecznie sprawiająca wrażenie jej niezamierzonego pastiszu. Pomijając tę krótką wpadkę na koniec, "Köhntarkösz" to wielki album, bardzo interesująco rozwijający i wzbogacający styl zespołu. A sam utwór tytułowy jest być może największym dziełem Magmy.

W 2004 roku album doczekał się prequela zatytułowanego "K.A (Köhntarkösz Anteria)", a pięć lat później sequela o tytule "Ëmëhntëhtt-Ré". Muzyka zawarta na tych longplayach opiera się na materiale skomponowanym w latach 1973-75 i częściowo znanym już z koncertów oraz wydanej w 1977 roku kompilacji studyjnych odrzutów "Inédits".

Ocena: 9/10



Magma - "Köhntarkösz" (1974)

1. Köhntarkösz (Part I); 2. Ork Alarm; 3. Köhntarkösz (Part II); 4. Coltrane Sündïa

Skład: Klaus Blasquiz - wokal, instr. perkusyjne; Stella Vander - wokal; Gerard Bikialo - instr. klawiszowe; Michel Graillier - instr. klawiszowe; Brian Godding - gitara; Jannick Top - bass, wiolonczela, pianino, wokal; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, pianino, wokal
Producent: Giorgio Gomelsky


5 sierpnia 2019

[Recenzja] Min Bul - "Min Bul" (1970)



Min Bul to efemeryczny projekt trzech norweskich muzyków: Terjego Rypdala, basisty Bjørnara Andresena i perkusisty Espena Ruda. We wrześniu 1970 roku trio zarejestrowało materiał na swój jedyny, eponimiczny album (na niektórych reedycjach sygnowany jest nazwiskami muzyków, a nie nazwą Min Bul). Postawili głównie na autorski repertuar - wyjątek stanowi "Nøtteliten", kompozycja norweskiego pianisty jazzowego Johana Øjana. Utwory o freejazzowym charakterze przeplatają się tutaj z nagraniami bliższymi stylistyki fusion.

"I Cried a Mllion Tears Last Night" to brutalne otwarcie, z agresywnymi, atonalnymi partiami gitary Rypdala i bardzo luźną, pozornie chaotyczną grą sekcji rytmicznej. Równie swobodny charakter posiada także "Invocation", choć to już mniej intensywne nagranie. Najdłuższy na płycie "Champagne of Course" przynosi kompletną odmianę. Andersen gra na kontrabasie bardzo chwytliwy, ostinatowy motyw, interesująco dopełniany przez perkusję Ruda, podczas gdy Rypdal najpierw próbuje sił na saksofonie sopranowym (z nie najgorszym skutkiem), a później prezentuje długie, porywające popisy na gitarze. "Ved Sørevatn" to chwilowy powrót do free jazzu; Terje tym razem gra wyłącznie na saksofonie, a jego swobodnym partiom towarzyszy jeszcze swobodniejsza gra sekcji rytmicznej. Dwa ostatnie utwory to znów bardziej melodyjne i zwarte utwory, o charakterze bliższym fusion. Wspomniany już "Nøtteliten" to przede wszystkim popis Ruda i Andersena, z dość oszczędną grą gitary. A w finałowym "Strange Beauty" cały zespół tworzy intrygujący, hipnotyzujący klimat.

"Min Bul" to nieco zapomniana (a może nigdy nie odkryta) perła europejskiego jazzu. To jednak jeden z najciekawszych albumów wydanych w Norwegii, bardzo dobrze wypadający też na tle całej europejskiej sceny. Dlatego kto nie zna, lepiej niech jak najprędzej nadrobi zaległości.

Ocena: 8/10



Min Bul - "Min Bul" (1970)

1. I Cried a Mllion Tears Last Night; 2. Invocation; 3. Champagne of Course; 4. Ved Sørevatn; 5. Nøtteliten; 6. Strange Beauty

Skład: Terje Rypdal - gitara, saksofon sopranowy; Bjørnar Andresen - kontrabas; Espen Rud - perkusja
Producent: Min Bul


3 sierpnia 2019

[Recenzja] Tool - "Undertow" (1993)



Wywiad z samym sobą.

Co sądzisz o Tool?

To chyba najczęstsze pytanie (a przynajmniej najczęstsze tego typu), jakie pojawia się w komentarzach. Szczerze mówiąc, jestem nim już strasznie znudzony i właśnie dlatego zdecydowałem się na tę rozmowę, abym nie musiał już wracać do tego tematu. Sam zespół jest mi kompletnie obojętny i raczej niewiele mam na jego temat do powiedzenia.

Ułatwię ci zadanie. Do kogo byś go porównał?

Do Rush i Guns N' Roses.

Serio? No, Rush to rozumiem, bo to też wybitny przedstawiciel rocka progresywnego w cięższej odmianie. Ale z tym Guns N' Roses to chyba wyłącznie zła wola.

Nic nie rozumiesz ;) Twórczość Rush i Tool może wydawać się wybitna w porównaniu z rockowym mainstreamem, bo na jego tle członkowie tych grup faktycznie posiadają nieco większe umiejętności. Ale jak się posłucha różnych bardziej awangardowych wykonawców - powiedzmy, że Franka Zappy, Captaina Beefhearta, Can, Henry Cow, Magmy, Gentle Giant, Gong, Soft Machine, King Crimson, Van der Graaf Generator czy nawet wczesnego Pink Floyd - to ma się zupełnie inną perspektywę, a opinie, jaka to muzyka Rush czy Tool jest progresywna, pokręcona i ambitna, wywołują jedynie uśmiech. Pierwsze albumy Rush to po prostu typowy dla połowy lat 70. hard rock, na eponimicznym debiucie zabarwiony bluesowo, później zdradzający inspirację rockiem progresywnym. Trochę lepiej zagrany od typowego hard rocka, może mający większe ambicje, ale wcale nie jest to dużo bardziej wyrafinowana czy kreatywna muzyka. Widzę tu wyraźną analogię z (nieeponimicznym) debiutem Tool, "Undertow". Zespół nie odchodzi tu daleko - jeśli w ogóle - od tego, co działo się w ciężkim rocku w pierwszej połowie lat 90. - słychać tu echa grunge'u i ówczesnego metalu. I znów - jest to zagrane nieco lepiej, ale to tyle. Nawet nie słychać, żeby zespół inspirował się czymś ambitniejszym. W dodatku elementy metalowe mocno go ograniczają - zwłaszcza jeśli chodzi o brzmienie i ubogie instrumentarium. Oczywiście, twórczość obu grup z czasem rozwijała się w ciekawsze rejony... ale rozmowa miała skupiać się na "Undertow".

Guns N' Roses, podobnie jak Tool, należy do ścisłej czołówki najpopularniejszych rockowych grup z lat 90. Łączy je ponadto to, że nie są zbyt kreatywne. Gunsi w ciągu nieco ponad trzydziestu lat działalności wydali ledwie 3-4 (zależy, czy "Use Your Illusion" liczyć jako dwa) albumy z premierowym materiałem i jeden z samymi przeróbkami. Nad swoim ostatnim męczyli się przez dziesięć lat, a od jego wydania minęło już drugie tyle czasu. Tool przez trzy dekady zdołał nagrać ledwie cztery albumy, z czego ostatni ukazał się 13 lat temu. Ok, podobno wkrótce ma wyjść coś nowego (oby nie tak wymęczonego, jak "Chinese Democracy"), ale to i tak bieda. Trzydzieści lat to szmat czasu. Miles Davis przez pierwsze trzy dekady działalności wydał kilkadziesiąt albumów, wymyślił cool jazz, stworzył jazz modalny, przyczynił się do rozwoju i spopularyzowania jazzu elektrycznego i fusion, zrobił też mnóstwo innych ekscytujących, nowatorskich i wpływowych rzeczy. King Crimson przez pierwsze trzydzieści lat wydał jedenaście albumów studyjnych, z których wiele faktycznie poszerzało granice muzyki rockowej, kilkakrotnie drastycznie zmieniając styl, nie idąc jednak na żadne kompromisy, lecz zachowując prawdziwie progresywne podejście. Mogę wymienić dziesiątki, jeśli nie setki wykonawców, którzy w znacznie krótszym czasie wnieśli do muzyki nieporównywalnie więcej, niż Tool przez całą swoją długą działalność. Ale już chyba dość się rozpisałem na ten temat, a nie tego miał dotyczyć ten tekst.

Pomówmy więc o "Undertow". Jest to najbardziej konwencjonalny album Tool, ale już tutaj słychać, że instrumentaliści posiadają ponadprzeciętne - jak na rockowy mainstream - umiejętności, a Maynard James Keenan jest rozpoznawalnym, wszechstronnym wokalistą. Już tutaj zespół pokazał, że potrafi pisać ciekawe utwory, jak "Prison Sex" lub "Sober"...

No, jakie jeszcze? Te dwa singlowe kawałki faktycznie się wyróżniają, głównie za sprawą najbardziej wyrazistych melodii. Ale kolejne kawałki zaczynają mi się coraz bardziej ze sobą zlewać, bo zespół nie wprowadza w nich praktycznie żadnych nowych elementów, jedzie cały czas na tych samych patentach.

W "4°" wykorzystano elektryczny sitar.

Jedynie do zagrania wstępu. A można było użyć go też w dalszej części kawałka, gdzie mógłby wejść w jakąś interakcję z pozostałymi instrumentami, albo chociaż pobrzękiwać w tle, dodając klimatu. Naprawdę, brzmienie tego albumu jest strasznie ubogie. Zwłaszcza jeśli porównać z tymi prawdziwie progresywnymi wykonawcami, którzy oprócz gitary, basu i perkusji stosowali też przeróżne instrumenty klawiszowe (akustyczne i elektryczne), dęte, smyczkowe i perkusyjne, a czasem jakieś naprawdę egzotyczne, w tym prawdziwe sitary, tambury, cytry i inne dulcimery. Natomiast jeśli już muzykom Tool tak bardzo zależało na ograniczeniu się tylko do tych instrumentów, na których mogli sami zagrać podczas koncertów, to mogli chociaż zróżnicować brzmienie samej gitary, która właściwie cały czas gra tu z takim samym natężeniem przesteru.

Jednak zdecydowanie wyróżnia się dziesiąty w kolejności, ale umieszczony na 69. ścieżce, po minucie ciszy, "Disgustipated".

Tak, ale to tylko bezsensowny kolaż, który niepotrzebnie wydłuża album z pięćdziesięciu pięciu do siedemdziesięciu minut. Nawet bez niego całość jest o dobre kilkanaście minut za długa, jak na tak monotonną muzykę.

Więc jak uzasadnisz poniższą ocenę?

To mimo wszystko solidne granie w stylu lat 90., a przy tym wykonane znacznie lepiej od reszty ówczesnej muzyki tego typu. Podoba mi się zwłaszcza to, że rola sekcji rytmicznej nie sprowadza się do prostego podkładu i grania w tle, podczas gdy gitarzysta walczy z wokalistą o uwagę słuchaczy - zamiast tego wszystkie instrumenty i wokal pełnią równoważną rolę, czasem całkiem ciekawie się uzupełniając. Prawdziwa zespołowa współpraca to coś naprawdę rzadkiego w muzyce rockowej z ostatniego 30-lecia. A tutaj jest obecna i to z całkiem dobrym efektem. I to bardzo tu cenię, ale nie mogę przejść obojętnie obok wspomnianych wcześniej wad.

Ocena: 6/10



Tool - "Undertow" (1993)

1. Intolerance; 2. Prison Sex; 3. Sober; 4. Bottom; 5. Crawl Away; 6. Swamp Song; 7. Undertow; 8. 4°; 9. Flood; 10. Disgustipated

Skład: Maynard James Keenan - wokal; Adam Jones - gitara, sitar (8); Paul D'Amour - bass; Danny Carey - perkusja
Gościnnie: Henry Rollins - wokal (4); Chris Haskett - efekty (10)
Producent: Sylvia Massy i Tool


1 sierpnia 2019

[Recenzja] Gong - "Gazeuse!" (1976)




Album "Gazeuse!" (tudzież "Expresso", jak zatytułowano go w Stanach i Kanadzie) ukazał się pod szyldem Gong ze względów kontraktowych. W rzeczywistości jest jednak debiutem nowej grupy. Po wydaniu "Shamal" w zespole doszło do kolejnego rozłamu. Muzycy nie byli zgodni do tego, jak powinna wyglądać ich dalsza twórczość. Didier Malherbe nie miał na ten temat zdania, Mike Howlett chciał kontynuować kierunek z "Shamal", a Pierre Moerlen i Mireille Bauer pragnęli zwrócić się w stronę instrumentalnego jazz-rocka. Ten ostatni pomysł spodobał się przedstawicielom Virgin Records, którzy zapewne liczyli na podobny sukces, jakim cieszyły się wówczas grupy fusion w rodzaju Weather Report, Return to Forever i Mahavishnu Orchestra. W rezultacie, Howlett odszedł z zespołu. Na jego miejsce wrócił Francis Moze, który pełnił już rolę basisty na albumie "Flying Teapot". Do składu dołączył także Benoit Moerlen, który wspomagał zespół już w czasie nagrywania "You". Ale pojawiło się też dwóch nowych muzyków: gitarzysta Allan Holdsworth (ex-Nucleus, Soft Machine, The New Tony Williams' Lifetime) i perkusjonalista Mino Cinelu (późniejszy współpracownik Milesa Davisa i członek Weather Report). Muzycy chcieli zmienić nazwę, lecz nie pozwalał na to kontrakt.

Nagrany we wrześniu 1975 roku "Gazeuse!" nie ma już praktycznie nic wspólnego z twórczością Gong z czasów Daevida Allena. Zespół, teraz pod przewodnictwem Pierre'a Moerlena, zwrócił się w stronę czystego, całkowicie instrumentalnego jazz-rocka, bez najmniejszych nawet śladów kosmicznej psychodelii i groteskowego - czy jakiegokolwiek innego - humoru. Właściwie jedynym wspólnym elementem z wcześniejszymi dokonaniami pod tym szyldem (a ściślej mówiąc, z albumami na których grają Moerlen i Bauer - "Angel's Egg", "You" i "Shamal") są charakterystyczne partie perkusjonaliów. Tutaj pełnią jeszcze większą, często pierwszoplanową rolę. Są zresztą niezwykle bogate i różnorodne. Bracia Moerlen, Bauer i Cinelu (a czasem też Moze) używają m.in. wibrafonów, marimb, dzwonków, kotłów, tomów oraz, oczywiście, gongów. Swoje możliwości pokazują przede wszystkim w dziesięciominutowym, zagranym praktycznie na samych instrumentach perkusyjnych "Percolations (Part I & II)" - rozbudowanej i znacznie ciekawszej wersji miniatury z "Angel's Egg". Muzycy pokazują tu niemałą kreatywność i pomimo braku innych instrumentów, potrafią przyciągać uwagę przez cały ten czas. To zdecydowanie najciekawszy utwór na albumie.

Bronią się także dwa pozostałe nagrania podpisane przez Pierre'a Moerlena - "Expresso" i "Esnuria". W obu nie brakuje ciekawych brzmień perkusyjnych, tym razem dopełnianych przez partie bezprogowego basu Moze'a, a także przeplatających się solowych popisów Malherbe'a i Holdswortha. Akurat do wkładu tego ostatniego mam poważne zastrzeżenia. Przede wszystkim nie podobna mi się brzmienie jego gitary - zbyt wygładzone, sterylne. Sama gra również mnie nie przekonuje, wydaje się zbyt wystudiowana, za bardzo skupiona na technice, przy czym jednak Holdsworthowi wiele brakuje do takiego np. Johna McLaughlina, którym wyraźnie się inspiruje. Gitarzysta nie popisał się także jako kompozytor. "Night Illusion" to zdecydowanie najsłabszy tutaj utwór (i chyba najsłabszy, jaki do tamtej pory został wydany pod szyldem Gong), całkowicie zdominowany przez gitarzystę, grającego na zmianę prostacki, toporny riff i pozbawione jakiegokolwiek polotu solówki; całość jest zagrana strasznie ociężale, zupełnie bez energii. Odrobinę lepiej wypada "Shadow of" (nowe opracowanie tytułowego kawałka z jego solowego debiutu, "Velvet Darkness"), ale tylko dlatego, że pojawiają się tutaj fragmenty, w których słychać wyłącznie flet Malherbe'a i sekcję rytmiczną. Oba kawałki, głównie za sprawą gitary, za bardzo zbliżają się do późnego fusion, ze wszystkimi jego wadami. Całości dopełnia kompozycja Moze'a, "Mireille", wyróżniająca się bardziej subtelnym charakterem - Holdsworth zamienił gitarę elektryczną na akustyka, zaś kompozytor dodaje partię pianina. Dość ładna melodia, ale z nieco zbyt ckliwym brzmieniem.

Gra, brzmienie i kompozycje Allana Holdswortha obniżają ocenę o co najmniej jeden punkt. Gdyby grał tutaj inny - zdolniejszy, bardziej kreatywny i bardziej nastawiony na zespołową współpracę, niż na ściąganie uwagi na siebie - gitarzysta, albo gdyby w ogóle zrezygnować z tego instrumentu, dając więcej miejsca dla Didiera Malherbe'a (którego wkład jest tu minimalny), mógłby powstać znacznie ciekawszy longplay. Bo sam pomysł na jazz-rock z tak dużą ilością wibrafonu i innych perkusjonaliów był świetny. Gong może i stracił tutaj swoją wcześniejsza tożsamość, ale dzięki temu charakterystycznemu brzmieniu zyskał nową - wciąż trudno pomylić go z innym wykonawcą. Do pozostałych muzyków nie mam zastrzeżeń - ani do ich zdolności kompozytorskich, ani instrumentalnych. Tylko ten nieszczęsny Holdsworth, znany z psucia każdego zespołu, do którego dołączył. 

Ocena: 6/10



Gong - "Gazeuse!" / "Expresso" (1976)

1. Expresso; 2. Night Illusion; 3. Percolations (Part I & II); 4. Shadows of; 5. Esnuria; 6. Mireille

Skład: Didier Malherbe - saksofon tenorowy, flet; Allan Holdsworth - gitara, skrzypce; Francis Moze - bass, pianino, gong; Pierre Moerlen - perkusja i instr. perkusyjne; Mireille Bauer - instr. perkusyjne; Benoît Moerlen - wibrafon; Mino Cinelu - instr. perkusyjne
Producent: Dennis MacKay


Po prawej: okładka "Expresso".


30 lipca 2019

[Recenzja] Grachan Moncur III - "Evolution" (1963)



Kariera jazzowego puzonisty Grachana Moncura III rozpoczęła się niezwykle obiecująco. Po zdobyciu doświadczenia graniem m.in. u boku Raya Charlesa, Arta Farmera czy Sonny'ego Rollinsa, trafił pod skrzydła prestiżowej wytwórni Blue Note. W samym 1963 roku odbył dla niej aż cztery sesje nagraniowe, mające miejsce w słynnym Van Gelder Studio. W marcu wziął udział w rejestracji "My Point of View" Herbiego Hancocka. W kwietniu i we wrześniu wspomógł Jackiego McLeana, czego efektem są albumy "One Step Beyond" i "Destination... Out!" (na obu Moncur dał się też poznać jako kompozytor). A już w listopadzie odbył pierwszą sesję w roli lidera. Towarzyszył mu znakomity skład: Jackie McLean, Tony Williams, Bobby Hutcherson, trębacz Lee Morgan (znany m.in. z "Blue Train" Johna Coltrane'a) i basista Bob Cranshaw (najbardziej chyba pamiętany dzięki graniu z Sonnym Rollinsem).

Na album, zatytułowany "Evolution", składają się cztery autorskie utwory lidera. Pokazują Moncura jako zdolnego twórcę, potrafiącego pisać przyciągające uwagę, niebanalne tematy. Ale od samych kompozycji chyba jeszcze lepsze jest ich wykonanie. Co w sumie nie powinno dziwić przy takim składzie. Niespełna 18-letni Tony Williams (to jedna z jego pierwszych sesji nagraniowych) wraz z Bobem Cranshawem zapewnia mocny, wyrafinowany podkład rytmiczny, pomysłowo ubarwiany przez wibrafon Bobby'ego Hutchersona, czemu towarzyszą porywające partie solowe Moncura, McLeana i Morgana. Stylistycznie przypomina to (późniejszy) "Out to Lunch!" Erica Dolphy'ego, na którym zresztą również zagrali Williams i Hutcherson. Utwory są bardzo zróżnicowane. "Air Raid" wyróżnia się sporą dynamiką i dużą swobodą, dzięki której każdy muzyk może zaprezentować swoje umiejętności, a cały skład doskonale ze sobą współpracuje. Tytułowy "Evolution" ma jeszcze luźniejszą budowę, a muzycy kreują intrygujący nastrój. W najbardziej energetycznym "The Coaster" słychać wpływ muzyki hiszpańskiej. Pomimo bardziej zwartej budowy, instrumentaliści wciąż mają sporo miejsca do prezentowania swoich talentów. Jedynie finałowy "Monk in Wonderland" - hołd dla Theloniousa Monka, nawiązujący do jego stylu - wydaje się nieco zachowawczy, choć i tutaj nie brakuje świetnych partii instrumentalnych i wzorowej współpracy.

"Evolution" to niezwykle dojrzały debiut, pokazujący kompozytorski talent Grachana Moncura III i instrumentalną perfekcje całego składu, jaki udało mu się zebrać. Choć puzonista nagrał później jeszcze kilka autorskich albumów, nie udało mu się już zbliżyć do tego poziomu. Jako sideman współpracował m.in. z Archiem Sheppem (np. na "Mama Too Tight") i Waynem Shorterem ("The All Seeing Eye"), ale jego kariera szybko traciła początkowe tempo. Jednak za sprawą samego "Evolution" ma zapewnione na stałe miejsce w jazzowym kanonie.

Ocena: 9/10



Grachan Moncur III - "Evolution" (1963)

1. Air Raid; 2. Evolution; 3. The Coaster; 4. Monk in Wonderland

Skład: Grachan Moncur III - puzon; Lee Morgan - trąbka; Jackie McLean - saksofon altowy; Bobby Hutcherson - wibrafon; Bob Cranshaw - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


28 lipca 2019

[Recenzja] Tim Blake - "Crystal Machine" (1977)



Po rozstaniu z grupą Gong, a przed dołączeniem do Hawkwind, Tim Blake spróbował sił jako solista. "Crystal Machine" to jego debiutancki album, skompilowany z nagrań studyjnych oraz fragmentów koncertowych improwizacji, zarejestrowanych podczas występów na brytyjskim Seasalter Free Festival (1976) i w paryskim Le Palace Théâtre (luty 1977). Cała muzyka powstała wyłącznie dzięki trzem syntezatorom - EMS Synthis A, Minimoog i Elka Rhapsody - oraz kilku efektom. Na scenie Blake'owi towarzyszył jedynie Patrice Warrener, odpowiedzialny za warstwę wizualną - w tym prekursorskie zastosowanie laserów. Na płycie została sama muzyka, która jednak doskonale się broni bez pomocy wizualnych efektów.

Tytuł "Crystal Machine" odnosi się do kompozycji Blake'a  "The Octave Doctors and the Crystal Machine" z pierwszego albumu Gong, na którym wystąpił - "Flying Teapot". Właśnie tamten utwór - solowy popis klawiszowca - można potraktować jako zalążek stylu zaprezentowanego na recenzowanym longplayu. W Gong dźwięki syntezatorów zwykle pełniły jednak tylko rolę tła dla popisów pozostałych instrumentalistów i zwariowanych partii wokalnych. Dlatego zawartość muzyczna "Crystal Machine" nie wywołuje wielu skojarzeń z tamtą grupą. Może z wyjątkiem "Last Ride of the Boogie Child", który jako jedyny zawiera partię wokalną, zresztą o dość humorystycznym charakterze. Pozostałe nagrania zbliżają się natomiast raczej do tego, co w tamtym czasie prezentował Tangerine Dream. Zarówno te żywsze utwory w rodzaju "Synthese Intemporelle" i "Metro Logic" - oparte na zapętlonych liniach basu, będących tłem dla syntezatorowych solówek - jak i bardziej ambientowe, pozbawione rytmu "Midnight" i "Crystal Presence", mógłby trafić do repertuaru niemieckiej grupy. Nie ma jednak mowy o epigoństwie - Tim Blake posiada swój własny styl gry i charakterystyczne brzmienie. Nie sposób wziąć "Crystal Machine" za album Tangerine Dream lub któregoś z jej członków. Natomiast wielbiciele Gong z pewnością wyłapią tutaj znajome dźwięki.

"Crystal Machine" to album, który bez wahania mogę polecić wszystkim miłośnikom oldskulowej elektroniki. Tim Blake, w czasie współpracy z Gong spychany na dalszy plan, pokazał się tutaj jako interesujący artysta, który za pomocą zaledwie trzech syntezatorów potrafi tworzyć muzykę przyciągającą uwagę, wciągającą klimatem, a także intrygującą swoim brzmieniem.

Ocena: 8/10



Tim Blake - "Crystal Machine" (1977)

1. Midnight; 2. Metro Logic; 3. Last Ride of the Boogie Child; 4. Synthese Intemporelle; 5. Crystal Presence

Skład: Tim Blake - syntezatory, efekty, wokal
Producent: Tim Blake


26 lipca 2019

[Recenzja] McCoy Tyner - "The Real McCoy" (1967)



Alfred McCoy Tyner, znany po prostu jako McCoy Tyner, to jeden z najsłynniejszych wciąż żyjących jazzowych pianistów. Jego charakterystyczny, perkusyjny styl gry wywołuje mieszane odczucia. Krytykował go chociażby Miles Davis. Najwyraźniej zupełnie inne zdanie miał John Coltrane, w którego zespole Tyner występował przez wiele lat - grając m.in. na takich albumach, jak "My Favorite Things", "Live at the Village Vanguard", "A Love Supreme" czy "Ascension". Nie sposób wymienić wszystkich muzyków, z którymi pianista współpracował. Autorskie albumy zaczął nagrywać jeszcze jako członek kwartetu Trane'a, jednak dopiero po opuszczeniu go nagrał swoje największe dzieła. Za pierwsze z nich powszechnie uznawany jest longplay zatytułowany "The Real McCoy".

Materiał został zarejestrowany 21 kwietnia 1967 roku w Van Gelder Studio, z Alfredem Lionem jako producentem. McCoy Tyner na sesję zaprosił swoich dobrych znajomych: Elvina Jonesa, z którym grał u boku Coltrane'a, a także Joego Hendersona i Rona Cartera, z którymi również miał już okazję wcześniej współpracować. Na album trafiło pięć premierowych kompozycji autorstwa lidera.

Jeśli ktoś spodziewa się tu freejazzowych odjazdów i uduchowionego klimatu, jak na płytach Johna Coltrane'a, to bardzo się zawiedzie - Tyner i Jones odeszli z zespołu saksofonisty właśnie dlatego, że taki kierunek im nie odpowiadał. "The Real McCoy" stanowi dla nich powrót na terytorium bopu. Pozornie album nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle tego rodzaju muzyki. Wypełniają go dość rozbudowane utwory (żaden nie schodzi poniżej sześciu minut), oparte na tradycyjnym schemacie temat-improwizacje-temat. Jednak zarówno kompozycje, jak i wykonanie prezentują naprawdę wysoki poziom, a w poszczególnych utworach nie brakuje różnych smaczków, przede wszystkim w warstwie rytmicznej (jak nietypowe metrum 6/8 w "Contemplation" czy złożony rytm w "Four by Five"). Carter i Jones grają w niezwykle kreatywny sposób, ani przez chwilę nie ograniczając się do prostego akompaniamentu, nie chowają się w tle. Nie mniej interesująco wypadają partie Hendersona, zarówno wtedy, gdy gra chwytliwe, lecz niebanalne tematy, jak i wtedy, gdy prezentuje ekspresyjne solówki (czasem, jak w "Passion Dance", zbliżające się do freejazzowej agresji). A całości dopełnia rozpoznawalna gra Tynera, rozwijającego styl, który wypracował podczas współpracy z Trane'em. Całość jest przy tym bardzo zróżnicowana, bo obok ekspresyjnych "Passion Dance" i "Four by Five" znalazło się też miejsce dla klimatycznego "Contemplation" i dla subtelnej ballady "Search for Peace", i dla ciekawego podejścia do bluesa w "Blues on the Corner". A mimo tego, album brzmi niezwykle spójnie.

"The Real McCoy" to mnóstwo swobody, kreatywności i doskonała współpraca kwartetu - w którym żaden muzyk nie zdaje się dominować nad pozostałymi ani im ustępować - w połączeniu z dobrze napisanymi tematami. Choć druga strona winylowego wydania wypada odrobinę mniej ekscytująco od pierwszej (z utworami "Passion Dance" i "Contemplation"), to całość i tak sprawia naprawdę dobre wrażenie. McCoy Tyner udowodnił tu, że jest nie tylko zdolnym sidemanem, ale doskonale sprawdza się także jako lider i kompozytor.

Ocena: 8/10



McCoy Tyner - "The Real McCoy" (1967)

1. Passion Dance; 2. Contemplation; 3. Four by Five; 4. Search for Peace; 5. Blues on the Corner

Skład: McCoy Tyner - pianino; Joe Henderson - saksofon tenorowy; Ron Carter - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Alfred Lion


24 lipca 2019

[Recenzja] Terje Rypdal - "Bleak House" (1968)



Terje Rypdal to jedna z najważniejszych postaci na norweskiej scenie jazzowej. Uznanie przyniosła mu współpraca z takimi wykonawcami, jak Jan Garbarek czy George Russell, a także autorskie albumy nagrane dla wytwórni ECM, wypełnione raczej subtelną muzyką. Z muzyką miał do czynienia od samego początku - w wieku pięciu lat zaczął uczyć się gry na trąbce i pianinie, mając lat dwanaście samodzielnie nauczył się grac na gitarze, która stała się jego podstawowym instrumentem. Mając kilkanaście lat grywał już w różnych lokalnych zespołach. Najistotniejszym z nich był The Vanguards - wówczas najpopularniejszy rockowy zespół w Norwegii. Rypdal grał w nim przez blisko pięć lat, jednak po usłyszeniu dokonań Jimiego Hendrixa i Cream postanowił zwrócić się w stronę bardziej psychodelicznej muzyki. Efektem było powstanie kwartetu Dream, który w 1967 roku nagrał swój jedyny album, "Get Dreamy". W następnym roku zespół rozpoczął pracę nad nowym materiałem, jednak rozpadł się po zarejestrowaniu ledwie jednego utworu. Rypdal był już w tamtym czasie zafascynowany jazzem, więc postanowił zorganizować sesję z muzykami grającymi ten gatunek - odbyła się w październiku 1968 roku. Jej efektem jest pierwszy autorski album gitarzysty, "Bleak House".

Całość rozpoczyna jednak utwór "Dead Man's Tale", który zarejestrowano jeszcze z myślą o drugim albumie Dream. Nagranie odstaje od reszty materiału - to wolny blues z psychodelicznymi organami Christiana Reima, prostą perkusją Toma Karlsena, partią wokalną Terjego Rypdala, a także jego popisami na gitarze i flecie. Utwór wypada naprawdę fajnie, tylko niewiele ma wspólnego z resztą materiału. W pozostałych nagraniach oprócz Rypdala i Reima grają muzycy jazzowi - basista Terje Venaas, perkusista Jon Christensen, a także kilkunastoosobowa sekcja dęta, w której znalazł się m.in. grający na saksofonie tenorowym i flecie Jan Garbarek. Utwory są zróżnicowane. "Wes" to energetyczny bop w duchu Wesa Montgomery'ego. "Winter Serenade" ma bardziej swobodny charakter, a partie saksofonów i atonalna gra lidera wyraźnie kierują go w stronę free jazzu. Tytułowe nagranie łączy jazz bigbandowy z gitarowymi solówkami przypominającymi o rockowych korzeniach Rypdala, a także saksofonowymi popisami o niemalże freejazzowej ekspresji. Wytchnienie przynosi subtelna ballada "Sonority", w pewnym stopniu zapowiadająca przyszłe dokonania gitarzysty. W finałowym "A Feeling of Harmony" po raz kolejny następuje całkowita zmiana stylu - to nieco folkowe nagranie, oparte na brzmieniu gitary akustycznej, której towarzyszy wokaliza lidera, a także dźwięki fletu i rogów.

"Bleak House" zdecydowanie nie jest spójnym albumem, choć dzięki temu świetnie ukazuje wszechstronność Terjego Rypdala jako gitarzysty. Album ma jednak niewiele wspólnego z jego późniejszymi dokonaniami (pewnie dlatego doczekał się niewielu wznowień). Uchwycony został tu moment przeistaczania się Rypdala z rockmana w jazzmana. I z tego względu jest to interesujący materiał, być może jedyny tego typu. Ale też ten jazz jest tu jednak grany w nieco nieśmiały i zachowawczy sposób. Longplay mogę polecić przede wszystkim słuchaczom rocka, którzy chcieliby zacząć słuchać jazzu. 

Ocena: 7/10



Terje Rypdal - "Bleak House" (1968)

1. Dead Man's Tale; 2. Wes; 3. Winter Serenade (Falling Snow / Snow Storm / Melting Snow); 4. Bleak House; 5. Sonority; 6. A Feeling of Harmony

Skład: Terje Rypdal - gitara, flet, wokal; Christian Reim - instr. klawiszowe (1-5); Jan Garbarek - saksofon tenorowy i flet (2-5); Calle Neumann - saksofon altowy i flet (2-5); Hans Knudsen - saksofon barytonowy (2,5); Knut Riisnæs - saksofon tenorowy (3); Jarl Johansen - trąbka (2-5); Kåre Furuholmen - trąbka (2,4); Ditlef Eckhoff - trąbka (2); Kjell Haugen - puzon (2,4,5); Tore Nilsen - puzon (2); Øivind Westby - puzon (2); Frode Thingnæs - puzon i tuba (4,5); Frøydis Ree Hauge - róg (5,6); Odd Ulleberg - róg (5,6); Terje Venaas - kontrabas (2-5); Tom Karlsen - perkusja (1); Jon Christensen - perkusja (2-5)
Producent: Terje Rypdal

Po prawej: okładka niemieckiego wydania z 1974 roku.


21 lipca 2019

[Recenzja] Christian Vander ‎- "Tristan Et Yseult" (1974)



"Tristan Et Yseult" to solowy debiut Christiana Vandera, będący zarazem ścieżką dźwiękową do awangardowego, niszowego filmu o tym samym tytule, w reżyserii Yvana Lagrange'a. W nagraniach uczestniczyli także inni muzycy z ówczesnego składu Magmy - wokaliści Klaus Blasquiz i Stella Vander, a także basista Jannick Top. Tak naprawdę mamy tu zatem do czynienia z kolejnym albumem zespołu, choć nagranym w bardziej kameralnym składzie. Zresztą prawie wszystkie kompaktowe wznowienia (wyjątkiem jest japońska reedycja z 2009 roku, wierna oryginalnemu projektowi) zostały wydane pod tytułem "Ẁurdah Ïtah" i z logo zespołu na okładce, natomiast od 2012 roku wszystkie reedycje są ponadto sygnowane nie nazwiskiem Vandera, a nazwą Magma. "Tristan Et Yseult" / "Ẁurdah Ïtah" jest zarazem drugą częścią tzw. "Theusz Hamtaahk Trilogy", której pierwszą część stanowi kompozycja "Theusz Hamtaahk" (znana wyłącznie z koncertowych wykonań), a ostatnią wydana już wcześniej "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh".

Choć materiał został nagrany w okrojonym składzie, z uboższym instrumentarium, nie odbiega daleko od twórczości Magmy. Podobnie, jak na wspomnianym wyżej "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh", mamy tu do czynienia z jedną długą kompozycją, podzieloną na wiele ścieżek w momentach, kiedy ulega przetworzeniom. Vander i Top zapewniają potężny, transowy podkład rytmiczny. Lider dodaje do niego melodyjne lub atonalne partie akustycznego i elektrycznego pianina. Całości dopełniają wszechobecne, wielogłosowe partie wokalne (śpiewane, oczywiście, po kobajańsku), będące znakiem rozpoznawalnym zespołu. Za pomocą tych ograniczonych środków, stworzono tak intensywne, gęste brzmienie, że praktycznie nie odczuwa się tu braku pozostałych instrumentów, używanych na wcześniejszych wydawnictwach - tych wszystkich gitar, saksofonów, trąbek i klarnetów. I dzięki temu, zawarta tu muzyka broni się jako samodzielne dzieło, a nie tylko jako ścieżka dźwiękowa do filmu, którego i tak nie da się nigdzie zobaczyć.

Ocena: 8/10



Christian Vander ‎- "Tristan Et Yseult" (1974)
Magma - "Ẁurdah Ïtah" (1974)

1. Mala Welekaahm (Incantation); 2. Bradia Da Zimehn Iegah (L'Initié A Parlé); 3. Maneh Fur Da Zess (Ensemble Pour Le Maître); 4. Fur Di Hel Kobaia (Pour La Vie Éternelle); 5. Blüm Tendiwa (L'Âme Du Peuple); 6. Wohldünt M^ë M Deweless (Message Dans L'Étendue); 7. Wainsaht ! ! ! (En Avant); 8. Wlasik Steuhn Kobaia (Ascension Vers L'Éternel); 9. Sehnnteht Dros Wurdah Süms (La Mort N'est Rien; 10. C'est La Vie Qui Les A Menés Là !; 11. Ek Sun Da Zess ? (Qui Est Le Maître ?); 12. De « Zeuhl » Undazir (Vision De La Musique Céleste)

Skład: Christian Vander - wokal, pianino, elektryczne pianino, perkusja; Jannick Top - bass; Klaus Blasquiz - wokal, instr. perkusyjne; Stella Vander - wokal
Producent: Laurent Thibault


Po prawej: okładka "Ẁurdah Ïtah" na wydaniach od 2012 roku.


18 lipca 2019

[Recenzja] Daevid Allen & Euterpe - "Good Morning!" (1976)



Po odejściu z Gong, Daevid Allen i Gilli Smyth nawiązali współpracę z hiszpańską grupą folkrockową Euterpe. Rezultatem tego połączenia jest album "Good Morning!". Choć na okładce nie pojawia się nazwa Gong, zdobiąca ją grafika nie pozostawia wątpliwości, że to swego rodzaju kontynuacja allenowskiej wizji zespołu. Nie brakuje gitarowych glissand Allena i kosmicznych szeptów Smyth, jest też trochę (ale tylko trochę) charakterystycznego dla tej pary humoru. Jednak aranżacje nie mają nic wspólnego z jazzującym space rockiem, znanym chociażby z "Camembert Electrique" czy trylogii "Radio Gnome Invisible". Muzycy Euterpe nadają bardziej folkowy kierunek (choć kompozytorem całości jest Allen).

Dominują melodyjne, bezpretensjonalne piosenki oparte na akompaniamencie akustycznych gitar i mandoliny ("Children of the New World", "Good Morning", "Have You Seen My Friend?") lub pianina ("Song of Satisfaction"). Trochę ostrzejszego grania pojawia się w "French Garden", który spokojnie mógłby znaleźć się na debiutanckim albumie Gong, "Magick Brother". W "She Doesn't She..." jest za to najwięcej humoru. Zdarzają się też bardziej eksperymentalne momenty, w których istotną rolę odgrywają syntezatory, jak "Spirit" czy najdłuższy na płycie "Wise Man in Your Heart". Szczególnie interesujący jest ten ostatni, ze względu na gościnny udział dwóch innych muzyków Gong - Mike'a Howletta i Pierre'a Moerlena. Funkujący bas przywodzi na myśl "Isle of Everywhere", a perkusjonalia kojarzą się z "Love is How U Make It" (i albumami Gong pod odejściu Allena), do tego dochodzą kosmiczne partie syntezatora. To utwór, który mógłby znaleźć się na każdym albumie wiadomego zespołu i byłby tam mocnym punktem. Zwłaszcza, gdyby dodać tu jeszcze saksofon lub flet Didiera Malherbe'a. Kompaktowe reedycje zawierają jeszcze jeden długi utwór, "Euterpe Gratitude Piece", sam w sobie ciekawy, ale zupełnie nie pasujący do całości, ze względu na stricte elektroniczny, ambientowy charakter.

Słuchając wydanych w tym samym roku "Good Morning!" i "Shamal" można trochę żałować, że drogi Allena i Gong się rozeszły, bo na każdym z tych wydawnictw czegoś brakuje. A jednak oba bronią się na swój sposób. Zaletą "Good Morning!" jest pokazanie Allena od innej, mniej szalonej, bardziej subtelnej strony. Wciąż jednak doskonale słychać, z kim mamy do czynienia. 

Ocena: 8/10



Daevid Allen & Euterpe - "Good Morning!" (1976)

1. Children of the New World; 2. Good Morning; 3. Spirit; 4. Song of Satisfaction; 5. Have You Seen My Friend?; 6. French Garden; 7. Wise Man in Your Heart; 8. She Doesn't She...

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara; Gilli Smyth - wokal; Pepe Milan - gitara, mandolina, charango, dzwonki; Toni Fernández - gitara; Toni Pascual - instr. klawiszowe, gitara, instr. smyczkowe; Toni Ares - kontrabas; Ana Camps - dodatkowy wokal
Gościnnie: Mike Howlett - bass (7); Pierre Moerlen - instr. perkusyjne (7)
Producent: -