21 lutego 2019

[Recenzja] John Mayall - "Nobody Told Me" (2019)



Można pozazdrościć formy 85-letniemu Johnowi Mayallowi. Muzyk wciąż aktywnie koncertuje i nagrywa nowe albumy. Zaledwie dwa lata temu ukazał się udany "Talk About That", a do sprzedaży właśnie trafia jego następca, "Nobody Told Me" - 36. studyjny longplay w dyskografii ojca brytyjskiego bluesa. W nagraniach wzięła udział sprawdzona sekcja rytmiczna - basista Greg Rzab i perkusista Jay Davenport - a także gitarzysta rytmiczny Billy Watts. Wszystkie solowe partie gitar zostały natomiast wykonane przez mniej lub bardziej znanych gości, jak Joe Bonammasa, Carolyn Wonderland, Larry McCray i Steven Van Zandt, ale także niekojarzących się z bluesem Alexa Lifesona i Todda Rundgrena.

"Nobody Told Me" pod względem muzycznym nie przynosi żadnych zaskoczeń. John Mayall po raz kolejny cofa się do swoich korzeni i stylistyki znanej z takich albumów, jak "Blues Breakers", "A Hard Road" czy "Crusade". Pod dostatkiem tutaj typowo bluesowych zagrywek gitarowych, rockowo energicznej, a czasem niemal funkowo bujającej sekcji rytmicznej, a także urozmaicających brzmienie partii elektrycznych organów (bardzo w stylu drugiej połowy lat 60.) lub akustycznego pianina oraz gęsto się udzielającej sekcji dętej. Dziwi natomiast niewielki udział harmonijki, na której Mayall zawsze fantastycznie wymiatał. Tutaj pozwolił na to sobie jedynie w "Evil and Here to Stay", należącym zresztą do najlepszych momentów całości. Lider pozostaje za to w dobrej formie wokalnej (choć należy wziąć poprawkę na to, że nigdy nie był wybitnym wokalistą), a zaproszeni goście sprawdzili się na miejscu zajmowanym niegdyś przez Erica Claptona, Petera Greena, Micka Taylora czy niesłusznie zapomnianego Freddy'ego Robinsona.

Najwięcej, bo aż w trzech utworach, udziela się Carolyn Wonderland, która po tej sesji dostała stałą posadę w grupie Mayalla. Świetnie wypadła w energetycznym "Distant Lonesome Train", gdzie zaprezentowała grę techniką slide. Jednak w żartobliwym "Like It Like You Do" i klasycznym wolnym bluesie "Nobody Told Me" gitarowe partie są jakby na dalszym planie i nieszczególnie przyciągają uwagę. Bardzo dobre wrażenie sprawiają za to oba kawałki z udziałem Larry'ego McCraya - najbardziej żywiołowy, wręcz porywający "The Moon is Full" i wolniejszy, luzacki "The Hurt Inside". Steven Van Zandt, gitarzysta znany z współpracy z Bruce'em Springsteenem, również zachwyca swoją grą w "It's So Tough". Nawet Alex Lifeson z Rush ("Evil and Here to Stay") i Todd Rundgren ("That's What Love Will Make You Do") zaprezentowali się jak rasowi bluesmani. Jednak największym zaskoczeniem są dla mnie utwory z udziałem Joego Bonammasy ("What Have I Done Wrong" i "Delta Hurricane"). Nie przepadam za jego solowymi dokonaniami, są zbyt wyrachowane i pozbawione bluesowej naturalności. Tutaj natomiast zagrał wyjątkowo przekonująco, mniej się popisując, a bardziej wczuwając w bluesowy nastrój. Widocznie granie z jednym ze swoich idoli miało na niego dobry wpływ.

"Nobody Told Me" nie wnosi niczego nowego, ale John Mayall swoje dla muzyki zrobił już pięć dekad temu, przyczyniając się do powstania blues rocka (wydając kultowy "Blues Breakers") i dokładając nieco do rozwoju jazz rocka (na albumach "Bare Wires", "The Turning Point" i "Jazz Blues Fusion"). Od muzyka z takim wkładem i tak długą karierą nie należy wymagać nowatorstwa. Wystarczy, że będzie nagrywał tak przyjemne albumy, jak ten czy poprzedni. "Nobody Told Me" jest zresztą jednym z najlepszych wydawnictw w jego karierze. Wiadomo, że nie jest to poziom wymienionych wyżej albumów, choć z innymi z klasycznego okresu mógłby już śmiało konkurować. Kompozycje są przewidywalne, ale nadrabiają mnóstwem energii, bluesowego luzu i świetnym wykonaniem. Jeśli "Nobody Told Me" okaże się ostatnim albumem Johna Mayalla, to będzie to doskonałe zwieńczenie jego wspaniałej kariery. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników bluesa, szczególnie w brytyjskim wydaniu.

Ocena: 8/10



John Mayall - "Nobody Told Me" (2019)

1. What Have I Done Wrong; 2. The Moon is Full; 3. Evil and Here to Stay; 4. That's What Love Will Make You Do; 5. Distant Lonesome Train; 6. Delta Hurricane; 7. The Hurt Inside; 8. It's So Tough; 9. Like It Like You Do; 10. Nobody Told Me

Skład: John Mayall - wokal, instr. klawiszowe, harmonijka; Billy Watts - gitara; Greg Rzab - bass; Jay Davenport - perkusja
Gościnnie: Joe Bonamassa - gitara (1,6); Larry McCray - gitara (2,7); Alex Lifeson - gitara (3); Todd Rundgren - gitara (4); Carolyn Wonderland - gitara (5,9,10); Steven Van Zandt - gitara (8)
Producent: John Mayall i Eric Corne


20 lutego 2019

[Recenzja] Embryo - "Embryo's Rache" (1971)



Niektórzy wykonawcy już od pierwszego albumu zachwycają swoją dojrzałością i kreatywnością. Innym zajmuje nieco więcej czasu, by zaproponować coś naprawdę wartościowego. Grupa Embryo zdecydowanie nie zalicza się do tej pierwszej kategorii. Tworząc swój debiutancki longplay "Opal", muzycy nie byli do końca pewni w jakim pójść kierunku, a rezultat okazał się niezbyt spójny i nieco pozbawiony własnego stylu. Jednak zespół w niedługim czasie poczynił znaczne postępy. Jego kolejne wydawnictwo, wydany w następnym roku "Embryo's Rache", to już album bardziej dojrzały, i przemyślany, oryginalniejszy.

Zapewne nie bez znaczenia jest fakt, że w międzyczasie doszło do zmiany składu. Basista Ralph Fischer został zastąpiony przez Romana Bunke, ale co ważniejsze, odszedł też gitarzysta John Kelly, a na jego miejsce przyjęto... grającego na flecie i perkusjonaliach Hansiego Fischera (który wcześniej przewinął się przez skład Xhol Caravan). W sesji nagraniowej drugiego albumu gościnnie uczestniczył także wokalista Franz Böntgen oraz dwóch klawiszowców, Hermann Breuer i Jimmy Jackson (występujący pod pseudonimem Tabarin Man). Dzięki obecności tej ostatniej dwójki, Edgar Hofmann - na debiucie odpowiadający m.in. za grę na organach - mógł skupić się na saksofonie i nie używanych wcześniej przez grupę skrzypcach. Na albumie znalazło się sześć utworów - trzy kompozycje Christiana Burcharda, jedna Fischera ("Tausendfüßler"), jedna napisana przez nich wspólnie ("Time") i jedna autorstwa Jacksona ("Revenge")

Brak gitary sprawił, że muzyka zespołu oddaliła się od anglosaskiej psychodelii. Zbliżyła natomiast do stylistyki jazzrockowej. Choć tak naprawdę mieszają się tutaj przeróżne wpływy. Partie fletu nadają nieco folkowego klimatu (z okolic Jethro Tull), melotron dodaje progrockowego patosu, elektryczne organy przypominają o psychodelicznych początkach grupy, a skrzypce i perkusjonalia uzupełniają album o elementy etniczno-orientalne. Jazzowe są natomiast przede wszystkim partie saksofonu i elektrycznego pianina. Do tego dochodzi jeszcze krautrockowa sekcja rytmiczna, z wyrazistym, przesterowanym basem i mocną perkusją. O ile ten ostatni składnik pojawia się praktycznie w każdym nagraniu, tak pozostałe pojawiają się z różną częstotliwością, dzięki czemu nie można narzekać na monotonię. Ale całość jest zarazem bardzo spójna i przemyślana. Utwory nie posiadają jednak sztywnych struktur, mają bardzo swobodny charakter. Największe wrażenie robi najdłuższy, jedenastominutowy, bardzo transowy "Espagna Si, Franco Non". Niewiele w tyle pozostają najbardziej jazzujące "Time" i "Tausendfüßler". Właściwie przyczepić mogę się tylko do miniatury "Sittin' at the Moon" (znanej też jako "Try to Be"), w której jakby zabrakło pomysłu na rozwinięcie. Podobnie jak na debiucie, najsłabszym ogniwem są partie wokalne - na szczęście nie ma ich tu wiele.

"Embryo's Rache" można uznać za właściwy debiut zespołu, który zaprezentował tutaj oryginalną wersję krautrocka z silnymi wpływami elektrycznego jazzu i muzyki etnicznej. Styl ten interesująco rozwijano na kolejnych wydawnictwach, często osiągając jeszcze lepsze rezultaty, jednak już tutaj Embryo zaprezentował bardzo interesujący materiał - choć nie wchodzący tak łatwo, jak debiut, wymagający więcej przesłuchań, by w pełni go docenić.

Ocena: 8/10



Embryo - "Embryo's Rache" (1971)

1. Tausendfüßler; 2. Time (I Can't Wait / Eva's Wolke); 3. Revenge; 4. Espagna Si, Franco Non (Spain Yes, Franco Finished); 5. Sittin' at the Moon (Try to Be); 6. Verwandlung (Change)

Skład: Edgar Hofmann - saksofon sopranowy, skrzypce, instr. perkusyjne; Hansi Fischer - flet, instr. perkusyjne, wokal; Roman Bunka - bass; Christian Burchard - perkusja, elektryczne pianino, wokal
Gościnnie: Hermann Breuer - elektryczne pianino, organy; Tabarin Man - organy, melotron; Franz Böntgen - wokal
Producent: Embryo


18 lutego 2019

[Recenzja] Weather Report - "Sweetnighter" (1973)



Weather Report zaczynał jako dość demokratyczny zespół, by z czasem dowodzenie nad nim zdecydowanie przejął Joe Zawinul. Postanowił on skierować muzykę grupy w bardziej komercyjne rejony. Odejść od rozbudowanych improwizacji na bazie krótkich tematów na rzecz skomponowanych utworów. W tamtym czasie zaczął interesować się syntezatorami i muzyką funkową, co znacząco wpłynęło na charakter jego utworów. Przy czym bliżej im było do dokonań Herbiego Hancocka z Head Hunters, niż awangardowych eksperymentów Milesa Davisa z "On the Corner". Na albumie "Sweetnighter" Weather Report nie odchodzi jeszcze całkiem od stylu wypracowanego na poprzednich longplayach, jednak słychać już tutaj nowe podejście i wspomniane inspiracje.

Album został zarejestrowany w ciągu pięciu dni, pomiędzy 3-7 lutego 1973 roku, w Connecticut Recording Studio. Choć podstawowy skład jest tutaj dokładnie taki sam, jak na wydanych rok wcześniej "I Sing the Body Electric" i "Live in Tokyo", to Miroslav Vitouš i Eric Gravatt zostali zepchnięci na nieco dalszy plan. Obaj mieli problemy z graniem funkowych partii rytmicznych. W rezultacie, w kilku utworach Gravatta wspomaga lub zastępuje Herschela Dwellinghama, natomiast partie gitary basowej zagrał w nich Andrew White, podczas gdy Vitouš wtórował mu na kontrabasie (identyczny patent z dwoma basistami, akustycznym i elektrycznym, był już wcześniej użyty na "Bitches Brew"). White, znany już z gościnnego udziału na "I Sing the Body Electric", na którym zagrał partie rożka angielskiego, tutaj również sięga po ten instrument. Trzecim gościem wspierającym zespół był perkusjonista Muruga Booker.

Nowe oblicze Weather Report słychać przede wszystkim w dwóch najdłuższych utworach, "Boogie Woogie Waltz" i "125th Street Congress", skomponowanych przez Zawinula. Mniej tutaj znanej z poprzednich albumów zespołu nieprzewidywalności, a więcej repetycji. Oba utwory osadzone są mocno na gęstej, funkowo bujającej warstwie rytmicznej, składającej się z wyrazistych partii gitary basowej White'a, subtelniejszych dźwięków kontrabasu Vitouša, konkretnej perkusji Dwellinghama i (tylko w drugim z nich) Gravatta oraz licznych perkusjonaliów Bookera i Doma Uma Romão. Na tym akompaniamencie rozbrzmiewają świetne solówki Wayne'a Shortera i Zawinula, grającego przede wszystkim na elektrycznym pianinie (którego brzmienie czasem kojarzy się z gitarą), ale także na syntezatorze. Pomimo wyraźnego uproszczenia, względem wcześniejszych dokonań zespołu, oba utwory wypadają naprawdę fajnie, nie popadają w komercyjną tandetę, mogą być stawiane za wzór jazz-funku. W podobnym stylu utrzymany jest także znacznie krótszy "Non-Stop Home", skomponowany przez Shortera. Wyróżnia się niespodziewanym wstępem, zdominowanym przez zabawy Zawinula na syntezatorze, oraz... całkowitą absencją Vitouša. Była to niejako zapowiedź jego nadchodzącego rozstania z grupą. Druga kompozycja saksofonisty, "Manolete", łączy nowe elementy (syntezator, lekko funkowa rytmika) z nastrojem wcześniejszych albumów Weather Report. Do przeszłości jeszcze bardziej nawiązują bardzo klimatyczne "Adios" Zawinula i "Will" Vitouša, które spokojnie mogłyby znaleźć się na eponimicznym debiucie lub "I Sing the Body Electric". I nie odstawałyby poziomem od innych zawartych tam kompozycji.

"Sweetnighter" to album przejściowy, będący wyraźnym zwrotem w bardziej mainstreamowe rejony, zawierający muzykę prostszą w odbiorze, ale wciąż bardzo wyrafinowaną i niepopadającą w banał. Muzycy zaproponowali tutaj ciekawe połączenie elektrycznego jazzu, zakorzenionego w dokonaniach Milesa Davisa, z popularnym wówczas funkiem. Pomimo skojarzeń z ówczesną twórczością Herbiego Hancocka, zespół zachował własną tożsamość i rozpoznawalność, za sprawą charakterystycznego brzmienia oraz idiomatycznego stylu gry Zawinula i Shortera. Odświeżenie stylu w tym przypadku zdecydowanie nie zaszkodziło - longplay trzyma wysoki poziom swoich poprzedników.

Ocena: 8/10



Weather Report - "Sweetnighter" (1973)

1. Boogie Woogie Waltz; 2. Manolete; 3. Adios; 4. 125th Street Congress; 5. Will; 6. Non-Stop Home

Skład: Joe Zawinul - elektryczne pianino (1-5), syntezator (1,2,6), pianino (2,6); Wayne Shorter - saksofon; Miroslav Vitouš - kontrabas (1,2,4), bass (3,5); Eric Gravatt - perkusja (2,4,6); Dom Um Romão - instr. perkusyjne, flet
Gościnnie: Andrew White - bass (1,4,6), rożek angielski (3,5); Herschel Dwellingham - perkusja (1,2,4,6); Muruga Booker - instr. perkusyjne (1-4)
Producent: Weather Report


16 lutego 2019

[Recenzja] Joy Division - "Closer" (1980)



Wiosną 1980 roku Joy Division stał u progu światowej kariery. Europejscy fani wyczekiwali premiery singla "Love Will Tear Us Apart" (znanego już za sprawą radiowej sesji dla Johna Peela) i drugiego pełnowymiarowego albumu, a zespół szykował się do swojej pierwszej amerykańskiej trasy. W przeddzień wyjazdu Ian Curtis postanowił jednak zakończyć swoje życie. Pozostali muzycy zdawali sobie sprawę, że nie można zastąpić najważniejszego, najbardziej rozpoznawalnego członka zespołu i podjęli jedyną słuszną decyzję - zakończyli działalność pod szyldem Joy Division (i kontynuowali współpracę pod nazwą New Order). Śmierć wokalisty sprawiała jednak, że przynajmniej w Europie zespół stał się niezwykle popularny - debiutancki "Unknown Pleasures" nagle zaczął pojawiać się na listach sprzedaży, a wkrótce dołączył do niego nowy album, zatytułowany "Closer".

Nie da się pisać o tym longplay pomijając powyższy kontekst. To jeden z najbardziej depresyjnych i ponurych albumów w historii fonografii, szczególnie w warstwie tekstowej - odczytywanej jako zapowiedź nadchodzącej tragedii - ale też odpowiednio dobranej muzyki. Przebój "Love Will Tear Us Apart" nie przypadkiem został pominięty - tak pogodny utwór zwyczajnie by tu nie pasował. Zespół dopracował styl z debiutanckiego albumu, jeszcze dalej odchodząc od zwykłego punku, na rzecz gotyckiej atmosfery. Głos Iana Curtisa jest tutaj jeszcze bardziej przepełniony smutkiem i odrealniony, charakterystyczne partie basu i prosta gra perkusji (lub automatu perkusyjnego) wprowadzają w niemal transowy nastrój, a wycofana gitara dodaje przestrzeni. W porównaniu z debiutem, więcej tutaj brzmień klawiszowych, które (nie zawsze) podkreślają brzmieniowy chłód.

"Atrocity Exhibition"  doskonale wprowadza w klimat całości. W warstwie instrumentalnej na pierwszy plan wybija się jakby plemienna perkusja, której towarzyszą gitarowe sprzężenia i wyjątkowo oszczędna linia basu (efekt zamiany ról przez Sumnera i Hooka). Warstwa wokalna to już natomiast dokładnie to, czego należało spodziewać się po Curtisie. W utrzymanych w szybszym tempie "Passover", "Colony" i "A Means to an End" klimat jest równie gęsty i ponury. A potem zaczyna się najlepsza część albumu: bardzo transowy w warstwie rytmicznej "Heart and Soul", rozpędzony, wykonany z wielkim zaangażowaniem "Twenty Four Hours", a także przejmujący "The Eternal" niewątpliwie świadczą o większej dojrzałości kompozytorskiej muzyków oraz umiejętności jak najlepszego i najbardziej kreatywnego wykorzystania swoich możliwości, dzięki czemu wszelkie techniczne braki nie mają żadnego znaczenia. Finałowego "Decades" nie wymieniłem razem z poprzednią trójką tylko dlatego, że dość tandetne brzmienie syntezatora nie pasuje do posępnego klimatu tego utworu. Podobne brzmienia syntetyczne pojawiają się także w "Isolation", z tą jednak różnicą, że tutaj cały utwór wypada zaskakująco trywialnie i dość radośnie, co naprawdę szkodzi spójności albumu. Bez tych niespełna trzech minut całość i tak byłaby wystarczająco długa, a tylko by na tym zyskała.

Pomimo pewnych niedoskonałości, "Closer" to wielkie dzieło. Bez wątpienia jeden z najlepszych i najważniejszych albumów lat 80., całkowicie zasłużenie cieszący się tak wielką popularnością. Samobójstwo Curtisa niewątpliwie pomogło w odniesieniu sukcesu, jednak zawarty tu materiał broni się sam. Trochę tylko szkoda, że zespół w tym składzie nie nagrał więcej albumów. Z drugiej strony dobrze, że nie istniał na tyle długo, by spaść poniżej tego poziomu.

Ocena: 9/10



Joy Division - "Closer" (1980)

1. Atrocity Exhibition; 2. Isolation; 3. Passover; 4. Colony; 5. A Means to an End; 6. Heart and Soul; 7. Twenty Four Hours; 8. The Eternal; 9. Decades

Skład: Ian Curtis - wokal, gitara (6), melodyka (9); Bernard Sumner - gitara (2-5,7-9), bass (1), syntezator (2,6,8,9); Peter Hook - bass (2-9), gitara (1); Stephen Morris - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Martin Hannett


14 lutego 2019

[Recenzja] Frank Lowe - "Black Beings" (1973)



"Black Beings" to debiutancki album saksofonisty Franka Lowe'a, znanego ze współpracy m.in. z Sun Ra, Alice Coltrane, Donem Cherrym, Johnem McPhee czy Jazz Composer's Orchestra. Materiał został zarejestrowany podczas koncertu, w marcu 1973 roku. Na scenie Lowe'a (grającego na tenorze) wspomogli saksofonista Joseph Jarman (grający na sopranie i alcie), basista William Parker, perkusista Rashid Sinan, a także Raymong Lee Chang na skrzypcach. Na potrzeby oryginalnego, winylowego wydania nagrania zostały skrócone do całkowitej długości 45 minut. Na kompaktowych reedycjach przywrócono im oryginalny kształt, wydłużając album do godziny.

Tytuł pierwszego utworu, "In Trane's Name", zapowiada czego się spodziewać. To hołd dla Johna Coltrane'a, inspirowany jego późnymi dokonaniami w rodzaju "Ascension", "Meditations" i "Om". To dwadzieścia pięć (trzydzieści trzy w wersji kompaktowej) minut agresywnego, bezkompromisowego free jazzu, pełne saksofonowych przedęć i dysonansów, perkusyjnej nawałnicy i bardzo luźnych partii kontrabasu, z małym dodatkiem atonalnych dźwięków skrzypiec. Czasem z tego pozornego chaosu wyłaniają się bardziej nastrojowe i dostojne partie, będące ciekawym kontrapunktem. Duet Lowe-Jarman gra ewidentnie pod wpływem duetu Coltrane-Sanders, niemal zbliżając się do ich poziomu kreatywności i ekspresji. Niespełna pięciominutowy (w obu wersjach) "Brother Joseph" to solowy popis lidera, w którym jest miejsce i na liryzm, i freejazzową brutalność. Pozostali muzycy wracają w 16-minutowym (22-minutowym na reedycjach) "Thulani" - jedynej tutaj kompozycji autorstwa Jarmana, a nie Lowe'a. Jest to kolejna potężna porcja bardzo swobodnego grania, długimi momentami naprawdę agresywnego, choć niepozbawionego spokojniejszych, ładnych partii. Świetne są zwłaszcza te fragmenty, kiedy ostre i łagodne partie są grane jednocześnie, tworząc bardzo interesujący kontrapunkt.

"Black Beings" nie jest albumem zbyt znanym, a szkoda, bo to na prawdę solidne wydawnictwo, które doceni każdy wielbiciel freejazzowych improwizacji.

Ocena: 8/10



Frank Lowe - "Black Beings" (1973) 

1. In Trane's Name; 2. Brother Joseph; 3. Thulani

Skład: Frank Lowe - saksofon tenorowy; Joseph Jarman - saksofon sopranowy, saksofon altowy; William Parker - kontrabas; Rashid Sinan - perkusja; Raymond Lee "The Wizard" Cheng - skrzypce
Producent: - 


12 lutego 2019

[Recenzja] Art Bears - "The World as It Is Today" (1981)



Nagrywając swój trzeci longplay, muzycy Art Bears przypomnieli sobie, że sztuka powinna być młotem. I w rezultacie powstał album bardzo mocno zaangażowany politycznie, o czym świadczą już same tytuły w rodzaju "Freedom" czy "Democracy". Tym samym warstwa muzyczna schodzi na nieco dalszy plan, a materiał sprawia dość jednorodne wrażenie. Co ma też swoje zalety. Jedenaście utworów, o łącznym czasie ledwo przekraczającym trzydzieści minut, tworzy bardzo spójną całość. W przeciwieństwie do dość różnorodnych "Hopes and Fears" i "Winter Songs", "The World as It Is Today" nawiązuje muzycznie przede wszystkim do kameralnej awangardy. Pod koniec albumu, w utworach od siódmego do dziesiątego, dochodzi do tego wpływ piosenki kabaretowej, co nasuwa skojarzenia z twórczością pierwszej grupy Dagmar Krause, Slapp Happy. Ogólnie zawarta tutaj muzyka nie jest zbyt radykalna - nie licząc dzikich wrzasków Krause w "Freedom" i zbliżającego się do free improvisation "Albion, Awake!" - jednak wymaga dużego skupienia i licznych przesłuchań, by wyłapać wszystkie aranżacyjne smaczki, które pozwolą odróżnić od siebie poszczególne utwory i dostrzec w nich piękno.

Na "The World as It Is Today" nie ma łatwo wpadających w ucho melodii, gitarowych riffów i efektownych solówek, prostych rytmów przy których można pomachać głową lub potupać nogą, ani innych elementów, których normalni ludzie szukają w normalnej muzyce. Twórczość Art Bears wymaga większego zaangażowania i większej otwartości, aby odsłonić przed słuchaczem swoje piękno. Ale to właśnie odróżnia prawdziwą sztukę od czysto użytkowych produktów. Niestety, "The World as It Is Today" okazał się ostatnim wydawnictwem zespołu, który wkrótce po jego zarejestrowaniu zakończył działalność, by już nigdy się nie reaktywować. Rozpad tria był związany z przeprowadzką Freda Fritha do Stanów, gdzie pochłaniały go inne projekty (np. post-punkowy Massacre). Chris Cutler i Dagmar Krause, z pomocą m.in. Lindsay Cooper (współpracowniczki z czasów Henry Cow), stworzyli nowy zespół, News From Babel, z którym nagrali dwa albumy.

Ocena: 8/10



Art Bears - "The World as It Is Today" (1981)

1. The Song of Investment Capital Overseas; 2. Truth; 3. Freedom; 4. (Armed) Peace; 5. Civilisation; 6. Democracy; 7. The Song of the Martyrs; 8. Law; 9. The Song of the Monopolists; 10. The Song of the Dignity of Labour Under Capital; 11. Albion, Awake!

Skład: Dagmar Krause - wokal; Fred Frith - gitara, bass, instr. klawiszowe, skrzypce, altówka, ksylofon; Chris Cutler - perkusja i instr. perkusyjne, efekty
Producent: Art Bears i Etienne Conod


10 lutego 2019

[Recenzja] Charles Mingus - "Blues & Roots" (1960)



Pod koniec lat 50. Charles Mingus był już bardzo uznanym muzykiem. Niektórzy krytycy zarzucali mu jednak zbyt ociężały, niezbyt swingujący styl gry. Stąd pomysł Nesuhiego Ertegüna z Atlantic Records, aby basista nagrał dla jego wytwórni album zawierający muzykę o zdecydowanie bardziej bujającym charakterze. Mingus na to przystał. Tworząc nowy materiał (postawił wyłącznie na autorski repertuar) postanowił sięgnąć do swoich muzycznych korzeni - do bluesa i gospel, z którymi miał do czynienia już jako dziecko, za pośrednictwem kościoła. Stąd też tytuł wydawnictwa, "Blues & Roots".

Sesja nagraniowa odbyła się 4 lutego 1959 roku w nowojorskim Atlantic Studios (trzy miesiące przed nagraniem dla innej wytwórni "Mingus Ah Um", który ukazał się wcześniej). Mingus lubił pracować z dość rozbudowanymi składami - nie inaczej było tym razem. W nagraniach wzięło udział czterech saksofonistów: John Handy i Jackie McLean na altach, Booker Ervin na tenorze oraz Pepper Adams na barytonie, dwóch puzonistów: Jimmy Knepper i Willie Dennis, perkusista Dannie Richmond, a także pianista Horace Parlan (w jednym utworze zastąpiony przez Mala Waldrona). Album wypełniło sześć mocno swingujących, opartych na bluesie utworów. Nagrania w rodzaju "Wednesday Night Prayer Meeting", "Tensions" czy najbardziej rozimprowizowanego "Moanin'" mają mnóstwo luzu i energii, niemal taneczny charakter (na ile tylko taneczny może być jazz), ale i doskonale sprawdzają się jako muzyka do słuchania, za sprawą niebanalnych partii instrumentalnych i udanej współpracy rozbudowanego składu.

"Blues & Roots" nie należy może do ścisłej czołówki dokonań Charlesa Mingusa, ale zdecydowanie należy do tych wydawnictw basisty, które warto poznać. Tym bardziej, że pokazuje nieco inne oblicze słynnego muzyka, grającego tutaj może i bardziej mainstreamowo, idąc na pewien kompromis, ale wciąż dbającego o artystyczny poziom.

Ocena: 8/10



Charles Mingus - "Blues & Roots" (1960)

1. Wednesday Night Prayer Meeting; 2. Cryin' Blues; 3. Moanin'; 4. Tensions; 5. My Jelly Roll Soul; 6. E's Flat Ah's Flat Too

Skład: Charles Mingus - kontrabas; John Handy - saksofon altowy; Jackie McLean - saksofon altowy; Booker Ervin - saksofon tenorowy; Pepper Adams - saksofon barytonowy; Jimmy Knepper - puzon; Willie Dennis - puzon; Dannie Richmond - perkusja; Horace Parlan - pianino (1-5); Mal Waldron - pianino (6)
Producent: Nesuhi Ertegün


8 lutego 2019

[Recenzja] Ashra - "Blackouts" (1978)



Drugi album Manuela Göttschinga wydany pod szyldem Ashra rozwija pomysły z "New Age of Earth" i wcześniejszego, solowego "Inventions for Electric Guitar". Także tym razem muzyk nie skorzystał z niczyjej pomocy i całość zarejestrował zupełnie samodzielnie, za pomocą gitary, klawiszy i studyjnego sprzętu. Studyjna obróbka odgrywa tu bowiem nie mniejszą rolę, niż nagrane partie instrumentalne. Kompozycje są tworzone w podobny sposób, jak robili to minimalistyczni twórcy w rodzaju Terry'ego Rileya czy Steve'a Reicha - poprzez nakładanie kolejnych ścieżek z zapętlonymi dźwiękami. "Blackouts" dość istotnie różni się jednak od poprzednich albumów, będąc próbą połączenia technik minimalizmu z bardziej rockowym podejściem. Próbą naprawdę udaną.

Album wypełniają głównie stosunkowo krótkie (rzadko przekraczające siedem minut) utwory. W nagraniach ze strony A winylowego wydania - "77 Slightly Delayed", "Midnight on Mars" oraz połączonych ze sobą "Don't Trust the Kids" i "Blackouts" - główną rolę odgrywają dość tradycyjne gitarowe solówki, grane na minimalistycznych podkładach stworzonych z kilku zapętlających się ścieżek (gitarowych i klawiszowych). Göttsching nie popisuje się techniką, stawia na klimat i tworzenie dźwiękowych pejzaży. Najładniej wyszło to w "Midnight on Mars", w którym gitarowe frazy i ich brzmienie kojarzą się z Davidem Gilmourem, jednak w grze Manuela jest więcej swobody i przestrzeni. "Shuttle Cock" to już natomiast utwór oparty w większym stopniu na pętlach, układających się w ciekawe wzory, ulegające stopniowym przetworzeniom. Mocno taneczny  (ale nie w tandetny sposób) charakter tego nagrania to już jakby zapowiedź słynnego "E2-E4". Bliższy poprzednich albumów jest z kolei siedemnastominutowy finał longplaya, "Lotus (Parts 1-4)", w którym zapętlające się dźwięki są bardziej nastrojowe, momentami niemal ambientowe, a brzmienie gitary jest trudniejsze do wyłapania.

"Blackouts" to swego rodzaju podsumowanie dotychczasowej kariery Manuela Göttschinga, będąc z jednej strony kontynuacją elektronicznych eksperymentów z drugiej połowy lat 70., jak i w pewnym stopniu powrotem do bardziej rockowego grania z czasów Ash Ra Tempel. Nie ma jednak wrażenia wtórności - z tego połączenia powstała nowa jakość. Jest to być może album mniej eksperymentalny, ale za to nadrabiający dojrzałością. I chyba najlepiej sprawdza się w roli wprowadzenia do twórczości Göttschinga (zarówno solowej, jak i pod szyldami Ashra i Ash Ra Tempel), pokazując różne oblicza jego muzyki, ale również z powodu swojej przystępności.

Ocena: 9/10



Ashra - "Blackouts" (1978)

1. 77 Slightly Delayed; 2. Midnight on Mars; 3. Don't Trust the Kids; 4. Blackouts; 5. Shuttle Cock; 6. Lotus (Parts 1-4)

Skład: Manuel Göttsching - gitara, instr. klawiszowe, sekwencer
Producent: Manuel Göttsching


6 lutego 2019

[Recenzja] Return to Forever - "Hymn of the Seventh Galaxy" (1973)



"Hymn of the Seventh Galaxy" rozpoczyna nowy etap w działalności Chicka Corei i Return to Forever. Z poprzedniego składu, oprócz lidera, został tylko basista Stanley Clarke. W nowej wersji zespołu dołączyli do nich perkusista Lenny White (najbardziej znany z udziału w nagraniu "Bitches Brew") i gitarzysta Bill Connors. Wiązało się to z wyraźną zmianą stylu na bardziej jazz-rockowy. Corea najwidoczniej pozazdrościł Johnowi McLaughlinowi i jego Mahavishnu Orchestra wielkich komercyjnych sukcesów i postanowił spróbować sił w takiej stylistyce.

Na album składa się sześć utworów (pięć kompozycji lidera i jedna Clarke'a), opartych na partiach zelektryfikowanych klawiszy, gitary i basu oraz mocnej, w rockowy sposób uproszczonej perkusji. Brzmienie całości jest dość ostre, wywołuje raczej skojarzenia z muzyką rockową. Same kompozycje mają oczywiście bardziej swobodny charakter i otwarte struktury. Ale czy aż tak bardzo różnią się od instrumentalnych fragmentów w rocku progresywnym albo koncertowych improwizacji tych ambitniejszych wykonawców rockowych? Zdecydowanie nie. Jest to na pewno jeden z najbardziej rockowych albumów nagranych przez muzyków jazzowych.

Zaczyna się świetnie, od energetycznego, bardzo zwięzłego i treściwego "Hymn of the Seventh Galaxy". Jeszcze lepiej wypada utwór kolejny, "After the Cosmic Rain" (kompozycja Clarke'a), bardziej rozbudowany, z melodyjnym tematem będącym punktem wyjścia do długich solówek i z licznymi kontrastami dynamicznymi. W równie długich "Captain Señor Mouse" i "Theme to the Mothership" również dzieje się sporo, ale wkrada się w to pewna monotonia, muzycy nie wprowadzają tu żadnych elementów niewykorzystanych w poprzednich utworach. Jednak najbardziej męczy mnie w nich intensywność, nieustanne prezentowanie przez wszystkich instrumentalistów jednocześnie ich technicznej biegłości. Mam wrażenie, że w tych utworach nie chodzi o nic więcej, niż popisywanie się umiejętnościami, muzycy nie próbują zachwycić niczym innym. "Space Circus" przynosi odrobinę wytchnienia za sprawą łagodniejszej brzmieniowo klamry i mniejszej ilości popisów w mocniejszej części środkowej, która wyjątkowo posiada dość schematyczną strukturę - z funkowymi "zwrotkami" i rockowym "refrenem". Obiecująco zaczyna się także "The Game Maker", jednak po pewnym czasie subtelność przeradza się w kolejne bezduszne popisy.

Próbowałem przekonać się do tego albumu, wielokrotnie do niego podchodząc z dłuższymi odstępami czasu, ale za każdym razem odbieram go tak samo. Fantastyczny początek, a potem już głównie kłębowisko technicznych popisów, z których właściwie nie wynika nic, prócz tego, że muzycy posiadają wielkie umiejętności, ale przesadzają z ich pokazywaniem. Zwykle jazzmani potrafią przystopować, co tylko korzystnie wpływa na ich nagrania. Tutaj jest zbyt intensywnie, niemal bez wytchnienia. Oczywiście zasługuje na uznanie to, że muzycy przy tej całej tendencji do popisywania się, potrafią cały czas wzorowo ze sobą współpracować i się nie pogubić. Ale mnie słuchanie znacznej części tego albumu męczy. Ale sądzę, że rockowi słuchacze, zwłaszcza ci lubujący się w szybkich solówkach gitarowych, znajdą tu dla siebie o wiele więcej.

Ocena: 7/10



Return to Forever featuring Chick Corea - "Hymn of the Seventh Galaxy" (1973)

1. Hymn of the Seventh Galaxy; 2. After the Cosmic Rain; 3. Captain Señor Mouse; 4. Theme to the Mothership; 5. Space Circus (Parts 1-2); 6. The Game Maker

Skład: Chick Corea - instr. klawiszowe, gong; Bill Connors - gitara; Stanley Clarke - bass; Lenny White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chick Corea


Po prawej: alternatywna wersja okładki (z krajów europejskich).


4 lutego 2019

[Recenzja] Joy Division - "Unknown Pleasures" (1979)



Jeden z najsłynniejszych post-punkowych i nowofalowych zespołów, będący zarazem całkiem reprezentatywnym dla tej mniej eksperymentalnej odmiany tych nurtów. Pomysł na założenie zespołu pojawił się zresztą podczas występu Sex Pistols, w którym uczestniczyli Bernard Sumner i Peter Hook - późniejsi gitarzysta i basista Joy Division. Koncert przekonał ich, ze nie trzeba wielkich umiejętności, by grać w zespole i podbijać tłumy. Wkrótce jednak dołączył do nich wokalista Ian Curtis, który miał nieco ambitniejsze inspiracje - The Velvet Underground, The Doors, Davida Bowiego, a nawet krautrockowe Neu! i Kraftwerk. Skierował on zespół w mniej punkowe rejony. Po wypróbowaniu kilku perkusistów, stanowisko to ostatecznie objął Stephen Morris. W kwietniu 1979 roku zespół wszedł do studia, by w ciągu niespełna tygodnia zarejestrować materiał na swój debiutancki album, "Unknown Pleasures".

Zespół zaprezentował tutaj całkiem oryginalny, rozpoznawalny styl. Spora w tym zasługa producenta Martina Hannetta, który wymógł na muzykach staranniejsze wykonanie (oni sami chcieli zagrać jak na koncertach, bardziej punkowo). Najbardziej charakterystycznym elementem Joy Division jest wokal. W głosie i sposobie śpiewania Curtisa słychać trochę Bowiego, trochę Jima Morrisona, ale nie sposób pomylić go z nimi czy kimkolwiek innym. Jego głos jest zarazem pełen pasji, jak i zimny, wyobcowany. Towarzyszy mu odpowiednia muzyka oparta na wyrazistych, motorycznych partiach basu (będących głównym nośnikiem melodii), perkusji tak prostej, że mogłaby być grana przez automat (choć zdecydowanie brakuje jej precyzji automatu), oraz nieco wycofanych, prostych partiach gitary i klawiszy, które jednak pomagają stworzyć bardzo zimną, depresyjną, gotycką atmosferę. Właśnie ten nastrój jest główną zaletą albumu. Utwory w rodzaju "Days of the Lords", "Candidate", "I Remember Nothing", a zwłaszcza "New Dawn Fades" to prawdziwe mistrzostwo w kreowaniu posępnego, a zarazem hipnotycznego nastroju. Nie można zapomnieć o świetnym "Shadowplay", w którym większa żywiołowość nie sprawia, że utwór brzmi mniej chłodno i złowieszczo. Z kolei w "Insight" rytm i elektroniczne dodatki potwierdzają inspirację wspomnianymi wyżej przedstawicielami krautrocka. W kontekście całości mogą dziwić natomiast nieco pogodniejsze, najbardziej punkowe "Disorder" i "Interzone". O ile ten pierwszy jest bardzo udanym kawałkiem, dzięki czemu można traktować go jako przyjemne urozmaicenie, tak drugi wyraźnie odstaje poziomem od innych kompozycji.

Pomimo dzielnej promocji zespołu przez Johna Peela, album "Unknown Pleasures" nie sprzedawał się tak dobrze, jak się spodziewano. Do brytyjskiego notowania wszedł dopiero po samobójczej śmierci Iana Curtisa w następnym roku, nawet wtedy dochodząc zaledwie do 71. miejsca. Z czasem zyskał jednak status jednego z najbardziej kultowych i najpopularniejszych albumów w historii fonografii. Całkiem zasłużenie. Instrumentaliści nie byli żadnymi wirtuozami, ich partie słuchane osobno często są nijakie, ale złożone razem brzmią naprawdę efektownie, a wszelkie braki techniczne zespół nadrabia chociażby rozpoznawalnością, dużym zmysłem melodycznym, umiejętnością kreowania wciągającego klimatu i tworzeniem dość zróżnicowanych, jak na taką stylistykę, kompozycji. 

Ocena: 9/10



Joy Division - "Unknown Pleasures" (1979)

1. Disorder; 2. Day of the Lords; 3. Candidate; 4. Insight; 5. New Dawn Fades; 6. She's Lost Control; 7. Shadowplay; 8. Wilderness; 9. Interzone; 10. I Remember Nothing

Skład: Ian Curtis - wokal; Bernard Sumner - gitara, instr. klawiszowe; Peter Hook - bass, dodatkowy wokal; Stephen Morris - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Martin Hannett - syntezator
Producent: Martin Hannett


2 lutego 2019

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun)" (1970)



Jak przystało na jazzowe standardy, nie trzeba było długo czekać na następcę nieco rozczarowującego albumu "Jewels of Thought". Pharoah Sanders jeszcze w tym samym roku wydał kolejny album, "Deaf Dumb Blind" (podtytuł "Summun Bukmun Umyun" znaczy dokładnie to samo w języku arabskim). Trafił na niego materiał zarejestrowany 1 czerwca 1970 roku w nowojorskim A & R Studios. Liderowi w nagraniach ponownie towarzyszyli pianista Lonnie Liston Smith i basista Cecil McBee, a ponadto saksofonista Gary Bartz, trębacz Woody Shaw, perkusista Clifford Jarvis oraz perkusjoniści Nathaniel Bettis i Anthony Wiles. Na perkusjonaliach grają zresztą prawie wszyscy instrumentaliści, stanowią one podstawę brzmienia tego albumu. "Deaf Dumb Blind" jest bowiem silnie inspirowany muzyką afrykańską, jej pierwotnym klimatem i polirytmią.

Album składa się z dwóch długich utworów: ponad dwudziestominutowej kompozycji Sandersa "Summun, Bukmun, Umyun" na stronie A oraz trwającej niespełna osiemnaście minut tradycyjnej pieśni gospel w aranżacji Smitha, "Let Us Go Into the House of the Lord", na stronie B. Oba utrzymane są w charakterystycznym dla Pharoaha, uduchowionym nastroju, dopracowanym już na albumie "Karma". Tym razem na szczęście obyło się bez powtórki z rozrywki - w przeciwieństwie do ocierającego się o autoplagiat "Jewels of Thought". Ten album ma własny charakter, m.in. za sprawą zwiększenia roli perkusjonaliów, oddalenia się od freejazzowego hałasu w czysty spiritual jazz, czy w końcu niemal całkowita rezygnacja z partii wokalnych (nie licząc trwającego dosłownie kilka sekund jodłowania). Pierwszy utwór wypada bardziej ekspresyjnie, perkusjonalia i kontrabas nadają niemal tanecznego charakteru, a dęciaki dodają zadziorności. Drugi utwór jest bardziej subtelny, przestrzenny, a partie kontrabasu (grane smyczkiem), pianina i saksofonu tworzą naprawdę piękny nastrój.

Pharoah Sanders w ramach wypracowanego wcześniej stylu zaproponował album, który wnosi pewną świeżość i nową jakość do jego twórczości. A przede wszystkim zawiera fantastycznie skomponowaną, zaaranżowaną i wykonaną muzykę. "Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun)" to jedno z największych osiągnięć saksofonisty.

Ocena: 8/10



Pharoah Sanders - "Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun)" (1970)

1. Summun, Bukmun, Umyun; 2. Let Us Go Into the House of the Lord

Skład: Pharoah Sanders - saksofon sopranowy, flet, pianino, instr. perkusyjne; Gary Bartz - saksofon altowy, instr. perkusyjne; Woody Shaw - trąbka, instr. perkusyjne, wokal; Lonnie Liston Smith - pianino, instr. perkusyjne; Cecil McBee - kontrabas; Clifford Jarvis - perkusja; Nathaniel Bettis - instr. perkusyjne, wokal; Anthony Wiles - instr. perkusyjne
Producent: Ed Michel


1 lutego 2019

[Blog] Looking Back: Styczeń 2019

Witam w pierwszej odsłonie odświeżonego cyklu "Looking Back". Zamiast skupiać się wyłącznie na swoich płytowych zakupach, jak we wcześniejszych częściach (publikowanych od września do listopada 2014 roku i ponownie od listopada 2015 do października 2017), nowa formuła będzie polegała głównie na podsumowaniu tego, co w ciągu danego miesiąca wydarzyło się na stronie - także w postaci specjalnie przygotowanej playlisty na serwisie Spotify.

W styczniu działo się sporo. Pojawiła się kolejna część cyklu "50 lat temu...", dotycząca 1968 roku, piętnaście nowych recenzji, a także zostało poprawione dwanaście starszych recenzji. Wśród nowości znalazły się teksty o przedstawicielach sceny Canterbury (eponimiczny debiut National Health, eponimiczny debiut i "The Rotter's Club" Hatfield and the North), krautrocka ("Opal" Embryo), avant-proga ("Barndomens Stigar" Kultivator, "Western Culture" Henry Cow, "Winter Songs" Art Bears), progresywnej elektroniki ("Zeit" Tangerine Dream), a także różnych odmian jazzu, od post-bopowych dokonań Charlesa Mingusa ("Mingus Ah Um") i Erica Dolphy'ego ("Outward Bound", "Out There"), przez fusion Return to Forever ("Light as a Feather") i Weather Report ("I Sing the Body Electric"), po free jazz Pharoaha Sandersa ("Jewels of Thought") i Dona Cherry'ego ("Complete Communion"). Poprawiane były głównie recenzje Nirvany i Judas Priest.

W zeszłym miesiącu padła ponadto rekordowa liczba wejść na stronę - po raz pierwszy przekroczyła ona 50 tysięcy. Najchętniej czytane były następujące teksty:
  1. Judas Priest - "Stained Class"
  2. Nirvana - "Nevermind"
  3. 50 lat temu... Podsumowanie roku 1968
  4. Tangerine Dream - "Zeit"
  5. Judas Priest - "British Steel"
  6. Judas Priest - "Sad Wings of Destiny"
  7. Hatfield and the North - "The Rotters' Club"
  8. Chick Corea and Return to Forever - "Light as a Feather"
  9. Henry Cow - "Western Culture"
  10. Kultivator - "Barndomens Stigar"

Aby nie odchodzić całkiem od tradycji tego cyklu, chciałbym jeszcze przedstawić listę kupionych w tym miesiącu płyt. Bardzo krótką, bo liczącą ledwie trzy pozycje: winylowe wydania "Mwandishi" Herbiego Hancocka (reedycja z początku XXI wieku) i eponimicznego debiutu Weather Report (reedycja z początku lat 80.), a także kompaktowy boks "1963: New Directions" Johna Coltrane'a. Albumu Hancocka poszukiwałem już od dawna, zależało mi na starszym wydaniu, ale w końcu się poddałem i kupiłem nowe (które i tak trzeba było sprowadzić aż z Wielkiej Brytanii).

Na koniec wspomniana playlista. Wybrałem po jednym utworze z zrecenzowanych i kupionych w tym miesiącu albumów, z wyjątkiem nieobecnych na Spotify Henry Cow i Art Bears (jak przystało na antykapitalistów, nie udostępnili swojej muzyki w serwisach streamingowych) oraz National Health. Również niedostępny jest tam debiut Weather Report, dlatego na liście umieściłem koncertową wersję "Orange Lady" z "Live in Tokyo". Ponadto uwzględniłem utwór The Jeff Beck Group jako reprezentanta podsumowania 1968 roku, a także przekorny wybór reprezentantów poprawionych recenzji - nietypowy utwór z dorobku Nirvany i oryginalną wersję utworu zcoverowanego przez Judas Priest. Kolejność ustaliłem w taki sposób, aby zacząć od prostych kawałków rockowych, przez bardziej progresywne granie, jazz-rockowe fuzje, akustyczny jazz, po free jazz i progresywną elektronikę. Zachęcam do przesłuchania całości ;)



31 stycznia 2019

[Recenzja] National Health - "National Health" (1978)



Jeden z ostatnich przedstawicieli sceny Canterbury, National Health, powstał z inicjatywy klawiszowców Dave'a Stewarta i Alana Gowena. Na pomysł założenia wspólnego zespołu wpadli już w 1973 roku, podczas wspólnych koncertów swoich ówczesnych grup - Hatfield and the North i Gilgamesh. Gdy dwa lata później ta pierwsza zakończyła działalność (z powodu osobistych problemów Dave'a Sinclaira), przystąpili do realizacji projektu. W oryginalnym składzie towarzyszyli im: gitarzyści Phil Miller (z HatN) i Phil Lee (Gilgamesh), basista Mont Campbell (Gilgamesh, a wcześniej razem ze Stewartem w Egg) oraz perkusista Bill Bruford (nie trzeba przedstawiać). Ostatnia trójka szybko jednak zrezygnowała. W ten sposób do zespołu trafił kolejny były członek HatN, perkusista Pip Pyle. Miejsce basisty zajął natomiast muzyk spoza sceny Canterbury, Neil Murray (ex-Colosseum II, późniejszy członek Whitesnake i Black Sabbath).

Eponimiczny debiut zespołu został zarejestrowany pomiędzy lutym i marcem 1977 roku, a wydany rok później. W międzyczasie ze składu odszedł Gowen. Pomimo jego istotnego wkładu w ten materiał (gra we wszystkich utworach, jest autorem jednego i współautorem innego utworu), na okładce został wymieniony wśród gości. Na kształt i brzmienie albumu istotnie wpłynęło także dwoje innych gości: grający na różnych instrumentach dętych Jimmy Hastings i wokalistka Amanda Parsons. W nagraniach wziął udział ponadto perkusjonista John Mitchell.

Chociaż w powstawaniu albumu wzięło udział 3/4 składu Hatfield and the North i dwoje jego stałych współpracowników (Hastings i Parsons), jest to nieco inna muzyka, idąca jeszcze dalej w stronę jazz rocka, dużo swobodniejsza, pozbawiona wyraźnych struktur, całkowicie odchodząca od tradycyjnie rozumianej piosenkowości. Pięć utworów, o łącznym czasie pięćdziesięciu minut (i czternastu sekund), sprawia wrażenie jednego jazzrockowego jamu, pełnego dynamicznych kontrastów, przeróżnych motywów i długich solówek. Brzmienie jest typowo kanterberyjskie, raczej subtelne, choć zdarzają się zadziorniejsze momenty, przywołujące odległe skojarzenia z Soft Machine. Choć słychać, że to już końcówka lat 70., to na szczęście jest tutaj mniej plastikowo, niż na płytach Gilgamesh. Przeróżne brzmienia klawiszowe (organy, elektryczne i akustyczne pianina, syntezator Mooga) dominują nad całością, jednak istotną rolę pełnią tu także jazzujące solówki Millera, partie bezprogowego basu, urozmaicona gra perkusistów, wokalizy (a w "Tenemos Roads" tradycyjny śpiew) Parsons, a także pojawiające się gdzieniegdzie dźwięki fletu i klarnetów.

Choć jednak wszyscy muzycy (może z wyjątkiem Murraya) prezentują tutaj niewątpliwy kunszt - co pokazują zarówno ich solowe popisy, jak i zespołowa współpraca - to jednak poszczególne utwory są do siebie nieco zbyt podobne i trudne do odróżnienia (z drugiej strony, album jest dzięki temu wyjątkowo równy i spójny). Nie da się też ukryć, że jest to mało oryginalne granie, powielające pomysły wcześniejszych grup muzyków. To wciąż jednak przyjemna muzyka i dość łatwa w odbiorze (osoby osłuchane z klasycznym progiem z głównego nurtu nie powinny mieć problemów z tym materiałem), a tym samym może posłużyć za wstęp do tych nieco mniej przystępnych rzeczy ze sceny Canterbury.

Ocena: 8/10



National Health - "National Health" (1978)

1. Tenemos Roads; 2. Brujo; 3. Borogoves (Excerpt from Part Two); 4. Borogoves (Part One); 5. Elephants

Skład: Dave Stewart - instr. klawiszowe; Alan Gowen - instr. klawiszowe; Phil Miller - gitara; Neil Murray - bass; Pip Pyle - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Hastings - flet (1-3,5), klarnet basowy (1), klarnet (3,4); John Mitchell - instr. perkusyjne (1-3); Amanda Parsons - wokal (1,2,4,5)
Producent: Mike Dunne


29 stycznia 2019

[Recenzja] Eric Dolphy - "Out There" (1961)



Na swoim drugim albumie w roli lidera, Eric Dolphy oddala się od bopu w bardziej awangardowe rejony. Już sam skład, który 15 sierpnia 1960 roku wszedł do Van Gelder Studio, jest eksperymentalny. Dolphy zrezygnował tym razem z muzyków grających na trąbce i pianinie, dodając za to wiolonczelistę. W tej roli wystąpił Ron Carter, na co dzień kontrabasista, najbardziej znany ze współpracy z Milesem Davisem z okresu Drugiego Wielkiego Kwintetu, mający jednak na koncie udział w ponad dwóch tysiącach dwustu sesjach. Ta była jedną z jego pierwszych, prawdopodobnie trzecią. W składzie znalazł się także basista George Duvivier, a za bębnami ponownie zasiadł Roy Haynes.

Album zawiera siedem nagrań, w tym cztery kompozycje lidera i trzy interpretacje cudzych kompozycji. Poszczególne utwory cechuje spora różnorodność, w czym spora zasługa stosowania przez Dolphy'ego różnych dęciaków. Tytułowy "Out There", napędzany bardzo energetyczną grą sekcji rytmicznej, wyróżnia się ciekawym tematem z celowo rozmijającymi się partiami saksofonu altowego i wiolonczeli, a także porywającymi, ekspresyjnymi solówkami na tych instrumentach; jest tu też niezłe solo na kontrabasie. W "Serene" muzycy zwalniają tempo i grają bardziej subtelnie, choć wciąż wyjątkowo swobodnie. Dolphy tym razem prezentuje swoje umiejętności na klarnecie basowym, jednak jednak najciekawszym momentem utworu jest duet Cartera i Duvivera. Krótki, niepełna trzyminutowy "The Baron" został zbudowany na podobnej zasadzie, co kompozycja tytułowa, tylko zamiast saksofonu użyty został klarnet basowy, a solówki są krótsze i mniej ekscytujące. Za to w jeszcze krótszym "Eclipse" (kompozycja Charlesa Mingusa) stworzono całkiem interesujący nastrój. Muzycy grają tu bardzo swobodnie (bez żadnych solówek), niemalże niezależnie od siebie, ale wyłania się tu wyraźna, smutna melodia. Szybszy "17 West" zachwyca przeplatającymi się partiami fletu i wiolonczeli na energetycznym akompaniamencie sekcji rytmicznej, z fajnie pląsającym kontrabasem (w pewnym momencie wychodzącym na pierwszy plan) i krotką solówką perkusyjną. Ostatnie dwie kompozycje - ballady "Sketch of Melba" Randy'ego Westona i "Feathers" Hale'a Smitha - bliższe są bopowej tradycji, jednak wykonane zostały równie zachwycająco. "Sketch of Melba" urzeka pięknymi partiami fletu i płaczliwymi zgrzytami wiolonczeli. Natomiast "Feathers" lider po raz drugi na tym albumie sięga po saksofon, tym razem olśniewając subtelniejszymi dźwiękami; sam utwór wypada jednak mniej porywająco od poprzednich.

Piękny album, będący pierwszym dowodem talentu Erica Dolphy'ego, jako kompozytora, aranżera i wykonawcy, bez względu na to, po jaki sięga instrument. W każdej z tych dziedzin nie obawiał się niekonwencjonalnego podejścia, przez które spotykał się z niezrozumieniem jazzowych ortodoksów, ale właśnie dzięki temu jego twórczość tak się wyróżnia i po niemal sześciu dekadach wciąż zachwyca. Pozostali muzycy również doskonale się spisali i trochę szkoda, że skład ten niczego więcej już nie nagrał. Dolphy stworzył później jeszcze trochę wspaniałej muzyki, ale "Out There" pozostał jednym z jego najlepszych dokonań. Choć, jak powszechnie wiadomo, nie jest tym najlepszym.

Ocena: 9/10



Eric Dolphy - "Out There" (1961)

1. Out There; 2. Serene; 3. The Baron; 4. Eclipse; 5. 17 West; 6. Sketch of Melba; 7. Feathers

Skład: Eric Dolphy - saksofon altowy, klarnet, klarnet basowy, flet; Ron Carter - wiolonczela; George Duvivier - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Esmond Edwards


27 stycznia 2019

[Recenzja] Embryo - "Opal" (1970)



Jazzowa odmiana krautrocka nie jest tą najbardziej znaną, jednak i w jej ramach tworzyło kilka interesujących grup. Do nich bez wątpienia zalicza się Embryo. Początków zespołu należy szukać w stricte jazzowym Contemporary Trio, w którego skład wchodzili wibrafonista Christian Burchard, basista Lothar Meid i perkusista Dieter Serfas. Zespół zakończył działalność, gdy Burchard i Serfas dołączyli do Amon Düül II. Obaj jednak opuścili tę grupę wkrótce po nagraniu debiutanckiego "Phallus Dei" - jednego z pierwszych albumów krautrockowych. Burchard postanowił stworzyć własny zespół, który nazwał Embryo. Do pierwszego składu zaprosił Meida, grającego na saksofonie, flecie i organach Edgara Hofmanna, zaś sam zasiadł za perkusją. Meid wkrótce odszedł (do... Amon Düül II), a jego miejsce zajął Ralph Fischer. Mniej więcej w tym samym czasie dołączył brytyjski gitarzysta John Kelly. I właśnie taki skład, wsparty przez kilku gości, zarejestrował materiał na debiutancki album "Opal".

Muzykę Embryo można określić jako połączenie psychodelii, jazzu i muzyki orientalnej. Proporcje pomiędzy tymi elementami są różne w zależności od albumu. Na "Opal" wyraźnie słychać, że zespół dopiero poszukuje swojego stylu. Świadczą o tym przede wszystkim takie utwory, jak tytułowy - czysto psychodeliczny, ewidentnie inspirowany twórczością Pink Floyd z czasów Syda Barretta - czy orientalizujący "You Don't Know What's Happening" (ciekawie wzbogacony wiolonczelą), który również nie odchodzi daleko od anglosaskiej psychodelii. Ale również "Glockenspiel", w którym zespół dla odmiany gra niemal czysty free jazz. Tymczasem najciekawiej robi się wtedy, gdy muzycy próbują łączyć te dwie stylistyki, czego efektem jest dość oryginalnie brzmiący jazz rock, oparty na zadziornych partiach saksofonu, kwaśnym, typowo psychodelicznym brzmieniu gitary i organów oraz niebanalnej grze sekcji rytmicznej. Tak jest w energetycznych "Revolution" i "Call", czy bardziej swobodnym "People from Out the Space". Te dwa ostatnie to zdecydowanie najlepsze utwory na albumie. Szkoda tylko, że pomiędzy nimi wpakowano najsłabszy "End of Soul" z nudnymi, nieprzegadanymi fragmentami. Zresztą pojawiające się na tym albumie okazjonalnie partie wokalne są jego najsłabszym ogniwem.

Debiutancki album Embryo brzmi jak jam session (jedynie "You Don't Know What's Happening" sprawia wrażenie wcześniej przygotowanej kompozycji), podczas którego muzykom zdarza się wpaść na coś ciekawego, ale czasem błądzą, przez co materiał jest nierówny i niezbyt spójny stylistycznie. Choć w sumie przyjemny i pozostawiający raczej pozytywne odczucia. Ale zespół dopiero na kolejnych albumach, gdy muzycy lepiej się zgrali, pokazał w pełni swoje możliwości. 

Ocena: 7/10



Embryo - "Opal" (1970)

1. Opal; 2. You Don't Know What's Happening; 3. Revolution; 4. Glockenspiel; 5. Got No Time; 6. Call; 7. End of Soul; 8. People from Out the Space

Skład: Edgar Hofmann - saksofon, flet, organy; John Kelly - gitara, wokal; Ralph Fischer - bass, wokal; Christian Burchard - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: Roberto Détrée - wiolonczela Holger Trülzsch - bongosy; Bettsy Alleh - wokal
Producent: Embryo


25 stycznia 2019

[Recenzja] Weather Report - "I Sing the Body Electric" (1972)



Niemal równo rok po dobrze przyjętym debiutanckim albumie, w maju 1972 roku do sprzedaży trafiło drugie wydawnictwo Weather Report. "I Sing the Body Electric" (tytuł zaczerpnięto z XIX-wiecznego poematu Walta Whitmana) został zarejestrowany w odświeżonym składzie - Eric Gravatt i Dom Um Romão zajęli miejsce Alphonse'a Mouzona i Airto Moreiry. Znalazła się na nim muzyka nagrana zarówno w studiu, jak i podczas koncertu. Taka praktyka nie była w tamtym czasie niczym zaskakującym, jednak szkoda, że nagrania koncertowe pochodzą z występu, który niedługo potem został wydany w całości na albumie "Live in Tokyo" (przez niemal trzy dekady dostępnym wyłącznie w Japonii). To oznacza, że otrzymujemy tu pół albumu i zapowiedź innego wydawnictwa.

Nagrania studyjne, wypełniające stronę A winylowego wydania, to efekt dwóch sesji - z listopada 1971 i stycznia 1972 roku. W porównaniu z debiutem, słychać tutaj znacznie bogatsze instrumentarium. To właśnie na tym albumie Joe Zawinul po raz pierwszy użył syntezatora, który w tamtym czasie wciąż był traktowany z nieufnością przez większość jazzmanów. W "Unknown Soldier" zespołowi towarzyszy rozbudowana sekcja dęta i trzyosobowy chór. Utwór charakteryzuje się bardzo swobodnym charakterem, momentami zbliżając się do estetyki freejazzowej, nie jest to jednak improwizacja, a starannie rozplanowana muzyka ilustracyjna, będąca próbą dźwiękowego przedstawienia wojny. Bez wątpienia jest to jeden z najbardziej kreatywnych utworów zespołu. W kolejnym na płycie "The Moor" zaskakuje obecność gitary - gościnnie zagrał na niej Ralph Towner. Instrument pełni pierwszoplanową rolę, na początku występuje solo, dopiero w drugiej minucie dołączają członkowie zespołu, wchodząc w ciekawą interakcję z Townerem i kreując wspólnie intrygujący klimat. Dwa pozostałe studyjne nagrania, "Crystal" i "Second Sunday in August", bliższe są już muzyki z eponimicznego debiutu. Oba opierają się na ciekawym kontraście subtelnych partii klawiszy i saksofonu oraz ciężkich partii przesterowanego basu i intensywnej gry perkusistów.

Koncertowy materiał został zarejestrowany 13 stycznia 1972 roku w tokijskiej Shibuya Kokaido Hall. Tutaj już cały zespół gra niezwykle energetycznie, momentami wręcz agresywnie, porywająco improwizując. Skojarzenia z występami Milesa Davisa w salach koncertowych Fillmore East i West czy na Isle of Wight Festival są jak najbardziej uzasadnione. Podobne jest brzmienie, oparte na ostrych partiach saksofonu i przesterowanego pianina elektrycznego, masywnych, gęstych partiach basu, potężnej perkusji i licznych przeszkadzajkach. A zupełnie identyczne jest podejście muzyków, którzy bez praktycznie żadnych przerw improwizują, zarówno na bazie znanych tematów (m.in. kompozycjach klawiszowca - "Dr. Honoris Causa" z solowego "Zawinul" oraz napisanego dla Davisa "Directions"), jak i prezentując zupełnie nowe pomysły. Cały koncert był niezwykle ekscytujący, muzycy grali jak natchnieni, wchodząc na wyżyny koncertowych improwizacji. Chyba nikomu, w ramach muzyki fusion, nie udało się tak bardzo zbliżyć do poziomu Milesa. Problem w tym, że na "I Sing the Body Electric" trafiły tylko zremiksowane fragmenty znacznie dłuższych improwizacji, nie oddające w pełni tego, co zespół wówczas pokazał. To zaledwie dwadzieścia minut z półtoragodzinnego występu. Warto zatem sięgnąć po "Live in Tokyo", który zawiera aż godzinę wspaniałego materiału nieuwzględnionego na "I Sing the Body Electric".

Muzycy niepotrzebnie śpieszyli się z wydaniem drugiego albumu. Powinni spędzić więcej czasu na stworzenie nowych kompozycji. Tym bardziej, że Zawinulowi i Shorterowi dopisywało wówczas kompozytorskie natchnienie, co udowadniają takie perły, jak "Unknown Soldier" i "The Moor". W międzyczasie powinno natomiast ukazać się ogólnoświatowe wydanie "Live in Tokyo", gdyż materiał ten zasługiwał na znacznie szerszą dostępność. Cóż, zrobiono jednak inaczej. A rezultat, czyli właśnie "I Sing the Body Electric", przynosi wystarczająco dużo świetnej muzyki, by uznać go za bardzo dobry.

Ocena: 8/10
"Live in Tokyo": 9/10



Weather Report - "I Sing the Body Electric" (1972)

1. Unknown Soldier; 2. The Moors; 3. Crystal; 4. Second Sunday in August; 5. Medley: Vertical Invader / T.H. / Dr. Honoris Causa (live); 6. Surucucú (live); 7. Directions (live)

Skład: Joe Zawinul - pianino elektryczne, syntezator, pianino; Wayne Shorter - saksofony; Miroslav Vitouš - bass; Eric Gravatt - perkusja; Dom Um Romão - instr. perkusyjne
Gościnnie: Andrew White - rożek angielski (1); Hubert Laws - flet (1); Wilmer Wise - trąbka (1); Yolande Bavan, Joshie Armstrong, Chapman Roberts - głosy (1); Ralph Towner - gitara (2)
Producent: Robert Devere


Weather Report - "Live in Tokyo" (1972)

LP1: 1. Medley: Vertical Invader / Seventh Arrow / T.H. / Doctor Honoris Causa; 2. Medley: Surucucú / Lost / Early Minor / Directions
LP2: 1. Orange Lady; 2. Medley: Eurydice / The Moors; 3. Medley: Tears / Umbrellas

Skład: Joe Zawinul - pianino elektryczne, pianino; Wayne Shorter - saksofony; Miroslav Vitouš - bass; Eric Gravatt - perkusja; Dom Um Romão - instr. perkusyjne
Producent: Joe Zawinul i Wayne Shorter

Po prawej: okładka "Live in Tokyo".


23 stycznia 2019

[Recenzja] Art Bears - "Winter Songs" (1979)



Poprzedni album Art Bears, "Hopes and Fears", nagrywany był tak naprawdę przez zespół Henry Cow i pod tym szyldem początkowo miał się ukazać. "Winter Songs" to już prawdziwy debiut tria tworzonego przez Freda Fritha, Chrisa Cutlera i Dagmar Krause. Pod względem muzycznym większych zmian jednak nie słychać. To wciąż avant-prog zdradzający silną inspirację kameralną awangardą, a w mniejszym stopniu folkiem i no wave. Chociaż w studiu trio nie skorzystało z pomocy dodatkowych muzyków (na koncertach było wspierane przez Petera Blegvada na basie oraz Marca Hollandera na klawiszach i dęciakach), brzmienie jest tu bardzo bogate, w czym zasługa licznych nakładek, głównie z partiami Fritha grającego tu m.in. na różnych gitarach, klawiszach i smyczkach.

Na album składa się czternaście krótkich utworów (autorstwa Fritha i Cutlera), w których jednak  zwykle sporo się dzieje. Zaskakują kontrasty, zarówno w poszczególnych nagraniach, jak i między nimi. Szczególnie słychać to na przykładzie wyjątkowo subtelnego, jakby folkowego "The Hermit" i następującego tuż po nim dzikiego "Rats and Monkeys" z agresywnym śpiewem Krause i zwariowanymi partiami instrumentalistów. To akurat dwa najbardziej skrajne utwory. Pozostałe mieszczą się gdzieś pomiędzy, zawierając zarówno dziwne, awangardowe dźwięki, jak i kontrapunkt w postaci łagodniejszych momentów. Nierzadko tym wszystkim dziwactwom towarzyszą całkiem ładne melodie. Nie czynią one jednak albumu łatwiejszym w odbiorze (najwyżej jego fragmenty), a wręcz potęgują wrażenie nieprzewidywalności, niepokoju, może nawet dyskomfortu. Trio tworzyło bowiem absolutnie bezkompromisową muzykę, nie próbując trafić do szerszej publiczności, a jedynie realizować swoje artystyczne ambicje. Inspiracją dla "Winter Songs" były płaskorzeźby, które muzycy widzieli w katedrach w Amiens i Nantes. Stąd utwory mają często monumentalny, majestatyczny charakter, ale bez popadania w patos (np. doskonały "The Slave", w którym interesująco połączono potężną warstwą rytmiczną, dostojne skrzypce i nowave'ową gitarę, albo hipnotyzujący "The Winter Wheel").

"Winter Songs" trzyma wysoki poziom swojego poprzednika. Muzycy wykazali się prawdziwym kunsztem tworząc muzykę tak bezkompromisową i nieprzewidywalną, prawdziwie awangardową, a zarazem nie pozbawioną naprawdę ładnych momentów, które jednak nie czynią jej banalną. 

Ocena: 9/10



Art Bears - "Winter Songs" (1979)

1. The Bath of Stars; 2. First Things First; 3. Gold; 4. The Summer Wheel; 5. The Slave; 6. The Hermit; 7. Rats and Monkeys; 8. The Skeleton; 9. The Winter Wheel; 10. Man and Boy; 11. Winter/War; 12. Force; 13. Three Figures; 14. Three Wheels

Skład: Dagmar Krause - wokal; Fred Frith - gitara, bass, instr. klawiszowe, skrzypce, altówka, ksylofon; Chris Cutler - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Art Bears i Etienne Conod


21 stycznia 2019

[Recenzja] Don Cherry - "Complete Communion" (1966)



"Complete Communion" to nietypowy i odważny debiut. Jeszcze parę lat wcześniej byłoby nieprawdopodobne, żeby zacząć solową działalność od albumu składającego się tylko z dwóch, około dwudziestominutowych utworów. 1966 rok to już jednak czas największej popularności free jazzu. A i Don Cherry nie był przecież muzykiem znikąd. Zyskał rozpoznawalność już na przełomie dekad, dzięki wieloletniej współpracy z Ornettem Colemanem. Wziął udział w nagraniu tak ważnych albumów, jak "The Shape of Jazz to Come" czy "Free Jazz", które w znacznym stopniu ukształtowały tę stylistykę. W pierwszej połowie lat 60. Cherry współpracował też z innymi ważnymi dla tego nurtu twórcami, jak John Coltrane, Albert Ayler czy Archie Shepp.

"Complete Communion" został zarejestrowany 24 grudnia 1965 roku w studiu Rudy'ego Van Geldera. Producentem został Alfred Lion, gdyż materiał powstawał dla założonej przez niego wytwórni Blue Note. Oprócz Cherry'ego, grającego podczas tej sesji wyłącznie na kornecie, w nagraniach brali udział: argentyński saksofonista Leandro "Gato" Barbieri (znany głównie z własnej działalności, przede wszystkim tej na pograniczu jazzu i muzyki latynoskiej, w latach 60. będący jednak pod silnym wpływem gry Coltrane'a i Aylera), perkusista Ed Blackwell (kolejny współpracownik Colemana, a także Erica Dolphy'ego czy Anthony'ego Braxtona), oraz basista Henry Grimes (grał m.in. z Aylerem, Sheppem, Cecilem Taylorem, Pharoahem Sandersem i McCoyem Tynerem).

Obie kompozycje zostały napisane przez lidera. Każda z nich składa się z czterech części, jednak stanowi tak spójną całość, że trudno się połapać kiedy muzycy przechodzą do kolejnych fragmentów. Prawdopodobnie właśnie przez taką niekonwencjonalną formę album nie spotkał się z dobrym przyjęciem wśród jazzowych ortodoksów. Bo z dzisiejszej perspektywy trudno usłyszeć tu jakikolwiek radykalizm. Jest to zdecydowanie muzyka wywodząca się bezpośrednio z bopu. Don i Gato grają bardzo ekspresyjnie, ale raczej melodyjnie, tylko czasem pozwalając sobie na bardziej agresywne dźwięki. Natomiast sekcja rytmiczna przez znaczną część płyty dość tradycyjnie swinguje - Blackwell i Grimes nie ograniczają się jednak jedynie do tła, czasem wychodzą na pierwszy plan, prezentując mniej konwencjonalny sposób gry; ale potrafią też usunąć się w cień, gdy sekcja dęta potrzebuje więcej przestrzeni. Kwartet zdaje się doskonale ze sobą porozumiewać, dzięki czemu całość jest tak swobodna i porywająca.

"Complete Communion" to dla wielbicieli takiego swobodnego, improwizowanego jazzu pozycja obowiązkowa. Wszystkich pozostałych również zachęcam do posłuchania - może właśnie ten album okaże się zachętą do poszerzenia swoich muzycznych horyzontów.

Ocena: 8/10



Don Cherry - "Complete Communion" (1966)

1. Complete Communion / And Now / Golden Heart / Remembrance; 2. Elephantasy / Our Feelings / Bishmallah / Wind, Sand and Stars

Skład: Don Cherry - kornet; Gato Barbieri - saksofon tenorowy; Henry Grimes - kontrabas; Edward Blackwell - perkusja
Producent: Alfred Lion


19 stycznia 2019

[Recenzja] Hatfield and the North - "The Rotters' Club" (1975)



Choć znam ten album od dość dawna, dopiero niedawno autentycznie mnie zachwycił i od kilku dni słucham go na okrągło (z krótkimi przerwami na inną muzykę). W przeciwieństwie do eponimicznego debiutu Hatfield and the North, na którym jedynie fragmenty robią na mnie duże wrażenie, "The Rotters' Club" porwał mnie w całości. Muzycy trzymają się stylu wypracowanego na debiucie, ale dopiero tutaj doprowadzili go do prawdziwej perfekcji, maksymalnie wykorzystując wszystkie swoje atuty. Pomysł na album jest właściwie taki sam, jak na poprzednie wydawnictwo - poszczególne utwory niespodziewanie przechodzą w kolejne, tworząc swego rodzaju suitę, bardzo różnorodną, pełną interesujących pomysłów. Tym razem muzycy zadbali jednak o to, by każdy pomysł został należycie rozwinięty, nie pozostawiając niedosytu, ale też nie doprowadzając do przeciwnej sytuacji, w której słuchacz mógłby odczuć znużenie.

Album rozpoczyna się od niesamowicie chwytliwego "Share It", który pomimo swojego przebojowego charakteru i pogodnego klimatu nie popada w banał. Wręcz przeciwnie, to wyrafinowana kompozycja, zachwycająca dostojnym śpiewem Richarda Sinclaira, któremu towarzyszą ciekawe partie klawiszy (Dave Stewart używa na tym albumie elektrycznego pianina, organów Hammonda i syntezatora Mooga - tutaj słychać głównie ten ostatni) oraz bardzo przyjemnie pulsujący bas. Świetne otwarcie, ale już za chwilę muzycy pokazują się od innej, jeszcze ciekawszej strony. Kolejne cztery nagrania - "Lounging There Trying" i "The Yes No Interlude" oraz umieszczone pomiędzy miniaturki "(Big) John Wayne Socks Psychology on the Jaw" i "Chaos at the Greasy Spoon" - to w sumie jedenaście i pół minuty porywającego instrumentalnego grania o zdecydowanie jazzrockowym charakterze. Wszyscy czterej muzycy pokazują się tutaj od najlepszej strony, a dodatkowo towarzyszą im liczne dęciaki (waltornia, saksofon, fagot, klarnet), na których gościnnie zagrali Mont Cambell (Arzachel, Egg), znany ze współpracy z Caravan Jimmy Hastings, a także dwoje członków Henry Cow, Lindsay Cooper i Tim Hodgkinson.

W nostalgicznym "Fitter Stoke Has a Bath" ponownie pojawia się śpiew Sinclaira, tym razem wyraźnie inspirowany wokalnymi zabawami Roberta Wyatta. Warstwa instrumentalna jest bardzo melodyjna i zarazem wyrafinowana. Pięknie wypadają partie gitary basowej i fletu (za te ostatnie odpowiada Hastings), a urozmaicenie zapewnia dość ostre solo gitarowe Phila Millera. Warto też zwrócić uwagę na bardziej eksperymentalne zakończenie. Przepięknym utworem jest "Didn't Matter Anyway", z naprawdę uroczą melodią, fantastyczną partią wokalną Sinclaira (grającego tutaj także na gitarze) i cudowną partią fletu. Instrumentalny "Underdub" - z solówkami na flecie, klawiszami przypominającymi wibrafon oraz funkującą grą Millera i sekcji rytmicznej - to już granie bliższe jazz fusion, niż jazz rocka, przyjemnie urozmaicające całość i znów bardzo ładne. A na zakończenie czeka jeszcze najdłuższy, dwudziestominutowy "Mumps", sam w sobie składający się z kilku różnorodnych części. Jest w nim miejsce i na świetne granie instrumentalne, i na bardziej piosenkowe fragmenty, w których znów błyszczą partię wokalne Sinclaira. Oprócz członków zespołu można ponownie usłyszeć Hastingsa na saksofonie, a także znane z debiutu dziewczyny z The Northettes, ubarwiające nagranie jazzującymi wokalizami. Idealny finał dla tego albumu.

"The Rotters' Club" to doskonałe połączenie ładnych melodii i wyrafinowanej warstwy instrumentalnej, całkiem przystępne, ale dalekie od piosenkowego banału, czerpiące z ambitniejszych rodzajów muzyki. Warto wspomnieć o typowo kanterberyjskim luzie i poczuciu humoru. Ten kompletny brak pretensjonalności, wraz z bardzo konkretnymi, treściwymi kompozycjami, jest niewątpliwą zaletą tego materiału, odróżniając go od wielu innych około-progresywnych wydawnictw, także bardziej znanych, lecz nie dających mi podczas słuchania tyle przyjemności.

Ocena: 10/10



Hatfield and the North - "The Rotters' Club" (1975)

1. Share It; 2. Lounging There Trying; 3. (Big) John Wayne Socks Psychology on the Jaw; 4. Chaos at the Greasy Spoon; 5. The Yes No Interlude; 6. Fitter Stoke Has a Bath; 7. Didn't Matter Anyway; 8. Underdub; 9. Mumps (Your Majesty Is Like a Cream Donut - Quiet / Lumps / Prenut / Your Majesty Is Like a Cream Donut - Loud)

Skład: Richard Sinclair - wokal i bass, gitara (7); Phil Miller - gitara; Dave Stewart - instr. klawiszowe; Pip Pyle - perkusja
Gościnnie: Mont Campbell - waltornia (3,4); Lindsay Cooper - fagot (3,5); Tim Hodgkinson - klarnet (3,5); Jimmy Hastings - saksofon (5,9), flet (6-9); Barbara Gaskin, Amanda Parsons, Ann Rosenthal - dodatkowy wokal (6,9)
Producent: Hatfield and the North


17 stycznia 2019

[Recenzja] Eric Dolphy Quintet - "Outward Bound" (1960)



Eric Dolphy to niezwykle ważna postać dla awangardowego jazzu. Zasłynął dzięki swojemu niekonwencjonalnemu podejściu do gry na saksofonie (często używał też innych dęciaków, jak klarnet basowy czy flet), przez co spotykał się z niezrozumieniem ortodoksyjnych krytyków, nazywających jego twórczość anty-jazzem. Dopiero po swojej przedwczesnej śmierci zaczął być bardziej doceniany. W ciągu ledwie piętnastoletniej kariery wspomagał takich muzyków, jak Chico Hamilton, Charles Mingus, Oliver Nelson, Ornette Coleman (na słynnym "Free Jazz") czy John Coltrane (m.in. na "Olé" i "Live at Village Vanguard"). Pozostawił też kilka płyt (kilkadziesiąt wliczając pośmiertne wydawnictwa) wydanych pod własnym nazwiskiem.

1 kwietnia 1960 roku w studiu Rudy'ego Van Geldera odbyła się pierwsza sesja Dolphy'ego w roli lidera. Towarzyszył mu doborowy skład: Freddie Hubbard na trąbce, Roy Haynes na perkusji, Jaki Byard na pianinie i George Tucker na kontrabasie. Na repertuar złożyły się trzy kompozycje saksofonisty oraz trzy standardy, w tym idealnie wybrany ze względu na tytuł "On Green Dolphin Street". Zawarty tu materiał pod względem stylistycznym to właściwie hard bop, ale już tutaj słychać, jak kreatywnym muzykiem był Eric Dolphy. Jego gra przynajmniej momentami kieruje się już w bardziej awangardową stronę. Szczególnie wyróżniają się tutaj utwory pierwszy i ostatni, "G.W." i "Miss Toni", najbardziej energetyczne, w warstwie rytmicznej tradycyjnie swingujące, ale też z porywającymi solówkami lidera, łączącymi niemałą wirtuozerię z momentami niemalże freejazzową ekspresją. A dla równowagi w standardzie "Glad to Be Unhappy" Dolphy gra bardzo liryczne, przepiękne partie na flecie. Ta subtelna ballada jest wyjątkowym utworem na tym albumie, gdyż reszta albumu została zagrana o wiele bardziej żywiołowo, choć bardzo wyrafinowanie, z dużą swobodą, dającą pole do popisów solistom, jak i możliwość pokazania wzajemnej interakcji.

Eric Dolphy ma na koncie na pewno bardziej ekscytujące i nowatorskie albumy - czy to wydane pod własnym nazwiskiem, czy wśród tych, na których wystąpił w roli sidemana - ale "Outward Bound" to bardzo udany i dojrzały debiut, będący dobrym wstępem do zaznajomienia się z twórczością tego muzyka.

Ocena: 8/10



Eric Dolphy Quintet - "Outward Bound" (1960)

1. G.W.; 2. On Green Dolphin Street; 3. Les; 4. 245; 5. Glad to Be Unhappy; 6. Miss Toni

Skład: Eric Dolphy - saksofon altowy, klarnet basowy, flet; Freddie Hubbard - trąbka; Jaki Byard - pianino; George Tucker - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: -


15 stycznia 2019

[Recenzja] Tangerine Dream - "Zeit" (1972)



Trzeci album Tangerine Dream to zarazem debiut najsłynniejszego składu zespołu. Do Edgara Froese'a i Christophera Franke'a dołączył kolejny muzyk grający na instrumentach klawiszowych - Peter Baumann. Właśnie to trio odpowiada za wszystkie najważniejsze albumy grupy. "Zeit" to potężne otwarcie tego etapu - w wersji winylowej materiał zajmuje aż dwie płyty, a składają się na nie cztery około dwudziestominutowe nagrania. Pod względem stylistycznym album stanowi logiczną kontynuację zwrotu słyszalnego na "Alpha Centauri".

Zespół całkowicie odszedł tu od swoich krautrockowych korzeni i grania inspirowanych awangardą jamów. Zamiast tego proponuje dronowe, ambientowe pejzaże w niemal przesadnie wolnym tempie. Wciąż co prawda utrzymane w kosmicznym klimacie, jednak tym razem znacznie mroczniejszym. Uwagę zwraca niemal całkowite odejście od tradycyjnych instrumentów na rzecz syntezatorów i innych generatorów dźwięków. Wyjątek stanowi rozpoczynający całość "Birth of Liquid Plejades", nagrany z udziałem licznych gości, w tym kwartetem wiolonczelistów i grającym na elektrycznych organach Steve'em Schroyderem (byłym członkiem Tangerine Dream). Ponadto, na syntezatorze Mooga zagrał Florian Fricke z Popol Vuh. Jest to swego rodzaju przejściowy utwór, przywołujący wyraźne skojarzenia z poprzednim albumem, a zarazem wprowadzający już w tę bardziej minimalistyczną, stricte elektroniczną muzykę proponowaną przez trio w pozostałych nagraniach.

"Zeit" to bardzo intrygujący album, ale ze względu na bardzo abstrakcyjny charakter i długość, niezbyt łatwy w odbiorze i niespecjalnie zachęcający do kolejnych przesłuchań. Pewnie lepszym rozwiązaniem byłoby wydanie pojedynczego longplaya. Jednak nie można pominąć znaczenia tego materiału dla rozwoju muzyki elektronicznej. 

Ocena: 8/10



Tangerine Dream - "Zeit" (1972)

1. Birth of Liquid Plejades; 2. Nebulous Dawn; 3. Origin of Supernatural Probabilities; 4. Zeit

Skład: Edgar Froese - generator dźwięków, gitara; Peter Baumann - instr. klawiszowe, wibrafon; Christopher Franke - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne
Gościnnie: Florian Fricke - syntezator (1); Steve Schroyder - organy (1); Christian Vallbracht, Joachim von Grumbkow, Hans Joachim Brüne, Johannes Lücke - wiolonczele (1)
Producent: Tangerine Dream


13 stycznia 2019

[Recenzja] Chick Corea and Return to Forever - "Light as a Feather" (1972)



Miesiąc po zarejestrowaniu albumu "Return to Forever", na początku marca 1972 roku Chick Corea wraz z dwoma muzykami swojego ówczesnego zespołu, basistą Stanleyem Clarkiem i perkusistą Airo Moreirą, wzięli udział w sesji Stana Getza. Jej rezultatem jest wydany dopiero w 1974 roku album "Captain Marvel", składający się głównie z kompozycji Corei takich, jak "La Fiesta", znana już z "Return to Forever", czy "Captain Marvel" i "500 Miles High". Do tych dwóch ostatnich pianista powrócił podczas prac nad swoim kolejnym albumem, "Light as a Feather". Sesja nagraniowa odbyła się w dniach 8 i 15 października 1972 roku, w tym samym składzie, który nagrał "Return to Forever". Tytuł tamtego wydawnictwa przyjął się zresztą jako nazwa tego zespołu i właśnie na "Light as a Feather" został po raz pierwszy oficjalnie użyty w tym kontekście. Według Discogs longplay ukazał się jeszcze przed końcem 1972 roku, ale tylko w Brazylii i (w wersji kasetowej) w Stanach.

Na "Light as a Feather" składa się sześć kompozycji Corei (w "Spain" pojawia się cytat z "Concierto de Aranjuez" Joaquína Rodrigo), w tym dwie z tekstami Neville'a Pottera ("You're Everything", "500 Miles High") i jedna z tekstem Flory Purim (tytułowa). Album kontynuuje kierunek obrany na "Return to Forever". Tytuł ("lekki jak piórko") idealnie oddaje klimat wydawnictwa, utrzymanego na pograniczu elektrycznego jazzu i muzyki latynoskiej, opartego na łagodnym brzmieniu elektrycznego pianina Corei, fletu i saksofonu Joego Farella, kontrabasu Clarke'a oraz instrumentów perkusyjnych Moreiry i Purim. Znacznie większa jest tu jednak rola partii wokalnych Flory, pojawiających się we wszystkich utworach, z wyjątkiem najkrótszego (i najdelikatniejszego) "Children's Song". To sprawia, że utwory nabierają bardziej piosenkowego charakteru. Otwierający całość "You're Everything" jest praktycznie w całości podporządkowany partii wokalnej, przez co niebezpiecznie zbliża się do muzyki pop czy smooth jazzu. W tytułowym "Light as a Feather" i "500 Miles High" piosenkowe fragmenty z wokalem są na szczęście równoważone dłuższymi fragmentami o charakterze instrumentalnych improwizacji (w tym drugim całkiem ekspresyjnych), a w "Captain Marvel" i "Spain" obecne są tylko okazjonalne wokalizy, co daje muzykom więcej swobody w pokazywaniu swoich umiejętności.

Nie podoba mi się konwencja tego albumu. Śpiew Flory Purim jest zbyt delikatny i jednostajny, jest go za dużo i kieruje muzykę w mniej jazzowe, a bardziej popowe rejony. Wrażenie to pogłębia bardzo łagodne brzmienie i często niezbyt wyszukane melodie w stylu muzyki latynoskiej. Kompozycje nie są tu tak dobre, jak na "Return to Forever", a utwory "Captain Marvel" i "500 Miles High" o wiele bardziej przekonują mnie w pełni instrumentalnych, surowszych brzmieniowo wersjach z albumu Getza. Instrumentalne fragmenty z solówkami i improwizacjami muzyków są oczywiście utrzymane na wysokim poziomie, co sprawia, że album ma jednak dużą wartość artystyczną. Ale zdecydowanie nie jest to wydawnictwo, do którego chciałbym wracać. "Light as a Feather" ponadto nie wnosi nic nowego do twórczości Chicka Corei, jest raczej tylko próbą większego zdyskontowania sukcesu "Return to Forever". Ale już wkrótce pianista miał podążyć w nowym kierunku, o czym więcej w kolejnych recenzjach.

Ocena: 6/10



Chick Corea and Return to Forever - "Light as a Feather" (1972)

1. You're Everything; 2. Light as a Feather; 3. Captain Marvel; 4. 500 Miles High; 5. Children's Song; 6. Spain

Skład: Chick Corea - elektryczne pianino; Joe Farrell - saksofon tenorowy, flet; Stanley Clarke - kontrabas; Airto Moreira - perkusja; Flora Purim - instr. perkusyjne, wokal
Producent: Chick Corea