23 kwietnia 2019

[Recenzja] Eric Dolphy - "Far Cry" (1962)



Eric Dolphy był jednym z muzyków, którzy wzięli udział w nagrywaniu przełomowego albumu "Free Jazz: A Collective Improvisation" Ornette'a Colemana. Co ciekawe, nieco później tego samego dnia, gdy odbyła się tamta sesja - a był to 21 grudnia 1960 roku - Dolphy zarejestrował materiał na swój autorski album "Far Cry". W sesji, mającej miejsce w Van Gelder Studio, wsparli go sprawdzeni muzycy, jak pianista Jaki Byard, basista Ron Carter i perkusista Roy Haynes, a także trębacz Booker Little, z którym nie miał wcześniej okazji współpracować (przynajmniej w studiu). Na repertuar złożyły się dwie kompozycje Byarda ("Mrs. Parker of K.C. (Bird's Mother)", "Ode to Charlie Parker"), dwie lidera (tytułowa, "Miss Ann") oraz trzy przeróbki standardów. Cała pierwsza strona (pierwsze trzy utwory) stanowi swego rodzaju suitę poświęconą zmarłemu w 1955 roku Charliemu "Birdowi" Parkerowi - twórcy jazzu nowoczesnego.

W porównaniu z "Free Jazz", ale też z poprzednim albumem Dolphy'ego - "Out There", "Far Cry" jest albumem dość konwencjonalnym, wyraźnie tkwiącym w bopowej tradycji. Dotyczy to przede wszystkim partii Little'a i Byarda, którzy dość sztywno trzymają się przyjętych zasad. Pozostali sidemani nieco chętniej wychodzą poza schemat, czy to wzbogacając brzmienie o partie grane na kontrabasie smyczkiem, czy proponując mniej swingowe rytmy. Najwięcej, oczywiście, eksperymentuje Dolphy. Zwłaszcza wtedy, gdy sięga po klarnet basowy (w "Mrs. Parker of K.C.", i jazzowej interpretacji piosenki z lat 40., "It's Magic") lub flet (w "Ode to Charlie Parker" oraz skomponowanym przez Mala Waldrona i Billie Holiday "Left Alone"). Największą perłą tego albumu jest jednak "Tenderly" - kolejna piosenka z lat 40., już wcześniej przerabiana przez jazzowych wykonawców. Wersja Dolphy'ego wyróżnia się tym, że lider gra tu bez żadnego akompaniamentu. W całości zagrana na saksofonie altowym zachwyca swoim wyrafinowaniem, piękną melodią, ale również za sprawą paru wręcz freejazzowych przedęć i dysonansów. Właśnie dzięki takim utworom twórczość muzyka za jego życia była nazywana anty-jazzem, zaś po jego śmierci zaczęła cieszyć się ogromnym uznaniem.

Jako całość, "Far Cry" zdecydowanie nie jest najlepszym albumem Erica Doplhy'ego, ale zawiera kilka bardzo interesujących momentów - z "Tenderly" na czele - a pozostałe nagrania nie schodzą poniżej pewnego, wciąż wysokiego poziomu. 

Ocena: 8/10



Eric Dolphy - "Far Cry" (1962)

1. Mrs. Parker of K.C. (Bird's Mother); 2. Ode to Charlie Parker; 3. Far Cry; 4. Miss Ann; 5. Left Alone; 6. Tenderly; 7. It's Magic

Skład: Eric Dolphy - klarnet basowy (1,7), flet (2,5), saksofon altowy (3,4,6); Booker Little - trąbka (1-3); Jaki Byard - pianino; Ron Carter - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Esmond Edwards


21 kwietnia 2019

[Recenzja] Embryo - "Steig Aus" (1973)



Na przełomie lat 1971/72 grupa Embryo była bardzo aktywna twórczo. W ciągu ośmiu miesięcy powstał materiał na trzy longplaye. Jeszcze w 1972 roku ukazał się "Father, Son And Holy Ghosts", a po zmianie wytwórni (przedstawiciele dotychczasowej nie chcieli bowiem ryzykować z mniej przystępnym materiałem), już w 1973 roku, opublikowano dwa kolejne - "Steig Aus" i "Rocksession". Co ciekawe, każdy z nich zawiera nagrania zarejestrowane w nieco innym składzie, choć zawsze z udziałem Christiana Burcharda, Edgara Hofmanna (jedynych muzyków grających w Embryo od samego początku) oraz basisty Davida Kinga (grającego z grupą tylko podczas tych sesji). Na "Steig Aus" można usłyszeć ponadto grającego na gitarze i sazie Romana Bunkę, drugiego basistę Jörga Eversa, a także dwóch klawiszowców - pianistę Mala Waldrona i organistę Jimmy'ego Jacksona.

Mal Waldron to działający od początku lat 50. (do śmierci w 2002 roku) amerykański jazzman. Pierwsze lata kariery miał niezwykle udane, zarówno pod względem popularności, jak i, przede wszystkim, artystycznym. Nagrywał autorskie albumy, a także współpracował z takimi wybitnymi muzykami, jak Charles Mingus, John Coltrane czy Eric Dolphy, jak również z wokalistką Billie Holiday. Niestety, na początku lat 60. jego kariera nagle się załamała, z powodu poważnych problemów zdrowotnych, związanych z używaniem heroiny. W połowie dekady przeniósł się do Europy, gdzie kontynuował karierę, nie odnosząc już jednak takich sukcesów, jak wcześniej. W Niemczech poznał Burcharda, z którym współpracował, zanim ten ostatni założył Embryo. Jimmy Jackson to kolejny amerykański muzyk, nie mający za sobą tak ciekawej przeszłości, za to dobrze już znany na scenie krautrockowej - współpracował m.in. z Tangerine Dream, Amon Düül II i... Embryo (na "Embryo's Rache"). Obaj klawiszowcy mieli wcześniej okazję pracować również ze sobą - na początku 1971 roku, wspólnie z basistą Eberhardem Weberem i perkusistą Fredem Bracefulem, zarejestrowali album "The Call", utrzymany w stylistyce fusion.

Na "Steig Aus" znalazły się trzy nagrania - dwa krótsze, około dziesięciominutowe, na stronie A oraz jeden dłuższy, blisko dwudziestominutowy na stronie B. Jest to muzyka praktycznie całkowicie instrumentalna, o swobodnym, przynajmniej częściowo improwizowanym charakterze, wyraźnie idąca w stronę fusion, choć z wciąż obecnymi elementami psychodelii czy wpływów orientalnych. To ostatnie słychać przede wszystkim w pierwszej części otwierającego album "Radio Marakesch / Orient Express", skomponowanej przez Burcharda i Bunkę. Składa się ona z dźwięków sazu i perkusjonalii, a także arabskich zaśpiewów. Płynnie przechodzi w część drugą, której autorstwo przypisano Jacksonowi. To już fantastyczny jam z funkującymi partiami gitary i wyrazistego basu, bogatą warstwą perkusyjną, psychodelicznymi organami, jazzującym pianinem elektrycznym, ale też z typowo rockowymi solówkami gitary. Skomponowany przez Burcharda "Dreaming Girls" to bardziej nastrojowe nagranie, w klimacie kosmicznego fusion. W końcu wykazać może się Hofmann, grający ładne partie na skrzypcach, jednak atmosferę buduje tu przede wszystkim wyrazista, hipnotyzująca w krautrockowy sposób gra sekcji rytmicznej, a także partie wibrafonu, organów i elektrycznego pianina.

Wypełniający drugą stronę winylowego wydania "Call" nie przypadkiem dzieli tytuł z wspomnianym wyżej albumem "The Call" - to nowa wersja pochodzącej z niego kompozycji autorstwa Waldrona. O ile oryginalne wykonanie jest bardzo jednorodne, rozwija się stopniowo, tak wersja Embryo ma większą dynamikę i jest bardziej zróżnicowana. Przede wszystkim, doszły tutaj trzy zupełnie nowe sekcje, skomponowane kolejno przez Jacksona, Burcharda i Hofmanna. W "Organ Walk" dominują organy i fantastyczna partia basu, z dodatkiem melotronu. W "Marimba Village" słychać wyłącznie duet marimby i perkusji (na obu instrumentach zagrał oczywiście Burchard). Natomiast "Clouds" to przede wszystkim solówka skrzypiec. Kompozycja Waldrona, w znacznie przearanżowanej wersji, posłużyła natomiast jako klamra spinająca całość. Pomimo tej różnorodności i wkładu tak wielu kompozytorów, nagranie jest bardzo spójne, sprawia wrażenie dobrze przemyślanego, a zarazem zachowuje improwizacyjny luz. Rezultat jest dużo ciekawszy od pierwowzoru (i tak bardzo dobrego). Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że zespół nie ustępuje w tym nagraniu wielu czołowym przedstawicielom fusion.

"Steig Aus" to najlepszy album Embryo z wydanych do tamtej pory i ścisła czołówka całej dyskografii. Najbardziej spójny, dojrzały, praktycznie pozbawiony słabszych momentów. To w znacznym stopniu zasługa Mala Waldrona i Jimmy'ego Jacksona, którzy interesująco wzbogacili brzmienie albumu, a także wnieśli mnóstwo kreatywności - jako kompozytorzy i instrumentaliści. Ich obecność na pewno zadziałała motywująco na pozostałych muzyków, którzy także pokazali pełnię swoich możliwości. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli ambitnego rocka i elektrycznego jazzu.

Ocena: 9/10



Embryo - "Steig Aus" (1973)

1. Radio Marakesch / Orient Express; 2. Dreaming Girls; 3. Call (Call - Part 1 / Organ Walk / Marimba Village / Clouds / Call - Part 2)

Skład: Mal Waldron - elektryczne pianino; Jimmy Jackson - organy, melotron; Edgar Hofmann - skrzypce; Roman Bunka - gitara, saz; Dave King - bass; Jörg Evers - bass; Christian Burchard - perkusja, marimba, wibrafon
Producent: Embryo i Zok Zokker


19 kwietnia 2019

[Recenzja] Return to Forever - "No Mystery" (1975)



Muzyka fusion w drugiej połowie lat 70. drastycznie zmieniła swój charakter. Jeszcze kilka lat wcześniej cechowała ją olbrzymia kreatywność i eksperymentalne podejście. Z czasem jednak jej twórcy postanowili otworzyć się na szersze grono mniej wymagających słuchaczy. Ich twórczość stawała się coraz bardziej przystępna, znacznie prostsza, bliża mainstreamowego rocka czy funku, niż swoich jazzowych korzeni. Aby się o tym przekonać, wystarczy prześledzić, jak w ciągu wspomnianej dekady zmieniała się twórczość Herbiego Hancocka, grupy Weather Report czy Chicka Corei i jego Return to Forever. Wszyscy oni przeszli drogę od często dość radykalnych eksperymentów z brzmieniem, rytmiką lub harmonią, do grania niezbyt wyrafinowanej, prostych prawie-piosenek.

Chick Corea jeszcze na początku lat 70. grał radykalny free jazz w kwartecie Circle. Już po skompletowaniu pierwszego składu Return to Forever zwrócił się w stronę bardziej przystępnej, delikatniejszej muzyki, przeważnie jednak bardziej finezyjnej. Jednak już "Hymn of the Seventh Galaxy" i "Where Have I Known You Before" przyniosły muzykę o bardziej rockowym charakterze, a tym samym mniej wyrafinowaną pod względem rytmicznym czy harmonicznym, Przynajmniej ten ostatni album pokazał, że i w takiej stylistyce zespół potrafi zaproponować coś interesującego. Jednak już jego następca, nagrany w tym samym składzie "No Mystery", poszedł za daleko w stronę ówczesnego mainstreamu, zdominowanego przez funkowe rytmy i plastikowe syntezatory.

Wcześniejsze albumy zespołu były zdominowane przez kompozycje lidera. Tym razem Corea nakłonił pozostałych muzyków, by też coś napisali. Efekty wypełniają pierwszą stronę winylowego wydania "No Mystery". Basista Stanley Clarke napisał "Dayride" i - wspólnie z liderem - "Jungle Waterfall", Al Di Meola zadebiutował jako kompozytor w "Flight of the Newborn", a Lenny White w "Sofistifunk", natomiast "Excerpt from the First Movement of Heavy Metal" podpisany jest przez cały skład. Utwory te są w większości krótkie - trwają około trzech minut (jedynie "Flight..." jest ponad dwukrotnie dłuższy, ale raczej niewiele by stracił, gdyby nie był). Oparte na prostych, tanecznych rytmach, którym towarzyszą rockowe partie gitary Di Meoli i tandetne, przesłodzone brzmienie syntezatorów Corei (rzadziej grającego na innych klawiszach). Swoją drogą kuriozalny jest kontrast między uproszczoną rytmiką i plastikowym brzmieniem klawiszy grających banalne melodie, a niewyzbytą skłonnością muzyków do technicznego kuglarstwa (w czym najczęściej przoduje gitarzysta). Wszystkie te nagrania są już właściwie całkiem pozbawione wyrafinowania i kreatywności, jakie można znaleźć na wcześniejszych albumach zespołu.

Sami muzycy najwyraźniej zatęsknili za czasami, gdy grali mniej komercyjną muzykę. Na to przynajmniej wskazuje druga strona winylowego wydania. W tytułowej kompozycji lidera cały skład przerzuca się na akustyczne instrumenty. Podobnie jest w "Interplay" podpisanym przez Coreę i Clarke'a, z tą różnicą, że tutaj kompozytorzy wystąpili w duecie. I są to zdecydowanie najbardziej udane momenty tego albumu. Instrumentaliści w końcu grają z większa finezją, nie popisując się za bardzo techniką, w większym stopniu stawiając na wzajemną interakcję (w końcu taki tytuł, jak "Interplay", zobowiązuje). Dwuczęściowy finał albumu, skomponowany przez Coreę "Celebration Suite", to powrót do zelektryfikowanych brzmień, ale tym razem forma jest bardziej ambitna. Wyraźne wpływy muzyki latynoskiej przypominają o takich utworach, jak "La Fiesta" z "Return to Forever" czy "Spain" z "Light as a Feather". Zespół zbliżył się tutaj do stylistyki pierwszego składu, pamiętając jednak o swoich późniejszych doświadczeniach, a efekt jest całkiem udany. Chick korzysta tutaj z szerszej palety brzmień klawiszowych, sięga i po elektryczne pianino, i po syntezator, który jednak w tym utworze nie brzmi przesadnie plastikowo, a gra muzyka jest na pewno bardziej finezyjna.

Trudno ocenić taki album, jak "No Mystery". Poszczególne strony płyty winylowej brzmią jak dwa zupełnie inne wydawnictwa. Pierwsza połowa jest oznaką całkowitej degeneracji nurtu fusion - razi banałem, sztampą, kuriozalnym połączeniem prostoty i efekciarstwa, a także śmiesznym brzmieniem syntezatora. Cały album w takim stylu nie zasługiwałby na więcej, niż 4/10. Ale jest jeszcze druga połowa, na której zespół pokazuje się od znacznie ciekawszej strony. I to już jest granie na co najmniej 8/10. Poniższa ocena jest zatem średnią ocen obu stron longplaya. Jest ona oczywiście nieco naciągnięta - uważam, że album powinien bronić się w całości, a nie fragmentami - jednak druga połowa naprawdę zasługuje na uwagę. 

Ocena: 6/10



Return to Forever - "No Mystery" (1975)

1. Dayride; 2. Jungle Waterfall; 3. Flight of the Newborn; 4. Sofistifunk; 5. Excerpt from the First Movement of Heavy Metal; 6. No Mystery; 7. Interplay; 8. Celebration Suite (Part I); 9. Celebration Suite (Part II)

Skład: Chick Corea - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal; Al Di Meola - gitara; Stanley Clarke - bass, kontrabas, instr. klawiszowe, wokal; Lenny White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chick Corea i Shelly Yakus


17 kwietnia 2019

[Recenzja] Talking Heads - "More Songs About Buildings and Food" (1978)



"More Songs About Buildings and Food" to drugi album w dyskografii Taliking Heads i zarazem początek bardzo owocnej współpracy z Brianem Eno. Ceniony brytyjski producent i muzyk zapewnił grupie bardziej przestrzenne brzmienie i zachęcił do eksperymentowania. To pierwsze słychać już tutaj; pod względem brzmienia album stanowi znaczny postęp względem debiutu. Drugie - niekoniecznie. Zespół wciąż prezentuje tu proste, melodyjne i tak samo bezpretensjonalne piosenki. To zresztą nie powinno dziwić, bo cześć materiału powstała jeszcze przed nagraniem pierwszego longplaya. Ale i tak słychać pewien postęp w aranżacjach. Uwypuklono funkowe wpływy - praktycznie każdy kawałek opiera się na tanecznym pulsie sekcji rytmicznej, której wyrazista gra przeplata się z misternymi partiami gitar. Nieco większy udział mają tym razem brzmienia klawiszowe, za które odpowiada zarówno Jerry Harrison, jak i Eno. Nie zmienił się natomiast śpiew Davida Byrne'a, wciąż tak samo charakterystyczny i w punkowy sposób nieco niechlujny.

W utworach pojawia się więcej smaczków i wyrazistych melodii, dzięki czemu łatwiej je między sobą odróżnić. Trochę może dziwić, że na jedynym singlu promującym album wydano jedyny nieautorski utwór - "Take Me to the River" z repertuaru Ala Greena. Fakt, że okazał się pierwszym naprawdę sporym przebojem Talking Heads, dochodząc do 26. miejsca listy Billboardu i zapewne przyczyniając się do sukcesu całego longplaya, który z kolei doszedł do 29. miejsca w Stanach i 21. w Wielkiej Brytanii. To dobry utwór, zwracający uwagę głęboka partią basu i psychodelicznymi klawiszami. Ale autorskie kawałki wcale nie wypadają słabiej. Przebojowego potencjału na pewno nie brakuje w intensywnym "With Our Love", luzackim "The Good Thing" (wyróżniającym się wokalnym duetem Byrne'a z basistką Tiną Weymouth), złagodzonym brzmieniami klawiszy "The Girls Want to Be with the Girls", najbliższym typowego funku "Found a Job"... długo można tak wymieniać. Warto też zwrócić uwagę na inspirowany muzyką country "The Big Country", z przyjemną gitarą slide i bez banału kojarzącego się z tą stylistyką. Do moich faworytów zaliczają się jednak przede wszystkim bardziej stonowany i klimatyczny "Warning Sign", a także najbardziej eklektyczny "Artists Only", w którym jest i funk, i psychodelia, i trochę mocniejszego grania, ale także odrobina brzmieniowych eksperymentów.

"More Songs About Buildings and Food" jest zdecydowanie ciekawszym materiałem od swojego poprzednika. Znaczna w tym zasługa Briana Eno, który potrafił docenić i wykorzystać potencjał zespołu. Najlepsze efekty tej współpracy miały jednak dopiero nastąpić.

Ocena: 8/10



Talking Heads - "More Songs About Buildings and Food" (1978)

1. Thank You for Sending Me an Angel; 2. With Our Love; 3. The Good Thing; 4. Warning Sign; 5. The Girls Want to Be with the Girls; 6. Found a Job; 7. Artists Only; 8. I'm Not in Love; 9. Stay Hungry; 10. Take Me to the River; 11. The Big Country

Skład: David Byrne - wokal, gitara, perkusja; Jerry Harrison - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Tina Weymouth - bass, dodatkowy wokal (4); Chris Frantz - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Brian Eno - instr. klawiszowe, gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Brian Eno i Talking Heads


15 kwietnia 2019

[Recenzja] Don Cherry - "Symphony for Improvisers" (1967)



"Symphony for Improvisers", drugi autorski album Dona Cherry'ego, ma dokładnie taką samą formę, jak jego poprzednik, "Complete Communion". Znalazły się na nim tylko dwa, blisko dwudziestominutowe nagrania o improwizowanym charakterze. Sesja odbyła się 19 września 1966 roku, ponownie w Van Gelder Studio z Alfredem Lionem jako producentem. Podobny jest też skład, choć tym razem aparat wykonawczy został rozbudowany. Oprócz wszystkich muzyków biorących udział w nagraniu poprzedniego albumu - saksofonisty Gato Barberiego, basisty Henry'ego Grimesa i perkusisty Eda Blackwella - w studiu pojawili się również Pharoah Sanders jako flecista i drugi saksofonista, francuski basista Jean-François Jenny-Clark, a także niemiecki wibrafonista i pianista Karl Berger.

Brzmienie jest tu zatem bogatsze. Szczególnie partie wibrafonu ciekawie urozmaicają kolorystykę albumu. Poza tym, zawarta tu muzyka jest bezpośrednią kontynuacją "Complete Communion". Całość dość dobrze podsumowuje tytuł, w którym zawarta została pewna sprzeczność. Symfonia kojarzy się raczej ze starannie zaplanowanym utworem, a nie improwizacją. Cherry i towarzyszący mu muzycy udowadniają, że te dwa podejścia nie muszą się wykluczać. Choć przez cały album wszyscy instrumentaliści, których w danym momencie słychać, grają równolegle solówki, pozornie nie zwracając uwagi na swoich towarzyszy, to wszystkie dźwięki doskonale się ze sobą zazębiają, sprawiając wrażenie dokładnie zaplanowanych. Grana przez septet muzyka jest, jak na wyzwolony jazz, bardzo przystępna, nie brakuje naprawdę ładnych momentów (jak np. partia Cherry'ego otwierająca "Manhattan Cry"), natomiast freejazzowy zgiełk występuje w naprawdę śladowych ilościach.

"Sympohony for Improvisers" trzyma wysoki poziom "Complete Communion". Może pod pewnymi względami za bardzo przypomina swojego poprzednika (ogólna koncepcja), jednak zawiera też nowe rozwiązania (poszerzone instrumentarium). Czy warto zatem znać oba wydawnictwa? Jak najbardziej. Tak kreatywnego grania nigdy za wiele.

Ocena: 8/10



Don Cherry - "Symphony for Improvisers" (1967)

1. Symphony for Improvisers / Nu Creative Love / What's Not Serious / Infant Happiness; 2. Manhattan Cry / Lunatic / Sparkle Plenty / Om Nu

Skład: Don Cherry - kornet; Leandro "Gato" Barbieri - saksofon tenorowy; Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, flet; Karl Berger - wibrafon, pianino; Henry Grimes - kontrabas; Jean-François Jenny-Clark - kontrabas; Edward Blackwell - perkusja
Producent: Alfred Lion


13 kwietnia 2019

[Recenzja] The Keith Tippett Group - "Dedicated to You, But You Weren't Listening" (1971)



Po nagraniu debiutanckiego "You Are Here... I Am There", grupa pozostawała aktywna koncertowo, pomimo tego, że jej członkowie zaangażowali się w inne projekty. Keith Tippett nawiązał współpracę z wokalistką Julie Driscoll (swoją późniejszą żoną) i - przede wszystkim - z grupą King Crimson. Tymczasem Elton Dean, Marc Charig i Nick Evans zostali członkami Soft Machine. Dwaj ostatni wkrótce musieli opuścić ten zespół, gdyż działalność w dużym składzie - wówczas septecie - okazała się nieopłacalna. Tylko Dean wziął udział - na początku 1970 roku - w nagrywaniu przełomowego  albumu "Third". Dla Evansa i Chariga szybko jednak znalazło się inne zajęcie - późnym latem 1970 roku dołączyli do Tippetta i King Crimson na sesję nagraniową albumu "Lizard".

Mniej więcej w tym samym czasie (dokładna data nie jest, niestety, znana), rozpoczęły się prace nad nagraniem drugiego albumu The Keith Tippett Group. Trzon zespołu pozostał bez zmian, dalej tworzyli go Tippett, Dean, Charig i Evans. Tym razem, zamiast stałej sekcji rytmicznej, towarzyszyli im liczni goście: gitarzysta Gary Boyle, basiści Roy Babbington (późniejszy członek Nucleus i Soft Machine) i Neville Whitehead, perkusiści Phil Howard (kolejny późniejszy muzyk Soft Machine), Bryan Spring (później w Nucleus i Passport) i Robert Wyatt (wiadomo), a także grający na perkusjonaliach Tony Uta. Album został zatytułowany "Dedicated to You, But You Weren't Listening" od tytułu jednego z zamieszczonych na nim utworów - kompozycji Hugha Hoppera, oryginalnie nagranej przez Soft Machine i wydanej na "Volume Two". Pozostałe utwory zostały skomponowane specjalnie na ten longplay przez Tippetta, Evansa i Deana (razem lub osobno).

Nie sposób nie zauważyć licznych związków The Keith Tippett Group i Soft Machine. Nie sposób nie usłyszeć ich także w samej muzyce. "Dedicated to You, But You Weren't Listening" to doskonała mieszanka free jazzu i fusion, wcale nie tak odległa od ówczesnych dokonań zaprzyjaźnionej grupy, choć nie tak mocno zelektryfikowana - dotyczy to przede wszystkim klawiszy, gdyż Tippett preferował akustyczne pianino, podczas gdy Mike Ratledge eksperymentował z brzmieniem elektrycznych organów. Ogólnie, klawisze nie są tu zbyt mocno wyeksponowane. Tippett w tamtym czasie wciąż uważał się przede wszystkim za kompozytora i aranżera, a w dalszej kolejności za instrumentalistę. I choć zespół firmował swoim nazwiskiem, w nagraniach zwykle oddawał pierwszy plan innym muzykom.

Album rozpoczyna się od najbardziej konwencjonalnej kompozycji. Napisany wspólnie przez Evansa i Tippetta "This Is What Happens" bliski jest bopowej tradycji, wyróżnia się chwytliwym tematem i wyrazistą melodią, nie ma tu żadnych szaleństw, kawałek jest bardzo przystępny. Tym większe wrażenie robią kolejne nagrania. Dominują takie o zdecydowanie freejazzowym charakterze, bardzo swobodne, pełne agresywnych, często atonalnych partii dęciaków i pokotłowanej gry sekcji rytmicznej. Przykładem takiego podejścia są "Gridal Suite" Deana, "Five After Dawn" Tippetta, a przede wszystkim przepotężny, nie tylko ze względu na dziesięciominutowy czas trwania, "Thoughts to Geoff", również napisany przez klawiszowca, w którym do wspomnianych wcześniej elementów dochodzą niemal nowave'owe partie gitary (choć w tamtym czasie nikt o takiej stylistyce nie słyszał).

Ale longplay zawiera też utwory bliższe stylistyki fusion. Do nich zalicza się mój ulubiony fragment całości - napisany przez lidera "Green and Orange Night Park". Muzycy grają tutaj w niesamowitym wręcz uniesieniu. Porywające partie saksofonu, kornetu i puzonu rewelacyjnie przeplatają się zarówno ze sobą, jak i z pięknie pulsującą gitarą basową, a towarzyszy im niebanalna praca perkusisty (udział Tippetta ogranicza się tu do klimatycznego wstępu). Jeszcze dalej w jazzrockowym kierunku idzie napisany przez Evansa "Black Horse", z najbardziej wyeksponowaną gitarą, prostym rockowym rytmem, a także partiami elektrycznego pianina i basu; choć nie brakuje też świetnych popisów sekcji dętej, zwłaszcza kompozytora.

Całości dopełnia wspomniany już utwór tytułowy - w tej wersji jest to tylko półminutowy temat zagrany przez same dęciaki. Muzycy najwyraźniej doszli do wniosku, że skoro osoba, której utwór zadedykowano i tak nie słucha, to nie ma sensu grać dłużej. Z obowiązku należy dodać, że w tym wykonaniu autorstwo nie jest przypisane samemu Hopperowi, lecz także Charigowi i Deanowi, którzy przerobili psychodeliczną piosenkę na jazzowy temat.

"Dedicated to You, But You Weren't Listening" to jeden z najdoskonalszych przykładów brytyjskiego jazzu, a zarazem jedno z najlepszych wydawnictw z okolic sceny Canterbury (może stylistycznie nie do końca tu pasuje, ale personalnie jak najbardziej). Album bliski maksymalnej oceny.

Ocena: 9/10



The Keith Tippett Group - "Dedicated to You, But You Weren't Listening" (1971)

1. This Is What Happens; 2. Thoughts to Geoff; 3. Green and Orange Night Park; 4. Gridal Suite; 5. Five After Dawn; 6. Dedicated to You, But You Weren't Listening; 7. Black Horse

Skład: Keith Tippett - pianino, elektryczne pianino; Elton Dean - saksofon altowy, saksello; Marc Charig - kornet; Nick Evans - puzon
Gościnnie: Gary Boyle - gitara; Roy Babbington - bass, kontrabas; Neville Whitehead - kontrabas; Phil Howard - perkusja; Bryan Spring - perkusja; Robert Wyatt - perkusja; Tony Uta - instr. perkusyjne
Producent: Pete King


11 kwietnia 2019

[Recenzja] Cannonball Adderley - "Somethin' Else" (1958)



Saksofonista Julian Adderley - lepiej znany pod pseudonimem Cannonball, nadanym mu ze względu na posturę (choć pierwotnie brzmiał on Canibal i odnosił się do... wielkiego apetytu) - prawdopodobnie najbardziej pamiętany jest jako członek istniejącego pod koniec lat 50. sekstetu Milesa Davisa. Jego grę można usłyszeć na tak ważnych albumach, jak "Milestones" i "Kind of Blue", a także na "Porgy and Bess". W tym samym okresie zarejestrował również własny "Somethin' Else", który również należy do niekwestionowanej klasyki jazzu. W tamtym okresie Cannonball należał do najbardziej cenionych muzyków jazzowych. Widziano w nim nawet następcę Charliego "Birda" Parkera. Niestety, w kolejnej dekadzie zaczął tracić popularność na rzecz bardziej postępowych jazzmanów. Choć w 1966 roku przypomniał o sobie przebojami "Mercy, Mercy, Mercy", a kilka lat później kolejnym - "Country Preacher" (oba zostały napisane przez jego ówczesnego pianistę, Joego Zawinula).

"Somethin' Else" został zarejestrowany 9 marca 1958 roku (zaledwie pięć dni po zakończeniu nagrywania "Milestones") w Van Gelder Studio, pod producenckim nadzorem Alfreda Liona. Ciekawostką jest udział w sesji Milesa Davisa - to jeden z bardzo nielicznych występów trębacza w roli sidemana po 1955 roku. Świadczy to o szacunku, jakim darzył Cannonballa i jego umiejętności. W nagraniach wziął udział także słynny perkusista Art Blakey oraz dwaj mniej znani, a raczej słabiej dziś pamiętani, muzycy: pianista Hank Jones i basista Sam Jones (zbieżność nazwisk przypadkowa; natomiast warto wspomnieć, że pierwszy z nich był bratem słynnego perkusisty Elvina Jonesa, członka kwartetu Johna Coltrane'a). Ponieważ lider nie był kompozytorem, na repertuar sesji złożyły się głównie interpretacje cudzych kompozycji, których wyboru dokonał Davis. W sumie zarejestrowano sześć utworów, z których pięć weszło w skład oryginalnej wersji albumu.

Album rozpoczyna dziesięciominutowe wykonanie "Autumn Leaves", czyli słynnego jazzowego standardu opartego na kompozycji "Les feuilles mortes" Josepha Kosmy. Davis i Cannonball prezentują na zmianę swoje eleganckie, wyrafinowane solówki do akompaniamentu stonowanej gry sekcji rytmicznej (która przez cały album jest na dalszym planie, choć ze swojej roli wywiązująca się znakomicie). Chłodny klimat tego nagrania jest zbliżony do ówczesnej twórczości trębacza, który zresztą włączył później "Autumn Leaves" do swojego koncertowego repertuaru. Nie da się ukryć, że tutejsza wersja to przede wszystkim jego popis - partie trąbki zdecydowanie dominują nad saksofonem. "Love for Sale", kolejny jazzowy standard (autorstwa Cole'a Portera), również przeszedł do repertuaru Milesa, który niespełna trzy miesiące później nagrał go ze swoim sekstetem (dokładnie tym samym, który miał wkrótce stworzyć "Kind of Blue"). Tutejsza wersja jest bardziej zwarta i raczej nie aż tak ekscytująca, utrzymana w takim bardziej wakacyjnym klimacie. Adderley i Davis ponownie prezentują swoje solówki zamiennie, tym razem jednak dzieląc się czasem mniej więcej po równo.

Druga stronę winylowego wydania otwiera kompozycja tytułowa, napisana specjalnie na ten album przez trębacza. Hardbopowo-cooljazzowy charakter utworu kojarzy się z jego wcześniejszymi dokonaniami, z okresu Pierwszego Wielkiego Kwintetu. Tutaj obaj soliści w końcu nie grają naprzemiennie, lecz zaczynają ze sobą współpracować, uzupełniając swoje partie. Wychodzi im to świetnie i trochę szkoda, że to jedyny tego typu utwór na albumie. W pozostałych nagraniach lider w końcu wychodzi z cienia trębacza. "One for Daddy-O", napisany przez brata Cannonballa, Nata Adderleya, to utwór idealnie pasujący do stylu saksofonisty - klasyczny dwunastotaktowy blues. Swobodny klimat podkreśla zachowanie pytania zadanego przez Milesa producentowi po skończeniu tego podejścia (Is that what you wanted, Alfred?). Oryginalne wydanie albumu kończy krótka ballada "Dancing in the Dark", z ładną solówką Cannonballa, będącego tutaj jedynym solistą (Davis w ogóle w nim nie zagrał). Niektóre kompaktowe wznowienia zawierają także utwór "Bangoon" (czasem błędnie podpisany jako "Alison's Uncle") autorstwa Hanka Jonesa. Jest to najbardziej konwencjonalne nagranie z tej sesji, typowy hard bop - decyzja o pominięciu go na oryginalnym wydaniu wydaje się całkowicie uzasadniona.

"Somethin' Else" to prawdziwa perła akustycznego, nieawangardowego jazzu. Nie jest to może poziom najwybitniejszych osiągnięć Milesa Davisa czy innych jego współpracowników, ale w sumie niewiele niższy. Dla miłośników takiej stylistyki jest to pozycja obowiązkowa w kolekcji. 

Ocena: 8/10



Cannonball Adderley - "Somethin' Else" (1958)

1. Autumn Leaves; 2. Love for Sale; 3. Somethin' Else; 4. One for Daddy-O; 5. Dancing in the Dark

Skład: Julian "Cannonball" Adderley - saksofon altowy; Miles Davis - trąbka; Hank Jones - pianino; Sam Jones - kontrabas; Art Blakey - perkusja
Producent: Alfred Lion


9 kwietnia 2019

[Recenzja] Tangerine Dream - "Phaedra" (1974)



Zainteresowanie zespołem po wydaniu "Atem" doprowadziło do podpisania przez niego kontraktu z brytyjską wytwórnią Virgin. Jej przedstawiciele namówili muzyków, aby swój kolejny album - zatytułowany później "Phaedra" - zarejestrowali w Wielkiej Brytanii. W listopadzie 1973 roku Edgar Froese, Christopher Franke i Peter Baumann rozpoczęli sesję nagraniową w studiu The Manor, znajdującym się w malowniczej angielskiej wsi Shipton-on-Cherwell. Nagrania trwały około sześciu tygodni, pomimo licznych problemów technicznych. Zespół eksperymentował z nowymi dla siebie urządzeniami, jak syntezator Mooga czy sekwencery.

Na albumie znalazły się cztery nagrania. Niemal 18-minutowy utwór tytułowy, samodzielnie wypełniający stronę A winylowego wydania, powstał nieco przypadkiem. Zespół eksperymentował z syntezatorami, nie mając pojęcia, że nagrywanie jest włączone. Zapis na taśmie okazał się jednak na tyle interesujący, że postanowiono wykorzystać go jako podstawę utworu, do którego dograno później partie melotronu i fletu. Efekt jest naprawdę fascynujący. Utwór charakteryzuje się bardzo przestrzennym, klimatycznym (ale już nie tak mrocznym, jak na wcześniejszych wydawnictwach) brzmieniem, jednak uwagę przyciąga przede wszystkim hipnotyzującą linią basu, stworzoną za pomocą Mooga i sekwencera. Podobny zabieg zastosowano także w "Movements of a Visionary". Te dwa nagrania zapoczątkowały nowy nurt muzyki elektronicznej, nazwany Szkołą Berlińską, oparty na charakterystycznym pulsie osiągniętym dzięki sekwencerom. "Mysterious Semblance at the Strand of Nightmares" to dla odmiany bardziej ambientowe nagranie, zdominowane przez partie melotronu, ze stosunkowo niewielkim udziałem syntezatorów. Całości dopełnia wyjątkowo krótki, nieznacznie przekraczający dwie minuty "Sequent 'C", będący jednak jednym z najciekawszych fragmentów albumu. Przetworzonej partii fletu Baumanna towarzyszą dźwięki przegrzewającego i rozstrajającego się syntezatora VCS 3 - po raz kolejny zupełnie przypadkiem powstało coś pięknego i intrygującego.

"Phaedra" rozpoczyna nowy okres zarówno w twórczości Tangerine Dream, jak i całej muzyki elektronicznej. Eksperymenty zespołu okazały się bardzo inspirujące. Ale nie tylko dlatego warto znać ten album. Sama zawartość muzyczna jest tego warta. "Phaedra" jest jednocześnie piękna, dość przystępna, ale też nieco dziwna i zdecydowanie ambitna. Prawdziwa perła analogowej elektroniki.

Ocena: 9/10



Tangerine Dream - "Phaedra" (1974)

1. Phaedra; 2. Mysterious Semblance at the Strand of Nightmares; 3. Movements of a Visionary; 4. Sequent 'C

Skład: Edgar Froese - melotron, organy, syntezator, gitara; Peter Baumann - organy, elektryczne pianino, syntezator, flet; Christopher Franke - syntezatory
Producent: Edgar Froese


7 kwietnia 2019

[Recenzja] Weather Report - "Tale Spinnin'" (1975)



"Mysterious Traveller" przyniósł Weather Report pierwszy znaczący sukces komercyjny - album doszedł do 46. miejsca na liście Billboardu. Nie pomogło to jednak w utrzymaniu ówczesnego składu. Podczas trasy koncertowej perkusista Ishmail Wilburn stracił zainteresowanie, w rezultacie grając coraz gorzej. Aby rozwiązać ten problem, dokooptowano do składu drugiego bębniarza, Darryla Browna. Obaj jednak odeszli po zakończeniu trasy, razem z perkusjonistą Domem Um Romão. Pozostali członkowie - Joe Zawinul, Wayne Shorter i Alphonso Johnson - postanowili, za namową Herbiego Hancocka, zaprosić do grupy Leona Chanclera. Perkusista nie zgodził się na dołączenie na stałe - wolał kontynuować współpracę z Carlosem Santaną - jednak wziął udział w kolejnej sesji nagraniowej. Składu dopełnił grający na perkusjonaliach Alyrio Lima, który został w zespole nieco dłużej.

Po sukcesie "Mysterious Traveller" było jasne, że kolejny album, któremu nadano tytuł "Tale Spinnin'", będzie kontynuacją tamtego stylu. Dominują tu zatem utwory oparte na funkowych rytmach, z dość wyrazistymi melodiami, coraz bardziej konwencjonalne i przystępne nawet dla przypadkowego słuchacza. Zawinul coraz chętniej korzysta z syntezatorów, nadając im coraz bardziej tandetne brzmienie (szczególnie doskwiera to w "Man in the Green Shirt", "Between the Thighs" i "Freezing Fire"), wtórują mu wyraziste partie gitary basowej Johnsona, podczas gdy saksofon Shortera przeważnie jest na dalszym planie, a jego partiom coraz bliżej estetyki easy-listening, niż koltrejnowskiej ekspresji, jaką niegdyś prezentował na albumach nagranych pod własnym nazwiskiem lub z Milesem Davisem. Więcej saksofonu pojawia się w napisanym przez Wayne'a "Lusitanos", jednak i tutaj jego partie są dość bezpieczne. O dziwo, w drugiej kompozycji muzyka, "Freezing Fire", saksofon wybrzmiewa na pierwszym planie dopiero w końcówce. Zdecydowanie lepiej wypada pierwszy z tych utworów, ze względu na bardziej naturalne brzmienie, Z czterech pozostałych nagrań - wszystkich bez wyjątku napisanych przez Zawinula - wyróżnia się "Badia", czyli kolejny w dorobku grupy utwór inspirowany muzyką afrykańską. Kompozytor całkowicie zrezygnował tu z syntezatora na rzecz akustycznego pianina i innych tradycyjnych instrumentów, jak oud czy ksylofon. Rezultat jest, niestety, wtórny wobec "Jungle Book" z poprzedniego longplaya, a tym samym już nie tak intrygujący, Nieco odmienny charakter ma też finałowa ballada "Five Short Stories", nagrana przez Zawinula i Shortera w duecie. Brzmienie syntezatora jest tu tylko dodatkiem, za to problem stanowi nieco zbyt sentymentalny charakter tego utworu.

Tworząc "Tale Spinnin'", muzycy wyraźnie mieli na uwadze względy komercyjne, kosztem artystycznych. Cel swój osiągnęli, bowiem album okazał się jeszcze większym sukcesem od poprzedniego, dochodząc do 31. miejsca na liście Billboardu. Stało się to jednak ze stratą dla muzyki. "Tale Spinnin'" stanowi wyraźny spadek jakości w porównaniu z poprzednimi albumami. Zbyt wiele tutaj zagrań pod przeciętnego słuchacza - materiał jest bardziej piosenkowy, melodyjny, uproszczony, wygładzony brzmieniowo. Wciąż oczywiście słychać, że grają utalentowani muzycy, ale słychać także, że grają poniżej swoich rzeczywistych umiejętności. Zbyt bezpiecznie i konwencjonalnie. Choć głównym problemem, jaki mam z tym albumem, jest brzmienie syntezatorów, które po latach zdecydowanie się nie broni.

Ocena: 6/10



Weather Report - "Tale Spinnin'" (1975)

1. Man in the Green Shirt; 2. Lusitanos; 3. Between the Thighs; 4. Badia; 5. Freezing Fire; 6. Five Short Stories

Skład: Joe Zawinul - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, oud, ksylofon, melodyka, wokal; Wayne Shorter - saksofon sopranowy, saksofon tenorowy; Alphonso Johnson - bass; Leon "Ndugu" Chancler - perkusja i instr. perkusyjne; Alyrio Lima - instr. perkusyjne
Producent: Joe Zawinul i Wayne Shorter


5 kwietnia 2019

[Recenzja] Talking Heads - "Talking Heads: 77" (1977)



Talking Heads to jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych zespołów nowej fali i post-punku. Można też dodać, że jeden z najsłynniejszych - choć w naszym kraju raczej nie cieszy się szczególną popularnością. Grupa powstała w połowie lat 70. w Nowym Jorku z inicjatywy szkockiego muzyka Davida Byrne'a (śpiew, gitara). Składu dopełnili jego znajomi ze studiów: Chris Frantz (perkusja) i Tina Weymouth (gitara basowa). Po pewnym czasie dołączył do nich jeszcze Jerry Harrison (gitara, klawisze), posiadający zdecydowanie największe doświadczenie muzyczne - był członkiem m.in. The Modern Lovers. Zespół stał się częścią nowojorskiej sceny punkowej, ściśle związanej ze słynnym klubem CBGB.

Debiutancki album "Talking Heads: 77" to najbardziej punkowe wydawnictwo w dyskografii zespołu. Jego odmiana punku różni się jednak od tej brytyjskiej, jest bardziej intelektualna, pozbawiona agresji i brudu. Zwraca uwagę taneczna, wręcz funkowa rytmika, czyste brzmienie gitar, klawiszowe tła. Jest też charakterystyczny, nieco niechlujny śpiew Byrne'a. W przeciwieństwie do późniejszych wydawnictw zespołu, nie ma tutaj praktycznie żadnego eksperymentowania - są proste, melodyjne, bezpretensjonalne piosenki. Trochę, niestety, razi ich monotonia. Zespół odkrywa wszystkie karty już otwierającym całość "Uh-Oh, Love Comes to Town", kolejne utwory właściwie niczym nie zaskakują. Warto jednak dodać, że album przyniósł grupie pierwszy spory przebój - "Psycho Killer". Jest to jedyna kompozycja, której Byrne nie napisał samodzielnie, a z pomocą Frantza i Weymouth. I chyba najciekawsza na albumie, wyróżniająca się bardzo psychodelicznym, atonalnym zakończeniem, ciekawie kontrastującym z chwytliwą, taneczną resztą utworu.

"Talking Heads: 77" to bez wątpienia niezwykle wpływowe i w chwili wydania bardzo świeże granie. Jednak docenią je przede wszystkim ci słuchacze, którzy lubią proste rockowe granie z jak najmniejszą ilością eksperymentów. Moim zdaniem za mało się tutaj dzieje, choć słychać pewien potencjał, w pełni rozwinięty na późniejszych wydawnictwach.

Ocena: 7/10



Talking Heads - "Talking Heads: 77" (1977)

1. Uh-Oh, Love Comes to Town; 2. New Feeling; 3. Tentative Decisions; 4. Happy Day; 5. Who Is It?; 6. No Compassion; 7. The Book I Read; 8. Don't Worry About the Government; 9. First Week / Last Week… Carefree; 10. Psycho Killer; 11. Pulled Up

Skład: David Byrne - wokal i gitara; Jerry Harrison - gitara, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Tina Weymouth - bass; Chris Frantz - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony Bongiovi, Lance Quinn i Talking Heads


3 kwietnia 2019

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Black Unity" (1972)



Na swoim poprzednim albumie, "Thembi", Pharoah Sanders postawił na krótsze utwory. "Black Unity" składa się natomiast z jednej tylko kompozycji. Trwające trzydzieści osiem minut (na wydaniu winylowym podzielone na dwa utwory) nagranie zostało zarejestrowane 24 listopada 1971 roku. Zgodnie ze swoim zwyczajem, Sanders zaprosił na sesję zarówno sprawdzonych muzyków (Cecil McBee, Billy Hart), jak i takich, którzy do tamtej pory nie wystąpili na żadnym z jego albumów. W tym przypadku byli to: saksofonista Carlos Garnett (znany ze współpracy z Milesem Davisem), trębacz "Hannibal" Marvin Peterson, pianista Joe Bonner, basista Stanley Clarke (późniejszy członek Return to Forever), perkusista Norman Connors, a także grający na przeróżnych perkusjonaliach Lawrence Killian.

Pod względem stylistycznym jest to typowy Pharoah. Użyte instrumentarium i uduchowiony klimat bezpośrednio nawiązują do słynnego "The Creator Has a Master Plan" z albumu "Karma". Tym razem obyło się jednak bez partii wokalnych. I bez tak nachalnych podobieństw, jak w przypadku "Jewels of Thought". Sanders wykorzystuje tu także doświadczenia ze swoich późniejszych albumów, przede wszystkim "Deaf Dumb Blind", a w rezultacie klimat jest tu bardziej szamańsko-afrykański, niż medytacyjno-hindustański. Efekt jest nie mniej udany. Muzycy grają jak natchnieni, osiągając wyżyny w zespołowej współpracy i tworzeniu intrygującego nastroju. Bardzo dużo dzieje się w warstwie rytmicznej, za sprawą dwóch kontrabasów, grających niezależnie od siebie i doskonale się uzupełniających, a także wzbogacenia partii perkusyjnych o brzmienie takich instrumentów, jak balafon, kongi czy djembe. Towarzyszą temu melodyjne partie pianina oraz, oczywiście, rozbudowana tym razem sekcja dęta - Pharoah, Garnett i Hannibal grają tu zarówno w piękny, melodyjny sposób, jak i dodają nieco freejazzowego zgiełku. Nie ma tu jednak przesadnie radykalnych odjazdów, całość zachowuje uduchowiony, melodyjny charakter.

"Black Unity" jest bez wątpienia jednym z najwspanialszych dokonań Pharoaha Sandersa. Osobiście stawiam go tuż za "Karmą". Gra i interakcja muzyków jest doskonała, a tworzony przez nich klimat może i nie aż tak nieziemski, jak na najbardziej uduchowionych albumach Johna Coltrane'a, ale wcale nie tak bardzo odległy. 

Ocena: 9/10



Pharoah Sanders - "Black Unity" (1972)

1. Black Unity (Part I); 2. Black Unity (Part II)

Skład: Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, balafon; Carlos Garnett - saksofon tenorowy; Hannibal Marvin Peterson - trąbka; Joe Bonner - pianino; Cecil McBee - kontrabas; Stanley Clarke - kontrabas; Billy Hart - perkusja; Norman Connors - perkusja; Lawrence Killian - instr. perkusyjne
Producent: Lee Young


1 kwietnia 2019

[Recenzja] Gong - "Magick Brother" (1970)




Gong jest w Polsce zespołem stosunkowo mało znanym. To jeden z wielkich nieobecnych na radiowych playlistach i na łamach najpopularniejszego krajowego miesięcznika o muzyce. Tymczasem jest to jedna z najciekawszych i najbardziej oryginalnych grup rockowych. Bo jak wielu wykonawców stworzyło swoją własną mitologię, do której nawiązywało tekstami, okładkami płyt i wizerunkiem? No właśnie... Pomysłodawcą i założycielem zespołu był Daevid Allen (właść. Christopher David Allen), australijski muzyk, który w latach 60. przybył do Europy. W połowie dekady stworzył swój pierwszy zespół, The Daevid Allen Trio (z Hughem Hopperem i Robertem Wyattem), który wkrótce przekształcił się w legendarny The Wilde Flowers, na którego gruzach powstały następnie grupy Caravan i Soft Machine. Allen trafił do drugiej z nich, jednak z powodu kończącej się wizy, musiał opuścić Wielką Brytanię, a tym samym nie mógł pozostać członkiem Soft Machine. Zamieszkał we Francji, gdzie szybko stworzył kolejny zespół - właśnie Gong.

Na przestrzeni lat przez zespół przewinęło się mnóstwo muzyków z niemal całego świata, skład nieustannie się zmieniał, a byli muzycy często tworzyli własne wersje grupy (Paragong, Pierre Moerlen's Gong, Planet Gong, Mother Gong, New York Gong). Na początkowym etapie działalności, niekwestionowanym liderem (a także wokalistą i gitarzystą) był Allen, a jego główną partnerką (także prywatnie) została Gilli Smyth, dzieląca z nim obowiązki autora utworów, a także odpowiadająca za tzw. kosmiczne szepty - charakterystyczny drugi wokal. Podczas nagrywania debiutanckiego albumu, jesienią 1969 roku, w składzie znaleźli się także saksofonista i flecista Didier Malherbe oraz perkusista Rachid Houari. Obowiązki basisty przejął Allen. Co ciekawe, album "Magick Brother" ukazał się nakładem BYG Actuel - francuskiej wytwórni specjalizującej się w free jazzie. Dlatego nie powinno dziwić, że wśród gości znaleźli się muzycy jazzowi - kontrabasiści Barre Phillips, Dieter Gewissler i Earl Freeman oraz pianista Burton Greene.

Tworząc ten materiał, Allen był pod silnym wpływem Syda Barretta, z którego twórczością zetknął się podczas licznych wspólnych występów Soft Machine i Pink Floyd w legendarnym londyńskim klubie UFO. Sposób komponowania, śpiewania i technika gry na gitarze (z licznymi glissandami) zostały ewidentnie podpatrzone u Barretta. Jednak zespół nie ogranicza się tu wyłącznie do kopiowania wczesnego Pink Floyd. Słychać też wpływy Franka Zappy i jego Mothers of Invention, przede wszystkim za sprawą dużej dawki humoru, natomiast partie kontrabasu i saksofonu dodają trochę jazzowego klimatu (np. "Gong Song", "5 & 20 Schoolgirls" oraz niemal freejazzowy "Princess Dreaming"). Jest tu też trochę orientalizowania ("5 & 20 Schoolgirls", "Cos You Got Green Hair"). Utwory są nieco naiwne, ale naprawdę fajnie łączą autentyczną przebojowość z psychodeliczno-awangardową dziwacznością. Rezultat jest bardzo przyjemny (np. "Magick Brother", "Glad to Sad to Say", "Pretty Miss Titty", a zwłaszcza w moim ulubionym "5 & 20 Schoolgirls").

Gong na swoim debiutanckim albumie jest jeszcze daleki od stworzenia w pełni własnego, oryginalnego stylu. Wyraźnie słychać tu podobieństwa do innych wykonawców, z barrettowskim Pink Floyd na czele, w dodatku tego typu muzyka wydaje się spóźniona o jakieś dwa, trzy lata. Na szczęście nie ma tu mowy o bezmyślnym kopiowaniu - raczej o twórczym rozwinięciu pewnej koncepcji i wzbogacenie jej o nowe elementy (wpływy jazzowe). Jednak dopiero dzięki kolejnym album, Gong stał się jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych - obok Soft Machine i Caravan - przedstawicieli sceny Canterbury.

Ocena: 7/10



Gong - "Magick Brother" (1970)

1. Mystic Sister; 2. Magick Brother; 3. Rational Anthem (Change the World); 4. Glad to Sad to Say; 5. Chainstore Chant; 6. Pretty Miss Titty; 7. Fredfish / Hope You Feel OK; 8. Untitled; 9. Gong Song; 10. Princess Dreaming; 11. 5 & 20 Schoolgirls; 12. Cos You Got Green Hair

Skład: Daevid Allen - wokal, gitara, bass; Gilli Smyth - wokal; Didier Malherbe - saksofon sopranowy, flet; Rachid Houari - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Dieter Gewissler - kontrabas (2,9); Barre Phillips - kontrabas (4,10); Earl Freeman - kontrabas (8), pianino (9); Burton Greene - pianino (8); Tasmin Smyth - dodatkowy wokal (1,10)
Producent: Jean Georgakarakos i Jean-Luc Young


31 marca 2019

[Blog] Looking Back: Marzec 2019

W tym miesiącu daję zdjęcie Johna Mayalla, który w marcu zagrał dwa koncerty w Polsce, a recenzja jego najnowszego albumu, "Nobody Told Me" - choć opublikowana jeszcze w lutym - była jednym z najchętniej czytanych tekstów.



Ledwo dwa miesiące temu informowałem o rekordowej liczbie wejść, która po raz pierwszy przekroczyła 50 tysięcy. W marcu pobity został kolejny rekord i liczba wyświetleń przekroczyła 60 tysięcy. W sumie opublikowanych zostało 16 nowych recenzji (lista), a 12 starszych zostało poprawione. Poniżej lista najchętniej czytanych w tym miesiącu tekstów (stan na 30 marca):

  1. Manuel Göttsching - "E2-E4" (1984)
  2. Charles Mingus - "The Black Saint and the Sinner Lady" (1963)
  3. John Mayall - "Nobody Told Me" (2019)
  4. Morning Glory - "Morning Glory" (1973)
  5. Alameda 5 - "Eurodrome" (2019)
  6. Matching Mole - "Matching Mole" (1972)
  7. Wayne Shorter - "Odyssey of Iska" (1971)
  8. Joy Division - "Substance" (1988)
  9. Pharoah Sanders - "Thembi" (1971)
  10. National Health - "Of Queues and Cures" (1978)
Płyt nie przybyło mi wiele, bo stawiam przede wszystkim na jakość. A to, niestety, przekłada się na problemy z dostępnością i kosztami. Udało mi się jednak zdobyć na winylach dwa długo poszukiwane longplaye: "Nosferatu: Brüder des Schattens - Söhne des Lichts" Popol Vuh oraz "Love, Love" Juliana Priestera.

I na koniec, tradycyjnie, playlista. Całość jest eklektyczna i nie ma zbyt wiele sensu, ale może będzie dodatkową zachętą do sięgnięcia po opisywanie przeze mnie albumy. Podobnie jak w poprzednim miesiącu, starałem się wybrać krótsze utwory, pamiętając jednak o jakości. Brakuje przedstawiciela "E2-E4" (cały album to praktycznie jeden długi utwór, więc bez sensu byłoby zamieszczać fragment) i "Love, Love" (album zawiera tylko dwa ok. 20-minutowe utwory). Pozostali wykonawcy, o których w tym miesiącu pisałem lub których album kupiłem, a także honorowy bohater tego podsumowania - John Mayall, są reprezentowani na playliście.


30 marca 2019

[Recenzja] Bobby Hutcherson - "Dialogue" (1965)



Wibrafon nie należy do najczęściej stosowanych instrumentów. Zwłaszcza obecnie wydaje się reliktem przeszłości (choć jego historia zaczęła się ledwie sto lat temu). Znalazł jednak zastosowanie w wielu gatunkach muzycznych, przede wszystkim w jazzie. W latach 60. wielu z tych jazzmanów, którzy poszukiwali nowych środków artystycznego wyrazu, chętnie wzbogacało brzmienie o wibrafon, pełniący rolę instrumentu harmonicznego (często zastępując nim pianino). Jednym z najbardziej rozchwytywanych wibrafonistów był Bobby Hutcherson. Jazzem interesował się od najmłodszych lat, początkowo próbując sił jako saksofonista, trębacz i pianista. Jednak dopiero usłyszenie nagrań wibrafonisty Milta Jacksona wskazało mu właściwą drogę.

Jak wielu innych jazzowych muzyków w tamtym czasie, Hutcherson przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie szybko zwrócił na siebie uwagę. W pierwszej połowie lat 60. współpracował m.in. z Erikiem Dolphym (np. "Out to Lunch"), Tonym Williamsem ("Life Time"), Jackiem McLeanem ("One Step Beyond"), Grantem Greenem ("Idle Moments"), Andrewem Hillem ("Judgement!") i Grachanem Moncurem III ("Evolution"). Wszystkie te albumy ukazały się nakładem legendarnej Blue Note. A ponieważ spotkały się z uznaniem słuchaczy oraz krytyki, było kwestią czasu, by przedstawiciele wytwórni zaproponowali Hutchersonowi nagranie własnego albumu. Muzyk już wcześniej, w grudniu 1963 roku, odbył jedną sesję w roli lidera (w studiu towarzyszyli mu wówczas m.in. Joe Henderson i Grant Green), jednak jej efekt ukazał się dopiero w 1999 roku, na albumie "The Kicker". Jego debiutanckim albumem jest natomiast "Dialogue", zarejestrowany 3 kwietnia 1965 roku w Van Gelder Studio, w prawdziwie gwiazdorskiej obsadzie - w nagraniach wzięli udział Freddie Hubbard, Sam Rivers, Andrew Hill, Richard Davis i Joe Chambers.

Dość znamienne jest to, że w repertuarze longplaya nie ma ani jednej kompozycji lidera. Materiał został napisany przez Chambersa ("Idle While", "Dialogue") i Hilla (pozostałe utwory, włącznie z dodanym na kompaktowej reedycji "Jasper"). Co więcej, album mógłby praktycznie być sygnowany nazwiskiem któregokolwiek z grających na nim muzyków, gdyż żaden z instrumentów nie dominuje tu nad pozostałymi - tutaj liczy się zespołowa współpraca, choć oczywiście nie brakuje również solowych popisów. Brzmienie wibrafonu wydaje się jednak centralnym elementem. To Hutcherson trzyma w ryzach tych wszystkich wybitnych muzyków - nienachalnie, ale stanowczo wyznaczając kierunek ich gry.

Album zaczyna się od utrzymanego w latynoskim klimacie "Catta", z chwytliwym tematem i tanecznym rytmem na 8/4, ale także z solówkami Riversa i Hubbarda wyraźnie ciążącymi w stronę free jazzu. "Idle While" to bardziej nastrojowe nagranie w rytmie walca, o nieco onirycznym charakterze, tworzonym głównie przez partie fletu, wibrafonu i kontrabasu. Dla lepszego efektu zrezygnowano tu z pianina, dzięki czemu utwór zyskał więcej swobody. W "Les Noirs Marchant" i najdłuższym tutaj utworze tytułowym, trwającym niemal dziesięć minut, sekstet jeszcze dalej zapuszcza się w takie swobodne, oniryczne granie o niemal freejazzowym charakterze. W tych dwóch nagraniach zespół osiągnął mistrzostwo, zarówno w kreowaniu intrygującego klimatu, jak i zespołowej integracji. Finałowy (w wersji winylowej), dość konwencjonalny na tle całości "Ghetto Light" to już tylko (lub aż) bardzo ładne wyciszenie. Nie powinno natomiast dziwić nieuwzględnienie na oryginalnym wydaniu nagranego podczas tej samej sesji "Jasper", zbudowanego na swingującej grze sekcji rytmicznej, przez co brzmi wręcz archaicznie w porównaniu z pozostałymi utworami (mimo starań Riversa, by nadać mu odrobinę freejazzowego charakteru).

"Dialogue" pozostaje najsłynniejszym longplayem Bobby'ego Hutchersona, a przez wielu krytyków i słuchaczy uznawany jest także za najlepszy. Z tym ostatnim mógłbym polemizować, gdyż muzyk nagrał później kilka bardzo oryginalnych i wybitnych albumów. Niemniej jednak, "Dialogue" jest jednym z najwspanialszych dzieł awangardowego jazzu, interesująco rozwijającym pomysły Erica Dolphy'ego i innych innowatorów jazzu. 

Ocena: 9/10



Bobby Hutcherson - "Dialogue" (1965)

1. Catta; 2. Idle While; 3. Les Noirs Marchant; 4. Dialogue; 5. Ghetto Lights

Skład: Bobby Hutcherson - wibrafon, marimba; Freddie Hubbard - trąbka; Sam Rivers  saksofon tenorowy (1,6), flet (2,3), klarnet basowy (4), saksofon sopranowy (5); Andrew Hill - pianino; Richard Davis - kontrabas; Joe Chambers - perkusja
Producent: Alfred Lion


28 marca 2019

[Recenzja] Embryo - "Father, Son And Holy Ghosts" (1972)



Okres po wydaniu "Embryo's Rache" był niezwykle dla zespołu niezwykle pracowity. W ciągu ośmiu miesięcy, począwszy od września 1971 roku, Embryo zarejestrował materiał na aż trzy albumy. Udało się to pomimo licznych zmian w składzie, jakie nastąpiły w tym okresie. Jeszcze przed przystąpieniem do nagrań odszedł flecista Hansi Fischer, a po dołączeniu basisty Davida Kinga, Roman Bunka przerzucił się na gitarę, by w trakcie tych sesji zastąpił go Siegfried Schwab. Ponadto, przez skład przewinęli się klawiszowcy Mal Waldron i Jimmy Jackson, jak również basista Jörg Evers. Jedynymi muzykami, biorącymi udział we wszystkich nagraniach, byli Christian Burchard, Edgar Hofmann i David King.

Ówczesny wydawca zespołu, United Artists Records, uznał większość materiału za zbyt mało komercyjny i zgodził się opublikować tylko jeden album (pozostałe nagrania zostały opublikowane w następnym roku przez wytwórnię Brain na albumach "Steig Aus" i "Rocksession"). Na "Father, Son And Holy Ghosts" trafiły utwory zarejestrowane przez kwartet Burchard, Hofmann, Schwab i King. Udział gitary nie oznacza powrotu do stylistyki debiutanckiego "Opal". To raczej rozwinięcie "Embryo's Rache". Dominują instrumentalne utwory o jazzrockowym charakterze. Partie wokalne pojawiają się tylko w "The Special Trip" i "Free". Gitara i (nierzadko przesterowany) bas nadają muzyce bardziej rockowego brzmienia, natomiast partie skrzypiec, perkusjonalii i indyjskich instrumentów dodają orientalnego klimatu. Sporadycznie pojawia się też dźwięki fletu i saksofonu sopranowego. Największe wrażenie robią te najbardziej swobodne, rozbudowane utwory, w których muzycy maja okazję do pokazania swoich umiejętności ("The Special Trip", "King Insano", "The Sun Song", a zwłaszcza "Forgotten Sea"). Na albumie znalazły się też dwie nastrojowe miniatury ("Nightmares", "Marimbaroos") . Wszystko składa się tu w bardzo spójną i równą całość.

"Father, Son And Holy Ghosts" nie należy do ścisłej czołówki moich ulubionych albumów Embryo, jednak zespół po prostu nagrał tyle świetnych longplayów, że niektóre z nich muszą być poza podium. Grupa była wówczas w fantastycznej formie, co przynajmniej częściowo było zasługą licznych zmian składu i świeżego podejściu wnoszonego przez nowych muzyków. Warto dodać, że do ówczesnego grona wielbicieli zespołu zaliczał się sam Miles Davis.

Ocena: 8/10



Embryo - "Father, Son And Holy Ghosts" (1972)

1. The Special Trip; 2. Nightmares; 3. King Insano; 4. Free; 5. The Sun Song; 6. Marimbaroos; 7. Forgotten Sea

Skład: Edgar Hofmann - skrzypce, saksofon sopranowy; Siegfried Schwab - gitara, wina, tarang; David King - bass, flet, marimba, wokal; Christian Burchard - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Embryo


26 marca 2019

[Recenzja] Return to Forever - "Where Have I Known You Before" (1974)



Zanim zespół przystąpił do nagrywania tego albumu, doszło do kolejnej zmiany składu. Bill Connors postanowił odejść, gdyż nie był zwolennikiem elektrycznego brzmienia ani tras koncertowych. Ponadto, nie dogadywał się ponoć najlepiej z Chickiem Coreą. Jego następcą został wówczas 19-letni Al Di Meola. W ten sposób powstał najsłynniejszy i najtrwalszy skład Return to Forever, mający na koncie w sumie trzy albumy. Pierwszy z nich, czyli właśnie "Where Have I Known You Before", został zarejestrowany latem 1974 roku w nowojorskim Record Plant Studio.

Pod względem stylistycznym, album stanowi bezpośrednią kontynuację poprzedniego w dyskografii "Hymn of the Seventh Galaxy". Dalej słyszalna jest inspiracja Mahavishnu Orchestra i rockiem progresywnym. Wciąż dominuje brzmienie elektrycznych instrumentów, nadające właśnie rockowego charakteru. Ale doszły też nowe elementy. Przede wszystkim, jest to pierwszy album, na którym Corea sięgnął po syntezatory - Minimooga i ARP Odyssey. Tutaj jeszcze korzystał z nich z umiarem i dobrym smakiem, dzięki czemu ich brzmienie dość dobrze zniosło próbę czasu. Wzbogacenie w ten sposób palety dźwiękowej wyszło temu albumowi na dobre.

Drugim udanym urozmaiceniem jest umieszczenie na longplayu trzech akustycznych miniaturek, skomponowanych i zagranych przez samego lidera ("Where Have I Loved You Before", "Where Have I Danced with You Before" i "Where Have I Known You Before"). Dodają one całości przestrzeni i przynoszą odrobinę wytchnienia pomiędzy bardziej intensywnymi utworami. Instrumentaliści, włącznie z młodym gitarzystą, są prawdziwymi wirtuozami, jednak w tych dłuższych utworach nie dają o tym ani przez chwilę zapomnieć, co na dłuższą metę bywa męczące. Dlatego tak bardzo cieszą te delikatniejsze przerywniki.

Nie znaczy to bynajmniej, że reszta albumu wypada słabo. To tutaj znalazła się prawdopodobnie najwspanialsza kompozycja jazzrockowego wcielenia Return to Forever - trwająca niemal kwadrans "Song to the Pharoah Kings" autorstwa Chicka. Oparta na skali minorowej harmonicznej, ciekawie zróżnicowana i zgodnie z tytułem przywołująca orientalny klimat. Wszyscy muzycy mają tutaj okazję do zaprezentowania swoich umiejętności podczas długich solówek, ale zachwycają także dobrym zgraniem ze sobą. Udało się im nie popaść w przesadną pretensjonalność i nadmierne epatowanie wirtuozerią. Niemal równie udanie wypadają dwa ośmiominutowe nagrania: bardzo energetyczny, pełen ciekawych zwrotów akcji "Vulcan Worlds" i przynajmniej w pierwszej połowie bardziej wyluzowany "The Shadow of Love" (skomponowane odpowiednio przez basistę Stanleya Clarke'a i perkusistę Lenny'ego White'a). Niewiele ponad trzyminutowa kompozycja lidera "Beyond the Seventh Galaxy" (nie przypadkiem nawiązująca tytułem do poprzedniego albumu) wyróżnia się bardziej konwencjonalną, niemal piosenkową strukturą; pełniący rolę quasi-refrenu motyw jest całkiem fajny, ale ogólnie jest to mniej udany fragment longplaya. Podobnie jak niewiele dłuższy "Earth Juice", podpisany przez cały skład; konwencjonalny funkowy rytm i klawiszowe tło stanowią tu podkład dla nieco zbyt monotonnego popisu gitarzysty.

"Where Have I Known You Before" jest zatem albumem bardziej udanym od swojego poprzednika. Cieszy większa różnorodność i bardziej charakterystyczne kompozycje, które tym razem nie zlewają się ze sobą. Nie jest to może album wybitny, ale przynajmniej momentami o wybitność się ociera. Moim zdaniem jest to największe osiągnięcie Return to Forever (nie licząc albumu "Return to Forever", który de facto jest solowym dziełem Chicka Corei). Jest to także jeden z ostatnich tak udanych albumów w nurcie fusion. I jeden z najbardziej przystępnych dla rockowych słuchaczy, ze względu na brzmienie, grę sekcji rytmicznej i dużą ilość gitary. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak gorąco polecić ten album.

Ocena: 8/10



Return to Forever - "Where Have I Known You Before" (1974)

1. Vulcan Worlds; 2. Where Have I Loved You Before; 3. The Shadow of Lo; 4. Where Have I Danced with You Before; 5. Beyond the Seventh Galaxy; 6. Earth Juice; 7. Where Have I Known You Before; 8. Song to the Pharaoh Kings

Skład: Chick Corea - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Al Di Meola - gitara; Stanley Clarke - bass, organy, instr. perkusyjne; Lenny White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chick Corea


24 marca 2019

[Recenzja] Massacre - "Killing Time" (1981)



Wkrótce po przeprowadzce do Nowego Jorku, Fred Frith - brytyjski gitarzysta, znany z grup Henry Cow i Art Bears - stał się aktywnym członkiem tamtejszej podziemnej sceny muzycznej. A w tamtym czasie, pod koniec lat 70., działo się na niej sporo, żeby wspomnieć tylko o nurcie no wave. Był on twórczym rozwinięciem punk rocka, zachowującym jego bezkompromisowość i agresję, zarazem odrzucając jego schematyczność i prostotę, na rzecz inspiracji awangardą, noisem, free jazzem czy funkiem. Frith otarł się o tę stylistykę podczas współpracy z grupą Material, a jeszcze bardziej w nią zagłębił z własnym trio Massacre. Składu dopełnili członkowie wspomnianego Material - basista Bill Laswell (znany przede wszystkim z późniejszej działalności jako producent) i perkusista Fred Maher. W ciągu swojej kilkunastomiesięcznej kariery, trio intensywnie koncertowało po Stanach i Europie, a także wydało jeden album.

"Killing Time" zarejestrowano częściowo w nowojorskim OAO Studio (czerwiec 1981 roku), a częściowo podczas występu w Paryżu (kwiecień 1981). Album wypełniają przeważnie krótkie (z wyjątkiem ośmiominutowego "As Is", pięciominutowego "After" i czterominutowego "Tourism"), improwizowane nagrania. Bezkompromisowe, intensywne i nieprzewidywalne. Połamana, nerwowa rytmika kojarzy się z twórczością Captaina Beefhearta i Magic Band, natomiast atonalne partie Fritha przywołują skojarzenia z grą freejazzowych gitarzystów w rodzaju Dereka Baileya lub Sonny'ego Sharrocka. Jakby tego było mało, w niektórych nagraniach dochodzą wpływy funku, nadając niemalże tanecznego charakteru, przy jednoczesnym zachowaniu awangardowego podejścia (np. "Legs" lub kojarzące się trochę ze stylistyką fusion "Lost Causes" i "After"). Gdybym miał porównać tę muzykę do czegoś powszechnie znanego, to wskazałbym na twórczość King Crimson z tego samego okresu. O ile jednak grupa Roberta Frippa tworzyła wówczas głównie piosenki, tak Massacre całkowicie odchodzi od konwencjonalnych struktur i praktycznie rezygnuje z melodii (jakieś śladowe ich ilości można wyłapać np. w tytułowym "Killing Time", "Corridor", "Not the Person We Knew", a zwłaszcza w najbardziej crimsonowym - oczywiście w stylu "kolorowej trylogii" - "Surfing"), czasem zmierzając w rejony free improvisation (pierwsza połowa"As Is").

Nie każdego przekona taka muzyka, przynajmniej nie od razu - chyba, że jest już dobrze osłuchany z takimi rzeczami. Na mnie album zrobił duże wrażenie już przy pierwszym przesłuchaniu. Trochę jednak zabrakło do pełnego zachwytu. Na pewno przydałoby się trochę wydłużyć te najkrótsze, nietrwające nawet dwóch minut utwory, żeby nie brzmiały jak nieistotne przerywniki (szczególnie "Corridor" i "Surfing" zasługiwały, by zrobić z nimi coś więcej). Z drugiej strony, te krótkie fragmenty wzmacniają intensywność i nerwowy, prawie schizofreniczny charakter całości. Ogólnie album brzmi bardzo intrygująco i stanowi kolejny dowód na to, że lata 80. również przyniosły sporo fascynującej muzyki.

Massacre rozpadł się wkrótce po wydaniu "Kiling Time", wraz z odejściem Mahera. Muzycy realizowali się w innych projektach, jednak pod koniec lat 90. Frith i Laswell reaktywowali zespół, tym razem z perkusistą Charlesem Haywardem, znanym m.in. z grup Quiet Sun, 801 i This Heat (przewinął się również przez skład Gong). Nowe wcielenie Massacre istniało przez około dekadę i pozostawiło po sobie jeden, bardzo udany album studyjny (wydany w 1998 roku "Funny Valentine"), a także kilka koncertówek.

Ocena: 8/10



Massacre - "Killing Time" (1981)

1. Legs; 2. Aging with Dignity; 3. Subway Heart; 4. Killing Time; 5. Corridor; 6. Lost Causes; 7. Not the Person We Knew; 8. Bones; 9. Tourism; 10. Surfing; 11. As Is; 12. After; 13. Gate

Skład: Fred Frith - gitara, efekty, głos; Bill Laswell - bass, trąbka (10); Fred Maher - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Fred Frith


Obok: różne wersje okładki. U góry po lewej - oryginalnego wydania francuskiego (1981) i japońskiego (1982); po prawej - wydania północnoamerykańskiego (1983) i niektórych wznowień kompaktowych. Na dole - okładki różnych wydań kompaktowych.


22 marca 2019

[Recenzja] Albert Ayler Trio - "Spiritual Unity" (1965)



Ornette Coleman pokazał jazzowej publiczności, że można zrezygnować z tonalności i grania akordami. Saksofonista Albert Ayler poszedł o krok dalej, odrzucając ograniczenia stwarzane przez rytm. Swoją koncepcję wyzwolonego jazzu zaprezentował na albumie "Spiritual Unity", nagranym 10 lipca 1964 roku z pomocą basisty Gary'ego Peacocka i perkusisty Sunny'ego Murraya. Na oryginalnym wydaniu longplaya znalazły się trzy kompozycje lidera, w tym jedna w dwóch wersjach. Ów powtarzający się utwór, "Ghosts", stał się prawdopodobnie najbardziej znaną kompozycją Aylera.

Dla przypadkowego słuchacza, "Spiritual Unity" może sprawiać wrażenie kompletnego chaosu. Brzmi to trochę tak, jakby trio chciało grać zwyczajny hardbop, taki z ładnymi tematami i ich rozwinięciami, ale nie potrafiło grać w tonacji, trzymać się rytmu, ani współpracować ze sobą. Saksofon charczy, skrzypi, co chwilę słychać przedęcia i nagłe skoki rejestrowe. Partie kontrabasu są tak swobodne, że czasem przypominają strojenie instrumentu. Nawet w partiach perkusji trudno wyłapać rytm. W dodatku każdy zdaje się tu grać niezależnie od pozostałej dwójki. To wszystko nie wynika jednak z braku umiejętności tria, a z chęci zerwania z ograniczającymi schematami i regułami, poszukiwania nowych środków artystycznego wyrazu, skupienia się przede wszystkim na brzmieniu, a nie jak dotąd - harmonii czy rytmie. Bardziej obyty słuchacz z pewnością zauważy, że zawarta tu muzyka wcale nie jest dziełem całkowitego przypadku - swoboda wcale nie prowadzi do chaosu, nie jest to muzyka pozbawiona celu, a muzycy, choć pozornie grający niezależnie od siebie, ściśle ze sobą współpracują, zmierzając w jednym kierunku.

"Spiritual Unity" to udane rozwinięcie pomysłów wspomnianego Colemana. W chwili wydania był to prawdopodobnie najbardziej radykalny album jazzowy - choć nie całkiem pozbawiony przystępności, za sprawą dość wyraźnie zaznaczonych tematów i niespecjalnie przytłaczającego brzmienia (poza saksofonem). Jego znaczenie dla rozwoju free jazzu jest nie do podważenia. Nawet jeśli granice swobody i ekstremy w niedługim czasie po jego wydaniu zostały jeszcze dalej przesunięte przez takich twórców, jak Sun Ra, Cecil Taylor, John Coltrane, Anthony Braxton czy Peter Brötzmann. Bez "Spiritual Unity" ich dokonania mogłyby wyglądać zupełnie inaczej.

Ocena: 8/10



Albert Ayler Trio - "Spiritual Unity" (1965)

1. Ghosts: First Variation; 2. The Wizard; 3. Spirits; 4. Ghosts: Second Variation

Skład: Albert Ayler - saksofon tenorowy; Gary Peacock - kontrabas; Sunny Murray - perkusja
Producent: -


20 marca 2019

[Recenzja] The Keith Tippett Group - "You Are Here... I Am There" (1970)



Pianista Keith Tippett pamiętany jest głównie dzięki współpracy z King Crimson. Trudno wyobrazić sobie albumy "In the Wake of Poseidon", "Lizard" i "Islands" bez jego udziału. Robert Fripp proponował mu nawet stałą posadę, w roli współlidera. Tippett jednak odmówił, bo tak naprawdę interesowało go tworzenie nieco innej muzyki, co mógł realizować z własną grupą. The Keith Tippett Group, znany też jako Keith Tippett Sextet, powstał w 1967 roku. Trzon składu tworzyli muzycy, których pianista poznał w trakcie muzycznego kursu: saksofonista Elton Dean, kornecista Marc Charig i puzonista Nick Evans (wszyscy trzej współpracowali później z Soft Machine, dwaj ostatni także z King Crimson). Oczywiście, potrzebna była też sekcja rytmiczna - jej skład jednak kilkakrotnie się zmieniał. Podczas sesji nagraniowych debiutanckiego albumu, zatytułowanego "You Are Here... I Am There", rolę basisty pełnił Jeff Clyne (późniejszy muzyk Nucleus), a za perkusją zasiadł Alan Jackson (znany m.in. ze współpracy z Johnem Surmanem). Nagrania odbyły się w 1968 roku, ale z powodu zaniedbań wytwórni, longplay ukazał się dopiero w 1970 roku.

Na albumie znalazło się osiem utworów skomponowanych i zaaranżowanych przez Tippetta. Lider w tamtym okresie przyznawał się do inspiracji XX-wiecznymi kompozytorami Dariusem Milhaudem, Vaughanem Williamsem i Frederickiem Deliusem, a także jazzmanami, jak John Coltrane, Pharoah Sanders, Charles Mingus czy George Russell. Efektem jest bardzo nowoczesna odmiana jazzu,  trochę w stylu ówczesnych dokonań wspomnianego Johna Surmana (np. wydanego w tym samym roku "How Many Clouds Can You See?"), momentami kierująca się w stronę free lub (zdecydowanie rzadziej) fusion, niepozbawiona chwytliwych tematów, porywających popisów instrumentalnych i ciekawej interakcji między muzykami.

Umiejętności zespołu najlepiej pokazują dwa najdłuższe utwory, wypełniające pierwszą stronę winylowego wydania. Dziewięciominutowy "The Evening Was Like Last Year (To Sarah)" przyciąga uwagę posępnymi partiami Clyne'a grającego na kontrabasie smyczkiem, klasycyzującą grą Tippetta i świetną współpracą sekcji dętej, z której na pierwszy plan wybijają się freejazzowe solówki Deana. Klimat jest tu momentami niemalże uduchowiony, niczym w dokonaniach Johna i Alice Coltrane'ów czy Sandersa. Z kolei czternastominutowy "I Wish There Was a Nowhere" charakteryzuje się wieloma zmianami motywów, tempa czy nastroju. Nie brakuje tutaj naprawdę świetnych momentów, jak bardzo nośny pierwszy temat, z fantastycznie uzupełniającymi się partiami Tippetta i Clyne'a, ekspresyjny popis Deana, czy bardziej kameralny Chariga. Jedynie ten finałowy, żartobliwy temat wydaje mi się zupełnie niepotrzebny i zostawia pewien niesmak. Nie pasuje do reszty utworu, ani reszty albumu.

Drugą stronę wypełniają w większości krótsze formy, trwające od dwóch do niewiele ponad czterech minut. Pomimo swojej zwięzłości, nierzadko potrafią zachwycić wspaniałymi melodiami ("Thank You for the Smile", "View from Battery Point"), niemalże freejazzową ekspresją ("Violence"), czy umiejętnością tworzenia intrygującego nastroju ("Three Minutes from an Afternoon in July"). W tych krótszych formach interakcja całego składu również jest wzorowa, zarówno wtedy, gdy muzycy ze sobą współpracują, jak i zdają się ze sobą rywalizować. Strona B zawiera też jeden dłuższy utwór - prawie siedmiominutowy "Stately Dance for Miss Primm". To jedyny utwór na albumie, w którym zespół kieruje się w bardziej rockowe rejony za sprawą rytmiki oraz zelektryfikowanego brzmienia basu i pianina. Nie zabrakło tu jednak jazzujących partii dęciaków. Efekt tego połączenia jest naprawdę świetny. Na zakończenie pojawia się krótsza wersja "This Evening Was Like Last Year", będąca przede wszystkim popisem Tippetta, grającego z nieznacznym wsparciem Clyne'a; dopiero pod koniec dołączają do nich pozostali muzycy, przypominając główny temat.

"You Are Here... I Am There" to dojrzały debiut, doskonale pokazujący kompozytorski i aranżacyjny talent Keitha Tippetta oraz wykonawczy kunszt całego składu. Fani King Crimson niekoniecznie docenią ten album, ze względu na jego jazzowy charakter, ale wielbiciele pozostałych wspomnianych w tekście wykonawców z pewnością będą zachwyceni.

Ocena: 8/10



The Keith Tippett Group - "You Are Here... I Am There" (1970)

1. This Evening Was Like Last Year (To Sarah); 2. I Wish There Was a Nowhere; 3. Thank You for the Smile (To Wendy and Roger); 4. Three Minutes from an Afternoon in July (To Nick); 5. View from Battery Point (To John and Pete); 6. Violence; 7. Stately Dance for Miss Primm; 8. This Evening Was Like Last Year (Short Version)

Skład: Keith Tippett - pianino, elektryczne pianino; Elton Dean - saksofon altowy; Marc Charig - kornet; Nick Evans - puzon; Jeff Clyne - kontrabas, bass; Alan Jackson - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Giorgio Gomelsky - instr. perkusyjne
Producent: Giorgio Gomelsky


18 marca 2019

[Recenzja] Oliver Nelson with Eric Dolphy - "Straight Ahead" (1961)



Niespełna tydzień po sesji nagraniowej "The Blues and Abstract Truth", 1 marca 1961 roku, Oliver Nelson i Eric Dolphy wrócili do studia Rudy'ego Van Geldera, by zarejestrować kolejny materiał. Tym razem towarzyszyli im pianista Richard Wyands, basista George Duvivier i perkusista Roy Haynes, natomiast rolę producenta pełnił Esmond Edwards. Wszyscy współpracowali ze sobą już przy okazji albumu "Screamin' the Blues" Nelsona (nagranego w maju 1960, wydanego na początku 1961 roku), a niektórzy mieli okazję pracować ze sobą już więcej razy, więc sesja odbyła się w błyskawicznym tempie. Według eseju Joego Goldberga z okładki albumu, nagrania nie trwały nawet trzech godzin - muzykom tak świetnie się razem grało, że całość została zarejestrowana w jednym podejściu.

Pięć premierowych kompozycji autorstwa Nelsona, a także interpretacja kompozycji "Ralph's New Blues" Milta Jacksona, są utrzymane w charakterystycznym dla tamtych czasów, hardbopowym stylu. Sekcja rytmiczna energetycznie swinguje, a saksofoniści grają typowe dla tego stylu, chwytliwe tematy. Jednak Dolphy przemyca tu też sporo mniej konwencjonalnych rozwiązań, zapewne zainspirowanych jego niedawną sesją z Ornette'em Colemanem (pod koniec grudnia 1960 brał udział w nagrywaniu przełomowego "Free Jazz: A Collective Improvisation"). Czy to grając bardzo ekspresyjne, niemal freejazzowe solówki na alcie (np. "Six and Four", tytułowy "Straight Ahead"), czy wzbogacając brzmienie dość agresywnymi partiami klarnetu basowego ("Images", "Ralph's New Blues", "111-44") lub subtelnymi dźwiękami fletu (w łagodniejszych momentach zbudowanego na dynamicznych kontrastach "Mama Lou"). Nie da się zaprzeczyć, że to właśnie obecność Erica sprawia, że album wyróżnia się na tle dziesiątek innych z tamtych czasów, brzmi bardzo nowocześnie i nowatorsko. Pozostali muzycy raczej nie wychodzą poza hardbopową konwencję. Jednak ich partie doskonale uzupełniają się z grą Dolphy'ego. Na szczególne wyróżnienie zasługuje moim zdaniem Duviver, który nie ogranicza się tylko do wspólnego swingowania z resztą sekcji rytmicznej, ale też kilkakrotnie prezentuje się jako sprawny solista. Oczywiście, Haynes i Nelson to również muzycy z wysokiej półki, o czym wielokrotnie udaje im się przypomnieć.

Choć na "Straight Ahead" liderem i głównym kompozytorem jest Oliver Nelson, o sile tego wydawnictwa stanowią przede wszystkim pomysły i gra Erica Dolphy'ego. Jego niezwykle nowoczesne i innowacyjne podejście sprawia, że nie jest to tylko jeden z licznych albumów hardbopowych, lecz bardzo kreatywne i postępowe dzieło (choć, oczywiście, nie w takim stopniu, jak wydany w tym samym roku "Free Jazz..."). Polecam zarówno miłośnikom bopu, jak i bardziej ambitnych odmian jazzu.

Ocena: 8/10



Oliver Nelson with Eric Dolphy - "Straight Ahead" (1961)

1. Images; 2. Six and Four; 3. Mama Lou; 4. Ralph's New Blues; 5. Straight Ahead; 6. 111-44

Skład: Oliver Nelson - saksofon altowy, saksofon tenorowy, klarnet; Eric Dolphy - saksofon altowy, klarnet basowy, flet; Richard Wyands - pianino; George Duvivier - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Esmond Edwards


16 marca 2019

[Recenzja] Tangerine Dream - "Atem" (1973)



W początkowym okresie działalności Tangerine Dream, styl grupy nieustannie się rozwijał, dosłownie z albumu na album. Nie inaczej jest w przypadku "Atem" - czwartej pozycji w dyskografii niemieckiego zespołu, a zarazem drugiej nagranej przez najsłynniejszy skład. Tym razem Edgar Froese, Christopher Franke i Peter Baumann nie skorzystali z pomocy dodatkowych muzyków, jak miało to miejsce na wydanym w poprzednim roku "Zeit". Sesja nagraniowa odbyła się na przełomie grudnia 1972 i stycznia 1973 roku, w studiu Dietera Dierksa. Longplay ukazał się w marcu, tradycyjnie - choć po raz ostatni - nakładem wytwórni Ohr. Na niezbyt urodziwej okładce widać czteroletniego syna Edgara Froese'a, Jerome'a - późniejszego członka Tangerine Dream.

Zespół kontynuuje na "Atem" swoje elektroniczne eksperymenty. Tym razem przybierają one jednak inny kształt, niż na wspomnianym "Zeit". Zamiast bardzo długich utworów, w których pozornie niewiele się dzieje, tym razem muzycy zaproponowali bardziej zwarty i treściwy materiał. Choć utwór tytułowy, wypełniający całą pierwszą stronę winylowego wydania, długością nie ustępuje kompozycjom z poprzedniego albumu, to pod innymi względami zdecydowanie się różni. Początek jest bardzo konkretny, bez bawienia się w stopniowe budowanie napięcia. Niemal od razu przywala z grubej rury, a raczej mocnym wejściem melotronowego chóru i perkusji, do których wkrótce dołączają partie syntezatora. Ale po sześciu minutach utwór nagle całkowicie się zmienia, jego charakter zmienia się na ambientowo-drone'owy; przywołuje kosmiczny klimat wcześniejszych dokonań. Fragmenty te brzmią jak dwa różne utwory.

Drugą stronę winylowego wydania wypełniają trzy krótsze utwory, każdy o innym charakterze. "Fauni-Gena" to dziesięciominutowy kolaż odgłosów przyrody oraz brzmień syntezatorów i tradycyjnych instrumentów, praktycznie pozbawiony struktury, rytmu i melodii. Sześciominutowy "Circulation of Events" to z kolei nastrojowy utwór o ambientowo-medytacyjnym charakterze, oparty głównie na partiach organów i syntezatorów. Najbardziej na tle całości wyróżnia się finałowy, najkrótszy "Wahn", w którym prócz partii perkusji, syntezatorów i melotronu, pojawia się także długi wstęp z przetworzonymi głosami, częściowo a capella. To zupełnie nowy element w twórczości Tangerine Dream, choć niekoniecznie dodający uroku.

"Atem" ciekawie rozwija pomysły z wcześniejszych albumów zespołu, a nawet wprowadza nowe rozwiązania. Mam jednak wrażenie, że zespół nie do końca był pewien, co chce tym razem osiągnąć i dlatego całość trochę razi nadmiernym eklektyzmem i brakiem spójnej wizji. Warto jednak pamiętać, że to właśnie ten album zwrócił uwagę na Tangerine Dream poza ojczyzną zespołu. Znaczną rolę odegrał w tym słynny brytyjski prezenter John Peel, który po usłyszeniu "Atem" zainteresował się grupą i zaczął promować ją w swoich programach.

Ocena: 7/10



Tangerine Dream - "Atem" (1973)

1. Atem; 2. Fauni-Gena; 3. Circulation of Events; 4. Wahn

Skład: Edgar Froese  - melotron, organy, gitara, głos; Peter Baumann - organy, pianino, syntezator; Christopher Franke - syntezator, organy, perkusja i instr. perkusyjne, głos
Producent: Tangerine Dream