23 czerwca 2019

[Recenzja] Tuxedomoon - "Half-Mute" (1980)



Post-punk przejął rolę, jaką dekadę wcześniej pełnił rock progresywny. Podczas gdy dawni innowatorzy zwrócili się w stronę bezpieczniejszej muzyki, a ich bezpośredni naśladowcy ograniczali się do nudnego epigoństwa, to właśnie wykonawcy post-punkowi przejęli eksperymentalne, poszukujące podejście. Jednym z najlepszych dowodów na udowodnienie tej tezy, jest twórczość kalifornijskiego tria Tuxedomoon. Zespół powstał w 1977 roku z inicjatywy dwóch studentów muzyki elektronicznej, Stevena Browna i Blaine'a L. Reiningera. W ciągu pierwszych lat działalności towarzyszyli im różni muzycy, aż w końcu wykrystalizował się trzyosobowy skład, uzupełniony przez Petera Dacherta (występującego pod pseudonimem Peter Principle). Inspiracje zespołu obejmowały przede wszystkim punk rock i muzykę elektroniczną, ale można usłyszeć też wyraźne wpływy progowej awangardy, jazzu, noise'u, muzyki kabaretowej i innych stylów. Jeszcze w latach 70. ukazały się dwie EPki ("No Tears" i "Scream with a View"), które zapewniły grupie rozpoznawalność na post-punkowej scenie. W 1980 roku został natomiast wydany pełnowymiarowy debiut, zatytułowany "Half-Mute".

Nagrywając ten longplay, muzycy grali na wszystkim, co akurat wpadło im w ręce. Instrumentarium obejmuje zatem gitary, bas, altowy i sopranowy saksofon, skrzypce, klawisze, a także programowane bębny. Brzmienie jest jednak bardzo chłodne, minimalistyczne - szczególnie, gdy akompaniament ogranicza się do syntezatorów i automatu perkusyjnego (np. "Loneliness", "James Whale"). Często jednak elektronika jest ciekawie dopełniania przez saksofon (np. "Nazca". "Fifth Column", "KM / Seeding the Clouds") lub skrzypce ("Tritone", "Volo Vivace", oba kojarzące się z twórczością grup avant-progowych). Dziesięć zawartych tu utworów (skomponowanych przez cały zespół) charakteryzuje spora różnorodność. Nierzadko same w sobie są złożone z pozornie niepasujących do siebie elementów, jak np. "59 to 1", w którym pojawia się niechlujny punkowy wokal, funkujący bas, minimalistyczna partia bębnów i niemalże freejazzowe partie saksofonu. Poszczególne nagrania tworzą jednak bardzo spójną całość, za sprawą podobnego klimatu. Zawarta tu muzyka jest posępna, niepokojąca. Jedynie singlowy "What Use?" wyróżnia się bardziej przebojowym charakterem i zdecydowanie mniej ponurym nastrojem. Pozostałe utwory, nawet jeśli pojawia się w nich wokal - którego jest tu stosunkowo mało - dalekie są od piosenkowych schematów. Są za to bardzo intrygujące (np. "Loneliness", "7 Years").

Zgodnie z punkowym etosem, album cechuje podejście zrób to sam, jednak wszelkie braki techniczne - zarówno jeśli chodzi o brzmienie, jak i wykonanie - nadrabiane są kreatywnością typową raczej dla wykonawców progresywnych. Muzycy może i nie byli wirtuozami, ale czerpiąc z przeróżnych stylistyk, stworzyli swój własny, oryginalny styl. Brzmienie z kolei może wydawać się nieco niedopracowane, zbyt surowe, ale doskonale podkreśla posępny nastrój albumu i również jest bardzo charakterystyczne. "Half-Mute" to bardzo udany debiut. I kolejny dowód, że w latach 80. nie brakowało ciekawej, ambitnej muzyki.

Ocena: 8/10



Tuxedomoon - "Half-Mute" (1980)

1. Nazca; 2. 59 to 1; 3. Fifth Column; 4. Tritone (Musica Diablo); 5. Loneliness; 6. James Whale; 7. What Use?; 8. Volo Vivace; 9. 7 Years; 10. KM / Seeding the Clouds

Skład: Steven Brown - saksofon altowy, saksofon sopranowy, instr. klawiszowe, programowanie, wokal; Blaine L. Reininger - gitara, bass, skrzypce, instr. klawiszowe, programowanie, głos (2); Peter Dachert - bass, gitara, syntezator, programowanie
Producent: Tuxedomoon


21 czerwca 2019

[Recenzja] Magma - "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" (1973)



Jeden z najbardziej niezwykłych, oryginalnych, zwariowanych, a zarazem wyrafinowanych i ambitnych albumów w dziejach muzyki rockowej. Już oba wcześniejsze dzieła francuskiej Magmy, eponimiczny debiut i "1001° Centigrades", pokazały, że jest to zespół nietuzinkowy, niepowtarzalny. Ale dopiero na "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" jego styl całkowicie się wykrystalizował, wzbogacony o nowe elementy, które na stałe wpisały się zeuhlową estetykę. Nie wszystkim muzykom odpowiadał ten rozwój, dlatego z poprzedniego składu zostali tylko Christian Vander, Klaus Blasquiz i Teddy Lasry. W nowym wcieleniu zespołu dołączyli do nich: klarnecista basowy René Garber, klawiszowiec Jean-Luc Manderlier, gitarzysta Claude Olmos i basista Jannick Top, a także żeński chór złożony ze Stelli Vander, Muriel Streisfield, Evelyne Razymovski, Michele Saulnier i Doris Reinhardt.

Na trackliście "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" widnieje siedem ścieżek, jednak w rzeczywistości album zawiera jedną, niespełna czterdziestominutową kompozycję. Bardzo spójną, pozornie jednostajną, lecz ulegającą pewnym przetworzeniom, co uzasadnia podział na osobne utwory. Całość została skomponowana samodzielnie przez Vandera. Muzyk w bardzo inteligentny, przemyślany sposób czerpie tutaj z muzyki klasycznej, przede wszystkim z twórczości Carla Orffa (wyraźne podobieństwa do jego dzieła "Carmina Burana") i Igora Strawińskiego. I choć przenosi te inspiracje na rockowy grunt, to efekt wcale nie sprawia wrażenia strywializowanej kopii muzyki poważnej (choć nie mogło obyć się bez pewnych uproszczeń). Vander wykazał się prawdziwym kompozytorskim kunsztem. Udało mu się też dobrać wystarczająco utalentowanych współpracowników, by zrealizować swoje wielkie ambicje. Nowym elementem w twórczości zespołu są operowe wielogłosy, bardzo starannie, interesująco zaaranżowane. Towarzyszy im potężna gra sekcji rytmicznej, z transową, ale zmienną perkusją i wyrazistym basem, hipnotyzujący motyw grany na pianinie, a także typowo rockowe solówki gitary i jazzujące partie dęciaków, przypominające o fascynacji Vandera twórczością Johna Coltrane'a. Całość zachwyca niezwykłym - jak na muzykę będącą, mimo wszystko, rockiem - bogactwem i wyrafinowaniem.

Dość pretensjonalny termin rockowa opera, używany przez muzycznych dziennikarzy w stosunku do zbiorów zwyczajnych rockowych piosenek z wspólną warstwą tekstową, jak "Tommy" czy "The Wall", o wiele lepiej pasuje właśnie do zawartości "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh". Przy czym w przypadku Magmy całkowicie traci swój pretensjonalny wydźwięk - zespół posiadał wystarczające umiejętności, by zrealizować tak ambitny projekt. Nie ma tu ani odrobiny patosu lub kiczu, ani instrumentalnego onanizmu mającego ukryć instrumentalne i kompozytorskie niedostatki. Nie jest to oczywiście poziom muzyki poważnej, ale muzycy wcale nie udają, że grają muzykę poważną, nie ukrywają swoich rockowych korzeni. Jednocześnie prezentując dzieło znacznie bardziej przemyślane i dopracowane, niż zdecydowana większość rockowych albumów. Całość nie jest przy tym szczególnie trudna w odbiorze. Ale wymaga wielu przesłuchań w skupieniu, by się nią naprawdę zachwycić. Początkowo, zwłaszcza przy niezbyt uważnym słuchaniu, może wydawać się zbyt monotonna. Jednak przy dokładniejszym odsłuchu album odsłania mnóstwo rytmicznych i harmonicznych zmian, a także wiele innych aranżacyjnych smaczków. Dlatego nie należy się zniechęcać, tylko słuchać, słuchać, słuchać, a zachwyt w końcu sam przyjdzie.

Ocena: 10/10



Magma - "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" (1973)

1. Hortz Fur Dëhn Štekëhn Ẁešt; 2. Ïma Sürï Dondaï; 3. Kobaïa Iss Dëh Hündïn; 4. Da Zeuhl Ẁortz Mëkanïk; 5. Nëbëhr Gudahtt; 6. Mëkanïk Kömmandöh; 7. Kreühn Köhrmahn Ïss Dëh Hündin

Skład: Klaus Blasquiz - wokal, instr. perkusyjne; Stella Vander - wokal; Muriel Streisfield - wokal; Evelyne Razymovski - wokal; Michele Saulnier - wokal; Doris Reinhardt - wokal; René Garber - klarnet basowy, wokal; Teddy Lasry - saksofon, klarnet, flet; Jean-Luc Manderlier - instr. klawiszowe; Claude Olmos - gitara; Jannick Top - bass; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, organy, wokal
Producent: Giorgio Gomelsky


19 czerwca 2019

[Recenzja] Fire! Orchestra - "Arrival" (2019)



Fire! Orchestra powróciła niedawno z czwartym albumem. Zacznę jednak od wprowadzenia, niezbędnego dla osób, które dotąd nie miały do czynienia z tym projektem. Jest to rozbudowana wersja szwedzkiego tria Fire! (o którym pisałem już przy okazji zeszłorocznego albumu "The Hands"). Trzon tworzą zatem saksofonista Mats Gustafsson, basista Johan Berthling i perkusista Andreas Werliin. W bigbandowej wersji zespołu wspomagają ich liczni goście - często ważne postaci na współczesnej scenie muzyki improwizowanej. W pierwszych wcieleniach Orkiestry występowali jedynie muzycy skandynawskiego pochodzenia, później także innej narodowości. W 2013 roku ukazał się zarejestrowany na żywo album "Exit!", na którym w bardzo interesujący sposób połączono free jazz, fusion, awangardowy rock z odrobiną bluesa. Wydany rok później studyjny "Enter" okazał się bardzo ciekawym rozwinięciem tego stylu. Z czasem jednak formuła zaczęła się wyczerpywać, co pokazał trzeci album, "Ritual" (2016). Muzycy musieli być tego świadomi, gdyż na swoim kolejnym wydawnictwie postanowili zaprezentować coś innego.

Album "Arrival" został zarejestrowany na początku tego roku, w dniach 7-9 stycznia, w sztokholmskim Atlantis Studio. W składzie tym razem znalazło się zaledwie czternastu muzyków (w przeszłości bywało ich nawet powyżej dwudziestu). Oprócz Gustafssona, Berthlinga i Werliina, w nagraniach wzięło udział także wielu innych muzyków związanych wcześniej z Orkiestrą: klarnecista basowy Christer Bothén (znany też ze współpracy z Donem Cherrym i własną grupą Spjärnsvallet), klawiszowiec Tomas Hallonsten, trębaczka Susana Santos Silva, oboista i klarnecista Per "Texas" Johansson, a także wokalistki Mariam Wallentin i Sofia Jernberg. Nowym nabytkiem jest saksofonista i klarnecista Isak Hedtjärn, a także - to zupełna nowość w twórczości tego big bandu - sekcja smyczkowa złożona z grających na skrzypcach Anny Lindal, Josefin Runsteen i Katt Hernandez oraz wiolonczelisty Leo Svenssona.

Na albumie znalazło się siedem utworów, w tym pięć autorskich (skomponowanych przez Berthlinga, Wallentin i Gustafssona, z wyjątkiem "Weekends" autorstwa samej Wallentin, która napisała też wszystkie teksty) oraz dwie przeróbki ("Blue Crystal Fire" Robbiego Basho i "At Last I am Free" z repertuaru... disco-funkowej grupy Chic). W porównaniu z wcześniejszymi longplayami, dużo więcej tutaj partii wokalnych, w warstwie instrumentalnej zdają się dominować smyczki, klarnety i elektryczne organy, zaś mniej tutaj freejazzowego napieprzania. Podstawę wciąż jednak stanowią charakterystyczne, nieśpieszne, ale wyraziste partie kontrabasu lub gitary basowej, w których to właśnie słychać inspirację bluesem. Odświeżenie stylu przyniosło pożądany efekt. Nie słychać tu już zmęczenia dotychczasową konwencją, jak w przypadku "Ritual". Wróciła świeżość i dawna energia. Szczególnie interesująco wypadają dwa najdłuższe utwory, trzynastominutowy "(I am a) Horizon" i prawie szesnastominutowy "Silver Trees", w których rozbudowany skład świetnie buduje napięcie, pozwala też sobie na więcej freejazzowej swobody. Nie mniej ciekawie robi się gdy zespół pokazuje bardziej... piosenkowe oblicze, co ma miejsce w "Blue Crystal Fire". Z kolei "Weekends (the Soil is Calling)" doskonale łączy oba te podejścia. Mam natomiast zastrzeżenia do "Dressed in Smoke. Blown Away" - to po prostu nowa wersja "To Shave the Leaves. In Red. In Black" z "The Hands", z dodanymi organami, smyczkami i wokalem, co wcale nie czyni go ciekawszym - a także do finałowego "At Last I am Free", który w tej wersji jest ładną, subtelną balladą, jednak gdzieś tak o połowę za długą, biorąc pod uwagę jej jednostajność.

Album trwa ponad godzinę, więc spokojnie można było go skrócić o te mniej udane fragmenty. Wtedy całość robiłaby jeszcze większe wrażenie. Ale i tak bardzo cieszy, że zespół wciąż się rozwija i wrócił do wysokiej formy.

Ocena: 8/10



Fire! Orchestra - "Arrival" (2019)

1. (I am a) Horizon; 2. Weekends (the Soil is Calling); 3. Blue Crystal Fire; 4. Silver Trees; 5. Dressed in Smoke. Blown Away; 6. (Beneath) the Edge of Life; 7. At Last I am Free

Skład: Mats Gustafsson - saksofon barytonowy; Isak Hedtjärn - saksofon altowy, klarnet; Susana Santos Silva - trąbka; Christer Bothén - klarnet basowy, klarnet kontrabasowy; Per "Texas" Johansson - obój, klarnet basowy, klarnet kontrabasowy; Tomas Hallonsten - instr. klawiszowe; Johan Berthling - kontrabas, bass; Andreas Werliin - perkusja; Anna Lindal, Josefin Runsteen, Katt Hernandez - skrzypce; Leo Svensson - wiolonczela; Mariam Wallentin, Sofia Jernberg - wokal
Producent: Andreas Werliin


16 czerwca 2019

[Recenzja] Gong - "You" (1974)



Album "You" to trzecia część trylogii "Radio Gnome Invisible". Nie sposób jednak znaleźć tej informacji na okładce, która pod względem graficznym wyraźnie odstaje od obu poprzednich. Był to prawdopodobnie efekt kolejnych spięć w zespole. Klawiszowiec Tim Blake uważał bowiem, że charakterystyczne dla Gong elementy humorystyczne - jak dziwaczne wokale i głupie teksty - sprawiają, że zespół nie jest traktowany poważnie przez krytyków i zwykłych słuchaczy. Blake długo dyskutował na ten temat z Daevidem Allenem, aż obaj muzycy doszli do porozumienia - zespół miał w większym stopniu skupić się na tworzeniu interesującej muzyki, a ograniczyć wygłupy.

Sesja nagraniowa "You" odbyła się latem 1974 roku, ponownie (bowiem właśnie tam nagrano pierwszą części trylogii, "Flying Teapot", a także zmiksowano drugą, "Angel's Egg") w brytyjskim studiu The Manor. Udało się zebrać ponownie cały skład z poprzedniego albumu. A zatem, oprócz Allena i Blake'a, w studiu zameldowali się także Gilli Smyth, Didier Malherbe, Steve Hillage, Mike Howlett, Pierre Moerlen i Mireille Bauer. Ponadto, skład został poszerzony o dwoje nowych muzyków: grającego na perkusjonaliach Benoita Moerlena (brata Pierre'a) i dodatkową wokalistkę Miquette Giraudy. Ta ostatnia już wcześniej wspomagała zespół podczas koncertów, zastępując ciężarną Smyth. Podczas występów kilkakrotnie zmieniał się też perkusista, gdyż Pierre Moerlen ciągle odchodził i wracał. Wśród jego tymczasowych zastępców znalazł się zarówno były członek grupy, Rob Tait, jak również tak uznani muzycy, jak Chris Cutler (z Henry Cow) czy Bill Bruford.

Album rozpoczyna seria miniaturowych utworów, trwających w sumie niewiele ponad pięć minut. "Thoughts for Naught", "A P.H.P.'s Advice" i "Magick Mother Invocation" zdominowane są przez wokalne wygłupy Allena i Smyth, a tym samym bliskie wcześniejszej twórczości Gong. Ostatnia z nich pełni rolę wstępu do pierwszej dłuższej kompozycji, sześciominutowego "Master Builder" (znanego tez jako "Om Riff"). A to już rzecz naprawdę intrygująca: psychodeliczno-jazzrockowy jam, zbudowany wokół transowej gry sekcji rytmicznej, z kosmicznym tłem klawiszy, fantastycznymi solówkami saksofonu i gitary, a także stosunkowo niewielką ilością partii wokalnych (zachowujących humorystyczny charakter).

Jeszcze bardziej zaskakuje dziewięciominutowy "A Sprinkling of Clouds". Utwór całkowicie instrumentalny, o zdecydowanie bardziej poważnym charakterze. To doskonałe połączenie dalekowschodniego klimatu, kosmicznej elektroniki, a także jazzujących partii gitary, saksofonu i fletu. Blake, Hillage i Malherbe w końcu mogli pokazać pełnię swoich instrumentalnych możliwości, a towarzyszy im nie mniej porywająca, wyrafinowana gra rozbudowanej sekcji rytmicznej. Allen i Smyth nie odegrali w tym nagraniu żadnej roli. Poniekąd wynagradzili to sobie w "Perfect Mystery" - niewiele ponad dwuminutowym kawałku, w warstwie instrumentalnej będącym konwencjonalną piosenką, jednak urozmaiconą humorystyczną warstwą wokalną.

Daje to chwilę oddechu przed kolejnym fantastycznym jamem. Dziesięciominutowy "The Isle of Everywhere" zbudowany jest na rewelacyjnej grze sekcji rytmicznej, o wyraźnie tanecznym, funkowym pulsie, ale zarazem interesująco urozmaiconej. Na tym tle rozbrzmiewają kosmiczne szepty Smyth, elektronika Blake'a, a także kolejne wspaniałe, rozbudowane solówki Malherbe'a i Hillage'a. Cały zespół wspina się tutaj na wyżyny. A to jeszcze nie koniec, bo na finał pojawia się najdłuższy, ponad jedenastominutowy "You Never Blow Yr Trip Forever". Kolejny jam, ale tym razem z dużą ilością zwariowanych partii wokalnych. Stanowi zatem podsumowanie albumu, a także całej trylogii. Najciekawiej wypadają tutaj pierwsze dwie minuty, z warstwą instrumentalną przypominającą... hiphopowe podkłady. W dalszej części również nie brakuje interesujących momentów, ale całość wydaje się nieco chaotyczna, a wokalne wygłupy ograniczają instrumentalistów. Jednak taki utwór niewątpliwie był potrzebny, aby właściwie zamknąć trylogię.

"You" niewątpliwie jest kompromisem osiągniętym przez muzyków mających różne artystyczne wizje. I właśnie za sprawą tego kompromisu udało się stworzyć wspaniały, niepowtarzalny album. Dzięki wygłupom Daevida Allena i Gilli Smyth zachowane zostało charakterystyczne dla Gong poczucie dystansu, typowy humor i swoboda, a także natychmiastowa rozpoznawalność. Natomiast artystyczne ambicje pozostałych muzyków zaowocowały interesującym rozwojem dotychczasowej stylistyki, wzbogaceniem jej o nowe elementy. Nie brakuje tutaj naprawdę genialnych utworów, świadczących o większej dojrzałości zespołu. Jednak z drugiej strony, te bardziej humorystyczne kawałki wypadają wyraźnie słabiej, nie tylko w porównaniu z resztą albumu, ale też z podobnymi utworami z dwóch poprzednich albumów. Nie przeszkadza mi to podczas słuchania "You", do którego od paru tygodni często wracam i wciąż wywołuje taki sam zachwyt. Jednak powstrzymuje mnie to przed daniem maksymalnej oceny, nad którą poważnie się zastanawiałem.

Ocena: 9/10



Gong - "You" (1974)

1. Thoughts for Naught; 2. A P.H.P.'s Advice; 3. Magick Mother Invocation; 4. Master Builder; 5. A Sprinkling of Clouds; 6. Perfect Mystery; 7. The Isle of Everywhere; 8. You Never Blow Yr Trip Forever

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara; Gilli Smyth - wokal; Didier Malherbe - saksofony, flet, dodatkowy wokal; Tim Blake - syntezatory, melotron; Steve Hillage - gitara; Mike Howlett - bass; Pierre Moerlen  - perkusja i instr. perkusyjne; Mireille Bauer - instr. perkusyjne; Benoit Moerlen - instr. perkusyjne; Miquette Giraudy - dodatkowy wokal
Producent: Simon Heyworth i Gong


15 czerwca 2019

[Recenzja] Bobby Hutcherson - "Components" (1966)



Drugi album wibrafonisty Bobby'ego Hutchersona został nagrany w równie gwiazdorskiej obsadzie, co debiutancki "Dialogue". W składzie ponownie znaleźli się Freddie Hubbard i Joe Chambers, a ponadto dołączyli Herbie Hancock, Ron Carter oraz grający na saksofonie i flecie James Spaulding. Sesja odbyła się 14 czerwca 1965 roku, tradycyjnie w Van Gelder Studio, z Alfredem Lionem w roli producenta. Materiał został wydany dopiero w listopadzie 1966 roku pod tytułem "Components". Wypełniło go osiem premierowych kompozycji.

O ile poprzedni album Hutchersona wypełniają wyłącznie kompozycje napisane przez sidemanów (Chambersa i Andrewa Hilla), tak na "Components" autorem połowy materiału jest lider. Cztery napisane przez niego utwory wypełniają pierwszą stronę winylowego wydania. Pod względem stylistycznym nie wychodzą poza granice hard bopu. Są jednak dość zróżnicowane: nagranie tytułowe wyróżnia się dużą ekspresją; "Tranquillity" to subtelna, bardzo ładna ballada; "Little B's Poem" charakteryzuje się lekkością, podkreśloną zamianą saksofonu na flet; natomiast "West 22nd Street Theme" zdradza inspirację bluesem. Druga stronę winyla wypełniają kompozycje Chambersa, mające bardziej awangardowy charakter. "Movement" i "Juba Dance" cechują się bardzo swobodnym podejściem, a kompletne rozluźnienie następuje w ocierającym się o free jazz "Air". Na zakończenie pojawia się jednak bardziej poukładany "Pastoral", o którego charakterze wszystko mówi tytuł. Przepiękny finał albumu.

Na "Components" Bobby Hutcherson udowodnił, że jest całkiem sprawnym kompozytorem. Jednak jeszcze lepiej wypada tu druga część, z bardziej eksperymentalnymi kompozycjami Joego Chambersa, intrygującymi swoim abstrakcyjnym charakterem. Całość jest oczywiście bardzo dobrze wykonana, jak przystało na muzyków tej klasy.

Ocena: 8/10



Bobby Hutcherson - "Components" (1966)

1. Components; 2. Tranquillity; 3. Little B's Poem; 4. West 22nd Street Theme; 5. Movement; 6. Juba Dance; 7. Air; 8. Pastoral

Skład: Bobby Hutcherson - wibrafon; James Spaulding - saksofon altowy, flet; Freddie Hubbard - trąbka; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Joe Chambers - perkusja
Producent: Alfred Lion


14 czerwca 2019

[Recenzja] Rory Gallagher - "Blues" (2019)



Dokładnie dwadzieścia cztery lata temu, 14 czerwca 1995 roku, zmarł jeden z najwybitniejszych bluesrockowych gitarzystów, Rory Gallagher. W Polsce artysta wciąż pozostaje kompletnie zapomniany. W innych krajach raczej nie jest pod tym względem lepiej (poza rodzimą Irlandią i może jeszcze Wielką Brytanią, Niemcami czy Francją). Co jakiś czas podejmowane są jednak kroki, by zmienić taki stan rzeczy. W tym roku ukazały się reedycje studyjnych longplayów, a także zupełnie nowa kompilacja "Blues". Składanka zawiera niepublikowany wcześniej materiał - odrzuty ze studia, nagrania dla radia BBC i irlandzkiej telewizji RTE, fragmenty występów na żywo, a także inne utwory spoza regularnych płyt Irlandczyka. Choć zostały zarejestrowane na przestrzeni dwóch dekad, w latach 1971-92, to dzięki zastosowanemu kluczu, tworzą całkiem spójną całość. Jak wyjaśnia już sam tytuł, wybrano utwory o najbardziej bluesowym charakterze, z których wiele to interpretacje bluesowych standardów. Podstawowe wydanie (jedna płyta kompaktowa lub dwie winylowe) zawiera w sumie piętnaście ścieżek, a na wersji "deluxe" (trzy kompakty) jest ich aż o dwadzieścia więcej, nie licząc bonusu w postaci wywiadu.

W recenzji postanowiłem przybliżyć podstawową edycję. Z piętnastu utworów tylko dwa były wcześniej wydane w dokładnie tych samych wersjach. "I'm Ready" to kompozycja Muddy'ego Watersa, pochodząca z jego albumu "The London Muddy Waters Sessions" (1992). Rory był jednym z kilku europejskich muzyków, którzy wystąpili na nim w roli sidemanów. Z kolei "Born Under a Bad Sign" - kompozycja Alberta Kinga, swego czasu rozpropagowana przez trio Cream - to nagranie z występu dla niemieckiego programu Rockpalast z 1990 roku (a nie 1991, jak podano w opisie), dostępne wcześniej na DVD "The Complete Rockpalast Collection". Był to fragment krótkiego setu, podczas którego do zespołu Gallaghera dołączył Jack Bruce w roli basisty i wokalisty. Akurat te dwa utwory odstają nieco od całości - oba ze względu na wokal, a pierwszy dodatkowo przez brzmienie zdominowane przez sekcję dętą. Dobrze znanym utworem jest też kompozycja Petera Greena, "Leaving Town Blues" - w wersji Irlandczyka znana już z kilku kompilacji dedykowanych byłemu muzykowi Bluesbreakers Johna Mayalla i Fleetwood Mac. Tutaj pojawia się jednak w wersji zremiksowanej. Ten utwór akurat doskonale pasuje do całości, a w dodatku jest jednym z jej najciekawszych fragmentów, za sprawą fantastycznych partii Rory'ego na gitarze i mandolinie.

Znaczną część kompilacji stanowią odrzuty. Wśród nich znalazły się alternatywne wersje doskonale znanych utworów, jak np. akustyczne podejścia do "Should've Learnt My Lesson" z sesji "Deuce" czy "Who's That Coming" z "Tattoo", nagrane przez lidera bez sekcji rytmicznej. Z kolei  "Nothin' But the Devil", znany dotąd właśnie z akustycznego wykonania (nagranego w 1980 roku) tutaj pojawia się w elektrycznej wersji na cały zespół (zarejestrowanej w 1975 roku, podczas prac nad "Against the Grain"). Jest też zespołowa, elektryczna wersja kompozycji Tony'ego  Joego White'a "As the Crow Flies" (z sesji "Tattoo"), dotąd znanego z surowego wykonania zamieszczonego na "Irish Tour '74". Te dwa ostatnie utwory nieco zyskują w tutejszych wersjach, podczas gdy dwa wcześniej wspomniane stanowią przyjemną ciekawostkę. W temacie studyjnych odrzutów trzeba jeszcze wspomnieć o trzech utworach: jednym z sesji "Jinx" - przeróbce "Don't Start Me Talkin'" Sonny'ego Boya Williamsona, oraz dwóch z sesji "Blueprint" - interpretacji "Tore Down" Sonny'ego Thompsona (znanego już z koncertowych wykonań Rory'ego) i nieznanej wcześniej, autorskiej kompozycji Gallaghera "Prison Blues", nagranej przez niego wyłącznie z pomocą pianisty Lou Martina.

Niemniej ciekawie prezentują się nagrania koncertowe. Szczególnie fragmenty sesji dla radia BBC: porywające wykonanie "Off the Handle", brzmiące znacznie lepiej niż studyjna wersja z "Top Priority", a także przepięknie zagrany "A Million Miles Away" z "Tattoo", porównywalny z wersją z "Irish Tour '74". Ciekawostką jest natomiast solowe, akustyczne wykonanie "Secret Agent" dla telewizji RTE, pokazujące zupełnie inne spojrzenie na utwór z "Calling Card". Całości dopełniają trzy utwory zarejestrowane podczas regularnych koncertów. Oprócz wspomnianego już "Born Under a Bad Sign", są to interpretacje tradycyjnego bluesa "What in the World" i "Garbage Man Blues" z repertuaru Muddy'ego Watersa (oba, w innych wykonaniach, zostały wydane już m.in. na "BBC Sessions"). Szczególnie wspaniale wypada "What in the World" - archetypowy dwunastotaktowy blues, z rewelacyjnie budowanym napięciem i mnóstwem emocji. Ale i pozostałym nagraniom trudno coś zarzucić. Jest tu swoboda i wirtuozeria znana z innych koncertowych rejestracji Irlandczyka.

"Blues" to doskonałe uzupełnienie podstawowej dyskografii Rory'ego Gallaghera. Odrzuty wcale nie brzmią jak utwory gorszej kategorii, a nagrania na żywo prezentują lidera i towarzyszących mu muzyków w doskonałej formie. Nie brakuje porywającego blues rocka, ale są też liczne fragmenty o bardziej intymnym charakterze. A całość brzmi naprawdę fantastycznie, jakby została zarejestrowana wczoraj (nieco odstaje tylko ten nieszczęsny "I'm Ready"). Takie granie po prostu się nie starzeje. I choć od dłuższego czasu rzadko wracam do takiej muzyki, to tej kompilacji słuchało mi się naprawdę wyśmienicie przy każdym z kilku przesłuchań. I chętnie jeszcze do niej wrócę. Tak więc zdecydowanie polecam to wydawnictwo wszystkim wielbicielom irlandzkiego artysty. A dla tych, którzy nie mieli jeszcze do czynienia z jego twórczością, może to być doskonały wstęp. Byle tylko na tym nie poprzestać i w dalszej kolejności sięgnąć przede wszystkim po "Irish Tour '74", eponimiczny debiut i "Deuce". Jedne z najwspanialszych albumów w dziejach blues rocka.

Ocena: 8/10



Rory Gallagher - "Blues" (2019)

1. Don't Start Me Talkin'; 2. Nothin' But the Devil; 3. Tore Down; 4. Off the Handle; 5. A Million Miles Away; 6. Leaving Town Blues; 7. As the Crow Flies; 8. Secret Agent; 9. Should've Learnt My Lesson; 10. Prison Blues; 11. Who's That Coming; 12. I'm Ready; 13. What In the World; 14. Garbage Man Blues; 15. Born Under a Bad Sign

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, harmonijka; Gerry McAvoy - bass (1-5,7,13,14); Brendan O'Neill - perkusja (1,4,13,15); Bob Andrews - pianino (1); Lou Martin - instr. klawiszowe (2,3,5,7,10,14); Rod de'Ath - perkusja (2,3,5,7,14); Jim Leverton - bass (6); Richard Newman - perkusja (6); Wilgar Campbell - perkusja (9); Muddy Waters - wokal (12); Sammy Lawhorn - gitara (12); Rick Grech - bass (12); Herbie Lovelle - perkusja (12); Georgie Fame - instr. klawiszowe (12); Carey Bell Harrington - harmonijka (12); Seldon Powell - saksofon (12); Ernie Royal - trąbka (12); Joe Newman - trąbka (12); Garnett Brown - puzon (12); Jack Bruce - wokal i bass (15); Geraint Watkins - instr. klawiszowe (15); Mark Feltham - harmonijka (15)
Producent: Rory Gallagher


12 czerwca 2019

[Recenzja] Embryo - "We Keep On" (1973)



Album "We Keep On" to efekt współpracy niemieckiej grupy Embryo (której skład zredukował się do Christiana Burcharda, Romana Bunki i nowego klawiszowca, Dietera Miekautscha) i amerykańskiego saksofonisty Charliego Mariano (znanego ze współpracy m.in. z Charlesem Mingusem, McCoyem Tynerem czy Elvinem Jonesem). Jak wielu jazzmanów w tamtym okresie, Mariano przeprowadził się na początku lat 70. do Europy. Zamieszkał w Niemczech, w Kolonii. Wkrótce poznał Dietera Dierksa, słynnego inżyniera dźwięku, który zaproponował mu nagranie albumu z Embryo. Zarówno Mariano, jak i członkowie grupy, byli zafascynowani muzyką z Dalekiego Wschodu, więc szybko znaleźli wspólny język. Nagrania odbyły się w grudniu 1972 roku, w studiu Dierksa mieszczącym się według opisu z okładki longplaya we Włoszech, a w rzeczywistości w niemieckim Stommeln (właściciel unikał w ten sposób płacenia podatku).

Podobnie jak wcześniejsze wydawnictwa Embryo, "We Keep On" to połączenie krautrockowej psychodelii, jazz-rocka i inspiracji muzyka dalekowschodnią. Proporcje między tymi wpływami zawsze są jednak inne. Tym razem na pierwszy plan wychodzi ta ostatnia inspiracja. Słychać to szczególnie na przykładzie takich utworów, jak "Flute and Saz" czy "Hackbrett-Dance". Pierwszy z nich opiera się wyłącznie na dźwiękach fletu, sazu i egzotycznych perkusjonaliów, a pod koniec także saksofonu sopranowego. W drugim Mariano zagrał na instrumencie dętym indyjskiego pochodzenia - nadaswaramie, a towarzyszy mu jedynie bogaty akompaniament perkusjonaliów. W "Abdul Malek" pojawia się więcej rockowej dynamiki za sprawą sekcji rytmicznej, jest też jazzujące solo saksofonu, jednak wciąż dominują wpływy dalekowschodnie, podkreślane partiami sazu i perkusjonalii. Więcej jazz-rockowego grania pojawia się w dwóch najdłuższych, nieco jamowych utworach, "No Place to Go" (tylko tytułem nawiązujący do "A Place to Go" z "Rocksession") i "Ehna, Ehna, Abu Lele", w których pojawia się parę świetnych popisów gitarowych, saksofonowych i klawiszowych. Na zakończenie pojawia się jeszcze stonowana ballada "Don't Come Tomorrow" o niemalże piosenkowym charakterze (od czego zespół do tamtej pory całkowicie stronił), wyróżniająca się ładnymi partiami fletu i wibrafonu.

"We Keep On" to na pewno album intrygujący, mający wiele do zaoferowania w kwestii klimatu czy instrumentalnej wirtuozerii (nie popadając przy tym w przesadę). Niestety, nie jest pozbawiony wad. Pierwszą z nich są naprawdę okropne partie wokalne Burcharda i Bunki, pojawiające się w większości utworów, choć przecież całkowicie zbędne w takiej muzyce. Po drugie, całość wydaje się jednak nieco niespójna stylistycznie, szczególnie pierwszy i ostatni utwór odstają od całości. Tym samym, album wydaje się krokiem wstecz względem "Steig Aus" i "Rocksession". Poszczególne utwory prezentują jednak bardzo wysoki poziom w warstwie instrumentalnej.

Ocena: 8/10



Embryo featuring Charlie Mariano - "We Keep On" (1973)

1. No Place to Go; 2. Flute and Saz; 3. Ehna, Ehna, Abu Lele; 4. Hackbrett-Dance; 5. Abdul Malek; 6. Don't Come Tomorrow

Skład: Charlie Mariano - saksofon sopranowy, saksofon altowy, flet, nadaswaram; Roman Bunka - gitara, bass, saz, instr. perkusyjne, wokal; Dieter Miekautsch - pianino, elektryczne pianino, klawinet; Christian Burchard - perkusja i instr. perkusyjne, dulcimer, melotron, wokal
Producent: Embryo i Othmar Schreckeneder


10 czerwca 2019

[Recenzja] Dave Liebman - "Lookout Farm" (1974)



Dave Liebman to amerykański saksofonista i flecista, aktywny na jazzowej scenie od niemal pięciu dekad. Największą sławę przyniosło mu granie u boku Milesa Davisa. Jego porywającą grę można usłyszeć na takich albumach, jak "On the Corner", "Get Up with It" i koncertowym "Dark Magus". Współpracował także z Johnem McLaughlinem i Elvinem Jonesem. Ponadto nagrał wiele autorskich płyt. Najważniejszą pozostaje jednak "Lookout Farm" - jego drugie solowe wydawnictwo, a pierwsze dla słynnej wytwórni ECM.

Album został zarejestrowany w dniach 10-11 października 1973 roku w Nowym Jorku. Pieczę nad produkcją sprawował - jak niemal zawsze w przypadku albumów nagranych dla ECM - założyciel wytwórni, Manfred Eicher. Najbardziej znanym muzykiem, oprócz samego Liebmana, który wziął udział w sesji, był gitarzysta John Abercrombie, o którym pisałem już w recenzji jego autorskiego albumu "Timeless", nagranego rok później dla tej samej wytwórni. Wielbiciele fusion z pewnością kojarzą także nazwiska Don Alias i Badal Roy - obaj wielokrotnie brali udział w sesjach nagraniowych Milesa Davisa, interesująco wzbogacając brzmienie egzotycznymi perkusjonaliami. Pozostali muzycy biorący udział w sesji "Lookout Farm" nie mają na koncie żadnych szczególnie wybitnych osiągnięć.

"Lookout Farm" jest albumem bardzo różnorodnym. Znalazły się na nim cztery zróżnicowane kompozycje Liebmana. "Pablo's Story" - hołd dla zmarłego parę miesięcy wcześniej Pabla Picassa - to fusion w latynoskim klimacie (z okolic wczesnego Return to Forever), pełne ciekawych zwrotów akcji. Zwraca uwagę solowym wstępem Abercrombiego w stylu flamenco, częścią perkusyjną i świetnymi partiami lidera. "Sam's Float" to najbardziej zwarty utwór, ponownie utrzymany w stylistyce fusion, jednak bardziej ciążący ku rockowej dynamice. Partie zelektryfikowanych instrumentów (gitary, basu i pianina) oraz mocna perkusja nadają wręcz jazz-rockowego charakteru. Liebman odpowiada tu zarówno za bardzo ładne partie fletu, jak i ekspresyjne, ostre solówki na saksofonie. Niepotrzebnie jednak złagodzono ten utwór żeńskimi wokalizami. Druga strona winylowego wydania opiera się w całości na brzmieniach  akustycznych. Utwory "M.D." (nietrudno zgadnąć komu dedykowany) i tytułowy "Lookout Farm", połączone w jedną ścieżkę, to granie bliskie jazzowego mainstreamu, bardzo jednak wyrafinowane, a w momentami dryfujące w stronę free jazzu za sprawą solówek lidera. Warto wyróżnić partie pianisty Richarda Beiracha i rozbudowane brzmienia perkusyjne (przywołujące na myśl ówczesne dokonania Davisa).

Te cztery utwory składają się na bardzo dobrą, choć może nazbyt eklektyczną całość. Dave Liebman pokazuje się tutaj nie tylko jako fantastyczny instrumentalista - co było już wiadome dzięki jego nagraniom z Milesem Davisem - ale także zdolny kompozytor. A towarzyszący mu instrumentaliści, choć w większości niezbyt istotni na jazzowej scenie, ze swojego zadania wywiązują się naprawdę dobrze. 

Ocena: 8/10



Dave Liebman - "Lookout Farm" (1974)

1. Pablo's Story; 2. Sam's Float; 3. M.D. / Lookout Farm

Skład: Dave Liebman - saksofon sopranowy, saksofon tenorowy, flet altowy; John Abercrombie - gitara; Richard Beirach - pianino, elektryczne pianino; Frank Tusa - kontrabas, bass; Jeff Williams - perkusja; Armen Halburian - instr. perkusyjne; Don Alias - instr. perkusyjne; Steve Sattan - instr. perkusyjne; Badal Roy - tabla; Eleana Sternberg - wokal
Producent: Manfred Eicher


9 czerwca 2019

[Recenzja] EABS - "Slavic Spirits" (2019)



Dwa lata temu wrocławska grupa EABS zadebiutowała albumem "Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)", na którym zaprezentowała swoje interpretacje mniej znanych kompozycji polskiego pianisty. Longplay cieszył się sporym zainteresowaniem, a w zeszłym roku ukazał się suplement w postaci wersji koncertowej (z trochę innym repertuarem - doszedł m.in. "Svantetic" ze słynnego "Astigmatic"). W tym roku przyszła pora na zaprezentowanie drugiego studyjnego albumu. W jego nagrywaniu wzięli udział ponownie grający na akustycznych i elektrycznych klawiszach Marek Pędziwiatr, saksofonista tenorowy Olaf Węgier, trębacz Jakub Kurek, gitarzysta Wojciech Orszewski, basista Paweł Stachowiak, perkusista Marcin Rak, a także odpowiedzialny za perkusjonalia i efekty Piotr Skorupski. Ponadto składu dopełnił brytyjski saksofonista sopranowy i flecista Edward Cawthorne, lepiej znany pod pseudonimem Tenderlonious. Album zatytułowany "Slavic Spirits" zawiera całkowicie premierowy, autorski materiał.

O ile poprzedni album skłaniał się nieco w stronę nu jazzu, a momentami nawet jazz rapu (za sprawą rapowanych partii wokalnych Pędziwiatra), tak nowe wydawnictwo jest, na szczęście, w pełni instrumentalne (nie licząc pojawiających się czasem w tle wokaliz), a  zawartą tu muzykę można określić jako połączenie fusion i spiritual jazzu. Ale jest to bardzo specyficzne, oryginalne podejście do spiritualu. Zupełnie inne, niż prezentowali czarnoskórzy jazzmani, nawiązujący do swoich afrykańskich korzeni lub czerpiący inspiracje z muzyki dalekowschodniej. EABS, zgodnie z tytułem albumu, postanowili połączyć jazz ze słowiańskim duchem. W tytułach poszczególnych utworów nie brakuje nawiązań do folkloru (chociażby do pogańskich demonów, jak Leszy i Południca, czy kultu Słońca), a w samej muzyce przywoływana jest słowiańska melancholia i melodyka. Wyszło naprawdę pięknie. Od paru dni nie mogę się oderwać od tego albumu.

Zaczyna się od dość ascetycznego "Ciemność", który nawet lekko ociera się o stylistykę free improvisation, ale nie takiego hałaśliwego, lecz stawiającego na tworzenie intrygującego klimatu. Na płycie pełni funkcję wstępu. "Leszy" to już pełnoprawny utwór, najdłuższy na płycie - jako jedyny przekracza dziesięć minut. Kompozycja świetnie się rozwija. Na początku słychać tylko subtelne pianino i stonowana grę sekcji rytmicznej, stopniowo jednak dochodzą kolejne instrumenty, a gra sekcji staje się bardziej dynamiczna. Doskonale wypadają przeplatające się partie dęciaków (w sposób kojarzący się z twórczością The Keith Tippett Group), których partie z czasem nabierają freejazzowego zadęcia. Na wyróżnienie zasługują też partie Pędziwiatra - zarówno piękne melodie granie na akustycznym pianinie, jak i solówki na elektrycznych klawiszach. Całość wypada bardzo wyrafinowanie, a zarazem emocjonalnie. Więcej wytchnienia przynosi "Południca", z głównym tematem budzącym skojarzenia z "The Court of the Crimson King" i bardzo ładnym rozwinięciem.

"Ślęża (Mgła)" to kolejny klimatyczny wstęp, tym razem o bardziej poukładanej strukturze. Jego bezpośrednim rozwinięciem, na co wskazują tytuły, jest "Ślęża". Kolejny bardzo wyrafinowany i emocjonalny utwór, w którym nie brakuje bardzo ładnych melodii, o wyraźnie folkowych naleciałościach, ani interesujących partii instrumentalistów, czasem wyraźnie kierujących się w stronę freejazzowej ekspresji. Podobną parę stanowią dwa ostatnie nagrania, "Przywitanie Słońca (Rytuał)" i "Przywitanie Słońca". Ten pierwszy, zaledwie półtoraminutowy, kojarzy się raczej z XX-wieczną muzyką poważną, niż jazzem. Ale w drugim, znacznie dłuższym, niemal dziewięciominutowym, wszystko wraca do normy. I jest to najpiękniejszy utwór na albumie, z naprawdę wspaniałymi partiami klawiszy i sekcji dętej, wspartymi świetną grą sekcji rytmicznej. Muzycy grają tutaj jak natchnieni, zachwycając zarówno piękną melodią, znów o wyraźnie folkowym zabarwieniu, jak i wyrafinowanymi popisami solowymi i wzorową współpracą.

Całość zamyka się w idealnej, winylowej długości czterdziestu czterech minut. To wystarczająco długo, by zaprezentować w pełni swoje możliwości, a zarazem na tyle krótko, że nie ma mowy o przesycie. Jeśli do czegoś miałbym się przyczepić, to do za słabo wyeksponowanych partii gitary. Gdzieś na dalszym tle można wyłapać jakieś pojedyncze dźwięki, których brak właściwie nie wpłynąłby na całość, nieco większą rolę odgrywa tylko w końcówce "Ślęży". Gdyby czasem pojawiła się na pierwszym planie, to brzmienie całości mogłoby na tym zyskać. Choć paleta brzmieniowa jest tu i tak bardzo szeroka - zwraca uwagę bogactwo partii klawiszowych i rozbudowana sekcja dęta. Na naprawdę wysokim poziomie są kompozycje i wykonanie. Słychać świetne zgranie zespołu. I znaczny rozwój względem debiutu. Album z pewnością nie zawiedzie żadnego miłośnika nowoczesnego jazzu. Ale uważam, że tego albumu tak naprawdę powinien posłuchać każdy - żeby mógł się przekonać, jak dobra muzyka powstaje obecnie w Polsce.

Ocena: 9/10



EABS - "Slavic Spirits" (2019)

1. Ciemność; 2. Leszy; 3. Południca; 4. Ślęża (Mgła); 5. Ślęża; 6. Przywitanie Słońca (Rytuał); 7. Przywitanie Słońca

Skład: Marek Pędziwiatr - instr. klawiszowe; Olaf Węgier - saksofon tenorowy; Tenderlonious (Edward Cawthorne) - saksofon sopranowy, flet; Jakub Kurek - trąbka; Vojto Monteur (Wojciech Orszewski) - gitara; Paweł Stachowiak - bass; Marcin Rak - perkusja; Spisek Jednego (Piotr Skorupski) - instr. perkusyjne, efekty
Producent: Sebastian Jóźwiak


8 czerwca 2019

[Recenzja] Gang of Four - "Solid Gold" (1981)



Debiutancki album Gang of Four, "Entertainment!", ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Na szczęście muzycy nie próbowali przeskoczyć jej za pomocą podobnego wydawnictwa. Opublikowany półtora roku później "Solid Gold" przynosi muzykę o wyraźnie odmiennym charakterze. Trochę mniej tutaj punkowej energii (choć to wciąż bardzo intensywna muzyka), tempa zostały nieco zwolnione, uwypuklono warstwę melodyczną, a brzmienie stało się bardziej przestrzenne. Zwracają uwagę wyraziste, wysunięte na pierwszy plan partie basu Dave'a Allena, kojarzące się nieco z muzyką dub. Doskonale dopełnia je perkusja Hugona Burnhama, natomiast wciąż tak samo charakterystyczne, jazgotliwe dźwięki gitary Andy'ego Gilla stanowią dla nich kontrapunkt. Jon King śpiewa tu w bardziej różnorodny sposób. Szkoda tylko, że rzadziej sięga po melodykę.

Całość, niestety, nie jest tak równa, jak poprzedni longplay. Choć początek jest bezsprzecznie rewelacyjny. Transowy "Paralysed" naprawdę intryguje. Potężna, nieco mechaniczna perkusja, dubowy bas i rwane, ostre dźwięki gitary tworzą świetny klimat. Dopiero w połowie pojawia się partia wokalna - mówiona, co świetnie tutaj pasuje. "What We All Want" to już bardziej energetyczne granie, z bardzo chwytliwym, melodyjnym śpiewem i intensywną, dość taneczną warstwą rytmiczną. Byłby to fantastyczny materiał na przebój, gdyby nie jazgotliwa gitara - której obecność wychodzi tylko na dobre (utwór został wydany na singlu, ale odnotowano go tylko na liście... "Dance Club Songs" magazynu Billboard, gdzie doszedł do 30. miejsca). W "Why Theory?" w końcu pojawia się melodyka, fajnie kontrastująca z agresywnymi partiami pozostałych instrumentów. Dodatkowym smaczkiem jest zróżnicowana, dwugłosowa warstwa wokalna. "If I Could Keep It for Myself" robi już nieco mniejsze wrażenie, choć zwraca uwagę atonalną gitarą i świetnym basem. "Outside the Trains Don't Run on Time" nie wnosi już nic nowego, jest tutaj zwykłym wypełniaczem. "Cheeseburger" wypada z koli zbyt banalnie, czego nie udało się ukryć pozamuzycznymi udziwnieniami. "The Republic" to także bardziej melodyjne granie, ale całkiem przyjemne, choć bez rewelacji. Wysoki poziom wraca wraz z bardziej urozmaiconym "In the Ditch". A jeszcze lepiej prezentują się dwa finałowe utwory, "A Hole in the Wallet" i "He'd Send in the Army", w których wraca ten bardziej transowy klimat z początku albumu.

Na "Solid Gold" zespół ciekawie rozwinął swój styl, zachowując rozpoznawalność i wprowadzając nowe elementy. Jednak ostateczny efekt jest nieco nierówny. Te najlepsze momenty podobają mi się nawet bardziej od czegokolwiek z "Entertainment!". Ale tamten album jednak lepiej broni się jako całość i nawet na chwilę nie schodzi poniżej wysokiego poziomu. Na "Solid Gold" są, niestety, takie fragmenty i trochę psują odbiór całości. Choć to wciąż bardzo dobry album, pokazujący lepszą stronę lat 80.

Ocena: 8/10



Gang of Four - "Solid Gold" (1981)

1. Paralysed; 2. What We All Want; 3. Why Theory?; 4. If I Could Keep It for Myself; 5. Outside the Trains Don't Run on Time; 6. Cheeseburger; 7. The Republic; 8. In the Ditch; 9. A Hole in the Wallet; 10. He'd Send in the Army

Skład: Jon King - wokal, melodyka (3,6); Andy Gill - gitara, dodatkowy wokal; Dave Allen - bass, dodatkowy wokal; Hugo Burnham - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Douglass i Gang of Four


6 czerwca 2019

[Recenzja] Magma - "1001° Centigrades" (1971)



Drugi album Magmy kojarzony jest zwykle z tytułem "1001° Centigrades" i barwną okładką. Jednak pierwsze francuskie wydanie ukazało się pod tytułem "2", a okładka była znacznie skromniejsza: czarne logo i napisy na szarym tle (tak samo wydano niektóre z kompaktowych reedycji). Ten bardziej minimalistyczny projekt nawet dobrze oddaje, pod pewnym sensem, charakter longplaya. W porównaniu z wydanym rok wcześniej debiutem, wszystkiego jest tu mniej. Tylko jedna płyta i zaledwie trzy utwory. Nawet skład jest mniejszy. W międzyczasie z zespołu odeszli trzej muzycy: saksofonista Richard Raux, trębacz Alain Charlery i gitarzysta Claude Engel. Dwóch pierwszych zastąpili odpowiednio Yochk'o Seffer i Louis Toesca, natomiast na stanowisku gitarzysty pozostał przez jakiś czas wakat. Pomimo tego, powstał album bardzo bogaty brzmieniowo.

"2" / "1001° Centigrades" to wciąż Magma w wydaniu jazzrockowym. Przy czym zespół nie kopiuje tu innych przedstawicieli tego stylu, a proponuje jego własną odmianę. Z freejazzowymi skłonnościami trzyosobowej sekcji dętej, bardzo gęstą i kreatywną grą sekcji rytmicznej, a także charakterystyczną warstwą wokalną - nie są to jeszcze te słynne orffowskie chóry, ale już tutaj Klaus Blasquiz i Christian Vander śpiewają w taki bardziej teatralno-operowy sposób. A właściwie nie tyle śpiewają, co bawią się brzmieniem słów w nieistniejącym, improwizowanym języku. Całość spajają partie pianina (akustycznego i elektrycznego), zwykle nadające muzyce bardziej melodyjnego charakteru. Jak już wspomniałem, na album składają się tylko trzy utwory. Ponad dwudziestominutowa kompozycja Vandera, "Rïah Sahïltaahk", to świetny popis umiejętności wszystkich muzyków, doskonale ze sobą współpracujących, pomimo bardzo złożonej budowy, pełnej nagłych zmian. W dwunastominutowym "Iss", napisanym przez saksofonistę Teddy'ego Lasrę, dominuje granie instrumentalne - czasem jest to transowe budowanie klimatu, kiedy indziej ma bardziej melodyjny charakter, by za chwilę trochę bardziej pokomplikować. Ogólnie sporo się tu dzieje. Podobnie jak w najkrótszym, zaledwie ośmiominutowym "Ki Ïahl Ö Lïahk" autorstwa pianisty Françoisa Cahena. Jest to najbardziej przystępny fragment całości, nie tylko ze względu na długość, ale także wyrazistą melodię i charakterystyczne motywy o wyraźnie żartobliwym zabarwieniu.

Słychać tu rozwój i doskonalenie - już wtedy oryginalnego - stylu. Biorąc jednak pod uwagę całą twórczość francuskiego zespołu, "Dwójka" wydaje się tylko małym krokiem do przodu względem debiutu. A zarazem brakuje tu elementu zaskoczenia (o ile nie jest to czyjś pierwszy kontakt z Magmą). Już na kolejnym wydawnictwie Vander i spółka znacznie odważniej rozwinęli swoją muzykę. Dlatego tym razem odrobinę niższa ocena.

Ocena: 8/10



Magma - "1001° Centigrades" (1971)

1. Rïah Sahïltaahk; 2. Iss; 3. Ki Ïahl Ö Lïahk

Skład: Klaus Blasquiz - wokal, instr. perkusyjne; Teddy Lasry - saksofon, klarnet, flet, głos; Yochk'o Seffer - saksofon, klarnet basowy; Louis Toesca - trąbka; François Cahen - pianino, elektryczne pianino; Francis Moze - bass; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Roland Hilda



Po prawej: okładka pierwszego wydania francuskiego i niektórych reedycji. 


4 czerwca 2019

[Recenzja] Archie Shepp - "Mama Too Tight" (1967)



Saksofonista Archie Shepp to bez wątpienia jedna z najważniejszych postaci sceny freejazzowej. Profesjonalną karierę muzyka rozpoczął na początku lat 60., grając m.in. z Cecilem Taylorem, Billem Dixonem i grupą New York Contemporary Five (w której grał u boku m.in. Dona Cherry'ego). Nawiązał też znajomość z Johnem Coltrane'em, który zainteresował swojego wydawcę, Impulse! Records, młodym muzykiem. Wkrótce doszło do podpisania kontraktu. Pierwsze płyty Sheppa były stylistycznie zawieszone między tradycją hardbopową, a bardziej awangardowym podejściem. W czerwcu 1965 roku Shepp wziął jednak udział w nagraniu pierwszego w pełni freejazzowego albumu Coltrane'a, "Ascension", co znacząco wpłynęło na jego dalszą twórczość.

Album "Mama Too Tight" został zarejestrowany 19 sierpnia 1966 roku w Van Gelder Studio. Zainspirowany prawdopodobnie sesją "Ascension", Shepp postanowił wzorem swojego mentora wykorzystać w nagraniach mocno rozbudowaną sekcję dętą. Poza nim samym, w jej skład weszli puzoniści Grachan Moncur III i Roswell Rudd, trębacz Tommy Turrentine, klarnecista Perry Robinson, a także grający na tubie Howard Johnson. W sekcji rytmicznej znaleźli się natomiast basista Charlie Haden i perkusista Beaver Harris. Pierwszy z nich grał wcześniej z Ornette'em Colemanem, drugi z Albertem Aylerem. Wspominam o tym nie bez przyczyny, gdyż podobnie jak tamci innowatorzy free jazzu, Shepp na swoich wczesnych autorskich albumach nie używał  pianina ani innego instrumentu harmonicznego. Dzięki temu muzycy zyskiwali większe możliwości improwizacji.

Pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia osiemnastominutowy "A Portrait of Robert Thompson". Utwór składa się z trzech części. Pierwsza z nich opiera się na balladzie Duke'a Ellingtona z lat 30., "Prelude to a Kiss". Kolejne dwie, "The Break Strain-King Cotton" i "Dem Basses", są już autorstwa lidera. Całość jest fantastycznym przykładem kolektywnej improwizacji, z mnóstwem freejazzowych odjazdów, ale też z bardziej lirycznymi fragmentami. Wszystko z czytelnymi nawiązaniami do Colemana, Taylora, Coltrane'a czy - zwłaszcza we fragmentach brzmiących jak pijana orkiestra wojskowa - Aylera. Oczywiście, na zasadzie twórczej inspiracji, a nie kopiowania. Zarówno Shepp, jak i jego sidemani, mają swój własny styl gry. Połowę drugiej strony wypełniają natomiast dwa krótkie, bardziej przystępne nagrania. Energetyczny utwór tytułowy, skomponowany przez lidera, zbudowany jest na bardzo nośnym temacie, w którym świetnie uzupełniają się liczne dęciaki. Z melodyjnym charakterem tego utworu fajnie kontrastuje agresywne solo saksofonu. "Theme for Ernie" - kompozycja Freda Laceya, oryginalnie wykonana przez Johna Coltrane'a w 1958 roku (i wydana na albumie "Soultrane") - to liryczna ballada, w tej wersji wzbogacona jednakże o freejazzowe dysonanse i przedęcia. Dziesięciominutowy finał albumu, skomponowany przez Sheppa "Basheer", to doskonałe podsumowanie całości. Równolegle improwizujący instrumentaliści grają przeważnie w agresywny, freejazzowy sposób, ani na chwilę nie gubiąc melodii, co daje niezwykły, rzadko spotykany efekt. Jest to chyba najciekawsze tutaj nagranie, udowadniające ponad wszelką wątpliwość, że Archie Shepp był nie tylko zdolnym uczniem, ale także kreatywnym muzykiem, potrafiącym zaproponować coś własnego.

Podsumowanie? Cóż, "Mama Too Tight" to jeden z tych albumów, których nie powinno zabraknąć w kolekcji żadnego miłośnika jazzu nowoczesnego.

Ocena: 9/10



Archie Shepp - "Mama Too Tight" (1967)

1. A Portrait of Robert Thompson (A. Prelude to a Kiss / B. The Break Strain-King Cotton / C. Dem Basses); 2. Mama Too Tight; 3. Theme for Ernie; 4. Basheer

Skład: Archie Shepp - saksofon tenorowy; Tommy Turrentine - trąbka; Grachan Moncur III - puzon; Roswell Rudd - puzon; Howard Johnson - tuba; Perry Robinson - klarnet; Charlie Haden - kontrabas; Beaver Harris - perkusja
Producent: Bob Thiele


2 czerwca 2019

[Recenzja] Gong - "Angel's Egg" (1973)



W czasie, gdy powstawała trylogia "Radio Gnome Invisible" grupa Gong była u szczytu swojej kreatywności i artystycznych możliwości. Nie przekładało się to jednak na wzajemne relacje muzyków. Sytuacja była napięta i nieustannie dochodziło do mniejszych lub większych konfliktów. Niedługo po nagraniu pierwszej części trylogii, albumu "Flying Teapot", zespół praktycznie się rozsypał. To właśnie wtedy, w lutym 1973 roku, z zespołu po raz pierwszy odszedł jego twórca i lider, Daevid Allen, zabierając ze sobą Gilli Smyth (w późniejszym czasie oboje zgodnie powtarzali, że chcieli jedynie zrobić sobie wakacje, jednak pozostali muzycy tego nie potwierdzają). Didier Malherbe, Steve Hillage i Tim Blake postanowili kontynuować działalność bez nich. Uzupełnili skład o basistę Mike'a Howletta i bębniarza Pierre'a Moerlena (ten ostatni zgłosił się do nich sam, oznajmiając: Jestem nowym perkusistą), po czym zaczęli występować pod szyldem Paragong (jak wypadał wówczas zespół można przekonać się dzięki wydanemu w 1995 roku "Live '73"). Właśnie podczas tych koncertów zaczął krystalizować się materiał na nowy album.

Niedługo przed premierą "Flying Teapot", w maju 1973 roku, do zespołu wrócili Allen i Smyth. Kolejne koncerty mogły już zatem odbywać się pod nazwą Gong. W międzyczasie do składu dołączyła grająca na perkusjonaliach Mireille Bauer. Pomiędzy występami Allen pracował natomiast nad stworzonym przez pozostałych instrumentalistów materiałem (zmieniając przede wszystkim warstwę tekstową), aby dostosować go do swojej artystycznej wizji. Sesja nagraniowa "Angel's Egg", jak lider zatytułował drugą część trylogii, odbyła się w dniach 3-16 sierpnia. Tym razem zespół pracował w swojej francuskiej siedzibie Pavillon du Hay, gdzie właśnie zainstalowano sprzęt nagrywający. Miksów i paru poprawek dokonano już jednak w brytyjskim studiu The Manor. Przed końcem roku longplay trafił do sprzedaży.

Na trwający trzy kwadranse album trafiło aż czternaście utworów. Łatwo zatem obliczyć, że średnia ich długości nie jest zbyt imponująca. Dominują kawałki o piosenkowej długości. Zwykle jednak są tak eklektyczne i nieprzewidywalne, że trudno nazwać je piosenkami (np. "Sold to the Highest Buddha", "Selene", "Oily Way", "Eat That Phone Book Coda"). Dodając do tego szereg cudacznych miniatur (syntezatorowa "Castle in the Clouds", perkusyjna "Percolations", oparta na przetworzonym brzmieniu fletu "Flute Salad" oraz pijacka przyśpiewka "Givin My Luv to You"), "Angel's Egg" okazuje się albumem jeszcze bardziej szalonym i dziwacznym od swojego poprzednika.

Stylistycznie najbardziej zdają się do niego nawiązywać cztery utwory: najdłuższy, niespełna ośmiominutowy "Other Side of the Sky", "I Never Glid Before", a także tworzące całość "Outer Temple" i "Inner Temple". Zbudowane na transowej grze sekcji rytmicznej, z kosmicznymi dźwiękami syntezatora, jazzowym saksofonem i charakterystycznymi, zwariowanymi partiami wokalnymi. "Prostitute Poem" to z kolei tutejszy odpowiednik "I Am Your Pussy" - kolejny podszyty erotyzmem utwór śpiewany przez Smyth, tym razem odrobinę subtelniejszy, tak w warstwie muzycznej, jak i tekstowej. Czymś zupełnie nowym jest natomiast "Love is How U Make It". Warstwa instrumentalna składa się wyłącznie z perkusjonaliów (w tym marimby i wibrafonu), tworzących jednak bardzo bogatą fakturę, a w drugiej połowie dochodzi jeszcze tradycyjna perkusja, zwiększając dynamikę. Ten utwór to przede wszystkim rewelacyjny popis umiejętności Moerlena (znacznie wyższych, niż u typowych perkusistów rockowych). Ale zawiera także bardzo chwytliwą partię wokalną Allena, będącą dodatkowym atutem.

"Angel's Egg" jest zatem bardzo udaną kontynuacją i rozwinięciem "Flying Teapot". jednak z całej trylogii właśnie ta część najmniej mnie przekonuje. Sprawia wrażenie najmniej przemyślanej, jakby zespół chciał po prostu wrzucić na płytę jak najwięcej pomysłów, zamiast wybrać te najciekawsze i spróbować je interesująco rozwinąć. Ale z drugiej strony - właśnie takie szalone podejście wyróżnia Gong spośród licznych grup rockowych.

Ocena: 8/10



Gong - "Angel's Egg (Radio Gnome Invisible, Part 2)" (1973)

1. Other Side of the Sky; 2. Sold to the Highest Buddha; 3. Castle in the Clouds; 4. Prostitute Poem; 5. Givin My Luv to You; 6. Selene; 7. Flute Salad; 8. Oily Way; 9. Outer Temple; 10. Inner Temple; 11. Percolations; 12. Love is How U Make It; 13. I Never Glid Before; 14. Eat That Phone Book Coda

Skład: Daevid Allen - wokal i gitara; Gilli Smyth - wokal; Didier Malherbe - saksofon sopranowy i tenorowy, flet; Tim Blake - syntezator, dodatkowy wokal; Steve Hillage - gitara; Mike Howlett - bass; Pierre Moerlen - perkusja i instr. perkusyjne; Mireille Bauer - instr. perkusyjne
Producent: Gong i Giorgio Gomelsky


1 czerwca 2019

[Blog] Looking Back: Maj 2019



Zdjęcie przedstawia grupę Weather Report, która w tym miesiącu była bohaterem dwóch recenzji: najchętniej czytanej "Black Market" i najbardziej kontrowersyjnej "Heavy Weather".

W sumie pojawiło się 16 nowych recenzji (link), a 6 zostało poprawionych. Najchętniej czytane były następujące:

O ile w kwietniu nie przybyło mi żadnych nowych płyt, tak w maju wzbogaciłem kolekcję o pięć albumów (wszystkie na wczesnych wydaniach winylowych): "Between Nothingness & Eternity" Mahavishnu Orchestra (link do recenzji), eponimiczny Morning Glory (link), "The Rotters' Club" Hatfield and the North (link), "Realization" Eddiego Hensersona (link), a także "You" Gong (recenzja wkrótce).

Playlista podsumowująca ten miesiąc wyszła bardzo chaotycznie i nie wszystkie zrecenzowane albumy mają na niej swoją reprezentację. W przypadku "Rubycon" Tangerine Dream i "Eternal Rhythm" była to moja decyzja, ze względu na długość utworów. Inne braki wynikają z niedostępności na Spotify (m.in. "Conversations" Erica Dolphy'ego i "Rocksession" Embryo", mimo że inne albumy tych wykonawców są dostępne).


31 maja 2019

[Recenzja] Eric Dolphy - "Out to Lunch!" (1964)



Rok 1964 rozpoczął się niezwykle obiecująco dla Erica Dolphy'ego. Muzyk podpisał kontrakt z prestiżową wytwórnią Blue Note. Pod koniec lutego zarejestrował dla niej sesję, której efektem jest album powszechnie uważany za jego największe osiągnięcie, "Out to Lunch!". Niespełna miesiąc później wziął udział w nagraniu albumu "Point of Departure" Andrewa Hilla. Planował też nagrania z freejazzowym pianistą Cecilem Taylorem. Wcześniej jednak wyruszył do Europy, gdzie koncertował u boku Charlesa Mingusa, a także pod własnym nazwiskiem (z pomocą nieznanych, lokalnych muzyków). Zupełnie niespodziewanie, 29 czerwca, świat obiegła informacja o śmierci Dolphy'ego. Muzyk zapadł w śpiączkę insulinową, a w szpitalu, do którego został przewieziony nie udzielono mu właściwej pomocy, uznając jego stan za efekt zażycia narkotyków (od których zawsze trzymał się z daleka). W tak głupi sposób zakończyła się krótka, lecz wybitna kariera tego genialnego muzyka. Przerwana została w najbardziej kreatywnym momencie, o czym świadczy zawartość "Out to Lunch!".

Wydany pośmiertnie album został zarejestrowany 25 lutego 1964 roku w Van Gelder Studio pod producenckim nadzorem Alfreda Liona. Dolphy'emu udało się zebrać na tę sesję fantastyczny skład, obejmujący muzyków, z którymi współpracował już wcześniej - Freddiego Hubbarda, Bobby'ego Hutchersona i Richarda Davisa - a także jednego, z którym nie miał okazji wcześniej grać - Tony'ego Williamsa (podpisanego jako Anthony Williams, gdyż dwa miesiące wcześniej skończył osiemnaście lat). Na albumie znalazło się pięć kompozycji autorstwa lidera. Jest to jego jedyne w pełni autorskie wydawnictwo, gdyż zawsze chętnie sięgał po cudze kompozycje (nadając im, oczywiście, zupełnie nowego charakteru).

Rozpoczynający album "Hat and Beard" to utwór dedykowany Theloniousowi Monkowi (noszącemu charakterystyczną brodę i różne nakrycia głowy). Pod względem muzycznym jest to pomost pomiędzy bopem, a bardziej awangardowymi odmianami jazzu. Zbudowany na wyrazistej linii basu Davisa, z mocną, urozmaiconą grą Williamsa, nieregularnymi ozdobnikami Hutchersona, oraz bardzo swobodnymi solówkami Dolphy'ego i Hubbarda. Partie lidera na klarnecie basowym wyraźnie zresztą zmierzają w stronę free jazzu. "Something Sweet, Something Tender" to nastrojowy utwór o jeszcze bardziej swobodnym charakterze, choć partie poszczególnych muzyków doskonale się ze sobą splatają i uzupełniają. Warto zwrócić uwagę na wstęp, z duetem klarnetu basowego i kontrabasu, przywołujący skojarzenia z kompozycją "Alone Together", zarejestrowaną przez Dolphy'ego i Davisa rok wcześniej.

Ostatni na pierwszej stronie winylowego wydania "Gazzelloni" to kolejny hołd - tym razem dla włoskiego flecisty Severina Gazzelloniego, który był jedną z największych inspiracji Dolphy'ego. Muzyk faktycznie przerzuca się tutaj na flet, jednak sam utwór jest najbardziej konwencjonalnym fragmentem albumu, ze swingująca sekcją rytmiczną i melodyjnymi solówkami. Co nie znaczy bynajmniej, że jest słaby. Wręcz przeciwnie, bardzo przyjemnie urozmaica całość. Na drugiej stronie albumu lider gra wyłącznie na saksofonie altowym. Najdłuższy na płycie utwór tytułowy zaczyna się od typowego tematu, jednak z czasem staje się mniej przewidywalny, a każdy z muzyków ma możliwość zaprezentowania swoich umiejętności. Finałowy "Straight Up and Down" to z kolei najbardziej awangardowy fragment albumu, oparty na nieregularnym rytmie, mającym imitować pijackie kroki. Tym razem instrumentaliści nie grają swoich solówek po kolei, a improwizują jednocześnie, umiejętnie unikając chaosu.

Każdy z pięciu zawartych tu utworów stanowi małe działo, a razem tworzą prawdziwe arcydzieło. "Out to Lunch!" to jeden z najwspanialszych albumów z jazzem nowoczesnym. Nie mogło być zresztą inaczej, nie przy takim składzie. Dolphy, Hubbard, Hutcherson, Davis i Williams nieustannie zachwycają tu swoim talentem, kreatywnością, wzajemną współpracą i solowymi popisami. Tacy muzycy nawet z przeciętnych kompozycji mogliby stworzyć coś wybitnego, tutaj jednak mieli do dyspozycji bardzo dobry materiał, pokazujący rozwój lidera jako kompozytora. Tym bardziej można żałować, że "Out to Lunch!" okazał się jego łabędzim śpiewem.

Ocena: 10/10



Eric Dolphy - "Out to Lunch!" (1964)

1. Hat and Beard; 2. Something Sweet, Something Tender; 3. Gazzelloni; 4. Out to Lunch; 5. Straight Up and Down

Skład: Eric Dolphy - klarnet basowy (1,2), flet (3), saksofon altowy (4,5); Freddie Hubbard - trąbka; Bobby Hutcherson - wibrafon; Richard Davis - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


29 maja 2019

[Recenzja] Dennis - "Hyperthalamus" (1975)



Pod tą nieciekawą nazwą kryje się całkiem interesujący projekt. Dennis nigdy nie był pełnoprawnym zespołem. A jego jedyny album, "Hyperthalamus", to po prostu pamiątka po kilku spontanicznych jamach, które perkusista Carsten Bohn (ex-Frumpy) odbył z zaprzyjaźnionymi muzykami - członkami takich grup, jak Xhol Caravan, Thirsty Moon, Tomorrow's Gift czy Frumpy. Za każdym razem skład był inny. Nagrań dokonano na przestrzeni trzydziestu miesięcy, jak informuje okładkowy opis. Z fragmentów tych sesji skompletowano album. W chwili pisania tej recenzji, longplay posiada tylko dwa wydania: winylowe z 1975 roku, stanowiące kolekcjonerski rarytas, a także kompaktowe wznowienie z 2017 roku, dostępne wyłącznie jako część pięciopłytowego boksu "Krautrock 3" z serii "Original Album Classics" (zawierającego ponadto po jednym albumie grup Popol Vuh, Gila, Doldinger's Motherhood i Diez & Bischof).

"Hyperthalamus" nie jest spójnym albumem. Charakter poszczególnych utworów zależy od tego, w jakim składzie zostały nagrane. Cztery nagrania utrzymane są w trzech różnych stylach. "Do Your Own Thing" rozpoczyna się nieco przydługim wstępem z odgłosami dworca kolejowego, a zasadnicza jego część składa się z przetworzonych dźwięków gitary, do których sporadycznie dołącza perkusja. Muzycy tworzą dość przyjemny nastrój, jednak nie dzieje się tu nic szczególnie ciekawego. Połączone ze sobą "Others Do" i "Already" to już znacznie bardziej dynamiczne granie, z zadziornymi partiami gitary i energetyczną grą sekcji rytmicznej, której rola bynajmniej nie sprowadza się do prostego akompaniamentu. Instrumentaliści bardzo fajnie przywołują tu klimat koncertowych improwizacji z przełomu lat 60. i 70.; jest tu i trochę bluesa, i psychodelii, i krautrocka (to ostatnie przede wszystkim w grze sekcji rytmicznej). Stylistyka znów zmienia się w finałowym, wypełniającym całą druga stronę winylowego wydania "Grey Present Tense". To dwudziestominutowa jazz-rockowa improwizacja. Już bez gitary, za to z partiami saksofonu, fletu, klarnetu, elektrycznego pianina i perkusjonaliów, które to instrumenty podkreślają jazzowy charakter. I jest to najbardziej udane wcielenie projektu, przyciągające uwagę zarówno klimatem, jak i grą muzyków, która jest zarazem bardzo swobodna, jak i finezyjna. Nawet brzmienie wydaje się tu nieco lepsze, choć ogólnie cały album posiada nienajlepszą jakość nagrania.

Album sprawia wrażenie kompilacji utworów różnych wykonawców, czym poniekąd jest. Poszczególne utwory łączy jednak nie tylko osoba Carstena Bohna, ale także ich improwizowany charakter. "Hyperthalamus" powinien zatem zainteresować wszystkich wielbicieli takiego swobodnego, jamowego grania.

Ocena: 8/10



Dennis - "Hyperthalamus" (1975)

1. Do Your Own Thing; 2. Others Do; 3. Already; 4. Grey Present Tense

Skład: Willi Pape - saksofon, klarnet, flet; Manne Rörup - instr. klawiszowe; Michael Kobs - instr. klawiszowe; Thomas Kretschmer - gitara; Jim Wiley - bass; Klaus Briest - bass; Carsten Bohn - perkusja i instr. perkusyjne; Olaf Casalich - instr. perkusyjne
Producent: Dennis


27 maja 2019

[Recenzja] Weather Report - "Heavy Weather" (1977)



Trudno nie zacząć tej recenzji od podkreślenia wielkiego sukcesu komercyjnego, jaki osiągnęło to wydawnictwo. "Heavy Weather", siódmy longplay w studyjnej dyskografii Weather Report, to jeden z najlepiej sprzedających się albumów w historii jazzu. Wyprzedzają go tylko "Kind of Blue" Milesa Davisa, "Head Hunters" Herbiego Hancocka i "Time Out" Dave'a Brubecka (choć to ostatnie nie jest do końca pewne). W samym 1977 roku rozszedł się w ilości pół miliona egzemplarzy. Do dziś w samych Stanach pokrył się platyną. Jest to najwyżej notowany album zespołu w USA (30. miejsce na liście Billboard 200, 1. na Billboard Jazz) i w Wielkiej Brytanii (43. pozycja). Do dzisiaj zajmuje miejsca w przeróżnych rankingach i zestawieniach - chociażby w książce "1001 Albumów", jako jedyne wydawnictwo Weather Report i jeden z bardzo nielicznych przedstawicieli jazz fusion.

Jednocześnie jest to jeden z najbardziej szkodliwych albumów w historii jazzu.

Joe Zawinul, z pomocą Wayne'a Shortera, Jaco Pastoriusa, Alexa Acuñy i nowego w zespole Manolo Badreny, zaproponował tu muzykę doskonale wpisująca się w tendencje panujące wówczas w głównym nurcie muzyki fusion. Niewiele już ma to wszystko wspólnego z jazzem. To proste, melodyjne piosenki, oparte na raczej banalnych tematach i melodiach, z plastikowym brzmieniem i często z taneczną rytmiką. Dominują dźwięki syntezatorów - których brzmienie strasznie się zestarzało, choć w chwili wydania było równie kiczowate - i efekciarskie popisy Pastoriusa na bezprogowym basie. Saksofon, podobnie jak na kilku poprzednich albumach zespołu, zwykle pełni rolę dodatku. Może to i lepiej, bo Shorter gra tutaj w wyjątkowo cukierkowaty sposób (a mówimy o gościu, który jeszcze mniej niż dekadę wcześniej zasuwał niemal jak Coltrane). Słychać to przede wszystkim w koszmarnej balladzie "A Remark You Made". Ten kawałek nie pozostawia żadnych wątpliwości do tego, że "Heavy Weather" znacząco przyczynił się do powstania smooth jazzu. Miałkiego popu udającego jazz. Pozostałe kawałki wcale nie są dużo lepsze. "Birdland" (wielki przebój, który ponoć regularnie można było usłyszeć w radiu) i "Harlequin" wręcz odrzucają melodycznym banałem i tandetnym brzmieniem. "Palladium" i "Havona" przynajmniej momentami są bardziej znośne. Choć przy tym ostatnim, podobnie jak przy "Teen Town", można pomyśleć, że powstały tylko po to, by basista mógł zaprezentować swoje techniczne umiejętności. Dziwnym trafem to właśnie Pastorius jest podpisany jako ich autor. Od całości odstają natomiast "Rumba Mamá" i "The Juggler". Ten pierwszy to niewiele ponad dwuminutowy perkusyjny duet Acuñy i Badreny (partie perkusyjne - jak zwykle u Weather Report bardzo bogate - są zresztą najlepszym elementem tego albumu). Z kolei drugi to kolejny eksperyment Zawinula z muzyką etniczną - melodycznie dość naiwny, ale na tle całości jest to i tak wyjątkowo udane nagranie.

"Heavy Weather" to, obok wydanego rok wcześniej "Romantic Warrior" Return to Forever, największy symbol upadku muzyki fusion. Album Weather Report nie osiąga co prawda aż takiego poziomu kiczu, taniego efekciarstwa, a już na pewno nie jest tak nieprzemyślany, jak dziełko zespołu Chicka Corei, ale zdecydowanie wyrządził muzyce jazzowej więcej krzywdy, ze względu na swoją ogromną popularność. Dla wielu rockowych słuchaczy jest to pierwszy kontakt z jakimkolwiek jazzem, po którym albo utwierdzają się w swojej nieracjonalnej niechęci do tego gatunku, albo właśnie takie granie staje się dla nich wzorem fusion. Tymczasem jest to muzyka, która spokojnie mogłaby być grana w supermarketach. Jest na to wystarczająco delikatna, przystępna, prosta, melodyjna i nieangażująca.

Ocena: 5/10



Weather Report - "Heavy Weather" (1977)

1. Birdland; 2. A Remark You Made; 3. Teen Town; 4. Harlequin; 5. Rumba Mamá; 6. Palladíum; 7. The Juggler; 8. Havona

Skład: Joe Zawinul - syntezatory (1-4,6-8), elektryczne pianino (2-4,6,7), pianino (1,4,7,8), melodyka (1,3), gitara (7), tabla (7), wokal (1); Wayne Shorter - saksofon sopranowy (1,3,4,6-8), saksofon tenorowy (1,2,6); Jaco Pastorius - bass (1-4,6-8), mandocello (1,7), perkusja (3), instr. perkusyjne (6), wokal (1); Alex Acuña - perkusja (1,2,4,6-8), instr. perkusyjne (5); Manolo Badrena - instr. perkusyjne (1,3,5-7), wokal (4,5)
Producent: Joe Zawinul, Jaco Pastorius i Wayne Shorter


25 maja 2019

[Recenzja] Gang of Four - "Entertainment!" (1979)



Wkładu Gang of Four w gitarową muzykę lat 80. i 90. nie da się przecenić. R.E.M., Red Hot Chili Peppers, Rage Against the Machine i Nirvana to tylko niektóre spośród najbardziej znanych grup przyznających się do inspiracji brytyjskim zespołem. Trudno zliczyć wszystkich wykonawców, u których słychać jego wpływ. Założony w Leeds kwartet zadebiutował w 1978 roku wydanym przez niezależną wytwórnię singlem "Damaged Good". Na fali tzw. punkowej rewolucji nagranie zdobyło przychylność brytyjskich mediów, w tym słynnego prezentera BBC, Johna Peela. Ten sukces zaowocował z kolei podpisaniem kontraktu z EMI Records. Współpraca z fonograficznym gigantem kłóciła się z zaangażowanymi, skrajnie lewicowymi poglądami głoszonymi przez zespołu, z czego muzycy tłumaczyli się, że chcą rozwalić system od środka. Nie udało się. Powstało za to kilka udanych albumów, z których najważniejszy jest ten pierwszy - "Entertainment!".

Longplay składa się z dwunastu krótkich utworów, z których wszystkie bez wyjątku powalają przepotężną dawką energii. Nie jest to jednak bezmyślna punkowa łupanka. Za pomocą prostych środków muzycy stworzyli interesujący, rozpoznawany styl. Uwagę zwracają przede wszystkim partie gitary Andy'ego Gilla - zgiełkliwe, często wręcz atonalne, synkopowo połamane, agresywne, ale nie chaotyczne. Doskonale uzupełniają się z wyrazistą grą sekcji rytmicznej - basisty Dave'a Allena i perkusisty Hugona Burhama - posiadającą funkowy puls i ciekawie operującą pauzami. Wokalista Jon King nie należy do wybitnych śpiewaków, ale potrafi brzmieć jednocześnie agresywnie i czysto, bez popadania w punkowy bełkot. Do tego tu i ówdzie dopełnia warstwę instrumentalną partiami melodyki (np. "Ether", "Not Great Men", "5:45"). Ten zupełnie niepunkowy instrument fantastycznie uzupełnia brzmienie. Warto w tym miejscu zwrócić też uwagę na świetną produkcję (za którą odpowiadają Gill, King i Rob Warr). Brzmienie jest ostre, wręcz agresywne, a zarazem niesamowicie przejrzyste, wszystkie dźwięki doskonale tu wybrzmiewają, nie zlewają się ze sobą.

Poszczególne utwory mogą początkowo wydawać się zbytnie do siebie podobne, ale przy takiej dawce energii i ciekawym pomyśle na swój styl, nie ma to większego znaczenia. Muzykom Gang of Four udało się nagrać album, który trafia zarówno do wielbicieli punka, jak i może zainteresować słuchaczy awangardowego proga. A przy tym niezwykle wpływowy. Choć, jak często bywa, żadnemu z naśladowców nie udało się nigdy osiągnąć poziomu "Entertainment!".

Ocena: 9/10



Gang of Four - "Entertainment!" (1979)

1. Ether; 2. Natural's Not in It; 3. Not Great Men; 4. Damaged Goods; 5. Return the Gift; 6. Guns Before Butter; 7. I Found That Essence Rare; 8. Glass; 9. Contract; 10. At Home He's a Tourist; 11. 5.45; 12. Anthrax

Skład: Jon King - wokal, melodyka; Andy Gill - gitara, wokal; Dave Allen - bass, wokal; Hugo Burnham - perkusja, wokal
Producent: Andy Gill, Jon King i Rob Warr


23 maja 2019

[Recenzja] Magma - "Magma" (1970)



Francuska Magma to zespół prawdziwie kultowy w kręgu wielbicieli rockowej awangardy, zaś poza nim praktycznie nieznany. Taki stan rzeczy absolutnie nie dziwi w przypadku twórczości tak oryginalnej i wymagającej. O ile sama warstwa muzyczna - inspirowana XX-wieczną muzyką poważną, awangardowym jazzem i ambitnym rockiem progresywnym - nie była czymś zupełnie oderwanym od tego, co działo się w muzyce na początku lat 70., tak warstwa wokalna była jedyna w swoim rodzaju. W nagraniach Magmy zamiast pojedynczego wokalisty zwykle słychać cały chór, wyraźnie inspirowany twórczością Carla Orffa, śpiewający teksty w wymyślonym języku. Pomijając dość liczne, choć również nieistniejące w świadomości większości słuchaczy, grono naśladowców, muzyka Magmy do dziś brzmi niezwykle oryginalnie i niepowtarzalnie.

Pomysłodawcą zespołu był Christian Vander, klasycznie wykształcony perkusista. To właśnie on odpowiada za całą pozamuzyczną otoczkę - charakterystyczny image, logo, za stworzenie całej historii fikcyjnej planety Kobaia i jej mieszkańców, Kobaian, opowiadanej w tekstach napisanych w wymyślonym przez niego języku kobaiańskim (aczkolwiek w dużym stopniu są to po prostu improwizowane zabawy głosem). Co jednak ważniejsze, Vander stworzył także zupełnie nowy styl muzyczny, nazwany przez niego zeuhlem (co po kobaiańsku znaczy "niebiańska muzyka"). Wyróżniają go nie tylko orffowskie chóry, ale także bardzo oryginalne podejście do rytmiki. Słychać w tym wszystkim i nawiązania do poważnych kompozytorów (poza wspomnianym Orffem, także do Strawińskiego czy Bartóka), i do free jazzu (szczególnie do późnej twórczości Johna Coltrane'a), ale zostaje to wszystko uproszczone i zdynamizowane w rockowy sposób - przynajmniej na wczesnych albumach, bo potem tego rocka było już wyraźnie mniej. Efektem jest muzyka może i nieprzesadnie trudna czy skomplikowana (choć na rockowe standardy bardzo zaawansowana), ale jednak bardzo wymagająca. Dla słuchacza mającego wcześniej kontakt głównie z rockiem, a z free jazzem i muzyką poważną już niekoniecznie, twórczość Magmy może być zupełnie nieprzyswajalna.

Dlatego też poznawanie zespołu najlepiej zacząć od eponimicznego debiutu (w późniejszych latach wznawianego też pod tytułem "Kobaïa"), który jest najbardziej przystępny, bliski typowego jazz-rocka. Choć nie da się ukryć, że zespół trochę przesadził, zaczynając karierę od albumu dwupłytowego, o łącznym czasie przekraczającym osiemdziesiąt minut. Skondensowanie wydawnictwa do jednej płyty winylowej, znacznie ułatwiłoby zagłębienie się w świat Magmy. Z drugiej strony - trudno byłoby tu z czegoś zrezygnować. Całość trzyma bardzo równy poziom, a żaden utwór nie schodzi poniżej wysokiego poziomu. Żaden też jakoś znacząco nie wybija się ponad pozostałe, ale pominięcie któregokolwiek byłoby jednak pewną stratą. Bo choć tworzą spójną całość, to każdy posiada swój własny charakter. Co jest tym bardziej godne podziwu, że właściwie wszystkie są stworzone z praktycznie tych samych elementów.

Podstawą jest pomysłowa i finezyjna gra sekcji rytmicznej, z bardzo charakterystycznym, uwypuklonym brzmieniem gitary basowej. Do tego dochodzą melodyjne partie pianina, bardzo rockowa gitara (której jest tu zdecydowanie więcej, niż na późniejszych albumach zespołu) oraz rozbudowana sekcja dęta (saksofony altowy, tenorowy i sopranowy, trąbka, flety) o wyraźnie freejazzowych skłonnościach. Nie brakuje ciekawych partii solowych, ale muzycy stawiają raczej na granie zespołowe, w którym każdy instrument pełni równie ważną rolę. Niewątpliwie grają tutaj bardzo utalentowani instrumentaliści, którzy jednak nie popisują się bez potrzeby swoimi umiejętnościami. Utwory są w większości rozbudowane, a ich struktury nieprzewidywalne. Nastrój nierzadko jest bardzo podniosły, ale muzycy świadomie i umiejętnie wykorzystują patos, dzięki czemu nie może być mowy o popadaniu w kicz lub pretensjonalność. Nie brakuje tu zresztą ewidentnie humorystycznych momentów (przede wszystkim "Malaria", ale także niektóre motywy z innych utworów), pokazujących, że zespół ma do swojej twórczości dystans i po prostu bawi się muzyką. To, co odróżnia debiut od późniejszych dokonań zespołu, to także warstwa wokalna. Nie ma tu jeszcze tych charakterystycznych chórów; śpiewa jeden wokalista, a robi to w raczej rockowy sposób, choć zdarzają się i mniej konwencjonalne momenty (zwłaszcza "Stoah").

Choć styl zespołu nie jest tu jeszcze w pełni ukształtowany - a wręcz od tego odległy - już tutaj słychać bardzo oryginalne i kreatywne podejście. W chwili wydania był to album jedyny w swoim rodzaju, niezwykle intrygujący i inspirujący. Później zespół niewątpliwie się rozwinął, ale moim zdaniem nie ujmuje to nic debiutowi. Na tle późniejszych dzieł zespołu jest to, jak już wspominałem, longplay bardziej przystępny, bliski jazz-rock lub głównonurtowego rocka progresywnego, niepozbawiony łatwo przyswajalnych motywów czy melodii. Jeśli więc ktoś jeszcze nie miał do czynienia z twórczością Magmy, lub zniechęcił się do niej przez poznanie najpierw któregoś z trudniejszych albumów, śmiało może sięgnąć po ten materiał. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o doskonałym brzmieniu, na podstawie którego trudno się domyślić, że to album sprzed prawie pięćdziesięciu lat.

Ocena: 9/10



Magma - "Magma" (1970)

LP1 ("Le voyage"): 1. Kobaia; 2. Aïna; 3. Malaria; 4. Sohïa; 5. Sckxyss; 6. Auraë
LP2 ("La découverte de Kobaia"): 1. Thaud Zaia; 2. Naü Ektila; 3. Stoah; 4. Mûh

Skład: Klaus Blasquiz - wokal; Richard Raux - saksofon altowy i tenorowy, flet; Teddy Lasry - saksofon sopranowy, flet; Alain Charlery - trąbka, instr. perkusyjne; François Cahen - pianino; Claude Engel - gitara, flet, wokal; Francis Moze - bass, kontrabas; Christian Vander - perkusja, wokal
Producent: Laurent Thibault


21 maja 2019

[Recenzja] Don Cherry - "Eternal Rhythm" (1969)



Pod koniec lat 60. Don Cherry wyruszył w podróż po Europie, Azji i Afryce, w trakcie której zafascynowała go muzyka z różnych stron świata. Postanowił nauczyć się grać na jak największej ilości egzotycznych instrumentów. A efekt tego jest słyszalny na całej jego późniejszej dyskografii, począwszy od albumu "Eternal Rhythm". Materiał na niego został zarejestrowany w dniach 11-12 listopada 1968 roku, podczas występów na Berlin Jazz Festival (nie słychać tu jednak odgłosów publiczności). Cherry'emu towarzyszył międzynarodowy skład, złożony z muzyków pochodzenia niemieckiego (puzonista Albert Mangelsdorff, pianiści Karl Berger i Joachim Kühn), szwedzkiego (puzonista Eje Thelin, saksofonista Bernt Rosengren), norweskiego (basista Arild Andersen), francuskiego (perkusista Jacques Thollot) i amerykańskiego (gitarzysta Sonny Sharrock).

Oprócz instrumentów typowych dla zachodniej muzyki, słychać tutaj także cały szereg egzotycznych perkusjonaliów (w tym indonezyjskie metalofony stosowane w gamelanie), a także przeróżne rodzaje fletów (od bambusowych, po metalowe i plastikowe). Te pierwsze obsługiwali Cherry, Thollot i Berger, na dętych grał wyłącznie lider. Powstało niespotykane wcześniej połączenie muzyki dalekowschodniej, zwłaszcza gamelanu, z awangardowym jazzem. Trudno przecenić wkład tego albumu w rozwój takich stylistyk, jak spiritual jazz i world music. Longplay składa się z dwóch długich improwizacji, podzielonych na kilka części. W osiemnastominutowym "Eternal Rhythm Part I" wyraźnie dominują te wszystkie egzotyczne piszczałki, przeszkadzajki i inne dzwonki, a zachodnie instrumentarium jedynie dopełnia brzmienia (w sposób jednak bardzo ciekawy, jak np. atonalne dźwięki gitary lub melodyjne partie dęciaków). Dużo w tym wszystkim przypadku, muzycy grają praktycznie bez żadnego planu, ale jaki to ma fantastyczny klimat! Ostatnie pięć minut (część "Baby's Breath") to już solowy popis Cherry'ego grającego bez żadnego akompaniamentu na flecie; nastrój jest tutaj bardziej liryczny, ale wciąż tak samo niesamowity. Trwający blisko dwadzieścia cztery minuty "Eternal Rhythm Part II" wydaje się już trochę bardziej zorganizowany - przynajmniej na tyle, na ile zorganizowane mogą być freejazzowe improwizacje - odwracają się też proporcje i tym razem to egzotyczne instrumentarium dopełnia brzmienia, co daje równie interesujący efekt.

Jest w tej muzycy coś pierwotnego, dzikiego, ale kryje się w niej tez prawdziwe piękno. Nie przeszkadza, że muzycy zdają się nie zawsze być pewni tego, co mają robić, bo doskonale pasuje to do koncepcji całości - połączenia jazzowej awangardy z prymitywną muzyką z egzotycznych zakątków świata. Nieprzewidywalność, momentami wręcz chaos jest w pełni uzasadniony. Tym bardziej, że nie powstaje z tego bezmyślny hałas, a wciągająca niesamowitym klimatem muzyka. "Eternal Rhythm" to jeden z najbardziej oryginalnych, kreatywnych i inspirujących albumów w dziejach jazzu.

Ocena: 9/10



Don Cherry - "Eternal Rhythm" (1969)

1. Eternal Rhythm Part I (Baby's Breath / Sonny Sharock / Turkish Prayer / Crystal Clear / Endless Beginnings / Baby's Breath); 2. Eternal Rhythm Part II (Autumn Melody / Lanoo / Crystal Clear / Screaming J / Always Beginnings)

Skład: Don Cherry - kornet, flety, instr. perkusyjne, głos; Bernt Rosengren - saksofon tenorowy, klarnet, obój, flet; Albert Mangelsdorff - puzon; Eje Thelin - puzon; Sonny Sharrock - gitara; Karl Berger - wibrafon, pianino, instr. perkusyjne; Joachim Kühn - pianino; Arild Andersen - kontrabas; Jacques Thollot - perkusja i instr. perkusyjne, głos
Producent: Joachim E. Berendt