28 listopada 2019

[Recenzja] Art Blakey and the Jazz Messengers - "Art Blakey and the Jazz Messengers" ["Moanin'"] (1959)



The Jazz Messengers był prawdziwym zespołem-instytucją. Nierozerwalnie związanym z osobą wybitnego perkusisty Arta Blakeya, który zaczynał karierę w latach 40. ubiegłego wieku, występując u boku m.in. Theloniousa Monka, Charliego Parkera i Dizzy'ego Gillespiego, przyczyniając się do stworzenia nowoczesnego, bopowego stylu gry na perkusji. Na początku następnej dekady nawiązał współpracę z pianistą Horace'em Silverem, która w 1954 roku zaowocowała powstaniem kwintetu The Jazz Messengers. Początkowo Blakey i Silver dzielili się funkcją lidera lub pełnili ją zamiennie, a po odejściu ze składu pianisty niekwestionowanym liderem i jedynym stałym członkiem błyskawicznie zmieniających się składów został perkusista, co dobitnie podkreślił rozszerzając szyld do Art Blakey and the Jazz Messengers. Grupa istniała aż do jego śmierci w 1990 roku. W międzyczasie była prawdziwą kuźnią talentów, gdyż Blakey lubił się otaczać się młodymi, obiecującymi instrumentalistami. To właśnie w Jazz Messengers pierwsze poważne kroki stawiali tacy muzycy, jak np. Donald Byrd, Wayne Shorter, Freddie Hubbard, Lee Morgan czy Keith Jarrett, by wymienić kilku spośród tych najbardziej znanych.

W ciągu trzydziestu pięciu lat działalności, The Jazz Messengers nagrał blisko pięćdziesiąt albumów ze studyjnym materiałem i kilkadziesiąt koncertowych. Pomimo tego bogactwa, krytycy i słuchacze są na ogół zgodni, że największym osiągnięciem zespołu jest eponimiczny "Art Blakey and the Jazz Messengers", zarejestrowany 30 października 1958 roku w Van Gelder Studio pod okiem Alfreda Liona. W tamtym czasie kwintet składał się z trębacza Lee Morgana, saksofonisty Benny'ego Golsona, pianisty Bobby'ego Timmonsa, basisty Jymiego Merritta oraz, oczywiście, samego Blakeya. Na oryginalną winylową wersję albumu - wydaną w styczniu 1959 roku nakładem Blue Note - trafiło pięć premierowych kompozycji (głównie autorstwa Golsona) oraz interpretacja "Come Rain or Come Shine" z musicalu "St. Louis Woman", skomponowana przez Harolda Arlena (do tekstu Johnny'ego Mercera) w połowie lat 40.

Album rozpoczyna się od niezwykle popularnego standardu "Moanin'". Utwór cieszył się tak wielkim zainteresowaniem, że począwszy od 1966 roku, album jest przeważnie wznawiany pod nowym tytułem, wziętym właśnie od tego utworu. Jest to jedyna tutaj kompozycja, pod którą został podpisany Timmons. Za cztery inne odpowiada, jak już wspomniałem, Golson. Co ciekawe, saksofonista był członkiem grupy przez dość krótki czas, a to jedyne nagrane w Stanach wydawnictwo z jego udziałem (wziął jeszcze udział w wyprawie kwintetu do Europy, gdzie zarejestrowano materiał na kilka koncertówek oraz ścieżkę dźwiękową do francuskiego filmu "Des Femmes Disparaissent", na którym znalazło się kilka jego kompozycji; po powrocie został zastąpiony przez Wayne'a Shortera).

Pod względem stylistycznym, jest to wręcz archetypowy przykład hard bopu z końcówki lat 50., mocno zakorzenionego w bluesie, zdradzającego tez pewne wpływy muzyki gospel. Takie akustyczne granie w klimacie zadymionej knajpy z czarno-białego filmu, w którym wszyscy męscy bohaterowie chodzą w garniturach, kapeluszach i z nieodłącznym papierosem w ustach. Jednocześnie jest to jedna z najlepszych ówczesnych płyt w tym stylu. Tematy są bardzo charakterystyczne - pod tym względem przoduje, oczywiście, ten ze słynnego "Moanin'", ale tylko nieznaczne ustępują mu motywy napisane przez Golsona. Gra wszystkich instrumentalistów jest po prostu wyśmienita - bardzo wyrafinowana, elegancka, ale również naturalna, niepozbawiona spontaniczności. Nie ma tu żadnego przesadnego popisywania się umiejętnościami, muzycy stawiają raczej na granie zespołowe. Oczywiście, nie brakuje fantastycznych solówek, w których przodują Golson i Morgan, choć Timmons i Merritt również mają swoje momenty. Lider trzyma natomiast wszystko w ryzach, dyskretnie dyrygując zespołem zza swojego zestawu perkusyjnego, skupiając się przede wszystkim na zapewnianiu rytmicznego pokładu, raczej unikając zwracania na siebie uwagi (choć jego gra jest mocno wysunięta w miksie). Na nieco więcej pozwala sobie jedynie w trzyczęściowym "The Drum Thunder Suite", który zgodnie z zamysłem Golsona miał być przede wszystkim popisem perkusisty.

Na niektórych kompaktowych reedycjach można znaleźć dwa dodatkowe nagrania: alternatywne podejście do "Moanin'", zamieszczone na końcu płyty, a także wykorzystany w roli wstępu, kilkudziesięciosekundowy fragment rozgrzewki zespołu oraz dialogu między Lee Morganem i Rudym Van Gelderem. O ile druga wersja popularnego standardu wnosi do całości bardzo mało (choć jest zagrana porywająco, to dokonano słusznego wyboru wybierając inne wykonanie na oryginalny album), tak ten krótki fragment na początku ma naprawdę rewelacyjny klimat i dodanie go było genialnym posunięciem.

Trudno o lepszy hard bop, niż ten zaprezentowany na "Art Blakey and the Jazz Messengers". Absolutny klasyk jazzu.

Ocena: 9/10



Art Blakey and the Jazz Messengers - "Art Blakey and the Jazz Messengers" ["Moanin'"] (1959)

1. Moanin'; 2. Are You Real; 3. Along Came Betty; 4. The Drum Thunder Suite; 5. Blues March; 6. Come Rain or Come Shine

Skład: Art Blakey - perkusja; Benny Golson - saksofon tenorowy; Lee Morgan - trąbka; Bobby Timmons - pianino; Jymie Merritt - kontrabas
Producent: Alfred Lion


25 listopada 2019

[Recenzja] Jimi Hendrix - "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts" (2019)



Blisko pięćdziesiąt lat temu, na przełomie lat 1969/1970, prowadzone przez Jimiego Hendrixa trio Band of Gypsys dało cztery występy (po dwa dziennie) w nowojorskim klubie Fillmore East. Był to jeden z najciekawszych momentów w karierze słynnego gitarzysty. Wspierany przez nową, czarnoskórą sekcję rytmiczną - basistę Billy'ego Coxa i perkusistę Buddy'ego Milesa - odświeżył swoją hardrockowo-bluesową twórczość o wyraźne wpływy funku i soulu. Trio rozpadło się niedługo potem, a Hendrix po raz kolejny podążył w nieco innym muzycznym kierunku. Przez lata jedyną pamiątką po tym okresie był wydany już w kwietniu 1970 roku album "Band of Gypsys". Wydawnictwo tyleż zachwycające swoją zawartością muzyczną, co rozczarowujące skromną objętością - to tylko sześć utworów, zarejestrowanych podczas obu występów z 1 stycznia 1970 roku.

W ciągu kolejnych dekad wypłynęło jeszcze trochę materiału z tych występów. W 1986 roku trzy utwory - jeden z pierwszego setu z 31 grudnia '69, dwa z pierwszego setu następnego dnia -  zostały opublikowane na "Band of Gypsys 2" (wbrew tytułowi zawierającym też nagrania z późniejszych koncertów, już bez Milesa w składzie). Na kolejne otwarcie archiwum trzeba było czekać aż do 1999 roku, gdy ukazał się "Live at the Fillmore East", składający się z dwóch płyt kompaktowych, zawierających w sumie szesnaście utworów ze wszystkich czterech występów (w tym część wydanych już wcześniej). Wówczas wydano tez DVD "Hendrix: Band of Gypsys" z fragmentami filmowej rejestracji. Trzy kolejne utwory (wszystkie z drugiego setu) wypłynęły w 2010 roku w boksie "West Coast Seattle Boy". Rok 2016 przyniósł natomiast wydawnictwo o wszystko mówiącym tytule "Machine Gun: The Fillmore East First Show".

Po jego wydaniu spodziewałem się kontynuacji w postaci wydawanych jako osobne wydawnictwa rejestracji pozostałych trzech występów. Zamiast tego, tuż przed ich pięćdziesiątą rocznicą, do sprzedaży trafia boks "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts", zbierający na pięciu płytach CD lub ośmiu płytach winylowych (dostępny jest też w streamingu) cały materiał rozproszony dotąd na wspomnianych wyżej wydawnictwach, ale też nagrania nie mające dotąd oficjalnej premiery. Całość została na nowo zmiksowana przez Eddiego Kramera i Chandlera Harroda (z wyjątkiem nagrań z pierwszego występu - wykorzystano miksy Kramera, Harroda i Spencera Guerry sprzed trzech lat, dokonane na potrzeby "Machine Gun..."), starano się jednak zachować oryginalny kształt nagrań. Dzięki temu okazuje się, że na potrzeby albumu "Band of Gypsys" drastycznie skrócono nie tylko "We Gotta Live Together" (w którym akurat wyraźnie słuchać cięcie, a ponadto pełne wykonanie pojawiło się już na "Live at the Fillmore East"), ale także "Power of Soul" i "Changes", które dopiero teraz można usłyszeć w pełnych, blisko dziesięciominutowych wykonaniach.

Po sprawdzeniu tracklisty "Songs for Groovy Children" i porównaniu z dostępnymi materiałami, okazuje się, niestety, że nie jest to kompletny zapis serii występów w Fillmore East. O ile pierwszy set z 31 grudnia jest ponoć kompletny, tak na pewno brakuje pięciu utworów z drugiego występu z tego dnia: "Stepping Stone", "Burning Desire", "Power of Soul", "Voodoo Child (Slight Return)" i "Purple Haze". Żadne z tych konkretnych wykonań nie zostało nigdy opublikowane, więc można tylko zgadywać, skąd decyzja o ich pominięciu. Może wystąpiły jakieś techniczne problemy podczas nagrywania? Może zespół zaliczył jakieś wpadki? Zapis pierwszego setu z 1 stycznia prawdopodobnie również jest wybrakowany - niektóre źródła podają, że w jego trakcie został zagrany także "Hear My Train' a Comin'", choć nie jest to potwierdzona informacja. Za to ostatni występ trafił tu najprawdopodobniej w całości. W kompaktowej wersji boksu jako jedyny został zamieszczony na dwóch płytach, a nie jednej.

Najciekawiej pod względem repertuaru prezentował się pierwszy set z pierwszego dnia - choć nie dla osób, które przyszły na koncert, by posłuchać przebojów. Trio zaprezentowało wyłącznie utwory, które jeszcze nie pojawiły się na żadnym wydawnictwie sygnowanym nazwiskiem Hendrixa. Blisko połowa z nich była już wcześniej grana na żywo, podczas gdy inne miały koncertową premierę właśnie tego dnia ("Changes", "Machine Gun", "Ezy Ryder", "Burning Desire"). Repertuaru dopełniły dwie przeróbki (grany już wcześniej "Bleeding Heart" Elmore'a Jamesa i zaprezentowany po raz pierwszy "Stop" Howarda Tate'a). Podczas kolejnego setu zespół powtórzył wszystkie z premierowych utworów (włącznie z "Stop"), wprowadzając do repertuaru jeszcze dwie nowości ("Who Knows" i "Stepping Stone"). Jednak poza nimi wykonał wiele popularnych, wydanych na płytach kawałków, jak "Fire", "Stone Free" (w świetnej, rozbudowanej do ponad 17 minut wersji, wzbogaconej cytatami z "Sunshine of Your Love" Cream i własnego "Outside Woman Blues"), "Foxy Lady", "Voodoo Child (Slight Return)" i "Purple Haze", czy znany już z występu na Woodstocku "Message to Love" (płytowa premiera tej kompozycji odbyła się dopiero na "Band of Gypsys"), a całości dopełniła instrumentalna przeróbka noworocznej piosenki "Auld Lang Syne". Trzeci występ - pierwszy drugiego dnia - składał się wyłącznie z utworów granych już poprzedniego dnia, ale trio znów skupiło się na mniej znanych kompozycjach (robiąc wyjątek dla "Foxy Lady"). Podczas ostatniego występu znów zagrano więcej powszechnie znanych przebojów ("Stone Free", "Message to Love", "Voodoo Child (Slight Return)", "Hey Joe", "Purple Haze" czy przeróbkę "Wild Things" The Troggs, którą Jimi wykonał już chociażby podczas pamiętnego występu na Monetey Pop Festival w 1967 roku), ale pojawiła się też kolejna premiera ("We Gotta Live Together") i zagrana tylko wtedy przeróbka "Steal Away" Jimmy'ego Hughesa.

No dobra, to w końcu ile utworów z "Songs for Groovy Children" jest unikalnych dla tego wydawnictwa? Tak naprawdę, jedynie osiem nie zostało dotąd wydane w żadnej formie, a dwa kolejne - "Changes" i "Earth Blues" z trzeciego setu - pojawiły się wyłącznie w filmowej rejestracji. Wśród tej premierowej ósemki przeważają kompozycje doskonale znane z innych wykonań: "Ezy Ryder", "Changes", "Message to Love" i "Stop" z drugiego występu, a także "Lover Man", "Hey Joe" i "Purple Haze" z ostatniego. Oczywiście, sam fakt, że są to inne wykonania, zmienia wszystko w przypadku muzyki w znacznej mierze opartej na jamowaniu. A tak właśnie grał Band of Gypsys, osiągając wyżyny rockowej improwizacji. Nawet "Hey Joe", który nigdy mnie nie przekonywał, tutaj wypada całkiem zacnie, choć kawałek ten niespecjalnie pasuje do tego składu. Najbardziej ekscytującą informacją była jednak obecność utworu, który dotąd w żadnej wersji nie zagościł w dyskografii Hendrixa. Do czasu ogłoszenia zawartości "Songs for Groovy Children" mało kto zdawał sobie w ogóle sprawę, że muzyk go kiedykolwiek wykonywał. Mowa oczywiście o wspomnianym już wyżej "Steal Away" - wolnym bluesie zaśpiewanym przez Milesa (perkusista pełni rolę głównego wokalisty także we wszystkich wersjach "Stop" oraz swoich autorskich "Changes" i "We Gotta Live Together", a ponadto często wspiera Jimiego soulowymi chórkami). Zdecydowanie nie jest to jeden z najbardziej porywających fragmentów całości - zespół gra tutaj tak strasznie przewidywalnego i schematycznego bluesa, że aż wstyd. Po takich improwizatorach oczekuję znacznie więcej.

"Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts" pozostawia mieszane odczucia. Trudno przyczepić się do tego, co na scenie zaprezentował zespół. Repertuar wybrano świetny, zarówno jeśli chodzi o kawałki z wcześniejszego dorobku Hendrixa, przeróbki (z wyjątkiem "Steal Away"), jak i premierowy materiał, który moim zdaniem przewyższa dużą część tego, co ukazało się wcześniej na płytach gitarzysty. A wykonanie jest fenomenalne - naprawdę niewiele rockowych zespołów (nie licząc tych progresywnych i awangardowych) potrafiło osiągnąć taki poziom. Niewątpliwie cieszy, że w końcu zebrano wszystkie te utwory w jednym miejscu (dodając kilka wcześniej niepublikowanych), podobnie jak to, że w końcu można usłyszeć niektóre z nich w pełnych wersjach, a dużą część ze znacznie lepszym brzmieniem (przede wszystkim w porównaniu z "Live at the Fillmore East"). Z drugiej strony, mam też pewne zastrzeżenia. Rozczarowuje na pewno brak kilku nagrań. Ponadto, obszerność (i cena) tego boksu sprawiają, że jest to typowe wydawnictwo wyłącznie dla najzagorzalszych fanów artysty, którzy muszą mieć na półce wszystko, nawet jeśli znaczna część tego będzie się tylko kurzyć. Nie podoba mi się też to, jak potraktowano wszystkich - w tym i mnie - którzy zakupili "Machine Gun: The Fillmore East First Show", dając im do wyboru albo ponowne zapłacenie za dokładnie ten sam materiał, albo dalsze czekanie, aż zapisy pozostałych trzech występów ukażą się osobno, jeśli w ogóle zostaną tak wydane. Podsumowując - muzyczna zawartość zasługuje na najwyższą ocenę, ale forma jej wydania jest daleka od doskonałości.

Ocena: 8/10



Jimi Hendrix - "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts" (2019)

CD1 (12/31/69 1st Set): 1. Power of Soul; 2. Lover Man; 3. Hear My Train a Comin'; 4. Changes; 5. Izabella; 6. Machine Gun; 7. Stop; 8. Ezy Ryder; 9. Bleeding Heart; 10. Earth Blues; 11. Burning Desire
CD2 (12/31/69 2nd Set): 1. Auld Lang Syne; 2. Who Knows; 3. Fire; 4. Ezy Ryder; 5. Machine Gun; 6. Stone Free; 7. Changes; 8. Message to Love; 9. Stop; 10. Foxy Lady
CD3 (1/1/70 1st Set): 1. Who Knows; 2. Machine Gun; 3. Changes; 4. Power of Soul; 5. Stepping Stone; 6. Foxy Lady; 7. Stop; 8. Earth Blues; 9. Burning Desire
CD4 (1/1/70 2nd Set, Part I): 1. Stone Free; 2. Power of Soul; 3. Changes; 4. Message to Love; 5. Machine Gun; 6. Lover Man; 7. Steal Away; 8. Earth Blues
CD5 (1/1/70 2nd Set, Part II): 1. Voodoo Child (Slight Return); 2. We Gotta Live Together; 3. Wild Thing; 4. Hey Joe; 5. Purple Haze

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara; Billy Cox - gitara basowa, dodatkowy wokal; Buddy Miles - perkusja, wokal, dodatkowy wokal
Producent: Janie Hendrix, Eddie Kramer i John McDermott



Bonus: setlisty wszystkich czterech występów Band of Gypsys w Fillmore East. Pogrubienie tytułu oznacza, że dany utwór jest obecny na "Songs for Groovy Children: The Fillmore East Concerts". W nawiasach kwadratowych podano wcześniejszą dostępność.

31 grudnia 1969 - pierwszy występ [w całości wydany na "Machine Gun: The Fillmore East First Show"]:

Power of Soul
Lover Man
Hear My Train a Comin' ["Band of Gypsys 2", "Live at the Fillmore East"]
Changes ["Live at the Fillmore East"] 
Izabella ["Live at the Fillmore East"]
Machine Gun
Stop
Ezy Ryder
Bleeding Heart
Earth Blues
Burning Desire

31 grudnia 1969 - drugi występ:

Auld Lang Syne ["Live at the Fillmore East"] 
Who Knows ["Live at the Fillmore East"] 
Stepping Stone
Burning Desire
Fire ["West Coast Seattle Boy"]
Ezy Ryder
Machine Gun ["Live at the Fillmore East"]
Power of Soul
Stone Free ["West Coast Seattle Boy"]
Changes
Message to Love
Stop
Foxy Lady ["West Coast Seattle Boy"]
Voodoo Child (Slight Return)
Purple Haze

1 stycznia 1970 - pierwszy występ:

Who Knows ["Band of Gypsys"]
Machine Gun ["Band of Gypsys"]
Changes ["Hendrix: Band of Gypsys" DVD]
Power of Soul ["Live at the Fillmore East"]
Stepping Stone ["Live at the Fillmore East"]
Foxy Lady ["Band of Gypsys 2"]
Stop ["Band of Gypsys 2", "Live at the Fillmore East"]
Hear My Train' a Comin'
Earth Blues ["Hendrix: Band of Gypsys" DVD]
Burning Desire ["Live at the Fillmore East"]

1 stycznia 1970 - drugi występ:

Stone Free ["Live at the Fillmore East"]
Power of Soul ["Band of Gypsys"]
Changes ["Band of Gypsys"]
Message to Love ["Band of Gypsys"]
Machine Gun ["Live at the Fillmore East"]
Lover Man
Steal Away
Earth Blues ["Live at the Fillmore East"]
Voodoo Child (Slight Return) ["Live at the Fillmore East"]
We Gotta Live Together ["Band of Gypsys", "Live at the Fillmore East"]
Wild Thing ["Live at the Fillmore East"]
Hey Joe
Purple Haze


22 listopada 2019

[Recenzja] Robert Wyatt - "Rock Bottom" (1974)



Pisanie o takich albumach właściwie nie powinno mieć sensu. Czymś powszechnym powinna być ich znajomość i docenianie zawartej na nich muzyki. Niestety, tak nie jest. Komercyjne media muzyczne wolą skupiać się na promowaniu muzyki na ogół zupełnie nieistotnej i bezwartościowej, przez co nawet tak ważny i utalentowany twórca jak Robert Wyatt (czasem w tych mediach obecny), jest postacią niezbyt znaną przeciętnemu odbiorcy. Dlatego też pokrótce - choć mam nadzieję, że jednak niepotrzebnie - przypomnę jego dokonania. Uznanie zdobył jako członek grupy Soft Machine, z którą nagrał cztery albumy; w 1970 roku zadebiutował jako solista freejazzowym albumem "The End of an Ear", później dowodził supergrupą Matching Mole, w międzyczasie znajdując czas na liczne występy gościnne, chociażby na płytach Syda Barretta, Kevina Ayersa, Daevida Allena czy Keitha Tippetta. Punktem zwrotnym w jego karierze okazało się tragiczne - choć wynikające z własnej głupoty -wydarzenie. 1 czerwca 1973 roku, podczas przyjęcia urodzinowego Gilli Smyth, odurzony Wyatt wypadł z okna na drugim piętrze, doznając złamania kręgosłupa, w wyniku czego został trwale sparaliżowany od pasa w dół.

Podczas trwającego miesiącami pobytu w szpitalu, Wyatt miał dużo czasu, by zastanowić się nad swoją dalszą działalnością muzyczną. Był świadomy, że już nigdy nie będzie mógł grac na perkusji, ani jeździć w trasy koncertowej. Dało mu to jednak, jak sam przyznawał, nowy rodzaj wolności. Mógł skoncentrować się na komponowaniu, aranżacjach, śpiewie i pracy studyjnej, za każdym razem dobierając współpracowników odpowiednich do danego dzieła, nie będąc ograniczonym graniem w stałym zespole. Jeszcze w szpitalu muzyk zaczął pracować nad nowymi utworami, których komponowanie zaczął jednak jeszcze przed wypadkiem, pod koniec 1972 roku, podczas pobytu w Wenecji - Wyatt towarzyszył tam swojej dziewczynie (polskiego pochodzenia), Alfredzie Benge, która pracowała jako asystentka przy montażu filmu "Nie oglądaj się teraz" (org. "Don't Look Now") w reżyserii Nicolasa Roega. Utwory były tworzone z myślą o trzecim albumie Matching Mole, do którego nagrania nigdy nie doszło.

W listopadzie 1973 roku muzycy Pink Floyd zorganizowali specjalny koncert, z którego dochód - dziesięć tysięcy funtów - został przeznaczony na pomoc Wyattowi. Muzyk mógł sfinansować swój pierwszy album po wypadku, "Rock Bottom", nagrywany w rożnych brytyjskich studiach na przestrzeni pierwszej połowy 1974 roku. Liderowi - występującemu w roli wokalisty i grającemu na przeróżnych instrumentach klawiszowych, a w jednym nagraniu także na gitarze  - udało się zebrać interesujących współpracowników. W nagraniach udział wzięli basiści Richard Sinclair (Caravan, Hatfield and the North) i Hugh Hopper (Soft Machine), perkusista Laurie Allan (Gong), grający na altówce Fred Frith (Henry Cow), występujący w roli gitarzysty Mike Oldfield. Ponadto można tu usłyszeć jazzowych instrumentalistów  Mongeziego Fezę i Gary'ego Windo, a nawet szkockiego poetę Ivora Cutlera. Produkcją zajął się natomiast Nick Mason z Pink Floyd. Za ascetyczną okładkę - stanowiącą kontrast dla grafik z reguły zdobiących albumy progrockowe - odpowiada Alfreda Benge. Ona sama zaś stanowiła inspirację dla zawartych tu tekstów Wyatta. Para pobrała się 26 lipca 1974 roku, w dniu premiery "Rock Bottom".

Album utrzymany jest w bardzo melancholijnym nastroju, ale wcale nie sprawia przez to wrażenia nudnego, smętntego czy przygnębiającego. Wręcz przeciwnie, jest to bardzo wyraziste i intensywne granie, nie pozbawione pewnych humorystycznych akcentów, jak przystało na album czołowego przedstawiciela sceny Canterbury. Jest to muzyka jednocześnie przystępna i bardzo ambitna. Trudno nie ulec urokowi przepięknych melodii wokalnych, przepełnionych smutkiem, ale bardzo wyrafinowanych, nigdy nie popadających w banał czy pretensjonalność. Warstwa instrumentalna nie jest jakoś mocno skomplikowana, ale zawsze daleka od schematycznych rozwiązań. Utwory rozwijają się swobodnie, nie ma w nich żadnych przewodnich motywów czy refrenów. Są za to bardzo pomysłowe, wielowarstwowe aranżacje. Same partie klawiszowe Wyatta tworzą bogate faktury, a zawsze ciekawie wzbogacają je inne instrumenty. Warto wyróżnić "A Last Straw" z subtelnymi dźwiękami gitary lidera i wyrazistą linią basu Hoppera (nie tak odległą od tej z "Slightly All the Time" Soft Machine). Albo "Little Red Riding Hood Hit the Road" z podkreślającą psychodeliczny nastrój partią trąbki Fezy, tudzież "Alfie" z freejazzowymi odlotami Windo na klarnecie basowym i saksofonie tenorowym. Nie można też zapomnieć o "Little Red Robin Hood Hit the Road" z popisem Oldfielda w pierwszej części i zwariowaną częścią drugą, z wygłupami Cutlera do akompaniamentu altówki, fisharmonii i koncertyny. Nie mniej ciekawie wypadają jednak utwory o skromniejszych aranżacjach, jak "Sea Song" i przywołujący klimat "In a Silent Way" Milesa Davisa "Alifib".

Wyattowi udała się tu rzecz niezwykła. Nagrał album absolutnie ponadczasowy, stroniący od modnych ówcześnie rozwiązań, zaś zawierający elementy do dziś chętnie wykorzystywane przez współczesnych twórców. Będący w zasadzie dziełem bardzo progresywnym, wręcz awangardowym (w kontekście rocka), ale unikającym sięgania po te środki muzycznego wyrazu, które często prowadzą progrockowych wykonawców na manowce (np. stosowanie patosu, rozbudowanych form, popisywanie się wirtuozerią czy nadmierne komplikowanie). Wyatt stawia na zwięzłość, pamięta o melodiach, ale stara się też, by w utworach cały czas coś się działo, cały czas się jakoś rozwijały, niekoniecznie w oczywistym kierunku. "Rock Bottom", będąc bardzo ambitną muzyką, jest też muzyką bardzo przystępną, zarówno ze względu na brzmienie, nastrój, jak i chyba przede wszystkim wspomniane melodie, które są tu naprawdę wyjątkowe - przejmujące, wyrafinowane i po prostu bardzo ładne. Longplay z pewnością zachwyci wszystkie osoby posiadające wrażliwość muzyczną pozwalającą docenić coś więcej, niż rockowe napieprzanie. Tak więc jeśli ktoś jeszcze nie zna "Rock Bottom" - a mam nadzieję, że niewiele jest takich osób - polecam jak najszybciej nadrobić zaległości, bo to jeden z tych albumów, których wstyd nie znać, a których naprawdę nie trzeba się obawiać.

Ocena: 10/10



Robert Wyatt - "Rock Bottom" (1974)

1. Sea Song; 2. A Last Straw; 3. Little Red Riding Hood Hit the Road; 4. Alifib; 5. Alife; 6. Little Red Robin Hood Hit the Road

Skład: Robert Wyatt - wokal, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne (1,3,5), gitara (2); Richard Sinclair - gitara basowa (1,3,6); Hugh Hopper - gitara basowa (2,4,5); Laurie Allan - perkusja (2,6); Mongezi Feza - trąbka (3); Ivor Cutler - głos (3,6), koncertyna barytonowa (6); Gary Windo - klarnet basowy (5), saksofon tenorowy (5); Alfreda Benge - głos (5); Mike Oldfield - gitara (6); Fred Frith - altówka (6)
Producent: Nick Mason

Po prawej: okładka reedycji z 1998 roku (również autorstwa Alfredy Benge).


20 listopada 2019

[Recenzja] Jazz Q Praha - "Pozorovatelna (The Watch-Tower)" (1973)



Czechosłowacka grupa Jazz Q Praha, założona w 1964 roku z inicjatywy pianisty Martina Kratochvíla i saksofonisty Jiřiego Stivína, wyjątkowo długo czekała na fonograficzny debiut. W 1970 roku ukazał się co prawda album "Coniunctio", był to jednak wynik współpracy z innym praskim zespołem, Blue Effect. Niedługo później doszło do rozłamu w składzie z powodu różnic artystycznych. Stivin chciał pozostać przy dotychczasowym, freejazzowym stylu, podczas gdy Kratochvíl był coraz bardziej zainteresowany muzyką fusion i jazz-rockiem. Drogi muzyków się rozeszły, a nazwę zachował klawiszowiec, który rozpoczął kompletowanie zupełnie nowego składu, szukając instrumentalistów o bardziej rockowym doświadczeniu. Do zespołu dołączyli gitarzysta Luboš Andršt, gitarzysta basowy Vladimír Padrůněk, a także perkusista Václav Šírl, którego miejsce wkrótce zajął Michal Vrbovec. 29 stycznia 1973 kwartet wszedł do praskiego Studio Břevnov, gdzie w ciągu paru godzin zarejestrował materiał na swój właściwy debiut - album "Pozorovatelna (The Watch-Tower)".

Oryginalne wydanie winylowe wypełnia pięć utworów o dość swobodnym charakterze, ale kierujących się wyraźnie w stronę mainstreamowego, melodyjnego grania. Nie pozostało tu już nic z freejazzowych korzeni zespołu. Dominuje łagodne brzmienie elektrycznego pianina, wsparte bluesrockowymi solówkami gitarzysty, a także wyrazistą, ale pozbawioną szaleństw grą sekcji rytmicznej. W "Trifid" dochodzi do tego śpiew angielskiej wokalistki Joan Duggan, kojarzący się ze staroświeckim jazzem wokalnym lub co gorsza ze smooth jazzem, natomiast w "Kartágo (Carthage)" pojawia się subtelna partia skrzypiec Rudolfa Chalupskiego. Większą dynamiką charakteryzuje się najdłuższy na płycie, trzynastominutowy "Pori 72" (skomponowany specjalnie na jazzowy festiwal w fińskiej miejscowości Pori, na którym zespół wystąpił w 1972 roku). I jest to zarazem najciekawszy tutaj utwór, zwracający uwagę już nietypowym otwarciem w postaci perkusyjnego popisu Vrboveca, a następnie utrzymujący tę uwagę budującą napięcie partią Padrůněka, brzmieniem klawiszy kojarzącym się z "In a Silent Way" Milesa Davisa, a także niezłymi solówkami Andršta. Reszta albumu zdaje się po prostu rozwijać zaprezentowane tutaj pomysły, tylko przeważnie w łagodniejszej formie, tworząc nawet przyjemny nastrój, ale raczej nie budząc niczym większego zainteresowania.

Ogólnie jest to wydawnictwo całkiem sympatyczne, ale dalekie od bycia wybitnym. Mój pierwszy kontakt z tym albumem był zdecydowanie tym najlepszym. Przy kolejnych przesłuchaniach nie tylko nie odkrywałem na nim niczego nowego, ale wręcz towarzyszyło mi pewne znużenie. Dlaczego zatem go recenzuję i to ponad rok po - moim zdaniem - nieporównywalnie ciekawszym "Coniunctio"? Ponieważ jest to jeden z tych albumów, na którym proporcje między jazzem i rockiem są tak ustawione, że przesłuchanie go nie powinno stanowić wyzwania dla tych bardziej otwartych rockowych słuchaczy, dla których może być to dobry wstęp do świata jazzu. 

Ocena: 7/10



Jazz Q Praha - "Pozorovatelna (The Watch-Tower)" (1973)

1. Pori 72; 2. Pozorovatelna (The Watch-Tower); 3. Trifid; 4. Klobásové Hody (Sausage Feast); 5. Kartágo (Carthage)

Skład: Martin Kratochvíl - elektryczne pianino; Luboš Andršt - gitara; Vladimír Padrůněk - gitara basowa; Michal Vrbovec - perkusja
Gościnnie: Joan Duggan - wokal (3); Rudolf Chalupský - skrzypce (5)
Producent: Stanislav Titzl


17 listopada 2019

[Recenzja] Niemen - "Ode to Venus" (1973)



Współpraca Czesława Niemena z CBS Records zaowocowała czterema albumami wydanymi na Zachodzie. Latem 1973 roku, półtora roku po zarejestrowaniu "Strange Is This World", Grupa Niemen wróciła do Monachium, by zarejestrować drugi album dla wspomnianej wytwórni, "Ode to Venus". Niestety, zespół podczas tej sesji został zredukowany do kwartetu. Liderowi towarzyszyli jedynie przyszli muzycy SBB - Józef Skrzek, Apostolis Anthimos i Jerzy Piotrowski - podczas gdy Helmut Nadolski i Andrzej Przybielski zostali w Polsce. W nagraniach uczestniczył inżynier dźwięku Reinhold Mack (znany z późniejszej współpracy m.in. z Deep Purple, Queen, Rorym Gallagherem i Black Sabbath). Okładkę przygotował natomiast Rosław Szaybo (mający na koncie chociażby grafiki zdobiące "Astigmatic" Krzysztofa Komedy i "Seven" Soft Machine). Album został oryginalnie wydany w 1973 roku, wyłącznie w Niemczech i Holandii. Tylko dwukrotnie został wznowiony - w 2003 roku na kompakcie i w 2011 na winylu - w obu przypadkach przez nieduże niemieckie wytwórnie. Podobnie jak pozostałe anglojęzyczne wydawnictwa Niemena, "Ode to Venus" nie doczekał się dotąd oficjalnego wydania w Polsce.

Bez Nadolskiego i Przybielskiego w składzie, Grupa Niemen całkowicie porzuciła awangardowe wpływy, zdecydowanie zwracając się w stronę głównonurtowego rocka, z lekkimi naleciałościami proga i jazz-rocka, niejako zapowiadając późniejsze dokonania SBB. Nie bez znaczenia była tu także filozofia lidera, który zakładał, że polska publiczność jest bardziej wyrozumiała dla jego eksperymentów, które mogłyby odstraszyć publiczność zachodnią. I tak, jak w recenzji "Marionetek" (oryginalnie wydanych jako "Niemen vol. 1" i "Niemen vol. 2") stwierdziłem, że być może Niemen nieco przeceniał otwartość polskich słuchaczy na bardziej awangardową muzykę, tak teraz muszę dodać, że najwyraźniej nie doceniał tych zachodnich, choć przecież właśnie na Zachodzie nieporównywalnie prężniej działały sceny awangardowego rocka i jazzu, a tym samym łatwiej byłoby znaleźć odbiorców dla takiej muzyki.

Jak wiele straciła na tym jego twórczość, dobitnie słychać na przykładzie nowych wersji utworów z "Niemen vol. 2". Kompozycja "Marionetki", tutaj jako "Puppets", pozbawiona partii Nadolskiego i Przybielskiego, stała się właściwie konwencjonalną piosenką, z przesadnie emfatycznym śpiewem Niemena do prostego akompaniamentu pianina. Jeszcze więcej traci w tej wersji "Com uczynił", czyli "What Have I Done" - oryginał jest być może najlepszym utworem Grupy Niemen, ale tutejsze wykonanie, pozbawione dynamicznych kontrastów i fantastycznego popisu Przybielskiego, jest zupełnie niecharakterystyczne, brzmi jak nagranie jakiejś podrzędnej grupy jazzrockowej. Przynajmniej "From the First Major Discoveries", pomijając warstwę wokalną, nie różni się specjalnie od "Z pierwszych ważniejszych odkryć", ale to w końcu najbardziej rockowy fragment "Niemen vol. 2", a tym samym najłatwiejszy do otworzenia w okrojonym składzie.

Niezbyt porywająco prezentuje się też pozostały, całkowicie premierowy materiał. Tytułowy "Ode to Venus", "Fly Over Fields of Yellow Sunflowers" i "What a Beautiful Woman You Are", zdradzające inspiracje zarówno rockiem progresywnym głównego nurtu, jak i fusion z okolic Mahavishnu Orchestra, są niestety zupełnie nieciekawe pod względem kompozytorskim, kompletnie pozbawione wyrazistości, a wykonane bardzo zachowawczo i jakby bez większego zaangażowania. Kompletną pomyłką jest natomiast finałowy "Rock for Mack" - sztampowy rock and roll, zupełnie nie pasujący do całości i tym samym pozostawiający spory niesmak. Pozytywne wrażenie wywołuje natomiast "A Pilgrim", czyli muzyczne opracowanie wiersza Cypriana Kamila Norwida, "Pielgrzym". Zespołowi udało się stworzyć tutaj interesujący, orientalizujący klimat. Zupełnie nie dziwi, że z tych pięciu nowych utworów tylko ten jeden doczekał się także wersji polskojęzycznej - lider nagrał ją rok później, już z innymi muzykami, na album "Niemen Aerolit". Tamtejsza wersja jest na pewno bardziej dopracowana, ale oryginalna jest na tyle inna i udana, że też warto ją znać.

"Ode to Venus" to album raczej wyłącznie dla osób, które koniecznie chcą usłyszeć wszystko, co zostało nagrane przez Czesława Niemena. Oczywiście, pewien poziom jest tutaj zachowany, choć po twórcach "Marionetek" można było oczekiwać znacznie więcej. Nowe wersje utworów z tamtego albumu przynoszą wyłącznie rozczarowanie, natomiast jeśli chodzi o nowe kompozycje, to nie przypadkiem tylko jedna doczekała się później polskojęzycznego opracowania. Materiał nagrany w Polsce zachwyca swoją unikalnością, podczas gdy "Ode to Venus" absolutnie niczym się nie wyróżnia na tle zachodniej muzyki rockowej.

Ocena: 6/10



Niemen - "Ode to Venus" (1973)

1. Ode to Venus; 2. Puppets; 3. From the First Major Discoveries; 4. What Have I Done; 5. Fly Over Fields of Yellow Sunflowers; 6. What a Beautiful Woman You Are; 7. A Pilgrim; 8. Rock for Mack

Skład: Czesław Niemen - wokal; Józef Skrzek - instr. klawiszowe, gitara basowa, wokal; Apostolis Anthimos - gitara; Jerzy Piotrowski - perkusja
Producent: Niemen i  Rüdiger Waldmann


15 listopada 2019

[Recenzja] Ornette Coleman - "Science Fiction" (1972)



Na początku lat 70. Ornette Coleman nawiązał krótką współpracę z wytwórnią Columbia. Muzyka grana przez saksofonistę okazała się za mało komercyjna dla fonograficznego giganta, dlatego nie przedłużono kontraktu. Umowa opiewała na trzy albumy, jednak pierwotnie ukazały się tylko dwa: "Science Fiction" i kontrowersyjny "Skies of America" (oba w 1972 roku). Dopiero dekadę później, w 1982 roku, opublikowano "Broken Shadows", w znacznej części składający się z nagrań dokonanych podczas prac nad "Science Fiction". Pierwsze wydawnictwo Colemana dla Columbii powstawało w dniach 9 i 10 września oraz 13 października 1971 roku. Liderowi towarzyszyli liczni muzycy, występujący w różnych konfiguracjach, w zależności od utworu. Nie zabrakło wśród nich sprawdzonych współpracowników, jak Don Cherry, Charlie Haden, Billy Higgins i Ed Blackwell, ale i nowych, mniej znanych partnerów, jak saksofonista Dewey Redman czy trębacze Carmine Fornarotto, Gerard Schwarz i Bobby Bradford.

"Science Fiction" rozpoczyna nowy etap w twórczości Coleman. To właśnie tutaj zaczęła krystalizować się jego idea muzyki - jak sam ją nazwał - harmolodycznej, w której harmonia, rytm i melodia miały stanowić jedność, ponadto miał zostać zniesiony podział na partie solowe i akompaniament, do czego dochodziła też rezygnacja z tonacji. Było to zatem w pewnym sensie rozwinięcie wcześniejszej idei kolektywnej improwizacji, zaprezentowanej już dekadę wcześniej na przełomowym "Free Jazz: A Collective Improvisation". Tym razem jednak Ornette poszedł o kilka kroków dalej, nie tylko coraz bardziej stanowczo realizując wyżej wspomniane założenia, ale także wzbogacając swoją muzykę o inspiracje wykraczające poza idiom jazzowy. Aczkolwiek na "Science Fiction" te wszystkie pomysły są dopiero zarysowane, by na kolejnych albumach nabrać wyraźniejszego kształtu.

Jednak już tutaj - wśród ośmiu premierowych kompozycji lidera - nie brakuje zaskoczeń. Mam tu na myśli przede wszystkim dwa utwory: "What Reason Could I Give" i "All My Love", oba z partiami utalentowanej indyjskiej wokalistki Ashy Puthli. Nie jest to jednak konwencjonalny jazz wokalny (ani tym bardziej smooth jazz), bliżej tu raczej do wydanego dwa lata wcześniej, doskonałego "Now!" Bobby'ego Hutchersona czy - dużo późniejszych - dokonań Fire! Orchestry. Melodyjny śpiew jest tu kontrapunktowany niebanalną grą instrumentalistów (dwóch saksofonistów, dwóch trębaczy i dwóch perkusistów oraz jednego basisty), właściwie freejazzową, ale bez radykalnych szaleństw, pokazującą bardziej przystępne oblicze tego stylu. W tytułowym "Science Fiction" pojawia się natomiast recytacja Davida Hendersona (i odgłosy dziecięcego płaczu), a towarzyszą jej już znacznie bardziej agresywne, kakofoniczne popisy muzyków (instrumentarium jest tu identyczne, jak w powyższych utworach, choć skład nieco inny). W podobnym stylu utrzymany jest także "Rock the Clock" - to już w pełni instrumentalne nagranie, zdecydowanie najbardziej zgiełkliwe. Tylko w tym jednym utworze Ornette odstawia swój alt na rzecz skrzypiec i trąbki, zaś Redman gra zarówno na tenorze, jak i na musette (starofrancuskim aerofonie przypominającym dudy), a towarzyszą im Haden i Blackwell.

Reszta albumu to także utwory instrumentalne, mieszczące się gdzieś pomiędzy głównonurtowymi i awangardowymi odmianami jazzu. Świetnie wypada energetyczny "Civilization Day", z w sumie dość tradycyjną, ale niezwykle potężną grą Hadena i Higginsa, stanowiącą podkład dla solowych popisów Colemana i Cherry'ego, w których jest miejsce zarówno na freejazzową agresję, jak i bardziej melodyjnych dźwięków. Co ciekawe, dokładnie ten sam kwartet kilkanaście lat wcześniej zarejestrował słynny album "The Shape of Jazz to Come". Nie mniej porywająco wypada nagrany w tym samym składzie "Street Woman", zbudowany na podobnej zasadzie, ale dający więcej pola do popisu sekcji rytmicznej, a zwłaszcza Hadenowi, który gra ciekawe solo. Nie jedyne na tej płycie - jego błyskotliwych popisów można posłuchać także w "Law Years", nagranym już w nieco innym składzie, bez Cherry'ego i Higginsa, ale za to z Blackwellem, Redmanem i Bradfordem. Ten sam kwintet odpowiada także za "The Jungle Is a Skyscraper", który z kolei jest głównie popisem Blackwella, grającego z inwencja godną jazzowego perkusisty. W obu utworach pozostali muzycy nie zostają jednak daleko w tyle.

"Science Fiction" to zdecydowanie jedno z największych osiągnięć Ornette'a Colemana. Popularnością ustępuje takim dziełom, jak "The Shape of Jazz to Come" i "Free Jazz: A Collective Imrpovisation", ale na pewno nie jakością. Coleman zaproponował tutaj bardzo interesujący materiał. Wyjątkowo zróżnicowany, ale wcale nie tracący przez to na spójności. Wzbogacający jego twórczość o nowe elementy, które doskonale się w nią wpasowały. A nade wszystko doskonale skomponowany i jeszcze lepiej wykonany, w czym zasługa całego, świetnie dobranego składu.

Ocena: 9/10



Ornette Coleman - "Science Fiction" (1972)

1. What Reason Could I Give?; 2. Civilization Day; 3. Street Woman; 4. Science Fiction; 5. Rock the Clock; 6. All My Life; 7. Law Years; 8. The Jungle Is a Skyscraper

Skład: Ornette Coleman - saksofon altowy (1-4.6-8), trąbka (5), skrzypce (5); Dewey Redman - saksofon tenorowy (1,4-8); musette (5); Carmine Fornarotto - trąbka (1,6); Gerard Schwarz - trąbka (1,6); Don Cherry - trąbka (2-4); Bobby Bradford - trąbka (4,7,8); Charlie Haden - kontrabas; Billy Higgins - perkusja (1-4,6); Ed Blackwell - perkusja (1,4-8); Asha Puthli - wokal (1,6); David Henderson - recytacja (4)
Producent: James Jordan


12 listopada 2019

[Recenzja] Bob Dylan - "The Freewheelin' Bob Dylan" (1963)



Pierwszy, niezatytułowany album Boba Dylana nie spotkał się z wielkim zainteresowaniem krytyki ani słuchaczy. W ciągu roku sprzedało się zaledwie pięć tysięcy egzemplarzy. Był to wynik znacznie poniżej oczekiwań niektórych przedstawicieli Columbia Records, którzy sugerowali rozwiązanie kontraktu z pieśniarzem. Nie zgadzał się z tym John Hammond - odkrywca talentów, który sam doprowadził do podpisania tego kontraktu. Nalegał na jeszcze jedną szansę, wierząc w potencjał Dylana i większe powodzenie jego kolejnego wydawnictwa. Muzyk otrzymał ostatecznie zgodę na nagranie drugiego albumu. Tym razem praca wyglądała zupełnie inaczej. Podczas gdy materiał na debiut został zarejestrowany w ciągu trzech dni, tak nagrywanie "The Freewheelin' Bob Dylan" odbywało się na przestrzeni roku, od kwietnia 1962 do kwietnia 1963.

Z dzisiejszej perspektywy może nieco dziwić, dlaczego zarejestrowanie tak prostej muzyki zajęło tyle czasu. Było to związane z niezwykłą płodnością artystyczną Dylana, który nie przestawał tworzyć nowych kompozycji. W ciągu nieco ponad roku opracował kilkadziesiąt utworów: w znacznej części opartych na tradycyjnych pieśniach, ale przeważnie z zupełnie nowymi, własnymi tekstami. Właśnie świetnie napisane teksty w końcu zwróciły większą uwagę na jego twórczość. Już w tamtym czasie Dylan zaczął poruszać poważne tematy społeczne i polityczne (np. "Blowin' in the Wind", "Masters of War", "A Hard Rain's a-Gonna Fall", "Talkin' World War III Blues"), nie unikał jednak pisania także na lżejsze tematy, przede wszystkim miłosne (np. "Girl from the North Country", "Down the Highway"). To jednak dzięki tym pierwszym zyskał swój nieoficjalny tytuł głosu pokolenia.

Pierwsze utwory z myślą o tym albumie zostały zarejestrowane w dniach 24-25 kwietnia 1962 roku - żaden z nich ostatecznie nie trafił na longplay. Kolejne sesje odbywały się w dniach 9 lipca (wówczas nagrano "Blowin' in the Wind", "Down the Highway", "Bob Dylan's Blues" i "Honey, Just Allow Me One More Chance"), 26 października ("Corrina, Corrina"), 14 listopada ("Don't Think Twice, It's All Right"), 6 grudnia ("A Hard Rain's a-Gonna Fall", "Oxford Town", "I Shall Be Free"), a także 24 kwietnia 1963 roku ("Girl from the North Country", "Masters of War", "Bob Dylan's Dream" i "Talkin' World War III Blues"). Warto zwrócić uwagę, że o ile na debiucie Dylan jest podpisany jako autor tylko dwóch utworów, tak tutaj jego nazwisko widnieje aż przy dwunastu z trzynastu. Wyjątek stanowi interpretacja tradycyjnego country bluesa "Corrine, Corrina". Jego uwzględnienie ponoć wymusili przedstawiciele wytwórni, jako zastępstwo dla autorskiego "Talkin' John Birch Paranoid Blues", z budzącym kontrowersje tekstem kpiącym z makkartyzmu. "Corrine, Corrina" wyróżnia się także z innego powodu - podczas październikowej sesji Dylanowi towarzyszył pięcioosobowy zespół. We wszystkich pozostałych nagraniach artysta wystąpił samodzielnie, akompaniując sobie na gitarze akustycznej i harmonijce.

Pod względem muzycznym "The Freewheelin' Bob Dylan" nie przynosi żadnej wielkiej ewolucji. To wciąż ta sama stylistyka - proste, jednostajne, ascetyczne aranżacyjnie piosenki, raz bliższe amerykańskiego folku, raz tradycyjnego bluesa. A jednak zdają się mieć dużo więcej polotu. To zasługa często naprawdę świetnych melodii i zaangażowanego wykonania. Te pierwsze pojawiają się chociażby w "Blowin' in the Wind", "Girl from the North Country", "Don't Think Twice, It's All Right" czy "Bob Dylan's Dream". Niezwykła moc - pomimo delikatnych, akustycznych aranżacji - bije natomiast z takich utworów, jak "A Hard Rain's a-Gonna Fall", "I Shall Be Free", a zwłaszcza surowego "Masters of War", w których Dylan przybiera buntowniczą postawę, sprawiając przy tym wrażenie bardzo naturalnego i szczerego. Pozostałe nagrania nieco bladną w cieniu wyżej wspomnianej siódemki, a brak któregoś z nich nie byłby wielką stratą, choć z drugiej strony żaden nie zaniża jakoś wyraźnie poziomu. Wszystko tutaj świetnie do siebie pasuje, a te mniej wyraziste kawałki zyskują w kontekście całości, A pewnie jeszcze więcej zyskują u osób, które przywiązują wagę do tekstów.

"The Freewheelin' Bob Dylan" to album, który pozwala docenić w muzyce prostotę i aranżacyjną surowość. Kameralny, nieco rustykalny klimat, zaangażowane i szczere, niemalże intymne wykonanie, a także nieskomplikowane, ale naprawdę zgrabne kompozycje w zupełności wystarczają, by przyciągnąć uwagę słuchacza. Nie potrzeba do tego żadnych wirtuozerskich popisów, epatowania techniką, złożonych form, skomplikowanych rytmów. Ascetyczne brzmienie również działa tu na korzyść, bo jest po prostu ponadczasowe, zawsze tak samo aktualne, nie podlegające żadnym modom i trendom. Nie jest to może dzieło wybitne, ale w tej stylistyce trudno nagrać lepsze.

Ocena: 8/10



Bob Dylan - "The Freewheelin' Bob Dylan" (1963)

1. Blowin' in the Wind; 2. Girl from the North Country; 3. Masters of War; 4. Down the Highway; 5. Bob Dylan's Blues; 6. A Hard Rain's a-Gonna Fall; 7. Don't Think Twice, It's All Right; 8. Bob Dylan's Dream; 9. Oxford Town; 10. Talkin' World War III Blues; 11. Corrina, Corrina; 12. Honey, Just Allow Me One More Chance; 13. I Shall Be Free

Skład: Bob Dylan - wokal, gitara, harmonijka
Gościnnie w utworze 11: Howie Collins - gitara; Bruce Langhorne - gitara; Leonard Gaskin - kontrabas; Herb Lovelle - perkusja; Dick Wellstood - pianino
Producent: John Hammond i Tom Wilson


10 listopada 2019

[Artykuł] 20 fajnych albumów z 2019, które mogłeś przeoczyć (bo ich nie zrecenzowałem)

Nie potrafię być na bieżąco z muzycznymi premierami. Od ich słuchania, nie mówiąc już o recenzowaniu, wciąż odciąga mnie muzyka sprzed kilku dekad, odkrywanie kolejnych albumów, ale też dokładniejsze poznawanie tych już słyszanych, czy to na potrzeby recenzji, czy rocznikowych plebiscytów na forach internetowych. Mam też świadomość, że nie bardzo znam się na współczesnej muzyce, nie wiem co z czego wynika, bo wciąż mam poważne zaległości w tym, co działo się w latach 80. i 90. (poza rockowym mainstreamem). Dlatego też nie widzę na razie sensu w recenzowaniu współczesnych albumów, nawet jeśli przypadły mi do gustu. W 2019 uzbierało się już jednak trochę takich premier i dlatego postanowiłem polecić je przynajmniej za pomocą krótkich, jednozdaniowych opisów i subiektywnych ocen. Wiele z nich odchodzi daleko od muzyki, którą zwykle tu opisuję, ale nie należy się ich z tego powodu obawiać ;)



Bastarda - "Ars moriendi" 7/10 
Średniowieczne kompozycje w nieco nowocześniejszych aranżacjach (ocierających się o współczesną muzykę kameralną, jazz, a nawet avant-proga) na klarnet, klarnet kontrabasowy i wiolonczelę.

The Deontic Miracle - "Selections From 100 Models of Hegikan Roku" 7/10
Dronowe free improvisation z wykorzystaniem obojów, sarangi oraz elektroniki, w dwóch 40-minutowych odsłonach, nagrane w 1976 roku, ale brzmiące bardzo współcześnie.

Elephant9 - "Psychedelic Backfire I" 7/10
Elephant9 & Reine Fiske - "Psychedelic Backfire II" 8/10
Koncertowe improwizacje w klimacie tego nieco ambitniejszego rocka z przełomu lat 60. i 70., ale w nowocześniejszym brzmieniowo wydaniu.

Floating Points - "Crush" 7/10
Przegląd przez różne formy współczesnej i nieco starszej elektroniki, w kilku fragmentach zgrabnie dopełnionej instrumentami smyczkowymi lub dętymi.

Flying Lotus - "Flamagra" 7/10
Najnowszy album FlyLo - popularnego producenta, DJa i rapera, a prywatnie wnuka siostry Alice Coltrane - przynosi aż 27 przeważnie miniaturowych kawałków, utrzymanych na pograniczu muzyki elektronicznej, hip hopu, soulu i współczesnego jazzu - słuchane osobno mogą wydawać się nieco niedopracowane, ale razem tworzą naprawdę przekonującą całość.

Föllakzoid - "I" 7/10
Chilijscy pogrobowcy rocka psychodelicznego zaczynają karierę od nowa, przerzucając się na dronowe granie w stylu minimal techno, z odrobiną krautrocka.

Fresh Fish - "Straight Out of the Sea" 7/10
Obiecujący projekt na pograniczu minimalizmu, ambientu i free improvisation.

Innercity Ensemble - "IV" 7/10
Czołowi przedstawiciele współczesnego polskiego niezalu w czwartej odsłonie tego projektu, tym razem w wydaniu bardziej elektroniczno-psychodelicznym, niż jazzowo-etnicznym, nieco bardziej opartym na kompozycji, niż na improwizacji.

Janusz Jurga - "Hypnowald" 7/10
Polski elektroniczny niezal - ambient techno w leśnym klimacie, kojarzące się trochę z twórczością GAS.

Lana Del Rey - "Norman Fucking Rockwell!" 7/10
Po prostu ładne piosenki, z "Venice Bitch" na czele.

Magma - "Zëss: Le jour du néant" 7/10
Pomimo wzbogacenia brzmienia o partię orkiestry, wyraźnie brakuje tu świeżości, jednak wykonanie wciąż stoi na wysokim poziomie.

Paal Nilssen-Love - "New Brazilian Funk" 7/10
Paal Nilssen-Love - "New Japanese Noise" 7/10
Brutalny (może aż nadto) free jazz ubarwiony brazylijskimi rytmami lub japońską elektroniką.

Saba Alizadeh - "Scattered Memories" 7/10
Bardzo ładne połączenie ambientu z tradycyjną muzyką perską, prosto z Iranu.

Spopielony - "Legendy" 7/10
Nastrojowy, melancholijny ambient w estetyce lo-fi, z wieloma naprawdę ładnymi momentami.

Thom Yorke - "ANIMA" 7/10
Yorke nie odchodzi tutaj daleko od swoich ostatnich dokonań z Radiohead, choć robi to w bardziej kameralnym wydaniu.

Tim Hecker - "Anoyo" 8/10
Udana kontynuacja zeszłorocznego "Konoyo", ponownie łącząca współczesną muzykę elektroniczną z tradycyjną dworską muzyką z Japonii - gagaku.

Tunes of Negation - "Reach the Endless Sea" 7/10
Debiut nowego projektu producenta Sam Shackleton zawiera całkiem interesującą mieszankę muzyki elektronicznej i etnicznej, wpisującą się w stylistykę tribal ambient.

Tyler, the Creator - "Igor" 7/10
Współczesny hip hop spotyka się z klasycznym soulem i choć nie jestem wielbicielem żadnej z tych stylistyk, to efekt mnie przekonuje.


Wszystkie powyższe albumy można odsłuchać w serwisach Spotify lub Bandcamp. Nie wykluczam przygotowania kolejnej listy, gdy nadrobię więcej tegorocznych zaległości ;)

8 listopada 2019

[Recenzja] Heldon - "Allez-Téia" (1975)



Debiutancki album Heldon, "Electronique Guerilla", jest praktycznie solowym dziełem Richarda Pinhasa. Tymczasem kolejne wydawnictwo sygnowane tą nazwą, "Allez-Téia" (tudzież "αλετεια"), powstało już w duecie. Mający niewielki udział na poprzednim longplayu Georges Grünblatt stał się pełnoprawnym członkiem zespołu. Muzycy podzielili się zarówno skomponowaniem materiału, jak i grą na tych samych instrumentach: gitarach, syntezatorach ARP i VCS3 oraz melotronie. Ponadto, w nagraniach wzięło udział dwóch dodatkowych gitarzystów: Alain Renaud i Alain Bellaiche (każdy z nich zagrał tylko w jednym utworze). W porównaniu z debiutem, drugi album Heldon jest bardziej zróżnicowany, co wynika raczej z faktu wciąż trwających poszukiwań własnego stylu, niż świadomego działania. "Allez-Téia" wciąż zdradza silny wpływ wspólnych nagrań Roberta Frippa i Briana Eno. Jeden z utworów został nawet zatytułowany "In the Wake of King Fripp", co stanowi oczywistą parafrazę tytułu drugiego albumu King Crimson, "In the Wake of Poseidon". Drugim wyraźnym źródłem inspiracji była niemiecka elektronika wywodząca się z krautrocka, co potwierdza tytuł innego nagrania, "Moebius" - hołd dla Dietera Moebiusa znanego m.in. z grup Cluster i Harmonia (ale też z późniejszej współpracy z Eno).

"Allez-Téia" wyróżnia się na tle dyskografii zespołu, jako jedyny jego album, na którym brzmienia gitarowe zdecydowanie dominują nad elektroniką. Zaskoczeniem mogą być przede wszystkim utwory "Aphanisis" i "Michel Ettori", oparte wyłącznie na partiach gitar akustycznych. Bardzo gitarowymi nagraniami są także "In the Wake of King Fripp" i "Omar Diop Blondin" - oba zbudowane na ostinatowych motywach czysto brzmiącej gitary, stanowiącej podkład dla charakterystycznych solówek Pinhasa na przetworzonej gitarze. W tym pierwszym dodatkowo pojawia się melotron. Pomimo tytułowych skojarzeń, instrument został wykorzystany zupełnie inaczej, niż na wczesnych albumach King Crimson - nie dodaje mroku i patosu, a raczej tworzy lekki, nieco pastoralny nastrój. Brzmienia elektroniczne pojawiają się wyłącznie w trzech pozostałych utworach: syntezatorowej miniaturze "Moebius", najdłuższym (i moim zdaniem najlepszym) na płycie, dwuczęściowym "Fluence", któremu najbliżej do ambientowych dokonań Frippa i Eno (syntezatory, wraz ze zmodyfikowanymi partiami gitary i melotronu, tworzą tu naprawdę ładny klimat), a także w mroczniejszym "St-Mikael Samstag Am Abends" - tutaj jednak po syntezatorowym wstępie na pierwszy plan wychodzą gitary i melotron, a elektronika jedynie urozmaica całość.

Album stanowi nie tyle krok do przodu względem poprzedniego wydawnictwa Heldon, co raczej tymczasowy krok w bok. "Allez-Téia" zawiera nieco inną muzykę, bardziej zorientowaną na brzmienia gitarowe niż elektroniczne, choć wciąż mającą wiele wspólnego z resztą dyskografii - chociażby pod względem konstrukcji utworów czy ogólnego klimatu. Richard Pinhas w tamtym czasie wciąż poszukiwał własnego stylu, często w zbyt oczywisty sposób ujawniając swoje inspiracje - i nie mam tu bynajmniej na myśli tytułów, a samą muzykę. Ogólnie jednak jest to ciekawy album, mogący zainteresować zarówno wielbicieli oldskulowej elektroniki, jak i szeroko pojmowanego rocka progresywnego.

Ocena: 7/10



Heldon - "Allez-Téia" (1975)

1. In the Wake of King Fripp; 2. Aphanisis; 3. Omar Diop Blondin; 4. Moebius; 5. Fluence (Continuum Mobile); 6. Fluence (Disjonction Inclusive); 7. St-Mikael Samstag Am Abends; 8. Michel Ettori

Skład: Richard Pinhas - gitara, syntezator, melotron, efekty; Georges Grünblatt - melotron, syntezator, gitara
Gościnnie: Alain Renaud - gitara (2); Alain Bellaiche - gitara (3)
Producent: Heldon


6 listopada 2019

[Recenzja] Sam Rivers - "Fuchsia Swing Song" (1965)



Saksofonista Sam Rivers zadebiutował późno, bo dopiero na początku piątej dekady życia. Wcześniejsze lata spędził na starannej edukacji, m.in. w bostońskim konserwatorium, a następnie zdobywał doświadczenie na scenie. W latach 50. prowadził własny Boston Improvisational Ensemble. Przez jego skład przewinął się Tony Williams, w chwili dołączenia mający zaledwie trzynaście lat. Williams wkrótce stał się jednym z najbardziej cenionych perkusistów, czego potwierdzeniem było dołączenie na początku lat 60. do kwintetu Milesa Davisa. Wydarzenie to pomogło także w rozwoju kariery Riversa. Gdy z grupy Davisa odszedł George Coleman, Williams zasugerował, by zaprosić do składu jego dawnego lidera. Współpraca saksofonisty z trębaczem trwała kilka miesięcy, spędzonych na intensywnym koncertowaniu (pamiątką po tym okresie jest album "Miles in Tokyo", wydany w 1969 roku). Powszechnie uważa się, że Miles zakończył współpracę z Riversem, ponieważ grał on w zbyt awangardowy sposób, nie pasujący do jego ówczesnej twórczości. Saksofonista twierdzi jednak, że jeszcze przed jego zaangażowaniem, Davis dogadał się z Wayne'em Shorterem, który jednak nie mógł dołączyć od razu, ze względu na inne zobowiązania.

Tak czy inaczej, wspólna trasa ze słynnym trębaczem uczyniła z Sama Riversa bardziej rozpoznawalną postać na jazzowej scenie. Jego pozycja umocniła się jeszcze bardziej po udziale w nagraniu debiutanckiego albumu Tony'ego Williamsa, "Life Time", w sierpniu 1964 roku. Jego wydawca, słynna firma Blue Note, zaproponowała saksofoniście podpisanie kontraktu. I tak doszło do pierwszej sesji nagraniowej Riversa w roli lidera, zorganizowanej 11 grudnia 1964 roku w Van Gelder Studio. Udział wzięli w niej także Williams, Ron Carter oraz pianista Jaki Byard. Kwartet zarejestrował kompozycje w większości napisane przez lidera już parę lat wcześniej. Sam co prawda chciał nagrać nowszy materiał, jednak producent Alfred Lion uznał go za zbyt awangardowy. Było to bowiem jeszcze w czasach, zanim wytwórnia zaczęła kontraktować freejazzowych twórców w rodzaju Ornette'a Colemana, Dona Cherry'ego czy Cecila Taylora, choć w jej katalogu zaczęły już pojawiać się mniej konwencjonalne pozycje w rodzaju "Out to Lunch!" Erica Dolphy'ego, "Evolution" Grachana Moncura III czy wspomnianego wyżej "Life Time". W rezultacie, album zatytułowany "Fuchsia Swing Song" wypełniły kompozycje dość mocno osadzone w bopowej tradycji, choć samo ich wykonanie zdecydowanie nie jest ortodoksyjne.

Uwagę zwracają przede wszystkim partie lidera, w którego grze wyraźnie słuchać inspirację Ornette'em Colemanem czy Johnem Coltrane'em, ale też - przeważnie w łagodniejszych momentach - Sonnym Rollinsem. Riversa nie można jednak nazwać odtwórcą - wypracował idiomatyczny, czyli swój własny, rozpoznawalny styl gry. Zadziorne i bardzo ekspresyjne partie saksofonu tenorowego zwykle balansują na krawędzi bluesowo zabarwionego bopu i niedalekich, ale wyraźnych wycieczek w stronę free jazzu, jak ma to miejsce chociażby w tytułowym "Fuchsia Swing Song", "Downstairs Blues Upstair" czy "Cyclic Episode". Ale zdarzają się też utwory, w których szala przechyla się na jedną ze stron. Jak "Beatrice", który nawet stał się pomniejszym standardem jazzowym. Tutaj akurat otrzymujemy Riversa w bardziej lirycznym, balladowym wydaniu. Na przeciwnym biegunie mieści się zaś "Luminous Monolith", w którym agresywnej grze lidera towarzyszy najbardziej chyba dynamiczna gra sekcji rytmicznej. Byard, Carter i Williams przez prawie cały album grają w znacznie bardziej tradycyjny sposób niż Rivers, bardzo rzadko pozwalając sobie na drobne szaleństwa (głównie w "Ellipsis"), przez większość czasu trzymając się raczej w tle. Robią to jednak w sposób wyrafinowany, a ich partie doskonale spajają się w całość i idealnie dopełniają wiodący instrument.

"Fuchsia Swing Song" to udany debiut dojrzałego już przecież muzyka, który jednak pomimo niemłodego wieku zachował świeże i kreatywne podejście, nie bojąc się grać w dość wywrotowy sposób - przynajmniej na tyle, na ile pozwolili przedstawiciele wytwórni. Poza świetną grą Sama Riversa i dobrą współpracą całego składu, warto też wspomnieć o talencie lidera do pisania zgrabnych tematów. Zawarta tu muzyka może przypaść do gustu zarówno zwolennikom bardziej tradycyjnego jazzu nowoczesnego, jak i zwolenników jego bardziej awangardowych form, choć najbardziej docenią go, oczywiście, słuchacze lubiący oba te podejścia.

Ocena: 8/10



Sam Rivers - "Fuchsia Swing Song" (1965)

1. Fuchsia Swing Song; 2. Downstairs Blues Upstairs; 3. Cyclic Episode; 4. Luminous Monolith; 5. Beatrice; 6. Ellipsis

Skład: Sam Rivers - saksofon tenorowy; Jaki Byard - pianino; Ron Carter - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


3 listopada 2019

[Recenzja] Niemen - "Niemen vol. 1" i "Niemen vol. 2", czyli "Marionetki" (1972)



Ta recenzja miała pojawić się już dwa lata temu, Wówczas jednak przerosło mnie jej napisanie, a potem skupiłem się na innych wykonawcach. Ostatnie dyskusje w komentarzach zachęciły mnie do ponownej próby zmierzenia się z opisaniem tego materiału. Nie jest to bowiem muzyka łatwa w obiorze. Czesław Niemen przeżywał w tamtym czasie fascynację poważną awangardą, ale też ambitnymi odmianami rocka i jazzu, co znacząco wpłynęło na jego ówczesną twórczość. Polscy słuchacze mogli o tym przekonać się pod koniec 1972 lub na początku 1973 roku (kwestia ta wciąż wywołuje dyskusje), gdy równolegle ukazały się albumy "Niemen vol. 1" i "Niemen vol. 2". Dziś większość słuchaczy kojarzy ten materiał raczej z tytułem "Marionetki", który nadano pierwszej edycji kompaktowej, wydanej w 1994 roku (na jednej płycie CD zamieszczono utwory z obu winylowych albumów, zaczynając jednak od tych z "vol. 2"). Tytuł ten otrzymywały wszystkie późniejsze reedycje aż do 2016 roku (wówczas wznowiono ten materiał na płytach winylowych, po raz pierwszy wydanych razem). Rok później ukazało się jednak wydanie na dwóch płytach kompaktowych pod tytułem "Niemen Vol.1 - Niemen Vol.2".

Materiał na album(y) został zarejestrowany w sierpniu 1972 roku, przez skład znany jako Grupa Niemen. Jej powstanie było wynikiem nawiązania przez Niemena współpracy z awangardowym kontrabasistą Helmutem Nadolskim. To właśnie Nadolski zasugerował, by składu dopełniło trzech młodych muzyków: multiinstrumentalista (głównie basista i klawiszowiec) Józef Skrzek, gitarzysta Apostolis Anthimos oraz perkusista Jerzy Piotrowski, czyli późniejsi założyciele SBB. Jakiś czas potem do zespołu dołączył jazzowy trębacz Andrzej Przybielski. Jednak zanim to nastąpiło, pięcioosobowa grupa w styczniu 1972 roku udała się do Monachium, gdzie zarejestrowała anglojęzyczny album "Strange Is This World", wydany nakładem wytwórni CBS/Columbia Records. Zawarta na nim muzyka, pomimo awangardowych elementów obecnych w grze Nadolskiego, ma zdecydowanie rockowy charakter. Dopiero siedem miesięcy później, podczas polskiej sesji w już sześcioosobowym składzie, zespół poszedł na całość.

Sam lider podsumowywał ten czas w następujący sposób: Przeżywałem wtedy okres fascynacji awangardą, choć nigdy nie była ona dla mnie celem samym w sobie. Nieskrępowana wolność improwizacji, niemal dysonansowo brzmiące klastery, atmosfera konstruowania na zupełnie innych zasadach niż dotąd - to wszystko niesłychanie wciągało, nawet za cenę pewnego oddalenia od słuchacza, które jednak nie miało nic wspólnego z jego lekceważeniem. Była to też swego rodzaju odtrutka na soczyste, rockowe brzmienie, które charakteryzowało zarówno "Strange Is This World", jak i późniejsze "Ode to Venus". Pokazywałem się więc równocześnie jakby w dwóch postaciach - bardziej tradycyjnej, rockowej na Zachodzie i - jakbyśmy to dziś powiedzieli - "odjazdowej" w Polsce, gdzie mogłem, choć nie zawsze, liczyć na większe zaufanie i tolerancję słuchaczy, przyzwyczajonych już do mojego eksperymentowania i rozmaitych "wyskoków". Miałem wtedy znakomitych muzyków - w stronę free jazzu ciągnęli mnie zwłaszcza Helmut Nadolski i Andrzej Przybielski, a późniejsze SBB dawało solidny rockowy podkład, choć starałem się także wykorzystać i multiinstrumentalne ciągotki Józefa Skrzeka. [1]

Rozpoczęcie "Marionetek" od utworów z "Niemen vol. 2" jest może nieco kontrowersyjnym posunięciem, ale całkowicie zrozumiałym. "Niemen vol. 1" zawiera bowiem kompozycje o zdecydowanie bardziej awangardowym charakterze, które mogłyby niepotrzebnie zniechęcić słuchaczy spodziewającym się bardziej konwencjonalnej muzyki. Obcowanie z tym materiałem jest z pewnością sporym zaskoczeniem dla osób, które Niemena kojarzą z archaicznego popu, granego przez niego na początku działalności, tudzież rockowych albumów wydanych na przełomie dekad - "Enigmatic" i eponimicznego dwupłytowca. Twórca być może pokładał zbyt wiele wiary w zaufanie i tolerancję swoich słuchaczy, wystawiając ich na ciężką próbę już na samym początku "vol. 1". Płytę rozpoczyna blisko osiemnastominutowa, prawie w całości instrumentalna (poza recytacją na początku) kompozycja Nadolskiego "Requiem dla Van Gogha". Zresztą mówienie o kompozycji w tym przypadku jest pewnym nadużyciem, gdyż pomimo pewnej dyscypliny, jest to bardzo swobodna improwizacja, na granicy poważnej awangardy, free improvisation i ścieżki dźwiękowej horroru, bez żadnych elementów o jednoznacznie rockowym czy jazzowym charakterze. W pierwszoplanowej roli występują tu przeciągłe partie kontrabasu, a towarzyszą im pozornie przypadkowe dźwięki skrzypiec, pianina, elektrycznych organów i perkusjonalii. Muzycy stworzyli tu niesamowity klimat, choć wielu słuchaczom nagranie to może wydawać się zwykłym hałasem. Dla pozostałych może być dobrym wstępem do zainteresowania się bardziej awangardowymi odmianami rocka, jazzu czy muzyki poważnej.

Dwa pozostałe nagrania z pierwszej płyty są już nieco bardziej przystępne. "Sariusz" - z muzyką lidera do wiersza Cypriana Kamila Norwida - po krótkim freejazzowym wstępie przeradza się w melodyjną piosenkę, opartą na skocznych partiach pianina i perkusji, ciekawie kontrapunktowanych bardziej odjechaną grą Skrzeka na przesterowanej gitarze basowej. Wokal Niemena - podobnie jak w kolejnych utworach - jest może nieco nadekspresyjny, ale do tego trzeba po prostu przywyknąć. Trzynastominutowa kompozycja całego składu "Inicjały" to kolejne swobodniejsze nagranie, wyraźnie kierujące się w stronę fusion z okolic "In a Silent Way" czy "Bitches Brew" Milesa Davisa. Takie wrażenie pogłębiają partie trąbki Przybielskiego, organowe tło, podwójna linia basu z niezależną grą kontrabasu i gitary basowej, a także ostre dźwięki gitary. Są tu też jednak fragmenty bliższe free jazzu, z atonalnymi partiami skrzypiec i kontrabasu. Bardziej swojskiego charakteru nadają wokalizy Niemena. Pojawia się tu też krótkie solo Piotrowskiego. Świetna rzecz, choć znów wymagająca od słuchacza nieco większej otwartości.

O ile "Niemen vol. 1" wydaje się nieco pozbawiony spójnej wizji - każdy utwór jest utrzymany w innym stylu - tak "Niemen vol. 2" zawiera znacznie bardziej zwarty materiał (niemal w całości skomponowany przez lidera do istniejących wcześniej wierszy różnych autorów). A przy tym przystępniejszy, balansujący od rocka progresywnego głównego nurtu po jazz-rock, z pojawiającymi się tu i ówdzie elementami awangardowymi, służącymi raczej ubarwieniu, niż zdominowaniu faktury. Dające tytuł kompaktowym wznowieniom "Marionetki" - ponownie z wierszem Norwida jako tekstem - to nagranie bliskie konwencjonalnej ballady rockowej z lat 60., w warstwie instrumentalnej zdominowane przez podniosłe brzmienie organów Hammonda, choć w tle pojawia się też trochę awangardowych dźwięków kontrabasu i jazzującej trąbki. Znacznie dłuższa, czternastominutowa "Piosenka dla zmarłej" (tym razem za tekst posłużył wiersz Jarosława Iwaszkiewicza) to nowa wersja "A Song for the Deceased" z "Strange Is This World". Tutejsze wykonanie nie odbiega daleko od pierwowzoru. To kolejna podniosła ballada z istotną rolą elektrycznych organów i zdecydowanie rockową grą późniejszego SBB (w tym dwiema znakomitymi solówkami Anthimosa), ale też z kontrapunktem w postaci atonalnych partii Nadolskiego i jazzujących ozdobników Przybielskiego (akurat tego ostatniego elementu nie było w oryginale).

"Z pierwszych ważniejszych odkryć" to jedyna tutaj kompozycja Skrzeka, do której słowa napisał zawodowy tekściarz Leszek Moczulski. Skrzek dzieli się w niej z Niemenem partią wokalną, natomiast pod względem muzycznym jest to utwór o najbardziej rockowym, nieco jamowym charakterze, ze zdecydowanie największą rolą gitary. Wywołuje wyraźne skojarzenia z twórczością Jimiego Hendrixa z okresu Band of Gypsys, a w bardziej jazzujących momentach zbliża się nawet lekko do The Tony Williams' Lifetime czy Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina. Żartobliwa miniatura "Ptaszek" (do słów z wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej) to wokalny popis Niemena, akompaniującego sobie na lutni - pozostali muzycy nie wzięli udziału w tym nagraniu. Jest to dość kontrowersyjny kawałek, nie przez każdego lubiany, ale stanowiący fajną odskocznię od poważniejszych utworów. Na właściwe tory album wraca w "Com uczynił" (tekst tym razem został zaczerpnięty z dorobku Bolesława Leśmiana), który stanowi idealny finał i podsumowanie, w najbardziej chyba doskonały sposób syntetyzując wpływy rocka i jazzu (dodając na koniec odrobinkę awangardy), na swój własny sposób, nie kopiując rozwiązań innych twórców. Genialny jest tu zwłaszcza fragment z jazzową solówką Przybielskiego na zdecydowanie rockowym podkładzie.

"Niemen vol. 1" i "Niemen vol. 2" (tudzież "Marionetki") pokazują Czesława Niemena jako dojrzałego, kreatywnego muzyka, który potrafi przekonująco połączyć różnorodne wpływy na swój własny sposób. Oczywiście, nie można pomijać wkładu doskonale dobranych współpracowników, wywodzących się z różnych muzycznych światów, dzięki czemu każdy z nich interesująco wzbogaca twórczość zespołu. A jednak na każdej z tych dwóch płyt czegoś mi brakuje. "Niemen vol. 1" zdaje się być pozbawiony spójnego zamysłu, a z kolei na "Niemen vol. 2" nie wykorzystano w pełni potencjału awangardowo-jazzowej frakcji Grupy Niemen. O tej drugiej wadzie nie może być mowy w przypadku wydań zawierających cały materiał, jednak wówczas jeszcze wyraźniej daje się odczuć eklektyzm. Nie zmienia to jednak faktu, że "Marionetki" są jednym z najwybitniejszych osiągnięć polskiej muzyki, prezentującym prawdziwie światowy poziom. Dzieło to zniosło próbę czasu o wiele lepiej od wcześniejszych polskich wydawnictw Niemena. Nawet jeśli brzmienie dokładnie zdradza czas nagrania (choć nie jest złe, a na ówczesne polskie warunki wręcz doskonałe), to niekwestionowane walory artystyczne tej muzyki czynią ją ponadczasową.

Ocena: 9/10

[1] C. Niemen, Niemen od początku II, str. 2.

Informacje na temat wznowień pochodzą ze strony Discogs. Nie sprawdzałem ich w innych źródłach, dlatego mogą być niekompletne. 




Vol. 2
Niemen - "Niemen vol. 1" (1972)

1. Requiem dla Van Gogha; 2. Sariusz; 3. Inicjały

Niemen - "Niemen vol. 2" (1972)

1. Marionetki; 2. Piosenka dla zmarłej; 3. Z pierwszych ważniejszych odkryć; 4. Ptaszek; 5. Com uczynił

Niemen - "Marionetki" (1994)

1. Marionetki; 2. Piosenka dla zmarłej; 3. Z pierwszych ważniejszych odkryć; 4. Ptaszek; 5. Com uczynił; 6. Requiem dla Van Gogha; 7. Sariusz; 8. Inicjały

Skład: Czesław Niemen - wokal, instr. klawiszowe (1:1,3, 2:1,2,5), lutnia (2:4); Helmut Nadolski - kontrabas (1:1,3, 2:1-3,5), gong (2:1), głos (1:1); Józef Skrzek - gitara basowa (1:2,3, 2:2,3,5), instr. klawiszowe (1:1,2, 2:5), skrzypce (1:1,3, 2:1), harmonijka (2:5), wokal (2:3); Apostolis Anthimos - gitara (1:1,3, 2:1-3,5); Jerzy Piotrowski - perkusja (oprócz 2:4); Andrzej Przybielski - trąbka (1:3, 2:1,2,5), dzwonki (1:1)
Producent: Janusz Urbański


1 listopada 2019

[Recenzja] Soft Machine - "BBC Radio 1 Live in Concert 1972" (1994)



Kolejna archiwalna koncertówka Soft Machine zawiera zapis występu z 20 lipca 1972 roku w londyńskim Paris Theatre. W tym samym miesiącu do sklepów trafił album "Fifth", jednak od czasu jego nagrania, parę miesięcy wcześniej, zdążył zmienić się skład zespołu - miejsce Eltona Deana zajął Karl Jenkins. We wrześniu zapis występu został wyemitowany przez BBC Radio 1. A dwadzieścia dwa lata później doczekał się oficjalnego wydania na płycie, pod tytułem "BBC Radio 1 Live in Concert 1972". Materiał został wznowiony w 2005 roku, tym razem jako "Softstage (BBC in Concert 1972)", z nową okładką i pozornie innym repertuarem. W rzeczywistości są to dokładnie te same nagrania, ale utwór "L.B.O." przemianowano na "One Across", a "Riff" i "Gesolreut" dostały osobne ścieżki (na pierwszym wydaniu jest to jedna ścieżka o tytule "Riff").

Na repertuar składają się głównie utwory z "Fifth" ("All White", "M.C.", "Drop", "L.B.O.", "As If"), jeden z "Third" ("Slightly All the Time"), a także cztery premierowe kompozycje ("Fanfare", "Stumble" i "Riff" Jenkinsa oraz "Gesolreut" Ratledge'a), które nie doczekały się nigdy wersji studyjnych, aczkolwiek ich nieco późniejsze wykonania zostały wydane na koncertowej części albumu "Six". Zespół wykonuje kolejne utwory niemal bez przerw, płynnie przechodząc od jednego do następnego. Wciąż jest to muzyka o mocno improwizowanym charakterze, jednak już wyraźnie kierująca się w nieco inne rejony, bliższe jazz-rockowego mainstreamu, niemal całkiem pozbawione freejazzowych naleciałości. W znacznym stopniu wynikało to ze zmiany składu: Jenkins grał na saksofonie w znacznie mniej agresywny i bardziej poukładany sposób, niż Dean. Częściej też odstawiał saksofon i siadał za pianinem elektrycznym. W rezultacie, brzmienie często kojarzy się tu z bardziej nastrojowym fusion z okolic "In a Silent Way" Milesa Davisa (np. kompletnie przearanżowany "Slightly All the Time", "M.C.", "As If", wstęp "Riff"). Choć gra zespołu, zwłaszcza sekcji rytmicznej Hugh Hopper / John Marshall, jest na ogół bardzo ekspresyjna, a Mike Ratledge dodaje trochę ostrości przesterowanymi partiami organów. Jednak już wtedy Jenkins wyraźnie zaczął kierować muzykę Soft Machine w innym kierunku. O tym, jak szybko zaczął przejmować dowodzenie, świadczy to, że już na tym etapie w repertuarze znalazły się trzy kompozycje jego autorstwa. Miniatura "Fanfare" wpisuje się jeszcze w to mocno jazzowe oblicze zespołu - w pierwszoplanowej roli mamy tu bardzo ładną, niemalże uduchowioną partię saksofonu (klimatem przypomina trochę "Desireless" Dona Cherry'ego, ale ze zelektryfikowanym brzmieniem). Ale już "Stamble" i "Riff" to energetyczne jazz-rockowe utwory oparte na wyrazistych motywach i o dość konkretnej strukturze, nie zostawiającej wiele miejsca na improwizację. Zresztą taki sposób komponowania najwyraźniej zainspirował Ratledge'a, którego "Gesolreut" utrzymany jest w podobnym stylu.

Inna sprawa, że to nowe oblicze Soft Machine wciąż wypada bardzo ekscytująco. Wykonanie jest naprawdę porywające, a rozwiązania wniesione przez Karla Jenkinsa nie odbierają muzyce zespołu wartości, lecz interesująco ją odświeżają. "BBC Radio 1 Live in Concert 1972" ukazuje twórczość grupy w przejściowym okresie, gdy wciąż zachwycała artystycznymi walorami, ale już stała się bardziej przystępna. Z tego też względu, jest to dobre wydawnictwo dla osób, które jeszcze nie miały do czynienia z Soft Machine, albo zniechęciły się po przesłuchaniu bez żadnego przygotowania jakiegoś bardziej wymagającego albumu (np. najbardziej znanego "Third"). Jest to tez zdecydowanie jedna z najlepszych pozycji w dyskografii zespołu.

Ocena: 9/10



Soft Machine - "BBC Radio 1 Live in Concert 1972" (1994)

1. Fanfare; 2. All White; 3. Slightly All the Time; 4. M.C.; 5. Drop; 6. Stumble; 7. L.B.O. (One Across); 8. As If; 9. Riff ( Riff / Gesolreut)

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Karl Jenkins - saksofon, instr. klawiszowe; Hugh Hopper - gitara basowa; John Marshall - perkusja
Producent: Jeff Griffin



Po prawej: okładka "Softstage (BBC in Concert 1972)".