20 lutego 2014

[Recenzja] Paul McCartney & Wings - "Band on the Run" (1973)



John Lennon i Paul McCartney byli tymi Beatlesami, którzy mieli największe predyspozycje, aby osiągnąć sukces poza grupą. O ile jednak pierwszy z nich już od początku kariery solowej potrafił zabłysnąć utworami - jeśli nie całymi albumami - na poziomie dokonań Wspaniałej Czwórki, tak działalność McCartneya początkowo przynosiła przede wszystkim rozczarowanie. Po słabym przyjęciu przez krytykę brzmiącego jak demówka debiutu "McCartney" i wypełnionego mdłymi, popowymi melodiami "Ram", muzyk postanowił stworzyć prawdziwy zespół. Niewiele to jednak pomogło, bo dwa pierwsze albumy wydane pod szyldem Wings, "Wild Life" i "Red Rose Speedway", prezentowały niewiele wyższy poziom od wcześniejszych post-beatlesowskich dokonań Paula.

Przełomem okazała się kompozycja "Live and Let Die", napisana do kolejnego filmu o Jamesie Bondzie, "Żyj i pozwól umrzeć". Świetny utwór, pełen zmian nastroju i tempa. McCartney udowodnił nim, że wciąż ma potencjał, by stworzyć coś wielkiego. Co więcej, poziom udało się utrzymać na kolejnym długogrającym albumie Wings, "Band on the Run". Nagranym w składzie okrojonym o gitarzystę Henry McCullough i perkusistę Denny Seiwell, za to z pomocą saksofonisty Howiego Casey'a i słynnego perkusisty Gingera Bakera (znanego m.in. z Cream i Blind Faith).

Pierwsza strona albumu to właściwie przebój za przebojem. Rozpoczynający całość tytułowy "Band on the Run" wyróżnia się licznymi zmianami motywów - tak naprawdę są to trzy utwory połączone w jeden - i bardzo chwytliwym refrenem. Dalej pojawia się dynamiczny "Jet", oparty na gitarowo-saksofonowym riffie. Chwilę wytchnienia przynosi akustyczny "Bluebird", z cudowną solówką na saksofonie. Po chwili jednak znów jest bardziej dynamicznie - i przebojowo - w utworach "Mrs Vandebilt" i "Let Me Roll It". Co ciekawe, ten ostatni bardziej przypomina twórczość Lennona, niż McCartneya, także w warstwie wokalnej. Z kolei melodyjny "No Words" przypomina piosenki George'a Harrisona.

Otwierający drugą stronę longplaya, folkowy "Mamunia" jest ewidentnym wypełniaczem - do bólu banalny i kiczowaty kawałek. Na szczęście pozostałe utwory trzymają poziom. Po wspomnianym już "No Words" następuje trochę dziwny, eksperymentalny "Picasso's Last Words (Drink to Me)", w którym pojawiają się cytaty z innych utworów z albumu ("Jet" i "Mrs Vandebilt"). Finał to kolejny dynamiczny, rozbudowany utwór, "Nineteen Hundred and Eighty-Five", pokazujący, że McCartney potrafi tworzyć także bardziej ambitne kompozycje. W końcówce znowu pojawia się fragment innego utworu, tym razem wyjęty z "Band on the Run". Amerykańskie wydanie longplaya zawierało dodatkowo singlowy, trochę banalny "Helen Wheels".

Ocena: 8/10



Paul McCartney & Wings - "Band on the Run" (1973)

1. Band on the Run; 2. Jet; 3. Bluebird; 4. Mrs Vandebilt; 5. Let Me Roll It; 6. Mamunia; 7. No Words; 8. Picasso's Last Words (Drink to Me); 9. Nineteen Hundred and Eighty-Five

Skład: Paul McCartney - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe i perkusja; Linda McCartney - instr. klawiszowe i wokal; Denny Laine - gitara, bass, instr. klawiszowe i wokal
Gościnnie: Howie Casey - saksofon (2-4); Remi Kabaka - instr. perkusyjne (3); Ginger Baker - instr. perkusyjne (8)
Producent: Paul McCartney i Geoff Emerick


18 lutego 2014

[Recenzja] Ringo Starr - "Ringo" (1973)



Ringo Starr uznawany jest za najmniej zdolnego Beatlesa. W czasach istnienia zespołu, samodzielnie stworzył tylko dwa utwory ("Don't Pass Me By" i "Octopus's Garden"). Jego poczynania tuż po rozpadzie grupy, tylko potwierdzają tę opinię. Częściej występował na albumach innych ex-Beatlesów (George'a Harrisona i Johna Lennona), niż na płytach sygnowanych własnym nazwiskiem. Co prawda, w 1970 roku wydał dwa albumy solowe, ale pierwszy z nich, "Sentimental Journey", zawierał wyłącznie popowe standardy z pierwszej połowy XX wieku, natomiast na drugim, "Beaucoups of Blues", znalazły się utwory w stylu country, w których tworzeniu Starr również nie brał udziału.

Rok później ukazał się jednak singiel "It Don't Come Easy" autorstwa Ringo (nagrany m.in. z pomocą Harrisona). Utwór stał się przebojem, dochodząc do 4. miejsca zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Stanach. Popularnością cieszyła się także kolejna kompozycja Starra, "Back Off Boogaloo", wydana w 1972 roku (osiągnęła 2. pozycję w brytyjskim notowaniu i 9. w amerykańskim). Sukces obu singli sprawił, że muzyk zdecydował się nagrać kolejny album solowy, tym razem zawierający autorski materiał. No prawie... Starr jest autorem lub współautorem czterech z dziesięciu utworów zawartych na longplayu "Ringo". Pozostałe kawałki to covery ("Have You Seen My Baby" Randy'ego Newmana, "You're Sixteen" Johnny'ego Burnette'a) lub kompozycje autorstwa... pozostałych ex-Beatlesów.

W tym miejscu warto wspomnieć, że "Ringo" to pierwszy album od czasu "Let It Be", na którym pojawiają się wszyscy członkowie The Beatles. Niestety, nie w jednym utworze. Najbliżej było w "I'm the Greatest" - kompozycji Lennona, w której oprócz niego i Starra gra także Harrison. Dodatkowo na organach zagrał Billy Preston, współpracownik grupy z ostatnich lat jej działalności, a na basie - Klaus Voormann, znajomy muzyków jeszcze z czasów hamburskich, który występował także na solowych płytach Lennona i Harrisona. Ten ostatni zagrał jeszcze w trzech utworach: "Photograph", "Sunshine Life for Me (Sail Away Raymond)" i "You and Me (Babe)". Pierwszy z nich George napisał wspólnie ze Starrem, drugi samodzielnie, a trzeci z Malem Evansem - szefem ekipy technicznej Beatlesów. Z kolei Paul McCartney, wraz ze swoją żoną Lindą, napisał utwór "Six O'Clock", w którym oboje wystąpili. McCartney'owie udzielają się także w "You're Sixteen". Był to pierwszy udział Paula w solowych nagraniach innego ex-Beatlesa.

W przeciwieństwie do pozostałej trójki, Starr nie stara się odejść od wypracowanego wspólnie stylu. "Ringo" to album bardzo beatlesowski - takie utwory, jak "I'm the Greatest", "Step Lightly" czy "Six O'Clock" spokojnie mogłyby znaleźć się na którymś z późniejszych albumów zespołu. Ringo nie daje jednak zapomnieć o swojej fascynacji muzyką country ("Sunshine Life for Me (Sail Away Raymond)"). Po raz kolejny udowadnia też, że jest w stanie (co z tego, że wspólnie z innym muzykiem?) stworzyć popowy przebój - singiel z utworem "Photograph" dotarł na szczyt w Stanach, a w Wielkiej Brytanii do 8. miejsca notowania. Sporym przebojem stała się także jego wersja "You're Sixteen". Zaskoczeniem mógł być natomiast ostrzejszy "Devil Woman" - to zupełnie nowe, nieznane wcześniej oblicze Ringo.

Przed wydaniem tego albumu, chyba nikt się nie spodziewał, że Ringo Starr odniesie sukces jako wykonawca solowy. Tymczasem "Ringo" okazał się longplayem nie tylko dorównującym dokonaniom innych ex-Beatlesów, ale wręcz lepszym od wielu z nich - mam tu na myśli przede wszystkim pierwsze solowe płyty Paula McCartneya.

Ocena: 7/10



Ringo Starr - "Ringo" (1973)

1. I'm the Greatest; 2. Have You Seen My Baby; 3. Photograph; 4. Sunshine Life for Me (Sail Away Raymond); 5. You're Sixteen; 6. Oh My My; 7. Step Lightly; 8. Six O'Clock; 9. Devil Woman; 10. You and Me (Babe)

Skład: Ringo Starr - wokal i perkusja
Gościnnie: George Harrison - gitara (1,3,4,10), wokal (3,4); Klaus Voormann - bass (1-3,5-9), kontrabas (4); John Lennon - pianino i wokal (1); Billy Preston - organy (1,6); Marc Bolan - gitara (2); Jim Keltner - perkusja (2,3,6,9); James Booker - pianino (2); Tom Scott - waltornia (2,9), saksofon (6); Vini Poncia - gitara (3,5,6,8,10); Jimmy Calvert - gitara (3,5-7,9); Bobby Keyes - saksofon (3); Nicky Hopkins - pianino (3,5,7,10); Robbie Robertson - gitara (4); Levon Helm - mandolina (4); Rick Danko - skrzypce (4); David Bromberg - bandżo (4); Garth Hudson - akordeon (4); Paul McCartney - kazoo (5), instr. klawiszowe (8); Linda McCartney - wokal (5,8); Steve Cropper - gitara (7); Tom Hensley - pianino (9); Chuck Findley - waltornia (9)
Producent: Richard Perry


17 lutego 2014

[Recenzja] George Harrison - "Living in the Material World" (1973)



W czasach działalności The Beatles, George Harrison pozostawał w cieniu pozostałych członków grupy, zwłaszcza Lennona i McCartneya. Chociaż już wtedy potrafił zabłysnąć ciekawymi kompozycjami (czego najlepszym przykładem jest przebój "Something"), to dopiero po rozpadzie grupy mógł w pełni rozwinąć skrzydła. Wydany niedługo później, trzypłytowy "All Things Must Pass" potwierdził talent "cichego" Beatlesa. Później przyszła pora na "The Concert for Bangladesh" - zapis pionierskiego występu, będącego wzorem dla późniejszych charytatywnych koncertów w rodzaju Live Aid. Oczekiwania na kolejne dzieło Harrisona były zatem spore. Muzyk jednak się nie śpieszył z wyjściem do studia, w rezultacie czego album "Living in the Material World" ukazał się dopiero w 1973 roku - trzy lata po "All Things Must Pass".

Na poprzednim albumie niemal każdy utwór nagrywany był w innym składzie. Tym razem George'owi w nagraniach towarzyszył tradycyjny zespół, złożony z basisty Klausa Voormanna, perkusisty Jima Keltnera, oraz klawiszowców Nicky'ego Hopkinsa i Gary'ego Wrighta. Jedynie utwór "Try Some, Buy Some" (kompozycja Harrisona, oryginalnie nagrana w 1971 roku przez piosenkarkę Ronnie Spector) został nagrany z innymi muzykami, a w kilku innych kawałkach pojawili się goście - Ringo Starr i saksofonista Jim Horn.

Pod względem muzycznym nie ma wielkiego postępu. "Living in the Material World" to po prostu zbiór zgrabnych, melodyjnych piosenek. Dominują brzmienia akustyczne, a gitara elektryczna przeważnie została wykorzystana tylko w solówkach. Wyjątkiem jest bardziej zadziorny, tytułowy "Living in the Material World". Dominują tu jednak kawałki stylistycznie utrzymane na pograniczu rocka i folku (np. "Give Me Love (Give Me Peace on Earth)", "The Light That Has Lighted the World", "Be Here Now", "The Day the World Gets 'Round"). Zdarzają się jednak wyjątki, jak akustyczny blues "Sue Me, Sue You Blues", albo bardzo chwytliwy, brzmiący nieco beatlesowsko "Don't Let Me Wait Too Long". Od reszty albumu odstają także dwie zanadto przesłodzone ballady, "Who Can See It" i "That Is All". Ale poza nimi ciężko znaleźć tu jakieś słabsze momenty.

Ocena: 7/10



George Harrison - "Living in the Material World" (1973)

1. Give Me Love (Give Me Peace on Earth); 2. Sue Me, Sue You Blues; 3. The Light That Has Lighted the World; 4. Don't Let Me Wait Too Long; 5. Who Can See It; 6. Living in the Material World; 7. The Lord Loves the One (That Loves the Lord); 8. Be Here Now; 9. Try Some, Buy Some; 10. The Day the World Gets 'Round; 11. That Is All

Skład: George Harrison - wokal i gitara, sitar (6,8); Klaus Voormann - bass, kontrabas (8), saksofon (7); Jim Keltner - perkusja (1-8,10,11); Nicky Hopkins - instr. klawiszowe (1-8,10,11); Gary Wright - instr. klawiszowe (1-6,8-9,11)
Gościnnie: Ringo Starr - perkusja (4,6,10); John Barham - aranżacja orkiestry i chóru (5,9-11)Jim Horn - saksofon i flet (6,7); Zakir Hussain - tabla (6); Pete Ham - gitara (9); Jim Gordon - perkusja i tamburyn (9); Leon Russell - pianino (9)
Producent: George Harrison; Phil Spector (9)


11 lutego 2014

[Recenzja] John Lennon - "Imagine" (1971)



Już ze względu na sam utwór tytułowy, jest to album, obok którego nie można przejść obojętnie. Fortepianowa ballada "Imagine", ze swoim utopijnym tekstem, to bez wątpienia nie tylko najbardziej znany utwór Lennona, ale także z dyskografii wszystkich ex-Beatlesów. Longplay obroniłby się jednak i bez tego kawałka. Nawet wśród samych ballad, "Imagine" ma mocną konkurencję. W pierwszej kolejności wspomnieć trzeba "Jealous Guy", także spory przebój. Kawałek powstał jeszcze w czasach "Białego albumu" (oryginalnie nosił tytuł "Child of Nature"). Ładna rzecz, ale wbrew oczekiwaniom mało beatlesowska. Z twórczością tego zespołu o wiele więcej ma wspólnego inna ballada, przepiękna "Oh My Love". To jeden z pięciu utworów, w których zagrał George Harrison. Charakterystyczne brzmienie jego gitary jeszcze bardziej podkreśla te skojarzenia. Na albumie znalazł się jeszcze jeden spokojniejszy fragment, trochę przesłodzony, ale w sumie udany, "How?".

Z mocniejszych fragmentów płyty na najwięcej uwagi zasługuje "How Do You Sleep?". Momentami wręcz hardrockowy, ale za sprawą gitary Harrisona znów wraca beatlesowski klimat. Szkoda tylko, że pod względem tekstowym, jest to brutalny atak na Paula McCartneya (który jednak sam zaczął wojnę swoim kawałkiem "Too Many People"). Umieszczenie takiej kompozycji na jednym longplayu z pokojowym hymnem "Imagine" to wręcz hipokryzja. Pod względem muzycznym "How Do You Sleep?" jest jednak naprawdę świetne. Swoje ostrzejsze oblicze Lennon pokazuje także w "Gimme Some Truth" i bluesowym "It's So Hard". Jednak w tym drugim gitara ustępuje miejsca zadziornym partiom saksofonu.

Na wyżyny swoich możliwości Lennon wspina się także w świetnym "I Don't Wanna Be a Soldier Mama I Don't Wanna Die", który ciężko jednoznacznie przypisać do konkretnej stylistyki, jak również w finałowym, bardzo pozytywnym i radosnym "Oh Yoko!". Jedynym fragmentem albumu, do którego jest mi ciężko się przekonać, jest natomiast "Crippled Inside", utrzymany w stylistyce country. Ale przecież nawet Beatlesom zdarzało się umieszczać na płytach słabsze kawałki.

Ocena: 8/10



John Lennon - "Imagine" (1971)

1. Imagine; 2. Crippled Inside; 3. Jealous Guy; 4. It's So Hard; 5. I Don't Wanna Be a Soldier Mama I Don't Wanna Die; 6. Gimme Some Truth; 7. Oh My Love; 8. How Do You Sleep?; 9. How?; 10. Oh Yoko!

Skład: John Lennon - wokal, gitara, pianino i harmonijka
Gościnnie: George Harrison - gitara (5-8), gitara dobro (2); Klaus Voormann - bass, wiolonczela; Alan White - perkusja (1,6-10); Jim Keltner - perkusja (2,3,5); Jim Gordon - perkusja (4); Nicky Hopkins - pianino; King Curtis - saksofon (4,5); John Barham - fisharmonia (4), wibrafon (9);  John Tout - gitara (2); Ted Turner - gitara (2); Rod Linton - gitara (2); Joey Molland - gitara (5); Tom Evans - gitara (5); Rod Linton - gitara (6,10); Andy Davis - gitara (6,10); Michael Pinder - tamburyn (5); Steve Brendell - kontrabas (2), marakasy (5)
Producent: John Lennon, Yoko Ono i Phil Spector


9 lutego 2014

[Recenzja] John Lennon - "John Lennon/Plastic Ono Band" (1970)



John Lennon był drugim Beatlesem (po George'u Harrisonie), który nagrał coś na własny rachunek (singiel "Give Peace a Chance" z lipca 1969 roku), ale ostatnim, który dorobił się pełnoprawnego solowego debiutu. "John Lennon/Plastic Ono Band" ukazał się dopiero w grudniu 1970 roku (tego samego dnia wydany został także bliźniaczy "Yoko Ono/Plastic Ono Band"). Wcześniej Lennon nagrał trzy eksperymentalne płyty, sygnowane wspólnie z Yoko Ono. Na szczęście, szybko zatęsknił za bardziej konwencjonalną muzyką, czego pierwszym objawem - nie licząc singli - był koncertowy album "Live Peace in Toronto 1969" wydany równo rok przed studyjnym debiutem. Towarzyszył mu na nim zespół Plastic Ono Band, złożony z gitarzysty Erica Claptona, basisty Klausa Voormanna i perkusisty Alana White'a (co ciekawe, cała trójka wystąpiła chwilę później także na "All Things Must Pass" George'a Harrisona).

Przed przystąpieniem do nagrania "John Lennon/Plastic Ono Band" skład Plastic Ono Band zdążył się znacząco zmienić - nie było już w nim Claptona i White'a, doszedł natomiast Ringo Starr. Obecność perkusisty Beatlesów nie oznacza jednak, że jest to płyta brzmiąca beatlesowsko. Wyjątek stanowią dwa utwory. Krótki, niespełna dwuminutowy "Hold On", budzący skojarzenia z utworem "Sun King" z albumu "Abbey Road", za sprawą podobnego klimatu i użycia gitarowego efektu tremolo. A także "Look at Me", napisany jeszcze w czasach "Białego albumu". Ciężko jednak szukać na tym albumie bogatych harmonii wokalnych, a i pod względem muzycznie jest dość prosto, wręcz surowo (choć nie jest to ascetyzm solowego debiutu Paula McCartneya). Co może dziwić, jeśli wziąć pod uwagę, że współproducentem longplaya jest Phil Spector, twórca tzw. "ściany dźwięku". W aranżacjach dominującym instrumentem często jest pianino (np. "Mother", "Love", "God") lub gitara akustyczna ("Working Class Hero", "Look at Me"), z odpowiednio stonowaną grą sekcji rytmicznej lub jej brakiem. Choć nie brakuje też bardziej dynamicznych kawałków, z przybrudzonym brzmieniem gitary i mocniejszym rytmem ("I Found Out", "Well Well Well").

Jeszcze bardziej od beztroskich piosenek Beatlesów odbiega warstwa tekstowa albumu. Lennon rozlicza się tutaj ze swoją przeszłością, śpiewa o porzuceniu przez rodziców ("Mother", "My Mummy's Dead") czy o utracie ideałów ("God"). Czuć w tych utworach szczere emocje, zaangażowanie. Ich depresyjny nastrój naprawdę porusza. John dotyka tu także problemów społecznych, czego najlepszym przykładem dotyczący różnic klasowych "Working Class Hero", kojarzący się z twórczością Boba Dylana. Tutaj akurat pojawia się całkiem nośna melodia i utwór mógłby być radiowym hitem, gdyby nie dosadny tekst, w którym Lennon nie przebiera w słowach. Na albumie nie brakuje jednak lżejszych tekstowo utworów, jak optymistyczny "Hold On", czy przepiękne ballady "Love" i "Look at Me".

Ocena: 8/10



John Lennon - "John Lennon/Plastic Ono Band" (1970)

1. Mother; 2. Hold On; 3. I Found Out; 4. Working Class Hero; 5. Isolation; 6. Remember; 7. Love; 8. Well Well Well; 9. Look at Me; 10. God; 11. My Mummy's Dead

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Klaus Voormann - bass; Ringo Starr - perkusja
Gościnnie: Phil Spector - pianino (7); Billy Preston - pianino (10)
Producent: John Lennon, Yoko Ono i Phil Spector


8 lutego 2014

[Recenzja] Paul McCartney - "McCartney" (1970)



Po pełnych rozmachu albumach "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" i "The Beatles", Paul McCartney uważał, że kolejny longplay Beatlesów powinien być prostszy, bliższy korzeni grupy. Projekt, początkowo nazwany "Get Back", został jednak na jakiś czas porzucony, gdyż sesje nagraniowe nie dawały zadowalających efektów. Zespół rozpoczął pracę nad innym materiałem, czego efektem był album "Abbey Road". Jego wydanie, we wrześniu 1969 roku, zbiegło się z odejściem Johna Lennona (które jednak nie zostało podane do publicznej wiadomości). W styczniu zespół, w trzyosobowym składzie, wrócił do studia, aby dokończyć album "Get Back", przemianowany na "Let It Be". Ówczesny menadżer grupy, Allen Klein, wynajął producenta Phila Spectora, którego rola polegała głównie na wzbogaceniu utworów o przesadnie rozbudowane aranżacje, z wykorzystaniem orkiestry, co całkowicie zrujnowało wizję McCartneya. Jedynym Betalesem, z którym Klein skontaktował się w sprawie zatrudnienia Spectora, był... Lennon.

Nic zatem dziwnego, że Paul McCartney postanowił wydać album solowy, na którym w końcu zrealizuje swój pomysł. Przebył jednak długą i krętą drogę, zanim to zrobił. W związku z nieuchronnym rozpadem grupy, muzyk popadł w depresję. W końcu jednak, dzięki pomocy swojej żony, Lindy, wziął się do pracy. Problemy w tym miejscu bynajmniej się nie skończyły. Premiera albumu "McCartney" została zaplanowana na kwiecień - kilka tygodni przed premierą "Let It Be". Allen Klein, ale też pozostali członkowie The Beatles, próbowali przekonać McCartneya do przesunięcia daty wydania na późniejszy termin. Muzyk się nie ugiął, za to łatwiej podjął inną decyzję. Do recenzenckich kopii longplaya, przekazanych dziennikarzom 10 kwietnia 1970 roku (tydzień przed oficjalną premierą), Paul dołączył list napisany w formie wywiadu z samym sobą, w którym ogłosił swoje odejście z The Beatles. Był to ostateczny koniec grupy.

Tyle historii, przejdźmy do albumu. "McCartney" to płyta bardzo surowa, wręcz ascetyczna. Właściwie mamy do czynienia z demówką, nagraną przez samego Paula, grającego na wszystkich instrumentach (tylko wokalnie wsparła go Linda), w warunkach domowych, na czterośladowym magnetofonie. Wiele utworów powstawało na bieżąco, podczas rejestrowania ich. Nie powinno więc dziwić, że część z nich brzmi jak niedokończone szkice - czego najlepszym przykładem otwierający album "The Lovely Linda", którego czas trwania nie przekracza minuty. Kolejne kompozycje cechuje podobna prostota. Czasem zdarza się, że kompozycji brakuje choćby namiastki melodii (instrumentalny "Valentine Day", eksperymentalny "Kreen-Akrore").

Za pierwszy utwór z prawdziwego zdarzenia można uznać "Every Night" - uroczą kompozycję, będącą dalekim echem wspaniałych piosenek pisanych przez McCartneya dla The Beatles. A propos, na albumie znalazły się dwie kompozycje, które miały stać się utworami Beatlesów: "Junk" i "Teddy Boy". Oba powstały podczas słynnego pobytu grupy w Indiach i były nagrywane przez zespół podczas sesji do "Białego albumu" i "Get Back". Oba wypadają jednak dość blado, więc nie dziwi ich odrzucenie. Do ciekawszych momentów longplaya zaliczyć można za to instrumentalny blues "Momma Miss America" oraz instrumentalna wersja "Junk" - "Singalong Junk", wypadająca znacznie ciekawiej od wersji ze śpiewem. Prawdziwą perłą jest jednak kompozycja "Maybe I'm Amazed" - jedyna z dopracowaną aranżacją i naprawdę wyrazistą melodią. To jeden z największych solowych przebojów McCartneya. Na singlu został jednak wydany dopiero w 1977 roku, w koncertowej wersji z albumu "Wings over America".

Mimo kilku fajnych fragmentów, "McCartney" to bardzo rozczarowujący debiut. Po autorze takich kompozycji, jak np. "All My Loving", "Yesterday", "Yellow Submarine", "Hey Jude" czy "Let It Be", można by oczekiwać znacznie więcej.

Ocena: 5/10



Paul McCartney - "McCartney" (1970)

1. The Lovely Linda; 2. That Would Be Something; 3. Valentine Day; 4. Every Night; 5. Hot as Sun/Glasses; 6. Junk; 7. Man We Was Lonely; 8. Oo You; 9. Momma Miss America; 10. Teddy Boy; 11. Singalong Junk; 12. Maybe I'm Amazed; 13. Kreen-Akrore

Skład: Paul McCartney - wokal, gitara, bass, perkusja i instr. klawiszowe; Linda McCartney - dodatkowy wokal
Producent: Paul McCartney


6 lutego 2014

[Artykuł] Płyty winylowe vs. kompaktowe

Każdy nośnik muzyki, czy to analogowy czy cyfrowy, ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. W niniejszym tekście porównam dwa najpopularniejsze (przynajmniej w jakimś czasie) nośniki - płyty winylowe, zwane także analogowymi, oraz kompaktowe, czyli w skrócie CD. Poniższe porównanie składa się z kilku kategorii, a w każdej z nich dany nośnik może zdobyć maksymalnie dwa punkty (możliwa jest wygrana 2:0 lub remis 1:1). Wynik - który był z góry ustalony - nie ma nikogo przekonać do wyższości jednego nośnika nad drugim. Jest to jedynie moja subiektywna opinia.



1. WYGLĄD
Czyli duże okładki płyt winylowych, na których bez problemu można dostrzec każdy szczegół, przeciwko malutkim okładkom CD, zapakowanych w brzydki, kanciasty plastik. Ma to ogromne znaczenie zwłaszcza w przypadku kompaktowych reedycji albumów oryginalnie wydanych w czasach przedkompaktowych. Czy można się zachwycić malutkimi reprodukcjami okładek np. "Sierżanta Pieprza" Beatlesów, albo "Somewhere in Time" Iron Maiden? Bez mikroskopu nie sposób dostrzec wszystkich zawartych tam szczegółów. 
Winyl: 2
CD: 0

2. BRZMIENIE
Głębokie, czyste brzmienie winyli jest nieporównywalne z płaskim brzmieniem CD. O ile oczywiście nie jest to współczesna analogowa reedycja - w ich przypadku nie ma wielkiej różnicy, w porównaniu z brzmieniem CD. Jednak w przypadku oryginalnych wydań różnica jest ogromna.
Winyl: 2
CD: 0


3. POJEMNOŚĆ
Wydawałoby się, że w tej kategorii 80-minutowa płyta CD jest niekwestionowanym liderem - na dwustronowym winylu mieści się opcjonalnie około 45 minut. Jak jednak mówi przysłowie: "Co za dużo, to niezdrowo". Kiedy na początku lat 90. kompakty stały się głównym nośnikiem dla muzyki, niemal całkowicie wypierając winyle, większość wykonawców zaczęła nagrywać dłuższe albumy - czego rezultatem jest większa ilość wypełniaczy na większości wydawanych od tamtego czasu longplayów. Mniejsza pojemność analogów nie koniecznie jest wadą - zawsze przecież można wydać album dwupłytowy. Tak się robiło w czasach dominacji płyt winylowych, jeżeli miało się zbyt dużo dobrego materiału. Ale nigdy nie nagrywało się na siłę długich albumów.
Winyl: 1
CD: 1

4. PRAKTYCZNOŚĆ
To największa zaleta kompaktów - nie zajmują wiele miejsca, w przeciwieństwie do wielkich winyli.
Winyl: 0
CD: 2

5. AWARYJNOŚĆ
Głównym zarzutem wobec płyt winylowych jest ich rzekoma awaryjność. Rzeczywiście są bardziej podatne na zarysowania. Jednak większość rysek nie ma żadnego wpływu na ich brzmienie, a te bardziej poważne objawiają się trzaskami, które rzadko obniżają jakość muzyki. Tymczasem porysowanych płyt CD w wielu odtwarzaczach w ogóle nie da się odczytać. Druga kwestia to sprzęt. Zabrudzoną igłę zawsze można wyczyścić, a w najgorszym wypadku - wymienić (i tak trzeba to robić co jakiś czas). Gorzej kiedy uszkodzi się laser w odtwarzaczu CD. Miałem taką sytuację dwukrotnie. Za pierwszym razem odtwarzacz nadawał się tylko do śmietnika, bo nie produkowano już pasującego lasera. Nowy odtwarzacz po kilku miesiącach trzeba było zawieźć do serwisu, bo przestał wczytywać płyty. Igłę w gramofonie można wymienić w domu, nie trzeba jeździć po żadnych serwisach.
Winyl: 2
CD: 0

6. CENA
Koszt nowych CD i winyli jest podobny. Biorąc jednak pod uwagę brzmienie współczesnych winylowych reedycji (patrz punkt 2.), w ogóle nie należy się do nich zbliżać. Używane kompakty można kupić za grosze, natomiast w przypadku winyli - w stanie nadającym się do słuchania - ceny są już kilkakrotnie, a nawet kilkadziesiąt razy wyższe. Biorąc jednak pod uwagę zalety winyli, wymienione w poprzednich punktach, uważam, że warto zapłacić więcej.
Winyl: 1
CD: 1

WYNIKI:
Winyl: 8 punktów
CD: 4 punkty


4 lutego 2014

[Recenzja] Traffic - "On the Road" (1973)



Druga koncertówka Traffic zawiera materiał zarejestrowany podczas niemieckich występów grupy w kwietniu 1973 roku. Zespół wystąpił w składzie poszerzonym o trzech amerykańskich muzyków sesyjnych związanych z The Muscle Shoals Rhythm Section. Basista David Hood i perkusista Roger Hawkins zajęli miejsca Rica Grecha i Jima Gordona jeszcze przed nagraniem "Shoot Out at the Fantasy Factory". Klawiszowiec Barry Beckett również wystąpił na tamtym albumie, ale tylko w jednym kawałku. Tutaj natomiast jego udział jest znacznie większy, gdyż Steve Winwood częściej pełni rolę gitarzysty. Pierwsze północnoamerykańskie wydanie "On the Road" zawiera tylko jedną płytę, na której znalazły się cztery utwory: po dwa z albumów "The Low Spark of High Heeled Boys" i "Shoot Out at the Fantasy Factory". W pozostałych krajach wydawnictwo ukazało się na dwóch płytach, wzbogacone jeszcze jednym utworem z takiego drugiego albumu, a także dwoma z "John Barleycorn Must Die".

Wybór utworów pozostawia raczej mieszane odczucia. Szczególnie rozczarowuje, że najsilniej reprezentowany jest najnowszy wówczas album. "Tragic Magic", "(Sometimes I Feel So) Uninspired" i tytułowy "Shoot Out at the Fantasy Factory" bardzo jednak w tych wersjach zyskują. nabierają takiego bardziej swobodnego, jamowego charakteru. Zresztą niemal każdy zawarty tu utwór - z wyjątkiem wiernie odegranego "Freedom Rider" - został zaprezentowany w znacznie luźniejszej wersji, z rozbudowanymi partiami solowymi, czy też raczej wzbogaconej o długie fragmenty oparte na zespołowej interakcji. Nie jest to szczególnie wirtuozerskie granie, nie ma tutaj jakiś naprawdę porywających solówek w stylu Cream, Hendrixa, The Allman Brothers Band czy Quicksilver Messenger Service. Jednak muzycy Traffic po prostu biorą udział w nieco innej dyscyplinie - nie próbują ściągać się o najbardziej ekscytujący popis solowy, tylko stawiają raczej na zespołowe budowanie wyluzowanego, ale wyrafinowanego klimatu. I to udaje im się znakomicie. I sprawia, że nawet te utwory, które w wersjach studyjnych wypadają dość bezbarwnie - jak "Glad" czy "Tragic Magic" - tutaj potrafią wciągnąć i sprawić, że słuchaczowi udziela się dobry nastrój, który wyraźnie panował wówczas na scenie.

"On the Road" to bardzo fajne podsumowanie "progresywnego" okresu działalności Traffic. Choć oczywiście niekompletne, bo przecież bardzo ważnym elementem ówczesnej twórczości zespołu były wpływy folkowe, po których tu nie ma śladu. Dlatego też nie jest to wydawnictwo, które mogłoby zająć na półce miejsce "The Low Spark of High Heeled Boys" i "John Barleycorn Must Die" (ale już jako zamiennik "Shoot Out at the Fantasy Factory" sprawdzi się doskonale), a raczej ich udane uzupełnienie. I m.in. z tego tez powodu - ale też z powodu długości i dość specyficznego charakteru - nie jest to najlepsze wydawnictwo na początek znajomości z Traffic. Dyskografię zespołu najlepiej poznawać chronologicznie, od debiutanckiego "Mr. Fantasy" do właśnie "On the Road" (bynajmniej nie ostatniego w dyskografii, choć tak być powinno), ewentualnie poznawać je w losowej kolejności. Ważne tylko, by nie zniechęcać się, jeśli któryś album się nie spodoba, bo właściwie każdy ma nieco inny charakter. A zapewne żaden z nich nie spodoba się już przy pierwszym przesłuchaniu, bo twórczość Traffic dość mocno odbiega od tego, do czego są przyzwyczajeni i czego oczekują polscy słuchacze. Dlatego jest to u nas zespół praktycznie nieznany. A szkoda, bo to była naprawdę świetna grupa.

Ocena: 8/10



Traffic - "On the Road" (1973)

LP1: 1. Glad / Freedom Rider; 2. Tragic Magic; 3. (Sometimes I Feel So) Uninspired
LP2: 1. Shoot Out at the Fantasy Factory; 2. Light Up or Leave Me Alone; 3. The Low Spark of High Heeled Boys

Pierwsze wydanie północnoamerykańskie:
1. The Low Spark of High Heeled Boys; 2. Shoot Out at the Fantasy Factory; 3. (Sometimes I Feel So) Uninspired; 4. Light Up or Leave Me Alone

Skład: Steve Winwood - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Chris Wood - saksofon i flet; Barry Beckett - instr. klawiszowe; David Hood - bass; Roger Hawkins - perkusja; Jim Capaldi - instr. perkusyjne, perkusja (LP2: 3), wokal (LP2: 2)Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Producent: Steve Winwood i Chris Blackwell


3 lutego 2014

[Recenzja] Traffic - "Shoot Out at the Fantasy Factory" (1973)


Czasami czuję brak pomysłów
Czasami czuje się pokonany
Czasami czuję się bardzo zmęczony
Czasami czuję, że mam dość
Sometimes I feel so uninspired
Sometimes I feel like giving up
Sometimes I feel so very tired
Sometimes I feel like I've had enough

Pierwsza zwrotka tekstu "(Sometimes I Feel So) Uninspired" niezwykle szczerze podsumowuje ten album. Począwszy od kolejnej trójwymiarowej okładki, a kończąc na samych utworach, brakuje tutaj dawnej świeżości i energii. Nie dajcie się zmylić mocnemu otwarciu w postaci zaskakująco ciężkiego, ale wyrafinowanego kawałka tytułowego. Reszta albumu jest grana jakby od niechcenia, a poszczególne utwory sprawiają wrażenie rozciągniętych na siłę, bez pomysłu, co sugeruje, że zespół po prostu nie zdołał skomponować wystarczającej ilości materiału. Niby słucha się tego przyjemnie, nic tu właściwie nie drażni, tylko jakoś tak niewiele z tego wszystkiego wynika.

Ocena: 6/10



Traffic - "Shoot Out at the Fantasy Factory" (1973)

1. Shoot Out at the Fantasy Factory; 2. Roll Right Stones; 3. Evening Blue; 4. Tragic Magic; 5. (Sometimes I Feel So) Uninspired

Skład: Steve Winwood - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Chris Wood - saksofon i flet; David Hood - bass; Roger Hawkins - perkusja; Jim Capaldi - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal (2); Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Gościnnie: Barry Beckett - instr. klawiszowe (4); Jimmy Johnson - klarnet (4)
Producent: Steve Winwood


2 lutego 2014

[Recenzja] Traffic - "The Low Spark of High Heeled Boys" (1971)



Doświadczenie zbierane latami przez zespół w pełni zaprocentowało na albumie "The Low Spark of High Heeled Boys" - najwspanialszym wydawnictwie w dorobku Traffic. Już sama trójwymiarowa okładka (w wydaniach winylowych efekt ten został pogłębiony dzięki ścięciu dwóch rogów koperty) zapowiada nietuzinkowy longplay. Zawarta tu muzyka stanowi doskonałe rozwinięcie poprzednich wydawnictw grupy. To wciąż bardzo eklektyczne granie. Czego tu nie ma: jest psychodelia, jazz rock, wyraźne wpływy bluesa i soulu, odrobina hard rocka, a przede wszystkim mnóstwo folku w brytyjskim wydaniu. A wszystko to połączone w spójną całość, o swoim własnym, niepowtarzalnym charakterze. Jest to najbardziej progresywne wydawnictwo Traffic, na którym jednak udało się uniknąć typowych dla prog rocka wad, jak przesadny patos, nadmierne eksponowanie technicznych umiejętności czy też nieuzasadniona rozwiązłość kompozycji. Jest także albumem o zdecydowanie najbardziej brytyjskim klimacie, w odróżnieniu od reszty dyskografii grupy, która czerpie przede wszystkim z amerykańskiej tradycji muzycznej. I dzięki temu longplay ma większą szansę dotrzeć do publiczności także z naszego kraju.

Paradoksalnie, w chwili wydania "The Low Spark of High Heeled Boys" został całkowicie zignorowany przez Brytyjczyków - nie wszedł nawet do notowania najlepiej sprzedających się płyt. Inaczej było w Stanach, gdzie longplay doszedł do 7. miejsca listy Billboardu. Amerykanie bardzo upodobali sobie też jeden ze znajdujących się tutaj utworów. Tytułowe nagranie stało się wielkim przebojem stacji radiowych o profilu album oriented rock, pomimo zupełnie nieradiowej długości dwunastu minut. Było to jednak w czasach, gdy stacje radiowe nadawały muzykę z płyt, które trzeba było nastawiać ręcznie - puszczenie tak długiego utworu dawało DJ-owi parę minut na wyskoczenie do łazienki czy na papierosa. Utwór jednak spodobał się słuchaczom i naprawdę trudno się temu dziwić. Jest tu świetna melodia, autentycznie chwytliwy refren oraz bardzo przyjemne, ciepłe brzmienie, oparte głównie na dźwiękach pianina i saksofonu, a także fantastyczna partia wokalna Steve'a Winwooda, którego soulowa barwa głosu idealnie tu pasuje. Ale w utworze pojawia się też długi fragment instrumentalny, o nieco jazzrockowym charakterze - kojarzący się z twórczością Colosseum czy wykonawców z bardziej przystępnych rejonów sceny Canterbury. Piękny utwór.

Na promującym album singlu wydany został jednak najbardziej energetyczny "Rock 'n' Roll Stew", oparty na dość ciężkim (jak na standardy tego zespołu) gitarowym riffie, nadającym mu trochę hardrockowego charakteru, jednak brzmienie ciekawie urozmaicają perkusjonalia Jima Capladiego i Rebopa Kwaku Baaha. Jest to jeden z dwóch utworów na longplayu, w którym rolę głównego wokalisty pełni Capaldi - zapewne była to rekompensata za to, że muzyk musiał porzucić rolę perkusisty po przyjęciu do składu znacznie bardziej utalentowanego bębniarza, Jima Gordona. O ile jednak w "Rock 'n' Roll Stew" jego zadziorna partia wokalna jest naprawdę fajna, tak w "Light Up or Leave Me Alone" może irytować śpiewanie przez niego znacznie wyższym głosem, niemal falsetem. Sam utwór jest najsłabszym fragmentem longplaya, choć wciąż całkiem niezłym. Rockowa zadziorność spotyka się tu z nieco funkowym rytmem, a niemal całą druga połowę nagrania wypełnia bardzo fajna improwizacja, z gitarowym popisem na tle bogatego akompaniamentu jazzującego pianina elektrycznego, wyrazistego, tanecznego basu i urozmaicających warstwę rytmiczną perkusjonaliów.

Reszta albumu to już klimaty folkowe, w bardzo brytyjskim wydaniu. Już na otwarcie pojawia się nastrojowy, ale na swój subtelny sposób intensywny "Hidden Treasure", z bardzo ładnymi partiami fletu i gitary akustycznej, głębokim basem, mocną perkusją i ciekawie dopełniającymi całość perkusjonaliami, a także wspaniałym śpiewem Winwooda. W "Many a Mile to Freedom" do powyższych elementów dochodzą partie elektrycznej gitary i organów, co sprawia, że mniej jest nastroju, a więcej rockowego charakteru. To jednak wciąż bardzo ładny utwór, z naprawdę dobrą melodią i o dość swobodnej budowie, z fajnymi fragmentami instrumentalnymi. A bardziej nastrojowe granie wraca w finałowym "Rainmaker". Pięknie wypada wokalny duet Winwooda i Capaldiego, który w niemalże szamańskim uniesieniu potarza tytuł utworu. Nie mniej wspaniałe są solowe partie wokalne tego pierwszego we zwrotkach. A towarzyszy im fantastyczny akompaniament fletu, gitary, skrzypiec i rozbudowanej sekcji rytmicznej (dodatkowo poszerzonej o bębniarza Mike'a Kellie), tworzący naprawdę mistrzowski klimat. Ten jednak całkowicie zmienia się w drugiej, instrumentalnej części utworu - jazzrockowym jamie, z dużą ilością saksofonu, gitary i perkusjonaliów. Jest to być może nie tylko najlepszy utwór na tym albumie, ale też w całej dyskografii zespołu.

Porównując "The Low Spark of High Heeled Boys" z poprzednim w studyjnej dyskografii "John Barleycorn Must Die" czy albumami nagranymi w oryginalnym kwartecie, słychać naprawdę spory postęp. To w znacznym stopniu zasługa poszerzenia składu o dodatkowych, zdolnych instrumentalistów, którzy znacznie podnieśli poziom wykonawczy i interesująco wzbogacili brzmienie. Ponadto Winwood i Capaldi (ale też Ric Grech, który współtworzył "Rock 'n' Roll Stew") naprawdę popisali się tym razem jako kompozytorzy, dostarczając najlepszy zestaw utworów w całej swojej karierze. Nie jest to może muzyka o szczególnie wysokich ambicjach, wirtuozerskim wykonaniu i wielkiej oryginalności, ale wystarczająco wyrafinowana, pozbawiona pretensjonalności, świetnie skomponowana, zaaranżowana i zagrana, a także posiadająca swój własny, niepowtarzalny charakter.

Ocena: 9/10



Traffic - "The Low Spark of High Heeled Boys" (1971)

1. Hidden Treasure; 2. The Low Spark of High Heeled Boys; 3. Light Up or Leave Me Alone; 4. Rock 'n' Roll Stew; 5. Many a Mile to Freedom; 6. Rainmaker

Skład: Steve Winwood - gitara, instr. klawiszowe, wokal (1,2,5,6); Chris Wood - flet (1,5,6), saksofon (2,6); Ric Grech - bass, skrzypce (6); Jim Gordon - perkusja; Jim Capaldi - instr. perkusyjne, wokal (3,4,6) Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Gościnnie: Mike Kellie - perkusja (6)
Producent: Steve Winwood


1 lutego 2014

[Recenzja] Traffic - "Welcome to the Canteen" (1971)



Po nagraniu "John Barleycorn Must Die", do Steve'a Winwooda, Chrisa Wooda i Jima Capaldiego dołączył basista Ric Grech (współpracujący już z Winwoodem w Blind Faith), po czym kwartet wyruszył na trasę. W listopadzie 1970 roku grupa dała serię występów w nowojorskim Fillmore East, które zarejestrowano z myślą o albumie koncertowym. Materiał został nawet przygotowany do wydania (na longplay miały składać się utwory "Who Knows What Tomorrow May Bring", "Glad", "Pearly Queen", "Forty Thousand Headmen", "Dear Mr. Fantasy" oraz pochodzący z repertuaru Blind Faith "Can't Find My Way Home"), jednak z niewyjaśnionych przyczyn zrezygnowano z jego publikacji. Po latach część utworów (dwa pierwsze z wyżej wymienionych) dołączono do jednej z reedycji "John Barleycorn Must Die". Reszta materiału do dziś nie została wydana w żadnej formie.

Tymczasem w 1971 roku skład zespołu rozrósł się do septetu. Niespodziewanie na powrót zdecydował się Dave Mason, a nowymi członkami zostali perkusista Jim Gordon i grający na afrykańskich perkusjonaliach Rebop Kwaku Baah. Gordon przejął rolę pełnioną dotąd przez Capaldiego, ale ten ostatni został w zespole jako kolejny perkusjonalista i dodatkowy wokalista (z czasem jego rola jako wokalisty miała jeszcze bardziej wzrosnąć). Siedmioosobowy skład dał tylko sześć występów, zanim Mason postanowił po raz kolejny, tym razem definitywnie, opuścić zespół. Okres ten został jednak podsumowany albumem "Welcome to the Canteen", zawierającym fragmenty dwóch z owych sześciu występów: z 6 czerwca w Croydon oraz z bliżej nieokreślonego lipcowego dnia w Londynie.

Na repertuar "Welcome to the Canteen" składa się sześć utworów: po jednym z pierwszych trzech albumów Traffic ("Dear Mr. Fantasy" z debiutu, "Forty Thousand Headmen" z eponimicznego, "Medicated Goo" z "Last Exit"), ponadto dwa z solowego debiutu Masona, "Alone Together" ("Sad and Deep as You" i "Shouldn't Have Took More Than You Gave") oraz "Gimme Some Lovin'" z repertuaru pierwszego zespołu Winwooda, The Spencer Davis Group.

Materiał jest dość zróżnicowany, stanowi przegląd przez różne oblicza twórczości Traffic. Rozpoczyna się od energetycznego "Medicated Goo", który praktycznie nie różni się od studyjnego pierwowzoru. Zaraz potem następuje delikatna ballada "Sad and Deep as You", zaaranżowana jeszcze bardziej ascetycznie od oryginalnej wersji - partii wokalnej Masona towarzyszy akompaniament jedynie gitary akustycznej i fletu. W takim wykonaniu nagranie wypada jeszcze ładniej, bardziej poruszająco. "Forty Thousand Headmen" zachowuje natomiast swój psychodeliczno-folkowy nastrój, ale tutejsza wersja jest niemal dwukrotnie dłuższa, co wychodzi tylko na dobre. W końcu słychać rozszerzoną sekcję rytmiczną, która bardzo pomaga w zbudowaniu odpowiedniego klimatu. Pop-rockowa piosenka "Shouldn't Have Took More Than You Gave" zagrana została, niestety, dość zachowawczo, choć pewną dodatkową wartością są partie organów Winwooda i saksofonu Wooda, a także ciężka gra Gordona. Fantastycznie wypadają natomiast znacznie rozbudowane wykonania "Dear Mr. Fantasy" i "Gimme Some Lovin'". Ten pierwszy przyciąga uwagę długimi gitarowymi solówkami, przywołującymi klimat hippisowskich czasów. Z kolei drugi został ciekawie unowocześniony, przearanżowany na bardziej funkowy styl; wykazać znów mogła się rozszerzona sekcja rytmiczna, a brzmienie przyjemnie dopełniają partie organów i saksofonu.

"Welcome to the Canteen" to bardzo dobre podsumowanie wczesnego okresu działalności Traffic, ale też w pewnym sensie zapowiedź kolejnych dokonań (w niemal tak samo rozbudowanym składzie). Szkoda tylko, że całość została skondensowana do pojemności jednej płyty winylowej i nie zapowiada się na to, by ukazało się więcej koncertowego materiału z tego okresu.

Ocena: 8/10



Traffic - "Welcome to the Canteen" (1971)

1. Medicated Goo; 2. Sad and Deep as You; 3. Forty Thousand Headmen; 4. Shouldn't Have Took More Than You Gave; 5. Dear Mr. Fantasy; 6. Gimme Some Lovin'

Skład: Steve Winwood - instr. klawiszowe, gitara (3,5), wokal (1,3,5,6); Dave Mason - gitara (oprócz 3), wokal (2,4); Chris Wood - saksofon, flet i instr. klawiszowe; Ric Grech - bass; Jim Gordon - perkusja; Jim Capaldi - instr. perkusyjne i dodatkowy wokal; Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Producent: Traffic