27 lutego 2014

[Recenzja] Yes - "Tales from Topographic Oceans" (1973)



Ian Anderson, lider Jethro Tull (niespokrewniony w wokalistą Yes, Jonem Andersonem), bardzo nie lubił, kiedy określano jego muzykę rockiem progresywnym. Jako człowiek obdarzony sporym poczuciem humoru, postanowił zakpić z krytyków, nagrywając album będący parodią wydawnictw z tego nurtu. Zawartość "Thick as a Brick" miała pokazać w przerysowany sposób wszystkie błędy, jakie popełniają zespoły progresywne. Wyszło jednak zupełnie inaczej - Andersonowi udało się stworzyć album w tym stylu nie popełniając typowych dla niego błędów. I, paradoksalnie, longplay stał się jednym z największych klasyków nurtu. Dlaczego o tym wszystkim tutaj wspominam? Ponieważ zaledwie rok później muzycy Yes zupełnie niezamierzenie nagrali dokładanie taki album, jaki próbował stworzyć Ian Anderson. "Tales from Topographic Oceans" nie tylko pokazuje wszelkie możliwe wady rocka progresywnego, ale wręcz absurdalnie je eksponuje i uwypukla.

Po sukcesie "Close to the Edge", przynajmniej niektórzy członkowie Yes zdecydowanie za bardzo uwierzyli w swoje możliwości. Te jednak pozostawały daleko w tyle za wielkimi ambicjami muzyków. Jon Anderson i Steve Howe, główni twórcy tego materiału, postanowili stworzyć dzieło o prawdziwie symfonicznym rozmachu i uduchowionym klimacie. Zaczęli od napisania tekstów, inspirowanych "Autobiografią jogina" hinduistycznego guru Paramahansy Joganandy. Zafascynowali filozoficzną koncepcją opisującą wszystkie dziedziny ludzkiego życia przez pryzmat czterech aspektów, postanowili stworzyć cztery tematyczne utwory. Następnie już zespołowo pracowali nad warstwą muzyczną. Problem w tym, że pozostali muzycy mieli mieszane odczucia co do całego tego pomysłu. Chris Squire początkowo podchodził do niego bez przekonania, by dopiero z czasem nieco bardziej się zaangażować. Z kolei Rick Wakeman był zdecydowanym przeciwnikiem całej tej koncepcji i praktycznie w ogóle nie brał udziału w procesie tworzenia, a w studiu spędzał tak mało czasu, jak tylko się dało. Nowy w zespole Alan White powstrzymywał się od wyrażania opinii i po prostu robił to, co mu kazano. Brak zgody w zespole na pewno nie ułatwiał prac.

W pewnym momencie, już podczas sesji nagraniowej, stało się jasne, że stworzone kompozycje są zbyt długie, by zmieściły się na jednej płycie winylowej, a jednocześnie za krótkie, by wypełnić dwie płyty. Logicznym posunięciem byłoby skrócenie ich, zostawiając najciekawsze momenty. Zdecydowano się jednak na zupełnie odwrotne posunięcie - rozbudowanie czterech suit, aby każda z nich zajmowała jedną stronę płyty. A czasu było już niewiele, działano więc w pośpiechu, podejmując pochopne i często zupełnie nietrafione decyzje. W praktyce wygląda to tak, że niektóre fragmenty zostały nadmiernie rozciągnięte, a także dodano wiele nowych sekcji, które często zdają się kompletnie do niczego nie pasować. Oczywiście, poszczególne fragmenty utworu nie muszą koniecznie do siebie pasować, a w tak długich nagraniach wręcz wskazane wydają się różne urozmaicenia. Tutaj jednak jest po prostu za dużo różnych motywów, pojawiających się znikąd i do niczego nie prowadzących. Aż trudno uwierzyć, że twórcami tego materiału są niemal dokładnie ci sami muzycy, którzy zaledwie rok wcześniej stworzyli "Close to the Edge", na którym przecież również nie brakuje rozmachu, ale poszczególne utwory rozwijają się w bardzo logiczny i spójny sposób. Tutaj tego zabrakło - utwory są przekombinowane i niezbyt dobrze przemyślane. Tym większa szkoda, że w każdej suicie są naprawdę udane momenty, które same w sobie wypadają znacznie lepiej, niż jako fragmenty większej całości. Na bazie tego materiału spokojnie dałoby się stworzyć kilka zgrabnych, zwartych utworów, które mogłyby wypełnić pojedynczy album, poziomem zapewne nie odstający od takiego "Fragile" czy "Going for the One".

"Tales from Topographic Oceans" to album który do dziś wywołuje kontrowersje. Niewątpliwie ma liczne grono zwolenników, ale nawet wśród wielbicieli rocka progresywnego nie brakuje bardziej sceptycznych słuchaczy (do których sam się zaliczam). Dla przeciwników tego stylu jest natomiast doskonałym argumentem na potwierdzenie ich zdania. W tych osiemdziesięciu minutach jest zawarte właściwie wszystko, za co rock progresywny jest - słusznie lub nie - krytykowany, na czele z  rozwleczonymi utworami przeładowanymi nie zawsze pasującymi do siebie motywami, symfonicznym rozmachem za którym nie idą wystarczające umiejętności kompozytorskie (choć sami muzycy zdają się być przekonani o swoich wybitnych zdolnościach), czy pewną dawką kiczu, w tym konkretnym przypadku wynikającego głównie z uduchowionych, pseudo-inteligenckich tekstów i niektórych brzmień z syntezatorów. Do kompletu zabrakło chyba tylko onanistycznych solówek, choć na upartego można by pewnie jakieś tu znaleźć. Inna sprawa, że ten album jest zupełnie niereprezentatywny dla klasycznego, tego prawdziwie - a nie tylko z nazwy - progresywnego prog rocka. 

Ocena: 5/10



Yes - "Tales from Topographic Oceans" (1973)

1. The Revealing Science of God (Dance of the Dawn); 2. The Remembering (High the Memory); 3. The Ancient (Giants Under the Sun); 4. Ritual (Nous sommes du soleil)

Skład: Jon Anderson - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Steve Howe - gitara, elektryczny sitar, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Yes i Eddy Offord


26 lutego 2014

[Recenzja] Yes - "Yesssongs" (1973)



Kilka miesięcy po ogromnym sukcesie albumu "Close to the Edge", do sprzedaży trafiło kolejne wydawnictwo Yes. "Yessongs" to album koncertowy, zawierający fragmenty dwóch najświeższych wówczas tras koncertowych zespołu. Najbardziej zaskakujące są rozmiary tego wydawnictwa - oryginalne winylowe wydanie składa się z aż trzech płyt (kompaktowe reedycje składają się z dwóch płyt) o łącznej długości przekraczającej dwie godziny. Jeszcze większe zdziwienie następuje po spojrzeniu na zawartość, gdy okazuje się, że repertuar w zdecydowanej większości składa się z utworów oryginalnie wydanych na... trzech longplayach: "The Yes Album", "Fragile" i "Close to the Edge". Ten ostatni jest tu zdublowany w całości, z "The Yes Album" brakuje tylko dwóch mniej istotnych fragmentów ("Clap", "A Venture"), a z "Fragile" zabrakło miejsca dla całkiem przecież udanego "South Side of the Sky" i większości miniatur.

Trzy utwory - "Perpetual Change" oraz połączone "Long Distance Runaround" i "The Fish (Schindleria Praematurus)" - zostały zarejestrowane jeszcze podczas trasy promującej album "Fragile", prawdopodobnie podczas jednego (lub obu) nowojorskich występów w lutym 1972 roku. Mamy tu zatem do czynienia z klasycznym składem Yes, obejmującym Jona Andersona, Chrisa Squire'a, Steve'a Howe'a, Ricka Wakemana, a także Billa Bruforda, który wkrótce po nagraniu "Close to the Edge" przeszedł do King Crimson. Na trasie promującej to wiekopomne dzieło zastąpił go Alan White. Właśnie w jej trakcie, pod koniec 1972 roku, zarejestrowano pozostałe z zamieszczonych tu nagrań.

Tutejsze wykonania odbiegają zwykle od swoich studyjnych pierwowzorów, często są od nich bardziej rozbudowane. Zyskują zwłaszcza kompozycje z "The Yes Album", na czele z "Perpetual Change", "Yours Is No Disgrace" i "Starship Trooper", które brzmią tutaj dojrzalej i bardziej porywająco. Jak się okazuje, zespół który w studiu wręcz przesadnie analizował każdy dźwięk, świetnie odnajdywał się także podczas dość spontanicznych występów, niepozbawionych improwizowanych fragmentów (wskazać trzeba tu przede wszystkim "The Fish"). I pokazanie grupy od takiej strony to największa zaleta tego wydawnictwa. Niepozbawionego niestety wad. Największym rozczarowaniem jest takie sobie brzmienie całości. W dodatku słychać, że utwory pochodzą z różnych występów. Nie przekonują mnie także jedyne repertuarowe niespodzianki, czyli dwa utwory niepochodzące z żadnego z trzech wymienionych albumów. "Opening" to po prostu puszczony z taśmy fragment orkiestrowego wykonania "Ognistego ptaka" Igora Stravinskiego (zespół zaczął otwierać w ten sposób koncerty po śmierci kompozytora w kwietniu 1971 roku). Koszmarnie wypada natomiast pretensjonalna, pseudo-klasycyzująca solówka Ricka Wakemana, oparta na fragmentach jego solowego debiutu "The Six Wives of Henry VIII", w której nie brakuje też tandetnych brzmień z syntezatora.

"Yesssongs", mimo swoich niewątpliwych wad, to całkiem udane podsumowanie szczytowego momentu kariery Yes. Jest to jednak wydawnictwo przede wszystkim dla wielbicieli zespołu. Ze względu na swoją obszerność, kompletnie nie nadaje się jako pozycja, od której można by zacząć poznawanie twórczości grupy. Zaś pomimo swojej obszerności, nie sprawdzi się najlepiej w roli best-ofu dla osób chcących mieć na półce tylko jedno wydawnictwo Yes (głównie dlatego, że brzmieniowo znacznie ustępuje studyjnym albumom). W obu przypadkach lepiej zaopatrzyć się w dwa longplaye: "Close to the Edge" i "Fragile".

Ocena: 7/10



Yes - "Yesssongs" (1973)

LP1: 1. Opening (Excerpt from 'Firebird Suite'); 2. Siberian Khatru; 3. Heart of the Sunrise; 4. Perpetual Change; 5. And You and I (Cord of Life / Eclipse / The Preacher the Teacher / The Apocalypse)
LP2: 1. Mood for a Day; 2. Excerpts from 'The Six Wives of Henry VIII'; 3. Roundabout; 4. I've Seen All Good People (Your Move / All Good People); 5. Long Distance Runaround / The Fish (Schindleria Praematurus)
LP3: 1. Close to the Edge (The Solid Time of Change / Total Mass Retain / I Get Up, I Get Down / Seasons of Man); 2. Yours Is No Disgrace; 3. Starship Trooper (Life Seeker / Disillusion / Würm)

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja (oprócz (1.4, 2.5); Bill Bruford - perkusja (1.4, 2.5)
Producent: Yes i Eddie Offord


24 lutego 2014

[Recenzja] Yes - "Close to the Edge" (1972)



Kształtowanie i doskonalenie własnego stylu zajęło grupie Yes dobrych kilka lat i wymagało pewnych zmian w składzie. Jednak w końcu, na początku 1972 roku, zespół był gotowy, by stworzyć prawdziwie wielkie dzieło. "Close to the Edge" to bez wątpienia jedno z największych osiągnięć w szeroko pojętej muzyce rockowej i jedna z wizytówek progresywnego nurtu. Niespełna czterdziestominutowe dzieło, składające się z trzech rozbudowanych utworów, dopracowanych w najmniejszym szczególe. W komponowanie materiału zaangażowani byli wszyscy muzycy (choć największy wkład mieli Jon Anderson i Steve Howe). Następnie cały zespół godzinami dyskutował nad każdym fragmentem, wymieniając się swoimi pomysłami aranżacyjnymi i wspólnie wybierając najlepszy. Taka metoda doskonale się tu sprawdziła, jednak jej zdecydowanym przeciwnikiem okazał się Bill Bruford, zafascynowany jazzem i preferujący bardziej spontaniczne podejście. Tuż po zakończeniu nagrań, zdecydował się opuścić Yes, przyjmując propozycję dołączenia do King Crimson.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia najdłuższy utwór, jaki zespół do tamtej pory skomponował, blisko 19-minutowy "Close to the Edge". Zespół faktycznie niebezpiecznie zbliża się tu do krawędzi... Nie tylko w kwestii autentycznie progresywnego poszerzania granic muzyki rockowej, ale także poprzez podejmowanie ryzykowanych decyzji, które łatwo mogły doprowadzić do pogrążenia się w chaosie, pretensjonalności i kiczu. Chaos mógł wyniknąć z połączenia bardzo różnych inspiracji - jest tu oczywiście rock, są elementy jazzowej improwizacji (pożyczone od grupy Mahavishnu Orchestra, z którą Yes wspólnie koncertował), momentami pojawia się reggae'owa rytmika, a przede wszystkim słychać wyraźny wpływ muzyki klasycznej (Anderson zasłuchiwał się wówczas w twórczości Jeana Sibeliusa). Bezpośrednio z tego ostatniego wynika monumentalny charakter utworu, od czego był już tylko krok do bombastyczności. Do kiczu mogło natomiast doprowadzić pójście w bardziej uduchowionym kierunku, niejako sugerowanym przez pseudo-poetycki tekst inspirowany powieścią "Siddhartha" Hermanna Hessego, a łatwym do osiągnięcia przy zastosowanym tutaj instrumentarium, obejmującym m.in. elektryczny sitar, syntezator, melotron i kościelne organy.

A jednak zespół wykazał się tutaj niesamowita wyobraźnią muzyczną, unikając zastawionych przez siebie pułapek. I to tak naprawdę głównie dzięki sięgnięciu po bardzo oszczędne środki wyrazu (co dobrze koresponduje z wyjątkowo ascetyczną okładką Rogera Deana). Cały utwór oparty jest na niewielu motywach, które powracają w mniej lub bardziej przetworzonej formie. Jednocześnie cały czas coś się tutaj dzieje, pojawiają się częste zmiany rytmu, tempa czy nastroju - zespół kilkakrotnie przechodzi płynnie z mocniejszych fragmentów, o czasem dysonansowej fakturze, do momentów subtelnych, granych w doskonałej harmonii (i na odwrót). A przy całej tej różnorodności, wynikającej także z rozległych inspiracji zespołu, udało się stworzyć dzieło niezwykle spójne, doskonale przemyślane pod każdym względem. Nie ma tu przy tym żadnego niepotrzebnego przedłużania, ciągnięcia zbyt długo jednego wątku czy zbytecznych dźwięków. Nawet solowe partie instrumentalistów są wyjątkowo powściągliwe, bardzo treściwe, bez zbędnego popisywania się umiejętnościami, a przy tym naprawdę porywające. Duży nacisk został położony na zespołową współpracę (także we fragmentach, gdzie muzycy pozornie grają w niedopasowany do siebie sposób). Nie brakuje tu zachwycających momentów, kiedy instrumentaliści wspinają się na wyżyny swoich umiejętności wykonawczych, prezentują ciekawe pomysły aranżacyjne, lub pokazują zdolność tworzenia naprawdę zgrabnych melodii.

Sam utwór tytułowy w zupełności by wystarczył, by "Close to the Edge" stał się albumem klasycznym. Ale przecież są tu jeszcze dwa bynajmniej nie mniej atrakcyjne nagrania. Niezwykłej urody ballada "And You and I" charakteryzuje się jeszcze większą oszczędnością. Oparta głównie na partiach gitary akustycznej Howe'a (nadających wyraźnie folkowego charakteru) i śpiewie Andersona, a w mniejszym stopniu na dźwiękach syntezatora i melotronu Wakemana oraz subtelnej grze sekcji rytmicznej. I tak sobie spokojnie płynie przez dziesięć minut, przeplatając w różnych wariacjach te same motywy. A jednak nie sposób nazwać tego utworu nudnym czy monotonnym. Zespół ponownie zadbał o to, by żaden fragment nie był przeciągany na siłę, by całość posiadała odpowiednią dynamikę. "Siberian Khatru" to dla odmiany utwór bardziej energetyczny, ostrzejszy brzmieniowo. Inspiracją był balet "Ognisty ptak" Igora Strawinskiego, ale ponadto w warstwie rytmicznej słychać wyraźny wpływ funku, a gitara momentami brzmi pod Hendrixa. Są też smaczki w rodzaju solówek na elektrycznym sitarze i klawesynie, a także wokalne wielogłosy (trochę nawet kojarzące się z Gentle Giant). I wszystko to ponownie tworzy bardzo spójną całość, bez żadnych dłużyzn, bez przesadnego popisywania się technicznymi umiejętnościami, choć oczywiście wszystko jest bardzo sprawnie wykonane. Znów pojawia się parę świetnych, treściwych solówek, ale nacisk został położony przede wszystkim na zespołową współpracę, ponownie doskonałą, zwłaszcza w nierzadkich tu fragmentach polirytmicznych.

"Close to the Edge" to naprawdę niegłupio skomponowana, zaaranżowana i wykonana muzyka. Rozbudowane, wielowątkowe kompozycje, czerpiące z bardzo różnej muzyki, charakteryzują się niezwykłą spójnością. Jest to muzyka niewątpliwie progresywna - w pierwotnym znaczeniu tego określenia, a nie grania w ściśle określony sposób - a przy tym pozbawiona częstych w takiej muzyce błędów (choć naprawdę niewiele brakowało, by zespół je popełnił). Najzabawniejsze, że zrozumienie tego wszystkiego zajęło mi mnóstwo czasu i wymagało kompletnego przewartościowania w podejściu do muzyki, ale w końcu doceniłem ten album. Do tego stopnia, że właściwie nie potrafię tu wskazać żadnych słabych punktów.

Ocena: 10/10



Yes - "Close to the Edge" (1972)

1. Close to the Edge; 2. And You and I; 3. Siberian Khatru

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara, sitar, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Yes i Eddy Offord


22 lutego 2014

[Recenzja] Yes - "Fragile" (1971)



Na "Fragile" wszystko znalazło się na właściwym miejscu. Na pewno pod względem personalnym. Do obozu Yes dołączyły dwie istotne postacie. Pierwsza z nich to Roger Dean, autor charakterystycznych okładek (choć na początku lat 70. jego rozpoznawalny styl dopiero powoli się kształtował). Druga to Rick Wakeman, następca Tony'ego Kaye'a, którego pozbyto się na samym początku sesji nagraniowej, gdy odmówił korzystania z syntezatorów i melotronu. Nowemu klawiszowcowi zdecydowanie bardziej odpowiadała artystyczna wizja Jona Andersona i Chrisa Squire'a, zaś jego klasyczne wykształcenie (a przynajmniej jego namiastka, gdyż studiów nie ukończył) okazało się bardzo pomocne przy tworzeniu przez zespół coraz bardziej złożonych form muzycznych. Z drugiej strony, Wakeman miał skłonność do przesadnego popisywania się swoimi umiejętnościami, a także często wykazywał nie najlepszy gust w dobrze brzmień, wnosząc do muzyki zespołu trochę za dużo patosu i kiczu. To jednak głównie na późniejszych wydawnictwach. "Fragile" jest od tego niemalże wolny.

To także na tym albumie wszystko zaczęło właściwie układać się pod względem muzycznym. Zespół zaprezentował prawdziwie progresywne dzieło, śmiało odchodzące od utartych schematów. Pewnym mankamentem jest jednak, że na składającej się z dziewięciu nagrań płycie, znalazły się tak naprawdę tylko cztery pełnowartościowe utwory. Pozostałe to trwające od trzydziestu sekund do trzech minut miniaturki, będące popisami poszczególnych muzyków zespołu (nagrane przez nich samodzielnie lub z pomocą innych członków). Każda z nich ma zupełnie inny charakter, czasem zupełnie nie pasując do reszty albumu i tym samym psując jego spójność. Tymczasem te bardziej rozbudowane nagrania bardzo dobrze do siebie pasują - styl zespołu w końcu w pełni się wykrystalizował. Zachowane zostały wszystkie jego najlepsze elementy: potężna, ale finezyjna, często ciekawie połamana gra Billa Bruforda na perkusji; melodyjne, wyraziste partie basu Chrisa Squire'a; sprawne poruszanie się po różnych technikach gry na gitarze w wykonaniu Steve'a Howe'a; a także rozpoznawalny głos Jona Andersona. Tutaj dochodzi do tego szersza paleta brzmień klawiszowych i sposób gry Wakemana wykraczający poza typowo rockowe zagrywki. Ponadto zespół nauczył się tworzyć znacznie bardziej przemyślane kompozycje i dopracowane aranżacje.

Wszystkie pełnoprawne utwory (napisane głównie przez Andersona, z pomocą Howe'a, Squire'a lub Bruforda, a zaaranżowane przez cały zespół) wypadają naprawdę udanie. Rozpoczynający album "Roundabout" co rusz zaskakuje kolejnymi zmianami motywów, rytmu czy nastroju, a przy tym tworzy bardzo spójną całość, wyróżniającą się świetną grą całego zespołu i dobrą melodią. W podobny sposób skonstruowany został finałowy "Heart of the Sunrise". Tutaj najbardziej przydało się muzyczne przygotowanie Wakemana - utwór nawiązuje do klasycznej formy ronda, z powracającym głównym tematem i dodatkowymi sekcjami o różnym charakterze, z licznymi instrumentalnymi ornamentami. We fragmentach wokalnych ponownie zwraca uwagę dobre wyczucie melodii. Prostszą budowę ma "South Side of the Sky" - w zasadniczej części jest to właściwie bardzo chwytliwy utwór o niemalże hardrockowym brzmieniu, ale wzbogacony łagodniejszym, stopniowo budującym napięcie interludium (w tym fragmencie trochę irytuje mnie wokaliza Andersona). A najkrótszy z tej czwórki "Long Distance Runaround" to już właściwie nagranie o bardziej piosenkowym charakterze, z kolejną świetną melodią, ale także niebanalną pracą instrumentalistów, momentami grających polimetrycznie. Bezpośrednim przedłużeniem utworu jest "The Fish (Schindleria Praematurus)", będący przede wszystkim świetnym popisem Squire'a, podpisanego jako autor tego fragmentu.

Miniatury pozostałych czterech muzyków są całkowicie wyodrębnionymi utworami. Najbardziej wartościowym z nich jest propozycja Wakemana, "Cans and Brahms". Z powodu podpisanego wcześniej kontraktu, klawiszowiec nie mógł zamieścić tu autorskiej kompozycji, więc zdecydował się na interpretację fragmentu "IV Symfonii e-moll" Johannesa Brahmsa. Muzyk dokonał transkrypcji oryginalnych partii na przeróżne instrumenty klawiszowe: elektryczne pianino, organy i klawesyn, fortepian oraz syntezator, zastępując nimi instrumenty smyczkowe i dęte. Pomimo strywializowanego brzmienia, wyszło całkiem ładnie, bez przesadnej pompy. Inna sprawa, że fragment ten kompletnie nie pasuje do reszty albumu. Identyczny problem dotyczy "Mood for a Day", zagranego przez Howe'a na gitarze akustycznej. Tym razem muzyk nie popisuje się graniem mnóstwem różnych technik (jak w "Clap" z "The Yes Album"), dzięki czemu brzmi to bardzo zgrabnie i przemyślanie. Tylko wydaje zupełnie wyrwane z kontekstu w porównaniu z resztą longplaya. Mocno połamany rytmicznie "Five Per Cent for Nothing" Bruforda to zaledwie półminutowy przerywnik, który łatwo wziąć przez pomyłkę za wstęp do rozbrzmiewającego po nim "Long Distance Runaround". Problematycznym kawałkiem jest też "We Have Heaven", zarejestrowany w pełnym składzie, ale będący przede wszystkim popisem Andersona - warstwa wokalna składa się tutaj z kilku nakładających się na siebie, zapętlonych ścieżek. To kolejny przerywnik nie wnoszący nic sensownego do całości, za to irytujący swoją repetycyjnością.

"Fragile" to pierwszy prawdziwie dojrzały album Yes. Dopiero w tym składzie zespół zdołał zrealizować swoje ambicje grania muzyki niebanalnie odchodzącej od powszechnie przyjętych schematów, prawdziwie progresywnej, a jednocześnie bardzo przystępnej. W porównaniu z wcześniejszymi wydawnictwami słychać bardzo duży postęp, zarówno w kwestii komponowania rozbudowanych, a przy tym przemyślanych utworów, jak i tworzenia atrakcyjnych melodii. To jednak jeszcze nie tutaj muzycy osiągnęli szczyt swoich możliwości. "Fragile" zdecydowanie nie jest pozbawiony wad, nie wszystkie z zaprezentowanych pomysłów są trafione, niektóre po prostu nie pasują do całości. Niemniej jednak można uznać ten album za pierwszy artystyczny sukces Yes. Komercyjny sukces również był znaczny: longplay doszedł do 7. miejsca w Wielkiej Brytanii i 4. w Stanach, został też odnotowany na listach w paru innych krajach, a promujący go singiel ze skróconą wersją "Roundabout" (i "Long Distance Runaround" na stronie B) okazał się największym amerykańskim przebojem zespołu w latach 70., dochodząc do 13. miejsca listy Billboardu. 

Ocena: 8/10



Yes - "Fragile" (1971)

1. Roundabout; 2. Cans and Brahms; 3. We Have Heaven; 4. South Side of the Sky; 5. Five Per Cent for Nothing; 6. Long Distance Runaround; 7. The Fish (Schindleria Praematurus); 8. Mood for a Day; 9. Heart of the Sunrise

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Yes i Eddy Offord


21 lutego 2014

[Recenzja] Yes - "The Yes Album" (1971)



"The Yes Album" uznawany jest za początek klasycznego okresu w twórczości zespołu. Chyba nie do końca słusznie. Jest to raczej przejściowe wydawnictwo, na którym zespół wyraźnie próbuje odejść od swoich wcześniejszych dokonań, ale jeszcze nie całkiem mu to wychodzi. W znacznym stopniu wynika to ze składu, w jakim album nagrano. W zespole pojawił się już gitarzysta Steve Howe, który doskonale dopasował się do artystycznej wizji głównych kompozytorów, Jona Andersona i Chrisa Squire'a. Jednocześnie, w składzie wciąż pozostawał klawiszowiec Tony Kaye, którego wizja była odmienna - przejawiało się to chociażby w niechęci do korzystania z syntezatorów, które bardzo chcieli wprowadzić pozostali muzycy. Kaye preferował brzmienie elektrycznych organów, będących tu jego podstawowym instrumentem, jednak zgodził się zagrać w paru momentach na syntezatorze Mooga.

To pierwsze pełnowymiarowe wydawnictwo Yes, na którym znalazł się wyłącznie autorski repertuar. Utwory stały się dłuższe i bardziej rozbudowane, choć zdarzają się od tego wyjątki. Muzycy prezentują tutaj bardziej progresywne podejście, objawiające się odejściem od przyjętych w muzyce rozrywkowej schematów. Tym razem na szczęście nie nie polega to na wzbogaceniu prostych piosenek przypadkowymi partiami orkiestry, jak miało to miejsce na poprzednim albumie, "Time and a Word". Zamiast tego, zespół kombinuje z samą strukturą utworów. Doskonałym przykładem jest otwierający całość blisko dziesięciominutowy "Yours Is No Disgrace" (podpisany przez cały ówczesny skład), zbudowany na ciekawym przetwarzaniu tych samych motywów, z różnymi wariacjami w instrumentarium i nastroju. Fantastyczna jest tu gra sekcji rytmicznej, Billa Bruforda i przede wszystkim Chrisa Squire'a, którego basowe partie wykraczają poza rytmiczną rolę, będąc także nośnikiem melodii. Obaj muzycy łączą w swojej grze ciężar z finezją, a ich brzmienie jest odpowiednio uwypuklone w miksie. Tony Kaye dodaje do tego przeróżne brzmienia klawiszowe, a Steve Howe prezentuje różne techniki gitarowego rzemiosła. Całości dopełnia charakterystyczny śpiew Jona Andersona. Wszystko to spaja się w bardzo udaną całość i faktycznie potwierdza większą dojrzałość zespołu. Jednak już w zbudowanym na podobnej zasadzie finale albumu, niemal równie długim "Perpetual Change" (autorstwa Andersona i Squire'a), efekt jest znacznie mniej ciekawy. Mam wrażenie, że zespół na siłę rozbudował prostą piosenkę, powtarzając do znużenia wciąż te same motywy.

Na nieco innej zasadzie skonstruowano trzeci z dłuższych utworów, "Starship Trooper". Tym razem po prostu połączono trzy zupełnie różne kompozycje: "Life Seeker" Andersona, "Disillusion" Squire'a i "Würm" Howe'a. Nie przeplatają się one ze sobą, ale następują jedna po drugiej (taką technikę już pięć lat wcześniej zaproponował The Who w "A Quick One, While He's Away", w międzyczasie stosowało ją wielu innych, głównie proto-progowych wykonawców). I tak jak w przypadku "Perpetual Change" mam wrażenie, że dzieje się zbyt mało, tak "Starship Trooper" wydaje mi się przesadnie przeładowany pomysłami, które niekoniecznie tworzą spójną całość. Pokazuje to, że muzycy w tamtym okresie jeszcze nie do końca radzili sobie z tworzeniem bardziej rozbudowanych utworów. Wiedzieli już mniej więcej, co chcą osiągnąć, ale nie wiedzieli jak. Innym kilkuczęściowym utworem jest napisany przez Andersona i Squire'a siedmiominutowy "I've Seen All Good People". Tym razem części są dwie: oparta na akustycznym akompaniamencie "Your Move" i bardziej energetyczna "All Good People". Znów słychać, że to dwa zupełnie różne kawałki, pomiędzy którymi słychać nawet przerwę. Pod względem instrumentalnym łączą je jedynie strasznie banalne melodie. "Your Move" został jednak wydany na singlu i okazał się pierwszym przebojem zespołu (został odnotowany na listach w Stanach i Australii, odpowiednio na 40. i 32. miejscu). Na albumie znalazły się także dwa zdecydowanie już krótsze, trzyminutowe kawałki. "A Venture", jazzująca kompozycja Andersona, to przede wszystkim jego popis wokalny z przyjemnym akompaniamentem reszty zespołu. Z kolei "Clap" - jako jedyny nie nagrany w studiu, lecz podczas koncertu - to solowy popis Howe'a, prezentującego różne techniki gry na gitarze akustycznej, raz ocierając się o stylistykę flamenco, innym razem o country. Sprawia wrażenie wypełniacza, który trafił tu tylko po to, by całość przekroczyła czterdzieści minut.

"The Yes Album" stanowił krok w dobrym kierunku, świadczący o coraz większej dojrzałości muzyków, jednak wiele pomysłów jest tu po prostu nietrafione, słychać też pewną nieporadność w tworzeniu bardziej złożonych form, będących nowością w twórczości Yes. Longplay niewątpliwie jest postępem względem dwóch poprzednich, ale nie był to wcale tak wielki przełom, jak na ogół się uważa. Chyba, że pod względem komercyjnym. Intensywne koncerty i sukces singla "Your Move" sprawiły, że "The Yes Album" świetnie się sprzedawał, dochodząc do 4. miejsca w brytyjskim notowaniu i 40. w amerykańskim. Stało się to w momencie, gdy przedstawiciele Atlantic Records - rozczarowani kiepską sprzedażą poprzednich wydawnictw - rozważali zerwanie kontraktu z grupą. Dzięki sukcesowi "The Yes Album" status quo został zachowany i zespół z finansowym wsparciem wytwórni mógł kontynuować swoje poszukiwania, które już wkrótce zaowocowały bardziej interesującymi dziełami.

Ocena: 6/10



Yes - "The Yes Album" (1971)

1. Yours Is No Disgrace; 2. Clap; 3. Starship Trooper; 4. I've Seen All Good People; 5. A Venture; 6. Perpetual Change

Skład: Jon Anderson - wokal, instr. perkusyjne; Steve Howe - gitara, dodatkowy wokal; Tony Kaye - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Colin Goldring - flet (4)
Producent: Yes i Eddy Offord


19 lutego 2014

[Recenzja] Yes - "Time and a Word" (1970)



Niemal dokładnie rok po premierze eponimicznego debiutu Yes, do sklepów trafiło kolejne wydawnictwo zespołu, "Time and a Word". Nagrań dokonano w tym samym składzie, nie odchodząc daleko od wypracowanej wcześniej stylistyki, nawet zachowując identyczne proporcje między autorskimi kompozycjami, a interpretacjami cudzych dzieł. Za sześć premierowych nagrań odpowiada przede wszystkim Jon Anderson - dwa skomponował z niejakim Davidem Fosterem, który wystąpił w nich jako gość, jeden z Chrisem Squirem, pozostałe samodzielnie. I w porównaniu z debiutem słychać, że wokalista poczynił pewne postępy jako kompozytor, nauczył się tworzyć bardziej wyraziste, choć czasem nieco popadające w banał, piosenki. Również wykonanie stoi tu na trochę wyższym poziomie, co jest zasługą przede wszystkim Squire'a i Billa Bruforda. Zdecydowanie lepsze jest też brzmienie, z nierzadko wysuniętymi na pierwszy plan, potężnymi partiami basu.

I byłoby naprawdę świetnie, gdyby nie idiotyczny pomysł Andersona, który - wzorem The Nice, The Moody Blues i Deep Purple - postanowił nawiązać współpracę z orkiestrą. Do studia ściągnięto studentów Royal College of Music, a także Tony'ego Coxa, który miał nimi dyrygować, a także opracować aranżacje. Zadanie było niewdzięczne, bo jak sensownie wkomponować orkiestrę w proste piosenki? Cox poległ na całej linii. Partie sekcji dętej i smyczkowej zdają się pojawiać w zupełnie przypadkowych momentach, grając jakby całkiem niezależnie od zespołu, nawet nie pasując do charakteru poszczególnych kompozycji. Jako tako kupy trzyma się "Clear Days", ale tylko dlatego, że w tym nagraniu orkiestra całkowicie dominuje warstwę instrumentalną, a towarzyszą jej jedynie śpiew Andersona i schowane w miksie dźwięki pianina. Inna sprawa, że orkiestrowa aranżacja w tak prostej kompozycji brzmi strasznie pretensjonalnie. W pozostałych nagraniach jest jednak jeszcze gorzej.

W otwierającej całość przeróbce folkowego kawałka "No Opportunity Necessary, No Experience Needed" z repertuaru Richiego Havensa, zagranej z niemal hardrockowym czadem, ale i z pewną finezją, orkiestrowe wstawki są tak strasznie bezsensowne i kuriozalne, że aż śmieszne, choć pozostawiają spory niesmak. W "Then" i kolejnej przeróbce, tym razem kompozycji "Everydays" Stephena Stillsa z repertuaru Buffalo Springfield - oba z całkiem niegłupio zaaranżowanymi partiami zespołu - dźwięki orkiestry dodają zupełnie niepotrzebnego i nieuzasadnionego patosu. Są to jednak jedne z bardziej znośnych utworów na tym albumie. Lepiej wypada tylko lekko jamowy "Astral Traveller", w którym zespół gra bez pomocy żadnych dodatkowych muzyków. Całkiem niezły jest jeszcze organowy wstęp "The Prophet", ale nie mające z nim nic wspólnego rozwinięcie już tak dobrze nie wypada, nie tylko przez naiwne partie orkiestry, ale i samą kompozycję, która sprawia wrażenie posklejanych razem fragmentów różnych utworów. Całości dopełniają dwie dość przyjemne, ale raczej banalne piosenki, "Sweet Dreams" (zmarnowano tu całkiem fajną linię basu) i tytułowa "Time and a Word" (z zapadającym w pamięć refrenem, ale i naprawdę paskudnym, pompatycznym zakończeniem).

"Time and a Word" dzieli nie tylko słuchaczy, ale też doprowadził do podziału w zespole. Niechętny współpracy z orkiestrą był przede wszystkim gitarzysta Peter Banks, co prowadziło do licznych sprzeczek podczas sesji, a ostatecznie do jego odejścia z grupy. Nastąpiło to jeszcze przed wyruszeniem na trasę koncertową, a nawet przed sesją zdjęciową zorganizowaną na potrzeby okładki amerykańskiego wydania (oryginalna grafika nie przeszła przez tamtejszą cenzurę). W rezultacie, na tamtejszej wersji okładki znalazło się zdjęcie zespołu ze Steve'em Howe'em, który na płycie nie zagrał ani jednego dźwięku.

Ocena: 5/10



Yes - "Time and a Word" (1970)

1. No Opportunity Necessary, No Experience Needed; 2. Then; 3. Everydays; 4. Sweet Dreams; 5. The Prophet; 6. Clear Days; 7. Astral Traveller; 8. Time and a Word

Skład: Jon Anderson - wokal, instr. perkusyjne; Peter Banks - gitara, dodatkowy wokal; Tony Kaye - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Foster - wokal (4), gitara (8); Tony Cox - orkiestracje, dyrygent; studenci Royal College of Music - instr. dęte i smyczkowe
Producent: Tony Colton

Po prawej: okładka wydania amerykańskiego.



18 lutego 2014

[Recenzja] Yes - "Yes" (1969)



Debiutancki album Yes to dopiero rozgrzewka przed późniejszymi działami. W tamtym czasie zespół wciąż szukał własnego stylu, a muzykom brakowało doświadczenia - chociażby w pracy studyjnej. Na pewno nie pomogło to podczas współpracy z producentem, który nie miał wcześniej do czynienia z żadnym zespołem rockowym. Dlatego też nie wykorzystano w pełni ówczesnego potencjału grupy, który sugerują jedynie pewne fragmenty tego wydawnictwa. Eponimiczny album Yes przynosi muzykę mocno zakorzenioną w modnym wówczas rocku psychodelicznym, słychać też inspiracje proto-progowymi wykonawcami w rodzaju Procol Harum, Moody Blues czy Vanillia Fudge, a czasami pobrzmiewają wyraźne wpływy jazzowe. Trudno tutaj mówić o jakimś własnym stylu - raczej jest to pewien rodzaj przeglądu przez to, co się wówczas działo w muzyce.

Niemniej jednak już tutaj słychać pewne charakterystyczne cechy i atuty zespołu. Do nich należy błyskawicznie rozpoznawalny, niemal niemęsko wysoki śpiew Jona Andersona. Już na tym albumie zwraca uwagę doskonała (aczkolwiek zbyt wycofana w miksie) sekcja rytmiczna, złożona z basisty Chrisa Squire'a i perkusisty Billa Bruforda, grających dość złożone partie w bardzo finezyjny sposób. Nietrudno zaś zgadnąć, dlaczego gitarzysta Peter Banks i klawiszowiec Tony Kaye nie zagrzali w zespole długo miejsca - ich muzyczne wizje niekoniecznie pokrywały się z tym, co chcieli osiągnąć pozostali członkowie. Partie Kaye'a na elektrycznych organach są raczej konwencjonalne, bardzo typowe dla ówczesnego rocka, natomiast Banks nierzadko prezentuje tu skłonności do hardrockowej prostoty (np. "Beyond & Before", "Looking Around"), aczkolwiek daje też świetny jazz-rockowy popis w rozbudowanej wersji "I See You" z repertuaru The Byrds. Jest to najbardziej porywający fragment albumu. Fantastyczna linia wokalna została zachowana, za to warstwa instrumentalna została świetnie wzbogacona długimi fragmentami instrumentalnymi o jamowym charakterze. Podobny zabieg nie sprawdził się w drugiej przeróbce, beatlesowskim "Every Little Thing" (z cytatem z "Day Tripper"). Muzycy próbowali nadać utworowi bardziej ambitnego charakteru, jednak występuje tu zbyt duży kontrast między ich instrumentalnymi wysiłkami, a naiwną linią wokalną.

Pozostałe sześć utworów to już autorskie kompozycje członków zespołu (głównie Squire'a i Andersona, z mniejszym udziałem Bruforda oraz byłego gitarzysty Clive'a Baileya). Materiał jest dość zróżnicowany, od dynamicznych rockowych kawałków (wspomniane już "Beyond & Before" i "Looking Around"), przez łagodne piosenki ("Yesterday and Today", "Sweetness"), po jeszcze dość nieśmiałe próby stworzenia bardziej złożonych dzieł (przywodzący na myśl późniejsze dokonania Genesis z Peterem Gabrielem "Harold Land", a także rozpoczęty niezła częścią instrumentalną, ale później zanadto się rozmywający "Survival"). I niby jest to wszystko całkiem przyjemne, zdarzają się interesujące przebłyski w warstwie instrumentalnej (szczególnie w grze sekcji rytmicznej), a Anderson - pomimo budzącej skrajne emocje barwy głosu (mnie przekonanie się do niego zajęło mnóstwo czasu) - zdecydowanie nie jest wokalistą z przypadku, jak wielu rockowych śpiewaków, nominowanych ma to stanowisko, bo jakiś wokal być musi, bo inaczej trudno się przebić. A z drugiej strony, kompozycje nie należą do najlepszych, często rażą banałem i naiwnością, brakuje w nich jakiś zapamiętywanych motywów czy melodii, dzięki którym obroniłyby się w kategorii piosenek. Jednocześnie podejmowane tu czasem próby odejścia od piosenkowej formy, nie są zbyt interesujące, muzykom zabrakło na to pomysłu, ujawnia się ich brak doświadczenia i muzycznej dojrzałości. A przecież już wtedy mając do dyspozycji dobrą kompozycję i pomysł na jej zagranie, potrafili stworzyć coś zachwycającego, czego dowodem "I See You".

W chwili wydania, w lipcu 1969 roku, album zdobył kilka pozytywnych recenzji, ale nie wystarczyło to, by wszedł do notowań. Zespół nie był wtedy ani wystarczająco charakterystyczny, ani na tyle oryginalny - nie mówiąc już o braku potencjalnych hitów - by zwrócić na siebie uwagę w tak interesującym roku, jak 1969, kiedy co chwile ukazywały się kolejne wybitne, nierzadko przełomowe dla różnych stylów i gatunków dzieła. Yes nie był jednym z tych zespołów, które od razu zachwyciły swoją dojrzałością, jak debiutujący parę miesięcy później King Crimson. Ale też nie ma tu takiej żenady, jak na wydanym wcześniej debiucie Genesis - tutaj przynajmniej słychać, że grają muzycy z ambicjami i umiejętnościami, których po prostu jeszcze nie nauczyli się w pełni wykorzystywać.

Ocena: 6/10



Yes - "Yes" (1969)

1. Beyond & Before; 2. I See You; 3. Yesterday and Today; 4. Looking Around; 5. Harold Land; 6. Every Little Thing; 7. Sweetness; 8. Survival

Skład: Jon Anderson - wokal, instr. perkusyjne; Peter Banks - gitara, dodatkowy wokal; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Tony Kaye - instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja, wibrafon
Producent: Paul Clay



Po prawej: alternatywna wersja okładki.


16 lutego 2014

[Recenzja] Paul McCartney & Wings - "Band on the Run" (1973)



Negatywne przyjęcie przez krytykę albumu "Ram" zniechęciło McCartneya do kontynuowania działalności pod własnym nazwiskiem. Zamiast tego stworzył zespół Wings, którego składu dopełniła jego żona Linda i perkusista Denny Seiwell (oboje brali już udział w nagrywaniu "Ram"), a także gitarzyści Denny Laine i Henry McCullough. Pierwsze albumy grupy, "Wild Life" i "Red Rose Speedway", nie przekonały krytyków, którzy wciąż zarzucali Paulowi marnowanie talentu na granie miałkich, naiwnych piosenek. Wszystko zmieniło się wraz z wydaniem trzeciego albumu pod szyldem Wings, a zarazem piątego w post-beatlesowskiej dyskografii muzyka. "Band on the Run" spotkał się z powszechnym uznaniem, a niektórzy okrzyknęli go największym dziełem McCartneya od czasu "Abbey Road".

Kompozycje na album powstawały w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 1973 roku, głównie w Szkocji. Wyjątek stanowi napisany na początku roku w Marrakeszu "Mamunia" (tytuł po arabsku oznacza "bezpieczne schronienie"), a także "Picasso's Last Words (Drink to Me)", napisany w kwietniu, podczas wakacji na Jamajce. Ten ostatni powstał spontanicznie, gdy aktor Dustin Hoffmann zasugerował McCartneyowi, by napisał piosenkę o ostatnich słowach właśnie zmarłego Pabla Picassa - muzyk od razu chwycił za gitarę i na poczekaniu stworzył szkic utworu.

Sesja nagraniowa zaczęła się we wrześniu. McCartney, znudzony sesjami w Londonie, Nowym Jorku i podobnych miastach, poprosił przedstawicieli EMI Records o listę należących do wytwórni placówek w bardziej egzotycznych rejonach świata. Jego wybór padł na studio w Lagos, w Nigerii. Tuż przed wyjazdem ze składu postanowili odejść Seiwell i McCullough. Na miejscu okazało się, że studio jest dopiero w budowie, a sprzęt nagraniowy był wybrakowany, źle działający lub popsuty. Doszło też do kilku przykrych incydentów, jak napaść na Paula i Lindę (ukradziono m.in. taśmy z wersjami demo piosenek, przez co McCartney musiał część tekstów wymyślić na nowo), czy oskarżenia Feli Kutiego, że muzycy przyjechali ukraść afrykańską muzykę. Mimo tego, udało się zarejestrować znaczną część albumu w studiu EMI. Z pomocą przyszedł też były perkusista Cream i Blind Faith, Ginger Baker, zapraszając zespół do własnego studia ARC, również mieszczącego się w Lagos (zarejestrowano tam "Picasso's Last Words", a w nagraniu wziął udział Baker). W październiku zespół kontynuował pracę w Londynie, dopracowując utwory z nigeryjskiej sesji, a także rejestrując w całości kompozycję "Jet".

Album rozpoczyna się od dwóch wielkich przebojów. Tytułowy "Band on the Run" to mini-suita rockowa, zrobiona na kształt beatlesowskich "Happiness is a Warm Gun" i "Abbey Road Suite" czy mccartneyowego "Uncle Albert/Admiral Halsey". Innymi słowy, po prostu połączono razem fragmenty kilku nieukończonych kompozycji. Pomimo sporego zróżnicowania wyszedł całkiem zgrabny kawałek, wyróżniający się bardzo chwytliwym, choć nieco banalnym refrenem, a także wzbogaceniem brzmienia o syntezator. Drugi przebój, wspomniany już "Jet", to już utwór znacznie bardziej zwarty, ale tak samo chwytliwy. Ponownie pojawia się syntezator, ale też czteroosobowa sekcja dęta. Oba kawałki wypadają bardzo przyjemnie i w kategorii radiowego pop rocka trudno o coś lepszego.

Dalej jednak poziom zaczyna spadać. Ballada w rytmie bossa novy "Bluebird" (nie tylko tytułem, ale też nastrojem nawiązująca do beatlesowskiego "Blackbird"), pomimo zgrabnej melodii, wypada raczej usypiająco. a solo saksofonu jest strasznie ubogie w porównaniu do wyczynów muzyków jazzowych. "Mrs Vandebilt" z głupawymi wokalizami to już rzecz zdecydowanie słabsza, a "Let Me Roll It" wlecze się zupełnie bez pomysłu przez blisko pięć minut, sprawiając wrażenie jeszcze dłuższego. Spokojniejszy "Mamunia" to jedyny tutaj utwór, do którego przemycono nieco egzotycznego klimatu, którego można by się spodziewać w znacznie większych ilościach po albumie nagrywanym w Nigerii. Efekt w dodatku nie porywa, a wręcz znów jest nieco nużąco i przydługawo. Przyjemnie robi się natomiast w mocno beatlesowskiej piosence "No Words", niepotrzebnie tylko upstrzonej tendencyjną orkiestracją.

Na amerykańskim wydaniu po tym kawałku pojawia się banalny "Helen Wheels" z singla, na pozostałych edycjach od razu rozbrzmiewa jeden z lepszych fragmentów całości, wspominany już "Picasso's Last Words (Drink to Me)" - niby zwykła, lekko beatlesowska piosenka, ale wyróżniająca się nietypową budową, inspirowaną dziełami malarza, a także żartobliwymi cytatami z innych utworów z tego albumu. Dobre wrażenie podtrzymuje finałowy "Nineteen Hundred and Eighty-Five", zbudowany wokół bardzo chwytliwej partii pianina, znów wzbogacony syntezatorem i - niestety - orkiestracją, a zakończony krótką repryzą utworu tytułowego, co może sugerować słuchaczom obcowanie z albumem nieco bardziej spójnym niż w rzeczywistości.

"Band on the Run" to faktycznie jeden z bardziej udanych albumów w post-beatlesowskiej karierze Paula McCartneya. Aczkolwiek chyba jednak ustępujący "Ram" - tam położono większy nacisk na ciekawe aranżacje, tutaj skupiono się niemal wyłącznie na radiowych melodiach, przez co jednak jest to bardziej banalna, choć wciąż przyjemna muzyka. W kategorii poprockowych przebojów jest to wysoki poziom, ale jeśli ktoś oczekuje od muzyki czegoś więcej, niż chwytliwych melodii, to tutaj tego nie znajdzie. Niby pojawiają się różne smaczki, w rodzaju wzbogacenia brzmienia o saksofon czy syntezator, ale instrumenty te zostały wykorzystane bardzo zachowawczo i tak naprawdę album na ich braku straciłby jedynie w kwestii brzmieniowej - ale straciłby bardzo dużo.

Ocena: 7/10



Paul McCartney & Wings - "Band on the Run" (1973)

1. Band on the Run; 2. Jet; 3. Bluebird; 4. Mrs Vandebilt; 5. Let Me Roll It; 6. Mamunia; 7. No Words; 8. Picasso's Last Words (Drink to Me); 9. Nineteen Hundred and Eighty-Five

Skład: Paul McCartney - wokal, gitara basowa, gitara, instr. klawiszowe, perkusja i instr. perkusyjne; Linda McCartney - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, wokal; Denny Laine - gitara, instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: Howie Casey - saksofon (2-4); Remi Kabaka - instr. perkusyjne (3); Ginger Baker - instr. perkusyjne (8); Ian Horne, Trevor Jones - dodatkowy wokal (7)
Producent: Paul McCartney


14 lutego 2014

[Recenzja] John Lennon - "Imagine" (1971)



Drugi solowy album Johna Lennona nie idzie ścieżką wyznaczoną przez debiutancki "John Lennon/Plastic Ono Band". "Imagine" stanowi wręcz przeciwieństwo swojego surowego, wręcz ascetycznego, nagranego w trio poprzednika. Tym razem w nagraniach wziął udział znacznie bardziej rozbudowany aparat wykonawczy. Podczas odbywającej się w połowie lutego oraz na przełomie maja i czerwca 1971 roku sesji, przez studio przewinęli się między innymi George Harrison, basista Klaus Voormann, perkusiści Andy White (wkrótce członek Yes), Jim Gordon (Traffic, Derek and the Dominos) i Jim Keltner, pianista Nicky Hopkins, gitarzysta Ted Turner (z Wishbone Ash), czy połowa składu poprockowego Badfinger, Joey Molland i Tom Evans. Producent Phil Spector zatrudnił też sekcję smyczkową z Filharmonii Nowojorskiej, która wystąpiła w ponad połowie utworów, pokrywając je grubą warstwą brzmieniowego lukru, co wcale nie dodaje im uroku, a raczej kiczu. Same kompozycje również nie przekonują mnie tak, jak te z debiutu.

Najsłynniejszym utworem z tego longplaya jest, oczywiście, otwierający go i dający mu tytuł "Imagine". Zgrabna fortepianowa ballada o wyrazistej, dość ładnej, choć może nadto prostej melodii. Nie da się ukryć, że sukces tego kawałka wynika po części ze względu na jego utopijny tekst, w którym Lennon pod płaszczykiem śpiewania o pokoju na świecie, daje wyraz swojej fascynacji komunizmem. Pozostawia to pewien niesmak. Trudno też traktować te pokojowe deklaracje Lennona na poważnie, gdy na tym samym albumie znajduje się też taki utwór, jak "How Do You Sleep?", będący personalnym atakiem na Paula McCartneya. Hipokryzja w najczystszej postaci. Pod względem muzycznym, "How Do You Sleep?" wypada całkiem nieźle - uwagę zwracają zadziorne partie gitary Harrisona, bujająca gra Voormanna i White'a, a także lekko jazzujące pianino elektryczne Hopkinsa. Kompletnie nietrafionym pomysłem było dodanie smyczków, które zupełnie tu nie pasują i psują ostateczny efekt, niepotrzebnie wygładzając brzmienie. Skoro już zdecydowano się na tak dosadny tekst, powinna towarzyszyć mu równie bezkompromisowa muzyka.

Dość sporym przebojem - choć nieporównywalnym z "Imagine" - jest także inna ballada "Jealous Guy". Lennon napisał ten utwór już w 1968 roku (jako "Child of Nature") i nawet został wówczas nagrany przez The Beatles, ale ostatecznie nie zamieszczono go na tzw. "Białym albumie". Trochę szkoda, bo tam mógłby zabrzmieć lepiej. Tutejsza wersja została zanadto przesłodzona smyczkami, przez co brzmi strasznie tandetnie. To jednak wciąż jeden z lepszych fragmentów albumu, broniący się zgrabną melodią. Na pozytywne wyróżnienie zasługuje też inna ballada, "Oh My Love", również bardzo zgrabna, a dodatkowo zyskująca dzięki skromniejszej, bardziej subtelnej aranżacji (choć wciąż nie jest to ascetyzm debiutu). Dość fajnie wypada zadziorniejszy, nieco funkowy "I Don't Wanna Be a Soldier Mama I Don't Wanna Die", a "It's So Hard" i "Gimme Some Truth" to solidne średniaki. Niestety, nie brakuje tu też kompletnych pomyłek, jak sztampowy pastisz muzyki barowej "Crippled Inside", najbardziej przesłodzony brzmieniowo "How?" i niewiarygodnie banalny "Oh Yoko!".

Zdecydowanie nie jestem zwolennikiem podejścia Phila Spectora do brzmienia, a ten album szczególnie mnie w tym utwierdza. Do prostych piosenek pasują proste aranżacje, a nie pseudo-symfoniczny rozmach. Jest to po prostu klasyczny przykład użycia niewłaściwego środka wyrazu do danych kompozycji. Nie pomaga  na pewno, że to brzmienie jest strasznie przesłodzone, co z trudem mogę zaakceptować w balladach (ale tylko "Imagine" i "Jealous Guy", bo w "How?" stężenie słodyczy jest już nie do wytrzymania), ale nie w zadziorniejszych kawałkach z "How Do You Sleep?" na czele. Wykonanie przez Lennona i pozostałych instrumentalistów też wydaje się nieco zbyt bezpieczne; brakuje tu tego szczerego zaangażowania z debiutu. Może z brzmieniem i wykonaniem jak na tamtym albumie, materiał ten robiłby na mnie lepsze wrażenie.

Ocena: 6/10



John Lennon - "Imagine" (1971)

1. Imagine; 2. Crippled Inside; 3. Jealous Guy; 4. It's So Hard; 5. I Don't Wanna Be a Soldier Mama I Don't Wanna Die; 6. Gimme Some Truth; 7. Oh My Love; 8. How Do You Sleep?; 9. How?; 10. Oh Yoko!

Skład: John Lennon - wokal, pianino (1,7,9), gitara (2-6,8,10), harmonijka (10); Klaus Voormann - gitara basowa (1,3-10), kontrabas (2); Alan White - perkusja (1,6-10), wibrafon (3,5), talerze (7); George Harrison - gitara dobro (2), gitara (5-8); Rod Linton - gitara (2,6,8,10); Ted Turner - gitara (2,8)Steve Brendell - kontrabas (2), marakasy (5)Nicky Hopkins - pianino (2,3,5,6,9,10), elektryczne pianino (7,8); John Tout - pianino (2,8); Jim Keltner - perkusja (2,3,5); Joey Molland - gitara (3,5); Tom Evans - gitara (3,5); John Barham - fisharmonia (3), wibrafon (9); Michael Pinder - tamburyn (3,5); King Curtis - saksofon (4,5); Jim Gordon - perkusja (4); Andy Davis - gitara (6,8-10); Phil Spector - dodatkowy wokal (10); The Flux Fiddlers - orkiestracja (1,3-5,8,9)
Producent: John Lennon, Yoko Ono i Phil Spector


12 lutego 2014

[Recenzja] Paul and Linda McCartney - "Ram" (1971)



Post-beatlesowska kariera Paula McCartneya przynosi największe rozczarowanie. Bo chyba nikt nie spodziewał się niczego wielkiego po solowych dokonaniach Ringo Starra. Takie oczekiwania można było mieć natomiast w stosunku do pozostałej trójki. John Lennon i George Harrison, co prawda nie zbliżyli się nigdy do poziomu najlepszych dokonań zespołu, jednak miewali pewne przebłyski, czasem nawet zdradzając - raczej z mizernym efektem, ale liczą się intencje - nieco większe ambicje artystyczne. Tymczasem jedynymi ambicjami McCartneya były te czysto merkantylne. Cała jego solowa działalność to granie prostych, skrojonych pod radio piosenek, nieodchodzących daleko od stylistyki wypracowanej w latach 60., bezwstydnie odcinając kupony od bycia członkiem The Beatles. Jednak nawet jeśli ktoś po twórcy "Yesterday" czy "Let It Be" oczekiwał wyłącznie takich sympatycznych piosenek, mógł się zawieść poziomem prezentowanym na jego solowych albumach. W najlepszym wypadku są one mocno nierówne, z paroma miłymi momentami, przeplatanymi zupełnie nijakimi kawałkami, a nawet fragmentami wprawiającymi w zażenowanie.

Paul zadebiutował jako solista na początku 1970 roku, wydając album "McCartney", nagrany niemalże samodzielnie, jedynie z małą pomocą żony, Lindy. Wydawnictwo cechuje wręcz przesadny ascetyzm, przypomina raczej nagranie demo (którym praktycznie jest, gdyz materiał był nagrywany w domu, na czterośladowym magnetofonie). Tym samym za właściwy debiut można uznać późniejszy o rok "Ram", sygnowany wspólnie z Lindą, ale nagrany w nieco większym składzie (m.in. z gitarzystami Hugh McCrackenem i Davidem Spinozzą oraz perkusistą Dennym Seiwellem, a w dwóch kawałkach z całą orkiestrą) i w profesjonalnych warunkach, w nowojorskich studiach Columbia Recording Studio i A&R Recording Studios. Materiał powstawał od połowy października 1970 roku do marca 1971, było więc sporo czasu na jego dopracowanie. A jednak sprawia wrażenie nie najlepiej przemyślanego.

Nie brakuje tu naprawdę fajnych momentów. Otwieracz "Too Many People" zwraca uwagę dość pomysłową budową, pozwalającą na zaprezentowanie kilku różnych, lecz zawsze urokliwych melodii. Podobne podejście, tylko na znacznie większą skalę, zastosowano jeszcze chociażby w singlowym "Uncle Albert/Admiral Halsey". Trudno uniknąć tutaj porównań z beatlesowską "Abbey Road Suite", gdyż podobnie jak tam, całość powstała z połączenia kilku nieukończonych kawałków. Tym razem brzmi to nawet bardziej spójnie, choć mnogość tematów jest spora. Nie brakuje tu dobrych melodii, jest też trochę fajnego pastiszu. Mocnym punktem albumu jest też bardziej zwarty, króciutki "Dear Boy", wyróżniający się najbardziej zgrabną melodią. Pozytywne wrażenia pozostawiają także takie utwory, jak: zadziorny "Monkberry Moon Delight" z ciekawie zaaranżowanymi wokalami i niebanalną warstwą instrumentalną; urokliwy, choć nieco przydługi "Long Haired Lady"; czy w końcu trochę może przeprodukowany, ale zgrabnie podsumowujący całość, rozbudowany "The Back Seat of My Car". To jednak tylko połowa wszystkich utworów. Pozostałe są w najlepszym razie mniej lub bardziej przyzwoitymi wypełniaczami (standardowy akustyczny blues "3 Legs", dwie odsłony folkowego "Ram On", zdradzający tytułem swoją stylistykę "Heart of the Country"). Ewidentnie słabiej wypadają dwa kawałki utrzymane w już wtedy staroświeckiej stylistyce proto-rocka lat 50.: "Eat at Home" i przede wszystkim okropny "Smile Away". Nie dość, że są słabe same w sobie i znacząco zaniżają poziom całości, to jeszcze bardzo wpływają na niespójność albumu.

"Ram" w chwili wydania odniósł spory sukces komercyjny (1. miejsce na liście sprzedaży w Wielkiej Brytanii, 2. w Stanach), na co z pewnością miał wpływ status ex-Beatlesa. Recenzje w prasie nie były jednak zbyt pochlebne, pojawiały się w nich takie sformułowania, jak najniższy stopień w rozwoju muzyki, zarzucano też brak dobrych kompozycji. Do krytyki dołączyli się też byli koledzy z zespołu, Ringo Starr i, przede wszystkim, John Lennon (który doszukiwał się w zupełnie niewinnych tekstach ataków na swoją osobę). Album popadł szybko w zapomnienie., Jednak dzięki kolejnym reedycjom niespodziewanie zyskał przychylność krytyków muzycznych, którzy zaczęli traktować go jak arcydzieło, doceniając za dobre melodie, pomysłowe aranżacje i doszukując się wpływów na dzisiejszą muzykę pop. Jaki więc jest ten album? Prawda leży gdzieś pośrodku.

Ocena: 7/10



Paul and Linda McCartney - "Ram" (1971)

1. Too Many People; 2. 3 Legs; 3. Ram On; 4. Dear Boy; 5. Uncle Albert/Admiral Halsey; 6. Smile Away; 7. Heart of the Country; 8. Monkberry Moon Delight; 9. Eat at Home; 10. Long Haired Lady; 11. Ram On (Reprise); 12. The Back Seat of My Car

Skład: Paul McCartney - wokal, gitara basowa, gitara, instr. klawiszowe, ukulele (3); Linda McCartney - wokal; Hugh McCracken - gitara; Denny Seiwell - perkusja
Gościnnie: David Spinozza - gitara (2,5,9); Marvin Stamm - skrzydłówka (5); Heather McCartney - dodatkowy wokal (8); New York Philharmonic - orkiestra (5,12)
Producent: Paul McCartney


10 lutego 2014

[Recenzja] Yoko Ono - "Yoko Ono/Plastic Ono Band" (1970)



Ten album to właściwie efekt uboczny sesji nagraniowej solowego debiutu Johna Lennona - wydanego tego samego dnia, z niemal identyczną okładką i podobnym tytułem, "John Lennon/Plastic Ono Band". W trakcie jednego popołudnia sesji, w październiku 1970 roku, biorący w niej udział muzycy - Lennon, Ringo Starr i Klaus Voormann - zorganizowali, wraz z Yoko Ono, spontaniczne jam session. Materiał został zarejestrowany, zmiksowany i wraz z jednym nagraniem dokonanym przez Ono i innych instrumentalistów prawie trzy lata wcześniej, trafił na "Yoko Ono/Plastic Ono Band". Jest to album zupełnie inny od bliźniaczego wydawnictwa sygnowanego nazwiskiem Lennona - pozbawiony warstwy tekstowej, eksperymentalny, pozbawiony typowych struktur, w pewnym sensie wizjonerski, bo wpisujący się w ramy proto-punku, z pewnymi elementami kojarzącymi się z wówczas dopiero raczkującym krautrockiem, a nawet jeszcze nieznaną stylistyką no wave. Dodatkowo nie brak tu także nawiązań do muzyki konkretnej i free improvisiation.

Voormann i Starr grają w zupełnie nietypowy dla siebie, mechaniczny sposób, jaki - w bardziej dopracowanej formie - dopiero miał się stać znakiem rozpoznawalnym grup w rodzaju Neu! i Can. Najlepiej słychać to na przykładzie "Greenfield Morning I Pushed an Empty Baby Carriage All Over the City", zbudowanym na rytmicznej pętli. Tak samo Lennon gra tu na gitarze zupełnie inaczej niż zwykle, w atonalny sposób zdający się zapowiadać no wave. Tutaj trzeba wymienić przede wszystkim "Why" i "Touch Me". Bo już w takim "Why Not" partie gitary brzmią bardziej konwencjonalnie, niemal tradycyjnie bluesowo. Za to zawsze dalekie od zwyczajności są partie wokalne Ono, której wrzaski, piski i jęki stanowią próbę połączenia hetai - japońskiej techniki wokalnej wywodzącej się z teatru kabuki - ze śpiewem rockowych wykonawców. Tylko dzięki temu elementowi od całości nie odstaje "AOS" - nagranie z 29 lutego 1968 roku, dokonane podczas próby przed wspólnym występem (w londyńskiej Royal Albert Hall) Yoko i wybitnych muzyków freejazzowych: Ornette'a Colemana (tutaj występującego w roli trębacza), kontrabasistów Charliego Hadena i Davida Izenzona oraz perkusisty Eda Blackwella. To swobodna improwizacja, grana przez doświadczonych w takiej estetyce instrumentalistów - i może dlatego lekko rozczarowująca, ale wciąż interesująca. Podobnie jak cały album.

"Yoko Ono/Plastic Ono Band" to wydawnictwo raczej dla słuchaczy rockowej i jazzowej awangardy, niż miłośników The Beatles i solowego Johna Lennona. Oczywiście, nie jest to w żadnym razie wybitne dzieło, bo jednak grają tutaj (z wyjątkiem "AOS") instrumentaliści o raczej średnich umiejętnościach, pewniej czujący się w piosenkowym repertuarze (co udowadnia bardziej udany "John Lennon/Plastic Ono Band"). Trzeba jednak przyznać, że efekt jest nawet ciekawy i bezsprzecznie wizjonerski.

Ocena: 7/10



Yoko Ono - "Yoko Ono/Plastic Ono Band" (1970)

1. Why; 2. Why Not; 3. Greenfield Morning I Pushed an Empty Baby Carriage All Over the City; 4. AOS; 5. Touch Me; 6. Paper Shoes

Skład: Yoko Ono - wokal; John Lennon - gitara (1-3,5,6); Klaus Voormann - gitara basowa (1-3,5,6); Ringo Starr - perkusja (1-3,5,6); Ornette Coleman - trąbka (4); Charlie Haden - kontrabas (4); David Izenzon - kontrabas (4); Ed Blackwell - perkusja (4)
Producent: Yoko Ono i John Lennon


9 lutego 2014

[Recenzja] John Lennon - "John Lennon/Plastic Ono Band" (1970)



Pierwsze wydawnictwa Johna Lennona poza The Beatles było mocno rozczarowujące dla wielbicieli zespołu. Trzy albumy nagrane pod koniec lat 60. wspólnie z Yoko Ono to kolaże przypadkowych dźwięków, na których wyraźnie zabrakło umiejętności, potrzebnych do tworzenia awangardy. Lennon szybko zatęsknił za graniem konwencjonalnych piosenek, czego wynikiem było powstanie grupy Plastic Ono Band. W oryginalnym składzie, poza Johnem i Yoko, znaleźli się także Eric Clapton, basista Klaus Voormann i bębniarz Alan White. Ten właśnie kwintet można usłyszeć na koncertówce "Live Peace in Toronto 1969", wydanej pod koniec tytułowego roku. W następnym roku zespół - już bez Claptona i White'a, za to z Ringo Starrem - rozpoczął pracę nad materiałem studyjnym. Nagrania trwały około miesiąca, na przełomie września i października. Rezultatem są dwa albumy, wydane tego samego dnia, 11 grudnia 1970 roku, pod wspólnym tytułem "Plastic Ono Band" i z niemal identycznymi okładkami. Jeden z nich ukazał się pod nazwiskiem Yoko Ono i trafiły na niego bardziej eksperymentalne nagrania (w tym jedno z 1968 roku, zarejestrowane przez Ono z freejazzowym zespołem Ornette'a Colemana). Drugi podpisany jest nazwiskiem Lennona i zawiera tradycyjne piosenki.

Nie są to jednak beztroskie, banalne piosenki o miłości w stylu macierzystej grupy muzyka. Zaangażowanym społecznie lub bardzo osobistym, niezwykle szczerym tekstom towarzyszy odpowiednio poważna, dojrzała, ale jednocześnie bardzo prosta i przystępna muzyka. Surowa, wręcz ascetyczna, oparta na brzmieniu gitary i/lub pianina oraz sekcji rytmicznej. Większość partii klawiszowych wykonał sam Lennon, jedynie w "God" zagrał Billy Preston, a w "Love" - Phil Spector (oficjalny producent albumu, choć tylko sporadycznie obecny w studiu podczas nagrywania). Jedenaście  utworów, skomponowanych bez wyjątku przez lidera, jest dość zróżnicowane pod względem stylistycznym. Emocjonalne ballady w rodzaju "Mother", "Love" czy najlepsza z nich "God", przeplatają się z ostrzejszymi kawałkami, jak "I Found Out" i "Well Well Well". W bardziej optymistycznym "Hold On" (w klimacie "Sun King" z "Abbey Road") i napisanym jeszcze w czasach "białego" albumu "Look at Me" (nie tak odległym od "Julia" czy "Dear Prudence") pobrzmiewają echa twórczości The Beatles, a z kolei "Isolation" i "Remember" charakteryzują się bardziej luzackim, barowym klimatem. Najbardziej znany z tego longplaya "Working Class Hero" jest natomiast niezwykle udanym nawiązaniem do protest-songów Boba Dylana (instrumentalnie przypomina "Masters of War" i "North Country Blues"), z chyba najlepszą partią wokalną Lennona w całej karierze i bardzo ascetycznym, ale odpowiednio udramatyzowanym akompaniamentem gitary akustycznej. Wszystko to razem tworzy bardzo spójną i równą całość.

Ten prosty, surowy i szczery album jest zdecydowanie najlepszym spośród solowych wydawnictw Johna Lennona, ale też jednym z najlepszych ze wszystkich, jakie nagrał. Muzyk nie próbował dostosować się do oczekiwań swoich fanów ani do ówczesnych trendów, co tylko zaprocentowało w przyszłości, bo pod względem brzmieniowym materiał ten zniósł próbę czasu znacznie lepiej od późniejszych, mniej lub bardziej przeprodukowanych wydawnictw Lennona. A przy tym jest to zestaw naprawdę udanych, bezpretensjonalnych, a zarazem bezkompromisowych kompozycji.

Ocena: 8/10



John Lennon - "John Lennon/Plastic Ono Band" (1970)

1. Mother; 2. Hold On; 3. I Found Out; 4. Working Class Hero; 5. Isolation; 6. Remember; 7. Love; 8. Well Well Well; 9. Look at Me; 10. God; 11. My Mummy's Dead

Skład: John Lennon - wokal, gitara (2-4,7-9,11), pianino (1,5,6,10), organy (5); Klaus Voormann - gitara basowa; Ringo Starr - perkusja; Yoko Ono - efekty
Gościnnie: Phil Spector - pianino (7); Billy Preston - pianino (10)
Producent: John Lennon, Yoko Ono i Phil Spector


7 lutego 2014

[Recenzja] George Harrison - "All Things Must Pass" (1970)



W czasie działalności The Beatles, George Harrison pozostawał w cieniu pozostałych muzyków. Albumy zespołu były zdominowane przez kompozycje Johna Lennona i Paula McCartneya, choć Harrison wielokrotnie udowodnił, że potrafi pisać zgrabne utwory. Szczególnie w ostatnich latach rozwinął się jako kompozytor, wzbogacając repertuar grupy chociażby o "While My Guitar Gently Weeps", "Something" czy "Here Comes the Sun". Jednak nawet wtedy jego wkład nie wynosił więcej, niż dwie piosenki na płytę, choć na próby przynosił znacznie więcej materiału. Nic zatem dziwnego, że szybko zaczął działać na własny rachunek. Jako pierwszy z Beatlesów dorobił się solowego albumu, wydając pod koniec 1968 roku instrumentalny "Wonderwall Music" - ścieżkę dźwiękową do filmu "Wonderwall" Joego Massota. Rok później ukazał się "Electronic Sound", zawierający dwie improwizacje na syntezatorze Mooga. Dopiero po oficjalnym rozwiązaniu The Beatles, Harrison pozwolił sobie na nagranie albumu z tradycyjnymi piosenkami, pisanymi przez niego na przestrzeni paru lat. Materiału uzbierało się tyle, że album wydano na trzech płytach winylowych.

Nagrania na "All Things Must Past" powstawały od końca maja do późnego października 1970 roku w londyńskich studiach Abbey Road, Trident i Apple. Harrisonowi towarzyszyło ponad dwudziestu muzyków. Dokładny skład do dziś nie został ustalony. Jego podstawę stanowili muzycy, którzy pod koniec 1969 roku, wraz z Harrisonem, wspierali na scenie duet Delaney & Bonnie, a więc: Eric Clapton, klawiszowiec Bobby Whitlock, perkusista Jim Gordon, basista Carl Radle (ta czwórka wkrótce potem stworzyła grupę Derek and the Dominos), gitarzysta Dave Mason (znany też z Traffic) i saksofonista Bobby Keys (stały współpracownik The Rolling Stones). Ponadto wystąpili tu także perkusiści Ringo Starr, Ginger Baker, Phil Collins i późniejszy członek Yes, Alan White, klawiszowcy Billy Preston (stały współpracownik Beatlesów w ostatnich latach działalności) i Gary Brooker (Procol Harum), gitarzysta Peter Frampton, a także cały skład poprockowej grupy Badfinger.

Na pierwszych dwóch płytach znalazło się w sumie siedemnaście piosenek (w tym dwie wersje "Isn't It a Pity"), w przeważającej większości skomponowanych przez Harrisona. Jedynie "I'd Have You Anytime" powstał z pomocą Boba Dylana, który jest też wyłącznym autorem "If Not for You".  Wiele utworów powstało już długo wcześniej. Początki "Isn't It a Pity" i "Art of Dying" sięgają 1966 roku, a "I'd Have You Anytime" i "Let It Down" zostały napisane dwa lata później. Z kolei w 1969 roku, podczas przygotowań The Beatles do nagrania "Get Back" (który z czasem przerodził się w "Let It Be"), Harrison zaprezentował pozostałym muzykom kompozycje "All Things Must Pass", "Hear Me Lord" i wspomnianą "Let It Down". Wszystkie zostały jednak odrzucone przez Lennona i McCartneya (choć na kompilacji "Anthology 3" można znaleźć zespołową wersję "All Things Must Pass"), co zresztą zaowocowało chwilowym odejściem Harrisona z zespołu (w tym okresie napisał "Wah-Wah" i "Run of the Mill"). Pozostałe kawałki powstały już bliżej ich nagrania na ten album. Ostatnią, trzecią płytę wypełniają głównie instrumentalne jamy, zarejestrowane podczas prac w Apple Studio, uzupełnione żartobliwą miniaturką "It's Johnny's Birthday", nagraną z okazji 30. urodzin Lennona, a oparta na kompozycji "Congratulations" Cliffa Richarda z 1968 roku. Twórcy oryginału, Bill Martin i Phil Coulter, dopiero na późniejszych wydaniach "All Things Must Pass" zostali dopisani jako współautorzy.

Pierwsze dwie płyty to proste, melodyjne, mniej lub bardziej banalne, ale zwykle bezpretensjonalne piosenki, przeważnie utrzymane w stylistyce amerykańskiego folku (np. "I'd Have You Anytime", "If Not for You", "Run of the Mill", "Apple Scruffs") lub łagodnego rocka (np. "Wah-Wah", "What Is Life", "Let It Down"), czasem zdradzające wpływy country ("Behind That Locked Door"), bluesa ("I Dig Love"), a nawet gospel (przebój "My Sweet Lord", "Awaiting on You All"). Nie brakuje wśród nich naprawdę zgrabnych kawałków, na czele z "Hear Me Lord", tytułowym "All Things Must Pass" i mocno psychodelicznym "Art of Dying". Jednak zdecydowanie przydałaby się tu większa selekcja materiału. Poszczególne kawałki często są bardzo podobne do innych, więc w takiej ilości zaczynają w pewnym momencie męczyć. Sytuacji nie poprawia brzmienie całości, słynna ściana dźwięku Phila Spectora, która jeszcze bardziej upodabnia do siebie poszczególne utwory, a czasem dodaje im nieuzasadnionego w takiej stylistyce patosu (szczególnie "Isn't It a Pity (Version One)"). Całkowicie odmienny charakter ma trzecia płyta, zawierająca bluesrockowe jamy (w "Thanks for the Pepperoni" pobrzmiewa też sporo rock and rolla). Ta płyta podoba mi się najbardziej, choć szkoda, że muzycy właściwie ograniczają się do powtarzania typowych dla wspomnianych stylów zagrywek, zamiast w jakiś ciekawy sposób odejść od schematów, co ma miejsce jedynie w dość intrygującym - ale tylko do pewnego momentu, gdy nie oferuje już nic nowego - "Out of the Blue".

"All Things Must Pass" jest przede wszystkim o wiele za długi. Gdyby najlepsze fragmenty tych trzech płyt wydać na jednej tylko płycie, wówczas faktycznie mógłby to być najwspanialszy album spośród solowych wydawnictw byłych Beatlesów. Co prawda, wielu krytyków twierdzi, że jest nim nawet w takiej rozbuchanej formie, ale nie mogę się z tym zgodzić. Muzyczna zawartość kompletnie nie uzasadnia takiego rozpasania. To tylko liczne proste, podobne do siebie piosenki, raz bardziej, raz mniej udane, a także parę zachowawczych jamów. 

Ocena: 6/10



George Harrison - "All Things Must Pass" (1970)

LP1: 1. I'd Have You Anytime; 2. My Sweet Lord; 3. Wah-Wah; 4. Isn't It a Pity (Version One); 5. What Is Life; 6. If Not for You; 7. Behind That Locked Door; 8. Let It Down; 9. Run of the Mill
LP2: 1. Beware of Darkness; 2. Apple Scruffs; 3. Ballad of Sir Frankie Crisp (Let It Roll); 4. Awaiting on You All; 5. All Things Must Pass; 6. I Dig Love; 7. Art of Dying; 8. Isn't it a Pity (Version Two); 9. Hear Me Lord
LP3: 1. Out of the Blue; 2. It's Johnny's Birthday; 3. Plug Me In; 4. I Remember Jeep; 5. Thanks for the Pepperoni

Skład: George Harrison - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka
Gościnnie: Eric Clapton - gitara; Klaus Voormann - gitara i gitara basowa; Dave Mason - gitara; Pete Ham - gitara; Tom Evans - gitara; Joey Molland - gitara; Pete Drake - gitara pedal steel; Carl Radle - gitara basowa; Ringo Starr - perkusja; Ginger Baker - perkusja; Alan White - perkusja i wibrafon; Jim Gordon - perkusja; Mike Gibbins - instr. perkusyjne; Mal Evans - instr. perkusyjne; Phil Collins - instr. perkusyjne; Billy Preston - instr. klawiszowe; Gary Wright - instr. klawiszowe; Bobby Whitlock - instr. klawiszowe; Tony Ashton - pianino; Gary Brooker - pianino; Bobby Keys - saksofon; Jim Price - instr. dęte; John Barham - aranżacja orkiestry i chóru
Producent: George Harrison i Phil Spector


6 lutego 2014

[Artykuł] Płyty winylowe vs. kompaktowe

Każdy nośnik muzyki, czy to analogowy czy cyfrowy, ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. W niniejszym tekście porównam dwa najpopularniejsze (przynajmniej w jakimś czasie) nośniki - płyty winylowe, zwane także analogowymi, oraz kompaktowe, czyli w skrócie CD. Poniższe porównanie składa się z kilku kategorii, a w każdej z nich dany nośnik może zdobyć maksymalnie dwa punkty (możliwa jest wygrana 2:0 lub remis 1:1). Wynik - który był z góry ustalony - nie ma nikogo przekonać do wyższości jednego nośnika nad drugim. Jest to jedynie moja subiektywna opinia.



1. WYGLĄD
Czyli duże okładki płyt winylowych, na których bez problemu można dostrzec każdy szczegół, przeciwko malutkim okładkom CD, zapakowanych w brzydki, kanciasty plastik. Ma to ogromne znaczenie zwłaszcza w przypadku kompaktowych reedycji albumów oryginalnie wydanych w czasach przedkompaktowych. Czy można się zachwycić malutkimi reprodukcjami okładek np. "Sierżanta Pieprza" Beatlesów, albo "Somewhere in Time" Iron Maiden? Bez mikroskopu nie sposób dostrzec wszystkich zawartych tam szczegółów. 
Winyl: 2
CD: 0

2. BRZMIENIE
Głębokie, czyste brzmienie winyli jest nieporównywalne z płaskim brzmieniem CD. O ile oczywiście nie jest to współczesna analogowa reedycja - w ich przypadku nie ma wielkiej różnicy, w porównaniu z brzmieniem CD. Jednak w przypadku oryginalnych wydań różnica jest ogromna.
Winyl: 2
CD: 0


3. POJEMNOŚĆ
Wydawałoby się, że w tej kategorii 80-minutowa płyta CD jest niekwestionowanym liderem - na dwustronowym winylu mieści się opcjonalnie około 45 minut. Jak jednak mówi przysłowie: "Co za dużo, to niezdrowo". Kiedy na początku lat 90. kompakty stały się głównym nośnikiem dla muzyki, niemal całkowicie wypierając winyle, większość wykonawców zaczęła nagrywać dłuższe albumy - czego rezultatem jest większa ilość wypełniaczy na większości wydawanych od tamtego czasu longplayów. Mniejsza pojemność analogów nie koniecznie jest wadą - zawsze przecież można wydać album dwupłytowy. Tak się robiło w czasach dominacji płyt winylowych, jeżeli miało się zbyt dużo dobrego materiału. Ale nigdy nie nagrywało się na siłę długich albumów.
Winyl: 1
CD: 1

4. PRAKTYCZNOŚĆ
To największa zaleta kompaktów - nie zajmują wiele miejsca, w przeciwieństwie do wielkich winyli.
Winyl: 0
CD: 2

5. AWARYJNOŚĆ
Głównym zarzutem wobec płyt winylowych jest ich rzekoma awaryjność. Rzeczywiście są bardziej podatne na zarysowania. Jednak większość rysek nie ma żadnego wpływu na ich brzmienie, a te bardziej poważne objawiają się trzaskami, które rzadko obniżają jakość muzyki. Tymczasem porysowanych płyt CD w wielu odtwarzaczach w ogóle nie da się odczytać. Druga kwestia to sprzęt. Zabrudzoną igłę zawsze można wyczyścić, a w najgorszym wypadku - wymienić (i tak trzeba to robić co jakiś czas). Gorzej kiedy uszkodzi się laser w odtwarzaczu CD. Miałem taką sytuację dwukrotnie. Za pierwszym razem odtwarzacz nadawał się tylko do śmietnika, bo nie produkowano już pasującego lasera. Nowy odtwarzacz po kilku miesiącach trzeba było zawieźć do serwisu, bo przestał wczytywać płyty. Igłę w gramofonie można wymienić w domu, nie trzeba jeździć po żadnych serwisach.
Winyl: 2
CD: 0

6. CENA
Koszt nowych CD i winyli jest podobny. Biorąc jednak pod uwagę brzmienie współczesnych winylowych reedycji (patrz punkt 2.), w ogóle nie należy się do nich zbliżać. Używane kompakty można kupić za grosze, natomiast w przypadku winyli - w stanie nadającym się do słuchania - ceny są już kilkakrotnie, a nawet kilkadziesiąt razy wyższe. Biorąc jednak pod uwagę zalety winyli, wymienione w poprzednich punktach, uważam, że warto zapłacić więcej.
Winyl: 1
CD: 1

WYNIKI:
Winyl: 8 punktów
CD: 4 punkty


4 lutego 2014

[Recenzja] Traffic - "On the Road" (1973)



Druga koncertówka Traffic zawiera materiał zarejestrowany podczas niemieckich występów grupy w kwietniu 1973 roku. Zespół wystąpił w składzie poszerzonym o trzech amerykańskich muzyków sesyjnych związanych z The Muscle Shoals Rhythm Section. Basista David Hood i perkusista Roger Hawkins zajęli miejsca Rica Grecha i Jima Gordona jeszcze przed nagraniem "Shoot Out at the Fantasy Factory". Klawiszowiec Barry Beckett również wystąpił na tamtym albumie, ale tylko w jednym kawałku. Tutaj natomiast jego udział jest znacznie większy, gdyż Steve Winwood częściej pełni rolę gitarzysty. Pierwsze północnoamerykańskie wydanie "On the Road" zawiera tylko jedną płytę, na której znalazły się cztery utwory: po dwa z albumów "The Low Spark of High Heeled Boys" i "Shoot Out at the Fantasy Factory". W pozostałych krajach wydawnictwo ukazało się na dwóch płytach, wzbogacone jeszcze jednym utworem z takiego drugiego albumu, a także dwoma z "John Barleycorn Must Die".

Wybór utworów pozostawia raczej mieszane odczucia. Szczególnie rozczarowuje, że najsilniej reprezentowany jest najnowszy wówczas album. "Tragic Magic", "(Sometimes I Feel So) Uninspired" i tytułowy "Shoot Out at the Fantasy Factory" bardzo jednak w tych wersjach zyskują. nabierają takiego bardziej swobodnego, jamowego charakteru. Zresztą niemal każdy zawarty tu utwór - z wyjątkiem wiernie odegranego "Freedom Rider" - został zaprezentowany w znacznie luźniejszej wersji, z rozbudowanymi partiami solowymi, czy też raczej wzbogaconej o długie fragmenty oparte na zespołowej interakcji. Nie jest to szczególnie wirtuozerskie granie, nie ma tutaj jakiś naprawdę porywających solówek w stylu Cream, Hendrixa, The Allman Brothers Band czy Quicksilver Messenger Service. Jednak muzycy Traffic po prostu biorą udział w nieco innej dyscyplinie - nie próbują ściągać się o najbardziej ekscytujący popis solowy, tylko stawiają raczej na zespołowe budowanie wyluzowanego, ale wyrafinowanego klimatu. I to udaje im się znakomicie. I sprawia, że nawet te utwory, które w wersjach studyjnych wypadają dość bezbarwnie - jak "Glad" czy "Tragic Magic" - tutaj potrafią wciągnąć i sprawić, że słuchaczowi udziela się dobry nastrój, który wyraźnie panował wówczas na scenie.

"On the Road" to bardzo fajne podsumowanie "progresywnego" okresu działalności Traffic. Choć oczywiście niekompletne, bo przecież bardzo ważnym elementem ówczesnej twórczości zespołu były wpływy folkowe, po których tu nie ma śladu. Dlatego też nie jest to wydawnictwo, które mogłoby zająć na półce miejsce "The Low Spark of High Heeled Boys" i "John Barleycorn Must Die" (ale już jako zamiennik "Shoot Out at the Fantasy Factory" sprawdzi się doskonale), a raczej ich udane uzupełnienie. I m.in. z tego tez powodu - ale też z powodu długości i dość specyficznego charakteru - nie jest to najlepsze wydawnictwo na początek znajomości z Traffic. Dyskografię zespołu najlepiej poznawać chronologicznie, od debiutanckiego "Mr. Fantasy" do właśnie "On the Road" (bynajmniej nie ostatniego w dyskografii, choć tak być powinno), ewentualnie poznawać je w losowej kolejności. Ważne tylko, by nie zniechęcać się, jeśli któryś album się nie spodoba, bo właściwie każdy ma nieco inny charakter. A zapewne żaden z nich nie spodoba się już przy pierwszym przesłuchaniu, bo twórczość Traffic dość mocno odbiega od tego, do czego są przyzwyczajeni i czego oczekują polscy słuchacze. Dlatego jest to u nas zespół praktycznie nieznany. A szkoda, bo to była naprawdę świetna grupa.

Ocena: 8/10



Traffic - "On the Road" (1973)

LP1: 1. Glad / Freedom Rider; 2. Tragic Magic; 3. (Sometimes I Feel So) Uninspired
LP2: 1. Shoot Out at the Fantasy Factory; 2. Light Up or Leave Me Alone; 3. The Low Spark of High Heeled Boys

Pierwsze wydanie północnoamerykańskie:
1. The Low Spark of High Heeled Boys; 2. Shoot Out at the Fantasy Factory; 3. (Sometimes I Feel So) Uninspired; 4. Light Up or Leave Me Alone

Skład: Steve Winwood - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Chris Wood - saksofon i flet; Barry Beckett - instr. klawiszowe; David Hood - gitara basowa; Roger Hawkins - perkusja; Jim Capaldi - instr. perkusyjne, perkusja (LP2: 3), wokal (LP2: 2)Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Producent: Steve Winwood i Chris Blackwell


3 lutego 2014

[Recenzja] Traffic - "Shoot Out at the Fantasy Factory" (1973)


Czasami czuję brak pomysłów
Czasami czuje się pokonany
Czasami czuję się bardzo zmęczony
Czasami czuję, że mam dość
Sometimes I feel so uninspired
Sometimes I feel like giving up
Sometimes I feel so very tired
Sometimes I feel like I've had enough

Pierwsza zwrotka tekstu "(Sometimes I Feel So) Uninspired" niezwykle szczerze podsumowuje ten album. Począwszy od kolejnej trójwymiarowej okładki, a kończąc na samych utworach, brakuje tutaj dawnej świeżości i energii. Nie dajcie się zmylić mocnemu otwarciu w postaci zaskakująco ciężkiego, ale wyrafinowanego kawałka tytułowego. Reszta albumu jest grana jakby od niechcenia, a poszczególne utwory sprawiają wrażenie rozciągniętych na siłę, bez pomysłu, co sugeruje, że zespół po prostu nie zdołał skomponować wystarczającej ilości materiału. Niby słucha się tego przyjemnie, nic tu właściwie nie drażni, tylko jakoś tak niewiele z tego wszystkiego wynika.

Ocena: 6/10



Traffic - "Shoot Out at the Fantasy Factory" (1973)

1. Shoot Out at the Fantasy Factory; 2. Roll Right Stones; 3. Evening Blue; 4. Tragic Magic; 5. (Sometimes I Feel So) Uninspired

Skład: Steve Winwood - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Chris Wood - saksofon i flet; David Hood - gitara basowa; Roger Hawkins - perkusja; Jim Capaldi - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal (2); Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Gościnnie: Barry Beckett - instr. klawiszowe (4); Jimmy Johnson - klarnet (4)
Producent: Steve Winwood