26 lipca 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Emerson, Lake & Palmer

W tej części "Najważniejszych utworów" musiałem złamać żelazną zasadę nieumieszczania na liście utworów, które oryginalnie wykonywali inny wykonawcy. Twórczość supergrupy ELP - tworzonej przez klawiszowca Keitha Emersona (ex-The Nice), wokalistę/basistę (i okazjonalnie gitarzystę) Grega Lake'a (ex-King Crimson), oraz perkusistę Carla Palmera (ex-Atomic Rooster) - to w sporej części transkrypcje muzyki poważnej na rockowe instrumentarium (poniższa lista zwiera dwa takie utwory). Oczywiście muzycy pisali także własne kompozycje, z różnym efektem, ale często naprawdę niezłym, czego dowodem utwory z poniższej listy.

Keith Emerson, Greg Lake i Carl Palmer.

1. "Take a Pebble" (z albumu "Emerson, Lake & Palmer", 1970)

Najdłuższy utwór z debiutu grupy został napisany przez Grega Lake'a, a następnie zaaranżowany przez cały zespół, dzięki czemu nabrał wielkiego rozmachu. Utwór rozpoczyna się balladowo, partii wokalnej towarzyszy tylko pianino Emersona, do którego stopniowo dochodzi perkusja i bass. Po około dwóch i pół minuty rozpoczyna się jazzujący fragment instrumentalny, a następnie dłuższa część folkowa, oparta głównie na akompaniamencie gitary akustycznej. Dalej pojawia się kolejna jazzowa improwizacja muzyków, a na zakończenie wraca balladowy temat z partią wokalną.
Kompozycja została opatrzona poetyckim tekstem Lake'a o przemijaniu. Być może najlepszym, jaki kiedykolwiek napisał. Zresztą pisanie słów nie było jego najmocniejszą stroną. Nie miałem żadnych wątpliwości co do Grega, jeśli chodziło o jego wokalne możliwości - mówił Keith Emerson. Ale nie zdawałem sobie sprawy, że tak trudno będzie mu napisać teksty. Jest autorem, który ma bardzo głębokie myśli. Jak sądzę, potrzebował trochę więcej czasu. A ja byłem przyzwyczajony, że po prostu szedłem do mojego poprzedniego wokalisty-basisty [Lee Jacksona z The Nice] i mówiłem mu: "Mógłbyś mi napisać tekst do tego kawałka?". I po jakichś czterech dniach przychodził z gotowym pomysłem. Ale nie dało się tak pracować z Gregiem. W związku z tym stwierdziłem, że jeśli album ma być skończony, najlepiej będzie zrobić więcej utworów instrumentalnych. Rzeczywiście, na sześć utworów z albumu tylko trzy posiadają teksty.
"Take a Pebble" był przez zespół regularnie wykonywany na żywo. "Folkowy" fragment był przeważnie poszerzany o fragmenty innych utworów - "Lucky Man" i - od 1973 roku - "Still... You Turn Me On".


2. "Lucky Man" (z albumu "Emerson, Lake & Palmer", 1970)

Legenda głosi, że utwór został zarejestrowany w ostatniej chwili, kiedy okazało się, że zespół ma za mało materiału (kontrakt zakładał, że każda strona albumu musi trwać przynajmniej 21 minut). Być może dlatego tak bardzo różni się od pozostałych utworów - to prawie solowe nagranie Lake'a, grającego tutaj na gitarze akustycznej, elektrycznej i basie. Delikatne partie Emersona i Palmera są tylko dodatkiem. Chociaż rola klawiszowca zwiększa się pod koniec utworu, kiedy gra solo na syntezatorze Mooga - instrumencie w tamtym czasie rzadko spotykanym w muzyce rockowej.
"Lucky Man" powstał znacznie wcześniej niż reszta albumu. Podobno był nawet jednym z pierwszych utworów, które grała na próbach grupa King Crimson - tak przynajmniej twierdzi Ian McDonald (saksofonista/klawiszowiec z pierwszego składu King Crimson). To możliwe, ponieważ Lake napisał ten utwór już w wieku... 12 lat. Był to pierwszy utwór, jaki kiedykolwiek napisałem - mówił. Wtedy była to po prostu głupia piosenka o tematyce fantasy. Ale kiedy stała się przebojem, weszła na wyższy poziom. Na tym polega piękno piosenek - mogą być interpretowane na różne sposoby przez słuchaczy. W wielu przypadkach to słuchacz decyduje o czym tak naprawdę są. Na pewno tak było w przypadku "Lucky Man". Tekst utworu jest potępieniem wojen - opowiada o człowieku, który miał wszystko, ale wyruszył na wojnę i zginął.
"Lucky Man" został wydany na singlu i był nawet notowany w Stanach (48. miejsce). Na koncertach zawsze był wykonywany w uproszczonej aranżacji, jedynie z akompaniamentem gitary akustycznej.


3. "Tarkus" (z albumu "Tarkus", 1971)

Ponad dwudziestominutowa suita, składająca się z siedmiu części: czterech instrumentalnych, zdominowanych przez popisy muzyków o improwizowanym charakterze ("Eruption", "Iconoclast", "Manticore", "Aquatarkus"), pomiędzy którymi pojawiają się trzy bardziej piosenkowe, z partiami wokalnymi ("Stones of Years", "Mass", "Battlefield"). Głównym kompozytorem utworu jest Keith Emerson. Greg Lake początkowo nie był przekonany do jego pomysłu; ponoć nie rozumiał zamysłu dzieła. Ostatecznie zgodził się jednak napisać tekst. Co więcej, sam skomponował muzykę do części "Battlefield", która sama w sobie jest prawdziwym arcydziełem, z pięknymi solówkami gitarowymi i takiż samym śpiewem Lake'a.
Tekst utworu opowiada o Tarkusie - bezlitosnym mutancie, będącym skrzyżowaniem pancernika z czołgiem. Poznajemy w nim jego historię, od narodzin do przegranej walki z mantykorą (potworem z mitologii perskiej), po której zmienia się w wodną istotę, Aquatarkusa. Jeżeli tematyka fantasy kogoś odpycha, warto zwrócić uwagę na drugie dno utworu. Tarkus może symbolizować wojnę, a wtedy tekst nabiera antywojennego przesłania. Potwierdza to fakt, że w czasie koncertów ELP, pomiędzy częściami "Battlefield" i "Aquatarkus", Lake śpiewał a capella kilka wersów crimsonowego "Epitaph".
Podczas komponowania "Tarkusa", Emerson nawiązał współpracę z Robertem Moogiem, aby pomógł mu wydobyć z skonstruowanego przez niego syntezatora dzięki, jakich nikt wcześniej nie stworzył. Rezultaty słychać przede wszystkim w części "Aquatarkus".
Wszystko, co gramy, musi być wykonywane z energią i precyzją - mówił Emerson. I gdy możemy to osiągnąć - jest fantastycznie. Czasami istotą tego, co chcemy osiągnąć w kompozycji, jest "kurtyna dźwięku". Sądzę, że to było podstawą "Tarkusa". Po prostu wielka ściana dźwięku. Próbowałem też łączyć wiele różnych rytmów, różne tonacje. Skorzystałem z rad Franka Zappy, który kiedyś powiedział, że nie potrzeba oznaczeń taktowych. Wszystko jest jednością. Nie potrzeba znaków przykluczowych. To naprawdę była próba zerwania z porządkiem w muzyce. A w końcu - w jakimś sensie odwrót, powrót do tego porządku. Ściślej biorąc, pojawiają się bardzo klasyczne, "progresje chóralne" w niektórych częściach "Tarkusa".
Zespół regularnie wykonywał utwór na swoich koncertach.


4. "Jeremy Bender" (z albumu "Tarkus", 1971)

Jeden z kilku prostych, ewidentnie żartobliwych kawałków Emerson, Lake & Palmer. "Jeremy Bender" utrzymany jest w klimacie barowej muzyki honky tonk. Sądzę, że chcieliśmy pokazać ludziom, że mamy poczucie humoru - mówił Emerson. Tak jak i to, że potrafimy być poważni. Dlatego umieściliśmy na albumie takie kawałki. Możesz długo ciągnąć grzmocący numer jak "Tarkus", ale w końcu powiesz: "Zagrajmy coś trochę lżejszego. Zabawmy się nieco". Uważam, że było miejsce na światło i na cień, na śmiech i na odrobinę dramatu.
Utwór był wykonywany na żywo w latach 1971-74.


5. "The Endless Enigma" (z albumu "Trilogy", 1972)

Dwuczęściowy utwór napisany przez Emersona i Lake'a, którego obie części są połączone instrumentalnym popisem Emersona, "Fugue" - klasyczną fugą, czyli złożoną formą muzyczną opartą na polifonii. Ciekawostką jest, że "The Endless Enigma" to jeden z pierwszych utworów, w którym pojawia się dźwięk bijącego serca, osiągnięty dzięki przetworzonemu brzmieniu perkusji. Wcześniej podobny efekt udało się osiągnąć grupie Pink Floyd (w zapomnianej kompozycji "Heart Beat, Pig Meat" z soundtracku "Zabriskie Point" z 1970 roku; później powtórzyli ten patent w "Speak to Me" z "Dark Side of the Moon").
Utwór był wykonywany tylko na trasie promującej album "Trilogy".


6. "From the Beginning" (z albumu "Trilogy", 1972)

Kolejny po "Lucky Man" utwór ELP zaaranżowany głównie na gitarę akustyczną. Jeśli chodzi o te wszystkie akustyczne kawałki Grega - "Lucky Man", "From the Beginning", "Still... You Turn Me On" - to nigdy nie byłem przy tym, gdy je układał - mówił Emerson. Z "From the Beginning" było tak, że przyszedłem do studia po południu, a on już miał nagrany podkład i śpiew. I powiedziałem: "Kapitalne! Jak na to wpadłeś?". Kompozytor wyjaśniał: Piosenka powstała w naturalny sposób, jeden wers po drugim. Niektóre utwory mają bardzo silne znaczenie, inne opierają się na poetyce dźwięku. To nie zawsze jest dosłowne znaczenie.
Utwór został wydany na singlu i stał się największym przebojem grupy w Stanach (39. miejsce w notowaniu). Mimo to, na żywo utwór grany był sporadycznie - dosłownie kilka razy na trasie z 1977 roku, częściej dopiero na trasach z lat 90.


7. "Jerusalem" (z albumu "Brain Salad Surgery", 1973)

Adaptacja hymnu "Jerusalem", skomponowanego w 1914 roku przez Charlesa Huberta Hastingsa Parry'ego, do słów poematu "And Did Those Feet in Ancient Time" Williama Blake'a, będącego wstępem do jego dzieła "Milton a Poem" (1804). Wersja Emerson, Lake & Palmer została wydana na singlu, który jednak nie został odnotowany na listach sprzedaży. Nie bez znaczenia był fakt, że brytyjscy radiowcy ignorowali utwór, uważając tę wersję za profanację oryginału.
Pamiętam, że próbowałem to jakoś zaaranżować jeszcze z The Nice - mówił Emerson. Ale po prostu nie wychodziło. Zawsze jednak pamiętałem, że to coś wartego zachodu - szczególnie gdy ma się w zespole kogoś o takim głosie jak Greg. Zaproponowałem inną aranżację i wtedy się spodobało.
"Jerusalem" to pierwszy utwór, w którym został wykorzystany Moog Apollo - pierwszy na świecie syntezator polifoniczny, w 1973 roku wciąż będący prototypem. W tym czasie Moog skonstruował polifoniczny syntezator, który był dla nas pomocą i w dużym stopniu - inspiracją. I z pewnością ułatwił występy na żywo - podsumował Emerson.
Utwór był wykonywany wyłącznie na trasie Someone Get Me a Ladder, promującej album "Brain Salad Surgery".


8. "Karn Evil 9" (z albumu "Brain Salad Surgery", 1973)

Najdłuższy utwór w repertuarze Emerson, Lake & Palmer, trwający niemal pół godziny (2/3 całego albumu). Składa się z trzech części, czy też raczej "impresji", z których pierwsza podzielona jest na kolejne dwie części - ze względu na ograniczenia czasowe płyt winylowych (pierwsza część "1st Impression" zamyka stronę A albumu, a druga otwiera stronę B).
Tekst "Karn Evil 9" został napisany przez Grega Lake'a i jego dawnego znajomego z King Crimson - Petera Sinfielda. Według informacji podanych na albumie, Sinfield jest współautorem tylko "3rd Impression", ale on sam twierdzi, że pomagał Lake'owi napisać także słowa "1st Impression". Tekst jest pesymistyczną wizją przyszłości - zimnego, zdehumanizowanego świata.
Muzykę napisał w całości Keith Emerson. "1st Impression" to dość skoczna, jakby karnawałowa melodia (fraza "karn evil" pochodzi od słowa "carnival"); pojawiają się tutaj dwie długie, gitarowe solówki.; instrumentalny "2nd Impression" to przede wszystkim jazzrockowy popis Emersona; natomiast "3rd Impression" ociera się o klimaty musicalowe.
Żadna część utworu nie była wydana na singlu, ale zagraniczne stacje radiowe często grały "1st Impression, Part II", dzięki czemu fragment ten stał się jednym z najpopularniejszych utworów zespołu. "Karn Evil 9" był jednym z najczęściej wykonywanych na żywo utworów grupy. Jednak jedynie kilka razy został zagrany w całości, później zespół grał tylko "1st Impression" (w całości, lub samo "Part II").


9. "Fanfare for the Common Man" (z albumu "Works Volume I", 1977)

Utwór autorstwa amerykańskiego kompozytora Aarona Coplanda z 1942 roku. Muzycy ELP już wcześniej sięgali do jego twórczości - na "Trilogy" znalazła się ich adaptacja kompozycji "Hoedown", także z 1942 roku. "Fanfare for the Common Man" w wersji Emerson, Lake & Palmer to niemal 10-minutowa improwizacja z charakterystycznym "fanfarowym" motywem granym na syntezatorze.
Utwór został wydany na singlu, ale w wersji skróconej do trzech minut (przez co bliższej oryginalnej wersji Coplanda). Była to jedyna mała płyta ELP, jaka została odnotowana na brytyjskiej liście - za to bardzo wysoko, bo na 2. miejscu. Na żywo grupa wykonała utwór po raz pierwszy już w 1972 roku (jeśli wierzyć stronie setlist.fm), ale dopiero po zarejestrowaniu wersji studyjnej zaczął być grany regularnie.


10. "I Believe in Father Christmas" (z albumu "Works Volume II", 1977)

Kompozycja Grega Lake'a (z tekstem Petera Sinfielda) pierwotnie została nagrana i wydana w 1975 roku jako jego solowy singiel. Utwór stał się wielkim przebojem (2. miejsce na brytyjskiej liście singli) i przez wielu uznawany jest za typową piosenkę świąteczną. Choć są też tacy, którzy uważają ją za antyreligijną. W rzeczywistości dotyczy ona komercjalizacji świąt Bożego Narodzenia. Uważam, że to przerażające, kiedy ludzie mówią, że mówienie o świętach Bożego Narodzenia jest niepoprawne politycznie, że powinno nazywać się je "sezonem wakacyjnym" - mówił Lake. Boże Narodzenie było czasem rodzinnego ciepła i miłości. Wiąże się z poczuciem przebaczenia, akceptacji. Sinfield dodawał, że utwór mówi o utracie niewinności i dziecięcych przekonań.
Oryginalna wersja utworu zawierała orkiestrację. Kiedy dwa lata później "I Believe in Father Christmas" został ponownie nagrany - pod szyldem ELP, chociaż z niewielkim udziałem Emersona i Palmera - aranżacja została znacznie uproszczona. Kolejną wersję utworu grupa nagrała w 1993 roku, na kompilację "The Return of the Manticore". Dwa lata później ta wersja została wydana także na EPce, której dała tytuł.
Utwór był często coverowany, przez co najmniej kilkunastu różnych wykonawców.


POSTSCRIPTUM

Późniejsze dokonania Emerson, Lake & Palmer (i alternatywnego wcielenia grupy, z Cozym Powellem jako perkusistą) były już znacznie mniej ekscytujące i nie wnoszące niczego nowego do twórczości zespołu, dlatego nie zostały tutaj uwzględnione.

25 lipca 2014

[Recenzja] Blues Pills - "Blues Pills" (2014)



Blues Pills to młody zespół założony w 2011 roku w Szwecji. Skład jest jednak międzynarodowy. Szwedzkie pochodzenie ma tylko wokalistka Elin Larsson, a poza nią w grupie grają francuski gitarzysta Dorian Sorriaux oraz amerykańska sekcja rytmiczna złożona z basisty Zacka Andersona i perkusisty Cory'ego Berry'ego (obaj występowali wcześniej w Radio Moscow). Stylistycznie i brzmieniowo kwartet wpisuje się w panującą od dłuższego czasu modę na retro rocka. Nie sprawdzałem na jakie inspiracje powołują się sami muzycy, ale zawartość tego krążka pozwala przypuszczać, że nie obca jest im bluesrockowe i psychodeliczne granie przełomu lat 60. i 70. Wskazałbym tu przede wszystkim na wpływ Fleetwood Mac (z czasów Petera Greena), Free, Jimiego Hendrixa, Cream i Led Zeppelin, a także - przede wszystkim ze względu na śpiew Larsson - Janis Joplin.

Brzmienie, stylizowane na to sprzed czterech, pięciu dekad (nie do końca udanie ze względu na zbyt dużą kompresję), opiera się na archetypowym dla rocka instrumentarium: gitara, bas i bębny. Z rzadka usłyszeć można, przeważnie na dalszym planie, instrumenty klawiszowe (pianino w "No Hope Left for Me", organy w "Astraplane"). Dominuje tutaj bardziej energetyczne granie, na pograniczu bluesa i hard rocka, z zadziornym śpiewem Larsson (np. "High Class Woman", "Ain't No Change", "Jupiter", "Black Smoke", "Devil Man", a także niemalże taneczna przeróbka "Gypsy" z repertuaru Chubby 'ego Checkera), ale pojawiają się też balladowe  momenty ("River", zabarwione bluesowo "No Hope Left for Me" i "Astraplane", a także bardzo hendrixowski "Little Sun"). Wykonanie stoi na całkiem wysokim poziomie, choć w żadnym wypadku nie jest to skomplikowane granie. Sekcja rytmiczna tylko czasem prezentuje coś ponad standardowy akompaniament, gitarzyście zdarza się zabłysnąć fajną solówką (bazującą na bluesowym klimacie, a nie na technice), a wokalistka posiada niezłą barwę głosu i pewne umiejętności operowania nim na różne sposoby. Nie sądzę, by muzycy na koncertach byliby w stanie zagrać te utwory w bardziej rozbudowanych wersjach (wzorem koncertowych improwizacji wspomnianych w pierwszym akapicie wykonawców), jednak na płycie brzmi to całkiem przyjemnie.

Mam też jednak parę zastrzeżeń, które towarzyszą mi zawsze przy kontakcie z wykonawcami retro-rockowymi. Doskwiera brak własnej tożsamości, bezwstydna wtórność wobec muzyki, jaką grano przed wieloma dekadami. Z jednej strony fajnie, że takie kapele grają. Można pójść na klubowy koncert i dostać dość udana imitację hipisowskiej atmosfery. Ale czy naprawdę potrzebujemy płyt takich wykonawców? Czy będziemy do nich wracać, czy po dwóch, trzech odsłuchach będą już tylko kurzyć się na półce, bo mając ochotę na taką muzykę, wybierzemy jakąś klasyczną pozycję? Ja przeważnie bardzo szybko o takich wydawnictwach zapominam. Bo o ile słuchanie ich jest nawet przyjemne, to nie tylko w żaden sposób mnie nie rozwija (choć dla mniej osłuchanych słuchaczy może mieć walor edukacyjny - zainteresowani sięgną po klasyczne kapele), ale też nie pokazuje mi nic nowego, a jedynie przemiela dobrze znane patenty. Największą wadą tych wszystkich Blues Pillsów jest brak umiejętności kompozytorskich. Nie ma tu ani szczególnie zapamiętywalnych motywów czy melodii, ani jakiś ciekawych prób urozmaicenia utworu, wyjścia poza piosenkową strukturę. Zespół ma pewien potencjał, ale dopóki nie posiada własnego charakteru i nie potrafi tworzyć bardziej wyrazistych utworów, jest tylko ciekawostką.

Ocena: 6/10



Blues Pills - "Blues Pills" (2014)

1. High Class Woman; 2. Ain't No Change; 3. Jupiter; 4. Black Smoke; 5. River; 6. No Hope Left for Me; 7. Devil Man; 8. Astraplane; 9. Gypsy; 10. Little Sun

Skład: Elin Larsson - wokal; Dorian Sorriaux - gitara;  Zack Anderson - gitara basowa; Cory Berry - perkusja
Gościnnie: Robert Wallin - instr. klawiszowe (6,8); Joel Westberg - instr. perkusyjne
Producent: Don Alsterberg


22 lipca 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Argus" Wishbone Ash

W kolejnej części cyklu "Historie okładek" przedstawiam jedną z najbardziej rozpoznawalnych okładek stworzonych przez słynną firmę designerską Hipgnosis.


Okładkę "Argusa" zaprojektowali ludzie z agencji Hipgnosis - mówił Andy Powell, wokalista/gitarzysta Wishbone Ash. Umieścili na niej postać wojownika wziętą z filmu "Diabły" Kena Russella. Uważali, że wygląda ona bardzo tajemniczo. Poszliśmy tym tropem i daliśmy płycie tytuł "Argus". Słowo to oznacza jednookiego obserwatora, strażnika. Według mitologii greckiej Argus rzeczywiście był strażnikiem, ale posiadającym "sto wiecznie czuwających oczu". Tytuł zaproponował perkusista grupy, Steve Upton, który w tamtym czasie był zafascynowany grecką mitologią. Postać wojownika nawiązuje do dwóch utworów z albumu - "Warrior" i "Throw Down the Sword".


Okładkowe zdjęcie zostało wykonane w okolicach przełomu rzeki Verdun, w południowej Francji. Andy Powell uważa, że do zdjęcia wykorzystany został ten sam kostium, który został użyty w wspomnianym filmie "Diabły" ("The Devils", 1971). Jeśli się dobrze przypatrzeć okładce, można zauważyć, że wojownik nie spogląda na krajobraz, lecz na... statek kosmiczny. Na tylnej okładce można dostrzec statek kosmiczny - przyznawał Powell. Wygląda jak jakaś machina z czasów starożytnych, a zarazem jak coś bardzo nam współczesnego.

Na okładce nie został podany pomysłodawca okładki ani autor zdjęcia (jest jedynie informacja: Cover design and outer photograph by Hipgnosis), jednak według Andy'ego Powella była to wizja Storma Thorgersona, współzałożyciela firmy. Za zdjęcia członków zespołu z wewnętrznej strony okładki odpowiada Barry Wentzell. Okładka albumu "Argus" tak spodobała się Jimmy'emu Page'owi, że postanowił zlecić firmie Hipgnosis przygotowanie okładki piątego albumu Led Zeppelin, "Houses of the Holy".

17 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Heaven & Earth" (2014)



Yes ma na koncie wielkie dzieła. Niestety, od trzydziestu lat muzycy robią wszystko, by jak najbardziej obniżyć poziom swojej dyskografii. Z całego tego okresu jako tako bronią się tylko "Big Generator", obie części "Keys to Ascension" oraz "Fly From Here". Wszystkie te albumy mają wiele poważnych wad, ale przynajmniej częściowo nadają się do słuchania (tylko tu pojawia się pytanie, po co ich w ogóle słuchać?). O całej reszcie nie jestem w stanie napisać praktycznie nic pozytywnego. A już na pewno nic dobrego nie mogę napisać o właśnie wydanym "Heaven & Earth".

Steve Howe, Chris Squire, Alan White i Geoff Downes, wsparci przez nowego wokalistę Jona Davisona (śpiewającego i brzmiącego dokładnie tak samo, jak Jon Anderson, tylko nie posiadającego jego umiejętności) oraz cenionego producenta Roya Thomasa Bakera (znanego m.in. ze współpracy z Queen), sięgnęli tu kompletnego dnia. Taki album mogłaby nagrać jakaś trzeciorzędna amatorska kapela inspirująca się Yes, ale kompletnie nie potrafiąca wyciągnąć wniosków z muzyki zespołu, dlatego po prostu imitująca jego brzmienie i klimat. Kompozycje są tutaj kompletnie do niczego. Niecharakterystyczne, banalne melodycznie, zupełnie nieinteresujące pod względem budowy, nieznośnie porozciągane... Czasem po prostu cholernie nudne ("Belive Again", "In a World of Our Own", "Light of the Ages"). Częściej jednak naprawdę koszmarne, jak np. "The Game" i "To Ascend", a zwłaszcza "Step Beyond" i "It Was All We Knew", które mogą konkurować z "Lift Me Up", "Saving My Heart" i "Lightning Strikes" (oraz pewnie jakimiś fragmentami "Open Your Eyes",  którego na szczęście w ogóle nie pamiętam) o tytuł najbardziej żałosnego kawałka wydanego pod szyldem Yes. To niewyobrażalne, że zespół, który kiedyś nagrał "Close to the Edge", czy nawet "Fragile" lub "Going for the One", mógł aż tak nisko upaść. I nie jest to bynajmniej kwestia stylistyki, bo równie fatalnie wypada nawiązujący do tamtych czasów "Subway Walls" - chaotyczny, pełen zupełnie nietrafionych pomysłów i oczywiście pozbawiony czegokolwiek zapamiętywalnego. Ten pretensjonalny, symfoniczny wstęp jest tak bardzo z dupy, w kontekście reszty nagrania i całego albumu, że mam wątpliwości, czy ktokolwiek tego słuchał przed wydaniem. A dalej dzieją się rzeczy równie niepojęte.

"Heaven & Earth" brzmi jak autoparodia Yes. Tu już nawet nie można mówić o wypaleniu twórczym, lecz o kompletnym zdziadzieniu i sflaczeniu muzyków, którzy zaczęli grać tak bardzo bezpłciową i tak strasznie nudną muzykę, że nie ma w niej absolutnie nic wartego uwagi. Owszem, już w przeszłości zespół sięgał dna - szczególnie na takich albumach, jak "Union", "Talk", "The Ladder" i zwłaszcza "Open Your Eyes". Ale nawet tam trafiały się jakieś drobne przebłyski. A to pojawił się jakiś bardziej charakterystyczny motyw czy mniej banalna melodia, a to któryś z muzyków na chwilę przypominał sobie do czego jest zdolny, nie mówiąc już o tym, że na każdym z tych albumów śpiewał Jon Anderson, który nawet w najbardziej nijakich kawałkach potrafił zabłysnąć swoją interpretacją wokalną. A tutaj nie słyszę kompletnie żadnych pozytywów (widzę jeden, którym jest okładka - choć i tak nie jest to poziom najlepszych prac Rogera Deana). To zdecydowanie najgorszy album Yes i ogólnie jedno z najbardziej żałosnych wydawnictw, jakie kiedykolwiek słyszałem.

Ocena: 1/10



Yes - "Heaven & Earth" (2014)

1. Believe Again; 2. The Game; 3. Step Beyond; 4. To Ascend; 5. In a World of Our Own; 6. Light of the Ages; 7. It Was All We Knew; 8. Subway Walls

Skład: Jon Davison - wokal, gitara (1,6); Steve Howe - gitara, dodatkowy wokal; Geoff Downes - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Gerard Johnson - instr. klawiszowe (2)
Producent: Roy Thomas Baker


15 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Fly From Here" (2011)



To nie mógł być dobry album. Z wielu powodów, jednak przede wszystkim z przyczyny kompletnie niezrozumiałych decyzji Steve'a Howe'a, Chrisa Squire'a i Alana White'a. Najpierw usunęli ze składu swojego charyzmatycznego frontmana, rozpoznawalnego wokalistę i głównego kompozytora w jednej osobie. Tylko dlatego, że Jon Anderson chwilowo przechodził poważne problemy zdrowotne, a akurat zbliżała się wielka trasa koncertowa. Cóż, kasa musiała się zgadzać. Następnie przyjęli na jego miejsce gościa, który występował wcześniej w... coverbandzie Yes. A w końcu doprowadzili do odejścia Olivera Wakemana (który parę lat wcześniej zajął miejsce swojego ojca Ricka), zapraszając na sesję nagraniową swojego byłego klawiszowca, Geoffa Downesa (który w miedzy czasie, przez trzy dekady życia, chałturzył w jednym z najbardziej żenujących zespołów w historii - Asia). "Fly From Here" to w pewnym sensie kontynuacja wydanego na początku lat 80. albumu "Drama", bo w projekt zaangażowany został także Trevor Horn. Co prawda, tym razem głównie jako producent (odpowiada też za cześć partii instrumentalnych i chórki), gdyż rola głównego wokalisty pełni Benoit David, który... śpiewa niemal dokładnie tak samo, jak Horn trzydzieści lat wcześniej.

Słabo to wszystko wróżyło pierwszemu od dekady longplayowi Yes. No bo czego można było oczekiwać po dawno wypalonych muzykach, wspartych przez kolesia zarabiającego na życie imitowaniem innego wykonawcy? Jednak chyba mało kto spodziewał się aż takiego pójścia na łatwiznę. Podstawą tego materiału stały się bowiem kompozycje napisane przez Horna i Downesa w czasach, gdy występowali jako duet Buggles oraz współtworzyli dramatyczny skład Yes. A więc dobrych trzydzieści lat wcześniej. Na warsztat wzięto więc chociażby niedokończony w czasach "Dramy" utwór "We Can Fly". Była to jednak prosta piosenka, bardziej w stylu Buggles. Aby nadać jej bardziej yesowy charakter, postanowiono rozszerzyć ją do formy rockowej suity. Już to brzmi kiepsko, ale naprawdę żałosny jest dopiero sposób, w jaki to zrobiono. Po prostu dodano do niej inne wcześniej niewykorzystane piosenki Buggles ("Sad Night at the Airfield", "Madman at the Screens") i nowy fragment autorstwa Howe'a ("Bumpy Ride"), a także pretensjonalne intro z motywami z pozostałych fragmentów (o niosącym jeszcze większą dawkę patosu tytule "Overture"). Gdyby jednak nie tytuły (wszystkie są poprzedzone frazą "Fly From Here..."), trudno byłoby się w ogóle zorientować, że te nagrania składają się na jakąś większa całość. Nie są ze sobą połączone, mają zamkniętą budowę, rozmieszczono je nawet na osobnych ścieżkach. Niby powtarzają się tu pewne motywy, ale są tak niecharakterystyczne, że łatwo je przeoczyć. Jest to zresztą zbiór nawet przyjemnych, ale bardzo prostych piosenek i to niby-połączenie ich w większą formę jest kompletnie nieuzasadnionym, kuriozalnym pomysłem.

Pseudo-suita zajmuje połowę długości albumu. Druga połowa przedstawia się podobnie, choć tym razem nikt nie próbuje wmówić, że tworzą całość - a miałoby to tyle samo sensu, co w przypadku pierwszej połowy. Czyli wcale. Z archiwum Buggles wygrzebany został także "Life on a Film Set". Do pewnego momentu jest to dość sztampowa rockowa ballada z brzmieniem pod lata 80., by gdzieś w połowie skręcić w klimaty bardziej typowe dla klasycznego Yes - i od tej chwili brzmi to nawet całkiem przyjemnie, ale absolutnie nic nie wnosi do dorobku grupy, a na tle kompozycji z takich dzieł, jak "Fragile", "Close to the Edge", "Relayer" czy "Going for the One", wypada po prostu blado. Wcale nie lepiej wypadają nowsze kompozycje. "The Man You Always Wanted Me to Be" - zaśpiewany przez Squire'a i skomponowany przez niego z pomocą Gerarda Johnsona, który zagrał tu gościnnie na pianinie - to zupełnie bezbarwna, mdła melodycznie piosenka, która bardziej pasowałaby na solowy album basisty. Z kolei "Hour of Need" - skomponowany przez Howe'a i zaśpiewany przez niego w duecie z Davidem - to piosenka rażąca strasznym banałem, nie tylko ze względu na prostotę, ale także ogromną dawką kiczowatej słodyczy. Gitarzysta napisał także instrumentalny "Solitaire", oparty wyłącznie na akompaniamencie gitary akustycznej. Które to już nagranie tego typu w dorobku Yes? Na tle pozostałych nie wyróżnia się absolutnie niczym, co najwyżej kompletnym brakiem wyrazu. Jest jeszcze "Into the Storm" - podpisany przez Squire'a, Howe'a, White'a, Horna, Wakemana i Davida - będący próbą nagrania czegoś bardziej złożonego, ale brzmi to raczej jak nieudolna kopia dawnego Yes lub celowa parodia.

"Fly From Here" to album, na którym przeciwnicy zespołu - i ogólnie rocka progresywnego - znajdą wszystko, czego w nim nie lubią, natomiast fani nie otrzymają tu zbyt wiele tego, za co go cenią. Mimo wszystko, wypada to jednak trochę lepiej od dokonań Yes z lat 90. (z wyjątkiem "Keys to Ascension"), bo da się tego słuchać bez zażenowania, towarzyszącego znacznej części tamtych płyt - nawet najbardziej męczący tutaj "Hour of Need" tam byłby jednym ze strawniejszych momentów. Inna sprawa, że nie ma żadnego racjonalnego powodu, by "Fly From Here" słuchać. To tylko mało ciekawa wariacja na temat twórczości klasycznego Yes (i to raczej z "Dramy", niż "Close to the Edge") z domieszką Buggles.

Ocena: 4/10



Yes - "Fly From Here" (2011)

1. Fly From Here - Overture; 2. Fly From Here, Part I: We Can Fly; 3. Fly From Here, Part II: Sad Night at the Airfield; 4. Fly From Here, Part III: Madman at the Screens; 5. Fly From Here, Part IV: Bumpy Ride; 6. Fly From Here, Part V: We Can Fly (Reprise); 7. The Man You Always Wanted Me to Be; 8. Life on a Film Set; 9. Hour of Need; 10. Solitaire; 11. Into the Storm

Skład: Benoît David - wokal; Steve Howe - gitara, wokal (9), dodatkowy wokal; Geoff Downes - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, wokal (7), dodatkowy wokal; Alan White - perkusja
Gościnnie: Trevor Horn - dodatkowy wokal, instr. klawiszowe, gitara (3); Oliver Wakeman - instr. klawiszowe (2,6,9); Gerard Johnson - pianino (7)
Producent: Trevor Horn


13 lipca 2014

[Recenzja] Steel Mill - "Green Eyed God" (1972)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 2/13

Niewiele wiadomo o tym brytyjskim zespole. Pojawił się znikąd i równie nagle słuch o nim i tworzących go muzykach zaginął. Na początku lat 70. wydał dwa single, które przeszły zupełnie bez echa. Ich los podzielił jedyny studyjny album, "Green Eyed God", początkowo wydany wyłącznie w Niemczech. Brytyjskie wydanie ukazało się dopiero w 1975 roku, gdy grupa już nie istniała, a jej członkowie definitywnie pożegnali się z muzycznym biznesem (z wyjątkiem basisty Jeffa Wattsa, który przez krótki czas współpracował z równie zapomnianą grupą Design). Można powiedzieć, że zespół miał pecha, nagrywając dla wytwórni, która nie zapewniła mu odpowiedniej promocji. Lecz powód, dla którego Steel Mill nie odniósł sukcesu, może też być zupełnie inny.

"Green Eyed God" jest, niestety, albumem spóźnionym o parę lat. Muzycy fajnie mieszają tutaj elementy hard rocka, psychodelii i folku, dodając nawet odrobinę jazzu, ale tego typu granie największą popularnością cieszyło się w drugiej połowie lat 60., gdy działało wiele bardziej wyrazistych kapel. Zespołowi brakuje charyzmatycznego wokalisty i instrumentalistów posiadających ponadprzeciętne umiejętności. Kompozycje też mogłyby być napisanie nieco lepiej. A i brzmienie jest poniżej standardów 1972 roku. Jednak muzycy mieli na siebie pewien pomysł, co pokazują w takich utworach, jak "Summers Child", "Mijo And the Laying of the Witch", "Green Eyed God" i "Black Jewel of the Forest", czy w śpiewanym a cappella wstępie "Treadmill". Wszystkie charakteryzują się intrygującym, tajemniczym klimatem, wywołującym skojarzenia z muzyką starożytnych Celtów, często podkreślanym nastrojowymi partiami fletu. Szkoda tylko, że muzycy uparcie dodają do tego typowo rockowe motywy, czym zepsuto przede wszystkim najbardziej tajemniczy - do czasu wejścia sztampowego hardrockowego riffu - "Black Jewel of the Forest". Na albumie nie brakuje też bardziej zwyczajnych utworów, czego przykładem "Blood Runs Deep", a zwłaszcza mocno beatlesowski "Turn the Page Over", który kompletnie nie pasuje do całości.

Może gdyby muzycy Steel Mill dostali się w producenckie ręce jakiegoś fachowca, potrafiłby on wydobyć z zespołu to, co najlepsze i uchronić przed nietrafionymi pomysłami. Na "Green Eyed God" słuchać pewien potencjał, a przede wszystkim słucha się go bardzo przyjemnie, ale z poczuciem, że mogło być znacznie lepiej.

Ocena: 7/10



Steel Mill - "Green Eyed God" (1972)

1. Blood Runs Deep; 2. Summers Child; 3. Mijo And the Laying of the Witch; 4. Treadmill; 5. Green Eyed God; 6. Turn the Page Over; 7. Black Jewel of the Forest; 8. Har Fleur

Skład: Dave Morris - wokal i instr. klawiszowe; John Challenger - saksofon, flet; Terry Williams - gitara; Jeff Watts - gitara basowa; Chris Martin - perkusja
Producent: John Schroeder


Po prawej: okładka wydania brytyjskiego.


10 lipca 2014

[Recenzja] Faith No More - "Album of the Year" (1997)



Rok 1997 zdecydowanie nie był jednym z najlepszych w historii muzyki. Ale i tak ukazało się wtedy kilka lepszych wydawnictw niż szósty album Faith No More. Ciekawe czy tytuł "Album of the Year" był wynikiem przesadnej wiary w nowy materiał, czy może raczej ma autoironiczny charakter? Co do jednego nie mam wątpliwości - to najsłabszy z czterech wydanych do tej pory albumów zespołu, na których śpiewa Mike Patton. Trochę słychać tutaj już zmęczenie muzyków i brak świeżości. Nie pomogła kolejna zmiana gitarzysty (stanowisko objął Jon Hudson), zresztą to znacznie mniej gitarowy album od poprzedzającego go "King for a Day... Fool for a Lifetime". Niestety, wciąż dominuje raczej konwencjonalne podejście, jakże odległe od kreatywności z czasów "Angel Dust" i "The Real Thing".

Powodów do zachwytu nie ma wiele, ale nie jest to bardzo słaby album. Raczej bardzo przeciętny. W "Collision", "Mouth to Mouth" i "Ashes to Ashes" pojawiają się nawet pewne echa "Angel Dust". Na tamtym albumie byłyby to w najlepszym razie wypełniacze, ale tutaj prezentują się całkiem zacnie. Podobnie jak łagodniejsze kawałki w rodzaju "Helpless" i nieco pastiszowego "She Loves Me Not".  Wielbicieli ostrzejszego i bardziej normalnego oblicza grupy - do których sam się nie zaliczam - powinny natomiast przekonać "Last Cup of Sorrow" oraz niemal punkowe "Naked in Front of the Computer" i "Got That Feeling". Z kolei najciekawszym dla mnie, bo najbardziej zaskakującym, momentem jest tutaj singlowy "Stripsearch" - mocno elektroniczny, wyjątkowo subtelny. Szkoda, że zespół nie poszedł dalej w takim właśnie kierunku. Niewielka ilość nowych rozwiązań nie jest niestety jedynym problemem "Album of the Year". Bo choć wydawnictwo jest krótsze od trzech poprzednich płyt zespołu, to podobnie jak one wydaje się o kilka utworów za długie. Przy czym większość tych najmniej charakterystycznych kawałków została, jak zawsze, upchnięta na samym końcu ("Got That Feeling", "Home Sick Home", "Pristina").

Nic bym nie stracił, gdyby ten album nie istniał, ale też jego istnienie w niczym mi nie przeszkadza. Wracać do niego nie będę, ale najgorszym uczuciem towarzyszącym słuchaniu były momenty lekkiego znużenia. Szkoda tylko tego "Stripsearch", bo zasłużył na lepsze otoczenie.

Ocena: 6/10



Faith No More - "Album of the Year" (1997)

1. Collision; 2. Stripsearch; 3. Last Cup of Sorrow; 4. Naked in Front of the Computer; 5. Helpless; 6. Mouth to Mouth; 7. Ashes to Ashes; 8. She Loves Me Not; 9. Got That Feeling; 10. Paths of Glory; 11. Home Sick Home; 12. Pristina

Skład: Mike Patton - wokal; Roddy Bottum - instr. klawiszowe; Jon Hudson - gitara; Bill Gould - gitara basowa; Mike Bordin - perkusja
Producent: Roli Mosimann i Bill Gould


8 lipca 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Moving Pictures" Rush

Najbardziej znany album Rush wyróżnia się nie tylko zawartą na nim muzyką, ale również interesującą, wieloznaczną okładką...


Zdjęcie widoczne na okładce wykorzystuje niejednoznaczność tytułu "Moving Pictures". Może on oznaczać "przenoszenie obrazów", jak i "poruszające obrazy". Zostało to jednak przedstawione w humorystyczny sposób i tak "poruszającymi" obrazami są: płonąca na stosie Joanna d'Arc (prawdopodobnie nawiązanie do utworu "Witch Hunt"), psy grające w pokera (obraz amerykańskiego malarza Cassiusa Marcellusa Coolidge'a z serii szesnastu obrazów olejnych zamówionych w 1903 roku przez firmę Brown & Bigelow na potrzeby kampanii reklamowej cygar), oraz logo zespołu, wcześniej wykorzystane na okładce singla "Closer to the Heart". Trzeba dodać, że obraz Joanny d'Arc to w rzeczywistości zdjęcie. Nie mogłem znaleźć odpowiedniego obrazu, więc sam zdobyłem płótno, pal i dwa kije - mówił projektant okładki, Hugh Syme. Sesja zajęła nam pół godziny, nie mieliśmy innego wyjścia, tylko zrobić to sami. Do zdjęcia pozowała Deborah Samuel - fotograf odpowiedzialny za pozostałe zdjęcia z okładki "Moving Pictures".

Zdjęcie z rewersu okładki.

Zdjęcie z tylnej strony koperty albumu - sugerujące, że scenka z poprzedniego zdjęcia pochodzi z planu filmowego - ujawnia trzecie znaczenie tytułu "Moving Pictures" - "ruchome obrazy", czyli po prostu filmy. Mieliśmy kinowe podejście do komponowania muzyki - mówił wokalista i basista Rush, Geddy Lee. Staraliśmy się, by historie przedstawione w naszych utworach poruszały słuchacza. Ten tytuł pasował do tego, co chcieliśmy osiągnąć.

Oba zdjęcia zostały wykonane przed gmachem parlamentu Ontario w Queen's Park w Toronto. Zawierał wszystkie właściwe elementy - wyjaśniał wybór tego miejsca Hugh Syme. Ma trzy łuki, każdy z nich opiera się na trzech filarach. A Rush ma trzech członków. Koszt całej sesji wyniósł 9 tysięcy dolarów (przy obecnej wartości dolarów, byłoby to ok. 20 tysięcy). Wytwórnia odmówiła sfinansowania tak drogiej okładki, więc muzycy musieli zapłacić za nią z własnych kieszeni.

Zródło: theguardian.com
Niedawno na portalu internetowym dziennika "The Guardian" opublikowany został ciekawy artykuł, z galerią zdjęć z Google Maps, na które "naklejono" okładki albumów w miejscach, w których zostały wykonane.

Hugh Syme.
Hugh Syme współpracę z Rush rozpoczął już w 1975 roku, od stworzenia okładki albumu "Caress of Steel". Od tamtej pory odpowiadał za graficzną oprawę wszystkich kolejnych dzieł grupy. Grał w zespole Iana Thomasa kiedy go poznałem i miał tych samych menadżerów co my - mówił perkusista Neil Peart. Zobaczyłem prace Hugh, wykonane dla tej kapeli i od razu je polubiłem. Przedtem pracowałem z grafikiem Mercury nad okładką "Fly by Night", więc można powiedzieć, że zajmowałem się stroną graficzną naszych wydawnictw. Ciągle się tym zajmuję. Razem z Hughiem zaczęliśmy współpracę, a pomysłami wymienialiśmy się nawet poprzez telefon. To on stworzył okładki moich książek, instruktażowych DVD. Jest moim człowiekiem od grafiki.

Syme współpracował z Rush także jako muzyk - zagrał na albumach "2112" (syntezator w "2112: Overture", melotron w "Tears"), "Pernament Waves" (pianino w "Different Strings") oraz właśnie na "Moving Pictures" (syntezator w "Witch Hunt"). Jako grafik współpracował także z innymi wykonawcami. Tworzył okładki m.in. dla Whitesnake ("1987", "Slip of the Tongue", "Restless Heart"), Megadeth ("Countdown to Extinction", "Youthanasia", "Cryptic Writings", "The World Needs a Hero"), Aerosmith ("Get a Grip"), Iron Maiden ("The X Factor") i Dream Theater (np. "Octavarium").

6 lipca 2014

[Recenzja] Faith No More - "King for a Day... Fool for a Lifetime" (1995)



Bardzo zmieniła się muzyka Faith No More od czasu "Angel Dust". "King for a Day... Fool for a Lifetime" to wciąż bardzo eklektyczne granie. Rozrzut stylistyczny jest chyba nawet większy niż kiedykolwiek wcześniej. Ale o ile dawniej przeróżne wpływy mieszały się ze sobą na przestrzeni jednego utworu, tak tutaj poszczególne nagrania są utrzymane w jednej stylistyce. Dominuje tu zresztą zdecydowanie cięższe granie. Co o tyle może dziwić, że zespół najpierw pozbył się ze składu Jima Martina, który chciał grać w bardziej konwencjonalnie metalowym stylu, by już bez niego nagrać najbardziej gitarowy i najbardziej zwyczajny album w karierze. Nowym gitarzystą został Trey Spruance (współpracujący już wcześniej z Pattonem w Mr. Bungle), ale część partii gitarowych grają basista Bill Gould i klawiszowiec Roddy Bottum. Same klawisze zostały zepchnięte do roli nieangażującego tła lub ozdobników, a czasem nie słychać ich w ogóle.

Przeważają tutaj nagrania o raczej konwencjonalnym charakterze i zdecydowanie rockowym brzmieniu. Można je podzielić na energetyczne, niemalże punkowe czady ("Get Out", "Digging the Grave", "What a Day") i wolniejsze, bardziej melodyjne kawałki (lekko grunge'owy "Ricochet", "King for a Day", "The Last to Know"), zdarzają się też agresywniejsze momenty ("The Gentle Art of Making Enemies", "Cuckoo for Caca" i "Ugly in the Morning", w których przynajmniej wokalne popisy Pattona oraz basowe wywijanie Goulda przypominają wcześniejsze, bardziej zwariowane dokonania zespołu). A pomiędzy nimi zamieszczono utwory utrzymane w zupełnie innych klimatach: elegancki, subtelnie soulowy "Evidence" (od zawsze mój faworyt z tego longplaya); funkowy, wzbogacony bujającymi partiami dęciaków i organów "Star A.D."; latynoski "Caralho Voador"; utrzymany w luzackich klimatach południa Stanów "Take This Bottle"; czy w końcu niemalże gospelowa ballada z żeńskimi chórkami, "Just a Man". Zarówno te bardziej, jak i te mniej gitarowe kawałki są w większości bardzo fajne, ale zdecydowanie nie jest to już tak oryginalna i kreatywna muzyka, jak na dwóch poprzednich longplayach.

Łatwo mi jednak zrozumieć ludzi, którym właśnie "King for a Day... Fool for a Lifetime" najbardziej się podoba z dyskografii Faith No More, gdyż sam się do nich dawniej zaliczałem. To po prostu bardzo przystępne granie, zwłaszcza dla osób lubiących gitarowy czad. A przy tym niemal całkiem pozbawione jakichkolwiek dziwactw, nie licząc niektórych partii wokalnych. Ponadto, naprawdę dobre utwory sprawiają, że to wciąż jedna z lepszych płyt, jakie można znaleźć w rockowym mainstreamie lat 90. Szkoda tylko, że muzycy już nie próbują wykraczać poza główny nurt. I właśnie dlatego obecnie nie znajduję powodów, by cenić ten album bardziej, niż wynika z poniższej oceny.

Ocena: 7/10



Faith No More - "King for a Day... Fool for a Lifetime" (1995)

1. Get Out; 2. Ricochet; 3. Evidence; 4. The Gentle Art of Making Enemies; 5. Star A.D.; 6. Cuckoo for Caca; 7. Caralho Voador; 8. Ugly in the Morning; 9. Digging the Grave; 10. Take This Bottle; 11. King for a Day; 12. What a Day; 13. The Last to Know; 14. Just a Man

Skład: Mike Patton - wokal; Trey Spruance - gitara; Bill Gould - gitara basowa, gitara; Mike Bordin - perkusja; Roddy Bottum - instr. klawiszowe, gitara
Producent: Andy Wallace


4 lipca 2014

[Recenzja] Faith No More - "Angel Dust" (1992)



Przez trzy lata, jakie minęły pomiędzy wydaniem "The Real Thing" i "Angel Dust", muzycy Faith No More dopracowali swój eklektyczny styl do perfekcji. Szerokie wpływy, obejmujące chyba wszystkie rodzaje muzyki rozrywkowej, łączą się w jeszcze spójniejszą całość. Poszczególne utwory różnią się od siebie znacznie, ale zawsze charakteryzuje je podobna ponadgatunkowość oraz spora dawka humoru. Mike Patton pokazuje jeszcze większą wszechstronność wokalną, brzmi też znacznie bardziej dojrzale niż na poprzednim albumie. W warstwie instrumentalnej wciąż dominują klawisze Roddy'ego Bottuma - tym razem dużo bardziej różnorodne i pomysłowe, całkiem już pozbawione ejtisowego kiczu - a także kreatywne linie basu Billa Goulda, solidnie dopełniane perkusją Mike'a Bordina. Za to gitara Jima Martina nierzadko odgrywa niewielką rolę. Pozostali muzycy marginalizowali gitarzystę, który chciał grać w bardziej metalowym stylu, nie zawsze pasującym do ich pomysłów. Co wkrótce miało doprowadzić do jego odejścia ze składu.

Na "Angel Dust" metalowego czadu bynajmniej nie brakuje. Nagrania w rodzaju "Caffeine", "Smaller and Smaller", "Malpractice" i "Jizzlobber" opierają się w znacznej mierze na ciężkich riffach, potężnej grze sekcji rytmicznej oraz agresywnych partiach wokalnych Pattona. Daleko im jednak do metalowej sztampy - sporo tu interesującego kombinowania ze strukturą, zmianami klimatu itd. Tak zresztą jest przez cały longplay. I w tych bardziej radiowych kawałkach, jak singlowe "Midlife Crisis", "Land of Sunshine" oraz "Everything's Ruined" czy "Kindergarten" - w których autentyczna przebojowość nie wyklucza niegłupich aranżacji - i w tych najbardziej żartobliwych momentach, do których zaliczają się quasi-kabaretowy "RV", hiphopowy pastisz "Be Aggressive", a także popowy "A Small Victory". W każdym z nich muzycy bardzo kreatywnie wplatają elementy różnych stylów, eksperymentują z samplami, ogólnie bawią się muzyką.

Mam jednak wrażenie, że pod koniec tej całkiem długiej płyty trochę zaczyna już brakować pomysłów. "Crack Hitler" czy wspomniany "Jizzlobber" nie są już tak charakterystyczne, jak poprzedzające je nagrania i widziałbym dla nich miejsce raczej na którymś z licznych singli promujących to wydawnictwo. A już na pewno tam powinna skończyć przeróbka głównego tematu ze ścieżki dźwiękowej "Nocnego kowboja" Johna Schlesingera, która wydaje się wykonana nieco zbyt wiernie i poważnie, jak na kawałek mający być pewnie żartem. Na domiar złego, większość wydań zawiera jeszcze bonus w postaci hiciora "Easy" - tym razem ewidentnie żartobliwej przeróbki soulowego przeboju Commodores z lat 70., całkiem przyjemnej, ale i bardzo prostej w porównaniu z pozostałym materiałem, a na jego tle wypadającej po prostu banalnie. W obu cudzych kompozycjach prawie nic się nie dzieje, co bardzo rozczarowuje po tym, ile pokazano w autorskich utworach.

Zapewne byłby to lepszy longplay, gdyby kończył się na dziesiątej ścieżce. Bardziej zwarty, niepozwalający odczuć słuchaczowi znużenia. Tyle tylko, że nawet w takiej formie, z kilkunastoma minutami za dużo, "Angel Dust" jest albumem bardzo dobrym, a na standardy rockowego mainstreamu lat 90. wręcz rewelacyjnym. Takiej kreatywności, a przy tym tylu świetnych melodii, nie przyniósł chyba żaden inny rockowy album z tego okresu. Poprawcie mnie, jeśli o czymś zapomniałem.

Ocena: 8/10



Faith No More - "Angel Dust" (1992)

1. Land of Sunshine; 2. Caffeine; 3. Midlife Crisis; 4. RV; 5. Smaller and Smaller; 6. Everything's Ruined; 7. Malpractice; 8. Kindergarten; 9. Be Aggressive; 10. A Small Victory; 11. Crack Hitler; 12. Jizzlobber; 13. Midnight Cowboy

Skład: Mike Patton - wokal, melodyka (13); Roddy Bottum - instr. klawiszowe; James Martin - gitara; Bill Gould - gitara basowa; Mike Bordin - perkusja
Producent: Matt Wallace i Faith No More


2 lipca 2014

[Recenzja] Faith No More - "The Real Thing" (1989)



Faith No More to bez wątpienia jeden z najciekawszych zespołów, jeśli nie najciekawszy, które zaistniały w głównym nurcie przełomu lat 80. i 90. Grupa właściwie od samego początku posiadała unikalny styl, będący syntezą wielu pozornie odległych od siebie rodzajów muzyki. Muzycy postanowili wymieszać metalowe riffy, funkową sekcję rytmiczną, typowo ejtisowe klawisze oraz rapowane partie wokalne, czasem dodając do tego wszystkiego jeszcze inne inspiracje. Minęło jednak trochę czasu, zanim to wszystko ogarnęli. Na dwóch pierwszych albumach, "We Care a Lot" i "Introduce Yourself", wyraźnie brakuje im jeszcze kompozytorskiego i wykonawczego doświadczenia, nie wszystko jeszcze się ze sobą klei. Przełomem okazał się dopiero trzeci album, "The Real Thing", który jest znacznie lepiej poukładany i przemyślany. To wciąż granie bardzo eklektyczne, dość dziwne i całkiem, jak na ówczesny rockowy mainstream, kreatywne. A zarazem niepozbawione naprawdę zgrabnych, wyrazistych melodii, dzięki którym zespół w końcu zaczął odnosić komercyjne sukcesy.

"The Real Thing" to także pierwszy album Faith No More, na którym pojawił się Mike Patton - charyzmatyczny i wszechstronny wokalista, stosujący najróżniejsze techniki, od rapu, przez różne formy śpiewu, po metalowe wrzaski i growle. Tutaj brzmi jeszcze dość niedojrzale, ale już słychać spory talent i bardzo kreatywne podejście do wokalnej materii. Jednak nie tylko wokal może się tutaj podobać. Instrumentaliści również prezentują całkiem dobry warsztat jak na zespół poruszający się w wyżej wspomnianych stylach. Nie popisują się technicznymi umiejętnościami, ale też nie popadają w banał. Do tego w końcu nauczyli się komponować naprawdę zapadające w pamięć utwory. Sztandarowym, reprezentatywnym dla całości, choć niekoniecznie najlepszym fragmentem tego albumu jest "Epic", łączący rapowo-funkowe zwrotki z niemalże popowym refrenem, metalowymi wstawkami gitary oraz fortepianową kodą. Jeśli chodzi o takie chwytliwe granie, to jeszcze bardziej przekonują mnie takie nagrania, jak rozpędzony, stricte rockowy "From Out to Nowhere", bardzo eklektyczny "Falling to Pieces" oraz właściwie popowy "Underwater Love". We wszystkich uwagę zwracają zróżnicowane wokale Pattona, świetne linie basu Billa Goulda, a także dość kiczowate klawisze Roddy'ego Bottuma, które jednak zadziwiająco dobrze dopełniają brzmienie i świetnie sprawdzają się w tej niezbyt poważnej konwencji. Odrobinę bardziej na serio są dwie rozbudowane kompozycje, "Zombie Eaters" i tytułowa "The Real Thing", w których zespół stawia bardziej na klimat, z całkiem udanym efektem. Mniej przekonują mnie pozostałe kawałki: pastisz mocniejszych odmian metalu "Suprise! You're Dead!", a także "The Morning After" i instrumental "Woodpecker from Mars". We wszystkich jest zdecydowanie mniej polotu niż w pozostałych nagraniach, więcej zaś toporności.

Winylowe wydanie albumu składa się tylko z dziewięciu wyżej wymienionych utworów, podczas gdy w innych formatach uwzględniono dwa dodatkowe utwory. "War Pigs" to, oczywiście, przeróbka klasycznej kompozycji Black Sabbath. Brzmienie zostało uwspółcześnione, ale w ogóle nie pokombinowano ze strukturą, melodią i motywami, przez co to wykonanie właściwie nic nie wnosi. Nie pokazuje kompozycji od jakiejś nowej strony. Mam wrażenie, że tylko Gould próbuje tutaj nie kopiować oryginału w sposób jeden do jednego. O ileż ciekawsze byłoby to nagranie, gdyby dodać trochę funku i rapu. A tak jest w sumie kompletnie niepotrzebne i za bardzo nie pasuje do reszty longplaya. Znacznie lepszym bonusem jest autorski "Edge of the World" - całkiem przyjemny i zabawny pastisz skomercjalizowanego jazzu. Nie rozumiem czemu tak fajny kawałek nie trafił na wydanie winylowe zamiast któregoś z dwóch kończących je kawałków, od których jest na pewno znacznie bardziej wyrazisty.

"The Real Thing" to album mocno jeszcze osadzony w latach 80., ale wyraźnie już zapowiadający kolejną dekadę. Niewątpliwą zaletą albumu jest jego uniwersalność. Zespół zaprezentował muzykę dostatecznie przystępną i przebojową, by podobała się słuchaczom prostego rocka, a zarazem wystarczająco niebanalną i kreatywną, by nie odstraszała słuchaczy ambitniejszej muzyki. 

Ocena: 8/10



Faith No More - "The Real Thing" (1989)

1. From Out of Nowhere; 2. Epic; 3. Falling to Pieces; 4. Surprise! You're Dead!; 5. Zombie Eaters; 6. The Real Thing; 7. Underwater Love; 8. The Morning After; 9. Woodpecker from Mars; 10. War Pigs; 11. Edge of the World

Skład: Mike Patton - wokal; Roddy Bottum - instr. klawiszowe; James Martin - gitara; Bill Gould - gitara basowa; Mike Bordin - perkusja
Producent: Matt Wallace i Faith No More