31 lipca 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Hard Attack" Dust

Większość albumów muzycznych zawiera okładki przygotowane specjalnie dla nich. O tym, że zdarzają się wyjątki, pisałem już w części poświęconej okładce "Death Walks Behind You" grupy Atomic Rooster. Kiedy jednak ktoś wykorzystuje wcześniej istniejącą grafikę, musi liczyć się z tym, że ktoś jeszcze wpadnie na taki sam pomysł...


Amerykańska grupa hard rockowa Dust istniała w latach 1969-72 i - pomimo dwóch albumów na koncie - nie zdobyła popularności. Dopiero późniejsze dokonania jej muzyków przyniosły im sławę: perkusista Marc Bell dołączył do The Ramones (jako Marky Ramone), wokalista/gitarzysta Richie Wise i tekściarz Kenny Kerner zostali producentami muzycznymi (znanymi m.in. z dwóch pierwszych albumów Kiss), a basista Kenny Aaronson stał się znanym muzykiem sesyjnym, obecnie zaś występuje w grupie New York Dolls.

Zespół Dust: Richie Wise, Marc Bell i Kenny Aaronson.

Na okładce drugiego albumu zespołu, "Hard Attack" wykorzystana została wcześniej opublikowana (w 1967 roku) grafika Franka Frazetta'y, zatytułowana "Snow Giants". Frazetta to znany amerykański "artysta-plastyk", tworzący w klimatach fantasy i science fiction. Jego prace ozdobiły okładki wielu komiksów, książek, plakatów filmowych i albumów muzycznych. Grafiki jego autorstwa można znaleźć na płytach Nazareth ("Expect No Mercy"), Molly Hatchet ("Molly Hatchet", "Flirtin' with Disaster", "Beatin' the Odds"), Yngwiego Malmsteena ("War to End All Wars") i Wolfmother ("Wolfmother"). Frazetta zmarł w 2010 roku, w wieku 82 lat.

Cóż za podobieństwo...

Jak wspominałem we wstępie, nie tylko muzycy Dust wpadli na pomysł wykorzystania obrazu "Snow Giants" jako okładki albumu. Grafika została wykorzystana także na "Old Battle Songs" grupy Rhapsody, będącego jednak wydawnictwem nieoficjalnym, zawierającym nagrania demo i koncertowe.

19 lipca 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Alice in Chains

Był Pearl Jam, był Soundgarden - pora na kolejnego przedstawiciela tzw. wielkiej czwórki grunge'u, Alice in Chains. Pomimo śmierci oryginalnego wokalisty, Layne'a Staleya'a, grupa istnieje do dziś i wciąż nagrywa nowe albumy - raz trochę lepsze ("Black Gives Way to Blue"), raz słabsze ("The Devil Put Dinosaurs Here"), ale zawsze utrzymane w stylu wypracowanym już na pierwszych albumach. Na poniższej liście dominują oczywiście utwory z początków działalności grupy (z naciskiem na klasyczny album "Dirt"), choć nie zabrakło miejsca dla jej najnowszych dokonań.

Oryginalny skład: Sean Kinney, Jerry Cantrell, Layne Staley i Mike Starr.

1. "We Die Young" (z albumu "Facelift", 1990)

Utwór otwierający debiutancki album grupy, a zarazem pierwszy promujący go na singlu. Autorem muzyki i tekstu jest gitarzysta Jerry Cantrell. Pamiętam dokładnie, kiedy przyszedł mi do głowy ten riff - wspominał kompozytor. Naprawdę utknął mi w głowie - miał takie gwałtowne brzmienie. Pomysł na tekst wziął się z takiego terenu w Seattle, nazywanego Seward Park, na którym znajduje się dużo cracku i broni, i generalnie jest to strefa kontrolowana przez lokalne gangi. Widywałem dwunastolatków narąbanych każdego dnia, widok ten zadziwił mnie i przestraszył i dlatego napisałem o tym tekst.
"We Die Young" należy do najczęściej wykonywanych przez grupę utwór podczas koncertów; jest obecny w setliście nieprzerwanie od lipca 1989 roku.


2. "Man in the Box" (z albumu "Facelift", 1990)

Drugi singiel zespołu, ale pierwszy, który trafił do szerokiej publiczności, o czym świadczy 18. pozycja na amerykańskiej liście Mainstream Rock Tracks, a także nominacja do nagrody Grammy w kategorii Best Hard Rock Performance.
Riff do tego numeru chodził za mną przez jakiś czas, ale nigdy go specjalnie nie wykorzystałem - mówił Cantrell. Layne [Staley, wokalista] zaproponował kilka rozwiązań jeżeli chodzi o partie wokalu i jakoś poskładało się ten kawałek do kupy. W refrenie gitarzysta wspiera wokalnie Staleya - ich duety wkrótce miały stać się jedną z najbardziej rozpoznawalnych cech twórczości Alice in Chains.
Layne napisał tekst i sądzę, że próbował w nim powiedzieć, że ludzie są bardzo podobni do zwierząt, którzy żyją w małych klatkach i że mamy ograniczone pole widzenia tylko do tego gówna, które podają w gazetach i o którym jest głośno - twierdził Cantrell.
"Man in the Box" jest stałym punktem koncertów zespołu. Według serwisu setlist.fm to właśnie ten utwór był grany przez muzyków najczęściej.


3. "Would?" (z albumu "Dirt", 1992)

Najbardziej znany utwór grupy, a zarazem największy przebój w Wielkiej Brytanii (19. miejsce; do tej samej pozycji doszedł na amerykańskim Mainstream Rock Tracks). Tekst utworu, podobnie jak muzyka napisany przez Jerry'ego Cantrella, powstał już w 1990, kiedy z powodu przedawkowania zmarł Andrew Wood, wokalista Mother Love Bone. Dużo myślałem o Andrewie w tym czasie - mówił gitarzysta. Zawsze świetnie się bawił gdy spędzał czas wolny, tak jak Chris Cornell czy ja. Nigdy nie było czasu na chwilkę poważnej rozmowy, tylko ciągle zabawa. Andrew był naprawdę wesołym facetem, pełnym życia i smutne było go stracić. Ale zawsze nienawidził ludzi, którzy oceniali decyzję innych. I właśnie słowa utworu są skierowane do takich osób, które przeszły do oskarżeń.
Utwór wyróżnia się bardzo wyraźną partią gitary basowej, a także partią wokalną, wykonywaną wspólnie przez Cantrella i Staleya.
"Would?" wszedł na stałe do koncertowego repertuaru grupy.


4. "Them Bones" (z albumu "Dirt", 1992)

Drugi, po "Would?", singiel promujący album (26. miejsce na UK Singles Charts, 24. na Mainstream Rock Tracks), także napisany w całości przez Cantrella. Ten utwór jest pełen emocji - twierdził autor. Mówi o kwestii własnej śmierci, oraz o tym, że trzeba sobie zdawać sprawę iż nie żyje się wiecznie, i zejście z tego świata jest nieuniknione. Śmierć jest przerażająca, ale od czasu do czasu należy z tym problemem stanąć twarzą w twarz. "Them Bones" miał mi pomóc oswoić się ze śmiercią.
Utwór wyróżnia się zmiennym metrum (7/4 w zwrotkach, 4/4 w refrenie), Cantrell jednak twierdzi, że nie przywiązywał do tego żadnej wagi.
"Them Bones" jest regularnie wykonywany na żywo.


5. "Rooster" (z albumu "Dirt", 1992)

Kolejny singiel (7. miejsce na Mainstream Rock Tracks, w Wielkiej Brytanii nienotowany), znów autorstwa Jerry'ego Cantrella. Utwór powstał znacznie wcześniej od reszty albumu. Stworzyłem to w czasach "Fscelift", ale nic z tym nie zrobiłem - przyznawał gitarzysta. Byłem w mieszkaniu Chrisa Cornella - miał tam mały pokój, wielkości szafy, w którym dokonywał nagrań. Można się było odciąć i skupić na muzyce. Powstało w tym miejscu wiele pomysłów na świetne piosenki. "Rooster" do takich należy, zawsze byłem z niej dumny - zarówno pod względem tekstowym, jak i muzycznym.
Tekst utworu opowiada o ojcu Cantrella, który brał udział w wojnie w Wietnamie. Rooster to jego ksywa - wyjaśniał Jerry. Numer naprawdę go poruszył, bo jest to temat, o którym nigdy nie wspomina, nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Raz zapytałem i odpowiedział: "To martwa sprawa, synu. Pozwólmy jej spoczywać". Gdy komponowałem piosenkę, dużo o starym myślałem. Myślałem o jego dwóch zmianach w Wietnamie, o tym, że pracował jako strażnik więzienny. Facet przeszedł swoje. Wyobrażałem sobie to, co mógł tam czuć. Byłem blisko. Poruszyłem go.
"Rooster" należy do najczęściej wykonywanych przez grupę utworów.


6. "What the Hell Have I" (niealbumowy singiel, 1993)

Pierwszy utwór, w którego nagraniu wziął udział nowy basista, Mike Inez, który zajął miejsce Mike'a Starra. Razem z innym nagranym wtedy utworem, "A Little Bitter", trafił na ścieżkę dźwiękową filmu "Bohater ostatniej akcji". Nie napisaliśmy tego numeru specjalnie na potrzeby tego filmu - wyjaśniał Cantrell. Po prostu mieliśmy go już wcześniej i pomyśleliśmy sobie, że pasowałby on do tego filmu. To generalnie numer o nas, o tym jak radziliśmy sobie z tym całym zamieszaniem wokół nas w tym czasie. To taki numer ode mnie dla Layne'a. Próbowaliśmy kilka różnych instrumentów, chciałem zagrać na sitarze, ale za bardzo nie wiedziałem jak to zrobić, skończyło się więc na połączeniu gitary z sitarem.
Utwór jest w całości dziełem gitarzysty. Wydany na singlu, doszedł do 19. miejsca Mainstream Rock Tracks. Na żywo utwór był grany wyłącznie podczas trasy z 1993 roku.


7. "Nutshell" (z EPki "Jar of Flies", 1994)

Utwór napisany wspólnie przez wszystkich czterech muzyków (Staley odpowiada za tekst, instrumentaliści za muzykę). Powiedzieliśmy wytwórni, że mamy setki kawałków - wspominał Cantrell nagrywanie "Jar of Flies". A potem weszliśmy do studia, popatrzyliśmy na siebie... Masz jakieś pomysły? Nie. Ty masz jakieś? Cóż, po prostu to zróbmy. Całość została zarejestrowana w ciągu ok. tygodnia.
Chociaż "Nutshell" nie zostało nigdy wydane na singlu, należy do najbardziej lubianych przez fanów utworów. Na żywo był wykonywany na trasie z 1993 roku, raz w latach 1994 i 1996 (koncert z "Unplugged"), zaś od 2006 należy do stałych punktów koncertów grupy.


8. "Get Born Again" (z kompilacji "Nothing Safe: Best of the Box", 1999)

Jeden z dwóch ostatnich - obok "Died" - utworów nagranych przez Alice in Chains ze Staleyem. Oba kawałki zostały skomponowane przez Jerry'ego Cantrella z myślą o solowym albumie. Zamierzałem zrobić kolejną płytę solową, ale chłopakom spodobały się piosenki - mówił gitarzysta. Nagraliśmy więc muzykę, a Layne wziął się za teksty. Była to ostatnia sesja z udziałem wokalisty, który zmarł 5 kwietnia 2002 roku. Według Cantrella, słowa "Get Born Again" są wyrazem religijnej obłudy Staleya. Tekst "Died" opowiada o tęsknocie i opuszczeniu, odnosi się do wieloletniej partnerki wokalisty - Demri Lary Parrott, która zmarła w 1996 roku. Jej śmierć, podobnie jak późniejsze odejście Layne'a, była spowodowana uzależnieniem od narkotyków.
"Get Born Again" został wydany na singlu (4. miejsce na Mainstream Rock Tracks), trafił również na kompilacje "Nothing Safe: Best of the Box" i czteropłytową "Music Bank". "Died" znalazł się tylko na tej drugiej. Żaden z tych dwóch utworów nie został nigdy wykonany na żywo.


9. "Black Gives Way to Blue" (z albumu "Black Gives Way to Blue", 2009)

Utwór skomponowany przez Jerry'ego Cantrella, jako hołd dla zmarłego Layne'a Staleya. Nie śpiewa w nim nowy wokalista grupy, William DuVall, tylko sam Cantrell. Akompaniament stanowi głównie gitara akustyczna i fortepian, na którym zagrał Elton John. Rozważaliśmy dodanie do piosenki partii fortepianu i znajomy zasugerował, byśmy zadzwonili do Eltona - wspominał Jerry. Pamiętam, że roześmiałem się i rzekłem: "Jasne, zaraz go ściągnę". Postanowiłem jednak, że warto spróbować. Napisałem więc e-mail do Eltona wyjaśniając, jak wiele ten utwór dla nas znaczy; że jest prawdziwą, niewygładzoną, szczerą piosenką dla Layne'a. Wysłaliśmy mu utwór i niedługo później on do nas zadzwonił. Powiedział, że według niego to piękna kompozycja i chętnie w niej zagra. Byliśmy w szoku. Elton John wywarł na mnie ogromny wpływ jako autor piosenek, więc jego występ w tym utworze jest dla nas wielkim zaszczytem. Elton właśnie kończył serię występów zatytułowaną Red Piano w Las Vegas, więc przylecieliśmy tam i spędziliśmy razem kilka owocnych godzin. Gdy wszedłem do studia, zobaczyłem nuty do naszej piosenki na fortepianie Eltona: to bardzo wiele dla mnie znaczyło. Całe doświadczenie było magiczne.
Ze współpracy zadowolony był również John: Od lat podziwiam Jerry'ego Cantrella, więc gdy poprosił mnie o zagranie w utworze "Black Gives Way to Blue", było mi bardzo miło i nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności - mówił. Sesja nagraniowa z Alice in Chains była wspaniała, nagraliśmy piękną piosenkę.
Utwór był wykonywany na trasie promującej album, w skromniejszej aranżacji - tylko z akompaniamentem gitary akustycznej.


10. "The Devil Put Dinosaurs Here", (z albumu "The Devil Put Dinosaurs Here", 2013)

Dziwny tytuł utworu odnosi się do jeszcze dziwniejszej teorii, że skamieniałe szkielety dinozaurów zostały umieszczone na Ziemi przez szatana, aby ludzie wymyślili teorię ewolucji i przestali wierzyć w Boga. Jerry Cantrell, autor tekstu, skomentował to krótko: Ludzie wierzą w dużo gorsze bzdury. A ja mogę się tylko z tego śmiać, no bo co innego mi pozostaje? O samym tekście mówił natomiast: Religia sprawia, że ludzie robią cholernie głupie rzeczy. Nie potrafię zrozumieć tego, że według niektórych wiedza to zło, że identyfikują ją z szatanem. Ludzkość się rozwija, ale był czas, kiedy była pewna, że Ziemia jest płaska. I zanim wszyscy zaakceptowali fakt, że jest inaczej, wielu ludzi musiało za to ponieść śmierć. Ale na przykład spór między kreacjonistami a ewolucjonistami toczy się i dzisiaj, chociaż ewolucja została udowodniona i nie ma się już o co kłócić. Niektórzy ludzie nie potrafią popatrzeć na fakty i powiedzieć: "Ok, pomyliłem się".
Jak dotąd, utwór nie został ani razu wykonany na żywo.


15 lipca 2014

[Artykuł] Historie okładek: "Moving Pictures" Rush

Najbardziej znany album Rush wyróżnia się nie tylko zawartą na nim muzyką, ale również interesującą, wieloznaczną okładką...


Zdjęcie widoczne na okładce wykorzystuje niejednoznaczność tytułu "Moving Pictures". Może on oznaczać "przenoszenie obrazów", jak i "poruszające obrazy". Zostało to jednak przedstawione w humorystyczny sposób i tak "poruszającymi" obrazami są: płonąca na stosie Joanna d'Arc (prawdopodobnie nawiązanie do utworu "Witch Hunt"), psy grające w pokera (obraz amerykańskiego malarza Cassiusa Marcellusa Coolidge'a z serii szesnastu obrazów olejnych zamówionych w 1903 roku przez firmę Brown & Bigelow na potrzeby kampanii reklamowej cygar), oraz logo zespołu, wcześniej wykorzystane na okładce singla "Closer to the Heart". Trzeba dodać, że obraz Joanny d'Arc to w rzeczywistości zdjęcie. Nie mogłem znaleźć odpowiedniego obrazu, więc sam zdobyłem płótno, pal i dwa kije - mówił projektant okładki, Hugh Syme. Sesja zajęła nam pół godziny, nie mieliśmy innego wyjścia, tylko zrobić to sami. Do zdjęcia pozowała Deborah Samuel - fotograf odpowiedzialny za pozostałe zdjęcia z okładki "Moving Pictures".

Zdjęcie z rewersu okładki.

Zdjęcie z tylnej strony koperty albumu - sugerujące, że scenka z poprzedniego zdjęcia pochodzi z planu filmowego - ujawnia trzecie znaczenie tytułu "Moving Pictures" - "ruchome obrazy", czyli po prostu filmy. Mieliśmy kinowe podejście do komponowania muzyki - mówił wokalista i basista Rush, Geddy Lee. Staraliśmy się, by historie przedstawione w naszych utworach poruszały słuchacza. Ten tytuł pasował do tego, co chcieliśmy osiągnąć.

Oba zdjęcia zostały wykonane przed gmachem parlamentu Ontario w Queen's Park w Toronto. Zawierał wszystkie właściwe elementy - wyjaśniał wybór tego miejsca Hugh Syme. Ma trzy łuki, każdy z nich opiera się na trzech filarach. A Rush ma trzech członków. Koszt całej sesji wyniósł 9 tysięcy dolarów (przy obecnej wartości dolarów, byłoby to ok. 20 tysięcy). Wytwórnia odmówiła sfinansowania tak drogiej okładki, więc muzycy musieli zapłacić za nią z własnych kieszeni.

Zródło: theguardian.com
Niedawno na portalu internetowym dziennika "The Guardian" opublikowany został ciekawy artykuł, z galerią zdjęć z Google Maps, na które "naklejono" okładki albumów w miejscach, w których zostały wykonane.

Hugh Syme.
Hugh Syme współpracę z Rush rozpoczął już w 1975 roku, od stworzenia okładki albumu "Caress of Steel". Od tamtej pory odpowiadał za graficzną oprawę wszystkich kolejnych dzieł grupy. Grał w zespole Iana Thomasa kiedy go poznałem i miał tych samych menadżerów co my - mówił perkusista Neil Peart. Zobaczyłem prace Hugha, wykonane dla tej kapeli i od razu je polubiłem. Przedtem pracowałem z grafikiem Mercury nad okładką "Fly by Night", więc można powiedzieć, że zajmowałem się stroną graficzną naszych wydawnictw. Ciągle się tym zajmuję. Razem z Hughiem zaczęliśmy współpracę, a pomysłami wymienialiśmy się nawet poprzez telefon. To on stworzył okładki moich książek, instruktażowych DVD. Jest moim człowiekiem od grafiki.

Syme współpracował z Rush także jako muzyk - zagrał na albumach "2112" (syntezator w "2112: Overture", melotron w "Tears"), "Pernament Waves" (pianino w "Different Strings") oraz właśnie na "Moving Pictures" (syntezator w "Witch Hunt"). Jako grafik współpracował także z innymi wykonawcami. Tworzył okładki m.in. dla Whitesnake ("1987", "Slip of the Tongue", "Restless Heart"), Megadeth ("Countdown to Extinction", "Youthanasia", "Cryptic Writings", "The World Needs a Hero"), Aerosmith ("Get a Grip"), Iron Maiden ("The X Factor") i Dream Theater (np. "Octavarium").

13 lipca 2014

[Artykuł] Historie okładek: "The Number of the Beast" Iron Maiden

Ostatnio oglądałem dokument z serii "Klasyczne Albumy Rocka", poświęcony najbardziej znanemu dziełu Iron Maiden, "The Number of the Beast". Zainspirował mnie do poświęcenia kolejnej części cyklu "Historie okładek" właśnie ilustracji zdobiącej ten longplay. Wszystkie cytaty - z wyjątkiem wypowiedzi Dereka Riggsa - pochodzą z wspomnianego dokumentu.


Autorem okładki jest Derek Riggs - twórca postaci Eddiego i jedyny grafik współpracujący z zespołem w latach 1980-92. Ilustracja została przygotowana z myślą o singlu "Purgatory" (który promował poprzedni longplay grupy, "Killers"). Derek świetnie się spisał - mówił menadżer zespołu, Rod Smallwood. Ta ilustracja ma w sobie coś z obrazów Boscha. Uznaliśmy, że jest zbyt dobra [na singiel] i wykorzystamy ją na następnym albumie.

Riggs przyznawał, że grafika jest niedokończona, bo na jej wykonanie miał do dyspozycji jedynie jeden weekend (więcej na ten temat do przeczytania w części cyklu poświęconej okładce "Somewhere in Time" - link). Okładka przedstawia Eddiego trzymającego diabła na sznurkach, niczym marionetkę; tymczasem diabeł w ten sam sposób kontroluję mniejszą postać Eddiego. Kto tu kim manipuluje? - pytał retorycznie Dave Murray, a Adrian Smith wyjaśniał: Chodziło o to, że jeśli diabeł jest zły, to Eddie jeszcze gorszy. Inspiracją ilustracji - wg autora - był komiks z serii Doctor Strange.

Singiel "Purgatory" ozdobiła grafika przedstawiająca diabła zmieniającego się w Eddiego.

Okładki singla "Purgatory" i  reedycji albumu "The Number of the Beast".

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to kolor - mówił Smallwood w "Klasycznych Albumach Rocka". Na okładce pierwszego wydania [tło] jest niebieskie i wygląda beznadziejnie. Ludzie z EMI zawalili to w druku. Na reedycji albumu z 1998 roku zmieniono kolor chmur na szary.

Menadżer przyznawał także, że to okładka zadecydowała o wyborze tytułu albumu: Kiedy piosenki były gotowe, przejrzeliśmy tytuły. "The Number of the Beast" idealnie pasował do okładki.

Okładki singli "Run to the Hills" i "The Number of the Beast".

Postać diabła pojawia się także na okładkach singli promujących album. Na okładce płytki "Run to the Hills" widać Eddiego w trakcie walki z szatanem o władzę w piekle, jak tłumaczył Riggs. Eddie posługuje się w niej tomahawkiem - jest to aluzja do tekstu utworu, opowiadającego o Indianach (ale też nawiązanie do okładki albumu "Killers"). Kto wygrał walkę, dowiadujemy się z grafiki kolejnego singla, "The Number of the Beast", przedstawiającej maskotkę grupy, trzymającą odciętą głowę diabła.

10 lipca 2014

[Recenzja] Yes - "Fragile" (1971)



"Fragile" to mój ulubiony album Yes. O ile nie potrafię się przekonać do większości - nawet tych najbardziej klasycznych i kultowych - albumów tej grupy (głównie przez wokal Jona Andersona, nadmierny patos, a czasem wręcz kicz), tak do tego jednego longplaya nawet zdarza się mi się wracać i co więcej, sprawia mi to pewną przyjemność. "Fragile" nagrany został po kolejnej zmianie składu. Klawiszowca Tony'ego Kaya zastąpił Rick Wakeman - z pewnością bardziej utalentowany, klasycznie wyszkolony muzyk, mający jednak tendencję do przesadnego eksponowania swoich umiejętności. To właśnie w znacznym stopniu jemu zawdzięczamy tę yesową pretensjonalność. Na "Fragile" na szczęście występuje ona jedynie w śladowych ilościach, jakby Wakeman nie był jeszcze do końca pewien swojej pozycji w zespole.

Album składa się z czterech normalnych, przeważnie dość rozbudowanych kompozycji, oraz pięciu solowych miniaturek, będących prezentacją każdego z muzyków.  Całość rozpoczyna jeden z najbardziej znanych utworów grupy, "Roundabout". W skróconej wersji singlowej był to całkiem spory przebój (13. miejsce w Stanach). Tutaj jest to ponad ośmiominutowa kompozycja, z wieloma zmianami tempa i nastroju, od fragmentów akustycznych, po niemal hardrockowe granie, oparte na galopującym basie Chrisa Squire'a. W warstwie instrumentalnej dzieje się naprawdę sporo dobrego, muzycy doskonale ze sobą współpracują, nie unikając solowych popisów. Już w tym utworze zwraca uwagę bogatsze brzmienie - nowy klawiszowiec stosuje szersze instrumentarium, nie tylko organy i pianino, lecz także melotron i syntezator. Równie świetnie wypada "South Side of the Sky" - dynamiczny, chwytliwy, dość ciężki brzmieniowo i znów progrockowo skomplikowany. Zaskakująco dobrze wypada partia wokalna Andersona. Podobnie zresztą jest w finałowym, najdłuższym na płycie "Heart of the Sunrise". To kolejny bardzo dobry utwór, z ciekawymi zwrotami akcji i długimi solówkami. Piękny finał i doskonałe podsumowanie całości. Znacznie krótszy, niemal piosenkowy i nie tak dobry, jak trzy wymienione wyżej utwory, jest natomiast "Long Distance Runaround". Uwagę zwracają jednak ciekawe unisona gitary i basu.

Całości dopełniają wspomniane miniaturki, nieco psujące spójność albumu. Na plus wyróżniają się akustyczny "Mood for a Day" Steve'a Howe'a, a także "Cans and Brahms" Wakemana, będący transkrypcją fragmentów trzeciej części "IV Symfonii e-moll" Johannesa Brahmsa na cały szereg instrumentów klawiszowych. Zdecydowanie mniej przekonują mnie "We Have Heaven", z wielokrotnie nałożonymi na siebie partiami wokalnymi Andersona (zazwyczaj nie mogę znieść jego śpiewu z podkładem instrumentalnym, a co dopiero a cappella), oraz połamany rytmicznie "Five Per Cent for Nothing" Billa Bruforda, który po prostu jest zbyt krótki (trwa 35 sekund), żeby cokolwiek z niego wynikało. Pozostaje jeszcze "The Fish (Schindleria Praematurus)" Squire'a, która de facto nie jest osobnym utworem, a wyodrębnionym jako osobna ścieżka zakończeniem "Long Distance Runaround", z nieco bardziej uwypukloną partią basu.

"Fragile" to pierwszy klasyczny album Yes, pozostający jednak nieco w cieniu następnego w dyskografii "Close to the Edge". Moim zdaniem zupełnie niesłusznie. "Fragile" może i nie jest tak spójny (a wręcz jest bardzo niespójny), za to jego najlepsze fragmenty to dla mnie szczyt kompozytorskich i wykonawczych umiejętności tego zespołu, niemal bez patosu, pretensjonalności i kiczu późniejszych dokonań.

Ocena: 8/10



Yes - "Fragile" (1971)

1. Roundabout; 2. Cans and Brahms; 3. We Have Heaven; 4. South Side of the Sky; 5. Five Per Cent for Nothing; 6. Long Distance Runaround; 7. The Fish (Schindleria Praematurus); 8. Mood for a Day; 9. Heart of the Sunrise

Skład: Jon Anderson - wokal; Steve Howe - gitara; Chris Squire - bass; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Yes i Eddy Offord


5 lipca 2014

[Artykuł] Najważniejsze utwory Emerson, Lake & Palmer

W tej części "Najważniejszych utworów" musiałem złamać żelazną zasadę nieumieszczania na liście utworów, które oryginalnie wykonywali inny wykonawcy. Twórczość supergrupy ELP - tworzonej przez klawiszowca Keitha Emersona (ex-The Nice), wokalistę/basistę (i okazjonalnie gitarzystę) Grega Lake'a (ex-King Crimson), oraz perkusistę Carla Palmera (ex-Atomic Rooster) - to w sporej części transkrypcje muzyki poważnej na rockowe instrumentarium (poniższa lista zwiera dwa takie utwory). Oczywiście muzycy pisali także własne kompozycje, z różnym efektem, ale często naprawdę niezłym, czego dowodem utwory z poniższej listy.

Keith Emerson, Greg Lake i Carl Palmer.

1. "Take a Pebble" (z albumu "Emerson, Lake & Palmer", 1970)

Najdłuższy utwór z debiutu grupy został napisany przez Grega Lake'a, a następnie zaaranżowany przez cały zespół, dzięki czemu nabrał wielkiego rozmachu. Utwór rozpoczyna się balladowo, partii wokalnej towarzyszy tylko pianino Emersona, do którego stopniowo dochodzi perkusja i bass. Po około dwóch i pół minuty rozpoczyna się jazzujący fragment instrumentalny, a następnie dłuższa część folkowa, oparta głównie na akompaniamencie gitary akustycznej. Dalej pojawia się kolejna jazzowa improwizacja muzyków, a na zakończenie wraca balladowy temat z partią wokalną.
Kompozycja została opatrzona poetyckim tekstem Lake'a o przemijaniu. Być może najlepszym, jaki kiedykolwiek napisał. Zresztą pisanie słów nie było jego najmocniejszą stroną. Nie miałem żadnych wątpliwości co do Grega, jeśli chodziło o jego wokalne możliwości - mówił Keith Emerson. Ale nie zdawałem sobie sprawy, że tak trudno będzie mu napisać teksty. Jest autorem, który ma bardzo głębokie myśli. Jak sądzę, potrzebował trochę więcej czasu. A ja byłem przyzwyczajony, że po prostu szedłem do mojego poprzedniego wokalisty-basisty [Lee Jacksona z The Nice] i mówiłem mu: "Mógłbyś mi napisać tekst do tego kawałka?". I po jakichś czterech dniach przychodził z gotowym pomysłem. Ale nie dało się tak pracować z Gregiem. W związku z tym stwierdziłem, że jeśli album ma być skończony, najlepiej będzie zrobić więcej utworów instrumentalnych. Rzeczywiście, na sześć utworów z albumu tylko trzy posiadają teksty.
"Take a Pebble" był przez zespół regularnie wykonywany na żywo. "Folkowy" fragment był przeważnie poszerzany o fragmenty innych utworów - "Lucky Man" i - od 1973 roku - "Still... You Turn Me On".


2. "Lucky Man" (z albumu "Emerson, Lake & Palmer", 1970)

Legenda głosi, że utwór został zarejestrowany w ostatniej chwili, kiedy okazało się, że zespół ma za mało materiału (kontrakt zakładał, że każda strona albumu musi trwać przynajmniej 21 minut). Być może dlatego tak bardzo różni się od pozostałych utworów - to prawie solowe nagranie Lake'a, grającego tutaj na gitarze akustycznej, elektrycznej i basie. Delikatne partie Emersona i Palmera są tylko dodatkiem. Chociaż rola klawiszowca zwiększa się pod koniec utworu, kiedy gra solo na syntezatorze Mooga - instrumencie w tamtym czasie rzadko spotykanym w muzyce rockowej.
"Lucky Man" powstał znacznie wcześniej niż reszta albumu. Podobno był nawet jednym z pierwszych utworów, które grała na próbach grupa King Crimson - tak przynajmniej twierdzi Ian McDonald (saksofonista/klawiszowiec z pierwszego składu King Crimson). To możliwe, ponieważ Lake napisał ten utwór już w wieku... 12 lat. Był to pierwszy utwór, jaki kiedykolwiek napisałem - mówił. Wtedy była to po prostu głupia piosenka o tematyce fantasy. Ale kiedy stała się przebojem, weszła na wyższy poziom. Na tym polega piękno piosenek - mogą być interpretowane na różne sposoby przez słuchaczy. W wielu przypadkach to słuchacz decyduje o czym tak naprawdę są. Na pewno tak było w przypadku "Lucky Man". Tekst utworu jest potępieniem wojen - opowiada o człowieku, który miał wszystko, ale wyruszył na wojnę i zginął.
"Lucky Man" został wydany na singlu i był nawet notowany w Stanach (48. miejsce). Na koncertach zawsze był wykonywany w uproszczonej aranżacji, jedynie z akompaniamentem gitary akustycznej.


3. "Tarkus" (z albumu "Tarkus", 1971)

Ponad dwudziestominutowa suita, składająca się z siedmiu części: czterech instrumentalnych, zdominowanych przez popisy muzyków o improwizowanym charakterze ("Eruption", "Iconoclast", "Manticore", "Aquatarkus"), pomiędzy którymi pojawiają się trzy bardziej piosenkowe, z partiami wokalnymi ("Stones of Years", "Mass", "Battlefield"). Głównym kompozytorem utworu jest Keith Emerson. Greg Lake początkowo nie był przekonany do jego pomysłu; ponoć nie rozumiał zamysłu dzieła. Ostatecznie zgodził się jednak napisać tekst. Co więcej, sam skomponował muzykę do części "Battlefield", która sama w sobie jest prawdziwym arcydziełem, z pięknymi solówkami gitarowymi i takiż samym śpiewem Lake'a.
Tekst utworu opowiada o Tarkusie - bezlitosnym mutancie, będącym skrzyżowaniem pancernika z czołgiem. Poznajemy w nim jego historię, od narodzin do przegranej walki z mantykorą (potworem z mitologii perskiej), po której zmienia się w wodną istotę, Aquatarkusa. Jeżeli tematyka fantasy kogoś odpycha, warto zwrócić uwagę na drugie dno utworu. Tarkus może symbolizować wojnę, a wtedy tekst nabiera antywojennego przesłania. Potwierdza to fakt, że w czasie koncertów ELP, pomiędzy częściami "Battlefield" i "Aquatarkus", Lake śpiewał a capella kilka wersów crimsonowego "Epitaph".
Podczas komponowania "Tarkusa", Emerson nawiązał współpracę z Robertem Moogiem, aby pomógł mu wydobyć z skonstruowanego przez niego syntezatora dzięki, jakich nikt wcześniej nie stworzył. Rezultaty słychać przede wszystkim w części "Aquatarkus".
Wszystko, co gramy, musi być wykonywane z energią i precyzją - mówił Emerson. I gdy możemy to osiągnąć - jest fantastycznie. Czasami istotą tego, co chcemy osiągnąć w kompozycji, jest "kurtyna dźwięku". Sądzę, że to było podstawą "Tarkusa". Po prostu wielka ściana dźwięku. Próbowałem też łączyć wiele różnych rytmów, różne tonacje. Skorzystałem z rad Franka Zappy, który kiedyś powiedział, że nie potrzeba oznaczeń taktowych. Wszystko jest jednością. Nie potrzeba znaków przykluczowych. To naprawdę była próba zerwania z porządkiem w muzyce. A w końcu - w jakimś sensie odwrót, powrót do tego porządku. Ściślej biorąc, pojawiają się bardzo klasyczne, "progresje chóralne" w niektórych częściach "Tarkusa".
Zespół regularnie wykonywał utwór na swoich koncertach.


4. "Jeremy Bender" (z albumu "Tarkus", 1971)

Jeden z kilku prostych, ewidentnie żartobliwych kawałków Emerson, Lake & Palmer. "Jeremy Bender" utrzymany jest w klimacie barowej muzyki honky tonk. Sądzę, że chcieliśmy pokazać ludziom, że mamy poczucie humoru - mówił Emerson. Tak jak i to, że potrafimy być poważni. Dlatego umieściliśmy na albumie takie kawałki. Możesz długo ciągnąć grzmocący numer jak "Tarkus", ale w końcu powiesz: "Zagrajmy coś trochę lżejszego. Zabawmy się nieco". Uważam, że było miejsce na światło i na cień, na śmiech i na odrobinę dramatu.
Utwór był wykonywany na żywo w latach 1971-74.


5. "The Endless Enigma" (z albumu "Trilogy", 1972)

Dwuczęściowy utwór napisany przez Emersona i Lake'a, którego obie części są połączone instrumentalnym popisem Emersona, "Fugue" - klasyczną fugą, czyli złożoną formą muzyczną opartą na polifonii. Ciekawostką jest, że "The Endless Enigma" to jeden z pierwszych utworów, w którym pojawia się dźwięk bijącego serca, osiągnięty dzięki przetworzonemu brzmieniu perkusji. Wcześniej podobny efekt udało się osiągnąć grupie Pink Floyd (w zapomnianej kompozycji "Heart Beat, Pig Meat" z soundtracku "Zabriskie Point" z 1970 roku; później powtórzyli ten patent w "Speak to Me" z "Dark Side of the Moon").
Utwór był wykonywany tylko na trasie promującej album "Trilogy".


6. "From the Beginning" (z albumu "Trilogy", 1972)

Kolejny po "Lucky Man" utwór ELP zaaranżowany głównie na gitarę akustyczną. Jeśli chodzi o te wszystkie akustyczne kawałki Grega - "Lucky Man", "From the Beginning", "Still... You Turn Me On" - to nigdy nie byłem przy tym, gdy je układał - mówił Emerson. Z "From the Beginning" było tak, że przyszedłem do studia po południu, a on już miał nagrany podkład i śpiew. I powiedziałem: "Kapitalne! Jak na to wpadłeś?". Kompozytor wyjaśniał: Piosenka powstała w naturalny sposób, jeden wers po drugim. Niektóre utwory mają bardzo silne znaczenie, inne opierają się na poetyce dźwięku. To nie zawsze jest dosłowne znaczenie.
Utwór został wydany na singlu i stał się największym przebojem grupy w Stanach (39. miejsce w notowaniu). Mimo to, na żywo utwór grany był sporadycznie - dosłownie kilka razy na trasie z 1977 roku, częściej dopiero na trasach z lat 90.


7. "Jerusalem" (z albumu "Brain Salad Surgery", 1973)

Adaptacja hymnu "Jerusalem", skomponowanego w 1914 roku przez Charlesa Huberta Hastingsa Parry'ego, do słów poematu "And Did Those Feet in Ancient Time" Williama Blake'a, będącego wstępem do jego dzieła "Milton a Poem" (1804). Wersja Emerson, Lake & Palmer została wydana na singlu, który jednak nie został odnotowany na listach sprzedaży. Nie bez znaczenia był fakt, że brytyjscy radiowcy ignorowali utwór, uważając tę wersję za profanację oryginału.
Pamiętam, że próbowałem to jakoś zaaranżować jeszcze z The Nice - mówił Emerson. Ale po prostu nie wychodziło. Zawsze jednak pamiętałem, że to coś wartego zachodu - szczególnie gdy ma się w zespole kogoś o takim głosie jak Greg. Zaproponowałem inną aranżację i wtedy się spodobało.
"Jerusalem" to pierwszy utwór, w którym został wykorzystany Moog Apollo - pierwszy na świecie syntezator polifoniczny, w 1973 roku wciąż będący prototypem. W tym czasie Moog skonstruował polifoniczny syntezator, który był dla nas pomocą i w dużym stopniu - inspiracją. I z pewnością ułatwił występy na żywo - podsumował Emerson.
Utwór był wykonywany wyłącznie na trasie Someone Get Me a Ladder, promującej album "Brain Salad Surgery".


8. "Karn Evil 9" (z albumu "Brain Salad Surgery", 1973)

Najdłuższy utwór w repertuarze Emerson, Lake & Palmer, trwający niemal pół godziny (2/3 całego albumu). Składa się z trzech części, czy też raczej "impresji", z których pierwsza podzielona jest na kolejne dwie części - ze względu na ograniczenia czasowe płyt winylowych (pierwsza część "1st Impression" zamyka stronę A albumu, a druga otwiera stronę B).
Tekst "Karn Evil 9" został napisany przez Grega Lake'a i jego dawnego znajomego z King Crimson - Petera Sinfielda. Według informacji podanych na albumie, Sinfield jest współautorem tylko "3rd Impression", ale on sam twierdzi, że pomagał Lake'owi napisać także słowa "1st Impression". Tekst jest pesymistyczną wizją przyszłości - zimnego, zdehumanizowanego świata.
Muzykę napisał w całości Keith Emerson. "1st Impression" to dość skoczna, jakby karnawałowa melodia (fraza "karn evil" pochodzi od słowa "carnival"); pojawiają się tutaj dwie długie, gitarowe solówki.; instrumentalny "2nd Impression" to przede wszystkim jazzrockowy popis Emersona; natomiast "3rd Impression" ociera się o klimaty musicalowe.
Żadna część utworu nie była wydana na singlu, ale zagraniczne stacje radiowe często grały "1st Impression, Part II", dzięki czemu fragment ten stał się jednym z najpopularniejszych utworów zespołu. "Karn Evil 9" był jednym z najczęściej wykonywanych na żywo utworów grupy. Jednak jedynie kilka razy został zagrany w całości, później zespół grał tylko "1st Impression" (w całości, lub samo "Part II").


9. "Fanfare for the Common Man" (z albumu "Works Volume I", 1977)

Utwór autorstwa amerykańskiego kompozytora Aarona Coplanda z 1942 roku. Muzycy ELP już wcześniej sięgali do jego twórczości - na "Trilogy" znalazła się ich adaptacja kompozycji "Hoedown", także z 1942 roku. "Fanfare for the Common Man" w wersji Emerson, Lake & Palmer to niemal 10-minutowa improwizacja z charakterystycznym "fanfarowym" motywem granym na syntezatorze.
Utwór został wydany na singlu, ale w wersji skróconej do trzech minut (przez co bliższej oryginalnej wersji Coplanda). Była to jedyna mała płyta ELP, jaka została odnotowana na brytyjskiej liście - za to bardzo wysoko, bo na 2. miejscu. Na żywo grupa wykonała utwór po raz pierwszy już w 1972 roku (jeśli wierzyć stronie setlist.fm), ale dopiero po zarejestrowaniu wersji studyjnej zaczął być grany regularnie.


10. "I Believe in Father Christmas" (z albumu "Works Volume II", 1977)

Kompozycja Grega Lake'a (z tekstem Petera Sinfielda) pierwotnie została nagrana i wydana w 1975 roku jako jego solowy singiel. Utwór stał się wielkim przebojem (2. miejsce na brytyjskiej liście singli) i przez wielu uznawany jest za typową piosenkę świąteczną. Choć są też tacy, którzy uważają ją za antyreligijną. W rzeczywistości dotyczy ona komercjalizacji świąt Bożego Narodzenia. Uważam, że to przerażające, kiedy ludzie mówią, że mówienie o świętach Bożego Narodzenia jest niepoprawne politycznie, że powinno nazywać się je "sezonem wakacyjnym" - mówił Lake. Boże Narodzenie było czasem rodzinnego ciepła i miłości. Wiąże się z poczuciem przebaczenia, akceptacji. Sinfield dodawał, że utwór mówi o utracie niewinności i dziecięcych przekonań.
Oryginalna wersja utworu zawierała orkiestrację. Kiedy dwa lata później "I Believe in Father Christmas" został ponownie nagrany - pod szyldem ELP, chociaż z niewielkim udziałem Emersona i Palmera - aranżacja została znacznie uproszczona. Kolejną wersję utworu grupa nagrała w 1993 roku, na kompilację "The Return of the Manticore". Dwa lata później ta wersja została wydana także na EPce, której dała tytuł.
Utwór był często coverowany, przez co najmniej kilkunastu różnych wykonawców.


POSTSCRIPTUM

Późniejsze dokonania Emerson, Lake & Palmer (i alternatywnego wcielenia grupy, z Cozym Powellem jako perkusistą) były już znacznie mniej ekscytujące i nie wnoszące niczego nowego do twórczości zespołu, dlatego nie zostały tutaj uwzględnione.