30 października 2018

[Recenzja] Chick Corea, David Holland & Barry Altschul - "A.R.C." (1971)



"A.R.C." to drugi wspólny album Chicka Corei, Davida Hollanda i Barry'ego Altschula. Niespełna rok wcześniej, w kwietniu 1970 roku, trio nagrało longplay "The Song of Singing" (sygnowany wyłącznie nazwiskiem pianisty). Materiał na "A.R.C." został zarejestrowany w dniach 11-13 stycznia 1971 roku pod producenckim nadzorem Manfreda Eichera i jeszcze w tym samym roku wydany przez należącą do niego wytwórnię ECM.

Album zaczyna się dokładnie tak samo, jak "The Song of Singing" się kończył - od interpretacji kompozycji Wayne'a Shortera, "Nefertiti". Reszta repertuaru to już całkowicie premierowe tematy, skomponowane przez Coreę ("A.R.C.", "Thanatos", "Games"), Hollanda ("Vedana") lub całe trio ("Ballad for Tillie"). Nowa wersja "Nefertiti" jest o dwie minuty dłuższa i nieco bardziej dynamiczna, ale zachowuje podobny charakter, co już na początku uświadamia, że po albumie nie należy spodziewać się żadnej stylistycznej wolty. To wciąż granie bardzo swobodne, praktycznie pozbawione wyraźnie zarysowanych linii melodycznych, ale jak na free jazz - wyjątkowo kameralne. Ale to nie powinno szczególnie zaskakiwać w przypadku albumu, na którym instrumentarium ograniczone jest do pianina, kontrabasu i perkusji. Choć trio potrafi też zabrzmieć bardziej agresywnie, co udowadnia przede wszystkim w nagraniu tytułowym i "Thanatos". W tym drugim uwagę zwraca także nietypowe w takiej muzyce wykorzystanie studyjnej obróbki (stopniowo narastający początek i końcowe wyciszenie). Muzycy mają wiele okazji do pokazania swojej wirtuozerii, a uwagę zwraca także ich doskonałą współpraca. Co również nie jest zaskoczeniem - Corea i Holland grali razem już od września 1968 roku w zespole Milesa Davisa (współpracę z trębaczem zakończyli jesienią 1970 roku), a po wydaniu "The Song of Singing" sporo koncertowali też z Altschulem (jako kwartet Circle, którego składu dopełniał Anthony Braxton).

Wadą "A.R.C." jest niewątpliwie to, że niewiele wnosi do dorobku grających tutaj muzyków. Nagrania równie dobrze mogłyby powstać podczas tej samej sesji, co "The Song of Singing". Jednak usłyszeć tak uzdolnionych instrumentalistów w akcji to zawsze przyjemne doświadczenie.

Ocena: 7/10



Chick Corea, David Holland & Barry Altschul - "A.R.C." (1971)

1. Nefertiti; 2. Ballad for Tillie; 3. A.R.C.; 4. Vedana; 5. Thanatos; 6. Games

Skład: Chick Corea -pianino; Dave Holland - kontrabas; Barry Altschul - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Manfred Eicher


28 października 2018

[Recenzja] Can - "Future Days" (1973)



Na "Future Days" muzycy postanowili odświeżyć swój styl. Transowe partie rytmiczne i nerwowe partie wokalne zeszły na dalszy plan, ustępując miejsca instrumentom klawiszowym i gitarze, tworzącym bardziej subtelny, wręcz ambientowy nastrój. Na pomysł takiego kierunku wpadł gitarzysta grupy, Michael Karoli, podczas wakacyjnego wyjazdu. W porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami Can, ten longplay jest zdecydowanie bardziej wyciszony. Wciąż jednak, w typowy dla Niemców (i japońskiego wokalisty) sposób, dziwny i hipnotyzujący.

"Future Days" składa się głównie z dość długich, swobodnie i niespiesznie płynących jamów. Dwa z nich trwają po około dziewięć minut, jeden niemal dwadzieścia. Wakacyjny klimat zostaje doskonale oddany w utworze tytułowym - w którym subtelnym dźwiękom klawiszy i gitary towarzyszy egzotyczna partia klawiszy - a także w wypełniającym całą drugą stronę winylowego wydania "Bel Air" - najbardziej ambientowym utworze zespołu, w którym muzycy starają się zilustrować za pomocą instrumentów szum morza; w drugiej połowie zbliżają się wręcz do brzmień i klimatu charakterystycznych dla progresywnej elektroniki. W "Spray" znów pojawia się nieco tropikalnego klimatu za sprawą perkusji, ale nastrój jest bardziej kosmiczny, za sprawą brzmień klawiszowych. Na tle całości wyróżnia się trzyminutowy, bardziej żywiołowy "Moonshake", będący właściwie zwykłą piosenką - nieco udziwnioną, ale piosenką. Jednak i ten utwór doskonale wpisuje się w wakacyjny klimat longplaya.

"Future Days" to zdecydowanie najspójniejsze wydawnictwo Can z opublikowanych do tamtej pory. Zespół zaprezentował tutaj muzykę subtelniejszą, ale wciąż tak samo intrygującą i wciągającą. Album utrzymuje poprzeczkę postawioną bardzo wysoko dwoma poprzednimi longplayami.

Ocena: 9/10



Can - "Future Days" (1973)

1. Future Days; 2. Spray; 3. Moonshake; 4. Bel Air

Skład: Damo Suzuki - wokal, instr. perkusyjne; Michael Karoli - gitara, skrzypce; Irmin Schmidt - instr. klawiszowe; Holger Czukay - bass, kontrabas; Jaki Liebezeit - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Can


27 października 2018

[Artykuł] Lubisz Led Zeppelin i szukasz więcej muzyki w tym stylu? Są lepsze możliwości, niż Greta Van Fleet

Autentycznie przeraża mnie rosnąca popularność Grety Van Fleet i coraz większy szum wokół tej kapeli. Amerykański kwartet, niedawno debiutujący albumem "Anthem of the Peaceful Army", w sposób jawny, bezczelny i niewyobrażalnie odtwórczy kopiuje stylistykę Led Zeppelin. Nie tylko nie dodaje nic do siebie, ale wręcz jeszcze bardziej ją upraszcza, sprowadzając wyłącznie do prostych piosenek, całkowicie pozbawionych ambicji, jakie nierzadko zdradzał brytyjski kwartet. O ile mogę zrozumieć, że muzycy GVF po prostu nie mają żadnych artystycznych aspiracji i wystarcza im zabawa w swój ulubiony zespół, tak nie mogę pojąć, dlaczego ich twórczość jest tak nachalnie promowana przez media. Coraz więcej ludzi daje się nabrać na głoszone przez dziennikarzy bzdury o rzekomej świeżości (najlepszą odpowiedzią na to jest nazwanie przez magazyn "Pitchfork" muzyki zespołu czerstwym, wyświechtanym, przecenianym retrofetyszyzmem) i nowej nadziei dla muzyki rockowej (choć przecież pokazywanie, że nic się w niej nie zmieniło od pięciu dekad powinno być traktowane jako gwóźdź do trumny). Ludzie słuchają Grety z nostalgicznej tęsknoty za Led Zeppelin, który ostatni album wydał prawie czterdzieści lat temu, lub aby przenieść w lata 60. ubiegłego wieku.


Tymczasem zdecydowana większość z nich zapewne nie ma pojęcia, że w samych latach 60. i 70. istniało bardzo wielu wykonawców grających podobnie - ale nie identycznie - do Led Zeppelin. Grali na podobnym poziomie, równie kreatywnie czerpiąc z podobnych źródeł (przede wszystkim z bluesa, ale też innych gatunków, np. folku), dodając rockowej energii i własnego charakteru, jednak z czasem zostali nieco zapomniani. Nie goszczą już w mainstreamowych mediach muzycznych, dlatego przeciętny odbiorca nie ma pojęcia o ich istnieniu. I w rezultacie sięga po współczesnych kopistów pozbawionych kreatywności, zamiast słuchać autentycznej muzyki z tamtej epoki. I właśnie dlatego stworzyłem niniejszy przewodnik, mający na celu uświadomić, jak wiele wartościowej muzyki można słuchać, zamiast tracić czas na klonów z Grety Van Fleet. Pominąłem tych najbardziej oczywistych wykonawców - w rodzaju Cream, Jimiego Hendrixa, The Who (to nie pomyłka - patrz "Live at Leeds"), The Rolling Stones, The Doors, Janis Joplin, Black Sabbath czy Deep Purple - mając nadzieję, że ich twórczość jest wszystkim doskonale znana. Nie zamieściłem też żadnych Led-Klonów, a jedynie zespoły mające podobne inspiracje i przetwarzające je na własny sposób. Kolejność jest w znacznym stopniu przypadkowa. Oprócz wykonawców podaję też przykładowy album, który uważam za najbardziej reprezentatywny. Wybór ograniczyłem do dziesięciu wykonawców, ale chętnie udzielę dalszych porad w komentarzach.


The Jeff Beck Group - "Truth" (1968)

Debiutancki album grupy byłego gitarzysty The Yardbirds (nagrany m.in. z pomocą Roda Stewarta i Ronniego Wooda) powinien szczególnie zainteresować fanów Led Zeppelin. Na kilka miesięcy przed ukazaniem się eponimicznego debiutu Ołowianego Sterowca, Jeff Beck zaprezentował bardzo podobną odmianę blues rocka, charakteryzującą się niemal równie ciężkim brzmieniem. Repertuar w większości składa się z przeróbek bluesowych standardów, ale znalazło się też miejsce dla interpretacji folkowego "Morning Dew" i XVI-wiecznej pieśni "Greensleeves". Nagrany z udziałem Johna Paula Jonesa "You Shook Me" był wyraźną inspiracją dla zeppelinowej wersji, natomiast w "Beck's Bolero" wystąpił Jimmy Page, po raz pierwszy grając na gitarze smyczkiem. (Link do recenzji)

Z późniejszych dokonań Jeffa warto też zwrócić uwagę na supergrupę Beck, Boggert & Appice - sekcja rytmiczna grała wcześniej w grupie Cactus, nazywanej przez prasę amerykańskim Led Zeppelin. Zespół lepiej wypadł na żywo ("Live"), niż w studiu ("Beck, Boggert & Appice"). Gitarzysta nagrał też kilka udanych albumów w stylistyce fusion ("Blow by Blow", "Wired", "Live with Jan Hammer Group").


John Mayall with Eric Clapton - "Blues Breakers" (1966)

John Mayall nie był pierwszym białym muzykiem czerpiącym inspiracje z bluesa i dodającym do niego rockowej energii, ale to jemu przypisuje się stworzenie stylistyki zwanej brytyjskim bluesem lub blues rockiem. Album "Blues Breakers" - nagrany z młodym Erikiem Claptonem, który właśnie opuścił The Yardbirds - jest pierwszym w pełni dojrzałym albumem utrzymanym w tym stylu. A dzięki ostrym solówkom Claptona (np. w "All Your Love", "Steppin' Out") jest już wyraźną zapowiedzią hard rocka. (Link do recenzji)

Po odejściu Claptona do Cream, Mayall nagrał jeszcze wiele ciekawej muzyki, utrzymanej na podobnym poziomie. Bezpośrednią kontynuacją "Blues Breakers" są albumy "A Hard Road" i "Crusade", ale na szczególne polecenie zasługują "Bare Wires", "The Turning Point" i "Jazz Blues Fusion", dodające do bluesa i rocka elementy jazzowe. Muzycy, z którymi Mayall nagrał pierwszy z tych longplayów, założyli później grupę Colosseum - jeden z pierwszych zespołów jazzrockowych (album "Valentyne Suite" to prawdziwa perła tego stylu). John Mayall wciąż jest aktywnym muzykiem. W przyszłym roku przyjedzie na dwa koncerty do Polski (w Warszawie i Krakowie). Warto się wybrać, bo może to być ostatnia okazja do zobaczenia tej żywej legendy.

Z późniejszej twórczości Claptona najciekawsze są jego dokonania z grupami Cream, Blind Faith i Derek and the Dominos.


The Butterfield Blues Band - "East-West" (1966)

Miesiąc po premierze "Blues Breakers", amerykański kwintet The Butterfield Blues Band wydał album, który znacznie poszerzył bluesrockowe ramy. Repertuar składa się głównie z bardzo fajnych, choć nieco stereotypowych przeróbek bluesowych standardów - są bardziej czadowe momenty (np. "Walkin' Blues", "All These Blues"), jak i ekspresyjne ballady ("I Got a Mind to Give Up Living"). Ale muzycy zaprezentowali też żywiołową improwizację na bazie jazzowej kompozycji "Work Song" Nata Adderleya, jak również zupełnie własny porywający jam, "East-West", inspirowany twórczością Johna Coltrane'a i muzyką hindustańską, zarazem będący jednym z najwcześniejszych i najlepszych przykładów rocka psychodelicznego. Ale także w pozostałych utworach nie brakuje zachwycających popisów Paula Butterfielda na harmonijce oraz gitarzystów Mike'a Bloomfielda i Elvina Bishopa. (Link do recenzji)

Niestety, "East-West" to jedyne wybitne osiągnięcie zespołu. Choć warto też posłuchać debiutanckiego "The Paul Butterfield Blues Band" - utrzymanego w stylistyce elektrycznego bluesa chicagowskiego - a także wzbogaconego o sekcję dętą "The Resurrection of Pigboy Crabshaw" (ten drugi, niestety, został nagrany już bez udziału Bloomfielda). Ciekawym wydawnictwem jest też wydany po latach "East-West Live", zawierający trzy rozbudowane wykonania utworu tytułowego -charakteryzuje się niestety bootlegowym brzmieniem.


Roy Harper - "Stormcock" (1971)

Led Zeppelin inspirował się nie tylko bluesem, ale też folkiem. Nie jest tajemnicą, że muzycy cenili Roya Harpera. Nawet zadedykowali mu jeden z utworów na "Trójce". W 1985 roku Harper i Jimmy Page wydali razem album "Whatever Happened to Jugula?", ale współpracowali ze sobą już wcześniej. Gitarzysta Led Zeppelin wystąpił w jednym z utworów na wybitnym albumie "Stormcock". Wypełniają go tylko cztery utwory, w których nie dzieje się wiele, ale trudno się od nich oderwać - nieustannie przyciągają uwagę świetną grą Harpera na gitarze akustycznej i ciekawą barwą głosu. (Link do recenzji)

Godne polecenia wydają się też pozostałe albumy muzyka z lat 70., ze wskazaniem na "Flat Baroque and Berserk", "Lifemask" i "Bullinamingvase". Cenionym wydawnictwem jest także bardziej rockowy "HQ", nagrany m.in. z udziałem Johna Paula Jonesa, Davida Gilmoura i Billa Bruforda. Ponadto, śpiew Roya Harpera można usłyszeć w utworze "Have a Cigar" z albumu "Wish You Were Here" Pink Floyd.


Free - "Tons of Sobs" (1969)

Moim zdaniem zespół nigdy nie wykorzystał w pełni swojego potencjału. Choć posiadał świetnego wokalistę Paula Rodgersa (w latach 80. współpracował z Page'em w grupie The Firm) i fantastycznego gitarzystę Paula Kossoffa, rzadko grał muzykę, w której obaj mogli pokazać pełnię swoich możliwości. Na pewno nie na swoim najsłynniejszym albumie, bardzo komercyjnym "Fire and Water". Jednak debiutancki "Tons of Sobs" przynosi sporą porcję naprawdę fajnego blues rocka, w której błyszczą obaj Paulowie. Z wielką przyjemnością przypominałem sobie ten album podczas pisania niniejszego tekstu. (Link do recenzji)

Z wyżej opisanego powodu, trudno jest wskazać inne warte poznania wydawnictwa Free. Na kolejnych albumach zespół zwrócił się w stronę łagodniejszych, bardziej komercyjnych brzmień, co automatycznie spychało Kossoffa na dalszy plan. Całkiem przyjemnym wydawnictwem jest jednak drugi w dyskografii "Free", z pięknym finałem w postaci "Mourning Sad Morning" (z gościnnym udziałem Chrisa Wooda z Traffic).


Fleetwood Mac - "Then Play On" (1969)

Zanim Fleetwood Mac stał się popową gwiazdą, grał rasowego blues rocka. W oryginalnym składzie znaleźli się zresztą trzej byli współpracownicy Johna Mayalla - Peter Green, John McVie i Mick Fleetwood. "Then Play On" to najdojrzalsze dzieło z tego okresu. Podobnie jak Led Zeppelin, zespół potrafił grać bluesa z hardrockową mocą (np. "Rattlesnake Shake", "Searching for Madge"), ale nie unikał też brzmień akustycznych o folkowym rodowodzie (np. "When You Say"). Potrafił też zabłysnąć poruszającą balladą bluesową ("Without You"). (Link do recenzji)

Podobnie, jak wiele innych zespołów z lat 60., Fleetwood Mac wydawał część ze swoich najlepszych utworów wyłącznie na singlach. Dlatego świetnym uzupełnieniem bluesowego okresu jest kompilacja "Greatest Hits" z 1971 roku, zawierająca m.in. wielkie przeboje "Albatross" i "Black Magic Woman", a także nagrany później przez Judas Priest "The Green Manalishi". Przyjemnym wydawnictwem jest także eponimiczny debiut (czasem wznawiany jako "Peter Green's Fleetwood Mac"), jednak na tle innych wydawnictw opisanych w tym tekście, może wydać się nieco zbyt archaiczny.


Keef Hartley Band - "Halfbreed" (1969)

Perkusista Keef Hartley to kolejny muzyk, który bluesrockową karierę zaczynał w zespole Johna Mayalla (wcześniej grał też w The Artwoods u boku. m.in. Jona Lorda). Pod koniec lat 60. założył swój własny zespół, w skład którego weszli m.in. także świetny wokalista i gitarzysta Miller Anderson oraz późniejszy basista Uriah Heep, Gary Thain. Najlepszym wydawnictwem zespołu jest debiutancki "Halfbreed", zawierający fantastyczną mieszankę hard rocka ("Leavin' Trunk", "Think it Over"), bluesa ("Born to Die"), psychodelii ("Just to Cry") i jazzrocka w stylu Santany ("Halfbreed"). (Link do recenzji)

Z trzech kolejnych albumów zespołu najciekawszy jest środkowy, "The Time Is Near", zdradzający silniejsze wpływy jazzrocka (w stylu Colosseum), ale zawierający też odrobinę folkowych klimatów ("Another Time, Another Place").


The Allman Brothers Band - "At Fillmore East" (1971)

Muzycy Led Zeppelin lubili na koncertach znacznie rozbudowywać swoje utwory. Jednak największymi mistrzami koncertowych improwizacji byli członkowie The Allman Brothers Band. "At Fillmore East" to ich opus magnum i najlepsza rockowa koncertówka wszech czasów. Obok interesujących interpretacji paru bluesowych standardów, znalazły się tu także niesamowicie porywające wersje własnych "In Memory of Elizabeth Reed" i "Whipping Post". (Link do recenzji)

Warto też poznać album "Eat a Peach" - częściowo składający się z nagrań, które nie zmieściły się na "At Fillmore East" (w tym fantastyczna improwizacja "Mountain Jam"), uzupełnionych studyjnym materiałem - a także doskonały debiut "The Allman Brothers Band". Całkiem nieźle wypada też wydany po latach "Shades of Two Worlds", nagrany jednak bez tragicznie zmarłego w 1971 roku Duane'a Allmana. W swoim krótkim życiu gitarzysta zdążył jeszcze wesprzeć Erica Claptona w jego Derek and the Dominos - to właśnie Duane'owi zawdzięczamy słynny riff z "Layla".


Rory Gallagher - "Rory Gallagher" (1971)

Irlandzki gitarzysta Rory Gallagher pozostawił po sobie wiele wspaniałej muzyki, ale największym dowodem jego talentu - jako gitarzysty i kompozytora - jest prawdopodobnie eponimiczny debiut solowy.  To bardzo eklektyczny, a zarazem spójny materiał, zdradzający inspirację różnymi odmianami bluesa, folkiem, country, ale też jazzem (w "Can't Believe It's True" Rory zagrał nawet na saksofonie). Repertuar obejmuje zarówno hardrockowe czady ("Laundromat", "Hands Up"), jak i przepiękne ballady ("I Fall Apart", "For the Last Time"). (Link do recenzji)

Gallagher najlepiej czuł się jednak na scenie, gdzie mógł z pełną swobodą prezentować swoje umiejętności. Najwspanialszym zapisem jego koncertowych poczynań jest "Irish Tour '74", ale warto też posłuchać "Live in Europe" i "Live at Montreux". Ze studyjnych albumów oprócz debiutu trzeba wyróżnić przede wszystkim "Deuce" (z przepięknym, inspirowanym muzyką celtycką "I'm Not Awake Yet" czy świetnym popisem gry techniką slide w "Crest of a Wave"). Z kolei fanom hard rocka najbardziej do gustu mogą przypaść "Calling Card" i "Top Priority". Nie można też nie wspomnieć o wcześniejszych dokonaniach Rory'ego z grupą Taste - stricte bluesrockowym "Taste", bardzo eklektycznym "On the Boards" oraz żywiołowym "Live at Isle of Wight".


Ten Years After - "A Space in Time" (1973)

Z dość bogatej dyskografii Ten Years After wybrałem ten album, ponieważ najwięcej na nim gitary akustycznej i utworów nie tak odległych od łagodniejszego oblicza Led Zeppelin. "A Space in Time" to jednak nie tylko granie bez prądu lub częściowo akustycznie (jak w przeboju "I'd Love to Change the World"), ale też porcja świetnego blues rocka ("One of These Days"). (Link do recenzji)

Więcej bluesrockowego czadu zawierają albumy "Ssssh" i "Cricklewood Green", choć na tym drugim słychać też wpływy folku czy jazzu. Jednak podobnie jak większość bluesrockowych zespołów, Alvin Lee i spółka najlepiej wypadali na koncertach, co fantastycznie dokumentują albumy "Undead" i "Recorded Live", a także wydany po latach "Live at Fillmore East 1970". Grupa wciąż jest aktywna (choć od dawna nie ma w niej Alvina Lee) i wciąż przekonująco wypada na żywo (czego osobiście doświadczyłem dwa lata temu - tutaj relacja), jednak jej obecne studyjne poczynania lepiej pominąć milczeniem.


Koda

Jak już wcześniej wspominałem, powyżsi wykonawcy to tylko kropla w morzu. Na przełomie lat 60. i 70. działało znacznie więcej grup blues/hardrockowych, nierzadko prezentujących zbliżony poziom do tych wyżej opisanych lub wspomnianych (żeby wymienić tylko Groundhogs, The Aynsley Dunbar Retaliation, Quicksilver Messenger Service, Steamhammer, Love Sculpture, Mountain, Savoy Brown, Stone the Crows, The Climax Blues Band czy wczesne, przedschenkerowskie UFO). Odkrywanie twórczości tych wszystkich zespołów będzie z pewnością znacznie przyjemniejszym i bardziej kształcącym zajęciem, niż słuchanie chwilowo modnego produktu, jakim jest Greta Van Fleet, i bezrefleksyjne powtarzanie bzdur o jego świeżości i potencjale wystarczającym na ocalenie muzyki rockowej (która od dawna na zmianę kona i pożera własny ogon).

I małe przypomnienie na koniec: tak w 1989 roku Gary Moore i Ozzy Osbourne śpiewali o Grecie Van Fleet:


26 października 2018

[Recenzja] The Bill Dixon Orchestra ‎- "Intents and Purposes" (1967)



Bill Dixon to jeden z nieco już zapomnianych - choć bardzo cenionych we właściwych kręgach - jazzowych trębaczy (czasem grał też na pianinie). Najbardziej znany ze współpracy z Archie'em Sheppem ("Archie Shepp - Bill Dixon Quartet", 1962) i Cecilem Taylorem ("Conquistador!", 1966). Pomimo pięćdziesięcioletniej działalności - od początku lat 60. do śmierci w 2010 roku - pozostawił po sobie stosunkowo skromną dyskografię solową, obejmującą około dwudziestu wydawnictw. Jako lider zadebiutował w 1967 roku, będąc już na początku piątej dekady życia, wspaniałym albumem "Intents and Purposes". Materiał nagrywany był partiami, podczas trzech różnych sesji (10 października 1966 oraz 17 stycznia i 21 lutego 1967 roku), w kilku konfiguracjach personalnych. W nagraniach brali udział zarówno muzycy związani z jazzowym mainstreamem, jak i ze sceną freejazzową. Najbardziej z nich znani są basiści Jimmy Garrison i Reggie Workman (obaj współpracowali z Johnem Coltrane'em).

"Intents and Purposes" trwa niewiele ponad pół godziny, ale to bardzo emocjonujący i niezwykle intensywny materiał. Co słychać nawet w tych bardziej subtelnych (choć nie do końca) momentach, czyli dwóch miniaturach o wspólnym tytule "Nightfall Pieces", nagranych przez Dixona w duecie z flecistą George'em Marge'em. Ale gwoździem programu są dwie bardziej rozbudowane kompozycje: trzynastominutowa "Metamorphosis 1962-1966" i dwunastominutowa "Voices". Pierwsza nagrana została w dziesięcioosobowym składzie, obejmującym rozbudowaną sekcję dętą (trąbka, dwa saksofony altowe, klarnet basowy, rożek angielski, puzon basowy), dwa kontrabasy, wiolonczelę, perkusję i perkusjonalia. Druga zaledwie w kwintecie (trąbka, klarnet basowy, kontrabas, wiolonczela i perkusja), który jednak brzmi równie potężnie. Obydwie stanowią natomiast fantastyczne połączenie piękna i freejazzowej brutalności - oba te elementy często zresztą występują równocześnie. Niesamowita ekspresja i wirtuozeria instrumentalistów, ale też intrygujący, ponury klimat, czynią "Intents and Purposes" jednym z najwspanialszych freejazzowych albumów, jakie słyszałem. I tylko szkoda, że tak szybko się kończy, pozostawiając ochotę na więcej.

Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze dla osób nieosłuchanych z free jazzem, ale miłośników takiej stylistyki z pewnością zachwyci. Dla nich jest to pozycja obowiązkowa.

Ocena: 9/10



The Bill Dixon Orchestra ‎- "Intents and Purposes" (1967)

1. Metamorphosis 1962-1966; 2. Nightfall Pieces I; 3. Voices; 4. Nightfall Pieces II

Skład: Bill Dixon - trąbka; Byard Lancaster - saksofon altowy (1), klarnet basowy (1,3); Robin Kenyatta - saksofon altowy (1); George Marge - rożek angielski (1), flet (2,4); Jimmy Cheatham - puzon basowy (1); Jimmy Garrison - kontrabas (1,3); Reggie Workman - kontrabas (1); Catherine Norris - wiolonczela (1,3); Robert Pozar - perkusja (1,3); Marc Levin - instr. perkusyjne (1)
Producent: Brad McCuen


24 października 2018

[Recenzja] Tangerine Dream - "Electronic Meditation" (1970)



Tangerine Dream to jeden z najpopularniejszych zespołów wywodzących się ze sceny krautrockowej i jeden z najważniejszych twórców muzyki elektronicznej. Przez wiele dekad siłą napędową i jedynym stałym członkiem grupy był klawiszowiec i gitarzysta Edgar Froese (zmarły w 2015 roku). Na początku działalności towarzyszyli mu grający na instrumentach smyczkowych Conrad Schnitzler i perkusista Klaus Schulze. Właśnie to trio - wsparte przez Jimmy'ego Jacksona (elektryczne organy) i Thomasa Keyserlinga (flet) - w październiku 1969 roku zarejestrowało materiał na debiutancki album, zatytułowany "Electronic Meditation". Schnitzler i Schulze odeszli wkrótce potem.

Wbrew tytułowi, album został zarejestrowany głównie za pomocą tradycyjnych instrumentów, nieznacznie wzbogaconych prymitywnymi generatorami dźwięków. Młodych muzyków nie było po prostu jeszcze stać na syntezatory, które wkrótce miały stać się podstawą ich brzmienia (zarówno na późniejszych albumach Tangerine Dream, jak i na solowych wydawnictwach Klausa Schulze'a). Efekt jest jednak całkiem intrygujący. Całość brzmi jak awangardowa, bardzo eksperymentalna wariacja na temat tytułowego utworu z "A Saucerful of Secrets" Pink Floyd. W bardziej subtelnych momentach, gdy na pierwszy plan wychodzą partie elektrycznych organów, można wręcz odnieść wrażenie cytowania wspomnianej kompozycji. Nie zabrakło też solówek gitarowych, które z kolei wywołują skojarzenia z twórczością założonego wkrótce potem Ash Ra Tempel (do którego zresztą przeszedł Schulze). Jednak reszta tego materiału, składająca się głównie z różnych zgrzytów, sprzężeń i szumów, idzie jeszcze dalej w stronę awangardy, przywodząc nawet skojarzenia z twórczością Karlheinza Stockhausena. Całość jest całkowicie improwizowana, w sposób bliski free jazzu, zwłaszcza tego radykalnego, wywodzącego się z Niemiec. Co nie powinno dziwić.

"Electronic Meditation" to udany debiut, który zwłaszcza w chwili wydania musiał robić wrażenie, pokazując jak daleko można przesunąć granice muzyki rockowej. Choć w ostatecznym kształcie albumu więcej chyba przypadku, niż przemyślanego efektu, brzmi to naprawdę ciekawie i wciągająco.

Ocena: 8/10



Tangerine Dream - "Electronic Meditation" (1970)

1. Genesis; 2. Journey Through a Burning Brain; 3. Cold Smoke; 4. Ashes to Ashes; 5. Resurrection

Skład: Edgar Froese - gitara, instr. klawiszowe, efekty; Conrad Schnitzler - skrzypce, wiolonczela, efekty; Klaus Schulze - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Jackson - organy; Thomas Keyserling - flet
Producent: Tangerine Dream


22 października 2018

[Recenzja] Tomasz Stańko - "Balladyna" (1976)



"Balladyna" to pierwszy album Tomasza Stańki nagrany dla słynnej wytwórni ECM, będącej prawdziwym bastionem ambitnego jazzu w latach 70., gdy większe wytwórnie nie były już zainteresowane tego typu muzyką. Warto dodać, że Stańko był pierwszym polskim muzykiem zaproszonym przez tą prestiżową wytwórnię. Longplay ukazał się wyłącznie w Niemczech i USA. W obu tych krajach - i tylko tam - był wielokrotnie wznawiany, także w wersji kompaktowej. Importowane egzemplarze można obecnie bez problemu kupić w Polsce, co stanowi przyjemną odmianę po wcześniejszych zagranicznych albumach trębacza, nagranych dla małych firm fonograficznych ("Jazzmessage from Poland", "Purple Sun").

Materiał został zarejestrowany w grudniu 1975 roku w studiu Tonstudio Bauer, mieszczącym się w Ludwigsburgu. Podobnie jak na poprzednim w dyskografii Stańki "TWET", trębaczowi w nagraniach towarzyszyli saksofonista Tomasz Szukalski i perkusista Edward Vesala. Stanowisko basisty tym razem objął Dave Holland - tak, ten sam Dave Holland, który jeszcze kilka lat wcześniej grał z Milesem Davisem. Pod względem stylistycznym, "Balladyna" stanowi kontynuację "TWET". To wciąż bardzo swobodne improwizacje, pokazujące bardziej klimatyczną stronę free jazzu. Materiał jest jednak dość zróżnicowany i nie brakuje też naprawdę ekspresyjnych momentów (przede wszystkim w "First Song"). Co ciekawe, najbardziej wyeksponowanym, obok trąbki, instrumentem jest kontrabas - i to nie tylko w nagranym bez udziału Szukalskiego i Vesali "Duet". To dobrze, bo partie Hollanda są prawdziwą ozdobą tej płyty. Co bynajmniej nie znaczy, że reszta kwartetu nie zachwyca. Ogólnie materiał jest bardzo spójny i równy, dlatego najlepiej słuchać go w całości, ale gdybym musiał szczególnie wyróżnić jakiś fragment, to byłby to utwór tytułowy, w którym muzycy kreują najbardziej intrygującą atmosferę.

"Balladyna" to jeden z największych punktów zwrotnych w karierze Tomasza Stańki. Co prawa pod względem artystycznym stanowi tylko udane rozwinięcie pomysłów z poprzednich wydawnictw, ale dzięki współpracy z wytwórnią ECM longplay dotarł do znacznie szerszego grona odbiorców, zapewniając polskiemu trębaczowi rozpoznawalność i uznanie wśród wielbicieli jazzu na całym świecie. Zupełnie zasłużenie. Jednak mnie osobiście ten album nie zachwyca aż tak bardzo, jak niektóre z wcześniejszych wydawnictw Stańki. Choć to też bardzo ładna, wartościowa i porywająca muzyka.

Ocena: 8/10



Tomasz Stańko - "Balladyna" (1976)

1. First Song; 2. Tale; 3. Num; 4. Duet; 5. Balladyna; 6. Last Song; 7. Nenaliina

Skład: Tomasz Stańko - trąbka; Tomasz Szukalski - saksofon sopranowy, saksofon tenorowy; Dave Holland - kontrabas; Edward Vesala - perkusja
Producent: Manfred Eicher



Po prawej: alternatywna wersja okładki. 



20 października 2018

[Recenzja] Greta Van Fleet - "Anthem of the Peaceful Army" (2018)



Greta Van Fleet to dowód na potęgę mediów. Potrafią one bez trudu wypromować nawet najbardziej bezwartościowe i niepotrzebne rzeczy, jeśli tylko mają w tym interes. W przypadku mediów muzycznych zwykle chodzi o zachowanie przyjaznych stosunków z wytwórniami płytowymi lub samymi wykonawcami. Później odbiorcy tych mediów bezrefleksyjnie rozpowszechniają największe nawet bzdury - w przypadku GVF na temat rzekomej świeżości i ocalania muzyki rockowej - bo w przypadku ewentualnej dyskusji mogą podeprzeć się autorytetami. A ja się pytam: co świeżego jest w graniu dokładnie tak samo, jak inny zespół pięćdziesiąt lat temu? Albo: jak ocalić muzykę rockową ma zespół, który sugeruje, że gatunek ten od pięciu dekad polega na powielaniu tych samych schematów? Sądzę, że nikt samodzielnie myślący nie potrzebuje odpowiedzi na te pytania.

"Anthem of the Peaceful Army" to oficjalny debiut Grety Van Fleet, choć trwa niewiele dłużej od zeszłorocznego "From the Fires", klasyfikowanego jako EPka. Pod względem stylistycznym nie ma żadnego postępu. Zespół wciąż jest bezczelnym klonem Led Zeppelin, starający się jak najwierniej odtworzyć jego brzmienie i sposób grania/śpiewania poszczególnych jego członków (raczej z późniejszych albumów, na których nie słychać już bluesowych korzeni), nierzadko ocierając się o plagiat konkretnych motywów (najbardziej ewidentny w kawałkach "The Cold Wind" i "Lover, Leaver"). Tutaj kompozycje są jednak jeszcze bardziej nijakie i pozbawione czegokolwiek zapamiętywanego. Gra instrumentalistów jest bardzo tendencyjna i przewidywalna, ale nie potrafią zbliżyć się do poziomu Page'a, Jonesa i Bonhama (choć tym razem sekcja rytmiczna przynajmniej próbuje zaznaczyć swoją obecność - vide "Mountain of the Sun" i "Brave New World"). Zaś wokalista staje się coraz śmieszniejszy w swoich próbach (już nie tak dokładnych) imitowania Roberta Planta. O ile na wspomnianej EPce wydawał się mocnym atutem zespołu, tak tutaj słychać, jak bardzo się wysila i męczy, próbując naśladować swojego idola, przez co brzmi kuriozalnie. O ile muzycznie album jest po prostu przeciętny i gdyby był instrumentalny, nie przeszkadzałby mi odtwarzany w tle, tak warstwa wokalna jest naprawdę drażniąca. Męczy nieustanne darcie ryja Josha Kiszki, dla którego wydaje się zupełnie obojętne, czy w tle ma hardrockowe riffy, czy nieprzesterowaną / akustyczną gitarę (np. "Watching Over", "You're the One") lub tandetne smyczki z syntezatora ("Age of Man" - najmniej zeppelinowy, za to nieznośnie kiczowaty kawałek).

Nie mam wątpliwości, że Greta Van Fleet jest szczegółowo wykreowanym produktem (świadczy o tym też chociażby obecność aż trzech producentów), obliczonym na nostalgię fanów Led Zeppelin, którzy od czterech dekad marzą o powrocie słynnej grupy. W promocję tego produktu władowano niemało dolarów, dzięki czemu popularność zespołu sztucznie urosła do rozmiarów prawdziwego zjawiska na współczesnej rockowej scenie. A tym samym nie mogę go po prostu ignorować - jak setki innych, tak samo pozbawionych kreatywności grup retro-rockowych - lecz czuję się zobowiązany uświadamiać z jak wielkim oszustwem mamy do czynienia. "Anthem of the Peaceful Army" sam w sobie nie jest jakiś bardzo słaby (pomijając tragiczny pierwszy kawałek i irytujący wokal), a po prostu przeciętny, nic nie wnoszący i nikomu nie potrzebny. Ale w połączeniu z nazbyt oczywistą wtórnością, całkowitym brakiem własnej tożsamości i towarzyszącym temu wypieraniem się w wywiadach ewidentnej inspiracji (muzycy są albo bardzo naiwni, albo bardzo bezczelni), a także tą całą promocyjną otoczką, zasługuje wyłącznie na potępienie.

Ocena: 2/10



Greta Van Fleet - "Anthem of the Peaceful Army" (2018)

1. Age of Man; 2. The Cold Wind; 3. When the Curtain Falls; 4. Watching Over; 5. Lover, Leaver; 6. You're the One; 7. The New Day; 8. Mountain of the Sun; 9. Brave New World; 10. Anthem; 11. Lover, Leaver (Taker, Believer)

Skład: Josh Kiszka - wokal; Jake Kiszka - gitara, dodatkowy wokal; Sam Kiszka - bass, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Danny Wagner - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Al Sutton, Marlon Young, Herschel Boone


19 października 2018

[Recenzja] John McLaughlin - "Extrapolation" (1969)



Zanim John McLaughlin stał się jednym z najsłynniejszych jazzowych gitarzystów, musiało minąć trochę czasu. Profesjonalną karierę muzyczną rozpoczął na początku lat 60. Grywał z nieco już dziś zapomnianymi przedstawicielami brytyjskiego rhythm and bluesa, jak Alexis Korner czy Graham Bond (u tego drugiego u boku Jacka Bruce'a, Gingera Bakera i Dicka Heckstall-Smitha), jednocześnie dorabiając sobie jako nauczyciel gry na gitarze (jednym z jego uczniów był Jimmy Page). Na początku 1969 roku zarejestrował swój debiutancki album, "Extrapolation". Wkrótce potem przeprowadził się do Stanów, by dołączyć do pionierskiej grupy jazzrockowej Lifetime Tony'ego Williamsa. Przypadkiem wziął też udział w sesji nagraniowej "In a Silent Way" Milesa Davisa. W tym momencie jego kariera nabrała błyskawicznego tempa.

Zostańmy jednak przy "Extrapolation". Materiał został zarejestrowany 18 stycznia 1969 roku, wraz z innymi utalentowanymi brytyjskimi jazzmanami - saksofonistą Johnem Surmanem, basistą Brianem Odgersem i perkusistą Tonym Oxleyem. Producentem został natomiast Giorgio Gomelsky, najbardziej znany ze współpracy z The Yardbirds, Gong i Aphrodite's Child (produkował też wczesne demówki Soft Machine). Pod względem stylistycznym, "Extrapolation" to jeszcze nie fusion, z którym McLaughlin najbardziej jest kojarzony. Kwartet często gra tu dość typowy bop, tylko z gitarą zamiast znacznie częstszego w tym stylu pianina (np. tytułowy, ballada "Really You Know", lub wczesna wersja nagranego później z Lifetime "Spectrum"). Ale są też fragmenty wykraczające poza bopową stylistykę. Jak bardzo klimatyczny, kreujący niezwykłą atmosferę "It's Funny". Albo zdający się kierować ku freejazzowej ekspresji "Pete the Poet" (dedykowany Peterowi Brownowi, współpracownikowi Cream). Ale też jakby wyrastający z folku "This Is for Us to Share". Nie można nie wspomnieć o zapowiadającym późniejsze eksperymenty z muzyką hindustańską "Peace Piece". Ogólnie materiał jest bardzo różnorodny. Nie można tutaj nie wspomnieć o wirtuozerii i wzorowej współpracy instrumentalistów. Sekcja rytmiczna nie ogranicza się do akompaniamentu, a Surman gra tak porywająco, że nieraz przyćmiewa lidera. Ten również zachwyca, choć nie gra tu jeszcze w tak ekspresyjny sposób, jak na albumach Mahavishnu Orchestra.

"Extrapolation" to bardzo udany debiut i jeden z najważniejszych brytyjskich albumów jazzowych. To nieco inna muzyka, niż późniejsze dokonania Johna McLaughlina z Milesem Davisem, Tony William's Lifetime, Mahavishnu Orchestra i Shakti, choć pewne podobieństwa można wyłapać. Dla fanów gitarowego jazzu jest to pozycja obowiązkowa, ale wszystkich innych też zachęcam do posłuchania.

Ocena: 8/10



John McLaughlin - "Extrapolation" (1969)

1. Extrapolation; 2. It's Funny; 3. Arjen's Bag; 4. Pete the Poet; 5. This Is for Us to Share; 6. Spectrum; 7. Binky's Beam; 8. Really You Know; 9. Two for Two; 10. Peace Piece

Skład: John McLaughlin - gitara; John Surman - saksofon barytonowy, saksofon sopranowy; Brian Odgers - kontrabas; Tony Oxley - perkusja
Producent: Giorgio Gomelsky


17 października 2018

[Recenzja] Riverside - "Wasteland" (2018)



Ta recenzja miała w ogóle nie powstać. Nie planowałem nawet słuchać tego albumu. Znów jednak zwyciężyła ciekawość, gdy pojawił się w propozycjach na YouTube. Wytrzymałem parę minut, resztę szybko przewinąłem. Gdy jednak internet został zalany pozytywnymi recenzjami "Wasteland", postanowiłem stanąć po przeciwnej stronie. Aby sprostować wszystkie bzdury, jakie można przeczytać w innych recenzjach (zwłaszcza te dotyczące rzekomej progresywności). W tym celu zmusiłem się do przesłuchania całości - kilkukrotnego, ale dawkując ją sobie małymi dawkami. Materiał jest jednak na tyle jednorodny, że bez trudu mogę sobie wyobrazić, jak brzmiałby słuchany od początku do końca.

Popularność Riverside to prawdziwy fenomen. Z każdym kolejnym albumem o zespole robiło się coraz głośniej, nie tylko w kraju, ale i za granicą. Muzycy osiągnęli sukces najmniejszym kosztem, grając niewyobrażalnie wtórną muzykę, nie dodając nic od siebie do inspiracji innymi epigonami w rodzaju Marillion, Pendragon, Anathema, Opeth, Dream Theater, a zwłaszcza Stevena Wilsona i Porcupine Tree. Już tamci wykonawcy, mając dużo lepsze inspiracje, rozwodnili je, zastępując kreatywność odtwórczością i nudą. Riverside, czerpiąc wszystko, co najgorsze z neo-proga, jeszcze bardziej to wszystko rozwodnił. Muzycy nigdy nie mieli ani predyspozycji do pisania dobrych, zapadających w pamięć kompozycji, ani tym bardziej do ich aranżowania (zwykle sprawiają wrażenie przypadkowo posklejanych motywów), nie wyróżniali się też pod względem umiejętności wykonawczych. Pierwsze albumy są tak złe, jak tylko może być neo-prog. Przerysowujące wszystkie podstawowe wady tego stylu, mogłyby zostać uznane za niezłą parodię, gdyby nie było słychać, że zespół jest śmiertelnie poważny (do tego jeszcze wrócimy).

Sytuacja nieco się poprawiła na piątym krążku, "Shrine of New Generation Slaves". Zespół sięgnął tam do bardziej klasycznych inspiracji - wyraźnie słyszalny jest wpływ Deep Purple i ogólnie muzyki z lat 70. Po usłyszeniu singla "Celebrity Touch" - ewidentnie naśladującego styl Deep Purple, który bardzo wtedy lubiłem - zainteresowałem się grupą, której twórczość wcześniej uważałem za strasznie nudną (czyli tak, jak obecnie). Próbowałem nawet przekonać się do starszych wydawnictw, znaleźć na nich jakieś pozytywy. Nawet napisałem pozytywne recenzje, choć w głębi ducha niespecjalnie mi się to podobało i wiedziałem, że nie będę do tego wracać. To wszystko wynikało oczywiście z mojej ignorancji na temat polskiej sceny muzycznej. Nie wiedząc, jak wiele powstało tu znakomitej muzyki (żeby wspomnieć tylko Niemena i licznych jazzmanów), uważałem Riverside za objawienie na krajowej scenie i tym samym doceniałem go bardziej, niż rzeczywiście mi się podobał. Z czasem lepiej się na nim poznałem. Także na samym "SoNGS" i wydanym po nim, jeszcze bardziej piosenkowym "Love Fear and the Time Machine", które będąc nieco znośniejszymi od wcześniejszych wydawnictw, wciąż są okropnie odtwórcze i szybko powodują znużenie swoim anemicznym charakterem.

Punktem zwrotnym w karierze Riverside okazała się śmierć gitarzysty Piotra Grudzińskiego. Po stosownej przerwie pozostała przy życiu trójka muzyków - wsparta przez sesyjnych muzyków - postanowiła nagrać nowy album. Porzucili retro-rockowy styl dwóch poprzednich wydawnictw, by nagrać śmiertelnie poważny neo-progowy album koncepcyjny o post-apokaliptycznym świecie, do czego zainspirowała ich śmierć kolegi. No cóż... chyba nie ta skala tragedii. Mam wątpliwości co do szczerości takiego posunięcia, wydaje się zbyt koniunkturalnym działaniem. Zespół ewidentnie, nachalnie, wręcz łopatologicznie stara się poruszyć swoich fanów, wywołać emocjonalne podejście do tego wydawnictwa, co z pewnością wpływa na jego oceny. Tymczasem "Wasteland" stanowi wyraźny krok wstecz. Utwory znów są bardzo nieporadne i nieskładne. Za to jak zwykle całkiem pozbawione kreatywności i wyrazistości.

Poniżej moje odczucia z odsłuchu poszczególnych utworów. Nie lubię takiej formy recenzji, ale nie chcę mi się układać tego w jakąś sensowniejszą całość.

1. "The Day After". Dwuminutowe intro. Smętny głos Mariusza Dudy a cappella, ustępuje z czasem dość klimatycznej, ale krótkiej partii skrzypiec. Mogłoby tego tu w ogóle nie być (mogłoby nie być całego albumu, ale to już osobna kwestia), bo nic nie wnosi do całości.

2. "Acid Rain". Gitarowe riffowanie jak u Opeth, tylko bardziej wygładzone brzmieniowo, a do tego zupełnie niepasujący anemiczny śpiew Dudy. W drugiej części klimat się zmienia na coś w stylu Pink Floyd z "The Division Bell" lub "The Endless River", tylko jeszcze nudniejszego, z zupełnie niepasującą wokalizą kojarzącą się z współczesnym popem.

3. "Vale of Tears" brzmi jak przypadkowo posklejane fragmenty różnych kawałków, które łączy jedno - są tak samo nużące. Toporne metalowe riffowanie, jakieś pitolenie na gitarze akustycznej, tandetny klawisz - nic się tu ze sobą nie klei już w samej warstwie muzycznej, a śpiew Dudy jak zwykle nie pasuje do niczego.

4. "Guardian Angel". Akustyczna ballada z Dudą wcielającym się w Leonarda Cohena. Fajnie, że w końcu pojawia się jakieś urozmaicenie w warstwie wokalnej, ale wyszło dość kuriozalnie. I cholernie nudno, ale tego chyba nie muszę już dodawać.

5. "Lament". Muzycy powinni posłuchać utworu King Crimson o tym samym tytule, żeby zobaczyć (usłyszeć), jak powinno się pisać i aranżować utwory. Kawałek Riverside nie ma tej płynności pomiędzy poszczególnymi sekcjami, dynamiczne kontrasty wypadają po prostu topornie, partia skrzypiec nic nie wnosi, a melodia jest najzwyczajniej mdła.

6. "The Struggle for Survival". Prawie dziesięciominutowy instrumental. Niby coś się tu dzieje, ale absolutnie nic z tego nie wynika, a często przewijający się główny motyw szybko zaczyna doprowadzać do szału. Takie tam brzdąkanie, bez żadnego pomysłu na całość. Nie ma tu ani interesującego klimatu, ani przyciągających uwagę solówek. Tyle dobrego, że nie ma w końcu tego smętnego wokalu.

7. "River Down Below". Kolejna akustyczna ballada, o nieco folkowym zabarwieniu, ale przetworzonym typowym dla grupy smęceniem. Jedyny plus, to dość przyjemnie, po gilmourowsku brzmiąca gitara Macieja Mellera.

8. "Wasteland". Kolejny dłuższy kawałek, składający się z kilku części: akustycznej ballady, prog-metalowych zaostrzeń i niby-westernowego interludium. Poszczególnych fragmentów nic ze sobą nie łączy, zostały topornie zestawione, a żaden z nich nie jest interesujący sam w sobie.

9. "The Night Before". Ballada z ładnym akompaniamentem pianina, który w połączeniu z deklamacyjną partią wokalną Dudy wywołuje skojarzenia z floydowskim "The Final Cut". Najbardziej udany utwór na albumie (i jeden z lepszych w całej dyskografii), choć w pewnym momencie zaczyna się rozmywać, robi się nieco mdły i zbyt monotonny. A szkoda, bo jest tu jakiś potencjał, którego nie słychać w poprzednich kawałkach.

Podsumowując, "Wasteland" (bardziej pasowałby tytuł "Wasted Time") powiela wszystkie wady wcześniejszych wydawnictw Riverside, takie jak np. kompletna nijakość melodyczna, mnogość niepasujących do siebie partii instrumentalnych i niedopasowany do nich wokal, sztuczne rozciąganie utworów, WTÓRNOŚĆ (zwykle względem nieciekawych wzorców), zachowawczość, anemiczne wykonanie pozbawione zapamiętywalnych momentów, a także wszechobecny patos. Jednocześnie nie ma tutaj tego, co czyniło dwa poprzednie albumy nieco bardziej przyjaznymi - zwartych, nieco bardziej wyrazistych melodycznie kompozycji nawiązujących do rockowej klasyki ("SoNGS") lub sięgających po nieco nowsze, ale nie neo-progowe/prog-metalowe rozwiązania ("LFatTM"). Najbardziej w tym wszystkim wkurza to, że tego typu odtwórcze i nudne granie jest dziś nazywane rockiem progresywnym. Podczas gdy nie ma tu niczego nowatorskiego ani kreatywnego, a właśnie to jest wyznacznikiem progresywności w muzyce.

Ocena: 3/10



Riverside - "Wasteland" (2018)

1. The Day After; 2. Acid Rain; 3. Vale of Tears; 4. Guardian Angel; 5. Lament; 6. The Struggle for Survival; 7. River Down Below; 8. Wasteland; 9. The Night Before

Skład: Mariusz Duda - wokal, gitara, bass; Michał Łapaj - instr. klawiszowe; Piotr Kozieradzki - perkusja
Gościnnie: Maciej Meller - gitara (2,4,6,7); Mateusz Owczarek - gitara (3); Michał Jelonek - skrzypce (1,5,6,8)
Producent: Mariusz Duda, Magda i Robert Srzedniccy


15 października 2018

[Recenzja] Joe McPhee - "Nation Time" (1971)



Pomimo pięciu dekad aktywnej działalności, Joe McPhee nie jest postacią szczególnie znaną. Ten urodzony na Florydzie saksofonista, trębacz i puzonista w jednej osobie, zawsze stał raczej z boku jazzowej sceny. Omijały go sesje nagraniowe słynnych albumów czy innego rodzaju współpraca z bardziej rozpoznawalnymi jazzmanami. Dopiero w późniejszych latach miał okazję współpracować z takimi osobistościami, jak Evan Parker, Peter Brötzmann czy Mats Gustafsson. Dyskografia McPhee jest bardzo bogata, ale tylko jeden album zyskał - po kilku dekadach od swojej premiery - prawdziwe uznanie wśród wielbicieli jazzu. Mowa o "Nation Time" - drugim solowym wydawnictwie muzyka. Oryginalnie wydanym w 1971 roku i niewznawianym aż do 2000 roku.

Album został zarejestrowany na żywo, podczas występów w nowojorskim Vassar College, 12 i 13 grudnia 1970 roku. Dwa z trzech utworów zostały zagrane w kwintecie - którego dopełnili klawiszowiec Mike Kull, basista Tyrone Crabb oraz perkusiści Bruce Thompson i Ernest Bostic - a w jednym skład został poszerzony do oktetu, dzięki udziałowi saksofonisty Otisa Greene'a, gitarzysty Dave'a Jonesa i grającego na elektrycznych organach Herbiego Lehmana. Pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia osiemnastominutowa, niesamowicie ekspresyjna improwizacja "Nation Time". Intensywne solówki McPhee zdradzają silną inspirację freejazzowymi mistrzami w rodzaju Coltrane'a, Colemana i Aylera, ale dzięki wzbogaceniu brzmienia o elektryczne instrumenty i oparcie - przynajmniej momentami - na prostszych rytmach, należy zakwalifikować ją raczej do nurtu fusion. Jeszcze dalej w tym kierunku idzie nie mniej porywająca i ekspresyjna, choć nieco krótsza improwizacja "Shakey Jake", która za sprawą partii gitary i organów zbliża się wręcz do jazz-funku. Ale największe wrażenie robi tu saksofonowy duet McPhee i Greene'a, grających jednocześnie zupełnie inne - ale genialnie się przeplatające - solówki.  Bardziej freejazzowy charakter ma najkrótszy, ośmiominutowy "Scorpio's Dance", w którym na pierwszy plan zdają się wychodzić partie perkusyjne.

"Nation Time" nie daje wiele chwil do wytchnienia - muzycy cały czas utrzymują tempo i ekspresję, jednocześnie prezentując wirtuozerię i wzorową interakcję. Natchnienie zdecydowanie im dopisywało podczas tych występów. Zagrali nie gorzej, niż bardziej cenieni instrumentaliści. Jednak czterdzieści jeden minut muzyki pozostawia lekki niedosyt. Szkoda, że nie zdecydowano się wydać albumu dwupłytowego. Aczkolwiek, więcej nagrań z tych występów ukazało się w 1975 roku na albumie "Black Magic Man". Natomiast w 2013 roku opublikowano kompaktowy boks "Nation Time: The Complete Recordings", na czterech płytach zawierający materiał z "Nation Time" i "Black Magic Man", a także mnóstwo dodatkowej, wcześniej nieznanej muzyki.

Ocena: 9/10



Joe McPhee - "Nation Time" (1971)

1. Nation Time; 2. Shakey Jake; 3. Scorpio's Dance

Skład: Joe McPhee - saksofon tenorowy, trąbka; Mike Kull - pianino, elektryczne pianino; Tyrone Crabb - kontrabas, bass, trąbka; Bruce Thompson - perkusja i instr. perkusyjne; Ernest Bostic - perkusja i instr. perkusyjne; Otis Greene - saksofon altowy (2); Herbie Lehman - organy (2); Dave Jones - gitara (2)
Producent: -


13 października 2018

[Recenzja] Popol Vuh - "Einsjäger und Siebenjäger" (1974)



Na albumie "Hosianna Mantra" Florian Fricke i wspomagający go muzycy stworzyli bardzo unikalny i ciekawy styl. Nic zatem dziwnego, że kolejny album Popol Vuh - nagrany prawie w tym samym składzie, ale bez wokalistki Djong Yun, "Seligpreisung" - jest utrzymany w podobnym, choć nie aż tak mistycznym klimacie. Efekt jest jednak mniej interesujący, co częściowo wynika z przejęcia roli wokalisty przez niemającego ku temu predyspozycji Fricke'a. Warto jednak zwrócić uwagę, że na tym albumie w szeregach grupy, czy też raczej projektu, zadebiutował Daniel Fichelscher (równolegle członek Amon Düül II). To właśnie on stał się głównym muzycznym partnerem Fricke'a na kolejne dwie dekady. "Einsjäger und Siebenjäger", kolejne wydawnictwo Popol Vuh, jest w praktyce dziełem tego duetu, wspomaganego jedynie nieznacznym udziałem gości.

Longplay pokazuje nieco bardziej rockowe oblicze Popol Vuh. Oczywiście, to wciąż bardzo subtelna i uduchowiona muzyka, ale za sprawą dodania perkusji - na której zagrał Fichelscher - nabrała odrobinę rockowej dynamiki. Nowy muzyk błyszczy tu jednak przede wszystkim jako gitarzysta. Jego wspaniałe partie zdominowały większość kompozycji. Jednak największym popisem jest napisany przez niego i samodzielnie wykonany "Morgengruß" - prześliczna kompozycja z kilkoma misternie przeplatającymi się ścieżkami gitar. Szkoda tylko, że trwa niespełna trzy minuty, pozostawiając pewien niedosyt. Drugi solowy utwór Fichelschera, "Kleiner Krieger", to tylko uroczy wstęp do albumu. Pozostałe kompozycje, autorstwa Fricke'a, zostały nagrane już z jego udziałem. W "King Minos" i "Würfelspiel" rola pianina sprowadza się do subtelnego akompaniamentu dla pięknych solówek gitary, a w drugim z nich także dla partii fletu w wykonaniu Olafa Küblera. Fricke na pierwszy plan wysuwa się dopiero w "Gutes Land" i obszernych fragmentach wypełniającego całą drugą stronę winylowego wydania utworu tytułowego. Ta dwudziestominutowa kompozycja najlepiej pokazuje współpracę duetu Fricke/Fichelscher, których partie doskonale się uzupełniają. Dodatkowo w nagraniu wystąpiła Djong Yun, której partie przywołują mistyczny klimat "Hosianna Mantra".

"Einsjäger und Siebenjäger", w przeciwieństwie do trzech pierwszych albumów Popol Vuh, mogę śmiało polecić także rockowym słuchaczom. Jest to longplay bliższy zwykłego rocka progresywnego, choć z wciąż słyszalnymi wpływami poważnej muzyki sakralnej. Oczywiście, nie każdy doceni jego subtelność i wyrafinowanie, bo wymaga to większej wrażliwości, niż słuchanie typowego rocka. Jednak każdy, kto potrafi rozróżnić piękno od kiczu, z pewnością doceni to wydawnictwo. Zaś pozostali zawsze mogą się tego jeszcze nauczyć, słuchając takich albumów, jak ten.

Ocena: 9/10



Popol Vuh - "Einsjäger und Siebenjäger" (1974)

1. Kleiner Krieger; 2. King Minos; 3. Morgengruß; 4. Würfelspiel; 5. Gutes Land; 6. Einsjäger und Siebenjäger

Skład: Florian Fricke - pianino, klawesyn; Daniel Fichelscher - gitara, instr. perkusyjne
Gościnnie: Olaf Kübler - flet (4); Djong Yun - wokal (6)
Producent: Popol Vuh


11 października 2018

[Recenzja] Tomasz Stańko - "TWET" (1974)



W 1974 roku nowymi stałymi współpracownikami Tomasza Stańki zostali saksofonista i klarnecista Tomasz Szukalski oraz fiński perkusista Edward Vesala. Na początku kwietnia powyżsi muzycy, wraz z amerykańskim basistą Peterem Warrenem (znanym ze współpracy m.in. z Anthonym Braxtonem, Donem Cherrym i Jackiem DeJohnette'em), odbyli jednodniową, improwizowaną sesję w sali PWSM w Warszawie. Jej rezultat znalazł się na albumie "TWET" (zatytułowanym tak od pierwszej litery imienia lub nazwiska każdego muzyka), wydanym jeszcze w tym samym roku (nieliczne źródła podają 1975 rok) jako 39. pozycja w słynnej serii Polish Jazz. Dzięki temu, longplay - w przeciwieństwie do trzech poprzednich wydawnictw Stańki, wydanych przez małe niemieckie wytwórnie ("Jazzmessage from Poland", "Purple Sun") lub jako ekskluzywne wydawnictwo dla członków jednego stowarzyszenia ("Fish Face") - był wielokrotnie wznawiany i jest łatwo dostępny w sprzedaży.

Jak przystało na album nagrywany na żywo (choć w studiu i bez udziału publiczności) i całkowicie improwizowany materiał, "TWET" ma bardzo swobodny i spontaniczny charakter. Jednak instrumentaliści doskonale się ze sobą porozumiewali na płaszczyźnie muzycznej, dzięki czemu nie ma tu wrażenia przypadkowości. Całość doskonale rozpoczyna trzynastominutowy "Dark Awakening". Liczne przeszkadzajki i wokalizy przywołują skojarzenia z Art Ensemble of Chicago, a wraz z partiami klarnetu basowego, trąbki, harmonijki (!) i powolnego kontrabasu tworzą niezwykły, tajemniczy klimat. I choć z czasem utwór nabiera freejazzowej intensywności, nieustannie intryguje. Tytułowy "TWET" to już bardziej zwarte, choć wciąż bardzo swobodne, intensywne nagranie. Tak mógłby brzmieć "Bitches Brew", gdyby Davis nie sięgnął po elektryczne instrumenty i pozbył się swojej niechęci do free jazzu. "Mintuu Maria" to dla odmiany bardziej subtelny, wręcz balladowy utwór, wciągający klimatem, zachwycający solowymi partiami Stańki i Szukalskiego oraz budującą napięcie linią basu. Freejazzowa ekspresja wraca w kolejnym rozbudowanym nagraniu, dziesięciominutowym "Man of the North" - zatytułowany na cześć Vesali, który nie tylko perfekcyjnie napędza całość, ale też ma okazję do zagrania dwóch treściwych solówek. Ponownie pierwsza część jest bardziej luźna, by w pewnym momencie nabrać intensywności. Agresywnym solówkom saksofonu i trąbki towarzyszy zaskakująco tradycyjna, hardbopowa partia Warrena. Na zakończenie pojawia się jeszcze krótki "Night Peace", utrzymany w minorowym klimacie.

"TWET" to bez wątpienia jedna z największych pereł polskiej fonografii. Absolutnie światowy poziom, zarówno pod względem wykonania, jak i brzmienia. Nie jest to album łatwy w odbiorze, ale z kolejnymi przesłuchaniami coraz bardziej zyskuje. Na razie daję dziewiątkę, ale być może wkrótce tu wrócę, by zmienić na maksymalną ocenę. Uważam, że "TWET" powinien znaleźć się w każdej jazzowej kolekcji, a już zwłaszcza w tych należących do polskich wielbicieli gatunku. Zresztą każdy Polak powinien go przynajmniej posłuchać.

Ocena: 9/10



Tomasz Stańko - "TWET" (1974)

1. Dark Awakening; 2. Twet; 3. Mintuu Maria; 4. Man from North; 5. Night Peace

Skład: Tomasz Stańko - trąbka; Tomasz Szukalski - saksofon sopranowy, saksofon tenorowy, klarnet basowy; Peter Warren - kontrabas; Edward Vesala - perkusja
Producent: Janusz Urbański


9 października 2018

[Recenzja] Arzachel - "Arzachel" (1969)



Grupa Arzachel istniała tylko przez kilka godzin, w trakcie których zarejestrowała jeden z najbardziej kultowych - choć nieco zapomniany - albumów psychodeliczno rockowych. Był to projekt czwórki wciąż nastoletnich muzyków, którzy wcześniej występowali razem pod szyldem Uriel - gitarzysty Steve'a Hillage'a, grającego na elektrycznych organach Dave'a Stewarta, basisty Monta Campbella i perkusisty Clive'a Brooksa. Uriel był typowym dla tamtych czasów zespołem grającym blues rocka z elementami psychodelii, a na jego repertuar składały się głównie przeróbki Jimiego Hendrixa, Johna Mayalla i Cream. Gdy w połowie 1968 roku ze składu odszedł Hillage, pozostali muzycy zmienili nazwę na Egg i zaczęli grać bardziej progresywną muzykę, z czasem stając się jednym z ważniejszych przedstawicieli Sceny Canterbury. Zanim jednak zarejestrowali swój pierwszy longplay, pojawił się pomysł nagrania psychodelicznego albumu z udziałem byłego muzyka, zawierającego utwory napisane w czasach Uriel. Ponieważ jednak Egg miał już podpisany kontrakt z Deccą, a ten album miał się ukazać nakładem małej wytwórni Evolution, muzycy musieli użyć innej nazwy (i wystąpić pod pseudonimami). Zamiast wrócić do szyldu Uriel, zdecydowali się przyjąć zupełnie nowy.

Eponimiczny album Arzachel jest doskonałym przykładem psychodelii w brytyjskim wydaniu. Można co prawda zarzucać, że taka muzyka jest spóźniona o jakieś dwa lata, a garażowe brzmienie pozostawia wiele do życzenia (całkowity koszt nagrania wyniósł 250 funtów). Ale to i tak jedno z najlepszych wydawnictw w tym stylu. Całość składa się z sześciu utworów mocno zatopionych w brzmieniu organów, z przeplatającymi się partiami wokalnymi Hillage'a i Campbella, oraz (nie zawsze obecnymi) zgrabnymi gitarowymi popisami pierwszego z nich. Pierwszą stronę winylowego wydania wypełniają cztery krótkie utwory. Otwierający całość, niespełna trzyminutowy "Garden of Earthly Delights" to po prostu typowo psychodeliczna, dość banalna piosenka. To samo można by napisać o balladowym "Azathoth", gdyby nie mocno odrealniona część instrumentalna. W instrumentalnym "Queen St. Gang" (na pierwszym wydaniu zatytułowanym "Soul Thing" - tak, jak oryginał Keitha Mansfielda) zwraca uwagę bardziej uwypuklona gra sekcji rytmicznej, z bardzo fajną linią basu, ale to znów przede wszystkim popis Stewarta. W bardziej dynamicznym "Leg" w końcu pojawia się nieco więcej gitary, przypominającej o bluesrockowych korzeniach grupy. To, co najlepsze, wypełnia jednak drugą stronę winylowego wydania. To tylko dwa, za to bardzo rozbudowane utwory, o mocno jamującym charakterze. Dziesięciominutowy "Clean Innocent Fun" to kolejne przypomnienie o korzeniach muzyków, zwracające uwagę świetnymi gitarowymi popisami Hillage'a. Z kolei blisko siedemnastominutowy "Metempsychosis" to już kompletnie zwariowany, prawdziwie psychodeliczny jam.

"Arzachel" to prawdziwy relikt hippisowskich czasów. Dziś może odrzucać swoim archaizmem, a już w chwili wydania amatorskie brzmienie musiało kłuć w uszy. Jest to momentami naiwne, choć urokliwe granie, niepozbawione jednak naprawdę pomysłowych momentów, czego dowodzi przede wszystkim najdłuższe nagranie. Dla większości wielbicieli tego typu muzyki ten album to prawdziwa perła, ja jednak nie jestem w pełni przekonany. Choć dziś jestem w stanie docenić go nieco bardziej, niż gdy poznawałem go przed laty.

Ocena: 7/10



Arzachel - "Arzachel" (1969)

1. Garden of Earthly Delights; 2. Azathoth; 3. Queen St. Gang; 4. Leg; 5. Clean Innocent Fun; 6. Metempsychosis

Skład: Simon Sasparella (Steve Hillage) - gitara, wokal; Sam Lee-Uff (Dave Stewart) - organy; Njerogi Gategaka (Mont Campbell) - bass, wokal; Basil Dowling (Clive Brooks) - perkusja
Producent: Peter D. Wicker


Po prawej: alternatywna wersja okładki (istnieją także inne warianty kolorystyczne: czerwony i niebieski)


7 października 2018

[Recenzja] Wayne Shorter - "The All Seeing Eye" (1966)



"The All Seeing Eye", drugi album Wayne'a Shortera wydany w 1966 roku, to efekt sesji z 15 października 1965 roku. Nagrania tradycyjnie miały miejsce w Van Gelder Studio, pod producenckim nadzorem Alfreda Liona. Tym razem saksofonista postanowił jednak wykorzystać większy skład. Oprócz dwóch współpracowników z kwintetu Milesa Davisa - Herbiego Hancocka i Rona Cartera - towarzyszył mu perkusista Joe Chambers, a także rozbudowana sekcja dęta, obejmująca Freddiego Hubbarda, saksofonistę Jamesa Spauldinga i puzonistę Grachana Moncura III. Gościnnie w sesji wziął udział także Alan Shorter, starszy brat Wayne'a, który zagrał na skrzydłówce we własnej kompozycji "Mephistopheles" (autorem wszystkich pozostałych utworów jest lider).

"The All Seeing Eye" to swego rodzaju album koncepcyjny, pomyślany - według słów samego wokalisty - jako próba zobrazowania sensu życia, istnienia i natury Boga oraz wszechświata. Album jest oczywiście całkowicie instrumentalny, ale muzyka ma tutaj często charakter ilustracyjny. Tytuły i okładkowy tekst pomagają w zrozumieniu całego zamysłu. Utwór tytułowy nawiązuje zatem do wszystkowidzącego oka Boga. Pod względem muzycznym jest to akurat jeden z bardziej konwencjonalnych fragmentów longplaya, oparty na typowej strukturze, choć z długimi solówkami kierującymi się w stronę freejazzowej ekspresji (Shorter znów ujawnia swoje uwielbienie dla Coltrane'a). Ciekawym pomysłem jest umieszczenie solówki perkusyjnej zaraz po pierwszym zaprezentowaniu przewodniego tematu. W "Genesis", odnoszącym się oczywiście do stworzenia świata, struktura jest już o wiele luźniejsza i bardziej nieprzewidywalna, utwór ma bardzo ilustracyjny, pobudzający wyobraźnię charakter i intrygujący klimat. Muzycy mają wiele swobody i każdy z nich dodaje od siebie coś ciekawego.

Drugą stronę winylowego wydania rozpoczyna krótszy, bardziej zwarty "Chaos" - ilustracja wojen i nieporozumień. Pod względem muzycznym jest to po prostu szybki kawałek hardbopowy, a tytułowy chaos przedstawiony jest za pomocą tematu z kontrapunktowymi partiami sekcji dętej oraz ekspresyjnych solówek większości instrumentalistów. "Face of the Deep" jest dla odmiany najbardziej poukładanym utworem, mającym odzwierciedlać zadumę Boga, myślącego o swoim dziele. Ta subtelna ballada jest najbardziej tradycyjnym utworem na albumie. Zaraz potem następuje jednak "Mephistopheles" mający przypominać o obecności zła na świecie. Instrumentalnie jest to kolejne intrygujące dzieło o mocno ilustracyjnym charakterze, w którym muzykom udaje się wykreować naprawdę złowieszczą atmosferę. Budząca niepokój gra sekcji rytmicznej stanowi doskonały akompaniament dla przeszywających, niemal freejazzowych partii Shorterów i pozostałych muzyków z sekcji dętej.

"The All Seeing Eye" pokazuje bardziej eksperymentalne oblicze Wayne'a Shortera i bardzo mi się ono podoba. "Genesis" i "Mephistopheles" to jedne z najbardziej intrygujących i pomysłowych utworów jazzowych sprzed ery fusion i spiritual jazzu, jakie słyszałem. Nieco bardziej typowa reszta albumu to również granie na bardzo wysokim poziomie, wymagające od muzyków wielkiego kunsztu i umiejętności zespołowej interakcji. Longplay niesłusznie pozostaje w cieniu kilku innych wielkich dzieł saksofonisty.

Ocena: 9/10



Wayne Shorter - "The All Seeing Eye" (1966)

1. The All Seeing Eye; .2 Genesis; 3. Chaos; 4. Face of the Deep; 5. Mephistopheles

Skład: Wayne Shorter - saksofon tenorowy; James Spaulding - saksofon altowy; Freddie Hubbard - trąbka, skrzydłówka; Grachan Moncur III - puzon; Herbie Hancock - pianino; Ron Carter - kontrabas; Joe Chambers - perkusja
Gościnnie: Alan Shorter - skrzydłówka (5)
Producent: Alfred Lion


5 października 2018

[Recenzja] Can - "Ege Bamyasi" (1972)



W latach 70. zespół wciąż musiał dorabiać tworzeniem muzyki do filmów i seriali. Był to jednak dobry sposób, aby zwrócić na siebie uwagę. Wydany pod koniec 1971 roku singiel "Spoon", wykorzystany jako czołówka kryminalnego serialu "Das Messer", trafił do pierwszej dziesiątki zachodnioniemieckiego notowania, rozchodząc się w ilości trzystu tysięcy egzemplarzy. Dzięki temu sukcesowi, zespół mógł wynająć lepsze studio, gdzie przygotował materiał na swój trzeci studyjny album - "Ege Bamyasi". Tytuł można dosłownie przetłumaczyć jako egejski piżmian - jadalna roślina znad Morza Egejskiego, którą sprzedawano w Niemczech w puszkach, co z kolei świetnie koresponduje z nazwą zespołu.

"Ege Bamyasi" jest albumem bardzo zwartym i spójnym stylistycznie. Tym razem zespół idzie w kierunku, który można określić jako funkowy. Ale jest to funk mocno awangardowy, dziwaczny, w charakterystyczny dla Can sposób. Najlepiej słychać to na przykładzie dwóch najdłuższych, około dziesięciominutowych utworów: "Pinch" i "Soup". O ile partie basu i gitary nie odbiegają daleko od funkowej stylistyki, tak mechaniczna perkusja (precyzyjny jak zawsze Jaki Liebezeit), syntezatorowe skwierki i piski, oraz obłąkańcze partie wokalne Damo Suzukiego, to już typowe dla zespołu wariactwa. Oba wspomniane utwory różnią się między sobą. Podczas gdy "Pinch" hipnotyzuje swoją jednostajnością, "Soup po dość konwencjonalnej pierwszej części zmienia się w kompletnie pozbawiony melodii dźwiękowy kolaż. O dziwo, pozostałe utwory są dość przystępne. Utwory w rodzaju "One More Night", "I'm So Green" i wspomnianego we wstępie "Spoon" (dodanego do repertuaru ze względu na dużą ilość wolnego miejsca) to, jak na standardy zespołu, wręcz piosenkowe granie - choć nie brakuje tu narkotycznego klimatu i transowych rytmów. Jeszcze ciekawiej udało się połączyć te elementy z przystępnością w onirycznej, niepokojącej balladzie "Sing Swan Song", a także w rewelacyjnym, hipnotyzującym obsesyjnym klimatem "Vitamin C", który brzmi tak nowocześnie (może z wyjątkiem partii organów w części instrumentalnej), że równie dobrze mógłby być nagrany wczoraj.

"Ege Bamyasi" to doskonały przykład na to, że zwariowane, awangardowe granie może iść w parze z większą przystępnością, a efekt takiego podejścia może być naprawdę bardzo dobry. Jeśli album ustępuje swojemu słynniejszemu poprzednikowi, to nieznacznie i głównie w kwestii historycznego porządku. A pod pewnymi względami - spójność, czas trwania - nawet go przewyższa.

Ocena: 9/10



Can - "Ege Bamyasi" (1972)

1. Pinch; 2. Sing Swan Song; 3. One More Night; 4. Vitamin C; 5. Soup; 6. I'm So Green; 7. Spoon

Skład: Damo Suzuki - wokal; Michael Karoli - gitara; Holger Czukay - bass; Jaki Liebezeit - perkusja; Irmin Schmidt - instr. klawiszowe
Producent: Can


3 października 2018

[Recenzja] The Peter Brötzmann Octet - "Machine Gun" (1968)



Europejski free jazz to jeden z pierwszych i najważniejszych wkładów naszego kontynentu w muzykę jazzową. Choć free jazz jest wynalazkiem amerykańskich jazzmanów, to dopiero europejscy muzycy doprowadzili go do prawdziwej ekstremy, jeszcze dalej odchodząc od swingujących rytmów i charakterystycznego dla wcześniejszych odmian gatunku języka melodycznego. Te radykalne koncepcje wkrótce zresztą przerodziły się w osobny gatunek, zwany free improvisation, całkowicie odchodzący od jazzowych korzeni.

Czołowym reprezentantem europejskiego free jazzu jest saksofonista Peter Brötzmann, którego grę można usłyszeć na ponad setce albumów. Prawdopodobnie najważniejszym z nich i najlepiej definiującym wspomniany styl, jest jego drugie solowe wydawnictwo, zatytułowane "Machine Gun". Zawarty został na nim materiał zarejestrowany w maju 1968 roku przez międzynarodowy oktet składający się z trzyosobowej sekcji dętej (Brötzmann, Evan Parker, Willem Breuker), dwóch kontrabasistów (Peter Kowald, Buschi Niebergall), dwóch perkusistów (Sven-Åke Johansson, Han Bennink) i pianisty (Fred Van Hove). Każdy z pozostałych muzyków również jest ważną postacią na scenie europejskiego free jazzu. Album oryginalnie został wydany jako prywatne tłoczenie i sprzedawany był podczas występów. Dopiero w 1972 roku ukazał się profesjonalnie, nakładem wytwórni FMP.

"Machine Gun" był swego rodzaju odpowiedzią na ówczesną sytuację polityczną na świecie - wojnę w Wietnamie, studenckie protesty. Muzycy sympatyzowali z lewicowymi poglądami, do czego po latach Brötzmann podchodził krytycznie: wszyscy mieliśmy nadzieję, że możemy zmienić społeczeństwo, uczynić go lepszym. (...) Ruch komunistyczny był przez nas rozumiany jako rodzaj idealnej wizji ludzkiego społeczeństwa, do której należy dążyć. Z tak pojmowanym komunizmem europejski free jazz był wówczas bardzo mocno związany. (...) Dziś oczywiście wiem, że były to tylko iluzje. Wciąż jednak wierzę, że mogę dać ludziom trochę dobrych doświadczeń, wprowadzić ich do świata bardziej ludzkich przeżyć.

Na szczęście muzyka jest całkowicie instrumentalna. Słychać w niej wpływ idei Ornette'a Colemana, Cecila Taylora, Johna Coltrane'a czy Alberta Aylera. Szczególnie gra tego ostatniego miała wielki wpływ na Brötzmanna. Jednak muzyka zawarta na "Machine Gun" idzie w stronę jeszcze większej ekstremy. Trzy rozbudowane kompozycje ("Machine Gun" Brötzmanna, "Responsible" Van Hove'a, "Music for Han Bennink" Breukera) atakują naprawdę agresywnymi, brutalnymi partiami sekcji dętej (nie tylko w utworze tytułowym przypominającymi odgłosy karabinu maszynowego) i równie bezkompromisowymi partiami sekcji rytmicznej. Atonalne, przeszywające i pozornie nieskładne dźwięki wywołują prawdziwy niepokój, drażnią, a zarazem intrygują. Nie jest to jednak wyłącznie hałas - czasem spod nawałnicy chaotycznych partii wyłaniają się fragmenty nieco bardziej przystępne, a nawet śladowe melodie (zakończenie "Responsible").

"Machine Gun" to bez wątpienia jeden z najważniejszych i najlepszych europejskich albumów jazzowych, pokazujący jak daleko można przesunąć ramy tego stylu. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, nawet w porównaniu z "Free Jazz" Colemana i "Ascension" Coltrane'a wypada bardzo radykalnie i może sprawiać wrażenie nieokrzesanego chaosu. Warto z nim jednak się zapoznać, zarówno ze względu na jego historyczne znaczenie, jak i na samą muzykę, która może poszerzyć horyzonty. 

Ocena: 8/10



The Peter Brötzmann Octet - "Machine Gun" (1968)

1. Machine Gun; 2. Responsible; 3. Music for Han Bennink

Skład: Peter Brötzmann - saksofon tenorowy, saksofon barytonowy; Evan Parker - saksofon; Willem Breuker - instr. dęte; Fred Van Hove - pianino; Peter Kowald - kontrabas; Buschi Niebergall - kontrabas; Sven-Åke Johansson - perkusja; Han Bennink  - perkusja
Producent: Peter Brötzmann


1 października 2018

[Recenzja] Henry Cow - "Unrest" (1974)



Okładka "Unrest", drugiego albumu Henry Cow, zapowiada bezpośrednią kontynuację debiutanckiego "Legend", co najwyżej utrzymaną w mroczniejszym klimacie. I faktycznie, pomimo lekko zmienionego składu (Geoff Leigh został zastąpiony przez Lindsay Cooper, wcześniej występującą w Comus), zespół wciąż gra muzykę bardzo skomplikowaną i nieprzewidywalną, ale na swój sposób piękną. Choć tym razem faktycznie utrzymaną jakby w nieco ciemniejszym nastroju. Album składa się z dwóch części. Pierwsza z nich (trzy nagrania ze strony A winylowego wydania oraz rozpoczynająca stronę B miniaturka "Solemn Music") to utwory przygotowane przez muzyków jeszcze przed rozpoczęciem sesji. Druga część to nagrania zaimprowizowane w studiu, a następnie zmodyfikowana różnymi efektami i dogrywkami.

Rozpoczynająca album kompozycja Freda Fritha "Bittern Storm Over Ulm" powstała na bazie jednego z jego ulubionych utworów - "Got to Hurry" Yardbirds. Ten prosty blues został jednak całkowicie zdemolowany i skomplikowany, przez co praktycznie nie przypomina swojego pierwowzoru. Mimo wszystko, utwór jest jeszcze dość zachowawczy w porównaniu z kolejnymi, dużo bardziej złożonymi i awangardowymi. Rozbudowane "Half Asleep / Half Awake" i "Ruins" w pełni pokazują instrumentalny i kompozytorski kunszt muzyków. Nie brakuje w nich naprawdę ładnych motywów i melodii, ale ich mnogość i całkowite odejście od piosenkowych struktur czynią je kompletnie nieprzewidywalnymi i trudnymi do zapamiętania. Jednocześnie utwory brzmią bardzo spójnie i logicznie się rozwijają (w "Ruins" rytm i harmonia zostały oparte na ciągu Fibonacciego - rozwiązanie to zaczerpnięto z twórczości węgierskiego kompozytora Béli Bartóka). "Solemn Music", choć zbudowany na atonalnych, kontrapunktowych partiach oboju (lub fagotu) i gitary, jest całkiem zgrabnym utworem, choć to tylko króciutki fragment napisanej przez zespół muzyki do "Burzy" Szekspira w reżyserii Johna Chadwicka. Być może całość tego dzieła okazałaby się lepsza od tego, co na albumie następuje w części improwizowanej. Są tutaj naprawdę świetne momenty, ale całość trochę za daleko idzie w stronę kompletnej improwizacji i przynajmniej pozornej przypadkowości (szczególnie w "Linguaphonie" odbiera mi to przyjemność ze słuchania). Wyjątek stanowi "Deluge", w którym zespół gra w bardziej stonowany i nastrojowy, ale wciąż awangardowy sposób (oprócz zaskakująco konwencjonalnej, balladowej kody ze śpiewem Johna Greavesa i akompaniamentem pianina, którą należy traktować jako żart).

"Unrest" to bardzo udane rozwinięcie pomysłów z debiutu. Nieco mniej tutaj wyraźnych skojarzeń z innymi rockowymi wykonawcami, zespół jeszcze bardziej zindywidualizował swój styl. Jednak album jest nieco nierówny i po doskonałej pierwszej połowie poziom trochę spada. Wciąż jednak jest to potężna porcja bardzo wyrafinowanej i rozwijającej muzyki.

Ocena: 9/10



Henry Cow - "Unrest" (1974)

1. Bittern Storm Over Ulm; 2. Half Asleep / Half Awake; 3. Ruins; 4. Solemn Music; 5. Linguaphonie; 6. Upon Entering the Hotel Adlon; 7. Arcades; 8. Deluge

Skład: Fred Frith - gitara, skrzypce, pianino, ksylofon; Tim Hodgkinson - organy, pianino, saksofon altowy, klarnet; Lindsay Cooper - fagot, obój, flet, głos; John Greaves - bass, pianino; Chris Cutler - perkusja
Producent: Henry Cow