12 sierpnia 2018

[Recenzja] Komeda Quintet - "Astigmatic" (1966)



Polski jazz stał na światowym poziomie. Wspominałem już o tym kilkakrotnie, bo warto o tym pamiętać. A prawdopodobnie największym na to dowodem jest właśnie ten album - "Astigmatic" Krzysztofa Komedy. Ceniony nie tylko w Polsce, lecz także przez zagranicznych krytyków i słuchaczy. I nie sposób się temu dziwić, gdyż pod każdym względem - kompozycji, wykonania, a nawet brzmienia - jest to absolutnie światowy poziom, nie odbiegający od ówczesnych standardów.

Krzysztof Komeda, a właściwie Krzysztof Trzciński, urodził się w 1931 roku w Poznaniu. Od siódmego roku życia uczył się grać na fortepianie. W 1955 ukończył jednak studia medyczne i rozpoczął pracę jako laryngolog. Jazzem zainteresował się nieco wcześniej, ale musiał go grać po kryjomu, gdyż był zakazany przez stalinowskie władze, jako muzyka niezgodna z zasadami socrealizmu. W tamtym własnie okresie przybrał pseudonim Komeda. Wkrótce jednak zdjęto zakaz wykonywania jazzu - choć władza wciąż nieufnie do niego podchodziła - dzięki czemu pianista mógł całkowicie poświęcić się muzyce. Zaistniał przede wszystkim jako twórca muzyki filmowej - jego kompozycje można usłyszeć w ponad sześćdziesięciu produkcjach, zarówno polskich, jak i zagranicznych. Ostatnim filmem, do którego stworzył ścieżkę dźwiękową, jest "Dziecko Rosemary" - słynne dzieło Romana Polańskiego z 1968 roku. Niestety, jeszcze przed końcem tego roku, podczas pobytu w Stanach, Komeda uległ wypadkowi, który doprowadził do jego przedwczesnej śmierci.

Za życia pianisty ukazało się bardzo niewiele jego materiału - zaledwie pięć studyjnych albumów, w tym soundtrack "Rosemary's Baby". Tak naprawdę wystarczyłby jednak sam "Astigmatic", żeby zapewnić mu nieśmiertelność i stałe miejsce wśród najwybitniejszych europejskich jazzmanów. Impulsem do zarejestrowania tego albumu był występ z 4 grudnia 1965 roku na festiwalu Jazz Jamboree. Pianista wystąpił wówczas w kwartecie, razem z Tomaszem Stańko, basistą Januszem Kozłowskim i szwedzkim perkusistą Rune Carlssonem. Muzycy wykonali wówczas utwory "Astigmatic" i "Kattorna". Pojawił się pomysł, aby zarejestrować je także w studiu. Komeda przegrupował zespół, zastępując Kozłowskiego Günterem Lenzem (pożyczonym od Alberta Mangelsdorffa, także biorącego udział w Jazz Jamboree) i dodając saksofonistę Zbigniewa Namysłowskiego. W ciągu dwóch nocy (a według Namysłowskiego tylko jednej), między 5-7 grudnia, zarejestrowano trzy utwory (do wspomnianych wyżej dołączył "Svantetic"), które wypełniły album "Astigmatic" (wydany już w następnym roku, jako 5. pozycja z serii Polish Jazz).

Choć cały materiał był już wcześniej grany na koncertach (a "Kattorna" został zarejestrowany także w studiu, na potrzeby tak samo zatytułowanego filmu duńskiego reżysera Henninga Carlsena), wszystkie kompozycje zostały zaaranżowane na nowo, aby jak najlepiej wykorzystać możliwości tego efemerycznego kwintetu. Wszystko było na łapu-capu - wspominał Namysłowski. Właściwe próby do nagrania i samo nagrywanie odbywały się w tym samym czasie. Wszystkiego uczyliśmy się w chwili nagrywania. Sekcja rytmiczna i w ogóle cały skład grupy powstał zupełnie przypadkowo. Mimo tego, instrumentalistom udało się doskonale ze sobą porozumieć na płaszczyźnie muzycznej i zabrzmieć jak dobrze zgrany zespół. Jak już wspominałem, muzyka na "Astigmatic" nie odstaje od nowoczesnych, zachodnich wzorców. Gra sekcji rytmicznej może kojarzyć się z ówczesnymi dokonaniami kwintetu Milesa Davisa, gra Namysłowskiego dodaje do tego inspirację wczesną twórczością Johna Coltrane'a i Ornette'a Colemana, a Stańko wprowadza odrobinę free jazzu. Całość spajają wyrafinowane partie Komedy, który nie będąc wielkim wirtuozem, potrafił fantastycznie pokierować całym składem. Jego charakterystyczny styl gry wprowadza ponadto pewną nową jakość, ma w sobie swojską, słowiańską melodykę (nie przypadkiem Komeda uznawany jest za inicjatora tzw. polskiej szkoły jazzu), choć słychać w nim też wpływy Billa Evansa czy Dave'a Brubecka.

"Astigmatic" jest zatem nie tylko doskonałym przykładem ówczesnego jazzu, nieodstającym od zachodnich wzorców, ale także ich oryginalnym, ciekawym rozwinięciem. Wpływ tego albumu na całą polską scenę jazzową, ale i częściowo na europejską, jest nie do przecenienia. Ale przede wszystkim jest to doskonale skomponowana/zaimprowizowana oraz porywająco i wciągająco zagrana muzyka. Jeden z tych albumów, których po prostu wstyd nie znać, nawet nie będąc wielbicielem gatunku, do którego przynależy.

Ocena: 10/10



Komeda Quintet - "Astigmatic" (1966)

1. Astigmatic; 2. Kattorna; 3. Svantetic

Skład: Krzysztof Komeda - pianino; Tomasz Stańko - trąbka; Zbigniew Namysłowski - saksofon altowy; Günter Lenz - kontrabas; Rune Carlsson - perkusja
Producent: Wojciech Piętowski


11 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Tak jakoś wyszło ;) Najpierw opisywałem z jazzu tych wykonawców, którzy moim zdaniem mieli największe szanse zainteresować rockowych słuchaczy. Potem zabrałem się za największych i najbardziej wpływowych jazzmanów amerykańskich (tu w sumie wciąż mam zaległości). I jakoś przez to wszystko "Astigmatic" był ciągle odkładany.

      Usuń
  2. Mocarny album. Szkoda, że nikt nie komentuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę ruszyło z komentarzami przed chwilą, ale prawdę mówiąc, liczyłem na większe zainteresowanie, bo od dawna pojawiały się pytania o tę recenzję. Może to kwestia sezonu wakacyjno-urlopowego.

      Usuń
    2. A cóż można napisać o takim albumie, poza zachwytami? ;) Przecież to Święty Grall polskiej muzyki (nie tylko) jazzowej.

      Usuń
  3. Coś w tym jest :P Generalnie polski jazz stał na bardzo wysokim poziomie. Warto tutaj przytoczyć dokonania Andrzeja Trzaskowskiego, Urbaniaka czy, popularnego w tej chwili, trębacza. Planujesz zbadać serię Polish Jazz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powoli poznaję kolejne pozycje z tej serii, ale nie wszystko mnie interesuje - bo sporo tam też archaicznych odmian jazzu, za którymi nie przepadam, eufemistycznie mówiąc.

      Usuń
  4. A ja się wybiję i powiem to, co mówię od bardzo dawna - biali ludzie nie umieją robić jazzu. Nie czują tego, co czuli, nie wiem, Coltrane, Shepp, Ayler, Coleman. Po prostu. Biały jazz jest zbyt chłodny, zbyt kalkulowany. Bez emocji.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie uważasz, że na jazz można się snobować?
    Jeżeli tak, to co odróżnia tego co naprawdę czuje i do cenia jazz od osoby snobującej się?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobiście nie spotkałem się z taką sytuacją. Za to często obserwuję coś takiego u słuchaczy rocka, a zwłaszcza metalu. Jest to nie tyle snobowanie się, co pozerstwo. Coś typu: słucham jedynej słusznej, jedynej prawdziwej muzyki, wszystko inne jest do niczego, a kto tego słucha, ten nie zna się na muzyce.

      Natomiast hipotetyczny jazzowy snob, to moim zdaniem ktoś, kto najchętniej posłuchałby sobie disco polo, ale że obraca się w kręgach ludzi wykształconych, należy do klasy średniej, nie bardzo wypada mu to robić - więc przy znajomych słucha jazzu, ale takiego typu easy-listening, bo bardziej ambitne odmiany jazzu byłyby dla niego niesłuchalne. Kogoś, kto naprawdę czuje i docenia jazz, można poznać po tym, że słucha np. Ornette'a Colemana, a nie Kenny'ego G ;)

      Usuń
  6. Astigmatic wraz z Enigmatic (notabene podobne stylistycznie tytuły) to wg mnie dwie najlepsze płyty w historii polskiej muzyki.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.