22 grudnia 2013

[Artykuł] Podsumowanie roku 2013

UWAGA: Poniższy artykuł prezentuje opinie pochodzące z grudnia 2013 roku. Od tamtej pory zdążyły się one zdezaktualizować. Dziś stworzyłbym zupełnie inny ranking, wykorzystując zdobytą w międzyczasie wiedzę, m.in. dzięki przesłuchaniu znacznej ilości albumów i otwarciu się na inne muzyczne gatunki, niż rock. Nie uważam za potrzebne, by wprowadzać zmiany w poniższym tekście, ponieważ tego typu podsumowania są tylko zapisem pewnej chwili. Tak wyglądały moje opinie w 2013 roku. Dziś niektóre z nich mogą mnie śmieszyć, ale wtedy były zgodne z moimi przekonaniami. Odsyłam jednak do zaktualizowanych recenzji prezentowanych tu albumów (tych, które są dostępne), a także do sprawdzenia moich aktualnych ocen płyt z tego rocznika dostępnych na Rate Your Music (link).





Rok 2013 okazał się wyjątkowo smutny dla muzyki rockowej - zwłaszcza jego pierwsza połowa, kiedy w niedługim czasie zmarli tacy muzycy, jak Alvin Lee (Ten Years After), Clive Burr (Iron Maiden), Jeff Hannemann (Slayer) oraz Ray Manzarek (The Doors). Z drugiej strony, nie pamiętam kiedy ukazało się tyle udanych albumów, co w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Prawdopodobnie trzeba by się cofnąć pamięcią aż do ubiegłego wieku. Lista piętnastu tegorocznych albumów, które zrobiły na mnie najlepsze wrażenie, znajduje się w dalszej części artykułu. Najpierw chciałbym jednak napisać kilka słów o płytach, które zawiodły moje oczekiwania.

Do największych rozczarowań tego roku, zaliczam przede wszystkim nowe albumy Megadeth ("Super Collider") i Pearl Jam ("Lightning Bolt"). Oba zresztą z tego samego powodu. Po poprzednich płytach tych wykonawców, można było się spodziewać, że już dawno mają za sobą okres eksperymentów i poszukiwań, że w końcu wrócą na stałe do grania tego, co wychodzi im najlepiej. Nowe wydawnictwa całkiem rozwiewają te nadzieje. Co gorsze, zespoły nie eksplorują na nich jednej konkretnej stylistyki, a próbują swoich sił w kilku różnych, przez co jako całość oba albumy są bardzo niespójne. Różnica między nimi polega na tym, że muzykom Pearl Jam udało się stworzyć chociaż dwa dobre utwory ("Getaway" i "Sirens"), podczas gdy na propozycji Megadeth, mimo sporych chęci, nie znalazłem nic godnego uwagi.

Inne rozczarowania, to wydane pod koniec roku albumy "Revolution Rise" Kill Devil Hill i "Bridge the Gap" Michael Schenker's Temple of Rock. Oba boleśnie pokazują, że nie wystarczy być byłym członkiem wielkiego zespołu (w pierwszej grupie grają m.in. dawni muzycy Black Sabbath i Pantery, w drugiej - ex-członkowie Scorpions, UFO i Rainbow), aby na własny rachunek stworzyć coś interesującego. Obu albumom brakuje wyrazistości i oryginalności. Najsłabszym tegorocznym longplayem, jaki przesłuchałem, był jednak solowy debiut Phila Anselmo (Down, ex-Pantera), "Walk Through Exits Only". Album całkowicie pozbawiony śladów melodii, naładowany jedynie bezmyślną agresją.


Najlepsze albumy 2013 roku:



Solidny longplay, ale jednocześnie - najmniej udany w dotychczasowej dyskografii zespołu. Volbeat od zawsze łączył różne, z pozoru nie pasujące do siebie style - metal, punk rock, rockabilly, nawet country. Przeważnie dawało to świetne rezultaty, zwłaszcza w kawałkach, w których wszystkie te style były razem wymieszane. Tym razem jednak zbyt wielka jest przepaść między cięższymi fragmentami (świetne "Room 24" z udziałem Kinga Diamonda, "The Hangman's Body Count" i "Doc Holliday"), a tymi bardziej radiowymi (koszmarne "My Body" i "The Lonesome Rider").

Jeżeli pominąć idiotyczny tytuł i brzydką, chociaż pomysłową okładkę, a przede wszystkim - zapomnieć z jakim zespołem mamy do czynienia, jest to naprawdę dobry album. Jak na standardy Alice in Chains nie jest jednak najlepiej. W wielu momentach muzycy ocierają się autoplagiat. Najgorsze jednak, że nie bardzo wiedzą, co chcą grać. Z jednej strony są tu kawałki miażdżące ciężarem (np. "Hollow", "Stone"), a z drugiej - ocierające się o pop ("Voices", Skalpel"). Jedne do drugich pasują jak pięść do nosa. Album ratują jednak trzy naprawdę dobre kompozycje - mroczne, klimatyczne "The Devil Put Dinosaurs Here" i "Hung on a Hook", oraz potężny, sabbathowy riffowiec "Phantom Limb".
8. The Flying Eyes - "Lowlands" 

Zespół powstał w 2007 roku, a jego twórczość brzmi, jakby została nagrana w latach 70. W początkach działalności porównywano ich głównie z The Doors (wokal w stylu Jima Morrisona), obecnie bliżej im do klimatów Black Sabbath. Na "Lowlands" można znaleźć zarówno fragmenty mroczne, monumentalne ("Smile"), jak i bardziej pogodne ("Eye of the Storm"). Przede wszystkim sporo tu jednak psychodelii i stonerowego brudu (np. "Long Gone").

"SoNGS" to zwrot ku bardziej klasycznym brzmieniom, raz z okolic Deep Purple ("Celebrity Touch", "Escalator Shrine"), kiedy indziej Genesis ("Feel Like Falling"). Całość - zgodnie z tytułowym akronimem - jest prostsza od dotychczasowych dokonań zespołu. Ale to nie zarzut.

Co teraz? Najlepszy album Deep Purple od niemal 30 lat. Momentami bezpośrednio nawiązujący do klasycznych dokonań zespołu (najlepsze na płycie "A Simple Song" i "Out of Hand"). Kiedy indziej zaskakująca nietypowymi jak na tą grupę rozwiązaniami ("Blood From a Stone", "Après Vous"). Niestety, nie wszystkie utwory trzymają poziom. Ocenę całości zaniża przede wszystkim banalny, popowy "All the Time in the World", z premedytacją wybrany na pierwszy singiel.
5. Depeche Mode - "Delta Machine" 

Nie ma tu łatwo wpadających w ucho przebojów, z jakich zespół zawsze słynął. Ani jednego. Nawet singlowy "Heaven" nie jest oczywistym hitem (choć to jedna z najpiękniejszych piosenek Depeche Mode). Zespół postawił tu na eksperymenty, poszukiwanie nowego stylu. Dzięki temu wyszła jednak bardzo intrygująca całość. Nie jest to oczywiście album na miarę największych osiągnięć grupy, ale na tle poprzednich trzech albumów wypada naprawdę nieźle.

Za opis tego albumu wystarczyłaby sama nazwa Motörhead. To już 21. studyjny album zespołu, a grupa wciąż gra, jak 30 lat temu. Wielbiciele albumów "Ace of Spades" i "Overkill" będą zachwyceni. Jednak w przeciwieństwie do kilku poprzednich wydawnictw, "Aftershock" oprócz szybkich, metalowych czadów (np. "Heartbreaker", "Paralyzed") zawiera także kilka łagodniejszych momentów ("Lost Woman Blues", "Dust And Glass").

Porcupine Tree początkowo był praktycznie solowym projektem Stevena Wilsona. Jednak z czasem stawał się coraz bardziej demokratycznym zespołem, w którym lider już nie mógł realizować wszystkich swoich pomysłów. Nic dziwnego, że obecnie priorytetem jest dla niego kariera solowa, dzięki której bez żadnych przeszkód może realizować swoją wizję. To już jego trzeci solowy album - najkrótszy i najbardziej udany z dotychczasowych. Wilson bezpośrednio nawiązuje to do rocka progresywnego z lat 70., z naciskiem na King Crimson. Pojawiają się elementy niespotykane w twórczości Porków - jak wpływy jazzowe - ale są też utwory, które spokojnie mogłyby trafić do repertuaru tamtej grupy (zwłaszcza "Drive Home").

Twórczość Ghost brzmi jak połączenie Blue Öyster Cult, Mercyful Fate, ABBY i Beatlesów. Na swoim drugim albumie, muzycy nieco złagodzili brzmienie i uwypuklili przebojowe melodie. Takie utwory, jak "Jiggalo Har Megiddo" czy "Body and Blood", to właściwie mocniejszy pop. Ale zespół nie zrezygnował z mrocznego klimatu i satanistycznej otoczki, dzięki czemu powstała płyta jeszcze bardziej oryginalna i zaskakująca od debiutanckiego "Opus Eponymous" sprzed trzech lat.
1. Black Sabbath - "13" 

Pierwsze miejsce dla tego albumu chyba dla nikogo z czytelników bloga nie jest niespodzianką. Już sam fakt, że Tony Iommi, Geezer Butler i Ozzy Osbourne nagrali razem album (pierwszy od 1978 roku), czyni "13" wydawnictwem wyjątkowym. Ale zawarte tu utwory bronią się same - to po prostu klasyczny Black Sabbath w najwyższej formie, porównywalnej do tej z ich trzech pierwszych, najlepszych longplayów. Utwory "God Is Dead?", "End of the Beginning", "Loner" i "Age of Reason", grane na koncertach pomiędzy kawałkami z lat 70., już teraz brzmią jak klasyka. A pozostałe kompozycje - może z wyjątkiem banalnego "Live Forever" - w niczym im nie ustępują. Rozczarowuje jedynie współczesne, skompresowane brzmienie albumu. Oraz nieciekawy tytuł, mogący wprowadzić w błąd - "Trzynastka" w rzeczywistości jest 19. studyjnym longplayem sygnowanym nazwą Black Sabbath.

20 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Works (Volume 2)" (1977)



"Works (Volume 2)" zupełnie nie przypomina wydanego parę miesięcy wcześniej "Volume 1". Trio zapewne planowało wydanie pod tym tytułem czegoś zupełnie innego, jednak okoliczności zmusiły muzyków do szybkiego działania. Wszystko przez szalony pomysł Keitha Emersona, aby na trasę promującą pierwszą część "Works" wyruszyć razem z 70-osobową orkiestrą symfoniczną. Opłacenie tak potężnego aparatu wykonawczego doprowadziło zespół na skraj bankructwa. Po zagraniu ledwie osiemnastu koncertów, muzycy byli stratni o trzy miliony dolarów (ostatni występ z orkiestrą, 26 sierpnia 1977 roku w Montrealu, został wydany dwa lata później na albumie "In Concert", wznawianym też jako "Works Live"). Zespół resztę trasy zagrał już bez orkiestry, a w celu podratowania funduszy szybko skompilowano materiał na "Volume 2", wydany już w listopadzie. Trafiło na niego dwanaście utworów zarejestrowanych podczas różnych sesji w latach 1973-76.

Część materiału była znana już wcześniej. Wśród niego są dwa odrzuty z "Brain Salad Surgery": "When the Apple Blossoms Bloom in the Windmills of Your Mind I'll Be Your Valentine" (strona B singla "Jerusalem" z 1973 roku) oraz niedoszły utwór tytułowy (wydany jako niealbumowy singiel w 1974 roku). Pierwszy z  nich to instrumentalny popis umiejętności tria, z ciekawym wykorzystaniem syntezatora. "Brain Salad Surgery" wyróżnia się z kolei nieco groteskowym charakterem, ale wykonany jest z lepszym smakiem, niż paskudny "Benny the Bouncer". Oba te odrzuty pasowałyby zresztą na wspomniany album o wiele lepiej od tamtego gniota. Na "Volume 2" ponadto trafiła bożonarodzeniowa piosenka "I Believe in Father Christmas" - solowy utwór Grega Lake'a, wydany w 1975 roku na singlu, który doszedł do 2. miejsca UK Singles Chart i do dziś jest przypominany w okresie świątecznym przez stacje radiowe (pomimo tekstu Petera Sinfielda, krytykującego komercjalizację Bożego Narodzenia). Tutejsza wersja różni się od singlowej - usunięto orkiestrację, a dodano partie Emersona, co wyszło zdecydowanie na dobre. To jedna z najładniejszych ballad Lake'a, porównywalna z "From the Beginning" czy "Lucky Man". Jednak z powodu tekstu dziwnie się słucha tego utworu poza okresem świątecznym.

Pozostałe nagrania powstały w bliżej nieokreślonym czasie (prawdopodobnie nie tylko podczas sesji nagraniowych "Brain Salad Surgery" i "Works (Volume 1)") i wcześniej nie były wydane w żadnej formie. Aż prosi się w tym miejscu o dodanie, że nic dziwnego, bo ewidentnie brzmią jak odrzuty. Nawet wydany na singlu i chętnie grany na żywo także w późniejszym okresie "Tiger in a Spotlight" to tylko prosta piosenka o lekko bluesowym zabarwieniu, ani szczególnie atrakcyjna pod względem melodycznym, ani jakimkolwiek innym. Choć i tak wypada nieźle na tle innych kawałków, w większości brzmiących jak te wszystkie niby-humorystyczne fragmenty starszych albumów. Są wśród nich pastisze muzyki honky tonk ("Barrelhouse Shake-Down", "Honky Tonk Train Blues"), ragtime'u ("Maple Leaf Rag" napisana przez Scotta Joplina w 1899 roku), czy staroświeckich big bandów ("Show Me the Way to Go Home", kompozycja Jamesa Campbella i Reginalda Connelly'ego z 1925 roku). Poza tym znalazło się tutaj dziwaczne połączenie hard rocka, bigbandowych dęciaków i typowo emersonowskich klawiszy ("So Far to Fall"), a także jeszcze jedna akustyczna ballada Lake'a (nudnawa, sentymentalna "Watching Over You") i kolejne nieudolne zmagania Carla Palmera z jazz rockiem ("Close but Not Touching", "Bullfrog" - w napisaniu i zagraniu tego drugiego pomogli Colin Hodgkinson i Ron Aspery z podrzędnej jazzrockowej grupy Back Door).

Na "Works (Volume 2)" jest wyraźnie mniej patosu i technicznych popisów, niż zwykle bywa na płytach tego tria, ale z drugiej strony, nie ma tu nic wartościowego w zamian, brakuje wyrazistych melodii, ciekawych pomysłów aranżacyjnych, kompozycji wykraczających poza piosenkową sztampę (z wyjątkiem wydanych wcześniej odrzutów z "Brain Salad Surgery"). Jest za to sporo nieśmiesznego humoru, polegającego na tym, że zespół gra w jakimś prostym, staromodnym stylu. Brzmi to wszystko dokładnie tak, jak można się spodziewać po zbiorze odrzutów. Muzycy musieli być naprawdę zdesperowani, że za pomocą takiego materiału ratowali swoje finanse. Jedynie trzy znane wcześniej utwory trzymają poziom - reszta albumu słusznie została odłożona do archiwum.

Ocena: 4/10



Emerson, Lake & Palmer - "Works (Volume 2)" (1977)

1. Tiger in a Spotlight; 2. When the Apple Blossoms Bloom in the Windmills of Your Mind I'll Be Your Valentine; 3. Bullfrog; 4. Brain Salad Surgery; 5. Barrelhouse Shake-Down; 6. Watching Over You; 7. So Far to Fall; 8. Maple Leaf Rag; 9. I Believe in Father Christmas; 10. Close but Not Touching; 11. Honky Tonk Train Blues; 12. Show Me the Way to Go Home

Skład: Keith Emerson - instr. klawiszowe, akordeon; Greg Lake - wokal, bass, gitara; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ron Aspery - saksofon (3); Colin Hodgkinson - bass (3); Graham Smith - harmonijka (6); inni, nieuwzględnieni w opisie, instrumentaliści
Producent: Keith Emerson, Greg Lake, Carl Palmer i Peter Sinfield


19 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Works (Volume 1)" (1977)



Po bardzo aktywnym początku kariery - w latach 1970-73 ukazało się aż pięć wydawnictw z premierowym materiałem Emerson, Lake & Palmer - trio postanowiło zrobić sobie dłuższą przerwę. Dotychczasowa działalność została niejako podsumowana koncertówką "Welcome Back, My Friends, to the Show That Never Ends ~ Ladies and Gentlemen" (1974). Nad nowym materiałem muzycy zaczęli pracować dopiero w 1976 roku. Praca zresztą znacznie różniła się od poprzednich sesji, bowiem muzycy przez większość czasu tworzyli i nagrywali niezależnie od siebie, z pomocą muzyków spoza zespołu. W efekcie powstał album zupełnie inny od wcześniejszych dokonań. Dwupłytowy "Works (Volume 1)" zawiera,  w wersji winylowej, trzy strony z solowymi nagraniami muzyków - po jednej dla Keitha Emersona, Grega Lake'a i Carla Palmera - a także jedną stronę z utworami zarejestrowanymi przez nich wspólnie.

Całą pierwszą stronę wypełnia ponad 18-minutowa kompozycja Keitha Emersona, "Piano Concerto No. 1", skomponowana w formie trzyczęściowego koncertu na pianino i orkiestrę (w nagraniu wzięła udział London Philharmonic Orchestra pod batutą Johna Mayera). Nie da się ukryć, że kompozycja wypada raczej blado na tle dzieł uznanych kompozytorów klasycznych, a krytycy zarzucali Emersonowi brak własnego języka muzycznego, schematyzm i zbyt proste rozwiązania. O ile sama gra Keitha może się podobać, tak jako kompozytor kompletnie nie podołał on swoim wygórowanym ambicjom. A już umieszczenie takiej kompozycji na płycie rockowego zespołu to mega pretensjonalny pomysł.

Druga strona należy do Grega Lake'a, który zaproponował pięć krótkich piosenek opartych głównie na akompaniamencie gitary akustycznej (muzykę napisał samodzielnie, a za teksty odpowiada Peter Sinfield, stały współpracownik King Crimson w pierwszych latach działalności). Dokładnie tego można było się spodziewać po autorze "Lucky Man", "The Sage", "From the Beginning" i "Still... You Turn Me On". Problem w tym, że tym razem Lake postanowił udawać, że wcale nie są to proste piosenki i wzbogacić je o orkiestracje, które tylko dodają niepotrzebnego patosu. Co to w ogóle za pomysł, żeby wciskać orkiestrę do kawałka o bluesowym charakterze ("Hallowed Be Thy Name") czy pseudo-dylanowskiej ballady ("Nobody Loves You Like I Do")? Nie żeby w pozostałych pasowało to bardziej. "Lend Your Love to Me Tonight" i "C'est la Vie" tylko by zyskały w bardziej ascetycznych wersjach, nie mówiąc już o nieznośnie przesłodzonym "Closer to Believing".

Carl Palmer planował pójść w ślady Emersona i skomponować... koncert perkusyjny. Na szczęście nie zdążył ukończyć go na czas. Choć to, co zaproponował w zamian, wcale nie okazało się szczęśliwsze. Palmer to niewątpliwie utalentowany bębniarz, ale kompozytor z niego żaden. I dlatego wspomógł się w znacznym stopniu cudzymi kompozycjami ("The Enemy God Dances With the Black Spirits" to fragment "Suity scytyjskiej" Siergieja Prokofjewa, a "Two Part Invention in D Minor" to kompozycja Jana Sebestiana Bacha), a także kawałkiem napisanym wspólnie z Emersonem na pierwszy album ELP ("Tank"). Są też trzy nowe kompozycje jego autorstwa, niewyróżniające się niczym szczególnym. Wszystko zostało zaaranżowane na jakieś pseudo-fusion (bo porównując z albumami nagranymi przez jazzowych perkusistów, jak Tony Williams, Billy Cobham czy Alphonse Mouzon, brzmi to raczej jak parodia), czasem wzbogacone o - a jakże - orkiestracje. Ciekawostką jest gościnny udział Joego Walsha, gitarzysty The Eagles, w kawałku "L.A. Nights".

Ostatnią stronę zajmują dwa utwory nagrane przez Emersona, Lake'a i Palmera wspólnie. "Fanfare for the Common Man", adaptacja kompozycji Aarona Coplanda z 1942 roku, w znacznie skróconej wersji singlowej stała się jedynym przebojem tria w Wielkiej Brytanii, dochodząc do drugiego miejsca tamtejszego notowania. Pełne, niemal dziesięciominutowe wykonanie zawiera długą improwizację Emersona na syntezatorze, która z czasem wydaje się coraz bardziej bezcelowa. To jednak najlepszy utwór na tym wydawnictwie. Bo trzynastominutowy "Pirates", nagrany z pomocą - jakżeby inaczej - orkiestry (tym razem The Orchestra De L'Opera De Paris), wypada już bardzo kuriozalnie. Pomysł na prostą piosenkę doczekał się bombastycznej aranżacji. Po raz kolejny muzykom nie udało się sprostać własnym wymaganiom.

"Works (Volume 1)" to dziwaczny zbiór, którego poszczególne części kompletnie do siebie nie pasują, nie tworzą spójnej całości. Muzycy zdecydowanie przecenili swoje możliwości - żaden z nich nie podołał zadaniu stworzenia własnego materiału. Ale także ich wspólne nagrania nie prezentują się szczególnie udanie. Na całym dwupłytowym wydawnictwie nie ma ani jednego utworu, któremu nie mógłbym czegoś zarzucić. A takich, o których mógłbym powiedzieć cokolwiek dobrego, starczyłoby ledwo na jednopłytowy album. Najgorsze, że część z tych nagrań dałoby się uratować. Niektóre trzeba by skrócić (te z pierwszej i ostatniej strony), a wszystkie pozbawić orkiestracji - wówczas wystarczyłoby wywalić kompozycje Palmera i powstałby dość przyzwoity, jednopłytowy longplay mniej więcej na poziomie "Brain Salad Surgery". Ale w takiej formie, w jakiej został wydany, jest dla mnie strasznie nużący i kompletnie nie trafia w moje poczucie estetyki.

Ocena: 4/10

PS. W niektórych miejscach można przeczytać, że dopisek "Volume 1" pojawił się dopiero na reedycjach. To nieprawda, gdyż widać go już na pierwszym wydaniu albumu, oznaczonym numerem katalogowym K80009. Oznacza to, że zespół od razu miał w planach wydanie "Volume 2", choć prawdopodobnie w odmiennym kształcie, niż został opublikowany, jednak okoliczności wymusiły inne rozwiązanie. Więcej na ten temat w następnej recenzji.



Emerson, Lake & Palmer - "Works (Volume 1)" (1977)

LP1: 1. Piano Concerto No. 1; 2. Lend Your Love to Me Tonight; 3. C'est la Vie; 4. Hallowed Be Thy Name; 5. Nobody Loves You Like I Do; 6. Closer to Believing
LP2: 1. The Enemy God Dances with the Black Spirits; 2. L.A. Nights; 3. New Orleans; 4. Two Part Invention in D Minor; 5. Food for Your Soul; 6. Tank; 7. Fanfare for the Common Man; 8. Pirates

Skład: Keith Emerson - instr. klawiszowe (LP1: 1, LP2: 2,7,8); Greg Lake - wokal, bass i gitara (LP1: 2-6, LP2: 7,8); Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne (LP2: 1-8)
Gościnnie: John Mayer - orkiestracja (LP1: 1, LP2: 8); London Philharmonic Orchestra - orkiestra (LP1: 1);  Tony Harris i Godfrey Salmon - orkiestracja (LP1: 2-6); Joe Walsh - gitara i wokal (LP2: 2); James Blades - marimba (LP2: 5); The Orchestra De L'Opera De Paris - orkiestra (LP2: 8)
Producent: Keith Emerson (LP1: 1), Greg Lake (LP1: 2-6, LP2: 5,7,8), Peter Sinfield (LP1: 2-6), Carl Palmer (LP2: 1-6)


18 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Brain Salad Surgery" (1973)



Choć od premiery "Brain Salad Surgery" minęło już czterdzieści lat, album wciąż wywołuje skrajne emocje i mieszane odczucia. To longplay nierówny, mający zarówno bardzo dobre, jak i zwyczajnie nieudane momenty. Zacznijmy od plusów. Pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne. Mroczna i klimatyczna okładka, stworzona przez kontrowersyjnego szwajcarskiego artystę H.R. Gigera, zdecydowanie zachęca do sięgnięcia po ten album. Bardzo dobre jest też pierwsze wrażenie muzyczne - "Jerusalem" to przepiękna interpretacja kompozycji Huberta Parry'ego napisanej w 1916 roku do słów poematu "And did those feet in ancient time" Williama Blake'a z 1808 roku. Greg Lake daje tu świetny popis wokalny, a w warstwie muzycznej prekursorsko wykorzystana została technologiczna nowinka - syntezator polifoniczny. Co ciekawe, utwór wywołał oburzenie wśród Anglików, traktujących tę kompozycję jak nieformalny hymn swojego kraju. Radio BBC wręcz zakazało jego transmisji, zarzucając mu trywializację i wulgaryzację oryginału. Co jednak trudno zrozumieć, bo muzycy zagrali utwór z szacunkiem, jedynie dodając trochę rockowej dynamiki i nowoczesne brzmienie. Innym mocnym punktem albumu jest "Still...You Turn Me On" - jedna z tych charakterystycznych ballad Lake'a, zdominowanych przez brzmienie gitary akustycznej. Nie jest to może najładniejszy z tych utworów, ale wciąż udany.

To by było jednak na tyle. "Toccata", oparta na czwartej części "1st Piano Concerto" Alberto Ginastery, to nic więcej, jak pretensjonalny, dość chaotyczny popis umiejętności muzyków, niemających tu nic ciekawego do zaoferowania. "Benny the Bouncer" to z kolei jeden z tych niby żartobliwych kawałków, które muzycy lubili umieszczać na swoich albumach. Tym razem poniosło ich zdecydowanie za daleko i efekt jest bardziej żenujący, niż kiedykolwiek wcześniej. A jest jeszcze główny punkt programu - trzyczęściowa suita "Karn Evil 9". Utwór tak długi, że na wydaniu winylowym pierwsze dziewięć minut wrzucono na koniec strony A, a kolejne dwadzieścia minut na stronę B. Nie jest to spójne dzieło na miarę "Tarkusa" (utworu, nie albumu). Sama część "1st Impression" (podzielona na dwie części, aby wyrównać czas obu stron winyla) składa się z tak wielu zmian motywów, że trudno doszukać się tu jakiejkolwiek myśli kompozytorskiej. Świetną robotę odwala tu sekcja rytmiczna, ale efekt często psuje Emerson, raz idący w przesadny patos, kiedy indziej grający proste, cyrkowe melodyjki na syntezatorze, choć niektóre partie organowe można zaliczyć na plus. Za to krzykliwy wokal Lake'a jest zdecydowanie poniżej poziomu, do jakiego przyzwyczaił. Bardziej zwarty, nie mający nic wspólnego z poprzednią częścią "2nd Impression", jest po prostu popisem umiejętności Emersona (grającego głównie na pianinie) i Palmera. Właściwie trudno mówić tu o jakiejkolwiek kompozycji. "3rd Impression" brzmi jak jeszcze inny utwór, łączący prostą melodię ze sporą dawką patosu, kiczowatymi wstawkami syntezatora i niezbyt spójną kompozycją. To po prostu nie mogło się udać. Jako całość, "Karn Evil 9" brzmi jeszcze bardziej chaotycznie i pretensjonalnie, niż jego poszczególne części.

"Brain Salad Surgery" nie jest udanym albumem, pomimo kilku naprawdę dobrych momentów. W większości składa się z bombastycznych popisów tria, które nie niosą za sobą żadnej ciekawej treści, a ich forma przybiera chaotyczny kształt. Okładka świetnie wygląda na półce, ale zawartość muzyczna nie zachęca mnie, by do niej wracać - co najwyżej do wybranych utworów.

Ocena: 5/10



Emerson, Lake & Palmer - "Brain Salad Surgery" (1973)

1. Jerusalem; 2. Toccata; 3. Still...You Turn Me On; 4. Benny the Bouncer; 5. Karn Evil 9: 1st Impression (Part I); 6. Karn Evil 9: 1st Impression (Part II); 7. Karn Evil 9: 2nd Impression; 8. Karn Evil 9: 3rd Impression

Skład: Greg Lake - wokal i bass, gitara (3,5,6); Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


17 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Trilogy" (1972)



Zaczyna się od delikatnych uderzeń serca. A tak naprawdę od przetworzonej perkusji Carla Palmera (później ten sam efekt wykorzystała grupa Pink Floyd na rozpoczęcie "The Dark Side of the Moon"). Po chwili dochodzą klawisze Keitha Emersona, a po dłuższym czasie bas Grega Lake'a. Mijają niemal dwie minuty, zanim utwór "The Endless Enigma" na dobre się rozkręci. Uwagę przyciąga rewelacyjna partia wokalna Lake'a, o podniosłym charakterze, lecz bez popadania w nadmierny patos. To jedna z najpiękniejszych i najbardziej chwytliwych linii wokalnych w twórczości grupy. W środku utworu pojawia się fortepianowy popis Emersona, nie do końca potrzebnie wyodrębniony jako osobna kompozycja ("Fugue"), płynnie przechodzący w zbiorową improwizację, po czym następuje powrót do głównego tematu z partią wokalną. Ten utwór to zdecydowanie jedno z największych dzieł zespołu.

Następnie pojawiają się trzy prostsze utwory. "From the Beginning" przywołuje klimat "Lucky Man"  i "The Sage" - to kolejna kompozycja Grega Lake'a oparta głównie na brzmieniu gitary akustycznej (muzyk zagrał tu także na gitarze basowej i elektrycznej), nagrana z niewielkim udziałem pozostałych muzyków. To bardzo zgrabny melodycznie utwór, który zresztą był największym singlowym przebojem zespołu w Stanach (doszedł do 39. miejsca w norowaniu Billboardu). "The Sheriff" to z kolei jeden z tych żartobliwych kawałków, za które zespół często jest krytykowany. Wypada na pewno lepiej od swoich poprzedników z "Tarkus", nie aż tak sztampowo, nawet dość przyjemnie, tylko wciąż banalnie. Ale fajnie, że muzycy potrafili zagrać także coś z humorem. Stanowiło to ciekawy kontrast do tych charakterystycznych dla grupy adaptacji muzyki poważnej. Czasem zresztą zespół potrafił połączyć oba te podejścia, czego przykładem sięgnięcie po "Hoedown" - fragment baletu "Rodeo" XX-wiecznego amerykańskiego kompozytora Aarona Coplanda. Podobnie jak pierwowzór, utwór został zagrany z przymrużeniem oka, zyskując mnóstwo energii i niemal piosenkowego charakteru. To także jeden z najbardziej znanych utworów w dorobku zespołu - przez długi czas rozpoczynał występy tria.

Drugą stronę winylowego wydania rozpoczyna tytułowa kompozycja "Trilogy". Z początku dość ascetyczna - z Gregiem Lake'em śpiewającym wyłącznie do akompaniamentu fortepianu - jednak stopniowo przechodząca w instrumentalną improwizację wszystkich muzyków, z wysuwającym się na pierwszy plan syntezatorem Emersona o nieco zbyt tandetnym brzmieniu, co psuje ostateczny efekt. "Living Sin" to kolejny mniej poważny utwór, dość ciężki brzmieniowo (mimo braku gitary), z popisową partią wokalną Lake'a, stosującego tu zarówno nieco teatralną melorecytację, jak i bardzo ekspresyjny, zadziorny śpiew. Całość zamyka długi, instrumentalny "Abaddon's Bolero", luźno oparty na słynnym "Boléro" Maurice'a Ravela, ale zagrany w prostszym, marszowym rytmie 4/4. To akurat nieco mniej udany utwór, powoli rozwijający się przez osiem minut, ale praktycznie zmierzający donikąd. Jego jedynym celem było chyba danie Emersonowi możliwości zaprezentowania swoich klawiszowych zabawek. Szkoda, że w taki sposób kończy się ten album, bo po poprzedzających go utworach można się spodziewać bardziej porywającego finału.

"Trilogy" to, mimo wszystko, najbardziej dopracowany i najrówniejszy studyjny album tria Emerson, Lake & Palmer. Właśnie tutaj muzykom udało się osiągnąć najlepsze proporcje między wykonawczą wirtuozerią - bez popadania w zbytnią pretensjonalność - a przystępnością i melodycznością kompozycji. Potem było już tylko coraz gorzej.

Ocena: 8/10



Emerson, Lake & Palmer - "Trilogy" (1972)

1. The Endless Enigma (Part One); 2. Fugue; 3. The Endless Enigma (Part Two); 4. From the Beginning; 5. The Sheriff; 6. Hoedown; 7. Trilogy; 8. Living Sin; 9. Abaddon's Bolero

Skład: Greg Lake - wokal i bass, gitara (4); Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


16 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Pictures at an Exhibition" (1971)



"Obrazki z wystawy" to dzieło rosyjskiego kompozytora i pianisty Modesta Musorgskiego. Powstało w 1874 roku, jako cykl dziesięciu fortepianowych miniatur - zainspirowanych wystawą rysunków i akwarel Wiktora Hartmanna (zmarłego niedługo wcześniej przyjaciela Musorgskiego) - uzupełnionych sześciokrotnie powtórzonym tematem przewodnim "Promenada". Dzieło doczekało się wielu adaptacji. Nowe życie zyskało w 1922 roku, po zorkiestrowaniu przez francuskiego impresjonistę, Maurice'a Ravela. Właśnie ta wersja pomogła w spopularyzowaniu kompozycji Musorgskiego.

Keith Emerson usłyszał ten utwór pod koniec lat 60. w London’s Royal Festival Hall, zaprezentowany w wersji orkiestrowej. Muzyk był pod tak wielkim wrażeniem, że już następnego dnia kupił zapis nutowy. Jak się okazało - oryginalnej wersji, rozpisanej na pianino, dzięki czemu mógł od razu przystąpić do nauki. Wkrótce po nawiązaniu współpracy z Gregiem Lake'em i Carlem Palmerem, klawiszowiec zaproponował im stworzenie własnej adaptacji dzieła. Utwór został zagrany już podczas pierwszego występu tria, 23 sierpnia 1970 roku w Plymouth. Natomiast niespełna tydzień później muzycy zaprezentowali go przed liczącą ponad sześćset tysięcy widzów publicznością na Isle of Wight Festival. Jednak najsłynniejszym wykonaniem jest to z 26 marca 1971 roku w sali koncertowej ratusza Newcastle. Bo właśnie ono trafiło na album zatytułowany "Pictures at an Exhibition". Płyta początkowo miała wchodzić w skład drugiego studyjnego albumu grupy, "Tarkus", jednak nie zgodzili się na to przedstawiciele wytwórni. Została więc opublikowana parę miesięcy później jako osobne wydawnictwo - sprzedawane za pół ceny, dzięki czemu wzbudziło duże zainteresowanie (3. miejsca na notowaniu w UK, 10. w USA).

Do oceny tego wykonania można podejść na dwa sposoby, z których oba można łatwo uzasadnić, jak i skrytykować. Pierwszy to porównanie z oryginałem Musorgskiego i adaptacją Ravela. Drugi to potraktować "Pictures at an Exhibition" jak zwyczajny album rockowy. W pierwszym przypadku ocena musiałaby być negatywna, bo niewątpliwie mamy tu do czynienia ze strywializowaniem dzieła przez liczne uproszczenia i rockowe instrumentarium (w tym syntezator, który nierzadko brzmi dość tandetnie), a do tego liczne popisy Emersona, w których więcej efekciarstwa, niż wyrafinowania. Ale już w drugim wypadku ocena może być dużo wyższa. Oczywiście, wciąż doskwierają wspomniane wyżej elementy. Warto też zauważyć, że dzieło Musorgskiego, nie będąc szczególnie skomplikowanym, nadawało się całkiem dobrze do przełożenia na muzykę rockową i gdyby muzycy, zwłaszcza Emerson, wykazali się w swoim wykonaniu nieco lepszym smakiem (w doborze brzmień i prezentowaniu swoich technicznych umiejętności), mógłby powstać album wybitny w kategorii rocka progresywnego.

Trzeba natomiast docenić, że zespół nie podszedł do tego zadania w sposób odtwórczy. Nie odegrał wiernie partytury, lecz znacznie zmodyfikował całość, nadając jej własnego charakteru. Muzycy wykorzystali tylko fragmenty oryginalnego dzieła, a ściślej mówiąc jego początek ("Promenade" / "The Gnome" / "Promenade" / "The Old Castle") i koniec ("Promenade" / "The Hut of Baba Yaga" / "The Great Gates of Kiev"), wprowadzając liczne zmiany, dodając teksty (i tym samym partie wokalne), a także zupełnie nowe części. Czasem zespół pozostaje stosunkowo wierny oryginalnego zapisu (np. spore fragmenty "The Great Gates of Kiev"), kiedy indziej proponuje własne wariacje oparte na motywach z pierwowzoru ("The Old Castle" i "The Curse of Baba Yaga" - choć ta druga została obudowana wierniejszym odzwierciedleniem oryginału, czyli "The Hut of Baba Yaga"). Warto też zwrócić uwagę na ewolucję tematu "Promenade". Pierwsza wersja, zagrana przez Emersona na znajdujących się w ratuszu organach piszczałkowych, jest całkiem wierna swojemu pierwowzorowi. W drugiej, zagranej już na elektrycznych organach, pojawia się partia wokalna Lake'a, ale wciąż nie odbiega daleko od oryginału. Za to wersja trzecia została zagrana przez cały zespół, co całkowicie zmienia jej charakter - niestety, na zasadzie dodania zupełnie niepotrzebnych elementów.

Jak już wspomniałem, zespół dodał też dwa zupełnie nowe fragmenty: "The Sage" i "Blues Variation". Same w sobie udane, ale niespecjalnie pasujące do całości. "The Sage", rozpoczęty solowym popisem Emersona na syntezatorze, w zasadniczej części jest solowym popisem Lake'a, który śpiewa i akompaniuje sobie na gitarze akustycznej. To jedna z tych charakterystycznych dla niego ballad, które na albumach zespołu stanowią przyjemną chwilę wytchnienia pomiędzy nierzadko bombastycznymi popisami całego składu. I jest to jedna z najładniejszych z nich. Problem w tym, że nawiązuje raczej do muzyki średniowiecznej, a ściślej mówiąc do pieśni trubadurów, a tym samym średnio pasuje do rockowej aranżacji XIX-wiecznego dzieła. A już kompletnie nie pasuje do niego prosta bluesowa improwizacja, luźno oparta na motywie z "The Old Castle", czyli "Blues Variation". Całości dopełnia bonus, nie będący częścią "Pictures at an Exhibition", w postaci "Nutrocker", czyli przeróbka marsza z "Dziadka do orzechów" Piotra Czajkowskiego, oparta na wersji rock'n'rollowej grupy B. Bumble and the Stingers z 1962 roku. Efektem jest niewiarygodnie banalna trywializacja. Słuchając tego nagrania, oczami wyobraźni widzę zespół na scenie: muzyków przebranych w błyszczące, obcisłe stroje o dziwacznym, niemęskim kroju, prezentujących swoje firmowe sztuczki, jak granie na obracającym się pianinie czy rzucanie w niego nożami. Regularny cyrk, doskonale korespondujący z tą banalną (w tym wykonaniu) melodyjką.

Przyznaję, że mam problem z oceną tego wydawnictwa. Fragmenty, w których zespół pozostaje w miarę wierny dziełu Modesta Musorgskiego, wprowadzając nieznaczne zmiany, dzięki którym całość została dostosowana do stylu Emerson, Lake & Palmer, są naprawdę udane i pokazują spory kunszt instrumentalistów. Nie razi nawet dodanie partii wokalnych, gdyż Greg Lake wciąż prezentował bardzo wysoką formę, dzięki czemu jego śpiew jest dodatkowym atutem tego wydawnictwa. Ale im bardziej zespół odchodzi od pierwowzoru, wdając się w efekciarskie, a mało treściwe popisy (praktycznie cały "The Old Castle", partie syntezatora w "The Gnome" i "The Curse of Baba Yaga") lub niepotrzebnie dodając zupełnie niepasujące - choć same w sobie udane - części. I jeszcze ten cyrkowy bzdet na dokładkę.

"Pictures at an Exhibition" w wersji ELP nie broni się jako adaptacja klasycznego dzieła, bo za dużo tutaj zmian na zdecydowanie gorsze (a tym bardziej "Nutrocker" nie broni się pod tym względem). Traktowany jako zwykły album rockowy, wypada lepiej, choć nie pozbawiony jest licznych wad: nieumiarkowania w prezentowaniu swoich umiejętności, co nierzadko skutkuje tanim efekciarstwem, nie najlepszego smaku w kwestii brzmienia, czy brak spójności w zajmującej większość płyty suicie. A z drugiej strony słychać, że trio naprawdę posiada duże możliwości, gdy zamiast cyrkowych sztuczek gra z większą finezją i poczuciem dobrego smaku (np. "The Hut of Baba Yaga", "The Great Gates of Kiev" czy fragmenty "The Gnome"). Jako kompozytorzy nie pokazali tym razem wiele, ale jedyny utwór nie będący adaptacją czy wariacją na temat cudzego dzieła, "The Sage", potwierdza zdolność Lake'a do pisania prostych, ale bardzo ładnych ballad. Jednak większość tego, co może się tutaj podobać, to zasługa Musorgskiego, a zespół, mając do dyspozycji tak dobry materiał, popełnił mnóstwo błędów.

Ocena: 6/10



Emerson, Lake & Palmer - "Pictures at an Exhibition" (1971)

1. Promenade; 2. The Gnome; 3. Promenade; 4. The Sage; 5. The Old Castle; 6. Blues Variation; 7. Promenade; 8. The Hut of Baba Yaga; 9. The Curse of Baba Yaga; 10. The Hut of Baba Yaga; 11. The Great Gates of Kiev; 12. Nutrocker

Skład: Greg Lake - wokal i bass, gitara akustyczna (4); Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


15 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Tarkus" (1971)



Trio Emerson, Lake & Palmer narzuciło sobie szybkie tempo pracy. Jeszcze przed ukończeniem prac nad debiutanckim albumem, w sierpniu 1970 muzycy roku zaczęli publiczne występy. Do końca roku zagrali ponad trzydzieści koncertów na terenie Wielkiej Brytanii (m.in. na słynnym Isle of Wight Festival), Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Już w styczniu 1971 roku wrócili do studia, by zarejestrować materiał na swój drugi studyjny longplay. Czasu na nagrania nie było wiele, bo w lutym zespół musiał wrócić na trasę. Jednym ze stałych punktów występów była interpretacja cyklu "Obrazki z wystawy" Modesta Musorgskiego. Muzycy planowali, by zapis jednego z wykonań został dołączony, na drugiej płycie winylowej, do właśnie nagranego albumu. Na takie rozwiązanie nie chcieli jednak zgodzić się przedstawiciele wytwórni Island, obawiając się o powodzenie komercyjne dwupłytowego wydawnictwa (choć zespół zdobywał coraz większą popularność). W rezultacie, studyjny materiał wydano w czerwcu pod tytułem "Tarkus", a koncertowy "Pictures at an Exhibition" ukazał się w listopadzie.

Kluczowym punktem jest trwająca dwadzieścia minut tytułowa suita, w wydaniu winylowym zajmująca pierwszą stronę. Pomysłodawcą utworu, składającego się z kilku części w formie ronda, był Keith Emerson. Greg Lake początkowo nie był przekonany do tej idei, a nawet rozważał odejście z zespołu z powodu artystycznych różnic. Jednak ostatecznie nie tylko został w zespole, ale także zgodził się napisać tekst, a co więcej, skomponował część muzyki - fragment zatytułowany "Battlefield", przywołujący wyraźnie skojarzenia z King Crimson (gdyby jeszcze zamiast organów wykorzystano melotron, to można by mówić o jawnym epigoństwie). "Battlefield" to jedna z trzech - obok "Stones of Years" i "Mass" - części utworu o bardziej piosenkowym charakterze, z melodyjnymi, bardzo dobrymi partiami wokalnymi Lake'a. Stanowią one łączniki pomiędzy czterema pozostałymi, instrumentalnymi częściami, w których zespół prezentuje swoje niemałe zdolności techniczne. Uwagę zwraca bogate brzmienie, będące głównie zasługą Emersona, grającego przede wszystkim na elektrycznych organach i syntezatorze Mooga (za pomocą którego mógł osiągnąć różnorakie brzmienia - a ponoć nad tym z części "Aquatarkus" pracował wspólnie z Robertem Moogiem), ale też na akustycznym pianinie. W kilku miejscach pojawia się też elektryczna gitara Lake'a - przede wszystkim w "Battlefield", gdzie gra dość proste, ale bardzo zgrabne solówki. Całość, pomimo swoich rozmiarów i zróżnicowania, jest wyjątkowo spójna. A choć nie zaliczyłbym jej do swoich ulubionych progresywnych suit, to uważam ją za naprawdę udaną. To bez wątpienia jedno z największych osiągnięć ELP.

Szkoda tylko, że reszta albumu jest już wyraźnie słabsza. Sprawia wrażenie, jakby zespół skupił się przede wszystkim na tworzeniu i nagraniu utworu tytułowego, a drugą stronę zapełnił byle czym, co udało się na szybko skomponować i zarejestrować. To zbiór sześciu krótkich kawałków, które nie tworzą spójnej całości, a jakościowo ustępują naprawdę znacznie poprzedzającej je kompozycji. Drugą stronę otwiera wręcz przesadnie prosty "Jeremy Bender" - banalna piosenka w knajpianym stylu, nie trwająca nawet dwóch minut (to akurat jej jedyna zaleta). "Bitches Crystal" wypada tylko odrobinę lepiej, głównie za sprawą zadziornego śpiewu Lake'a, bardziej złożonej gry sekcji rytmicznej i syntezatorowych ozdobników. Jednak znów bardzo knajpowa partia pianina zdecydowanie psuje ostateczny efekt. Te dwa kawałki stanowią przykład bardziej humorystycznego oblicza ELP, które od tego czasu miało być pokazywane na każdej kolejnej płycie - ku niezadowoleniu znacznej części słuchaczy. Bardziej poważnie, a wręcz zbyt poważnie, robi się podniosłym "The Only Way (Hymn)", opartym na motywach z kilku kompozycji Bacha. Tutaj zespół popada w drugą skrajność - w patos, który zupełnie nie pasuje do prostej (choć dość ładnej) melodii wokalnej. Przedłużeniem tego utworu jest instrumentalny "Infinite Space (Conclusion)", wyraźnie zdradzający inspirację jazzem. Muzycy nie do końca odnajdują się w takiej stylistyce - słychać, że to wszystko zostało skomponowane, brakuje improwizacyjnego luzu. W "A Time and a Place" zespół dla odmiany podąża w bardziej hardrockowe rejony, trochę w stylu Deep Purple, ale bez gitary (choć jej brak nie jest wcale odczuwalny). I to akurat jedyny fragment drugiej strony, do którego nie mam zastrzeżeń. Ale na koniec pojawia się jeszcze jeden wygłup, rockandrollowy "Are You Ready Eddy?" - zagrany przez zespół spontanicznie na koniec sesji. Szkoda, że przy włączonym nagrywaniu. Tak banalny finał pozostawia spory niesmak.

"Tarkus" okazał się ogromnym komercyjnym sukcesem, dochodząc na szczyt brytyjskiego notowania i do dziewiątego miejsca amerykańskiej listy. Do dziś postrzegany jest powszechnie za jedno z największych dzieł rocka progresywnego. Nie powinno być jednak wątpliwości, że to wszystko zasługa tytułowej kompozycji i przymknięcia oczu na chaotyczną, znacznie słabszą resztę albumu (choć tylko dwa najkrótsze kawałki, "Jeremy Blender" i "Are You Ready Eddy?", są kompletnie nieudane - w pozostałych można znaleźć mniej lub bardziej liczne zalety). "Tarkus" jest zbyt nierównym i niespójnym albumem, żebym podzielał te najbardziej entuzjastyczne opinie na jego temat, ale jest mi też daleko do tych najbardziej krytycznych, bo jednak ta lepsza strona winylowego wydania znacznie poprawia ogólne wrażenie. Trochę jednak szkoda, że muzycy na drugiej stronie nie umieścili po prostu skróconej wersji "Pictures at an Exhibition", co wyrównałoby poziom.

Ocena: 7/10



Emerson, Lake & Palmer - "Tarkus" (1971)

1. Tarkus (Eruption / Stones of Years / Iconoclast / Mass / Manticore / Battlefield / Aquatarkus); 2. Jeremy Bender; 3. Bitches Crystal; 4. The Only Way (Hymn); 5. Infinite Space (Conclusion); 6. A Time and a Place; 7. Are You Ready Eddy?

Skład: Greg Lake - wokal i bass, gitara (1); Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


14 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Emerson, Lake & Palmer" (1970)



Emerson, Lake & Palmer to jeden z najsłynniejszych zespołów progresywnych. Został założony przez klawiszowca Keitha Emersona (ex-The Nice) i śpiewającego basistę Grega Lake'a (ex-King Crimson) w 1970 roku. Początkowo planowali przyjąć do składu perkusistę Mitcha Mitchella (z The Jimi Hendrix Experience), ostatecznie zdecydowali się jednak na Carla Palmera (ex-Atomic Rooster i The Crazy World of Arthur Brown). Doniesienia prasy, że zespół chciał zatrudnić także Jimiego Hendrixa, były wyłącznie wymysłem dziennikarzy. O posadę gitarzysty starał się natomiast Robert Fripp (z sypiącego się, po odejściu wszystkich pozostałych członków, King Crimson). Emerson nie chciał jednak w składzie żadnego gitarzysty, co było dość nietypowym rozwiązaniem, jak na zespół rockowy, aczkolwiek przetestowanym już i przez The Nice, i przez Atomic Rooster oraz Crazy World. W niektórych utworach grupy pojawiają się jednak partie gitary - głównie akustycznej - na której gra Lake, który nalegał na chociaż sporadyczne używanie tego instrumentu.

Styl zespołu był mieszanką różnych gatunków, pojawiały się w nim elementy zaczerpnięte chociażby z jazzu, folku, czy hard rocka. Jednak muzycy postanowili specjalizować się przede wszystkim w interpretacjach muzyki klasycznej - rzadko jednak tej z odległych epok, częściej z XIX i XX wieku. Już na otwarcie debiutanckiego albumu pojawia się kompozycja "The Barbarian", która choć została podpisana nazwiskami członków zespołu, w rzeczywistości opiera się na kompozycji "Allegro Barbaro", napisanej w 1911 roku przez węgierskiego kompozytora i pianistę Bélę Bartóka. W interpretacji ELP nabiera jednak prawdziwie rockowego charakteru, dzięki ciężkiej grze sekcji rytmicznej (z przesterowanym basem) i ekspresyjnym popisom Emersona na organach. "Take a Pebble" to już w pełni autorskie dzieło grupy. Najdłuższy utwór z albumu, wyróżniający się długimi, nieco jazzrockowymi popisami Emersona, oraz folkową wstawką graną przez Lake'a na gitarze akustycznej. Jest to też jeden z zaledwie trzech utworów na albumie, w których pojawia się partia wokalna - Lake nie zdążył napisać więcej tekstów. Cały materiał powstawał zresztą w pośpiechu, stąd tak wiele tutaj zapożyczeń. Z kolejnymi mamy już do czynienia w "Knife-Edge", częściowo opartym na kompozycjach "Sinfonietta" Leoša Janáčeka i "French Suite in D minor" Jana Sebastiana Bacha. To kolejna wokalna kompozycja, łącząca zadziorne brzmienie ze zgrabną, całkiem chwytliwą melodią.

Mniej konwencjonalne - i niestety także mniej ciekawe - są dwie kolejne kompozycje: "The Three Fates", w którym Emerson dość naiwnie próbował wcielić się w klasycznego kompozytora, oraz składający się głównie z niezbyt porywającej perkusyjnej solówki "Tank". Oba nagrania sprawiają wrażenie niezbyt udanych eksperymentów, w których zespół za bardzo zdał się na przypadek, nie mając konkretnego celu. To kolejny efekt pośpiechu, w jakim powstawała całość. Strzałem w dziesiątkę okazało się natomiast sięgnięcie po kompozycję "Lucky Man", napisaną przez Lake'a, gdy był nastolatkiem. Prosty, melodyjny kawałek, oparty głównie na akompaniamencie gitary akustycznej (pojawia się też nieskomplikowane, ale zgrabne solo na gitarze elektrycznej), znacznie odbiega od reszty albumu. Prawie w ogóle nie słychać tu Emersona, który dopiero w końcówce wykonuje solówkę na wówczas jeszcze mało popularnym syntezatorze Mooga (interesującą raczej ze względu na brzmienie, niż samą grę klawiszowca). Utwór jest prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalną kompozycją zespołu, odniósł nawet pewien sukces jako singiel.

Debiutancki album Emerson, Lake & Palmer jest dość nierówny, co jest jednak wadą wszystkich wydawnictw zespołu. Tutaj jednak proporcje pomiędzy ciekawszymi, a tymi mniej udanymi fragmentami, wypadają zdecydowanie na korzyść tych pierwszych. Choć album nie jest pozbawiony wad - zwykle wynikających z tego, że zespół za szybko i na zbyt krótko wszedł do studia - to stanowi przykład bardzo ciekawego i oryginalnego podejścia do muzyki rockowej. Inspiracja współczesną muzyką poważną z jednej strony, a z drugiej eksperymenty z brzmieniem syntezatorów, to coś, co niewątpliwie wyróżniało trio na tle ówczesnej sceny rockowej i uzasadnia status jednego z najważniejszych zespołów progresywnych.

Ocena: 8/10



Emerson, Lake & Palmer - "Emerson, Lake & Palmer" (1970)

1. The Barbarian; 2. Take a Pebble; 3. Knife-Edge; 4. The Three Fates; 5. Tank; 6. Lucky Man

Skład: Greg Lake - wokal i bass, gitara (2,6); Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


10 grudnia 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Genesis

Genesis - zwycięzca niedawnej ankiety z pytaniem o to, jaki zespół powinien pojawić się w kolejnej części cyklu "Najważniejsze utwory..." - to jedna z najważniejszych grup z nurtu rocka progresywnego, bardziej znana jednak dzięki przebojowym, pop rockowym hitom z lat 80. Poniższa lista zawiera szczegółowe informacje o piętnastu spośród najbardziej istotnych  i/lub popularnych utworów z repertuaru zespołu.

Genesis: Steve Hackett, Mike Rutherford, Peter Gabriel, Phil Collins i Tony Banks.

1. "The Knife" (z albumu "Trespass", 1970)

Jeden z najbardziej nietypowych utworów Genesis. Na tle pozostałych, nastrojowych kompozycji z albumu "Trespass", wyróżnia się ostrym, przesterowanym brzmieniem gitar i mocnym brzmieniem sekcji rytmicznej. Według ówczesnego wokalisty grupy, Petera Gabriela, inspiracją był utwór "Rondo" zespołu The Nice. Pod względem muzycznym, "The Knife" bliżej jednak do ówczesnej twórczości Deep Purple, zwłaszcza ze względu na charakterystyczne brzmienie organów Hammonda. Tekst jest parodią protest songu. Opowiada o konsekwencjach rewolucji, w postaci nowych dyktatorów, jacy się po niej pojawiają. Gabriel zaśpiewał go w typowy dla siebie, teatralny sposób - to jedyny wspólny element z innymi utworami Genesis z tamtego czasu.
"The Knife" był stałym punktem koncertów Genesis w pierwszej połowie lat 70., przeważnie granym na bis. Po odejściu Gabriela w 1975 roku, utwór grany był sporadycznie jeszcze do 1982 roku (w skróconej wersji). Ostatni raz został zagrany 2 października tego roku, podczas koncertu o nazwie "Six of the Best", będącego jednorazowym powrotem grupy w składzie z oryginalnym wokalistą.
W maju 1971 roku "The Knife" został wydany na singlu. Ze względu na swoją długość (ponad 9 minut) został podzielony na dwie części - pierwsza wypełniła stronę A małej płytki, a druga stronę B. Co ciekawe, na okładce znalazło się zdjęcie aktualnego składu zespołu, już z gitarzystą Stevem Hackettem i perkusistą Philem Collinsem. W nagraniu słychać jednak ich poprzedników - Anthony'ego Phillipsa i Johna Mayhewa.


2. "For Absent Friends" (z albumu "Nursery Cryme", 1971)

Niespełna dwuminutowa miniaturka, istotna ze względu na debiut Phila Collinsa w roli głównego wokalisty. Poza nim, w nagraniu słuchać tylko kompozytora utworu, Steve'a Hacketta, grającego na dwunastostrunowej gitarze - instrumencie bardzo często używanym przez zespół we wczesnych latach działalności.
Innym utworem z czasów Petera Gabriela w roli frontmana, śpiewanym przez Collinsa jest "More Fool Me" z albumu "Selling England by the Pound" - wspólne dzieło perkusisty i basisty/gitarzysty Mike'a Rutherforda. Skomponowali go na schodach przed Island Studios. Podobnie jak w przypadku "For Absent Friends", także tutaj nie słychać pozostałych muzyków.
Kiedy kilka lat później z zespołu odszedł Gabriel, a Collins przejął jego obowiązki, istniała obawa czy perkusista będzie w stanie zaśpiewać w mocniejszych utworach ("For Absent Friends" i "More Fool Me" mają charakter balladowy). Zawsze śpiewałem te bardziej anielskie fragmenty. Nigdy nie ćwiczyłem głosu po to, żeby podołać także mocniejszym partiom - przyznawał Collins. Kiedy jednak spróbował zaśpiewać także mocniejsze utwory przygotowane na pierwszy post-gabrielowy album, "A Trick of the Tail", okazało się, że doskonale sobie z nimi radzi.


3. "Supper's Ready" (z albumu "Foxtrot", 1972)

Najdłuższy utwór w historii grupy. 23-minutowa suita, składająca się z siedmiu części: "Lover's Leap", "The Guaranteed Eternal Sanctuary Man", "Ikhnaton and Itsacon and Their Band of Merry Men", "How Dare I Be So Beautiful?", "Willow Farm", "Apocalypse in 9/8 (Co-Starring the Delicious Talents of Gabble Ratchet)" oraz  "As Sure As Eggs Is Eggs (Aching Men's Feet)".
Z początku miała to być znacznie krótsza, ale dość urozmaicona kompozycja, grana głównie na instrumentach akustycznych - mówił klawiszowiec Tony Banks. Byliśmy z niej całkiem zadowoleni i pewnie nic już byśmy nie zmieniali, gdyby nie przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Otóż w tym samym czasie pracowaliśmy nad zupełnie innym utworem - "Willow Farm". I pomyślałem sobie, co by było, gdyby nagle przerwać tę subtelną muzykę i wejść z czymś obleśnym, bo taki charakter miały frazy otwierające "Willow Farm". Dostawiliśmy tam ten zakręcony kawałek i to całkowicie odmieniło naszą pierwotną wizję "Supper's Ready". Do tego stopnia, że obok gitary akustycznej, pojawiła się elektryczna. Dodaliśmy też organy, perkusję, itd. Utwór zaczął przeobrażać się w coś zupełnie innego. Tak, właściwie z niczego, narodziła się całkiem potężna całość.
Utwór był regularnie grany w całości na żywo w latach 1972-82. Na późniejszych trasach grupa wykonywała tylko jego fragmenty.


4. "I Know What I Like (In Your Wardrobe)" (z albumu "Selling England by the Pound", 1973)

Utwór, który był pierwszym notowanym singlem zespołu (21. miejsce w Wielkiej Brytanii), powstał właściwie przypadkiem. Często zdarzało mi się grać dla przyjemności z Philem Collinsem - mówił Hackett. I pewnego razu, gdy tak sobie muzykowaliśmy wyszedł mi spod palców ten riff. Grałem wtedy na gitarze podłączonej do głośników Leslie. Ale koledzy z zespołu z początku wzgardzili tym tematem. Powiedzieli mi, że za bardzo kojarzy się z piosenkami The Beatles. W końcu jednak zrobiliśmy z tego "I Know What I Like (In Your Wardrobe)". I okazało się, że powstał utwór, który wprowadził nas na listy przebojów. Była to dla mnie niezwykle przyjemna chwila. Nie sądziłem bowiem, że ta prościutka melodyjka ma jakikolwiek walor komercyjny. Odmiennego zdania był jednak Banks: Gdy tylko napisaliśmy "I Know What I Like", pomyślałem, że to będzie dobry singiel. Refren był bardzo chwytliwy.
Utwór był regularnie grany na żywo w latach 1973-82, a także na trasie "Turn It On Again: The Tour" z 2007 roku.


5. "The Carpet Crawlers" (z albumu "The Lamb Lies Down on Broadway", 1974)

Najbardziej znany fragment jedynego albumu koncepcyjnego w dyskografii grupy, "The Lamb Lies Down on Broadway". Była to jednak nie tyle zasługa oryginalnego singla z tym utworem (nie wszedł do notowań, podobnie jak większość małych płyt zespołu z tamtego czasu), a nowej wersji, nagranej w 1999 roku na potrzeby kompilacji "Turn It on Again: The Hits". Nagranie "The Carpet Crawlers 1999" było o tyle ważne, że zespół już wtedy nie istniał, a także ze względu na skład uczestniczący w sesji - ten sam, który zarejestrował oryginalną wersję. Było to ich pierwsze wspólne nagranie od 1974 roku (a także ostatnie, jak dotąd, jakie ukazało się pod szyldem Genesis). Nowa wersja od oryginalnej różni się przede wszystkim uwspółcześnionym brzmieniem, a także wokalnym duetem Gabriela i Collinsa (w oryginale śpiewał tylko pierwszy z nich).
"The Carpet Crawlers" znany jest także pod tytułami "Carpet Crawl", "The Carpet Crawl", oraz "Carpet Crawlers" - w zależności od wydania albumu.
Utwór był stałym punktem koncertów do 1981 roku, później wykonywany był sporadycznie, ale na trasach w 1998 i 2007 roku znów był grany regularnie.


6. "A Trick of the Tail" (z albumu "A Trick of the Tail", 1976)

Tony Banks zaczął pisać ten utwór już w 1972 roku (w okresie nagrywania albumu "Foxtrot"). Jego tytuł idealnie pasował jednak do sytuacji zespołu po odejściu Petera Gabriela, kiedy nowym frontmanem został muzyk już wcześniej znajdujący się w zespole, ale podczas koncertów znajdujący się z tyłu sceny. Kompozytor przyznawał, że rytm kawałka został zainspirowany utworem "Getting Better" Beatlesów. Napisany przez niego tekst z kolei nawiązywał do powieści "Spadkobiercy" Williama Goldinga.
Utwór został wydany na stronie B singla "Entangled". Była to pierwsza mała płyta zespołu z Philem Collinsem w roli głównego wokalisty. Singiel nie wszedł jednak do notowań.
"A Trick of the Tail" był pierwszym utworem Genesis, do którego nakręcono teledysk.
Utwór nie został nigdy wykonany na żywo.


7. "Follow You Follow Me" (z albumu "...And Then There Were Three...", 1978)

Pierwszy stricte-popowy utwór w repertuarze grupy. Wydany na singlu, stał się pierwszym naprawdę sporym przebojem Genesis, dochodząc do 7. miejsca w brytyjskim notowaniu, a także stając się pierwszym utworem zespołu na liście amerykańskiej (23. miejsce). Steve Hackett odchodząc z zespołu zabrał ze sobą trochę odjechane, surrealistyczne podejście do muzyki - mówił Banks. Które zresztą bardzo lubiłem. Straciliśmy to i pewnie także z tego powodu płyta "...And Then There Were Three..." była naszą najprostszą w karierze. Mieliśmy szczęście, że utwór taki jak "Follow You Follow Me" trafił nam się właśnie wtedy, dając nam sukces radiowy. Jest coś w prostocie akordów gitary, ten jeden tęskny riff, który nadaje mu charakterystyczne brzmienie. W innym wywiadzie klawiszowiec dodawał, że utwór był jedynym powodem, dzięki którego mogliśmy zaistnieć w czasie dominacji singli. Udawało nam się działać bez singli aż do końca lat 70., ale potem niewiele zespołów dawało sobie radę bez prawdziwych przebojów. Nie sądzę, aby Genesis mogło być tutaj wyjątkiem.
Utwór był regularnie wykonywany na żywo od 1978 roku, z wyjątkiem tras promujących albumy "Abacab" (1981) i "We Can't Dance" (1992).


8. "Misunderstanding" (z albumu "Duke", 1980)

Według słów Banksa, album "Duke" był pierwszym albumem, na którym Phil wyraźniej zaznaczył swoją obecność jako twórca. Wcześniej jego udział sprowadzał się raczej do pomocy w aranżowaniu utworów. Właściwie nie komponował. Natomiast na "Duke" napisał chociażby piosenkę "Misunderstanding", która zyskała znaczną popularność i w gruncie rzeczy przyniosła nam pierwszy większy sukces w Stanach. Rzeczywiście, utwór był pierwszym sporym sukcesem singlowym Genesis w Stanach, dochodząc do 14. miejsca na liście Billboardu. Jeszcze większy sukces odniósł jednak w Kanadzie, gdzie stał się numerem jeden. W Wielkiej Brytanii utwór radził sobie już znacznie gorzej, lądując zaledwie na 42. pozycji. Być może w Ameryce Północnej sprawdził się lepiej, ze względu na swój soulowy charakter - główną inspiracją była kompozycja "Hot Fun in the Summertime" funkowo-soulowej grupy Sly & The Family Stone.
Co ciekawe, Collins nie napisał tego utworu z myślą o Genesis, ale podczas pracy nad swoim solowym debiutem "Face Value" (identycznie było w przypadku innej jego kompozycji, "Please Don't Ask"). Postanowił jednak zaprezentować go kolegom z zespołu. Phil zagrał nam kilka swoich piosenek - przyznawał Banks. Zarzeka się, że grał nam też "In the Air Tonight". Jakoś w to nie wierzę, bo wtedy na pewno byśmy chcieli wziąć ten utwór. Może i dobrze się stało, bo w jego wersji to wspaniała piosenka. My byśmy chyba ją przekombinowali. W prostocie tego, co zrobił, była cała siła utworu. Byliśmy zaskoczeni jego sukcesem i to zmieniło wszystko w zespole. Do tego momentu ja i Mike rządziliśmy. Teraz byliśmy partnerami w tym biznesie, a i Phil poczuł się pewniej.
Collins: Tony upiera się, że nigdy nie zagrałem im na próbie "In the Air Tonight". Zagrałem. Ale cieszę się, że nie łyknęli tej piosenki, gdyż pewnie nie zachowałaby prostoty, jaką miała pierwotnie.
"In the Air Tonight" było pierwszym solowym przebojem Collinsa (2. miejsce w Wielkiej Brytanii, 19. w Stanach).
"Misunderstanding" był stałym punktem koncertów w latach 1980-84.


9. "Mama" (z albumu "Genesis", 1983)

Myślę, że "Mama" jest jednym z najmocniejszych utworów z jakimi kiedykolwiek mieliśmy do czynienia - mówił Tony Banks. Miał dla nas takie zupełnie inne brzmienie pod względem instrumentalnym. Po prostu improwizowaliśmy godzinami do podkładu perkusyjnego. Potem przesłuchaliśmy to wszystko, wybraliśmy te fragmenty, które były najlepsze i nauczyliśmy się jak je zagrać! Cała kompozycja opiera się na prostym loopie, zaprogramowanym przez Mike'a Rutherforda na automacie perkusyjnym. To wielka pomoc w komponowaniu - przyznawał Banks w innym wywiadzie. Przygotowujesz pętle, a ona gra i sprawdzasz co z tego wychodzi. Inaczej niż z perkusistą, który bez przerwy robi przejścia i inne ekscytujące rzeczy. Po prostu możesz eksperymentować. Jest to powtarzalne, ale ma w sobie hipnotyczną wartość.
Dodaliśmy trochę efektów, a Phil w tym czasie improwizował wokalnie - kontynuował Banks. Pojawiło się kilka linijek, jak "Can't you see me, mama", a potem wchodzą prawdziwe bębny.
Zespół mógł sobie pozwolić na dużo eksperymentowania, ponieważ od kilku lat dysponował własnym studiem nagraniowym, nazwanym The Farm. Nie byłoby "Mamy", gdybyśmy nie mieli własnego studia - przyznawał Collins. Utwór był nagrywany równocześnie z komponowaniem go.
Utwór często można usłyszeć w radiu na dzień matki, co jednak wynika z niewiedzy prezenterów. W rzeczywistości tekst opowiada o fascynacji nastolatka spotkaną przypadkowo prostytutką, w której widzi figurę matki - wyjaśniał Collins. Żywi do niej gorące uczucie i nie rozumie, dlaczego ona się nim nie interesuje.
Utwór wyróżnia się dość mrocznym klimatem, który potęguje złowieszczy śmiech wokalisty. Inspiracją był hip hopowy utwór "The Message" Grandmaster Flasha z 1982 roku.
"Mama" stała się największym przebojem zespołu w Wielkiej Brytanii, dochodząc do 4. miejsca w tamtejszym notowaniu (w Stanach zaledwie do 73.). Najważniejsze jest to, że udało nam się osiągnąć sukces dzięki piosence, która jest reprezentatywna dla naszej obecnej twórczości - mówił Rutherford. W przeszłości nasze najlepsze utwory w żadnym wypadku nie nadawały się na single. Na małych płytach wydawaliśmy więc piosenki, które nie były najlepsze w danym czasie.
Od 1983 roku utwór był regularnie wykonywany na wszystkich trasach zespołu, z wyjątkiem We Can't Dance Tour, na której grany był sporadycznie.


10. "Home By the Sea" / "Second Home By the Sea" (z albumu "Genesis", 1983)

Dwuczęściowy utwór, składający się z części piosenkowej ("Home by the Sea") i progresywnej ("Second Home by the Sea"), będąca kolejnym dowodem na to, że także w późniejszych latach działalności muzycy Genesis potrafili tworzyć rzeczy bardziej ambitne. Na albumie obie części tworzą całość, natomiast na singlu zostały umieszczone na przeciwnych stronach 7-calowej płyty. Singiel nie odniósł większego sukcesu (notowany był tylko w Australii, gdzie dotarł do 80. miejsca). "Second Home by the Sea" nominowany był za to do nagrody Grammy, w kategorii Najlepsze rockowe wykonanie instrumentalne, chociaż utwór nie jest całkowicie instrumentalny - na sam koniec pojawia się kilka linijek tekstu.
"Home By the Sea" powstał z godzinnego jamu - wyjaśniał Rutherford. Znajdowaliśmy ciekawy fragment i potem krążyliśmy wokół niego. Później pojawiały się kolejne. Musieliśmy to jednak skondensować. To, co trwa półtorej minuty na płycie, zajmowało nam pięćdziesiąt minut podczas prób. Banks potwierdzał: Całe solo z "Home By the Sea" pochodzi z takiego długiego jamu. Przesłuchiwaliśmy z Mike'em godziny naszych improwizacji, wyciągaliśmy z nich najciekawsze momenty i łączyliśmy ze sobą. Dawało to znakomite efekty.
Utwór był wykonywany (w całości) na wszystkich trasach zespołu od 1983 roku.


11. "Invisible Touch" (z albumu "Invisible Touch", 1986)

Największy amerykański przebój Genesis - jedyny singiel grupy, który dotarł na szczyt listy Billboardu. Całkiem nieźle radził sobie także na liście brytyjskiej (15. pozycja). To wspaniała piosenka w stylu pop - mówił Collins. Była podsumowaniem nastroju całego albumu.
Utwór powstał przypadkiem, z riffu zagranego przez Mike'a Rutherforda, podczas jamu, kiedy zespół pracował nad kompozycją "Domino" - a właściwie jej drugą częścią, "The Last Domino".
Często zdarzało się, że pracowaliśmy w studiu nad jakimś nowym utworem i Phil, jakby natchniony klimatem muzyki, która dopiero się rodziła rzucał jakieś sformułowanie, które w jednej chwili określało jej klimat emocjonalny - mówił Banks. Tak było np. w przypadku "Invisible Touch". Ukończenie takiego utworu było już wtedy bardzo łatwe. A napisanie do niego tekstu - jeszcze łatwiejsze. I nie miało znaczenia, czy ten tekst napisze Phil, czy ktoś inny. Ważne, że było to już proste, bo wiedziałeś od czego zacząć. Wiedziałeś, że znasz frazę, którą wszyscy będą nucić - wystarczyło ją obudować tylko innymi słowami. Phil ma łatwość spontanicznego wymyślania takich rzeczy, a to tylko jeden z wielu jego talentów.
Utwór utrzymywał się w setliście wszystkich tras od 1986 roku.


12. "Land of Confusion" (z albumu "Invisible Touch", 1986)

Obecnie jest to chyba najpopularniejszy utwór z repertuaru Genesis - tak przynajmniej wynika z portalu Last.fm. Również w chwili wydania na singlu, radził sobie całkiem nieźle w notowaniach (4. miejsce na liście Billboardu, 14. na UK Singles Chart). Popularność utwór zawdzięcza - przynajmniej w pewnym stopniu - nakręconemu do niego teledyskowi w technice "spitting image", będącym jednym z najbardziej rozpoznawalnych wideoklipów lat 80.
Pod względem tekstowym, utwór jest kolejnym - po "The Knife" - żartobliwym protest songiem, tym razem autorstwa Mike'a Rutherforda.
Podobnie jak "Invisible Touch", "Land of Confusion" był stałym punktem setlist wszystkich kolejnych tras koncertowych zespołu.


13. "No Son of Mine" (z albumu "We Can't Dance", 1991)

Utwór otwierający ostatni album Genesis z Philem Collinsem, a zarazem pierwszy singiel go promujący. "No Son of Mine" stał się kolejnym przebojem grupy (6. miejsce w Wielkiej Brytanii, 12. w Stanach), mimo poważnego tekstu, dotyczącego przemocy w rodzinie. To historia jedenasto-, dwunastoletniego chłopaka, który żyje w patologicznej rodzinie - mówił Collins. Ojciec terroryzuje pozostałych, codziennie przychodzi pijany, wyżywa się na żonie... Chłopak dorasta i zdaje sobie sprawę, że nie miał rodziny.
Pierwotny tytuł utworu brzmiał "Elephantus" - było to nawiązanie do charakterystycznego dźwięku, jaki się w nim pojawia. Ten zabawny hałas na początku nagrałem podczas próby - mówił Banks. Przede wszystkim słychać tam Mike'a, ale Phil też coś wtedy grał w podkładzie. I od momentu, kiedy zacząłem to grać z akordami, wiedziałem, że mamy piosenkę.
Utwór był wykonywany na żywo podczas trasy promującej album "We Can't Dance", a także na obu kolejnych.


14. "I Can't Dance"
(z albumu "We Can't Dance", 1991)

Ostatni singiel zespołu, który wszedł do pierwszej dziesiątki notowania brytyjskiego i amerykańskiego (na obu doszedł do miejsca siódmego).
Zalążkiem utworu był gitarowy riff, który Mike Rutherford zagrał podczas sesji. Inspiracją była... reklama dżinsów, w której wykorzystany został kawałek "Should I Stay Or Should I Go" The Clash. Stąd zresztą wziął się oryginalny tytuł kompozycji: Nazywaliśmy ten kawałek "Blue Jeans", bo riff gitarowy przypominał motyw jednej z reklam dżinsów - mówił Tony Banks.
Muzycy początkowo nie traktowali "I Can't Dance" poważnie. Uważali go za zbyt prosty, bluesowy i kompletnie nie w stylu Genesis. Myśleliśmy, że zmierza to donikąd - mówił Banks. Brzmiało zabawnie, ale nie było niczym szczególnym. Dopiero kiedy klawiszowiec dodał podstawę rytmiczną - stworzoną całkowicie za pomocą syntezatora - muzycy zdecydowali się zarejestrować utwór.
Podobnie jak "No Son of Mine", "I Can't Dance" grany był podczas wszystkich trzech ostatnich tras Genesis.


15. "Congo" (z albumu "Calling All Stations", 1997)

Najpopularniejszy utwór z jedynego albumu Genesis nagranego z wokalistą Rayem Wilsonem. Był to pierwszy z trzech singli nowego oblicza grupy, a zarazem najwyżej z nich notowany  - doszedł do 29. miejsca na UK Singles Chart (pozostałe dwa, "Shipwrecked" i "Not About Us" zatrzymały się w drugiej pięćdziesiątce). W Stanach żaden singiel z Wilsonem nie był notowany, a cały "Calling All Stations" był najsłabiej sprzedającym się tam longplayem od czasu "Selling England by the Pound" - wpłynęło to na decyzję Banksa i Rutherforda, aby rozwiązać zespół.
Wilson przyznawał, że nie przepada za tym utworem: Nigdy specjalnie nie lubiłem tego kawałka - mówił. Jest za bardzo w stylu staccato. To nie jest rodzaj melodii, w której czuję się najlepiej.
"Congo" był wykonywany na każdym koncercie, podczas trasy promującej "Calling All Stations".


1 grudnia 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Rush

Kanadyjskie trio Rush nie jest w Polsce zbyt popularne, jednak odegrało istotną rolę w rozwoju muzyki hardrockowej i rocka progresywnego, wpływając na wielu innych wykonawców. Dlatego właśnie tej grupie poświęcam kolejną cześć cyklu "Najważniejsze utwory...".

Rush: Geedy Lee, Alex Lifeson i Neil Peart.

1. "Working Man" (z albumu "Rush", 1974)

Przykład wczesnego, stricte hardrockowego stylu grupy, pochodzący z czasów, gdy w skład grupy obok śpiewającego basisty Geddy'ego Lee i gitarzysty Alexa Lifesona wchodził perkusista John Rutsey. Tekst utworu, napisany przez Lee i Lifesona, opiera się na ich własnych doświadczeniach. Opowiada o monotonnym życiu robotnika, widzianym z perspektywy osoby marzącej o lepszym życiu. Zanim muzycy mogli żyć z grania, musieli chwytać się różnych zajęć. Utwór stał się jeszcze bardziej aktualny, gdy nikt w Kandzie nie chciał wydać ich - już nagranej - debiutanckiej płyty.
"Working Man" był jednak właśnie tym utworem, który pomógł znaleźć grupie wydawcę. W Stanach. Materiał nagrany przez Rush trafił do rozgłośni WMMS- FM z Cleveland, do rąk kierownika muzycznego radiostacji, niejakiej  Donny Halper. Byłam w swoim biurze i słuchałam nowej muzyki - wspominała Halper. Decydowaliśmy co będziemy grać w przyszłym tygodniu i nagle dostałam to coś z Kanady. Pamiętam, że puściłam najdłuższy kawałek i pomyślałam: "O mój Boże, to jest świetna płyta dla Cleveland". Wtedy to było miasto fabryk i każdy słuchacz czuł się jak człowiek pracujący. [Po odtworzeniu utworu] natychmiast rozdzwoniły się telefony: "Kiedy wychodzi ten nowy album Led Zeppelin?". "Nie, nie, to nie nowy album Led Zeppelin, to kanadyjski zespół Rush". Za każdym razem gdy graliśmy tą płytę, ludzie dzwonili i pytali gdzie ją mogą kupić. Rozpoczynał się kult.
Zespół regularnie wykonywał "Working Man" na koncertach w latach 1974-82, później na długie lata z niego zrezygnował, by przywrócić go na trasach z lat 2002-04 (w wersji bliskiej oryginału, ale skróconej) i 2010-12 (z wstępem w stylu reggae).


2. "Fly by Night" (z albumu "Fly by Night", 1975)

Jeden z pierwszych utworów napisanych i nagranych już z nowym perkusistą Neilem Peartem, który objął także funkcję głównego tekściarza grupy. Mówiliśmy: "Zobacz, ile książek przeczytał. Zobacz, jakiego słownictwa używa. Chyba będzie w stanie pisać nam teksty" - wspominał Lee. W tekście "Fly by Night" Peart opisał jak w wieku osiemnastu lat opuścił swoją rodzinną, niewielką miejscowość w Kanadzie i udał się w podróż do Anglii, która - jak przyznawał - całkowicie zmieniła jego życie.
Na tle ówczesnego, hardrockowego stylu grupy, utwór "Fly By Night" wyróżniał się swoją melodyjnością. Nic dziwnego, że właśnie on został wybrany do promocji albumu na singlu. Mała płyta została odnotowana w kanadyjskim notowaniu (45. miejsce). Dwa lata później utwór został wydany na singlu raz jeszcze - w koncertowej wersji z albumu "All the World's a Stage". Był to pierwszy singiel grupy, który został odnotowany w amerykańskim notowaniu (88. miejsce).
"Fly by Night" był przez grupę wykonywany na żywo w latach 1974-78.


3. "By-Tor & the Snow Dog" (z albumu "Fly by Night", 1975)

 Pierwszy dłuższy, bardziej progresywny utwór w repertuarze grupy, składający się z czterech części: "At the Tobes of Hades", "Across the Styx", "Of the Battle" i "Epilogue". Najdłuższa z nich, "Of the Battle", także jest podzielona na cztery części: "Challenge and Defiance", "7/4 War Furor", "Aftermath" i "Hymn of Triumph".
Album "Fly by Night" był trochę inny niż pierwsza płyta, więc wytwórnia nie była pewna, czy rozwijamy się we "właściwym"  kierunku - mówił Geddy Lee. Chcieli byśmy byli bardziej podobni do Bad Company, a nie tacy zakręceni, jakimi się stawaliśmy. "By-Tor & the Snow Dog" - o czym do cholery to jest?
Począwszy od "By-Tor and the Snow Dog", zaczęliśmy pisać bardziej tematycznie - wyjaśniał Alex Lifeson. A potem na "Caress of Steel" zrobiliśmy całą stronę z utworem "The Fountain of Lamenth", a i "The Necromancer" był niewiele krótszy. To był początek dłuższych kawałków.
Tytuł utworu pochodzi od przydomków dwóch psów kręcących się po studiu nagraniowym, które nadał im menadżer zespołu. Pies, który gryzł wszystkich wchodzących, został nazwany "By-Tor" (zniekształcone słowo "biter", czyli "gryzący").  Drugiego psa nazwano "Snow Dog", ze względu na jego śnieżnobiałą sierść.
Na żywo utwór był grany w latach 1975-82 i 2002-04.


4. "2112" (z albumu "2112", 1976)

Najdłuższy utwór w dorobku Rush, wypełniający całą stronę (w wydaniu winylowym) tak samo zatytułowanego, czwartego longplaya grupy. Suita składa się z siedmiu części: "Overture", "The Temples of Syrinx", "Discovery", "Presentation", "Oracle: The Dream", "Soliloquy" i "Grand Finale". Do napisania tekstu (którego akcja dzieje się w XXII wieku, w świecie, w którym muzyka jest zakazana) zainspirowała Pearta książka Ayn Rand pod tytułem "Anthem" - ta sama, która była inspiracją dla jednego z wcześniejszych kawałków zespołu, zatytułowanego własnie "Anthem". Rand była posądzana o radykalne prawicowe przekonania, zatem lewicująca prasa muzyczna z Wielkiej Brytanii szybko przypięła do zespołu łatkę "faszystów".
Neil przeczytał wszystkie książki Ayn Rand - tłumaczył Alex Lifeson. On zresztą w ogóle dużo czyta. A "Anthem" zrobiła na nim wielkie wrażenie - to fakt, ale prasa przesadnie to rozdmuchała. Poza tym ja też czytałem tę książkę. Tam nie ma nic faszystowskiego. Ona po prostu opowiada o ludziach, jednostkach ludzkich, które chcą same ułożyć sobie życie.
Istotą historii, która rozwinęła się w "2112", było przeciwstawienie jednostki masie - przyznawał Peart. I [dzięki temu] album przemówił do ludzi i rozprzestrzenił się podawany z ust do ust. Oczywiście 20-minutowy utwór nie zagościł w radiu. Nie w całości. Skrócona wersja utworu (do części "Overture" i "The Temples of Syrinx") została wydana na singlu.
Przez długi czas, podczas koncertów utwór nie był nigdy wykonywany na żywo w całości. Dopiero po dwudziestu latach, na trasie promującej album "Test for Echo" (1996) muzycy zdecydowali się zagrać go w całej okazałości. Kiedy w roku 1976 ukazała się ta płyta, my wciąż supportowaliśmy inne kapele, albo graliśmy godzinne koncerty i to właśnie dlatego ten utwór był prezentowany w okrojonej wersji od samego początku - wyjaśniał Lifeson. Później, gdy zaczęliśmy grać w małym salach, ciągle wykonywaliśmy tyko fragmenty "2112". Dopiero na trasie "Test for Echo" doszliśmy do wniosku, że najwyższa pora przedstawić ten utwór w całości. Wykonując tę kompozycję znowu poczuliśmy jak się młodzieńcy, jakbyśmy się cofnęli do przeszłości.


5. "Closer to the Heart" (z albumu "A Farewell to Kings", 1977)

Pierwszy prawdziwy przebój w dorobku Rush. Singiel został zauważony nie tylko w Kanadzie (45. miejsce w tamtejszym notowaniu), ale również w Wielkiej Brytanii (miejsce 36.) i Stanach (miejsce 76.). Nigdy nie zastanawialiśmy się podczas pracy nad utworem, czy będzie to hit - mówił Alex Lifeson. Nie myśleliśmy o tym, żeby nadawał się do radia i był powerplayem. W tym akurat przypadku, rzecz stała się przebojem, ale podczas pracy była to po prostu kolejna piosenka z płyty.
W późniejszych latach utwór został jeszcze trzykrotnie wydany na małej płycie. Za każdym razem w wersji koncertowej, promującej kolejne albumy na żywo zespołu: "Exit...Stage Left" (1981), "A Show of Hands" (1989) i "Different Stages" (1998). Pierwszy z tych trzech singli był notowany w Stanach, gdzie doszedł do 69. miejsca w podstawowym notowaniu, oraz do 21. na Mainstream Rock Chart.
"Closer to the Heart" jest pierwszym i jednym z nielicznych utworów grupy, w którego tworzeniu brał udział ktoś z zewnątrz - przyjaciel Neila Pearta, Peter Talbot.
Utwór jest regularnie wykonywany przez grupę na żywo.


6. "The Trees" (z albumu "Hemispheres", 1978)

To prawdopodobnie najlepszy utwór na tej płycie, bo najprostszy - mówił Geddy Lee. Sam utwór jednak do prostych zdecydowanie nie należy. Składa się z kilku różnych części, z których każda utrzymana jest w innym metrum: we fragmentach akustycznych muzycy grają na 6/8, we fragmentach hardrockowych na tradycyjne 4/4, natomiast w części instrumentalnej pojawia się nietypowe metrum 5/4.
Tekst utworu opowiada o... kłócących się drzewach. Neil Peart twierdził, że nie ma w tym żadnego głębszego przesłania. To był nagły pomysł - mówił. Pracowałem nad czymś zupełnie innym, kiedy nagle pomyślałem: "A co, jeśli drzewa zachowywałyby się jak ludzie?".
Utwór został wydany na singlu, ale nie wszedł do notowań. Należy natomiast do najczęściej granych kompozycji podczas koncertów Rush.


7. "La Villa Strangiato" (z albumu "Hemispheres", 1978)

Pierwszy w pełni instrumentalny utwór Rush, a zarazem najdłuższy z nich, składający się z dwunastu części i trwający w sumie ponad dziewięć minut. Byliśmy zdeterminowani by nagrać ten utwór w jednym podejściu na żywo - mówił Geddy Lee. Myślę, że spędziliśmy jedenaście dni próbując tylko nagrać podkład i musieliśmy w końcu się poddać. Musieliśmy rozłożyć nagrywanie na trzy etapy. Napisaliśmy materiał, który był naprawdę trochę ponad nami, biorąc pod uwagę stopień wirtuozerii, jaki wtedy mieliśmy. Według Pearta utwór był nagrywany dłużej, niż cały album "Fly by Night".
Pełny tytuł utworu brzmi "La Villa Strangiato (An Exercise in Self-Indulgence)". Kompozycja jest regularnie wykonywana na koncertach grupy - najczęściej z utworów znajdujących się na albumie "Hemispheres".


8. "The Spirit of Radio" (z albumu "Permanent Waves", 1980)

Kolejny singlowy przebój zespołu. Najwyżej notowany utwór Rush na UK Singles Chart (13. pozycja), całkiem niezłe radził sobie także w Kanadzie (22. miejsce) i odrobinę słabiej w Stanach (51. miejsce). To był punkt zwrotny w naszej karierze - mówił Lifeson. Nagle staliśmy się gwiazdą wyprzedającą duże hale koncertowe. W tym utworze, choć jest krótki, udało nam się zawrzeć wiele różnych rozwiązań aranżacyjnych. Wcześniej udawało nam się to tylko w bardziej rozbudowanych kompozycjach. Pod koniec utworu pojawia się nawet fragment w stylu reggae (zespół sparodiował w nim przebój "The Sound of Silence" duetu Simon and Garfunkel).
Pamiętam, że pod koniec sesji "Hemispheres" doszliśmy do wniosku, że już nigdy nie będziemy nagrywali w ten sposób - wspominał Peart. Właśnie wtedy daliśmy sobie spokój z dłuższymi formami. Od "Permanent Waves" zaczęliśmy stopniowo przechodzić do bardziej zwięzłych, krótszych utworów. To słychać już w "The Spirit of Radio" i "Freewill", po prostu doszliśmy do tego, jak tworzyć kompozycje bardziej skondensowane. W tamtym okresie pobraliśmy solidną naukę pisania rockowych utworów.
Podobnie jak "Closer to the Heart", również "The Spirit of Radio" został wydany na singlu także w wersji koncertowej - pochodzącej z albumu "Different Stages". Również ta wersja odniosła pewien sukces - 27. miejsce na amerykańskim Mainstream Rock Chart.
Utwór jest stałym punktem występów na żywo zespołu.


9. "Limelight" (z albumu "Moving Pictures", 1981)

Wydaje mi się, że to utwór odzwierciedlający walkę, jaką Neil toczył w tym czasie z samym sobą - mówił Geedy Lee. Stanowi jego próbę spojrzenia na siebie z pewnego dystansu. Jest pytaniem o sens własnych poczynań, a także wyrazem zmagań ze sławą, z niedogodnościami, jakie wiążą się z sukcesem. Myślę, że praca nad tym tekstem była dla niego rodzajem terapii. Pomogła mu postawić sobie kilka ważnych pytań. Perkusista tłumaczył: Ten utwór to próba ukazania wad i zalet bycia sławnym. Teraz wiem, że nie da się tego przekazać w żaden sposób. Kiedy ktoś krzyczy do mnie: "Neil!", a ja go nawet nie znam, czuję się dziwnie. Wiodę normalnie życie, nie jestem gwiazdą. Nigdy nie starałem się być sławny, tylko dobry w tym, co robię.
Chodziłem na koncerty The Who, ale nie przyszłoby mi do głowy, by dostać się za kulisy, próbować zakraść do hotelu, a tym bardziej do domu któregoś z muzyków - mówił Peart w innym wywiadzie. Byłem zszokowany, gdy zaobserwowałem takie zachowanie u naszych fanów.
Utwór wyróżnia się jedną z najlepszych solówek Alexa Lifesona. Zawsze podobała mi się jej elastyczność - przyznawał gitarzysta. Ma tę tonację, którą lubię. Uwielbiam grać ją na żywo, ale wolę słuchać z płyty. W wersji studyjnej jest w niej magia. Nigdy nie udało mi się odtworzyć jej na koncertach. Prawdopodobnie dlatego, że była nagrywana w nietypowy sposób. Studio, w którym pracowaliśmy, mieściło się trochę na południe od Montrealu - mówił Lifeson. W bardzo pięknej scenerii. W pewnym momencie postanowiliśmy wystawić głośnik na zewnątrz. Ja zostałem w reżyserce. Mikrofony rozstawiliśmy nieco dalej, tak aby uchwycić naturalne echo gór. Brzmienie było niesamowite. Gitara śpiewała wypełniając całą dolinę nad jeziorem.
"Limelight" był pierwszym singlem promującym album "Moving Pictures". Doszedł do 18. pozycji w Kanadzie; w Stanach sprzedaż wystarczyła zaledwie na 55. pozycję, chociaż na Mainstream Rock Chart utwór doszedł aż do 4. miejsca.
Utwór jest regularnie wykonywany podczas koncertów.


10. "Tom Sawyer" (z albumu "Moving Pictures", 1981)

Drugi singiel promujący "Moving Pictures" okazał się kolejnym komercyjnym sukcesem grupy (24. miejsce w kanadyjskim notowaniu, 25. w brytyjskim i 44. w amerykańskim, a także 8. pozycja Mainstream Rock). Dziś to chyba własnie ten utwór jest najpopularniejszym w dorobku Rush. Muzycy musieli jednak włożyć w dużo pracy w ten sukces. Na każdej płycie z reguły jest jedna piosenka, z którą trzeba walczyć do samego końca - mówił Geddy Lee. Praca nad "Tom Sawyer" była jak wyrywanie zębów. Alex wypróbował setkę brzmień, nagrywając gitarowe solo. Zawsze musi być jakiś utwór, którego nagrywanie doprowadza cię do szaleństwa.
Pod względem muzycznym, utwór wyróżnia się brzmieniem - muzycy po raz pierwszy tak odważnie wykorzystali syntezatory. Niejako była to zapowiedź ich późniejszych poczynań. Kawałek wyróżnia się także pod względem struktury. Zwrotka przechodzi w łącznik, a ten w refren - tłumaczył Lifeson. Potem jest solo i cykl się powtarza. To nie była typowa forma dla Rush.
Współautorem utworu jest kanadyjski tekściarz Pye Dubois.
"Tom Sawyer" należy do najczęściej wykonywanych przez grupę na żywo utworów. Nie dziwi więc, że - tak samo jak "Closer to the Heart" i "The Spirit of Radio" - został wydany na singlu także w wersji koncertowej (pochodzącej z albumu "Exit...Stage Left").


11. "YYZ" (z albumu "Moving Pictures", 1981)

Bardzo skomplikowany rytmicznie utwór instrumentalny. Litery składające się na tytuł to kod lotniska w Toronto. Zawsze byliśmy szczęśliwi, gdy widzieliśmy kod YYZ na naszych walizkach, bo oznaczało to, że wracamy do domu - twierdzili Lee i Peart. We wstępie utworu, rytm jest powieleniem sygnału YYZ, wystukiwanego za pomocą alfabetu Morse'a.
W 1982 roku utwór był nominowany do nagrody Grammy, w kategorii Best Rock Instrumental. Przegrał jednak z "Behind My Camel" The Police.
"YYZ" jest stałym punktem koncertów Rush, często łączonym z perkusyjnym solem Neila Pearta.


12. "Witch Hunt" (z albumu "Moving Pictures", 1981)

Trzecia (chronologicznie pierwsza) część serii utworów zatytułowanej "Fear". Inspiracją stworzenia tej trylogii był starszy mężczyzna, który uważał, że to nie miłość, pieniądze lub pogoń za szczęściem są determinującym elementem życia, ale strach - mówił w 1994 roku Neil Peart. Uważał, ze większość ludzkich działań jest motywowane strachem - przed głodem, byciem zranionym, samotnym, lub okradzionym. Że ludzie nie dokonują wyborów w nadziei, że stanie się coś dobrego, ale ze strachu, że stanie się coś złego. Początkowo nie chciałem się z tym zgodzić. Ale im dłużej o tym myślałem, przyglądałem się zachowaniu otaczających mnie ludzi, zrozumiałem, że jest w tym wiele racji. Od razu naszkicowałem trzy "teatry strachu": jak strach działa wewnątrz nas ("The Enemy Within"), jak strach jest wykorzystywany przeciwko nam ("The Weapon"), oraz jak strach wpływa na mentalność tłumu ("Witch Hunt"). Najłatwiej było napisać tekst o tym ostatnim, więc od niego zacząłem. Z tego samego powodu pozostałe dwie części napisałem w odwrotnej kolejności.
Druga część trylogii, "The Weapon", trafiła na kolejny album zespołu ("Signals" z 1982 roku), natomiast pierwsza, "The Enemy Within", na jeszcze następny ("Grace Under Pressure" z 1984). Po 18 latach trylogia została poszerzona do tetralogii, kiedy wydany został album "Vapor Trails" (2002), zawierający utwór "Freeze", będący czwartą odsłoną "Fear".
Na żywo utwór był wykonywany w latach 1984-86 i 2007-11.


13. "Subdivisions" (z albumu "Signals", 1982)

Kiedy zabraliśmy się za nowy album, staraliśmy się zrobić go inaczej - mówił Neil Peart. Chcieliśmy, aby inaczej oddziaływał na słuchacza. Zależało nam, żeby stworzyć coś zupełnie odmiennego. Muzycy postanowili zwiększyć rolę instrumentów klawiszowych, kosztem gitar. Po latach Geddy Lee komentował to następująco: Może się to wydać dziwne, ale nikt z nas nie naciskał, byśmy poszli za ciosem i rozwijali styl z "Moving Pictures". Zamiast tego całkowicie odmieniliśmy nasze brzmienie, wprowadzając syntezatory. Zdecydowaliśmy - z perspektywy czasu wydaje mi się, że niemądrze - iż chcemy być zespołem czterech instrumentów i dla klawiszy powinno być tyle samo miejsca, co dla gitary. Było to trochę nie fair wobec Alexa. Ale wtedy zgadzał się na takie rozwiązanie, więc sam jest sobie winien! Muzycznie, ta płyta ma kilka mocnych momentów. Nadal uważam "Subdivisions" za jedną z najlepszych naszych kompozycji. Ale koncerty ucierpiały na tym, że musiałem miotać się miedzy mikrofonem, gitarą basową i klawiaturami. Myśleliśmy nawet nad rozszerzeniem składu, ale nikt z nas się do tego nie palił.
"Subdivisions" został wydany na singlu i stał się kolejnym przebojem Rush, dochodząc do 8. miejsca na Mainstream Rock Chart, 27. na UK Singles Chart, oraz 36. w kanadyjskim notowaniu.
Utwór jest regularnie wykonywany na żywo.


14. "Red Sector A" (z albumu "Grace Under Pressure", 1984)

Tekst tego utworu, dotyczący holocaustu, został tradycyjnie napisany przez Neila Pearta, ale inspiracji dostarczył Geedy Lee, którego rodzice podczas wojny byli uwięzieni w obozie koncentracyjnym. Pewnego razu spytałem matkę o jej pierwsze myśli związane z wyzwoleniem - mówił Lee. Nie wierzyła, że to w ogóle jest możliwe. Myślała, że jeśli na zewnątrz jest jakiekolwiek społeczeństwo, to nie pozwoliłoby na istnienie tego obozu. Przyjęła więc, że społeczeństwo zostało zlikwidowane. Warto dodać, że rodzice Lee - Manya Rubenstein i Morris Weinrib - przed emigracją do Kanady, mieszkali na terenie Polski.
Geneza tytułu utworu jest już mniej ponura, niż tekstu - "Red Sector A" to nazwa miejsca w Kennedy Space Center, z którego muzycy w kwietniu 1981 roku, obserwowali start wahadłowca Columbia (wydarzenie było to także inspiracją dla utworu "Countdown" z ich poprzedniego albumu, "Signals").
"Red Sector A" został wydany na singlu i doszedł do 21. miejsca na Mainstream Rock Chart.
Utwór jest często wykonywany podczas występów grupy.


15. "Roll the Bones" (z albumu "Roll the Bones", 1991)

Kawałek zyskał sławę, jako jeden z pierwszych w muzyce rockowej, w których pojawia się rapowana partia wokalna. Nie mogliśmy się zdecydować, czy naprawdę chcemy inspirować się rapem, czy sparodiować go - mówił Geddy Lee. Ostatecznie nie wyszło ani jedno, ani drugie. Utwór nie jest odległy od tego, co gramy zazwyczaj.
O jakie kości chodzi w tytule? "Roll the Bones" to zaadoptowane przez nas powiedzenie starych, amerykańskich hazardzistów z Południa - wyjaśniał Lee w innym wywiadzie. Oni mówili "roll dem bones" i chodziło o grę w kości. To była okazja do ryzyka. Podobny element ryzyka spotykają w swoim życiu muzycy, szczególnie podczas pisania nowego utworu. Czuje się dreszczyk emocji gdy walczy się z nutami, które układają się w świetną piosenkę. Najważniejsza jest ta iskra emocji.
"Roll the Bones" został wydany na singlu i w Stanach doszedł do 9. miejsca Mainstream Rock Chart i 49. w ogólnym. Był też notowany w Kanadzie (25. pozycja). Utwór był często grany na żywo w latach 1991-2004.