30 grudnia 2013

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Electric Ladyland" (1968)



Jimi Hendrix nie zamierzał nagrywać następcy "Axis: Bold as Love" w podobnym pośpiechu. Tym razem zamiast jednej, trwającej około miesiąca sesji, odbyło się ich kilka, na przestrzeni nieco ponad roku. Materiał powstawał w lipcu i grudniu 1967 roku, a także w styczniu i od kwietnia do sierpnia 1968 roku. Prace nad albumem przedłużały się z jednej strony przez perfekcjonizm Hendrixa, który objawiał się rejestrowaniem nawet kilkudziesięciu podejść do jednego utworu, a z drugiej strony przez jego niezwykłą płodność artystyczną - napisał tyle utworów, że starczyło ich na album dwupłytowy. Zapewne nie bez znaczenia był też fakt, że podczas tych sesji zaczęło dochodzić do rozłamu pomiędzy członkami Experience. Hendrix był coraz bardziej niezadowolony z gry Noela Reddinga, którego w rezultacie można usłyszeć tylko w pięciu z szesnastu utworów. Ale Mitch Mitchell również nie jest obecny w niektórych kawałkach. Na albumie wystąpiło za to wielu gości, jak Brian Jones z The Rolling Stones czy członkowie grupy Traffic.

"Electric Ladyland" ukazał się po obu stronach Atlantyku (z różnymi okładkami, gdyż oryginalny projekt brytyjskiego wydania nie został zaakceptowany w niektórych krajach) w październiku 1968 roku. I okazał kolejnym wielkim sukcesem komercyjnym. W Stanach doszedł na szczyt notowania (co nie udało się żadnemu z obu poprzednich albumów), a w Wielkiej Brytanii zaledwie do 6. miejsca. Do dziś należy do ścisłego kanonu muzyki rockowej. I niewątpliwie na to zasłużył. Choć mogło być lepiej. Nie brakuje tu naprawdę fantastycznych momentów, pokazujących większą dojrzałość muzyczną Hendrixa i jego rozwój jako kompozytora czy aranżera. Do tego całość wypada naprawdę spójnie, choć słychać różnorodne wpływy od psychodelii, bluesa i funku po jazz. Ale jak praktycznie każdy studyjny album rockowy składający się z dwóch płyt, "Electric Ladyland" cierpi na nadmiar materiału, który nie zawsze prezentuje najwyższą jakość. Co prawda, nawet te mniej udane fragmenty wypadają na ogół bardzo przyjemnie i nie wpływają znacząco na poziom całości. Ale jednopłytowe wydawnictwo złożone z najmocniejszych utworów byłby być może najwspanialszym albumem z nieprogresywnym rockiem.

Oryginalna okładka wydania brytyjskiego (po rozłożeniu koperty).

Do najlepszych fragmentów albumu zalicza się  "Voodoo Chile" - spontaniczny, piętnastominutowy jam na bazie kompozycji "Rollin' Stone" Muddy'ego Watersa, wzbogacony jednak autorskim tekstem. Oprócz Hendrixa i Mitchella w nagraniu wzięli udział Steve Winwood z Traffic i basista Jefferson Airplane, Jack Casady. Muzycy doskonale wczuli się w klimat klasycznego bluesa w wolnym tempie. Hendrix, w końcu nieograniczony piosenkową strukturą i długością, mógł wreszcie pokazać na co naprawdę go stać. Jego porywającym solówkom towarzyszą nie mniej wspaniałe partie elektrycznych organów Winwooda. Szkoda tylko, że sekcja rytmiczna nie gra w tak samo rewelacyjny sposób. Co ciekawe, podczas tego jamu narodził się pomysł na inny utwór z tego albumu, "Voodoo Child (Slight Return)". To już zdecydowanie krótsze, bardziej zwarte, ale zachowujące bluesową swobodę nagranie, porażające potężną dawką energii i wyjątkowym ciężarem, jak na rok wydania. Ten utwór wypada jeszcze bardziej porywająco.

Doskonałym nagraniem jest także "All Along the Watchtower" - kompozycja Boba Dylana z wydanego rok wcześniej albumu "John Wesley Harding". Wspaniała melodia i tekst nie uległy zmianom, została też rytmiczna partia akustycznej gitary (w wykonaniu Dave'a Masona z Traffic), natomiast miejsce harmonijki zajęły porywające solówki Hendrixa (częściowo grane techniką slide za pomocą zapalniczki), co wraz z bardziej energetyczną gra sekcji rytmicznej całkowicie zmieniło charakter utworu. Autor oryginału był pod takim wrażeniem tej wersji, że sam zaczął prezentować ją na koncertach w ten sposób. A moim zdaniem jest to najwspanialsza rockowa piosenka (celowo używam tu tego słowa, oznaczającego nagranie o typowej, zwrotkowo-refrenowej strukturze). Najpiękniejszym momentem albumu - i być może całej twórczości Hendrixa - jest natomiast "1983... (A Merman I Should Turn to Be)". To ambitna, rozbudowana do trzynastu minut ballada, utrzymana w bardzo psychodelicznym klimacie, a w dalszej części nabierająca nawet lekko jazzowego charakteru. Nastrój podkreślają partie fletu (w wykonaniu kolejnego muzyka Traffic, Chrisa Wooda) i perkusjonaliów, jednak uwagę przyciągają przede wszystkim solówki lidera na gitarze i basie.

Z utworów mniejszego kalibru warto wspomnieć przede wszystkim o jazzującym, nieco jamowym "Rainy Day, Dream Away", nagranym przez Hendrixa z pomocą saksofonisty Freddiego Smitha, klawiszowca Mike'a Finnigana, perkusisty Buddy'ego Milesa i perkusjonisty Larry'ego Faucette'a. To taki luzacki kawałek, stanowiący potrzebną chwilę wytchnienia od bardziej emocjonujących utworów wymienionych powyżej. Na potencjalnej jednopłytowej wersji "Electric Ladyland" przydałoby się też trochę psychodelii w bardziej piosenkowym wydaniu. Najlepszym kawałkiem tego typu jest wydany już rok wcześniej na brytyjskim singlu "Burning of the Midnight Lamp", fajnie wzbogacony elektrycznym klawesynem i soulowym żeńskim chórkiem w wykonaniu współpracowniczek Arethy Franklin. Przydałoby się jeszcze trochę prostego, hardrockowego czadu, może z chwytliwą melodią i funkową rytmiką - "Crosstown Traffic" byłby w sam raz. To w sumie siedem utworów o całkowitym czasie trwania około czterdziestu ośmiu minut. Wyraźnie więcej od dwóch poprzednich albumów, ale spokojnie zmieściłoby się to na pojedynczym winylu.

Jednak na albumie postanowiono zmieścić znacznie więcej muzyki. Pozostałe kawałki jakoś szczególnie mi nie przeszkadzają, całości wciąż słucha się bardzo przyjemnie, tylko rzadziej coś naprawdę przyciąga moją uwagę. Psychodeliczna piosenka "Have You Ever Been (to Electric Ladyland)", energetyczna przeróbka rhythm'n'bluesowej kompozycji "Come On" Earla Kinga, funkowy "Gypsy Eyes" i bluesrockowy "Still Raining, Still Dreaming" na pewno nie szkodzą, choć ich brak też by nie zaszkodził. A zdarzają się też fragmenty zupełnie zbędne (miniatury "..And the Gods Made Love" i "Moon, Turn the Tides... Gently Gently Away", w których nie ma nic poza studyjnymi efektami), zwykłe wypełniacze (np. "Long Hot Summer Night", "House Burning Down") i jedno nagranie brzmiące jakby przez pomyłkę znalazł się tu kawałek innego wykonawcy ("Little Miss Strange", napisany przez Reddinga i zaśpiewany przez niego z pomocą Mitchella).

"Electric Ladyland" powstawał w bardziej swobodnej atmosferze, bez czasowych ograniczeń i narzucającego swoja wolę producenta. Miało to zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki. Największym plusem jest to, że Jimi Hendrix mógł w końcu pokazać w pełni swój talent jako kompozytor, aranżer i przede wszystkim jako gitarzysta. Minusem jest zaś nadmiar materiału, któremu na dobre wyszłaby większa selekcja. Cztery utwory przebijają wszystko, co Hendrix zrobił do tamtej pory, pozostałe prezentują różny poziom - raczej wysoki, niż niski, choć parę słabszych momentów też się tu znalazło. Jak wiele innych klasyków muzyki rockowej, "Electric Ladyland" zawdzięcza swój status pojedynczym nagraniom, a nie doskonałej całości.

Ocena: 8/10



The Jimi Hendrix Experience - "Electric Ladyland" (1968)

LP1: 1. ...And the Gods Made Love; 2. Have You Ever Been (to Electric Ladyland); 3. Crosstown Traffic; 4. Voodoo Chile; 5. Little Miss Strange; 6. Long Hot Summer Night; 7. Come On (Let the Good Times Roll); 8. Gypsy Eyes; 9. Burning of the Midnight Lamp
LP2: 1. Rainy Day, Dream Away; 2. 1983... (A Merman I Should Turn to Be); 3. Moon, Turn the Tides... Gently Gently Away; 4. Still Raining, Still Dreaming; 5. House Burning Down; 6. All Along the Watchtower; 7. Voodoo Child (Slight Return)

Skład: Jimi Hendrix - wokal, gitara, pianino, instr. perkusyjne, gitara basowa (LP1: 2,6,8, LP2: 2,5,6), kazoo (LP1: 3), klawesyn (LP1: 9); Noel Redding - gitara basowa (LP1: 3,5,7,9, LP2: 7) gitara (LP1: 5), wokal (LP1: 5), dodatkowy wokal; Mitch Mitchell - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 2-9, LP2: 2,3,5-7), wokal (5), dodatkowy wokal
Gościnnie: Dave Mason - gitara i dodatkowy wokal (LP1: 3, LP2: 6); Steve Winwood - organy (LP1: 4); Jack Casady - gitara basowa (LP1: 4); Al Kooper - pianino (LP1: 6); The Sweet Inspirations - dodatkowy wokal (LP1: 9); Freddie Smith - saksofon tenorowy (LP2: 1,4); Mike Finnigan - organy (LP2: 1,4); Buddy Miles - perkusja (LP2: 1,4); Larry Faucette - kongi (LP2: 1,4); Chris Wood - flet (LP2: 2); Brian Jones - instr. perkusyjne (LP2: 6)
Producent: Jimi Hendrix i Chas Chandler


29 grudnia 2013

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Smash Hits" (1968)



Trzecie długogrające wydawnictwo The Jimi Hendrix Experience to kompilacja. "Smash Hits" ukazał się w kwietniu 1968 roku, niespełna rok po fonograficznym debiucie tria. Trzeba jednak pamiętać, że Hendrix był już wtedy prawdziwą gwiazdą. Szczególnie w Wielkiej Brytanii, gdzie cieszył się wsparciem czołowych muzyków tamtejszej sceny rockowej, w tym członków tych największych grup, jak The Beatles, The Rolling Stones, The Who czy Cream. W czasie wydania tej składanki Experience był wymieniany w jednym szeregu z tamtymi zespołami. Całkiem zresztą zasłużenie.

"Smash Hits" - początkowo wydany tylko w Europie - to teoretycznie typowy wypełniacz, mający zapewnić wytwórni zysk w czasie, gdy trio pracowało nad nowym materiałem (a praca ta przeciągała się przez dążenie do perfekcji Hendrixa). W rzeczywistości jednak jest to całkiem pożądane uzupełnienie podstawowej dyskografii (a przynajmniej było takie do czasu wymyślenia reedycji z bonusami). Oprócz czterech utworów z debiutanckiego "Are You Experienced" ("Foxy Lady", "Manic Depression", "Can You See Me" i "Fire" - niezły wybór, choć mogło być jeszcze lepiej), trafiły tu bowiem wszystkie dotychczasowe nagrania z niealbumowych singli. Do tamtej pory ukazały się takie cztery, co daje w sumie osiem utworów nie mających wcześniej premiery na długogrającym wydawnictwie.

Trzy single ukazały się jeszcze przed wydaniem debiutanckiego albumu. Na pierwszym z nich znalazły się utwory "Hey Joe" i "Stone Free". Strona A to najsłynniejszy utwór z całego dorobku Hendrixa, choć to tylko przeróbka utworu Billy'ego Robertsa, w sumie zachowawcza, z archaicznymi chórkami, nieśmiałym śpiewem lidera, ale też całkiem niezłym popisem gitarowym w jego wykonaniu. Jako całość lepiej prezentuje się kawałek ze strony B, będący pierwszą autorską kompozycją Jimiego: bardzo energetyczny, ze świetnymi partiami solowymi i już nieco pewniejszym śpiewem.  Podobno niektórzy prezenterzy radiowi sądzili, że otrzymali źle zremasterowaną płytkę, ze względu na niewyraźny śpiew i mocno przesterowane brzmienie gitary. Mimo tego, singiel stał się sporym przebojem w Wielkiej Brytanii, dochodząc tam do 6. miejsca notowania (w Stanach "Hey Joe" został wydany parę miesięcy później - z "51st Anniversary" na stronie B - i w ogóle nie został odnotowany na tamtejszej liście).

Znaczny postęp słychać już na kolejnym singlu. Nagranie ze strony A, "Purple Haze", wręcz powala swoją energią, potężnym riffem i gęstą, psychodeliczną atmosferą, a także swobodą słyszalną zarówno w grze, jak i śpiewie lidera. Bardzo fajnie wypada też strona B, "51st Anniversary", lżejsza brzmieniowo, ale wciąż bardzo energetyczna, a przy tym autentycznie chwytliwa. Mała płytka doszła do 3. miejsca UK Singles Chart. Trzeci duet to typowo hendrixowska ballada "The Wind Cries Mary" (jakby zapowiedź "Little Wing", ale nie tak udana) oraz energetyczny rhythm and blues "Highway Chile" z kolejnymi świetnymi partiami gitarowymi. Singiel doszedł do 6. miejsca brytyjskiego notowania. W Stanach "Purple Haze" i "The Wind Cries Mary" zostały wydane na jednym singlu, który doszedł zaledwie do 65. miejsca notowania.

Ostatni singiel został nagrany nieco później, w lipcu 1967 roku, pomiędzy amerykańskimi występami Experience, a ukazał się (tylko w Wielkiej Brytanii, gdzie doszedł do 18. miejsca notowania) jeszcze przed premierą albumu "Axis: Bold as Love". Oba utwory, "Burning of the Midnight Lamp" (powtórzony później na albumie "Electric Ladyland") i "The Stars That Play with Laughing Sam's Dice", pokazują bardziej psychodeliczne oblicze zespołu. Pierwszy z nich wyróżnia się pomysłowym wykorzystaniem klawesynu i soulującymi partiami żeńskiego chórki. Mniej ciekawie prezentuję się drugi z nich, bardziej rockowy, niestety dość chaotyczny. Tak więc poziom singlowych kawałków jest różny, jednak większość z nich zasługuje, by mieć je w swojej kolekcji. Dlatego też europejskie wydanie "Smash Hits" jest obowiązkową pozycją w winylowej kolekcji każdego wielbiciela Jimiego Hendrixa.

Nieco inaczej wygląda to w przypadku wersji amerykańskiej. W Stanach kompilacja ukazała się ponad rok później, już po premierze "Electric Ladyland". Tamtejsze wydanie znacząco różni się pod względem tracklisty. Pominięte zostały utwory "51st Anniversary", "Highway Chile", "Burning of the Midnight Lamp" i "The Stars That Play with Laughing Sam's Dice", a zamiast tego zamieszczono dwa kawałki z sesji "Are You Experienced" nieobecne na tamtejszym wydaniu tego albumu ("Remember", "Red House") i dwa fragmenty "Electric Ladyland" ("All Along the Watchtower", "Crosstown Traffic"). Jako uzupełnienie podstawowej dyskografii w wersji amerykańskiej nie sprawdza się to najlepiej ze względu na brak "51st Anniversary" (wydanego tam tylko na stronie B singla "Hey Joe") oraz "Highway Chile" i "The Stars That Play..." (niewydanych tam w ogóle). Za to minimalnie lepiej sprawdza się w roli kompilacji typu best of, jednak brak jakiegokolwiek utworu z "Axis" Bold as Love" i zbyt skromna reprezentacja "Electric Ladyland" jest w takiej sytuacji sporym minusem.

Ocena: 8/10



The Jimi Hendrix Experience - "Smash Hits" (1968)

UK: 1. Purple Haze; 2. Fire; 3. The Wind Cries Mary; 4. Can You See Me; 5. 51st Anniversary; 6. Hey Joe; 7. Stone Free; 8. The Stars That Play with Laughing Sam's Dice; 9. Manic Depression; 10. Highway Chile; 11. Burning of the Midnight Lamp; 12. Foxy Lady

US: 1. Purple Haze; 2. Fire; 3. The Wind Cries Mary; 4. Can You See Me; 5. Hey Joe; 6. All Along the Watchtower; 7. Stone Free; 8. Crosstown Traffic; 9. Manic Depression; 10. Remember; 11. Red House; 12. Foxy Lady

Skład: Jimi Hendrix - wokal, gitara, gitara basowa, klawesyn; Noel Redding - gitara basowa, dodatkowy wokal; Mitch Mitchell - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Dave Mason - gitara (US: 6,8); Brian Jones - instr. perkusyjne (US: 6); Sweet Inspirations - dodatkowy wokal (UK: 11)
Producent: Chas Chandler; Jimi Hendrix (US: 6,8)


28 grudnia 2013

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Axis: Bold as Love" (1967)



Podpisany przez Jimiego Hendrixa kontrakt zakładał wydanie dwóch albumów w 1967 roku. Muzyk chciał mieć to najwidoczniej jak najszybciej z głowy, bo nagrania na drugi longplay rozpoczęły się niedługo po zarejestrowaniu, a jeszcze przed majową premierą "Are You Experienced" (w Stanach wydano go dopiero w sierpniu, po sukcesie występu Experience na Monterey Festival). Debiutancka sesja zakończyła się na początku kwietnia, a już w maju trio Hendrixa wróciło do studia. Przed końcem czerwca materiał był gotowy. Wydanie "Axis: Bold as Love" nieco się opóźniło, gdyż Jimi zostawił w taksówce taśmę z gotowym miksem pierwszej strony albumu, przez co trzeba było ponownie wykonać tę pracę. Udało się jednak wydać longplay przed końcem roku (w Stanach premierę przesunięto na luty 1968 roku, żeby nie robić za wcześnie konkurencji dla wciąż dobrze się sprzedającego debiutu).

Zdania na temat drugiego albumu The Jimi Hendrix Experience są podzielone, ale z przewagą pozytywnych opinii. Nie brakuje nawet entuzjastycznych głosów, że to wydawnictwo lepsze od debiutu. Moim zdaniem pośpiech w nagrywaniu zdecydowanie się nie przysłużył. Kompozycje nie są tak dobre, jak poprzednio. Zrobiono wiele, by uczynić ten materiał ciekawszym za sprawą licznych studyjnych sztuczek, doskonale wpisujących się w psychodeliczną erę, a także obfitego zastosowania gitarowych efektów (w "Little Miss Lover" Hendrix po raz pierwszy użył efektu wah-wah, który wkrótce stał się jednym z jego znaków rozpoznawczych). Nie na wiele się to jednak zdaje, gdy melodie są przeważnie miałkie (np. "Up from the Skies", "Wait Until Tomorrow", "Ain't No Telling", "You Got Me Floating" czy napisany i zaśpiewany przez Noela Reddinga "She's So Fine", brzmiący jak jakiś odrzut The Beatles), a prawie każdy utwór zamyka się w piosenkowej strukturze i radiowym czasie trwania. Za taki kształt albumu można obwinić Chasa Chandlera, który nalegał na bardziej popowy materiał. Stąd tez niewiele tu czadu, który tak dobrze sprawdził się na debiucie.

Znamienne jest to, że tylko dwa utwory z tego albumu zostały wykonane na żywo więcej niż kilka razy. Jednym z nich jest oczywiście "Little Wing", jedna z najsłynniejszych kompozycji Hendrixa, będąca wzorem rockowej ballady, inspirującym kilka pokoleń muzyków, od Ritchiego Blackmore'a po Red Hot Chili Peppers. Nie da się ukryć, że utwór jest naprawdę zgrabnie napisany, a różne smaczki - jak brzmienia dzwonków czy gitarowa solówka grana przez wirujący głośnik elektrycznych organów - dodają mu uroku. Szkoda tylko, że w połowie trzeciej minuty nagle się wycisza, choć aż prosiło się o jakieś rozwinięcie. Drugim z tych utworów jest najbardziej czadowy "Spanish Castle Magic", który spokojnie mógłby znaleźć się na debiucie i tam też być jednym z lepszych fragmentów. Ale i ten utwór kończy się zbyt szybko - w miejscu, w którym Hendrix na koncertach dopiero się rozkręcał, grając porywające solówki. Wersja studyjna przynosi ledwie ich namiastkę. Z pozostałych nagrań na szczególne wyróżnienie zasługuje "If 6 Was 9", który jako jedyny trwa wystarczająco długo (pięć i pół minuty), by muzycy mogli nieco rozwinąć skrzydła i pokazać na co ich stać. To najbardziej psychodeliczny fragment albumu, w którym pomysłowo wykorzystano możliwości studia, a Hendrix dodatkowo wykonał chaotyczną partię na flecie, która doskonale tu pasuje. Utwór wykorzystano na ścieżce dźwiękowej kultowego filmu "Easy Rider".

"Axis: Bold as Love" nie jest złym albumem, jednak pośpiech w nagrywaniu (i zapewne komponowaniu) zdecydowanie odbił się na jakości tego materiału. Błędem na pewno było postawienie na ilość, zamiast na jakość kompozycji. Z trzynastu utworów tylko trzy mogę uznać za naprawdę udane. Pozostałe może jakoś bardzo mnie nie odrzucają (poza fatalnym refrenem "You Got Me Floatin'"), słuchane osobno są nie najgorsze, można w nich znaleźć nawet pewne ciekawe rozwiązania aranżacyjne, jednak zebrane razem sprawiają, że album przez większość swojej długości kompletnie mnie nie angażuje.

Ocena: 7/10



The Jimi Hendrix Experience - "Axis: Bold as Love" (1967)

1. EXP; 2. Up from the Skies; 3. Spanish Castle Magic; 4. Wait Until Tomorrow; 5. Ain't No Telling; 6. Little Wing; 7. If 6 Was 9; 8. You Got Me Floatin'; 9. Castles Made of Sand; 10. She's So Fine; 11. One Rainy Wish; 12. Little Miss Lover; 13. Bold as Love

Skład: Jimi Hendrix - wokal, gitara, pianino, flet (7), dzwonki (6); Noel Redding - gitara basowa, wokal (10), dodatkowy wokal; Mitch Mitchell - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Graham Nash, Trevor Burton i Roy Wood - dodatkowy wokal (8)
Producent: Chas Chandler


27 grudnia 2013

[Recenzja] The Jimi Hendrix Experience - "Are You Experienced" (1967)



Jimi Hendrix to prawdziwa ikona - muzyki rockowej i całej popkultury. Jeden z najbardziej wpływowych i inspirujących gitarzystów w dziejach. Jego eksperymenty z brzmieniem gitary znacząco wpłynęły na rozwój muzyki rockowej, przyczyniając się do powstania jej cięższych odmian. Choć trzeba pamiętać, że prekursorów było więcej - podobne rzeczy robili w tamtym czasie Eric Clapton (u Johna Mayalla i przede wszystkim z trio Cream) czy Jeff Beck (z The Yardbirds), a Hendrix sam przyznawał się do inspiracji nimi. Na jego status na pewno wpłynęła też przedwczesna śmierć, w momencie, gdy był wciąż u szczytu sławy. Niewątpliwie był jednak bardzo utalentowanym i kreatywnym muzykiem, o czym najlepiej świadczy chyba to, że współpracę z Jimim planował jeden z najwybitniejszych muzyków jazzowych, Miles Davis.

O ile jednak sam Hendrix jest ikoną, tak jego twórczość zdaje się nieco ignorowana przez współczesnych słuchaczy. Każdy kojarzy wielki hit "Hey Joe", wielu wielbicieli rocka na pewno zna "Little Wing", znajomo brzmi też pewnie "All Along the Watchtower", chętnie używany przez filmowców na ścieżkach dźwiękowych. Ale ze znajomością całych albumów jest już chyba gorzej. A przecież dyskografia muzyka nie jest obszerna. Za jego życia ukazały się zaledwie trzy albumy studyjne (w tym jeden podwójny) i koncertówka z zupełnie innym materiałem. Pewnie, są jeszcze dziesiątki, jeśli nie setki, pośmiertnych wydawnictw, ale poznanie ich można zostawić sobie na później, a nawet odpuścić znaczną ich część (w kolejnych recenzjach postaram się przybliżyć, które zasługują na uwagę, a które są tylko ciekawostką dla fanów). Ale te pierwsze cztery albumy to prawdziwy fundament muzyki rockowej i dlatego po prostu nie wypada ich nie znać.

Początki kariery Jimiego Hendrixa były skromne. Chałturzył w różnych amatorskich zespołach, dorabiając sobie jako muzyk sesyjny. Przypadkiem jednak, podczas jednego z klubowych występów, wypatrzył go Chas Chandler - oryginalny basista The Animals, który właśnie postanowił opuścić grupę i zająć się muzycznym biznesem, jako producent i menadżer. Szybko i łatwo udało mu się namówić Jimiego na podpisanie kontraktu i wyjazd do Londynu, gdzie miał zostać skompletowany skład towarzyszącego zespołu. Rolę basisty Chandler powierzył Noelowi Reddingowi, który jakiś czas wcześniej kandydował na miejsce gitarzysty w The Animals. Następnie zorganizowano kasting na perkusistę. Dwóch kandydatów, Mitcha Mitchella i Aynsleya Dunbara, uznano za tak samo dobrych. Ostateczną decyzję pomógł podjąć rzut monetą, w wyniku którego posadę dostał Mitchell. Talent Dunbara jednak się nie zmarnował, bo wkrótce potem dołączył do grupy Johna Mayalla, z którą nagrał bardzo dobry album "A Hard Road", następnie prowadził własny The Aynsley Dunbar Retaliation, a w końcu trafił do zespołu Franka Zappy. Tak naprawdę, zaszedł o wiele dalej, niż Mitchell i Redding, którzy po współpracy z Hendrixem niczego istotnego już nie dokonali.

Trio przyjęło nazwę The Jimi Hendrix Experience i pod koniec października 1966 roku po raz pierwszy weszło do studia. Chandler narzucił muzykom nagranie kompozycji "Hey Joe", którą podczas pobytu w Stanach wielokrotnie słyszał w wykonaniu Tima Rose'a. Debiutanckie nagranie grupy brzmi nieco niemrawo, głównie przez nieśmiało śpiewającego Hendrixa, dla którego pełnienie roli wokalisty było czymś nowym. Ale nawet jego gitarowa solówka, choć udana, jest bardzo krótka i zachowawcza. 16 grudnia utwór ukazał się na singlu, który odniósł zdumiewający sukces, dochodząc do 6. miejsca brytyjskiego notowania. Hendrix początkowo chciał umieścić na jego stronie B przeróbkę utworu "Land of Thousand Dances" Chrisa Kennera, jednak Chandler przekonał go, aby napisał coś własnego. Tak powstał pierwszy autorski utwór grupy - czadowy "Stone Free", zaśpiewany ze zdecydowanie większą pewnością siebie i porywający rewelacyjnymi partiami gitarowymi.

Przez kolejne miesiące grupa budowała swoją pozycję na scenie rockowej, poprzez liczne koncerty. Jimi nabierał zaś coraz większej swobody i pewności siebie, nie tylko jako wokalista i gitarzysta, ale również kompozytor. Pisane kolejnych utworów szło mu bardzo sprawnie. W marcu 1967 roku światło dzienne ujrzał singiel z utworami "Purple Haze" i "51st Anniversary". Pierwszy z nich poraża rewelacyjnym riffem i wciąga lekko psychodelicznym, narkotykowym klimatem. Utwór okazał się jeszcze większym sukcesem, dochodząc do 3. miejsca w Wielkiej Brytanii. Był też pierwszym singlem Experience notowanym w Stanach (65. miejsce). Na początku maja Jimi pokazał swoje bardziej liryczne oblicze na singlu z balladą "The Wind Cries Mary" (i kompozycją "Highway Chile" na stronie B), które również przypadło do gustu wielbicielom rocka (ponownie 6. miejsce na UK Singles Chart). Zaledwie kilka dni później, 12 maja, do sklepów trafił debiutancki longplay zespołu, zatytułowany "Are You Experienced". W wersji europejskiej trafiło na niego jedenaście autorskich kompozycji Hendrixa, wśród których nie ma żadnej powtórki z singli. Na amerykańskim wydaniu pominięto utwory "Red House", "Can You See Me" i "Remember", zastępując je nagraniami ze stron A singli. Dopiero kompaktowe wznowienia z okazji 30-lecia przyniosły pełen zestaw siedemnastu utworów.

"Are You Experienced" to bardzo ważny i innowacyjny album. To jeden z najwcześniejszych przykładów hard rocka, a zarazem pierwszy tak dojrzały i w pełni wykształtowany. Choć jednak jest to niekwestionowany kamień milowy, wręcz wyprzedzający swój czas, to zawarta na nim muzyka nie wzięła się znikąd. Tworząc ten materiał Hendix bez wątpienia był pod wpływem tego, co wówczas było popularne na rockowej scenie. "Red House" to wręcz podręcznikowy przykład wolnego, dwunastotaktowego bluesa, z elektryzującymi gitarowymi solówkami. W tamtych czasach takie granie było bardzo popularne wśród rockowych muzyków. Choć już wyraźnie ustępowało nowej modzie, na rock psychodeliczny, którego wpływy także są tutaj słyszalne. Szczególnie w dwóch utworach - tytułowym "Are You Experienced?", w którym psychodeliczny klimat osiągnięto dzięki efektowi odwróconej taśmy, gitarowym zgrzytom i monotonnie powtarzanemu dźwiękowi pianina, oraz "Third Stone from the Sun", w którym nastrój tworzy uwypuklona w miksie, hipnotyczna gra sekcji rytmicznej, przestrzenne partie gitary i odgłosy wiatru, oraz inne dźwiękowe efekty. Bardzo psychodeliczny gitarowy odlot pojawia się także w "I Don't Live Today". Na albumie dominuje jednak bardzo konkretne, ciężkie, czadowe i energetyczne granie. Sztandarowym przykładem jest "Foxy Lady", oparty na fantastycznym riffie (to jeden z pierwszych tak wyrazistych riffów). Niewiele ustępują mu nieco mniej znane "Manic Depression", "Can You See Me", "Love or Confusion" i niemalże punkowy "Fire". We wszystkich tych utworach pojawiają się świetne gitarowe popisy, niestety dość krótkie z powodu "radiowego" czasu trwania utworów. Całości dopełniają dwie spokojniejsze kompozycje, o nieco popowym charakterze - piosenkowy "Remember" i ballada "May This Be Love".

"Are You Experienced" to album, którego po prostu nie wypada nie znać, bez względu na to, jaką muzykę się preferuje. To jedno z najważniejszych i najlepszych wydawnictw rockowych, którego wpływ na późniejszą muzykę jest nie do zmierzenia ani przecenienia. A także rewelacyjny dokument czasów, w których powstało to dzieło.

Ocena: 10/10



The Jimi Hendrix Experience - "Are You Experienced" (1967)

UK: 1. Foxy Lady; 2. Manic Depression; 3. Red House; 4. Can You See Me; 5. Love or Confusion; 6. I Don't Live Today; 7. May This Be Love; 8. Fire; 9. 3rd Stone from the Sun; 10. Remember; 11. Are You Experienced?

US: 1. Purple Haze; 2. Manic Depression; 3. Hey Joe; 4. Love or Confusion; 5. May This Be Love; 6. I Don't Live Today; 7. The Wind Cries Mary; 8. Fire; 9. Third Stone from the Sun; 10. Foxey Lady; 11. Are You Experienced?

Skład: Jimi Hendrix - wokal i gitara, pianino (11); Noel Redding - gitara basowa; Mitch Mitchell - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chas Chandler

Po prawej: okładka wydania amerykańskiego.


25 grudnia 2013

[Artykuł] Podsumowanie roku 2013

UWAGA: Poniższy artykuł prezentuje opinie pochodzące z grudnia 2013 roku. Od tamtej pory zdążyły się one zdezaktualizować. Dziś stworzyłbym zupełnie inny ranking, wykorzystując zdobytą w międzyczasie wiedzę, m.in. dzięki przesłuchaniu znacznej ilości albumów i otwarciu się na inne muzyczne gatunki, niż rock. Nie uważam za potrzebne, by wprowadzać zmiany w poniższym tekście, ponieważ tego typu podsumowania są tylko zapisem pewnej chwili. Tak wyglądały moje opinie w 2013 roku. Dziś niektóre z nich mogą mnie śmieszyć, ale wtedy były zgodne z moimi przekonaniami. Odsyłam jednak do zaktualizowanych recenzji prezentowanych tu albumów (tych, które są dostępne), a także do sprawdzenia moich aktualnych ocen płyt z tego rocznika dostępnych na Rate Your Music (link).





Rok 2013 okazał się wyjątkowo smutny dla muzyki rockowej - zwłaszcza jego pierwsza połowa, kiedy w niedługim czasie zmarli tacy muzycy, jak Alvin Lee (Ten Years After), Clive Burr (Iron Maiden), Jeff Hannemann (Slayer) oraz Ray Manzarek (The Doors). Z drugiej strony, nie pamiętam kiedy ukazało się tyle udanych albumów, co w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Prawdopodobnie trzeba by się cofnąć pamięcią aż do ubiegłego wieku. Lista piętnastu tegorocznych albumów, które zrobiły na mnie najlepsze wrażenie, znajduje się w dalszej części artykułu. Najpierw chciałbym jednak napisać kilka słów o płytach, które zawiodły moje oczekiwania.

Do największych rozczarowań tego roku, zaliczam przede wszystkim nowe albumy Megadeth ("Super Collider") i Pearl Jam ("Lightning Bolt"). Oba zresztą z tego samego powodu. Po poprzednich płytach tych wykonawców, można było się spodziewać, że już dawno mają za sobą okres eksperymentów i poszukiwań, że w końcu wrócą na stałe do grania tego, co wychodzi im najlepiej. Nowe wydawnictwa całkiem rozwiewają te nadzieje. Co gorsze, zespoły nie eksplorują na nich jednej konkretnej stylistyki, a próbują swoich sił w kilku różnych, przez co jako całość oba albumy są bardzo niespójne. Różnica między nimi polega na tym, że muzykom Pearl Jam udało się stworzyć chociaż dwa dobre utwory ("Getaway" i "Sirens"), podczas gdy na propozycji Megadeth, mimo sporych chęci, nie znalazłem nic godnego uwagi.

Inne rozczarowania, to wydane pod koniec roku albumy "Revolution Rise" Kill Devil Hill i "Bridge the Gap" Michael Schenker's Temple of Rock. Oba boleśnie pokazują, że nie wystarczy być byłym członkiem wielkiego zespołu (w pierwszej grupie grają m.in. dawni muzycy Black Sabbath i Pantery, w drugiej - ex-członkowie Scorpions, UFO i Rainbow), aby na własny rachunek stworzyć coś interesującego. Obu albumom brakuje wyrazistości i oryginalności. Najsłabszym tegorocznym longplayem, jaki przesłuchałem, był jednak solowy debiut Phila Anselmo (Down, ex-Pantera), "Walk Through Exits Only". Album całkowicie pozbawiony śladów melodii, naładowany jedynie bezmyślną agresją.


Najlepsze albumy 2013 roku:



Solidny longplay, ale jednocześnie - najmniej udany w dotychczasowej dyskografii zespołu. Volbeat od zawsze łączył różne, z pozoru nie pasujące do siebie style - metal, punk rock, rockabilly, nawet country. Przeważnie dawało to świetne rezultaty, zwłaszcza w kawałkach, w których wszystkie te style były razem wymieszane. Tym razem jednak zbyt wielka jest przepaść między cięższymi fragmentami (świetne "Room 24" z udziałem Kinga Diamonda, "The Hangman's Body Count" i "Doc Holliday"), a tymi bardziej radiowymi (koszmarne "My Body" i "The Lonesome Rider").

Jeżeli pominąć idiotyczny tytuł i brzydką, chociaż pomysłową okładkę, a przede wszystkim - zapomnieć z jakim zespołem mamy do czynienia, jest to naprawdę dobry album. Jak na standardy Alice in Chains nie jest jednak najlepiej. W wielu momentach muzycy ocierają się autoplagiat. Najgorsze jednak, że nie bardzo wiedzą, co chcą grać. Z jednej strony są tu kawałki miażdżące ciężarem (np. "Hollow", "Stone"), a z drugiej - ocierające się o pop ("Voices", Skalpel"). Jedne do drugich pasują jak pięść do nosa. Album ratują jednak trzy naprawdę dobre kompozycje - mroczne, klimatyczne "The Devil Put Dinosaurs Here" i "Hung on a Hook", oraz potężny, sabbathowy riffowiec "Phantom Limb".
8. The Flying Eyes - "Lowlands" 

Zespół powstał w 2007 roku, a jego twórczość brzmi, jakby została nagrana w latach 70. W początkach działalności porównywano ich głównie z The Doors (wokal w stylu Jima Morrisona), obecnie bliżej im do klimatów Black Sabbath. Na "Lowlands" można znaleźć zarówno fragmenty mroczne, monumentalne ("Smile"), jak i bardziej pogodne ("Eye of the Storm"). Przede wszystkim sporo tu jednak psychodelii i stonerowego brudu (np. "Long Gone").

"SoNGS" to zwrot ku bardziej klasycznym brzmieniom, raz z okolic Deep Purple ("Celebrity Touch", "Escalator Shrine"), kiedy indziej Genesis ("Feel Like Falling"). Całość - zgodnie z tytułowym akronimem - jest prostsza od dotychczasowych dokonań zespołu. Ale to nie zarzut.

Co teraz? Najlepszy album Deep Purple od niemal 30 lat. Momentami bezpośrednio nawiązujący do klasycznych dokonań zespołu (najlepsze na płycie "A Simple Song" i "Out of Hand"). Kiedy indziej zaskakująca nietypowymi jak na tą grupę rozwiązaniami ("Blood From a Stone", "Après Vous"). Niestety, nie wszystkie utwory trzymają poziom. Ocenę całości zaniża przede wszystkim banalny, popowy "All the Time in the World", z premedytacją wybrany na pierwszy singiel.
5. Depeche Mode - "Delta Machine" 

Nie ma tu łatwo wpadających w ucho przebojów, z jakich zespół zawsze słynął. Ani jednego. Nawet singlowy "Heaven" nie jest oczywistym hitem (choć to jedna z najpiękniejszych piosenek Depeche Mode). Zespół postawił tu na eksperymenty, poszukiwanie nowego stylu. Dzięki temu wyszła jednak bardzo intrygująca całość. Nie jest to oczywiście album na miarę największych osiągnięć grupy, ale na tle poprzednich trzech albumów wypada naprawdę nieźle.

Za opis tego albumu wystarczyłaby sama nazwa Motörhead. To już 21. studyjny album zespołu, a grupa wciąż gra, jak 30 lat temu. Wielbiciele albumów "Ace of Spades" i "Overkill" będą zachwyceni. Jednak w przeciwieństwie do kilku poprzednich wydawnictw, "Aftershock" oprócz szybkich, metalowych czadów (np. "Heartbreaker", "Paralyzed") zawiera także kilka łagodniejszych momentów ("Lost Woman Blues", "Dust And Glass").

Porcupine Tree początkowo był praktycznie solowym projektem Stevena Wilsona. Jednak z czasem stawał się coraz bardziej demokratycznym zespołem, w którym lider już nie mógł realizować wszystkich swoich pomysłów. Nic dziwnego, że obecnie priorytetem jest dla niego kariera solowa, dzięki której bez żadnych przeszkód może realizować swoją wizję. To już jego trzeci solowy album - najkrótszy i najbardziej udany z dotychczasowych. Wilson bezpośrednio nawiązuje to do rocka progresywnego z lat 70., z naciskiem na King Crimson. Pojawiają się elementy niespotykane w twórczości Porków - jak wpływy jazzowe - ale są też utwory, które spokojnie mogłyby trafić do repertuaru tamtej grupy .

Twórczość Ghost brzmi jak połączenie Blue Öyster Cult, Mercyful Fate, ABBY i Beatlesów. Na swoim drugim albumie, muzycy nieco złagodzili brzmienie i uwypuklili przebojowe melodie. Takie utwory, jak "Jiggalo Har Megiddo" czy "Body and Blood", to właściwie mocniejszy pop. Ale zespół nie zrezygnował z mrocznego klimatu i satanistycznej otoczki, dzięki czemu powstała płyta jeszcze bardziej oryginalna i zaskakująca od debiutanckiego "Opus Eponymous" sprzed trzech lat.
1. Black Sabbath - "13" 

Pierwsze miejsce dla tego albumu chyba dla nikogo z czytelników bloga nie jest niespodzianką. Już sam fakt, że Tony Iommi, Geezer Butler i Ozzy Osbourne nagrali razem album (pierwszy od 1978 roku), czyni "13" wydawnictwem wyjątkowym. Ale zawarte tu utwory bronią się same - to po prostu klasyczny Black Sabbath w najwyższej formie, porównywalnej do tej z ich trzech pierwszych, najlepszych longplayów. Utwory "God Is Dead?", "End of the Beginning", "Loner" i "Age of Reason", grane na koncertach pomiędzy kawałkami z lat 70., już teraz brzmią jak klasyka. A pozostałe kompozycje - może z wyjątkiem banalnego "Live Forever" - w niczym im nie ustępują. Rozczarowuje jedynie współczesne, skompresowane brzmienie albumu.


20 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Works (Volume 2)" (1977)



"Works (Volume 2)" zupełnie nie przypomina wydanego parę miesięcy wcześniej "Volume 1". Trio zapewne planowało wydanie pod tym tytułem czegoś zupełnie innego, jednak okoliczności zmusiły muzyków do szybkiego działania. Wszystko przez szalony pomysł Keitha Emersona, aby na trasę promującą pierwszą część "Works" wyruszyć razem z 70-osobową orkiestrą symfoniczną. Opłacenie tak potężnego aparatu wykonawczego doprowadziło zespół na skraj bankructwa. Po zagraniu ledwie osiemnastu koncertów, muzycy byli stratni o trzy miliony dolarów (ostatni występ z orkiestrą, 26 sierpnia 1977 roku w Montrealu, został wydany dwa lata później na albumie "In Concert", wznawianym też jako "Works Live"). Zespół resztę trasy zagrał już bez orkiestry, a w celu podratowania funduszy szybko skompilowano materiał na "Volume 2", wydany już w listopadzie. Trafiło na niego dwanaście utworów zarejestrowanych podczas różnych sesji w latach 1973-76.

Część materiału była znana już wcześniej. Wśród niego są dwa odrzuty z "Brain Salad Surgery": "When the Apple Blossoms Bloom in the Windmills of Your Mind I'll Be Your Valentine" (strona B singla "Jerusalem" z 1973 roku) oraz niedoszły utwór tytułowy (wydany jako niealbumowy singiel w 1974 roku). Pierwszy z  nich to instrumentalny popis umiejętności tria, z ciekawym wykorzystaniem syntezatora. "Brain Salad Surgery" wyróżnia się z kolei nieco groteskowym charakterem, ale wykonany jest z lepszym smakiem, niż paskudny "Benny the Bouncer". Oba te odrzuty pasowałyby zresztą na wspomniany album o wiele lepiej od tamtego gniota. Na "Volume 2" ponadto trafiła bożonarodzeniowa piosenka "I Believe in Father Christmas" - solowy utwór Grega Lake'a, wydany w 1975 roku na singlu, który doszedł do 2. miejsca UK Singles Chart i do dziś jest przypominany w okresie świątecznym przez stacje radiowe (pomimo tekstu Petera Sinfielda, krytykującego komercjalizację Bożego Narodzenia). Tutejsza wersja różni się od singlowej - usunięto orkiestrację, a dodano partie Emersona, co wyszło zdecydowanie na dobre. To jedna z najładniejszych ballad Lake'a, porównywalna z "From the Beginning" czy "Lucky Man". Jednak z powodu tekstu dziwnie się słucha tego utworu poza okresem świątecznym.

Pozostałe nagrania powstały w bliżej nieokreślonym czasie (prawdopodobnie nie tylko podczas sesji nagraniowych "Brain Salad Surgery" i "Works (Volume 1)") i wcześniej nie były wydane w żadnej formie. Aż prosi się w tym miejscu o dodanie, że nic dziwnego, bo ewidentnie brzmią jak odrzuty. Nawet wydany na singlu i chętnie grany na żywo także w późniejszym okresie "Tiger in a Spotlight" to tylko prosta piosenka o lekko bluesowym zabarwieniu, ani szczególnie atrakcyjna pod względem melodycznym, ani jakimkolwiek innym. Choć i tak wypada nieźle na tle innych kawałków, w większości brzmiących jak te wszystkie niby-humorystyczne fragmenty starszych albumów. Są wśród nich pastisze muzyki honky tonk ("Barrelhouse Shake-Down", "Honky Tonk Train Blues"), ragtime'u ("Maple Leaf Rag" napisana przez Scotta Joplina w 1899 roku), czy staroświeckich big bandów ("Show Me the Way to Go Home", kompozycja Jamesa Campbella i Reginalda Connelly'ego z 1925 roku). Poza tym znalazło się tutaj dziwaczne połączenie hard rocka, bigbandowych dęciaków i typowo emersonowskich klawiszy ("So Far to Fall"), a także jeszcze jedna akustyczna ballada Lake'a (nudnawa, sentymentalna "Watching Over You") i kolejne nieudolne zmagania Carla Palmera z jazz rockiem ("Close but Not Touching", "Bullfrog" - w napisaniu i zagraniu tego drugiego pomogli Colin Hodgkinson i Ron Aspery z podrzędnej jazzrockowej grupy Back Door).

Na "Works (Volume 2)" jest wyraźnie mniej patosu i technicznych popisów, niż zwykle bywa na płytach tego tria, ale z drugiej strony, nie ma tu nic wartościowego w zamian, brakuje wyrazistych melodii, ciekawych pomysłów aranżacyjnych, kompozycji wykraczających poza piosenkową sztampę (z wyjątkiem wydanych wcześniej odrzutów z "Brain Salad Surgery"). Jest za to sporo nieśmiesznego humoru, polegającego na tym, że zespół gra w jakimś prostym, staromodnym stylu. Brzmi to wszystko dokładnie tak, jak można się spodziewać po zbiorze odrzutów. Muzycy musieli być naprawdę zdesperowani, że za pomocą takiego materiału ratowali swoje finanse. Jedynie trzy znane wcześniej utwory trzymają poziom - reszta albumu słusznie została odłożona do archiwum.

Ocena: 4/10



Emerson, Lake & Palmer - "Works (Volume 2)" (1977)

1. Tiger in a Spotlight; 2. When the Apple Blossoms Bloom in the Windmills of Your Mind I'll Be Your Valentine; 3. Bullfrog; 4. Brain Salad Surgery; 5. Barrelhouse Shake-Down; 6. Watching Over You; 7. So Far to Fall; 8. Maple Leaf Rag; 9. I Believe in Father Christmas; 10. Close but Not Touching; 11. Honky Tonk Train Blues; 12. Show Me the Way to Go Home

Skład: Keith Emerson - instr. klawiszowe, akordeon; Greg Lake - wokal, gitara basowa, gitara; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ron Aspery - saksofon (3); Colin Hodgkinson - gitara basowa (3); Graham Smith - harmonijka (6); inni, nieuwzględnieni w opisie, instrumentaliści
Producent: Keith Emerson, Greg Lake, Carl Palmer i Peter Sinfield


19 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Works (Volume 1)" (1977)



Po bardzo aktywnym początku kariery - w latach 1970-73 ukazało się aż pięć wydawnictw z premierowym materiałem Emerson, Lake & Palmer - trio postanowiło zrobić sobie dłuższą przerwę. Dotychczasowa działalność została niejako podsumowana koncertówką "Welcome Back, My Friends, to the Show That Never Ends ~ Ladies and Gentlemen" (1974). Nad nowym materiałem muzycy zaczęli pracować dopiero w 1976 roku. Praca zresztą znacznie różniła się od poprzednich sesji, bowiem muzycy przez większość czasu tworzyli i nagrywali niezależnie od siebie, z pomocą muzyków spoza zespołu. W efekcie powstał album zupełnie inny od wcześniejszych dokonań. Dwupłytowy "Works (Volume 1)" zawiera,  w wersji winylowej, trzy strony z solowymi nagraniami muzyków - po jednej dla Keitha Emersona, Grega Lake'a i Carla Palmera - a także jedną stronę z utworami zarejestrowanymi przez nich wspólnie.

Całą pierwszą stronę wypełnia ponad 18-minutowa kompozycja Keitha Emersona, "Piano Concerto No. 1", skomponowana w formie trzyczęściowego koncertu na pianino i orkiestrę (w nagraniu wzięła udział London Philharmonic Orchestra pod batutą Johna Mayera). Nie da się ukryć, że kompozycja wypada raczej blado na tle dzieł uznanych kompozytorów klasycznych, a krytycy zarzucali Emersonowi brak własnego języka muzycznego, schematyzm i zbyt proste rozwiązania. O ile sama gra Keitha może się podobać, tak jako kompozytor kompletnie nie podołał on swoim wygórowanym ambicjom. A już umieszczenie takiej kompozycji na płycie rockowego zespołu to mega pretensjonalny pomysł.

Druga strona należy do Grega Lake'a, który zaproponował pięć krótkich piosenek opartych głównie na akompaniamencie gitary akustycznej (muzykę napisał samodzielnie, a za teksty odpowiada Peter Sinfield, stały współpracownik King Crimson w pierwszych latach działalności). Dokładnie tego można było się spodziewać po autorze "Lucky Man", "The Sage", "From the Beginning" i "Still... You Turn Me On". Problem w tym, że tym razem Lake postanowił udawać, że wcale nie są to proste piosenki i wzbogacić je o orkiestracje, które tylko dodają niepotrzebnego patosu. Co to w ogóle za pomysł, żeby wciskać orkiestrę do kawałka o bluesowym charakterze ("Hallowed Be Thy Name") czy pseudo-dylanowskiej ballady ("Nobody Loves You Like I Do")? Nie żeby w pozostałych pasowało to bardziej. "Lend Your Love to Me Tonight" i "C'est la Vie" tylko by zyskały w bardziej ascetycznych wersjach, nie mówiąc już o nieznośnie przesłodzonym "Closer to Believing".

Carl Palmer planował pójść w ślady Emersona i skomponować... koncert perkusyjny. Na szczęście nie zdążył ukończyć go na czas. Choć to, co zaproponował w zamian, wcale nie okazało się szczęśliwsze. Palmer to niewątpliwie utalentowany bębniarz, ale kompozytor z niego żaden. I dlatego wspomógł się w znacznym stopniu cudzymi kompozycjami ("The Enemy God Dances With the Black Spirits" to fragment "Suity scytyjskiej" Siergieja Prokofjewa, a "Two Part Invention in D Minor" to kompozycja Jana Sebestiana Bacha), a także kawałkiem napisanym wspólnie z Emersonem na pierwszy album ELP ("Tank"). Są też trzy nowe kompozycje jego autorstwa, niewyróżniające się niczym szczególnym. Wszystko zostało zaaranżowane na jakieś pseudo-fusion (bo porównując z albumami nagranymi przez jazzowych perkusistów, jak Tony Williams, Billy Cobham czy Alphonse Mouzon, brzmi to raczej jak parodia), czasem wzbogacone o - a jakże - orkiestracje. Ciekawostką jest gościnny udział Joego Walsha, gitarzysty The Eagles, w kawałku "L.A. Nights".

Ostatnią stronę zajmują dwa utwory nagrane przez Emersona, Lake'a i Palmera wspólnie. "Fanfare for the Common Man", adaptacja kompozycji Aarona Coplanda z 1942 roku, w znacznie skróconej wersji singlowej stała się jedynym przebojem tria w Wielkiej Brytanii, dochodząc do drugiego miejsca tamtejszego notowania. Pełne, niemal dziesięciominutowe wykonanie zawiera długą improwizację Emersona na syntezatorze, która z czasem wydaje się coraz bardziej bezcelowa. To jednak najlepszy utwór na tym wydawnictwie. Bo trzynastominutowy "Pirates", nagrany z pomocą - jakżeby inaczej - orkiestry (tym razem The Orchestra De L'Opera De Paris), wypada już bardzo kuriozalnie. Pomysł na prostą piosenkę doczekał się bombastycznej aranżacji. Po raz kolejny muzykom nie udało się sprostać własnym wymaganiom.

"Works (Volume 1)" to dziwaczny zbiór, którego poszczególne części kompletnie do siebie nie pasują, nie tworzą spójnej całości. Muzycy zdecydowanie przecenili swoje możliwości - żaden z nich nie podołał zadaniu stworzenia własnego materiału. Ale także ich wspólne nagrania nie prezentują się szczególnie udanie. Na całym dwupłytowym wydawnictwie nie ma ani jednego utworu, któremu nie mógłbym czegoś zarzucić. A takich, o których mógłbym powiedzieć cokolwiek dobrego, starczyłoby ledwo na jednopłytowy album. Najgorsze, że część z tych nagrań dałoby się uratować. Niektóre trzeba by skrócić (te z pierwszej i ostatniej strony), a wszystkie pozbawić orkiestracji - wówczas wystarczyłoby wywalić kompozycje Palmera i powstałby dość przyzwoity, jednopłytowy longplay mniej więcej na poziomie "Brain Salad Surgery". Ale w takiej formie, w jakiej został wydany, jest dla mnie strasznie nużący i kompletnie nie trafia w moje poczucie estetyki.

Ocena: 4/10

PS. W niektórych miejscach można przeczytać, że dopisek "Volume 1" pojawił się dopiero na reedycjach. To nieprawda, gdyż widać go już na pierwszym wydaniu albumu, oznaczonym numerem katalogowym K80009. Oznacza to, że zespół od razu miał w planach wydanie "Volume 2", choć prawdopodobnie w odmiennym kształcie, niż został opublikowany, jednak okoliczności wymusiły inne rozwiązanie. Więcej na ten temat w następnej recenzji.



Emerson, Lake & Palmer - "Works (Volume 1)" (1977)

LP1: 1. Piano Concerto No. 1; 2. Lend Your Love to Me Tonight; 3. C'est la Vie; 4. Hallowed Be Thy Name; 5. Nobody Loves You Like I Do; 6. Closer to Believing
LP2: 1. The Enemy God Dances with the Black Spirits; 2. L.A. Nights; 3. New Orleans; 4. Two Part Invention in D Minor; 5. Food for Your Soul; 6. Tank; 7. Fanfare for the Common Man; 8. Pirates

Skład: Keith Emerson - instr. klawiszowe (LP1: 1, LP2: 2,7,8); Greg Lake - wokal, gitara basowa i gitara (LP1: 2-6, LP2: 7,8); Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne (LP2: 1-8)
Gościnnie: John Mayer - orkiestracja (LP1: 1, LP2: 8); London Philharmonic Orchestra - orkiestra (LP1: 1);  Tony Harris i Godfrey Salmon - orkiestracja (LP1: 2-6); Joe Walsh - gitara i wokal (LP2: 2); James Blades - marimba (LP2: 5); The Orchestra De L'Opera De Paris - orkiestra (LP2: 8)
Producent: Keith Emerson (LP1: 1), Greg Lake (LP1: 2-6, LP2: 5,7,8), Peter Sinfield (LP1: 2-6), Carl Palmer (LP2: 1-6)


18 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Brain Salad Surgery" (1973)



Choć od premiery "Brain Salad Surgery" minęło już czterdzieści lat, album wciąż wywołuje skrajne emocje i mieszane odczucia. To longplay nierówny, mający zarówno bardzo dobre, jak i zwyczajnie nieudane momenty. Zacznijmy od plusów. Pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne. Mroczna i klimatyczna okładka, stworzona przez kontrowersyjnego szwajcarskiego artystę H.R. Gigera, zdecydowanie zachęca do sięgnięcia po ten album. Bardzo dobre jest też pierwsze wrażenie muzyczne - "Jerusalem" to przepiękna interpretacja kompozycji Huberta Parry'ego napisanej w 1916 roku do słów poematu "And did those feet in ancient time" Williama Blake'a z 1808 roku. Greg Lake daje tu świetny popis wokalny, a w warstwie muzycznej prekursorsko wykorzystana została technologiczna nowinka - syntezator polifoniczny. Co ciekawe, utwór wywołał oburzenie wśród Anglików, traktujących tę kompozycję jak nieformalny hymn swojego kraju. Radio BBC wręcz zakazało jego transmisji, zarzucając mu trywializację i wulgaryzację oryginału. Co jednak trudno zrozumieć, bo muzycy zagrali utwór z szacunkiem, jedynie dodając trochę rockowej dynamiki i nowoczesne brzmienie. Innym mocnym punktem albumu jest "Still...You Turn Me On" - jedna z tych charakterystycznych ballad Lake'a, zdominowanych przez brzmienie gitary akustycznej. Nie jest to może najładniejszy z tych utworów, ale wciąż udany.

To by było jednak na tyle. "Toccata", oparta na czwartej części "1st Piano Concerto" Alberto Ginastery, to nic więcej, jak pretensjonalny, dość chaotyczny popis umiejętności muzyków, niemających tu nic ciekawego do zaoferowania. "Benny the Bouncer" to z kolei jeden z tych niby żartobliwych kawałków, które muzycy lubili umieszczać na swoich albumach. Tym razem poniosło ich zdecydowanie za daleko i efekt jest bardziej żenujący, niż kiedykolwiek wcześniej. A jest jeszcze główny punkt programu - trzyczęściowa suita "Karn Evil 9". Utwór tak długi, że na wydaniu winylowym pierwsze dziewięć minut wrzucono na koniec strony A, a kolejne dwadzieścia minut na stronę B. Nie jest to spójne dzieło na miarę "Tarkusa" (utworu, nie albumu). Sama część "1st Impression" (podzielona na dwie części, aby wyrównać czas obu stron winyla) składa się z tak wielu zmian motywów, że trudno doszukać się tu jakiejkolwiek myśli kompozytorskiej. Świetną robotę odwala tu sekcja rytmiczna, ale efekt często psuje Emerson, raz idący w przesadny patos, kiedy indziej grający proste, cyrkowe melodyjki na syntezatorze, choć niektóre partie organowe można zaliczyć na plus. Za to krzykliwy wokal Lake'a jest zdecydowanie poniżej poziomu, do jakiego przyzwyczaił. Bardziej zwarty, nie mający nic wspólnego z poprzednią częścią "2nd Impression", jest po prostu popisem umiejętności Emersona (grającego głównie na pianinie) i Palmera. Właściwie trudno mówić tu o jakiejkolwiek kompozycji. "3rd Impression" brzmi jak jeszcze inny utwór, łączący prostą melodię ze sporą dawką patosu, kiczowatymi wstawkami syntezatora i niezbyt spójną kompozycją. To po prostu nie mogło się udać. Jako całość, "Karn Evil 9" brzmi jeszcze bardziej chaotycznie i pretensjonalnie, niż jego poszczególne części.

"Brain Salad Surgery" nie jest udanym albumem, pomimo kilku naprawdę dobrych momentów. W większości składa się z bombastycznych popisów tria, które nie niosą za sobą żadnej ciekawej treści, a ich forma przybiera chaotyczny kształt. Okładka świetnie wygląda na półce, ale zawartość muzyczna nie zachęca mnie, by do niej wracać - co najwyżej do wybranych utworów.

Ocena: 5/10



Emerson, Lake & Palmer - "Brain Salad Surgery" (1973)

1. Jerusalem; 2. Toccata; 3. Still...You Turn Me On; 4. Benny the Bouncer; 5. Karn Evil 9: 1st Impression (Part I); 6. Karn Evil 9: 1st Impression (Part II); 7. Karn Evil 9: 2nd Impression; 8. Karn Evil 9: 3rd Impression

Skład: Greg Lake - wokal i gitara basowa, gitara (3,5,6); Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


17 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Trilogy" (1972)



Zaczyna się od delikatnych uderzeń serca. A tak naprawdę od przetworzonej perkusji Carla Palmera (później ten sam efekt wykorzystała grupa Pink Floyd na rozpoczęcie "The Dark Side of the Moon"). Po chwili dochodzą klawisze Keitha Emersona, a po dłuższym czasie bas Grega Lake'a. Mijają niemal dwie minuty, zanim utwór "The Endless Enigma" na dobre się rozkręci. Uwagę przyciąga rewelacyjna partia wokalna Lake'a, o podniosłym charakterze, lecz bez popadania w nadmierny patos. To jedna z najpiękniejszych i najbardziej chwytliwych linii wokalnych w twórczości grupy. W środku utworu pojawia się fortepianowy popis Emersona, nie do końca potrzebnie wyodrębniony jako osobna kompozycja ("Fugue"), płynnie przechodzący w zbiorową improwizację, po czym następuje powrót do głównego tematu z partią wokalną. Ten utwór to zdecydowanie jedno z największych dzieł zespołu.

Następnie pojawiają się trzy prostsze utwory. "From the Beginning" przywołuje klimat "Lucky Man"  i "The Sage" - to kolejna kompozycja Grega Lake'a oparta głównie na brzmieniu gitary akustycznej (muzyk zagrał tu także na gitarze basowej i elektrycznej), nagrana z niewielkim udziałem pozostałych muzyków. To bardzo zgrabny melodycznie utwór, który zresztą był największym singlowym przebojem zespołu w Stanach (doszedł do 39. miejsca w norowaniu Billboardu). "The Sheriff" to z kolei jeden z tych żartobliwych kawałków, za które zespół często jest krytykowany. Wypada na pewno lepiej od swoich poprzedników z "Tarkus", nie aż tak sztampowo, nawet dość przyjemnie, tylko wciąż banalnie. Ale fajnie, że muzycy potrafili zagrać także coś z humorem. Stanowiło to ciekawy kontrast do tych charakterystycznych dla grupy adaptacji muzyki poważnej. Czasem zresztą zespół potrafił połączyć oba te podejścia, czego przykładem sięgnięcie po "Hoedown" - fragment baletu "Rodeo" XX-wiecznego amerykańskiego kompozytora Aarona Coplanda. Podobnie jak pierwowzór, utwór został zagrany z przymrużeniem oka, zyskując mnóstwo energii i niemal piosenkowego charakteru. To także jeden z najbardziej znanych utworów w dorobku zespołu - przez długi czas rozpoczynał występy tria.

Drugą stronę winylowego wydania rozpoczyna tytułowa kompozycja "Trilogy". Z początku dość ascetyczna - z Gregiem Lake'em śpiewającym wyłącznie do akompaniamentu fortepianu - jednak stopniowo przechodząca w instrumentalną improwizację wszystkich muzyków, z wysuwającym się na pierwszy plan syntezatorem Emersona o nieco zbyt tandetnym brzmieniu, co psuje ostateczny efekt. "Living Sin" to kolejny mniej poważny utwór, dość ciężki brzmieniowo (mimo braku gitary), z popisową partią wokalną Lake'a, stosującego tu zarówno nieco teatralną melorecytację, jak i bardzo ekspresyjny, zadziorny śpiew. Całość zamyka długi, instrumentalny "Abaddon's Bolero", luźno oparty na słynnym "Boléro" Maurice'a Ravela, ale zagrany w prostszym, marszowym rytmie 4/4. To akurat nieco mniej udany utwór, powoli rozwijający się przez osiem minut, ale praktycznie zmierzający donikąd. Jego jedynym celem było chyba danie Emersonowi możliwości zaprezentowania swoich klawiszowych zabawek. Szkoda, że w taki sposób kończy się ten album, bo po poprzedzających go utworach można się spodziewać bardziej porywającego finału.

"Trilogy" to, mimo wszystko, najbardziej dopracowany i najrówniejszy studyjny album tria Emerson, Lake & Palmer. Właśnie tutaj muzykom udało się osiągnąć najlepsze proporcje między wykonawczą wirtuozerią - bez popadania w zbytnią pretensjonalność - a przystępnością i melodycznością kompozycji. Potem było już tylko coraz gorzej.

Ocena: 8/10



Emerson, Lake & Palmer - "Trilogy" (1972)

1. The Endless Enigma (Part One); 2. Fugue; 3. The Endless Enigma (Part Two); 4. From the Beginning; 5. The Sheriff; 6. Hoedown; 7. Trilogy; 8. Living Sin; 9. Abaddon's Bolero

Skład: Greg Lake - wokal i gitara basowa, gitara (4); Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


16 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Pictures at an Exhibition" (1971)



"Obrazki z wystawy" to dzieło rosyjskiego kompozytora i pianisty Modesta Musorgskiego. Powstało w 1874 roku, jako cykl dziesięciu fortepianowych miniatur - zainspirowanych wystawą rysunków i akwarel Wiktora Hartmanna (zmarłego niedługo wcześniej przyjaciela Musorgskiego) - uzupełnionych sześciokrotnie powtórzonym tematem przewodnim "Promenada". Dzieło doczekało się wielu adaptacji. Nowe życie zyskało w 1922 roku, po zorkiestrowaniu przez francuskiego impresjonistę, Maurice'a Ravela. Właśnie ta wersja pomogła w spopularyzowaniu kompozycji Musorgskiego.

Keith Emerson usłyszał ten utwór pod koniec lat 60. w London’s Royal Festival Hall, zaprezentowany w wersji orkiestrowej. Muzyk był pod tak wielkim wrażeniem, że już następnego dnia kupił zapis nutowy. Jak się okazało - oryginalnej wersji, rozpisanej na pianino, dzięki czemu mógł od razu przystąpić do nauki. Wkrótce po nawiązaniu współpracy z Gregiem Lake'em i Carlem Palmerem, klawiszowiec zaproponował im stworzenie własnej adaptacji dzieła. Utwór został zagrany już podczas pierwszego występu tria, 23 sierpnia 1970 roku w Plymouth. Natomiast niespełna tydzień później muzycy zaprezentowali go przed liczącą ponad sześćset tysięcy widzów publicznością na Isle of Wight Festival. Jednak najsłynniejszym wykonaniem jest to z 26 marca 1971 roku w sali koncertowej ratusza Newcastle. Bo właśnie ono trafiło na album zatytułowany "Pictures at an Exhibition". Płyta początkowo miała wchodzić w skład drugiego studyjnego albumu grupy, "Tarkus", jednak nie zgodzili się na to przedstawiciele wytwórni. Została więc opublikowana parę miesięcy później jako osobne wydawnictwo - sprzedawane za pół ceny, dzięki czemu wzbudziło duże zainteresowanie (3. miejsca na notowaniu w UK, 10. w USA).

Do oceny tego wykonania można podejść na dwa sposoby, z których oba można łatwo uzasadnić, jak i skrytykować. Pierwszy to porównanie z oryginałem Musorgskiego i adaptacją Ravela. Drugi to potraktować "Pictures at an Exhibition" jak zwyczajny album rockowy. W pierwszym przypadku ocena musiałaby być negatywna, bo niewątpliwie mamy tu do czynienia ze strywializowaniem dzieła przez liczne uproszczenia i rockowe instrumentarium (w tym syntezator, który nierzadko brzmi dość tandetnie), a do tego liczne popisy Emersona, w których więcej efekciarstwa, niż wyrafinowania. Ale już w drugim wypadku ocena może być dużo wyższa. Oczywiście, wciąż doskwierają wspomniane wyżej elementy. Warto też zauważyć, że dzieło Musorgskiego, nie będąc szczególnie skomplikowanym, nadawało się całkiem dobrze do przełożenia na muzykę rockową i gdyby muzycy, zwłaszcza Emerson, wykazali się w swoim wykonaniu nieco lepszym smakiem (w doborze brzmień i prezentowaniu swoich technicznych umiejętności), mógłby powstać album wybitny w kategorii rocka progresywnego.

Trzeba natomiast docenić, że zespół nie podszedł do tego zadania w sposób odtwórczy. Nie odegrał wiernie partytury, lecz znacznie zmodyfikował całość, nadając jej własnego charakteru. Muzycy wykorzystali tylko fragmenty oryginalnego dzieła, a ściślej mówiąc jego początek ("Promenade" / "The Gnome" / "Promenade" / "The Old Castle") i koniec ("Promenade" / "The Hut of Baba Yaga" / "The Great Gates of Kiev"), wprowadzając liczne zmiany, dodając teksty (i tym samym partie wokalne), a także zupełnie nowe części. Czasem zespół pozostaje stosunkowo wierny oryginalnego zapisu (np. spore fragmenty "The Great Gates of Kiev"), kiedy indziej proponuje własne wariacje oparte na motywach z pierwowzoru ("The Old Castle" i "The Curse of Baba Yaga" - choć ta druga została obudowana wierniejszym odzwierciedleniem oryginału, czyli "The Hut of Baba Yaga"). Warto też zwrócić uwagę na ewolucję tematu "Promenade". Pierwsza wersja, zagrana przez Emersona na znajdujących się w ratuszu organach piszczałkowych, jest całkiem wierna swojemu pierwowzorowi. W drugiej, zagranej już na elektrycznych organach, pojawia się partia wokalna Lake'a, ale wciąż nie odbiega daleko od oryginału. Za to wersja trzecia została zagrana przez cały zespół, co całkowicie zmienia jej charakter - niestety, na zasadzie dodania zupełnie niepotrzebnych elementów.

Jak już wspomniałem, zespół dodał też dwa zupełnie nowe fragmenty: "The Sage" i "Blues Variation". Same w sobie udane, ale niespecjalnie pasujące do całości. "The Sage", rozpoczęty solowym popisem Emersona na syntezatorze, w zasadniczej części jest solowym popisem Lake'a, który śpiewa i akompaniuje sobie na gitarze akustycznej. To jedna z tych charakterystycznych dla niego ballad, które na albumach zespołu stanowią przyjemną chwilę wytchnienia pomiędzy nierzadko bombastycznymi popisami całego składu. I jest to jedna z najładniejszych z nich. Problem w tym, że nawiązuje raczej do muzyki średniowiecznej, a ściślej mówiąc do pieśni trubadurów, a tym samym średnio pasuje do rockowej aranżacji XIX-wiecznego dzieła. A już kompletnie nie pasuje do niego prosta bluesowa improwizacja, luźno oparta na motywie z "The Old Castle", czyli "Blues Variation". Całości dopełnia bonus, nie będący częścią "Pictures at an Exhibition", w postaci "Nutrocker", czyli przeróbka marsza z "Dziadka do orzechów" Piotra Czajkowskiego, oparta na wersji rock'n'rollowej grupy B. Bumble and the Stingers z 1962 roku. Efektem jest niewiarygodnie banalna trywializacja. Słuchając tego nagrania, oczami wyobraźni widzę zespół na scenie: muzyków przebranych w błyszczące, obcisłe stroje o dziwacznym, niemęskim kroju, prezentujących swoje firmowe sztuczki, jak granie na obracającym się pianinie czy rzucanie w niego nożami. Regularny cyrk, doskonale korespondujący z tą banalną (w tym wykonaniu) melodyjką.

Przyznaję, że mam problem z oceną tego wydawnictwa. Fragmenty, w których zespół pozostaje w miarę wierny dziełu Modesta Musorgskiego, wprowadzając nieznaczne zmiany, dzięki którym całość została dostosowana do stylu Emerson, Lake & Palmer, są naprawdę udane i pokazują spory kunszt instrumentalistów. Nie razi nawet dodanie partii wokalnych, gdyż Greg Lake wciąż prezentował bardzo wysoką formę, dzięki czemu jego śpiew jest dodatkowym atutem tego wydawnictwa. Ale im bardziej zespół odchodzi od pierwowzoru, wdając się w efekciarskie, a mało treściwe popisy (praktycznie cały "The Old Castle", partie syntezatora w "The Gnome" i "The Curse of Baba Yaga") lub niepotrzebnie dodając zupełnie niepasujące - choć same w sobie udane - części. I jeszcze ten cyrkowy bzdet na dokładkę.

"Pictures at an Exhibition" w wersji ELP nie broni się jako adaptacja klasycznego dzieła, bo za dużo tutaj zmian na zdecydowanie gorsze (a tym bardziej "Nutrocker" nie broni się pod tym względem). Traktowany jako zwykły album rockowy, wypada lepiej, choć nie pozbawiony jest licznych wad: nieumiarkowania w prezentowaniu swoich umiejętności, co nierzadko skutkuje tanim efekciarstwem, nie najlepszego smaku w kwestii brzmienia, czy brak spójności w zajmującej większość płyty suicie. A z drugiej strony słychać, że trio naprawdę posiada duże możliwości, gdy zamiast cyrkowych sztuczek gra z większą finezją i poczuciem dobrego smaku (np. "The Hut of Baba Yaga", "The Great Gates of Kiev" czy fragmenty "The Gnome"). Jako kompozytorzy nie pokazali tym razem wiele, ale jedyny utwór nie będący adaptacją czy wariacją na temat cudzego dzieła, "The Sage", potwierdza zdolność Lake'a do pisania prostych, ale bardzo ładnych ballad. Jednak większość tego, co może się tutaj podobać, to zasługa Musorgskiego, a zespół, mając do dyspozycji tak dobry materiał, popełnił mnóstwo błędów.

Ocena: 6/10



Emerson, Lake & Palmer - "Pictures at an Exhibition" (1971)

1. Promenade; 2. The Gnome; 3. Promenade; 4. The Sage; 5. The Old Castle; 6. Blues Variation; 7. Promenade; 8. The Hut of Baba Yaga; 9. The Curse of Baba Yaga; 10. The Hut of Baba Yaga; 11. The Great Gates of Kiev; 12. Nutrocker

Skład: Greg Lake - wokal i gitara basowa, gitara akustyczna (4); Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


15 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Tarkus" (1971)



Trio Emerson, Lake & Palmer narzuciło sobie szybkie tempo pracy. Jeszcze przed ukończeniem prac nad debiutanckim albumem, w sierpniu 1970 muzycy roku zaczęli publiczne występy. Do końca roku zagrali ponad trzydzieści koncertów na terenie Wielkiej Brytanii (m.in. na słynnym Isle of Wight Festival), Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Już w styczniu 1971 roku wrócili do studia, by zarejestrować materiał na swój drugi studyjny longplay. Czasu na nagrania nie było wiele, bo w lutym zespół musiał wrócić na trasę. Jednym ze stałych punktów występów była interpretacja cyklu "Obrazki z wystawy" Modesta Musorgskiego. Muzycy planowali, by zapis jednego z wykonań został dołączony, na drugiej płycie winylowej, do właśnie nagranego albumu. Na takie rozwiązanie nie chcieli jednak zgodzić się przedstawiciele wytwórni Island, obawiając się o powodzenie komercyjne dwupłytowego wydawnictwa (choć zespół zdobywał coraz większą popularność). W rezultacie, studyjny materiał wydano w czerwcu pod tytułem "Tarkus", a koncertowy "Pictures at an Exhibition" ukazał się w listopadzie.

Kluczowym punktem jest trwająca dwadzieścia minut tytułowa suita, w wydaniu winylowym zajmująca pierwszą stronę. Pomysłodawcą utworu, składającego się z kilku części w formie ronda, był Keith Emerson. Greg Lake początkowo nie był przekonany do tej idei, a nawet rozważał odejście z zespołu z powodu artystycznych różnic. Jednak ostatecznie nie tylko został w zespole, ale także zgodził się napisać tekst, a co więcej, skomponował część muzyki - fragment zatytułowany "Battlefield", przywołujący wyraźnie skojarzenia z King Crimson (gdyby jeszcze zamiast organów wykorzystano melotron, to można by mówić o jawnym epigoństwie). "Battlefield" to jedna z trzech - obok "Stones of Years" i "Mass" - części utworu o bardziej piosenkowym charakterze, z melodyjnymi, bardzo dobrymi partiami wokalnymi Lake'a. Stanowią one łączniki pomiędzy czterema pozostałymi, instrumentalnymi częściami, w których zespół prezentuje swoje niemałe zdolności techniczne. Uwagę zwraca bogate brzmienie, będące głównie zasługą Emersona, grającego przede wszystkim na elektrycznych organach i syntezatorze Mooga (za pomocą którego mógł osiągnąć różnorakie brzmienia - a ponoć nad tym z części "Aquatarkus" pracował wspólnie z Robertem Moogiem), ale też na akustycznym pianinie. W kilku miejscach pojawia się też elektryczna gitara Lake'a - przede wszystkim w "Battlefield", gdzie gra dość proste, ale bardzo zgrabne solówki. Całość, pomimo swoich rozmiarów i zróżnicowania, jest wyjątkowo spójna. A choć nie zaliczyłbym jej do swoich ulubionych progresywnych suit, to uważam ją za naprawdę udaną. To bez wątpienia jedno z największych osiągnięć ELP.

Szkoda tylko, że reszta albumu jest już wyraźnie słabsza. Sprawia wrażenie, jakby zespół skupił się przede wszystkim na tworzeniu i nagraniu utworu tytułowego, a drugą stronę zapełnił byle czym, co udało się na szybko skomponować i zarejestrować. To zbiór sześciu krótkich kawałków, które nie tworzą spójnej całości, a jakościowo ustępują naprawdę znacznie poprzedzającej je kompozycji. Drugą stronę otwiera wręcz przesadnie prosty "Jeremy Bender" - banalna piosenka w knajpianym stylu, nie trwająca nawet dwóch minut (to akurat jej jedyna zaleta). "Bitches Crystal" wypada tylko odrobinę lepiej, głównie za sprawą zadziornego śpiewu Lake'a, bardziej złożonej gry sekcji rytmicznej i syntezatorowych ozdobników. Jednak znów bardzo knajpowa partia pianina zdecydowanie psuje ostateczny efekt. Te dwa kawałki stanowią przykład bardziej humorystycznego oblicza ELP, które od tego czasu miało być pokazywane na każdej kolejnej płycie - ku niezadowoleniu znacznej części słuchaczy. Bardziej poważnie, a wręcz zbyt poważnie, robi się podniosłym "The Only Way (Hymn)", opartym na motywach z kilku kompozycji Bacha. Tutaj zespół popada w drugą skrajność - w patos, który zupełnie nie pasuje do prostej (choć dość ładnej) melodii wokalnej. Przedłużeniem tego utworu jest instrumentalny "Infinite Space (Conclusion)", wyraźnie zdradzający inspirację jazzem. Muzycy nie do końca odnajdują się w takiej stylistyce - słychać, że to wszystko zostało skomponowane, brakuje improwizacyjnego luzu. W "A Time and a Place" zespół dla odmiany podąża w bardziej hardrockowe rejony, trochę w stylu Deep Purple, ale bez gitary (choć jej brak nie jest wcale odczuwalny). I to akurat jedyny fragment drugiej strony, do którego nie mam zastrzeżeń. Ale na koniec pojawia się jeszcze jeden wygłup, rockandrollowy "Are You Ready Eddy?" - zagrany przez zespół spontanicznie na koniec sesji. Szkoda, że przy włączonym nagrywaniu. Tak banalny finał pozostawia spory niesmak.

"Tarkus" okazał się ogromnym komercyjnym sukcesem, dochodząc na szczyt brytyjskiego notowania i do dziewiątego miejsca amerykańskiej listy. Do dziś postrzegany jest powszechnie za jedno z największych dzieł rocka progresywnego. Nie powinno być jednak wątpliwości, że to wszystko zasługa tytułowej kompozycji i przymknięcia oczu na chaotyczną, znacznie słabszą resztę albumu (choć tylko dwa najkrótsze kawałki, "Jeremy Blender" i "Are You Ready Eddy?", są kompletnie nieudane - w pozostałych można znaleźć mniej lub bardziej liczne zalety). "Tarkus" jest zbyt nierównym i niespójnym albumem, żebym podzielał te najbardziej entuzjastyczne opinie na jego temat, ale jest mi też daleko do tych najbardziej krytycznych, bo jednak ta lepsza strona winylowego wydania znacznie poprawia ogólne wrażenie. Trochę jednak szkoda, że muzycy na drugiej stronie nie umieścili po prostu skróconej wersji "Pictures at an Exhibition", co wyrównałoby poziom.

Ocena: 7/10



Emerson, Lake & Palmer - "Tarkus" (1971)

1. Tarkus (Eruption / Stones of Years / Iconoclast / Mass / Manticore / Battlefield / Aquatarkus); 2. Jeremy Bender; 3. Bitches Crystal; 4. The Only Way (Hymn); 5. Infinite Space (Conclusion); 6. A Time and a Place; 7. Are You Ready Eddy?

Skład: Greg Lake - wokal i gitara basowa, gitara (1); Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


14 grudnia 2013

[Recenzja] Emerson, Lake & Palmer - "Emerson, Lake & Palmer" (1970)



Emerson, Lake & Palmer to jeden z najsłynniejszych zespołów progresywnych. Został założony przez klawiszowca Keitha Emersona (ex-The Nice) i śpiewającego basistę Grega Lake'a (ex-King Crimson) w 1970 roku. Początkowo planowali przyjąć do składu perkusistę Mitcha Mitchella (z The Jimi Hendrix Experience), ostatecznie zdecydowali się jednak na Carla Palmera (ex-Atomic Rooster i The Crazy World of Arthur Brown). Doniesienia prasy, że zespół chciał zatrudnić także Jimiego Hendrixa, były wyłącznie wymysłem dziennikarzy. O posadę gitarzysty starał się natomiast Robert Fripp (z sypiącego się, po odejściu wszystkich pozostałych członków, King Crimson). Emerson nie chciał jednak w składzie żadnego gitarzysty, co było dość nietypowym rozwiązaniem, jak na zespół rockowy, aczkolwiek przetestowanym już i przez The Nice, i przez Atomic Rooster oraz Crazy World. W niektórych utworach grupy pojawiają się jednak partie gitary - głównie akustycznej - na której gra Lake, który nalegał na chociaż sporadyczne używanie tego instrumentu.

Styl zespołu był mieszanką różnych gatunków, pojawiały się w nim elementy zaczerpnięte chociażby z jazzu, folku, czy hard rocka. Jednak muzycy postanowili specjalizować się przede wszystkim w interpretacjach muzyki klasycznej - rzadko jednak tej z odległych epok, częściej z XIX i XX wieku. Już na otwarcie debiutanckiego albumu pojawia się kompozycja "The Barbarian", która choć została podpisana nazwiskami członków zespołu, w rzeczywistości opiera się na kompozycji "Allegro Barbaro", napisanej w 1911 roku przez węgierskiego kompozytora i pianistę Bélę Bartóka. W interpretacji ELP nabiera jednak prawdziwie rockowego charakteru, dzięki ciężkiej grze sekcji rytmicznej (z przesterowanym basem) i ekspresyjnym popisom Emersona na organach. "Take a Pebble" to już w pełni autorskie dzieło grupy. Najdłuższy utwór z albumu, wyróżniający się długimi, nieco jazzrockowymi popisami Emersona, oraz folkową wstawką graną przez Lake'a na gitarze akustycznej. Jest to też jeden z zaledwie trzech utworów na albumie, w których pojawia się partia wokalna - Lake nie zdążył napisać więcej tekstów. Cały materiał powstawał zresztą w pośpiechu, stąd tak wiele tutaj zapożyczeń. Z kolejnymi mamy już do czynienia w "Knife-Edge", częściowo opartym na kompozycjach "Sinfonietta" Leoša Janáčeka i "French Suite in D minor" Jana Sebastiana Bacha. To kolejna wokalna kompozycja, łącząca zadziorne brzmienie ze zgrabną, całkiem chwytliwą melodią.

Mniej konwencjonalne - i niestety także mniej ciekawe - są dwie kolejne kompozycje: "The Three Fates", w którym Emerson dość naiwnie próbował wcielić się w klasycznego kompozytora, oraz składający się głównie z niezbyt porywającej perkusyjnej solówki "Tank". Oba nagrania sprawiają wrażenie niezbyt udanych eksperymentów, w których zespół za bardzo zdał się na przypadek, nie mając konkretnego celu. To kolejny efekt pośpiechu, w jakim powstawała całość. Strzałem w dziesiątkę okazało się natomiast sięgnięcie po kompozycję "Lucky Man", napisaną przez Lake'a, gdy był nastolatkiem. Prosty, melodyjny kawałek, oparty głównie na akompaniamencie gitary akustycznej (pojawia się też nieskomplikowane, ale zgrabne solo na gitarze elektrycznej), znacznie odbiega od reszty albumu. Prawie w ogóle nie słychać tu Emersona, który dopiero w końcówce wykonuje solówkę na wówczas jeszcze mało popularnym syntezatorze Mooga (interesującą raczej ze względu na brzmienie, niż samą grę klawiszowca). Utwór jest prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalną kompozycją zespołu, odniósł nawet pewien sukces jako singiel.

Debiutancki album Emerson, Lake & Palmer jest dość nierówny, co jest jednak wadą wszystkich wydawnictw zespołu. Tutaj jednak proporcje pomiędzy ciekawszymi, a tymi mniej udanymi fragmentami, wypadają zdecydowanie na korzyść tych pierwszych. Choć album nie jest pozbawiony wad - zwykle wynikających z tego, że zespół za szybko i na zbyt krótko wszedł do studia - to stanowi przykład bardzo ciekawego i oryginalnego podejścia do muzyki rockowej. Inspiracja współczesną muzyką poważną z jednej strony, a z drugiej eksperymenty z brzmieniem syntezatorów, to coś, co niewątpliwie wyróżniało trio na tle ówczesnej sceny rockowej i uzasadnia status jednego z najważniejszych zespołów progresywnych.

Ocena: 8/10



Emerson, Lake & Palmer - "Emerson, Lake & Palmer" (1970)

1. The Barbarian; 2. Take a Pebble; 3. Knife-Edge; 4. The Three Fates; 5. Tank; 6. Lucky Man

Skład: Greg Lake - wokal i gitara basowa, gitara (2,6); Keith Emerson - instr. klawiszowe; Carl Palmer - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Greg Lake


30 listopada 2013

[Artykuł] Najważniejsze utwory Queen

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych zespołów na świecie, mający na koncie ponad 60 singli, z których niemal każdy jest wielkim przebojem, znanym także przez ludzi nie interesujących się muzyką rockową. Na poniższą listę wybrałem kilkanaście utworów z tych, które były najwyżej notowane w Wielkiej Brytanii lub Stanach. Uzupełniłem je innymi ważnymi utworami, jak "Stone Cold Crazy" i "The Prophet's Song", które pokazują mniej znane - ale bardziej interesujące - oblicze Queen. Poza tym większych niespodzianek nie będzie - na liście dominują takie pewniaki, jak "Bohemian Rhapsody", "We Will Rock You", "We Are the Champions", "Don't Stop Me Now", "Another One Bites the Dust" czy "Under Pressure". A całość zaczyna się od pierwszego przeboju Królowej, "Killer Queen"...

Queen: Roger Taylor, Freddie Mercury, Brian May i John Deacon.

1. "Killer Queen" (z albumu "Sheer Heart Attack", 1974)

Pierwszy przebój zespołu, i to zarówno w rodzimej Wielkiej Brytanii (2. miejsce w notowaniu), jak i w Stanach (12. miejsce). To był punkt zwrotny - mówił po latach gitarzysta Brian May. To była piosenka, która najlepiej podsumowywała nasz rodzaj muzyki. I był to duży przebój, którego desperacko poszukiwaliśmy, jako znaku, że w końcu osiągnęliśmy jakiś sukces.
Autorem utworu jest Freddie Mercury. To o dziewczynie z wyższych sfer - mówił wokalista. Chciałem pokazać, że osoby z klasą też mogą okazać się dziwkami. Jak przyznaje twórca, tekst powstał pod wpływem twórczości brytyjskiego reżysera, scenarzysty i aktora, Noëla Cowarda. Inspirację muzyczną stanowiły natomiast zespoły The Beatles i The Beach Boys.
"Killer Queen" należał do stałych punktów koncertów Queen. Nie był jednak grany w całości, a jako część tzw. medley, czyli mieszanki fragmentów różnych utworów.


2. "Stone Cold Crazy" (z albumu "Sheer Heart Attack", 1974)

Pierwszy utwór zespołu podpisany przez wszystkich członków. Głównym autorem jest jednak Mercury, który wykonywał kompozycje już pod koniec lat 60., ze swoim poprzednim zespołem, Wreckage. "Stone Cold Crazy" był pierwszym utworem wykonanym przez Queen na żywo (w 1970 roku), ówczesna wersja była jednak o wiele wolniejsza, jeśli wierzyć słowom muzyków - bo żadna rejestracja tamtych występów nie istnieje. Grupa chętnie wykonywała go także w późniejszych latach - od 1974 do 1978 roku - jednak nie można usłyszeć go na żadnej oficjalnej koncertówce.
"Stone Cold Crazy" należy do najszybszych i najostrzejszych utworów w repertuarze grupy, bywa nawet nazywany pierwszym utworem thrash metalowym. Porównanie akurat do tej odmiany metalu nie jest oczywiście przypadkowe - w 1990 roku swoją wersję utworu nagrała Metallica. Metalowcy postanowili ją jednak uagresywnić, poprzez dwukrotne dodanie w tekście słowa "fuck", oraz zmiany humorystycznego fragmentu Walking down the street / Shooting people that I meet / With my rubber tommy water gun na brutalniejsze ...With my fully loaded tommy gun.


3. "Bohemian Rhapsody" (z albumu "A Night at the Opera", 1975)


Jeden z największych przebojów zespołu (1. miejsce w Wielkiej Brytanii, 9. w Stanach), zaczynający się balladowo, a kończący z hardrockową mocą - najbardziej zaskakująca jest jednak część środkowa, zainspirowana muzyką operową. Brian May nie rozumiał jednak zdziwienia, jakie utwór wywołał wśród ówczesnych słuchaczy: Na pierwszych trzech płytach jest wiele kompozycji wiodących w stronę "Bohemian Rhapsody", jeśli się w nie wsłuchać - mówił gitarzysta. Ludzie byli zaskoczeni "Bohemian Rhapsody", ale jeśli wsłuchasz się w "The March of the Black Queen", bardzo dużo podobnych rozwiązań jest już tam.
Skomplikowana forma utworu, zwłaszcza w części środkowej, przełożyła się na czas nagrań: Nagranie trwało trzy tygodnie, ale są to przecież trzy piosenki połączone w całość - mówił producent Roy Thomas Baker. Rejestracja części operowej wymagała siedmiu dni śpiewania po 10-12 godzin dziennie.
"Bohemian Rhapsody" okazał się także przełomowy z innego powodu - był to pierwszy utwór w historii do którego nakręcono teledysk. Do jego powstania doszło jednak przypadkiem... W tym czasie koncertowaliśmy w Anglii i wiedzieliśmy, że nie uda nam się wystąpić w programie Top of the Pops, do którego nas zaproszono - mówił basista John Deacon. Przy użyciu przenośnej kamery, w niecałe cztery godziny nakręciliśmy więc film, który wyemitowany został w telewizji. Wideoklip pokazuje zespół na scenie, sławę zyskał jednak ze względu na "ożywienie" w nim okładki albumu "Queen II".
Utwór od razu stał się obowiązkowym punktem koncertów, chociaż jego wykonywanie początkowo stanowiło dla zespołu problem. Na żywo nigdy nie można było usłyszeć wstępu śpiewanego a capella (czasem zastępowała go wokaliza z utworu "Mustapha" lub fortepianowa improwizacja oparta na utworze "Death on Two Legs"). Jeszcze większy problem stanowił fragment operowy. Podczas trasy promującej album "A Night at the Opera" zespół rozbijał utwór na części: na początku setu grali tylko fragment hardrockowy, natomiast kilka utworów później wykonywali część balladową, połączoną z fragmentami utworów "Killer Queen" i "The March of the Black Queen". Na lepsze rozwiązanie wpadli podczas kolejnej trasy, od której utwór grany był w całości, ale część operowa leciała z taśmy (zespół w tym czasie schodził ze sceny, a światła gasły).
W grudniu 1991 roku - miesiąc po śmierci Mercury'ego - utwór został ponownie wydany na singlu i po raz drugi doszedł do 1. miejsca na brytyjskiej liście, natomiast w Stanach poradził sobie lepiej od oryginalnego wydania - osiągnął 2. pozycję.


4. "The Prophet's Song" (z albumu "A Night at the Opera", 1975)


Najdłuższy utwór w dorobku grupy (osiem minut i siedemnaście sekund), zdradzający silny wpływ rocka progresywnego. Autorem kompozycji - pierwotnie noszącej tytuł "People of the Earth" - jest Brian May. Zainspirował go własny sen o potopie, który nawiedził go podczas choroby trwającej w czasie nagrywania albumu "Sheer Heart Attack".
W nagraniu wykorzystany został japoński instrument o nazwie koto. To tak naprawdę zabawkowe koto, które ktoś dał mi w Japonii - wyjaśniał gitarzysta. Byliśmy wtedy zafascynowani Japonią. Nawet riff utworu ujawnia japońskie wpływy. Fascynację muzyków Japonią słychać jednak przede wszystkim w innym utworze - "Teo Torriatte (Let Us Cling Together)" z następnego albumu ("A Day at the Races"), który zawiera refren śpiewany po japońsku.
Podobnie jak w "Bohemian Rhapsody", także w "The Prophet's Song" pojawia się część a capella, z zwielokrotnionym głosem Mercury'ego. Gdzieś są nagrania demo, które przygotowałem - mówił May. Niektóre te powtórzenia pasowały, inne nie. Pocięliśmy więc taśmę i spreparowaliśmy dla Freddiego. Jemu to się spodobało, wszedł do studia i zarejestrował całość na żywo z delayami.
"The Prophet's Song" był wykonywany na żywo w latach 1975-78.


5. "Love of My Life" (z albumu "A Night at the Opera", 1975)

Fortepianowa ballada, napisana przez Freddiego Mercury'ego dla jego ówczesnej partnerki, Mary Austin. Muzycznie Mercury nawiązuje tu do muzyki klasycznej, przede wszystkim do twórczości Chopina i Beethovena. Chociaż w studyjnej wersji utworu dominuje fortepian, na którym gra wokalista, pozostali muzycy także się tutaj udzielają: Brian May na gitarze i - jedyny raz na płycie zespołu - na harfie, John Deacon tradycyjnie na gitarze basowej, a perkusista Roger Taylor wyłącznie na talerzach.
Do koncertowego repertuaru utwór trafił dopiero w 1977 roku - w wersji przearanżowanej przez Briana Maya na 12-strunową gitarę akustyczną. Właśnie taka wersja - zarejestrowana 2 lutego 1979 roku we Frankfurcie - została wydana na singlu, promującym pierwszą koncertówkę grupy, "Live Killers".
Kocham tę piosenkę i śpiewam ją praktycznie na każdym koncercie - mówił Brian May w dokumencie z serii "Classic Albums". Śpiewam ją teraz dla Freddiego i daje mi to więcej satysfakcji, niż moje własne piosenki. Mam wrażenie, że dzięki niej Freddie pojawia się znów wśród nas.


6. "Somebody to Love" (z albumu "A Day at the Races", 1976)

Ulubiony utwór Mercury'ego z całego repertuaru Queen, doceniony także przez fanów (2. miejsce w UK, 13. w USA). Kawałek łączy muzykę rockową z gospel. "Somebody to Love" został zainspirowany muzyką Arethy Franklin - mówił Taylor. Freddie mocno siedział w takich klimatach. Chcieliśmy utrzymać utwór w luźnym, gospelowym nastroju. Myślę, że to najbardziej luzacki utwór, jaki stworzyliśmy.
Utwór był regularnie wykonywany na żywo w latach 1977-85, początkowo w całości, a od 1984 roku w skróconej wersji, płynnie przechodzącej w fragment "Killer Queen".


7. "We Will Rock You" (z albumu "News of the World", 1977)

Kolejny wielki przebój Queen (wydany na podwójnym singlu razem z "We Are the Champions" - 2. miejsce w Wlk. Brytanii, 4. w Stanach) na tle wcześniejszych dokonań grupy wypada bardzo surowo: partii wokalnej towarzyszy tylko prosty, wyklaskany rytm, dopiero pod koniec pojawia się ostre gitarowe solo (bez którego nie mogło się obyć, skoro autorem kompozycji jest May). Jeszcze zanim pojawili się Sex Pistols, stwierdziliśmy, że nasyciliśmy się wielowarstwową produkcją, więc celowo na "News of the World" powróciliśmy do źródeł, żeby odzyskać witalność - mówił Taylor. Niektórzy traktowali to jako odpowiedź na punk, ale na ten krok zdecydowaliśmy się sami, już wcześniej.
Brian May mówił, że kawałek miał podrywać ludzi z miejsc, zachęcać do wspólnego śpiewania i klaskania, dawać poczucie jedności i siły, sprawiać by zapominało się o wszystkich kłopotach. Nagraliśmy go bez perkusji. Kiedy się go słucha, można odnieście wrażenie, że są w nim bębny - ale nie ma. Jest tylko tupanie i klaskanie. Nagrywaliśmy to wiele razy. A w tych czasach nie było jeszcze urządzeń, dzięki którym można by uzyskać efekt echa. Wpadłem więc na pomysł, żeby każdą ścieżkę z tupaniem i klaskaniem wielokrotnie zdublować, a każdą nakładkę dodawać z coraz większym opóźnieniem. Chodziło o uzyskanie czegoś w rodzaju echa, żeby "We Will Rock You" zabrzmiało naprawdę potężnie. I udało się. 
Zespół przygotował także alternatywną wersję utworu, utrzymaną w szybszym tempie i w całości graną z gitarami i perkusją. Nigdy nie została nagrana w studio - była za to grana na żywo, jako otwieracz koncertów w latach 1977-82. Na każdym koncercie grana była też wersja albumowa (pod koniec występu), która w setliście przetrwała dłużej, aż do ostatniego koncertu grupy.


8. "We Are the Champions" (z albumu "News of the World", 1977)

Kolejny hymn grupy, tym razem autorstwa Mercury'ego, w pewnym sensie będący kontynuacją "We Will Rock You" - na albumie oba utwory są ze sobą połączone, wydane zostały na jednym singlu, a także zostały zainspirowane tym samym wydarzeniem. Pewnego razu w Birmingham, gdy zeszliśmy już ze sceny, publiczność odśpiewała nam coś od siebie, "You'll Never Walk Alone" - mówił May. Niesamowite przeżycie! Spojrzeliśmy wtedy po sobie, bo nie ulegało wątpliwości, że dzieje się coś ważnego. Podczas tej trasy po raz pierwszy zadziałało coś w rodzaju sprzężenia zwrotnego. Odpowiedzią na nasz występ był zbiorowy śpiew. I pod wpływem tego przeżycia obaj, Freddie i ja, napisaliśmy wkrótce potem piosenki. Freddie stworzył "We Are the Champions" - utwór tak wymyślony, że wspólne, chóralne śpiewanie było wielką frajdą. A ja stworzyłem "We Will Rock You"...
Wspomniany przez Maya utwór "You'll Never Walk Alone" to przebój z musicalu "Carousel" z 1945 roku, często wykonywany przez kibiców na meczach piłkarskich.
Nie trzeba chyba dodawać, że "We Are the Champions" stał się kolejnym obowiązkowym punktem każdego koncertu Queen.


9. "Don't Stop Me Now" (z albumu "Jazz", 1978)

Utwór Mercury'ego, w którym wiodącą rolę odgrywa jego śpiew i gra na fortepianie, przez większość utworu towarzyszą mu Taylor i Deacon, natomiast udział Maya ogranicza się do solówki. Dopiero na koncertach (utwór grany był na obu trasach zespołu z 1979 roku: promującej album "Jazz", oraz krótkiej Crazy Tour zapowiadającej album "The Game") gitarzysta mógł się bardziej wykazać, dodając partię gitary rytmicznej, nadającej utworowi hardrockowej mocy (taka wersja trafiła na koncertówkę "Live Killers"). Istnieje również studyjna wersja "Don't Stop Me Now" z większym udziałem Maya, aczkolwiek wydana została dopiero w 2011 roku, na reedycji albumu "Jazz".
"Don't Stop Me Now" został wydany na singlu - w Wielkiej Brytanii udało mu się wejść do pierwszej dziesiątki notowania (9. miejsce), za to w Stanach radził sobie kiepsko (86. miejsce).


10. "Crazy Little Thing Called Love" (z albumu "The Game", 1980)


Numer ten ma w sobie feeling charakterystyczny dla wczesnych utworów Elvisa Presleya - mówił o utworze Taylor, z czym ciężko się nie zgodzić. "Crazy Little Thing Called Love napisałem w wannie - mówił Mercury, dodając, że zajęło mu to około dziesięciu minut. Jest to jedyny utwór Queen, w którym Freddie grał na gitarze - także podczas koncertów.
W Wielkiej Brytanii - utwór został wydany na singlu już w październiku 1979 roku - osiem miesięcy przed premierą albumu "The Game" - i dotarł do 2. miejsca na liście singli. W Stanach mała płyta z "Crazy Little Thing Called Love" ukazała się dopiero dwa miesiące później i doszła na sam szczyt listy Billboardu, stając się pierwszym numerem 1. zespołu na amerykańskim rynku. Nie jesteśmy zespołem singlowym i nie dzięki singlom zdobyliśmy uznanie publiczności - mówił May (z tym akurat ciężko się zgodzić). Myślę jednak, że piosenka ta sprowadziła na nasze koncerty sporo nowych, młodych fanów.
W teledysku "Crazy Little Thing Called Love" May wyjątkowo nie występuje ze zbudowaną przez siebie gitarą Red Special, a z Fenderem Telecasterem.
Utwór był regularnie grany na żywo na wszystkich trasach w latach 1979-86.


11. "Play the Game" (z albumu "The Game", 1980)

W latach 70. muzycy Queen szczycili się tym, że nie używają syntezatorów, a na okładce każdego ze swoich albumów umieszczali hasło "no synths". Wszystko zmieniło się na płycie ósmej, "The Game" - otwierający ją utwór "Play the Game" rozpoczyna się od dźwięków syntezatora, które słychać także w dalszej części kompozycji.
Autorem utworu jest Freddie Mercury. Napisany przez niego tekst dotyczy znużenia pożądaniem. Prawdę powiedziawszy nie utożsamiam się z tym tekstem - mówił niedługo po premierze albumu Taylor. Zasugerowali nam, byśmy nasz album nazwali "Play the Game", ale osobiście nie spodobało mi się to - kontynuował perkusista. Chodzi o to, że tytuł ten znaczyłby tyle, co "dogadajmy się z establishmentem", mi zaś taki pomysł zupełnie się nie podoba.
Utwór był trzecim (po "Crazy Little Thing Called Love" i skomponowanej przez Maya balladzie "Save Me") singlem promującym  longplay "The Game" i całkiem nieźle radził sobie na notowaniach (14. miejsce w Wielkiej Brytanii, 42. w Stanach). Był też grany przez zespół na żywo, ale tylko do 1982 roku.


12. "Another One Bites the Dust" (z albumu "The Game", 1980)


Największy przebój Queen autorstwa Johna Deacona (1. miejsce w Stanach i najlepiej sprzedający się tam singiel grupy; 7. miejsce na brytyjskim notowaniu), oparty na charakterystycznym pulsie gitary basowej, zainspirowanej muzyką soulową i funkową (a konkretnie utworem "Good Times" grupy Chic). Kiedy byłem w szkole, słuchałem mnóstwo muzyki soulowej. zawsze interesowałem się tym gatunkiem - mówił kompozytor. Już od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem napisania takiego utworu jak "Another One Bites the Dust". Od początku myślałem o tej piosence jako o czymś do tańca, ale nie sądziłem, że stanie się tak wielkim przebojem. kiedy ukazała się na małej płycie okazało się, że grają ją nawet "czarne" stacje radiowe. Nigdy przedtem nie przytrafiło nam się coś takiego.
Wydanie utworu na singlu zasugerował grupie Michael Jackson, po jednym z amerykańskich występów Queen. Jak tłumaczył Deacon, Jackson był naszym fanem i często przychodził na nasze koncerty.
Utwór był regularnie grany na żywo w latach 1980-86.


13. "Under Pressure" (z albumu "Hot Space", 1982)

Kolejny wielki przebój Queen (1. miejsce w Wielkiej Brytanii, 29. w Stanach) swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim gościnnemu udziałowi Davida Bowiego. Do współpracy doszło za sprawą Dave'a Richardsa, realizatora dźwięku - mówił Bowie. Ja byłem akurat w Montreux, robiłem coś innego. Dave zadzwonił do mnie, powiedział, że muzycy Queen pracują w studiu i czy nie miałbym ochoty przyjechać i spróbować zrobić coś z nimi. To było całkowicie spontaniczne. Nikt nic nie planował.
Bowie początkowo miał zaśpiewać chórki do utworu "Cool Cat" (ostatecznie zostały z niego wycięte, bo nie spodobały się wokaliście). Przypadkiem doszło jednak do powstania nowego utworu, właśnie "Under Pressure": Najpierw była linia basu Johna Deacona - mówił Mack. Dopóki nie zagrał, wszyscy podpierali ściany i nic się nie działo. Czasami ludzie nie wiedzą jak zrobić pierwszy krok... Bali się pewnie, że nie będzie do dobre, że rozśmieszy Bowiego.
Trzeba jednak dodać, że według samego Deacona, charakterystyczna linia basu została wymyślona przez Bowiego. May i Taylor skłaniają się jednak ku wersji Macka. Bowie natomiast uważa, że motyw ten powstał jeszcze zanim spotkał się z zespołem.
"Under Pressure" od razu trafił do koncertowej setlisty i był grany przez zespół na każdym koncercie.


14. "Radio Ga Ga" (z albumu "Works", 1984)

Największy przebój Queen skomponowany przez Rogera Talora (2. miejsce w Wielkiej Brytanii, 16. w Stanach). Perkusista stworzył go podczas zabawy syntezatorem. Kiedy zabrałem się za "Radio Ga Ga", przyniosłem najlepszy syntezator z dostępnych w tamtym czasie - mówił. Jupiter 8 firmy Roland. To był analogowy syntezator i brzmiał fantastycznie. Ciągle brzmi lepiej niż nowe instrumenty. Mniej entuzjastycznie do tworzenia utworu podchodził Mack: Chciałem, żeby jak najszybciej zabrali Rogera ze studia, bo kiedy grał te swoje papapapa, trzęsło się całe pomieszczenie. Miałem nadzieję, że wysiądzie prąd i to się skończy.
"Radio Ga Ga" stało się kolejnym utworem, bez którego nie mógł odbyć się żaden koncert grupy.


15. "One Vision" (z albumu "A Kind of Magic", 1986)


Inspiracją do napisania tego utworu był występ Queen na słynnym charytatywnym koncercie Live Aid w 1985 roku. Chociaż utwór mówi o potrzebie zjednoczenia wszystkich ludzi, Brian May zaprzeczał jakoby zespół naprawdę chciał tym utworem zmieniać świat: Piosenki Queen to eskapizm w czystej postaci. Dobrze się bawisz słuchając ich, a potem wracasz do swoich problemów. Nigdy nie zamierzałem zmieniać świata przy pomocy swojej muzyki.
"One Vision" był pierwszym singlem podpisanym przez wszystkich członków zespołu. Całkiem nieźle radził sobie w notowaniach (7. miejsce na brytyjskim, 61. na amerykańskim), grany był na otwarcie każdego koncertu podczas ostatniej trasy zespołu, Magic Tour, a ponadto został wykorzystany w filmie "Żelazny Orzeł".


16. "A Kind of Magic" (z albumu "A Kind of Magic", 1986)

Jeden z sześciu utworów stworzonych przez zespół specjalnie do filmu "Nieśmiertelny". Autorem "A Kind of Magic" jest Roger Taylor. Oryginalna wersja trafiła do filmu, a na płycie po raz pierwszy została wydana dopiero w 2011 roku, kiedy trafiła na reedycję albumu "A Kind of Magic". Oryginalne wydanie longplaya zawierało utwór w wersji przearanżowanej przez Freddiego Mercury'ego, który dodał zupełnie nową linię basu i instrumentalne przejścia, a także zmodyfikował strukturę kawałka (pomimo tego, autorstwo utworu dalej było przypisane wyłącznie perkusiście). Albumowa wersja została wydana także na singlu i stała się kolejnym przebojem grupy, dochodząc do 3. miejsca na brytyjskim notowaniu, a 42. w Stanach. Kawałek był także grany na żywo, podczas wszystkich koncertów Magic Tour.


17. "Who Wants to Live Forever" (z albumu "A Kind of Magic", 1986)

Poruszający utwór skomponowany przez Briana Maya do filmu "Nieśmiertelny". To jedna z tych moich piosenek, które powstały bardzo szybko, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - mówił gitarzysta. Przeżywałem wtedy bardzo trudne chwile. Tata był ciężko chory - jego dni były już policzone, doskonale zdawałem sobie z tego sprawę... Moje małżeństwo waliło się w gruzy... To był bardzo trudny okres. Poproszono nas wtedy, byśmy stworzyli muzykę do "Nieśmiertelnego". Ściągnięto nas do kina i pokazano fragmenty tego filmu - powyrywane z kontekstu, bez muzyki. Film opowiada historię Nieśmiertelnego, który nie ma prawa do miłości, a jednak zakochuje się. Niestety, jego towarzyszka życia zaczyna się starzeć, a on ciągle jest młody. W końcu ona umiera w jego ramionach. Bardzo mnie poruszyła ta scena - do tego stopnia, że od razu usłyszałem w głowie piosenkę. Później doszedłem do wniosku, że byłem w stanie stworzyć ten utwór tak szybko, bo tkwił we mnie od dawna. Od dawna dręczyła mnie ta myśl: "Po co żyć wieczne, skoro miłość musi umrzeć?". Wyraziłem w tej piosence wszystko, co myślałem o życiu w tamtym okresie. A filmowa sceną, którą obejrzałem, jedynie sprawiła, że wyrzuciłem ją z siebie. To jeden z moich najlepszych utworów.
"Who Wants to Live Forever" został wydany na singlu i doszedł do 24. miejsca na brytyjskiej liście (w Stanach nie trafił do notowania).


18. "I Want It All" (z albumu "Miracle", 1989)


Największy przebój z albumu "Miracle" (3. miejsce w Wielkiej Brytanii, 50. w Stanach), podobnie jak wszystkie pozostałe kawałki z longplaya, podpisany przez wszystkich członków zespołu. Pełna demokracja. Nie ma gadania w stylu "moja piosenka jest lepsza od twojej" - wyjaśniał Taylor.
Tytuł został zainspirowany zdaniem często powtarzanym przez drugą żonę Briana Maya: I want it all and I want it now! Pod względem muzycznym jest to powrót do ostrzejszego, hardrockowego grania.
Istnieją trzy wersje utworu (nie licząc koncertowych): mocniejsza albumowa (bez słynnego wstępu), bardziej wygładzona singlowa (z dodanym wstępem a capella i ze skróconą częścią instrumentalną) oraz remiks z kompilacji "Queen Rocks" z 1997 roku, będący połączeniem dwóch poprzednich (ściślej mówiąc, jest to wersja albumowa z dodanym wstępem z wersji singlowej).
Po raz pierwszy na  żywo utwór został wykonany dopiero w 1992 roku, na koncercie upamiętniającym Mercury'ego. May, Deacon i Taylor wykonali go wspólnie z wokalistą The Who, Rogerem Daltreyem i gitarzystą Black Sabbath, Tonym Iommim.


19. "Innuendo" (z albumu "Innuendo", 1991)

Trzeci i ostatni (nie licząc powtórzonego "Bohemian Rhapsody") singiel Queen, który doszedł do 1. miejsca na brytyjskim notowaniu (za to w Stanach w ogóle nie był notowany).
Utwór powstał na samym początku sesji nagraniowej w 1989 roku. To był jeden z pierwszych utworów, które nagraliśmy - przyznawał May. Bardzo nietypowy, jeśli traktować go w kategorii przeboju. Mogliśmy dzięki niemu wszystko wygrać, albo wszystko przegrać. Kawałek narodził się z jamu muzyków. Według licznych źródeł uczestniczyli w nim tylko May, Taylor i Deacon, a Mercury stał obok, jednak zaprzecza temu perkusista: Freddie od początku był z nami. Z całą pewnością. Ja napisałem tekst, który on trochę zmienił, dopieścił niektóre sformułowania. Nagraliśmy to na żywo, Freddie grał razem z nami na syntezatorze. Wszystkie podkłady zarejestrowaliśmy na żywo, w wielkim pomieszczeniu po kasynie, w naszym Mountain Studios w Montreux. Pamiętam, że miałem wtedy zupełnie nowy zestaw perkusyjny, więc nagranie "Innuendo" także z tego powodu sprawiło mi wielką przyjemność. Od początku czuliśmy, że to rzecz stworzona do grania na żywo. Coś w duchu Led Zeppelin.
Niestety stan zdrowia wokalisty nie pozwalał na zagranie trasy koncertowej, w rezultacie czego "Innuendo" został wykonany na żywo tylko raz, 20 kwietnia 1992 roku, na koncercie upamiętniającym Freddiego Mercury'ego. W roli wokalisty wystąpił wówczas sam Robert Plant. Ze względu na wspomniane przez Taylora podobieństwo kompozycji do twórczości Led Zeppelin (zwłaszcza do utworu "Kashmir"), Plant wydawał się idealnym kandydatem, jednak kompletnie nie poradził sobie z odtworzeniem partii wokalnej Mercury'ego.
W tym miejscu warto dodać, że podobno istnieje także nigdy nie wydana wersja "Innuendo", śpiewana przez Taylora. Być może zachowały się jakieś próbne wykonania, ale ja nigdy tego utworu nie zaśpiewałem w sposób właściwy - tłumaczył perkusista.
Ważnym elementem utworu jest akustyczna wstawka w stylu flamenco, zagrana przez gitarzystę Yes, Steve'a Howe'a. Byłem w Genewie, gdzie pracowałem z Paulem Sutinem i zdaje się, że mieliśmy dzień wolny lub coś w tym rodzaju - wyjaśniał Howe jak doszło do współpracy z Queen. Pojechałem do Montreux i postanowiłem zatrzymać się gdzieś na obiad. Wszedłem do jakiejś restauracji i nagle wyrósł tam Martin Gloves, który kiedyś pracował dla Yes. Powiedział: "Słuchaj, chłopaki z Queen siedzą w studiu. Czemu nie wpadniesz?". Postanowiłem sprawdzić co tam się dzieje, bo zespół Queen kupił studio Mountain, oryginalnie zbudowane z myślą o nagraniach jazzowych. Wspaniałe studio. Wszedłem do środka, a Freddie, Brian i Roger nad czymś akurat pracowali. Byli bardzo serdeczni. Puścili mi utwór "Innuendo" i Brian powiedział: "Chciałbym, abyś tu zagrał". Odpowiedziałem, że chyba żartuje i żeby zostawili to tak jak jest, bo brzmi świetnie. Odpowiedział: "Nie, nie, nie - chcę abyś tu zagrał i chcę abyś zagrał naprawdę szybko. Chcę abyś nagrał dużo gitar". W ciągu kilki godzin przetestowałem więc kilka gitar klasycznych Cheta Atkinsa. W końcu wziąłem jedną i nagrałem kilka podejść. Potem trochę to przemontowaliśmy, niektóre rzeczy poprawiłem i poszedłem na kolację. Kiedy wróciłem, stwierdzili, że są naprawdę zadowoleni z tego, co zrobiłem.
Brian May uzupełniał: Ten hiszpański motyw jest zasugerowany od samego początku, wstęp jest bowiem utrzymany w duchu bolera. Wydawało się więc naturalną rzeczą, bo rozwinąć ten pomysł z pomocą gitary akustycznej i tak to się stopniowo rozwijało. Steve Howe pomógł nam i wykonał wspaniałą robotę. Wszyscy uwielbiamy tę wstawkę - jest jak podróż do krainy wyobraźni.


20. "The Show Must Go On" (z albumu "Innuendo", 1991)

Utwór bywa postrzegany jako pożegnanie Freddiego Mercury'ego, nie on był jednak jego pomysłodawcą. Wszystko zaczęło się od sekwencji akordów wymyślonej przez Taylora i Deacona. Następnie May wymyślił linię melodyczną, a także stworzył wstawkę zainspirowaną "Kanonem D-Dur" Johanna Pachelbela. Gitarzysta napisał także większość tekstu, jedynie w pierwszej zwrotce wspomógł go Mercury.
"The Show Must Go On" był ostatnim singlem wydanym za życia Mercury'ego - trochę ponad miesiąc przed jego śmiercią. Nie bez znaczenia był fakt, że na jego stronie B umieszczono utwór "Keep Yourself Alive" - otwieracz debiutanckiego albumu, a zarazem pierwszy singiel w dyskografii grupy. "The Show Must Go On" doszedł do 16. miejsca na brytyjskim notowaniu.