31 maja 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Calling Card" (1976)



Nagrywając album "Calling Card", Rory Gallagher po raz pierwszy w ciągu  swojej solowej kariery postanowił współpracować z producentem zewnątrz. Początkowo planował zaangażować Jimmy'ego Page'a. Jednak z obawy, że wówczas może całkowicie stracić kontrolę nad ostatecznym kształtem albumu, postanowił nawiązać współpracę z Rogerem Gloverem. W tamtym czasie Glover, znany przede wszystkim jako basista Deep Purple, wykorzystywał swój "urlop" od grania w tym zespole właśnie na działalność producencką (miał już za sobą współpracę w tej roli m.in. z Nazareth, The Spencer Davis Group, Elf i Ian Gillan Band, zaś rok później wyprodukował album "Sin After Sin" Judas Priest).

Być może pod wpływem Glovera, a może ze względu na zmieniające się trendy w muzyce, "Calling Card" pokazuje zdecydowanie cięższe, hardrockowe oblicze Gallaghera. Chociaż na albumie nie brakuje eklektyzmu charakterystycznego dla wcześniejszych dzieł Irlandczyka, dominuje tutaj zdecydowanie mocniejsze granie. Otwierający całość, chwytliwy "Do You Read Me" za sprawą ciężkiej partii perkusji i istotnej roli organów Hammonda może nawet kojarzyć się z.... Deep Purple, aczkolwiek gitarowe zagrywki Rory'ego i jego wokal nie dają zapomnieć czyj to album. Rozpędzony "Moonchild" jeszcze lepiej obrazuje zmiany, jakie nastały w twórczości Gallaghera - to już niemal nie hard rock, a zapowiedź heavy metalowych brzmień następnej dekady. Ale nawet bardziej blues rockowe "Country Mile" i "Secret Agent" brzmią wyjątkowo ciężko. "Jack-Knife Beat" to z kolei intrygujące połączenie hard rocka z... jazzem.

A skoro już o jazzie mowa, pora przejść do bardziej stonowanych fragmentów longplaya. Właśnie jazzowo pobrzmiewa tytułowy "Calling Card". Znacznie jednak różni się on od poprzednich utworów Gallaghera w tym stylu, które były utrzymane raczej w szybkim tempie - tutaj tempo jest dla odmiany dość leniwe, kawałek ma bardzo wyluzowany klimat. Jak zwykle, Rory nie zapomniał o folkowym aspekcie swojej twórczości. Akustycznym "I'll Admit You're Gone" i "Barley and Grape Rag"nie można odmówić uroku, jednak prawdziwą perłą jest "Edged in Blue". Rozbudowany wstęp tej kompozycji nasuwa skojarzenia z balladami Jimiego Hendrixa (szczególnie "Little Wing"), ale później utwór zostaje niespodziewanie przełamany, nabiera dynamiki i dryfuje w bardziej folkowe rejony, o wyraźnie irlandzkim klimacie i pięknej melodii.

"Calling Card" to jeden z ciekawszych albumów w dyskografii Gallaghera. Może nie aż tak udany, jak debiut czy "Deuce", ale też mający wiele ciekawego do zaoferowania. Dla miłośników blues/hard rocka - pozycja obowiązkowa. Dla reszty - zdecydowanie warta poznania.

Ocena: 9/10



Rory Gallagher - "Calling Card" (1976)

1. Do You Read Me; 2. Country Mile; 3. Moonchild; 4. Calling Card; 5. I'll Admit You're Gone; 6. Secret Agent; 7. Jack-Knife Beat; 8. Edged in Blue; 9. Barley and Grape Rag

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara i harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne; Lou Martin - instr. klawiszowe
Producent: Roger Glover i Rory Gallagher


29 maja 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "Slowhand" (1977)



"Slowhand" to piąty solowy album Claptona, a zarazem najbardziej popularny obok "461 Ocean Boulevard". Jego początek może sugerować, że muzyk w końcu postanowił wrócić do swoich korzeni. Bo cover "Cocaine" z repertuaru J.J. Cale'a to najbardziej blues/hard rockowy utwór, jaki nagrał od czasu rozpadu Derek and the Dominos. Odrobinę cięższy od oryginału (nagranego zaledwie rok wcześniej), oparty na świetnym, bardzo nośnym riffie (kojarzącym się z "Sunshine of Your Love" Cream) i w końcu z długimi, porywającymi solówkami, których tak bardzo brakowało na poprzednich solowych albumach Claptona. Oczywiście, na tle jego dokonań z poprzedniej dekady "Cocaine" wypada dość blado. Ale i tak jest to zdecydowanie najlepszy utwór, jaki nagrał pod własnym nazwiskiem. Niestety, reszta albumu nie jest już tak ekscytująca.

"Cocaine" stał się jednym z najpopularniejszych utworów Erica, mimo że album był promowany na singlach dwoma innymi kawałkami. Jako pierwszy na małej płycie został wydany "Lay Down Sally" - bardzo komercyjna, banalna i przesłodzona piosenka, z wygładzonym brzmieniem i żeńskimi chórkami. Drugim singlem była ballada "Wonderful Tonight" - utwór również bardzo komercyjny, ale niepozbawiony uroku i naprawdę zgrabnej melodii. To jedna z najpiękniejszych kompozycji Claptona, zaraz po "Presence of the Lord" i "Tears in Heaven". I w tym miejscu mógłbym właściwie zakończyć opis tego albumu, bo wszystkie pozostałe utwory są tak mdłe i bezbarwne, że szkoda marnować czas na ich dokładne opisywanie. Większość z nich to łagodne, popowe piosenki w stylu poprzednich solowych albumów Claptona. Jedynie "Mean Old Frisco" (z repertuaru Arthura Crudupa) oparty jest na ostrzejszych dźwiękach gitary, ale wykonany jest strasznie topornie. Można jeszcze odnotować, że w "The Core" gościnnie wystąpił saksofonista Mel Collins, znany z King Crimson (był członkiem tej grupy na początku lat 70., jest także obecny w aktualnym składzie). Tutaj jednak gra w stricte popowy sposób, pogłębiając komercyjny charakter tej kompozycji.

"Slowhand", podobnie jak pozostałe solowe albumy Claptona, ma niewielką wartość artystyczną. "Cocaine" i "Wonderful Tonight" odrobinę podnoszą poziom, ale przesłuchanie bezpłciowej reszty albumu jest męczącym doświadczeniem. Jest to muzyka "dla nikogo" - łatwa, lekka, w sam raz do radia, ale pozbawiona dobrych melodii.

Ocena: 5/10



Eric Clapton - "Slowhand" (1977)

1. Cocaine; 2. Wonderful Tonight; 3. Lay Down Sally; 4. Next Time You See Her; 5. We're All the Way; 6. The Core; 7. May You Never; 8. Mean Old Frisco; 9. Peaches and Diesel

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; George Terry - gitara; Carl Radle - bass; Jamie Oldaker - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Sims - instr. klawiszowe; Yvonne Elliman - dodatkowy wokal; Marcy Levy - dodatkowy wokal
Gościnnie: Mel Collins - saksofon (6)
Producent: Glyn Johns


27 maja 2015

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "Between Nothingness & Eternity" (1973)



"Between Nothingness & Eternity" to pierwsza koncertówka w dyskografii Mahavishnu Orchestra, a zarazem ostatnie na wiele lat wydawnictwo oryginalnego składu grupy. W 1973 roku coraz bardziej narastał konflikt między mającym dyktatorskie zapędy Johnem McLaughlinem, a pozostałymi instrumentalistami, którzy chcieli przełamać jego kompozytorski monopol. Pod koniec czerwca odbyła się ostatnia studyjna sesja muzyków, podczas której zarejestrowano sześć kompozycji (trzy McLaughlina, oraz po jednej Jana Hammera, Jerry'ego Goodmana i Ricka Lairda). Materiał ten mógł stać się trzecim albumem zespołu, jednak McLaughlin wstrzymał jego wydanie na prawie trzy dekady (ostatecznie został wydany w 1999 roku, pod tytułem "The Lost Trident Sessions"). Zanim gitarzysta zakończył współpracę z resztą ówczesnego składu (zatrzymując prawa do nazwy). zespół zagrał jeszcze kilka koncertów, m.in. w nowojorskim Central Parku, 18 sierpnia. Właśnie jego fragmenty składają się na zawartość "Between Nothingness & Eternity".

Pocieszeniem dla fanów, którzy nie dostali trzeciego studyjnego albumu oryginalnego składu Mahavishnu Orchestra, był fakt, że "Between Nothingness & Eternity" składa się wyłącznie z premierowego materiału. A ściślej mówiąc, z trzech utworów, których studyjne wersje zostały opublikowane dopiero na "The Lost Trident Sessions". W wersji koncertowej materiał ten robi jeszcze większe wrażenie. Wykonania są bardziej rozbudowane, zachwycają wirtuozerskimi popisami, a jednocześnie mnóstwo w nich luzu, swobodnej interakcji pomiędzy muzykami. Całość fantastycznie rozpoczyna kompozycja "Trilogy", składająca się z trzech części: melodyjnej, nieśpiesznej "Sunlit Path", z ciekawym "dialogiem" gitary, klawiszy i basu; wyciszonej, niemalże ambientowej "La Mere de la Mer" z solową partią skrzypiec i "kosmicznymi" dziękami syntezatora; oraz rozpędzonej, agresywnej "Tomorrow's Story Not the Same", z niesamowicie szybką grą McLaughlina i Billy'ego Cobhama (oparta zresztą na jednym z motywów "Right Off" Milesa Davisa, w którego wersji studyjnej obaj grali). Kolejny na płycie "Sister Andrea" to pierwszy wydany utwór Mahavishnu Orchestra łamiący kompozytorski monopol McLaughlina - jego kompozytorem jest Jan Hammer. Stylistycznie skłania się w stronę jazz-funku. Roztańczona gra sekcji rytmicznej i partie pianina elektrycznego kontrastują jednak z zadziornymi, ostrymi solówkami gitary. Drugą stronę winylowego wydania wypełnia ponad 20-minutowa kompozycja "Dream", z początku utrzymana w rzeczywiście nieco sennym, eterycznym klimacie, tworzonym za pomocą stonowanych partii gitary i skrzypiec. Jednak z czasem sen zmienia się w koszmar i muzycy zaczynają grać bardziej agresywnie, momentami wręcz stricte hardrockowo. Pojawia się tu nawet cytat z "Sunshine of Your Love" Cream.

"Between Nothingness & Eternity" potwierdza zasadę, że każdy zespół grający w drugiej połowie lat 60. i w latach 70., znacznie lepiej wypadał na żywo, niż w studiu. Niczym nieskrępowane, rozbudowane improwizacje, grane przez naprawdę utalentowanych instrumentalistów, dawały niesamowite efekty. Co słychać także na tym albumie.

Ocena: 9/10



Mahavishnu Orchestra - "Between Nothingness & Eternity" (1973)

1. Trilogy: Sunlit Path / La Mere de la Mer / Tomorrow's Story Not the Same; 2. Sister Andrea; 3. Dream

Skład: John McLaughlin - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce; Rick Laird - bass; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent; John McLaughlin


25 maja 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Heavy Horses" (1978)



Druga część tzw. "folkowej trylogii", "Heavy Horses", w pewnym sensie stanowi kontynuację wydanego rok wcześniej "Songs from the Wood", a zarazem jest to album o zupełnie innym charakterze. O ile teksty na poprzednim albumie inspirowane były brytyjskim folklorem z czasów średniowiecza i renesansu, tak na "Heavy Horses" przenosimy się do Wielkiej Brytanii z czasów rewolucji przemysłowej, kiedy maszyny zaczęły wypierać tytułowe konie pociągowe. Warstwa tekstowa ma odzwierciedlenie w warstwie muzycznej. Podczas gdy na "Songs from the Wood" dominowały klimaty folkowe, z domieszką brzmień rockowych, tak "Heavy Horses" brzmi bardziej współcześnie, bardziej rockowo, ale wciąż z folkowym pierwiastkiem.

Najbardziej błyszczą tutaj dwa najdłuższe utwory, "No Lullaby" i tytułowy "Heavy Horses". Oba charakteryzują się licznymi zmianami motywów i nastroju, przy czym w pierwszym zdecydowanie rządzą hardrockowe galopady, podczas gdy w drugim zadziorne partie gitary elektrycznej są tylko dodatkiem do przepięknej melodii - nie bez przyczyny utwór ten często jest wymieniany wśród największych arcydzieł Jethro Tull. Nastrój podkreśla tutaj partia skrzypiec w wykonaniu Darryla Waya z grupy Curved Air. Muzyk udziela się także w skocznym "Acres Wild", w którym wiodącą rolę pełni jednak celtycki motyw grany na mandolinie, dzięki któremu najbliżej mu do klimatu poprzedniego albumu. Stricte folkowym utworem jest także singlowy "Moths", oparty głównie na akompaniamencie gitary akustycznej i fletu. Z kolei "...And the Mouse Police Never Sleeps", "Rover", "One Brown Mouse" i "Weathercock" łączą folkowe brzmienia z rockową dynamiką. Całości dopełnia natomiast ostrzejszy "Journeyman", w którym skoczna melodia ubrana jest w hardrockowe brzmienie.

"Heavy Horses" to album trochę bardziej zróżnicowany od "Songs from the Wood" i nie tak równy (tam wszystkie kompozycje prezentowały podobny poziom, tutaj utwór tytułowy i "No Lullaby" zdecydowanie wyróżniają się na tle całości). Ponadto brakuje tutaj tego magicznego klimatu i bogatych aranżacji poprzednika. Jeśli jednak odrzucić na bok te porównania, "Heavy Horses" to naprawdę udany album - jeden z najlepszych w dyskografii Jethro Tull.

Ocena: 8/10



Jethro Tull - "Heavy Horses" (1978)

1. ...And the Mouse Police Never Sleeps; 2. Acres Wild; 3. No Lullaby; 4. Moths; 5. Journeyman; 6. Rover; 7. One Brown Mouse; 8. Heavy Horses; 9. Weathercock

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara i mandolina; Martin Barre - gitara; John Glascock - bass; Barriemore Barlow - perkusja; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe i aranżacja instr. smyczkowych
Gościnnie: Darryl Way - skrzypce (2,8)
Producent: Ian Anderson


23 maja 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Against the Grain" (1975)



W połowie lat 70. Rory Gallagher należał do najbardziej rozchwytywanych gitarzystów. Muzycy The Rolling Stones, po odejściu Micka Taylora, poważnie rozważali zatrudnienie na jego miejsce Irlandczyka. Zaprosili go nawet na kilka dni wspólnego jamowania. Również muzycy Deep Purple, widzieli w nim potencjalnego następcę Ritchiego Blackmore'a, z którym ich drogi właśnie się rozeszły. Dla Rory'ego najważniejsza była jednak kariera solowa, która dawała mu pełną swobodę. W dodatku w tamtym czasie dopiero co podpisał nowy, lepszy kontrakt i rozpoczął już pracę nad kolejnym solowym albumem, zatytułowanym "Against the Grain".

Ostatnia rzecz, jakiej należy spodziewać się po tym longplayu, to oryginalność. Album został przygotowany dokładnie z tych samych składników, co wszystkie poprzednie. Trochę zmieniły się tylko proporcje. Po bardziej hard rockowym "Tattoo", Gallagher najwyraźniej postanowił wrócić do swoich korzeni. Dominuje tu zatem klasyczny blues rock - przeważnie o lżejszym, zmiękczonym klawiszami brzmieniu (np. "Let Me In", "Bought and Sold"), chociaż takiemu "Souped-Up Ford" nie można odmówić hard rockowej żywiołowości. Tradycyjnie zdarzają się również wycieczki w stronę innych gatunków muzycznych, przede wszystkim folku (szczególnie w coverze "Out on the Western Plain" Lead Belly'ego, oraz w własnych, bardzo przyjemnych "Lost at Sea" i "At the Bottom"), ale też i jazz rocka (fantastyczny "Cross Me Off Your List").

Do najlepszych fragmentów longplaya bez wątpienia należy wspomniany "Cross Me Off Your List", który poza jazzującymi solówkami Gallaghera - jak zwykle na najwyższym poziomie - wyróżnia się także rewelacyjną, naprawdę chwytliwą melodią. Kolejną perłą jest przepiękna ballada "Ain't Too Good", w której znalazły się jedne z najbardziej urokliwych, natchnionych solówek Rory'ego i być może najwspanialsza partia wokalna w jego karierze. Prawdziwie magiczny utwór. Potężną dawką energii porywa natomiast przeróbka "I Take What I Want" (oryginalnie wykonywanego przez rhythm'n'bluesowy duet Sam & Dave). Nie jest to może hard rock, ale mocy w tym mnóstwo. Bardziej stonowany, akustyczny "Out on the Western Plain" czaruje natomiast niezwykłym klimatem. Jest jeszcze finałowy "At the Bottom", nad którym wyraźnie unosi się Irlandzki duch.

"Against the Grain" nie sposób postawić w jednym rzędzie z najwybitniejszymi dziełami Rory'ego Gallaghera (debiut, "Deuce", "Irish Tour '74"), ale nie jest to też album, który powinno się zignorować. To wciąż blues rock na wysokim poziomie, jaki udało się osiągnąć tylko nielicznym.

Ocena: 8/10



Rory Gallagher - "Against the Grain" (1975)

1. Let Me In; 2. Cross Me Off Your List; 3. Ain't Too Good; 4. Souped-Up Ford; 5. Bought and Sold; 6. I Take What I Want; 7. Lost at Sea; 8. All Around Man; 9. Out on the Western Plain; 10. At the Bottom

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne; Lou Martin - instr. klawiszowe
Producent: Rory Gallagher


21 maja 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "461 Ocean Boulevard" (1974)



Niedługo po triumfalnym powrocie Claptona na deskach londyńskiego Rainbow Theatre, gitarzysta wszedł do studia, by zarejestrować materiał na drugi album solowy. Nieco wcześniej otrzymał taśmę demo od dawnego kompana z Derek and the Dominos, basisty Carla Radle'a. Zawierała ona kilka coverów, nagranych przez niego wraz z perkusistą Jamie Oldakerem i klawiszowcem Dickiem Simsem. Materiał przypadł do gustu Ericowi i postanowił go wykorzystać na swoim albumie. W nagraniach wspomogli go wymienieni wyżej muzycy, a także gitarzysta George Terry i wokalistka Yvonne Elliman. Skład okazał się wyjątkowo stabilny i towarzyszył Claptonowi także na kolejnych trzech albumach.

Zawartość albumu "461 Ocean Boulevard" - tytuł odnosi się do willi w pobliżu Miami, w której w tamtym czasie mieszkał Clapton (widocznej zresztą na okładce) - to głównie przeróbki cudzych utworów, uzupełnione dwiema kompozycjami Erica ("Let It Grow" i  napisana  z pomocą Elliman "Get Ready") oraz jedną autorstwa George'a Terry'ego ("Mainline Florida"). Pod względem stylistycznym album jest niestety daleki nie tylko od dokonań Cream i Blind Faith, ale nawet od twórczości Derek and the Dominos. Stanowi raczej kontynuację nieudanego solowego debiutu, "Eric Clapton". Tym razem na szczęście obyło się bez nachalnych partii dęciaków, ale niewiele to zmienia. "461 Ocean Boulevard" to znów album stricte popowy, wypełniony banalnymi piosenkami o wygładzonym brzmieniu i aranżacjach. Z niewiadomych powodów Clapton unika tutaj grania solówek, a gdy już jakieś proponuje, sprawiają one wrażenie wymuszonych, zagrane są bez polotu ("Motherless Children", "Let It Grow", "Steady Rollin' Man").

Najbardziej znanym fragmentem longplaya jest cover "I Shot the Sheriff" Boba Marleya. Nagranie go zasugerował Terry, a Clapton z początku nie był chętny umieszczeniu go na płycie. Uległ jednak namowom pozostałych muzyków. Utwór stał się później jego jedynym numerem jeden w Stanach. Utwór nie różni się specjalnie od oryginału, również utrzymany jest w stylu reggae, co pewnie doprowadzało do rozpaczy wielbicieli bluesowego i hard rockowego wcielenia Claptona. Wpływy tego stylu słychać zresztą także w innych utworach ("Willie and the Hand Jive", "Get Ready"). A chociaż nigdy nie przepadałem za reggae, muszę przyznać, że "I Shot the Sheriff" to najjaśniejszy fragment longplaya. Ma coś, czego brakuje innym kompozycjom - wyrazistość. Ile jednak w tym zasługi Claptona, a ile Marleya, jest pytaniem retorycznym. Reszta utworów jest całkowicie wyprana z zapamiętywalnych melodii, ciekawych rozwiązań aranżacyjnych, czy czegokolwiek wartościowego.

"461 Ocean Boulevard" jest jednym z najwyżej ocenianych solowych albumów Claptona, ale słuchacze o wyrobionym guście nie znajdą tu wiele dla siebie. To taka lekkostrawna, popowa papka, w sam raz nadająca się do komercyjnych stacji radiowych (tych grających starszą muzykę), ale dla większości wielbicieli twórczości gitarzysty z poprzedniej dekady może być po prostu niestrawna.

Ocena: 4/10



Eric Clapton - "461 Ocean Boulevard" (1974)

1. Motherless Children; 2. Give Me Strength; 3. Willie and the Hand Jive; 4. Get Ready; 5. I Shot the Sheriff; 6. I Can't Hold Out; 7. Please Be With Me; 8. Let It Grow; 9. Steady Rollin' Man; 10. Mainline Florida

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; George Terry - gitara i wokal; Carl Radle - bass; Jamie Oldaker - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Sims - instr. klawiszowe; Yvonne Elliman - wokal
Gościnnie: Albhy Galuten - instr. klawiszowe; Marcy Levy - harmonijka, dodatkowy wokal; Al Jackson, Jr. - perkusja (2); Tom Bernfield - dodatkowy wokal
Producent: Tom Dowd


19 maja 2015

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "Birds of Fire" (1973)



Minęło sporo czasu, odkąd opisałem debiutancki album Mahavishnu Orchestra. W tej sytuacji właściwym wydaje się przypomnienie początków zespołu. Jego twórcą był brytyjski gitarzysta John McLaughlin, który pod koniec lat 60. grał m.in. z Jackiem Brucem (album "Things We Like") i w grupie Tony Williams Lifetime, największą sławę przyniosła mu jednak współpraca z Milesem Davisem. Wziął udział w nagraniu kilku z najsłynniejszych albumów jazzowego trębacza, w tym "In a Silent Way", "Bitches Brew" i "Jack Johnson". Na ostatnim z nich bębnił Billy Cobham, którego McLaughlin zaprosił do nagrania swojego solowego albumu "My Goal's Beyond". Innym muzykiem, jaki na nim wystąpił, był grający na skrzypcach Jerry Goodman (wcześniej członek grupy The Flock). McLaughlin postanowił stworzyć z Cobhamem i Goodmanem nowy zespół, który nazwał Mahavishnu Orchestra. Składu dopełnili klawiszowiec Jan Hammer i basista Rick Laird, dla których było to pierwsze poważniejsze muzyczne przedsięwzięcie.

W sierpniu 1971 roku ukazał się debiutancki album zespołu, zatytułowany "The Inner Mounting Flame", będący jednym z najwspanialszych i najdoskonalszych przykładów muzyki jazz fusion. Równie entuzjastyczne opinie panują także na temat drugiego longplaya McLaughlina i spółki, "Birds of Fire". Ja jednak nie podzielam tych zachwytów, mam do niego bardziej krytyczny stosunek. Nie znaczy to bynajmniej, że to zły album. Muzycy wciąż grają na wysokim poziomie, co chwilę prezentując błyskotliwe solówki, nie zapominając o zespołowej interakcji. Problemem są natomiast same kompozycje. Spora część z nich sprawia wrażenie ledwie szkiców, pomysłów, które w interesujący sposób zostały rozwinięte dopiero na koncertach. Muzycy znacznie ograniczyli ilość nieokiełznanych improwizacji, jakie dominowały (i zachwycały) na poprzednim albumie. Dobrym przykładem takich zalążków kompozycji są "Celestial Terrestrial Commuters" i "Resolution", zaś w przypadku "Sapphire Bullets of Pure Love" nie można mówić nawet o zalążku, gdyż jest to tylko 24-sekundowy, nic nie wznoszący przerywnik. Nie przekonują też eksperymenty z brzmieniem (irytujące syntezatory, chociażby w "Celestial..."), ani żarty muzyczne (początek "Open Country Joy" mający, zgodnie z tytułem, wiele wspólnego z muzyką country).

A z drugiej strony natrafiamy tu na prawdziwe perełki, jak delikatny "Thousand Island Park", oparty głównie na brzmieniu gitary akustycznej, czarujący przepięknym klimatem. Albo "Hope", w którym subtelna partia skrzypiec kontrastuje z ponurym, ciężkim motywem gitarowym. Bronią się także cztery dłuższe (tzn. mieszczące się w przedziale czasowym od niespełna pięć do dziesięciu minut) utwory. Tytułowy "Birds of Fire" ma sporo wspólnego z debiutem, co słychać szczególnie w agresywnych, szybkich partiach McLaughlina, wysuniętych na pierwszy plan. Odmienny klimat przynosi "Miles Beyond (Miles Davis)", z uwypuklonym, wyrazistym rytmem, oraz solówkami kolejno na pianinie elektrycznym, skrzypcach i gitarze, które to instrumenty w końcówce idealnie ze sobą współpracują. Tytuł jest oczywiście hołdem dla Milesa Davisa, który wcześniej w ten sam sposób uhonorował McLaughlina, nazywając jego imieniem i nazwiskiem jeden z utworów na "Bitches Brew". W najdłuższym na płycie "One Word" pole do popisu mają wszyscy muzycy - świetnie wypadają solowe popisy sekcji rytmicznej - zwłaszcza basowe solo Lairda - poza tym fantastyczne solówki gra McLaughlin, za to Hammer spieprzył sprawę, grając na syntezatorze, zamiast na elektrycznym pianinie lub organach. Za to absolutnie nie mogę przyczepić się do "Sanctuary", w którym muzycy genialnie tworzą klimat i rewelacyjnie budują napięcie. To kulminacyjny punkt tego albumu.

"Birds of Fire" pozostawia pewien niedosyt. Część pomysłów nie została tu należycie rozwinięta, a kilka innych mogłoby zostać całkiem pominięte. Na szczęście stanowią one zdecydowaną mniejszość. Dominują tutaj utwory będące doskonałym przykładem jazzowo-rockowej fuzji. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli takiej stylistyki i warta poznania przez wszystkich pozostałych.

Ocena: 8/10



Mahavishnu Orchestra - "Birds of Fire" (1973)

1. Birds of Fire; 2. Miles Beyond (Miles Davis); 3. Celestial Terrestrial Commuters; 4. Sapphire Bullets of Pure Love; 5. Thousand Island Park; 6. Hope; 7. One Word; 8. Sanctuary; 9. Open Country Joy; 10. Resolution

Skład: John McLaughlin - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce; Rick Laird - bass; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Mahavishnu Orchestra


17 maja 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Songs from the Wood" (1977)



Album "Songs from the Wood" uznawany jest za pierwszą część tzw. "folkowej trylogii" (do której należą także dwa kolejne longplaye, "Heavy Horses" i "Stormwatch"). Trochę to jednak nietrafione określenie, bo przecież folkowe wpływy w twórczości Jethro Tull były wyraźnie słyszalne już od debiutanckiego "This Was". Fakt, że na "Songs from the Wood" ta inspiracja, przede wszystkim muzyką celtycką, stała się jeszcze bardziej słyszalna, nie jest to jednak album jednoznacznie folkowy. Nie brakuje tutaj przecież ostrych partii gitary elektrycznej, a mocne brzmienie perkusji dobitnie przypomina o hardrockowych korzeniach grupy. Ba, na tym albumie jest o wiele więcej rockowej dynamiki, niż na poprzednim w dyskografii "Too Old to Rock 'n' Roll: To Young to Die!".

Dobrą zapowiedzią całego albumu jest rozpoczynające go nagranie tytułowe, łączące folkową melodykę i instrumentarium (m.in. flet i gitara akustyczna) z mocnym rockowym brzmieniem. W sumie utwór nie odbiega daleko od wczesnych utworów Jethro Tull, więcej tu tylko brzmień klawiszowych (co nie powinno dziwić, bo przed nagraniem "Songs from the Wood" skład zespołu poszerzył się o drugiego klawiszowca, którym został stały współpracownik grupy, David Palmer). Innym przykładem łączenia folku z rockową dynamiką jest świetny "Cup of Wonder", wyróżniający się bardzo chwytliwym motywem przewodnim granym na flecie (a w jednym momencie także na pisaninie). Albo najdłuższy na albumie, ponad ośmiominutowy "Pibroch (Cap in Hand)", z początku bliższy bluesa, ale później nabierający bardziej "celtyckiego" charakteru.

Nie brak też tutaj utworów jednoznacznie folkowych, jak ascetyczny "Jack-in-the-Green" (w nagraniu którego brał udział tylko Anderson); przywołujący bożonarodzeniowy klimat, przepiękny "Ring Out, Solstice Bells"; równie uroczy "Velvet Green"; a także singlowy, bardzo chwytliwy "The Whistler". Na tle całości wyróżniają się natomiast "Hunting Girl" i "Fire at Midnight", w których prawie w ogóle nie słychać folku. Ten pierwszy to niemal hardrockowy kawałek, oparty na galopującej grze sekcji rytmicznej, wyróżniający się jednak bardzo bogatą aranżacją, obejmującą organy i flet. Drugi jest natomiast bardzo zgrabną balladą, której zarzucić można tylko jedno - że kończy się po niespełna trzech minutach.

"Songs from the Wood" to jedno z najwspanialszych dzieł Jethro Tull. Zebrane tutaj utwory tworzą bardzo spójną całość, dzięki unoszącemu się nad nimi folkowemu nastrojowi, a jednocześnie każdy z nich ma swój własny charakter.

Ocena: 9/10



Jethro Tull - "Songs from the Wood" (1977)

1. Songs from the Wood; 2. Jack-in-the-Green; 3. Cup of Wonder; 4. Hunting Girl; 5. Ring Out, Solstice Bells; 6. Velvet Green; 7. The Whistler; 8. Pibroch (Cap in Hand); 9. Fire at Midnight

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina, bass (2), perkusja (2); Martin Barre - gitara i lutnia; John Glascock - bass; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe
Producent: Ian Anderson


15 maja 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Irish Tour '74" (1974)



W połowie lat 70. Irlandia Północna nie należała do najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Zbrojny konflikt pomiędzy irlandzkimi protestantami i katolikami sprawił, że większość muzyków unikała koncertów w tym kraju, szczególnie zaś w Belfaście, będącym epicentrum konfliktu. Nie zniechęciło to jednak Rory'ego Gallaghera, który traktował Belfast jak swój drugi dom (mieszkał tam w czasach działalności grupy Taste). Muzyk zignorował wszystkie ostrzeżenia, twierdząc, że skoro co roku jeździ tam koncertować i nic złego się nie dzieje, to nie ma powodu by nie zatrzymać się tam podczas trasy promującej album "Tattoo". Zagrał tam dwa koncerty, 28 i 29 grudnia 1973 roku, po czym udał się do Irlandii, gdzie 2 stycznia wystąpił w Carlton Cinema w Dublinie, a 3 i 5 stycznia w City Hall w rodzimym Cork. Wszystkie te koncerty zostały zarejestrowane i sfilmowane. Efektem był wyświetlany w kinach film "Irish Tour '74", a także towarzyszący mu dwupłytowy album koncertowy o tym samym tytule (wg opisu z reedycji z 2014 roku na longplay trafiły wyłącznie fragmenty występów w Cork).

Album "Irish Tour '74" uznawany jest za szczytowe osiągnięcie Gallaghera. Nie jest tajemnicą, że irlandzki muzyk nienawidził spędzać czasu w studiu - prawdziwą satysfakcję dawało mu wyłącznie występowanie przed tłumem ludzi. Dopiero wtedy mógł wykrzesać z siebie całą energię, niezbędną w uprawianym przez niego stylu. Żeby przekonać się, co dokładnie oznaczało to w praktyce, wystarczy porównać oryginalną wersję "Walk on Hot Coals" (z albumu "Blueprint") z tutejszym wykonaniem. Zamiast produkcyjnie wygładzonej piosenki z wysuniętą na pierwszy plan partią pianina, mamy tutaj do czynienia z porywającym utworem pełnym rozbudowanych, energetycznych gitarowych popisów na granicy hard i blues rocka. Na żywo zyskały też utwory z albumu "Tattoo" ("Cradle Rock", "Tattoo'd Lady", "A Million Miles Away" i "Who's That Coming"). Chociaż wersjom studyjnym nie mogę nic zarzucić, to przy tych wykonaniach brzmią one jak skromne zalążki tego, czym powinny być.

Repertuaru koncertówki dopełniają utwory cudzego autorstwa, niedostępne na żadnym studyjnym albumie Gallaghera. Wśród nich znalazły się dwa porywające, rozbudowane opracowania dwóch bluesowych standardów: energetyczny "I Wonder Who" Muddy'ego Watersa i bardziej stonowany "Too Mush Alcohol" Josepha Benjamina Hutto (ironia losu, że tytuł tego drugiego okazał się dla Gallaghera tak bardzo proroczy). Nieco inny charakter ma "As the Crow Flies" z repertuaru Tony'ego Joego White'a, w którym Rory zagrał na harmonijce i gitarze rezofonicznej (zmodyfikowanej wersji gitary akustycznej, z wzmacniającą dźwięk metalową membraną). Mimo że jej brzmienie jest lżejsze od gitary elektrycznej, Gallagher gra na niej z taką energią, że utwór nie odstaje od hard/blues rockowej reszty albumu. Na albumie (a konkretnie na czwartej, ostatniej stronie) znalazły się także dwa utwory zarejestrowane 4 stycznia w Cork City Hall, na żywo, ale bez udziału publiczności: "Back on My Stompin' Ground (After Hours)" i "Just a Little Bit" - dość surowe, ale porywające fantastycznymi popisami Gallaghera i spółki. Jest jeszcze nieuwzględniony w opisie "Maritime" -  ale to zaledwie półminutowa miniaturka, brzmiąca jak wycięty fragment jakiejś solówki.

"Irish Tour '74" to esencja Rory'ego Gallaghera (chociaż szkoda, że nie ma tu ani jednego utworu z dwóch pierwszych albumów studyjnych) i jeden z najlepszych albumów koncertowych, nie tylko z jego dorobku. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników brzmień z pogranicza hard i blues rocka.

Ocena: 9/10

PS. Wspomniana na początku reedycja z 2014 roku to 8-płytowy boks, zawierający DVD z filmową wersją "Irish Tour '74", oraz siedem płyt CD. Dwa pierwsze dyski wypełniły fragmenty występów w Cork (poza utworami z oryginalnej wersji, także m.in. "Messin' with the Kid", "Laundromat", "Hands Off" i "In Your Town"). Analogicznie, dyski trzeci i czwarty to fragmenty koncertu w Dublinie, a piąty i szósty - w Belfaście (setlista wszystkich koncertów była bardzo podobna). Ostatnia płyta CD zawiera utwory zarejestrowane 4 styczna w Cork City Hall (poza "Back on My Stompin' Ground (After Hours)", "Just a Little Bit" i "Maritime" także utwory znane już z reedycji innych albumów Gallaghera - jak np. "Treat Her Right" - ale też kilka premierowych nagrań: "I Want You / Raunchy Medley", "I Wonder Who", "Too Much Alcohol", "I Can't Be Satisfied" i "Acoustic Medley"). Warto dodać, że równolegle ukazała się także trzypłytowa reedycja winylowa - zawierająca dokładnie ten sam materiał, co dwie pierwsze płyty CD z boksu.



Rory Gallagher - "Irish Tour '74" (1974)

LP1: 1. Cradle Rock; 2. I Wonder Who; 3. Tattoo'd Lady; 4. Too Much Alcohol; 5. As the Crow Flies; 6. A Million Miles Away
LP2: 1. Walk on Hot Coals; 2. Who's That Coming?; 3. Back on My Stompin' Ground (After Hours); 4. Just a Little Bit

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara i harmonijka; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja; Lou Martin - instr. klawiszowe
Producent: Rory Gallagher


11 maja 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "Rainbow Concert" (1973)



Zespół Derek and the Dominos rozpadł się niedługo po zakończeniu trasy promującej debiutancki album. Chociaż muzycy (bez Duane'a Allmana, który w październiku 1971 roku zginął w wypadku motocyklowym) weszli do studia, by nagrać drugi album, kłótnie między nimi spowodowały rychłe przerwanie sesji. W tym samym czasie Eric Clapton niemal całkowicie odizolował się od otaczającego go świata, pogrążając się w heroinowym nałogu i nieodwzajemnionej miłości do Pattie Boyd, wówczas żony najlepszego kumpla, George'a Harrisona. W ciągu tego blisko dwuletniego okresu tylko raz pojawił się na scenie - w sierpniu 1971 roku, na zorganizowanym przez Harrisona Concert for Bangladesh.

Kto wie, jak dalej potoczyłyby się jego losy, gdyby nie pomoc Pete'a Townshenda. Gitarzysta The Who zaplanował koncertowy powrót Claptona, który miał pomóc mu w zerwaniu z uzależnieniem - co, o dziwo, udało się. 13 stycznia 1973 roku w londyńskim Rainbow Theatre odbyły się dwa występy, będące pierwszym publicznym wystąpieniem Erica od czasu Concert for Bangladesh (co ciekawe, właśnie wtedy po raz pierwszy wystąpił ze swoim słynnym czarno-białym Stratocasterem, nazwanym "Blackie"). Poza Claptonem i Townshendem, na scenie pojawił się także przyszły gitarzysta The Rolling Stones, Ronnie Wood, oraz prawie cały ówczesny skład zespołu Traffic: Steve Winwood, Ric Grech, Jim Capaldi i Rebop Kwaku Baah (dwaj pierwsi już wcześniej grali z Claptonem, w supergrupie Blind Faith). Pamiątką po tym wydarzeniu jest album "Rainbow Concert".

W oryginalnej wersji winylowej album zawiera zaledwie sześć utworów o łącznym czasie nie przekraczającym trzydziestu pięciu minut. Rewelacyjnie wykonania wynagradzają jednak wszelkie niedostatki. Szczególnie zyskał "After Midnight" JJ Cale'a. Aż trudno rozpoznać, że to ta sama kompozycja, która na solowym debiucie Claptona została przedstawiona w banalnej, spopowionej wersji. Tutaj jest to porywający bluesrockowy utwór, pełen energetycznych gitarowych popisów. Większej mocy nabrały także utwory Derek and the Dominos: "Roll It Over" i hendrixowski "Little Wing". Pełne autentycznych emocji, słyszalnych w gitarowych i wokalnych partiach Claptona, wykonanie tego drugiego wypada naprawdę poruszająco. Ogromny ładunek emocjonalny niesie także wspaniałe wykonanie "Presence of the Lord", które dzięki partii wokalnej Winwooda (tak jak w oryginalnej wersji Blind Faith) wypada o wiele bardziej przekonująco, niż na "In Concert" Derek and the Dominos. Winwood w roli głównego wokalisty występuje także w "Pearly Queen" z repertuaru Traffic - zaprezentowanym w porywającej, rozimprowizowanej wersji. Repertuaru dopełnia "Badge" z pożegnalnego albumu Cream, który w tej wersji traci nieco oryginalnego uroku, ale zyskuje więcej energii, co w warunkach koncertowych sprawdza się lepiej.

"Rainbow Concert" to świetne udokumentowanie triumfalnego powrotu Claptona na scenę (inna sprawa, że nie przełożyło się to na jego późniejsze albumy studyjne). Może trochę szkoda, że nie zdecydowano się wydać go w formie dwupłytowego albumu, ale nawet w takiej "esencjonalnej" wersji dostarcza wystarczającą ilość pozytywnych wrażeń. Dla spragnionych więcej są kompaktowe reedycje, bogatsze o osiem utworów ("Layla", "Blues Power", "Bottle of Red Wine", "Bell Bottom Blues", "Tell the Truth", "Key to the Highway", "Let It Rain" i "Crossroads").

Ocena: 8/10



Eric Clapton - "Rainbow Concert" (1973)

1. Badge; 2. Roll It Over; 3. Presence of the Lord; 4. Pearly Queen; 5. After Midnight; 6. Little Wing

Skład: Eric Clapton - wokal (1,2,5,6) i gitara; Steve Winwood - wokal (3,4) i instr. klawiszowe; Pete Townshend - gitara i dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara i dodatkowy wokal; Ric Grech - bass; Jim Capaldi - perkusja; Jimmy Karstein - perkusja; Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Producent: Bob Pridden


9 maja 2015

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "The Inner Mounting Flame" (1971)



Klasyka muzyki fusion. Jeden z najlepszych albumów jazzrockowych. O czym mowa? O "The Inner Mounting Flame", debiutanckim dziele grupy Mahavishnu Orchestra. A właściwie należałoby napisać "supergrupy", gdyż została stworzona przez doświadczonych muzyków, mających na koncie już pewne sukcesy. Pierwszy skład tworzyli instrumentaliści pochodzący z różnych części świata: brytyjski gitarzysta John McLaughlin, irlandzki basista Rick Laird, panamski perkusista Billy Cobham, czeski klawiszowiec Jan Hammer, oraz amerykański skrzypek Jerry Goodman. Wszyscy oni poznali się w Stanach, gdzie działali głównie jako muzycy sesyjni (McLaughlin i Cobham współpracowali z samym Milesem Davisem).

Album "The Inner Mounting Flame" posiada ciężkie, rockowe brzmienie, ale tak naprawdę zdecydowanie bliżej mu do jazzu. Chociażby dlatego, że mamy tu do czynienia ze stricte instrumentalnym graniem, pozbawionym wyraźnych struktur, opartym na improwizacjach krążących wokół jakiegoś tematu - dokładnie tak, jak w muzyce jazzowej. Grający tutaj muzycy są prawdziwymi wirtuozami swoich instrumentów, a doskonała interakcja między nimi, czyni ich improwizacje jeszcze bardziej interesującymi. Słychać to już w otwierającym całość "Meeting of the Spirits". Na pierwszy plan wybija się tutaj ciężka, ale finezyjna gra McLaughlina i sekcji rytmicznej, a w całość doskonale wtapiają się partie skrzypiec i organów. Utwór wywołuje skojarzenia z King Crimson, ale Brytyjczycy w ten sposób zaczęli grać dopiero dwa lata później, na albumie "Larks' Tongues in Aspic". I jednak, mimo wszystko, prezentowali nieco niższy poziom, niż Mahavishnu Orchestra na swoim debiucie. Warto zwrócić też uwagę na jego brzmienie - czyste, selektywne, ale zarazem naturalne. Gdyby tylko odrobinę lepiej słyszalna była gitara basowa, uznałbym ten album za ideał rockowego - i nie tylko - brzmienia.

Drugi utwór, "Dawn", rozpoczyna się spokojniej, od klawiszowej partii wspartej subtelną grą sekcji rytmicznej. Ale już po chwili dołącza do nich ostra partia gitary, która przez większą część kompozycji zdaje się rywalizować ze skrzypcami o pierwszoplanową rolę. Ale pod koniec utworu następuje uspokojenie i wszyscy instrumentaliści zaczynają grać w doskonałej harmonii. Rozpędzony "The Noonward Race" z początku zniechęca nieskładnym, hałaśliwym wstępem, ale po chwili przekształca się w interesujący, chociaż nieco monotonny, popis muzyków. "A Lotus on Irish Streams" to zwrot o 180 stopni - delikatna kompozycja, z gitarą akustyczną, pianinem i dominującą nad całością partią skrzypiec. Zgodnie z tytułem, słychać tutaj nieco irlandzki klimat. Drugą stronę albumu otwiera kolejny cięższy utwór, "Vital Transformation". Tak agresywnie w 1971 roku nie grał chyba żaden inny wykonawca, a liczne zmiany klimatu tylko podkreślają to wrażenie. Mniej agresywny, ale równie ciężki, jest "The Dance of Maya". Początek znów wywołuje skojarzenia z King Crimson (szczególnie z albumem "Red", wydanym w 1974 roku), ale po kilku minutach następuje zaskakujące przejście w prosty blues, by pod koniec wrócić do bardziej zakręconego grania. Uspokojenie przynosi prześliczny "You Know You Know", oparty na charakterystycznym gitarowym temacie, który ciężko zapomnieć. Na zakończenie czeka jeszcze jeden agresywny utwór, "Awakening", będący przede wszystkim perkusyjnym popisem Cobhama, ale pełen także rozdzierających solówek McLaughlina.

"The Inner Mounting Flame" to dość trudny album, który nie każdemu przypadnie do gustu. Ja potrzebowałem wielu podejść, na przestrzeni kilku lat, by w ogóle zrozumieć, a potem docenić, zawartą tutaj muzykę. Szczególnie przeszkadzał mi brak partii wokalnych, przez który jeszcze trudniej było ogarnąć tę niezwykle intensywną i wielowarstwową muzykę. Longplay o wiele łatwiej docenią słuchacze jazzu, niż rocka. Jednak przynajmniej wielbiciele King Crimson mogą tutaj znaleźć wiele dla siebie. Na pewno warto spróbować.

Ocena: 9/10



Mahavishnu Orchestra - "The Inner Mounting Flame" (1971)

1. Meeting of the Spirits; 2. Dawn; 3. The Noonward Race; 4. A Lotus on Irish Streams; 5. Vital Transformation; 6. The Dance of Maya; 7. You Know You Know; 8. Awakening

Skład: John McLaughlin - gitara; Rick Laird - bass; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce
Producent: Mahavishnu Orchestra


7 maja 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" (1976)



Podobno nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Ian Anderson i spółka udowadniają, że jednak można. Analogicznie jak w przypadku albumu "War Child", "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" w zamyśle miał być soundtrackiem do filmu - i znów ostatecznie film nie powstał, a jedyną pozostałością projektu jest nieciekawa ścieżka dźwiękowa. W tym miejscu muszę podkreślić, że chociaż nie przepadam za albumem "War Child", to uważam, że ma on liczne zalety, z których największą jest różnorodność. Brakuje jej natomiast na "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" - w chwili wydania najbardziej monotonnym albumie Jethro Tull.

Wiele o jego zawartości mówi sam tytuł - całość brzmi właśnie tak, jakby Anderson i reszta rzeczywiście czuli się zmęczeni graniem rock and rolla. Na albumie tym dominują łagodne piosenki oparte na brzmieniu gitary akustycznej i orkiestracjach. Niestety, nie mają one klimatu utworów z wydanego rok wcześniej "Minstrel in the Gallery" - za to niebezpiecznie zbliżają się do granicy popu. Fakt, że poszczególnym utworom nie można odmówić uroku (np. "From a Dead Beat to an Old Greaser", zakończonemu piękną solówką na saksofonie), ale w takim natężeniu zwyczajnie męczą. Trochę mocniejszych, bardziej rockowych brzmień pojawia się w otwierającym album - i stanowiącym jego najciekawszy fragment - "Quizz Kid"; ale tak naprawdę jedynymi stricte rockowym kawałkami są "Taxi Grab" i "Big Dipper" - akurat dość kiepskie pod względem melodycznym. Najbardziej znanym utworem z tego longplaya jest natomiast tytułowy "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die", co ciężko mi zrozumieć - ta banalna, popowa piosenka jest według mnie najsłabszym momentem całości.

"Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" to po prostu najsłabszy album Jethro Tull z wydanych w latach 70. Na szczęście już kolejny album okazał się powrotem do wysokiej formy - ale to już temat na osobną recenzję.

Ocena: 4/10



Jethro Tull - "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" (1976)

1. Quizz Kid; 2. Crazed Institution; 3. Salamander; 4. Taxi Grab; 5. From a Dead Beat to an Old Greaser; 6. Bad-Eyed and Loveless; 7. Big Dipper; 8. Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die; 9. Pied Piper; 10. The Chequered Flag (Dead or Alive)

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet i harmonijka; Martin Barre - gitara; John Glascock - bass; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - saksofon (5), aranżacja orkiestry; Angela Allen - dodatkowy wokal (2,7); Maddy Prior - dodatkowy wokal (8)
Producent: Ian Anderson


5 maja 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Tattoo" (1973)



Album "Tattoo" to powrót do wysokiej formy po chwilowym jej spadku, którego efektem był mniej udany longplay "Blueprint". Klawisze nie pełnią tutaj już tak ważnej roli jak na poprzedniku - czasem pojawiają się gdzieś w tle, zaś na pierwszy plan wróciły porywające gitarowe popisy Rory'ego Gallaghera. Co prawda otwierający całość utwór "Tattoo'd Lady" rozpoczyna się od dźwięków akordeonu, ale to tylko zmyłka, po której następuje prawdziwie rockowy czad. Zarazem mamy tu do czynienia z jedną z najbardziej chwytliwych melodii w twórczości Irlandczyka - nic dziwnego, że utwór był stałym punktem jego występów. Do koncertowego repertuaru na dłużej wszedł także "Cradle Rock", wyróżniający się jeszcze większą dawką energii i ognistymi solówkami Gallaghera, z akompaniamentem galopującej sekcji rytmicznej i organów Hammonda (instrument ten o wiele lepiej pasuje do takiej muzyki, niż nadużywane na "Blueprint" pianino). Dziwić może natomiast, że na żywo nie były wykonywane inne utwory tego typu - przebojowy riffowiec "Livin' Like a Trucker" i najbardziej hardrockowy "Admit It". Oba sprawiają wrażenie wręcz stworzonych na koncerty.

Jak przystało na album Gallaghera, są tutaj również utwory o bardziej bluesowym charakterze: "Sleep on a Clothes Line", akustyczny "20:20 Vision", nieco zeppelinowy "Who's That Coming" (w klimacie "When the Levee Breaks"), a także fantastyczna ballada "A Million Miles Away", przypominająca najlepsze fragmenty debiutanckiego albumu Gallaghera. Te dwa ostatnie utwory były kolejnymi, które weszły do koncertowego repertuaru Irlandczyka. Tradycyjnie, na albumie nie zabrakło utworu zdradzającego inspirację jazzem - tutaj rolę tą pełni  "They Don't Make Them Like You Anymore", będący hołdem dla greckiego muzyka Manolisa Chiotisa; Rory zagrał w nim nawet na typowym dla greckiej muzyki instrumencie strunowym o nazwie buzuki. O ile jednak eksperymenty tego typu świetnie sprawdzały się na poprzednich, bardziej zróżnicowanych albumach gitarzysty, tak tutaj utwór ten nie przegryza się za bardzo z blues/hardrockową resztą. Zresztą sam utwór wypada raczej blado na tle swoich poprzedników. Na szczęście to jedyny słabszy fragment albumu.

Można narzekać, że "Tattoo" jest kolejnym albumem Gallaghera zbudowanym na tym samym schemacie, że właściwie niewiele nowego wnosi do jego twórczości. Ale z drugiej strony - po co zmieniać coś, co jest dobre?

Ocena: 8/10

PS. Kompaktowe reedycje albumu zawierają dwa bonusowe utwory: akustyczny "Tucson, Arizona", zdradzający wpływ muzyki country, a także rozimprowizowany bluesowy jam "Just a Little Bit", zarejestrowany po jednym z koncertów podczas słynnej trasy Irish Tour.



Rory Gallagher - "Tattoo" (1973)

1. Tattoo'd Lady; 2. Cradle Rock; 3. 20:20 Vision; 4. They Don't Make Them Like You Anymore; 5. Livin' Like a Trucker; 6. Sleep on a Clothes Line; 7. Who's That Coming; 8. A Million Miles Away; 9. Admit It

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, buzuki, harmonijka i saksofon; Gerry McAvoy - bass; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne; Lou Martin - instr. klawiszowe, akordeon (1)
Producent: Rory Gallagher


3 maja 2015

[Recenzja] Derek and the Dominos - "In Concert" (1973)



Wkrótce po zakończeniu nagrań na album "Layla and Other Assorted Love Songs", a jeszcze przed jego wydaniem, grupa Derek and the Dominos rozpoczęła podbój Stanów Zjednoczonych. Trasa odbyła się praktycznie bez udziału Duane'a Allmana - ze względu na swoje zobowiązania wobec macierzystego The Allman Brothers Band, pojawił się tylko na dwóch koncertach, na początku grudnia 1970 roku, w Tampie i Nowym Jorku. Najważniejsze występy odbyły się jednak nieco ponad miesiąc wcześniej, 23 i 24 października w nowojorskim Fillmore East. To właśnie ich fragmenty wypełniły album "In Concert", wydany ponad dwa lata później.

Na repertuar albumu, poza utworami z "Layla and Other Assorted Love Songs" ("Why Does Love Got to Be So Sad?", "Tell the Truth", "Roll It Over", "Have You Ever Loved a Woman?") i jednego odrzutu z jego sesji ("Got to Get Better in a Little While"), złożyły się także trzy utwory z solowego debiutu Claptona ("Let It Rain", "Bottle of Red Wine", "Blues Power"), a także "Presence of the Lord" z repertuaru Blind Faith (to zresztą pierwsza kompozycja w całości skomponowana przez Erica). Zgodnie z ówczesnymi standardami, utwory zostały potraktowane bardzo swobodnie - studyjne pierwowzory są tylko punktem wyjścia do długich improwizacji. Dominują oczywiście gitarowe solówki Claptona, ale dużo miejsca do popisu ma także klawiszowiec Bobby Whitlock, a w 18-minutowej wersji "Let It Rain" sporo miejsca zajmuje perkusyjna solówka Jima Gordona. Dzięki takiemu podejściu zyskują przede wszystkim te słabsze, banalne w oryginalnych wersjach kompozycje, jak "Why Does Love Got to Be So Sad?", "Bottle of Red Wine" lub "Blues Power". Niestety, wyjątkowo kiepsko wypada tutaj warstwa wokalna. Odbiło się to przede wszystkim na "Presence of the Lord", który stracił całą głębię oryginału. Ale w końcu w wersji studyjnej śpiewał utalentowany Steve Winwood, a tutaj z jego partią zmaga się Eric Clapton, który wokalistą został nieco przypadkiem, z konieczności.

"In Concert" to typowa koncertówka lat 70., którą nie sposób wymienić wśród najlepszych, ale też nie przynosi ona wstydu grającym na niej muzykom. Najlepiej potraktować ją po prostu jako suplement do "Layla and Other Assorted Love Songs".

Ocena: 7/10

PS. W 1994 roku ukazał się album "Live at the Fillmore" zawierający wszystkie dziewięć utworów z "In Concert" (aczkolwiek "Why Does Love Got to Be So Sad?", "Let It Rain" i "Tell the Truth" w wersjach z innego występu), a ponadto także "Key to the Highway", "Nobody Knows You When You're Down and Out", "Little Wing" i "Crossroads".



Derek and the Dominos - "In Concert" (1973)

LP1: 1. Why Does Love Got to Be So Sad?; 2. Got to Get Better in a Little While; 3. Let It Rain; 4. Presence of the Lord
LP2: 1. Tell the Truth; 2. Bottle of Red Wine; 3. Roll It Over; 4. Blues Power; 5. Have You Ever Loved a Woman?

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; Bobby Whitlock - instr. klawiszowe i dodatkowy wokal; Carl Radle - bass; Jim Gordon - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Derek and the Dominos


1 maja 2015

[Recenzja] Whitesnake - "The Purple Album" (2015)



W ostatnim czasie prawdziwą plagą są albumy byłych muzyków znanych zespołów, zawierające nowe wersje utworów owych grup. Po Stevie Hacketcie odświeżającym kompozycje Genesis i Ulim Jonie Rothu przypominającym dawne nagrania Scorpions, przyszła pora na Davida Coverdale'a, który pod szyldem Whitesnake postanowił odgrzać utwory, które niegdyś wykonywał z grupą Deep Purple. Teoretycznie ma to być hołd dla zespołu, który wyciągnął go praktycznie znikąd i w jednej chwili uczynił rockową gwiazdą. Teoretycznie, bo obawiam się, że pobudki nagrania "The Purple Album" były znacznie mniej wzniosłe. Po pierwsze, nagranie albumu z coverami jest ewidentnym przejawem kryzysu twórczego (zresztą jakość ostatniego albumu Whitesnake z premierowym materiałem, "Forevermore" z 2011 roku, potwierdza tę tezę). Po drugie, skoro miał to być hołd dla Deep Purple, to czemu znalazły się na nim wyłącznie utwory, których współautorem jest Coverdale? Zapewne chodzi wyłącznie o tantiemy. Ewentualnie samouwielbienie, wszak już w przeszłości zdarzało mu się coverować własne utwory.

Przyznaję, że tracklista "The Purple Album" robi dobre wrażenie. "Burn", "You Fool No One", "Sail Away", "Soldier of Fortune", "Stormbringer", a zwłaszcza "Mistreated" i "You Keep on Moving" to jedne z bardziej udanych utworów w dyskografii Deep Purple (z drugiej strony, nie zabrakło mniej ciekawych kawałków w rodzaju "Lay Down, Stay Down" czy "Holy Man"). Gdyby była to jakaś kompilacja z oryginalnymi wersjami - naprawdę zasługiwałaby na wysoką ocenę. Ale chyba nikt nie sądzi, że nowe wersje są w stanie dorównać pierwowzorom? Czterdzieści lat, jakie minęło od ich powstania, nie wpłynęło korzystnie na głos Coverdale'a - obecnie dysponującego węższą skalą i mniejszymi umiejętnościami. Komputerowa obróbka nie jest w stanie tego ukryć. Brakuje też dodatkowych partii wokalnych Glenna Hughesa, które ubarwiały oryginały. Kolejna sprawa to fakt, że w obecnym wcieleniu Whitesnake Coverdale'owi towarzyszą zwykli rzemieślnicy, którzy opanowali technikę gry na instrumentach, ale brakuje im talentu Ritchiego Blackmore'a, Jona Lorda, Iana Paice'a, Glenna Hughesa i Tommy'ego Bolina. Natomiast nowoczesne, komputerowe brzmienie zabija klimat tych utworów. Może gdyby Coverdale i spółka spróbowali przedstawić je w innych, zaskakujących aranżacjach, powstało by coś godnego uwagi. Na to jednak zabrakło im jaj. Przearanżowanie "Sail Away" na akustyczne instrumentarium i rozbudowanie wstępów kilku utworów to jednak zdecydowanie za mało, jeśli większość utworów nie odbiega pod tym względem od pierwowzorów.

Słuchanie "The Purple Album" to kompletna strata czasu. Lepiej przeznaczyć go na odświeżenie sobie albumów "Burn", "Stormbringer", "Come Taste the Band" czy koncertowego "Made in Europe", albo nawet wczesnych dokonań Whitesnake.

Ocena: 1/10



Whitesnake - "The Purple Album" (2015)

1. Burn; 2. You Fool No One; 3. Love Child; 4. Sail Away; 5. The Gypsy; 6. Lady Double Dealer; 7. Mistreated; 8. Holy Man; 9. Might Just Take Your Life; 10. You Keep on Moving; 11. Soldier of Fortune; 12. Lay Down Stay Down; 13. Stormbringer

Skład: David Coverdale - wokal; Reb Beach - gitara, dodatkowy wokal; Joel Hoekstra - gitara, dodatkowy wokal; Michael Devin - bass, dodatkowy wokal; Tommy Aldridge - perkusja; Michele Luppi - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Producent: David Coverdale i Michael McIntyre