31 maja 2015

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "Between Nothingness & Eternity" (1973)



"Between Nothingness & Eternity" to pierwsza koncertówka w dyskografii Mahavishnu Orchestra, a zarazem ostatnie nagrania oryginalnego składu grupy. W tamtym czasie coraz bardziej narastał konflikt między mającym dyktatorskie zapędy Johnem McLaughlinem, a pozostałymi instrumentalistami, którzy chcieli przełamać jego kompozytorski monopol. Pod koniec czerwca 1973 roku muzycy zaczęli pracę nad trzecim albumem studyjnym. Wśród sześciu zarejestrowanych kompozycji tylko połowa była autorstwa lidera, natomiast po jednej dostarczyli Jan Hammer, Jerry Goodman i Rick Laird. McLaughlin nie był jednak zadowolony z takiego bardziej demokratycznego podejścia, obawiając się o swoją pozycję w zespole. W związku z tym wstrzymywał dalsze prace nad albumem tak długo, aż w końcu zespół się rozleciał. Ostatecznie nagrania zostały opublikowane w 1999 roku pod tytułem "The Lost Trident Sessions" i z jeszcze bardziej zniechęcającą okładką. Za to już w 1973 roku pojawił się wspomniany "Between Nothingness & Eternity" - zapis jednego z ostatnich występów oryginalnego składu, z 18 sierpnia tamtego roku w nowojorskim Central Parku.

Pocieszeniem dla fanów, którzy nie dostali trzeciego studyjnego albumu oryginalnego składu Mahavishnu Orchestra, był fakt, że na repertuar "Between Nothingness & Eternity" składają się wyłącznie niepublikowane wcześniej kompozycje. To trzy spośród sześciu kompozycji, nad którymi zespół pracował w Trident Studios. W wersji koncertowej materiał ten robi jeszcze większe wrażenie. Wykonania są bardziej rozbudowane, zachwycają wirtuozerskimi popisami, kreatywnością i doskonałym zgraniem muzyków, ale też bardzo dużą swobodą oraz niesamowitą energią, jakiej brakowało na poprzednim albumie, "Birds of Fire". Bliżej tutaj do "The Inner Mounting Flame", choć utwory są jeszcze bardziej spontaniczne.

Całość fantastycznie rozpoczyna kompozycja "Trilogy", zgodnie z tytułem składająca się z trzech części, posiadających własne tytuły. Melodyjna, nieśpieszna "Sunlit Path" wyróżnia się ciekawym dialogiem gitary, klawiszy i basu. Po niej następuje wyciszona "La Mere de la Mer" z solową partią skrzypiec i kosmicznymi dziękami syntezatora. Natomiast finałowy segment to cięższy "Tomorrow's Story Not the Same", z niesamowicie szybką grą McLaughlina i Billy'ego Cobhama, którzy zresztą nawiązują tu do jednego z motywów "Right Off" Milesa Davisa, nagranego z ich udziałem. Kolejny na płycie "Sister Andrea" to pierwszy opublikowany utwór Mahavishnu Orchestra łamiący kompozytorski monopol McLaughlina - jego autorem jest Jan Hammer. Stylistycznie skłania się nieco w stronę jazz-funku. Roztańczona gra sekcji rytmicznej i partie pianina elektrycznego kontrastują jednak z agresywnymi solówkami gitary. Drugą stronę winylowego wydania wypełnia ponad 20-minutowa kompozycja "Dream", z początku utrzymana w rzeczywiście nieco sennym, eterycznym klimacie, tworzonym za pomocą stonowanych partii gitary i skrzypiec. Jednak z czasem sen zmienia się w koszmar i muzycy zaczynają grać bardziej agresywnie, momentami niemalże hardrockowo. Pojawia się tu nawet cytat z "Sunshine of Your Love" Cream.

"Between Nothingness & Eternity" to doskonałe dopełnienie dwóch poprzednich albumów Mahavishnu Orchestra, którego absolutnie nie należy pomijać. Z jednej strony znalazł się na nim zupełnie premierowy materiał, a z drugiej - na żywo kwartet zaprezentował się chyba jeszcze lepiej niż kiedykolwiek w studiu, grając z niesamowitym zaangażowaniem, luzem i kreatywnością. W zasadzie warto znać wszystko, co ten skład nagrał. Kolekcjonerzy płyt kompaktowych mają ułatwione zadanie, odkąd w 2011 roku ukazał się pięciopłytowy boks "Mahavishnu Orchestra: The Complete Columbia Albums Collection", zawierający albumy "The Inner Mounting Flame", "Birds of Fire", "The Lost Trudent Sessions" i "Between Nothingness & Eternity", a także dodatkowy dysk "Unreleased Tracks from Between Nothingness & Eternity", który poza tym zestawem nie ukazał się w formie fizycznej. Wypełniają go koncertowe nagrania z 17 i 18 sierpnia 1973 roku, głównie wykonania utworów z dwóch pierwszych albumów, zagrane jeszcze bardziej porywająco, przeważnie w ciekawie rozbudowanych wersjach. Szkoda, że od razu nie wydano choćby części tego materiału - bo na całość nie starczyłoby miejsca - w postaci drugiej płyty recenzowanej koncertówki. Mogłoby to być wydawnictwo na maksymalną ocenę. 

Ocena: 9/10



Mahavishnu Orchestra - "Between Nothingness & Eternity" (1973)

1. Trilogy: Sunlit Path / La Mere de la Mer / Tomorrow's Story Not the Same; 2. Sister Andrea; 3. Dream


Mahavishnu Orchestra - "Unreleased Tracks from Between Nothingness & Eternity" (1973)

1. Hope; 2. Awakening; 3. You Know, You Know; 4. One Word; 5. Stepping Tones; 6. Vital Transformation; 7. The Dance of Maya

Skład: John McLaughlin - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce; Rick Laird - gitara basowa; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent; John McLaughlin


29 maja 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Heavy Horses" (1978)



W momencie nagrywania tego albumu na dobre rozszalała się już tzw. punkowa rewolucja. Muzycy Jethro Tull nic sobie jednak z tego nie robili i uparcie trzymali się wypracowanego wcześniej stylu, łączącego rock z folkiem. Podobnie jak poprzednio kładąc większy nacisk na ten drugi element. "Heavy Horses" to jednak album inny od "Songs from the Wood". Tamto wydawnictwo wyraźnie nawiązywało - zarówno w warstwie tekstowej, jak i w aranżacjach  - do czasów renesansu, a nawet średniowiecza, przedstawiając je z perspektywy mieszkańców szkockich wsi. Tym razem perspektywa jest podobna, ale przenosimy się do XVIII wieku, gdy za sprawą rewolucji przemysłowej z krajobrazu zaczęły znikać tytułowe konie pociągowe. Zmieniło się tym samym brzmienie i aranżacje, ulegając uproszczeniu. Mniej tutaj tych koronkowych ozdobników, kojarzących się z muzyką dawną. Ian Anderson wciąż ubarwia utwory dużą ilością fletu i gitary akustycznej, czasem nawet sięga po mandolinę, ale zdecydowanie więcej tutaj rockowego grania, za sprawą ostrzejszych partii gitarowych Martina Barre'a oraz mniej niż poprzednio finezyjnej gry sekcji rytmicznej. Pomimo obecności w składzie aż dwóch klawiszowców, ich partie tym razem schodzą na dalszy plan, wtapiając się w tło. Nie wychodzą te zmiany na dobre.

Najsłynniejszym tutaj utworem jest oczywiście tytułowy "Heavy Horses". Tylko on na stałe wszedł do koncertowego repertuaru. Swój sukces zawdzięcza autentycznie wyrazistej melodii, nie tylko w zapamiętywanym refrenie. Mam jednak wrażenie, że zespół próbuje w tym dziewięciominutowym utworze zbyt wielu rzeczy, przeginając z ilością motywów oraz trochę nieporadnie łącząc pastoralne momenty z rockowym czadem. Zresztą momentami robi się nieco zbyt rzewnie i kiczowato za sprawą partii skrzypiec Darryla Waya. Muzyk Curved Air wystąpił także w znacznie już krótszym, bardziej zwartym "Acres Wild". To najbardziej folkowe nagranie na płycie, najbliższe poprzedniego albumu. Skoczna, chwytliwa melodia oraz szerokie zastosowanie fletu, mandoliny i skrzypiec spotyka się tutaj z bardzo energetyczną i fajnie bujającą grą sekcji rytmicznej. To chyba mój ulubiony fragment albumu, choć niewiele ustępują mu  "Weathercock" i "One Brown Mouse" - także bardzo folkowe, a przy tym mniej żywiołowe, za to jeszcze bardziej wyraziste melodycznie. Trochę tylko nie przekonuje mnie nagłe, chwilowe zaostrzenia, aczkolwiek nie odstają one klimatem od pozostałych fragmentów. Na wyróżnienie zasługują jeszcze "...And the Mouse Police Never Sleeps", łączący intensywną grą sekcji rytmicznej z klimatycznymi partiami gitary akustycznej i fletu, a także rozbudowany "No Lullaby", w którym dominuje rockowe czadowanie, ale nie brakuje też folkowych ozdobników. Natomiast trzy środkowe kawałki chyba nie przypadkiem umieszczono w tym miejscu, bo żaden z nich niczym szczególnym się nie wyróżnia. Z drugiej strony, taki układ sprawia, że w środku płyty zaczynam odczuwać znużenie.

Zmiany w muzyce Jethro Tull są całkowicie uzasadnione ogólnym konceptem - opowieść o innej epoce wymusiła zastosowanie innych środków muzycznego wyrazu - co jednak nie znaczy, że album był z góry skazany na bycie słabszym od "Songs from the Wood". Przede wszystkim nie jest to już tak równy i dobry zestaw kompozycji. Tylko nieliczne utwory zbliżają się do tamtego poziomu. Trzeba jednak zaznaczyć, że całość mimo wszystko trzyma bardzo przyzwoity poziom. "Heavy Horses" to album na pewno lepszy od płyt Jethro Tull z połowy dekady, a także od wszystkich wydanych po nim (no może z wyjątkiem jednego, który i tak nie nadaje się do słuchania na co dzień). W ogólnym rozrachunku należy do tych lepszych pozycji w bogatej dyskografii zespołu. W moim osobistym rankingu znalazłby się tuż za pierwszą piątką.

Ocena: 7/10



Jethro Tull - "Heavy Horses" (1978)

1. ...And the Mouse Police Never Sleeps; 2. Acres Wild; 3. No Lullaby; 4. Moths; 5. Journeyman; 6. Rover; 7. One Brown Mouse; 8. Heavy Horses; 9. Weathercock

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina; Martin Barre - gitara; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe i aranżacja instr. smyczkowych; John Glascock - gitara basowa; Barriemore Barlow - perkusja
Gościnnie: Darryl Way - skrzypce (2,8)
Producent: Ian Anderson


27 maja 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "461 Ocean Boulevard" (1974)



Eric Clapton w roli solisty zadebiutował w 1970 roku, jednak dopiero wydany cztery lata później "461 Ocean Boulevard" faktycznie rozpoczął jego solową karierę, trwającą po dziś dzień. Karierę pełną komercyjnych sukcesów i nie oferującą praktycznie żadnych walorów artystycznych. Niedługo po triumfalnym powrocie na deskach londyńskiego Rainbow Theatre, udokumentowanym całkiem niezłą koncertówką "Rainbow Concert", muzyk otrzymał taśmę demo od dawnego kompana z Derek and the Dominos, basisty Carla Radle'a. Zawierała ona kilka przeróbek cudzych kompozycji, nagranych przez Radle'a wraz z perkusistą Jamie Oldakerem i klawiszowcem Dickiem Simsem. Materiał przypadł do gustu Claptonowi, który postanowił zaprosić całą trójkę do nagrania swojego drugiego albumu, na którym miała znaleźć się część materiału z taśmy. W nagraniach uczestniczyli także drugi gitarzysta George Terry oraz wokalistka Yvonne Elliman. Skład ten towarzyszył Claptonowi przez kilka lat i trzy następne albumy.

Tytuł "461 Ocean Boulevard" to adres willi w Golden Beach na Florydzie, którą w tamtym czasie wynajmował lider. Budynek widać zresztą na okładce. Adres wkrótce musiał zostać zmieniony, a willa przebudowana, ze względu na gromadzących się pod nią fanów Claptona. Album składa się głównie z wersji cudzych utworów. Jedynie "Let It Grow" i "Get Ready" zostały skomponowane przez lidera, ten drugi z pomocą Elliman, a "Mainline Florida" przez Terry'ego. Pod względem stylistycznym album jest niestety daleki nie tylko od dokonań Cream i Blind Faith, ale nawet od twórczości Derek and the Dominos. Stanowi raczej kontynuację nieudanego debiutu. "461 Ocean Boulevard" to znów album właściwie stricte popowy, wypełniony banalnymi piosenkami o wygładzonym brzmieniu i prostych aranżacjach. Z niewiadomych powodów Clapton unika tutaj grania solówek, a gdy już jakieś proponuje, sprawiają one wrażenie zwyczajnie wymuszonych, zupełnie pozbawionych dawnego polotu ("Motherless Children", "Let It Grow", "Steady Rollin' Man").

Najbardziej znanym fragmentem longplaya jest przeróbka "I Shot the Sheriff" Boba Marleya. Nagranie właśnie tego kawałka zasugerował Terry, a Clapton z początku nie był chętny umieszczeniu go na płycie. Uległ jednak namowom pozostałych muzyków, dzięki czemu zarejestrował swój jedyny, jak się okazało, numer jeden na amerykańskiej liście singli. Utwór nie różni się specjalnie od oryginału, co oznacza, że wpisuje się w stylistykę reggae. Nie przepadam za tym stylem, ale muszę przyznać, że "I Shot the Sheriff" to najjaśniejszy fragment longplaya. Ma to, czego najbardziej brakuje innym utworom - konkretną, wyrazistą melodię oraz energiczne wykonanie. Pozostałe kawałki są po prostu kompletnie bezbarwne - takie wygładzone, ugrzecznione plumkanie, całkowicie wyprane z zapamiętywalnych melodii lub ciekawych rozwiązań aranżacyjnych. Clapton prezentuje tutaj nieangażującą muzykę tła, która jakoś bardzo nie drażni, ale głównie dlatego, że bardzo łatwo ją ignorować. Tutaj zwyczajnie nie ma na czym się skupić, a więc także walory czysto rozrywkowe są bardzo niskie.

"461 Ocean Boulevard" należy do najbardziej znanych albumów Erica Claptona, ale podejrzewam, że do jego wielbicieli nalezą głównie osoby, które muzyką specjalnie się nie interesują, więc preferują tę najprostszą, najlżejszą i ogólnie najmniej zwracającą uwagę. Byle tylko coś grało i nie przeszkadzało. Ja jednak mam dużo większe wymagania dotyczące muzyki, a po kimś, kto w przeszłości brał udział w nagraniu takich dziel - i przyczynił się do ich wysokiej wartości - jak "Blues Breakers", "Disraeli Gears", "Wheels of Fire", "Blind Faith" czy "Layla and Other Assorted Love Songs", oczekuję czegoś więcej niż takiego bezpłciowego materiału.

Ocena: 4/10



Eric Clapton - "461 Ocean Boulevard" (1974)

1. Motherless Children; 2. Give Me Strength; 3. Willie and the Hand Jive; 4. Get Ready; 5. I Shot the Sheriff; 6. I Can't Hold Out; 7. Please Be With Me; 8. Let It Grow; 9. Steady Rollin' Man; 10. Mainline Florida

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; George Terry - gitara, wokal; Carl Radle - gitara basowa; Jamie Oldaker - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Sims - instr. klawiszowe; Yvonne Elliman - wokal
Gościnnie: Albhy Galuten - instr. klawiszowe; Marcy Levy - harmonijka, dodatkowy wokal; Al Jackson, Jr. - perkusja (2); Tom Bernfield - dodatkowy wokal
Producent: Tom Dowd


25 maja 2015

[Recenzja] Yes - "Progeny: Highlights From Seventy-Two" (2015)


Koncertowa cześć dyskografii Yes nie prezentuje się szczególnie ciekawie. Jeszcze do niedawna klasyczny okres działalności reprezentowały jedynie dwa albumy z epoki, "Yessongs" oraz "Yesshows". W 2005 roku doszedł do tego obszerny boks "The Word Is Live", jednak zebrano na nim materiał zarejestrowany na przestrzeni kilkunastu lat, nietworzący spójnej całości. Natomiast dwa zestawy o wspólnym tytule "Keys to Ascension", pomimo klasycznego repertuaru, to już nagrania z lat 90., w dodatku wzbogacone o bardzo nijaki materiał studyjny (jednak koncertowy materiał wypada tam chyba najlepiej ze wszystkich wydawnictw). Jest jeszcze kilka koncertówek, ale zarejestrowanych w ostatnich latach, przeważnie z jakimiś dziwnymi wokalistami. Tym bardziej cieszy wydanie takiego albumu, jak "Progeny", zawierającego nagrania z trasy promującej "Close to the Edge". Radość jednak maleje po zdaniu sobie sprawy, że utwory z tej właśnie trasy stanowią podstawę wspomnianego "Yessongs". A jest jeszcze gorzej, bo część materiału zwyczajnie się dubluje.

Najnowsze wydawnictwo Yes ukazało się w dwóch wersjach:
  • "Progeny: Seven Shows from Seventy-Two" to boks zawierający 14 płyt CD z kompletnymi rejestracjami siedmiu koncertów, które zespół zagrał w  październiku i listopadzie 1972 roku podczas północnoamerykańskiej części trasy.
  • "Progeny: Highlights from Seventy-Two" składa się natomiast z dwóch płyt CD lub trzech winylowych, na których zebrano fragmenty tych samych występów, a ściślej mówiąc pięciu z nich.
Repertuar każdego występu był identyczny. Zespół prezentował wszystkie utwory z właśnie wydanego "Close to the Edge", po dwie kompozycje z "Fragile" i "The Yes Album", dodając do tego solowy popis Steve'a Howe'a, fragment albumu Ricka Wakemana oraz puszczony z taśmy kawałek orkiestrowego wykonania "Ognistego ptaka" Igora Strawińskiego. Jeśli więc nie jest się maniakiem zespołu, który musi porównać każde dostępne wykonanie (choć muzycy starali się raczej wiernie odtworzyć swoje kompozycje, stroniąc od improwizacji), spokojnie wystarczy ten drugi zestaw. Wybrano po jednym wykonaniu każdej granej na tych koncertach kompozycji, zachowując odpowiednią kolejność. Oczywiście, trzeba mieć na uwadze, że wszystkie te utwory znalazły się także na "Yessongs", który dodatkowo zawiera dwa utwory z poprzedniej trasy. Co prawda w wersji "Highlights" nie powtórzono żadnego wykonania z tamtej koncertówki, jednak tutejsze wersje nie pokazują znanych kompozycji od innej strony.

Przyjemnie usłyszeć Yes z najlepszego okresu i w szczytowej formie, ale szkoda, że po raz kolejny są to dokładnie te same kawałki, zarejestrowane podczas tych samych koncertów. Zresztą zarejestrowane w sposób pozostawiający nieco do życzenia, jeśli chodzi o jakość dźwięku. Wiadomo, że nagrywano też koncerty z innych tras z lat 70., bo ich fragmenty zostały oficjalnie wydane. Dlaczego więc wciąż nie wydano albumów podsumowujących trasy promujące "Fragile", "Relayer" lub "Going for the One"? Takie wydawnictwa wniosłyby o wiele więcej. Dlatego nie mogę wystawić "Progeny" wyższej oceny, choć same kompozycje i wykonanie zasługują na więcej.

Ocena: 6/10



Yes - "Progeny: Highlights From Seventy-Two" (2015)

CD1: 1. Opening (Excerpt from Firebird Suite) / Siberian Khatru; 2. I've Seen All Good People; 3. Mood for a Day / Clap; 4. Heart of the Sunrise; 5. And You and I
CD2: 1. Close to the Edge; 2. Excerpts from The Six Wives of Henry VIII; 3. Roundabout; 4. Yours Is No Disgrace

Skład: Jon Anderson - wokal, instr. perkusyjne; Steve Howe - gitara, dodatkowy wokal; Rick Wakeman - instr. klawiszowe; Chris Squire - gitara basowa, dodatkowy wokal; Alan White - perkusja
Producent: Brian Kehew i Steve Woolar


23 maja 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Against the Grain" (1975)



W połowie lat 70. Rory Gallagher cieszył się sławą jednego z najlepszych rockowych gitarzystów. W związku z tym był na celowniku wielu mniej i bardziej znanych zespołów. W 1974 lub 1975 roku dostał zaproszenie na wspólne jamowanie od muzyków The Rolling Stones, którzy właśnie rozstali się z Mickiem Taylorem. Trzydniowa sesja w Rotterdamie była prawdopodobnie przesłuchaniem, jednak Irlandczyk musiał udać się na własne koncerty do Japonii, a Stonesi - pomimo entuzjazmu Micka Jaggera podczas grania z Gallagherem - już się nie odezwali. Wkrótce potem, gdy z Deep Purple odszedł Ritchie Blackmore, jednym z gitarzystów, których rozważano jako jego następcę, był właśnie Rory. Nie doszło jednak do zaproszenia, a sam muzyk przyznawał później, że i tak by je odrzucił, bo dołączając do zespołu straciłby artystyczną wolność, jaką dawała mu kariera solisty. Zresztą dopiero co podpisał nowy, bardziej lukratywny kontrakt i przygotował nowy album, "Against the Grain".

Niestety, słychać tu już pewną rutynę. Utwory są na ogół bardzo solidne, prawie zawsze przyciągają uwagę ekscytującymi partiami lidera, ale jednocześnie okazują się pozbawione czegoś charakterystycznego. Na ogół mamy tutaj do czynienia z bardzo schematycznym blues rockiem. Kawałków w rodzaju "Let Me In", "Souped-Up Ford", "Bought and Sold" czy "All Around Man" słucham nawet z pewną przyjemnością, ale zaraz kompletnie o nich zapominam. Na ich tle "I Take What I Want" wyróżnia się bardziej żywiołowym wykonaniem oraz większą chwytliwością, ale to akurat przeróbka starego hitu R&B, autorstwa duetu Sam & Dave, spopularyzowanego przez Arethę Franklin. "Lost at Sea" brzmi z kolei tak, jakby lider i pozostali muzycy nie mogli się zdecydować, czy chcą grać łagodnie czy bardziej riffowo, więc wyszło takie trochę nie wiadomo co. Lepiej prezentują się utwory o faktycznie subtelniejszym charakterze, jak urokliwa ballada "Ain't Too Good", z najzgrabniejszą i najbardziej wyrazistą na tej płycie melodią, ale też jednymi z najbardziej porywających solówek. Albo lekka, nieco folkowa piosenka "At the Bottom". Jest jeszcze świetny "Out on the Western Plain", zaczerpnięty co prawda z repertuaru bluesmana Lead Belly'ego, ale zagrany w stylu bliższym Boba Dylana, którego sposób śpiewania świetnie imituje Gallagher, jednocześnie grając bardziej finezyjnie na gitarze. Całości dopełnia energetyczny i nieco ostrzejszy "Cross Me Off Your List", również wyróżniający się dobrą melodią, ale nade wszystko fantastycznymi solówkami o jazz-rockowym charakterze.

Pomimo kilku mocnych punktów, jest to album bardzo średni jako całość. Rory Gallagher nie pokazał tu praktycznie nic nowego, po raz kolejny nagrał longplay składający się z dokładnie tych samych elementów. Co tym bardziej doskwiera, że tylko połowa kompozycji zawiera coś charakterystycznego, z czego dwie to przeróbki utworów innych wykonawców. "Against the Grain" to prawie najsłabsze wydawnictwo Irlandczyka z lat 70. - ustępuje mu jedynie "Blueprint", na którym dużo słabsze jest wykonanie. Tutaj przynajmniej nie brakuje energii i zaangażowania, jednak schematyczne i często pozbawione wyrazistości kompozycje ciągną całość w dół. Na szczęście, kolejne płyty okazały się nieco lepsze, choć Gallagher już nigdy nie wrócił do poziomu, jaki prezentował na eponimicznym debiucie, "Deuce" czy "Irish Tour '74". Warto natomiast dodać, że podczas trasy promującej ten longplay, Irlandczyk dotarł także do naszego kraju. W dniach 3-5 września 1976 roku kwartet Gallaghera wystąpił w Warszawie, Katowicach oraz Gdańsku. Była to jego jedyna wizyta w Polsce. Program koncertów objął przede wszystkim utwory z "Against the Grain" i "Tattoo", choć nie zabrakło też bluesowych standardów, na czele z "Messin' with the Kid" i "Too Much Alcohol".

Ocena: 6/10



Rory Gallagher - "Against the Grain" (1975)

1. Let Me In; 2. Cross Me Off Your List; 3. Ain't Too Good; 4. Souped-Up Ford; 5. Bought and Sold; 6. I Take What I Want; 7. Lost at Sea; 8. All Around Man; 9. Out on the Western Plain; 10. At the Bottom

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara; Lou Martin - instr. klawiszowe; Gerry McAvoy - gitara basowa; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rory Gallagher


21 maja 2015

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "Birds of Fire" (1973)



"Birds of Fire", drugi album Mahavishnu Orchestra, okazał się jeszcze większym sukcesem komercyjnym od debiutanckiego "The Inner Mounting Flame". Poprzednik doszedł zaledwie do 89. miejsca amerykańskiego notowana, co było i tak niesamowitym osiągnieciem na tak abstrakcyjną i nieokiełznaną muzykę. Jednak "Birds of Fire" na tej samej liście dotarł aż do 15. pozycji, a ponadto, w przeciwieństwie do debiutu, zaistniał także w europejskich notowaniach, osiągając wysokie pozycje m.in. w Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Do dziś właśnie ten album często uznawany jest za największe dzieło orkiestry Johna McLaughlina. Takie opinie absolutnie mnie nie dziwią. Jego muzyczna zawartość pokazuje wyraźnie przystępniejsze oblicze Mahavishnu Orchestra, kładąc większy nacisk na kompozycję niż na ekspresyjne improwizacje. Jednak poza wzrostem komunikatywności, co można odbierać zarówno jako zaletę, jak i wadę, album wyraźnie ustępuje swojemu poprzednikowi.

Choć kompozycje faktycznie sprawiają wrażenie bardziej dopracowanych, lepiej przemyślanych, to jednocześnie często przypominają raczej zalążki niż pełnoprawne utwory. W trwający po około dwie minuty "Celestial Terrestrial Commuters", "Hope" i "Resolution" muzycy nie mają nawet jak pokazać swoich możliwości. Dwa pierwsze podczas koncertów były punktem wyjścia do dłuższych improwizacji i w takich wersjach nabrały sensu, którego tutaj za wiele nie ma. A obecność "Sapphire Bullets of Pure Love" trudno w ogóle odnotować, bo kończy się szybciej niż zajmuje przeczytanie jego tytułu. Dość nietrafione okazują się też niektóre wybory muzyków. Zdecydowanie nie podoba mi się tandetne brzmienie, które w niektórych kawałkach ustawił na swoim syntezatorze Jan Hammer, czego przykładem "Celestial Terrestrial Commuters", "One Word" i "Open Country Joy". Ten ostatni, mający zapewne być żartem, wypada wyjątkowo jak na ten zespół banalnie, co zawdzięcza wpływom muzyki country.

Dominuje tu jednak bardzo sprawnie zagrane fusion, w duchu "The Inner Mounting Flame", tylko trochę już pozbawione tej niesamowitej jazz-rockowej energii debiutu i jego nieprzewidywalności. Muzycy stosują bardzo podobne rozwiązania, stąd całkiem znika element zaskoczenia. Tytułowy "Birds of Fire" wypada jak nieco uboższa wersja "Meeting of the Spirits". Jednak te agresywne, szybkie partie McLaughlina wciąż robią wrażenie, podobnie jak ciekawie kontrapunktujące je skrzypce Jerry'ego Goodmana oraz potężna i błyskotliwa gra sekcji rytmicznej, złożonej z perkusisty Billy'ego Cobhama i basisty Ricka Lairda. Partie tego ostatniego są tym razem wyraźniej słyszalne, co akurat stanowi pewną przewagę nad debiutem. Utworem, w którym instrumentaliści najbardziej mogą się wykazać, jest najdłuższy na płycie "One Word", z wirtuozerskimi solówkami każdego z nich, ale też doskonałą współpracą całego składu. Tym razem skojarzenia z pierwszym albumem nie są tak nachalne, choć utwór by tam nie odstawał stylistycznie (ani poziomem). Co ciekawe, McLaughlin - ponownie autor całego materiału - skomponował ten utwór już w okresie współpracy z The Tony Williams' Lifetime. Zarejestrowana wówczas wersja - znacznie mniej rozimprowizowana i z partią wokalną Jacka Bruce'a - została wydana wiele lat później.

Pozytywne wrażenie wywołuje także "Miles Beyond", napisany w hołdzie dla Milesa Davisa, z którym współpracowali wcześniej McLaughlin i Cobham. Słynny trębacz uhonorował zresztą wcześniej gitarzystę w podobny[ sposób, dając jednemu z utworów na "Bitches Brew" tytuł "John McLaughlin". "Miles Beyond" to taki nieco bardziej stonowany, wyrazisty melodycznie utwór, oparty na konkretnym rytmie, z treściwymi solówkami kolejno na pianinie elektrycznym, skrzypcach i gitarze, które to instrumenty w końcówce doskonale się ze sobą splatają. Bardzo interesująco wypada także "Sanctuary" (nie mający nic wspólnego, poza tytułem, z kompozycją Wayne'a Shortera z wspomnianego już "Bitches Brew"), który pomimo raczej subtelnego charakteru brzmi dość niepokojąco, a z czasem wspaniale się rozwija, fantastycznie budując napięcie. Podobnie, jak na debiucie, znalazł się tutaj także jeden utwór o lżejszym brzmieniu i bardziej uduchowionym, choć tym razem mniej rzewnym nastroju. "Thousand Island Park", zdominowany przez partie gitary akustycznej, pianina i basu, to godny następca "A Lotus on Irish Streams", zagrany bardziej intensywnie, ale wciąż z dużą finezją.

"Birds of Fire" to cały czas bardzo dobre fusion, do którego byłoby o wiele trudniej się przyczepić, gdyby ci sami muzycy nie nagrali wcześniej - ani w ogóle - "The Inner Mounting Flame". Niemniej jednak część zarzutów - przedstawionych w drugim akapicie tej recenzji - wciąż byłaby tak samo aktualna. Dotyczą one jednak stosunkowo niewielkiej części albumu, dlatego aż tak bardzo nie rzutują na ocenę. 

Ocena: 8/10



Mahavishnu Orchestra - "Birds of Fire" (1973)

1. Birds of Fire; 2. Miles Beyond (Miles Davis); 3. Celestial Terrestrial Commuters; 4. Sapphire Bullets of Pure Love; 5. Thousand Island Park; 6. Hope; 7. One Word; 8. Sanctuary; 9. Open Country Joy; 10. Resolution

Skład: John McLaughlin - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce; Rick Laird - gitara basowa; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Mahavishnu Orchestra


19 maja 2015

[Recenzja] Faith No More - "Sol Invictus" (2015)



Dla wielu jest to z pewnością jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Faith No More, być może najciekawszy przedstawiciel rockowego mainstreamu lat 90., opublikował właśnie pierwszy od osiemnastu lat album studyjny. Czego można się spodziewać po takim wydawnictwie? Raczej nie równie świeżego podejścia, co na takich płytach, jak "The Real Thing", "Angel Dust" czy "King for a Day,,, Fool for a Lifetime". Już przecież ironicznie zatytułowany "Album of the Year" świadczył o wypaleniu przyjętej przez zespół formuły i braku pomysłów na dalszy rozwój. Po zawieszeniu działalności muzycy mogli realizować się artystycznie we własnym zakresie, z czego skorzystał przede wszystkim Mike Patton, powołując liczne projekty. Teraz natomiast nie po to kwintet odnowił współpracę pod starym szyldem, by próbować czegoś nowego. Byłoby jednak dobrze, gdyby nowy album, nie mając do zaoferowania żadnych świeżych pomysłów, przynajmniej zawierał równie udany materiał co poprzednie. Już zapowiadające go single rozwiały takie nadzieje.

Wybrany do promocji jako pierwszy "Motherfucker", opublikowany już w listopadzie zeszłego roku, rozczarowuje kompletnie nijaką, monotonną muzyką, będącą akompaniamentem dla jednostajnie deklamującego w zwrotkach Roddy'ego Bottuma oraz pretensjonalnego refrenu śpiewanego przez Pattona. Tak nijaki kawałek na "Album of the Year" byłby niepotrzebnym wypełniaczem. Trochę lepszy okazał się drugi singiel, "Superhero". Już początek z klawiszowym motywem i ciężkim riffem gitary przywodzi na myśl "Angel Dust", a gdy dochodzi do tego zwariowana, bardzo plastyczna partia Pattona, otrzymujemy Faith No More w najlepszym wydaniu. Wrażenie psuje jednak spokojniejszy refren, składający się z nudnego powtarzania jednego wersu. A potem - pomijając mało ciekawe solo gitarowe Jona Hudsona - nie dzieje się już praktycznie nic, jedynie powtarzają się te same motywy. I to jest chyba główny problem całego albumu. Nawet jeśli muzycy mieli jakiś pomysł, będący punktem wyjścia do powstania utworu, to kompletnie nie wiedzieli jak go rozwinąć. Strasznie dużo w tych kawałach powtarzalności, a słabym ogniwem są często refreny - mało wyraziste, nierzadko niepasujące do reszty nagrania.

Dużo tutaj takiego nieco bardziej stonowanego grania, przypominającego co bardziej nużące fragmenty "Album of the Year". Taki jest rozpoczynający całość kawałek tytułowy, który z początku daje jeszcze nadzieję, że dokądś zmierza, ale nic się tu nie chce wydarzyć. Albo piosenkowy "Sunny Side Up" (nie zdziwię się, jeśli będzie to kolejny singiel) i przypominający tango "Rise of the Fall", które znów dość obiecująco się zaczynają, a szybko zostają zrujnowane topornymi refrenami, po których tradycyjnie następuje już tylko powielanie wcześniejszych motywów. Ciekawiej wypada najdłuższy na płycie "Matador", gdzie muzykom udaje się zbudować dość fajny klimat i nie zepsuć go do samego końca. Dość przyjemnie wypada też akustyczny, lekko gospelowy "From the Dead", choć to głównie zasługa popisowej partii wokalnej Pattona. Akurat te dwa nagrania obroniły by się też na "Album of the Year". Ale nie na trzech poprzednich wydawnictwach. Choć czasem zespół usilnie próbuje przywołać klimat "Angel Dust" lub "King for a Day... Fool for a Lifetime". Do tego pierwszego nawiązuje nie tylko w "Superhero", ale też "Separation Anxiety", w którym metalowy riff kontrastuje z klawiszowym tłem. Natomiast do drugiego w "Cone of Shame" i "Black Friday", łączących spokojniejsze fragmenty z metalowym ciężarem. W tych dwóch środkowych znów świetnie wypada Patton, ale instrumentalne wykonanie i same kompozycje stoją na bardzo przeciętnym poziomie.

"Sol Invictus" to najkrótszy z teraz już pięciu albumów Faith No More z Mike'em Pattonem, a i tak okazuje się najbardziej z nich nużącym. Całość sprawia wrażenie zbioru odrzutów po poprzednich longplayach. Na plus wypadają tutaj na pewno partie Pattona - choć nie są to już takie akrobacje wokalne, jak w latach 90. - a także dwa ostatnie utwory i może fragmenty kilku innych, choć to w sumie też tylko popłuczyny po dokonaniach z przeszłości. "Sol Invictus" to album, do którego z całą pewnością nie będę wracał. Nie ma po prostu do czego. To wszystko zespół proponował już wcześniej, tylko zwykle na dużo lepszym poziomie. Kompletnie niepotrzebny powrót.

Ocena: 4/10



Faith No More - "Sol Invictus" (2015)

1. Sol Invictus; 2. Superhero; 3. Sunny Side Up; 4. Separation Anxiety; 5. Cone of Shame; 6. Rise of the Fall; 7. Black Friday; 8. Motherfucker; 9. Matador; 10. From the Dead

Skład: Mike Patton - wokal; Roddy Bottum - instr. klawiszowe, wokal (8); Jon Hudson - gitara; Billy Gould - gitara basowa; Mike Bordin - perkusja
Producent: Billy Gould


17 maja 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Songs from the Wood" (1977)



W połowie lat 70. wydawało się, że grupę Jethro Tull można już spisać na straty. Po osiągnięciu artystycznego apogeum na wydanym w 1972 roku "Thick as a Brick", zespół wyraźnie popadł w twórczy kryzys. Brakowało pomysłów na dalsze eksploatowanie dotychczasowej stylistyki i odwagi, by zaproponować coś zupełnie innego. Kiedy już wydawało się, że muzycy będą raczyć słuchaczy wyłącznie kolejnymi przeciętniakami pokroju "Minstrel in the Gallery" i "Too Old to Rock 'n' Roll: To Young to Die!", lub wręcz gniotami na miarę "War Child", pojawił się ten album. "Songs from the Wood" to niespodziewany powrót do formy. Nagle wróciła dawna energia i kreatywność, co jest tym większym zaskoczeniem, że skład praktycznie nie zmienił się od czasu poprzedniej płyty. Dokooptowano co prawda drugiego klawiszowca, lecz przecież David Palmer wspierał grupę od czasu debiutu (głównie jako aranżer partii orkiestrowych).

Ian Anderson w końcu miał pomysł, w jakim kierunku rozwinąć muzykę zespołu. "Songs from the Wood" to pierwsza część płytowej trylogii, opowiadającej o przemianach w Wielkiej Brytanii na przełomie stuleci. Tutaj muzycy cofają się aż do czasów średniowiecza i renesansu, na kolejnym "Heavy Horses" pojawia się tematyka rewolucji przemysłowej, a finałowy "Stormwatch" dotyczy współczesności. Teksty znajdują odzwierciedlenie w klimacie muzyki. Na "Songs from the Wood" jeszcze większą, niż kiedykolwiek wcześniej, rolę odgrywają wpływy folku i muzyki dawnej. Aby jak najlepiej oddać te inspiracje, na szeroką skalę wykorzystano tu flet i gitary akustyczne, ale słychać też takie instrumenty, jak mandolina, lutnia, piszczałki, różnego rodzaju perkusjonalia - w tym marimba i dzwonki - czy portatyw (używane w średniowieczu przenośne organy piszczałkowe). Nie brakuje jednak także ostrzejszych partii gitary czy mocnej gry sekcji rytmicznej, a w całość całkiem zgrabnie i ze smakiem wkomponowano syntezatory. Utwory często zwracają uwagę dużym kunsztem aranżacyjnym (to w znacznym stopniu zasługa Palmera), czasem wyróżniają się nieco bardziej złożoną grą instrumentalistów, choć przeważnie opierają się na skocznych melodiach, zaczerpniętych wprost ze szkockiego folku.

Dawno już Jethro Tull nie zaproponował tak ciekawego zestawu utworów, z których każdy ma swój własny - aczkolwiek spójny z ogólną koncepcją albumu - charakter, a przy tym zwraca uwagę wyrazistą melodią. Muzykom udaje się wzbudzić zainteresowanie już od pierwszych sekund otwierającego całość nagrania tytułowego. Śpiewany a capella, w ciekawej harmonii, wstęp "Songs of the Wood", do którego następnie stopniowo dołączają kolejne instrumenty, to aranżacyjny majstersztyk. Z czasem utwór nabiera niemal hard rockowej mocy, jednak zadziorne partie gitary i intensywna sekcja rytmiczna pomysłowo dopełniane są przez brzmienia klawiszowe oraz folkowe instrumenty. To także jeden z ciekawych kawałków zespołu pod względem rytmicznym (momentami pobrzmiewa tu nawet coś z Gentle Giant). Znacznie skromniej wypada "Jack-in-the-Green", nagrany samodzielnie przez Andersona, który zagrał tutaj na gitarach akustycznej i basowej, flecie oraz perkusjonaliach. W tym utworze chyba najlepiej oddano obiecany w tytule albumu klimat lasu. Stanowi bardzo fajne urozmaicenie przed dwiema żywszymi, skocznymi piosenkami - "Cup of Wonder" i "Hunting Girl" - które znów należy pochwalić za pomysłowe i finezyjne aranżacje oraz zapadające w pamięć melodie. Pierwszą stronę winylowego wydania wieńczy urokliwy "Ring Out, Solstice Bells", w którym charakterystyczny dla tego albumu jesienny klimat zmienia się na bardziej zimowy, a ściślej mówiąc - bożonarodzeniowy, podkreślony brzmieniem dzwonków.

"Velvet Green" to kolejna aranżacyjna perła. Tym razem muzycy chcieli jak najbardziej oddać renesansowy charakter, za pomocą bardziej dostojnej melodii oraz instrumentarium ograniczającego się niemalże wyłącznie do akustycznych instrumentów, z wyjątkiem syntezatora imitującego klawesyn i sporadycznych wejść gitary elektrycznej. Singlowy "The Whistler" również zdominowany jest przez akustyczne brzmienia - w tym marimbę i (prawie) tytułowy flażolet - jednak jego charakter jest już bardziej folkowy. To jeden z najbardziej chwytliwych kawałków na płycie, jednak nie zyskał większej popularności. Najdłuższy w zestawie "Pibroch (Cap in Hand)" zaczyna się od ostrych partii gitary, a potem przechodzi w coś w rodzaju ubarwionego fletem i syntezatorem blues rocka. Przez pierwsze minuty utwór wydaje się nieco zbyt monotonny i niespecjalnie w klimacie całości, ale bardzo fajnie rozkręca się we fragmentach instrumentalnych, które już jak najbardziej pasują do tego albumu. Zakończenie albumu to natomiast niezwykłej urody ballada "Fire at Midnight", która trwa zdecydowanie za krótko. Także tutaj zadbano o świetną melodię oraz ciekawą, folkową aranżację. 

Choć "Songs from the Wood" raczej nie wpisuje się w to, co zwykło się nazywać rockiem progresywnym, jest to jeden z najbardziej progresywnych albumów Jethro Tull. Zespół zaproponował tutaj bardzo ciekawe połączenie folku, muzyki dawnej i rocka, wyróżniające się na tle jego pozostałej twórczości - i folk rocka ogólnie - bardzo wyrafinowanymi aranżacjami. Poza tym chyba nigdy wcześniej i później, z oczywistych względów pomijając "Thick as a Brick" i może jeszcze robiąc wyjątek dla "Benefit", zespół nie nagrał albumu, na którym praktycznie każdy utwór jakoś się wyróżnia, zapada w pamięć i trzyma wysoki poziom. No może mniej przekonuje mnie "Pibroch", choć też ma swoje zalety. Do pozostałych nagrań nie mogę się przyczepić, a razem tworzą wyjątkowo udaną i spójną całosć

Ocena: 9/10



Jethro Tull - "Songs from the Wood" (1977)

1. Songs from the Wood; 2. Jack-in-the-Green; 3. Cup of Wonder; 4. Hunting Girl; 5. Ring Out, Solstice Bells; 6. Velvet Green; 7. The Whistler; 8. Pibroch (Cap in Hand); 9. Fire at Midnight

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina, piszczałki, instr. perkusyjne, gitara basowa (2); Martin Barre - gitara, lutnia; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe; John Glascock - gitara basowa (1,3-9), dodatkowy wokal; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ian Anderson


15 maja 2015

[Recenzja] Eric Clapton - "Rainbow Concert" (1973)



Na początku lat 70. Eric Clapton upadł na samo dno. Muzyk coraz bardziej pogrążał się w heroinowym nałogu, doprowadzając do rozwiązania Derek and the Dominos. Po udziale w Concert for Bangladesh, zorganizowanym przez George'a Harrisona w sierpniu 1971 roku, praktycznie całkiem porzucił granie i wycofał się z życia publicznego. Blisko dwa lata zajęło mu uporanie się z osobistymi problemami. Z niebytu wydobył go dopiero Pete Townshend. Gitarzysta The Who wpadł na pomysł specjalnego koncertu, mającego być wielkim powrotem jego przyjaciela na scenę. Wydarzenie odbyło się 13 stycznia 1973 roku w londyńskim Rainbow Theatre. Podczas dwóch występów Claptonowi towarzyszył nie tylko Townshend, ale też tacy muzycy, jak gitarzysta Ronnie Wood (ex-Jeff Beck Group, później w The Rolling Stones) czy prawie cały ówczesny skład Traffic, w tym Steve Winwood i Ric Grech, z którymi lider współtworzył niegdyś supergrupę Blind Faith. Warto też wspomnieć, że właśnie wtedy Clapton po raz pierwszy wystąpił ze swoim ulubionym czarno-białym Stratocasterem, któremu nadał imię Blackie.

"Rainbow Concert" to pamiątka po tamtym wydarzeniu. Oryginalne wydanie winylowe zaskakuje jednak skromnością. Znalazło się na nim tylko sześć nagrań o łącznej długości nie przekraczającej trzydziestu pięciu minut. Całkiem fajny jest jednak wybór utworów, będący swego rodzaju przekrojem dokonań Claptona z przełomu dekad. Całość rozpoczyna jeden z ostatnich utworów Cream, nie grany nigdy wcześniej na żywo "Badge". Dalej pojawiają się utwory Derek and the Dominos ("Roll It Over", hendrixowski "Little Wing") i Blind Faith ("Presence of the Lord"), a także kompozycje J.J. Cale'a (znany już z eponimicznego solowego debiutu Claptona, ale dopiero tutaj zagrany jak należy "After Midnight") i Traffic ("Pearly Queen"). Skład jest tu dość przypadkowy, więc trudno mówić o jakimś wybitnym zgraniu muzyków, jednak współpracują ze sobą w wystarczający sposób, czasem nawet pozwalając sobie na odrobinę jamowania. Pod tym względem uwagę zwraca przede wszystkim bardzo fajne wykonanie "Pearly Queen". Ogólnie muzycy nie odchodzą daleko od studyjnych pierwowzorów, jednak grają zawsze z ogromną energią, na czym szczególnie zyskuje "After Midnight". Nie brakuje tu świetnych solówek gitarowych i organowych, a Clapton - w przeciwieństwie do niedawno recenzowanego "In Concert" - całkiem przyzwoicie radzi sobie jako wokalista. Pod względem wokalnym najlepiej wypadają jednak "Presence of the Lord" i "Pearly Queen", w których śpiewa Winwood.

Trochę szkoda, że nie wykorzystano w pełni pojemności płyty winylowej - spokojnie zmieściłby się jeszcze ze dwa z granych wówczas utworów (a były to m.in. "Layla", "Crossroads", "Let It Rain", "Tell the Truth" i "Key to the Highway", o czym pozwalają się przekonać kompaktowe wznowienia z licznymi bonusami). Mimo tego, "Rainbow Concert" to naprawdę fajny materiał, dokumentujący triumfalny powrót Erica Claptona, w najmniejszym nawet stopniu nie zapowiadając artystycznej katastrofy, jaką okazała się cala jego późniejsza kariera. Jeśli warto poznać jakikolwiek album Claptona sygnowany wyłącznie jego nazwiskiem, to jest nim właśnie "Rainbow Concert". 

Ocena: 7/10



Eric Clapton - "Rainbow Concert" (1973)

1. Badge; 2. Roll It Over; 3. Presence of the Lord; 4. Pearly Queen; 5. After Midnight; 6. Little Wing

Skład: Eric Clapton - gitara, wokal (1,2,5,6); Steve Winwood - instr. klawiszowe, wokal (3,4), dodatkowy wokal; Pete Townshend - gitara, dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, dodatkowy wokal; Ric Grech - gitara basowa; Jim Capaldi - perkusja; Jimmy Karstein - perkusja; Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne
Producent: Bob Pridden


11 maja 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Irish Tour '74" (1974)



W połowie lat 70. Irlandia Północna nie należała do bezpiecznych miejsc. Zbrojny konflikt pomiędzy irlandzkimi protestantami i katolikami sprawił, że większość muzyków unikała koncertów w tym kraju, szczególnie zaś trzymano się z daleka od będącego epicentrum konfliktu Belfastu. Nie zniechęciło to jednak Rory'ego Gallaghera, który zamieszkiwał tam jeszcze w czasach sprzed debiutu Taste i uważał Belfast za swój drugi dom. Muzyk zignorował wszystkie ostrzeżenia, twierdząc, że skoro co roku tam koncertuje i jeszcze nic się nie stało, to nie ma powodu, by teraz zmienić plany. Nie powstrzymały go nawet zamachy bombowe w dosłownie przeddzień występów. Odbyły się zgodnie z planem, 28 i 29 grudnia 1973 roku. Po Nowym Roku kwartet Gallaghera kontynuował trasę już w Irlandii, dając jeden występ w Dublinie oraz dwa w rodzimym mieści lidera, Cork. Wszystkie te koncerty zostały zarejestrowane przy pomocy mobilnego studia należącego do muzyków Rolling Stones, a także sfilmowane przez Tony'ego Palmera. Materiał ten posłużył do przygotowania filmu "Irish Tour '74" oraz tak samo zatytułowanego albumu. Ściślej mówiąc, na oryginalnym longplayu wykorzystano wyłącznie fragmenty drugiego występu w Cork, z 5 stycznia 1974 roku.

"Irish Tour '74" uznawany jest za szczytowe osiągnięcie Gallaghera. Nie jest tajemnicą, że irlandzki muzyk nienawidził spędzać czasu w studiu. Prawdziwą satysfakcję dawało mu za to występowanie przed publicznością. Dopiero wtedy potrafił wykrzesać z siebie całą energię, niezbędną w uprawianym przez niego stylu. Doskonale słychać to na przykładzie tutejszych wersji utworów pochodzących z dwóch wówczas najnowszych albumów, "Blueprint" i "Tattoo". "Cradle Rock" i "Tattoo'd Lady" powalają ogromną dawką energii, "A Million Miles Away" przyciąga uwagę pełnym emocji wykonaniem, a "Walk on Hot Coals" i "Who's That Coming" zachwycają improwizacyjną swobodą oraz kreatywnością. Głównym bohaterem tych nagrań jest oczywiście Gallagher, którego gitarowe partie - nie tylko solowe - świadczą o ogromnym talencie i sporej wyobraźni. Irlandczyk niewątpliwie należał do tych gitarzystów, którzy wypracowali sobie unikalny, rozpoznawalny i nie do końca konwencjonalny sposób gry - osadzony w bluesie, ale uciekający od powtarzania utartych schematów. Wykonanie nie byłoby tu jednak tak porywające, gdyby lider nie otrzymał solidnego wsparcia od basisty Gerry'ego McAvoya i perkusisty Roda de'Atha, grających z równym zaangażowaniem, nie chowając się w tle. Nieoceniony jest także udział Lou Martina, który ubarwia utwory brzmieniem elektrycznego pianina. Słychać, że po nagraniu razem dwóch albumów i dziesiątkach wspólnych koncertów, kwartet był już doskonale zgrany.

Gallagher nie byłby sobą, gdyby ograniczył się na tym koncercie do własnych kompozycji. W repertuarze znalazły się także doskonałe interpretacje bluesowych standardów. "I Wonder Who", napisany przez Muddy'ego Watersa, zachowuje klimat chicagowskiego bluesa, jednocześnie zyskując ostrzejsze, rockowe brzmienie. W tym wykonaniu słychać zarówno mnóstwo luzu, jak i pasji - przede wszystkim w kolejnych rewelacyjnych popisach lidera. "Too Much Alcohol", z repertuaru mniej znanego bluesmana, J.B. Hutto, to już nieco bardziej stonowane nagranie, co bynajmniej nie znaczy, że wykonane z mniejszym zaangażowaniem. Kompozycja ta towarzyszyła Gallagherowi przez praktycznie całą karierę i szkoda jedynie, że była także ilustracją jego życia, które skończyło się przedwcześnie właśnie w wyniku nadużywania alkoholu. Bardzo fajnym urozmaiceniem całości jest trzecia przeróbka, "As the Crow Flies" Tony'ego Joe White'a. Tutaj Rory wystąpił samodzielnie, akompaniując sobie na gitarze rezofonicznej - podobnej do akustycznej, ale z metalową membraną wzmacniającą dźwięk - oraz na harmonijce. Pomimo tak skromnego instrumentarium, wykonanie jest pełne energii i nie mniej porywające od reszty albumu.

Pewien niedosyt pozostawia czwarta strona winylowego wydania - wyraźnie krótsza od pozostałych i nie zawierająca nagrań koncertowych, lecz fragmenty sesji, którą zarejestrowano na żywo tuż po pierwszym występie w Cork, 3 stycznia, już bez udziału publiczności. Problemem jest tu bardzo surowe, nie za dobre brzmienie, bo same nagrania trzymają całkiem wysoki poziom. Zarówno autorski, znany tylko z tej wersji "Back on My Stompin' Ground (After Hours)", jak i rozimprowizowana wersjae wykonanie starego przeboju "Just a Little Bit" Rosco Gordona, zwracają uwagę fantastycznymi popisami Gallaghera. Tylko czy konieczne było umieszczenie ich akurat tutaj? Przecież dysponowano mnóstwem co najmniej tak samo porywającego, a przy tym bardziej pasującego pod względem brzmieniowym materiału koncertowego. A wiadomo to stąd, że w 2014 roku, z okazji czterdziestolecia "Irish Tour '74", opublikowano obszerny boks z siedmioma płytami CD, zawierającymi kompletne zapisy trzech koncertów (z 29 grudnia w Belfaście, 2 stycznia w Dublinie oraz 5 stycznia w Cork) oraz pełną rejestrację sesji bez publiczności, a także DVD z wspomnianym wcześniej filmem. Cały występ z Cork ukazał się też osobno, na trzech płytach winylowych - i to jest chyba optymalna wersja tego albumu, choć nie wiem, jak wypada pod względem brzmieniowym (mam tylko pierwotne wydanie winylowe).

"Irish Tour '74", niezależnie od wersji, to prawdziwa esencja Rory'ego Gallaghera, który właśnie podczas tych koncertów osiągnął swój artystyczny szczyt (komercyjnie też było nieźle: 30. miejsce na brytyjskiej liście w chwili wydania, a do dziś longplay pokrył się złotem). To także jeden z najlepszych albumów koncertowych wszech czasów i wszech gatunków. Dla wszystkich wielbicieli koncertowych improwizacji, szczególnie tych na pograniczu bluesa i rocka, jest to bezsprzecznie pozycja obowiązkowa. Nie wystawiam maksymalnej oceny wyłącznie ze względu na kontrowersyjny wybór materiału na czwartą stronę.

Ocena: 9/10



Rory Gallagher - "Irish Tour '74" (1974)

LP1: 1. Cradle Rock; 2. I Wonder Who; 3. Tattoo'd Lady; 4. Too Much Alcohol; 5. As the Crow Flies; 6. A Million Miles Away
LP2: 1. Walk on Hot Coals; 2. Who's That Coming?; 3. Back on My Stompin' Ground (After Hours); 4. Just a Little Bit

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka; Lou Martin - elektryczne pianino; Gerry McAvoy - gitara basowa; Rod de'Ath - perkusja
Producent: Rory Gallagher


9 maja 2015

[Recenzja] Mahavishnu Orchestra - "The Inner Mounting Flame" (1971)



Mahavishnu Orchestra to jeden z czołowych przedstawicieli nurtu jazz fusion, często mylnie utożsamianego z jazz-rockiem. Ten drugi styl to odmiana rocka z elementami jazzu, przeważnie trzymająca się piosenkowych struktur. Fusion jest natomiast szerszym pojęciem, w praktyce mogącym oznaczać fuzję jazzu z dowolnym gatunkiem, nie tylko rockiem, przy zachowaniu typowego dla jazzu, improwizowanego charakteru. Akurat w przypadku pierwszego albumu Mahavishnu Orchestra, "The Inner Mounting Flame", da się zastosować obie etykiety. Zespół tworzyli doświadczeni muzycy jazzowi, doskonale czujący się w improwizacjach, jednak samo brzmienie ma zdecydowanie więcej wspólnego z rockiem. Zespół powstał z inicjatywy brytyjskiego gitarzysty Johna McLaughlina, który zasłynął współpracą z Milesem Davisem - zagrał m.in. na jego inspirowanych rockiem albumach "In a Silent Way", "Bitches Brew" i "Jack Johnson", należących do najlepszych i najbardziej wpływowych płyt fusion. Grał też z Tonym Williamsem w jazzowo-psychodelicznym Lifetime. W pierwszym składzie Orkiestry towarzyszyli mu muzycy z różnych stron świata: czeski klawiszowiec Jan Hammer, amerykański skrzypek Jerry Goodman, irlandzki basista Rick Laird, a także panamski perkusista Billy Cobham, z którym McLaughlin pracował już podczas nagrywania "Jacka Johnsona".

Album "The Inner Mounting Flame", a przynajmniej jego znaczna część, charakteryzuje się naprawdę ciężkim, zwłaszcza na tamte czasy, brzmieniem. Jednocześnie jest to wciąż stuprocentowy jazz: stricte instrumentalne granie, o swobodnej, improwizowanej strukturze. Do tego mamy tu do czynienia z muzykami o ponadprzeciętnych umiejętnościach, prawdziwych wirtuozów swoich instrumentów - jednak stawiających finezję ponad efekciarstwem - potrafiącymi doskonale ze sobą współpracować. Na płycie przeważają raczej energetyczne nagrania, które powinny zainteresować także słuchaczy ambitniejszych form rocka. W "Meeting of the Spirits" czy "The Dance of Maya" wyraźnie słychać kto wywarł tak mocny wpływ na Roberta Frippa, że w 1972 roku całkowicie przegrupował skład swojego King Crimson, by podążyć w podobnym kierunku. Nie tylko podebrał parę patentów McLaughlinowi, ale też dodał do składu skrzypka oraz sekcję rytmiczną potrafiąca grać w bardziej złożony sposób. Wspomniane utwory nie są odległe od tych bardziej opartych na improwizacji nagrań Karmazynowego Króla, jednak jeszcze bardziej wyrafinowane i mniej przewidywalne. Czasem zresztą zaskakują bardzo prostymi, lecz rewelacyjnymi pomysłami, jak stricte bluesowe przejście w "The Dance of Maya". Z kolei takie "The Noonward Race", "Vital Transformation" i "Awakening" to niesamowicie rozpędzone i agresywne utwory, które mogłyby wpędzić w depresję większość metalowych gitarzystów, nie potrafiących nawet pod tym względem dorównać McLaughlinowi, nie mówiąc już o jego wyrafinowaniu.

Jednak "The Inner Mounting Flame" ma też inne, całkiem odmienne oblicze. O ile w przypadku "Dawn" nastrojowy początek z subtelną grą instrumentalistów jest tylko zmyłką przed kolejnym ostrym popisem gitarzysty, tak już "A Lotus on Irish Streams" okazuje się całkowicie spokojnym utworem. Tym razem lider wyjątkowo gra na gitarze akustycznej, a towarzyszą mu równie delikatne partie pozostałych instrumentalistów. To najbardziej uduchowione nagranie na płycie, zdradzające fascynację McLaughlina muzyką hindustiańską i karnatycką, która w pełni objawiła się w jego późniejszym projekcie Shakti. W zupełnie innym, choć też raczej łagodnym nastroju utrzymany jest "You Know You Know", w którym rzewność zostaje zastąpiona budowaniem napięcia i trzymaniem w niepewności. Tym razem McLaughlin gra właściwie przez cały czas jeden motyw, zmieniając jedynie natężenie, czasem tylko dodając coś więcej. Niestrudzenie towarzyszy mu Laird (to jeden z niewielu utworów, w których bas nie ginie pod natłokiem innych instrumentów), natomiast Hammer, Goodman i Cobham fantastycznie obudowują linię melodyczną swoją bardziej zróżnicowaną grą. Po pierwszych przesłuchaniach właśnie ten utwór najbardziej zapadł mi w pamięć, co nie powinno nikogo dziwić. Zespół zagrał tutaj prościej, opierając się na jednym, ale za to bardzo charakterystycznym motywie. Tylko że ostateczny efekt wcale nie brzmi banalnie, lecz intrygująco i finezyjnie.

"The Inner Mounting Flame" to jeden z najbardziej rockowych albumów jazzowych, doskonale łączący oba te gatunki. Za sprawą swojego ciężkiego brzmienia i ogromnej energii może przypaść do gustu rockowym słuchaczom, szczególnie tym sięgającym po jego ambitniejsze odmiany. A zaprezentowaną tutaj muzykę dzieli już tylko krok od reszty jazzu, z jego przeróżnymi rodzajami. I dlatego właśnie polecam debiutancki album Mahavishnu Orchestra właśnie słuchaczom rocka. Wielbicielom jazzu nie muszę, bo to jedna z najsłynniejszych pozycji w tym gatunku i zdecydowana czołówka nurtu fusion.

Ocena: 9/10



Mahavishnu Orchestra with John McLaughlin - "The Inner Mounting Flame" (1971)

1. Meeting of the Spirits; 2. Dawn; 3. The Noonward Race; 4. A Lotus on Irish Streams; 5. Vital Transformation; 6. The Dance of Maya; 7. You Know You Know; 8. Awakening

Skład: John McLaughlin - gitara; Jan Hammer - instr. klawiszowe; Jerry Goodman - skrzypce; Rick Laird - gitara basowa; Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Mahavishnu Orchestra


7 maja 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" (1976)



Podobno nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Jethro Tull udowodnił, że jednak można. Po nieudanej próbie nakręcenia filmu, po której pozostała sama ścieżka dźwiękowa w postaci najsłabszego do tamtej pory albumu "War Child", Ian Anderson jeszcze raz spróbował zrealizować taki projekt. I znów nic z tego nie wyszło, poza teledyskiem oraz niezbyt udanym longplayem. "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!", pierwszy album zespołu z basistą Johnem Glascockiem (jego poprzednik, Jeffrey Hammond, postanowił skupić się na na swojej głównej pasji - malarstwu), to jedno z najsłabszych wydawnictw, jakie zespół opublikował w swoim klasycznym okresie.

"Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" składa się z dziesięciu utworów, które nie są może jakieś okropne, ale po prostu kompletnie nijakie. Początku albumu słucham nawet z pewną przyjemnością. "Quizz Kid" i "Crazed Institution" to dość zgrabne piosenki, z tym typowym dla zespołu folkowym klimatem, pierwsza bardziej hardrockowa, druga wykorzystująca brzmienia elektroniczne. Całkiem urokliwie wypada akustyczny "Salamander", w którym jeszcze bardziej uwypuklono folkowy nastrój. Z kolei zadziorny blues rock "Taxi Grab", z dużą rolą harmonijki, a także akustyczny blues "Bad-Eyed and Loveless", to fajny powrót do korzeni Jethro Tull. Jednak im dalej, tym bardziej doskwiera brak jakichś naprawdę wyróżniających się fragmentów, które sprawiałyby, że chciałbym powracać właśnie do tego albumu, a nie któregoś z wcześniejszych lub późniejszych. Już przy balladzie "From a Dead Beat to an Old Greaser", ze staroświecką orkiestracją, odczuwam wyłącznie znużenie i zniecierpliwienie. Wrażenia nie poprawiają kolejne piosenki, jak kompletnie niezapamiętywalny "Big Dipper", ani bardziej wyraziste, ale spaprane kiczowatymi orkiestracjami utwór tytułowy (największy przebój z tego longplaya, zapewne za sprawą humorystycznego teledysku), "Pied Piper" i "The Chequered Flag (Dead or Alive)". 

"Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" jest na pewno znacznie spójniejszym albumem od "War Child", a nawet w najsłabszych momentach nie zbliża się do bylejakości tamtego materiału. Wciąż jednak wypada bardzo blado przy tych lepszych albumach Jethro Tull, nie wnosząc absolutnie nic nowego, a przy tym zawierając znacznie mniej charakterystyczne utwory. To bez wątpienia drugi najsłabszy album zespołu z lat 70, którego jedyną zaletą jest bycie trochę lepszym od "War Child".

Ocena: 5/10



Jethro Tull - "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" (1976)

1. Quizz Kid; 2. Crazed Institution; 3. Salamander; 4. Taxi Grab; 5. From a Dead Beat to an Old Greaser; 6. Bad-Eyed and Loveless; 7. Big Dipper; 8. Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die; 9. Pied Piper; 10. The Chequered Flag (Dead or Alive)

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet, harmonijka; Martin Barre - gitara;John Evan - instr. klawiszowe; John Glascock - gitara basowa, dodatkowy wokal; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Palmer - saksofon (5), aranżacja orkiestry; Angela Allen - dodatkowy wokal (2,7); Maddy Prior - dodatkowy wokal (8)
Producent: Ian Anderson


5 maja 2015

[Recenzja] Derek and the Dominos - "In Concert" (1973)



Wkrótce po zakończeniu nagrań na album "Layla and Other Assorted Love Songs", a jeszcze przed jego wydaniem, grupa Derek and the Dominos rozpoczęła podbój Stanów Zjednoczonych. Trasa odbyła się praktycznie bez udziału Duane'a Allmana. Gitarzysta, ze względu na zobowiązania wobec macierzystego The Allman Brothers Band, pojawił się tylko na dwóch koncertach, na początku grudnia 1970 roku, w Tampie i Nowym Jorku. Najważniejsze występy odbyły się jednak nieco ponad miesiąc wcześniej, 23 i 24 października w nowojorskim Fillmore East. To właśnie ich fragmenty wypełniły dwupłytowy album "In Concert", wydany ponad dwa lata później, gdy grupa już nie istniała.

Na repertuar tylko częściowo składają się kompozycje z jedynego albumu zespołu. Co ciekawe, zabrakło tego najsłynniejszego utworu. Ale przecież w tamtych czasach na koncertach - i albumach koncertowych - nie chodziło przecież o to, by odegrać swoje największe przeboje. Sam repertuar miał drugorzędne znaczenie. Liczyło się to, by zaprezentować go w jak najbardziej porywający sposób, traktując studyjne pierwowzory jako punkt wyjścia do improwizacji, w czasie których liczyły się zarówno indywidualne umiejętności instrumentalistów, jak i zgranie całego zespołu. Tak jest i tutaj. "In Concert" rozpoczyna się od "Why Does Love Got to Be So Sad?". W oryginale jest to krótka, banalna piosenka, jeden z niewielu kiepskich momentów "Layla and Other Assorted Love Songs". Jednak na żywo utwór nabrał znacznie większego luzu i polotu, rozrósł się ponad dwukrotnie i zachwyca fantastyczną grą muzyków - przede wszystkim licznymi solówkami Claptona, ale także organowym tłem Whitlocka, basowym pulsem Radle'a i energetyczną grą Gordona. Słychać tu niesamowitą chemię, jaka panowała między muzykami - i nie mam bynajmniej na myśli ich problemów z narkotykami. Wspomniany longplay reprezentują tu jeszcze "Tell the Truth" i klasyczna bluesowa ballada "Have You Ever Loved a Woman?", które również zaprezentowano w bardziej jamowych wersjach. Nie ma tu jednak aż takiego progresu względem oryginałów, a w pierwszy chyba nawet wolę w bardziej zwartej wersji studyjnej.

Dużą zaletą "In Concert" jest obecność dwóch utworów z czasów Derek and the Dominos, które nie trafiły na oryginalne wydanie "Layla and Other Assorted Love Songs" (ich studyjne wersje można znaleźć tylko na niektórych wznowieniach). "Roll It Over", kawałek ze strony B pierwszego singla zespołu, to w studyjnej wersji po prostu fajna piosenka, z bluesowymi zagrywkami i nieco beatlesowską melodyką. W koncertowym wykonaniu został bardziej podkreślony bluesowy charakter, kosztem beatlesowania, a ponadto brzmienie zyskało zadziorności, doszła też fajna partia organów. Druga niespodzianka to odrzut z sesji, "Got to Get Better in a Little While". Część piosenkowa zdradza, że nie jest to jedna z najlepszych kompozycji tego składu, ale to wykonanie, zwłaszcza w długim fragmencie instrumentalnym, jest fantastyczne. Znów słychać mnóstwo jamowej swobody i świetne zgranie kwartetu.

Na album trafiło też całkiem sporo utworów znanych z solowego debiutu Claptona, w którego nagrywaniu brali zresztą udział także pozostali członkowie Derek and the Dominos. Wszystkie trzy, a więc "Bottle of Red Wine", "Blues Power" oraz rozbudowany tutaj do osiemnastu minut "Let It Rain" (dużą część tego czasu zajmuje perkusyjny popis Gordona - niezły, ale przydługawy), zyskują tutaj naprawdę wiele. W końcu zyskały energię i odpowiednio ostre brzmienie, czego tak bardzo brakuje na całej tamtej płycie. Tym bardziej nie ma sensu w jej kupowaniu czy w ogóle słuchaniu. Okres, zanim Clapton zaczął współpracę z Whitlockiem, Radle'em i Gordonem, reprezentuje na "In Concert" tylko jedna kompozycja z repertuaru Blind Faith. Wybór akurat "Presence of the Lord" absolutnie nie dziwi, bo to przecież pierwszy utwór samodzielnie napisany przez gitarzystę, włącznie z tekstem. I jest to w dodatku jego najlepsza chyba kompozycja - wspaniała, emocjonalna ballada. Tyle tylko, że akurat w tej wersji fatalnie wypada śpiew. Dużą zaletą oryginału jest właśnie partia wokalna Steve'a Winwooda, będącego nieporównywalnie lepszym wokalistą od Claptona, którego śpiew na całym "In Concert" stanowi najsłabsze ogniwo, a w tym utworze został kompletnie położony. 

W 1994 roku album wznowiono pod tytułem "Live at the Fillmore", całkowicie zmieniając okładkę (zdjęcie zespołu zastąpiła fotografia Claptona), podmieniając trzy utwory na inne wykonania ("Why Does Love Got to Be So Sad?", "Let It Rain" i "Tell the Truth"), a także dodając cztery w ogóle nie obecne na pierwotnym wydaniu ("Key to the Highway", "Nobody Knows You When You're Down and Out", "Little Wing", "Crossroads"). Album w oryginalnej formie również doczekał się kompaktowych wznowień.

"In Concert" to bardzo fajny suplement "Layla and Other Assorted Love Songs", pokazujący Derek and the Dominos od trochę innej, chyba ciekawszej strony. Ale takich koncertówek powstało wówczas wiele, nierzadko lepszych, by wspomnieć tylko o podobnym stylistycznie, ale o wiele bardziej porywającym "At Fillmore East" The Allman Brothers Band. Tutaj trafiają się sporadycznie momenty mniej ekscytujące, poszczególne nagrania wypadają w sumie dość podobnie do siebie, a do życzenia sporo pozostawia warstwa wokalna. "In Concert" to wydawnictwo raczej tylko dla miłośników takiego trochę jamowego, a trochę piosenkowego grania, jakie w chwili wydania tego longplaya powoli już odchodziło do przeszłości.

Ocena: 7/10



Derek and the Dominos - "In Concert" (1973)

LP1: 1. Why Does Love Got to Be So Sad?; 2. Got to Get Better in a Little While; 3. Let It Rain; 4. Presence of the Lord
LP2: 1. Tell the Truth; 2. Bottle of Red Wine; 3. Roll It Over; 4. Blues Power; 5. Have You Ever Loved a Woman?


Derek and the Dominos - "Live at the Fillmore" (1994)


CD1: 1. Got to Get Better in a Little While; 2. Why Does Love Got to Be So Sad?; 3. Key to the Highway; 4. Blues Power; 5. Have You Ever Loved a Woman?; 6. Bottle of Red Wine
CD2: 1. Tell the Truth; 2. Nobody Knows You When You're Down and Out; 3. Roll It Over; 4. Presence of the Lord; 5. Little Wing; 6. Let It Rain; 7. Crossroads

Skład: Eric Clapton - wokal i gitara; Bobby Whitlock - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Carl Radle - gitara basowa; Jim Gordon - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Derek and the Dominos

Po prawej: okładka "Live at the Fillmore".


3 maja 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Tattoo" (1973)



"Tattoo" cieszy się dużą popularnością wśród miłośników Rory'ego Gallaghera. To właśnie na tym albumie znalazły się takie utwory, jak energetyczne "Tattoo'd Lady" i "Cradle Rock" czy wspaniała ballada "A Million Miles Away". Wszystkie trzy weszły na stałe do koncertowego repertuaru Irlandczyka, który przecież niezbyt chętnie wracał do swoich starszych kompozycji, stawiając na granie nowości oraz bluesowych standardów. Te utwory jednak doskonale sprawdzały się na żywo. I właśnie w koncertowych wykonaniach, szczególnie z lat 70., prezentują się najlepiej. W wersjach studyjnych nie ma aż tyle czadu, emocji i zaangażowania. To samo dotyczy "Who's That Coming", nieco jakby zeppelinowego bluesa, z istotną rolą harmonijki oraz gitary slide. Na albumie wypada bardzo fajnie, ale dopiero na koncertach kwartet grał go naprawdę porywająco. Za definitywne wersje tych czterech kompozycji uważam wykonania z wydanego rok później "Irish Tour '74". Nie czuję w ogóle potrzeby, by wracać do studyjnych pierwowzorów.

Tak naprawdę, w ogóle nie wracam do "Tattoo", choć to całkiem solidny longplay. Zdecydowanie bliżej mu do eponimicznego debiutu i "Deuce" niż do bezpośrednio poprzedzającego go "Blueprint". Więcej tu energii, jakby Rory'emu znów zachciało się starać nie tylko podczas koncertów, ale też w studiu. Już nie chowa się za klawiszami Lou Martina, które jedynie dopełniają brzmienie, ale przez praktycznie cały czas gra coś ciekawego. Lepiej słychać też bas Gerry'ego McAvoya, który często naprawdę sporo wnosi do utworów (np. "Admit It", "Sleep on a Clothes Line"). Jest to ponadto chyba najbogatszy album Gallaghera, jeśli chodzi o instrumentarium - oprócz gitar, klawiszy, harmonijki i perkusji słychać też akordeon ("Tattoo'd Lady"), buzuki ("They Don't Make Them Like You Anymore"), mandolinę ("Who's That Coming") oraz saksofon ("A Million Miles Away"). Rozrzut stylistyczny też jest spory, podobnie jak na dwóch pierwszych solowych albumach Gallaghera. Jest więc blues, zarówno w odmianie akustycznej ("20:20 Vision"), jak i zelektryfikowanej ("Sleep on a Clothes Line"), ale też trochę hard rocka ("Livin' Like a Trucker", "Admit It"), a nawet odrobina lekko jazzujacego grania ("They Don't Make Them Like You Anymore"). Do kompletu zabrakło więc tylko jakiegoś folku lub country. Dopiero na niektórych kompaktowych wznowieniach dodano zarejestrowany podczas tej samej sesji "Tucson, Arizona", który brzmi jak nagranie jakiegoś wykonawcy z Nashville. Nawet Rory śpiewa tu w zupełnie nietypowy dla siebie sposób, zaskakując wszechstronnością. Jednak nawet bez tego kawałka album jest nadto eklektyczny. Mam wrażenie, że już "20:20 Vision" i "They Don't Make Them Like You Anymore" nie za dobrze przegryzają się z resztą wydawnictwa, więc co dopiero tamto nagranie.

Zapewne oceniałbym ten album wyżej, gdyby nie to, że niemal połowa jego repertuaru niedługo później doczekała się dużo lepszych wersji. Pozostałe kompozycje uważam za udane, ale jednak nie przypadkiem to nie one były grane podczas koncertów. Po prostu są mniej charakterystyczne. Natomiast całość niewiele wnosi do dorobku Rory'ego Gallaghera, powielając głównie pomysły z przeszłości. 

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "Tattoo" (1973)

1. Tattoo'd Lady; 2. Cradle Rock; 3. 20:20 Vision; 4. They Don't Make Them Like You Anymore; 5. Livin' Like a Trucker; 6. Sleep on a Clothes Line; 7. Who's That Coming; 8. A Million Miles Away; 9. Admit It

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, mandolina, buzuki, harmonijka, saksofon; Lou Martin - instr. klawiszowe, akordeon (1); Gerry McAvoy - gitara basowa; Rod de'Ath - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Rory Gallagher


1 maja 2015

[Recenzja] Whitesnake - "The Purple Album" (2015)



Co zrobić, gdy trzeba na szybko przygotować nowy album, by ruszyć w kolejną trasę, ale nie dysponuje się żadnym materiałem? Najprościej nagrać cudze kompozycje. Co jednak w sytuacji, gdy na albumie też chce się coś zarobić i nie oddawać znacznej części zysków kompozytorom? Wówczas najlepiej przypomnieć własne dokonania. Whitesnake stosował to rozwiązanie już na wczesnym etapie, odświeżając swoje utwory ledwo kilka lat po nagraniu oryginalnych wersji. W przypadku "The Purple Album" sprawa wygląda o tyle inaczej, że tym razem cały longplay składa się z takich powtórek, a zaczerpnięto je z repertuaru poprzedniej grupy Davida Coverdale'a, Deep Purple. Podobno wokalista myślał nad tym projektem już od wielu lat, próbując zainteresować nim muzyków, którzy współtworzyli wraz z nim tamten zespół. Plany te udaremniła śmierć Jona Lorda w 2012. Ostatecznie więc zarejestrował album z aktualnym wcieleniem Whitesnake. Rzekomo jako hołd dla swojej pierwszej profesjonalnej grupy. Tylko w takim razie dlaczego nie trafiły tu utwory z różnych okresów, a jedynie te, których jest współkompozytorem? Możliwości widzę dwie. Albo chodzi o kasę, albo o samouwielbienie, a najpewniej jedno i drugie.

David Coverdale był wokalistą Deep Purple przez stosunkowo krótki okres, w latach 1973-76. Zdążył jednak nagrać z zespołem trzy studyjne albumy: "Burn", "Stormbringer" oraz "Come Taste the Band" (reprezentowane tutaj kolejno przez sześć, pięć i dwa utwory). Był to bardzo ciekawy okres w twórczości słynnego zespołu, który pod wpływem nowych muzyków - Coverdale'a i Glenna Hughesa, a na ostatniej z wymienionych płyt także Tommy'ego Bolina - wzbogacił swoją hardrockową stylistykę o elementy funku. Jednym z największych atutów Purpli w tamtym czasie była obecność w składzie aż dwóch świetnych wokalistów - śpiewającego niższym, bluesowym głosem Coverdale'a oraz preferującego wysokie rejestry o wyraźnie soulowym zabarwieniu Hughesa. Po czterdziestu latach tamte dokonania wciąż brzmią dobrze, czego już teraz nie można powiedzieć o zawartości "The Purple Album".

Tak wiele rzeczy poszło tu źle, że nie wiem od czego zacząć. Może więc o ogólnej refleksji na temat ponownego nagrywania własnych lub cudzych kompozycji. Moim zdaniem jedynym uzasadnieniem takiego działania - pomijając względy merkantylne - jest chęć zrobienia tego inaczej, pokazania danych kompozycji od innej strony, wydobycia z nich czegoś nowego. Na "The Purple Album" coś takiego praktycznie nie ma miejsca. Jeden tylko "Sail Away" zaprezentowano w wersji akustycznej. Abstrahując już od efektu - oryginał jest bardzo fajną fuzją hard rocka i funku, a to wykonanie to zupełnie bezbarwna ballada w stylu Whitesnake z lat 90. - przynajmniej spróbowano tutaj jakiegoś innego podejścia. Z pozostałymi dwunastoma kawałkami nie zrobiono absolutnie nic, poza pewnym  istotnym zubożeniem - zagrano je w stricte hardrockowy sposób, kompletnie rezygnując z funkowego groove'u, obecnego w pierwowzorach wielu z nich. Wykonanie jest tu zresztą bardzo rzemieślnicze i nie odbiega od poziomu podrzędnych grup hardrockowych. Co zresztą nie powinno dziwić, skoro w obecnej inkarnacji Whitesnake nie ma ani jednego instrumentalisty, o którego dokonaniach warto by wspominać. Gitarzyści co najwyżej popisują się tutaj techniką, grając efekciarsko, ale do bólu sztampowo i banalnie, sekcja rytmiczna jest strasznie toporna, a klawiszowca praktycznie i tak nie słychać. Wokalnie też jest dużo słabiej niż w oryginałach i to nie tylko przez brak drugiego wokalisty, ale po prostu czas bardzo niełaskawie obszedł się z głosem Coverdale'a, któremu nie pomaga - a wręcz szkodzi - podciąganie w studiu. Ogólnego obrazu nędzy dopełnia fatalne, skompresowane brzmienie.

Jeśli bardzo lubicie Deep Purple z Davidem Coverdale'em i z tego powodu chcecie sięgnąć po "The Purple Album", to lepiej po prostu przypomnijcie sobie albumy tamtego zespołu - nie tylko wymienione wyżej studyjne, ale też koncertowy "Made in Europe". Nowe wersje absolutnie nic nie wnoszą i pod dosłownie każdym względem są nieporównywalnie słabsze. Bez najmniejszego zawahania wystawiam najniższą ocenę. Same kompozycje oczywiście zasługują na więcej, ale tym trudniej zaakceptować to, co z nimi tutaj zrobiono. "The Purple Album" to ścisła czołówka zarówno najmniej potrzebnych, jak i najgorzej zrobionych wydawnictw wszech czasów. 

Ocena: 1/10



Whitesnake - "The Purple Album" (2015)

1. Burn; 2. You Fool No One; 3. Love Child; 4. Sail Away; 5. The Gypsy; 6. Lady Double Dealer; 7. Mistreated; 8. Holy Man; 9. Might Just Take Your Life; 10. You Keep on Moving; 11. Soldier of Fortune; 12. Lay Down Stay Down; 13. Stormbringer

Skład: David Coverdale - wokal; Reb Beach - gitara, dodatkowy wokal; Joel Hoekstra - gitara, dodatkowy wokal; Michael Devin - gitara basowa, dodatkowy wokal; Tommy Aldridge - perkusja; Michele Luppi - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Producent: David Coverdale i Michael McIntyre