30 września 2020

[Recenzja] Sonic Youth - "Bad Moon Rising" (1985)



Na swoim drugim pełnowymiarowym - choć znów niezbyt długim - wydawnictwie, muzycy Sonic Youth zaproponowali coś na kształt albumu koncepcyjnego. Poszczególne utwory płynnie przechodzą w kolejne, zaś ich warstwa tekstowa skupia się na pokazaniu mrocznej strony Ameryki, poruszając takie tematy, jak przemoc, śmierć czy szaleństwo. Pod względem muzycznym jest to natomiast kontynuacja drogi obranej na "Confusion Is Sex". Kwartet, a właściwie troje gitarzystów, dalej eksperymentuje z brzmieniem i awangardowymi technikami gry na swoich instrumentach. Aczkolwiek tym razem zdają się lepiej nad tym wszystkim panować, co sprawia, że utwory wydają się trochę bardziej przemyślane, choć wciąż dalekie od powszechnie pojmowanej piosenkowości i zachowujące artystyczną bezkompromisowość.

Zaczyna się od zaskakująco melodyjnego i łagodnego "Intro", opartego na kilku uzupełniających się ścieżkach gitar. W "Brave Men Run (In My Family)" brzmienie jest już bardziej zgiełkliwe, gra instrumentalistów nerwowa, a partii wokalnej Kim Gordon daleko do konwencjonalnego śpiewu, trudno też mówić o czytelnej strukturze, jednak tu i ówdzie wyraźnie przebija się bardziej wyrazista melodia. Z kolei w niemalże statycznym "Society Is a Hole" na pierwszy plan wybijają się czystsze dźwięki gitary oraz beznamiętny wokal Thurstona Moore'a. Grupie w tamtym czasie najlepiej wychodziły właśnie takie bazujące przede wszystkim na klimacie utwory. Co potwierdza także kolejny, najdłuższy na płycie "I Love Her All the Time". Tutaj jednak oprócz intrygującego grania w o dość mrocznym nastroju, pojawiają się także agresywniejsze zaostrzenia o zdecydowanie noise'owym charakterze.

Najbardziej nieokiełznanym fragmentem jest "Ghost Bitch", w którym trudno doszukać się choćby śladów melodii. Gdy do gitarowych sprzężeń dochodzi monotonna perkusja, a deklamacja Gordon przechodzi w wrzask, robi się niemalże industrialnie. Do industrialu wyraźnie nawiązuje też następny utwór, zmechanizowany "I'm Insane". Tytuł zobowiązuje i wciąż jest to granie szalone, choć przystępniejsze od poprzedniego, znów z nieco większym naciskiem na atmosferę niż hałas. "Justice Is Might" pokazuje natomiast, że oba te podejścia mogą występować jednocześnie, a efekt jest całkiem interesujący. Na sam koniec pojawia się natomiast najbardziej znany fragment longplaya, będący jednocześnie pierwszym singlem zespołu, czyli "Death Valley '69". Utwór opowiadający o morderstwach dokonanych przez sektę Charlesa Mansona w willi Romana Polańskiego, nagrany z gościnnym udziałem wokalistki Lydii Lunch, pod względem muzycznym jest udaną próbą stworzenia utworu o bardziej konwencjonalnej strukturze, przy zachowaniu zupełnie nietradycyjnego podejścia do instrumentów.

Najnowsze reedycje "Bad Moon Rising" zawierają szereg niezłych nagrań bonusowych z singli i EPek (na czele z klimatycznym "Halloween", nieodstającym od podstawowego materiału), które jednak tak naprawdę nic już nie wnoszą, a wręcz negatywnie wpływają na całokształt. Oryginalny album tworzy zamkniętą całość, do której nie powinno się ani niczego dodawać, ani ujmować. Sonic Youth na tym albumie jest już na najlepszej drodze by połączyć swoje eksperymenty z większą przystępnością. Choć tutaj w zasadzie tylko "Death Valley '69" ma szansę trafić do szerszego grona odbiorców niż wielbiciele noise rocka, no wave i ogólnie szeroko rozumianej awangardy rockowej.

Ocena: 7/10



Sonic Youth - "Bad Moon Rising" (1985)

1. Intro; 2. Brave Men Run (In My Family); 3. Society Is a Hole; 4. I Love Her All the Time; 5. Ghost Bitch; 6. I'm Insane; 7. Justice Is Might; 8. Death Valley '69

Skład: Thurston Moore - gitara, wokal (3,4,6-8); Lee Ranaldo - gitara, instr. perkusyjne (5), dodatkowy wokal (8); Kim Gordon - gitara basowa, wokal (2,5), dodatkowy wokal (8); Bob Bert - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Lydia Lunch - wokal (8)
Producent: Sonic Youth, Martin Bisi i John Erskine


28 września 2020

[Recenzja] Zappa / Beefheart / Mothers - "Bongo Fury" (1975)



Frank Zappa i Don Van Vliet, lepiej znany pod pseudonimem Captain Beefheart, poznali się jeszcze jako nastolatkowie. Połączyło ich zainteresowanie bluesem i wkrótce zaczęli razem grywać. Z czasem jednak każdy z nich poszedł w swoją stronę, realizując się w odmiennych stylach muzycznych. Pozostali w przyjacielskich stosunkach i jeszcze nie raz ze sobą współpracowali. Już pod koniec lat 60. zaowocowało to jednymi z najsłynniejszych i najbardziej porywających albumów rockowych. Najpierw Zappa pomógł w produkcji i wydaniu "Trout Mask Replica", a dosłownie chwilę później Beefheart wziął udział w sesji "Hot Rats", udzielając się wokalnie w utworze "Willie the Pimp". Wówczas obaj byli u szczytu swoich możliwości, więc z powodzeniem - przynajmniej artystycznym, bo od strony finansowej różnie to wyglądało - kontynuowali kariery osobno. Ich drogi ponownie przecięły się dopiero na początku 1975 roku, w nie do końca pomyślnych okolicznościach.

Był to bardzo trudny czas dla Van Vlieta, który stracił wszystkich członków swojego zespołu, a nowy skład okazał się kompletną porażką, co zostało uwiecznione na albumie "Bluejeans & Moonbeams". Artysta uwikłał się także w pułapkę licznych kontraktów, przez co nie mógł chwilowo niczego wydać na własny rachunek, przez co znalazł się we wręcz tragicznej sytuacji finansowej. Pomocną dłoń wyciągnął Zappa, zapraszając go na sesję nagraniową "One Size Fits All". Udział Van Vlieta - podpisanego jako Bloodshot Rollin' Red - ograniczył się na tym albumie do zagrania na harmonijce w kawałku "San Ber'dino". Dołączył za to do zespołu Zappy na promującej tamten album trasie koncertowej, obejmując rolę głównego wokalisty. Były to pierwsze od dłuższego czasu występy Zappy bez udziału Ruth Underwood i Chestera Thompsona. Miejsce tego drugiego zajął Terry Bozzio, ponadto dołączył gitarzysta Denny Walley (odpowiadający za partie grane techniką sllide), a także dawny współpracownik, puzonista Bruce Fowler. Na swoim miejscu pozostali natomiast George Duke, Napoleon Murphy Brock oraz Tom Fowler.

Na "Bongo Fury", jedyny album tego efemerycznego składu, złożyły się dwa nagrania dokonane podczas prac nad "One Size Fits All" ("200 Years Old", "Cucamonga"), a także materiał zarejestrowany podczas występów w teksańskim Armadillo World Headquarters, 20 i 21 maja 1975 roku. Przy czym koncertowe nagrania zostały poddane różnym studyjnym zabiegom, wliczając w to nowy miks, a także liczne nakładki. Warto dodać, że żadna z zamieszczonych tu kompozycji nie miała wcześniej premiery. Autorem większości materiału jest Zappa, z wyjątkiem dwóch miniatur Van Vlieta, składających się z jego recytacji do jazzującego akompaniamentu ("Sam with the Showing Scalp Flat Top", "Man with the Woman Head"). Pozostałe nagrania to już pełnoprawne utwory, przeważnie mocno zakorzenione w bluesie, ze znaczną rolą harmonijki i wokalu Beefhearta w stylu Howlin' Wolfa, aczkolwiek zwykle niepozbawione typowych dla Zappy zabaw z rytmem, jazzowych wtrętów oraz wszechobecnego humoru. Doskonale słychać to na przykładzie takich kawałków, jak "Debra Kadabra", "200 Years Old", nieco jamowego "Advanced Romance" czy "Muffin Man". W dwóch ostatnich pojawiają się znakomite solówki gitarowe. Ta z "Muffin Man" należy do najwspanialszych, jakie Frank kiedykolwiek zagrał. Natomiast sporym zaskoczeniem może być właściwie czysty country blues "Poofter's Froth Wyoming Plans Ahead". Nie brak tu też typowo zappowskiego grania, w postaci "Cucamonga" i przede wszystkim "Carolina Hard-Core Ecstasy" ze zwariowanymi partiami wokalnymi Zappy, Duke'a i Brocka oraz odpowiednio udziwnioną warstwą instrumentalną.

Po współpracy tak oryginalnych twórców, jak Frank Zappa i Captain Beefheart, można było spodziewać się jeszcze bardziej niekonwencjonalnego materiału. Tymczasem "Bongo Fury" przynosi głównie muzykę opartą w bluesie, choć z reguły mocno udziwnioną. Jest to oczywiście wciąż granie na bardzo wysokim poziomie, jak przystało na takich artystów, wspartych przez równie uzdolnionych instrumentalistów. Nie jest to tak wybitne wydawnictwo, jak "Trout Mask Replica" czy "Hot Rats", ale wciąż jedna z lepszych pozycji, zarówno w dyskografii Beefhearta, jak i Zappy.

Ocena: 8/10



Zappa / Beefheart / Mothers - "Bongo Fury" (1975)

1. Debra Kadabra; 2. Carolina Hard-Core Ecstasy; 3. Sam with the Showing Scalp Flat Top; 4. Poofter's Froth Wyoming Plans Ahead; 5. 200 Years Old; 6. Cucamonga; 7. Advance Romance; 8. Man with rhe Woman Head; 9. Muffin Man

Skład: Frank Zappa - gitara, wokal (2,5,6,9), dodatkowy wokal; Captain Beefheart - harmonijka, saksofon sopranowy, wokal (1,3-5,8,9), dodatkowy wokal; George Duke - instr. klawiszowe, wokal (2,7), dodatkowy wokal; Napoleon Murphy Brock - saksofony, wokal (2,7), dodatkowy wokal; Bruce Fowler - puzon (1-4,7-9); Denny Walley - gitara (1-4,7-9), dodatkowy wokal; Tom Fowler - gitara basowa; Terry Bozzio - perkusja (1-4,7-9); Chester Thompson - perkusja (5,6)
Gościnnie: Robert Camarena - dodatkowy wokal (1)
Producent: Frank Zappa


26 września 2020

[Recenzja] Sun Ra and His Astro Infinity Arkestra - "My Brother the Wind" (1970)



Jazz był jednym z ostatnich gatunków, w których zaczęto stosować syntezatory. Stało się to już w latach 70., po wprowadzeniu na rynek mobilnych, a przy tym tańszych urządzeń. Wcześniej syntezatory były ogromnymi maszynami, nadającymi się wyłącznie do użytku studyjnego. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy Robert Moog wprowadził swój przełomowy model MiniMoog, który szybko zyskał popularność wśród przedstawicieli różnych gatunków. Pierwszym jazzmanem, który wykorzystał go w swoich nagraniach, był nie kto inny, jak jeden z największych futurystów jazzu, Sun Ra. I to jeszcze zanim pierwsze egzemplarze trafiły do sprzedaży. Muzyk poznał Roberta Mooga jesienią 1969 roku, za pośrednictwem jednego ze swoich znajomych. Dzięki niemu cały ówczesny skład Arkestry - około piętnastu osób - mógł zwiedzić fabrykę Mooga. Na koniec wizyty lider otrzymał jeden z prototypów MiniMooga, będącego wciąż w fazie testów. Dzięki niemu w końcu mógł z łatwością kreować kosmiczne brzmienia, które od dawna próbował osiągnąć za pomocą mniej zaawansowanych instrumentów, jak elektryczne pianino, organy Hammonda czy Clavioline.

Sun Ra postanowił od razu wykorzystać nowy nabytek, czego efektem jest album "My Brother the Wind". W nagraniach wspomogli go tylko saksofoniści John Gilmore i Danny Davis, a także grający tym razem wyłącznie na oboju i flecie Marshall Allen. W studiu był też obecny Gershon Kingsle, który pomógł w programowaniu MiniMooga oraz innych kwestiach technicznych, a także producent T.S. Mims. Połączenie futurystycznych brzmień syntezatora z freejazzową sekcją dętą wypada bardzo interesująco i oryginalnie. Najważniejszym fragmentem tego albumu jest szesnastominutowe nagranie "The Code of Interdependence", samodzielnie wypełniające drugą stronę płyty winylowej. Niczym nieograniczony Sun Ra w pełni wykorzystuje tu możliwości syntezatora. Co istotne, nie próbuje zastąpić nim innych instrumentów, lecz stworzyć coś, czego by nie osiągnął za pomocą tradycyjnych środków. To bardzo kreatywne granie, nawet jeśli momentami album sprawia wrażenie dość przypadkowego testu nowej zabawki. Ten półgodzinny materiał składa się jednak z tych bardziej przystępnych nagrań dokonanych w czasie tej sesji. Pominięto między innymi blisko osiemnastominutowy "Space Probe" - solową improwizacje lidera o jeszcze bardziej eksperymentalnym i bezkompromisowym charakterze. Została wydana dopiero w 1974 roku na tak samo zatytułowanym albumie, a obecnie można ją znaleźć także na reedycjach "My Brother the Wind".

Pod względem czysto muzycznym zdecydowanie nie jest to jedno z największych osiągnieć Sun Ra. To jednak bardzo nowatorskie wydawnictwo - najprawdopodobniej pierwszy jazzowy album, na którym wykorzystano syntezator, w dodatku jako główny instrument, spychając pozostałe do roli ozdobników. Zawarta tutaj muzyka nie przypomina niczego, co powstało wcześniej. I przynajmniej z tego powodu warto poznać ten longplay. Docenić go powinni przede wszystkim wielbiciele brzmień elektronicznych, a także miłośnicy niekonwencjonalnego podejścia do muzyki.

Ocena: 7/10



Sun Ra and His Astro Infinity Arkestra - "My Brother the Wind" (1970)

1. My Brother the Wind; 2. Intergalactic II; 3. To Nature's God; 4. The Code of Interdependence

Skład: Sun Ra - syntezator; John Gilmore - saksofon tenorowy, instr. perkusyjne; Danny Davis - saksofon altowy, klarnet; Marshall Allen - obój, flet
Producent: T.S. Mims


23 września 2020

[Recenzja] Kult - "Kult" (1986)



"Kult" Kultu należy do tych nieco mniej popularnych i cenionych albumów jednego z najbardziej kultowych polskich zespołów. Dziś kojarzonego głównie z juwenaliami i coraz bardziej żenującym nowym materiałem. Nie zawsze jednak tak było. W początkach działalności. w tym także na niezatytułowanym debiucie, grupa miała znacznie więcej do zaoferowania. Pod względem stylistycznym te wczesne dokonania nawiązują przede wszystkim do post-punku. A więc grania, które w drugiej połowie lat 80. miało już pewną tradycję, także - choć krótszą - w naszym kraju. Stwierdzenie, że twórczość Kultu jest spóźniona o dobrą dekadę minęłoby się jednak z prawdą. Muzycy zaproponowali własną wersję post-punku, czerpiącą też sporo z rocka psychodelicznego, a nawet trochę z funku i jazzu. Stworzyli własny, oryginalny styl. I już na pierwszym albumie styl ten jest praktycznie w pełni rozwinięty. Ale same kompozycje nie są jeszcze tak charakterystyczne i ciekawe, jak na kolejnych wydawnictwach, a i brzmienie pozostawia tu trochę do życzenia.

Zresztą zespół miał mocno ograniczone możliwości w kwestii dobru materiału. Wiele ówczesnych utworów nie przeszło obowiązującej wówczas cenzury, gdyż krytykowały obecny ustrój polityczny. Przeszły głównie kawałki z tekstami inspirowanymi tematyką biblijną, często w negatywny sposób odnoszące się do zinstytucjonalizowanej religii. W pewnym sensie jest to więc bardzo luźny album koncepcyjny. Zabrakło tu też wydanych wcześniej przebojów - "Piosenki młodych wioślarzy" ze składanki różnych wykonawców oraz opublikowanych na singlu "Pilotów" i "Do Ani". Jest za to sequel tego ostatniego, "O Ani", w sumie ciekawszy od pierwowzoru za sprawą bardziej wyeksponowanego basu, funkowego pulsu gitary, psychodelicznych klawiszy oraz lekko jazzujących wstawek saksofonu. Najbardziej znanym i charakterystycznym nagraniem na tym longplayu, a przy tym całkiem dla niego reprezentatywnym, jest z kolei "Krew Boga", z bardzo post-punkową gitarą, fajnie pulsującym basem i ostrym saksofonem, a także podwójną linią wokalną.

Kazik na tym albumie śpiewa w bardzo zróżnicowany sposób, choć w jego głosie słychać jeszcze młodzieńczą niedojrzałość. Instrumentaliści z kolei nie błyszczą wirtuozerią - zupełnie tu nie potrzebną - ale całkiem sprawnie odnajdują się w takim graniu. Które zresztą nie pozbawione jest różnych smaczków i urozmaiceń. Z mniej znanych fragmentów wyróżnić na pewno warto dwie wolniejsze kompozycje: "Mędracy" o soulująco-jazzującym nastroju, a także "Religia wielkiego Babilonu" z orientalizującymi partiami klawiszy i dęciaków oraz klangującym basem. Do mocnych punktów całości zaliczają się również żywsze "Wspaniała nowina" i "Konsument", kolejne kawałki udanie łączące post-punk, funk oraz jazzowe naleciałości, a także stricte post-punkowy "Udana transakcja". Niestety, zdarzają się też banalne pierdoły w rodzaju "Posłuchaj, to do Ciebie" czy "Odnawianie restauracji". Nie przekonuje mnie także pseudo-jazzowy "1932 - Berlin", który pomimo takiej stylizacji jest zwyczajną piosenką, pozbawioną jakichkolwiek walorów artystycznych.

"Kult" to w sumie całkiem udany debiut, na którym muzycy pokazali, że od samego początku mieli na siebie pomysł. Gdyby tak jeszcze tylko dało się lepiej dobrać materiał i porządniej wyprodukować całość, to nie miałbym żadnych poważnych zastrzeżeń. A już niedługo później zespół pokazał, na ile naprawdę go stać.

Ocena: 7/10



Kult - "Kult" (1986)

1. Wspaniała nowina; 2. Zabierz mu wszystko; 3. Krew Boga; 4. Mędracy; 5. Religia wielkiego Babilonu; 6. Posłuchaj, to do Ciebie; 7. 1932 - Berlin; 8. Konsument; 9. Odnawianie restauracji; 10. Udana transakcja; 11. O Ani

Skład: Kazik Staszewski - wokal, saksofon altowy; Paweł Szanajca - saksofon tenorowy; Janusz Grudziński - gitara, instr. klawiszowe; Ireneusz Wereński - gitara basowa; Tadeusz Kisieliński - perkusja
Producent: Wojciech Przybylski


21 września 2020

[Recenzja] My Bloody Valentine - "Isn't Anything" (1988)



Przez długi czas myślałem, że debiutem My Bloody Valentine był "Loveless" z 1991 roku. To tamto wydawnictwo nieustannie cieszy się statusem jednego z najsłynniejszych i najważniejszych albumów wszech czasów. O wcześniejszych dokonaniach nie mówi ani nie pisze się wiele. Tymczasem wydany trzy lata wcześniej "Isn't Anything" jest płytą niewiele słabszą, a  liczne poprzedzające ją EPki też warto poznać, bo pokazują rozwój irlandzkiego - choć działającego głównie w Wielkiej Brytanii - zespołu, zanim doszedł do stworzenia i dopracowania swojego unikalnego, inspirującego innych brzmienia.

Zespół powstał w 1983 roku z inicjatywy dwóch muzyków współpracujących ze sobą już od pewnego czasu: gitarzysty Kevina Shieldsa oraz perkusisty Colma O'Ciosoiga. Najwcześniejsze nagrania, z wokalistą Davidem Conwayem, wpisują się w stylistykę rocka gotyckiego, a nawet horror punku z okolic Misfits. Muzyce proponowanej wówczas przez grupę zdecydowanie brakowało oryginalności. Same kompozycje, podobnie jak ich wykonanie, również nie zachwyca. Z czasem zespół, poszerzony o basistkę Deb Googe, zwrócił się w stronę noise rocka, inspirowanego dokonaniami The Jesus and Mary Chain, Dinosaur Jr. czy Sonic Youth, a więc także, przynajmniej pośrednio, The Velvet Underground. Nowe oblicze My Bloody Valentine zostało zaprezentowane na trzeciej z kolei EPce, wydanej w 1986 roku "The New Record by My Bloody Valentine", zawierającej cztery krótkie piosenki, łączące popowe melodie z noise'owym brzmieniem gitary. W tamtym czasie Shields coraz chętniej eksperymentował z efektami zniekształcającymi brzmienie swojego instrumentu, tworząc charakterystyczną ścianę dźwięku.

Ważnym momentem w historii zespołu było odejście Conwaya. Jego miejsce zajęła śpiewająca gitarzystka Bilinda Butcher, jednak głównym wokalistą został Shields. Tak powstał najsłynniejszy, działający do dziś skład grupy. W 1987 roku kwartet wypuścił dwie kolejne EPki, "Strawberry Wine" oraz "Ecstasy". Oprócz nieco bardziej przetworzonego, choć tym razem mniej noise'owego brzmienia pojawił się jeszcze jeden element charakterystyczny dla późniejszej twórczości - eteryczne, wycofane w miksie partie wokalne, inspirowane twórczością Cocteau Twins i innych prekursorów dream popu. Z czasem to właśnie wokal miał się stać głównym nośnikiem melodii, kontrastującym ze zniekształconym brzmieniem instrumentów, które zaczęły się coraz bardziej ze sobą zlewać. W ten sposób narodził się nowy muzyczny styl, zyskujący coraz więcej naśladowców, który określono mianem shoegaze'u. Termin ten został wymyślony przez dziennikarza tygodnika muzycznego "Sounds", który zaobserwował, że gitarzyści tych grup podczas koncertów cały czas gapią się na swoje buty. Oczywiście, w rzeczywistości wcale nie patrzyli na obuwie, lecz rozbudowane zestawy efektów gitarowych, niezbędnych do stworzenia odpowiedniego brzmienia.

Za pierwsze prawdziwie shoegaze'owe wydawnictwo My Blood Valentine należy uznać wydaną w sierpniu 1988 roku EPkę "You Made Me Realise". To właśnie tutaj zespół po raz pierwszy tak udanie połączył gitarowy zgiełk ze zgrabnymi melodiami oraz zwiewnym klimatem. Był to doskonały przedsmak wydanego trzy miesiące później "Isn't Anything". Pierwsze długogrające wydawnictwo grupy - niepowtarzające żadnych utworów z EPek - to nie tylko bezpośrednia kontynuacja "You Made Me Realise", ale także rozwinięcie tamtejszych pomysłów, z kilkoma nowymi rozwiązaniami. Obok rozpędzonych, hałaśliwych, ale bardzo melodyjnych nagrań w rodzaju "(When You Wake) You're Still In a Dream", singlowego "Feed Me With Your Kiss", "Sueisfine" czy "You Never Should", zdarzają się też kawałki nie ustępujące im energią, ale łagodniejsze brzmieniowo, jak "Soft As Snow (But Warm Inside)" (z wyjątkowo wyraźną, niezniekształconą partią basu), "Cupid Come" czy "Nothing Much to Lose". Dźwiękowe eksperymenty nie zawsze sprowadzają się do zgiełku. W "All I Need", "I Can See It", a zwłaszcza w "No More Sorry" za ich pomocą kreowane są bardziej klimatyczne brzmienia. Najbardziej niezwykłym utworem jest jednak oniryczny "Lose My Breath", w którym dziwne dźwięki schodzą na dalszy plan, ustępując miejsca gitarze akustycznej i partii wokalnej Bilindy, dzięki czemu jeszcze bardziej uwypuklona zostaje najładniejsza na tej płycie melodia. O ile cały album nieznacznie ustępuje swojemu słynnemu następcy, tak ten utwór prezentuje poziom co najmniej porównywalny z najlepszymi fragmentami "Loveless".

Na "Isn't Anything" charakterystyczny styl zespołu jest już właściwie w pełni rozwinięty. Muzycy nie zaprezentowali tutaj niczego złożonego pod względem kompozycji i wykonania, ale innowacyjne eksperymenty z wykorzystaniem efektów gitarowych oraz studyjnych technik czynią z My Bloody Valentine jednego z najciekawszych przedstawicieli rockowego mainstreamu przełomu lat 80. i 90. "Isn't Anything" to rzadki w tamtych czasach przykład albumu łączącego bardzo dużą przystępność i komercyjną atrakcyjność z artystycznymi ambicjami, choć te ostatnie przejawiają się wyłącznie w kwestii brzmieniowej. Bardzo cenię podejście muzyków. Świadomi swoich technicznych ograniczeń, nie próbowali grac czegoś, co by ich przerosło. Jednocześnie wykazali się sporą kreatywnością w tych aspektach, które wcale nie wymagają umiejętności, a właśnie pomysłu. Kevin Shields i jego towarzysze niewątpliwie mieli na siebie dobry pomysł, który zrealizowali ze znakomitym efektem.

Ocena: 8/10



My Bloody Valentine - "Isn't Anything" (1988)

1. Soft As Snow (But Warm Inside); 2. Lose My Breath; 3. Cupid Come; 4. (When You Wake) You're Still In a Dream; 5. No More Sorry; 6. All I Need; 7. Feed Me With Your Kiss; 8. Sueisfine; 9. Several Girls Galore; 10. You Never Should; 11. Nothing Much to Lose; 12. I Can See It (But I Can't Feel It)

Skład: Kevin Shields - gitara, wokal; Bilinda Butcher - gitara, wokal; Deb Googe - gitara basowa; Colm O'Ciosoig - perkusja
Producent: My Bloody Valentine


19 września 2020

[Recenzja] Lee Morgan - "Search for the New Land" (1966)



Lee Morgan kojarzony jest głównie z graniem hard bopu. Taką muzykę wykonywał jako członek The Jazz Messengers, na albumie Johna Coltrane'a "Blue Train", ale także na swoich autorskich płytach, ze słynnym "The Sidewinder" na czele. Zdarzały mu się jednak także wyprawy w inne rejony, czego doskonałym przykładem "Search for the New Land", nawiązujący do post-bopowych trendów połowy lat 60. Materiał został zarejestrowany - oczywiście w studiu Rudy'ego Van Geldera - już 15 lutego 1964 roku, ale decydenci Blue Note odłożyli go na półkę na niemal dwa i pół roku, uznając za niewystarczająco komercyjny. Gdy jednak w końcu doczekał się premiery, wciąż brzmiał tak samo świeżo. Po części była to także zasługa świetnych instrumentalistów, którzy towarzyszą tu Morganowi: Wayne'a Shortera i Herbiego Hancocka z kwintetu Milesa Davisa, Reggiego Workmana współpracującego wcześniej z Coltrane'em, Billy'ego Higginsa z zespołu Ornette'a Colemana oraz słynnego jazzowego gitarzysty Granta Greena. Wszystkie kompozycje są jednak autorstwa lidera.

Najważniejszym momentem jest tu oczywiście trwająca ponad kwadrans kompozycja tytułowa, w której muzycy grają w natchniony, niemalże uduchowiony sposób. Przepięknie i błyskotliwie wypada główny temat utworu, oparty na przeplatających się partiach Morgana i Shortera, którym towarzyszy jedynie subtelny akompaniament perkusyjnych talerzy oraz pojedyncze dźwięki pianina i gitary. Pomiędzy wielokrotnie powtórzonym tematem rozbrzmiewają bardziej energetyczne improwizacje, z mocniej zaznaczającą swoją obecność sekcją rytmiczną. Podczas jednego z tych fragmentów rewelacyjny popis solowy daje Green. To mój ulubiony fragment utworu, choć przecież nie brakuje w nim także świetnych solówek trąbki i saksofonu. Morgan i towarzyszący mu instrumentaliści w pewnym sensie antycypują w tym nagraniu takie style, jak jazz fusion czy spiritual jazz, choć oczywiście jest to wciąż granie mimo wszystko mocno zakorzenione w bopowej tradycji.

Reszta albumu trochę ginie w cieniu tytułowego "Search for the New Land". Najciekawiej z nich wypada "Mr. Kenyatta" (hołd dla kenijskiego polityka Jomo Kenyatty, nie dla amerykańskiego saksofonisty Robina Kenyatty), w którym uwagę zwraca nieco egzotyczna rytmika. Morgan, Shorter, Green i Hancock błyszczą jako soliści, a Workman i Higgins dzielnie ich wspierają. Uroku nie można odmówić "Melancholee", który zgodnie z tytułem pokazuje najbardziej subtelne oblicze sekstetu. Sekcja rytmiczna tym razem trzyma się w tle, jedynie akompaniując bardzo ładnym partiom dęciaków i gitary. Z kolei najbardziej pogodne, utrzymane w zdecydowanie żywszym tempie "The Joker" oraz "Morgan the Pirate" są także najbliższe konwencjonalnego hard bopu, ale na plus zaliczyć można bardzo dobrą współpracę muzyków oraz udane partie solowe.

Trochę szkoda, że zabrakło tu konsekwencji i cały album nie jest utrzymany w stylu oraz nastroju tytułowego "Search for the New Land". Niemniej jednak reszta płyty również prezentuje bardzo wysoki poziom. Trudno zresztą wymagać bardziej spójnego albumu, skoro prawdopodobnie była to jedna z tych naprędce zorganizowanych sesji w Van Gelder Studio w raczej przypadkowym składzie, zebranym spośród muzyków, którzy akurat byli w okolicy i nie koncertowali do późna. Instrumentaliści tej klasy potrafili jednak współpracować ze sobą w każdej konfiguracji, co doskonale słychać także tutaj. Świetne wykonanie to jedno, ale "Search for the New Land" potwierdza także kompozytorski talent Lee Morgana i jak chyba żaden inny (przynajmniej ze studyjnych) pokazuje go jako ambitnego twórcę.

Ocena: 8/10



Lee Morgan - "Search for the New Land" (1966)

1. Search for the New Land; 2. The Joker; 3. Mr. Kenyatta; 4. Melancholee; 5. Morgan the Pirate

Skład: Lee Morgan - trąbka; Wayne Shorter - saksofon tenorowy; Grant Green - gitara; Herbie Hancock - pianino; Reggie Workman - kontrabas; Billy Higgins - perkusja
Producent: Alfred Lion


17 września 2020

[Recenzja] Magma - "Félicité Thösz" (2012)



"Félicité Thösz", trzeci album Magmy wydany w XXI wieku, potwierdza, że Christian Vander powracając do tego szyldu nie miał zamiaru jedynie odcinać kuponów od dawnych dokonań. Mógłby przecież, będąc świadomym kultowego statusu swojej grupy, nagrywać nowe wersje "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh", starając się jak najbardziej zbliżyć do pierwowzoru. Jednak już albumy "K.A" i "Ëmëhntëhtt-Ré", choć bazowały na materiale napisanym jeszcze w latach 70., przyniosły parę nowych rozwiązań. "Félicité Thösz" to jeszcze bardziej zaawansowana próba odświeżenia zeuhlowej stylistyki. Po czterdziestu latach działalności Vander pozostał poszukującym muzykiem, nie obawiającym się eksperymentować. Jednocześnie cały czas słychać, że to Magma.

Longplay składa się w zasadzie z dwóch utworów: blisko półgodzinnej kompozycji tytułowej, podzielonej na dziesięć segmentów i ścieżek, a także nieznacznie przekraczającego cztery minuty "Les Hommes Sont Venus". Już rozpoczynająca utwór tytułowy część "Ëkmah" wyraźnie sugeruje zmiany. Pomimo podniosłych partii chóralnych, tak typowych dla grupy, uwagę zwraca bardziej oszczędny akompaniament. Tak jest też przez większość tej kompozycji, opartej głównie na partiach wokalnych (często naprawdę pięknie i misternie zaaranżowanych - vide "Ëlss", "Dzoï") oraz dźwiękach pianina, do których sporadycznie dołącza gitara, bas i perkusja. Zresztą zarówno Vander, jak i basista Philippe Bussonnet, grają przeważnie w niezbyt zeuhlowy sposób. Fragment "Tëha" wycięty z całości mógłby wręcz robić za popową piosenkę. Na ogół jest jednak bardzo subtelnie i wysmakowanie. A w pewnym momencie, na wysokości "Dühl", utwór nabiera na intensywności, zbliżając się do bardziej typowego zeuhlu - tylko po to, by już za chwilę skręcić w bardziej humorystyczne rejony ("Öhst"), tuż przed mroczniejszym finałem ("Zahrr"). Nie wchodzący w skład tytułowej kompozycji "Les Hommes Sont Venus" to powrót do delikatniejszego grania. Tym razem partii wokalnej (swoją drogą bardziej przypominającej Eskaton niż Magmę - może ze względu na tekst po francusku) towarzyszą jedynie dźwięki dzwonków - instrumentu, który nie wiedzieć czemu w naszym kraju powszechnie i błędnie nazywany jest cymbałkami.

Subtelne oblicze zespołu, jakie Christian Vander zaprezentował na "Félicité Thösz", wypada naprawdę udanie. Oszczędniejsze brzmienie wymusiło jeszcze większe przyłożenie się do aranżacji partii wokalnych oraz zróżnicowanie i uwypuklenie melodii, by całość nie nużyła. Te wszystkie zabiegi sprawiają, że zawarta tu muzyka wciąż brzmi jak Magma, a zarazem bardzo świeżo, inaczej niż na wcześniejszych płytach. Co prawda nie zaliczyłbym "Félicité Thösz" do ścisłej czołówki najbardziej udanych albumów zespołu. Jest to natomiast zdecydowanie jedno z najładniejszych wydawnictw grupy Vandera.

Ocena: 8/10



Magma - "Félicité Thösz" (2012)

1. Ëkmah; 2. Ëlss; 3. Dzoï; 4. Nüms; 5. Tëha; 6. Ẁaahrz; 7. Dühl; 8. Tsaï!; 9. Öhst; 10. Zahrr; 11. Les Hommes Sont Venus

Skład: Stella Vander - wokal, instr. perkusyjne; Isabelle Feuillebois - wokal, instr. perkusyjne; Hervé Aknin - wokal; Bruno Ruder - pianino; James Mac Gaw - gitara; Philippe Bussonnet - gitara basowa; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, wokal; Benoît Alziary - wibrafon
Gościnnie: Marcus Linon, Sandrine Destefanis, Sylvie Fisichella - dodatkowy wokal (11)
Producent: Magma


15 września 2020

[Recenzja] Wire - "154" (1979)



Sto pięćdziesiąt cztery. Podobno tyle koncertów dali muzycy Wire przed premierą swojego trzeciego albumu. Uświadamia to, że tak naprawdę niewiele czasu minęło od powstania grupy do wydania tego longplaya. Raptem trzy lata, bez jednego miesiąca. Robi to wrażenie, jeśli wziąć pod uwagę, jak bardzo w tym czasie zmieniła się muzyka zespołu. Od właściwie stricte punkrockowego, choć na swój sposób bardzo różnorodnego debiutu "Pink Flag", przez wykraczający poza punkową stylistykę "Chairs Missing", po właściwie zupełnie już niepunkowy "154". To najdłuższy z tych trzech klasycznych albumów Wire - po wydaniu których zespół zawiesił działalność, a mimo licznych powrotów nie wrócił już do tego poziomu - a jednocześnie zawierający najmniej utworów. To dlatego, że muzycy wyraźnie zwolnili tempa i bardziej urozmaicili struktury. Mówiąc o zmianach trzeba też wspomnieć o bogatszym brzmieniu, wynikającym przede wszystkim z wykorzystania na szeroką skalę syntezatorów oraz gitarowych efektów.

Wire przyzwyczaił już do tego, że jego albumy są bardzo zwarte i spójne, a przy tym poszczególne utwory wyraźnie się od siebie różnią. Nie inaczej jest na "154", na którym poszczególne nagrania są jeszcze bardziej zróżnicowane. O punkowych korzeniach przypominają właściwie tylko intensywne, ostrzejsze "Two People in a Room" i "Once Is Enough", choć w każdym z osobna dzieje się więcej niż na niejednym punkrockowym albumie przez całą jego długość. I może jeszcze energetyczny "On Returning", choć tutaj gitara ustępuje miejsca brzmieniom klawiszowym. Za to dużo na tym wydawnictwie takiego bardziej klimatycznego grania o dość niepokojącym klimacie. Na czele z "The Other Window", w którym mówionej partii wokalnej przez pierwszą połowę towarzyszą jedynie przetworzone partie gitary, a następnie dochodzi jednostajny rytm. Ale wymienić można też nieco żywsze i bardziej melodyjne "I Should Have Known Better" oraz "Single K.O.", oba ze znaczną rolą brzmień elektronicznych, ten drugi dodatkowo z partią fletu.

"A Touching Display" i "A Mutual Friend" zostały z kolei wzbogacone odpowiednio o brzmienie altówki i rożka angielskiego. Ten pierwszy to jeden z najciekawszych utworów na albumie. Część wokalna - z początku balladowa, później ostrzejsza i bardziej przebojowa - kojarzy się z rockiem gotyckim, ale dłuższy fragment instrumentalny pokazuje już zdecydowanie bardziej eksperymentalne oblicze grupy. Kontrastem dla tego typu utworów są bardziej pogodne, piosenkowe kawałki w rodzaju najbardziej chwytliwego "The 15th" czy "Blessed State" (z gitarową precyzją w stylu Talking Heads lub kolorowego King Crimson w części instrumentalnej). Oba te podejścia świetnie łączy finałowy "40 Versions", w którym melodyjnej partii wokalnej towarzyszy zdecydowanie mniej konwencjonalna warstwa instrumentalna. Niestety, na albumie zdarzają się też mielizny w postaci wyjątkowo jak na ten zespół banalnego "Map Ref. 41°N 93°W" oraz nic nie wznoszącego, a mniej ciekawego od podobnych do niego nagrań "Indirect Enquiries".

Do pierwszego brytyjskiego wydania dołączono bonusową EPkę z czterema utworami nagranymi podczas tej samej sesji, ale według muzyków niepasującymi do reszty albumu. Na niektórych kompaktowych wznowieniach zostały wydane na jednej płycie z podstawowym materiałem, co otwarcie krytykowali członkowie zespołu. Są to raczej studyjne eksperymenty niż pełnoprawne utwory. Wyjątek stanowi "Song 1", zbudowany na tanecznej grze sekcji rytmicznej, który z partią wokalną miałby spory potencjał singlowy. Ogólnie jest to jednak mało wartościowy dodatek. Faktycznie niepasujący do albumu, ale też znacznie obniżający poziom. Ponieważ jednak jest dostępny tylko na niektórych wydaniach, nie biorę go pod uwagę w swojej ocenie. Ta musi być zatem bardzo wysoka, podobnie jak w przypadku poprzednich albumów Wire. Choć uważam, że każdy kolejny album zespołu z lat 70. jest lepszy od poprzedniego, myślę także, że na każdym z nich zespół zrealizował najlepiej jak się dało swoje aktualne założenia. Każdy z nich jest inny, ale tak samo dobry w swojej kategorii. 

Ocena: 8/10



Wire - "154" (1979)

1. I Should Have Known Better; 2. Two People in a Room; 3. The 15th; 4. The Other Window; 5. Single K.O.; 6. A Touching Display; 7. On Returning; 8. A Mutual Friend; 9. Blessed State; 10. Once Is Enough; 11. Map Ref. 41°N 93°W; 12. Indirect Enquiries; 13. 40 Versions
Bonus EP: 1. Song 1; 2. Get Down (Part I & II); 3. Let's Panic Later; 4. Small Electric Piece

Skład: Colin Newman - wokal, gitara, gitara basowa (7); Bruce Gilbert - gitara, głos (4); Graham Lewis - gitara basowa, wokal (1,6,9), dodatkowy wokal, instr. perkusyjne (10); Robert "Gotobed" Grey - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Mike Thorne - instr. klawiszowe; Kate Lukas - flet altowy (5); Tim Souster - altówka (6); Joan Whiting - rożek angielski (8); Hilly Kristal - wokal (8)
Producent: Mike Thorne


13 września 2020

[Recenzja] Gruppe Between - "Einstieg" (1971)



Krautrock to bardzo zróżnicowany nurt. Chociażby pod względem środowiska, z jakiego wywodzą się jego przedstawiciele. Wielu z nich, by wspomnieć tylko o Amon Düül II czy Faust, tworzyli zdolni amatorzy. Nie brakowało jednak zespołów, których założyciele odebrali staranne wykształcenie muzyczne, a nawet działali na polu muzyki klasycznej. I właśnie do nich zalicza się Gruppe Between, później używający skróconej nazwy Between. Ten międzynarodowy skład powstał w 1970 roku w Monachium, z inicjatywy dwóch młodych niemieckich kompozytorów i instrumentalistów, pianisty Petera Michaela Hamela oraz altowiolisty Ulricha Stranza. Wkrótce dołączyli do nich gitarzysta argentyńskiego pochodzenia Roberto Détrée, a także urodzony w Stanach Robert Eliscu, ówczesny oboista Münchner Philharmoniker (i późniejszy współpracownik Popol Vuh). Na sam koniec skład poszerzył się o amerykańskiego perkusistę Cottrella Blacka oraz północnoirlandzkiego flecistę Jamesa Galwaya (obecnie sir Jamesa Galwaya), który miał już za sobą granie w wielu światowej sławy orkiestrach symfonicznych, a od 1969 roku był solistą słynnej Berliner Philharmoniker. Muzyków połączyło zainteresowanie właśnie rodzącą się niemiecką sceną eksperymentalnego rocka. Nazwa, którą przyjęli, miała oznaczać, że ich twórczość mieści się pomiędzy muzyką poważną, a rozrywkową.

Debiutancki album sekstetu, trafnie zatytułowany "Einstieg", składa się z dziesięciu raczej krótkich utworów. Słychać w nich wpływy muzyki klasycznej, folku czy psychodelii, ale także odwołania do tradycji muzycznych spoza europejsko-amerykańskiego kręgu kulturowego, przede wszystkim dalekowschodnich. Instrumentarium obejmuje nie tylko gitarę, perkusję, pianino i organy, ale także mniej rockowe instrumenty, jak wiolonczela, altówka, flet, obój czy kojarzona z epoką renesansu krzywuła (znana też jako krummhorn). Pod względem stylistycznym jest to album zróżnicowany, by nie powiedzieć niezdecydowany. Obok pastoralnego folku, z dużą ilością gitary akustycznej, fletu, oboju i smyczków ("Two Trees", "Triumphzug Kaiser Maximillian I", "Barcelona Rain"), trafiają się tutaj utwory wyraźniej nawiązujące do muzyki dawnej (quasi-średniowieczne "Katakomben" i "Volkstanz", żartobliwy "Try Bach" o wszystko mówiącym tytule). Nieznacznie dominuje jednak granie bardziej eksperymentalne, bliskie współczesnej muzyki poważnej, by wspomnieć tylko o najdłuższym na płycie "Space Trip", w którym muzykom udało się wykreować bardzo intrygującą atmosferę. Jest to też zdecydowanie najbardziej krautrockowy - z okolic wczesnych dokonań Cluster, Tangerine Dream czy Faust - fragment albumu. Poszczególne nagrania płynnie przechodzą między sobą, tworząc swoistą całość.

Odnoszę jednak wrażenie, że muzycy jeszcze nie do końca wiedzieli co i jak chcą osiągnąć, przez co longplay jest trochę niezborny. Pojedyncze utwory na ogół wypadają bardzo udanie, ale niekoniecznie współgrają ze sobą jako całość. Kolejne, nagrane już w mniejszym składzie albumy, są już bardziej dopracowane pod tym względem. Natomiast niewątpliwą zaletą debiutu jest unikalne zestawienie tak różnych, nie zawsze oczywistych instrumentów, czyniących "Einstieg" wydawnictwem jedynym w swoim rodzaju.

Ocena: 7/10



Gruppe Between - "Einstieg" (1971)

1. Katakomben; 2. Two Trees; 3. Volkstanz; 4. Primary Stage; 5. Flight of Ideas; 6. Triumphzug Kaiser Maximillian I; 7. Barcelona Rain; 8. Memories; 9. Space Trip; 10. Try Bach

Skład: Peter Michael Hamel - instr. klawiszowe; Ulrich Stranz - altówka; Roberto Détrée - gitara, wiolonczela; Robert Eliscu - obój, flet, krummhorn, wokal; James Galway - flet; Cottrell Black - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Peter Strecker


11 września 2020

[Przegląd] Nowości płytowe 2020 (część 3/4)

W trzeciej, przedostatniej części przeglądu najciekawszych albumów wydanych w tym roku przyjrzę się przede wszystkim nowościom z ostatnich trzech miesięcy. Kilka płyt ukazało się już wcześniej, ale z różnych powodów nie zmieściły się w poprzednich przeglądach, opublikowanych odpowiednio w marcu oraz czerwcu. Tym razem musi obejść się bez krytycznych - czy jakichkolwiek innych - opinii na temat muzycznych dinozaurów. Najnowszych wydawnictw Deep Purple ("Whoosh!") i Metalliki ("S&M2") nawet nie przesłuchałem w całości, a na temat "Rough and Rowdy Ways" Boba Dylana, który wynudził mnie niemiłosiernie, wypowiadałem się już kilkakrotnie, więc nie mam ochoty robić tego ponownie. Na liście znalazło się natomiast dziesięć albumów od twórców brzmiących bardziej na czasie. Lista zaczyna się od dwóch polskich płyt jazzowych, a następnie przechodzi do zagranicznych wydawnictw, prezentując szerokie spektrum stylów, od różnych form metalu, przez folk, pop i hip hop, aż po odmiany elektroniki. Kolejność alfabetyczna.


Błoto - "Erozje" 7/10
Wydany: 24.04 | nu jazz, jazz fusion

Błoto to poboczny projekt części składu EABS. Cały materiał na debiutanckie "Erozje" powstał spontanicznie, w trakcie jednej nocy, bez żadnych wcześniejszych planów ani przygotowań. Rezultatem jest muzyka o improwizowanym, bardziej instynktownym charakterze niż zeszłoroczny "Slavic Spirits" nagrany przez macierzystą grupę. Tamten album, pomimo początkowego zachwytu, sporo u mnie stracił. "Erozje" wydają się jednak bardziej oryginalne, za sprawą nietypowej dla jazzu warstwy rytmicznej oraz nieco psychodelicznego klimatu, co przy kolejnych odsłuchach wciąż brzmi intrygująco.


Diomede feat. Hubert Zemler - "Przyśpiewki" 7/10
Wydany: 28.05 | jazz

Drugi album duetu Diomede, czyli saksofonisty Tomasza Markanicza i klawiszowca Grzegorza Tarwida, powstał z pomocą trzeciego muzyka, perkusisty Huberta Zemlera. Co nadało muzyce zdecydowanie pełniejszego brzmienia, ale też tchnęło w nią więcej życia. Wbrew temu, co może sugerować tytuł, jest to album całkowicie instrumentalny, daleki od piosenkowego banału. Chodzi raczej o nawiązanie do ludowości, co przejawia się w melodyce zawartej tu muzyki. Stylistycznie jest to niewątpliwie jazz, ale brzmiący całkiem świeżo, a w przeważnie bardzo krótkich utworach często niemało się dzieje. 


Fiona Apple - "Fetch the Bolt Cutters" 6/10
Wydany: 17.04 | art pop

Najnowszy album Fiony Apple, wydany po ośmioletniej przerwie, to jedna z najbardziej hajpowanych tegorocznych płyt. Raczej na wyrost, choć to naprawdę dobry pop, niebanalny, ciekawie zaaranżowany, z pewnymi ambicjami artystycznymi (wykorzystanie dźwięków niepochodzących z instrumentów), a przy tym nieco kabaretowy, a momentami nawet lekko zabarwiony jazzem. Do całości mam jednak poważny zarzut: nie jest na tyle urozmaicona, by uzasadnić długość przekraczającą 50 minut. Okrojenie do pół godziny byłoby doskonałym rozwiązaniem.


Hum - "Inlet" 7/10
Wydany: 23.06 | shoegaze, metal

Jeśli już słuchaliście tego albumu lub chociaż czytaliście na jego temat, to z pewnością już wiecie, że "Inlet" - pierwszy album Hum od ponad 20 lat - to takie bardziej metalowe My Bloody Valentine. Trudno jednak o bardziej trafne porównanie. Do niewątpliwych plusów tego wydawnictwa trzeba zaliczyć bardzo fajne brzmienie oraz solidne wykonanie, jednak kompozycje nie są zbyt charakterystyczne i trochę za bardzo się ze sobą zlewają. To jedno z tych wydawnictw, których dobrze mi się słucha, ale kompletnie nie zapadają w pamieć.


The Microphones - "Microphones in 2020" 6/10
Wydany: 7.08 | indie folk

Kolejny mocno hajpowany album wydany po dłuższej przerwie - Phil Elverum powrócił do szyldu Microphones po 17 latach. To taki "Thick as a Brick" XXI wieku. Podobnie jak dzieło Jethro Tull składa się z jednej, ponad 40-minutowej kompozycji, z odniesieniami do folku. Całość brzmi jednak zdecydowanie współcześnie, bardziej drone'owo. Wkrada się tu jednak zbyt wiele, jak dla mnie, monotonii. Przebrnięcie przez siedmiominutowy wstęp, gdy nie dzieje się nic, to spore wyzwanie. Później jednak utwór stopniowo się rozwija i coraz bardziej intryguje. Chyba jednak niewiele by stracił, gdyby skrócić go o połowę.


Neptunian Maximalism - "Éons" 6/10
Wydany: 26.06 | drone metal z elementami free jazzu

Jak przystało na zespół o takiej nazwie, "Éons" to album o monumentalnej formie: trzy płyty kompaktowe, blisko 130 minut muzyki. Szkoda tylko, że tak mało w tym wszystkim treści. Belgowie mieli pomysł, by połączyć drone / post-metal z awangardowymi formami jazzu oraz rocka progresywnego. Poszczególne utwory są jednak bardzo do siebie podobne, a w nich samych praktycznie nic się nie dzieje. Dopiero w przedostatnim nagraniu, "Heliozoapolis", pojawia się jakieś większe urozmaicenie (partie sitaru). Nie brakuje tutaj ciekawych pomysłów, zwłaszcza brzmieniowych, ale całość jest o wiele za długa - o jakieś dwie płyty.


Nicolas Jaar - "Cenizas" 7/10
Wydany: 27.03 | ambient

Tegoroczna aktywność wydawnicza Nicolasa Jaara robi wrażenia. Tylko do tej pory zdążył opublikować dwa albumy solowe i jeden pod szyldem Against All Logic. Nowoczesnych form muzyki elektronicznej, zaprezentowanych na tym ostatnim, kompletnie nie rozumiem. Zupełnie inaczej ma się sprawa z brzmiącym bardziej klasycznie "Cenizas" - zbiorem krótkich, czasem quasi-piosenkowych utworów o ambientowym klimacie. Zwykle bardzo ładnych, jednak podobnie, jak w przypadku większości płyt z tej listy, mam zastrzeżenia do długości albumu. 


Rafael Anton Irisarri - "Peripeteia" 7/10
Wydany: 22.05 | ambient, drone

Jeszcze jeden ambientowy album. Tym razem jest to jednak ambient zupełnie innego rodzaju: taki bardziej ospały, bez jakichkolwiek śladów powszechnie pojmowanej melodyjności, całkowicie pozbawiony warstwy rytmicznej. Pomimo podziału na osiem ścieżek, jest to w zasadzie 40-minutowa całość (tutaj w końcu nie mogę przyczepić się do długości), która słuchana w sprzyjających okolicznościach może zachwycić swoim brzmieniem i nastrojem. To zdecydowanie jedna z najładniejszych płyt 2020 roku.


Run the Jewels - "RTJ4" 7/10
Wydany: 3.06 | hip hop

W poprzednim przeglądzie wspominałem, że hip hop nie należy do moich ulubionych gatunków, jednak zdarzają się w nim płyty, które do mnie trafiają. Czwarty longplay Run the Jewels jest jedną z nich. Może trochę mniej od strony wokalnej, za to muzycznie już jak najbardziej. Rockowych słuchaczy do osłuchu zachęcić mogą gościnne występy Zacka de la Rochy i Josha Homme'a. Mnie jednak najbardziej podoba się finałowy "A Few Words for the Firing Squad (Radiation)" z jazzowym saksofonem.


Shackleton & Zimpel - "Primal Forms" 7/10
Wydany: 31.07 | ambient, post-minimalizm

Po współpracy Sama Shackletona i Wacława Zimpla spodziewałem się nieco więcej, jednak i tak jest to bardzo udana muzyka, łącząca co najlepsze w twórczości obu muzyków. Sporo tutaj egzotycznych brzmień, przywołujących zeszłoroczny projekt Shackletona, Tunes of Negation, a także post-minimalizmu charakterystycznego dla ostatnich dzieł Zimpla, który ponadto znów chętnie sięga po klarnet (i inne instrumenty, w tym skrzypce czy organy), przypominając o swoich jazzowych korzeniach. Mnóstwo tu naprawdę ładnych fragmentów, ale same kompozycje wydają się nieco niedopracowane.



8 września 2020

[Recenzja] The Andrzej Kurylewicz Quintet - "10 + 8" (1968)



"10 + 8" to kolejny z tych albumów, które przy normalnej dystrybucji mogłyby wejść do światowego kanonu jazzu. Stojący za nim Andrzej Kurylewicz to nieżyjący już multiinstrumentalista, kompozytor oraz dyrygent. W trakcie swojej kariery tworzył zarówno muzykę klasyczną, filmową, jak i jazz. Za granie tego ostatniego został wyrzucony z Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie, gdzie przez cztery lata studiował w klasach fortepianu oraz kompozycji. Było to w połowie lat 50., gdy tego typu muzykę zwalczały komunistyczne władze Polski. Z czasem jednak nastąpiło pewne rozluźnienie i polscy jazzmani mogli nie tylko legalnie występować przed publicznością, ale także nagrywać swoje dzieła w państwowych studiach i wydawać je w państwowych wytwórniach - bo innych wtedy nie było. Kurylewicz jest zresztą autorem pierwszego polskiego albumu jazzowego na płycie 12-calowej, czyli "Go Right", wydanego w 1963 roku przez Polskie Nagrania "Muza". Jeszcze bez kultowego logo "Polish Jazz", gdyż seria ta ruszyła dopiero dwa lata później. W jej ramach ukazało się natomiast największe jazzowe osiągnięcie muzyka, album "10 + 8" (czasem zapisywany jako "Ten + Eight").

Longplay jest efektem sesji nagraniowej z października 1967 roku. Liderowi, grającemu na puzonie wentylowym i pianinie, towarzyszyli saksofonista Włodzimierz Nahorny, kontrabasista Jacek Ostaszewski (obaj znani z "Seant" sekstetu Andrzeja Trzaskowskiego), a także drugi basista Janusz Kozłowski (występujący wcześniej w kwartecie Zbigniewa Namysłowskiego i kwintecie Krzysztofa Komedy) oraz najmniej znany z tego grona perkusista Sergiusz Perkowski. W studiu pojawiła się także Wanda Warska, prywatnie żona Kurylewicza, która dodała wokalizę do jednego utworu. Na album trafiły cztery kompozycje lidera i jedna Nahornego ("Twarz widza"). Pod względem stylistycznym nawiązują do ówczesnych trendów w światowym jazzie, gdy pierwszorzędnym celem były artystyczne poszukiwania. W tym przypadku nie można jednak mówić o machinalnym kopiowaniu zachodnich wzorców. Kwintet zaproponował swoją własną wizję nowoczesnego jazzu.

Całość zaczyna się od autentycznie tanecznego "Już ja z Tobą nie zostanę", zbudowanego na skocznej, ostinatowej grze sekcji rytmicznej. Świetnie wypada główny temat z uzupełniającymi się partiami dęciaków Kurylewicza i Nahornego, a także ich rozbudowane solówki. Ta saksofonowa ociera się o bardziej awangardowe rejony. Bardzo dobrym pomysłem było uwzględnienie w instrumentarium puzonu wentylowego, którego brzmienie nadaje płycie unikalnego charakteru. W kolejnych utworach klimat drastycznie się zmienia. "Requiem dla Z.C.", dedykowane tragicznie zmarłemu kilka miesięcy wcześniej aktorowi Zbigniewowi Cybulskiemu, to już bardziej posępne nagranie, z przeciągłymi partiami dęciaków i kontrabasów. Z kolei tytułowy "10 + 8" to już niczym nie skrępowana wyprawa na terytorium free jazzu, a momentami wręcz free improvisation za sprawą atonalnych partii basistów. 

Druga strona albumu nie jest może aż tak radykalna, jak utwór tytułowy, niemniej jednak nie odchodzi daleko od freejazzowej stylistyki. "Rondo", pochodzące ze ścieżki dźwiękowej filmu "Cyrograf dojrzałości" Jana Łomnickiego, zgodnie z tytułem ma formę ronda. Funkcję refrenu pełni melodyjny temat z dźwiękami pianina oraz wokalizą Warskiej, przypominającą trochę popisy Flory Purim z płyt Return to Forever. Pomiędzy kolejnymi powtórzeniami tego fragmentu rozbrzmiewają swobodne improwizacje kwintetu. "Twarz widza" zbliża się nieco do hardbopowej tradycji za sprawą swingujących momentów, jednak rozbudowana sekcja rytmiczna nie ogranicza się wyłącznie do swingu, ma znacznie więcej swobody. Utwór jest jednak przede wszystkim popisem obu muzyków grających - częściowo bez akompaniamentu - na dęciakach. Pierwsze solo należy do kompozytora, który gra z prawdziwie freejazzową agresją. Drugie solo to już popis lidera, który udowadnia, jak wiele można wydobyć z tak nieczęsto spotykanego instrumentu, jak puzon wentylowy.

Na "10 + 8" kwintet Andrzeja Kurylewicza czerpie inspiracje z bardzo różnych form jazzu, za każdym razem świetnie się w nich odnajdując. Pomimo dość dużych różnic pomiędzy poszczególnymi utworami (szczególnie otwieraczem i resztą płyty), a nawet wewnątrz jednego nagrania ("Rondo"), całość brzmi całkiem spójnie. W pewnym, wcale nie takim małym stopniu jest to zasługa charakterystycznego brzmienia rzadko stosowanego w jazzie puzonu wentylowego. M.in. dzięki niemu jest to jedna z najciekawszych pozycji w całej serii "Polish Jazz", nieustępująca wiele największym dziełom Komedy, Trzaskowskiego, Namysłowskiego czy Stańki.

Ocena: 8/10



The Andrzej Kurylewicz Quintet - "10 + 8" (1968)

1. Już ja z Tobą nie zostanę (I Won't Stay with You); 2. Requiem dla Z. C. (Requiem for Z.C.); 3. 10 + 8; 4. Rondo; 5. Twarz widza (Spectator's Face)

Skład: Andrzej Kurylewicz - puzon wentylowy, pianino (4); Włodzimierz Nahorny - saksofon altowy; Jacek Ostaszewski - kontrabas, tamburyn; Janusz Kozłowski - kontrabas; Sergiusz Perkowski - perkusja
Gościnnie: Wanda Warska - wokal (4)
Producent: -


4 września 2020

[Recenzja] Bob Dylan - "Planet Waves" (1974)



Jednym z najbardziej tajemniczych zdarzeń w historii Boba Dylana jest jego motocyklowy wypadek z lipca 1966 roku. Przez lata narosło wokół tego wydarzenia wiele legend. Popularna teoria głosi, że w ogóle do niego nie doszło, gdyż nie została wezwana karetka, a artysta nie był hospitalizowany. Pomimo tego, niemal całkiem wycofał się z życia publicznego i na wiele lat zrezygnował z koncertowania. Prawdopodobnie miał po prostu dość sławy, a zwłaszcza coraz bardziej irytujących dziennikarzy oraz fanów. Z czasem jednak zatęsknił za występami przed publicznością. Latem 1973 roku podjął decyzję o powrocie na scenie. Co więcej, postanowił zaprosić do współpracy swój dawny zespół wspierający, The Band. Muzycy zaczęli próby, podczas których grali też zupełnie nowe kompozycje Dylana i zupełnie spontanicznie postanowiono nagrać nowy album jeszcze przed wyruszeniem w trasę. Longplay miał nosić tytuł "Ceremonies of the Horsemen", ale w ostatniej chwili przemianowano go na "Planet Waves", co spowodowało dwutygodniowe przesunięcie premiery. Jest to pierwsze oficjalne wydawnictwo Dylana na którym towarzyszy mu pełen skład The Band.

Dziesięć premierowych kompozycji artysty - w tym jedna zaprezentowana w dwóch wersjach - utrzymane jest w folkowej stylistyce, z wyraźnie obecnymi tu i ówdzie elementami country, bluesa oraz rocka. Zastrzeżenia mam właściwie tylko do otwieracza. "On a Night Like This" to raczej banalna piosenka country, przypominająca o mniej udanych albumach Dylana z początku dekady. Dalej jest już jednak znacznie lepiej. Szczególnie dobrze wypadają kawałki balladowe, jak wyraźnie bluesowy "Going, Going, Gone" z bardzo ładnym organowym tłem i świetnymi gitarowymi zagrywkami Robbiego Robertsona. Albo już bardziej folkowe "Forever Young" (który zamieszczono tu też w szybszej, mniej udanej wersji) i "Dirge". Pomimo tak mocnej konkurencji, zdecydowanie najpiękniejszym fragmentem jest finałowy "Wedding Song". Partii wokalnej towarzyszy tu wyłącznie akompaniament gitary akustycznej i harmonijki, przywołując skojarzenia z tymi najwcześniejszymi nagraniami Dylana. Pod względem instrumentalnym jest to poziom jego najlepszych kompozycji, za to wokalnie wypada znacznie lepiej. W ogóle cały album jest świetnie zaśpiewany - połowa lat 70. to najlepszy okres Dylana jako wokalisty. Bardzo fajnie wypada tu także większość tych bardziej energetycznych kawałków, z "Tough Mama" i "Never Say Goodbye" na czele.

"Planet Waves" ginie w cieniu kilku kolejnych albumów Boba Dylana. Moim zdaniem zupełnie niesłusznie, bo to także świetny longplay. Właśnie tutaj artysta, po latach zagubienia, powrócił do naprawdę wysokiej formy jako kompozytor i wykonawca. Nie bez znaczenia jest też wsparcie bardzo dobrego Zespołu. Dylan i The Band to połączenie, które zawsze dawało fantastyczne efekty. "Planet Waves" nie jest tu wyjątkiem.

Ocena: 8/10



Bob Dylan - "Planet Waves" (1974)

1. On a Night Like This; 2. Going, Going, Gone; 3. Tough Mama; 4. Hazel; 5. Something There Is About You; 6. Forever Young (slow version); 7. Forever Young (fast version); 8. Dirge; 9. You Angel You; 10. Never Say Goodbye; 11. Wedding Song

Skład: Bob Dylan - wokal, gitara, harmonijka, pianino; Richard Manuel - pianino, perkusja; Garth Hudson - organy, akordeon; Robbie Robertson - gitara; Rick Danko - gitara basowa; Levon Helm - perkusja, mandolina
Gościnnie: Ken Lauber - kongi (7)
Producent: Rob Fraboni


2 września 2020

[Recenzja] David Bowie - "Aladdin Sane" (1973)



Po ogromnym sukcesie komercyjnym, jaki odniósł "The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars", David Bowie był pod dużą presją. Jego kolejny album miał być pierwszym, który będzie nagrywał jako gwiazda. A to z kolei oznaczało spore oczekiwania wobec tego wydawnictwa. Zarówno fani, jak i przedstawiciele wytwórni liczyli, że artysta jak najszybciej dostarczy kolejną porcję hitów. Materiał na "Aladdin Sane" (tudzież "A Lad Insane", bo tak pierwotnie miał brzmieć tytuł) powstawał głównie podczas amerykańskiej trasy promującej "Ziggy'ego Stardusta". Podczas pobytu w Nowym Jorku, w październiku 1972 roku, zarejestrowano nawet jeden nowy utwór, "The Jean Genie", który niemalże od razu wypuszczono na singlu. Co ciekawe, w Wielkiej Brytanii był to największy do tamtej pory przebój Bowiego. Właściwe sesje odbyły się w Londynie w grudniu i styczniu, zaledwie pół roku po premierze poprzedniego longplaya. W sumie nagrania trwały niewiele ponad dwa tygodnie. Liderowi ponownie towarzyszyły Pająki z Marsa, czyli Mick Ronson, Trevor Bolder i Mick Woodmansey. Tym razem wspomogli ich liczni goście jak jazzowy pianista Mike Garson, znany m.in. ze współpracy z Annette Peacock, saksofoniści Ken Fordham i Brian Wilshaw, a także żeński chórek.

Całość powstawała w takim pośpiechu, że Bowie nie nadążał z pisaniem nowej muzyki. W tej sytuacji konieczne było sięgniecie po już istniejące kompozycje. "The Prettiest Star" to całkowicie nowa rejestracja niealbumowego singla z 1970 roku. Natomiast "Let's Spend the Night Together" pożyczono z repertuaru The Rolling Stones. Co grosze, mam wrażenie, że zabrakło tu jakiegoś pomysłu na całość. Każdy z poprzednich albumów artysty ma swój własny charakter. Na "Space Oddity" dominują klimaty folkowe, "The Man Who Sold the World" to wyraźny zwrot w stronę hard rocka, "Hunky Dory" wyróżnia się bogatymi aranżacjami i bardziej pogodnym nastrojem, a "The Rise and Fall of..." łączy rockowy czad z glamowym blichtrem. "Aladdin Sane" jest na tym tle bardzo niezborny, jakby liderowi zabrakło pomysłu, w jaki sposób tym razem się określić. To album, na którym często sąsiadują ze sobą kawałki kompletnie do siebie niepasujące. Prosty, mocno stonesowski rock'n'roll "Watch That Man" poprzedza najbardziej ambitny "Aladdin Sane (1913–1938–197?)". Z kolei broadwayowski "Time" oraz popowy "The Prettiest Star" wciśnięto pomiędzy najostrzejsze "Cracked Actor" i "Let's Spend the Night Together". Natomiast po bezpretensjonalnym, stricte bluesrockowym "The Jean Genie" rozbrzmiewa pełna glamowego rozmachu i lukru ballada "Lady Grinning Soul". Tak duży eklektyzm zdecydowanie nie przysłużył się temu albumowi.

Same utwory na ogół wypadają całkiem udanie. Do moich faworytów należy na pewno "The Jean Genie", w którym świetnie udało się stworzyć prawdziwie bluesowy klimat. Lubię także "Drive-In Sunday", pastisz doo-wopowych piosenek, świadomie kiczowaty, ale bardzo uroczy i zgrabny melodycznie. Jednak zdecydowanie najlepszym momentem longplaya jest "Aladdin Sane (1913–1938–197?)". To utwór, w którym najbardziej wykazać może się Garson, grający tutaj partie o zdecydowanie jazzowym charakterze. W taką stylistykę wpisują się również partie saksofonów. Bez tych elementów byłaby to jeszcze jedna piosenka o ładnej melodii, ale dzięki nim jest czymś więcej - najbardziej ambitnym nagraniem w dotychczasowym dorobku artysty. Z drugiej strony, zdarzają się na tym albumie także bardziej sztampowe kawałki, z "Watch That Man" i "Let's Spend the Night Together" na czele.

"Aladdin Sane" jest zatem bardzo niespójnym zbiorem wręcz przypadkowo dobranych utworów. Nie brakuje wśród nich zwyczajnie banalnego grania, choć trafił się też utwór o zaskakująco wysokiej - jak na wczesnego Bowiego - wartości artystycznej. Oczywiście, album i tak był ogromnym sukcesem komercyjnym. Jako pierwszy album artysty zdobył szczyt brytyjskiego notowania, bardzo dobrze poradził też sobie w Stanach, dochodząc do 17. miejsca na tamtejszej liście. Do dziś pokrył się w tych krajach odpowiednio platyną i złotem.

Ocena: 6/10



David Bowie - "Aladdin Sane" (1973)

1. Watch That Man; 2. Aladdin Sane (1913–1938–197?); 3. Drive-In Saturday; 4. Panic in Detroit; 5. Cracked Actor; 6. Time; 7. The Prettiest Star; 8. Let's Spend the Night Together; 9. The Jean Genie; 10. Lady Grinning Soul

Skład: David Bowie - wokal, gitara, harmonijka, saksofon, syntezator, melotron; Mick Ronson - gitara, pianino, dodatkowy wokal; Trevor Bolder - gitara basowa; Mick Woodmansey - perkusja
Gościnnie: Mike Garson - pianino; Ken Fordham - saksofon; Brian Wilshaw - saksofon, flet; Juanita Franklin, Linda Lewis, G.A. MacCormack - dodatkowy wokal
Producent: David Bowie i Ken Scott