28 listopada 2013

[Recenzja] Black Sabbath - "Live... Gathered in Their Masses" (2013)



Niespełna pół roku po premierze albumu "13", Black Sabbath wydają koncertówkę zarejestrowaną podczas promującej go trasy. A właściwie zapowiadającej, bo zaprezentowano tu fragmenty dwóch występów w australijskim Melbourne, które odbyły się jeszcze przed premierą longplaya, 29 kwietnia i 1 maja bieżącego roku. "Live... Gathered in Their Masses" (tytuł pochodzi od pierwszego wersu utworu "War Pigs") to przede wszystkim wydania DVD i Blu-Ray. Każde z nich dostępne jest także w wersji wzbogaconej o dodatkowe CD. W niniejszej recenzji chciałbym się bliżej przyjrzeć właśnie tej kompaktowej płycie. Już na początek czeka małe rozczarowanie - brakuje tu pięciu utworów obecnych na DVD/BR ("Into the Void", "Snowblind", "Behind the Wall of Sleep", "Children of the Grave", oraz zagranego instrumentalnie "Symptom of the Universe").

"Trzynastka" reprezentowana jest trzema kawałkami ("Loner", "End of the Beginning" i "God Is Dead?"), plus jednym ze specjalnej edycji (całkiem niezłym, ale mało sabbathowym "Methademic"). Szkoda, że grupa nie wykonywała wówczas więcej nowych kompozycji - grany na późniejszych koncertach "Age of Reason" tylko by podniósł wartość tego wydawnictwa. Reszta zawartych tu utworów to prawdziwe "greatest hits" zespołu, chociaż tylko z pierwszych dwóch longplayów - "War Pigs", "Black Sabbath", "N.I.B.", "Iron Man", "Fairies Wear Boots" oraz "Paranoid" (ten ostatni poprzedzony został głównym riffem "Sabbath Bloody Sabbath" - szkoda, że nie zagranym w całości). 

Pod względem wykonawczym jest zaskakująco dobrze. Tony Iommi i Geezer Butler są w tak samo wysokiej formie, jak za najlepszych lat. Tommy Clufetos nie ma problemów z poprawnym zagraniem partii Billa Warda i Brada Wilka. Natomiast Ozzy Osbourne śpiewa znacznie lepiej, niż na... nieoficjalnych rejestracjach tych samych koncertów, dostępnych na YouTube. Może to wina amatorskiego sprzętu, na jakim dokonano tamtych nagrań. Obawiam się jednak, że wokalista spędził mnóstwo czasu, na poprawienie swoich partii w studiu. Trudno to jednak traktować jako zarzut, bo dzięki temu materiał nadaje się do słuchania - w przeciwieństwie do wspomnianych rejestracji. Oczywiście i tak nie jest idealnie pod względem wokalnym - w studiu czy na scenie, w głosie Ozzy'ego słychać mijający czas. Pod względem instrumentalnym jest natomiast bardzo blisko studyjnych pierwowzorów - zrezygnowano nawet z spokojnego wstępu utworu "Black Sabbath", dodawanego na żywo od wielu lat.

"Live... Gathered in Their Masses" wydaje się najmniej potrzebną koncertówką w dyskografii Black Sabbath (licząc także te z innymi wokalistami). Główne zarzuty, jakie można jej postawić, to skromna tracklista i zbyt zachowawcze wykonania. Pozycja tylko dla najwierniejszych fanów zespołu.

Ocena: 6/10



Black Sabbath - "Live... Gathered in Their Masses" (2013)

CD: 1. War Pigs; 2. Loner; 3. Black Sabbath; 4. Methademic; 5. N.I.B.; 6. Iron Man; 7. End of the Beginning; 8. Fairies Wear Boots; 9. God Is Dead?; 10. Paranoid
DVD: 1. War Pigs; 2. Into the Void; 3. Loner; 4. Snowblind; 5. Black Sabbath; 6. Behind the Wall of Sleep; 7. N.I.B.; 8. Methademic; 9. Fairies Wear Boots; 10. Symptom of the Universe; 11. Iron Man; 12. End of the Beginning; 13. Children of the Grave; 14. God Is Dead?; 15. Paranoid

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass
Gościnnie: Tommy Clufetos - perkusja; Adam Wakeman - instr. klawiszowe i gitara
Producent: Jeb Brien i Ean Thorley


27 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Calling All Stations" (1997)



Najbardziej kontrowersyjny album w dyskografii Genesis. Tuż przed jego nagraniem, ze składu odszedł Phil Collins, zbyt zajęty robieniem własnej kariery, muzycznej i aktorskiej. Zespół w jednej chwili stracił charyzmatycznego frontmana, rozpoznawalnego wokalistę, sprawnego perkusistę i kompozytora potrafiącego tworzyć wielkie przeboje. Nowym wokalistą został wybrany właściwie anonimowy Ray Wilson - członek szkockiej grupy post-grunge'owej Stiltskin. Dysponujący rozpoznawalnym, głębokim głosem, ale pozbawiony charyzmy swojego poprzednika. Za bębnami posadzono natomiast aż dwóch muzyków (mających status gości): Nira Zidkyahu i Nicka D'Virgilio. Ich gra nie zwraca jednak szczególnie uwagi, obaj ograniczają się do zwyczajnego akompaniamentu. Dziwne, że Tony Banks i Mike Rutherford nie zatrudnili Chestera Thompsona, który jest nie tylko zdolniejszym perkusistą, ale też po kilkunastu latach wspierania zespołu na scenie z pewnością lepiej rozumiał jego muzykę. Taki wybór nowych muzyków sprawił, że zespół nie tylko stracił swoją rozpoznawalność, ale w ogóle stał się bardzo bezbarwny. Na pewno nie pomógł tez fakt, że Banks i Rutherford nie byli w gruncie rzeczy uzdolnionymi kompozytorami, a z biegiem lat stawali się coraz mniej kreatywni.

Mam z tym albumem też inny problem. Znam go praktycznie od chwili wydania, był jednym z faktycznie nielicznych lubianych przeze mnie albumów, które były grane w rodzinnym domu. A po latach właśnie dzięki niemu - a nie nagraniom z czasów Collinsa w roli frontmana - sięgnąłem po najwcześniejsze dokonania Genesis, co było jednym z moich pierwszych kroków ku bardziej ambitnej muzyce. Trudno więc nie mieć pewnego sentymentu. Ale gdy dziś słucham tego albumu, odczuwam przede wszystkim znużenie i dostrzegam mnóstwo wad, przy niewielu plusach. Zespół nagrał materiał kompletnie nie pasujący do czasów, w których powstał - już w chwili wydania zdający się reliktem wcześniejszej epoki. Ale tak naprawdę nie pasujący do żadnych czasów, bo zespół zdawał się znów nie mieć pojęcia, co właściwie chce osiągnąć. Z jednej strony proponuje tu proste piosenki o radiowym formacie, ale zupełnie niepodobne do tego, co wówczas prezentowały stacje radiowe, ponadto niezbyt atrakcyjne pod względem melodycznym. A z drugiej - więcej prostych piosenek, jednak dłuższych, wzbogaconych o pseudo-ambitne elementy, mające uzasadnić jeszcze mniej atrakcyjne melodie, ani nawet nie oferujące nic ciekawego pod względem klimatu. W rezultacie, nie jest to album ani dla wielbicieli przebojowego Genesis z lat 80., ani dla zwolenników baśniowego proga granego przez grupę w latach 70. Trudno powiedzieć, czy jest to album dla kogokolwiek, z wyjątkiem zachwycających się różnymi smętami słuchaczy Trzeciego Programu Polskiego Radia.

Najlepiej wypadają tutaj te utwory, w których zespół próbuje grać w nieco mroczniejszy sposób, z przesterowaną gitarą, potężnym brzmieniem perkusji, udramatyzowanym śpiewem Wilsona i bardziej stonowanymi klawiszami, często pełniącymi rolę tła. Takie są tytułowy "Calling All Stations", "The Dividing Line", "There Must Be Some Other Way" i "One Man's Fool". W każdym z nich (a zwłaszcza w pierwszym i ostatnim) zabrakło pomysłu na jakieś ciekawe rozwinięcie, ale nawet dziś mogę ich słuchać z pewną przyjemnością. Gorzej, gdy zespół próbuje grać bardziej przebojowo. O ile singlowy "Congo" jest dość udaną piosenką, z jedyną tutaj naprawdę chwytliwą melodią, tak drugi zwarty utwór w żywszym tempie, "Small Talk" wypada już bardzo tandetnie. Nie lepsze okazują się ballady, w których zespół proponuje na zmianę smęcenie bardziej gitarowe ("Not About Us", "Shipwrecked") i smęcenie bardziej klawiszowe ("If That's What You Need", "Uncertain Weather"), w obu przypadkach oferując straszliwie mdłe melodie, przesłodzone aranżacje i usypiającą jednostajność. A tej ostatniej jest też sporo w ośmiominutowym "Alien Afternoon" - kompletnie bezbarwnym flircie z rytmiką reggae.

"Calling All Stations" został zmiażdżony przez krytykę, ale sprzedawał się całkiem nieźle. W Wielkiej Brytanii doszedł do 2. miejsca notowania, a w Stanach do 54. miejsca, co było sporym spadkiem względem poprzednich albumów grupy, ale i tak świetnym wynikiem. Sprzedaż płyty wynikała jednak w znacznym stopniu z pozycji, jaką zespół wyrobił sobie w poprzednich latach. Prawdziwym sprawdzianem dla nowego wcielenia grupy miała być trasa koncertowa. Jej amerykańska cześć została całkowicie odwołana ze względu na słabą sprzedaż biletów. Tony Banks i Mike Rutherford podjęli wówczas decyzję o zaprzestaniu dalszej działalności, pomimo kontraktu na jeszcze jeden album. Nic lepszego nie mogli zrobić. Szkoda tylko Raya Wilsona, który skończył jako podrzędny muzyk, odcinający kupony od krótkiego stażu w słynnym zespole. Z takim głosem mógł osiągnąć nieco więcej.

Ocena: 5/10



Genesis - "Calling All Stations" (1997)

1. Calling All Stations; 2. Congo; 3. Shipwrecked; 4. Alien Afternoon; 5. Not About Us; 6. If That's What You Need; 7. The Dividing Line; 8. Uncertain Weather; 9. Small Talk; 10. There Must Be Some Other Way; 11. One Man's Fool

Skład: Ray Wilson - wokal; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Mike Rutherford - gitara, bass, dodatkowy wokal
Gościnnie: Nir Zidkyahu - perkusja i instr. perkusyjne (1-5,7,10,11); Nick D'Virgilio - perkusja i instr. perkusyjne (4,6,7-9)
Producent: Nick Davis, Tony Banks i Mike Rutherford


26 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "We Can't Dance" (1991)



Przed wydaniem "We Can't Dance" nastąpiła najdłuższa do tamtej pory przerwa wydawnicza w historii Genesis. Od wydania "Invisible Touch" minęło pięć lat. Przez ten czas wiele w muzyce się zmieniło. W rockowym mainstreamie nastała właściwie nowa epoka. W 1991 roku ukazał się eponimiczny (lepiej znany jako "czarny") album Metalliki, Guns N' Roses opublikowali podwójny "Use Your Illusion", wielką popularnością zaczęła cieszyć się scena Seattle za sprawą "Nevermind" Nirvany, "Ten" Pearl Jam i "Badmotorfinger" Soundgarden, uznanie zyskała fuzja rapu, funku i rocka w wykonaniu Red Hot Chili Peppers ("Blood Sugar Sex Magik"), warto też wspomnieć o albumie "Loveless" My Bloody Valentine. Takiej muzyki wówczas najchętniej słuchano. Patrząc na wymienione wyżej tytuły i nazwy (pomijając "Use Your Illusion"), łatwo dojść do wniosku, że do łask wróciła muzyka o bardziej naturalnym, surowym brzmieniu. Phil Collins, Tony Banks i Mike Rutherford nie pozostali na to wszystko całkiem obojętni i nagrali album o odrobinę bardziej organicznym brzmieniu, aczkolwiek nieodchodzący od stylu wypracowanego w poprzedniej dekadzie

O tym, że album został wydany już w latach 90., dobitnie świadczy jego długość. Muzycy postanowili wykorzystać możliwości płyty kompaktowej, mającej większą pojemność od winylowej. Na "We Can't Dance" trafiło aż dwanaście utworów o łącznym czasie siedemdziesięciu minut. Podobnie, jak na poprzednim longplayu, zespół spróbował pogodzić fanów czekających na kolejne wielkie przeboje i wielbicieli swoich wcześniejszych dokonań. Z albumu wykrojono aż pięć przebojowych singli. Znalazła się wśród nich bardzo chwytliwa, dość banalna, ale w sumie zgrabna piosenka "Jesus He Knows Me", ostrzejszy, bardzo toporny i wyjątkowo prostacki "I Can't Dance" (po drobnych zmianach mógłby trafić do repertuaru AC/DC), dwie smętne ballady - "Hold on My Heart" i "Never a Time", a także najlepszy z nich "No Son of Mine", sprawnie łączący chwytliwą linię wokalną z dość interesującą warstwą instrumentalną. Z bardziej piosenkowych kawałków są tu jeszcze zupełnie bezbarwne "Tell Me Why", "Living Forever" i "Way of the World", a także kolejna smętna ballada, "Since I Lost You". Cała czwórka z pewnością skończyłaby na stronach B singli, gdyby zespół zdecydował się zachować winylową długość albumu.

Pozostałe trzy nagrania są już zdecydowanie dłuższe. Nie mam jednak pojęcia, jak komukolwiek mogło przyjść na myśl, że mają one cokolwiek wspólnego z rockiem progresywnym. "Driving the Last Spike" to po prostu rozwleczona do dziesięciu (!) minut prosta piosenka, strasznie bezbarwna melodycznie, do tego wykonana w niewyobrażalnie anemiczny sposób. Cóż z tego, że rozwija się w nawet logiczny sposób, skoro zwyczajnie mnie nudzi i usypia. Dość obiecujący jest początek siedmiominutowego "Dreaming While You Sleep" z dużą rolą perkusjonaliów, za sprawą których kojarzy się nieco z twórczością Pierre Moerlen's Gong. Muzycy nie mieli jednak kompletnie pomysłu, jak rozwinąć ten utwór. Poza słyszalnymi prawie przez całe nagranie perkusjonaliami, nie dzieje się tu kompletnie nic ciekawego. W ogóle mało się dzieje. Na zakończenie czeka jeszcze jeden dziesięciominutowy utwór, "Fading Lights", będący połączeniem smętnej ballady z długą, trochę bardziej dynamiczną częścią instrumentalną, w której zespół za pomocą najprostszych, sprawdzonych środków próbuje przywołać klimat swoich dokonań z drugiej połowy lat 70., zwyczajnie nie mając żadnego ciekawego pomysłu.

Fatalny to album, na którym pewne przebłyski ("No Son of Mine", "Jesus He Knows Me" i ewentualnie "Dreaming While You Sleep") giną w natłoku zbyt dużej porcji muzyki. Dałbym zapewne jeszcze niższą ocenę, gdyby nie to, że zawarte na nim utwory aż tak bardzo mnie nie drażnią, bo znam ten album odkąd tylko pamiętam (nie z własnej woli) i przywykłem do słuchania go w tle. Uważniejsze odsłuchy na potrzeby recenzji okropnie mnie jednak wynudziły. Pomimo pewnego sentymentu i chęci, nie jestem w stanie znaleźć tu wielu pozytywów. Za dużo tu ckliwego, balladowego smęcenia, za dużo piosenkowego banału, za dużo rozciągania prostych utworów w pseudo-ambitną nudę. Za dużo wszystkiego, z wyjątkiem dobrych pomysłów. Nie wiem, czy muzycy naprawdę nie mogą tańczyć, ale na pewno nie byli w stanie stworzyć dobrego albumu.

Ocena: 4/10



Genesis - "We Can't Dance" (1991)

1. No Son of Mine; 2. Jesus He Knows Me; 3. Driving the Last Spike; 4. I Can't Dance; 5. Never a Time; 6. Dreaming While You Sleep; 7. Tell Me Why; 8. Living Forever; 9. Hold on My Heart; 10. Way of the World; 11. Since I Lost You; 12. Fading Lights

Skład: Phil Collins - wokal, perkusja i instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Producent: Genesis i Nick Davis


25 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Invisible Touch" (1986)



Nie musieli nagrywać tego albumu. Poprzednie wydawnictwa Genesis zaprowadziły zespół na szczyt i mogły zapewnić muzykom solidną emeryturę. Zresztą mieli już inne muzyczne zajęcia. Phil Collins stał się wielką gwiazdą także jako piosenkarz. Solowe sukcesy odnosił też Mike Rutherford, który ponadto stworzył nowy zespół, Mike + The Mechanics. Nieco mniejszym powodzeniem cieszyły się dokonania Tony'ego Banksa, choć i on nie mógł narzekać na brak zainteresowania. W październiku 1985 roku trio weszło jednak razem do własnego studia The Farm, gdzie do lutego pracowało nad nowym albumem Genesis. Zapewne w bardzo swobodnej atmosferze, bez żadnego przymusu.

Jak wpłynęło to na ostateczny kształt albumu, który otrzymał tytuł "Invisible Touch"? Entuzjaści tego wydawnictwa odpowiedzą, że muzycy nie musieli już martwić się o zyski, więc po prostu nagrali, co im grało w duszy. Albo, że nie musieli już nikomu niczego udowadniać, więc nagrali album, na którym każdy fan znajdzie coś dla siebie - bo przecież jest tu i pięć (!) przebojowych singli, z których jeden ("Tonight, Tonight, Tonight") w wersji albumowej okazuje się znacznie ambitniejszy, i dwa inne bardziej progresywne nagrania ("Domino", "The Brazilian"). Z kolei krytycy wydawnictwa powiedzą, że nie mający już specjalnej motywacji, może poza finansową, zespół się rozleniwił, więc stworzył parę prostych piosenek skrojonych idealnie pod radio, aby napędziły sprzedaż albumu, a resztę miejsca zapełnił byle czym - niby ambitną kompozycją, będącą po prostu dwiema połączonymi piosenkami ("Domino"), pozbawionym głębszej muzycznej myśli instrumentalnym pitoleniem ("The Brazilian"), czy piosenką tak strasznie banalną, że nawet wstydzono się wydać ją na singlu ("Anything She Does").

Prawda leży pewnie gdzieś po środku. Całość jest na pewno nierówna. Ale w przeciwieństwie do poprzedniego w dyskografii, eponimicznego albumu, nie ma tu wyraźnego podziału na stronę ambitniejszą i stronę komercyjną. Tym razem utwory są przemieszane, co teoretycznie daje większą równowagę, ale w praktyce potęguje wrażenie niespójności tego materiału. Do pięciu singli (z których każdy doszedł do pierwszej piątki amerykańskiego notowania, podczas gdy na brytyjskim wszystkie wylądowały w drugiej lub trzeciej dziesiątce) nie mam większych zarzutów. Życzyłbym sobie, żeby taki poziom trzymał każdy radiowy przebój. Ok, nie jestem wielkim fanem dwóch balladowych kawałków: "Throwing It All Away" za bardzo popada w miałkość, a "In Too Deep" w ckliwość i sentymentalizm. Ale już energetyczny, pogodny "Invisible Touch" i zadziorniejszy "Land of Confusion" to całkiem sprawnie napisane piosenki, Choć i tak najciekawszym z singli jest klimatyczny "Tonight, Tonight, Tonight", w którym znów istotną rolę odgrywa automat perkusyjny i elektroniczne dodatki. Wersja albumowa zawiera długi fragment instrumentalny o nieco eksperymentalnym charakterze, dodający dramatyzmu i nieco ambitniejszego charakteru.

"Anything She Does" jest faktycznie paskudny. To jeden z najbanalniejszych kawałków w historii grupy, a przecież dwa poprzednie albumy przyniosły takich co nie miara. Wyjątkowo nietrafionym pomysłem było umieszczenie go tuż przed utworem, który najwyraźniej miał stanowić nawiązanie do bardziej ambitnych dokonań zespołu z nieco już wtedy odległej przeszłości. Dziesięciominutowy "Domino" nie najlepiej jednak wywiązuje się z tego zadania. Przede wszystkim, wyraźnie dzieli się na dwie części, co zostało zresztą odpowiednio oznaczone na okładce. Część pierwsza, "In the Glow of the Night", to po prostu całkiem zwyczajna, melodyjna piosenka o łagodnym, nieco kiczowatym brzmieniu. Gdyby utwór składał się tylko z niej, to nikomu nie przyszło by nawet na myśl, by łączyć go z przymiotnikiem progresywny. Ale jest jeszcze część druga, "The Last Domino", kompletnie bez muzycznego związku z poprzednią, w której pojawia się więcej rożnego kombinowania. A zespół nigdy nie był dobry w kombinowaniu, gubił i plątał się w swoich pomysłach, jakby tak naprawdę nie było w tym wszystkim żadnego zamysłu. To powrót do grania typu: spróbujmy tego, tamtego i owego, zobaczymy co z tego wyjdzie (i bez względu na efekt wrzucimy na płytę, bo trzeba ją czymś zapełnić). A w finałowym "The Brazilian" muzykom nawet nie chciało się wysilać - to zupełnie nieinteresująca wariacja na temat prostego motywu.

"Invisible Touch" potwierdza, że Collins, Banks i Rutherford najlepiej sprawdzali się w pisaniu melodyjnych piosenek, a tworzenie czegoś ambitniejszego przerastało ich możliwości. Nie ma w tym nic złego. Tworzenie przebojów doprowadzili niemalże do perfekcji - przynajmniej wtedy, gdy udawało im się grać chwytliwie, unikając popadania w nadmierny banał lub kicz. Szkoda tylko, że próbowali koniecznie udowodnić, że stać ich też na tworzenie czegoś więcej, niż piosenki. Ale obecność "Domino" i "The Brazilian" nie zaszkodziła w komercyjnym powodzeniu: w Wielkiej Brytanii po raz czwarty z kolei Genesis znalazł się na szczycie notowania, a w Stanach album doszedł do 3. pozycji, co było największym sukcesem zespołu na tamtejszym rynku.

Ocena: 6/10



Genesis - "Invisible Touch" (1986)

1. Invisible Touch; 2. Tonight, Tonight, Tonight; 3. Land of Confusion; 4. In Too Deep; 5. Anything She Does; 6. Domino: In the Glow of the Night / The Last Domino; 7. Throwing It All Away; 8. The Brazilian

Skład: Phil Collins - wokal, perkusja i instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Producent: Genesis i Hugh Padgham


24 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Genesis" (1983)



Po wielkim sukcesie komercyjnym albumu "Abacab" i promującej go trasy, muzycy mogli w końcu zrobić sobie dłuższą przerwę. Wydawca zadbał jednak, żeby fani mieli na co wydawać w tym czasie pieniądze, najpierw wypuszczając EPkę "3 x 3", zawierającą odrzuty z ostatniej sesji (jeden z nich, banalny "Paperlate", udało się wykreować na przebój), a następnie koncertówkę "Three Sides Live". Po ośmiu miesiącach zespół wrócił do pracy. Nie musiał się jednak śpieszyć, ponieważ cały proces tworzenia kolejnego albumu - komponowanie, nagrywanie i miksowanie - odbywał się w należącym do zespołu studiu The Farm. Wyluzowana atmosfera najwyraźniej miała dobry wpływ na muzyków, którzy tym razem postarali się bardziej, niż w przypadku poprzedniego longplaya. Przynajmniej do pewnego stopnia. Problem z eponimicznym albumem Genesis polega na tym, że brzmi jak dwa różne wydawnictwa, które znacznie różnią się od siebie poziomem.

Pierwsza strona winylowego wydania to właściwie mistrzostwo w kategorii pop rocka. Podobnie, jak wcześniej na albumie "Duke", zespół odnalazł złoty środek pomiędzy komercyjną atrakcyjnością, a artystyczną wartością. Całość rozpoczyna jeden z największy przebój Genesis w Wielkiej Brytanii (4. miejsce), choć tak naprawdę nie brzmi wcale jak nagranie o radiowym potencjale. Siedmiominutowy (w wersji singlowej skrócony do... sześciu) "Mama" to klimatyczny utwór, oparty na hipnotyzującym podkładzie automatu perkusyjnego, dopiero w końcówce zastąpionym przez prawdziwe bębny. Świetny popis wokalny daje tu Phil Collins, pokazujący prawdziwą wszechstronność. Dwa kolejne utwory, również wydane na singlach, czyli lekko funkujący "That's All" (największy do tamtej pory przebój w Stanach - 6. miejsce) i "Home by the Sea", to już bardziej konwencjonalne piosenki. Bardzo jednak zgrabne, z bardzo dobrymi melodiami, na swój sposób nawet wyrafinowane, bo nie popadające w banał ani sztampę. Ten drugi płynnie przechodzi w "Second Home by the Sea" - głównie instrumentalny, skompilowany z improwizacji zespołu, w których może nie ma niczego porywającego, ale słychać dużo radości ze wspólnego grania.

Na drugiej stronie nie znalazło się jednak nic równie dobrego. To już materiał znacznie bliższy stylistyki i poziomu "Abacab". Banalne, proste pioseneczki bez praktycznie żadnej wartości artystycznej, jak głupawy "Illegal Alien" (umiarkowany przebój singlowy) czy bardziej znośny, znów funkujący "Just a Job to Do", a także mdłe ballady w rodzaju "Taking It All Too Hard" i "It's Gonna Get Better", Na ich tle broni się "Silver Rainbow", nie popadający w radiową sztampę ani balladowy sentymentalizm, ale zbyt rozwleczony i w najlepszym razie będący niedrażniącym wypełniaczem. Z wielkim trudem można znaleźć wspólne cechy dla obu stron winylowego wydania. Na pewno słychać, że to rezultat jednej sesji, ze względu na brzmieniową spójność, słychać też, że grają ci sami muzycy, ale ich podejście jest zupełnie inne, a kompozycje sprawiają wrażenie, jakby napisał je ktoś zupełnie inny (wszystkie utwory są podpisane przez cały skład).

Ten nierówny poziom nie przeszkodził albumowi w odniesieniu ogromnego sukcesu komercyjnego. W Wielkiej Brytanii był trzecim albumem Genesis - i to trzecim pod rząd - który doszedł na szczyt notowania. W Stanach tym razem było odrobinę słabiej, niż poprzednio, ale udało się utrzymać w pierwszej dziesiątce (album doszedł do 9. pozycji). Lepszym rozwiązaniem byłoby jednak wydanie dwóch EPek. Tę z utworami z pierwszej strony winylowego albumu oceniłbym na 8/10 i nawet chętnie postawił na swojej półce z płytami. Drugą oceniłbym najwyżej na 4/10 i jak najszybciej chciałbym o niej zapomnieć.

Ocena: 6/10



Genesis - "Genesis" (1983)

1. Mama; 2. That's All; 3. Home by the Sea; 4. Second Home by the Sea; 5. Illegal Alien; 6. Taking It All Too Hard; 7. Just a Job to Do; 8. Silver Rainbow; 9. It's Gonna Get Better

Skład: Phil Collins - wokal, perkusja i instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Mike Rutherford - gitara, bass, dodatkowy wokal
Producent: Genesis i Hugh Padgham


21 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Abacab" (1981)



Coś niedobrego stało się z zespołem, który jeszcze na wydanym w poprzednim roku "Duke" pokazał, że można grać bardziej komercyjnie i zarazem z klasą. "Abacab" utrzymany jest w tej samej stylistyce, pod względem brzmienia też jakoś istotnie nie odstaje od swojego poprzednika. Ale całość nie jest już tak dobrze wyważona między popową przebojowością, a niebanalnym podejściem do kompozycji i wykonania. Tym razem zespół postanowił pograć jeszcze prościej, jeszcze bardziej przebojowo. I pod względem komercyjnym się to opłaciło. W Wielkiej Brytanii album powtórzył sukces swojego poprzednika, dochodząc na szczyt notowania. W Stanach było jeszcze lepiej, bo po raz pierwszy w swojej historii zespół przebił się do pierwszej dziesiątki listy Billboardu - ściślej mówiąc, dochodząc do 7. miejsca. Ale pod względem artystycznym nie jest to udane dzieło.

Zespół, najwyraźniej zachęcony sukcesami singli "Follow You Follow Me" i "Turn It On Again", proponuje coraz więcej banalnych piosenek, czego przykładem singlowe "No Reply at All" (wzbogacony sekcją dętą pożyczoną od Earth, Wind & Fire), "Keep It Dark" i "Man on the Corner". Ten ostatni to nawet przyjemna, choć zbyt prosta i jednostajna ballada, która bardziej by pasowała na solowy album Phila Collinsa. Na singlu wydany został także kawałek tytułowy - melodycznie całkiem udany, ale zepsuty topornymi partiami gitary i kiczowatymi wstawkami syntezatora. Wersja albumowa jest znacznie dłuższa i zawiera rozbudowaną część instrumentalną, w której jednak nie dzieje się nic szczególnie wartego uwagi. Dużo tutaj zupełnie nijakich wypełniaczy w rodzaju rozwleczonego "Me and Sarah Jane",  "Like It or Not" czy "Another Record". A prawdziwym koszmarem jest wygłup o tytule "Who Dunnit?". Na albumie znalazła się tez próba nagrania czegoś bardziej ambitnego. Trwający siedem i pół minuty "Dodo / Lurker" sprawia jednak wrażenie, jakby zespół grał na przemian kilka różnych utworów, co nie wychodzi zbyt przekonująco.

"Abacab" nie ma do zaoferowania nic, poza paroma radiowymi przebojami (nie najwyższych lotów), które można znaleźć też na różnych składankach. Całość brzmi tak, jakby została błyskawicznie skomponowana i zarejestrowana, w celu jak najszybszego zdyskontowania wielkich sukcesów. Zabrakło tu jednak tego, co dało tak dobry efekt na "Duke" - wyważenia pomiędzy komercyjnymi zapędami, a artystycznymi ambicjami, a także dbałości o to, żeby utwory oferowały coś więcej, niż tylko łatwe do zapamiętania melodie. W rezultacie powstał najsłabszy album Genesis od czasu debiutu (choć ten przynajmniej nie brzmiał archaicznie już w chwili wydania - jednak z czasem stal się reliktem swojej epoki). I tym razem nie można zrzucić winy na producenta z zewnątrz - muzycy sami wystąpili w tej roli, z pełną świadomością kierując się w stronę piosenkowego banału.

Ocena: 4/10



Genesis - "Abacab" (1981)

1. Abacab; 2. No Reply at All; 3. Me and Sarah Jane; 4. Keep It Dark; 5. Dodo / Lurker; 6. Who Dunnit?; 7. Man on the Corner; 8. Like It or Not; 9. Another Record

Skład: Phil Collins - wokal, perkusja i instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, Mike Rutherford - bass, gitara
Gościnnie: EWF Horns - instr. dęte (2); Thomas Washington - aranżacja instr. dętych (2)
Producent: Genesis


20 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Duke" (1980)



Drugi album Genesis nagrany przez trio Collins, Banks i Rutherford to kolejny przełomowy moment w karierze zespołu. Przede wszystkim pod względem komercyjnym. "Duke" pobił wszystkie dotychczasowe rekordy, dochodząc do 11. miejsca na liście sprzedaży w Stanach i na szczyt brytyjskiego notowania. Niewątpliwie pomogły w tym aż trzy single, z czego dwa stały się sporymi przebojami. Tym samym album jest często uznawany za początek "popowego" okresu twórczości Genesis. Nie jest to jednak takie proste. Pod względem brzmienia faktycznie sporo się zmieniło, jest bardziej wypolerowane, syntetyczne. Zmieniło się instrumentarium, całkowicie zrezygnowano z melotronu, znacznie ograniczono rolę gitary akustycznej. Zamiast tego jeszcze bardziej zwiększono rolę syntezatorów, zaczęto też eksperymentować z automatem perkusyjnym. Jednak same utwory rzadko popadają w piosenkowy banał, w większości są dość złożone. Muzycy w końcu zdają się grać z większym przekonaniem i lepszym przygotowaniem, autentycznie przebojowo, ale zarazem dość ambitnie.

Według pierwotnego pomysłu, na "Duke" miała nawet znaleźć się półgodzinna, wieloczęściowa suita (autorstwa całego składu). Muzycy obawiali się jednak porównań z "Supper's Ready", więc rozbili tę kompozycję na kilka krótszych utworów: "Behind the Lines", "Duchess", "Guide Vocal", "Turn It On Again", "Duke's Travels" i "Duke's End". Trzy pierwsze rozpoczynają album. "Behind the Lines" w bardzo udany sposób łączy chwytliwą melodię i popowe brzmienie z niekoniecznie oczywistą strukturą i dość złożoną grą sekcji rytmicznej. Płynnie przechodzi w spokojniejszy "Duchess". Długi wstęp, w którym wykorzystano automat perkusyjny i różne brzmienia klawiszowe, przyciąga uwagę, natomiast część wokalna jest nierówna - udanym zwrotkom towarzyszy rozwleczony, zbyt wiele razy powtarzany refren. I ten utwór płynnie przechodzi w następny - uroczą balladową miniaturę "Guide Vocal". Poziom trzymają także dwie ostatnie, prawie całkiem instrumentalne części, umieszczone na koniec albumu. "Duke's Travels" to ośmiominutowy popis tria, może nie jakiś wybitny pod względem technicznym, czy jakimkolwiek innym, ale słychać, że muzykom świetnie się ze sobą gra i ich entuzjazm udziela się podczas słuchania. "Duke's End" to z kolei podsumowanie całości - powracają tu motywy z wcześniejszych utworów, jak "Behind the Lines" czy "Turn It On Again". A właśnie - ten ostatni kawałek jako cześć suity był tylko krótkim fragmentem, jednak muzycy postanowili rozwinąć go w pełnoprawną piosenkę. Na tle całości wypada zbyt prosto i banalnie, ale sprawdziła się jako singiel - wielki przebój w Wielkiej Brytanii (8. miejsce notowania) i umiarkowany w Stanach (58. miejsce).

Na album trafiło także sześć innych utworów - po dwa skomponowane przez każdego muzyka, po jednym żywszym i jednym balladowym. Phil Collins dostarczył drugi z przebojowych singli, "Misunderstanding" (46. miejsce w UK, 14. w USA). To bardzo przyjemna, chwytliwa, ale nie popadająca w przesadny banał piosenka o lekko soulowym posmaku (stąd pewnie tak duża jej popularność w Stanach). Jest to doskonały przykład tzw. "dobrej komercji". Może i nie jest to ambitne nagranie, ale bardzo dobrze skomponowane i wykonane, bez zbędnego kombinowania, ale i bez prostactwa. Collins odpowiada także za bardzo zgrabną, emocjonalną balladę "Please Don't Ask", wyraźnie zapowiadającą jego karierę solową. Mike Rutherford z balladowym kawałkiem poradził sobie znacznie gorzej - "Alone Tonight" wypada zbyt smętnie i nieco kiczowato. Basista nadrabia jednak drugą kompozycją, "Man of Our Times", będącą kolejnym fragmentem udanie łączącym przebojowość z nieco większymi, niż czysto komercyjne, ambicjami. Najbardziej doświadczony jako kompozytor Tony Banks nie zawodzi - zarówno subtelna ballada "Heathaze", jak i chwytliwy, fajnie urozmaicony "Cul-de-sac", są mocnymi punktami całości.

Po kilku latach błądzenia i prób dorównania albumom nagranym z Peterem Gabrielem, zespół w końcu odświeżył swój styl i doskonale się w nim odnalazł. Nie ma tutaj ani zbędnego, nieumiejętnego kombinowania, jak na "A Trick of the Tail", ani niezdecydowania, jak na "...And Then There Were Three...". Utwory w końcu są przemyślane i dopracowane, a muzycy nauczyli się pisać naprawdę przebojowe melodie, tylko czasem popadając w banał. W przeciwieństwie do wielu wcześniejszych albumów, instrumentaliści nie próbują udawać wielkich wirtuozów. Grają nieco prościej, ale z reguły w dość wyrafinowany sposób i wychodzi im to bardzo solidnie. Na pochwałę zasługuje tez Collins, który już nie kopiuje Gabriela, a znalazł własny sposób śpiewania. I jest to jeden z najlepiej zaśpiewanych przez niego albumów. Ogólnie nie jest to wybitne dzieło, ale w kategorii ambitnego pop rocka broni się wyśmienicie.

Ocena: 7/10



Genesis - "Duke" (1980)

1. Behind the Lines; 2. Duchess; 3. Guide Vocal; 4. Man of Our Times; 5. Misunderstanding; 6. Heathaze; 7. Turn It On Again; 8. Alone Tonight; 9. Cul-de-sac; 10. Please Don't Ask; 11. Duke's Travels; 12. Duke's End

Skład: Phil Collins - wokal, perkusja i instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Mike Rutherford - bass, gitara, dodatkowy wokal
Gościnnie: David Hentschel - dodatkowy wokal
Producent: David Hentschel i Genesis


19 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "...And Then There Were Three..." (1978)



I zostali we trzech. Tony Banks, Mike Rutherford i Phil Collins zdecydowali nie szukać następcy Steve'a Hacketta. W studiu wszystkie partie gitar akustycznych, elektrycznych i basowych mógł wykonywać Rutherford. Jedynie na koncertach potrzebny był dodatkowy muzyk - w tej roli zatrudniono Daryla Stuermera. Pierwszy album nagrany w trio, odpowiednio zatytułowany "...And Then There Were Three...", został zarejestrowany jesienią 1977 roku i wydany wczesną wiosną roku następnego. Jako, że w tamtym czasie największą popularnością cieszyły się punk rock i disco, muzycy Genesis postanowili zwrócić się w stronę krótszych, bardziej zwartych kawałków o piosenkowych strukturach. Jednocześnie nie zrywając całkiem z dotychczasowym stylem.

"...And Then There Were Three..." to album jeszcze bardziej zdominowany przez (coraz bardziej syntetyczne) brzmienia klawiszowe, gdyż Rutherford nie czuł się zbyt pewnie jako gitarzysta i wolał nie wychodzić często na pierwszy plan. Nie tylko brzmienie, ale i klimat całości jest dość zbliżony do poprzedniego w dyskografii "Wind & Wuthering". Nic dziwnego, skoro głównym kompozytorem ponownie jest Banks - autor lub współautor ośmiu z jedenastu utworów. Do wcześniejszych dokonań zespołu nawiązują szczególnie "Down and Out" autorstwa całego zespołu oraz "Burning Rope" i "The Lady Lies" napisane przez samego Banksa. Nie brakuje w nich elementów przypominających o progresywnych korzeniach, jednak pierwszy i ostatni wydają się nieco przekombinowane, podczas gdy środkowemu można zarzucić zbytnią monotonię, choć na tle całości należą do jaśniejszych punktów. Klawiszowiec samodzielnie skomponował także dwie bardziej zwarte, niestety trochę przesłodzone ballady ("Undertow", "Many Too Many"), a wspólnie z Collinsem odpowiada za prostą i dość nijaką rockową piosenkę "Scenes from a Night's Dream".

Rutherford dostarczył natomiast nużącą balladę "Snowbound", bardziej żywiołowy, chwytliwy melodycznie "Deep in the Motherlode", a także łączący oba te podejścia "Say It's Alright Joe". Całości dopełniają dwie zespołowe kompozycje o piosenkowym charakterze: zadziorniejszy, ale banalny w refrenie "Ballad of Big" oraz właściwie czysto popowy, boleśnie trywialny "Follow You Follow Me". Właśnie ten ostatni uczynił z Genesis prawdziwą gwiazdę - wydany na singlu doszedł do 7. miejsca w Wielkiej Brytanii i 23. w Stanach, był też wysoko notowany w wielu innych krajach. Tak wielki przebój napędził też sprzedaż całego albumu, który doszedł odpowiednio do 3. i 14. miejsca we wspomnianych wyżej krajach. Na singlach wydano także "Many Too Many" i "Deep in the Motherlode", ale tylko pierwszy z nich odniósł umiarkowany sukces.

"...And Then There Were Three..." to przejściowy album pomiędzy progresywnym Genesis z lat 70., a popowym Genesis z lat 80. Wyraźnie słychać, że Banks, Rutheford i Collins są już zmęczeni tą pierwszą stylistyką i czują się zdecydowanie lepiej w tej drugiej, ale tworzenie prostych piosenek jeszcze nie wychodzi im najlepiej. W chwili wydania był to jeden z najsłabszych albumów zespołu. 

Ocena: 5/10



Genesis - "...And Then There Were Three..." (1978)

1. Down and Out; 2. Undertow; 3. Ballad of Big; 4. Snowbound; 5. Burning Rope; 6. Deep in the Motherlode; 7. Many Too Many; 8. Scenes from a Night's Dream; 9. Say It's Alright Joe; 10. The Lady Lies; 11. Follow You Follow Me

Skład: Phil Collins - wokal, perkusja i instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe; Mike Rutherford - gitara i bass
Producent: Genesis i David Hentschel


18 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Wind & Wuthering" (1976)



Steve Hackett nie był w Genesis postacią pierwszoplanową - ani jako kompozytor, ani instrumentalista. Jednak to właśnie on, jako pierwszy muzyk klasycznego składu grupy, wydał album solowy. W 1975 roku, korzystając z przerwy w działalności zespołu, spowodowanej poszukiwaniami nowego wokalisty, zarejestrował autorski materiał na longplay zatytułowany "Voyage of the Acolyte" (w nagraniach wspomogli go Phil Collins i Mike Rutherford). Wkład gitarzysty w materiał nagrany parę miesięcy później na album "A Trick of the Tail" był znów niewielki. Ale już podczas kolejnej sesji, której wynikiem jest "Wind & Wuthering", miał mnóstwo pomysłów. Jednak wiele z nich odrzucono w wyniku demokratycznego głosowania (głównie na korzyść kompozycji Tony'ego Banksa). Ostatecznie na album trafiły tylko cztery utwory, których współkompozytorem jest Hackett (przy czym "Unquiet Slumbers for the Sleepers…" i "…In That Quiet Earth" to tak naprawdę jeden utwór, podzielony na dwa, aby gitarzysta aż tak bardzo nie marudził na niewielki udział w tantiemach). Niezadowolenie muzyka doprowadziło wkrótce do kolejnego rozłamu w Genesis.

"Wind & Wuthering" stanowi kontynuację poprzedniego albumu, utrzymaną jednak w bardziej subtelnym, jesiennym klimacie, który dobrze koresponduje z okładką i tytułem. Nie da się ukryć, że główną postacią na tym albumie jest Tony Banks, podpisany jako autor lub współautor sześciu z dziewięciu utworów. Brzmienie wyraźnie zdominowane jest przez jego klawisze - organy, melotron, akustyczne i elektryczne pianino, a także coraz chętniej używane syntezatory. To właśnie na bogatych brzmieniach klawiszy opierają się te najważniejsze, najbardziej reprezentatywne utwory, jak rozbudowane "Eleventh Earl of Mar" (podpisany przez Banksa, Hacketta i Rutherforda), "One for the Vine" i "All in a Mouse's Night" (oba skomponowane przez samego Banksa), a także bardziej piosenkowy, zapowiadający przyszłe dokonania "Afterglow" (kolejna kompozycja Banksa). Mniej udanym fragmentem jest perkusyjno-klawiszowy instrumental "Wot Gorilla?" (podpisany, oczywiście, przez Collinsa i Banksa), będący niezbyt udaną próbą nawiązania do jazz-rocka.

W pozostałych nagraniach udział Hacketta jest zdecydowanie większy. Popisać mógł się zwłaszcza we własnych kompozycjach. Napisany przez niego wspólnie z Collinsem "Blood on the Rooftops" wyróżnia się partiami gitary akustycznej, przywołującymi klimat muzyki dawnej. Jest to całkiem zgrabnie napisana piosenka, jednak klawiszowe tło, szczególnie imitacja smyczków, dodaje zbyt wiele patosu. "Unquiet Slumbers for the Sleepers…", sygnowany wspólnie z Rutherfordem, to instrumentalny duet 12-strunowych gitar akustycznych i nawiedzona partia syntezatora - w sumie nic szczególnego. Kolejny instrumental, "…In That Quiet Earth", to już bardziej energetyczny popis całego składu (i przez cały skład podpisany), z wiodącą rolą gitary Hacketta.

Najbardziej kontrowersyjnym utworem jest natomiast napisany przez Rutherforda "Your Own Special Way" - oparta głównie na akompaniamencie gitary akustycznej, niezwykle smętna i mdła ballada, w refrenie zalatująca muzyką country. Właśnie ten utwór wybrano na singiel promujący album (choć pozornie lepszym wyborem wydawałby się "Afterglow"). Jeszcze bardziej zaskakuje, że stał się umiarkowanym przebojem - był drugim singlem zespołu notowanym w Wielkiej Brytanii (43. miejsce) i pierwszym, który trafił na listy w Stanach (62. miejsce) i Kanadzie (83. miejsce). Na album o wiele lepiej pasowałby  równie łagodny, ale nie tak bezbarwny "Inside and Out" (napisany przez cały zespół), który wraz z innymi odrzutami z sesji "Wind & Wuthering" (banalnymi piosenkami "Match of the Day" i "Pigeons", napisanymi przez Banksa, Collinsa i Rutherforda) trafił na wydaną w następnym roku EPkę "Spot the Pigeon".

"Wind & Wuthering" ogólnie wypada lepiej od swojego poprzednika. Utwory wydają się bardziej przemyślane, pozbawione wysilonego wydłużania. Choć wciąż zdarza się, że zespół przynudza ("Your Own Special Way", "Unquiet Slumbers for the Sleepers…") lub wydaje się nie widzieć, co i jak chce osiągnąć ("Wot Gorilla?"), a ponadto popada w patos (zwłaszcza w "Blood on the Rooftops"). No i ogólnie muzycy sprawiają wrażenie nieco już zmęczonych dotychczasową konwencją, a coraz bardziej pociąga ich bardziej piosenkowe granie ("Your Own Special Way", "Blood on the Rooftops", "Afterglow"). "Wind & Wuthering" broni się przede wszystkim klimatem i zgrabnymi melodiami, poza tym Genesis nigdy nie miał wiele do zaoferowania i ten album tego nie zmienia. Przyjemnie się tego słucha, zwłaszcza jesienią, ale głębszych muzycznych doznań trzeba szukać gdzie indziej.

Ocena: 6/10



Genesis - "Wind & Wuthering" (1976)

1. Eleventh Earl of Mar; 2. One for the Vine; 3. Your Own Special Way; 4. Wot Gorilla?; 5. All in a Mouse's Night; 6. Blood on the Rooftops; 7. Unquiet Slumbers for the Sleepers…; 8. …In That Quiet Earth; 9. Afterglow

Skład: Phil Collins - wokal, perkusja i instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe; Steve Hackett - gitara, cytra, zanza; Mike Rutherford - bass, gitara
Producent: David Hentschel i Genesis


17 listopada 2013

[Artykuł] Zaginiony album Pink Floyd

To mógł być jeden z najdziwniejszych i najbardziej oryginalnych albumów, jakie kiedykolwiek zostały nagrane. Niestety, nigdy nie został ukończony. Mowa o projekcie "The Household Objects" Pink Floyd. Muzycy chcieli wydać album, na którym zamiast tradycyjnych instrumentów, byłoby słychać jedynie... przedmioty codziennego użytku. Skąd taki pomysł i dlaczego płyta nigdy się nie ukazała, dowiesz się z poniższego tekstu.

Pink Floyd: Rick Wright, Roger Waters, Nick Mason i David Gilmour.

Sam pomysł narodził się już w 1969 roku i częściowo został zrealizowany w utworze "Alan's Psychedelic Breakfast" z albumu "Atom Heart Mother". Już w nim pojawiły się różne dodatkowe dźwięki - odgłosy przygotowywanego śniadania. Na początku 1971 roku, podczas kolejnej sesji nagraniowej (której ostatecznym rezultatem był album "Meddle"), muzycy postanowili pójść na całość i całkowicie zrezygnować z instrumentów muzycznych. Spędzili sporo czasu pracując nad płytą, która znana jest dzisiaj jako "Household Object" - wspominał John Leckie, operator taśm. Tworzyli akordy, stukając w butelki po piwie, darli gazety w celu uzyskania odpowiedniego rytmu i pryskali aerozolem, by osiągnąć brzmienie talerzy perkusyjnych. Głównym pomysłodawcą był Nick Mason, ale angażowała się cała czwórka. Problem polegał na tym, że zmierzało to donikąd. Muzycy w nagraniach wykorzystywali m.in. gumki recepturki, kieliszki do wina, zapalniczki, oraz miksery kuchenne. Wszystko oczywiście odpowiednio później przetwarzali, aby osiągnąć właściwe brzmienie. Podobno powstało wówczas około dwudziestu minut materiału, ale już po tygodniu muzykom znudziło się eksperymentowanie i zarzucili projekt.

Wrócili do niego jednak w grudniu 1973 roku, tuż po ogromnym sukcesie albumu "Dark Side of the Moon". Współpracujący wówczas z grupą inżynier dźwięku, Alan Parsons, opowiadał o tamtej sesji: Pamiętam, że rozciągnięto gumkę pomiędzy dwoma stołami, by uzyskać niski dźwięk. Za progi posłużyły zapałki. W jednym z ówczesnych wywiadów z Rogerem Watersem można było przeczytać: Zawsze uważałem, że rozróżnianie efektów dźwiękowych i muzyki jest głupotą. To bez znaczenia czy tworzysz dźwięki za pomocą gitary, czy otwierając wodę w kranie. Jednak, podobnie jak poprzednim razem, także wtedy muzycy szybko stracili zainteresowanie projektem. To jeden z tych szalonych kroków w bok, które człowiek czasem robi w życiu - mówił po latach David Gilmour. Wtedy wydawało nam się to dobrym pomysłem, ale bardzo szybko okazało się, że realizacja przekracza nasze możliwości, w każdym razie musiałaby nas kosztować wiele wysiłku. Uznaliśmy, że kontynuowanie tego projektu jest właściwie bezcelowe.

Tak naprawdę zawsze byłem trochę rozczarowany, że nic z tego wszystkiego nie wyszło - przyznawał Parsons. Nie do końca jest jednak prawdą, że nic z tego nie wyszło. Zarejestrowany wówczas dźwięk, uzyskany dzięki pocieraniu kieliszka palcem, został wykorzystany jako wstęp utworu "Shine on You Crazy Diamond". Ujawniony został jeszcze jeden fragment projektu, aczkolwiek dopiero w 2011 roku. Wśród bonusów najnowszej reedycji "Dark Side of the Moon" znalazł się m.in. utwór "The Hard Way", oparty na świetnej linii basu, uzyskanej za pomocą gumki recepturki. Być może w archiwach zespołu znajduje się więcej takich skarbów i kiedyś zostaną opublikowane.

16 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "A Trick of the Tail" (1976)



Po odejściu Petera Gabriela z Genesis, pozostali muzycy długo próbowali znaleźć odpowiedniego następce. Przesłuchali ponad czterysta taśm nadesłanych przez chętnych na stanowisko wokalisty. Nie udało się wyłonić odpowiedniego kandydata. Pomimo tego, w październiku 1975 roku Tony Banks, Steve Hackett, Mike Rutherford i Phil Collins weszli do studia, by rozpocząć pracę nad nowym materiałem - wciąż nie mając pomysłu, kto na nim zaśpiewa. W trakcie sesji okazało się, że odpowiedni muzyk już jest w składzie. Co prawda Collins już wcześniej występował w roli dodatkowego, a nawet głównego wokalisty (utwory "For Absent Friends" z "Nursery Cryme" i "More Fool Me" z "Selling England by the Pound"), jednak zarówno on sam, jak i koledzy z zespołu, wciąż powątpiewali w jego umiejętności. Gdy jednak perkusista wykonał partię wokalną z "Squonk", wszystkie wątpliwości zostały rozwiane. Od tamtej pory Collins miał dzielić w studiu obowiązki perkusisty i wokalisty, zaś podczas koncertów skupić się na śpiewaniu (miejsce za bębnami na krótko zajął Bill Bruford, były członek King Crimson i Yes, a następnie Chester Thompson, mający na koncie współpracę z Frankiem Zappą i grupą fusion Weather Report).

Pierwszy album Genesis nagrany w składzie okrojonym do kwartetu został zatytułowany "A Trick of the Tail" (w nawiązaniu do wysunięcia na pierwszy plan muzyka, który dotąd pełnił pozornie najmniej istotną rolę w zespole). Pod względem stylistycznym stanowi powrót do grania sprzed poprzedniego w dyskografii "The Lamb Lies Down on Broadway". Muzycy wrócili do grania dłuższych, bardziej złożonych utworów, przesiąkniętych baśniowym klimatem. Nawet Collins stara się naśladować ten nieco teatralny sposób śpiewania swojego poprzednika. Doszło też jednak do pewnych zmian. A ściślej mówiąc - zawarta ta muzyka jest w pewnym stopniu zapowiedzią wielkich zmian, do jakich miało wkrótce dojść w twórczości Genesis. Już tutaj słychać bardziej komercyjne nastawienie - przede wszystkim w krótkim kawałku tytułowym, czyli skocznej, melodyjnej piosence, nadającej się w sam raz na radiowe playlisty (w sumie nie takiej złej, choć raczej banalnej). Nagranie wydano na singlu, a nawet nakręcono do niego pierwszy w historii zespołu teledysk, jednak nie stało się przebojem. W podobnym stylu utrzymany jest "Robbery, Assault & Battery", który jednak rozciągnięto bez pomysłu do ponad sześciu minut. To zresztą nie jedyny tutaj utwór, którego dotyczy ten problem. W "Dance on a Volcano" i "Mad Man Moon" zespół stara się jak najbardziej urozmaicić struktury, ale w pierwszym z nich efekt jest dość bałaganiarski, a w drugim sprawia wrażenie grania na czas. Z kolei finałowy instrumental "Los Endos" zdaje się zmierzać donikąd i nic nie wnosi do całości - po prostu takie granie dla samego grania, żeby tylko album za szybko się nie skończył. Nieco bardziej przekonują mnie dość żywy "Squonk", a także urokliwe, choć nieco naiwne ballady "Entangled" i "Ripples", jednak każdy z tych utworów wydaje się zbyt długi w stosunku do tego, ile się w nim dzieje - bez żadnej straty można byłoby je skrócić nawet o połowę długości! Ostatecznie, najlepiej wypada utwór tytułowy, który jest najbardziej zwarty i pozbawiony niepotrzebnego kombinowania i przedłużania.

"A Trick of the Tail" sprawia wrażenie, jakby zespół wszedł do studia bez wystarczającego przygotowania, nie mając za bardzo pomysłu na nowe utwory i próbując bez większego zastanowienia mnóstwa różnych rzeczy, żeby jakoś wypełnić te dwie strony płyty winylowej, nie zostawiając pustego miejsca. I choć podobny zarzut można sformułować także przeciwko wcześniejszym albumom Genesis, to tutaj zespół zdaje się być jeszcze bardziej zagubiony (nic w sumie dziwnego, skoro ze składu odszedł być może najbardziej kreatywny muzyk) i sprawia wrażenie własnej parodii, ale też parodii zespołu grającego rock progresywny. Zawarta tu muzyka dostarcza bardzo wielu argumentów przeciwnikom takiej stylistyki, zbierając najgorsze jej cechy. Bo mamy tu i rozciąganie prostych piosenek do pretensjonalnych rozmiarów, i mnóstwo nieuzasadnionego komplikowania, i bezcelowe popisy instrumentalne, w których więcej nadęcia, niż faktycznej wirtuozerii, i dużo smęcenia, i sporo takiej baśniowej naiwności, która bez teatralno-pastiszowego podejścia Gabriela brzmi jakoś tak bardziej kiczowato. I na nic nie zda się tłumaczenie, że rock progresywny wcale nie polega na graniu w ten sposób. Bo liczni epigoni, czerpiący w znacznym stopniu właśnie z tego albumu, utrwalili taki obraz tej stylistyki.

Ocena: 5/10



Genesis - "A Trick of the Tail" (1976)

1. Dance on a Volcano; 2. Entangled; 3. Squonk; 4. Mad Man Moon; 5. Robbery, Assault & Battery; 6. Ripples; 7. A Trick of the Tail; 8. Los Endos

Skład: Phil Collins - wokal, perkusja i instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Steve Hackett - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara
Producent: David Hentschel i Genesis


15 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "The Lamb Lies Down on Broadway" (1974)



Choć Genesis w końcu osiągnął sukces komercyjny, dzięki któremu mógł spłacić swoje ogromne długi i spokojnie kontynuować karierę, wewnątrz grupy rozpoczął się rozłam. Peter Gabriel zaczynał mieć dość działalności w rockowym zespole i współpracy z resztą składu. W rezultacie, nad następcą "Selling England by the Pound" muzycy po raz pierwszy w swojej karierze pracowali osobno. Gabriel samodzielnie zajął się warstwą tekstową, podczas gdy instrumentaliści zajęli się tworzeniem muzyki bez jego udziału. I być może ze względu na zmianę metody pracy, "The Lamb Lies Down on Broadway" - jak ostatecznie zatytułowano dzieło - jest tak odmienny od wcześniejszych dokonań Genesis. Nie tylko ze względu na swoją objętość - w sumie ponad półtora godziny muzyki - i teksty układające się w jedną historię (jest to tzw. album koncepcyjny).

Zespół odszedł tutaj od swojego dotychczasowego stylu, rezygnując z typowego dla siebie baśniowego klimatu i wielowątkowych kompozycji. Utwory na "The Lamb Lies Down on Broadway" są bardziej zwarte, nierzadko charakteryzują się piosenkową strukturą, a brzmienie nabrało większej zadziorności (oczywiście, z wyjątkiem ballad). I właściwie nie sposób mieć tego muzykom za złe. Trudno byłoby im zaproponować w dotychczasowym stylu coś świeżego. Zresztą ta nowa stylistyka zdaje się lepiej pasować do umiejętności muzyków, którzy nie muszą już udawać wirtuozów.

Szkoda tylko, że pretensjonalny koncept tekstowy wymusił wydanie albumu dwupłytowego. Objętość jest tutaj największym problemem. Gdyby dokonano większej selekcji materiału, efekt końcowy byłby znacznie lepszy. Większość tego, co najlepsze, i tak znalazło się na pierwszym dysku. Mamy tu więc sporo zgrabnych piosenek, jak energetyczny utwór tytułowy, napędzany fajną partią basu, dynamicznie skontrastowany "Fly on a Windshield", zadziorniejsze "Broadway Melody of 1974" i "Back in N.Y.C.", pastiszowy "Counting Out Time", czy w końcu najbardziej znany fragment tego albumu - urokliwą balladę "The Carpet Crawlers". Do tego dochodzi bardziej rozbudowany "In the Cage", przypominający o ambicjach zespołu, może nieco przekombinowany, ale w sumie udany. A także emocjonalny "The Chamber of 32 Doors", który sam w sobie nie jest może szczególnie porywający, ale dobrze sprawdza się w roli zakończenia (niestety, jest to dopiero finał pierwszej płyty, a nie całości). Jedynie pretensjonalna miniatura "Hairless Heart" wydaje się całkowicie zbędna. A co oferuje płyta numer dwa? Kolejną porcję piosenek, jednak z reguły już nie tak udanych (np. "Lilywhite Lilith", "Anyway", "The Light Dies Down on Broadway"), przeplatanych niezbyt ciekawymi instrumentalami ("The Waiting Room", "Silent Sorrow in Empty Boats", "Ravine") i jedną dłuższą formą ("The Colony of Slippermen", w którym w sumie nie dzieje się tyle, by uzasadnić długość ośmiu minut). Paradoksalnie, najciekawszy jest tutaj utwór najbliższy wcześniejszych dokonań zespołu, nieco baśniowy "The Lamia", z naprawdę urokliwą melodią i klimatem.

Zmiana stylu na "The Lamb Lies Down on Broadway" okazała się świetnym pomysłem. Ale album zdecydowanie powinien zostać okrojony do pierwszej płyty (na której miejsce "Hairless Heart" mógłby zająć "The Lamia"), bo druga praktycznie nie wnosi już nic ciekawego, a zawarte na niej utwory są mniej udane (choć raczej przeciętne, niż słabe). Mimo wszystko, jest to jeden z bardziej udanych albumów w dorobku Genesis. Rezygnując z wygórowanych ambicji, muzycy zaproponowali zestaw bardziej zwartych, bezpretensjonalnych (nie licząc warstwy tekstowej) i bardzo przyjemnych utworów. 

Ocena: 7/10

PS. W nagraniu albumu uczestniczył Brian Eno, jednak jego rola ograniczyła się do wokalnych efektów w kilku nagraniach.



Genesis - "The Lamb Lies Down on Broadway" (1974)

LP1: 1. The Lamb Lies Down on Broadway; 2. Fly on a Windshield; 3. Broadway Melody of 1974; 4. Cuckoo Cocoon; 5. In the Cage; 6. The Grand Parade of Lifeless Packaging; 7. Back in N.Y.C.; 8. Hairless Heart; 9. Counting Out Time; 10. The Carpet Crawlers; 11. The Chamber of 32 Doors
LP2: 1. Lilywhite Lilith; 2. The Waiting Room; 3. Anyway; 4. Here Comes the Supernatural Anaesthetist; 5. The Lamia; 6. Silent Sorrow in Empty Boats; 7. The Colony of Slippermen; 8. Ravine; 9. The Light Dies Down on Broadway; 10. Riding the Scree; 11. In the Rapids; 12. It

Skład: Peter Gabriel - wokal, flet, obój; Tony Banks - instr. klawiszowe; Steve Hackett - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara; Phil Collins - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Brian Eno - enossification
Producent: John Burns i Genesis


14 listopada 2013

[Recenzja] Ghost - "If You Have Ghost" EP (2013)



Szwedzki Ghost to jedno z najciekawszych zjawisk muzycznych, jakie pojawiły się w ostatnim czasie. Grupa ma na koncie już dwa longplaye ("Opus Eponymous" z 2010 roku i tegoroczny "Infestissumam"), teraz przyszła pora na EPkę z coverami. Produkcją zajął się sam Dave Grohl (Foo Fighters, ex-Nirvana). Muzycy sięgnęli po utwory Roky'ego Ericksona, Depeche Mode, a także swoich rodaków z ABBY i Army of Lovers. Całość rozpoczyna się od dość łagodnego i niesamowicie chwytliwego "If You Have Ghosts" z repertuaru Ericksona. Kawałek wprowadza w bardzo pozytywny nastrój. W przeróbce "I Am a Marionette" ABBY pojawia się już charakterystyczny dla Ghost, mroczny klimat. "Crucified" z repertuaru Army of Lovers zaskakuje ładnym, akustycznym wstępem. To jednak zmyłka, po chwili wchodzą cięższe gitary. Ogólnie jednak jest to najsłabszy fragment całości, niemal równie odpychający, co eurodance'owy oryginał. Intrygująco wypada natomiast zaostrzona wersja "Waiting for the Night", zachowująca jednak piękną melodię wersji Depechów. Całości dopełnia koncertowa wersja autorskiego "Secular Haze", pod względem brzmienia pozostawiająca wiele do życzenia. Szkoda, że zamiast niej nie zamieszczono tu przeróbki  "Here Comes the Sun" Beatlesów, znanej z japońskiego wydania debiutu Ghost.

Ocena: 7/10



Ghost - "If You Have Ghost" (2013)

1. If You Have Ghosts; 2.  I Am a Marionette; 3. Crucified; 4. Waiting for the Night; 5. Secular Haze (live)

Skład: Papa Emeritus II - wokal; Nameless Ghoul  - gitara; Nameless Ghoul ⚪ - gitara; Nameless Ghoul  - bass; Nameless Ghoul  - perkusja; Nameless Ghoul  - instr. klawiszowe
Gościnnie: Dave Grohl - gitara (1), perkusja (2,4); Derek Silverman - instr. klawiszowe (1,3,4); Jessy Greene - instr. smyczkowe (1)
Producent: Dave Grohl


13 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Selling England by the Pound" (1973)



Album "Foxtrot" osiągnął spory sukces komercyjny, który wytwórnia postanowiła zdyskontować wydaniem koncertówki. "Live" ukazał się w połowie 1973 roku i zawierał co lepsze kompozycje z trzech najnowszych wówczas albumów (choć wielu fanów rozczarował brak "Supper's Ready"). Wydawnictwo to nie wniosło jednak nic nowego do twórczości zespołu - wykonania są zbyt wierne studyjnym pierwowzorom, a repertuar nie wykracza poza kompozycje znane ze studyjnych longplayów. Najwidoczniej Genesis na żywo nie miał do zaoferowania wiele, poza przebierankami Petera Gabriela.

Tymczasem grupa pracowała nad nowym materiałem, który ukazał się jeszcze przed końcem roku, pod tytułem "Selling England by the Pound". Muzycy nie odchodzą tu daleko od wypracowanej wcześniej formuły, choć pojawia się też parę nowych rozwiązań. Tym razem repertuar obejmuje aż cztery rozbudowane utwory. "Dancing with the Moonlit Knight" to niemal idealny początek albumu. Zaczyna się subtelnie, z wyrazistą partią wokalną Gabriela i ładnymi partiami gitary akustycznej w stylu muzyki dawnej, a potem stopniowo nabiera ciężaru. W dalszej części pojawiają się - po raz pierwszy w twórczości zespołu - brzmienia syntezatora. Fragment ten brzmi jednak dość naiwnie i tandetnie. Zresztą im dalej końca, tym bardziej muzycy wydają się zagubieni, jakby nie byli pewni, co jeszcze zagrać. Szkoda, bo początek jest świetny. Jako całość lepiej wypada "Firth of Fifth" - wydaje się bardziej zwarty i lepiej przemyślany. Uwagę zwraca klasycyzujący wstęp Tony'ego Banksa na pianie i chyba życiowe solo gitarowe Steve'a Hacketta. Również Gabriel pokazuje się od najlepszej strony. W najdłuższym "The Battle of Epping Forest" zespół znów nawiązuje do muzyki dawnej, tym razem w bardziej pastiszowy sposób, ale za dużo tutaj powtórzeń i dłużyzn. Niewiele krótszy "The Cinema Show" jest zbudowany w ciekawszy sposób, rozwijając się stopniowo, ale i ten utwór można było odrobinę skrócić. Muzykom udaje się stworzyć ładny klimat, ale znów zdarzają się zastoje w akcji.

Z krótszych kawałków największą niespodzianką okazał się singlowy "I Know What I Like (In Your Wardrobe)", który niespodziewanie stał się pierwszym, jeszcze umiarkowanym, przebojem zespołu - doszedł do 21. miejsca na liście UK Singles Chart. Pomijając raczej banalny refren - zapowiadający  już późniejsze dokonania grupy - jest to całkiem fajna piosenka, ze sporą dawką humoru (niemalże w stylu Gong), interesująco wzbogacona o brzmienie syntezatora Banksa i elektrycznego sitaru, na którym zagrał Mike Rutherford, dzięki którym utwór zyskuje psychodeliczny klimat. W sumie szkoda, że to jedyny tego typu kawałek w dorobku Genesis. "More Fool Me" to już typowy zapychacz - trzy minuty akustycznego smęcenia z płaczliwym śpiewem Phila Collinsa. Instrumentalny "After the Ordeal", choć nieco tandetny, jest przyjemniejszym wypełniaczem. Natomiast finałowa miniatura "Aisle of Plenty" to po prostu repryza wstępu "Dancing with the Moonlit Knight" - klamra spinająca całość.

"Selling England by the Pound" był pierwszym naprawdę sporym sukcesem komercyjnym Genesis - doszedł do 3. miejsca listy sprzedaży w Wielkiej Brytanii i 70. w Stanach. Pod względem stylistycznym jest bardzo spójny, ale kompozytorsko nierówny - niektóre utwory są jedynie wypełniaczami, w innych świetne momenty przeplatają się z nietrafionymi pomysłami lub dłużyznami. Jeden tylko "Firth of Fifth" broni się w całości, choć może chwilami zanadto popada w symfoniczny patos. Jednak te lepsze momenty albumu są naprawdę udane i w sumie przyjemnie się tego wszystkiego słucha. 

Ocena: 7/10



Genesis - "Selling England by the Pound" (1973)

1. Dancing with the Moonlit Knight; 2. I Know What I Like (In Your Wardrobe); 3. Firth of Fifth; 4. More Fool Me; 5. The Battle of Epping Forest; 6. After the Ordeal; 7. The Cinema Show; 8. Aisle of Plenty

Skład: Peter Gabriel - wokal, flet, obój, instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara; Steve Hackett - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara, elektryczny sitar (2); Phil Collins - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (4), dodatkowy wokal
Producent: Genesis i John Burns


11 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Foxtrot" (1972)



Genesis mógł podzielić los wielu innych grup, które nie odniosły sukcesu i szybko zakończyły działalność. Na początku lat 70. zespół tonął w długach, a jako taką rozpoznawalność zdobył jedynie na mniej istotnych, pod względem biznesowym, rynkach ("Trespass" był notowany w Belgii, "Nursery Cryme" we Włoszech). Muzycy byli jednak wytrwali i... mieli odrobinę szczęścia. W 1972 roku przedstawiciele Charisma Records najwyraźniej zrozumieli, że inwestowanie w folkowy Lindisfarne w czasach, gdy taka muzyka traciła popularność, jest zbyt ryzykowne. Zamiast tego postanowili wesprzeć któregoś ze swoich bardziej postępowych podopiecznych. Na promocję Van der Graaf Generator okazało się za późno, bo zespół właśnie zawiesił działalność. Udzielono więc wsparcia Genesis. W rezultacie, czwarty album grupy, zatytułowany "Foxtrot", zyskał znacznie lepszą promocję od poprzednich, co zaowocowało 12. miejscem na liście UK Albums Chart. Był to początek pasma sukcesów, jakie zespół odnosił przez kolejne dwie dekady.

Trzeba jednak oddać temu wydawnictwu sprawiedliwość. Na "Foxtrot" znalazł się naprawdę udany materiał, pokazujący rozwój muzyków jako kompozytorów i instrumentalistów. Melotronowy wstęp "Watcher of the Skies" przyciąga uwagę, a później utwór fajnie się rozwija, łącząc chwytliwą partię wokalną, zadziorną gitarę, zróżnicowane brzmienia klawiszowe i dość złożoną grę sekcji rytmicznej. "Time Table" to dla odmiany prosta, melodyjna piosenka, bardzo przyjemna, ale trochę zbyt konwencjonalna. Bardziej złożony jest kolejny utwór, "Get 'em Out by Friday", zwracający uwagę teatralną partią wokalną Petera Gabriela, który wciela się w różne role, a towarzyszy temu odpowiednio zróżnicowana i dobrze przemyślana muzyka. "Can-Utility and the Coastliners" z początku wydaje się kolejną zwyczajną piosenką, ale z czasem interesująco się rozwija. Partie 12-strunowych gitar akustycznych i fletu przywołują ten typowy dla wczesnego Genesis, baśniowy klimat. "Horizons" to niespełna dwuminutowy popis Steve'a Hacketta na gitarze akustycznej. Ładny, ale w sumie niewiele wnoszący do całości. Więcej sensu miałby chyba jako część następującego po nim "Supper's Ready" - najdłuższego utworu w dorobku Genesis (trwa niemal 23 minuty), składający się z siedmiu zróżnicowanych części. Całość zachowuje dość spójny charakter, choć zdarza się parę dłużyzn. Ale jest tu właściwie wszystko, co może się podobać we wczesnym Genesis: baśniowy klimat, folkowe wpływy, ładne melodie i bogate brzmienie, oparte na różnych instrumentach klawiszowych, akustycznych i elektrycznych gitarach, a także partiach fletu, nie zapominając o charakterystycznym wokalu Gabriela.

"Foxtrot" pokazuje Genesis jako dojrzały zespół, któremu wciąż zdarzają się pewne potknięcia, ale który dzięki doświadczeniu coraz lepiej radzi sobie z kompozycjami, aranżacjami i wykonaniem. Fakt, że to wciąż to mniej interesujące oblicze rocka progresywnego, w którym chodzi raczej o ładne melodie i symfoniczny rozmach, niż faktyczne poszerzenie rockowych ram. Ale w takiej stylistyce jest to album wyjątkowo udany.

Ocena: 8/10



Genesis - "Foxtrot" (1972)

1. Watcher of the Skies; 2. Time Table; 3. Get 'em Out by Friday; 4. Can-Utility and the Coastliners; 5. Horizons; 6. Supper's Ready

Skład: Peter Gabriel - wokal, flet,  obój, instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Steve Hackett - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara, wiolonczela, dodatkowy wokal; Phil Collins - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Dave Hitchcock i Genesis


8 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Nursery Cryme" (1971)



"Nursery Cryme" to debiut klasycznego składu Genesis. Do Petera Gabriela, Tony'ego Banksa i Mike'a Rutherforda dołączyli gitarzysta Steve Hackett i perkusista Phil Collins. Pod względem stylistycznym, album stanowi bezpośrednią kontynuację wydanego rok wcześniej "Trespass". Zespół oddala się (choć nie całkiem) od folkowych brzmień na rzecz rocka symfonicznego, ale zachowuje ten charakterystyczny baśniowy klimat. I właśnie ten nastrój stał się największą zaletą Genesis. Idealnie pasował do warstwy tekstowej, odgrywającej w tym przypadku istotna rolę, w której Gabriel opowiadał, w nieco teatralny sposób, różne historie. Właśnie na tym polu grupa mogła zabłysnąć, bo jej członkowie nie byli ani wybitnymi kompozytorami, ani instrumentalistami. Na tle ogółu muzyki rockowej prezentowali ponad przeciętny poziom, ale już w porównaniu z innymi przedstawicielami rocka progresywnego, mieli zdecydowanie większe ambicje, niż umiejętności. Próbowali przeróżnych rozwiązań, zdając się raczej na przypadek, niż tworząc z pełną świadomością. I dawało to różny efekt. Zespół miał problem nie tylko z nagraniem równych albumów, ale nawet z nagraniem równych kompozycji. Nie inaczej jest w przypadku "Nursery Cryme".

"The Musical Box" to akurat całkiem udane otwarcie i jeden z lepszych utworów w dorobku Genesis. Dziesięciominutowa, ładnie rozwijająca się kompozycja, z brzmieniem wzbogaconym o coraz to inne instrumenty. Całkiem przyzwoicie, ale już nie tak równo, wypadają też dwa pozostałe rozbudowane utwory - zadziorniejszy "The Return of the Giant Hogweed" i "The Fountain of Salmacis", który za sprawą wykorzystania melotronu kojarzy się z wczesnymi dokonaniami King Crimson. Podobne skojarzenia przynosi już wyraźnie krótsza ballada "Seven Stones" (zgrabna melodycznie, ładnie zaaranżowana, ale w sumie zbyt zachowawcza), w której oprócz melotronu pojawiają się również partie fletu i gitary zbliżone do łagodniejszych kompozycji wspomnianej grupy. Muzycy Genesis zresztą nigdy nie kryli inspiracji, przy różnych okazjach podkreślając wpływ "In the Court of the Crimson King" na swoją twórczość. Szkoda tylko, że nigdy nie udało im się zaprezentować czegoś równie wybitnego albo przynajmniej tak zwartego. Na "Nursery Cryme" nie brakuje bowiem zwykłych wypełniaczy. Akustyczna miniatura "For Absent Friends" (debiut Collinsa w roli głównego wokalisty) może i ma pewien naiwny urok, ale właściwie nic się w niej nie dzieje, jest zbyt jednostajna i nic nie wnosi do całości. Skoczny "Harold the Barrel", mający wprowadzić elementy humorystyczne, jest po prostu banalną piosenką bez większej wartości. Na braku łagodniejszego "Harlequin" album tez nic by nie stracił, bo to wyjątkowo bezbarwna rzecz.

Gdyby cały album trzymał poziom "The Musical Box", można by mówić o artystycznym rozwoju grupy, o tym, że nowi muzycy okazali się doskonałym wyborem, itd. (co zresztą można przeczytać w większości recenzji). Ale tak nie jest. Trudno mówić o rozwoju, gdy zespół popełnia te same błędy, grając muzykę niepozbawioną uroku, ale niezbyt przemyślaną i w nieco wysilony sposób ambitną, bo jednak warsztat kompozytorski i wykonawczy pozostawiał sporo do życzenia. Phil Collins na pewno jest lepszym perkusistą od Johna Mayhewa, ale nie żadnym tam wirtuozem (a jego partie wokalne równie dobrze mógł wykonać Gabriel - w tamtym czasie obaj mieli zresztą podobne barwy głosu). Steve Hackett nie jest z kolei takim wirtuozem, za jakiego mają go fani. Znamienny jest zresztą fakt, że najbardziej udany tutaj "The Musical Box" powstał na bazie kompozycji Anthony'ego Phillipsa. To on i jego tymczasowy następca, Mick Barnard, wymyślili partie gitar (ich wkład nie został uwzględniony w opisie albumu), które Hackett po prostu odegrał. W innych utworach jakoś szczególnie nie błyszczy. Chociaż partie 12-strunowych gitar akustycznych wciąż są największym (obok wokalu Gabriela) atutem zespołu. Choć to bardziej kwestia tego, co wnoszą do brzmienia, niż tego, co na nich jest grane. Podobnie zresztą wygląda kwestia klawiszowych partii Banksa - mogą zachwycić swoją różnorodnością, bogactwem brzmień, ale sama gra muzyka jest ledwie przyzwoita.

"Nursery Cryme" nie zyskał wielkiej popularności w chwili wydania (jedynie we Włoszech odniósł komercyjny sukces). Charisma Records w tamtym czasie skupiała się na promocji albumu "Fog on the Tyne" folkrockowej grupy Lindisfarne (doszedł do 1. miejsca UK Albums Chart, dziś jednak mało kto o nim pamięta), zaniedbując swoich pozostałych podopiecznych - Van der Graaf Generator i właśnie Genesis. Z czasem jednak grupa zwróciła na siebie uwagę, w czym spora zasługa scenicznych przebieranek Petera Gabriela, które upodobniły występy do teatralnych przedstawień. Zespół zaczął cieszyć się tak dużym zainteresowaniem, że w maju 1974 roku - niemal trzy lata po wydaniu - "Nursery Cryme" osiągnął 39. pozycję na UK Albums Chart. Od tamtej pory longplay cieszy się statusem klasyki rocka progresywnego. Raczej na wyrost, choć nie można odmówić mu - podobnie, jak innym albumom Genesis z pierwszej połowy lat 70. - uroku, zgrabnych melodii i rozpoznawalności.

Ocena: 6/10



Genesis - "Nursery Cryme" (1971)

1. The Musical Box; 2. For Absent Friends; 3. The Return of the Giant Hogweed; 4. Seven Stones; 5. Harold the Barrel; 6. Harlequin; 7. The Fountain of Salmacis

Skład: Peter Gabriel - wokal, flet, obój, instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara, dodatkowy wokal; Steve Hackett - gitara; Mike Rutherford - bass, gitara, dodatkowy wokal; Phil Collins - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (2), dodatkowy wokal
Producent: John Anthony


7 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "Trespass" (1970)




Od nagrania debiutanckiego albumu "From Genesis to Revelation" minęły niemal dwa lata, zanim zespół ponownie wszedł do studia. Brak pośpiechu był znakomita decyzją. Muzycy w tym czasie sporo koncertowali i na spokojnie tworzyli nowy materiał, stopniowo nabierając doświadczenia i kształtując oryginalny styl. W międzyczasie udało im się wydostać spod szkodliwego wpływu Jonathana Kinga i zerwać umowę z Decca Records (przeszli pod skrzydła Charisma Records). W składzie nastąpiła natomiast tylko jedna zmiana - perkusistę Johna Silvera zastąpił John Mayhew.

Na "Trespass" Genesis jest już jednak zupełnie innym zespołem. Całkowicie zmieniło się podejście do kompozycji. Zamiast krótkich, schematycznych piosenek, znalazły się tutaj utwory dłuższe, charakteryzujące się mniej oczywistą budową. Aranżacje również są ciekawsze, nie rażą takim archaizmem, jak te z debiutu. Muzycy poradzili sobie bez żadnych gości. Za to wykorzystali dużo bogatsze instrumentarium, do którego doszły m.in. melotron, flet, akordeon, dulcimer i wiolonczela. W większości utworów brzmienie opiera się jednak głównie na partiach 12-strunowych gitar akustycznych, na których zagrali Anthony Phillips, Mike Rutherford i Tony Banks. W połączeniu z melotronem Banksa i fletem Petera Gabriela tworzą pastoralny, baśniowy nastrój. Warto jeszcze wspomnieć o lepszej produkcji.

W całość bardzo dobrze wprowadza "Looking for Someone", łączący dynamiczne granie z bardziej subtelnymi momentami. Uwagę zwraca przede wszystkim partia wokalna Gabriela o nieco teatralnym charakterze - na kolejnych albumach muzyk dopracował taki sposób śpiewania, jednak już tutaj brzmi bardzo charyzmatycznie i rozpoznawalnie. Pozostali członkowie, nie ograniczani piosenkową formą, również rozwinęli skrzydła. "White Mountain" to kolejny zgrabny utwór, wyróżniający się bardziej folkowym charakterem, podkreślanym przez partie akustycznych gitar i fletu. Dalej, niestety, poziom zaczyna spadać. "Visions of Angels" to piosenka w stylu debiutu, tylko rozciągnięta do niemal siedmiu minut. Pomimo wysiłków Gabriela i paru niezłych momentów instrumentalnych, zbyt wiele tutaj powtórzeń (zwłaszcza miałkiego refrenu) i niepotrzebnego wydłużania. To ostatnie jeszcze bardziej przeszkadza w "Stagnation" - wbrew tytułowi, na przestrzeni tych prawie dziewięciu minut dzieje się całkiem sporo, brak temu jednak spójności i znów można odnieść wrażenie grania na czas. Przyjemną odmianę stanowi "Dusk" - najkrótszy i najbardziej zwarty utwór na albumie, może tylko nadto naiwny. Na zakończenie pojawia się jeszcze najdłuższy i najbardziej udany utwór - "The Knife". To wyjątkowa kompozycja nie tylko na tym albumie, ale i w całej dyskografii Genesis - zespół gra tutaj w wyjątkowo dynamiczny, niemalże agresywny sposób, z wysuniętymi na pierwszy plan partiami przesterowanej gitary i organów. Pod względem budowy jest to jednak bardzo progresywne, nieprzewidywalne nagranie. Doskonale sprawdza się teatralna partia wokalna.

Porównując "Trespass" z debiutem Genesis, słychać bardzo duży postęp. Ale wciąż pozostaje sporo do życzenia. Muzycy jeszcze nie do końca sobie radzą z komponowaniem, przez co całość jest niezbyt równa. Sama stylistyka wydaje się nieco naiwna i nierzadko ociera się o kicz. Jednak muzycy nadrabiają niezłymi melodiami, przyjemnym nastrojem i naprawdę przyzwoitym wykonaniem, zwłaszcza wokalnym.

Ocena: 7/10



Genesis - "Trespass" (1970)

1. Looking for Someone; 2. White Mountain; 3. Visions of Angels; 4. Stagnation; 5. Dusk; 6. The Knife

Skład: Peter Gabriel - wokal, flet, akordeon, instr. perkusyjne; Tony Banks - instr. klawiszowe, gitara; Anthony Phillips - gitara, dulcimer; Mike Rutherford - bass, gitara, wiolonczela; John Mayhew - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: John Anthony


6 listopada 2013

[Recenzja] Genesis - "From Genesis to Revelation" (1969)



Dla przeciętnych słuchaczy Genesis to przede wszystkim poprockowe przeboje z lat 80. i początku następnej dekady. Wielbiciele rocka progresywnego najbardziej cenią twórczość z lat 70. Mało kogo obchodzi natomiast wydany jeszcze w latach 60. debiutancki "From Genesis to Revelation". Sami muzycy najchętniej zrobiliby wszystko, żeby to wydawnictwo zostało całkiem zapomniane. I tak naprawdę trudno się temu dziwić, bo album jest raczej powodem do wstydu, niż dumy.

W chwili nagrywania longplaya, w sierpniu 1968 roku, muzycy byli młodzi (większość z nich dopiero skończyła 18 lat, a najmłodszy Anthony Phillips miał ledwie 16) i niedoświadczeni. Największym ich błędem było zaufanie Jonathanowi Kingowi, który objął posadę ich menadżera i producenta. Tak naprawdę przejął całkowitą kontrolę nad zespołem, któremu sam wymyślił nazwę i narzucił stylistykę. Licząc na komercyjny sukces, zmusił muzyków do grania krótkich, melodyjnych piosenek o zwrotkowo-refrenowych strukturach, nie pozostawiając wiele miejsca na instrumentalne popisy. Trzynastu nagraniom nie można odmówić pewnego uroku, choć brzmią strasznie naiwnie. Sytuację tylko pogarszają archaiczne aranżacje - z dużą ilością smyczków i dęciaków - i przestarzałe podejście do miksu stereofonicznego, zresztą ogólnie brzmienie jest bardzo amatorskie. Całość brzmi jak nagrana dobrych parę lat wcześniej podróbka Beatlesów, pozbawiona jednak ich energii (zdecydowanie dominuje łagodny materiał - wyjątek stanowią "In the Beginning" i "The Serpent", będące nieudolną próbą grania w stylu Cream czy Hendrixa). Muzycy nie mają możliwości, by pokazać na co ich stać, można się tego tylko domyślać. Peter Gabriel już tutaj prezentuje się jako rozpoznawalny wokalista, jednak zmuszony jest śpiewać w bardzo zachowawczy, konwencjonalny sposób. Partie Tony'ego Banksa - grającego jeszcze wyłącznie na akustycznym pianinie i elektrycznych organach - zupełnie niczym się nie wyróżniają. W harmoniach gitar akustycznych Anthony'ego Phillipsa i Mike'a Rutherforda można doszukać się zalążku przyszłego stylu, ale same w sobie nie porywają. Podobnie jak ich partie na gitarze elektrycznej i basowej. Natomiast perkusiści John Silver i Chris Stewart (ten drugi gra tylko w zarejestrowanym nieco wcześniej "Silent Sun") kompletnie nie zwracają na siebie uwagi, po prostu zapewniają rytmiczny podkład.

King zepsuł właściwie wszystkie, co dało się zepsuć. Nie tylko zmuszając zespół do grania tak miałkiej muzyki, narzucając staroświeckie aranżacje i nie zapewniając porządnego studia ani producenta z prawdziwego zdarzenia, ale także doprowadzając do podpisania kontraktu akurat z Decca Records, skazując zespół na niski nakład i brak jakiejkolwiek promocji (już abstrahując od tego, że tak nijaki i przestarzały materiał nie miał szans na komercyjny sukces). Nic dziwnego, że sprzedawcy w sklepach muzycznych, nie mający pojęcia z czym w ogóle mają do czynienia, umieszczali album z takim tytułem w dziale z muzyką religijną.

Genesis zaczął karierę zdecydowanie najsłabiej ze wszystkich głównych przedstawicieli rocka progresywnego. Porównanie z wydanym w tym samym roku debiuty King Crimson jest miażdżące dla "From Genesis to Revelation". Ale pierwsze albumy Pink Floyd, Gentle Giant, ELP, Yes, Jethro Tull i Van der Graaf Generator to też wyższa liga, nawet jeśli nie wszystkie z nich można wymienić wśród najlepszych wydawnictw tych grup, a niektóre z nich też niewiele mają wspólnego z późniejszą działalnością. Każdy z tych zespołów zaprezentował się nieporównywalnie bardziej dojrzale, oryginalnie i odpowiednio do czasów, w których rozpoczynał karierę. Ale nawet odstawiając na bok wszystkie porównania, "From Genesis to Revelation" sam w sobie nie jest udanym albumem. Zespół był zbyt naiwny i niedoświadczony, i niepotrzebnie dał się sterować nie znającym się kompletnie na muzyce i biznesie Kingowi.

Ocena: 4/10



Genesis - "From Genesis to Revelation" (1969)

1. Where the Sour Turns to Sweet; 2. In the Beginning; 3. Fireside Song; 4. The Serpent; 5. Am I Very Wrong?; 6. In the Wildernes; 7. The Conqueror; 8. In Hiding; 9. One Day; 10. Window; 11. In Limbo; 12. Silent Sun; 13. A Place to Call My Own

Skład: Peter Gabriel - wokal; Tony Banks - pianino, organy, dodatkowy wokal; Anthony Phillips - gitara, dodatkowy wokal; Mike Rutherford - bass, gitara, dodatkowy wokal; John Silver - perkusja (1-11,13)
Gościnnie: Chris Stewart - perkusja (12); Arthur Greenslade, Lou Warburton - aranżacja instr. dętych i smyczkowych
Producent: Jonathan King