29 kwietnia 2020

[Recenzja] Jackie McLean - "One Step Beyond" (1964)



Wspominałem o tym albumie już przy okazji recenzji "Evolution" puzonisty Grachana Moncura III. Natomiast teraz nie przypadkiem przywołuję tamten longplay. Oba zostały zarejestrowane w odstępie kilku miesięcy (sesja "One Step Beyond" odbyła się 30 kwietnia 1963 roku, a nagrania "Evolution" w listopadzie tego samego roku) w studiu Rudy'ego Van Geldera, przez bardzo podobny skład. Na obu z nich zagrali Jackie McLean, Moncur, Bobby Hutcherson oraz Tony Williams. W kwietniu towarzyszył im jeszcze basista Eddie Khan (znany m.in. ze współpracy z Erikiem Dolphym), a w listopadzie basista Bob Cranshaw i trębacz Lee Morgan. Na obu płytach muzycy eksplorują podobne, post-bopowe rejony. O ile jednak "Evolution" śmielej zmierza w stronę jazzowej awangardy, tak "One Step Beyond" silniej zdradza przywiązanie do hardbopowych tradycji. W tym kontekście, wbrew swojemu tytułowi, stanowi on raczej krok wstecz względem poprzedniego albumu McLeana, "Let Freedom Ring", który bardziej zdecydowanie odchodzi od hardbopowych rozwiązań.

Liderowi najwyraźniej nieco już przeszła fascynacja dokonaniami Ornette'a Colemana. Co prawda, swoje solówki wciąż gra z prawie freejazzową ekspresją i zadziornością, jednak jego kompozycje wypadają tym razem bardzo tradycyjnie i konwencjonalnie. Zarówno "Saturday and Sunday", jak i "Blue Rondo" opierają się na bardzo standardowym swingowaniu sekcji rytmicznej, w której niby zrezygnowano z pianina na rzecz wibrafonu, jednak rola Hutchersona jest tu bardzo ograniczona. Przynajmniej Williams próbuje jakoś urozmaicić swoją grę. Jego potężne i błyskotliwe partie, wraz z ekscytującymi solówkami McLeana i Moncura, są zdecydowanie największym plusem tych utworów. Trudno zresztą cokolwiek zarzucić wykonaniu, jednak kompozycje są zbyt zachowawcze, wręcz nieco już staroświeckie.

Jakże ciekawiej prezentują się dwa utwory podpisane przez Moncura, "Frankenstein" i "Ghost Town", będące już wyraźną zapowiedzią "Evolution". Oba utrzymane w raczej minorowym nastroju, z bardziej pomysłowymi tematami i luźniejszym charakterem, zapewniającym dużą swobodę instrumentalistom. Bardziej wykazać może się tu sekcja rytmiczna, włącznie z wyraźniej i ciekawiej zaznaczającym swoją obecność Hutchersonem. Partie dęciaków również robią bardzo pozytywne wrażenie - w pierwszym z tych utworów McLean i Moncur grają niemalże z freejazzowym zadęciem, w drugim już bardziej nastrojowo, ale z zadziorniejszymi momentami. Ogólnie wydaje się, że większy nacisk położono w tych nagraniach na zespołową interakcję i wspólne dążenie do uzyskania intrygującego efektu, a nie - jak w kompozycjach lidera - na indywidualne popisy, grane z zachowawczym akompaniamentem (sytuację trochę ratuje tam Williams, ale z innym, mniej charakterystycznym perkusistą, te podkłady zupełnie nie absorbowałyby uwagi słuchacza).

"One Step Beyond" to album trochę rozczarowujący, zarówno na tle wcześniejszego "Let Freedom Ring", jak i nagranego później przez 4/5 tego składu "Evolution". Kompozycje lidera trochę za bardzo ciążą w stronę hard bopu. Co samo w sobie nie byłoby złe. Sprawia jednak, że album stoi w trochę za dużym rozkroku między tradycją i nowoczesnością, a te mniej tradycyjnie nagrania są po prostu bardziej interesujące, Cały album w takim stylu robiłby lepsze wrażenie. Jackie McLean nie popisał się szczególnie jako kompozytor i całe szczęście, że za połowę repertuaru odpowiada Grachan Moncur III, prezentujący znacznie bardziej kreatywne podejście. 

Ocena: 7/10



Jackie McLean - "One Step Beyond" (1964)

1. Saturday and Sunday; 2. Frankenstein; 3. Blue Rondo; 4. Ghost Town

Skład: Jackie McLean - saksofon altowy; Grachan Moncur III - puzon; Bobby Hutcherson - wibrafon; Eddie Khan - kontrabas; Tony Williams - perkusja
Producent: Alfred Lion


27 kwietnia 2020

[Recenzja] Hawkwind - "Space Ritual" (1973)



Wcale nie rzadko się zdarza, że najlepszym wydawnictwem danego wykonawcy jest album koncertowy. Tak też jest w przypadku Hawkwind i "Space Ritual". Koncerty tego zespołu w latach 70 były prawdziwym audio-wizualnym przedstawieniem, z istotną rolą świateł oraz udziałem tancerek, w tym występującą przeważnie nago Stacią. Krążą też legendy na temat tego, jak to techniczni musieli przytrzymywać naćpanych muzyków, aby trzymali się w pionie. Na albumie jest, oczywiście, tylko muzyka. Ale broni się ona samodzielnie. W tamtym czasie zespół prezentował na scenie program składający się przede wszystkim z utworów pochodzących najnowszego wówczas albumu "Doremi Fasol Latido" (pomijano jedynie "The Watcher" i "One Change") oraz trzech premierowych kompozycji ("Born to Go", "Orgone Accumulator", "Upside Down"), tylko jednego starszego kawałka ("Master of the Universe" z "X in Search of Space"), a także przerywników z elektronicznymi wariacjami ("Electronic No. 1"), którym zwykle towarzyszą recytacje tekstów o tematyce S-F, stworzone przez wokalistę Roba Calverta ("The Awakening", "10 Seconds of Forever", "Welcome to the Future") lub pisarza Michaela Moorcocka ("Black Corridor", "Sonic Attack"). Tutaj za wszystkie recytacje odpowiada Calvert, jednak czasem był tak napruty, że na jego miejsce ściągano Moorcocka.

Wszystkie te utwory podczas występów były grane ciągiem, bez żadnych przerw. Na potrzeby wydania na płycie dokonano jednak pewnych koniecznych cięć i poprawek, całość składa się zresztą z fragmentów dwóch londyńskich występów z grudnia 1972 roku. Starano się jednak jak najlepiej oddać program i charakter ówczesnych koncertów. Otrzymujemy tu zatem trwający blisko półtora godziny psychodeliczny jam, o jeszcze bardziej transowym  charakterze i kosmicznej atmosferze, niż w nagraniach studyjnych. Na pierwszy plan wysuwają się hipnotyczne partie basu Lemmy'ego, którym towarzyszą zgiełkliwe partie gitary i (sporadycznie) saksofonu lub fletu, elektroniczne piski i szmery prymitywnych generatorów własnej konstrukcji, a także intensywna gra perkusisty. Kawałki z "Doremi Fasol Latido" bardzo zyskują w tych wersjach, nie tracąc nic ze swojej energii, a zyskując jeszcze większej swobody. Trochę więcej w nich też polotu, a mniej znanej z pierwowzorów toporności. Zespół nie kombinuje specjalnie w aranżacjach, z jednym wyjątkiem - "Down Through the Night" z akustycznego kawałka przerodził się w czadowy numer, co jednak wyszło mu tylko na dobre. Bardzo udanie prezentują się też wszystkie nowe kompozycje. Jeśli do czegoś miałbym się przyczepić, to do partii wokalnych, które na ogół nie są zbyt dobre, na granicy fałszu, a i nie bardzo potrzebne w takiej muzyce. Trochę za dużo też tutaj tych wspomnianych na wstępie przerywników.

"Space Ritual" faktycznie przypomina jakieś kosmiczne, psychodeliczne misterium. Jest to o tyle ciekawe, że klimat jest tutaj budowany nie za pomocą tworzenia nastrojowego, uduchowionego grania, lecz typowo rockowego, surowego łojenia. Nie jest to muzyka szczególnie ambitna i bardzo, a do tego wręcz przeciętna pod względem technicznym, ale nadrabia kreatywnością, umiejętnością jak najlepszego wykorzystania swoich umiejętności i nieporywaniem się na granie ponad te możliwości, a tym samym całkowicie bezpretensjonalna. Właśnie tutaj ta hawkwindowa mieszanka hard rocka i psychodelii nabrała najciekawszego kształtu, bo i tego typu granie najlepiej sprawdza się właśnie podczas koncertów, gdy muzycy mogli grać bez żadnych ograniczeń. 

Ocena: 8/10



Hawkwind - "Space Ritual" (1973)

LP1: 1. Earth Calling; 2. Born to Go; 3. Down Through the Night; 4. The Awakening; 5. Lord of Light; 6. The Black Corridor; 7. Space Is Deep; 8. Electronic No. 1
LP2: 1. Orgone Accumulator; 2. Upside Down; 3. 10 Seconds of Forever; 4. Brainstorm; 5. 7 By 7; 6. Sonic Attack; 7. Time We Left This World Today; 8. Master of the Universe; 9. Welcome to the Future

Skład: Dave Brock - gitara, wokal; Nik Turner - saksofon, flet, wokal; Del Dettmar - syntezator; Michael Davies - elektronika; Ian "Lemmy" Kilmister - gitara basowa, wokal; Simon King - perkusja; Robert Calvert - wokal
Producent: Hawkwind


25 kwietnia 2020

[Recenzja] Eskaton - "Ardeur" (1980)



Niech was nie zmyli okładka, sugerująca materiał demo jakiejś podrzędnej grupy metalowej. Francuski Eskaton to jeden z głównych przedstawicieli zeuhlu. To zadziwiające, ale cały ten styl opiera się właściwie wyłącznie na pomysłach jednej grupy, a właściwie jednego człowieka, który nią kierował. Dowodzona przez Christiana Vandera Magma połączyła w oryginalny sposób elementy rocka, jazzu i XX-wiecznej muzyki poważnej, wypracowując cały szereg charakterystycznych rozwiązań, obecnych przede wszystkim w warstwie rytmicznej i wokalnej. Styl ten znalazł wielu naśladowców, którzy przeważnie niewiele od siebie dodawali (przynajmniej jeśli chodzi o francuską część sceny, bo japoński zeuhl trochę jednak rozwinął tę koncepcję), a mimo tego prezentowali muzykę na całkiem wysokim poziomie - czego dowodem może być właśnie Eskaton.

Grupa zaczęła działalność praktycznie równolegle z Magmą, na początku lat 70., jednak jej fonograficzny debiut, album "Ardeur", ukazał się dopiero w 1980 roku. Jego okładka nie przypadkiem przypomina materiał demo, gdyż longplay został wydany własnym sumptem, w niewielkim nakładzie. Jedyna reedycja, na płycie kompaktowej, ukazało się dopiero w 2003 roku, opublikowane nakładem francuskiej wytwórni Soleil Zeuhl, specjalizującej się we wznawianiu takich niszowych wydawnictw z kręgu awangardowego proga (a także wydawaniu współczesnych albumów tego rodzaju). Wczesne lata 80. były całkiem dobrym momentem na pojawienie się takiego longplaya, gdyż w tamtym okresie Magma stała się nieco mniej aktywna, a co gorsze - także wyraźnie mniej kreatywna.

A naprawdę trudno w przypadku "Ardeur" uniknąć skojarzeń z Magmą. Eskaton na szeroką skalę korzysta z patentów niezaprzeczalnie zaczerpniętych od Vandera i jego ekipy. Pod dostatkiem tutaj transowych, jednostajnych rytmów perkusji, zakręconych, potężnie brzmiących partii gitary basowej, a także quasi-operowych partii wokalnych. Można też jednak wskazać cały szereg różnic. Sekcja rytmiczna wydaje się nieco bardziej wycofana, podczas gdy na pierwszy plan wysunięto instrumenty klawiszowe, przede wszystkim syntezatory, których brzmienie nieustannie przypomina, że to już lata 80. (na szczęście obyło się bez popadania w kicz). Nieco inne jest też podejście do partii wokalnych, brakuje głównego głosu męskiego, są tylko żeńskie wokalizy lub quasi-chóralny śpiew - po francusku, a nie w wymyślonym przez Vandera języku kobajańskim.

Choć każdy utwór całkowicie wpisuje się w zeuhlową estetykę, siedem zamieszczonych tutaj utworów prezentuje się całkiem różnorodnie, dzięki zmianom klimatu lub intensywności, przesuwaniu pewnych akcentów lub urozmaicaniu brzmienia (np. za pomocą skrzypiec, pianina, organów czy gitary). Tworzy to naprawdę przyjemne wydawnictwo, które z pewnością docenia każdy wielbiciel Magmy. Fakt, jest to granie raczej wtórne, ale też nieco odmienne od swojego pierwowzoru, a przede wszystkim naprawdę dobrze wykonane. Nie jest to jednak szczytowe osiągnięcie, ani w tym nurcie, ani w samej dyskografii Eskaton.

Ocena: 7/10



Eskaton - "Ardeur" (1980)

1. Ardeur; 2. Couvert De Gloire; 3. Attente; 4. Eskaton; 5. Un Certain Passage; 6. Pierre Et L'ange; 7. Dagon

Skład: Gilles Rozenberg - syntezator, organy, gitara; Marc Rozenberg - elektryczne pianino; André Bernardi - gitara basowa; Gérard Konig - perkusja; Amara Tahir - wokal; Paule Kleynnaert - wokal
Gościnnie: Patrick Le Mercier - skrzypce (2,5)
Producent: Benoit Roussel


22 kwietnia 2020

[Recenzja] Duke Ellington, Charlie Mingus and Max Roach - "Money Jungle" (1963)



Edward Kennedy "Duke" Ellington, jeden z najsłynniejszych pianistów jazzowych, znany jest przede wszystkim jako lider bigbandowej orkiestry. Album "Money Jungle" powstał jednak w składzie trzyosobowym. Producent Alan Douglas - dziś pamiętany głównie jako twórca najbardziej kontrowersyjnych pośmiertnych wydawnictw Jimiego Hendrixa - zasugerował Duke'owi współpracę z Charliem Mingusem i Maxem Roachem. Było to niezwykle dziwne połączenie. Urodzony w 1899 roku Ellington związany był przede wszystkim z tradycyjnymi odmianami jazzu, jak swing. Ponad dwadzieścia lat od niego młodsi Mingus i Roach to już przedstawiciele jazzu nowoczesnego, jedni z największych innowatorów tamtych czasów (aczkolwiek Mingus grywał już z Ellingtonem jako początkujący muzyk). Efekt tej współpracy jest jednak zaskakująco udany. I choć okazał się niezrozumiały dla wielu wielbicieli pianisty, dziś jest dość zgodnie uznawany za kanoniczną pozycję.

Sesja nagraniowa zamknęła się w ciągu jednego dnia, siedemnastego września 1962 roku, choć nie obyło się bez pewnych problemów. Mingus i Roach musieli przeżyć spore rozczarowanie, kiedy Ellington oznajmił im, wbrew wcześniejszym ustaleniom, że będą grać wyłącznie jego kompozycje. Z siedmiu utworów, które trafiły na płytę, trzy zostały już wcześniej nagrane przez jego orkiestrę ("Warm Valley", "Solitude" oraz napisany wspólnie z Juanem Tizolem "Caravan"), pozostałe stworzył tuż przed tą sesją. Same nagrania początkowo przebiegały sprawnie. Basista i perkusista stwierdzili nawet, że nie potrzebują żadnych prób, więc w rezultacie to, co słyszymy na albumie, to pierwsze rzeczy, jakie muzycy razem zagrali. Znaczna część utworów to pierwsze podejścia, które wyszły tak dobrze, że nie było sensu nagrywać kolejnych. Pomiędzy muzykami nie panowała jednak idealna zgoda. Faktem jest, że w pewnym momencie Mingus, znany ze swojego wybuchowego charakteru, wpadł we wściekłość, chwycił kontrabas i opuścił studio. Za namową Duke'a, który wybiegł za nim, zdecydował się jednak wrócić. Nie do końca znany jest powód jego gniewu, gdyż krążą różne wersje - jedna mówi o niezadowoleniu basisty z gry Roacha, inna o złości za niewykorzystanie żadnej z jego kompozycji. O tym, że współpraca tria nie ułożyła się najlepiej, świadczy też to, że muzycy nie dali się przekonać do kolejnej wspólnej sesji (a wcześniej podobno podpisali kontrakt na dwa albumy).

Na winylowych wydaniach utwory są ułożone w innej kolejności, niż je rejestrowano. Jednak na pierwszym kompaktowym wznowieniu, dokonanym przez Blue Note w 1987 roku (oryginał ukazał się nakładem United Artists Records), wzbogaconym o liczne odrzuty z sesji, wszystkie nagrania pojawiają się w takim porządku, jak powstawały. I słuchając albumu w takiej wersji, można zauważyć wzrastające napięcie między muzykami, stopniowo narastające z każdym kolejnym utworem. Punktem kulminacyjnym - najprawdopodobniej to właśnie po jego nagraniu wkurwiony Mingus opuścił studio - jest tytułowy "Money Jungle". Takiej brutalności na próżno można szukać w ówczesnym bopie, z wyłączeniem free jazzu i to w sumie nie całego. Charlie szarpie struny kontrabasu z niespotykaną wręcz agresją, Duke gra w wyjątkowo dysonansowy sposób, a Max uzupełnia całość swoją gęstą, intensywną grą. W sumie niegłupim posunięciem było rozpoczęcie oryginalnego albumu od tego właśnie nagrania, bo trudno o otwarcie bardziej zaskakujące, atakujące słuchacza równie mocno, a tym samym przyciągające jego uwagę. Później jest już z tym różnie. Raczej udaje się to w momentach o wciąż dużej ekspresji ("Very Special", "Wig Wise", a zwłaszcza w nowej wersji popularnego standardu "Caravan", w którym napięcie jest już prawie takie, jak w nagranym tuż potem kawałku tytułowym) albo tych o niekonwencjonalnym podejściu (nastrojowy "Fleurette Africaine" z bardzo ciekawymi partiami basu). Mniej absorbujące są natomiast fragmenty, w których Roach i Mingus schodzą na dalszy plan, a prym wiodą konwencjonalne partie Ellingtona, jak dzieje się w bardzo typowych balladach "Warm Valley" i "Solitude". Obie zostały nagrane już po tej całej awanturze, gdy napięcie zostało rozładowane, a na jego miejsce najwyraźniej przyszło lekkie zmęczenie. Aczkolwiek nie można tym utworom odmówić pewnego uroku.

Pomimo panującej w trakcie sesji atmosfery - a chyba raczej dzięki niej - powstał bardzo udany album. Jak można się spodziewać po takich nazwiskach, wykonanie jest tu naprawdę porywające. Nawet wtedy, gdy muzycy grają w wyraźnym kontrapunkcie, cały czas przytomnie odpowiadają na to, co robią pozostali, dzięki czemu ich partie nie rozjeżdżają się ze sobą. Jednak właśnie wtedy, gdy słychać narastającą złość, gdy już naprawdę niewiele brakuje do pogrążenia się w chaosie lub rzucenia przez muzyków instrumentami, właśnie wtedy efekt jest najbardziej porywający. Bo cała reszta, to po prostu bardzo solidnie, bardzo sprawnie zagrany jazzowy mainstream, w którym jednak brakuje czegoś nadzwyczajnego. Paradoksalnie, gdyby Ellingtonowi, Mingusowi i Roachowi współpraca udała się lepiej, to album prawdopodobnie wiele by na tym stracił.

Ocena: 8/10



Duke Ellington, Charlie Mingus and Max Roach - "Money Jungle" (1963)

1. Money Jungle; 2. Fleurette Africaine (African Flower); 3. Very Special; 4. Warm Valley; 5. Wig Wise; 6. Caravan; 7. Solitude

Skład: Duke Ellington - pianino; Charlie Mingus - kontrabas; Max Roach - perkusja
Producent: Alan Douglas


20 kwietnia 2020

[Recenzja] Amon Düül II - "Tanz Der Lemminge" (1971)



Album "Yeti" okazał się sporym sukcesem, ale skład Amon Düül II zaczął się powoli wykruszać. Najpierw odszedł perkusista Christian "Shrat" Thierfeld. Niedługo potem w jego ślady poszedł basista Dave Anderson, który postanowił wrócić do Wielkiej Brytanii (gdzie na krótko zasilił skład Hawkwind, by następnie dołączyć do bluesrockowego Groundhogs). Miejsce Andersona zajął Lothar Meid, były członek zaprzyjaźnionej grupy Embryo. Choć jego współpraca z Amon Düül II trwała do 1974 roku, tak naprawdę nigdy nie stał się pełnoprawnym członkiem grupy - był raczej kimś w rodzaju muzyka sesyjnego i koncertowego, mającego bardzo mały wkład w powstawanie materiału.

Pomimo sporych zawirowań personalnych, zespół zdołał nagrać swój trzeci longplay. Podobnie jak "Yeti", "Tanz Der Lemminge" jest albumem dwupłytowym. Tym razem jednak obie płyty stanowią dwa wyraźnie odrębne dzieła o różnym charakterze. Pierwsza płyta składa się z materiału wcześniej skomponowanego. W jego nagraniu uczestniczyli Chris Karrer, John Weinzierl, Peter Leopold i Lothar Meid, z Karl-Heinzem Hausmannem na miejscu Falka Rognera i z bardzo skromnym udziałem Renate Knaup (jej głos można usłyszeć tylko w "Riding on a Cloud"). Podstawowemu kwartetowi towarzyszą za to liczni goście: klawiszowiec Jimmy Jackson (późniejszy współpracownik Embryo), grający na sitarze Al Gromer, a także aktor Rolf Zacher (udzielający się w roli lektora w "H.G. Wells' Take Off"). Drugą płytę wypełniają natomiast wyłącznie instrumentalne jamy, które zostały zarejestrowane na potrzeby ścieżki dźwiękowej mało znanego i ponoć niezbyt dobrego filmu "Chamsin" w reżyserii Veita Relina. W tej sesji wziął udział kwintet złożony tylko z Karrera, Weinzierla, Rognera, Meida i Leopolda.

Płyta numer jeden to dwie większe formy o kształcie quasi-suity rockowej, z których każda wypełnia po jednej stronie winyla. Skomponowany głównie przez Karrera "Syntelman's March of the Roaring Seventies" składa się z czterech segmentów, a będący dziełem przede wszystkim Weinzierla "Restless Skylight-Transistor-Child" - z dziewięciu. Poszczególne fragmenty nie tworzą jednak spójnych całości, to raczej kolaże różnych pomysłów, aczkolwiek przejścia pomiędzy poszczególnymi częściami są całkiem płynne. Natomiast same w sobie te kawałki są naprawdę przyjemne. Zespół pokazuje tutaj zdecydowanie bardziej melodyjne, czasem wręcz piosenkowe oblicze, jednak wciąż jest to granie bardzo mocno przesiąknięte psychodelicznym klimatem i niepozbawione pewnej dawki spontaniczności. Słychać, że Karrer i Weinzierl stawali się coraz lepszymi kompozytorami, instrumentalistami i wokalistami. Ich towarzysze zresztą nie pozostają wiele w tyle. Dotyczy to zarówno sekcji rytmicznej, jak i gości. Szczególnie Jackson okazał się cennym nabytkiem, mającym spory wpływ na całokształt, jednak Hansmann i Gromer również ciekawie dopełniają brzmienie (choć tego sitaru mogłoby tu być więcej - pojawia się tylko w "A Short Stop at the Transylvanian Brain-Surgery"), prowadząc muzykę zespołu w zupełnie nowe rejony.

Jeśli pierwszy winyl pokazuje bardziej przystępną wersję zespołu, tak filmowa płyta ukazuje to bardziej eksperymentalne oblicze Amon Düül II. Intrygująco wypada wypełniające całą stronę C nagranie "The Marilyn Monroe-Memorial-Church", które klimatem bardzo kojarzy się z tymi najbardziej odjechanymi utworami z początku kariery Pink Floyd - mam tu przede wszystkim na myśli instrumentalne fragmenty koncertowej części albumu "Ummagumma". Istotną rolę ogrywają tu brzmienia organowe i elektroniczne Rognera, wsparte mocną perkusją Leopolda, a także nie zawsze konwencjonalnymi dźwiękami gitar, skrzypiec i pianina. To bardzo przyjemny przykład space rocka - klimat faktycznie jest tu nieziemski - choć raczej przydałoby się trochę skrócić to nagranie. Na stronie D znalazły się natomiast trzy bardziej energetyczne jamy, zdecydowanie bliższe twórczości zespołu z "Phallus Dei" oraz "Yeti". Nie brakuje tutaj ostrych, ale całkiem finezyjnych partii gitar, wyrazistej gry sekcji rytmicznej, a także urozmaicających brzmienie dźwięków organów i skrzypiec. To granie, które powinno przypaść do gustu każdemu wielbicielowi rockowych improwizacji z początku lat 70.

Całość pewnie trochę by zyskała, gdyby skondensować ją do jednej płyty, wybierając same najlepsze fragmenty obu części i unikając zdarzających się tu i ówdzie dłużyzn. Jednak nawet w takiej formie jest to fantastyczna porcja psychodelii, jakością niewiele ustępująca poprzednim wydawnictwom zespołu.

Ocena: 8/10



Amon Düül II - "Tanz Der Lemminge" (1971)

LP1: 1. Syntelman's March of the Roaring Seventies (In the Glass Garden / Pull Down Your Mask / Prayer to the Silence / Telephonecomplex); 2. Restless Skylight-Transistor-Child (Landing in a Ditch / Dehypnotized Toothpaste / A Short Stop at the Transylvanian Brain-Surgery / Race From Here to Your Ears. Part I - Little Tornadoes / Race From Here to Your Ears. Part II - Overheated Tiara / Race From Here to Your Ears. Part III - The Flyweighted Five / Riding on a Cloud / Paralyzed Paradise / H.G. Wells' Take Off)
LP2: 1. The Marilyn Monroe-Memorial-Church; 2. Chewing Gum Telegram; 3. Stumbling Over Melted Moonlight; 4. Toxicological Whispering

Skład: Chris Karrer - gitara, skrzypce, wokal;  John Weinzierl - gitara, pianino, wokal; Lothar Meid - gitara basowa, kontrabas, wokal; Peter Leopold - perkusja i instr. perkusyjne, pianino; Karl-Heinz Hausmann - instr. klawiszowe (LP1); Falk Rogner - instr. klawiszowe (LP2); Renate Knaup - wokal (LP1:2)
Gościnnie: Jimmy Jackson - instr. klawiszowe (LP1); Al Gromer - sitar (LP1:2); Rolf Zacher - wokal (LP1:2)
Producent: Amon Düül II i Olaf Kübler


18 kwietnia 2020

[Recenzja] Steve Hillage - "Green" (1978)



Na początku 1977 roku Steve Hillage intensywnie pracował nad nowym materiałem. Towarzyszyła mu jak zawsze Miquette Giraudy, która zajęła się pisaniem tekstów. Utworów było tak dużo, że pojawił się pomysł nagrania dwóch oddzielnych longplayów, roboczo zatytułowanych "The Red Album" i "The Green Album". Sesja nagraniowa zaczęła się w lipcu, a poza wspomnianą parą uczestniczyli w niej: basista Reggie McBride, perkusista Joe Blocker, a także grający na potężnym syntezatorze własnej konstrukcji Malcolm Cecil, który objął też funkcję producenta. W trakcie nagrań zarzucono plan zrobienia jednocześnie dwóch albumów i zarejestrowano tylko "czerwony", który ostatecznie wydano jako "Motivation Radio". Wypełniła go muzyka będąca próbą zerwania Hillage'a z etykietą rocka progresywnego, przypisywaną mu przez fanów i krytyków, a z którą nigdy się nie utożsamiał. Na płycie znalazły się głównie konwencjonalne piosenki, zdradzające nieskrywaną fascynację gitarzysty muzyką funk i disco - w większości dość banalne, choć mające też pewne zalety, jak interesujące partie lidera.

Pozostały materiał nie został odłożony do szuflady na długo. Już w grudniu rozpoczęła się następna sesja. Do Hillage'a i Giraudy ponownie dołączył Blocker, natomiast funkcję basisty objął Curtis Robertson. W studiu pojawili się też dwaj dodatkowi perkusiści, z których każdy zagrał w jednym utworze. Byli to Andy Anderson oraz bębniarz Pink Floyd, Nick Mason, któremu przypadła także rola współproducenta całości. Tym razem nie szukano nowego tytułu, lecz wykorzystano - przynajmniej częściowo - oryginalny. "Green" ukazał się w kwietniu i choć również nie jest wydawnictwem idealnym, zawiera materiał nieco ciekawszy od swojego poprzednika. Mniej tutaj tradycyjnych piosenek, a więcej instrumentalnych nagrań o jakby jamowym charakterze, nawiązujących do kosmicznego klimatu z czasów "Radio Gnome Invisible" Gong, a przy tym w jeszcze większym stopniu - w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami Hillage'a - eksplorujące brzmienia elektroniczne. Wykorzystano tutaj różnego rodzaju syntezatory, w tym nie używany wcześniej przez muzyka syntezator gitarowy. Brzmienie zdominowane jest przez elektroniczne dźwięki, jednak nie brakuje to charakterystycznych partii gitar i tradycyjnej sekcji rytmicznej.

Poszczególne utwory płynnie między sobą przechodzą, tworząc coś na kształt prog-rockowej suity. Jej poszczególne fragmenty nierzadko okazują się całkiem zgrabnymi, choć znów nieco banalnymi piosenkami. Jako przykład można tu wymienić "Sea Nature" i "Crystal City", w których muzycy dokonali udanej syntezy kosmicznej atmosfery, rockowej zadziorności oraz funkowej rytmiki. Albo łagodniejsze, łączące elektroniczne brzmienia z akustycznymi, "Musick of the Trees" i "Palm Trees (Love Guitar)". Podoba mi się szczególnie ten ostatni, wyróżniający się bardzo przyjemnym, pastoralnym nastrojem. Jest jeszcze mocno funkowy "Unidentified (Flying Being)", który zdecydowanie bardziej pasowałby na "Motivation Radio". Ciekawiej prezentują się jednak nagrania instrumentalne. Jak świetny "Ether Ships", który z może trochę kojarzyć się z dokonaniami Tangerine Dream, choć pod koniec nabiera bardziej rockowej dynamiki, trudno też pomylić gitarowe partie Hillage'a z jakimkolwiek innym muzykiem. Dość niezłe są też energetyczny "U.F.O. Over Paris" i nastrojowy "Leylines to Glassdom". Najmocniejsze nagranie zostawiono jednak na koniec, podobnie zresztą jak poprzednim albumie. Tam były to nagrania "Octave Doctors" i "Not Fade Away (Glide Forever)", które nie tylko tytułami nawiązywały do gongowej przeszłości Hillage'a. Tym razem niespodzianka jest większa, bo pod tytułem "The Glorious Om Riff" kryje się nowa, w pełni instrumentalna wersja "Master Builder" z "You". Zdecydowanie nie przebija oryginału, ale też niewiele mu ustępuje, a pewnym sensie stanowi jego ciekawe rozwinięcie.

"Green" zdecydowanie nie jest albumem na poziomie płyt nagranych przez Steve'a Hillage'a z Gong i Khan, ani jego solowego debiutu "Fish Rising". Bardzo mocno nawiązuje do nich pod względem stylistycznym (gdyby nie szersze wykorzystanie syntezatorów, można by zarzucić kompletny brak nowych rozwiązań), ale niestety zawiera wyraźnie większą ilość muzycznego banału. To, co tutaj najlepsze, to gitarowe popisy lidera, który może i nie posiadał technicznych umiejętności, ale nadrabiał dużą pomysłowością i doskonałym wyczuciem. Fajne są też te futurystyczne - a raczej, z dzisiejszej perspektywy, retro-futurystyczne - brzmienia analogowych syntezatorów. Jeśli jednak nie słyszało się albumów, które wymieniłem na początku tego akapitu, warto sięgnąć po nie w pierwszej kolejności. "Green" to wydawnictwo raczej tylko dla największych wielbicieli takiej stylistyki.

Ocena: 7/10



Steve Hillage - "Green" (1978)

1. Sea Nature; 2. Ether Ships; 3. Musick of the Trees; 4. Palm Trees (Love Guitar); 5. Unidentified (Flying Being); 6. U.F.O. Over Paris; 7. Leylines to Glassdom; 8. Crystal City; 9. Activation Meditation; 10. The Glorious Om Riff

Skład: Steve Hillage - wokal, gitara, syntezator; Miquette Giraudy - syntezator, wokoder, dodatkowy wokal; Curtis Robertson Jr - gitara basowa; Joe Blocker - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Andy Anderson - perkusja (2); Nick Mason - perkusja (7)
Producent: Steve Hillage i Nick Mason


16 kwietnia 2020

[Recenzja] Hans Koller, Wolfgang Dauner, Adelhard Roidinger, Zbigniew Seifert, Janusz Stefański - "Kunstkopfindianer" (1974)



Niewiele wiadomo o kulisach sesji, której wynikiem było powstanie albumu "Kunstkopfindianer" ("Sztuczne głowy Indian"). W dniach 21-23 stycznia 1974 roku w ludwigsburskim studiu Tonstudio Bauer spotkało się pięciu uzdolnionych jazzmanów. Znalazł się wśród nich jeden Niemiec (Dauner), dwóch Austriaków (Koller i Roidinger) oraz dwóch Polaków (Seifert i Stefański). Ten efemeryczny kwintet można usłyszeć tylko na tym jednym wydawnictwie, a o ile się nie mylę, wcześniej współpracowali ze sobą tylko Koller z Daunerem i (przy innej okazji) z Roidingerem oraz Seifert ze Stefańskim. Mimo tego, instrumentaliści sprawiają tu wrażenie doskonale zgranego zespołu, w którym wszyscy muzycy są tak samo istotni. Żaden z nich nie dominuje, choć każdy ma czas na zaprezentowanie swoich niemałych możliwości. Ostateczny efekt jest jednak zasługą wzorowej współpracy.

Longplay składa się z pięciu utworów - po jednej kompozycji dostarczyli Dauner, Koller i Seifert, a za dwie odpowiada Roidinger. To bardzo zróżnicowany materiał, zdający się czerpać przede wszystkim ze stylistyki fusion, ale słychać też wpływy innych odmian nowoczesnego brzmienia. Uwagę zwraca też zróżnicowane brzmienie - oprócz Stefańskiego, wszyscy grają na co najmniej dwóch różnych instrumentach. Pomimo tej różnorodności, całość zachowuje bardzo spójny charakter. Pomimo dużej spontaniczności i swobody, jest w tym graniu też spora dyscyplina i pewna myśl przewodnia, wyczuwana raczej w sposób intuicyjny. Każdy utwór zdaje się mieć coś wspólnego z pozostałymi (często są to jednak inne elementy), ale też każdy z nich am swój własny, indywidualny charakter.

W tytułowej kompozycji Daunera to, co i jak grają muzycy, podejście do tematu i rozwijających go partii solowych, można określić mianem post-bopu lub jazzu awangardowego, fragmentami zahaczającego nawet o free jazz. Jednak oprócz typowych dla takiej odmiany jazzu instrumentów - saksofonów, akustycznego pianina, kontrabasu i perkusji - pojawiają się też mniej typowe brzmienia elektrycznego pianina, syntezatora oraz skrzypiec. Wszyscy grają tutaj niesamowicie intensywnie i w sposób absolutnie porywający. Klimat całkiem zmienia się w pierwszej z dwóch kompozycji Roidingera, miniaturze "Suomi". To bardziej nastrojowe nagranie, o niemalże uduchowionym klimacie, tworzonym najpierw za pomocą przeciągłych dźwięków skrzypiec i egzotycznego brzmienia japońskiego instrumentu taishōgoto, znanego też jako harfa z Nagoi, a później za pomocą transowej partii gitary basowej. Znów inaczej wypada druga kompozycja basisty, "Nom". Ponownie bardziej intensywna, z wysuwającym się na pierwszy plan syntezatorem lub pianinem elektrycznym, oraz mocną, wyrazistą i bardzo swobodną grą sekcji rytmicznej (z kontrabasem), ale też z ostrymi, ekspresyjnymi partiami Kollera (trochę pod późnego Coltrane'a lub Pharoaha Sandersa). Seifert, tym razem na saksofonie altowym, pojawia się dopiero w końcówce, podczas której wchodzi w majestatyczny duet z Kollerem.

Z kolei w napisanym przez saksofonistę "Ulla M. & 22/8" kwintet z początku gra w bardziej liryczny sposób, bliski spiritual jazzu, by z czasem przejść do grania bardziej energetycznego, bliskiego jazz rocka, trochę z okolic Soft Machine, a trochę Mahavishnu Orchestra (głównie za sprawą partii skrzypiec). Wstęp zagrany jest na akustycznych instrumentach, jednak w dalszej części Roidinger znów zamienia kontrabas na gitarę basową, a Dauner sięga po zelektryfikowane klawisze. W jazzrockowym kierunku zmierza też "Adea", autorstwa Seiferta, w którym dość melancholijny nastrój nie wyklucza potężnego i dość intensywność brzmienia. Uwypuklone brzmienie gitary basowej, energetyczna perkusja, elektryczne pianino i ostre partie saksofonu sopranowego ponownie wywołują skojarzenia z Soft Machine, ale też z niektórymi elektrycznymi dokonaniami Milesa Davisa (z czasów "Jacka Johnsona"). Co ciekawe, kompozytor gra tutaj nieco mniej od innych muzyków, ale to jego solówki na skrzypcach są tu najpiękniejszymi momentami i przyciągają najwięcej uwagi. Choć pozostali instrumentaliści nie zostają w tyle i nie dają się zepchnąć do roli tła.

Nie doceniłem tego albumu, kiedy usłyszałem go po raz pierwszy, ale to było w czasach, gdy wciąż jeszcze spora część ambitnego jazzu była dla mnie zbyt trudna. "Kunstkopfindianer" nie należy do najłatwiejszych w odbiorze płyt - często dzieje się tu bardzo dużo na niewielkiej przestrzeni czasu, nierzadko wiele dzieje się jednocześnie. Ale osoby mające już pewne doświadczenie z takim graniem, nie powinny mieć żadnych problemów ze słuchaniem tego wydawnictwa. Tym bardziej, że nie ma tutaj żadnych radykalnych odjazdów w swobodne improwizacje, są za to charakterystyczne motywy, a nawet słychać dość wyraziste melodie. Jednak to, co robi tutaj największe wrażenie, to naprawdę dobre, zróżnicowane kompozycje, wykorzystanie szerokiej palety brzmień, a nade wszystko porywające wykonanie z błyskotliwą współpracą muzyków. Jest to absolutna czołówka europejskiego fusion (obok tych najważniejszych dokonań Soft Machine, jedynego wydawnictwa projektu Morning Glory Johna Surmana, a także "Purple Sun" Tomasza Stańki, na którym zresztą także grają Seifert i Stefański), ale zainteresować może także wielbicieli innych odmian jazzu nowoczesnego.

Ocena: 9/10



Hans Koller, Wolfgang Dauner, Adelhard Roidinger, Zbigniew Seifert, Janusz Stefański - "Kunstkopfindianer" (1974)

1. Kunstkopfindianer; 2. Suomi; 3. Nom; 4. Ulla M. & 22/8; 5. Adea

Skład: Hans Koller - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Wolfgang Dauner - pianino, pianino elektryczne, syntezator, taishōgoto; Adelhard Roidinger - kontrabas, gitara basowa; Zbigniew Seifert - skrzypce, saksofon altowy; Janusz Stefański - perkusja
Producent: Hans Koller


14 kwietnia 2020

[Recenzja] Czesław Niemen - "Niemen Aerolit" (1975)



Rozpad grupy Niemen był zapewne dla wielu rozczarowaniem. Wszak to właśnie ten skład nagrał album często uznawany za największe osiągnięcie Czesława Wydrzyckiego - "Marionetki" (czyli "Niemen vol. 1" i "...vol. 2"). Odpowiada też za dwa zagraniczne wydawnictwa: bardzo dobry "Strange Is This World" oraz już nieco mniej udany, zarejestrowany w okrojonym składzie "Ode to Venus". Po rozwiązaniu zespołu, jego lider, związany kontraktem z koncernem fonograficznym CBS, samodzielnie nagrał przeznaczony na rynek niemiecki longplay "Russische Lieder", a następnie zarejestrował, z pomocą paru znanych jazzmanów, wydany w Stanach "Mourner's Rhapsody". Po powrocie do kraju, już niezobligowany kontraktem, rozpoczął zbieranie nowego składu. Jego podstawą stali się muzycy bluesrockowej grupy Krzak: grający na skrzypcach Jan Błędowski, basista Jacek Gazda, perkusista Piotr Dziemski, a także gitarzysta Maciej Radziejewski, którego miejsce szybko zajął Sławomir Piwowar. Po pewnym czasie, z powodu różnic artystycznych, odszedł także Błędowski, którego zastąpił klawiszowiec Andrzej Nowak. Zespół przyjął nazwę Niemen Aerolit (czasem pisaną jako N.Æ.) i taki jest też tytuł jego pierwszego - i jedynego w tym składzie - albumu.

Album składa się z pięciu utworów, z których dwa są nowymi wersjami kompozycji z zagranicznych longplayów Niemena. "Pielgrzym" to, oczywiście, odświeżony "A Pilgrim" z "Ode to Venus". Różni się nie tylko tym, że wykorzystany jako tekst wiersz Cypriana Kamila Norwida jest śpiewany w oryginalnym języku. Nowe wykonanie jest dwukrotnie dłuższe i bardziej subtelne, orientalizmy nie są tak nachalne, a partie instrumentalne zdają się bardziej wyrafinowane. Indywidualnego charakteru dodają partie Niemena na syntezatorze Mooga - instrumencie, którego użył po raz pierwszy na poprzednim albumie, tam jednak grając w konwencjonalny sposób, podczas gdy tutaj słychać już bardziej idiomatyczny styl. Drugą znaną wcześniej kompozycją jest "Smutny Ktoś, biedny Nikt", wydana na "Mourner's Rhapsody" jako "I Search for Love". Tutaj metamorfoza jest jeszcze większa. I znów jest to zasługa nie tylko warstwy wokalnej (oryginalny tekst został zastąpiony wierszem Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej), ale przede wszystkim muzycznej. W tym wykonaniu kompletnie zniknęła jarmarczność pierwowzoru. Z banalnej i nieco kiczowatej piosenki przerodził się w zdecydowanie ambitniejsze nagranie, z interesująco połamaną warstwą rytmiczną, przywołującą skojarzenia z avant-progiem, ciekawymi eksploracjami brzmieniowymi (ponownie Moog), a także z niemalże hardrockowymi zagrywkami gitary i jazzującymi partiami pianina elektrycznego.

W zbliżonym stylu utrzymane są także równie żywiołowy "Cztery ściany świata" i nieco subtelniejszy "Kamyk" (odpowiednio z wierszami Jonasza Kofty i Zbigniewa Herberta). Ponownie wykazać może się Dziemski, grający skomplikowane podziały rytmiczne w pełen finezji, błyskotliwy sposób. Świetnie dopełniają go partie basu Gazdy. Znów też bardzo ciekawie wypadają brzmienia klawiszowe: wyraźnie inspirowane stylistyką jazz fusion partie Nowaka oraz zupełnie oryginalne popisy Niemena na syntezatorze. Bardziej rockowego charakteru nadaje gitara Piwowara - przynajmniej pod względem brzmieniowym, gdyż jego partie są tak samo wyrafinowane, jak te grane przez pozostałych muzyków. Dodatkowo pojawiają się też charakterystyczne brzmienie melotronu, wywołujące wyraźne skojarzenia z dokonaniami King Crimson i ogólnie klasycznym rockiem progresywnym. Te wszystkie wpływy są jednak zestawione w tak niepowtarzalny sposób, że nie sposób mówić tu o jakikolwiek wtórności - jedynie o twórczym czerpaniu od innych wykonawców. Może tylko w najkrótszym "Daj mi wstążkę błękitną" (jeszcze raz Norwid) partia melotronu trochę za bardzo kojarzy się z "Epitaph", jednak na tym podobieństwa się kończą. Także w tym prostszym nagraniu uwagę zwraca niebanalna gra sekcji rytmicznej. Jest to też jedyny utwór na płycie, w którym można usłyszeć Piwowara grającego na gitarze akustycznej.

Gdyby ktoś puścił mi kiedyś instrumentalne fragmenty "Niemen Aerolit", z pewnością nie domyśliłbym się, że to album nagrany w Polsce. Zespół prezentuje tutaj prawdziwie światowy poziom i - co robi jeszcze większe wrażenie - wcale nie wydaje się spóźniony względem tego, co grano wówczas za granicą, a jeśli nawet, to naprawdę niewiele. Uważam ten album za jedno z największych osiągnięć Niemena, porównywalne z "Marionetkami". Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że tutejszy skład przewyższa grupę Niemen (a już na pewno jej okrojone wcielenie z "Ode to Venus", bez Helmuta Nadolskiego i Andrzeja Przybielskiego). Niestety, zespół został rozwiązany jeszcze przed premierą tego albumu. Kolejne wydawnictwo lider chciał nagrać tylko w ducie z Piotrem Dziemskim. Perkusista zmarł jednak niespodziewanie w marcu 1975 roku, mając niespełna 22 lata. W późniejszym składzie Aerolit, z grających tutaj muzyków, powrócił tylko Piwowar. Ciekawym uzupełnieniem tego wczesnego okresu jest natomiast koncertowy album "41 potencjometrów pana Jana", zarejestrowany w maju 1974 roku (jeszcze z Błędowskim i bez Nowaka). 

Ocena: 9/10



Czesław Niemen - "Niemen Aerolit" (1975)

1. Cztery ściany świata; 2. Pielgrzym; 3. Kamyk; 4. Daj mi wstążkę błękitną; 5. Smutny Ktoś, biedny Nikt

Skład: Czesław Niemen - wokal, instr. klawiszowe; Andrzej Nowak - instr. klawiszowe; Sławomir Piwowar - gitara; Jacek Gazda - gitara basowa; Piotr Dziemski - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: -


12 kwietnia 2020

[Recenzja] Bob Dylan - "John Wesley Harding" (1967)



Bob Dylan najwyraźniej zatęsknił za bardziej ascetycznym brzmieniem. Utwory zamieszczone na "John Wesley Harding" opierają się na mocno ograniczonym instrumentarium. Dominuje gitara akustyczna i harmonijka (w "Dear Landlord" i "Down Along the Cove" zastąpione pianinem), którym towarzyszy bardzo prosta gra sekcji rytmicznej, złożonej z basisty Charliego McCoya i perkusisty Kennetha A. Buttreya. W dwóch ostatnich nagraniach pojawiają się jeszcze solówki na elektrycznej gitarze hawajskiej w wykonaniu Pete'a Drake'a. Ogólnie słychać wyraźny odwrót od bardziej rockowego grania zaprezentowanego na "Bring It All Back Home", "Highway 61 Revisited" i "Blonde on Blonde". Co wcale nie czyni tego materiału mniej inspirującym dla rockowych twórców. To przecież właśnie tutaj znalazła się oryginalna wersja spopularyzowanego przez Jimiego Hendrixa "All Along the Watchtower", a także pierwowzór innego utworu, po który sięgnął słynny gitarzysta - "Drifter's Escape". Innego rodzaju inspiracji dostarczył natomiast tytuł "The Ballad of Frankie Lee and Judas Priest", którego część przywłaszczyła sobie pewna brytyjska grupa.

Pierwszy, tytułowy utwór może trochę rozczarować, bo jest to dla Dylana ewidentny krok wstecz. Na wczesnych albumach podobnych kawałków było wiele, nierzadko lepszych od tego. Sam twórca zresztą przyznawał, że zaczerpnął tytuł całości od niego, bo inaczej mógłby zostać niezauważony przez słuchaczy. I rzeczywiście, są tu nagrania przyciągające uwagę znacznie mocniej. Przede wszystkim TEN utwór. Wiadomo, to Hendrix zagrał "All Along the Watchtower" w najbardziej porywający sposób, który zachwycił Dylana do tego stopnia, że sam grał go później w zelektryfikowanej wersji, podobnej do słynnej przeróbki. Jednak tak naprawdę Jimi niewiele zmienił - jedynie zastąpił harmonijkę gitarą elektryczną i dodał bardziej rockową sekcję rytmiczną. Natomiast ta charakterystyczna partia gitary akustycznej, podobnie jak i doskonała melodia, są także w oryginale. Bez wątpienia jest to jedna z najwspanialszych kompozycji w całym dorobku Boba. I tak naprawdę to jedno nagranie wystarczyło, by cały album wszedł do kanonu. Ale udanej muzyki jest tu więcej, żeby wspomnieć tylko o "As I Went Out One Morning", wyróżniającym się bardzo fajną partią basu i wyrazistą linią wokalną, urokliwych "I Dreamed I Saw St. Augustine"  i "I Pity the Poor Immigrant", przejmującym bluesie "Dear Landlord", czy najbardziej żywiołowym "The Wicked Messenger". Najmniej przekonuje mnie natomiast końcówka albumu: "Down Along the Cove" oraz "I'll Be Your Baby Tonight", utrzymane w stylu country i stanowiące wyraźną zapowiedź kolejnego wydawnictwa o wszystko mówiącym tytule "Nashville Skyline". Jednak nawet tych mniej udanych kawałków słucham z pewną przyjemnością.

W czasach, gdy wielu popularnych wykonawców szło w kierunku bardziej rozbudowanego brzmienia, Bob Dylan nagrał najbardziej ascetyczny album od paru lat. Dobre kompozycje bronią się jednak nawet przy najskromniejszych środkach wyrazu, a dobrych kompozycji tutaj nie brakuje.  Oczywiście, najjaśniejszym punktem jest "All Along the Watchtower", ale trafiło tu tez co najmniej pięć innych bardzo dobrych utworów - a to już połowa albumu. Reszta aż tak dobra nie jest, ale wciąż jest to naprawdę fajne granie.

Ocena: 7/10



Bob Dylan - "John Wesley Harding" (1967)

1. John Wesley Harding; 2. As I Went Out One Morning; 3. I Dreamed I Saw St. Augustine; 4. All Along the Watchtower; 5. The Ballad of Frankie Lee and Judas Priest; 6. Drifter's Escape; 7. Dear Landlord; 8. I Am a Lonesome Hobo; 9. I Pity the Poor Immigrant; 10. The Wicked Messenger; 11. Down Along the Cove; 12. I'll Be Your Baby Tonight

Skład: Bob Dylan - wokal, gitara, harmonijka, pianino; Charlie McCoy - gitara basowa; Kenneth A. Buttrey - perkusja
Gościnnie: Pete Drake - gitara pedal steel (11,12)
Producent: Bob Johnston


10 kwietnia 2020

[Recenzja] Ornette Coleman - "Of Human Feelings" (1979)



"Of Human Feelings" to ukoronowanie harmolodycznych eksperymentów Ornette'a Colemana. Koncepcja testowana przez saksofonistę już na dwóch poprzednich albumach nagranych z grupą Prime Time, "Dancing in Your Head" i "Body Meta", tutaj dała chyba najbliższy zamierzeniom efekt. Podział na harmonię, melodię i rytm uległ kompletnemu zatarciu. Zniwelowane zostało także rozróżnienie na instrumenty solowe i rytmiczne, gdyż wszyscy instrumentaliści improwizują tu przez cały czas, niby niezależnie od siebie, ale wyraźnie reagując na grę pozostałych. Wreszcie jest to muzyka ponadgatunkowa - czerpiąca z free jazzu, funku i rocka, będąca każdym z nich w takim samym stopniu. Pogodzono tu nawet artystyczną bezkompromisowość z użytkową atrakcyjnością, a żadna z tych cech nie traci na obecności drugiej.

Dosłownie wszystko spaja się tu w bardzo spójną całość. Może aż nadto spójną, bo żaden z ośmiu zamieszczonych tu utworów nie wyróżnia się na tle pozostałych, wręcz trudno je od siebie odróżnić. Można to potraktować jako zarzut, a można też jako zaletę, bo "Of Human Feelings" ani na chwilę nie schodzi z bardzo wysokiego poziomu. To taki album, który albo spodoba się w całości, albo nie spodoba się wcale. Inna sprawa to jak bardzo się spodoba. Mnie bardziej jednak przekonują dwa poprzednie wydawnictwa Colemana, utrzymane w tym samym stylu, może jeszcze nie do końca dopracowanym, ale dzięki temu bardziej różnorodne i wyraziste. Na "Of Human Feelings" brakuje mi czegoś, do czego chciałbym wracać.

Ocena: 7/10



Ornette Coleman - "Of Human Feelings" (1979)

1. Sleep Talk; 2. Jump Street; 3. Him and Her; 4. Air Ship; 5. What Is the Name of That Song?; 6. Job Mob; 7. Love Words; 8. Times Square

Skład: Ornette Coleman - saksofon altowy; Bern Nix - gitara; Charlie Ellerbee - gitara; Jamaaladeen Tacuma - gitara basowa; Denardo Coleman - perkusja; Calvin Weston - perkusja
Producent: Ornette Coleman


8 kwietnia 2020

[Recenzja] Heldon - "Stand By" (1979)



Heldon zakończył lata 70. i swoją działalność* w wielkim stylu - publikując najlepszy album w karierze i jedno z ciekawszych wydawnictw schyłku wspomnianej dekady. Znana z poprzednich płyt mieszanka progresywnej elektroniki i ambitnego rocka, na "Stand By" została doprowadzona do perfekcji. Longplay zawiera tylko trzy nagrania: dwie rozbudowane formy i jeden dużo krótszy utwór. Całość została zarejestrowana w kwietniu i październiku 1978 roku przez kwartet złożony z Richarda Pinhasa, Patricka Gauthiera, François Augera oraz Didiera Batarda. W dwóch nagraniach wsparł ich Klaus Blasquiz, oryginalny wokalista francuskiej grupy Magma.

Wypełniający całą pierwszą stronę winylowego wydania, blisko 22-minutowy "Bolero" (podpisany przez Pinhasa i Augera) składa się, według opisu na okładce, z ośmiu części. Bardziej uzasadniony wydawałby się jednak podział na dwie, mniej więcej równe części. Pierwsza połowa nagrania zdominowana jest bowiem przez elektroniczne dźwięki generowane przez Pinhasa i Gauthiera, doskonale zespojone z perkusyjnym popisem Augera. Zespół wzbogacił swoje instrumentarium o niestosowane dotąd urządzenia, jak wokoder (głosu udzielił Blasquiz) i przede wszystkim wykorzystany na szeroką skalę sekwencer - zapętlone, ulegające stopniowym przetworzeniom dźwięki nasuwają wyraźne skojarzenia z tzw. Szkołą Berlińską, jednak w wydaniu Heldon brzmi to znacznie mroczniej i bardziej surowo. W drugiej połowie dochodzą do tego charakterystyczne solówki gitarowe Pinhasa (w których wciąż pobrzmiewa inspiracja Robertem Frippem) oraz podkreślające transowy klimat, wyraziste partie basu Batarda.

Proporcje odwracają się w czternastominutowym utworze tytułowym (autorstwa Pinhasa). Tym razem zdecydowanie dominuje ciężkie, gitarowe brzmienie - bardzo mocno kojarzące się ze stylem King Crimson z okresu 1972-74 i spokojnie mogące przypaść do gustu słuchaczom hard rocka czy metalu. Elektronika tym razem stanowi raczej dodatek, choć bardzo potrzebny, żeby album zachował spójność. Świetny jest wolniejszy fragment, w którym zapętlone dźwięki Mini-Mooga pełnią rolę akompaniamentu dla wyjątkowo melodyjnej, jak na Pinhasa, gitarowej solówki. Daje chwilę wytchnienia od potężnych riffów dominujących w tym nagraniu. Całości dopełnia zaledwie czterominutowy "Une Drôle De Journée" (napisany przez Gauthiera). Pomimo radiowej długości, dzieje się tutaj więcej, niż w pozostałych utworach. Nagranie charakteryzuje połamana rytmika, liczne kontrapunkty, brak określonej struktury. Słychać podobieństwa do Magmy (nie tylko za sprawą krótkiej wokalizy Blasquiza), Franka Zappy lub Gentle Giant, tylko brzmienie jest nieco bardziej elektroniczne.

Każdy z trzech utworów zawartych na "Stand By" wprowadza coś nowego do twórczości Heldon, wszystkie posiadają swój indywidualny charakter, ale też tworzą bardzo spójną całość, która nie wzięła się znikąd, lecz jest logicznym rozwinięciem poprzednich wydawnictw sygnowanych tą nazwą. Znamienne jest to, że im bardziej Heldon przestawał być solowym projektem Pinhasa, a stawał pełnoprawnym zespołem, tym więcej na tym zyskiwał. "Stand By" to jedyny album wydany pod tym szyldem, na którym wszystkie utwory zostały zarejestrowane przez pełen, niezmienny skład. Gauthier, Auger i Batard wnieśli tu naprawdę wiele jako instrumentaliści (dwaj pierwsi także jako kompozytorzy). To właśnie zespołowa praca, wzajemna interakcja muzyków, uczyniła ten longplay tak dobrym. I z jednej strony szkoda, że nie pociągnęli tego trochę dłużej i nic już razem nie nagrali. A z drugiej strony, o takim zakończeniu kariery większość twórców może tylko marzyć.

Ocena: 10/10

*Richard Pinhas wrócił na krótko do tego szyldu na początku obecnego wieku, wydając pod tą nazwą wyjątkowo słaby, niemający praktycznie nic wspólnego (poza obecnością Pinhasa) z wcześniejszą twórczością album "Only Chaos Is Real", utrzymany w stylistyce sztampowego, popularnego w tamtym okresie rocka "industrialnego". Najlepiej zignorować istnienie tego czegoś i uznać, że studyjna dyskografia Heldon kończy się na "Stand By".



Heldon - "Stand By" (1979)

1. Bolero; 2. Une Drôle De Journée; 3. Stand By

Skład: Richard Pinhas - gitara, syntezatory, wokoder; Patrick Gauthier - instr. klawiszowe; Didier Batard - gitara basowa; François Auger - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Klaus Blasquiz - wokal (1,2)
Producent: Richard Pinhas i François Auger


6 kwietnia 2020

[Recenzja] This Heat - "Health and Efficiency" (1980)



"Health and Efficiency" to tylko EPka. Dwa utwory, niespełna dwadzieścia minut muzyki. Dlaczego zatem poświęcam czas i miejsce na to wydawnictwo? Ponieważ doskonale została tutaj uchwycona  ewolucja zespołu. Słuchając długogrającego debiutu This Heat, a następnie "Deceit", można się zdziwić, jak bardzo zmieniła się muzyka tria pomiędzy jego dwoma albumami, których wydanie dzieli tylko dwa lata. "Health and Efficiency" pokazuje, że ten zwrot stylistyczny nie nastąpił nagle, lecz był efektem stopniowego i logicznego rozwoju. To właśnie to skromne wydawnictwo spaja całą (także bardzo skromną) dyskografię zespołu w sensowną całość.

Muzyka stała się tutaj odrobinę bardziej przystępna, ale wcale nie mniej ambitna. Pierwsze dwie minuty utworu tytułowego zaskakują wyrazistą melodią i optymizmem, choć intensywne partie instrumentalne przygotowują pod dalszą, eksperymentalną część, z zapętloną perkusją, nerwową gitarą i przeróżnymi efektami dźwiękowymi. Mieszają się tutaj przeróżne wpływy: post-punk, avant-prog, krautrock, industrial, a także muzyka elektroakustyczna i konkretna, tworząc razem niezwykle spójną całość. Zupełnym przeciwieństwem tego hałaśliwego, intensywnego i szalonego nagrania jest druga z zamieszczonych tu kompozycji: ambientowa "Graphic/Varispeed", zbudowana na dronowych dźwiękach organów. Utwory o podobnym charakterze i klimacie można znaleźć i na eponimicznym debiucie (szczególnie "Diet of Worms") i na "Deceit" ("Hi Baku Shyo"), jednak w nie aż tak minimalistycznym wydaniu.

"Health and Efficiency" to pozycja, której zdecydowanie nie powinno się ignorować, doskonale uzupełniająca i wzbogacająca dyskografię This Heat. Trochę może szkoda, że całość trwa tylko dziewiętnaście minut, ale za to otrzymujemy tu samą esencję, bez niepotrzebnego rozwadniania.

Ocena: 8/10



This Heat - "Health and Efficiency" (1980)

1. Health & Efficiency; 2. Graphic/Varispeed

Skład: Charles Bullen - gitara, klarnet, altówka, perkusja, taśmy, wokal; Charles Hayward - perkusja, instr. klawiszowe, gitara, gitara basowa, taśmy, wokal; Gareth Williams - gitara basowa, instr. klawiszowe, taśmy, wokal
Producent: David Cunningham


4 kwietnia 2020

[Recenzja] Penderecki, Don Cherry & The New Eternal Rhythm Orchestra ‎- "Actions" (1971)



Przed kilkoma dniami zmarł Krzysztof Penderecki - jeden z najwybitniejszych polskich kompozytorów i jeden z największych twórców XX wieku. Szczególnie interesujące wydają mi się jego dzieła z początków działalności, będące wspaniałym przykładem poważnej awangardy, a ściślej mówiąc, muzyki sonorystycznej. To właśnie z tego okresu pochodzi słynny "Tren - Ofiarom Hiroszimy", przeznaczony na 52 instrumenty smyczkowe, z których część dźwięków wydobywana jest w niekonwencjonalny, wówczas nowatorski sposób. Ówczesne dokonania kompozytora do dziś są chętnie wykorzystywane przez filmowców - znalazły się na ścieżkach dźwiękowych dzieł takich reżyserów, jak Stanley Kubrick ("Lśnienie"), William Friedkin ("Egzorcysta"), Martin Scorsese ("Wyspa tajemnic") czy David Lynch ("Inland Empire", trzeci sezon "Twin Peaks"), podkreślając w nich nastrój grozy. Począwszy od wczesnych lat 70., Penderecki zaczął tworzyć bardziej przystępną, komunikatywną, ale nie mniej wartościową muzykę.

Niewiele mówi się natomiast o pewnym niewielkim, ale ciekawym epizodzie w karierze Krzysztofa Pendereckiego. W 1971 roku kompozytor przygotował bowiem utwór na... orkiestrę freejazzową. Była to próba połączenia dwóch zupełnie różnych światów: starannie zaplanowanej muzyki klasycznej i stawiającego na spontaniczną improwizację free jazzu. Kompozycja "Actions" powstała na zamówienie Joachima Ernsta Berendta, niemieckiego dziennikarza i producenta silnie związanego ze sceną jazzową. Berendt zebrał też zespół, który miał wykonać ową kompozycję. W składzie "The New Eternal Rhythm Orchestra" znaleźli się czołowi przedstawiciele (głównie) europejskiej muzyki improwizowanej. Byli to: trębacze Tomasz Stańko, Manfred Schoof i Kenny Wheeler, puzoniści Albert Mangelsdorff i Paul Rutherford, saksofoniści Peter Brötzmann, Gerd Dudek i Willem Breuker, grający na flecie i klarnecie basowym Gunter Hampel, organista Fred Van Hove, gitarzysta Terje Rypdal, basiści Peter Warren i Buschi Niebergall, a także perkusista Han Bennink. Wykonanie odbyło się 17 października 1971 roku podczas Donaueschingen Music Festival. W dyrygenta wcielił się sam Penderecki i był to jego debiut w tej roli.

Kompozytor przechodził w tamtym czasie krótkotrwałą fascynację improwizatorskimi i technicznymi umiejętnościami muzyków jazzowych. Sam jednak nie najlepiej odnajdywał się w takim podejściu. Po latach zresztą przyznawał: Lubię, kiedy utwór jest zagrany dokładnie w taki sposób, jak został zapisany. A jazz to improwizacja, w której nie czuję się zbyt dobrze. (…) Cenię i znam wybitnych muzyków, którzy potrafią niesamowicie improwizować. Tylko że ja komponuję inaczej i inaczej pracuję. I nie czuję potrzeby tego zmieniać [1]. Choć przynajmniej fragmenty utworu zostały starannie skomponowane, wszystko szybko wymknęło się spod kontroli. Tomasz Stańko wspominał występ w następujący sposób: Prawie w ogóle nie było przestrzeni na improwizację. Tylko, niestety, nie wszyscy czytaliśmy dobrze te kwity. I w związku z tym w naturalny sposób improwizacja przejęła kontrolę. Wydaje mi się, że Penderecki nie był zadowolony z tego występu. Nie miał takiej kontroli, jakiej oczekiwał. On jest kompozytorem, który chce mieć całkowitą kontrolę nad swoją muzyką, a tu wszystko się wymknęło. Tam grali nierzadko muzycy o specyficznym brzmieniu, o dosyć swobodnym podejściu do notacji. Nikt z nas nie jest mistrzem czytania. (,,,) A tu były trudne nuty. I jeszcze niesforni, muzyczni anarchiści. Pamiętam taki moment, że miało być krótkie solo bębnów Hana Benninka. Bennink na próbie słuchał, jak go Penderecki wypuszczał na kilkanaście sekund, całkowicie szedł za jego ręką, ale na koncercie bezczelnie odwrócił głowę i sobie pograł. Anarchia free jazzmanów wzięła górę [2].

Krzysztof Penderecki (23.11.1933 - 29.3.2020)

Choć można tutaj wyłapać pewne punkty styczne z sonorystyczną twórczością Pendereckiego, jak niekonwencjonalne wydobywanie dźwięków, to ostatecznie "Actions for Free Jazz Orchestra" nie różni się specjalnie od tego, co w tamtym czasie grały inne freejazzowe orkiestry, jak Globe Unity Orchestra Alexandra von Schlippenbacha, Jazz Composer's Orchestra Carli Bley i Michaela Mantlera, lub też London Jazz Composers Orchestra Barry'ego Guya. Jako kolektywna improwizacja dużego składu, "Actions" sprawdza się znakomicie, pokazując duże umiejętności instrumentalistów oraz interesujące, bogate brzmienie. Ale pierwotnego zamiaru - połączenia free jazzu z muzyką klasyczną - nie udało się zrealizować. Zapewne nie jest to w ogóle możliwe, ze względu na wykluczające się wzajemnie cechy tych dwóch rodzajów muzyki - elementy którejś z nich zawsze będą wyraźnie przeważać. Szybko zdał sobie z tego sprawę Penderecki, który nie podejmował już kolejnych prób skomponowania utworu wykorzystującego improwizację. Samo "Actions for Free Jazz Orchestra" zostało praktycznie od razu zapomniane, pomimo pozytywnej reakcji uczestników festiwalu. Do drugiego wykonania doszło dopiero w 2018 roku, gdy na warsztat wzięła go dowodzona przez Matsa Gustafssona grupa Fire! Orchestra. Wykonanie odbyło się podczas szesnastej edycji krakowskiego festiwalu Sacrum Profanum, a jego zapis został wydany na płycie zaledwie miesiąc temu, pod koniec lutego.

Oryginalne wykonanie "Actions for Free Jazz Orchestra" można natomiast znaleźć na albumie "Actions", opublikowanym prawdopodobnie już w 1971 roku. Warto jednak zauważyć, że to 16-minutowe nagranie zajmuje jedynie część płyty winylowej. Longplay zawiera także inne fragmenty tego samego występu The New Eternal Rhythm Orchestra - już bez udziału Krzysztofa Pendereckiego, za to z trębaczem Donem Cherrym jako liderem (część źródeł podaje, że muzyk zagrał także w "Actions", ale inne temu przeczą). To zresztą właśnie od jednego z jego albumów, "Eternal Rhythm" z 1969 roku, skład zaczerpnął swoją nazwę. Mamy tu zatem dwa dodatkowe nagrania: rozbudowaną improwizację podpisaną przez Cherry'ego "Humus - The Life Exploring Force", a także znacznie już krótsza interpretacji tradycyjnej pieśni hindustańskiej "Sita Rama Encores". Wpływy muzyki z półwyspu indyjskiego, podkreślane partiami tambury i mantrowymi wokalami, spotykają się tutaj z freejazzową improwizacją. W porównaniu z kompozycją tytułową wyraźnie słychać, że skomponowane tematy są znacznie prostsze, więcej też tutaj przestrzeni i swobody. Nagrania te wydają się też trochę przystępniejsze - w "Humus..." fragmenty, w których kilku solistów jednocześnie improwizuje, lub pojawiają się agresywne przedęcia, są tu równoważone bardziej klimatycznymi momentami, natomiast "Sita Rama Encores" to niemalże czysta muzyka hindustańska, dopiero w samej końcówce nabierająca freejazzowego charakteru.

Album "Actions" to zapis bardzo ciekawego wydarzenia. Jest to jednak wydawnictwo raczej dla wielbicieli free jazzu, niż miłośników twórczości Krzysztofa Pendereckiego, dla których będzie to raczej tylko ciekawostka, niż coś budzącego zachwyt (chyba, że jednocześnie są słuchaczami jazzu). Dlaczego zatem wybrałem właśnie ten longplay do uczczenia pamięci o kompozytorze? Ponieważ jest on najbliższy muzyki, jakiej sam chętnie słucham. Nie wykluczam jednak, że w przyszłości mogę bardziej zainteresować się XX-wieczną muzyką poważną i zacząć tu o niej pisać. Powoli już zmierzam w tym właśnie kierunku. 

Ocena: 8/10

[1] Penderecki Krzysztof, Jestem za ACTA. Chodzi o zasady, a kraść nie wolno, rozm. przeprowadził Robert Ziembiński, 8 kwietnia 2012r. [dostęp online: 3.04.2020r.]
[2] Stańko Tomasz i Księżyk Rafał, Desperado. Autobiografia, Wydawnictwo Literackie, 2010r.



Penderecki, Don Cherry & The New Eternal Rhythm Orchestra ‎- "Actions" (1971)

1. Humus - The Life Exploring Force; 2. Sita Rama Encores; 3. Actions for Free Jazz Orchestra

Skład: Don Cherry - trąbka, flet i wokal (1,2); Krzysztof Penderecki - dyrygent (3); Tomasz Stańko - trąbka, kornet; Kenny Wheeler - trąbka, kornet; Manfred Schoof - trąbka, kornet;  Albert Mangelsdorff - puzon; Paul Rutherford - puzon; Peter Brötzmann - saksofon tenorowy, saksofon barytonowy; Gerd Dudek - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Willem Breuker - saksofon tenorowy, klarnet; Gunter Hampel - flet, klarnet basowy; Terje Rypdal - gitara; Buschi Niebergall - kontrabas; Peter Warren - kontrabas, gitara basowa; Han Bennink - perkusja i instr. perkusyjne; Fred Van Hove - pianino (1), organy (3); Moki Cherry - tambura (1,2); Loes Hamel - wokal (1)
Producent: Joachim Ernst Berendt


2 kwietnia 2020

[Recenzja] Area - "Crac!" (1975)



Trzeci album włoskiego zespołu kontynuuje kierunek obrany na "Arbeit macht frei" i "Caution Radiation Area", łącząc rock progresywny z jazz-rockiem, free jazzem i awangardowymi eksperymentami. Tym razem największym zaskoczeniem jest jednak nagranie, w którym zespół wypada zadziwiająco konwencjonalnie. "Gioia e Rivoluzione" to właściwie poprockowy kawałek, z piosenkową strukturą, wyrazistą melodią oraz brzmieniem zdominowanym przez pianino, akustyczną gitarę i syntezator. Gdyby nie charakterystyczna barwa głosu Demetrio Stratosa, nie sposób byłoby rozpoznać czyj to utwór. Choć nawet wokalista śpiewa tu w bardziej zachowawczy sposób, nie pokazując pełni swoich umiejętności. Fajnie, że zespół był tak wszechstronny, ale powinien to być raczej niealbumowy singiel. Na longplayu jest zupełnie wyrwany z kontekstu i nie wpływa najlepiej na jego spójność.

Na zupełnie przeciwnym biegunie mieści się "Area 5" - freejazzowa improwizacja ze swobodnymi, pozornie niezależnymi od siebie partiami pianina (trochę w stylu Cecila Taylora), kontrabasu, perkusji oraz zgrzytliwej gitary (przypominającej Sonny'ego Sharrocka lub wczesnego Terjego Rypdala), a także okrzykami Stratosa. Oprócz tych dwóch skrajnych podejść, na "Crac!" znalazło się też miejsce na nagrania bardziej wyważone - przystępniejsze od "Area 5", a zarazem ambitniejsze od "Gioia e Rivoluzione". "L'Elefante Bianc" przypomina utwory otwierające oba poprzednie albumy, za sprawą zestawienia sporej chwytliwości, silnego wpływu muzyki arabskiej oraz złożonej rytmiki. Nieco funkujący, w znacznej części instrumentalny "La Mela Di Odessa" zdaje się natomiast nawiązywać do tendencji panujących w ówczesnym fusion (na szczęście bez plastikowego brzmienia). Naprawdę ciekawie robi się jednak dopiero w "Megalopoli" oraz w pełni instrumentalnych "Nervi Scoperti" i "Implosion", w których jazzowy idiom przeważa nad prog-rockowym. Nie brakuje w nich porywających improwizacji, w których muzycy mogą w pełni pokazać swój kunszt, jest też trochę ciekawych rozwiązań brzmieniowych lub aranżacyjnych.

"Crac!" to wciąż bardzo dobre granie, jednak mam wobec niego dwa dość poważne zarzuty. Pierwszy dotyczy nagrania "Gioia e Rivoluzione", które niespecjalnie pasuje do reszty albumu i trochę też obniża jego poziom. Drugi wynika natomiast stąd, że pomijając ten kawałek i "Area 5", wszystkie pozostałe utwory właściwie nie wnoszą nowych rozwiązań do twórczości zespołu. Spokojnie mogłyby znaleźć się na poprzednim wydawnictwie, albo nawet na debiucie. Nie odstawałyby tam ani poziomem, ani stylistyką. Ale wzbogaciłyby je tylko (lub aż) o kilka minut porywającej muzyki więcej. Jest to longplay, który z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim wielbicielom ambitniejszego rocka oraz miłośnikom awangardowego jazzu. Jednakże poprzednie dzieła grupy cenię bardziej.

Ocena: 8/10



Area - "Crac!" (1975)

1. L'Elefante Bianco; 2. La Mela Di Odessa; 3. Megalopoli; 4. Nervi Scoperti; 5. Gioia e Rivoluzione; 6. Implosion; 7. Area 5

Skład: Demetrio Stratos - wokal, organy, klawesyn, instr. perkusyjne; Giampaolo Tofani - gitara, syntezator, flet; Patrizio Fariselli - pianino, pianino elektryczne, syntezator, klarnet basowy, instr. perkusyjne; Ares Tavolazzi - gitara basowa, kontrabas, puzon; Giulio Capiozzo - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Area