31 marca 2019

[Blog] Looking Back: Marzec 2019

W tym miesiącu daję zdjęcie Johna Mayalla, który w marcu zagrał dwa koncerty w Polsce, a recenzja jego najnowszego albumu, "Nobody Told Me" - choć opublikowana jeszcze w lutym - była jednym z najchętniej czytanych tekstów.



Ledwo dwa miesiące temu informowałem o rekordowej liczbie wejść, która po raz pierwszy przekroczyła 50 tysięcy. W marcu pobity został kolejny rekord i liczba wyświetleń przekroczyła 60 tysięcy. W sumie opublikowanych zostało 16 nowych recenzji (lista), a 12 starszych zostało poprawione. Poniżej lista najchętniej czytanych w tym miesiącu tekstów (stan na 30 marca):

  1. Manuel Göttsching - "E2-E4" (1984)
  2. Charles Mingus - "The Black Saint and the Sinner Lady" (1963)
  3. John Mayall - "Nobody Told Me" (2019)
  4. Morning Glory - "Morning Glory" (1973)
  5. Alameda 5 - "Eurodrome" (2019)
  6. Matching Mole - "Matching Mole" (1972)
  7. Wayne Shorter - "Odyssey of Iska" (1971)
  8. Joy Division - "Substance" (1988)
  9. Pharoah Sanders - "Thembi" (1971)
  10. National Health - "Of Queues and Cures" (1978)
Płyt nie przybyło mi wiele, bo stawiam przede wszystkim na jakość. A to, niestety, przekłada się na problemy z dostępnością i kosztami. Udało mi się jednak zdobyć na winylach dwa długo poszukiwane longplaye: "Nosferatu: Brüder des Schattens - Söhne des Lichts" Popol Vuh oraz "Love, Love" Juliana Priestera.

I na koniec, tradycyjnie, playlista. Całość jest eklektyczna i nie ma zbyt wiele sensu, ale może będzie dodatkową zachętą do sięgnięcia po opisywanie przeze mnie albumy. Podobnie jak w poprzednim miesiącu, starałem się wybrać krótsze utwory, pamiętając jednak o jakości. Brakuje przedstawiciela "E2-E4" (cały album to praktycznie jeden długi utwór, więc bez sensu byłoby zamieszczać fragment) i "Love, Love" (album zawiera tylko dwa ok. 20-minutowe utwory). Pozostali wykonawcy, o których w tym miesiącu pisałem lub których album kupiłem, a także honorowy bohater tego podsumowania - John Mayall, są reprezentowani na playliście.


30 marca 2019

[Recenzja] Bobby Hutcherson - "Dialogue" (1965)



Wibrafon nie należy do najczęściej stosowanych instrumentów. Zwłaszcza obecnie wydaje się reliktem przeszłości (choć jego historia zaczęła się ledwie sto lat temu). Znalazł jednak zastosowanie w wielu gatunkach muzycznych, przede wszystkim w jazzie. W latach 60. wielu z tych jazzmanów, którzy poszukiwali nowych środków artystycznego wyrazu, chętnie wzbogacało brzmienie o wibrafon, pełniący rolę instrumentu harmonicznego (często zastępując nim pianino). Jednym z najbardziej rozchwytywanych wibrafonistów był Bobby Hutcherson. Jazzem interesował się od najmłodszych lat, początkowo próbując sił jako saksofonista, trębacz i pianista. Jednak dopiero usłyszenie nagrań wibrafonisty Milta Jacksona wskazało mu właściwą drogę.

Jak wielu innych jazzowych muzyków w tamtym czasie, Hutcherson przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie szybko zwrócił na siebie uwagę. W pierwszej połowie lat 60. współpracował m.in. z Erikiem Dolphym (np. "Out to Lunch"), Tonym Williamsem ("Life Time"), Jackiem McLeanem ("One Step Beyond"), Grantem Greenem ("Idle Moments"), Andrewem Hillem ("Judgement!") i Grachanem Moncurem III ("Evolution"). Wszystkie te albumy ukazały się nakładem legendarnej Blue Note. A ponieważ spotkały się z uznaniem słuchaczy oraz krytyki, było kwestią czasu, by przedstawiciele wytwórni zaproponowali Hutchersonowi nagranie własnego albumu. Muzyk już wcześniej, w grudniu 1963 roku, odbył jedną sesję w roli lidera (w studiu towarzyszyli mu wówczas m.in. Joe Henderson i Grant Green), jednak jej efekt ukazał się dopiero w 1999 roku, na albumie "The Kicker". Jego debiutanckim albumem jest natomiast "Dialogue", zarejestrowany 3 kwietnia 1965 roku w Van Gelder Studio, w prawdziwie gwiazdorskiej obsadzie - w nagraniach wzięli udział Freddie Hubbard, Sam Rivers, Andrew Hill, Richard Davis i Joe Chambers.

Dość znamienne jest to, że w repertuarze longplaya nie ma ani jednej kompozycji lidera. Materiał został napisany przez Chambersa ("Idle While", "Dialogue") i Hilla (pozostałe utwory, włącznie z dodanym na kompaktowej reedycji "Jasper"). Co więcej, album mógłby praktycznie być sygnowany nazwiskiem któregokolwiek z grających na nim muzyków, gdyż żaden z instrumentów nie dominuje tu nad pozostałymi - tutaj liczy się zespołowa współpraca, choć oczywiście nie brakuje również solowych popisów. Brzmienie wibrafonu wydaje się jednak centralnym elementem. To Hutcherson trzyma w ryzach tych wszystkich wybitnych muzyków - nienachalnie, ale stanowczo wyznaczając kierunek ich gry.

Album zaczyna się od utrzymanego w latynoskim klimacie "Catta", z chwytliwym tematem i tanecznym rytmem na 8/4, ale także z solówkami Riversa i Hubbarda wyraźnie ciążącymi w stronę free jazzu. "Idle While" to bardziej nastrojowe nagranie w rytmie walca, o nieco onirycznym charakterze, tworzonym głównie przez partie fletu, wibrafonu i kontrabasu. Dla lepszego efektu zrezygnowano tu z pianina, dzięki czemu utwór zyskał więcej swobody. W "Les Noirs Marchant" i najdłuższym tutaj utworze tytułowym, trwającym niemal dziesięć minut, sekstet jeszcze dalej zapuszcza się w takie swobodne, oniryczne granie o niemal freejazzowym charakterze. W tych dwóch nagraniach zespół osiągnął mistrzostwo, zarówno w kreowaniu intrygującego klimatu, jak i zespołowej integracji. Finałowy (w wersji winylowej), dość konwencjonalny na tle całości "Ghetto Light" to już tylko (lub aż) bardzo ładne wyciszenie. Nie powinno natomiast dziwić nieuwzględnienie na oryginalnym wydaniu nagranego podczas tej samej sesji "Jasper", zbudowanego na swingującej grze sekcji rytmicznej, przez co brzmi wręcz archaicznie w porównaniu z pozostałymi utworami (mimo starań Riversa, by nadać mu odrobinę freejazzowego charakteru).

"Dialogue" pozostaje najsłynniejszym longplayem Bobby'ego Hutchersona, a przez wielu krytyków i słuchaczy uznawany jest także za najlepszy. Z tym ostatnim mógłbym polemizować, gdyż muzyk nagrał później kilka bardzo oryginalnych i wybitnych albumów. Niemniej jednak, "Dialogue" jest jednym z najwspanialszych dzieł awangardowego jazzu, interesująco rozwijającym pomysły Erica Dolphy'ego i innych innowatorów jazzu. 

Ocena: 9/10



Bobby Hutcherson - "Dialogue" (1965)

1. Catta; 2. Idle While; 3. Les Noirs Marchant; 4. Dialogue; 5. Ghetto Lights

Skład: Bobby Hutcherson - wibrafon, marimba; Freddie Hubbard - trąbka; Sam Rivers  saksofon tenorowy (1,6), flet (2,3), klarnet basowy (4), saksofon sopranowy (5); Andrew Hill - pianino; Richard Davis - kontrabas; Joe Chambers - perkusja
Producent: Alfred Lion


28 marca 2019

[Recenzja] Embryo - "Father, Son And Holy Ghosts" (1972)



Okres po wydaniu "Embryo's Rache" był niezwykle dla zespołu niezwykle pracowity. W ciągu ośmiu miesięcy, począwszy od września 1971 roku, Embryo zarejestrował materiał na aż trzy albumy. Udało się to pomimo licznych zmian w składzie, jakie nastąpiły w tym okresie. Jeszcze przed przystąpieniem do nagrań odszedł flecista Hansi Fischer, a po dołączeniu basisty Davida Kinga, Roman Bunka przerzucił się na gitarę, by w trakcie tych sesji zastąpił go Siegfried Schwab. Ponadto, przez skład przewinęli się klawiszowcy Mal Waldron i Jimmy Jackson, jak również basista Jörg Evers. Jedynymi muzykami, biorącymi udział we wszystkich nagraniach, byli Christian Burchard, Edgar Hofmann i David King.

Ówczesny wydawca zespołu, United Artists Records, uznał większość materiału za zbyt mało komercyjny i zgodził się opublikować tylko jeden album (pozostałe nagrania zostały opublikowane w następnym roku przez wytwórnię Brain na albumach "Steig Aus" i "Rocksession"). Na "Father, Son And Holy Ghosts" trafiły utwory zarejestrowane przez kwartet Burchard, Hofmann, Schwab i King. Udział gitary nie oznacza powrotu do stylistyki debiutanckiego "Opal". To raczej rozwinięcie "Embryo's Rache". Dominują instrumentalne utwory o jazzrockowym charakterze. Partie wokalne pojawiają się tylko w "The Special Trip" i "Free". Gitara i (nierzadko przesterowany) bas nadają muzyce bardziej rockowego brzmienia, natomiast partie skrzypiec, perkusjonalii i indyjskich instrumentów dodają orientalnego klimatu. Sporadycznie pojawia się też dźwięki fletu i saksofonu sopranowego. Największe wrażenie robią te najbardziej swobodne, rozbudowane utwory, w których muzycy maja okazję do pokazania swoich umiejętności ("The Special Trip", "King Insano", "The Sun Song", a zwłaszcza "Forgotten Sea"). Na albumie znalazły się też dwie nastrojowe miniatury ("Nightmares", "Marimbaroos") . Wszystko składa się tu w bardzo spójną i równą całość.

"Father, Son And Holy Ghosts" nie należy do ścisłej czołówki moich ulubionych albumów Embryo, jednak zespół po prostu nagrał tyle świetnych longplayów, że niektóre z nich muszą być poza podium. Grupa była wówczas w fantastycznej formie, co przynajmniej częściowo było zasługą licznych zmian składu i świeżego podejściu wnoszonego przez nowych muzyków. Warto dodać, że do ówczesnego grona wielbicieli zespołu zaliczał się sam Miles Davis.

Ocena: 8/10



Embryo - "Father, Son And Holy Ghosts" (1972)

1. The Special Trip; 2. Nightmares; 3. King Insano; 4. Free; 5. The Sun Song; 6. Marimbaroos; 7. Forgotten Sea

Skład: Edgar Hofmann - skrzypce, saksofon sopranowy; Siegfried Schwab - gitara, wina, tarang; David King - bass, flet, marimba, wokal; Christian Burchard - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Embryo


26 marca 2019

[Recenzja] Return to Forever - "Where Have I Known You Before" (1974)



Zanim zespół przystąpił do nagrywania tego albumu, doszło do kolejnej zmiany składu. Bill Connors postanowił odejść, gdyż nie był zwolennikiem elektrycznego brzmienia ani tras koncertowych. Ponadto, nie dogadywał się ponoć najlepiej z Chickiem Coreą. Jego następcą został wówczas 19-letni Al Di Meola. W ten sposób powstał najsłynniejszy i najtrwalszy skład Return to Forever, mający na koncie w sumie trzy albumy. Pierwszy z nich, czyli właśnie "Where Have I Known You Before", został zarejestrowany latem 1974 roku w nowojorskim Record Plant Studio.

Pod względem stylistycznym, album stanowi bezpośrednią kontynuację poprzedniego w dyskografii "Hymn of the Seventh Galaxy". Dalej słyszalna jest inspiracja Mahavishnu Orchestra i rockiem progresywnym. Wciąż dominuje brzmienie elektrycznych instrumentów, nadające właśnie rockowego charakteru. Ale doszły też nowe elementy. Przede wszystkim, jest to pierwszy album, na którym Corea sięgnął po syntezatory - Minimooga i ARP Odyssey. Tutaj jeszcze korzystał z nich z umiarem i dobrym smakiem, dzięki czemu ich brzmienie dość dobrze zniosło próbę czasu. Wzbogacenie w ten sposób palety dźwiękowej wyszło temu albumowi na dobre.

Drugim udanym urozmaiceniem jest umieszczenie na longplayu trzech akustycznych miniaturek, skomponowanych i zagranych przez samego lidera ("Where Have I Loved You Before", "Where Have I Danced with You Before" i "Where Have I Known You Before"). Dodają one całości przestrzeni i przynoszą odrobinę wytchnienia pomiędzy bardziej intensywnymi utworami. Instrumentaliści, włącznie z młodym gitarzystą, są prawdziwymi wirtuozami, jednak w tych dłuższych utworach nie dają o tym ani przez chwilę zapomnieć, co na dłuższą metę bywa męczące. Dlatego tak bardzo cieszą te delikatniejsze przerywniki.

Nie znaczy to bynajmniej, że reszta albumu wypada słabo. To tutaj znalazła się prawdopodobnie najwspanialsza kompozycja jazzrockowego wcielenia Return to Forever - trwająca niemal kwadrans "Song to the Pharoah Kings" autorstwa Chicka. Oparta na skali minorowej harmonicznej, ciekawie zróżnicowana i zgodnie z tytułem przywołująca orientalny klimat. Wszyscy muzycy mają tutaj okazję do zaprezentowania swoich umiejętności podczas długich solówek, ale zachwycają także dobrym zgraniem ze sobą. Udało się im nie popaść w przesadną pretensjonalność i nadmierne epatowanie wirtuozerią. Niemal równie udanie wypadają dwa ośmiominutowe nagrania: bardzo energetyczny, pełen ciekawych zwrotów akcji "Vulcan Worlds" i przynajmniej w pierwszej połowie bardziej wyluzowany "The Shadow of Love" (skomponowane odpowiednio przez basistę Stanleya Clarke'a i perkusistę Lenny'ego White'a). Niewiele ponad trzyminutowa kompozycja lidera "Beyond the Seventh Galaxy" (nie przypadkiem nawiązująca tytułem do poprzedniego albumu) wyróżnia się bardziej konwencjonalną, niemal piosenkową strukturą; pełniący rolę quasi-refrenu motyw jest całkiem fajny, ale ogólnie jest to mniej udany fragment longplaya. Podobnie jak niewiele dłuższy "Earth Juice", podpisany przez cały skład; konwencjonalny funkowy rytm i klawiszowe tło stanowią tu podkład dla nieco zbyt monotonnego popisu gitarzysty.

"Where Have I Known You Before" jest zatem albumem bardziej udanym od swojego poprzednika. Cieszy większa różnorodność i bardziej charakterystyczne kompozycje, które tym razem nie zlewają się ze sobą. Nie jest to może album wybitny, ale przynajmniej momentami o wybitność się ociera. Moim zdaniem jest to największe osiągnięcie Return to Forever (nie licząc albumu "Return to Forever", który de facto jest solowym dziełem Chicka Corei). Jest to także jeden z ostatnich tak udanych albumów w nurcie fusion. I jeden z najbardziej przystępnych dla rockowych słuchaczy, ze względu na brzmienie, grę sekcji rytmicznej i dużą ilość gitary. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak gorąco polecić ten album.

Ocena: 8/10



Return to Forever - "Where Have I Known You Before" (1974)

1. Vulcan Worlds; 2. Where Have I Loved You Before; 3. The Shadow of Lo; 4. Where Have I Danced with You Before; 5. Beyond the Seventh Galaxy; 6. Earth Juice; 7. Where Have I Known You Before; 8. Song to the Pharaoh Kings

Skład: Chick Corea - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Al Di Meola - gitara; Stanley Clarke - bass, organy, instr. perkusyjne; Lenny White - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Chick Corea


24 marca 2019

[Recenzja] Massacre - "Killing Time" (1981)



Wkrótce po przeprowadzce do Nowego Jorku, Fred Frith - brytyjski gitarzysta, znany z grup Henry Cow i Art Bears - stał się aktywnym członkiem tamtejszej podziemnej sceny muzycznej. A w tamtym czasie, pod koniec lat 70., działo się na niej sporo, żeby wspomnieć tylko o nurcie no wave. Był on twórczym rozwinięciem punk rocka, zachowującym jego bezkompromisowość i agresję, zarazem odrzucając jego schematyczność i prostotę, na rzecz inspiracji awangardą, noisem, free jazzem czy funkiem. Frith otarł się o tę stylistykę podczas współpracy z grupą Material, a jeszcze bardziej w nią zagłębił z własnym trio Massacre. Składu dopełnili członkowie wspomnianego Material - basista Bill Laswell (znany przede wszystkim z późniejszej działalności jako producent) i perkusista Fred Maher. W ciągu swojej kilkunastomiesięcznej kariery, trio intensywnie koncertowało po Stanach i Europie, a także wydało jeden album.

"Killing Time" zarejestrowano częściowo w nowojorskim OAO Studio (czerwiec 1981 roku), a częściowo podczas występu w Paryżu (kwiecień 1981). Album wypełniają przeważnie krótkie (z wyjątkiem ośmiominutowego "As Is", pięciominutowego "After" i czterominutowego "Tourism"), improwizowane nagrania. Bezkompromisowe, intensywne i nieprzewidywalne. Połamana, nerwowa rytmika kojarzy się z twórczością Captaina Beefhearta i Magic Band, natomiast atonalne partie Fritha przywołują skojarzenia z grą freejazzowych gitarzystów w rodzaju Dereka Baileya lub Sonny'ego Sharrocka. Jakby tego było mało, w niektórych nagraniach dochodzą wpływy funku, nadając niemalże tanecznego charakteru, przy jednoczesnym zachowaniu awangardowego podejścia (np. "Legs" lub kojarzące się trochę ze stylistyką fusion "Lost Causes" i "After"). Gdybym miał porównać tę muzykę do czegoś powszechnie znanego, to wskazałbym na twórczość King Crimson z tego samego okresu. O ile jednak grupa Roberta Frippa tworzyła wówczas głównie piosenki, tak Massacre całkowicie odchodzi od konwencjonalnych struktur i praktycznie rezygnuje z melodii (jakieś śladowe ich ilości można wyłapać np. w tytułowym "Killing Time", "Corridor", "Not the Person We Knew", a zwłaszcza w najbardziej crimsonowym - oczywiście w stylu "kolorowej trylogii" - "Surfing"), czasem zmierzając w rejony free improvisation (pierwsza połowa"As Is").

Nie każdego przekona taka muzyka, przynajmniej nie od razu - chyba, że jest już dobrze osłuchany z takimi rzeczami. Na mnie album zrobił duże wrażenie już przy pierwszym przesłuchaniu. Trochę jednak zabrakło do pełnego zachwytu. Na pewno przydałoby się trochę wydłużyć te najkrótsze, nietrwające nawet dwóch minut utwory, żeby nie brzmiały jak nieistotne przerywniki (szczególnie "Corridor" i "Surfing" zasługiwały, by zrobić z nimi coś więcej). Z drugiej strony, te krótkie fragmenty wzmacniają intensywność i nerwowy, prawie schizofreniczny charakter całości. Ogólnie album brzmi bardzo intrygująco i stanowi kolejny dowód na to, że lata 80. również przyniosły sporo fascynującej muzyki.

Massacre rozpadł się wkrótce po wydaniu "Kiling Time", wraz z odejściem Mahera. Muzycy realizowali się w innych projektach, jednak pod koniec lat 90. Frith i Laswell reaktywowali zespół, tym razem z perkusistą Charlesem Haywardem, znanym m.in. z grup Quiet Sun, 801 i This Heat (przewinął się również przez skład Gong). Nowe wcielenie Massacre istniało przez około dekadę i pozostawiło po sobie jeden, bardzo udany album studyjny (wydany w 1998 roku "Funny Valentine"), a także kilka koncertówek.

Ocena: 8/10



Massacre - "Killing Time" (1981)

1. Legs; 2. Aging with Dignity; 3. Subway Heart; 4. Killing Time; 5. Corridor; 6. Lost Causes; 7. Not the Person We Knew; 8. Bones; 9. Tourism; 10. Surfing; 11. As Is; 12. After; 13. Gate

Skład: Fred Frith - gitara, efekty, głos; Bill Laswell - bass, trąbka (10); Fred Maher - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Fred Frith


Obok: różne wersje okładki. U góry po lewej - oryginalnego wydania francuskiego (1981) i japońskiego (1982); po prawej - wydania północnoamerykańskiego (1983) i niektórych wznowień kompaktowych. Na dole - okładki różnych wydań kompaktowych.


22 marca 2019

[Recenzja] Albert Ayler Trio - "Spiritual Unity" (1965)



Ornette Coleman pokazał jazzowej publiczności, że można zrezygnować z tonalności i grania akordami. Saksofonista Albert Ayler poszedł o krok dalej, odrzucając ograniczenia stwarzane przez rytm. Swoją koncepcję wyzwolonego jazzu zaprezentował na albumie "Spiritual Unity", nagranym 10 lipca 1964 roku z pomocą basisty Gary'ego Peacocka i perkusisty Sunny'ego Murraya. Na oryginalnym wydaniu longplaya znalazły się trzy kompozycje lidera, w tym jedna w dwóch wersjach. Ów powtarzający się utwór, "Ghosts", stał się prawdopodobnie najbardziej znaną kompozycją Aylera.

Dla przypadkowego słuchacza, "Spiritual Unity" może sprawiać wrażenie kompletnego chaosu. Brzmi to trochę tak, jakby trio chciało grać zwyczajny hardbop, taki z ładnymi tematami i ich rozwinięciami, ale nie potrafiło grać w tonacji, trzymać się rytmu, ani współpracować ze sobą. Saksofon charczy, skrzypi, co chwilę słychać przedęcia i nagłe skoki rejestrowe. Partie kontrabasu są tak swobodne, że czasem przypominają strojenie instrumentu. Nawet w partiach perkusji trudno wyłapać rytm. W dodatku każdy zdaje się tu grać niezależnie od pozostałej dwójki. To wszystko nie wynika jednak z braku umiejętności tria, a z chęci zerwania z ograniczającymi schematami i regułami, poszukiwania nowych środków artystycznego wyrazu, skupienia się przede wszystkim na brzmieniu, a nie jak dotąd - harmonii czy rytmie. Bardziej obyty słuchacz z pewnością zauważy, że zawarta tu muzyka wcale nie jest dziełem całkowitego przypadku - swoboda wcale nie prowadzi do chaosu, nie jest to muzyka pozbawiona celu, a muzycy, choć pozornie grający niezależnie od siebie, ściśle ze sobą współpracują, zmierzając w jednym kierunku.

"Spiritual Unity" to udane rozwinięcie pomysłów wspomnianego Colemana. W chwili wydania był to prawdopodobnie najbardziej radykalny album jazzowy - choć nie całkiem pozbawiony przystępności, za sprawą dość wyraźnie zaznaczonych tematów i niespecjalnie przytłaczającego brzmienia (poza saksofonem). Jego znaczenie dla rozwoju free jazzu jest nie do podważenia. Nawet jeśli granice swobody i ekstremy w niedługim czasie po jego wydaniu zostały jeszcze dalej przesunięte przez takich twórców, jak Sun Ra, Cecil Taylor, John Coltrane, Anthony Braxton czy Peter Brötzmann. Bez "Spiritual Unity" ich dokonania mogłyby wyglądać zupełnie inaczej.

Ocena: 8/10



Albert Ayler Trio - "Spiritual Unity" (1965)

1. Ghosts: First Variation; 2. The Wizard; 3. Spirits; 4. Ghosts: Second Variation

Skład: Albert Ayler - saksofon tenorowy; Gary Peacock - kontrabas; Sunny Murray - perkusja
Producent: -


20 marca 2019

[Recenzja] The Keith Tippett Group - "You Are Here... I Am There" (1970)



Pianista Keith Tippett pamiętany jest głównie dzięki współpracy z King Crimson. Trudno wyobrazić sobie albumy "In the Wake of Poseidon", "Lizard" i "Islands" bez jego udziału. Robert Fripp proponował mu nawet stałą posadę, w roli współlidera. Tippett jednak odmówił, bo tak naprawdę interesowało go tworzenie nieco innej muzyki, co mógł realizować z własną grupą. The Keith Tippett Group, znany też jako Keith Tippett Sextet, powstał w 1967 roku. Trzon składu tworzyli muzycy, których pianista poznał w trakcie muzycznego kursu: saksofonista Elton Dean, kornecista Marc Charig i puzonista Nick Evans (wszyscy trzej współpracowali później z Soft Machine, dwaj ostatni także z King Crimson). Oczywiście, potrzebna była też sekcja rytmiczna - jej skład jednak kilkakrotnie się zmieniał. Podczas sesji nagraniowych debiutanckiego albumu, zatytułowanego "You Are Here... I Am There", rolę basisty pełnił Jeff Clyne (późniejszy muzyk Nucleus), a za perkusją zasiadł Alan Jackson (znany m.in. ze współpracy z Johnem Surmanem). Nagrania odbyły się w 1968 roku, ale z powodu zaniedbań wytwórni, longplay ukazał się dopiero w 1970 roku.

Na albumie znalazło się osiem utworów skomponowanych i zaaranżowanych przez Tippetta. Lider w tamtym okresie przyznawał się do inspiracji XX-wiecznymi kompozytorami Dariusem Milhaudem, Vaughanem Williamsem i Frederickiem Deliusem, a także jazzmanami, jak John Coltrane, Pharoah Sanders, Charles Mingus czy George Russell. Efektem jest bardzo nowoczesna odmiana jazzu,  trochę w stylu ówczesnych dokonań wspomnianego Johna Surmana (np. wydanego w tym samym roku "How Many Clouds Can You See?"), momentami kierująca się w stronę free lub (zdecydowanie rzadziej) fusion, niepozbawiona chwytliwych tematów, porywających popisów instrumentalnych i ciekawej interakcji między muzykami.

Umiejętności zespołu najlepiej pokazują dwa najdłuższe utwory, wypełniające pierwszą stronę winylowego wydania. Dziewięciominutowy "The Evening Was Like Last Year (To Sarah)" przyciąga uwagę posępnymi partiami Clyne'a grającego na kontrabasie smyczkiem, klasycyzującą grą Tippetta i świetną współpracą sekcji dętej, z której na pierwszy plan wybijają się freejazzowe solówki Deana. Klimat jest tu momentami niemalże uduchowiony, niczym w dokonaniach Johna i Alice Coltrane'ów czy Sandersa. Z kolei czternastominutowy "I Wish There Was a Nowhere" charakteryzuje się wieloma zmianami motywów, tempa czy nastroju. Nie brakuje tutaj naprawdę świetnych momentów, jak bardzo nośny pierwszy temat, z fantastycznie uzupełniającymi się partiami Tippetta i Clyne'a, ekspresyjny popis Deana, czy bardziej kameralny Chariga. Jedynie ten finałowy, żartobliwy temat wydaje mi się zupełnie niepotrzebny i zostawia pewien niesmak. Nie pasuje do reszty utworu, ani reszty albumu.

Drugą stronę wypełniają w większości krótsze formy, trwające od dwóch do niewiele ponad czterech minut. Pomimo swojej zwięzłości, nierzadko potrafią zachwycić wspaniałymi melodiami ("Thank You for the Smile", "View from Battery Point"), niemalże freejazzową ekspresją ("Violence"), czy umiejętnością tworzenia intrygującego nastroju ("Three Minutes from an Afternoon in July"). W tych krótszych formach interakcja całego składu również jest wzorowa, zarówno wtedy, gdy muzycy ze sobą współpracują, jak i zdają się ze sobą rywalizować. Strona B zawiera też jeden dłuższy utwór - prawie siedmiominutowy "Stately Dance for Miss Primm". To jedyny utwór na albumie, w którym zespół kieruje się w bardziej rockowe rejony za sprawą rytmiki oraz zelektryfikowanego brzmienia basu i pianina. Nie zabrakło tu jednak jazzujących partii dęciaków. Efekt tego połączenia jest naprawdę świetny. Na zakończenie pojawia się krótsza wersja "This Evening Was Like Last Year", będąca przede wszystkim popisem Tippetta, grającego z nieznacznym wsparciem Clyne'a; dopiero pod koniec dołączają do nich pozostali muzycy, przypominając główny temat.

"You Are Here... I Am There" to dojrzały debiut, doskonale pokazujący kompozytorski i aranżacyjny talent Keitha Tippetta oraz wykonawczy kunszt całego składu. Fani King Crimson niekoniecznie docenią ten album, ze względu na jego jazzowy charakter, ale wielbiciele pozostałych wspomnianych w tekście wykonawców z pewnością będą zachwyceni.

Ocena: 8/10



The Keith Tippett Group - "You Are Here... I Am There" (1970)

1. This Evening Was Like Last Year (To Sarah); 2. I Wish There Was a Nowhere; 3. Thank You for the Smile (To Wendy and Roger); 4. Three Minutes from an Afternoon in July (To Nick); 5. View from Battery Point (To John and Pete); 6. Violence; 7. Stately Dance for Miss Primm; 8. This Evening Was Like Last Year (Short Version)

Skład: Keith Tippett - pianino, elektryczne pianino; Elton Dean - saksofon altowy; Marc Charig - kornet; Nick Evans - puzon; Jeff Clyne - kontrabas, bass; Alan Jackson - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Giorgio Gomelsky - instr. perkusyjne
Producent: Giorgio Gomelsky


18 marca 2019

[Recenzja] Oliver Nelson with Eric Dolphy - "Straight Ahead" (1961)



Niespełna tydzień po sesji nagraniowej "The Blues and Abstract Truth", 1 marca 1961 roku, Oliver Nelson i Eric Dolphy wrócili do studia Rudy'ego Van Geldera, by zarejestrować kolejny materiał. Tym razem towarzyszyli im pianista Richard Wyands, basista George Duvivier i perkusista Roy Haynes, natomiast rolę producenta pełnił Esmond Edwards. Wszyscy współpracowali ze sobą już przy okazji albumu "Screamin' the Blues" Nelsona (nagranego w maju 1960, wydanego na początku 1961 roku), a niektórzy mieli okazję pracować ze sobą już więcej razy, więc sesja odbyła się w błyskawicznym tempie. Według eseju Joego Goldberga z okładki albumu, nagrania nie trwały nawet trzech godzin - muzykom tak świetnie się razem grało, że całość została zarejestrowana w jednym podejściu.

Pięć premierowych kompozycji autorstwa Nelsona, a także interpretacja kompozycji "Ralph's New Blues" Milta Jacksona, są utrzymane w charakterystycznym dla tamtych czasów, hardbopowym stylu. Sekcja rytmiczna energetycznie swinguje, a saksofoniści grają typowe dla tego stylu, chwytliwe tematy. Jednak Dolphy przemyca tu też sporo mniej konwencjonalnych rozwiązań, zapewne zainspirowanych jego niedawną sesją z Ornette'em Colemanem (pod koniec grudnia 1960 brał udział w nagrywaniu przełomowego "Free Jazz: A Collective Improvisation"). Czy to grając bardzo ekspresyjne, niemal freejazzowe solówki na alcie (np. "Six and Four", tytułowy "Straight Ahead"), czy wzbogacając brzmienie dość agresywnymi partiami klarnetu basowego ("Images", "Ralph's New Blues", "111-44") lub subtelnymi dźwiękami fletu (w łagodniejszych momentach zbudowanego na dynamicznych kontrastach "Mama Lou"). Nie da się zaprzeczyć, że to właśnie obecność Erica sprawia, że album wyróżnia się na tle dziesiątek innych z tamtych czasów, brzmi bardzo nowocześnie i nowatorsko. Pozostali muzycy raczej nie wychodzą poza hardbopową konwencję. Jednak ich partie doskonale uzupełniają się z grą Dolphy'ego. Na szczególne wyróżnienie zasługuje moim zdaniem Duviver, który nie ogranicza się tylko do wspólnego swingowania z resztą sekcji rytmicznej, ale też kilkakrotnie prezentuje się jako sprawny solista. Oczywiście, Haynes i Nelson to również muzycy z wysokiej półki, o czym wielokrotnie udaje im się przypomnieć.

Choć na "Straight Ahead" liderem i głównym kompozytorem jest Oliver Nelson, o sile tego wydawnictwa stanowią przede wszystkim pomysły i gra Erica Dolphy'ego. Jego niezwykle nowoczesne i innowacyjne podejście sprawia, że nie jest to tylko jeden z licznych albumów hardbopowych, lecz bardzo kreatywne i postępowe dzieło (choć, oczywiście, nie w takim stopniu, jak wydany w tym samym roku "Free Jazz..."). Polecam zarówno miłośnikom bopu, jak i bardziej ambitnych odmian jazzu.

Ocena: 8/10



Oliver Nelson with Eric Dolphy - "Straight Ahead" (1961)

1. Images; 2. Six and Four; 3. Mama Lou; 4. Ralph's New Blues; 5. Straight Ahead; 6. 111-44

Skład: Oliver Nelson - saksofon altowy, saksofon tenorowy, klarnet; Eric Dolphy - saksofon altowy, klarnet basowy, flet; Richard Wyands - pianino; George Duvivier - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Esmond Edwards


16 marca 2019

[Recenzja] Tangerine Dream - "Atem" (1973)



W początkowym okresie działalności Tangerine Dream, styl grupy nieustannie się rozwijał, dosłownie z albumu na album. Nie inaczej jest w przypadku "Atem" - czwartej pozycji w dyskografii niemieckiego zespołu, a zarazem drugiej nagranej przez najsłynniejszy skład. Tym razem Edgar Froese, Christopher Franke i Peter Baumann nie skorzystali z pomocy dodatkowych muzyków, jak miało to miejsce na wydanym w poprzednim roku "Zeit". Sesja nagraniowa odbyła się na przełomie grudnia 1972 i stycznia 1973 roku, w studiu Dietera Dierksa. Longplay ukazał się w marcu, tradycyjnie - choć po raz ostatni - nakładem wytwórni Ohr. Na niezbyt urodziwej okładce widać czteroletniego syna Edgara Froese'a, Jerome'a - późniejszego członka Tangerine Dream.

Zespół kontynuuje na "Atem" swoje elektroniczne eksperymenty. Tym razem przybierają one jednak inny kształt, niż na wspomnianym "Zeit". Zamiast bardzo długich utworów, w których pozornie niewiele się dzieje, tym razem muzycy zaproponowali bardziej zwarty i treściwy materiał. Choć utwór tytułowy, wypełniający całą pierwszą stronę winylowego wydania, długością nie ustępuje kompozycjom z poprzedniego albumu, to pod innymi względami zdecydowanie się różni. Początek jest bardzo konkretny, bez bawienia się w stopniowe budowanie napięcia. Niemal od razu przywala z grubej rury, a raczej mocnym wejściem melotronowego chóru i perkusji, do których wkrótce dołączają partie syntezatora. Ale po sześciu minutach utwór nagle całkowicie się zmienia, jego charakter zmienia się na ambientowo-drone'owy; przywołuje kosmiczny klimat wcześniejszych dokonań. Fragmenty te brzmią jak dwa różne utwory.

Drugą stronę winylowego wydania wypełniają trzy krótsze utwory, każdy o innym charakterze. "Fauni-Gena" to dziesięciominutowy kolaż odgłosów przyrody oraz brzmień syntezatorów i tradycyjnych instrumentów, praktycznie pozbawiony struktury, rytmu i melodii. Sześciominutowy "Circulation of Events" to z kolei nastrojowy utwór o ambientowo-medytacyjnym charakterze, oparty głównie na partiach organów i syntezatorów. Najbardziej na tle całości wyróżnia się finałowy, najkrótszy "Wahn", w którym prócz partii perkusji, syntezatorów i melotronu, pojawia się także długi wstęp z przetworzonymi głosami, częściowo a capella. To zupełnie nowy element w twórczości Tangerine Dream, choć niekoniecznie dodający uroku.

"Atem" ciekawie rozwija pomysły z wcześniejszych albumów zespołu, a nawet wprowadza nowe rozwiązania. Mam jednak wrażenie, że zespół nie do końca był pewien, co chce tym razem osiągnąć i dlatego całość trochę razi nadmiernym eklektyzmem i brakiem spójnej wizji. Warto jednak pamiętać, że to właśnie ten album zwrócił uwagę na Tangerine Dream poza ojczyzną zespołu. Znaczną rolę odegrał w tym słynny brytyjski prezenter John Peel, który po usłyszeniu "Atem" zainteresował się grupą i zaczął promować ją w swoich programach.

Ocena: 7/10



Tangerine Dream - "Atem" (1973)

1. Atem; 2. Fauni-Gena; 3. Circulation of Events; 4. Wahn

Skład: Edgar Froese  - melotron, organy, gitara, głos; Peter Baumann - organy, pianino, syntezator; Christopher Franke - syntezator, organy, perkusja i instr. perkusyjne, głos
Producent: Tangerine Dream


14 marca 2019

[Recenzja] Weather Report - "Mysterious Traveller" (1974)



Nagrywając ten album, Weather Report przestał być zespołem, a stał się praktycznie projektem Joego Zawinula. Nawet rola Wayne Shorter została zmniejszona. Choć to i tak nic przy tym, jak potraktowany został trzeci z współzałożycieli, Miroslav Vitouš (któremu najbardziej nie podobał się nowy kierunek). Za jego plecami, na sesję został zaproszony basista Alphonso Johnson, którego styl bardziej pasował do aktualnych koncepcji Zawinula. W rezultacie, oryginalnego basistę można usłyszeć jedynie w utworze "American Tango", którego jest współautorem (razem z Zawinulem). W wyniku tej sytuacji, Vitouš opuścił zespół na dobre (a jego następcą został właśnie Johnson). W składzie wciąż był za to obecny Dom Um Romão. Natomiast Eric Gravatt już podczas trasy promującej poprzedni album, "Sweetnighter", został zastąpiony przez Grega Errico, zaś w trakcie nagrywania "Mysterious Traveller" za zestawami perkusyjnymi zasiedli Ishmael Wilburn i Skip Hadden. W nagraniach wzięło udział także wielu innych gości.

"Mysterious Traveller" stanowi rozwinięcie stylistyki "Sweetnighter". Utwory są coraz bardziej starannie skomponowane, podczas gdy na pierwszych albumach były w znacznym stopniu improwizowane. Elektryczne pianino ustąpiło miejsca syntezatorom; saksofon zszedł na dalszy plan. Natomiast sama muzyka coraz dalej oddala się od jazzu na rzecz coraz większych wpływów funku, R&B i rocka. Album jest jednak całkiem zróżnicowany. Są tutaj nagrania o zdecydowanie funkowym charakterze, jak "Cucumber Slumber" (świetny popis Johnsona) i tytułowy "Mysterious Traveller", ale też ballada oparta wyłącznie na dźwiękach saksofonu, pianina i melodyki ("Blackthorn Rose"). Albo wyraźnie zainspirowany muzyką afrykańską "Jungle Book". Ten ostatni należy zresztą do najbardziej zaskakujących momentów longplaya. Chociażby dlatego, że Zawinul gra nie tylko na klawiszach, ale także na gitarze, tamburze i różnych perkusjonaliach, natomiast Shorter w ogóle nie wystąpił w tym nagraniu - za partie instrumentów dętych, w tym okaryny, odpowiada Don Ashworth. Dominują tu jednak klimatyczne utwory z pierwszoplanową rolą syntezatora, jak "American Tango", "Scarlet Woman" czy najciekawszy na całym albumie "Nubian Sundance" - świetny popis Zawinula na tle interesującej warstwy rytmicznej i z towarzyszeniem kilku wokalistów, których partie kojarzą się trochę z muzyką afrykańską, a trochę z awangardowymi formami rocka progresywnego (zresztą podobne skojarzenia wywołuje warstwa instrumentalna); jedynie odgłosy publiczności, zarejestrowane podczas meczu, można było sobie w tym utworze darować.

"Mysterious Traveller" to album przejściowy, który ze względu na tę właśnie cechę, łączy wielbicieli wcześniejszego, eksperymentalnego oblicza grupy, jak i zwolenników późniejszego, bardziej komercyjnego. Dla tych pierwszych jest ostatnim wielkim dziełem zespołu, dla drugich - pierwszą oznaką wielkości Weather Report. Jednak jako wielbiciel wczesnych albumów, zwłaszcza "Live in Tokio", miałem problem z polubieniem tego longplaya. Przy pierwszych odsłuchach raczej mnie zniechęcał, potrzebowałem wielu kolejnych, by docenić tę muzykę. Podobnie mają zapewne fani komercyjnego wcielenia grupy. To jednak nic dziwnego w przypadku ambitnej muzyki, a taka właśnie jest zawartość "Mysterious Traveller".

Ocena: 8/10



Weather Report - "Mysterious Traveller" (1974)

1. Nubian Sundance; 2. American Tango; 3. Cucumber Slumber; 4. Mysterious Traveller; 5. Blackthorn Rose; 6. Scarlet Woman; 7. Jungle Book

Skład: Joe Zawinul - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne (1,7), wokal (1), melodyka (5), gitara (7), tambura (7); Wayne Shorter - saksofon sopranowy (1-6), saksofon tenorowy (1,2,4), pianino (4); Alphonso Johnson - bass (1-4,6); Ishmael Wilburn - perkusja (1-4); Dom Um Romão - perkusja i instr. perkusyjne (1-4,6,7); Miroslav Vitouš - kontrabas (2)
Gościnnie: Skip Hadden - perkusja (1,4); Muruga Booker - instr. perkusyjne (1); Ray Barretto - instr. perkusyjne (3); Steve Little - instr. perkusyjne (6); Don Ashworth - okaryna i instr. dęte drewniane (7); Isacoff - instr. perkusyjne (7); Edna Wright, Marti McCall, Jessica Smith, James Gilstrap, Billie Barnum - wokal (1);  Auger James Adderley - wokal (2)
Producent: Joe Zawinul i Wayne Shorter


12 marca 2019

[Recenzja] Joy Division - "Substance" (1988)



Zbiór niealbumowych utworów Joy Division. W przeciwieństwie do wydanego siedem lat wcześniej "Still", zbierającego głównie niewydane nagrania, na "Substance" trafił wyłącznie materiał znany już z licznych singli, EPek i kompilacji różnych wykonawców. Dwa utwory powtarzają się ze wspomnianym "Still" ("Dead Souls", "Glass"), jest tu też "She's Lost Control" znany z "Unknown Pleasures" (to jednak zupełnie inna wersja, zarejestrowana w 1980 roku). W sumie trafiło tu siedemnaście nagrań w wersji kompaktowej i kasetowej, a w wersji winylowej tylko dziesięć z nich (na pojedynczą płytę weszłoby jeszcze trochę materiału, choć nie całość). W krótszej wersji kolejność nagrań jest ułożona mniej więcej chronologicznie, w dłuższej - dodatkowe utwory także uporządkowano według tego schematu, ale wszystkie zamieszczono na końcu, co wprowadza nieco chaosu. Nie mam też pojęcia, jakie zastosowano kryterium przy selekcji materiału na wersję winylową - wygląda na całkowicie przypadkowy wybór. Dlatego warto jednak zapoznać się z pełną wersją.

Najciekawiej ze względów historycznych - a najmniej interesująco ze względów muzycznych - wypadają cztery kawałki z debiutanckiej EPki "An Ideal for Living", zarejestrowanej w 1977 roku ("Warsaw", "Leaders of Men", "No Love Lost", "Failures"). Zespół grał wtedy znacznie bardziej punkrockowo, co słychać zwłaszcza w partiach wokalnych (trudno rozpoznać głos Iana Curtisa) i gitarowych. Z drugiej strony, partie basu są już całkiem charakterystyczne dla późniejszego stylu Joy Division. Dzięki tym nagraniom można przekonać się, jak wiele dla zespołu zrobił producent Martin Hannett, kierując go w ciekawsze rejony. Kolejne utwory pochodzą z jego pierwszej sesji z zespołem: są to "Digital" i "Glass", oryginalnie wydane na kompilacji "A Factory Sample". O ile w pierwszym z nich wciąż wyraźne są punkowe korzenie, tak w drugim brzmienie jest już bardziej przestrzenne, pojawia się bardziej posępny nastrój, w znacznej mierze za sprawą rozpoznawalnego już śpiewu Curtisa.

Charakterystyczny styl zespołu jest już w pełni dojrzały w pozostałych nagraniach, dokonanych w zbliżonym okresie, co albumy "Unknown Pleasures" i "Closer", lub wręcz pochodzących z tych samych sesji nagraniowych. Przeważnie są to jednak utwory, które nie powinny skończyć jako odrzuty. Ich nieobecność na regularnych albumach można czasem wytłumaczyć tym, że nie pasowałyby tam ze względu na bardziej przebojowy charakter - "Transmission", "Love Will Tear Us Apart" i "Komakino" rzeczywiście lepiej sprawdziły się jako niealbumowe single. Ale już w przypadku takich kompozycji, jak "Atmosphere", "From Safety to Where...?", "Novelty" i przede wszystkim "Dead Souls", trudno to zrozumieć. Tak więc poziom tych późniejszych nagrań jest bardzo wysoki. Nawet nowa wersja "She's Lost Control" - dłuższa i bardziej elektroniczna od pierwowzoru - jest na tyle interesująca, że nie sposób traktować jej jako nieistotną ciekawostkę. Może trochę mniej przekonuje Joy Division w wersji instrumentalnej ("Incubation", brzmiący ledwie jak zalążek kompozycji - choć zapowiadającej się dobrze).

"Substance" jest dość niespójny i nierówny - jak to kompilacje - ale zawiera dużo dobrego materiału, wcześniej rozproszonego po rożnych mało istotnych wydawnictwach, jak single i EPki. Dlatego wydanie tego longplaya było konieczne. Jest on świetnym dopełnieniem "Unknown Pleasures", "Closer" i "Still". Z dyskografii Joy Division trzeba znać przynajmniej te cztery wydawnictwa.

Ocena: 7/10



Joy Division - "Substance" (1988)

1. Warsaw; 2. Leaders of Men; 3. Digital; 4. Autosuggestion; 5. Transmission; 6. She's Lost Control (alternate version); 7. Incubation; 8. Dead Souls; 9. Atmosphere; 10. Love Will Tear Us Apart; 11. No Love Lost; 12. Failures; 13. Glass; 14. From Safety to Where...?; 15. Novelty; 16. Komakino; 17. These Days

Utwory 11-17 wydane tylko na CD i kasecie.

Skład: Ian Curtis - wokal; Bernard Sumner - gitara, syntezator; Peter Hook - bass; Stephen Morris - perkusja
Producent: Martin Hannett (3-10,13-17), Joy Division (1,2,11,12)


11 marca 2019

[Recenzja] Alameda 5 - "Eurodrome" (2019)



"Eurodrome" to kolejne wydawnictwo kolektywu Alameda, występującego w różnych konfiguracjach personalnych, poruszających się po różnych stylistykach. Od akustycznych nagrań Alamedy Duo, przez bardziej rockowe granie Alamedy 3 i 4, po elektroniczną Alamedę 5. Za najnowszy album odpowiada właśnie ten ostatni skład, tworzony przez Jakuba Ziołka i Mikołaja Zielińskiego (jedynych muzyków grających we wszystkich wcieleniach) wraz z Łukaszem Jędrzejczakiem, Rafałem Iwańskim i Jackiem Buhlem. Kwintet zadebiutował już w 2015 roku albumem "Duch tornada". Jak jednak przyznają muzycy - skład dopiero się wtedy formował, więc materiał wyszedł niespójny. Nagrywając "Eurodrome" byli już bardziej zgrani i mieli więcej czasu, by wszystko dopracować i dokładnie przemyśleć. Pierwsza zapowiedź albumu ukazała się już w maju zeszłego roku - była to EPka "CDTE" (oprócz utworu tytułowego i "Birds of Passage", zawierająca także dwa nagrania niepowtórzone na longplayu) - i może nie sprawiła, że z niecierpliwością go wyczekiwałem, ale pewne zainteresowanie wzbudziła.

W zapowiedziach prasowych można spotkać się z takimi określeniami muzyki zawartej na "Eurodrome", jak modern krautrock i electronic fusion. Modern i electronic się zgadza, reszta niekoniecznie. Tak naprawdę jest to przede wszystkim hołd dla muzyki z lat 80., ale brzmiący całkiem nowocześnie. Dominują dźwięki elektronicznie, wsparte różnorodnymi instrumentami perkusyjnymi, często o dość egzotycznym charakterze, oraz fantastycznymi partiami gitarowymi, brzmiącymi jak wyjęte wprost z "kolorowej trylogii" King Crimson. Sporadycznie pojawia się łagodny śpiew lub wokalne sample. Muzyka ma hipnotyzujący, repetycyjny charakter; pięknie płynie przed siebie. Całości słucham z niemałą przyjemnością, jednak muszę przyznać, że poszczególne utwory trochę za bardzo się ze sobą zlewają. Wyróżniają się fragmenty łączące dźwiękowe eksperymenty z bardziej wyrazistymi melodiami, jak wspomniany "CDTE" i mój absolutny faworyt, "Roam the Bottom". Albo zadziorniejsze "Embryo" i "Birds of Passage". Albo łagodniejsze, zabarwione etnicznie "Dr Narco" i "Dias Melhores". Reszta niekoniecznie. W wielu utworach pojawiają się te same rozwiązania. Dlatego nie zaszkodziłoby skrócenie całości z 50 minut do 35-40. W tak skondensowanej wersji, efekt byłby jeszcze lepszy.

Nie mogę jednak powiedzieć, że to zły album. Bardzo podoba mi się brzmienie tego wcielenia Alamedy i ogólny pomysł na muzykę, momentami album jest naprawdę świetny i fantastycznie się go słucha. Ale przydałaby się albo większa zwięzłość, albo większa różnorodność. Kwintet wyrasta jednak na najciekawszą wersję projektu i mam wrażenie, że jeszcze nie pokazał, na co naprawdę go stać. Oby na tym albumie się nie skończyło. Pomimo stosunkowo niskiej (choć przecież pozytywnej) oceny, "Eurodrome" zasługuje na moją rekomendację. Polecam album każdemu, kto nie uważa, że dobra muzyka kończy się na klasycznym rocku i metalu. Ogólnie, album potwierdza, że polski niezal wciąż zachwyca.

Ocena: 7/10



Alameda 5 - "Eurodrome" (2019)

1. Blitz-Krieg-Spiel; 2. Embryo; 3. CDTE; 4. Tubarao; 5. Cassius; 6. Birds of Passage; 7. Roam the Bottom; 8. Dr Narco; 9. Dias Melhores; 10. Mental Militia

Skład: Jakub Ziołek - gitara, syntezator, sampler, wokal; Mikołaj Zieliński - gitara barytonowa; Łukasz Jędrzejczak - syntezator, sampler, wokal; Rafał Iwański - perkusja i instr. perkusyjne; Jacek Buhl - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Alameda 5


10 marca 2019

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Thembi" (1971)



Album "Thembi" przynosi zmianę wypracowanej formuły. Tym razem Pharoah Sanders postawił na krótsze utwory, nieprzekraczające dziesięciu minut, czasem ledwo pięć. Poszerzył za to instrumentarium, dodając m.in. elektryczne klawisze, skrzypce, afrykański balafon (odmiana marimby) czy japońskie koto. W składzie, oprócz mniej lub bardziej stałych współpracowników - Lonniego Listona Smitha, Cecila McBee, Clifforda Jarvisa i Roya Hayensa - znalazł się także Michael White (znany m.in. z recenzowanych już albumów "Recorded Live" Johna Handy'ego i "The Elements" Joego Hendersona) oraz liczni perkusjonaliści. Na perkusjonaliach grają tu zresztą wszyscy. Dziwić może, że współproducentem albumu, obok sprawdzonego Eda Michela, został Bill Szymczyk (kojarzony raczej z mało ambitnym rockiem w rodzaju The Eagles, choć mający na koncie również współpracę z B.B. Kingiem).

Sesja nagraniowa odbyła się w dwóch turach, w listopadzie 1970 i styczniu 1971 roku. Materiał został skomponowany głównie przez lidera, z pomocą Smitha (współautor "Morning Prayer", autor "Astral Travelling") i McBee (autor "Love"). Zróżnicowanie jest, jak na album Pharoaha, całkiem spore. Oczywiście, nie brakuje typowych dla niego elementów. W "Red, Black & Green", łączącym freejazzową brutalność z uduchowionym spiritualem, oraz w całości subtelnym "Thembi", znalazły się rozwiązania przeniesione wprost z opus magnum Sandersa, czyli kompozycji "The Creator Has a Master Plan" z albumu "Karma". Choć partie White'a na skrzypcach dodają obu tym utworom nieco świeżości. W "Astral Travelling" takim smaczkiem jest pianino elektryczne. Tutejsza wersja brzmi znacznie bardziej mistycznie, niż nagrana później przez Smitha z własną grupą, Cosmic Echoes, a za sprawą tego kosmicznego brzmienia klawiszy jest czymś naprawdę wyjątkowym w twórczości Sandersa. Pięknie wypadają tu także partie fletu i saksofonu, a także uwypuklona linia kontrabasu. Jeszcze bardziej niezwykle wypada końcówka albumu. W mistycznym "Morning Player" pojawiają się partie grane na koto i balafonie, natomiast "Bailophone Dance" zdominowany jest przez partie perkusjonalii (w tym znów balafonu), tworzące bardzo pierwotny, rytualny klimat. Pewne kontrowersje może budzić natomiast "Love", będący po prostu solowym popisem McBee na kontrabasie, więc raczej nie jest to coś, co powinno znaleźć się na albumie sygnowanym nazwiskiem innego muzyka (chyba, że jako część innej kompozycji). Ale zawsze to jakieś urozmaicenie.

Może trochę przeszkadzać, że na większości swoich albumów Pharaoh Sanders uparcie trzyma się pewnej muzycznej idei, nagrywając kolejne wariacje swojej najsłynniejszej kompozycji. Choć akurat na "Thembi" nie brakuje odświeżających pomysłów, zarówno w postaci większej ilości utworów i ich zróżnicowaniu, jak i poszerzeniu brzmienia o mniej typowe, egzotyczne instrumenty. Dzięki temu, jest to jedno z najciekawszych dokonań w trwającej do dziś karierze Sandersa.

Ocena: 8/10



Pharoah Sanders - "Thembi" (1971)

1. Astral Travelling; 2. Red, Black & Green; 3. Thembi; 4. Love; 5. Morning Prayer; 6. Bailophone Dance

Skład: Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, instr. perkusyjneflet altowy (5,6), koto (5); Lonnie Liston Smith - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, głos; Michael White - skrzypce (2,3), instr. perkusyjne (1-3); Cecil McBee - kontrabas, instr. perkusyjne; Clifford Jarvis - perkusja i instr. perkusyjne (1-3); Roy Haynes - perkusja (5,6); James Jordan - instr. perkusyjne (3); Nat Bettis, Chief Bey, Majid Shabazz, Anthony Wiles - instr. perkusyjne (5,6)
Producent: Ed Michel i Bill Szymczyk


8 marca 2019

[Recenzja] Matching Mole - "Matching Mole" (1972)



Niezadowolony z kierunku, w jakim zmierzał Soft Machine, Robert Wyatt zdecydował się opuścić zespół. Wkrótce potem zaczął kompletowanie nowego składu, w którym znaleźli się: klawiszowiec David Sinclair z Caravan, gitarzysta Phil Miller z Delivery (a później członek Hatfield and the North i National Health), a także basista Bill MacCormick z Quiet Sun. Wyatt planował nagranie albumu solowego, jednak wytwórnia nalegała na to, by jego projekt był regularnym zespołem. Wybrano nazwę Matching Mole, będącą grą słów - jej wymowa jest podobna do machine molle, co po francusku znaczy dokładnie to samo, co Soft Machine. Pomiędzy grudniem 1971, a lutym 1972 roku zespół, wsparty przez dodatkowego klawiszowca, Davida MacRae, zarejestrował materiał na swój debiutancki album.

Jednym z powodów odejścia Wyatta z Soft Machine, było odejście od grania utworów z partiami wokalnymi. W tym kontekście eponimiczny album Matching Mole zaskakuje, bo wyraźnie dominuje tu granie instrumentalne. Śpiew pojawia się w dwóch uroczych quasi-piosenkach: "O Caroline" z melotronowo-organowym tłem oraz bardziej ascetycznej, opartej wyłącznie na akompaniamencie pianina "Signed Curtain". Ponadto, w psychodelicznym "Instant Pussy" i na początku "Instant Kitten" są charakterystyczne dla Wyatta wokalizy. Dziewięciominutowy "Part of a Dance" (jedyny tutaj utwór napisany nie przez lidera, a Millera) i prawie cała druga strona winylowego wydania (od drugiej minuty "Instant Kitten" do samego końca) to już wspomniane granie instrumentalne, na pograniczu kanterberyjskiego proga i jazz rocka, czasem kojarzące się z davisowskim fusion lub poprzednią grupą Wyatta. To ostatnie chociażby za sprawą partii klawiszy w "Instant Kitten" i basu w "Beer as in Braindeer", które przynajmniej brzmieniowo kojarzą się z tym, co w Soft Machine robili Mike Ratledge i Hugh Hopper. Ten ostatni dostał zresztą zaproszenie do nowej grupy, ale nie skorzystał. Właśnie dlatego jeden z utworów został zatytułowany "Dedicated to Hugh, but You Weren't Listening" (w nawiązaniu do "Dedicated to You, but You Weren't Listening" - kompozycji basisty z "Volume Two"). Nieco odmienny charakter ma finałowy "Immediate Curtain", w całości oparty na brzmieniu melotronu - ciekawy, klimatyczny finał.

Matching Mole pozostaje nieco w cieniu innych kanterberyjskich grup, jak Soft Machine, Caravan, Gong czy nawet późniejszego Hatfield and the North. Jednak debiutancki album zespołu należy do najwspanialszych osiągnięć tej sceny.

Ocena: 9/10



Matching Mole - "Matching Mole" (1972)

1. O Caroline; 2. Instant Pussy; 3. Signed Curtain; 4. Part of the Dance; 5. Instant Kitten; 6. Dedicated to Hugh, but You Weren't Listening; 7. Beer as in Braindeer; 8. Immediate Curtain

Skład: Robert Wyatt - perkusja (1,2,4-7), melotron (1,5,8), pianino (3), wokal (1-3,5); David Sinclair - organy (1,2,4-7), pianino (1); Phil Miller - gitara (2,4-7); Bill MacCormick - bass (2,4-7)
Gościnnie: Dave MacRae - elektryczne pianino (2,4,6,7)
Producent: Matching Mole


6 marca 2019

[Recenzja] Charles Mingus - "The Black Saint and the Sinner Lady" (1963)



"The Black Saint and the Sinner Lady" był najambitniejszym przedsięwzięciem, jakiego do tamtej pory podjął się Charles Mingus. Jego wcześniejsza twórczość nie odbiegała od przyjętych w bopie standardów. Utwory obierały się na tradycyjnym schemacie temat-solówki-temat. Tym razem muzyk postanowił jednak zmierzyć się ze skomponowaniem dłuższej formy, wykorzystując pewne rozwiązania stosowane w muzyce klasycznej (choć sam, w okładkowej notce, określił stylistykę tego dzieła jako etniczna, folkowa muzyka taneczna). Rezultatem jest sześcioczęściowa (z czego ostatnie trzy części są grane bez przerw, tworząc jedną ścieżkę), wielowątkowa kompozycja, pomyślana jako muzyka do nieistniejącego baletu. Mingus skomponował muzykę samodzielnie, ale w zorkiestrowaniu pomógł mu Bob Hammer.

Sesja nagraniowa "The Black Saint and the Sinner Lady" odbyła się 20 stycznia 1963 roku w Nowym Jorku. Lider zagrał nie tylko na kontrabasie, ale także część partii pianina. Wspomógł go dziesięcioosobowy skład złożony z trzech saksofonistów: Jerome'a Richardsona (sopran i baryton; także flet), Charliego Mariano (alt) i Dicka Hafera (tenor; także flet), trębaczy Rolfa Ericsona i Richarda Williamsa, puzonisty Quentina Jacksona, grającego na tubie i puzonie kontrabasowym Dona Butterfielda, pianisty Jakiego Byarda, perkusisty Danniego Richmonda, a także gitarzysty Jaya Berlinera. Nie są to pierwszoplanowe postaci w świecie jazzu, w większości nawet nie drugoplanowe, ale właśnie z takimi, mniej znanymi instrumentalistami Mingus najbardziej lubił współpracować i potrafił tak nimi pokierować, że grali nie gorzej od składów w gwiazdorskich obsadach.

Dzieło odwołuje się zarówno do afroamerykańskich tradycji muzycznych, jak i europejskiej muzyki klasycznej, a momentami ("Track C...", "Mode D...") nawiązuje do muzyki latynoskiej, co podkreślają partie gitary klasycznej w stylu flamenco (takie wpływy były już zresztą obecne u Mingusa, na wydanym w 1962 roku, ale nagranym pięć lat wcześniej "Tijuana Moods"). Jak na jazz, niewiele tutaj solowych improwizacji. Dominuje granie zespołowe, ze starannie zaaranżowanymi partiami licznych instrumentów, tworzących bogate, wieloplanowe tekstury. Nierzadko muzycy grają w niemalże freejazzowy sposób, gdy każdy z nich zdaje się ciągnąć utwór w innym kierunku, przez co poszczególne partie jakby się rozmijają, nie brakuje dysonansów, ale całość zachowuje spójność. Zachwycają liczne zmiany nastroju, tempa i motywów, od pięknych momentów z wyrafinowanymi melodiami, po bardziej ekspresyjne, już typowo jazzowe granie.

"The Black Saint and the Sinner Lady" to jeden z najbardziej cenionych albumów, nie tylko w jazzowym środowisku. Jest obecny na różnych mniej i bardziej profesjonalnych listach wszech czasów, zajmuje też miejsce w pierwszej czterdziestce ogólnego rankingu Rate Your Music. Wśród ocen można trafić właściwie tylko na pozytywne i entuzjastyczne. Niewątpliwie jest to wielkie dzieło, którego wstyd nie znać. Może nie jest to album, który zachwyci już przy pierwszym przesłuchaniu, ale niewątpliwie zachwyci każdego, kto docenia muzykę wykraczającą poza czystą rozrywkę.

Ocena: 10/10



Charles Mingus - "The Black Saint and the Sinner Lady" (1963)

1. Track A - Solo Dancer (Stop! Look! And Listen, Sinner Jim Whitney!); 2. Track B - Duet Solo Dancers (Hearts' Beat and Shades in Physical Embraces); 3. Track C - Group Dancers (Soul Fusion Freewoman and Oh, This Freedom's Slave Cries); 4. Mode D - Trio and Group Dancers (Stop! Look! And Sing Songs of Revolutions!) / Mode E - Single Solos and Group Dance (Saint and Sinner Join in Merriment on Battle Front) / Mode F - Group and Solo Dance (Of Love, Pain, and Passioned Revolt, then Farewell, My Beloved, 'til It's Freedom Day)

Skład: Charles Mingus - kontrabas, pianino; Jerome Richardson - saksofon sopranowy, saksofon barytonowy, flet; Charlie Mariano - saksofon altowy; Dick Hafer - saksofon tenorowy, flet; Rolf Ericson - trąbka; Richard Williams - trąbka; Quentin Jackson - puzon; Don Butterfield - tuba, puzon kontrabasowy; Jaki Byard - pianino; Dannie Richmond - perkusja; Jay Berliner - gitara; Bob Hammer - orkiestracja
Producent: Bob Thiele


4 marca 2019

[Recenzja] Manuel Göttsching - "E2-E4" (1984)



Najsłynniejsze dokonanie Manuela Göttschinga i zarazem jedno z najbardziej wpływowych nagrań w muzyce elektronicznej. Uznawane za prekursorskie dla takich stylów, jak techno czy house, wielokrotnie samplowane i remiksowane, a swego czasu niezwykle popularne w amerykańskich klubach. Co ciekawe, sam twórca początkowo nie przywiązywał większej wagi do tego materiału. Nawet nie planował go publikować. Był to po prostu zapis godzinnej sesji, którą zarejestrował, żeby mieć czego słuchać podczas podróży samolotem. Dopiero gdy trzy lata później Klaus Schulze założył nową wytwórnię i zapytał Göttschinga, czy ma jakiś materiał do wydania, muzyk dał mu taśmę z tym nagraniem. Album został zatytułowany "E2-E4" w nawiązaniu zarówno do popularnego otwarcia szachowego (co dostarczyło inspiracji projektantowi okładki), jak i standardowego stroju gitary (najniższa struna nastrojona na E2, najwyższa na E4), który stosował podczas tej sesji Manuel.

Choć materiał został podzielony na dziewięć ścieżek, jest to tak naprawdę jeden, niespełna 59-minutowy utwór. A właściwie zarejestrowana na żywo (choć w studiu i bez udziału publiczności) improwizacja. Oparta na elektronicznych, repetycyjnych dźwiękach, które stopniowo ulegają nieznacznym przetworzeniom. W drugiej połowie (odpowiadającej drugiej stronie płyty winylowej) dochodzą do tego bardzo przyjemne gitarowe solówki, o swobodnym, lekko jazzującym charakterze. Choć inspiracją była twórczość minimalistów w rodzaju Terry'ego Rileya czy Steve'a Reicha, stworzona przez Göttschinga muzyka posiada prawdziwie taneczny puls, dzięki któremu tak dobrze przyjęła się w klubach. A jednocześnie jest to muzyka bardzo transowa, od której słuchania trudno się oderwać. Na pewno nie ma tu prostactwa, jakie - nie zawsze słusznie - kojarzy się z hasłami muzyka klubowa, techno, czy house. Rockowi ortodoksi zapewne nie dotrą nawet do momentu, w którym po raz pierwszy pojawia się gitara, ale bardziej otwarci słuchacze z pewnością docenią ten materiał.

"E2-E4" to album, który w pełni przekonał mnie do progresywnej elektroniki. Wciąż jednak żadne inne wydawnictwo z tego nurtu nie zrobiło na mnie aż tak dużego wrażenia. Dlatego bez większego wahania daję najwyższą ocenę. Tym samym, longplay jest aktualnie najnowszym wydawnictwem z premierowym, niearchiwalnym materiałem, który oceniam tak wysoko.

Ocena: 10/10



Manuel Göttsching - "E2-E4" (1984)

1. Quiet Nervousness; 2. Moderate Start; 3. And Central Game; 4. Promise; 5. Queen a Pawn; 6. Glorious Fight; 7. H.R.H. Retreats (With a Swing); 8. And Sovereignty; 9. Draw

Skład: Manuel Göttsching - elektronika, gitara
Producent: Manuel Göttsching


2 marca 2019

[Recenzja] Wayne Shorter - "Odyssey of Iska" (1971)



W latach 70. solowa kariera Wayne'a Shortera drastycznie zwolniła tempo. Saksofonista skupiał się na działalności Weather Report, sporadycznie nagrywając na własny rachunek. Jednym z jego nielicznych solowych wydawnictw z tej dekady jest album "Odyssey of Iska", zarejestrowany tuż przed powstaniem wspomnianego zespołu. Sesja nagraniowa odbyła się 26 sierpnia 1970 roku, w nowojorskim A&R Studios. Oprócz lidera wzięli w niej udział tacy muzycy, jak gitarzysta Gene Bertoncini, basiści Ron Carter i Cecil McBee, perkusiści Billy Hart, Alphonse Mouzon i Frank Cuomo oraz grający na wibrafonie i marimbie David Friedman.

"Odyssey of Iska" pod względem stylistycznym stanowi kontynuację poprzedniego w dyskografii Shortera "Super Nova". Saksofonista po raz kolejny zapuszcza się w rejony fusion, wykorzystując doświadczenia zdobyte podczas nagrywania słynnych "In a Silent Way" i "Bitches Brew", ale też podczas późniejszych sesji Milesa Davisa, z końcówki 1969 roku, których rezultaty ukazały się dopiero na "Big Fun" i w boksie "The Complete 'Bitches Brew' Sessions". Zawartość "Odyssey of Iska" cechuje bowiem podobny, medytacyjny klimat, czasem jednak ustępujący bardziej ekspresyjnemu graniu, podchodzącemu prawie pod free jazz.

Cztery spośród pięciu kompozycji zostały napisane przez lidera. Nie po raz pierwszy - żeby przypomnieć tylko album "The All Seeing Eye" - jest to muzyka o charakterze ilustracyjnym, obrazująca za pomocą dźwięków tytuły utworów. Swobodne partie saksofonu i perkusjonaliów w "Wind" faktycznie mogą budzić skojarzenia z wiatrem. Z ich subtelnością ciekawie kontrastują niepokojące partie gitary i dźwięków wydobywanych z kontrabasu za pomocą smyczka. W "Storm" atmosfera gęstnieje, partie gitarowe i perkusyjne to prawdziwa nawałnica dźwięków. Towarzyszą jej długie solówki Shortera, przechodzące od subtelnej melodii do niemal freejazzowej ekspresji. "Calm" przynosi, oczywiście, uspokojenie. Bardzo nastrojowy utwór z pięknymi partiami saksofonu oraz - ciekawie odseparowanych w stereofonicznym miksie - gitary i kontrabasu. Tytuł finałowego "Joy" można natomiast odnieść do radości ze wspólnego grania, jaką słychać w tej najbardziej różnorodnej kompozycji, w której muzycy wykazują się przede wszystkim umiejętnością interakcji, a nie kreowania klimatu.

Całości dopełnia najdłuższa kompozycja "Depois do Amor, o Vazio", napisana przez Bobby'ego Thomasa. Shorter przypomina tu o swojej fascynacji muzyką latynoską. I, podobnie jak "Dindi" z "Super Nova", utwór nie za bardzo pasuje do całości. Jego wakacyjny klimat odstaje od reszty albumu, zdaje się wręcz banalny w porównaniu z klimatem kompozycji napisanych przez lidera. W kategorii latynoskiego jazzu jest to jednak bardzo dobre nagranie, wyróżniające się ładnymi partiami Shortera i Bertonciniego.

"Odyssey of Iska" to niedoceniany album, ginący w cieniu zarówno wcześniejszych, akustycznych dokonań Wayne'a Shortera, jak i jego późniejszych nagrań z Weather Report. Tymczasem jest to bardzo ciekawy i udany materiał, zasługujący na większą uwagę. Oczywiście, całość jest nieco wtórna w stosunku do "Super Nova", jednak nie powinno to odbierać przyjemności ze słuchania.

Ocena: 8/10



Wayne Shorter - "Odyssey of Iska" (1971)

1. Wind; 2. Storm; 3. Calm; 4. Depois do Amor, o Vazio; 5. Joy

Skład: Wayne Shorter - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Gene Bertoncini - gitara; Ron Carter - kontrabas; Cecil McBee - kontrabas; Billy Hart - perkusja; Alphonse Mouzon - perkusja; Frank Cuomo - perkusja, instr. perkusyjne; David Friedman - wibrafon, marimba
Producent: Duke Pearson


1 marca 2019

[Blog] Looking Back: Luty 2019

Poprzednia część cyklu wyglądała dość biednie bez żadnego obrazka, więc teraz daję zdjęcie wykonawcy, o którym pisałem w tym miesiącu najwięcej (nie licząc poprawek starych recenzji).


W lutym pojawiło się w sumie 15 nowych recenzji (pełna lista), a także zostało poprawione 13 recenzji z 2013 roku. Choć miesiąc był krótszy od poprzedniego, rekord liczby wejść znów został pobity! Najchętniej czytane w ciągu tych 28 dni były następujące teksty:

  1. Joy Division - "Unknown Pleasures"
  2. Return to Forever - "Hymn of the Seventh Galaxy"
  3. Joy Division - "Closer"
  4. Looking Back: Styczeń 2019
  5. Weather Report - "Sweetnighter"
  6. Charles Mingus - "Blues & Roots"
  7. Ashra - "Blackouts"
  8. Pharoah Sanders - "Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun)"
  9. Art Bears - "The World as It Is Today"
  10. Judas Priest - "Screaming for Vengeance" 

W tym miesiącu kupiłem tylko jedną płytę - "Conference of the Birds" David Holland Quartet (hiszpańskie wydanie ECM z początku lat 80., bardzo ładnie brzmiące). Był to mój pierwszy zakup przez Discogs i zarazem pierwszy z Hiszpanii.

Poniżej ponownie wklejam podsumowującą miesiąc playlistę. Tym razem wybór ograniczyłem do dwunastu utworów, stawiając raczej na krótsze nagrania, żeby nikogo nie zniechęcać do słuchania. Ułożenie sensownej kolejności przy takiej rozpiętości gatunkowej nie jest łatwym zadaniem, więc większego sensu na tej liście nie ma (poza bardzo sensowną muzyką). Zaczyna się od ponurych utworów Joy Division i Art Bears (jeden z ledwie dwóch tej grupy dostępnych na Spotify), potem następuje całkowity zwrot i pojawiają się bardziej pogodne utwory takich wykonawców, jak Return to Forever, Weather Report, Dave Holland, Oliver Nelson, Embryo i Ashra. Dalej odrobina mniej przystępnego grania Franka Lowe'a i Morning Glory, a na koniec trochę bluesa od Charlesa Mingusa i Johna Mayalla.