[Recenzja] Voo Voo - "Sno-powiązałka" (1987)

Voo Voo - Sno-powiązałka


Cykl "Polskie ejtisy" #6

Zaczęło się od "I Ching", projektu Zbigniewa Hołdysa z udziałem różnych przedstawicieli polskiego mainstreamu. Podczas sesji najlepiej układała się jednak współpraca z trzema instrumentalistami. Byli to gitarzysta Wojciech Waglewski (ex-Osjan), basista Andrzej Nowicki (grał już z Hołdysem w Perfekcie) oraz perkusista Wojciech Morawski (m.in. Klan, Breakout, Perfect i Porter Band). Właśnie ta czwórka, już jako kwartet Morawski Waglewski Nowicki Hołdys, nagrała album "Świnie" - jedną z fajniejszych, a przy tym najmniej wtórnych płyt polskiego mainstreamu ejtisowego. Gdy Hołdysowi znudziło się wspólne granie, pozostała trójka, wsparta przez grającego na perkusjonaliach Milo Kurtisa, kontynuowała współpracę jako Voo Voo - od inicjałów Waglewskiego. Zresztą wkrótce po wydaniu eponimicznego debiutu - wypełnionego raczej mało oryginalnym post-punkiem / cold wave - z oryginalnego składu pozostał tylko on.

W odświeżonym składzie Voo Voo, obok lidera - pełniącego rolę śpiewającego gitarzysty i klawiszowca - znaleźli się perkusista Andrzej Ryszka oraz bracia Pospieszalscy: saksofonista Mateusz i basista Jan (o tym ostatnim mógłbym napisać wiele niepochlebnych rzeczy, ale nie jako muzyku). Nowy kwartet zadebiutował nagranym na żywo i fatalnie brzmiącym longplayem "Koncert". Swój potencjał zaprezentował w pełni dopiero na studyjnym "Sno-powiązałka", uchodzącym za najlepsze wydawnictwo grupy. To rodzaj konceptu, na którym poszczególne utwory są, zgodnie z tytułem, powiązane tematyką snów. Muzycznie jest to na pewno płyta bardziej dojrzała od debiutu, wskazująca na znacznie szarsze i bardziej ambitne inspiracje. Za wszystkie teksty i muzykę odpowiada Waglewski. Niedługo przed sesją lider musiał się poddać wyrwaniu jedenastu zębów, przez co śpiewanie sprawiało mu trudność, co zapewne wpłynęło na nieco bardziej wyciszony charakter materiału.


Inspiracje są szersze, ale post-punkowe korzenie zespołu dobrze słychać jeszcze w niektórych kawałkach. Przykładem zadziorny "Senator", instrumentalnie oparty przede wszystkim na gęstej, wyeksponowanej sekcji rytmicznej, ze sporadycznymi piskami i zgrzytami gitary. Albo całkiem żwawe "Kto się obudzi", "Ja żyję" - oba wzbogacone jazzującym saksofonem - i "Esensja", gdzie jednak w połowie ścieżki wszystko nagle się urywa, ustępując miejsca delikatnym, ambientowym dźwiękom. Obok tych nagrań pojawiają się też bardziej przestrzenne utwory, jak orientalizujące "Mantra" i "Niewidzialny" czy najlepszy na płycie "Zasnuty", w którym słychać wpływy ambientowe, jazzowe i folkowe, ale też typową dla post-punka, nerwową grę sekcji rytmicznej. Nowością są również brzmienia akustyczne w "Snardz" i "Ursenów", będących praktycznie solowymi nagraniami Waglewskiego. Szczególnie w pierwszym z nich prezentuje się jako całkiem sprawny gitarzysta.

"Sno-powiązałka" na tle polskiego mainstreamu tamtych lat wyróżnia się swoją muzyczną dojrzałością oraz brakiem nachalnego kopiowania twórców zza żelaznej kurtyny. Teoretycznie można zrobić zarzut z dużego eklektyzmu tego materiału, jednak pasuje on do konceptu albumu - w końcu sny też mają różny charakter. Nie wszystkie zawarte pomysły Voo Voo, czy też raczej Waglewskiego, przekonują mnie w równym stopniu, ale niewątpliwie jest to jedna z bardziej kreatywnych płyt, jakie mogę w tym cyklu opisać. 

Ocena: 8/10



Voo Voo - "Sno-powiązałka" (1987)

1. Zasnuty; 2. Senator; 3. Snardz; 4. Mantra; 5. Kto się obudzi; 6. Niewidzialny; 7. Esencja; 8. Ursenów; 9. Ja żyję

Skład: Wojciech Waglewski - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Mateusz Pospieszalski - saksofon; Jan Pospieszalski - gitara basowa; Andrzej Ryszka - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Voo Voo i Jerzy Andrzej Byk


Komentarze

  1. ..." Na tle polskiego mainstreamu" na w latach 80 Voo Voo do mainstreamu nie należało. Generalnie jeżeli już to flirtowało w latach 90 moim zdaniem byli obok. Najlepsza płyta Voo Voo. Jako wielki admirator grupy stwierdzam że powszechnie uważa się za najlepszą Zapłacono lub Ovv Ovv. Nie są to moje typy, ale przytaczam powszechną opinię.No i trochę kuriozalne stwierdzenie " całkiem sprawny gitarzysta" .No raczej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stylistycznie jak najbardziej był to mainstream, bardziej na debiucie, ale tu trochę też. Z mojego researchu wynika, że to jest najbardziej znany i ceniony album zespołu. Choćby na RYM-ie ma największą liczbę ocen, choć tam akurat nieco wyższą średnią ma debiut. Reszta płyt wypada tam zdecydowanie gorzej pod oboma względami.

      Usuń
    2. Właśnie, Ovv Ovv jest naprawdę świetnym albumem. Trąbka tam jest po prostu kapitalna. Bardzo mi odpowiada to jej brzmienie. Coś na wzór Miles' a z okresu fusion. Warto.

      Usuń
  2. Sądząc choćby po ilości komentarzy w porównaniu do innych polskich ejtisów to jednak nie jest mainstream:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mainstream, a muzyka (konkretne utwory/albumy), która jest popularna, to dwa różne zbiory, pokrywające się tylko w pewnym stopniu. Można grać w popularnym stylu i samemu nie cieszyć się popularnością - to też jest wciąż mainstream, bo do mainstreamu należy ta stylistyka.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)