31 stycznia 2018

[Recenzja] Twenty Sixty Six and Then ‎- "Reflections on the Future" (1972)



Jednym z najbardziej cenionych i - jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało - najsłynniejszych przedstawicieli tzw. nieznanego kanonu rocka (NKR) jest niemiecka grupa Twenty Sixty Six and Then. Jej dziwna nazwa, czasem pisana też jako 2066 and Then, odnosi się do bitwy pod Hastings, która miała miejsce w 1066 roku. Zespół powstał na początku 1971 roku z inicjatywy pięciu niemieckich instrumentalistów i brytyjskiego wokalisty Geffa Harrisona. Kolejne miesiące muzycy spędzili na tworzeniu własnego materiału, by pod koniec roku zarejestrować go w studiu (inżynierem dźwięku podczas sesji był Dieter Dierks, znany przede wszystkim jako długoletni producent Scorpions, lecz mający na koncie także współpracę z licznymi grupami krautrockowymi). Debiutancki album zespołu, zatytułowany "Reflections on the Future", ukazał się w roku 1972 i nie odniósł żadnego sukcesu, co doprowadziło do rozpadu grupy. Jej nagrania dopiero po latach zyskały status kultowych. Czyli typowy scenariusz dla NKR-ów.

W muzyce zespołu słychać podobieństwa do takich wykonawców, jak Deep Purple, Uriah Heep, a momentami nawet Emerson, Lake & Palmer. Skojarzenia te wywołują wszechobecne brzmienia klawiszowe, głównie elektrycznych organów (w zespole było aż dwóch klawiszowców - Veit Marvos i Steve Robinson). Gitara zwykle ogranicza się do partii rytmicznych, choć Gagey Mrozeck ma okazję zaprezentować też kilka przyzwoitych solówek. Również sekcja rytmiczna przez większość albumu ogranicza się do podkładu (jedynie w utworze tytułowym może się trochę bardziej wykazać). Elementem odróżniającym 2066 and Then od wspomnianych wyżej grup, jest przede wszystkim warstwa wokalna - Harrison śpiewa niskim, zachrypniętym głosem, który, prawdę mówiąc, niezbyt pasuje do takiej muzyki.

Zespół specjalizował się przede wszystkim w dłuższych, rozbudowanych kompozycjach. Utwór tytułowy trwa ponad kwadrans, "Autumn" zbliża się do dziesięciu minut, a "Butterking" przekracza siedem. Nie jest to jednak granie progresywne w ścisłym tego słowa rozumieniu. Nie ma tu ani nic nowatorskiego, ani wirtuozerskiego. Całość w sumie nie odbiega daleko od standardów ówczesnego hard rocka - czyli ma pewne ambicje, o czym świadczą właśnie wielowątkowe utwory, ale w gruncie rzeczy jest to proste i nie odkrywcze granie. Nadrabia za to energią, solidnym brzmieniem i niezłymi melodiami. Im zresztą zespół mniej kombinuje, tym lepszy jest efekt. Świetnie wypada rozpędzony otwieracz "At My Home" - konkretny hardrockowy czad z wyrazistą melodią - podobnie jak pierwsza, "piosenkowa" połowa "Autumn" (w dalszej części pojawia się zbyt wiele prowadzących donikąd urozmaiceń). Na przeciwnym biegunie mieści się natomiast tytułowy utwór, w który bez żadnego ładu i składu powpychano jak najwięcej motywów i kontrastujących ze sobą części, samych w sobie udanych, ale nie tworzących spójnej całości. Czasem jednak i prostota nie wychodzi na dobre - najkrótszy na albumie, finałowy "How Would You Feel" to pretensjonalny, popowy bzdet.

"Reflections on the Future" to w sumie całkiem solidne i warte poznania wydawnictwo, które z pewnością zainteresuje wszystkich wielbicieli klasycznego hard rocka. Jednak zdecydowanie nie jest to album, który można postawić obok najlepszych rzeczy w tym gatunku. Nawet z samych NKR-ów mógłbym wymienić co najmniej kilkanaście bardziej udanych. Jak już jednak wspominałem we wstępie, longplay jest bardzo ceniony wśród poszukiwaczy nieznanego rocka. A kolekcjonerzy potrafią wydać nawet 800 euro na oryginalne wydanie winylowe (choć to akurat żaden argument, bo dla nich rzadkość wydawnictwa liczy się bardziej niż jakość muzyki).

Ocena: 7/10



Twenty Sixty Six and Then ‎- "Reflections on the Future" (1972)

1. At My Home; 2. Autumn; 3. Butterking; 4. Reflections of the Future; 5. How Would You Feel


Skład: Geff Harrison - wokal; Gagey Mrozeck - gitara, dodatkowy wokal; Veit Marvos - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Steve Robinson - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Dieter Bauer - bass; Konstantin Bommarius - perkusja

Producent: Eckhard Madaus


29 stycznia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Agharta" / "Pangaea" (1975)



Na początku 1975 roku, Miles Davis i jego ówczesny septet - w skład którego wchodzili Sonny Fortune, Pete Cosey, Reggie Lucas, Michael Henderson, Al Foster i James Mtume - wyruszyli na trzytygodniowe tournée po Japonii. Pierwszego lutego muzycy dali dwa około półtoragodzinne występy w Festival Hall w Osace. Oba zostały profesjonalnie zarejestrowane, a następnie przygotowane przez Teo Mecero do wydania. Zapis pierwszego występu wypełnił album "Agharta", opublikowany zarówno w Japonii, jak również w Europie i Ameryce Północnej. Zapis drugiego występu, opatrzony tytułem "Pangaea", pierwotnie ukazał się (w zależności od źródła w 1975 lub 1976 roku) wyłącznie w Japonii. Dopiero w latach 90. wydano ten materiał w innych częściach świata.

Muzykę, jaką w tamtym czasie wykonywał Miles i jego zespół podczas koncertów, można określić jako zwariowane, niesamowicie intensywne, psychodeliczno-funkowe jamy. Każdy z tych dwóch albumów to w praktyce półtoragodzinna, mocno abstrakcyjna improwizacja, oparta na bardzo gęstej grze sekcji rytmicznej, charakteryzująca się zwykle ostrym, ciężkim i pełnym dysonansów brzmieniem. Przy pierwszych przesłuchaniach taka muzyka może sprawiać przytłaczające wrażenie, ale przecież nie brakuje w tym wszystkim melodii, zdarzają się też bardziej stonowane momenty. Bez problemu można wyłapać rozpoznawalne tematy z takich utworów, jak np. "Willie Nelson", "Maiysha", "Right Off", "Ife", a nawet "So What" z "Kind of Blue". Zwykle jednak są one tylko dodatkiem do szalonych improwizacji. Nie brakuje tutaj momentów o jednoznacznie rockowym brzmieniu i charakterze, zdominowanych przez hendrixowskie partie gitar i energiczną, funkującą grę sekcji rytmicznej (nietrudno dosłyszeć się pewnych podobieństw do Band of Gypsys). Muzycy grali tego wieczoru z taką energią i mocą, że mogliby zmieść większość stricte rockowych kapel. Interakcja pomiędzy nimi jest niewiarygodna, a każdy z nich ma też sporo okazji do zaprezentowanie indywidualnych, porywających popisów. Żaden z nich jednak nie dominuje nad pozostałymi. Nawet Miles - grający zarówno na trąbce, jak i elektrycznych organach - często schodzi na dalszy plan lub jest całkiem nieobecny.

"Agharta" cieszy się całkiem sporą popularnością, podczas gdy "Pangaea" pozostaje nieco w cieniu. Jest to całkowicie zrozumiałe, biorąc pod uwagę historię wydawniczą, ale i cholernie niesprawiedliwe. Osobiście preferuję właśnie ten drugi album. Odnoszę wrażenie, że pierwszy występ, choć sam w sobie rewelacyjny, był dla muzyków tylko rozgrzewką, swego rodzaju próbą generalną. I dopiero podczas drugiego pokazali, na co naprawdę ich stać. Osiągnęli absolutne wyżyny zespołowej improwizacji i interakcji, a ich gra jest bardziej zwarta. Przykładami prawdziwego geniuszu są takie momenty, jak saksofonowa solówka Fortune'a rozpoczynająca się w szóstej minucie "Zimbabwe", intrygujący, klimatyczny początek "Gondwana", czy długa gitarowa solówka w połowie tego drugiego. Jednak "Agharta" też ma wiele fantastycznych momentów, żeby wspomnieć tylko o drugiej połowie "Theme from Jack Johnson", z naprawdę odjechanym klimatem, czy psychodeliczny gitarowy popis w środku "Interlude" (w tym miejscu warto zwrócić uwagę, że nazwy utworów z drugiej płyty "Agharty" zostały zamienione miejscami w opisie na okładce albumu i płycie). Jeśli więc pierwszy występ faktycznie był słabszy, to tylko minimalnie. Najlepiej potraktować te dwa albumy jako jedną całość. Wówczas robią jeszcze większe wrażenie - to ponad trzy godziny niesamowicie kreatywnej i porywającej muzyki, łamiącej sztywne zasady i międzygatunkowe podziały.

"Agharta" i "Pangaea" to jedne z najwspanialszych albumów - nie tylko koncertowych - jakie do tej pory poznałem. Wraz z kilkoma innymi albumami na żywo Milesa Davisa z elektrycznego okresu ("Black Beauty", "Dark Magus", czy w mniejszym stopniu "At Fillmore" i "Live-Evil") całkowicie przewartościowały moją listę ulubionych koncertówek. Nie ma co ukrywać, że poziom, na jakim gra tutaj septet Davisa, jest po prostu nieosiągalny dla rockowych wykonawców. To nie znaczy, że przestałem cenić "At Fillmore East", "Band of Gypsys", "The Great Deceiver", "Made in Japan" czy "Irish Tour '74" - wiem już jednak, że można zagrać jeszcze lepiej. Warto było się o tym przekonać. Polecam wszystkim, którzy jeszcze nie mieli okazji.

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Agharta" (1975)

LP1: 1. Prelude (Part 1); 2. Prelude (Part 2); 3. Maiysha
LP2: 1. Theme from Jack Johnson; 2. Interlude

Miles Davis - "Pangaea" (1975)

LP1: 1. Zimbabwe (Part 1); 2. Zimbabwe (Part 2)
LP2: 1. Gondwana (Part 1); 2. Gondwana (Part 2)

Skład: Miles Davis - trąbka, organy; Sonny Fortune - saksofon, flet; Pete Cosey - gitara, instr. perkusyjne, syntezator; Reggie Lucas - gitara; Michael Henderson - bass; Al Foster - perkusja; James Mtume - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero


26 stycznia 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Expression" (1967)



John Coltrane zmarł niespodziewanie, 17 lipca 1967 roku. Wcześniej jednak zdążył przygotować materiał na swój kolejny album i zaakceptować jego ostateczny kształt. Na trzy dni przed swoją śmiercią, po trwającym od dawna rozważaniu, zdecydował się nadać longplayowi tytuł "Expression". Jest to jego pierwsze studyjne wydawnictwo nagrane w składzie, który towarzyszył mu przez ostatnie półtora roku kariery. Nie było już w nim McCoya Tynera i Elvina Jonesa, którzy rozstali się z Johnem na przełomie lat 1965/66, z powodu pogłębiających się różnic artystycznych. Ich miejsca w zespole zajęli odpowiednio Alice Coltrane i Rashied Ali. "Expression" zawiera utwory zarejestrowane w lutym ("To Be") i marcu (pozostałe) 1967 roku, podczas ostatnich studyjnych sesji saksofonisty. Tytułowy utwór był podobno zupełnie ostatnią kompozycją nagraną przez saksofonistę.

Jak na późnego Trane'a, jest to całkiem przystępny album. Freejazzowe odloty wciąż są tu obecne, ale raczej na zasadzie urozmaicenia melodyjnych i klimatycznych utworów. Całość rozpoczyna się od niespełna czterominutowego "Ogunde", w którym liryczny początek skontrastowany jest mniej melodyjną solówką lidera, pozornie niedopasowaną do subtelnej gry pozostałych muzyków. Zaraz potem następuje najdłuższy, ponad 16-minutowy "To Be". To nietypowy utwór w dorobku Coltrane'a, gdyż w ogóle nie został w nim użyty saksofon - lider i Pharoah Sanders grają wyłącznie na fletach, tworząc naprawdę niesamowity, transcendentny nastrój. Fragment z fortepianową solówką Alice jest wyraźną zapowiedzią jej własnych dokonań. Drugą stronę winylowego wydania rozpoczyna "Offering", grany już wcześniej na koncertach. Charakterystyczny, melodyjny temat jest rozwijany przez Coltrane'a w coraz bardziej freejazzowym kierunku. Przez pewien czas towarzyszy mu wyłącznie perkusja - jest to najcięższy i najbardziej intensywny fragment albumu. Choć ekspresji nie brakuje oczywiście także w tytułowym "Expression" - kolejnym utworze, w którym wyrazista melodia i subtelny klimat stopniowo ustępują miejsca mniej przystępnym dźwiękom.

"Expression" nie należy do ścisłej czołówki największych osiągnięć Johna Coltrane'a, ale to wciąż wspaniała muzyka, porywająca doskonałym wykonaniem, wciągającym klimatem i samymi kompozycjami.

Ocena: 8/10



John Coltrane - "Expression" (1967)

1. Ogunde; 2. To Be; 3. Offering; 4. Expression

Skład: John Coltrane - saksofon (1,3,4), flet (2); Alice Coltrane - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Rashied Ali - perkusja; Pharoah Sanders - flet (2)
Producent: Bob Thiele


24 stycznia 2018

[Recenzja] Captain Beefheart and His Magic Band - "Safe as Milk" (1967)



Don Van Vliet (właść. Don Glen Vliet), znany też jako Captain Beefheart, to jeden z największych ekscentryków i nowatorów rockowej sceny. Porównywalny pod tym pierwszym względem chyba tylko z Frankiem Zappą (zresztą obaj muzycy regularnie ze sobą współpracowali, zaś prywatnie byli przyjaciółmi). Van Vliet wykazał się niezwykłą pomysłowością, łącząc klasycznego bluesa z awangardowym i freejazzowym podejściem do grania. Zanim jednak oryginalny styl Beefhearta w pełni się skrystalizował (nastąpiło to na albumie "Trout Mask Replica" z 1969 roku), muzyk wraz ze swoim magicznym zespołem nagrał trochę muzyki o bardziej konwencjonalnym charakterze. Debiutancki "Safe as Milk" to właściwie niemal typowy rock z 1967 roku - mocno przesiąknięty bluesem i psychodelią, z paroma dziwniejszymi momentami, nieodbiegającymi jednak daleko od typowych dla ówczesnego rocka poszukiwań. Warto dodać, że w nagraniach wzięli udział muzycy kojarzeni w tamtym czasie z raczej konwencjonalnym bluesem, jak Ry Cooder, czy (gościnnie, w jednym utworze) Taj Mahal.

"Safe as Milk" składa się z dwunastu krótkich utworów, dość zróżnicowanych, lecz tworzących spójną całość. Elementem łączącym nawet najbardziej odległe stylistycznie kompozycje, jest charakterystyczny wokal Van Vlieta, który barwą i sposobem ekspresji wywołuje skojarzenia z Howlin' Wolfem. Jak się okazuje, tego typu głos pasuje nie tylko do bluesowych kawałków (jak np. "Sure 'Nuff 'n Yes I Do", "Plastic Factory" i "Grown So Ugly"), ale sprawdza się również w utworach bliższych wczesnej psychodelii (np. garażowe "Zig Zag Wanderer" i "Dropout Boogie", czy "Call on Me", który za sprawą charakterystycznego motywu gitarowego przypomina twórczość The Byrds). Beefheart potrafił też śpiewać w bardziej uduchowiony, soulowy sposób, co udowodnił w doowopowej balladzie "I'm Glad" i łączącym klimatyczne zwrotki z ostrzejszym refrenem "Where There's Woman". Oprócz lidera, w nagraniach błyszczy przede wszystkim Cooder, ozdabiający je świetnymi partiami gitar, ale nie sposób przyczepić się do gry pozostałych muzyków. Wszyscy dają z siebie tyle, ile jest możliwe w tak krótkich, dwu-, trzyminutowych kawałkach. A najlepsze efekty osiągają wtedy, gdy odchodzą od powszechnie przyjętych standardów. Prawdziwą perłą jest "Electricity" z nawiedzoną partią wokalną i psychodeliczno-orientalną warstwą instrumentalną; świetny klimat tworzą tu dźwięki thereminu i gitara imitująca sitar. W żartobliwym "Abba Zaba" do wpływów hindustańskich dochodzi jakby afrykańska perkusja. Wyróżnia się także finałowy "Autumn's Child" - wstęp zapowiada raczej konwencjonalną balladę, ale później pojawia się mnóstwo ciekawych smaczków.

Trudno uwierzyć, że tak dobry i dojrzały album powstał podczas sesji, do której część muzyków nie była nawet przygotowana - basistę Jerry'ego Handleya bardziej pochłaniały sprawy rodzinne (dlatego też w dwóch utworach partie basu wykonali gitarzyści), a Beefheart przyszedł do studia z tekstami, które... nie były dopasowane do warstwy muzycznej. Doszły do tego problemy z niedoświadczonym producentem Richardem Perrym, dla którego - podobnie jak dla wszystkich muzyków - była to pierwsza prawdziwa sesja nagraniowa. Mimo tych i innych przeszkód, powstał nie tylko udany, ale też bardzo ważny i wpływowy album, choć w chwili wydania kompletnie niezauważony.

Ocena: 9/10



Captain Beefheart and His Magic Band - "Safe as Milk" (1967)

1. Sure 'Nuff 'n Yes I Do; 2. Zig Zag Wanderer; 3. Call on Me; 4. Dropout Boogie; 5. I'm Glad; 6. Electricity; 7. Yellow Brick Road; 8. Abba Zaba; 9. Plastic Factory; 10. Where There's Woman; 11. Grown So Ugly; 12. Autumn's Child

Skład: Don Van Vliet (Captain Beefheart) - wokal, harmonijka, marimba; Ry Cooder - gitara, bass (8), instr. perkusyjne; Alex St. Clair Snouffer - gitara, bass (10), instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Jerry Handley - bass (oprócz 8,10), dodatkowy wokal; John French - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Milt Holland - instr. perkusyjne (2,4,8); Samuel Hoffman - theremin (6,12); Taj Mahal - instr. perkusyjne (7); Russ Titelman - gitara (12)
Producent: Richard Perry i Bob Krasnow


22 stycznia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Get Up with It" (1974)



"Get Up with It" to kolejny album Milesa Davisa zawierający nagrania dokonane w różnych latach i składach. Tym razem jest to jednak głównie świeży materiał, zarejestrowany już po sesji nagraniowej "On the Corner". Jedynie dwa najkrótsze utwory powstały wcześniej i w znacznie odmiennych składach. Stanowią one niewielki procent tego dwupłytowego (także na kompaktowych reedycjach) wydawnictwa - niewiele ponad dziesięć minut z ponad dwóch godzin muzyki. Tym samym, właściwie jest traktowanie "Get Up with It" jako regularnego albumu studyjnego, pełnoprawnego następcy "On the Corner", a nie kompilacji odrzutów. Tym bardziej, że poziom zawartych tutaj utworów zdecydowanie nie wskazuje na to drugie.

Owe najstarsze utwory to zabarwione bluesowo "Honky Tonk" i "Red China Blues". Ten pierwszy, wydany już wcześniej w wersjach koncertowych (na "Live-Evil" i "In Concert"), zarejestrowany został w maju 1970 roku, czyli niedługo po nagraniu "Jacka Johnsona". Skład jest niemal identyczny jak na tamtym albumie - Davisowi w nagraniu towarzyszą Steve Grossman, Herbie Hancock, John McLaughlin, Michael Henderson i Billy Cobham, a ponadto Keith Jarrett i Airto Moreira. "Red China Blues", zarejestrowano natomiast w marcu 1972 roku, a więc na krótko przed przystąpieniem do nagrania "On the Corner". Skład jest dość nietypowy, gdyż oprócz Davisa i sekcji rytmicznej, która towarzyszyła mu przez kilka kolejnych lat (Henderson, Al Foster i James Mtume), w nagraniu udział wzięli muzycy, z którymi trębacz nigdy wcześniej, ani później nie współpracował (harmonijkarz Lester Chambers, gitarzysta Cornell Dupree, oraz perkusista Bernard Purdie). Nietypowy jest też sam utwór - niemalże stereotypowy bluesrockowy kawałek, z wyrazistą melodią, prostą strukturą i pierwszoplanową rolą harmonijki. Brzmi to naprawdę świetnie.

Pozostałe utwory zostały nagrane pomiędzy wrześniem 1972, a październikiem 1974 roku. Skład w poszczególnych utworach jest bardzo podobny. Jego trzon stanowią Davis, Henderson, Foster, Mtume, oraz gitarzysta Reggie Lucas. Rolę saksofonisty/flecisty pełni - w zależności od utworu - Dave Liebman, Sonny Fortune lub Carlos Garnett. Okazjonalnie wspierają ich gitarzyści Pete Cosey (wcześniej współpracownik m.in. Muddy'ego Watersa) i Dominique Gaumont, indyjscy muzycy Khalil Balakrishna i Badal Roy, lub klawiszowiec Cedric Lawson. Co ciekawe, Miles, poza grą na trąbce (przetworzoną za pomocą efektu wah-wah, dzięki czemu jej brzmienie przypomina gitarę elektryczną), często gra w tych nagraniach także na elektrycznych organach lub pianinie.

Utwory rozwijają koncepcje z "On the Corner" - opierają się na transowym, jednostajnym rytmie, wokół którego improwizują pozostali muzycy. Mają jednak zdecydowanie bardziej przystępny charakter. Awangarda ustąpiła miejsca funkowo-rockowym inspiracjom, połączonym z silnymi wpływami muzyki hindustańskiej, afrykańskiej i środkowoamerykańskiej. Bardzo egzotycznie, a zarazem mocno funkowo i psychodelicznie, brzmią takie kompozycje, jak ponadpółgodzinny, zróżnicowany "Calypso Frelimo", czy kilkunastominutowe "Mtume" i "Maiysha". Ten ostatni to chyba najbardziej taneczny kawałek w całym dorobku Milesa Davisa, bardzo melodyjny i energetyczny, z genialnie bujającymi partiami gitar i basu, ładnymi solówkami fletu i trąbki, oraz przyjemnym organowym tłem. A w dziesiątej minucie niespodziewanie następuje przełamanie i klimat utworu całkowicie się zmienia, na bardziej rockowy. Psychodelicznie i funkowo, ale  już niezbyt egzotycznie, brzmi także "Billy Preston". Bardzo interesującym utworem jest również "Rated X", wyróżniający się brakiem jakichkolwiek dęciaków. Pierwszoplanową rolę pełnią dość posępne, dysonansowe partie organów, którym towarzyszy gęsta, mechanicznie brzmiąca perkusja i ostre wstawki gitary.

Jednak najbardziej niesamowitą kompozycją - nie tylko na tym albumie, lecz jedną z najbardziej niesamowitych, jakie kiedykolwiek słyszałem - jest rozpoczynająca album "He Loved Him Madly". Utwór powstał w hołdzie dla Duke'a Ellingtona, który zmarł w maju 1974 roku. Tytuł jest parafrazą słów, jakie Ellington miał zwyczaj kierować do publiczności podczas swoich występów: I love you madly. To powolny, utrzymany w mrocznym klimacie utwór, którego gęsta, psychodeliczno-kosmiczno-orientalna atmosfera budzi skojarzenia z twórczością Pink Floyd z koncertowej części "Ummagummy". W trakcie jego półgodzinnego czasu trwania dzieje się w sumie niewiele, lecz mimo to niesamowicie wciąga, dzięki stopniowo narastającemu napięciu i hipnotyzującemu klimatowi, jaki tworzą stonowane partie gitar, trąbki, fletu, organów, bębnów i perkusjonaliów. Bez wątpienia jest to jedno z największych arcydzieł XX wieku.

A album, jako całość, również zasługuje moim zdaniem na miano arcydzieła. "Get Up with It" bez wahania wymieniam w jednym rzędzie z takimi klasycznymi pozycjami, jak "Kind of Blue", "In a Silent Way", "Bitches Brew" i "Jack Johnson". Każdy z tych albumów jest doskonały, choć zupełnie inny. W przypadku "Get Up with It" mamy do czynienia z najbardziej funkowym obliczem Milesa Davisa, lecz album z pewnością doceni także każdy wielbiciel rocka, zwłaszcza psychodelicznego i progresywnego, a i bluesowi słuchacze znajdą na nim coś dla siebie. 

Ocena: 10/10



Miles Davis - "Get Up with It" (1974)

LP1: 1. He Loved Him Madly; 2. Maiysha; 3. Honky Tonk; 4. Rated X
LP2: 1. Calypso Frelimo; 2. Red China Blues; 3. Mtume; 4. Billy Preston

Skład: Miles Davis - trąbka (oprócz LP1:4), organy (LP1:1,2,4, LP2:1,3), elektryczne pianino (LP2:1); Dave Liebman - flet (LP1:1, LP2:1); Reggie Lucas - gitara (LP1:1,2,4, LP2:1,3,4); Pete Cosey - gitara (LP1:1,2, LP2:1,3); Dominique Gaumont - gitara (LP1:1,2, LP2:3); Michael Henderson - bass; Al Foster - perkusja (oprócz LP1:3); James Mtume - instr. perkusyjne (oprócz LP1:3); Sonny Fortune - flet (LP1:2, LP2:3); Steve Grossman - saksofon (LP1:3); John McLaughlin - gitara (LP1:3); Herbie Hancock - klawinet (LP1:3); Keith Jarrett - elektryczne pianino (LP1:3); Billy Cobham - perkusja (LP1:3); Airto Moreira - instr. perkusyjne (LP1:3); Cedric Lawson - elektryczne pianino (LP1:4, LP2:4); Khalil Balakrishna - sitar (LP1:4, LP2:4); Badal Roy - tabla (LP1:4, LP2:4); John Stubblefield - saksofon (LP2:1); Lester Chambers - harmonijka (LP2:2); Cornell Dupree - gitara (LP2:2); Bernard Purdie - perkusja (LP2:2); Carlos Garnett - saksofon (LP2:4) 
Gościnnie: Wade Marcus - aranżacja instr. dętych (LP2:2) 
Producent: Teo Macero


19 stycznia 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Kulu Sé Mama" (1967)



Album "Kulu Sé Mama" został skompilowany z trzech wcześniej niewydanych utworów, zarejestrowanych w 1965 roku. Nagrania pochodzą z dwóch różnych sesji. Wcześniejsza odbyła się w połowie czerwca - niedługo przed sesją nagraniową "Ascension". Zarejestrowane zostały wówczas  kompozycje "Vigil" i "Welcome", wypełniające stronę B albumu. Tytułowa kompozycja, zajmująca stronę A, została natomiast nagrana w połowie października - nieco ponad miesiąc przed nagraniem "Meditations".

"Kulu Sé Mama" to jedna z najbardziej niesamowitych kompozycji w dorobku Johna Coltrane'a. Saksofonista w tamtym okresie lubił eksperymentować ze składem i nie inaczej jest w przypadku tego utworu. W nagraniu towarzyszyli mu McCoy Tyner, Jimmy Garrison, Pharoah Sanders, basista i klarnecista Donald Garrett, perkusista Frank Butler, oraz niejaki Juno Lewis, będący główną postacią tego utworu - to on go skomponował, zagrał w nim na przeróżnych perkusjonaliach, oraz wystąpił w roli wokalisty. "Kulu Sé Mama" brzmi jak jakiś pierwotny, afrykański rytuał za sprawą plemiennych, polirytmicznych brzmień perkusyjnych i egzotycznego śpiewu w języku entobes*. Elementy te zostały rewelacyjnie zestawione ze spiritualno-freejazzowymi solówkami saksofonów, klarnetu basowego, pianina i kontrabasów, tworząc naprawdę niezwykłą, unikalną całość.

Elvin Jones swoją nieobecność w nagraniu tytułowym z nawiązką nadrabia w "Vigil" - dziesięciominutowym, niesamowicie ekspresyjnym duecie perkusji i saksofonu. Ten utwór to po prostu dwie grane równolegle solówki. Żadnych zapamiętywalnych tematów, pełna improwizacja. Coltrane w tamtym czasie był zafascynowany perkusją i afrykańskimi rytmami, stąd też w jego repertuarze pojawiły się takie utwory, jak właśnie "Vigil" i "Kulu Sé Mama". Muzyk planował nawet poszerzenie koncertowego składu o perkusjonalistę, ale nie zdążył zrealizować tego pomysłu... Dopełniający całości utwór "Welcome" - zarejestrowany w klasycznym kwartecie, bez żadnych dodatkowych muzyków - ma już zupełnie inny charakter, perkusja pełni w nim najbardziej podstawową rolę. To po prostu bardzo melodyjna ballada, o nieco spirytualnym nastroju, z ładnymi partiami Trane'a i McCoya.

"Kulu Sé Mama" należy do najciekawszych pozycji w dyskografii Johna Coltrane'a. Przede wszystkim za sprawą tytułowej kompozycji, która doskonale łączy wyrafinowanie jazzu i pierwotność muzyki afrykańskiej. Utwór odegrał istotną rolę w ukształtowaniu nurtu zwanego spiritual jazzem - nie sposób przecenić jego wpływu na twórczość jego przedstawicieli, z Pharoahem Sandersem i Alice Coltrane na czele. Pozostałe utwory nie są może aż tak przełomowe, lecz trzymają wysoki poziom.

Ocena: 9/10

*Dialekcie używanym w Luizjanie - skąd pochodzi Lewis - przez czarnoskórych mieszkańców, będący mieszanką języków afrykańskich, angielskiego, kreolskiego i francuskiego.



John Coltrane - "Kulu Sé Mama" (1967)

1. Kulu Sé Mama; 2. Vigil; 3. Welcome

Skład: John Coltrane - saksofon; Pharoah Sanders - saksofon i instr. perkusyjne (1); McCoy Tyner - pianino (1,3); Jimmy Garrison - kontrabas (1,3); Juno Lewis - wokal i instr. perkusyjne (1); Donald Garrett - kontrabas i klarnet basowy (1); Frank Butler - perkusja (1); Elvin Jones - perkusja (2,3)
Producent: Bob Thiele i John Coltrane


17 stycznia 2018

[Recenzja] Hawkwind - "X in Search of Space" (1971)



Na drugim albumie Hawkwind wszystko zmierza we właściwym kierunku. Zespół dopracował swój własny styl, którego głównymi elementami są psychodeliczno-kosmiczny klimat, hipnotyzująca monotonia i swobodne, jamowe struktury utworów. Rozpoczynający całość, niemal szesnastominutowy "You Shouldn't Do That" to kwintesencja Hawkwind. Ten utrzymany w szybkim tempie, porywający jam zawiera wszystkie wspomniane wyżej elementy, a ponadto charakteryzuje go rockowa zadziorność, elektroniczne ozdobniki i długie popisy solowe muzyków. Świetnie wypadają też krótsze utwory: oniryczny, bardzo intrygujący "You Know You're Only Dreaming", rozpędzony, zdominowany przez gitarowo-basowe popisy "Master of the Universe", oraz najbardziej swobodny, wypełniony przeróżnymi efektami dźwiękowymi "Adjust Me". Jednak, podobnie jak eponimiczny album debiutancki, "X in Search of Space" zawiera także bardziej konwencjonalne, niemal piosenkowe utwory - "We Took the Wrong Step" i "Children of the Sun" łączą wyraziste melodie, akustyczne brzmienia gitary i fletu, oraz elektroniczne efekty w tle. Za sprawą tego ostatniego elementu wpasowują się w klimat całości. Jednocześnie są na tyle odmienne od pozostałych utworów, że stanowią przydatne urozmaicenie, dzięki któremu album jest znacznie ciekawszy i różnorodny.

Ocena: 8/10



Hawkwind - "X in Search of Space" (1971)

1. You Shouldn't Do That; 2. You Know You're Only Dreaming; 3. Master of the Universe; 4. We Took the Wrong Step; 5. Adjust Me; 6. Children of the Sun

Skład: Dave Brock - wokal, gitara, harmonijka, generator efektów dźwiękowych; Nik Turner - saksofon, flet, generator efektów dźwiękowych; Del Dettmar - syntezator; Michael Davies - generator efektów dźwiękowych; Dave Anderson - bass, gitara; Terry Ollis - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: George Chkiantz i Hawkwind


15 stycznia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Big Fun" (1974)



Następca "On the Corner" spotkał się z raczej chłodnym przyjęciem. Głównym powodem takiego stanu rzeczy był fakt, że album "Big Fun" wypełniają nagrania dokonane w różnych składach, na przestrzeni czterech lat (1969-72). Nie jest to jednak zbiór odrzutów. Są to utwory, które powstały pomiędzy sesjami nagraniowymi konkretnych albumów i po prostu nie pasowałyby do charakteru żadnego z nich. Co więcej, wszystkie nagrania zostały specjalnie na to wydawnictwo zmiksowane przez producenta Teo Macero (szczególnie napracował się w przypadku "Go Ahead John", sprytnie skompilowanego z kilku jamów muzyków), a wcześniej dobrane w taki sposób, aby tworzyć spójną całość.

"Big Fun" składa się z czterech utworów, w tym dwóch niemal półgodzinnych i dwóch lekko przekraczających 21 minut. Na oryginalnym, winylowym wydaniu każdy z nich zajmuje jedną stronę tego dwupłytowego wydawnictwa. Większość materiału została zarejestrowana pomiędzy sesjami do albumów "Bitches Brew" i "Jack Johnson", a jeden w okresie "On the Corner".

Najstarsze nagrania, czyli "Great Expectations" (w rzeczywistości są to połączone dwa utwory zarejestrowane tego samego dnia: "Great Expectations" i "Orange Lady") z listopada 1969 roku i "Lonely Fire" ze stycznia 1970 roku, zostały zarejestrowane w podobnym, rozbudowanym składzie, co "Bitches Brew", lecz dodatkowo poszerzonym o indyjskich muzyków: Khalila Balakrishnę (sitar) i - tylko w pierwszym z nich - Bihariego Sharimę (tambura, tabla). Pod względem muzycznym nagrania te nie mają właściwie nic wspólnego z ciężkim fusion z "Bitches Brew". Bliżej im do elektrycznego jazzu o ambientowym klimacie, znanego z "In a Silent Way". To pozornie monotonna, hipnotyzująca muzyka o medytacyjnym charakterze, zaczerpniętym z muzyki hindustańskiej. "Orange Lady" pod względem subtelności i nastroju przypomina utwór tytułowy z "In a Silent Way"; w "Great Expectations" i "Lonely Fire" transowy charakter został połączony z większą dynamiką.

"Go Ahead John", zarejestrowany w marcu 1970 roku, utrzymany jest już w jazzrockowej stylistyce "Jacka Johnsona". W przeciwieństwie do pozostałych utworów z "Big Fun", nagrany został w małym, zaledwie pięcioosobowym składzie - tylko trąbka, saksofon, elektryczna gitara i gitara basowa, oraz perkusja. Była to jedna z niewielu sesji Davisa bez udziału muzyka grającego na klawiszach. Gra sekcji rytmicznej Holland/DeJohnette ma funkowy puls, a gitarowe zagrywki McLaughlina zdecydowanie rockowo-bluesowy charakter. Lecz mimo tego, utwór dobrze wpisuje się w hipnotyczny klimat całości.

W powyższych utworach Davisa wciąż wspierali głównie muzycy o jazzowych korzeniach. W chwili wydania "Big Fun", większość z nich skupiała się już na własnych projektach, kontynuując w nich elektryczne eksperymenty Milesa: Wayne Shorter i Joe Zawinul w Weather Report, Herbie Hancock i Bennie Maupin w Mwandishi, a potem w The Headhunters, Chick Corea w Return to Forever, John McLaughlin i Billy Cobham w Mahavishnu Orchestra, a Jack DeJohnette w Directions. Inni rozpoczęli lub kontynuowali kariery solowe (niektórzy z nich, jak Dave Holland, całkowicie stronili od elektrycznego grania). Sesja nagraniowa "On the Corner" była ostatnią, podczas której Davisowi towarzyszyli dawni współpracownicy (Hancock, McLaughlin, DeJohnette, Maupin). W tamtym czasie trębacz zaczął budować zupełnie nowy skład, do którego ściągał muzyków z zespołów funkowych.

Wczesna wersja tego składu (w której ostał się jeszcze Maupin) w czerwcu 1972 roku - zaraz po zakończeniu głównej sesji nagraniowej "On the Corner" - zarejestrowała kompozycję "Ife". Choć nie odchodzi ona daleko od stylistyki wspomnianego przed chwilą albumu, jest znacznie bardziej przystępna. Opiera się na rewelacyjnym basowym motywie Michaela Hendersona, który pomimo hipnotyzującej repetycyjności, jest zarazem bardzo chwytliwy i nadaje niemal tanecznego charakteru. Linia basu stanowi perfekcyjną oś, wokół której pozostali instrumentaliści grają swoje porywające partie. W zamyśle utwór w całości miał się opierać na jednym rytmie, ale z powodu pomyłki któregoś z muzyków, został on w pewnym momencie przełamany, co niespodziewanie dało naprawdę interesujący efekt.

"Big Fun" zdecydowanie nie brzmi jak zbiór odrzutów. To pełnoprawny album, całkiem spójny, mający swój własny charakter. Na korzyść działa nawet to, że poszczególne utwory zostały zarejestrowane w różnych składach - dzięki temu, można tu usłyszeć więcej wybitnych instrumentalistów, niż na jakimkolwiek innym longplayu Milesa Davisa.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "Big Fun" (1974)

LP1: 1. Great Expectations / Orange Lady; 2. Ife
LP2: 1. Go Ahead John; 2. Lonely Fire

Skład: Miles Davis - trąbka; Steve Grossman - saksofon (LP1: 1, LP2: 1); Bennie Maupin - klarnet basowy i flet (LP1: 1,2, LP2: 2); John McLaughlin - gitara (LP1: 1, LP2: 1); Khalil Balakrishna - sitar (LP1: 1, LP2: 2); Bihari Sharima - tambura, tabla (LP1: 1); Herbie Hancock - elektryczne pianino (LP1: 1); Chick Corea - elektryczne pianino (LP1: 1, LP2: 2); Ron Carter - kontrabas (LP1: 1); Harvey Brooks - bass (LP1: 1, LP2: 2); Billy Cobham - perkusja (LP1: 1, LP2: 2); Airto Moreira - instr. perkusyjne (LP1: 1, LP2: 2); Sonny Fortune - saksofon i flet (LP1: 2); Carlos Garnett - saksofon (LP1: 2); Lonnie Liston Smith - elektryczne pianino (LP1: 2); Harold Williams - elektryczne pianino (LP1: 2); Michael Henderson - bass (LP1: 2); Al Foster - perkusja (LP1: 2); Billy Hart - perkusja (LP1: 2); Badal Roy - tabla (LP1: 2); James Mtume - instr. perkusyjne (LP1: 2); Dave Holland - bass (LP2: 1), kontrabas (LP2: 2); Jack DeJohnette - perkusja (LP2: 1, LP2: 2); Wayne Shorter - saksofon (LP2: 2); Joe Zawinul - instr. klawiszowe (LP2: 2)
Producent: Teo Mecero


12 stycznia 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Meditations" (1966)



Pięcioczęściowa suita "Meditations" po raz pierwszy została zarejestrowana 2 września 1965 roku, przez najsłynniejszy kwartet Johna Coltrane'a, z McCoyem Tynerem, Jimmym Garrisonem i Elvinem Jonesem. Lider nie był jednak zadowolony z nagrania i 23 listopada zorganizował kolejną sesję. Tym razem w większym składzie, obejmującym dodatkowo Pharoaha Sandersa (który w międzyczasie, ściślej mówiąc pod koniec września, dołączył do koncertowego składu) i drugiego perkusistę, Rashieda Aliego (który wkrótce potem na stałe zajął miejsce Jonesa). Nagranie z drugiej, listopadowej sesji trafiło na wydany we wrześniu 1966 roku album "Meditations". Wrześniowa sesja została natomiast opublikowana dopiero jedenaście lat później, pod tytułem "First Meditations (for Quartet)".

Różnice pomiędzy obiema wersjami widać już gołym okiem, na liście utworów: lekko zmieniona została kolejność utworów, a kompozycja "Joy" została zastąpiona przez "The Father and the Son and the Holy Ghost". Jednak największa różnica to samo wykonanie. Wersja kwartetu bliższa jest jego dokonaniom z okresu "A Love Supreme"/"The John Coltrane Quartet Plays". Jest to zatem bardzo melodyjna muzyka, o nieco transcendentnym, spirytualnym nastroju, z przepięknymi solówkami lidera. O jego freejazzowych tendencjach przypomina jedynie "Consequences". Choć ta pierwotna wersja i tak wypada dużo łagodniej od późniejszej. Listopadowe podejście do tej kompozycji, jak również nowy utwór "The Father and the Son and the Holy Ghost", mają już zdecydowanie freejazzowy charakter: zdominowane są przez hałaśliwe, atonalne, wręcz dzikie popisy Trane'a i Sandersa (w których jednak sporadycznie pojawiają się ślady melodii), którym towarzyszą głośnie, sprawiające wrażenie chaotycznych partie dwóch perkusistów. Oczywiście, tak naprawdę wszystko świetnie tu do siebie pasuje, lecz nie jest to łatwa muzyka. Więcej melodii pojawia się w "Compassion" (choć wkrada się tu też trochę celowego chaosu), a przede wszystkim w dwóch bardziej konwencjonalnych i przystępnych utworach o balladowym charakterze: "Love"(urozmaiconym długim basowym wstępem Garrisona) i "Serenity".

"Meditations" to swego rodzaju połączenie freejazzowego szaleństwa "Ascension" i przystępności "A Love Supreme", charakteryzujące się podobnym, uduchowionym nastrojem. Niestety, brakuje tutaj spójności tamtych dzieł. Całość wydaje się mniej przemyślana, mimo że poszczególne fragmenty płynnie między sobą przechodzą, na kształt suity. I z tego właśnie powodu, bardzie cenię "First Meditations".

Ocena "Meditations": 8/10
Ocena "First Meditations": 9/10



Okładka "First Meditations
(for Quartet)".
John Coltrane - "Meditations" (1966)

1. The Father and the Son and the Holy Ghost; 2. Compassion; 3. Love; 4. Consequences; 5. Serenity

Skład: John Coltrane - saksofon; Pharoah Sanders - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja; Rashied Ali - perkusja
Producent: Bob Thiele

John Coltrane - "First Meditations (for Quartet)" (1977)

1. Love; 2. Compassion; 3. Joy; 4. Consequences; 5. Serenity

Skład: John Coltrane - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele


10 stycznia 2018

[Recenzja] The Stone Roses - "The Stone Roses" (1989)



Debiutancki album brytyjskiego grupy The Stone Roses to zbiór jedenastu nieskomplikowanych, melodyjnych piosenek. Nie jestem wielbicielem tego typu grania, ale ten longplay od razu rzekł mnie świetnymi melodiami w stylu wczesnych The Beatles czy, nawet bardziej, The Byrds. To muzyka o podobnym charakterze, lecz oczywiście bardziej współczesna brzmieniowo, jak przystało na przełom lat 80. i 90.  Krytycy uznają ten album za bardzo ważny w rozwoju sceny zwanej Madchesterem (jej przedstawiciele łączyli pop rock i psychodelię lat 60. z acid housem, lecz u Stone Roses wpływy tego ostatniego są marginalne) i britpopu.

Dominują tutaj krótkie utwory o piosenkowej strukturze, oparte na prostej, energetycznej grze sekcji rytmicznej i nieco rozmytych, lecz zadziornych partiach gitary. Nie brakuje tu różnych smaczków, jak pianino w "She Bangs the Drums", wokalne harmonie w "Waterfall", czy psychodeliczne efekty w "Don't Stop". Najważniejsze są jednak melodie, naprawdę kapitalne, praktycznie w każdym kawałku. Pod tym względem Stone Roses przebijają nawet Beatlesów, których wczesne albumy w dużej mierze składały się z wypełniaczy. Tutaj całość jest bardzo równa i ciężko wskazać jakieś słabsze momenty. Za to kilka utworów zapada w pamięć wyjątkowo mocno, żeby wspomnieć tylko o "I Wanna Be Adored", "Bye Bye Badman", czy "Made of Stone". Wyróżnia się także urocza miniaturka "Elizabeth My Dear", jak również wyjątkowo na ten album długi, ośmiominutowy "I Am the Resurrection", z fajnie rozbudowaną częścią instrumentalną. Jeszcze lepiej wypada amerykańskie wydanie albumu, z dwoma bonusowymi utworami z niealbumowych, przebojowych singli: "Elephant Stone" i "Fools Gold". W przypadku tego drugiego wykorzystano 10-minutową wersję 12-calową*, która jeszcze lepiej od oryginalnej oddaje taneczny, funkowy charakter tej kompozycji.

Świetny album, nie przypadkiem doceniany zarówno przez wielbicieli klasycznego, jak i nowszego rocka. Jeśli ktoś z czytających te słowa jeszcze nie słyszał, lepiej niech jak najszybciej nadrobi zaległości, bo wstyd nie znać takiego albumu.

Ocena: 9/10

* W latach 70., obok standardowych singli na 7-calowych płytach winylowych z dwoma utworami, zaczęto wydawać także single 12-calowe z większą ilością utworów i/lub zremiksowanymi, wydłużonymi wersjami. Takie wydawnictwa były szczególnie popularne w muzyce disco i funk. 



The Stone Roses - "The Stone Roses" (1989)

1. I Wanna Be Adored; 2. She Bangs the Drums; 3. Waterfall; 4. Don't Stop; 5. Bye Bye Badman; 6. Elizabeth My Dear; 7. (Song for My) Sugar Spun Sister; 8. Made of Stone; 9. Shoot You Down; 10. This Is the One; 11. I Am the Resurrection

Skład: Ian Brown - wokal; John Squire - gitara, dodatkowy wokal (2); Gary Mounfield - bass; Alan Wren - perkusja, pianino (2), wokal (3), dodatkowy wokal
Producent: John Leckie


8 stycznia 2018

[Recenzja] Soft Machine - "Six" (1973)



Soft Nucleus. Pod takim szyldem mógłby ukazać się ten album. Aż połowa nagrywającego go składu to byli muzycy dowodzonej przez Iana Carra jazzrockowej grupy Nucleus. Do perkusisty Jamesa Marshalla, który grał już w części utworów z poprzedniego albumu Soft Machine ("Fifth"), dołączył multiinstrumentalista Karl Jenkins, który zajął miejsce saksofonisty Eltona Deana. Tym samym, z muzyków klasycznego wcielenia Soft Machine pozostali jedynie klawiszowiec Mike Ratledge i basista Hugh Hopper. Ten drugi odszedł zresztą jeszcze przed wydaniem "Szóstki".

Na longplay składają się dwie płyty - koncertowa, zawierająca materiał zarejestrowany w październiku i listopadzie 1972 roku, oraz studyjna, z materiałem nagranym tuż potem, jeszcze przed końcem roku. Choć obie płyty mają nieco inny charakter - także pod względem muzycznym - to łączy je przede wszystkim wyraźnie odejście od stylistyki dwóch poprzednich longplayów grupy, wypełnionych elektryczną odmianą jazzowej awangardy, z silnymi naleciałościami free jazzu. Tymczasem koncertowa część "Six" wyraźnie kieruje się w stronę bardziej mainstreamowego fusion (co najbardziej słychać w takich utworach, jak "Gesolreut", "Stumble", "Riff I" i "Riff II"), napędzanego energetyczną grą sekcji rytmicznej, z całkiem melodyjnymi solówkami Ratledge'a i Jenkinsa. Gra tego drugiego znacznie się różni od freejazzowych, kakofonicznych popisów Deana. Zdarzają się jednak momenty o bardziej avant-jazzowym charakterze ("E.P.V.", "Lefty"). Warto dodać, że poza utworem "All White", znanym z "Fifth", wszystkie pozostałe są całkowicie premierowe. Pod względem kompozytorskim i wykonawczym jest to naprawdę bardzo udany materiał (może z wyjątkiem trochę przydługiej solówki perkusyjnej "5 From 13").

W przeciwieństwie do ekspresyjnej części koncertowej, studyjny materiał jest wyraźnie delikatniejszy. Zespół przypomina tutaj o swojej fascynacji minimalistyczną elektroniką w stylu Terry'ego Rileya i Steve'a Reicha. Przepięknie wypada 11-minutowy "The Soft Weed Factor", oparty na zapętlonych, repetycyjnych partiach elektrycznego pianina, do których dopiero po dłuższym czasie dołącza wyrazista sekcja rytmiczna i solówki Jenkinsa. Pętle odgrywają też ważną rolę w bardziej dynamicznym "Stanley Stamp's Gibbon Album (for B.O.)", wyróżniającym się także za sprawą wykorzystania czelesty - XIX-wiecznego instrumentu przypominającego fisharmonię. "Chloe and the Pirates" to powrót do delikatniejszego, bardziej elektronicznego grania, z okolic mniej rockowego fusion. Zwracają uwagę długie partie oboju - nietypowego instrumentu dla tego rodzaju muzyki. Nieco odmienny charakter ma "1983", który mógłby posłużyć za ścieżkę dźwiękową jakiegoś horroru. Więcej tu atonalnych dźwięków, które przybliżają tą kompozycję do wcześniejszych dokonań Soft Machine, co jednak nie znaczy, że nie pasuje do tego albumu - wręcz przeciwnie, stanowi całkiem udane zakończenie.

"Six" przynosi nieco bardziej przystępną muzykę, niż kilka poprzednich wydawnictw Soft Machine, wciąż jednak jest to muzyka bardzo ambitna i wykonana na wysokim poziomie.

Ocena: 8/10



Soft Machine - "Six" (1973)

LP1 (Live): 1. Fanfare; 2. All White; 3. Between; 4. Riff I; 5. 37½; 6. Gesolreut; 7. E.P.V.; 8. Lefty; 9. Stumble; 10. 5 From 13 (for Phil Seamen with Love & Thanks); 11. Riff II
LP2 (Studio): 1. The Soft Weed Factor; 2. Stanley Stamp's Gibbon Album (for B.O.); 3. Chloe and the Pirates; 4. 1983

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Karl Jenkins - obój, saksofon, instr. klawiszowe; Hugh Hopper - bass, efekty (LP2: 4); John Marshall - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Soft Machine


5 stycznia 2018

[Recenzja] Miles Davis - "Black Beauty: Miles Davis at Fillmore West" (1973)



Rok 1973 przyniósł jeszcze jeden koncertowy album Milesa Davisa (aczkolwiek oryginalnie wydany wyłącznie w Japonii). "Black Beauty" zawiera materiał zarejestrowany kilka lat wcześniej, 10 kwietnia 1970 roku w Fillmore West w San Francisco. Zaledwie kilka dni przed tym występem do sklepów trafił album "Bitches Brew" i dopiero co zakończyły się nagrania na kolejny, "Jack Johnson". Liderowi towarzyszy tu podobny skład, jak na "At Fillmore" (zarejestrowanym dwa miesiące później w nowojorskim Fillmore East), czyli Steve Grossman, Chick Corea, Dave Holland, Jack DeJohnette i Airto Moreira (do kompletu zabrakło jedynie Keitha Jarretta).

Był to jeden z najlepszych koncertowych składów Davisa. Także tego dnia, muzycy dali niezwykle intensywny, pełen porywających improwizacji koncert. To mocno zakręcone, awangardowe granie, a zarazem tak czadowe, że większość rockowych grup nigdy nie zbliżyła się do tego poziomu ekspresji. I pomyśleć, że dało się osiągnąć taki efekt bez użycia elektrycznej gitary. Jej rolę niejako przejmują ostre partie dęciaków, przesterowane klawisze i uwypuklone linie gitary basowej (te ostatnie są także głównym nośnikiem melodii). Już sama pierwsza strona winylowego wydania kładzie na łopatki. Zaczyna się od niesamowicie agresywnego wykonania "Directions", a po chwili muzycy poprawiają miażdżącym "Miles Runs the Voodoo Down", z iście kakofoniczną końcówką. Po takim początku przydaje się chwila wytchnienia w postaci nieco lżejszego, funkowo bujającego "Willie Nelson", oraz ballad "I Fall in Love Too Easily" i "Sanctuary".

Trzecia strona to dwa absolutne klasyki: "It's About That Time" z "In a Silent Way", oraz tytułowy utwór z "Bitches Brew". Ten pierwszy wspaniale się rozwija, od stonowanego wstępu, do porywającej drugiej części. Z kolei "Bitches Brew" zagrany w mniejszym składzie nie wypada tak przytłaczająco, jak wersja studyjna, za to brzmi o wiele ostrzej, dzięki czemu ta wersja może bardziej spodobać się rockowym słuchaczom. Przynajmniej pierwsza połowa, gdyż później muzycy coraz bardziej odlatują w awangardowe, niemal freejazzowe rejony. Finałową stronę rozpoczyna "Masqualero" - jedna z ostatnich kompozycji z czasów Drugiego Wielkiego Kwintetu, jaka utrzymała się koncertowej setliście Milesa (zresztą prawdopodobnie było to jej ostatnie wykonanie). Tutejsza wersja jest oczywiście mocno przearanżowana, dostosowana do elektrycznego instrumentarium. Wypada znacznie ostrzej i agresywniej, ale moim zdaniem także bardziej porywająco. Na sam koniec pojawia się jeszcze wspaniała, bardzo dynamiczna i ciężka wersja "Spanish Key", oraz obowiązkowy fragment "The Theme", który przez długi czas wieńczył wszystkie występy Davisa.

Niesamowity koncert. To aż niewiarygodne, że jeden wykonawca może mieć w dyskografii aż tyle genialnych albumów koncertowych (wszystkie z elektrycznego okresu, z wyjątkiem nudnawego "In Concert", znalazłyby się na mojej liście najlepszych koncertówek). Chociaż repertuar "Black Beauty: Miles Davis at Fillmore West" w dużym stopniu pokrywa się z wydanym wcześniej "At Fillmore", to różnice w wykonaniu (i jakość obu) są na tyle znaczące, że warto znać oba te albumy.

Ocena: 9/10



Miles Davis - "Black Beauty: Miles Davis at Fillmore West" (1973)

LP1: 1. Black Beauty Part I (Directions / Miles Runs the Voodoo Down); 2. Black Beauty Part II (Willie Nelson / I Fall in Love Too Easily / Sanctuary)
LP2: 1. Black Beauty Part III (It's About That Time / Bitches Brew); 2. Black Beauty Part IV (Masqualero / Spanish Key / The Theme)

Skład: Miles Davis - trąbka; Steve Grossman - saksofon; Chick Corea - elektryczne pianino; Dave Holland - bass; Jack DeJohnette - perkusja; Airto Moreira - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero


[Recenzja] Miles Davis - "In Concert: Live at Philharmonic Hall" (1973)



Zapis koncertu z 29 września 1972 roku w nowojorskiej Philharmonic Hall nie należy do najciekawszych wydawnictw Milesa Davisa. Warto jednak je poznać z kilku powodów. Przede wszystkim, jest to jedyna oficjalna koncertówka Milesa, na której można usłyszeć indyjskich muzyków Khalila Balakrishny i Badala Roya. Ich udział nie jest wielki, ale dodaje klimatu. Po drugie, zawarta tutaj muzyka to wyraźna zapowiedź późniejszego, jazz-funk-rockowego grania znanego z porywających koncertówek "Agharta", "Pangaea" i "Dark Magus". Nawet skład jest dość zbliżony - gitarzysta Reggie Lucas, basista Michael Henderson, oraz perkusiści Al Foster i James Mtume zostali w zespole Davisa na dłużej i brali udział także w nagraniu wspomnianych albumów.

Tym bardziej dziwi poziom "In Concert". Porównując z innymi koncertówkami Davisa z elektrycznego okresu, ten album wydaje się po prostu... nudny. Praktycznie prawie cała pierwsza płyta sprawia wrażenie pozbawionej energii i inwencji, a improwizacje muzyków ciągną się bez pomysłu (zwłaszcza podczas monotonnego wykonania "Honky Tonk"). Jest za to jeden naprawdę niesamowity moment, kiedy słychać wyłącznie indyjskich muzyków, egzotyczne perkusjonalia Mtume'a i trąbkę Milesa. Niestety, trwa on tylko przez kilkadziesiąt sekund i znajduje się na samym końcu płyty. Zdecydowanie ciekawsza jest druga płyta, którą w większości wypełnia porywające wykonanie premierowej kompozycji "Ife" (studyjna wersja została wydana dopiero dwa lata później, na albumie "Big Fun"). Muzycy grają tutaj nie tylko bardziej intensywnie, ale przede wszystkim ciekawiej, z większą swobodą i kreatywnością. Gdyby "In Concert" składał się wyłącznie z tej płyty, pozostawiałby po sobie zdecydowanie lepsze wrażenie.

Jeżeli ktoś chce prześledzić, jak rozwijała się muzyka Milesa Davisa w elektrycznym okresie, to raczej nie powinien pomijać tego albumu. Jeśli jednak kogoś interesują tylko najlepsze wydawnictwa z tego etapu kariery trębacza - "In Concert" jest jednym z nielicznych, które można sobie darować.

Ocena: 7/10



Miles Davis - "In Concert: Live at Philharmonic Hall" (1973)

LP1 ("Foot Fooler"): 1. Part 1 (Rated X / Honky Tonk); 2. Part 2 (Theme from Jack Johnson / Black Satin / The Theme)
LP2 ("Slickaphonics"): 1. Part 1 (Ife); 2. Part 2 (Ife / Right Off / The Theme)

Skład: Miles Davis - trąbka; Carlos Garnett - saksofon; Cedric Lawson - instr. klawiszowe; Reggie Lucas - gitara; Khalil Balakrishna - sitar; Michael Henderson - bass; Al Foster - perkusja; Badal Roy - tabla; James Mtume - instr. perkusyjne
Producent: Teo Macero


3 stycznia 2018

[Recenzja] Caravan - "For Girls Who Grow Plump in the Night" (1973)



"For Girls Who Grow Plump in the Night" uznawany jest za jedno z największych osiągnięć kanterberyjskiej grupy Caravan. A zarazem ostatnie, z którym warto się zapoznać. Materiał został zarejestrowany po kolejnej zmianie składu - odeszli Richard Sinclair i Steve Miller, wrócił David Sinclair, doszli basista John G. Perry i grający na altówce Geoff Richardson. To na tym albumie po raz pierwszy w twórczości zespołu zostały wykorzystane instrumenty smyczkowe i syntezatory. Nie spowodowało to jednak większych zmian w samej muzyce. Zespół wciąż gra tutaj charakterystyczną dla siebie mieszankę popu, rocka progresywnego i psychodelii, z lekkimi wpływami jazzu.

Jak zwykle, najsłabiej wypadają krótkie, piosenkowe utwory. Nie byłoby nic złego w tym, że zespół lubił pograć prostsze i łagodniejsze kawałki, gdyby nie to, że zwykle popadał w nich w banał i sztampę. Nie inaczej jest w przypadku "Hoedown", "Suprise, Suprise" i "The Dog, The Dog, He's at It Again", które są tak miałkie, że nie ratują ich nawet całkiem ładne partie altówki. Najbardziej irytuje jednak banalny refren "C'thlu Thlu", który zupełnie nie pasuje do intrygującego, mrocznego klimatu reszty tej kompozycji. Na szczęście, reszta albumu wywołuje już znacznie lepsze wrażenie. Zespół doprowadził do perfekcji komponowanie utworów składających się z kilku części, o mniej lub bardziej kontrastującym charakterze. Dziewięciominutowy otwieracz "Memory Lain, Hugh / Headloss" łączy bardziej zadziorny początek część ze skoczną kontynuacją. Utwór wyróżnia się niezłą melodią (zwłaszcza w pierwszej części), świetnymi partiami altówki i udziałem rozbudowanej sekcji dętej.

Jeszcze większy kontrast otrzymujemy w "Be All Right / Chance of a Lifetime" - pierwsza część jest bardzo energetyczna, z wyjątkowo ostrymi, jak na ten zespół partiami gitary, podczas gdy druga to bardzo ładna i delikatna ballada. Ozdobą obu części są świetne partie Richardsona - poszerzenie instrumentarium o altówkę było strzałem w dziesiątkę. Cały skład błyszczy natomiast w finałowym instrumentalu "L'Auberge du Sanglier / A Hunting We Shall Go / Pengola / Backwards / A Hunting We Shall Go (reprise)". Już po tytule można się domyślić, że dzieje się tu naprawdę sporo - nie brakuje porywających solówek, są zaskakujące zmiany nastroju, a do tego cytat z Soft Machine (część "Backwards", czyli fragment kompozycji "Slightly All the Time" z "Third"). W nagraniu wzięła nawet udział prawdziwa orkiestra, inaugurując współpracę, która w następnym roku zaowocowała koncertowym albumem "Caravan and the New Symphonia".

"For Girls Who Grow Plump in the Night" jest zatem typowym albumem dla zespołu, niepozbawionym słabszych momentów, ale zawierającym też kilka porywających wzlotów. Pewien powiew świeżości wprowadziło natomiast poszerzenie instrumentarium, dzięki czemu brzmieniowo album jest bogatszy od poprzednich. Na szczęście zachowano umiar i udało się uniknąć wrażenia przeprodukowania.

Ocena: 8/10



Caravan - "For Girls Who Grow Plump in the Night" (1973)

1. Memory Lain, Hugh / Headloss; 2. Hoedown; 3. Surprise, Surprise; 4. C'thlu Thlu; 5. The Dog, The Dog, He's at It Again; 6. Be All Right / Chance of a Lifetime; 7. L'Auberge du Sanglier / A Hunting We Shall Go / Pengola / Backwards / A Hunting We Shall Go (reprise)

Skład: Pye Hastings - wokal i gitara; David Sinclair - instr. klawiszowe; John G. Perry - bass, wokal, instr. perkusyjne; Richard Coughlan - perkusja i instr. perkusyjne; Geoff Richardson - altówka
Gościnnie: Jimmy Hastings - flet (1); Barry Robinson - flet (1); Pete King - flet i saksofon (1); Tony Coe - klarnet i saksofon (1); Harry Klein - klarnet i saksofon (1); Tom Whittle - klarnet i sakosofon (1); Henry Lowther - trąbka (1); Chris Pyne - puzon (1); Rupert Hine - syntezator (1,2,6); Frank Ricotti - kongi (2,3,5,7); Jill Pryor - głos (5); Paul Buckmaster - wiolonczela (7);  John Bell - aranżacja orkiestry (7); Martyn Ford - aranżacja orkiestry, dyrygent (7)
Producent: David Hitchcock


1 stycznia 2018

[Recenzja] John Coltrane - "Ascension" (1966)



Tytuł "Ascension", czyli "Wniebowstąpienie", wiele mówi o zawartości tego albumu. To kolejne uduchowione dzieło Johna Coltrane'a, który postanowił poświęcić swoje życie i twórczość Bogu. Album rozwija koncepcje słynnego "A Love Supreme", przenosząc je w zupełnie nowy muzyczny wymiar, całkiem zrywający z przyziemnością wcześniejszych dokonań saksofonisty.

W celu osiągnięcia takiego efektu, Coltrane postanowił rozbudować zespół o dodatkowych muzyków. W nagraniach, prócz jego stałego kwartetu złożonego z McCoya Tynera, Elvina Jonesa i Jimmy'ego Garrisona, wzięli udział także trębacze Freddie Hubbard i Dewey Johnson, saksofoniści Pharoah Sanders, John Tchicai, Archie Shepp i Marion Brown, oraz kontrabasista Art Davis. Sesja nagraniowa odbyła się 28 czerwca 1965 roku. Muzycy zarejestrowali dwa podejścia do tytułowej kompozycji. Na oryginalne wydanie albumu trafiło drugie podejście, ku niezadowoleniu Coltrane'a, który preferował pierwsze. Dzięki jego staraniom, wkrótce potem ukazało się drugie wydanie albumu, opatrzone podtytułem "Edition II" i zawierające wcześniejszą wersję utworu. Od tamtego czasu obie edycje były wielokrotnie wznawiane. Kompaktowe wznowienia zawierają natomiast oba podejścia.

Kompozycja "Ascension" to 40-minutowa improwizacja, śmiało podążająca w rejony free jazzu. Z tego powodu, a także ze względu na rozbudowany skład, często porównuje się ją z wydanym pięć lat wcześniej "Free Jazz: A Collective Improvisation" Ornette'a Colemana (od którego wywodzi się nazwa całego nurtu). O ile jednak tamten album w całości składa się z kolektywnej improwizacji, pozbawionej jakiejkolwiek struktury, tak w dziele Trane'a fragmenty grane zespołowo przeplatają się z popisami poszczególnych muzyków - granych solo lub, jak w przypadku basistów, w duecie. Każdy muzyk dostał po około dwie, trzy minuty na zaprezentowanie swoich umiejętności (z wyjątkiem Jonesa, który w "Edition I" na pierwszym planie pozostaje przez ledwie 25 sekund, a w "Edition II" w ogóle nie zagrał solo). Stosunkowo niewiele tu zatem Coltrane'a, który swoją solówkę w obu podejściach gra jako pierwszy, a później jedynie kieruje zespołem podczas kolektywnych fragmentów.

Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze. Przy pierwszych przesłuchaniach może sprawiać wrażenie kompletnego hałasu, przerywanego kakofonicznymi solówkami. A partie poszczególnych muzyków mogą wydawać się rozbieżne, jakby każdy z nich chciał pociągnąć utwór w innym kierunku. Przy bliższym poznaniu okazuje się jednak, że całość jest niezwykle spójna i konsekwentnie trzyma się pewnych wytycznych, a muzycy musieli wykazać się niezwykłym kunsztem, by te pozornie niespójne improwizacje tworzyły mimo wszystko przemyślaną całość. Co więcej, można doszukać się w tej muzyce prawdziwego piękna, które nie sposób opisać. Wystarczy otworzyć umysł i dać się pochłonąć tej muzyce.

Ocena: 10/10



John Coltrane - "Ascension" (1966)

1. Ascension (Part I); 2. Ascension (Part II)

Skład: John Coltrane - saksofon; Dewey Johnson - trąbka; Pharoah Sanders - saksofon; Freddie Hubbard - trąbka; John Tchicai - saksofon; Archie Shepp - saksofon; Marion Brown - saksofon; McCoy Tyner - pianino; Art Davis - kontrabas; Jimmy Garrison - kontrabas; Elvin Jones - perkusja
Producent: Bob Thiele