31 stycznia 2019

[Recenzja] National Health - "National Health" (1978)



Jeden z ostatnich przedstawicieli sceny Canterbury, National Health, powstał z inicjatywy klawiszowców Dave'a Stewarta i Alana Gowena. Na pomysł założenia wspólnego zespołu wpadli już w 1973 roku, podczas wspólnych koncertów swoich ówczesnych grup - Hatfield and the North i Gilgamesh. Gdy dwa lata później ta pierwsza zakończyła działalność (z powodu osobistych problemów Dave'a Sinclaira), przystąpili do realizacji projektu. W oryginalnym składzie towarzyszyli im: gitarzyści Phil Miller (z HatN) i Phil Lee (Gilgamesh), basista Mont Campbell (Gilgamesh, a wcześniej razem ze Stewartem w Egg) oraz perkusista Bill Bruford (nie trzeba przedstawiać). Ostatnia trójka szybko jednak zrezygnowała. W ten sposób do zespołu trafił kolejny były członek HatN, perkusista Pip Pyle. Miejsce basisty zajął natomiast muzyk spoza sceny Canterbury, Neil Murray (ex-Colosseum II, późniejszy członek Whitesnake i Black Sabbath).

Eponimiczny debiut zespołu został zarejestrowany pomiędzy lutym i marcem 1977 roku, a wydany rok później. W międzyczasie ze składu odszedł Gowen. Pomimo jego istotnego wkładu w ten materiał (gra we wszystkich utworach, jest autorem jednego i współautorem innego utworu), na okładce został wymieniony wśród gości. Na kształt i brzmienie albumu istotnie wpłynęło także dwoje innych gości: grający na różnych instrumentach dętych Jimmy Hastings i wokalistka Amanda Parsons. W nagraniach wziął udział ponadto perkusjonista John Mitchell.

Chociaż w powstawaniu albumu wzięło udział 3/4 składu Hatfield and the North i dwoje jego stałych współpracowników (Hastings i Parsons), jest to nieco inna muzyka, idąca jeszcze dalej w stronę jazz rocka, dużo swobodniejsza, pozbawiona wyraźnych struktur, całkowicie odchodząca od tradycyjnie rozumianej piosenkowości. Pięć utworów, o łącznym czasie pięćdziesięciu minut (i czternastu sekund), sprawia wrażenie jednego jazzrockowego jamu, pełnego dynamicznych kontrastów, przeróżnych motywów i długich solówek. Brzmienie jest typowo kanterberyjskie, raczej subtelne, choć zdarzają się zadziorniejsze momenty, przywołujące odległe skojarzenia z Soft Machine. Choć słychać, że to już końcówka lat 70., to na szczęście jest tutaj mniej plastikowo, niż na płytach Gilgamesh. Przeróżne brzmienia klawiszowe (organy, elektryczne i akustyczne pianina, syntezator Mooga) dominują nad całością, jednak istotną rolę pełnią tu także jazzujące solówki Millera, partie bezprogowego basu, urozmaicona gra perkusistów, wokalizy (a w "Tenemos Roads" tradycyjny śpiew) Parsons, a także pojawiające się gdzieniegdzie dźwięki fletu i klarnetów.

Choć jednak wszyscy muzycy (może z wyjątkiem Murraya) prezentują tutaj niewątpliwy kunszt - co pokazują zarówno ich solowe popisy, jak i zespołowa współpraca - to jednak poszczególne utwory są do siebie nieco zbyt podobne i trudne do odróżnienia (z drugiej strony, album jest dzięki temu wyjątkowo równy i spójny). Nie da się też ukryć, że jest to mało oryginalne granie, powielające pomysły wcześniejszych grup muzyków. To wciąż jednak przyjemna muzyka i dość łatwa w odbiorze (osoby osłuchane z klasycznym progiem z głównego nurtu nie powinny mieć problemów z tym materiałem), a tym samym może posłużyć za wstęp do tych nieco mniej przystępnych rzeczy ze sceny Canterbury.

Ocena: 8/10



National Health - "National Health" (1978)

1. Tenemos Roads; 2. Brujo; 3. Borogoves (Excerpt from Part Two); 4. Borogoves (Part One); 5. Elephants

Skład: Dave Stewart - instr. klawiszowe; Alan Gowen - instr. klawiszowe; Phil Miller - gitara; Neil Murray - bass; Pip Pyle - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Hastings - flet (1-3,5), klarnet basowy (1), klarnet (3,4); John Mitchell - instr. perkusyjne (1-3); Amanda Parsons - wokal (1,2,4,5)
Producent: Mike Dunne


29 stycznia 2019

[Recenzja] Eric Dolphy - "Out There" (1961)



Na swoim drugim albumie w roli lidera, Eric Dolphy oddala się od bopu w bardziej awangardowe rejony. Już sam skład, który 15 sierpnia 1960 roku wszedł do Van Gelder Studio, jest eksperymentalny. Dolphy zrezygnował tym razem z muzyków grających na trąbce i pianinie, dodając za to wiolonczelistę. W tej roli wystąpił Ron Carter, na co dzień kontrabasista, najbardziej znany ze współpracy z Milesem Davisem z okresu Drugiego Wielkiego Kwintetu, mający jednak na koncie udział w ponad dwóch tysiącach dwustu sesjach. Ta była jedną z jego pierwszych, prawdopodobnie trzecią. W składzie znalazł się także basista George Duvivier, a za bębnami ponownie zasiadł Roy Haynes.

Album zawiera siedem nagrań, w tym cztery kompozycje lidera i trzy interpretacje cudzych kompozycji. Poszczególne utwory cechuje spora różnorodność, w czym spora zasługa stosowania przez Dolphy'ego różnych dęciaków. Tytułowy "Out There", napędzany bardzo energetyczną grą sekcji rytmicznej, wyróżnia się ciekawym tematem z celowo rozmijającymi się partiami saksofonu altowego i wiolonczeli, a także porywającymi, ekspresyjnymi solówkami na tych instrumentach; jest tu też niezłe solo na kontrabasie. W "Serene" muzycy zwalniają tempo i grają bardziej subtelnie, choć wciąż wyjątkowo swobodnie. Dolphy tym razem prezentuje swoje umiejętności na klarnecie basowym, jednak jednak najciekawszym momentem utworu jest duet Cartera i Duvivera. Krótki, niepełna trzyminutowy "The Baron" został zbudowany na podobnej zasadzie, co kompozycja tytułowa, tylko zamiast saksofonu użyty został klarnet basowy, a solówki są krótsze i mniej ekscytujące. Za to w jeszcze krótszym "Eclipse" (kompozycja Charlesa Mingusa) stworzono całkiem interesujący nastrój. Muzycy grają tu bardzo swobodnie (bez żadnych solówek), niemalże niezależnie od siebie, ale wyłania się tu wyraźna, smutna melodia. Szybszy "17 West" zachwyca przeplatającymi się partiami fletu i wiolonczeli na energetycznym akompaniamencie sekcji rytmicznej, z fajnie pląsającym kontrabasem (w pewnym momencie wychodzącym na pierwszy plan) i krotką solówką perkusyjną. Ostatnie dwie kompozycje - ballady "Sketch of Melba" Randy'ego Westona i "Feathers" Hale'a Smitha - bliższe są bopowej tradycji, jednak wykonane zostały równie zachwycająco. "Sketch of Melba" urzeka pięknymi partiami fletu i płaczliwymi zgrzytami wiolonczeli. Natomiast "Feathers" lider po raz drugi na tym albumie sięga po saksofon, tym razem olśniewając subtelniejszymi dźwiękami; sam utwór wypada jednak mniej porywająco od poprzednich.

Piękny album, będący pierwszym dowodem talentu Erica Dolphy'ego, jako kompozytora, aranżera i wykonawcy, bez względu na to, po jaki sięga instrument. W każdej z tych dziedzin nie obawiał się niekonwencjonalnego podejścia, przez które spotykał się z niezrozumieniem jazzowych ortodoksów, ale właśnie dzięki temu jego twórczość tak się wyróżnia i po niemal sześciu dekadach wciąż zachwyca. Pozostali muzycy również doskonale się spisali i trochę szkoda, że skład ten niczego więcej już nie nagrał. Dolphy stworzył później jeszcze trochę wspaniałej muzyki, ale "Out There" pozostał jednym z jego najlepszych dokonań. Choć, jak powszechnie wiadomo, nie jest tym najlepszym.

Ocena: 9/10



Eric Dolphy - "Out There" (1961)

1. Out There; 2. Serene; 3. The Baron; 4. Eclipse; 5. 17 West; 6. Sketch of Melba; 7. Feathers

Skład: Eric Dolphy - saksofon altowy, klarnet, klarnet basowy, flet; Ron Carter - wiolonczela; George Duvivier - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: Esmond Edwards


27 stycznia 2019

[Recenzja] Embryo - "Opal" (1970)



Jazzowa odmiana krautrocka nie jest tą najbardziej znaną, jednak i w jej ramach tworzyło kilka interesujących grup. Do nich bez wątpienia zalicza się Embryo. Początków zespołu należy szukać w stricte jazzowym Contemporary Trio, w którego skład wchodzili wibrafonista Christian Burchard, basista Lothar Meid i perkusista Dieter Serfas. Zespół zakończył działalność, gdy Burchard i Serfas dołączyli do Amon Düül II. Obaj jednak opuścili tę grupę wkrótce po nagraniu debiutanckiego "Phallus Dei" - jednego z pierwszych albumów krautrockowych. Burchard postanowił stworzyć własny zespół, który nazwał Embryo. Do pierwszego składu zaprosił Meida, grającego na saksofonie, flecie i organach Edgara Hofmanna, zaś sam zasiadł za perkusją. Meid wkrótce odszedł (do... Amon Düül II), a jego miejsce zajął Ralph Fischer. Mniej więcej w tym samym czasie dołączył brytyjski gitarzysta John Kelly. I właśnie taki skład, wsparty przez kilku gości, zarejestrował materiał na debiutancki album "Opal".

Muzykę Embryo można określić jako połączenie psychodelii, jazzu i muzyki orientalnej. Proporcje pomiędzy tymi elementami są różne w zależności od albumu. Na "Opal" wyraźnie słychać, że zespół dopiero poszukuje swojego stylu. Świadczą o tym przede wszystkim takie utwory, jak tytułowy - czysto psychodeliczny, ewidentnie inspirowany twórczością Pink Floyd z czasów Syda Barretta - czy orientalizujący "You Don't Know What's Happening" (ciekawie wzbogacony wiolonczelą), który również nie odchodzi daleko od anglosaskiej psychodelii. Ale również "Glockenspiel", w którym zespół dla odmiany gra niemal czysty free jazz. Tymczasem najciekawiej robi się wtedy, gdy muzycy próbują łączyć te dwie stylistyki, czego efektem jest dość oryginalnie brzmiący jazz rock, oparty na zadziornych partiach saksofonu, kwaśnym, typowo psychodelicznym brzmieniu gitary i organów oraz niebanalnej grze sekcji rytmicznej. Tak jest w energetycznych "Revolution" i "Call", czy bardziej swobodnym "People from Out the Space". Te dwa ostatnie to zdecydowanie najlepsze utwory na albumie. Szkoda tylko, że pomiędzy nimi wpakowano najsłabszy "End of Soul" z nudnymi, przegadanymi fragmentami. Zresztą pojawiające się na tym albumie okazjonalnie partie wokalne są jego najsłabszym ogniwem.

Debiutancki album Embryo brzmi jak jam session (jedynie "You Don't Know What's Happening" sprawia wrażenie wcześniej przygotowanej kompozycji), podczas którego muzykom zdarza się wpaść na coś ciekawego, ale czasem błądzą, przez co materiał jest nierówny i niezbyt spójny stylistycznie. Choć w sumie przyjemny i pozostawiający raczej pozytywne odczucia. Ale zespół dopiero na kolejnych albumach, gdy muzycy lepiej się zgrali, pokazał w pełni swoje możliwości. 

Ocena: 7/10



Embryo - "Opal" (1970)

1. Opal; 2. You Don't Know What's Happening; 3. Revolution; 4. Glockenspiel; 5. Got No Time; 6. Call; 7. End of Soul; 8. People from Out the Space

Skład: Edgar Hofmann - saksofon, flet, organy; John Kelly - gitara, wokal; Ralph Fischer - bass, wokal; Christian Burchard - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: Roberto Détrée - wiolonczela Holger Trülzsch - bongosy; Bettsy Alleh - wokal
Producent: Embryo


25 stycznia 2019

[Recenzja] Weather Report - "I Sing the Body Electric" (1972)



Niemal równo rok po dobrze przyjętym debiutanckim albumie, w maju 1972 roku do sprzedaży trafiło drugie wydawnictwo Weather Report. "I Sing the Body Electric" (tytuł zaczerpnięto z XIX-wiecznego poematu Walta Whitmana) został zarejestrowany w odświeżonym składzie - Eric Gravatt i Dom Um Romão zajęli miejsce Alphonse'a Mouzona i Airto Moreiry. Znalazła się na nim muzyka nagrana zarówno w studiu, jak i podczas koncertu. Taka praktyka nie była w tamtym czasie niczym zaskakującym, jednak szkoda, że nagrania koncertowe pochodzą z występu, który niedługo potem został wydany w całości na albumie "Live in Tokyo" (przez niemal trzy dekady dostępnym wyłącznie w Japonii). To oznacza, że otrzymujemy tu pół albumu i zapowiedź innego wydawnictwa.

Nagrania studyjne, wypełniające stronę A winylowego wydania, to efekt dwóch sesji - z listopada 1971 i stycznia 1972 roku. W porównaniu z debiutem, słychać tutaj znacznie bogatsze instrumentarium. To właśnie na tym albumie Joe Zawinul po raz pierwszy użył syntezatora, który w tamtym czasie wciąż był traktowany z nieufnością przez większość jazzmanów. W "Unknown Soldier" zespołowi towarzyszy rozbudowana sekcja dęta i trzyosobowy chór. Utwór charakteryzuje się bardzo swobodnym charakterem, momentami zbliżając się do estetyki freejazzowej, nie jest to jednak improwizacja, a starannie rozplanowana muzyka ilustracyjna, będąca próbą dźwiękowego przedstawienia wojny. Bez wątpienia jest to jeden z najbardziej kreatywnych utworów zespołu. W kolejnym na płycie "The Moor" zaskakuje obecność gitary - gościnnie zagrał na niej Ralph Towner. Instrument pełni pierwszoplanową rolę, na początku występuje solo, dopiero w drugiej minucie dołączają członkowie zespołu, wchodząc w ciekawą interakcję z Townerem i kreując wspólnie intrygujący klimat. Dwa pozostałe studyjne nagrania, "Crystal" i "Second Sunday in August", bliższe są już muzyki z eponimicznego debiutu. Oba opierają się na ciekawym kontraście subtelnych partii klawiszy i saksofonu oraz ciężkich partii przesterowanego basu i intensywnej gry perkusistów.

Koncertowy materiał został zarejestrowany 13 stycznia 1972 roku w tokijskiej Shibuya Kokaido Hall. Tutaj już cały zespół gra niezwykle energetycznie, momentami wręcz agresywnie, porywająco improwizując. Skojarzenia z występami Milesa Davisa w salach koncertowych Fillmore East i West czy na Isle of Wight Festival są jak najbardziej uzasadnione. Podobne jest brzmienie, oparte na ostrych partiach saksofonu i przesterowanego pianina elektrycznego, masywnych, gęstych partiach basu, potężnej perkusji i licznych przeszkadzajkach. A zupełnie identyczne jest podejście muzyków, którzy bez praktycznie żadnych przerw improwizują, zarówno na bazie znanych tematów (m.in. kompozycjach klawiszowca - "Dr. Honoris Causa" z solowego "Zawinul" oraz napisanego dla Davisa "Directions"), jak i prezentując zupełnie nowe pomysły. Cały koncert był niezwykle ekscytujący, muzycy grali jak natchnieni, wchodząc na wyżyny koncertowych improwizacji. Chyba nikomu, w ramach muzyki fusion, nie udało się tak bardzo zbliżyć do poziomu Milesa. Problem w tym, że na "I Sing the Body Electric" trafiły tylko zremiksowane fragmenty znacznie dłuższych improwizacji, nie oddające w pełni tego, co zespół wówczas pokazał. To zaledwie dwadzieścia minut z półtoragodzinnego występu. Warto zatem sięgnąć po "Live in Tokyo", który zawiera aż godzinę wspaniałego materiału nieuwzględnionego na "I Sing the Body Electric".

Muzycy niepotrzebnie śpieszyli się z wydaniem drugiego albumu. Powinni spędzić więcej czasu na stworzenie nowych kompozycji. Tym bardziej, że Zawinulowi i Shorterowi dopisywało wówczas kompozytorskie natchnienie, co udowadniają takie perły, jak "Unknown Soldier" i "The Moor". W międzyczasie powinno natomiast ukazać się ogólnoświatowe wydanie "Live in Tokyo", gdyż materiał ten zasługiwał na znacznie szerszą dostępność. Cóż, zrobiono jednak inaczej. A rezultat, czyli właśnie "I Sing the Body Electric", przynosi wystarczająco dużo świetnej muzyki, by uznać go za bardzo dobry.

Ocena: 8/10
"Live in Tokyo": 9/10



Weather Report - "I Sing the Body Electric" (1972)

1. Unknown Soldier; 2. The Moors; 3. Crystal; 4. Second Sunday in August; 5. Medley: Vertical Invader / T.H. / Dr. Honoris Causa (live); 6. Surucucú (live); 7. Directions (live)

Skład: Joe Zawinul - pianino elektryczne, syntezator, pianino; Wayne Shorter - saksofony; Miroslav Vitouš - bass; Eric Gravatt - perkusja; Dom Um Romão - instr. perkusyjne
Gościnnie: Andrew White - rożek angielski (1); Hubert Laws - flet (1); Wilmer Wise - trąbka (1); Yolande Bavan, Joshie Armstrong, Chapman Roberts - głosy (1); Ralph Towner - gitara (2)
Producent: Robert Devere


Weather Report - "Live in Tokyo" (1972)

LP1: 1. Medley: Vertical Invader / Seventh Arrow / T.H. / Doctor Honoris Causa; 2. Medley: Surucucú / Lost / Early Minor / Directions
LP2: 1. Orange Lady; 2. Medley: Eurydice / The Moors; 3. Medley: Tears / Umbrellas

Skład: Joe Zawinul - pianino elektryczne, pianino; Wayne Shorter - saksofony; Miroslav Vitouš - bass; Eric Gravatt - perkusja; Dom Um Romão - instr. perkusyjne
Producent: Joe Zawinul i Wayne Shorter

Po prawej: okładka "Live in Tokyo".


23 stycznia 2019

[Recenzja] Art Bears - "Winter Songs" (1979)



Poprzedni album Art Bears, "Hopes and Fears", nagrywany był tak naprawdę przez zespół Henry Cow i pod tym szyldem początkowo miał się ukazać. "Winter Songs" to już prawdziwy debiut tria tworzonego przez Freda Fritha, Chrisa Cutlera i Dagmar Krause. Pod względem muzycznym większych zmian jednak nie słychać. To wciąż avant-prog zdradzający silną inspirację kameralną awangardą, a w mniejszym stopniu folkiem i no wave. Chociaż w studiu trio nie skorzystało z pomocy dodatkowych muzyków (na koncertach było wspierane przez Petera Blegvada na basie oraz Marca Hollandera na klawiszach i dęciakach), brzmienie jest tu bardzo bogate, w czym zasługa licznych nakładek, głównie z partiami Fritha grającego tu m.in. na różnych gitarach, klawiszach i smyczkach.

Na album składa się czternaście krótkich utworów (autorstwa Fritha i Cutlera), w których jednak  zwykle sporo się dzieje. Zaskakują kontrasty, zarówno w poszczególnych nagraniach, jak i między nimi. Szczególnie słychać to na przykładzie wyjątkowo subtelnego, jakby folkowego "The Hermit" i następującego tuż po nim dzikiego "Rats and Monkeys" z agresywnym śpiewem Krause i zwariowanymi partiami instrumentalistów. To akurat dwa najbardziej skrajne utwory. Pozostałe mieszczą się gdzieś pomiędzy, zawierając zarówno dziwne, awangardowe dźwięki, jak i kontrapunkt w postaci łagodniejszych momentów. Nierzadko tym wszystkim dziwactwom towarzyszą całkiem ładne melodie. Nie czynią one jednak albumu łatwiejszym w odbiorze (najwyżej jego fragmenty), a wręcz potęgują wrażenie nieprzewidywalności, niepokoju, może nawet dyskomfortu. Trio tworzyło bowiem absolutnie bezkompromisową muzykę, nie próbując trafić do szerszej publiczności, a jedynie realizować swoje artystyczne ambicje. Inspiracją dla "Winter Songs" były płaskorzeźby, które muzycy widzieli w katedrach w Amiens i Nantes. Stąd utwory mają często monumentalny, majestatyczny charakter, ale bez popadania w patos (np. doskonały "The Slave", w którym interesująco połączono potężną warstwą rytmiczną, dostojne skrzypce i nowave'ową gitarę, albo hipnotyzujący "The Winter Wheel").

"Winter Songs" trzyma wysoki poziom swojego poprzednika. Muzycy wykazali się prawdziwym kunsztem tworząc muzykę tak bezkompromisową i nieprzewidywalną, prawdziwie awangardową, a zarazem nie pozbawioną naprawdę ładnych momentów, które jednak nie czynią jej banalną. 

Ocena: 9/10



Art Bears - "Winter Songs" (1979)

1. The Bath of Stars; 2. First Things First; 3. Gold; 4. The Summer Wheel; 5. The Slave; 6. The Hermit; 7. Rats and Monkeys; 8. The Skeleton; 9. The Winter Wheel; 10. Man and Boy; 11. Winter/War; 12. Force; 13. Three Figures; 14. Three Wheels

Skład: Dagmar Krause - wokal; Fred Frith - gitara, bass, instr. klawiszowe, skrzypce, altówka, ksylofon; Chris Cutler - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Art Bears i Etienne Conod


21 stycznia 2019

[Recenzja] Don Cherry - "Complete Communion" (1966)



"Complete Communion" to nietypowy i odważny debiut. Jeszcze parę lat wcześniej byłoby nieprawdopodobne, żeby zacząć solową działalność od albumu składającego się tylko z dwóch, około dwudziestominutowych utworów. 1966 rok to już jednak czas największej popularności free jazzu. A i Don Cherry nie był przecież muzykiem znikąd. Zyskał rozpoznawalność już na przełomie dekad, dzięki wieloletniej współpracy z Ornettem Colemanem. Wziął udział w nagraniu tak ważnych albumów, jak "The Shape of Jazz to Come" czy "Free Jazz", które w znacznym stopniu ukształtowały tę stylistykę. W pierwszej połowie lat 60. Cherry współpracował też z innymi ważnymi dla tego nurtu twórcami, jak John Coltrane, Albert Ayler czy Archie Shepp.

"Complete Communion" został zarejestrowany 24 grudnia 1965 roku w studiu Rudy'ego Van Geldera. Producentem został Alfred Lion, gdyż materiał powstawał dla założonej przez niego wytwórni Blue Note. Oprócz Cherry'ego, grającego podczas tej sesji wyłącznie na kornecie, w nagraniach brali udział: argentyński saksofonista Leandro "Gato" Barbieri (znany głównie z własnej działalności, przede wszystkim tej na pograniczu jazzu i muzyki latynoskiej, w latach 60. będący jednak pod silnym wpływem gry Coltrane'a i Aylera), perkusista Ed Blackwell (kolejny współpracownik Colemana, a także Erica Dolphy'ego czy Anthony'ego Braxtona), oraz basista Henry Grimes (grał m.in. z Aylerem, Sheppem, Cecilem Taylorem, Pharoahem Sandersem i McCoyem Tynerem).

Obie kompozycje zostały napisane przez lidera. Każda z nich składa się z czterech części, jednak stanowi tak spójną całość, że trudno się połapać kiedy muzycy przechodzą do kolejnych fragmentów. Prawdopodobnie właśnie przez taką niekonwencjonalną formę album nie spotkał się z dobrym przyjęciem wśród jazzowych ortodoksów. Bo z dzisiejszej perspektywy trudno usłyszeć tu jakikolwiek radykalizm. Jest to zdecydowanie muzyka wywodząca się bezpośrednio z bopu. Don i Gato grają bardzo ekspresyjnie, ale raczej melodyjnie, tylko czasem pozwalając sobie na bardziej agresywne dźwięki. Natomiast sekcja rytmiczna przez znaczną część płyty dość tradycyjnie swinguje - Blackwell i Grimes nie ograniczają się jednak jedynie do tła, czasem wychodzą na pierwszy plan, prezentując mniej konwencjonalny sposób gry; ale potrafią też usunąć się w cień, gdy sekcja dęta potrzebuje więcej przestrzeni. Kwartet zdaje się doskonale ze sobą porozumiewać, dzięki czemu całość jest tak swobodna i porywająca.

"Complete Communion" to dla wielbicieli takiego swobodnego, improwizowanego jazzu pozycja obowiązkowa. Wszystkich pozostałych również zachęcam do posłuchania - może właśnie ten album okaże się zachętą do poszerzenia swoich muzycznych horyzontów.

Ocena: 8/10



Don Cherry - "Complete Communion" (1966)

1. Complete Communion / And Now / Golden Heart / Remembrance; 2. Elephantasy / Our Feelings / Bishmallah / Wind, Sand and Stars

Skład: Don Cherry - kornet; Gato Barbieri - saksofon tenorowy; Henry Grimes - kontrabas; Edward Blackwell - perkusja
Producent: Alfred Lion


19 stycznia 2019

[Recenzja] Hatfield and the North - "The Rotters' Club" (1975)



Choć znam ten album od dość dawna, dopiero niedawno autentycznie mnie zachwycił i od kilku dni słucham go na okrągło (z krótkimi przerwami na inną muzykę). W przeciwieństwie do eponimicznego debiutu Hatfield and the North, na którym jedynie fragmenty robią na mnie duże wrażenie, "The Rotters' Club" porwał mnie w całości. Muzycy trzymają się stylu wypracowanego na debiucie, ale dopiero tutaj doprowadzili go do prawdziwej perfekcji, maksymalnie wykorzystując wszystkie swoje atuty. Pomysł na album jest właściwie taki sam, jak na poprzednie wydawnictwo - poszczególne utwory niespodziewanie przechodzą w kolejne, tworząc swego rodzaju suitę, bardzo różnorodną, pełną interesujących pomysłów. Tym razem muzycy zadbali jednak o to, by każdy pomysł został należycie rozwinięty, nie pozostawiając niedosytu, ale też nie doprowadzając do przeciwnej sytuacji, w której słuchacz mógłby odczuć znużenie.

Album rozpoczyna się od niesamowicie chwytliwego "Share It", który pomimo swojego przebojowego charakteru i pogodnego klimatu nie popada w banał. Wręcz przeciwnie, to wyrafinowana kompozycja, zachwycająca dostojnym śpiewem Richarda Sinclaira, któremu towarzyszą ciekawe partie klawiszy (Dave Stewart używa na tym albumie elektrycznego pianina, organów Hammonda i syntezatora Mooga - tutaj słychać głównie ten ostatni) oraz bardzo przyjemnie pulsujący bas. Świetne otwarcie, ale już za chwilę muzycy pokazują się od innej, jeszcze ciekawszej strony. Kolejne cztery nagrania - "Lounging There Trying" i "The Yes No Interlude" oraz umieszczone pomiędzy miniaturki "(Big) John Wayne Socks Psychology on the Jaw" i "Chaos at the Greasy Spoon" - to w sumie jedenaście i pół minuty porywającego instrumentalnego grania o zdecydowanie jazzrockowym charakterze. Wszyscy czterej muzycy pokazują się tutaj od najlepszej strony, a dodatkowo towarzyszą im liczne dęciaki (waltornia, saksofon, fagot, klarnet), na których gościnnie zagrali Mont Cambell (Arzachel, Egg), znany ze współpracy z Caravan Jimmy Hastings, a także dwoje członków Henry Cow, Lindsay Cooper i Tim Hodgkinson.

W nostalgicznym "Fitter Stoke Has a Bath" ponownie pojawia się śpiew Sinclaira, tym razem wyraźnie inspirowany wokalnymi zabawami Roberta Wyatta. Warstwa instrumentalna jest bardzo melodyjna i zarazem wyrafinowana. Pięknie wypadają partie gitary basowej i fletu (za te ostatnie odpowiada Hastings), a urozmaicenie zapewnia dość ostre solo gitarowe Phila Millera. Warto też zwrócić uwagę na bardziej eksperymentalne zakończenie. Przepięknym utworem jest "Didn't Matter Anyway", z naprawdę uroczą melodią, fantastyczną partią wokalną Sinclaira (grającego tutaj także na gitarze) i cudowną partią fletu. Instrumentalny "Underdub" - z solówkami na flecie, klawiszami przypominającymi wibrafon oraz funkującą grą Millera i sekcji rytmicznej - to już granie bliższe jazz fusion, niż jazz rocka, przyjemnie urozmaicające całość i znów bardzo ładne. A na zakończenie czeka jeszcze najdłuższy, dwudziestominutowy "Mumps", sam w sobie składający się z kilku różnorodnych części. Jest w nim miejsce i na świetne granie instrumentalne, i na bardziej piosenkowe fragmenty, w których znów błyszczą partię wokalne Sinclaira. Oprócz członków zespołu można ponownie usłyszeć Hastingsa na saksofonie, a także znane z debiutu dziewczyny z The Northettes, ubarwiające nagranie jazzującymi wokalizami. Idealny finał dla tego albumu.

"The Rotters' Club" to doskonałe połączenie ładnych melodii i wyrafinowanej warstwy instrumentalnej, całkiem przystępne, ale dalekie od piosenkowego banału, czerpiące z ambitniejszych rodzajów muzyki. Warto wspomnieć o typowo kanterberyjskim luzie i poczuciu humoru. Ten kompletny brak pretensjonalności, wraz z bardzo konkretnymi, treściwymi kompozycjami, jest niewątpliwą zaletą tego materiału, odróżniając go od wielu innych około-progresywnych wydawnictw, także bardziej znanych, lecz nie dających mi podczas słuchania tyle przyjemności.

Ocena: 10/10



Hatfield and the North - "The Rotters' Club" (1975)

1. Share It; 2. Lounging There Trying; 3. (Big) John Wayne Socks Psychology on the Jaw; 4. Chaos at the Greasy Spoon; 5. The Yes No Interlude; 6. Fitter Stoke Has a Bath; 7. Didn't Matter Anyway; 8. Underdub; 9. Mumps (Your Majesty Is Like a Cream Donut - Quiet / Lumps / Prenut / Your Majesty Is Like a Cream Donut - Loud)

Skład: Richard Sinclair - wokal i bass, gitara (7); Phil Miller - gitara; Dave Stewart - instr. klawiszowe; Pip Pyle - perkusja
Gościnnie: Mont Campbell - waltornia (3,4); Lindsay Cooper - fagot (3,5); Tim Hodgkinson - klarnet (3,5); Jimmy Hastings - saksofon (5,9), flet (6-9); Barbara Gaskin, Amanda Parsons, Ann Rosenthal - dodatkowy wokal (6,9)
Producent: Hatfield and the North


17 stycznia 2019

[Recenzja] Eric Dolphy Quintet - "Outward Bound" (1960)



Eric Dolphy to niezwykle ważna postać dla awangardowego jazzu. Zasłynął dzięki swojemu niekonwencjonalnemu podejściu do gry na saksofonie (często używał też innych dęciaków, jak klarnet basowy czy flet), przez co spotykał się z niezrozumieniem ortodoksyjnych krytyków, nazywających jego twórczość anty-jazzem. Dopiero po swojej przedwczesnej śmierci zaczął być bardziej doceniany. W ciągu ledwie piętnastoletniej kariery wspomagał takich muzyków, jak Chico Hamilton, Charles Mingus, Oliver Nelson, Ornette Coleman (na słynnym "Free Jazz") czy John Coltrane (m.in. na "Olé" i "Live at Village Vanguard"). Pozostawił też kilka płyt (kilkadziesiąt wliczając pośmiertne wydawnictwa) wydanych pod własnym nazwiskiem.

1 kwietnia 1960 roku w studiu Rudy'ego Van Geldera odbyła się pierwsza sesja Dolphy'ego w roli lidera. Towarzyszył mu doborowy skład: Freddie Hubbard na trąbce, Roy Haynes na perkusji, Jaki Byard na pianinie i George Tucker na kontrabasie. Na repertuar złożyły się trzy kompozycje saksofonisty oraz trzy standardy, w tym idealnie wybrany ze względu na tytuł "On Green Dolphin Street". Zawarty tu materiał pod względem stylistycznym to właściwie hard bop, ale już tutaj słychać, jak kreatywnym muzykiem był Eric Dolphy. Jego gra przynajmniej momentami kieruje się już w bardziej awangardową stronę. Szczególnie wyróżniają się tutaj utwory pierwszy i ostatni, "G.W." i "Miss Toni", najbardziej energetyczne, w warstwie rytmicznej tradycyjnie swingujące, ale też z porywającymi solówkami lidera, łączącymi niemałą wirtuozerię z momentami niemalże freejazzową ekspresją. A dla równowagi w standardzie "Glad to Be Unhappy" Dolphy gra bardzo liryczne, przepiękne partie na flecie. Ta subtelna ballada jest wyjątkowym utworem na tym albumie, gdyż reszta albumu została zagrana o wiele bardziej żywiołowo, choć bardzo wyrafinowanie, z dużą swobodą, dającą pole do popisów solistom, jak i możliwość pokazania wzajemnej interakcji.

Eric Dolphy ma na koncie na pewno bardziej ekscytujące i nowatorskie albumy - czy to wydane pod własnym nazwiskiem, czy wśród tych, na których wystąpił w roli sidemana - ale "Outward Bound" to bardzo udany i dojrzały debiut, będący dobrym wstępem do zaznajomienia się z twórczością tego muzyka.

Ocena: 8/10



Eric Dolphy Quintet - "Outward Bound" (1960)

1. G.W.; 2. On Green Dolphin Street; 3. Les; 4. 245; 5. Glad to Be Unhappy; 6. Miss Toni

Skład: Eric Dolphy - saksofon altowy, klarnet basowy, flet; Freddie Hubbard - trąbka; Jaki Byard - pianino; George Tucker - kontrabas; Roy Haynes - perkusja
Producent: -


15 stycznia 2019

[Recenzja] Tangerine Dream - "Zeit" (1972)



Trzeci album Tangerine Dream to zarazem debiut najsłynniejszego składu zespołu. Do Edgara Froese'a i Christophera Franke'a dołączył kolejny muzyk grający na instrumentach klawiszowych - Peter Baumann. Właśnie to trio odpowiada za wszystkie najważniejsze albumy grupy. "Zeit" to potężne otwarcie tego etapu - w wersji winylowej materiał zajmuje aż dwie płyty, a składają się na nie cztery około dwudziestominutowe nagrania. Pod względem stylistycznym album stanowi logiczną kontynuację zwrotu słyszalnego na "Alpha Centauri".

Zespół całkowicie odszedł tu od swoich krautrockowych korzeni i grania inspirowanych awangardą jamów. Zamiast tego proponuje dronowe, ambientowe pejzaże w niemal przesadnie wolnym tempie. Wciąż co prawda utrzymane w kosmicznym klimacie, jednak tym razem znacznie mroczniejszym. Uwagę zwraca niemal całkowite odejście od tradycyjnych instrumentów na rzecz syntezatorów i innych generatorów dźwięków. Wyjątek stanowi rozpoczynający całość "Birth of Liquid Plejades", nagrany z udziałem licznych gości, w tym kwartetem wiolonczelistów i grającym na elektrycznych organach Steve'em Schroyderem (byłym członkiem Tangerine Dream). Ponadto, na syntezatorze Mooga zagrał Florian Fricke z Popol Vuh. Jest to swego rodzaju przejściowy utwór, przywołujący wyraźne skojarzenia z poprzednim albumem, a zarazem wprowadzający już w tę bardziej minimalistyczną, stricte elektroniczną muzykę proponowaną przez trio w pozostałych nagraniach.

"Zeit" to bardzo intrygujący album, ale ze względu na bardzo abstrakcyjny charakter i długość, niezbyt łatwy w odbiorze i niespecjalnie zachęcający do kolejnych przesłuchań. Pewnie lepszym rozwiązaniem byłoby wydanie pojedynczego longplaya. Jednak nie można pominąć znaczenia tego materiału dla rozwoju muzyki elektronicznej. 

Ocena: 8/10



Tangerine Dream - "Zeit" (1972)

1. Birth of Liquid Plejades; 2. Nebulous Dawn; 3. Origin of Supernatural Probabilities; 4. Zeit

Skład: Edgar Froese - generator dźwięków, gitara; Peter Baumann - instr. klawiszowe, wibrafon; Christopher Franke - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne
Gościnnie: Florian Fricke - syntezator (1); Steve Schroyder - organy (1); Christian Vallbracht, Joachim von Grumbkow, Hans Joachim Brüne, Johannes Lücke - wiolonczele (1)
Producent: Tangerine Dream


13 stycznia 2019

[Recenzja] Chick Corea and Return to Forever - "Light as a Feather" (1972)



Miesiąc po zarejestrowaniu albumu "Return to Forever", na początku marca 1972 roku Chick Corea wraz z dwoma muzykami swojego ówczesnego zespołu, basistą Stanleyem Clarkiem i perkusistą Airo Moreirą, wzięli udział w sesji Stana Getza. Jej rezultatem jest wydany dopiero w 1974 roku album "Captain Marvel", składający się głównie z kompozycji Corei takich, jak "La Fiesta", znana już z "Return to Forever", czy "Captain Marvel" i "500 Miles High". Do tych dwóch ostatnich pianista powrócił podczas prac nad swoim kolejnym albumem, "Light as a Feather". Sesja nagraniowa odbyła się w dniach 8 i 15 października 1972 roku, w tym samym składzie, który nagrał "Return to Forever". Tytuł tamtego wydawnictwa przyjął się zresztą jako nazwa tego zespołu i właśnie na "Light as a Feather" został po raz pierwszy oficjalnie użyty w tym kontekście. Według Discogs longplay ukazał się jeszcze przed końcem 1972 roku, ale tylko w Brazylii i (w wersji kasetowej) w Stanach.

Na "Light as a Feather" składa się sześć kompozycji Corei (w "Spain" pojawia się cytat z "Concierto de Aranjuez" Joaquína Rodrigo), w tym dwie z tekstami Neville'a Pottera ("You're Everything", "500 Miles High") i jedna z tekstem Flory Purim (tytułowa). Album kontynuuje kierunek obrany na "Return to Forever". Tytuł ("lekki jak piórko") idealnie oddaje klimat wydawnictwa, utrzymanego na pograniczu elektrycznego jazzu i muzyki latynoskiej, opartego na łagodnym brzmieniu elektrycznego pianina Corei, fletu i saksofonu Joego Farella, kontrabasu Clarke'a oraz instrumentów perkusyjnych Moreiry i Purim. Znacznie większa jest tu jednak rola partii wokalnych Flory, pojawiających się we wszystkich utworach, z wyjątkiem najkrótszego (i najdelikatniejszego) "Children's Song". To sprawia, że utwory nabierają bardziej piosenkowego charakteru. Otwierający całość "You're Everything" jest praktycznie w całości podporządkowany partii wokalnej, przez co niebezpiecznie zbliża się do muzyki pop czy smooth jazzu. W tytułowym "Light as a Feather" i "500 Miles High" piosenkowe fragmenty z wokalem są na szczęście równoważone dłuższymi fragmentami o charakterze instrumentalnych improwizacji (w tym drugim całkiem ekspresyjnych), a w "Captain Marvel" i "Spain" obecne są tylko okazjonalne wokalizy, co daje muzykom więcej swobody w pokazywaniu swoich umiejętności.

Nie podoba mi się konwencja tego albumu. Śpiew Flory Purim jest zbyt delikatny i jednostajny, jest go za dużo i kieruje muzykę w mniej jazzowe, a bardziej popowe rejony. Wrażenie to pogłębia bardzo łagodne brzmienie i często niezbyt wyszukane melodie w stylu muzyki latynoskiej. Kompozycje nie są tu tak dobre, jak na "Return to Forever", a utwory "Captain Marvel" i "500 Miles High" o wiele bardziej przekonują mnie w pełni instrumentalnych, surowszych brzmieniowo wersjach z albumu Getza. Instrumentalne fragmenty z solówkami i improwizacjami muzyków są oczywiście utrzymane na wysokim poziomie, co sprawia, że album ma jednak dużą wartość artystyczną. Ale zdecydowanie nie jest to wydawnictwo, do którego chciałbym wracać. "Light as a Feather" ponadto nie wnosi nic nowego do twórczości Chicka Corei, jest raczej tylko próbą większego zdyskontowania sukcesu "Return to Forever". Ale już wkrótce pianista miał podążyć w nowym kierunku, o czym więcej w kolejnych recenzjach.

Ocena: 6/10



Chick Corea and Return to Forever - "Light as a Feather" (1972)

1. You're Everything; 2. Light as a Feather; 3. Captain Marvel; 4. 500 Miles High; 5. Children's Song; 6. Spain

Skład: Chick Corea - elektryczne pianino; Joe Farrell - saksofon tenorowy, flet; Stanley Clarke - kontrabas; Airto Moreira - perkusja; Flora Purim - instr. perkusyjne, wokal
Producent: Chick Corea


11 stycznia 2019

[Recenzja] Henry Cow - "Western Culture" (1979)



Pierwsze podejście do nagrania tego albumu, w styczniu 1978 roku, doprowadziło do rozłamu wewnątrz Henry Cow. Niektórym muzykom nie spodobał się charakter nowego materiału, w którym znaczną rolę odgrywały partie wokalne. W rezultacie Fred Firth, Chris Cutler i Dagmar Krause stworzyli nowy zespół, Art Bears, który przejął większość nagrań z tamtej sesji (ukazały się na debiutanckim "Hopes and Fears"). Jednak latem Henry Cow wrócił do studia, by zarejestrować nowy, całkowicie instrumentalny materiał. Sześć nowych utworów (po trzy autorstwa Tima Hodgkinsona i Lindsay Cooper), wraz z jednym pozostałym ze styczniowej sesji ("½ the Sky", podpisanym przez Hodgkinsona i Cooper), zostało wydane w następnym roku na albumie "Western Culture". Wkrótce potem zespół zakończył działalność.

"Western Culture" to jedyny całkowicie instrumentalny studyjny album Henry Cow, a tym samym najbardziej swobodny, dzięki niepodporządkowywaniu dźwięków warstwie wokalnej. Utwory mają bardzo luźny i progresywny charakter, nieustannie się rozwijają, unikając jakiejkolwiek powtarzalności. Stylistycznie mieszczą się gdzieś pomiędzy avant-progiem, free jazzem i XX-wieczną awangardą. Tym razem obyło się bez szczególnie radykalnych odjazdów w stronę free improvisation, zdarzają się za to całkiem melodyjne fragmenty (np. partia gitary w "Falling Away"), jednak wciąż nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, mogąca zainteresować odbiorców mainstreamowego rocka. Bo tak naprawdę, poza brzmieniem i mocno zaznaczonym (aczkolwiek nieustannie się zmieniającym) rytmem niewiele tu elementów kojarzących się z rockiem. Całość przypomina raczej muzykę poważną, graną na nietypowym instrumentarium. Przy czym jest całkowicie improwizowana, co nasuwa skojarzenia z jazzem. Ale bardziej dosłownych nawiązań do tego gatunku nie ma tu wiele, pomijając freejazzową partię pianina w "Gretels Tale", zagraną gościnnie przez Irène Schweizer (stali Czytelnicy z pewnością kojarzą to nazwisko z albumem "Jazz Meets India").

Chociaż "Western Culture" jest albumem instrumentalnym, całości towarzyszy pewien koncept. Muzycy dzielą się tutaj swoimi przemyśleniami na temat kondycji współczesnej kultury, której rola zostaje sprowadzana do przemysłu. Stąd też dość industrialny charakter albumu, przejawiający się często mechanicznymi partiami instrumentalnymi i surowym, ostrym brzmieniem. To kolejny element, który odróżnia "Western Culture" od wcześniejszych wydawnictw Henry Cow. Zespół wypracował jednak na tyle unikalny styl, że nawet po tych wszystkich modyfikacjach ciężko pomylić go z jakimkolwiek innym wykonawcą. Longplay stanowi doskonałe zwieńczenie podstawowej dyskografii.

Ocena: 9/10



Henry Cow - "Western Culture" (1979)

1. Industry; 2. The Decay of Cities; 3. On the Raft; 4. Falling Away; 5. Gretels Tale; 6. Look Back; 7. ½ the Sky

Skład: Tim Hodgkinson - organy, pianino, klarnet, saksofon altowy, gitara pedal steel; Lindsay Cooper - fagot, obój, saksofon sopranowy, flet; Fred Frith - gitara, bass (1-6), saksofon sopranowy (3); Chris Cutler - perkusja, pianino, trąbka (3); Georgie Born - bass (7)
Gościnnie: Annemarie Roelofs - puzon (1-6), skrzypce (1-6); Irène Schweizer - pianino (5)
Producent: Henry Cow i Etienne Conod


9 stycznia 2019

[Recenzja] Pharoah Sanders - "Jewels of Thought" (1970)



Osiem miesięcy po zarejestrowaniu słynnego albumu "Karma", 20 października 1969 roku Pharoah Sanders zorganizował kolejną sesję. W składzie ponownie znaleźli się Leon Thomas, Lonnie Liston Smith i Richard Davis, ponadto w nagraniach uczestniczyli basista Cecil McBee oraz perkusiści Idris Muhammad i Roy Haynes. Rezultat trafił na wydany w następnym roku album "Jewels of Thought".

Podobnie jak "Karma", longplay składa się z dwóch utworów, z których dłuższy na winylowym wydaniu musiał zostać podzielony na dwie części (na kompaktowych reedycjach przywrócono mu oryginalny kształt). Na tym podobieństwa się jednak nie kończą. Materiał jest utrzymany w dokładnie tym samym, uduchowionym klimacie. A same kompozycje balansują na granicy autoplagiatu "The Creator Has a Masterplan". Szczególnie dotyczy to krótszej, piętnastominutowej "Hum-Allah-Hum-Allah-Hum-Allah" - z podobną melodią, a także zbliżonymi partiami saksofonu Sandersa oraz niemal identycznym jodłowaniem Thomasa. Główna różnica polega na zwiększeniu roli pianina. Pomimo tego całego podobieństwa, utwór nie robi tak wielkiego wrażenia, jak jego poprzednik, sprawia wrażenie wymuszonego i zbyt wyrachowanego. W niemal półgodzinnym "Sun in Aquarius" również niektóre fragmenty są aż nadto podobne do wspomnianej kompozycji, ale pojawia się też trochę nowych rozwiązań. Szczególnie interesująco wypada pierwsze dziesięć minut, z ocierającym się o free improvisation fragmentem z atonalnymi partiami pianina i perkusyjną nawałnicą w tle, czy freejazzowo zgiełkliwymi partiami saksofonu. W dalszej części również jest kilka ciekawych momentów, jak duet kontrabasistów czy naprawdę ekstremalne solo lidera.

Szkoda, że cały "Jewels of Thought" nie jest utrzymany w stylu tych radykalniejszych części "Sun in Aquarius", gdyż w bardziej melodyjnych, klimatycznych fragmentach albumu Sanders zbyt usilnie próbuje odtworzyć klimat "The Creator Has a Masterplan", co brzmi sztucznie i nie jest tak ekscytujące, jak pierwowzór. Oczywiście, do gry poszczególnych muzyków i ich współpracy nie można się przyczepić, ale jednak można było od nich oczekiwać czegoś mniej wtórnego.

Ocena: 7/10



Pharoah Sanders - "Jewels of Thought" (1970)

1. Hum-Allah-Hum-Allah-Hum-Allah; 2. Sun in Aquarius (Part I); 3. Sun in Aquarius (Part II)

Skład: Pharoah Sanders - saksofon tenorowy, klarnet kontrabasowy, flet, instr. perkusyjne; Lonnie Liston Smith - pianino, flet, instr. perkusyjne; Cecil McBee - kontrabas, instr. perkusyjne; Richard Davis - kontrabas (2,3), instr. perkusyjne (2,3); Idris Muhammad - perkusja i instr. perkusyjne; Roy Haynes - perkusja (1); Leon Thomas - instr. perkusyjne, wokal
Producent: Ed Michel


7 stycznia 2019

[Recenzja] Hatfield and the North - "Hatfield and the North" (1974)



Hatfield and the North to prawdziwa supergrupa, zrzeszająca byłych członków czołowych zespołów należących do sceny Canterbury. W jej oryginalnym składzie znaleźli się: śpiewający basista Richard Sinclair (Caravan), gitarzysta Phil Miller (Delivery, Matching Mole, znany też z gościnnego udziału na "Waterloo Lily" Caravan), perkusista Pip Pyle (Delivery, Gong), a także klawiszowiec Steve Miller (Delivery, Caravan). Tego ostatniego wkrótce zastąpił Dave Sinclair (Caravan, Matching Mole), a następnie Dave Stewart (Arzachel, Egg, Khan). Po tej ostatniej zmianie, zespół przystąpił do zarejestrowania swojego debiutanckiego albumu. W nagraniach wzięli udział liczni goście, także silnie związani ze sceną Canterbury, jak Robert Wyatt (Soft Machine, Matching Mole), Didier Malherbe (Gong) czy Geoff Leigh (Henry Cow).

Muzyczna zawartość eponimicznego debiutu to typowe granie dla grup z Canterbury. I trudno mieć o to do muzyków pretensje, skoro to m.in. właśnie oni przyczynili się do stworzenia tego charakterystycznego brzmienia, łączącego elementy psychodelii, jazzu, folku. Najbliżej chyba do Caravan, za sprawą klimatu i melodyki, jednak twórczość Hatfield and the North jest bardziej eksperymentalna, wyraźniej kierująca się w stronę jazz-rocka, nierzadko przywodząc na myśl Soft Machine i Matching Mole, a nawet, w najbardziej zakręconych momentach - Henry Cow (przede wszystkim w "Son of 'There's No Place Like Homerton'" z istotnym udziałem Leigha). Jest tutaj też trochę kosmicznego klimatu, przywołującego skojarzenia z Gong czy Egg (zwłaszcza w "Shaving Is Boring"). Nie brakuje też charakterystycznych dla tego odłamu rocka progresywnego humoru i luzu, nie ma natomiast w ogóle nadętej pretensjonalności nierzadkiej w głównym nurcie.

Na albumie znalazło się aż piętnaście utworów, z czego większość nie przekracza nawet trzech minut, a niektóre trwają zaledwie po kilkadziesiąt sekund (wyjątek stanowią już wspomniane, znacznie dłuższe "Son of 'There's No Place Like Homerton'" i "Shaving Is Boring"). Zostały one jednak połączone w dwie ponad dwudziestominutowe suity (zapewne połączono by je w jedną, gdyby nie specyfika płyt winylowych). Poszczególne fragmenty przechodzą między sobą całkiem spójnie, często niepostrzeżenie. A zarazem dzieje się tu tyle, że początkowo można mieć problem z ogarnięciem wszystkiego. Nieustannie zmieniające się motywy, liczne solówki... Nawet warstwa wokalna jest bardzo zróżnicowana - oprócz dostojnego, bardzo brytyjskiego śpiewu Richarda Sinclaira, pojawia się tu też wokaliza Wyatta ("Calyx") i żeński chór The Northettes, złożony z Barbary Gaskin, Amandy Parsons i Ann Rosenthal (np. w "Son of 'There's No Place Like Homerton'", "Lobster in Cleavage Probe").

Debiutancki album Hatfield and the North to bardzo dojrzałe dzieło, doskonale łączące najbardziej charakterystyczne cechy podstawowych przedstawicieli sceny Canterbury - zaawansowane eksperymenty z jazzem Soft Machine, humorystyczną dziwność Gong i przystępność Caravan. Mam jednak jeden, dość poważny zarzut. Zespół nie wykorzystał w pełni potencjału wielu ciekawych pomysłów, zbyt szybko je porzucając i przechodząc do kolejnych. Zdecydowanie najlepszymi utworami są tutaj te dwa najdłuższe, w których świetne pomysły zostały interesująco rozwinięte. Całość jest mimo wszystko bardzo udana i naprawdę warta poznania.

Ocena: 8/10



Hatfield and the North - "Hatfield and the North" (1974)

1. The Stubbs Effect; 2. Big Jobs (Poo Poo Extract); 3. Going Up to People and Tinkling; 4. Calyx; 5. Son of 'There's No Place Like Homerton'; 6. Aigrette; 7. Rifferama; 8. Fol de Rol; 9. Shaving Is Boring; 10. Licks for the Ladies; 11. Bossa Nochance; 12. Big Jobs No. 2 (By Poo and the Wee Wees); 13. Lobster in Cleavage Probe; 14. Gigantic Land Crabs in Earth Takeover Bid; 15. The Other Stubbs Effect

Skład: Richard Sinclair - wokal i bass; Dave Stewart - instr. klawiszowe; Phil Miller - gitara; Pip Pyle - perkusja i instr. perkusyjne, efekty
Gościnnie: Robert Wyatt - wokal (4); Geoff Leigh - saksofon (5), flet (5,13); Jeremy Baines - instr. perkusyjne (5), flet (13); Didier Malherbe - saksofon (7); Barbara Gaskin, Amanda Parsons, Ann Rosenthal - wokal; Sam Ellidge, Cyrille Ayers - dodatkowy wokal 
Producent: Hatfield and the North i Tom Newman


5 stycznia 2019

[Recenzja] Charles Mingus - "Mingus Ah Um" (1959)



Dokładnie czterdzieści lat temu, 5 stycznia 1979 roku, zmarł jeden z najwybitniejszych jazzowych basistów - Charles Mingus. To doskonała okazja, aby przybliżyć jego twórczość. Mingus był niezwykle barwną postacią. Z jednej strony bardzo utalentowanym instrumentalistą i kompozytorem,  posiadającym swój rozpoznawalny styl, z drugiej - człowiekiem bardzo trudnym we współpracy. Początkowo marzył o karierze wiolonczelisty w orkiestrze, jednak w tamtych czasach w Stanach profesjonalnie zajmować się muzyką klasyczną mogli jedynie biali muzycy (Mingus był potomkiem afrykańskich, chińskich i europejskich imigrantów oraz rdzennych mieszkańców Ameryki). Zdecydował więc zostać basistą w zespołach jazzowych. Zaczynał w latach 40., grając u boku m.in. Charliego Parkera, Dizzy'ego Gillespiego czy Duke'a Ellingtona. Wkrótce zaczął działać także jako lider.

Jednym z najważniejszych wydawnictw Mingusa jest "Mingus Ah Um". Wydany w przełomowym dla jazzu roku 1959 - to wtedy ukazały się m.in. "Kind of Blue" Milesa Davisa, "Time Out" Dave'a Brubecka i "Shape of Jazz to Come" Ornette'a Colemana, a John Coltrane nagrał "Giant Steps". Były to jeszcze czasy hard bopu i cool jazzu, ale już krystalizowały się nowe style, jak modal czy free jazz. Charles Mingus bywa uznawany za jednego z pionierów tego ostatniego nurtu, gdyż był jednym z pierwszych jazzmanów wykorzystujących w swojej twórczości kolektywne improwizacje, lecz on sam miał nienajlepsze zdanie o free jazzie (m.in. otwarcie krytykował Colemana za to, że nie wykonywał swoich utworów dwa razy w ten sam sposób).

Mingus w tamtym okresie preferował granie w grupach średniej wielkości. Nie inaczej było podczas sesji "Mingus Ah Um",  odbywającej się w dniach 5 i 12 maja 1959 roku w nowojorskim Columbia 30th Street Studio. Jak zwykle, basista skorzystał z pomocy niezbyt znanych i niekoniecznie szczególnie utalentowanych instrumentalistów: saksofonistów Bookera Ervina, Johna Handy'ego i Shafiego Hadi, puzonistów Jimmy'ego Kneppera i Williego Dennisa, pianisty Horacego Parlana i perkusisty Danniego Richmonda. Charles potrafił jednak wyciągnąć z takich muzyków to, co najlepsze, zmuszając ich do jak największej kreatywności i zespołowej interakcji.

Na albumie znalazło się dziewięć kompozycji napisanych przez lidera. Utwory dzielą się na te szybkie, energetyczne i te wolne, balladowe - zwykle rozbrzmiewają na przemian. W obu przypadkach zespół wypada bardzo dobrze, zachwycając zróżnicowanymi aranżacjami, zgraniem i ciekawymi solówkami; same kompozycje również prezentują wysoki poziom. Jednak dwa nagrania zdecydowanie wybijają się ponad resztę. Pierwszy z nich to ballada "Goodbye Pork Pie Hat" - elegia dla zmarłego dwa miesiące przed sesją Lestera Younga, która szybko zyskała status jazzowego standardu (własną wersję nagrał nawet Jeff Beck w swoim jazzrockowym okresie). Drugim jest najdłuższy, ciekawie rozimprowizowany "Fables of Faubus", do którego powstał nawet bardzo zaangażowany tekst, ale przedstawiciele wytwórni nie zgodzili się na nagranie partii wokalnej (według innej wersji, tekst został dopisany później, z myślą o kolejnych wykonaniach tego utworu). Co ciekawe, większość utworów musiała zostać skrócona, aby całość zmieściła się na płycie winylowej. Dopiero na edycjach kompaktowych przywrócono im oryginalny kształt (dodano też kilka odrzutów z tej samej sesji).

"Mingus Ah Um" to album, który niczym nie odrzucał jazzowych ortodoksów, ale zawierający już pewne elementy, które świadczyły o tym, że epoka hard bopu dobiega końca i wkrótce muzyka jazzowa podąży w bardziej eksperymentalne rejony. Dzięki temu longplay jest atrakcyjny także dla osób preferujących te mniej konwencjonalne formy jazzu.

Ocena: 8/10



Charles Mingus - "Mingus Ah Um" (1959)

1. Better Git It in Your Soul; 2. Goodbye Pork Pie Hat; 3. Boogie Stop Shuffle; 4. Self-Portrait in Three Colors; 5. Open Letter to Duke; 6. Bird Calls; 7. Fables of Faubus; 8. Pussy Cat Dues; 9. Jelly Roll

Skład: Charles Mingus - kontrabas; Booker Ervin - saksofon tenorowy; John Handy - saksofon altowy (1,6,7,9), saksofon tenorowy (2), klarnet (8); Shafi Hadi - saksofon altowy (1,5,6,9), saksofon tenorowy (2-4,7,8); Jimmy Knepper - puzon (1,7-9); Willie Dennis - puzon (3-5); Horace Parlan - pianino; Dannie Richmond - perkusja
Producent: Teo Macero


3 stycznia 2019

[Recenzja] Kultivator ‎- "Barndomens Stigar" (1981)



Pod koniec lat 70. progowy mainstream stał się wtórny i nieinteresujący, jednak poza głównym nurtem wciąż działo się wiele ciekawych rzeczy. Sam 1981 rok przyniósł mnóstwo interesującej muzyki z okolic progresywnego rocka, w większości niezbyt znanej. King Crimson wrócił z bardzo świeżym "Discipline", ukazał się trzeci album Art Bears - "The World as It Is Today", a Fred Frith wziął też udział w kilku innych interesujących projektach ("Killing Time" Massacre, "Memory Serves" Material), Dün wydał swój jedyny longplay "Eros", Magma opublikowała potężny materiał koncertowy - "Rétrospective", nawet Rush zaprezentował się bardzo ciekawie na swoim "Moving Pictures". Jednym z ciekawszych wydawnictw - i to nie tylko tego roku - jest również dzieło niemal zupełnie nieznanej szwedzkiej grupy Kultivator.

Album "Barndomens Stigar" został nagrany we wrześniu 1980 roku. Oryginalne wydanie ukazało się podobno w liczbie 503 egzemplarzy, które dziś stanowią spory rarytas dla kolekcjonerów. Na szczęście, longplay doczekał się kilku wznowień, zarówno kompaktowych, jak i winylowych - ostatnio w 2016 roku, z mnóstwem dodatkowego materiału. Dyskografia zespołu nie zawiera żadnych innych tytułów, co sprawia, że taki bonus nabiera jeszcze większej wartości. Brzmienie w większości tych nagrań nie jest najlepsze, ale nadrabiają muzyczną jakością (może z wyjątkiem przyjemnej, ale zbyt konwencjonalnej piosenki "Another Day in Life", która nie pasuje do całości). Miłą niespodzianką jest utwór "Häxdans", nagrany w 1992 roku (specjalnie na pierwsze wznowienie "Barndomens Stigar"), w którym udało się doskonale odtworzyć klimat wcześniejszego materiału. To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy bonusy nie zaniżają poziomu całości. A doskonałym pomysłem było umieszczenie ich na osobnym dysku (także w wersji kompaktowej).

Mnóstwo wspaniałych wrażeń dostarcza jednak już samo podstawowe wydanie. Znalazło się na nim osiem bardzo treściwych utworów, o zupełnie nieprzewidywalnej budowie. Oparte na niesamowicie intensywnej, gęstej i potężnej grze sekcji rytmicznej, z porywającymi, jazzrockowymi partiami gitary i różnych instrumentów klawiszowych, a także dziwnymi wokalami (dominuje jednak granie instrumentalne). Skojarzenia idą przede wszystkim w kierunku Magmy i zeuhlu, ale słychać też podobieństwa do sceny Canterbury, czasem nawet Mahavishnu Orchestra, czy zwykłego proga, takiego z okolic King Crimson. To sprawia, że album jest całkiem przystępny dla osób, które przerobiły już dokładnie progresywny mainstream (oczywiście ten z lat 70., włącznie z Van der Graaf Generator i Gentle Giant) i może stanowić wstęp do avant-proga. Jak to często w tamtych czasach bywało ze szwedzkimi wykonawcami, nie brakuje tu też wpływów, zwłaszcza w melodyce, nordyckiego folku, co dodatkowo podkreślają partie fletu. Nie będę szczegółowo opisywał poszczególnych utworów, bo dzieje się w nich wiele, a najlepiej odkrywać to wszystko samodzielnie.

"Barndomens Stigar" to bardzo dojrzały, kreatywny i doskonały pod względem wykonania debiut. Pomimo oczywistych inspiracji, brzmi naprawdę świeżo i oryginalnie - także obecnie. Może tylko kompozycje za bardzo się ze sobą zlewają przy pierwszych przesłuchaniach, może przydałaby się większa różnorodność - zamiast w każdym utworze łączyć różne elementy w podobnych proporcjach, w kilku z nich bardziej wyeksponować jeden z nich. Ale mimo tego zawarta tu muzyka i tak robi niesamowite wrażenie. Album wyróżnia się nie tylko na tle dekady, w której powstał, ale także całej muzyki progresywnej.

Ocena: 9/10



Kultivator ‎- "Barndomens Stigar" (1981)

1. Höga Hästar; 2. Vemod; 3. Småfolket; 4. Kära Jord; 5. Barndomens Stigar; 6. Grottekvarnen; 7. Vårföl; 8. Novarest

Skład: Jonas Linge - gitara, wokal; Ingemo Rylander - flet, pianino, wokal; Johan Hedren - organy, pianino, syntezator; Stefan Carlsson - bass; Johan Svärd - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Hädan Sväv - dodatkowy wokal
Producent: Kultivator


1 stycznia 2019

[Artykuł] 50 lat temu... Podsumowanie roku 1968

Choć dziś może się to wydawać nieprawdopodobne, 50 lat temu muzykę rockową cechowały dynamiczny rozwój i nowatorskie podejście, co owocowało coraz to nowszymi podgatunkami. A także wieloma doskonałymi albumami. Sam 1968 rok przyniósł ich kilkadziesiąt. Coraz większej popularności i jakości rocka nie dało się już ignorować, co działało motywująco i inspirująco także na przedstawicieli innych gatunków.



Jednym z pierwszych jazzmanów, którzy dostrzegli potencjał muzyki rockowej był Miles Davis. Już pod koniec 1967 roku zaczął eksperymentować z elektrycznym instrumentarium, czego najwspanialszym efektem jest półgodzinne nagranie "Circle in the Round" z udziałem gitarzysty Joe Becka. Wydanie tego utworu mogło być przełomowym momentem w historii muzyki - niestety, nastąpiło to dopiero w 1979 roku. Na początku 1968 roku Davis opublikował zarejestrowany pół roku wcześniej, jeszcze stricte akustyczny "Nefertiti", należący do czołówki dokonań tzw. Drugiego Wielkiego Kwintetu. Przełom nastąpił jednak w lipcu, wraz z albumem "Miles in the Sky" - pierwszym w dorobku trębacza, na którym można usłyszeć elektryczne pianino i gitarę basową. Jego bezpośrednią kontynuacją jest wydany pod koniec roku "Filles de Kilimanjaro".

Miles Davis z nowymi współpracownikami: Chickiem Coreą i Davidem Hollandem.

Popularności rocka nie mogły ignorować wytwórnie płytowe. Przedstawiciele Impulse Records zdecydowali się skierować promocję pośmiertnego albumu Johna Coltrane'a "Om" do hipisowskiej publiczności, podkreślając rolę LSD w powstaniu tego materiału. Inna sprawa, że ten radykalnie freejazzowy materiał nie ma praktycznie żadnych punktów stycznych z rockiem psychodelicznym w kwestiach czysto muzycznych. Z kolei bluesowa wytwórnia Chess Records postanowiła namówić swoich podopiecznych do grania w bardziej rockowy sposób. Czego pierwszym efektem był album "Electric Mud" Muddy'ego Watersa, zawierający mocniejsze wersje bluesowych standardów, przeróbkę utworu The Rolling Stones oraz cytaty z Cream i Jimiego Hendrixa (warto odnotować, że w nagraniu "Electric Mud" wziął udział gitarzysta Pete Cosey - późniejszy współpracownik Milesa Davisa).

Rockmani również byli w tamtym czasie bardzo otwarci na inspiracje innymi gatunkami. Psychodeliczna grupa Quicksilver Messenger Service na swoim eponimicznym debiucie umieściła utwór "Gold and Silver", będący w rzeczywistości rockową interpretacją jazzowego standardu "Take Five" Dave'a Brubecka. Czołowy przedstawiciel brytyjskiego blues rocka, John Mayall, również wzbogacił swoją twórczość o elementy jazzu na albumie "Bare Wires", nagranym z muzykami, którzy wkrótce potem założyli jedną z pierwszych jazzrockowych grup, Colosseum (Mayall wydał w tym roku jeszcze jeden album, "Blues from Laurel Canyon", nagrany w innym składzie i ukierunkowany bardziej rockowo). Interesującej fuzji rocka, bluesa i jazzu dokonał także norweski gitarzysta Terje Rypdal (w późniejszych latach grający głównie jazz), na swoim debiucie "Bleak House".

Pink Floyd w przejściowym składzie - już z Gilmourem, jeszcze z Barrettem.

Pink Floyd na swoim drugim albumie, "A Saucerful of Secrets", poszedł w bardziej eksperymentalnym kierunku, dodając nawet inspirację XX-wieczną awangardą w utworze tytułowym (który niedługo potem okazał się niewyczerpanym źródłem inspiracji dla sceny krautrockowej). Powoli zaczęło się krystalizować także tzw. brzmienie Canterbury, za sprawą debiutujących (eponimicznymi albumami) grup Soft Machine i Caravan. Sporo ambitnej, eksperymentalnej muzyki rockowej powstawało także w Stanach, żeby wspomnieć tylko o Franku Zappie ("Lumpy Gravy", "We're Only in It for the Money", "Cruising With Ruben & The Jets"), Captainie Beefhearcie ("Strictly Personal"), The Velvet Underground ("White Light / White Heat") czy odważnie eksperymentujących z elektroniką grup The United States of America i Silver Apples, które w tym roku wydały swoje eponimiczne albumy. Warto też wspomnieć o szwedzkiej grupie International Harvester i jej longplayu "Sov gott Rose-Marie". A także o Giles, Giles and Fripp ("The Cheerful Insanity of Giles, Giles and Fripp"), który wkrótce miał przekształcić się w King Crimson.

W 1968 roku wciąż dobrze miała się scena psychodeliczna. Oprócz wspomnianego debiutu Quicksilver Messenger Service, ukazały się także albumy chociażby takich wykonawców, jak Big Brother & The Holding Company ("Cheap Thrills"), Grateful Dead ("Anthem of the Sun"), Group 1850 ("Agemo's Trip to Mother Earth"), Gun ("Gun"), H.P. Lovecraft ("H.P. Lovecraft II"), Iron Butterfly ("In-A-Gadda-Da-Vida"), Jefferson Airplane ("Crown of Creation"), Spirit ("Spirit", "The Family That Plays Together"), The Animals ("The Twain Shall Meet"), The Byrds ("The Notorious Byrd Brothers"), The Crazy World of Arthur Brown ("The Crazy World of Arthur Brown"), The Doors ("Waiting for the Sun"), The Zombies ("Odessey and Oracle"), Traffic ("Traffic") czy Ultimate Spinach ("Ultimate Spinach", "Behold & See"). W ten nurt wpisuje się także debiutancki album Deep Purple, "Shades of Deep Purple". Od psychodelii odeszli natomiast The Beatles (którzy wydali bardzo eklektyczny "The White Album") i The Rolling Stones (którzy na "Beggars Banquet" zwrócili się w stronę bluesa i country).

Cream: Eric Clapton, Ginger Baker i Jack Bruce.

Na scenie blues rockowej również wiele się działo, nie tylko za sprawą wspomnianych wyżej albumów Johna Mayalla i Muddy'ego Watersa. Płyty opublikowali m.in. także Canned Heat ("Boogie With Canned Heat", "Living the Blues"), Chicken Shack ("40 Blue Fingers, Freshly Packed and Ready to Serve"), Fleetwood Mac ("Fleetwood Mac", "Mr. Wonderful"), Groundhogs ("Scratching the Surface"), Love Sculpture ("Blues Helping"), Taj Mahal ("Taj Mahal", "The Natch'l Blues"), Ten Years After ("Undead") czy The Butterfield Blues Band ("In My Own Dream"). Debiutancki album Jethro Tull, "This Was", również pasuje do tej części podsumowania. W 1968 roku blues rock powoli już przekształcał się w hard rock, co było zasługą nie tylko ogromnie wówczas popularnych grup Cream (dwupłytowy "Wheels of Fire" z dojrzałym materiałem studyjnym i genialną częścią koncertową) i The Jimi Hendrix Experience (również dwupłytowy "Electric Ladyland", z doskonałymi "Voodoo Child" i "All Along the Watchtower"), ale także debiutantów - The Jeff Beck Group (niedoceniany i nieco już zapomniany "Truth") oraz Blue Cheer ("Vincebus Eruptum", "Outsideinside").

1968 rok to także mnóstwo świetnego jazzu, zarówno tego bardziej awangardowego, jak i mainstreamowego. Oprócz wcześniej wspomnianych albumów, ukazały się także nowe wydawnictwa takich artystów, jak Alice Coltrane ("A Monastic Trio"), Anthony Braxton ("3 Compositions of New Jazz"), Archie Shepp ("The Magic of Ju-Ju", "The Way Ahead"), Bobby Hutcherson ("Stick-Up!"), Cecil Taylor ("Conquistador"), Charles Tolliver ("Paper Man"), Chick Corea ("Tones for Joan's Bones", "Now He Sings, Now He Sobs"), Don Ellis and his Orchestra ("Autumn"), Eric Dolphy ("Iron Man"), Gato Barbieri ("In Search of the Mystery"), Herbie Hancock ("Speak Like a Child"), Joe Zawinul ("The Rise & Fall of the Third Stream"), Krzysztof Komeda (ścieżka dźwiękowa do "Dziecka Rosemary" Polańskiego), Marion Brown ("Why Not"), Max Roach ("Members, Don't Git Weary", Pat Martino ("Baiyina (The Clear Evidence)", "East!"), The Jazz Composer's Orchestra ("The Jazz Composer's Orchestra"), The Peter Brötzmann Octet ("Machine Gun"), The Włodzimierz Nahorny Trio ("Heart") oraz Thelonious Monk ("Underground").

Pod koniec 1968 roku Krzysztof Komeda uległ wypadkowi, który doprowadził do jego śmierci.

Nie zabrakło też wydawnictw dla słuchaczy folku i country (m.in. "Song to a Seagull" Joni Mitchell, "Balaklava" Pearls Before Swine, "Music From Big Pink" The Band, "Sweetheart of the Rodeo" The Byrds, "For the Sake of the Song" Townesa Van Zandta, czy "Astral Weeks" Van Morrison) oraz funku ("Dance to the Music" Sly & The Family Stone). 

Oczywiście, w 1968 ukazało się jeszcze więcej różnych albumów, ale skupiłem się na tych najbardziej istotnych i najbardziej udanych. Poniżej, tradycyjnie, prezentuje swoje subiektywne rankingi.

*

Albumy, które trzeba znać:

Rock, blues, folk i funk:
Big Brother & The Holding Company - Cheap Thrills
Blood, Sweat & Tears - Child Is Father to the Man
Blue Cheer - Vincebus Eruptum
Blue Cheer - Outsideinside 
Canned Heat - Boogie With Canned Heat 
Captain Beefheart & His Magic Band - Strictly Personal
Caravan - Caravan
Cream - Wheels of Fire 
Deep Purple - Shades of Deep Purple
Dr. John, The Night Tripper - Gris-Gris
Eric Burdon & The Animals - The Twain Shall Meet
Fifty Foot Hose - Cauldron 
Fleetwood Mac - Fleetwood Mac
Fleetwood Mac - Mr. Wonderful
Frank Zappa - Lumpy Gravy 
Grateful Dead - Anthem of the Sun 
Groundhogs - Scratching the Surface
Group 1850 - Agemo's Trip to Mother Earth
Gun - Gun 
H.P. Lovecraft - H.P. Lovecraft II 
International Harvester - Sov gott Rose-Marie
Iron Butterfly - In-A-Gadda-Da-Vida
Jeff Beck Group - Truth
Jefferson Airplane - Crown of Creation
Jethro Tull - This Was 
John Mayall's Bluesbreakers - Bare Wires 
John Mayall - Blues From Laurel Canyon
Joni Mitchell - Joni Mitchell [Song to a Seagull]
Love Sculpture - Blues Helping 
Mike Bloomfield, Al Kooper & Steve Stills - Super Session 
Muddy Waters - Electric Mud
Nico - The Marble Index 
Pearls Before Swine - Balaklava 
Pink Floyd - A Saucerful of Secrets 
Quicksilver Messenger Service - Quicksilver Messenger Service
Silver Apples - Silver Apples 
Silver Apples - Contact 
Sly & The Family Stone - Dance to the Music
Spirit - Spirit
Spirit - The Family That Plays Together
Steppenwolf - Steppenwolf
Taj Mahal - Taj Mahal
Taj Mahal - The Natch'l Blues 
Ten Years After - Undead 
The Band - Music From Big Pink 
The Beatles - The Beatles [White Album]
The Butterfield Blues Band - In My Own Dream
The Byrds - The Notorious Byrd Brothers 
The Crazy World of Arthur Brown - The Crazy World of Arthur Brown
The Doors - Waiting for the Sun
The Jimi Hendrix Experience - Electric Ladyland
The Kinks - The Kinks Are the Village Green Preservation Society
The Mothers of Invention - We're Only in It for the Money
The Mothers of Invention - Cruising With Ruben & the Jets 
The Nice - The Thoughts of Emerlist Davjack 
The Pretty Things - S.F. Sorrow 
The Rolling Stones - Beggars Banquet 
The Soft Machine - The Soft Machine 
The United States of America - The United States of America 
The Velvet Underground - White Light / White Heat
Townes Van Zandt - For the Sake of the Song 
Traffic - Traffic
Ultimate Spinach - Ultimate Spinach 
Ultimate Spinach - Behold & See 
Van Morrison - Astral Weeks

Jazz:
Alice Coltrane - A Monastic Trio
Anthony Braxton - 3 Compositions of New Jazz
Archie Shepp - The Way Ahead
Archie Shepp - The Magic of Ju-Ju
Bill Plummer and the Cosmic Brotherhood - Bill Plummer and the Cosmic Brotherhood 
Bobby Hutcherson - Stick-Up! 
Cecil Taylor - Conquistador! 
Charles Tolliver - Paper Man
Chick Corea - Tones for Joan's Bones
Chick Corea - Now He Sings, Now He Sobs
Christopher Komeda - Rosemary's Baby 
Don Ellis and his Orchestra - Autumn
Eddie Harris - The Electrifying Eddie Harris 
Elvin Jones and Richard Davis - Heavy Sounds
Eric Dolphy - Iron Man 
Freddie Hubbard - High Blues Pressure
Gabor Szabo - Dreams
Gary Bartz - Another Earth
Gato Barbieri - In Search of the Mystery
Herbie Hancock - Speak Like a Child 
Joe Zawinul - The Rise & Fall of the Third Stream
John Coltrane - Om
John Coltrane / Alice Coltrane - Cosmic Music
Marion Brown - Why Not 
Max Roach - Members, Don't Git Weary 
Miles Davis - Nefertiti
Miles Davis - Miles in the Sky
Miles Davis - Filles de Kilimanjaro
Pat Martino - Baiyina (The Clear Evidence) 
Pat Martino - East! 
Steve Marcus - Tomorrow Never Knows 
Terje Rypdal - Bleak House 
The Jazz Composer's Orchestra - The Jazz Composer's Orchestra 
The Peter Brötzmann Octet - Machine Gun
The Sonny Criss Orchestra - Sonny's Dream (Birth of the New Cool)
The Włodzimierz Nahorny Trio - Heart (Polish Jazz, Vol. 15) 
Thelonious Monk - Underground 


Inne:
Shivkumar Sharma, Brij Bhushan Kabra & Hariprasad Chaurasia - Call of the Valley