30 września 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "The Rolling Stones" (1964)



Amerykańskie wydanie debiutanckiego albumu The Rolling Stones - w innych krajach po prostu eponimicznego - zostało zatytułowane "England's Newest Hit Makers". Ten chwytliwy slogan niewiele miał jednak wówczas wspólnego z rzeczywistością. Owszem, zespół zdążył już zaistnieć w notowaniach singli, jednak żaden z tych utworów nie był autorską kompozycją. Mówiąc wprost, Stonesi byli wtedy jedynie odtwórcami hitów, a nie ich twórcami. Potwierdza to zresztą materiał zawarty na pierwszym longplayu. Aż dziewięć z dwunastu zawartych tutaj utworów to przeróbki rhythm'n'bluesowych, bluesowych oraz rock'n'rollowych standardów. W początkach muzyki rockowej takie posiłkowanie się cudzymi kompozycjami było na porządku dziennym. Jednak grupa The Beatles w tym samym roku opublikowała album "A Hard Day's Night", na którym znalazły się wyłącznie własne, premierowe kawałki. A już dwóch wcześniejszych wydawnictwach przeróbki stanowiły mniej niż połowę repertuaru.

Inna sprawa, że Stonesi grający standardy brzmią tutaj dokładnie tak samo, jak na późniejszych albumach. To zasługa zarówno już wtedy rozpoznawalnego głosu Micka Jaggera, jak i samej muzyki - bardzo surowej, mocno przesiąkniętej rhythm'n'bluesem, odległej od wygładzonych brzmieniowo produkcji innych wczesnych grup rockowych (a właściwie proto-rockowych). Zaprezentowane przez brytyjski kwintet interpretacje standardów w zasadzie nie różnią się bardzo od oryginalnych wykonań, choć zagrane są ze zdecydowanie większą energią. Wystarczy posłuchać otwierającego całość "Route 66" - inspirowanego wersją Chucka Berry'ego, choć pierwotnie nagranego przez Nata Kinga Cole'a - w którym zespół odsłania wszystkie swoje ówczesne atuty. Podobnie wypadają też chociażby "I Just Want to Make Love to You" Muddy'ego Watersa, "Carol" Berry'ego, "Walking the Dog" Rufusa Thomasa czy obecny tylko na amerykańskim wydaniu "Not Fade Away" grupy The Crickets (przebój w obu wersjach). Na dłuższą metę album jest nieco zbyt monotonny. Odrobinę urozmaicenia zapewniają dwa spośród trzech autorskich kawałków. "Now I've Got a Witness", będący tak naprawdę wariacją na temat "Can I Got a Witness" Marvina Gaye'a (którego przeróbka także znalazła się na płycie), wyróżnia się brakiem partii wokalnej, uwypukloną partią organów oraz dłuższą, jak na ten album, solówką gitary. "Tell Me" to z kolei popowa ballada z istotną rolą gitary akustycznej oraz dość przyjemną, choć naiwną melodią.

Pierwszy album The Rolling Stones to, z perspektywy czasu, w zasadzie tylko archaiczna ciekawostka. Typowy dla tamtych czasów produkt, który po prostu miał się dobrze sprzedawać dzięki ówczesnej koniunkturze na rock and roll i jego pochodne. Stonesów kreowano zresztą wówczas na alternatywę dla ogromnie popularnych Beatlesów, ich niegrzeczną wersję. Z tego powodu wymuszono nawet wyrzucenie ze składu pianisty Iana Stewarta, który nie pasował do takiego wizerunku (pozostał jednak stałym współpracownikiem grupy). Sama muzyka była zapewne szczera, choć z artystycznego punktu widzenia nie prezentuje większej wartości. Sądzę, że po ten album warto sięgnąć w dwóch sytuacjach: jeśli jest się wielkim wielbicielem Stonesów lub ze względów historycznych, aby samemu usłyszeć, jak brzmiały same początki jednego z najsłynniejszych zespołów rockowych. Dopiero na kolejnych albumach Stonesi zaczęli stopniowo kierować się w coraz ciekawszą stronę.

Ocena: 5/10



The Rolling Stones - "The Rolling Stones" (1964)

1. Route 66; 2. I Just Want to Make Love to You; 3. Honest I Do; 4. Mona (I Need You Baby); 5. Now I've Got a Witness; 6. Little by Little; 7. I'm a King Bee; 8. Carol; 9. Tell Me (You're Coming Back); 10. Can I Get a Witness; 11. You Can Make It If You Try; 12. Walking the Dog

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Brian Jones - gitara, harmonijka, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Bill Wyman - gitara basowa, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ian Stewart - instr. klawiszowe; Gene Pitney - pianino (6); Phil Spector - instr. perkusyjne (6)
Producent: Eric Easton i Andrew Loog Oldham



28 września 2015

[Recenzja] The Who - "My Generation" (1965)



Zespołu The Who nikomu chyba przedstawiać nie trzeba. To właściwie archetypowy przykład rockowej grupy, która debiutowała w czasach, gdy tego typu muzyka dopiero raczkowała i wydawała się jedynie przejściową modą. I również pierwsze płyty The Who nie wskazywały na to, by miała być czymś więcej. Debiutancki album "My Generation", w Stanach wydany jako "The Who Sings My Generation", to typowy produkt tamtych czasów. Prosta, energetyczna muzyka o czysto rozrywkowym charakterze. Podobnie, jak na płytach innych ówczesnych grup, część repertuaru stanowią przeróbki cudzych kompozycji. Choć tutaj należą one do zdecydowanej mniejszości. Kwartet sięgnął po dwa utwory Jamesa Browna, "I Don't Mind" i "Please, Please, Please", a także "I'm a Man" Bo Diddleya. Amerykański wydawca zdecydował się wymienić ten ostatni na autorski "Instant Party (Circles)", podobnie jak większość materiału napisany przez gitarzystę Pete'a Townshenda.

Poszczególnym nagraniom raz bliżej surowego rhythm'n'bluesa, jaki w takim czasie proponowali The Rolling Stones (np. "Out in the Street", "A Legal Matter", wszystkie przeróbki), kiedy indziej próbują - raczej nieudolnie - zbliżyć się do popowej przebojowości The Beatles (np. "The Good's Gone", "La-La-La Lies", "Much Too Much", "It's Not True"). Podstawowym problemem większości autorskich kawałków są zupełnie nieciekawe, sztampowe, naiwne i niecharakterystyczne melodie. Wystarczy porównać je z przeróbkami, które prezentują się pod tym względem znacznie lepiej.

Chlubny wyjątek stanowią dwa najbardziej znane fragmenty tego albumu. "The Kids Are Alright", pomimo typowej dla wczesnego rocka naiwności ma faktycznie przyjemną, pełną uroku melodię. Trzeba jednak dodać, że muzycy całkowicie zrezygnowali tutaj z - w pozostałych nagraniach i tak ledwo zauważalnego - budowania własnej tożsamości, starając się jak najwierniej imitować stylistykę The Beatles. Kawałek spokojnie mógłby trafić na wydany rok wcześniej "Beatles for Sale". Warto jednak pamiętać, że debiutancki album The Who ukazał się w Wielkiej Brytanii tego samego dnia, gdy do sprzedaży trafił "Rubber Soul", na którym Beatlesi wykonali ogromny krok do przodu w kwestii podejścia do kompozycji, aranżacji czy produkcji. The Who tymczasem wciąż tkwił w poprzedniej epoce. Może jedynie tytułowy "My Generation", drugi najbardziej rozpoznawalny fragment longplaya, zdaje się zapowiadać przyszłość. Ekspresyjny wokal Rogera Daltreya, basowe solo Johna Entwistle'a oraz kontrolowane sprzężenia zwrotne Townshenda to elementy przygotowujące grunt pod pojawienie się takich grup, jak Cream czy The Jimi Hendrix Experience.

Ach tak, jest jeszcze instrumentalny jam "The Ox", o nadspodziewanie ciężkim, jak na tamte czasy, brzmieniu. Niestety, do tego typu grania potrzeba o wiele większych umiejętności i wyobraźni, niż prezentowali Townshend i perkusista Keith Moon. Nieporównywalnie lepszym muzykiem był Entwistle, zresztą należący do absolutnej czołówki stricte rockowych basistów. W niemal każdym z zawartych tu kawałków wyraźnie zaznacza swoją obecność, traktując bas nie tylko jako instrument rytmiczny, ale też melodyczny i solowy. a momentami jego gra brzmi naprawdę ciężko. To głównie dzięki niemu kawałki w rodzaju "My Generation", "A Legal Matter" czy "Instant Party (Circles)" mają do zaoferowania coś ponad banalne melodie. Dziwie się, że tak dobry muzyk, a poniekąd też Daltrey, godzili się grać z pozostałą dwójką. Zapewne zadecydowały o tym względy komercyjne. Wszak to błaznowanie Moona i Townshenda przyciągało publiczność na koncerty.

"My Generation" to w sumie bardzo przeciętny debiut. Być może dałoby się go uratować lepszym doborem materiału. Pete Townshend był takim sobie kompozytorem, ale czasem zdarzało mu się napisać coś bardziej charakterystycznego, czego dowodem tytułowy "My Generation", "The Kids Are Alright" oraz przeboje wydane wówczas wyłącznie na singlach, czyli "Can't Explain", "Anyway, Anyhow, Anywhere" i "Substitute". Zapewne pomogłoby też zamieszczenie większej ilości cudzych kompozycji, bo wszystkie przeróbki wypadają tutaj całkiem udanie. Niestety, pomimo nierównego poziomu, album okazał się sukcesem, więc zespół nie wyciągnął żadnych wniosków na przyszłość.

Ocena: 5/10



The Who - "My Generation" (1965)

1. Out in the Street; 2. I Don't Mind; 3. The Good's Gone; 4. La-La-La-Lies; 5. Much Too Much; 6. My Generation; 7. The Kids Are Alright; 8. Please, Please, Please; 9. It's Not True; 10. I'm a Man; 11. A Legal Matter; 12. The Ox

Skład: Roger Daltrey - wokal, harmonijka; Pete Townshend - gitara, wokal (11), dodatkowy wokal; John Entwistle - gitara basowa, dodatkowy wokal; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino
Producent: Shel Talmy


25 września 2015

[Artykuł] Historie okładek: "The Book of Souls" Iron Maiden

Okładka nowego albumu Iron Maiden wywołała spore zamieszanie. O ile chyba wszyscy fani grupy są zgodni, że najnowsza postać zespołowej maskotki, Eddiego, jest najlepsza od lat, tak podzielił ich brak tła - jedni uważają, że okładka wygląda przez to na niedokończoną, inni twierdzą, że czarne tło nadaje jej mroczniejszego klimatu. Niewątpliwie jest w niej coś intrygującego.


Chociaż "The Book of Souls" nie jest tzw. albumem koncepcyjnym, w kilku zawartych na nim utworach pojawiają się odniesienia do duszy. Gdy tworzyliśmy utwory na album "Fear of the Dark", pracowaliśmy w parach lub indywidualnie, a słowo "strach" pojawiło się w kilku utworach, czego nie zaplanowaliśmy z góry - wspomina Steve Harris. Identyczna sytuacja zdarzyła się teraz; na albumie znalazły się trzy czy cztery utwory, w których jest wspomniana [dusza]. To dziwne... zupełnie jakby istniała między nami telepatia. Jednym z tych utworów jest tytułowy "The Book of Souls", nawiązujący do kultury Majów, ich wierzeń w nieśmiertelność duszy i reinkarnację. Ich świat owiany był tajemnicą; ważną rolę odgrywała w nim magia, mistycyzm - wyjaśnia Dave Murray. I tekst napisany przez Steve'a zrodził się z fascynacji tą niezwykłą kulturą. Ale z drugiej strony, słowa "The Book of Souls" nie są jednoznaczne. Pojawiają się w nich obrazy, które działają na wyobraźnie, ale każdy może je odczytać po swojemu. Zainteresowanie tematyką nieśmiertelności ma też inne podłoże. Myślę, że im jesteś starszy, tym więcej o tym myślisz - mówi Harris. Takie rzeczy, jak choroba Bruce'a [Dickinsona] czy śmierć bliskich osób, zdarzają się coraz częściej. Zawsze jednak poruszałem tematykę śmiertelności w swoich tekstach, nawet gdy miałem dwadzieścia kilka lat. Zawsze fascynowało mnie czy jest coś ponad [życie doczesne], czy ludzie wciąż żyją po [śmierci].


Za okładkę "The Book of Souls", nawiązującą tematycznie do utworu tytułowego, odpowiada Mark Wilkinson. Nie była to jego pierwsza współpraca z zespołem, jednak po raz pierwszy stworzył grafikę do albumu studyjnego. Jego wcześniejsze dokonania to okładki koncertówki "Live at Donington" (reedycji z 1998 roku), kompilacji "Best of B'Sides", oraz singli "The Wicker Man" i "Out of the Silent Planet". Na "The Book of Souls" Wilkinson stworzył także trzy grafiki, umieszczone wewnątrz książeczki albumu (oraz na wewnętrznej stronie koperty winylowego wydania). W pracę nad wizualną stroną "The Book of Souls" zaangażowana była także żona Marka, Julie Wilkinson, która odpowiada za grafiki wykorzystane jako tło książeczki. Ilustracje umieszczone na płytach zostały natomiast stworzone przez Anthony'ego Dry'a.


Okładka jest świetna, a Eddie niesamowity - twierdzi Murray. Jest tak naturalny, realistyczny i pełen życia! Od wielu, wielu lat nie mieliśmy tak wiarygodnie wyglądającego Eddiego! Można odnieść wrażenie, że został wyciągnięty wprost z lasów deszczowych w Amazonii. Przypuszczam, że ciągle można natknąć się tam na indiańskie plemiona z podobnymi malunkami na twarzy i tatuażami na ciele. Okłądka naprawdę przemawia do wyobraźni. Pod względem plastycznym jest czymś doskonałym


Warto zwrócić uwagę, że na "The Book of Souls" zespół wrócił do swojego oryginalnego logo, nieużywanego na albumach studyjnych od połowy lat 90. Staraliśmy się z biegiem lat zmieniać i odświeżać różne rzeczy, żeby się nie powtarzać - tłumaczy Murray. Dlatego też na albumie "Virtual XI" zmodyfikowaliśmy logo. Ale tym razem ten wcześniejszy rodzaj liternictwa bardziej pasował do projektu graficznego. Jeśli widziałeś kiedyś tablice sprzed ponad dwóch tysięcy lat z majańskim pismem hieroglificznym, wiesz o czym mówię. Nasze logo i tytuł "The Book of Souls" miały tym razem przypominać te wyryte w kamieniu napisy. Nie konkretne znaki, ale ich kształty, ich charakter. Za opracowanie czcionki, którą zapisano tytuł albumu i tytuły utworów, odpowiada Jorge Letona. Zespół zatrudnił także specjalistę od kultury Majów, Simona Martina, który przetłumaczył tytuły utworów na majańskie hieroglify (wykorzystano je wewnątrz książeczki).






Źródła cytatów:
1. Harris Steve, The Beast Within, rozm. przepr. George Garner, "Kerrang!" 2015, nr 1575
2. Murray Dave, Z prędkością światła, rozm. przepr. Wiesław Weiss, "Teraz Rock" 2015, nr 9


21 września 2015

[Recenzja] Taste - "I'll Remember" (2015)



W czerwcu tego roku minęło już dwadzieścia lat od śmierci Rory'ego Gallaghera. Pomimo odnoszonych w latach 70. sukcesów jest to dziś muzyk raczej zapomniany. Na szczęście, nie brakuje osób, które wciąż go pamiętają, ani takich, które dopiero teraz odkrywają jego twórczość. Najnowsze wydawnictwo, czteropłytowy boks "I'll Remember", ułatwia zagłębienie się w najwcześniejszy okres kariery Irlandzkiego kompozytora, wokalisty i nade wszystko wirtuoza gitary, gdy dowodził grupą Taste. Istniejące w latach 1966-70 trio pozostawiło po sobie dwa albumy studyjne, eponimiczny debiut z 1969 roku oraz wydany rok później "On the Boards", a także trochę nagrań koncertowych i demówek. W niniejszym zestawie powtórzono cały studyjny materiał, dodając do tego wiele bonusów, w większości wcześniej nieznanych.

Podstawę pierwszej płyty zestawu stanowi zawartość albumu "Taste" z 1969 roku. To przede wszystkim porywające, rozimprowizowane granie bluesrockowe, kojarzące się z Cream (np. "Blister of the Moon", "Sugar Mama", "Born on the Wrong Side of Time", "Catfish"), a nawet z debiutującym niemal równolegle Led Zeppelin ("Same Old Story", "Dual Carriageway Pain"). Urozmaicenie stanowi akustyczny "Hail", a także lekko jazzujące "Leavin' Blues" i "I'm Moving On". We wszystkich nagraniach niepodzielnie rządzi Gallagher - jeden z najbardziej błyskotliwych gitarzystów bluesrockowych, a także całkiem niezły wokalista. Rola sekcji rytmicznej, składającej się z basisty Richarda McCrackena i perkusisty Johna Wilsona, najczęściej ogranicza się do akompaniamentowania liderowi. Na dysku znalazły się także premierowe nagrania, w postaci alternatywnych wersje sześciu utworów z tego właśnie albumu. Trochę inne jest brzmienie, bardziej spłaszczone, w "Dual Carriageway Pain" i "Same Old Story" nie ma partii wokalnych, a "Catfish" jest krótszy o ponad minutę i zawiera inne solówki Gallaghera.

Druga płyta to oczywiście drugi album zespołu, "On the Boards", oryginalnie wydany w 1970 roku. Tym razem cały materiał został skomponowany przez Rory'ego (na debiucie trio sięgnęło także po kilka cudzych kompozycji) i wyróżnia się większą różnorodnością. To już nie tylko okolice bluesowo-hardrockowe (np. "What's Going On", zeppelinowy "Eat My Worlds", "I'll Remember"), ale także utwory wyraźnie inspirowane folkiem ("If the Day Was Any Longer", "See Here"), psychodelią (tytułowy) oraz jazzem ("It's Happened Before, It'll Happen Again"). W dwóch ostatnich Rory zagrał nie tylko na gitarze, ale także na saksofonie. Bonusy tym razem obejmują alternatywne wersje "Railway and Gun" (prawie minutę dłuższą od albumowej) i "See Here" (łagodniejszą od longplayowej), a także cztery, nienajlepsze brzmieniowo nagrania z niemieckiego programu telewizyjnego "Beat-Club", z których największe wrażenie robią dwa około dziesięciominutowe wykonania "It's Happened Before, It'll Happen Again", z wirtuozerskimi popisami wszystkich muzyków, szczególnie zaś Gallaghera, grającego zarówno na gitarze, jak i saksofonie.

Trzecia płyta to niewydane wcześniej nagrania koncertowe, pochodzące z dwóch koncertów, które odbyły się w 1970 roku - osiem ze Sztokholmu i pięć z Londynu. Szczególnie atrakcyjny jest ten pierwszy fragment. Całkiem przyzwoite brzmienie, porywające, pełne improwizacji wykonanie, oraz ciekawy repertuar. Zespół zaprezentował tu bowiem nie tylko świetne wersje utworów znanych z albumów (m.in. "What's Going On", "Sugar Mama", "Catfish"), ale tez kilku bluesowych standardów ("Gamblin' Blues" Melvina Jacksona, "She's Nineteen Years Old" Muddy'ego Watersa), a także dwa utwory Gallaghera, których trio nie zdarzyło zarejestrować w studiu -  czadowy "Sinner Boy" i łagodny "At the Bottom" (oba zostały później nagrane, w nieco innych wersjach, przez Rory'ego na solowe albumy; "Sinner Boy" na niezatytułowany debiut z 1971 roku, a "At the Bottom" dopiero na wydany cztery lata później "Against the Grain"). Znacznie słabiej wypada fragment londyńskiego występu, ze względu na tragiczne, bootlegowe brzmienie. Wykonanie jest oczywiście na najwyższym poziomie (uwagę zwraca przede wszystkim 9-minutowa wersja "Eat My Worlds"), ale repertuar nie przynosi żadnych niespodzianek.

Ostatni dysk przynosi najstarsze nagrania zespołu, jeszcze z oryginalną sekcją rytmiczną - basistą Erikiem Kitteringhamem i perkusistą Normanem D'Amerym. Pierwszych siedem utworów (wszystkie z nich to przeróbki bluesowych standardów) zarejestrowano w 1967 roku, z myślą o wydaniu jako debiutancki album, do czego ostatecznie nie doszło. Materiał ukazał się dopiero po rozpadzie grupy, w 1972 roku, pod tytułem "Taste First" (album był później wielokrotnie wznawiany, pod innymi tytułami - m.in. "In the Beginning", "Take It Easy Baby", "The First and the Best"  - i z innymi okładkami, na których zamiast nazwy Taste widniało wyłącznie nazwisko Gallaghera). Nagrania te brzmią jeszcze dość zachowawczo, bliżej im do tradycyjnego bluesa lub rhythm and bluesa niż hard rocka. Jednak już w nich powoli ujawniał się talent Rory'ego. Warto też zwrócić uwagę na całkiem niezłe brzmienie, które - mimo pojawiających się czasem zakłóceń - nie odstaje bardzo od tego z "Taste" i "On the Boards". Kolejne dwa utwory to wczesne wersje "Blister on the Moon" i "Born on the Wrong Side of Time" z wydanego w 1968 roku debiutanckiego singla tria. Tutaj brzmienie jest zdecydowanie gorsze, ale poza tym kompozycje nie różnią się od późniejszych wersji. Całości dopełniają niepublikowane wcześniej nagrania koncertowe, również z 1968 roku. Jakość rejestracji nie jest zbyt dobra, ale do wykonania trudno się przyczepić.

"I'll Remember" to świetne podsumowanie twórczości tria Taste i dowód, że już na tym etapie kariery Rory Gallagher nie był przeciętnym muzykiem. Szczególnie słychać to w nagraniach koncertowych, w których mógł w pełni rozwinąć skrzydła, gdyż nie ograniczały go żadne limity czasowe. Poziom wydawnictwa zaniża tylko obecność fatalnie brzmiących nagrań z londyńskiego koncertu.

Ocena: 8/10



Taste - "I'll Remember" (2015)

CD1: "Taste": 1. Blister on the Moon; 2. Leavin' Blues; 3. Sugar Mama; 4. Hail; 5. Born on the Wrong Side of Time; 6. Dual Carriageway Pain; 7. Same Old Story; 8. Catfish; 9. I'm Moving On; Bonus tracks: 10. Blister on the Moon (Alternate Version); 11. Leavin' Blues (Alternate Version); 12. Hail (Alternate Version); 13. Dual Carriageway Pain (Alternate Version); 14. Same Old Story (Alternate Version); 15. Catfish (Alternate Version)
CD2: "On the Boards": 1. What's Going On; 2. Railway and Gun; 3. It's Happened Before, It'll Happen Again; 4. If the Day Was Any Longer; 5. Morning Sun; 6. Eat My Words; 7. On the Boards; 8. If I Don’t Sing I'll Cry; 9. See Here; 10. I'll Remember; Bonus tracks: 11. Railway and Gun (Off the Boards Mix); 12. See Here (Alternate Version); 13. It's Happened Before, It'll Hapen Again (Beat Club TV Audio / Take 2); 14. If the Day Was Any Longer (Beat Club TV Audio); 15. Morning Sun (Beat Club TV Audio); 16.  It's Happened Before, It'll Happen Again (Beat Club TV Audio)
CD3: Live in Konserthuset, Stockholm, Sweden, 1970: 1. What's Going On; 2. Sugar Mama; 3. Gamblin' Blues; 4. Sinner Boy; 5. At the Bottom; 6. She's Nineteen Years Old; 7. Morning Sun; 8. Catfish; BBC Live in Concert, Paris Theatre, London, 1970: 9. I’ll Remember; 10. Railway And Gun; 11. Sugar Mama; 12. Eat My Words; 13. Catfish
CD4: "Taste First": 1. Wee Wee Baby; 2. How Many More Years; 3. Take It Easy Baby; 4. Pardon Me Mister; 5. You've Got to Pay; 6. Norman Invasion; 7. Worried Man; 1968 Major Minor Single: 8. Blister on the Moon; 9. Born on the Wrong Side of Time; Live at Woburn Abbey Festival, UK, 1968: 10. Summertime; 11. Blister on the Moon; 12. I Got My Brand on You; 13. Medley: Rock Me Baby / Bye Bye Bird / Baby Please Don’t Go / You Shook Me Baby

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka, saksofon; Richard McCracken - gitara basowa (CD1-3); John Wilson - perkusja (CD1-3); Eric Kitteringham - gitara basowa (CD4); Norman D'Amery - perkusja (CD4)
Producent: Tony Colton


18 września 2015

[Recenzja] David Gilmour - "Rattle That Lock" (2015)



David Gilmour powiedział niegdyś o Pink Floyd, że jest najbardziej leniwym zespołem. Wówczas, w latach 70., ciężko było traktować te słowa poważnie. W końcu grupa regularnie co dwa lata wydawała kolejne albumy. Lenistwo członków zespołu tak naprawdę wyszło na jaw dopiero, gdy rozpoczęli kariery solowe. Ich indywidualne dyskografie prezentują się bardzo skromnie, licząc ledwie po kilka albumów, nagranych na przestrzeni kilku dekad. W XXI wieku premierowym materiałem podzielił się jedynie Gilmour. "Rattle That Lock" to jego drugi album w tym okresie, wydany całe dziewięć lat po poprzednim "On an Island". To jednak jak na niego całkiem szybkie tempo, gdyż poprzednik ukazał się po dwudziestu dwóch latach przerwy. 

Były muzyk Pink Floyd nie ucieka tutaj od klimatów "On an Island" czy ostatnich płyt zespołu. Jego głos, a także brzmienie i sposób gry na gitarze pozostają od dawna niezmienne. Stylistycznie również nie należy spodziewać się żadnej rewolucji. Przewidywalnie jest już od pierwszego na płycie "5 A.M." - instrumentalnego utworu, z typowo gilmourowymi frazami gitary na tle delikatnej orkiestracji. Niemalże identyczny charakter ma finałowy "And Then...", w którym jednak dochodzi sekcja rytmiczna, a gitarowe solówki brzmią nieco ostrzej, choć wcale nie mniej melancholijnie. Łukowa struktura albumu zostaje jeszcze bardziej podkreślona przez drugi na trackliście kawałek tytułowy oraz przedostatni "Today". To dwa najbardziej tutaj energetyczne kawałki, zresztą nie przypadkiem wydane na singlach. Oba opierają się na tanecznej, nieco funkowej rytmice, wywołującej bardzo floydowe skojarzenia (kłaniają się "Another Brick in the Wall (Part II)" i "Run Like Hell"). Jednak różnica od razu jest słyszalna w bardzo wygładzonej produkcji oraz bardzo sztampowym, nachalnie przebojowym charakterze tych piosenek. Efekt jest naprawdę okropny, bliski najbardziej podłej muzyki z komercyjnych stacji radiowych.

Cały środek albumu to znów typowe dla późnego Floyda i solowego Gilmoura smęcenie. Lepiej, mimo wszystko, wypadają nawiązania do dawnego zespołu. W "In Any Tongue", pomyślanym jako bezpośrednia kontynuacja "High Hopes", ale sporo czerpiącym też z "Comfortably Numb", zawiera akurat całkiem zgrabną melodię i znakomite solo lidera. Jednak to wciąż tylko blade echo tamtych utworów. "Face of Stone", "A Boat Lies Waiting", "Dancing Right in Front of Me" czy instrumentalny "Beauty" to już zdecydowanie bardziej stonowane kawałki, w których Gilmour przynudza już tak strasznie, jak na poprzednim longplayu. Pewną nowością jest natomiast quasi-jazzowy "The Girl in the Yellow Dress", w którym partii wokalnej i ledwo słyszalnej gitarze towarzyszą pianino, saksofon, kornet, kontrabas i perkusja. To jednak jazz najniższych lotów, kojarzący się z jakimś kawiarnianym graniem. Niby fajny pomysł na urozmaicenie, ale jednak na tej płycie tylko podkreśla jej ogólną miałkość. Co jednak najbardziej dziwi w tym nagraniu, to gościnny udział takich muzyków, jak Robert Wyatt i Colin Stetson. Powodu do dumy im to nie przynosi.

Nie mam wątpliwości, że "Rattle That Lock" wywołuje zachwyt u większości wielbicieli Davida Gilmoura. Przecież właśnie takiego grania od niego oczekują. Jednak moim zdaniem ten album wyraźnie świadczy o starzeniu się artysty, który z czasem proponuje muzykę coraz nudniejszą, bardziej przewidywalną i popadającą w banał. To właściwie najgorszy longplay, w jakiego nagrywaniu kiedykolwiek wziął udział. Mam nadzieję, że teraz już Gilmour rozleniwi się na dobre i nie stworzy nic więcej.

Ocena: 4/10



David Gilmour - "Rattle That Lock" (2015)

1. 5 A.M.; 2. Rattle That Lock; 3. Faces of Stone; 4. A Boat Lies Waiting; 5. Dancing Right in Front of Me; 6. In Any Tongue; 7. Beauty; 8. The Girl in the Yellow Dress; 9. Today; 10. And Then...

Skład: David Gilmour - wokal i gitara, instr. klawiszowe (1-7,9,10), gitara basowa (5-7,10), harmonijka (7); Zbigniew Preisner - orkiestracja (1,3,5,6,9,10); Phil Manzanera - instr. klawiszowe (2,3,6,9), gitara (3,9); Guy Pratt - gitara basowa (2,9); Yaron Stavi - gitara basowa (2), kontrabas (2,5); Steve DiStanislao - perkusja i instr. perkusyjne (2,3,5,7,9), dodatkowy wokal (2); Danny Cummings - instr. perkusyjne (2-5,7,9,10); Mica Paris, Louise Marshall - dodatkowy wokal (2,9); The Liberty Choir - chór (2); Damon Iddins - akordeon (3); Eira Owen - waltornia (3); Roger Eno - pianino (4,7); David Crosby, Graham Nash - dodatkowy wokal (4); Andy Newmark - perkusja (5,6,10); Gabriel Gilmour - pianino (6); Rado Klose - gitara (8); John Parricelli - gitara (8); Jools Holland - pianino (8); Chris Laurence - kontrabas (8); Martin France - perkusja (8); Colin Stetson - saksofon (8); Robert Wyatt - kornet (8); Jon Carin - pianino (9); Mike Rowe - pianino (9); Polly Samson - dodatkowy wokal (9)
Producent: David Gilmour i Phil Manzanera


12 września 2015

[Recenzja] Billy Cobham - "A Funky Thide of Sings" (1975)



Solową twórczość Billy'ego Cobhama łatwo podsumować jako komercyjną mieszankę jazzu, funku i rocka. Jednak na poszczególnych albumach style te nie występują w identycznych proporcjach. Na debiutanckim "Spectrum" jest zdecydowanie najwięcej rockowego czadu, "Crosswinds" silniej czerpie z jazzowego doświadczenia grających na nim muzyków, a "A Funky Thide of Sings" idzie w zdecydowanie funkowym kierunku. Pierwszych sześć utworów to muzyka o ewidentnie tanecznym charakterze, oparta na fantastycznie bujającej grze sekcji rytmicznej złożonej z Cobhama i basisty Alexa Blake'a. Towarzyszą im odpowiednie do takiej stylistyki partie klawiszowca Milcho Levieva oraz rozbudowanej sekcji dętej, złożonej z Michaela i Randy'ego Breckera, Glenn Ferris, a także - w utworach "Panhandler" i "A Funky Thide of Sings" - Larry'ego Schneidera, Walta Fowlera i Toma Malone'a. Istotną rolę pełnią też gitarowe solówki Johna Scofielda, w których pobrzmiewa trochę rockowej zadziorności i jazzowej finezji. Zresztą cały skład pokazuje umiejętności na poziomie na tyle wysokim, na ile pozwala stylistyka głównonurtowego jazz funku. Wyczerpując temat muzyków trzeba też wspomnieć o Rebopie Kwaku Baahu, byłym współpracowniku rockowych grup Traffic i Can, którego perkusjonalia gdzieniegdzie świetnie dopełniają grę Cobhama i Blake'a.

Po sześciu nagraniach charakter płyty znacząco się zmienia. "A Funky Kind of Thing" to dziewięciominutowy popis lidera, pokazujący zarówno jego niemałe umiejętności, jak i sporą wyobraźnię. To niedościgniony wzór dla zdecydowanej większości rockowych bębniarzy, których solówki w porównaniu z wirtuozerią Cobhama brzmią strasznie nieudolnie, amatorsko i po prostu nudnie. Jednak najciekawszym momentem tego albumu jest jego dwunastominutowy finał, "Moody Modes", zagrany już w pełniejszym składzie, ale znacznie bardziej subtelnie i jazzowo od reszty materiału. Wyróżnia się też za sprawą bardziej akustycznego brzmienia. Dłuższe, bardzo udane solówki grają tu Leviev (kompozytor tego utworu), Randy Brecker i Blake, a całość doskonale spaja finezyjna gra Cobhama. Zapewne cały album o podobnym charakterze zasługiwałby na wyższą ocenę, a na pewno lepiej by pokazywał na co stać ten skład. Jednak zasadnicza cześć płyty prezentuje się bardzo zacnie w kategorii mainstreamowego funku, łącząc przystępność i bardzo dużą wartość użytkową z solidnym wykonaniem oraz brzmieniem dalekim od wówczas coraz częstszego w tym stylu kiczu. Nie jest to album wybitny, ale warto mieć go w kolekcji na wypadek jakiejś imprezy.

Ocena: 7/10



Billy Cobham - "A Funky Thide of Sings" (1975)

1. Panhandler; 2. Sorcery; 3. A Funky Thide of Sings; 4. Thinking of You; 5. Some Skunk Funk; 6. Light at the End of the Tunnel; 7. A Funky Kind of Thing; 8. Moody Modes

Skład: Billy Cobham - perkusja, instr. perkusyjne, syntezatory; Alex Blake - gitara basowa, kontrabas; Michael Brecker - saksofon; Randy Brecker - trąbkaGlenn Ferris - puzon; John Scofield - gitara; Milcho Leviev - instr. klawiszowe
Gościnnie: Larry Schneider - saksofon (1,3); Walt Fowler - trąbka (1,3); Tom Malone - puzon i flet (1,3); Rebop Kwaku Baah - kongi (1,3)
Producent: Billy Cobham, Mark Meyerson, Donald Elfman i Naomi Yoshii


10 września 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Notes from San Francisco" (2011)



Pod koniec 1977 roku Rory Gallagher udał się do San Francisco, by zarejestrować nowy album pod okiem producenta Elliota Mazera, znanego ze współpracy m.in. z Neilem Youngiem, Bobem Dylanem i Janis Joplin. Gitarzyście towarzyszyli jego ówcześni współpracownicy, Gerry McAvoy, Lou Martin i Rod de'Ath, z którymi nagrał takie płyty, jak "Tattoo", "Calling Card" czy koncertowy "Irish Tour '74". Irlandczyk nie był jednak zadowolony z powstającego materiału. Przede wszystkim nie odpowiadały mu pomysły Mazera na brzmienie i aranżacje. Ostatecznie zdecydował się wstrzymać publikację wydawnictwa o planowym tytule "Torch". Rok później część utworów z tamtej sesji została zarejestrowana na nowo, już bez udziału nie tylko Mazera, ale także Martina i de'Atha. Efektem tego drugiego podejścia jest album "Photo-Finish", wydany w 1978 roku. Niemal dwadzieścia lat później, tuż przed swoją śmiercią, Rory wyraził zgodę na wydanie materiału z sesji w San Francisco, pod warunkiem, że zostanie zremiksowany. Podjął się tego zadania jego bratanek, Daniel Gallagher, jednak na rezultat trzeba było czekać aż do 2011 roku, gdy ukazał się dwupłytowy zestaw "Notes from San Francisco".

Pierwszy dysk tego wydawnictwa to właśnie materiał zarejestrowany z Mazerem. Kompozycje są już w większości znane z wcześniej opublikowanych płyt Irlandczyka. "Mississippi Sheiks", "Overnight Bag", "Cruise On Out", "Brute Force & Ignorance" i "Fuel to the Fire" znalazły się na albumie "Photo-Finish", natomiast "B Girl" - przemianowany na "Public Enemy No. 1" - wszedł do repertuaru następnego "Top Priority". Z kolei "Wheels Within Wheels", w bardziej oszczędnej wersji, trafił już na tak samo zatytułowaną kompilację z odrzutami z 2003 roku, natomiast "Persuation" i "Rue the Day" w 1998 roku znalazły się odpowiednio na reedycjach albumów "Deuce" i "Calling Card". Były to dokładnie te same nagrania, aczkolwiek w pierwszym usunięto partię pianina, a w drugim zastąpiono saksofon harmonijką. Repertuaru dopełniają tutaj dwie całkowicie premierowe kompozycje, "Cut a Dash" i "Out on the Tiles".

W porównaniu z właściwie hardrockowymi albumami "Photo-Finish" i "Top Priority", nagranymi przez Gallaghera w trio z McAvoyem i perkusistą Tedem McKenną, ten materiał brzmi zdecydowanie łagodniej. Mazer naciskał na bogatsze brzmienie. Oprócz mocno wyeksponowanych instrumentów klawiszowych, w nagraniach wykorzystano też saksofon ("Rue the Day", "Brute Force & Ignorance"), a nawet skrzypce ("Mississippi Sheiks"). Nie do końca pasują takie aranżacje do muzyki granej przez Irlandczyka, więc słuszna wydaje się jego decyzja odrzucenia tego materiału. Dobrze jednak, że po latach ujrzał światło dzienne, bo to po prostu fajna ciekawostka dla wielbicieli artysty. Na pewno fajnie w końcu usłyszeć mniej surowe podejścia do "Wheels Within Wheels". Pierwsza wersja przypomina tę wydaną wcześniej (to prawdopodobnie to samo nagranie), ale zawiera dodatkowe partie gitarowe, które znacznie ją ubogacają. Druga jest już zaaranżowana na cały skład, z sekcją rytmiczną, a lider gra bardzo ładne solówki. Przyjemne są również te łagodniejsze wersje "Mississippi Sheiks" i "Brute Force & Ignorance", choć wolę późniejsze, bardziej energetyczne podejścia. Z mniej znanych kawałków najlepsze wrażenie robi czadowy i dość przebojowy "Persuation", pomimo niezbyt tu pasującego pianina. 

Druga płyta to już nagrania Gallaghera, McAvoya i McKenny dokonane w grudniu 1979 roku podczas występu w San Francisco. Koncert odbył się w ramach promocji "Top Priority", jednak repertuar jest bardzo przekrojowy. Wszystkie albumy od czasu "Tattoo" mają tu od jednego do trzech reprezentantów. Dominują bardziej czadowe kawałki, jak "Follow Me", "Do You Read Me" czy jak zwykle porywające "Tattoo'd Lady" i "Shadow Play", ale pojawia się też np. wolny blues "Off the Handle" oraz lekko jazzujący "Calling Card". Całości dopełnia rozimprowizowana wersja bluesowego standardu "Bullfrog Blues", rhythm'n'bluesowa piosenka "Sea Cruise" z repertuaru Hueya "Piano" Smitha, a także autorski, choć chyba nigdy nie nagrany w studiu "I'm Leaving" (niczym szczególnym się nie wyróżniający). Muzycy są w świetnej formie, wiec do wykonania trudno się przyczepić, jednak trochę rozczarowuje nienajlepsze brzmienie. 

"Notes from San Francisco" to udany dodatek do podstawowej dyskografii Rory'ego Gallaghera, który z pewnością zainteresuje wszystkich wielbicieli irlandzkiego muzyka. Niewiele co prawda nowego wnosi do jego twórczości, ale pokazuje nieco inne podejście do niektórych znanych już wcześniej utworów. 

Ocena: 7/10



Rory Gallagher - "Notes from San Francisco" (2011)

CD1 (studio): 1. Rue the Day; 2. Persuasion; 3. B Girl; 4. Mississippi Sheiks; 5. Wheels Within Wheels (Acoustic Version); 6. Overnight Bag; 7. Cruise On Out; 8. Brute Force & Ignorance; 9. Fuel to the Fire; 10. Wheels Within Wheels (Electric Version); 11. Cut a Dash; 12. Out on the Tiles
CD2 (live): 1. Follow Me; 2. Shinkicker; 3. Off the Handle; 4. Bought and Sold; 5. I'm Leavin'; 6. Tattoo'd Lady; 7. Do You Read Me; 8. Country Mile; 9. Calling Card; 10. Shadow Play; 11. Bullfrog Blues; 12. Sea Cruise

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka; Gerry McAvoy - gitara basowa; Lou Martin - instr. klawiszowe (CD1); Rod de'Ath - perkusja (CD1); Ted McKenna - perkusja (CD2)
Gościnnie: Martin Fiero - saksofon (CD1: 1,8); Joe O'Donnell - skrzypce (CD1: 4)
Producent: Elliot Mazer (1977), Daniel Gallagher


8 września 2015

[Recenzja] Slayer - "Repentless" (2015)



Jedenasty studyjny album grupy Slayer, następca wydanego sześć lat temu "World Painted Blood", miał ukazać się już w 2012 roku. W międzyczasie pojawiło się sporo przeszkód. Najpierw choroba gitarzysty i głównego kompozytora Jeffa Hannemana, która pośrednio doprowadziła do jego śmierci w maju 2013 roku. W międzyczasie doszło też do konfliktu na prawnym tle z perkusistą Dave'em Lombardo. Tym samym w zespole pozostało tylko dwóch oryginalnych członków: śpiewający basista Tom Araya oraz gitarzysta Kerry King. Miejsce Hannemana na koncertach początkowo zajął Pat O'Brien (Cannibal Corpse, ex-Nevermore), a następnie Gary Holt (Exodus), który z czasem zyskał status oficjalnego członka. W przypadku stanowiska perkusisty postawiono na sprawdzonych muzyków: najpierw zaangażowano Johna Dette'a, który występował już z grupą przez kilka miesięcy na przełomie lat 1996/97, a następnie Paula Bostapha, który był członkiem zespołu w latach 1992-2001 (z krótką przerwą, gdy zastępował go Dette) i nagrał z nim cztery albumy.

Pierwsze utwory w nowym składzie zarejestrowane zostały już w marcu 2014 roku, ale właściwa sesja zaczęła się we wrześniu i trwała do początku 2015 roku. Mimo, że album był gotowy już ponad pół roku temu, dopiero teraz trafił do sprzedaży. Zanim jednak to nastąpiło, zespół udostępnił fanom aż cztery fragmenty "Repentless", stanowiące w sumie jedną trzecią albumu. Pewne zamieszanie wywołał drugi z udostępnionych kawałków, "When the Stillness Comes", jednak pozostałe - "Implode", tytułowy "Repentless" oraz "Cast the First Stone" - potwierdziły, że połowa Slayera to wciąż Slayer, jak obiecywał Araya w jednym z wywiadów. I to Slayer w całkiem niezłej formie wykonawczej, czego dowodzą chociażby takie nagrania, jak tytułowe, "Take Control", "Atrocity Vendor" czy "You Against You", utrzymane w szaleńczym tempie, skrzące się od mocnych riffów, wiercących solówek oraz dzikiego wrzaski Arayi, który w typowy dla siebie sposób wyrzuca słowa z prędkością strzałów z CKM-u. Tradycyjnie nie brakuje momentów, w których zespół zwalnia tempo, jeszcze bardziej miażdżąc ciężarem. Tak dzieje się w "Vices", "Chasing Death", a także z początku "Implode" i "Pride in Prejudice", które jednak z czasem wskakują na wyższe obroty. 

Nie da się jednak ukryć, że to wszystko znamy już z poprzednich płyt Slayera. Nierzadko jednak podobne utwory miały w sobie coś charakterystycznego, dzięki czemu chciało się wracać właśnie do nich, a nie czegoś innego w tym stylu. Tym razem trudno wskazać takie momenty. Na tle całości trochę bardziej wyraziście wypadają "Cast the First Stone", "Implode" i skomponowany jeszcze przez Hannemana, a zwłaszcza ten kontrowersyjny "When the Stillness Comes", rozpoczęty czystymi dźwiękami gitary, jednak szybko nabierający ciężaru. Nie mam pojęcia skąd tak wielka krytyka tego kawałka - przecież to nie pierwszy raz, gdy zespół wplótł trochę łagodniejszych fragmentów. Nie jest to niestety poziom podobnych utworów z przeszłości. Zresztą wszystkie kompozycje sprawiają wrażenie gorszych wersji czegoś z wcześniejszych płyt i tylko solidne wykonanie powoduje, że album jest ogólnie średni, a nie słaby. Zdecydowanie nie jest to "Reign in Blood" Paula Bostapha, jak dumnie ogłaszał King. Choć stylistycznie faktycznie bliżej tutaj do klasycznych płyt z lat 80. niż tych z udziałem Bostapha, na których zespół próbował odnaleźć się w metalowych trendach kolejnych dekad.

Ocena: 6/10



Slayer - "Repentless" (2015)

1. Delusions of Saviour; 2. Repentless; 3. Take Control; 4. Vices; 5. Cast the First Stone; 6. When the Stillness Comes; 7. Chasing Death; 8. Implode; 9. Piano Wire; 10. Atrocity Vendor; 11. You Against You; 12. Pride in Prejudice

Skład: Tom Araya - wokal i gitara basowa; Kerry King - gitara; Gary Holt - gitara; Paul Bostaph - perkusja
Producent: Greg Fidelman i Terry Date


6 września 2015

[Recenzja] Billy Cobham - "Crosswinds" (1974)



Drugi solowy album Billy'ego Cobhama został nagrany w podobnie gwiazdorskiej obsadzie, jak nagrany i wydany rok wcześniej solowy debiut perkusisty, "Spectrum". Co prawda, tym razem zabrakło w składzie Rona Cartera, Jana Hammera oraz Tommy'ego Bolina, który przyjął propozycję grania w Deep Purple. Pojawili się natomiast tacy muzycy, jak gitarzysta John Abercrombie, klawiszowiec George Duke, a także sekcja dęta składająca się z Garnetta Browna i braci Michaela i Randy'ego Breckerów. Nie będę wymieniać ich poszczególnych osiągnięć, ponieważ zajęłoby to zdecydowanie zbyt wiele miejsca. Wystarczy wspomnieć, że są to rozpoznawalne nazwiska w świecie jazzu. Większość z nich brała też udział w nagrywaniu różnych rockowych albumów. Elementy rockowe, a zwłaszcza funkowe są na "Crosswinds" wciąż obecne. To muzyka bardzo mocno wpisująca się w jazzowy mainstream połowy lat 70., a więc lekka i prosta, skupiająca się przede wszystkim na rozrywkowych walorach. Jednak w porównaniu ze "Spectrum" słychać nieco więcej subtelności. 

Całą pierwszą stronę winylowego wydania "Crosswinds" wypełnia 17-minutowa kompozycja "Spanish Moss - A Sound Portrait". Nagranie składa się z czterech części, będących w zasadzie odrębnymi utworami w różnych stylach, które zespojono ze sobą szumem wiatru. Pierwszy segment, "Spanish Moss", łączy funkowy puls sekcji rytmicznej z przestrzennymi, ilustracyjnymi partiami klawiszy i dęciaków. "Savannah the Serene" to już subtelniejsze granie, z nostalgicznymi solówkami Browna na puzonie i Duke'a na pianinie elektrycznym. "Storm" to z kolei intensywny popis lidera bez wsparcia pozostałych muzyków. Na koniec zaś następuje powrót do bardziej funkowego, tym razem już ewidentnie rozrywkowego grania w postaci "Flash Flood". Druga strona longplaya, choć nie udaje większej całości, ma podobną strukturę. "The Pleasant Pheasant" i "Crosswind" to kolejne funkowe kawałki, bardzo energetyczne, oparte na świetnej pracy sekcji rytmicznej i licznych solówkach pozostałych muzyków. Pierwszy z nich wyróżnia się lekko latynoskim klimatem, za sprawą grającego na perkusjonaliach Lee Pastora; drugi jest bardziej zadziorny, zdominowany przez ostre solówki Abercrombiego, a tym samym najbliższy poprzedniego albumu. Umieszczony pomiędzy nimi "Heather" to dla odmiany bardzo wyciszona, niemal ambientowa kompozycja, z przepięknymi partiami klawiszy i saksofonu, oraz niezwykle delikatną grą Cobhama. Choćby dla tego fragmentu trzeba się z tym albumem zapoznać.

"Crosswinds" nie zdobył takiej popularności ani kultowego statusu, jak "Spectrum", jednak pod wieloma względami przewyższa swojego poprzednika. To na pewno album bardziej różnorodny, kontrastujący energetyczne, rozrywkowe granie autentycznie stonowanymi momentami. W "Savannah the Serene" i "Heather" muzycy mogą pokazać trochę więcej finezji, na co nie pozwala stylistyka pozostałych kawałków. Na pewno sporo tu daje obecność takich muzyków, jak Abercrombie i Duke - pierwszy to gitarzysta o niewątpliwie większych zdolnościach od Bolina, drugi natomiast wykazuje się znacznie lepszym smakiem w dobrze brzmień niż zafascynowany tanimi syntezatorami Hammer. "Crosswinds" to obowiązkowa pozycja dla wielbicieli jazz-funku, oferująca jednak także coś dla słuchaczy mniej komercyjnego jazzu.

Ocena: 8/10



Billy Cobham - "Crosswinds" (1974)

1. Spanish Moss - A Sound Portrait; 2. The Pleasant Pheasant; 3. Heather; 4. Crosswind

Skład: Billy Cobham - perkusja i instr. perkusyjne; John Abercrombie - gitara; Michael Brecker - saksofon i flet; Randy Brecker - trąbka; Garnett Brown - puzon; George Duke - instr. klawiszowe; John Williams - gitara basowa i kontrabas; Lee Pastora - instr. perkusyjne
Producent: Billy Cobham i Ken Scott


4 września 2015

[Recenzja] The Allman Brothers Band - "Enlightened Rogues" (1979)



Muzycy The Allman Brothers Band coraz bardziej mieli dość wspólnego grania. W 1976 roku doszło do nieukojonego rozpadu zespołu. Gregg Allman rozpoczął działalność pod szyldem The Gregg Allman Band, Dickey Betts stworzył grupę Great Southern, a Chuck Leavell, Lamar Williams i Jai Johanny Johanson połączyli siły pod szyldem Sea Level. Przerwa od współpracy dobrze im wszystkim zrobiła, bo dawne urazy szybko odeszły w niepamięć. Już dwa lata później podczas kilku występów Great Southern na scenie pojawili się Allman, Johanson oraz nie mający żadnego zajęcia Butch Trucks. Od tego był już tylko krok do reaktywacji The Allman Brothers Band. Jedynie Leavell i Williams nie byli zainteresowani powrotem. Ich miejsca zajęli więc dwaj członkowie grupy Bettsa: gitarzysta Dan Toler i basista David Goldflies. Sekstet wkrótce rozpoczął pracę nad nowym materiałem, angażując do współpracy producenta Toma Dowda, z którym nagrali swoje klasyczne albumy "Idlewild South", "At Fillmore East" oraz "Eat a Peach".

Rezultat tych sesji, album "Enlightened Rogues", to bardzo bezpieczne wydawnictwo. Z jednej strony muzycy wyraźnie nawiązują tutaj do swoich korzeni. Szczególnie w przeróbkach "Need Your Love So Bad" z repertuaru Little Willie'ego Johna oraz "Blind Love" B.B. Kinga wraca ten bluesowy klimat, a w drugim z nich także rockowa energia, które charakteryzowały zespół w czasach eponimicznego debiutu. Inna sprawa, że nie wypadają aż tak porywająco. Co więcej granie takiej muzyki w 1979 roku świadczyło o strasznym zacofaniu. "Pegasus" to z kolei kolejny z tych charakterystycznych instrumentali Bettsa, w których wszyscy muzycy mają okazję do zaprezentowania swoich umiejętności. Zdecydowanie nie jest to jednak poziom "In Memory of Elizabeth Reed" lub "Jessici", kawałek opiera się na zbyt banalnej melodii. Zadziorniejsze "Can't Take It with You" i "Try It One More Time" spokojnie mogłyby trafić na "Idlewild South" lub "Eat a Peach". To solidne kawałki, z dość wyrazistymi melodiami oraz dobrym wykonaniem, jednak nie wyróżniające się szczególnie na tle podobnych nagrań z poprzednich płyt. Reszta płyty to już granie bliższe "Brothers and Sisters" i "Win, Lose or Draw", na których zespół całkowicie odszedł od bluesa na rzecz typowego dla południa Stanów Zjednoczonych rocka. Przyjemnie wypada zgrabna ballada "Just Ain't Easy", jedyna tutaj kompozycja Allmana, choć brakuje jej jakiegoś ciekawego rozwinięcia. W otwierającym całość "Crazy Love", z gościnnym udziałem wokalistki Bonnie Bramlett,  zespół popada w okropną sztampę i banał. Natomiast finałowa ballada "Sail Away", znów z dodatkowym głosem kobiecym - tym razem Mimi Hart - jest strasznie przesłodzona i znów bardzo sztampowa.

"Enlightened Rogues" to album bardzo koniunkturalny, przygotowany pod oczekiwania dotychczasowych fanów. Jednak nawet przez chwilę poziom kompozycyjny czy wykonawczy nie zbliża się do najlepszych osiągnięć z początków działalności. Całość jest w dodatku strasznie anachroniczna. Słuchając tego longplaya można wręcz odnieść wrażenie, że to jakiś zbiór odrzutów, które pozostały po poprzednich - i to raczej tych późniejszych, już wyraźnie słabszych - wydawnictwach. A był to dopiero początek upadku The Allman Brothers Bands. Dwie kolejne płyty tego wcielenia grupy okazały się kompletną porażką. Podobnie jak wielu innych wykonawców w tamtym czasie, Allmani za wszelką cenę, nawet własnej godności, próbowali utrzymać się w mainstreamie. "Reach for the Sky" wypełniają miałkie piosenki, wyraźnie kierujące się w stronę popu. Kuriozalnym pomysłem było zastąpienie organów okropnie wykorzystanym syntezatorem. Na "Brothers of the Road" zespół wrócił do wcześniejszego stylu - nie licząc kilku momentów z bardziej ejtisowym brzmieniem - ale efekt jest jeszcze nudniejszy od "Enlightened Rogues".

Ocena: 5/10



The Allman Brothers Band - "Enlightened Rogues" (1979)

1. Crazy Love; 2. Can't Take It With You; 3. Pegasus; 4. Need Your Love So Bad; 5. Blind Love; 6. Try It One More Time; 7. Just Ain't Easy; 8. Sail Away

Skład: Gregg Allman - instr. klawiszowe, wokal (2-7), dodatkowy wokal; Dickey Betts - gitara, wokal (1,6,8), dodatkowy wokal; Dan Toler - gitara; David Goldflies - gitara basowa; Jai Johanny Johanson - perkusja i instr. perkusyjne; Butch Trucks - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Bonnie Bramlett - dodatkowy wokal (1); John Lundahi - gitara (2); Jim Essery - harmonijka (2,4,5,7); Joe Lala - instr. perkusyjne (3,5,6); Mimi Hart - dodatkowy wokal (8)
Producent: Tom Dowd


2 września 2015

[Recenzja] Rory Gallagher - "Live at Montreux" (2006)



Rory Gallagher podczas swojej kariery wielokrotnie gościł na szwajcarskim Montreux Jazz Festival. Po raz pierwszy pojawił się tam już w 1970 roku, jeszcze jako członek tria Taste (występ ten utrwalono na wydanym rok później albumie "Live Taste"). Zespół rozpadł się niedługo później, ale Rory jeszcze pięciokrotnie wystąpił na festiwalu, już pod własnym nazwiskiem. Opublikowany w 2006 roku album "Live at Montreux" to właśnie kompilacja fragmentów tych solowych występów. Oryginalnie wydano go w trzech formatach: podwójny album winylowy, pojedynczy kompakt oraz znacznie bogatszy repertuarowo zestaw dwóch płyt DVD. Dwie ostatnie wersje zostały w 2013 roku skompilowane w jedno wydawnictwo. Właśnie taką wersję "Live at Montreux" posiadam i to ona będzie przedmiotem tej recenzji.

Płyta CD - podobnie jak wersja winylowa - przynosi wybór zaledwie dwunastu nagrań, dokonanych podczas czterech pierwszych występów, odbywających się kolejno w latach 1975, 1977, 1979 i 1985. Postarano się jednak, by wybór był w miarę reprezentatywny i pokazywał szerokie zainteresowania Irlandczyka. Dlatego oprócz kawałków bluesowych (np. przeróbki standardów "I'm Torn Down" i "Too Much Alcohol") trafia się też z jednej strony solidna dawka hard rocka (np. "Laundromat", "Do You Read Me"), a z drugiej trochę grania akustycznego (dylanowski w klimacie "Out of the Western Plain"). Trochę szkoda, że do kompletu zabrakło tego jazzującego wcielenia Gallaghera. Jest za to jedyny w swoim rodzaju "Philby", który w tej porywającej wersji nabrał jeszcze bardziej orientalizującego charakteru. W przeciwieństwie do wersji albumowej, sitar elektryczny nie jest tu tylko dodatkiem, ale całkowicie zastępuje gitarę. Wykonanie wszystkich utworów stoi tu na bardzo wysokim poziomie. Mam jednak nieodparte wrażenie, że z dostępnego materiału dałoby się skompilować ciekawszy wybór. Wszystkie braki wynagradza jednak materiał wideo.

Pierwszy dysk DVD przynosi bardziej obszerne fragmenty tych samych czterech występów. Co jednak ciekawe, brakuje kilku utworów obecnych na kompakcie. Całkowicie pominięto "Off the Handle", "Out of the Western Plain" oddelegowano do bonusów z drugiego dysku, a "Shin Kicker" jest wprawdzie obecny, ale w wykonaniu z innego występu. Otrzymujemy za to masę innych, nierzadko ciekawszych kompozycji. Dwa pierwsze fragmenty, z lat 1975 i 1977, pozwalają zobaczyć klasyczny kwartet Gallaghera, z basistą Gerrym McAvoyem, pianistą Lou Martinem oraz perkusistą Rodem de'Athem. To ten sam skład, który wystąpił na słynnym "Irish Tour' 74", tutaj prezentujący się w niemal równie wysokiej formie. Jak zwykle zachwycają popisy lidera na obdrapanym Stratocasterze, ale i pozostali muzycy mają co zagrać. Poza samym Gallagherem najwięcej uwagi przyciąga McAvoy, który nie tylko wyraźnie zaznacza swoją obecność w brzmieniu, ale też przybiera różne zabawne pozy. W repertuarze nie brakuje największych hitów z tego okresu, jak czadowe "Tattoo'd Lady" i "Cradle Rock" czy przepiękna jak zwykle ballada "A Million Miles Away". Jest też lekko jazzujący "Calling Card", wynagradzając brak takiego grania na płycie audio.

Podczas występu z 1979 roku mamy już do czynienia z nieco inną formułą. Rory ograniczył skład do tria (z McAvoyem i perkusistą Tedem McKenną), a także zwrócił się w bardziej hardrockowym kierunku. W repertuarze znalazł się co prawda bluesowy standard "Too Much Alcohol", jednak dominują utwory z właśnie wydanego "Photo-Finish". To doskonały materiał do grania na żywo, co potwierdza szczególnie zagrany na zakończenie "Shadow Play" - tutaj w bardzo swobodnej, dziesięciominutowej wersji, której znaczną część stanowi gitarowy popis Gallaghera. To także fragment niezwykle atrakcyjny pod względem wizualnym - lider jak szalony biega po scenie, a nawet wpada w znajdującą się pod nią publiczność, ani na chwilę nie przerywając grania. Kolejny występ (wciąż w trio, ale z nowym bębniarzem Brendanem O'Neillem) to już połowa lat 80. Nie był to dobry okres dla Irlandczyka, który coraz bardziej pogrążał się w alkoholowym nałogu i znacznie obniżył swoją wydawniczą aktywność. Na tym występie był jednak w całkiem dobrej formie, o czym świadczy energetyczne i porywające wykonanie. Dominuje zdecydowanie cięższy repertuar, czasem podchodząc wręcz pod heavy metal (rozpędzony "Moonchild", oparty na typowo metalowych zagrywkach "Big Guns"), choć wciąż nie brakuje bardziej finezyjnych improwizacji ("Bad Penny", "Phillby"). Odrobię wytchnienia daje akustyczny "Banker's Blues".

Zdecydowanie mniej ekscytująco przedstawia się zawartość drugiego dysku DVD. Znalazł się na nim kompletny zapis ostatniego występu Irlandczyka na Montreux Jazz Festival, z 1994 roku, a więc niespełna rok przed jego śmiercią. Gallagher był już wówczas w zdecydowanie gorszej formie, co przejawiało się przede wszystkim w jego wyglądzie i braku ruchliwości na scenie. Wciąż potrafił wydobyć wspaniałe dźwięki ze swojej gitary, chociaż utwory powtarzające się z poprzednimi występami wypadają znacznie mniej porywająco (np. "Moonchild", "Tattoo'd Lady"). Po raz kolejny nastąpiły zmiany w składzie - tym razem jednak Rory wymienił wszystkich współpracowników, włącznie z towarzyszącym mu od samego początku, przez ponad dwadzieścia lat, Gerrym McAvoyem. Na scenie pojawili się basista David Levy, perkusista Richard Newman, klawiszowiec John Cooke, a w niektórych utworach także grający na harmonijce Mark Feltham. Pomiędzy liderem i nowymi muzykami nie ma niestety takiej chemii, jaka panowała w poprzednich składach. Na dysku znalazł się także bonus w postaci fragmentów wcześniejszych występów Gallaghera na Montreux Jazz Festival, które z jakiegoś powodu pominięto na poprzedniej płycie. W większości jest to granie akustyczne, które w takim natężeniu wypada dość nużąco.

Wielbicielom Rory'ego Gallaghera nie muszę chyba wyjaśniać, że znajomość tego wydawnictwa jest dla nich obowiązkowa. Mogę jednak polecić je także innym słuchaczom, którzy chcieliby zagłębić się w twórczość Irlandczyka. "Live at Montreux" to dobre wprowadzenie, ponieważ udanie podsumowuje różne okresy jego działalności. Jednak spokojnie można ograniczyć się do pierwszej płyty DVD - ewentualnie do dysku CD - ponieważ reszta materiału wypada mniej ciekawie.

Ocena: 8/10



Rory Gallagher - "Live at Montreux" (2006)

CD: 1975: 1. Laundromat; 2. I'm Torn Down; 1977: 3. I Take What I Want; 4. Bought and Sold; 5. Do You Read Me; 1979: 6. The Last of the Independents; 7. Off the Handle; 8. The Mississippi Sheiks; 9. Out on the Western Plain; 10. Too Much Alcohol; 1985: 11. Shin Kicker; 12. Philby

Okładka wydania CD + 2DVD.
DVD1: 1975: 1. Tattoo'd Lady; 2. Garbage Man; 3. Cradle Rock; 4. I'm Torn Down; 5. Laundromat; 1977: 6. I Take What I Want; 7. Calling Card; 8. Secret Agent; 9. Bought and Sold; 10. A Million Miles Away; 11. Do You Read Me; 12. Pistol Slapper Blues; 1979: 13. Shin Kicker; 14. The Last of the Independents; 15. The Mississippi Sheiks; 16. Too Much Alcohol; 17. Shadow Play; 1985: 18. Bad Penny; 19. Moonchild; 20. Banker's Blues; 21. Philby; 22. Big Guns

DVD2: 1994: 1. Continental Op; 2. Moonchild; 3. I Wonder Who (Who's Gonna Be Your Sweet Man); 4. The Loop; 5. Tattoo'd Lady; 6. I Could've Had Religion; 7. Ghost Blues; 8. Out on the Western Plain; 9. Medley: Amazing Grace / Walking Blues / Blue Moon of Kentucky; 10. Off the Handle; 11. Messin' With the Kid; 12. I'm Ready; Bonus: 13. Pistol Slapper Blues (1975); 14. Too Much Alcohol (1975); 15. Out on the Western Plain (1977); 16. Medley: Barley and Grape Rag / Pistol Slapper Blues (1977); 17. Going to My Hometown (1977); 18. Walking Blues (1985)

Skład: Rory Gallagher - wokal, gitara, harmonijka, sitar; Gerry McAvoy - gitara basowa (1975-85); Lou Martin - instr. klawiszowe (1975-77); Rod de'Ath - perkusja (1975-77); Ted McKenna - perkusja (1979); Brendan O'Neill - perkusja (1985); John Cooke - instr. klawiszowe (1994); David Levy - gitara basowa (1994); Richard Newman - perkusja (1994)
Gościnnie: Mark Feltham - harmonijka (1985-94)
Producent: Donal Gallagher