Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2019

[Recenzja] Sam Rivers - "Contours" (1967)

Obraz
Studio Rudy'ego Van Geldera, istniejące od pierwszej połowy lat 50. w stanie New Jersey, to prawdziwe centrum amerykańskiego jazzu. Powstały tam tysiące albumów, w tym wiele spośród tych najsłynniejszych arcydzieł gatunków. Nagrywali tam praktycznie wszyscy spośród najbardziej prominentnych amerykańskich jazzmanów, gdyż z usług Van Geldera korzystały niemal wszystkie główne wytwórnie o jazzowym profilu, jak Blue Note, Prestige, Impulse!, Verve czy CTI. W połowie lat 60. często gościł tam Sam Rivers. Pod koniec 1964 zarejestrował swój autorski debiut, "Fuchsia Swing Song". Już w kolejnym roku wziął udział w nagraniu "Dialogue" Bobby'ego Hutchersona (3 kwietnia) i "Spring" Tony'ego Williamsa (12 sierpnia), w międzyczasie organizując swoją drugą autorską sesję. 21 maja 1965 roku zarejestrowany został materiał na album "Contours". W składzie - jak to zwykle bywało podczas sesji w Van Gelders Studio - znaleźli się sami uznani muzycy

[Recenzja] Bob Dylan - "Another Side of Bob Dylan" (1964)

Obraz
Tytuł tego longplaya obiecuje wiele, ale spełnia te obietnice tylko w najmniej istotnej dla mnie kwestii. Inna strona Boba Dylana objawia się niemal wyłącznie w tekstach. Artysta porzuca tu politykę i społeczne problemy, zamiast tego sięga po zdecydowanie lżejszą tematykę. często miłośną (efekt rozstania z Suze Rotolo), nie unikając ironii, humoru czy przywoływania wręcz surrealistycznych obrazów. Jednocześnie teksty stawały się coraz bardziej poetyckie, czego najlepszym przykładem "Chimes of Freedom" i "To Ramona". Nie przekonało to jednak krytyków, którzy czekali na kolejne "Blowin' in the Wind" i "The Times They Are A-Changin'", i nie doczekawszy się ich, zarzucali Dylanowi utratę kontaktu ze słuchaczami oraz (określając to innymi słowami) sprzedanie się. Pod względem muzycznym nie ma tu jednak znaczących zmian. Jedynym nowym elementem jest partia pianina stanowiąca (wraz z harmonijką) akompaniament w "Black Crow Blues&q

[Artykuł] Podsumowanie roku 2019

Obraz
Jeśli ktoś w 2019 roku wciąż narzeka na kondycje współczesnego rynku muzycznego, to świadczy to jedynie o jego braku kontaktu z rzeczywistością. Prawda jest taka, że obecnie ukazuje się tak wiele wydawnictw, że każdy bez problemu znajdzie coś dla siebie. W każdym rodzaju muzyki, jaki kiedykolwiek miał coś do zaoferowania, wciąż pojawiają się udane albumy. Powodów do narzekań nie powinny mieć ani osoby poszukujące w nowej muzyce czegoś... nowego, ani słuchacze przewiązani do tradycji (poza masą pogrobowców są przecież jeszcze niezliczone wydawnictwa z archiwalnym materiałem). Potwierdzeniem tego wszystkiego mogą być wyniki tegorocznej ankiety na album roku, przeprowadzonej wśród Czytelników tej strony. Udzielone przez nich odpowiedzi były niezwykle zróżnicowane, a docenione zostały albumy z niemal wszystkich głównych gatunków (chyba tylko z wyjątkiem muzyki poważnej, co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę profil tej strony). Rok 2019 według Czytelników Czterdzieści trzy osoby

[Recenzja] Miles Davis ‎- "Early Minor: Rare Miles from The Complete In a Silent Way Sessions" (2019)

Obraz
Record Store Day to naprawdę świetna inicjatywa. Międzynarodowe święto niezależnych sklepów z płytami odbywa się już od jedenastu lat w jedną sobotę kwietnia. Od jakiegoś czasu organizowana jest też edycja listopadowa, związana z tzw. Black Friday. Wiele wytwórni fonograficznych dołącza się do tych obchodów, publikując specjalne, limitowane wydawnictwa, przeważnie tylko na płytach winylowych, często z trudno dostępnym materiałem. Jedną z tegorocznych niespodzianek jest niniejsza składanka Milesa Davisa, zawierająca trzy utwory dostępne wcześniej tylko i wyłącznie w boksie "The Complete In a Silent Way Sessions" z 2001 roku. W mijającym roku minęło 50 lat od dwóch przełomowych sesji Milesa Davisa. 18 lutego 1969 roku zarejestrowany został album "In a Silent Way". Zaledwie pół roku później, w dniach 19-21 sierpnia, nagrano materiał na "Bitches Brew". Trudno przecenić wpływ tych wydawnictw na rozwój muzyki, na zatarcie granic między jazzem, a rockiem i

[Recenzja] New York Gong - "About Time" (1980)

Obraz
Niesamowity rozkwit nowojorskiej sceny muzycznej pod koniec lat 70. przyciągał do miasta całą rzeszę muzyków i inne osoby z branży, pochodzące z całego świata. Był wśród nich Giorgio Gomelsky, menadżer i producent znany przede wszystkim ze współpracy z The Yardbirds, mający jednak na koncie próby wypromowania bardziej ambitnych zespołów, jak Soft Machine, Gong, Henry Cow czy francuska Magma. Po przeprowadzce do Nowego Yorku, otworzył swój własny klub muzyczny, nazwany Zu Club, i zaczął się rozglądać za muzykami do mającego tam rezydentować zespołu. W ten sposób po raz pierwszy przecięły się drogi basisty Billa Laswella, klawiszowca Michaela Beinhorna, gitarzysty Cliffa Culteriego oraz perkusistów Billa Bacona i wówczas ledwie 14-letniego Freda Mahera - późniejszych założycieli grupy Material. Początkowo byli jednak znani po prostu jako Zu Band. Tymczasem do Stanów, na zaproszenie Gomesky'ego, przybył Daevid Allen. Muzyk chwilowo nie miał żadnego zajęcia - rozpadł się zarówno

[Recenzja] Pierre Moerlen's Gong - "Downwind" (1979)

Obraz
Kontrakt z wytwórnią Virgin obligował Pierre'a Moerlena do wydania albumów "Gazeuse!" i "Expresso II" pod szyldem Gong, choć pod wieloma względami był to już zupełnie inny zespół - pozbawiony większości kluczowych muzyków i poruszający się w zupełnie innej stylistyce. Po wygaśnięciu kontraktu, perkusista mógł w końcu zmienić szyld. Na tym etapie nie miałaby już jednak sensu całkowita zmiana nazwy. Zdecydowano się więc na połowiczne rozwiązanie: zespół został przemianowany na Pierre Moerlen's Gong. Pierwszym sygnowanym w ten sposób albumem jest nagrywany latem 1978 roku "Downwind". Skład nie zmienił się znacząco od czasu "Expresso II". W zespole pozostali basista Hansford Rowe i wibrafonista Benoit Moerlen, ale odeszła perkusjonalistka Mireille Bauer, a gitarzystę Allana Holdswortha zastąpił Ross Record. Ponadto w nagraniach wzięło udział wielu znamienitych gości, jak słynny francuski skrzypek Didier Lockwood (znany m.in. ze współpr

[Recenzja] Niemen - "Mourner's Rhapsody" (1975)

Obraz
"Mourner's Rhapsody" to wyjątkowa pozycja w dyskografii Czesława Niemena. Artysta, wciąż związany kontraktem z CBS Records, za namową Michała Urbaniaka postanowił wyruszyć do Stanów, gdzie odbyły się nagrania na jego kolejny zagraniczny album. W studiu, oprócz Niemena i Urbaniaka, pojawili się także tacy muzycy, jak np. gitarzysta John Abercrombie, czy byli członkowie Mahavishnu Orchestra, basista Rick Laird i klawiszowiec - tutaj jednak występujący w roli bębniarza - Jan Hammer, by wymienić tylko tych najbardziej znanych. Nagranie przez polskiego muzyka w tamtych czasach albumu w takim składzie, było naprawdę niezwykłym wydarzeniem. Longplay ukazał się najpierw w Wielkiej Brytanii, a następnie w Stanach (był też ponoć wydany w Niemczech, ale nie znalazłem potwierdzenia). Pomimo bardziej  gwiazdorskiego składu i szerszej dostępności niż w przypadku wcześniejszych zagranicznych albumów Niemena, "Mourner's Rhapsody" podzielił ich los i nie odniósł żadneg

[Recenzja] Ornette Coleman - "Skies of America" (1972)

Obraz
Pomysł łączenia jazzu i zachodniej (a więc głównie europejskiej) muzyki klasycznej sięga lat 50. XX wieku. Wymyślono nawet specjalne określenie na taką stylistykę - "third stream", trzeci nurt - mające sugerować, że nie jest to ani odmiana jazzu, ani muzyki klasycznej, lecz coś odrębnego. W praktyce wyglądało to na ogół inaczej. Muzycy jazzowi, sięgając po pewne rozwiązania z muzyki klasycznej, wciąż grali muzykę kwalifikującą się bardziej jako odmiana jazzu. Wystarczy przypomnieć te najbardziej znane dzieła, jak "The Black Saint and the Sinner Lady" Charlesa Mingusa czy "Sketches of Spain" Milesa Davisa. Nieco inaczej do tematu podszedł Ornette Coleman. Pierwsze próby napisania kompozycji na orkiestrę saksofonista podjął pod koniec lat 60. Najwyraźniej nie był zadowolony z efektu, bo napisana przez niego wówczas muzyka nie została nigdy zarejestrowana. Przełomowym momentem okazała się współpraca z Alice Coltrane na początku następnej dekady. Colema

[Recenzja] Heldon - "Third" (1975)

Obraz
Jedną z przewag płyt winylowych nad kompaktowymi jest ich pojemność. Optymalna długość winyla wynosi trzy kwadranse. W czasach przed wprowadzeniem znacznie pojemniejszych kompaktów, wymuszało to na wykonawcach i producentach dokonywanie większej selekcji nagranego materiału. Dzięki temu albumy były krótsze, ale przeważnie równiejsze, pozbawione dłużyzn. Zdarzały się jednak przypadki, gdy album wydawano na dwóch płytach winylowych. O ile w przypadku nagrań koncertowych było to w pełni uzasadnione, tak dwupłytowce z premierowym materiałem studyjnym przeważnie okazywały się nie tyle dowodem niespotykanej kreatywności twórczej muzyków, co ich nieuzasadnioną wiarą w jakość skomponowanych właśnie utworów. Błędu tego nie uniknął Richard Pinhas wydając trzeci album pod szyldem Heldon, banalnie zatytułowany "Third" (z przewrotnym podtytułem "It's Always Rock'n'Roll"). Jest to właściwie solowe dokonanie Pinhasa, który samodzielnie skomponował osiem z dziewi

[Recenzja] Bob Dylan - "The Times They Are a-Changin'" (1964)

Obraz
Pod pewnymi względami jest to przełomowe wydawnictwo w dorobku Boba Dylana. W przeciwieństwie do obu poprzednich, znalazły się na nim wyłącznie autorskie kompozycje (aczkolwiek w warstwie instrumentalnej często oparte na tradycyjnych pieśniach z Irlandii i Szkocji). Podobnie jak podczas nagrywania eponimicznego debiutu, a w przeciwieństwie do sesji "The Freewheelin' Bob Dylan", cały materiał został zarejestrowany bez udziału żadnych dodatkowych instrumentalistów. Nagrania odbyły się w ciągu kilku sesji, w sierpniu i październiku 1963 roku. Oprócz przygrywającego sobie na gitarze akustycznej i harmonijce pieśniarza, w studiu obecny był jedynie producent Tom Wilson. Dziesięć utworów składa się na prawdopodobnie najbardziej zaangażowany społecznie i politycznie album Dylana, zatytułowany od jednego z nich "The Times They Are a-Changin'". Materiał zdaje się bardziej jednorodny od swoich poprzedników. Tym razem artysta rezygnuje z wpływów bluesowych, preze

[Artykuł] Jeszcze parę fajnych albumów z 2019, które mogłeś przeoczyć

Obraz
Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, prezentuję drugą część tegorocznych albumów, które nie doczekały się pełnoprawnych recenzji, ale chciałbym je polecić. Na drugiej liście znalazły się albumy, których nie uwzględniłem poprzednim razem - choć w sumie mógłbym, bo w większości nie odstają poziomem od tamtych z poprzedniej listy - a także te, które odsłuchałem dopiero w ciągu ostatnich trzech tygodni. Zaprezentowane tu wydawnictwa nie dostały osobnych recenzji nie dlatego, że na to nie zasługują, a z niezależnych od nich samych przyczyn. Rozrzut stylistyczny znów jest spory: od rocka i popu, przez różnoraki jazz, po rozmaite odmiany współczesnej elektroniki. Wszystkie albumy można odsłuchać w serwisie Spotify i/lub Bandcamp. A tutaj link do części I Africa Express - "Egoli" 6/10 Projekt Damona Albarna (Blur, Gorillaz) ciekawie łączący różne rodzaje muzyki afrykańskiej z europejską elektroniką sprzed dwóch dekad. Andy Stott - "It Should Be Us" 7/10 Teore

[Recenzja] Elder Ones - "From Untruth" (2019)

Obraz
Na współczesnej scenie jazzowej wciąż dzieją się ciekawe rzeczy. Przykładem może być twórczość nowojorskiego kwartetu Elder Ones. Zespół powstał w obecnej dekadzie z inicjatywy Amirthy Kidambi, posiadającej klasyczne wykształcenie i doświadczenie w śpiewaniu kompozycji takich twórców, jak Karlheinz Stockhausen czy Luigi Nono. W autorskiej działalności nawiązuje także do swoich karnatyckich korzeni, jak i do fascynacji muzyką Alice i Johna Coltrane'ów. Składu Elder Ones dopełnili: saksofonista Matt Nelson, perkusista Max Jaffe, a także basista Brandon Lopes, z czasem zastąpiony przez Nicka Dunstona. Kwartet zadebiutował w 2016 roku bardzo dobrym albumem "Holy Science", a w tym roku opublikował kolejny, nie mniej udany "From Untruth". Nie sposób uniknąć - ze względu na połączenie żeńskiego śpiewu ze swobodnym, freejazzowym graniem - skojarzeń z dokonaniami Matany Roberts czy Fire! Orchestra. Elder Ones posiada jednak swój własny styl i rozpoznawalne brzmien

[Recenzja] Quantum Trio - "Red Fog" (2019)

Obraz
Quantum Trio został założony w 2012 roku w Rotterdamie, jednak w jego skład wchodzą dwaj polscy instrumentaliści - saksofonista Michał Jan Ciesielski i pianista Kamil Zawiślak - a także chilijski perkusista Luis Mora Matus. Muzycy poznali się na tamtejszym konserwatorium. Od tamtej pory działają głównie w Holandii i Polsce, ale swój najnowszy album - zatytułowany "Red Fog" - nagrali we Włoszech, w mieszczącym się niedaleko Rzymu studiu Tube Recording. O ile poprzednie wydawnictwa tria - dwa studyjne longplaye i jeden zarejestrowany podczas koncertu - nie należą do krótkich (wszystkie przekraczają godzinę), tak "Red Fog" nie trwa nawet trzech kwadransów. Ta zwięzłość wychodzi mu zdecydowanie na dobre. Utwory (skomponowane przez wszystkich trzech muzyków - indywidualnie lub zespołowo) są tym razem nie tylko bardziej treściwe, ale również bardziej różnorodne, a czasem nawet wyraźnie wykraczają poza jazzowy idiom. Co stanowi ogromny postęp w stosunku do zbyt jed