31 stycznia 2015

[Recenzja] Keef Hartley Band - "Halfbreed" (1969)



Keef Hartley Band to jeden z licznych - obok Cream, Fleetwood Mac, The Aynsley Dunbar Retaliation i Colosseum - zespołów założonych przez byłych muzyków grupy Johna Mayalla. Perkusista Keef Hartley karierę muzyczną zaczął na początku lat 60., gdy zajął miejsce Ringo Starra w Rory Storm and the Hurricanes. Następnie dołączył do grupy The Artwoods (w której grał m.in. u boku Jona Lorda) i wziął udział nagrywaniu jej jedynego albumu, "Art Gallery". Wkrótce potem trafił do Bluesbreakers i wystąpił na longplayu "Crusade", a także wspomógł Mayalla na jego solowym albumie "Blues Alone". Podobnie jak i inni muzycy, nie zagrzał długo miejsca w Bluesbreakers - także miał ambicję robienia czegoś na własny rachunek. Perkusista pozostał jednak w przyjaznych stosunkach z Mayallem, o czym świadczy gościnny występ tego drugiego na debiucie Keef Hartley Band, "Halfbreed". John udzielił swojego głosu w zabawnej introdukcji longplaya, "Sacked", będącej zainscenizowaną rozmową telefoniczną z Keefem, w której "zwalnia" go ze swojego zespołu (kontynuacja tej rozmowy, "Too Much to Take", kończy album).

Zasadnicza zawartość "Halfbreed" jest jednak całkiem na serio. Hartleyowi udało się zebrać fantastyczny skład, w którym znaleźli się tacy muzycy, jak śpiewający gitarzysta Miller Anderson, gitarzysta Spit James, basista Gary Thain (późniejszy członek Uriah Heep), oraz klawiszowiec Peter Dines. Może i nie są to "wielkie" nazwiska, ale ogromnego talentu nie można im odmówić. A w nagraniach wziął też udział słynny trębacz Henry Lowther.

Pod względem muzycznym, album jest świetnym przeglądem tego, co działo się w muzyce rockowej pod koniec lat 60. - zespół pokazał tutaj niezwykłą, nawet jak na tamte eklektyczne czasy, wszechstronność. Rozpoczynający (nie licząc wspomnianego "Sacked" i będącego zmyłką "Confusion Theme") album utwór tytułowy to instrumentalna jazzrockowa improwizacja, napędzana wyrazistą grą sekcji rytmicznej, z długimi solówkami gitarowymi i organowymi, oraz ozdobnikami na dęciakach. Utwór kojarzyć może się z wczesnymi dokonaniami Santany, ale bez nachalnych wpływów latynowskich. Najdłuższy na albumie, ponad dziesięciominutowy "Born to Die" to już klasyczna bluesowa ballada, znów ze świetnymi popisami gitarzystów i klawiszowca. Podobnym klimatem charakteryzuje się także "Too Much Thinking", tutaj jednak istotną rolę odgrywają dęciaki, a dodatkowym smaczkiem jest solówka Lowthera na skrzypcach.

Na longplayu nie zabrakło również rasowego hard rocka, w postaci dwóch przeróbek bluesowych kawałków - "Leavin' Trunk" Sleepy Johna Estesa i "Think it Over" B.B. Kinga. Ten pierwszy to przede wszystkim świetny popis gitarzystów - utwór aż kipi od porywających riffów i solówek. Brzmi to jak nieco bardziej surowy Led Zeppelin. W drugim pojawiają się natomiast bardzo hendrixowskie gitarowe zagrywki, rewelacyjnie dopełniane przez organy i funkową grę sekcji rytmicznej. "Just to Cry" to z kolei łagodniejszy, bardzo psychodeliczny utwór, oparty na transowej linii basu, obudowanej klimatycznymi partiami organów i dęciaków, oraz zawierający intrygujące gitarowe solo. Najbardziej zaskakującym utworem jest jednak "Sinnin' for You" z pierwszoplanową rolą dęciaków nadających soulowo-jazzowego charakteru. Tym razem skojarzenia idą w kierunku twórczości Colosseum, albo albumu "Bare Wires" Mayalla. Fajnym kontrastem jest ostra, porywająca solówka gitarowa. Ciekawą niespodzianką jest natomiast zamykająca utwór solówka na flecie.

Co najważniejsze, ta cała różnorodność wcale nie szkodzi spójności "Halfbreed". Wszystko tutaj idealnie do siebie pasuje. Muzykom udało się również utrzymać wysoki poziom od początku do samego końca albumu. Wykonawczo i kompozytorsko jest bez zarzutu, a aranżacje są naprawdę pomysłowe i wiele smaczków odkrywa się dopiero podczas kolejnych przesłuchań. Warto też zwrócić uwagę na bardzo dobre brzmienie, które praktycznie nic się nie zestarzało i wciąż brzmi świeżo. Kto nie zna, niech jak najszybciej nadrobi zaległości.

Ocena: 9/10



Keef Hartley Band - "Halfbreed" (1969)

1. Sacked / Confusion Theme / The Halfbreed; 2. Born to Die; 3. Sinnin' for You; 4. Leavin' Trunk; 5. Just to Cry; 6. Too Much Thinking; 7. Think it Over / Too Much to Take

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Spit James - gitara; Gary Thain - gitara basowa; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne; Peter Dines - instr. klawiszowe
Gościnnie: John Mayall - głos (1,7); Henry Lowther - trąbka, skrzypce; Harry Beckett - trąbka; Lyn Dobson - saksofon, flet; Chris Mercer - saksofon
Producent: Neil Slaven


25 stycznia 2015

[Recenzja] John Mayall - "The Blues Alone" (1967)



John Mayall zwykł współpracować z najlepszymi instrumentalistami. Ten album nagrał jednak niemal bez pomocy innych muzyków. Jedynie w ośmiu utworach towarzyszy mu perkusista Keef Hartley. Mayall sam zagrał na wszystkich pozostałych instrumentach, a w dwóch utworach także na perkusji; odpowiada też za wszystkie partie wokalne. Na repertuar złożyły się zaś wyłącznie utwory jego autorstwa, co było bezprecedensową sytuacją w jego dyskografii. A skąd w ogóle pomysł na taki właśnie album? Wydawca chciał w tamtym czasie opublikować składankę najpopularniejszych utworów Mayalla. Muzykowi pomysł się nie spodobał i w zamian zaproponował nagranie nowego materiału na własny koszt. Bez budżetowego wsparcia wytwórni trzeba było jednak maksymalnie przyciąć koszty. Poza Hartleyem na listę płac załapał się jeszcze sprawdzony producent Mike Vernon (nawiasem mówiąc, człowiek, którego zasługi dla brytyjskiego bluesa można by długo wymieniać), oraz inżynierowie dźwięku.

"The Blues Alone" w porównaniu z wcześniejszymi dziełami Mayalla, to album bardziej wyciszony, momentami wręcz surowy. Akompaniament stanowią głównie akustyczne instrumenty - gitara, pianino i harmonijka, wsparte przeważnie wycofanymi w miksie perkusją i elektrycznym basem. Na dłuższą metę te jednolite aranżacje zaczynają nieco męczyć. Brakuje też tutaj tego, co zawsze było największą ozdobą albumów Johna - porywających solówek gitarowych. Choć w sumie dobrze, że Mayall był świadomy, że nie jest tak dobrym gitarzystą, jak Eric Clapton, Peter Green i Mick Taylor, i nie próbował grać czegoś ponad swoje umiejętności. Nie brakuje tutaj natomiast świetnych popisów na harmonijce - szczególnie w instrumentalnym "Harp Man", w którym ponadto pojawia się fantastyczna, wyraźna partia basu i ozdobniki grane na czeleście. W drugim instrumentalu, "Marsha's Mood", muzyk prezentuje natomiast swój talent do gry na pianinie. Z wokalnych utworów warto wyróżnić natomiast takie kompozycje, jak dynamiczny "Brown Sugar" (nie mający nic wspólnego z późniejszym przebojem The Rolling Stones, poza tytułową metaforą), wyjątkowo jak na ten album ciężki "Don't Kick Me" (jedyny, w którym pojawia się gitara elektryczna), wolny blues "Cancelling Out", a także bardzo ładną balladę "Broken Wings". W tych trzech ostatnich instrumentarium zostało poszerzone o organy, dzięki czemu nie brzmią tak surowo (żeby nie powiedzieć niskobudżetowo), jak pozostałe kawałki.

Pomysł na nagranie "The Blues Alone" narodził się spontanicznie i równie spontaniczna była sama sesja nagraniowa, trwająca ledwie jeden dzień. I to słychać w tych nagraniach, z których nie wszystkie są dopracowane, część brzmi po prostu jak demówki, lub szkielet utworów, do którego jeszcze nie wszyscy instrumentaliści dodali swoje partie. Najlepiej wypadają tutaj te bardziej dopracowane utwory, które jednak stanowią mniej niż połowę całości. Warto posłuchać tego albumu, ale nie jest to kanoniczna pozycja, jak poprzednie studyjne wydawnictwa Johna Mayalla.

Ocena: 6/10



John Mayall - "The Blues Alone" (1967)

1. Brand New Start; 2. Please Don't Tell; 3. Down the Line; 4. Sonny Boy Blow; 5. Marsha's Mood; 6. No More Tears; 7. Catch That Train; 8. Cancelling Out; 9. Harp Man; 10. Brown Sugar; 11. Broken Wings; 12. Don't Kick Me

Skład: John Mayall - wokal, gitara, gitara basowa, harmonijka, instr. klawiszowe, perkusja (1,5); Keef Hartley - perkusja (2,4,6,8-12)
Producent: John Mayall i Mike Vernon


19 stycznia 2015

[Recenzja] Demon Fuzz - "Afreaka!" (1970)



Zarówno nazwa zespołu, jak i okładka, mogą sugerować, że to album jakiejś trzecioligowej kapeli wykonującej wtórny heavy metal. Spokojnie, longplay "Afreaka!" został nagrany o kilkanaście lat za wcześnie, by można było go w ogóle podejrzewać o przynależność do tej kategorii. Demon Fuzz to brytyjska grupa utworzona przez czarnoskórych imigrantów z krajów Wspólnoty Narodów. Wbrew pozorom, nie mamy tutaj do czynienia ze szczególnie egzotyczną muzyką - czasem pojawiają się kongi, czasem pojawia się jakieś wschodniobrzmiące solo na saksofonie lub flecie, ale najwięcej wspólnego z "czarną" muzyką ma soulowy wokal Smokeya Adamsa (z rockowych wokalistów można go porównać do Steve'a Winwooda lub Glenna Hughesa). Poza tym muzyka zawarta na "Afreaka!" brzmi bardzo brytyjsko, a mieści się gdzieś na pograniczu rocka, funku i jazzu. Nie ma tu jednak mowy o żadnej wtórności.

Już otwierający albumowy niemal dziesięciominutowy, w całości instrumentalny "Past, Present, and Future" to jeden z najbardziej niezwykłych utworów, jakie kiedykolwiek słyszałem. Rozpoczyna się od posępnego, ciężkiego riffu, granego na przesterowanej gitarze basowej. Bass jest bardzo dobrze słyszalny przez cały album; stanowi wręcz oś, na której zostały zbudowane wszystkie utwory. W "Past, Present, and Future", a właściwie pierwszej części utworu, wraz z perkusją tworzy hipnotyzujący, transowy nastrój. Na takim monotonnym podkładzie wybrzmiewają kolejno jazzujące solówki na instrumentach dętych, gitarze i organach. W piątej minucie następuje jednak przełamanie - gra sekcji rytmicznej staje się bardziej żywiołowa, a pozostałe instrumenty zdają się walczyć ze sobą o pierwszoplanową rolę. Nastrój staje się coraz bardziej pogodny, a brzmienie gitary i organów nasuwa skojarzenia z rockiem psychodelicznym.

Kolejny na płycie "Disillusioned Man" to dla odmiany utwór krótszy, o zdecydowanie przebojowym charakterze. Z fantastycznie bujającym basem, organowo-saksofonowym motywem, oraz świetną, bardzo chwytliwą linią wokalną. Żeby jednak nie było zbyt prosto, w środku pojawia się długi fragment instrumentalny, z jazzową solówką na trąbce. "Another Country" też z początku wydaje się być zwykłą piosenką, opartą na akompaniamencie funkującej sekcji rytmicznej i gitary, z dużym udziałem dęciaków. Ale po dwóch i pół minuty nastrój utworu całkowicie się zmienia, staje się bardziej transowy. Hipnotyczna gra sekcji rytmicznej i organów staje się  tłem dla brzmiącej bardzo etnicznie solówki na saksofonie. Dopiero pod koniec szóstej minuty następuje nagłe przyśpieszenie, a utwór nabiera bardziej rockowego charakteru. Końcówka to powrót do funkowego grania z początku utworu.

"Hymn to Mother Earth" to utwór najbardziej chyba wyróżniający się na tle reszty albumu, ze względu na jego balladowy charakter, a także największy udział gitarzysty. Jednocześnie jest to najmniej oryginalny utwór, najmniej odbiegający od ówczesnych standardów. Nie traktowałbym tego jednak jako zarzut, bo to naprawdę wspaniała kompozycja, z piękną melodią i bogatą aranżacją. Świetnym potwierdzeniem może nie tyle talentu, co fantastycznego wyczucia muzyków, jest finałowy "Mercy (Variation No. 1)", będący ponad dziewięciominutową instrumentalną improwizacją na bazie utworu "Mercy" Williego Mitchella (amerykańskiego muzyka wykonującego soul i funk).

Z reguły opisuję tylko utwory z oryginalnego wydania albumu, ale w tym przypadku warto wspomnieć także o bonusach z kompaktowych reedycji - trzech utworach pochodzących z wydanej w 1970 roku EPki "I Put a Spell on You". Wszystkie trzymają poziom albumowych utworów, chociaż prezentują nieco inne oblicze grupy - mają bowiem bardziej rockowy charakter, kosztem elementów jazzowych i funkowych. Naprawdę rewelacyjny jest cover przeboju "I Put a Spell on You" Screamin' Jaya Hawkinsa. Pod względem muzycznym bardziej dynamiczny od oryginału, bogatszy brzmieniowo, za to ze spokojniejszą, bardziej soulową partią wokalną. "Message to Mankind" jest z kolei najbardziej konwencjonalnym i najprostszym utworem zespołu - warto jednak zwrócić uwagę na warstwę tekstową, poruszającą problem dyskryminacji rasowej. Całości dopełnia instrumentalny jam "Fuzz Oriental Blues".

"Afreaka!" to bardzo intrygujący i oryginalny album, chociaż obawiam się, że może nie przypaść do gustu większości czytelników tego bloga, ze względu na jego niejednoznaczną stylistykę. Zresztą właśnie z tego powodu grupa nie odniosła sukcesu i szybko zakończyła działalność - dla rockowych słuchaczy okazała się zbyt funkowo-jazzowa, miłośników jazzu odstraszała już pewnie sama okładka, a funk w tamtym czasie był popularny głównie w Stanach. Warto jednak dać szansę temu albumowi, bo zawiera naprawdę fascynującą muzykę, a przy tym wciąż brzmiącą bardzo świeżo.

Ocena: 9/10

PS. Dyskografię Demon Fuzz uzupełnia kompilacja "Roots and Offshoots" z 1976 roku, zawierająca wcześniej niewydany materiał, w tym wersje demo utworów "I Put a Spell on You", "Fuzz Oriental Blues" i "Message to Mankind" (ten ostatni jeszcze z innym tekstem, pod tytułem "Pretty Baby"). Poza tym znalazł się na niej mniej ekscytujący materiał utrzymany w stylu reggae.



Demon Fuzz - "Afreaka!" (1970)

1. Past, Present, and Future; 2. Disillusioned Man; 3. Another Country; 4. Hymn to Mother Earth; 5. Mercy (Variation No. 1)

Skład: Smokey Adams - wokal; Winston Joseph - gitara; Jack Joseph - bass; Steven John - perkusja; Ray Rhoden - instr. klawiszowe; Paddy Corea - flet, saksofon, kongi; Clarence Crosdale - trąbka
Gościnnie: Ayinde Folarin - kongi
Producent: Barry Murray


17 stycznia 2015

[Recenzja] John Mayall's Bluesbreakers - "Crusade" (1967)



Grupa Johna Mayalla przechodziła nieustanne zawirowania personalne. Niedługo po wydaniu albumu "A Hard Road", Peter Green zasugerował liderowi wyrzucenie ze składu Aynsleya Dunbara (który później w odwecie stworzył konkurencyjny The Aynsley Dunbar Retaliation) i przyjęcie na jego miejsce Micka Fleetwooda - tylko po to, aby zaraz zabrać go do własnego zespołu, nazwanego Fleetwood Mac. Green specjalnie użył nazwisk sekcji rytmicznej Bluesbreakers - a więc także Johna McVie - aby zachęcić ich do dołączenia. O ile jednak perkusista przystał natychmiast, tak basista wahał się wystarczająco długo, aby w międzyczasie zdążyć nagrać z Mayallem jeszcze jeden album, zatytułowany "Crusade". Podczas uzupełniania braków kadrowych, lider po raz kolejny wykazał się szóstym zmysłem do odkrywania nowych talentów, angażując perkusistę Keefa Hartleya (z mało znanej grupy The Artwoods, w której karierę zaczynał także Jon Lord) i młodego, ledwie 18-letniego gitarzystę Micka Taylora. Album "Crusade" udowadnia, że był to słuszny wybór.

Tradycyjnie już - tak było także na albumach z Claptonem i Greenem - gitarzysta największe pole do popisu ma w utworach instrumentalnych: czadowym "Snowy Wood", zdominowanym przez gitarę Taylora (który zresztą jest jego współkompozytorem), oraz tylko trochę łagodniejszym "Driving Sideways", bardziej zorientowanym na zespołową współpracę. Choć ekscytujących solówek nie brakuje także w innych utworach. Najwspanialsza pojawia się w przeróbce "I Can't Quit You Baby" (napisanego przez Williego Dixona dla Otisa Rusha; później nagranego też przez Led Zeppelin). Choć są też utwory, w których udział gitarzysty ograniczony jest do minimum - vide "Streamline", oparty głównie na akompaniamencie organów i saksofonów. Warto dodać, że utwór wyróżnia się także fantastyczną, naprawdę chwytliwą melodią. Zresztą przebojowego grania tutaj nie brakuje, żeby wspomnieć tylko o niesamowicie energetycznej przeróbce "Oh Pretty Woman" Alberta Kinga, która rewelacyjnie otwiera album (i zachwyca popisami Taylora), albo równie dynamicznych "Stand Back Baby" i "Checkin' Up on My Baby" (w których istotną rolę odgrywa harmonijka Mayalla). Na albumie nie zabrakło też kilku wolnych, klimatycznych bluesów, wzbogaconych sekcją dętą - taki charakter mają "My Time After Awhile", "Tears in My Eyes", "Me and My Woman", oraz poruszający "The Death of J. B. Lenoir", napisany przez Mayalla tuż po tym, gdy dowiedział się o śmierci amerykańskiego bluesmana J. B. Lenoira, będącego jedną z jego inspiracji. Pewnym zaskoczeniem może być natomiast "Man of Stone" (z repertuaru Eddiego Kirklanda), lekko zahaczający o muzykę country.

Krucjata Johna Mayalla w szerzeniu popularności bluesa na Wyspach Brytyjskich, rozpoczęta trochę ponad rok wcześniej albumem "Blues Breakers with Eric Clapton", nie traciła impetu. "Crusade" to kolejny porywający album, utrzymujący wysoki poziom swoich poprzedników. Wstyd nie znać.

Ocena: 8/10



John Mayall's Bluesbreakers - "Crusade" (1967)

1. Oh, Pretty Woman; 2. Stand Back Baby; 3. My Time After Awhile; 4. Snowy Wood; 5. Man of Stone; 6. Tears in My Eyes; 7. Driving Sideways; 8. The Death of J. B. Lenoir; 9. I Can't Quit You Baby; 10. Streamline; 11. Me and My Woman; 12. Checkin' Up on My Baby

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Mick Taylor - gitara; John McVie - gitara basowa; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Chris Mercer, Rip Kant - saksofony
Producent: Mike Vernon


7 stycznia 2015

[Recenzja] Savoy Brown - "Raw Sienna" (1970)



Savoy Brown tempo wydawania płyt miał niezwykłe. "Raw Sienna" to trzeci album opublikowany w ciągu dwunastu miesięcy. Jednak w przeciwieństwie do dwóch poprzednich - "Blue Matter" i "A Step Further" - tym razem nie było potrzeby posiłkowania się nagraniami koncertowymi. Do czasu sesji nagraniowej Chris Youlden zdążył napisać sześć utworów, Kim Simmonds dostarczył kolejne trzy. Po zarejestrowaniu wszystkich, zespół miał niespełna czterdzieści minut materiału, czyli w sam raz na płytę winylową. Warto dodać, że wyjątkowo udanego materiału. Nigdy wcześniej, ani już nigdy później, muzykom tworzącym pod szyldem Savoy Brown nie udało się stworzyć tak dobrego zestawu piosenek, które tworzyłyby tak spójną, choć różnorodną, całość.

W aranżacjach bardzo istotną rolę odgrywają instrumenty dęte, czasem pojawiają się też smyczki, pianino lub perkusjonalia. Muzyka zespołu nabrała trochę jakby soulowego charakteru - także za sprawą śpiewu Youldena, a momentami nawet lekko zbliża się do jazz-rocka, głównie dzięki niektórym solówkom Simmondsa. Savoy Brown stopniowo oddala się od swoich korzeni, od brytyjskiego bluesa, a zbliża do amerykańskich grup w rodzaju Blood, Sweat and Tears lub Chicago Transit Authority. Główna różnica polega na tym, że na "Raw Sienna" jest zdecydowanie więcej rockowego czadu. Dominują tutaj energetyczne, a przy tym wyluzowane kawałki, czego doskonałym przykładem "A Hard Way to Go", "That Same Feelin'" czy instrumentalny "Master Hare". Wszystkie łączą wyraziste, chwytliwe melodie z porywającą, bardzo zespołową i zaangażowaną, choć nieskomplikowaną grą muzyków a także z różnymi interesującymi smaczkami aranżacyjnymi (specjalnie nie wchodzę w szczegóły, żeby nie psuć zabawy). Zdarzają się momenty o jednoznacznie bluesowym charakterze, jak świetne "Needle and Spoon" i "I'm Crying". Jednak zespół znacznie poszerzył swoją ofertę, proponując np. kawałek nawiązujący do country ("A Little More Wine" z partiami Dave'a Peveretta granymi techniką slide), latynosko-jazzujący instrumental ("Is That So") czy subtelniejsze, częściowo akustyczne "Stay While the Night Is Young" i "When I Was a Young Boy". Koniecznie muszę wspomnieć też o brzmieniu, które jest nieporównywalnie lepsze od tego z wcześniejszych longplayów grupy. Pięknie brzmią wszystkie instrumenty, które mają wystarczająco dużo przestrzeni by właściwie wybrzmieć, a nawet w gęściejszych momentach nie zagłuszają się nawzajem.

Pierwsze wydawnictwa Savoy Brown nie zapowiadały, że zespół jest w stanie stworzyć tak wyrazisty - pod względem kompozycji, aranżacji, wykonania i brzmienia - album, na którym praktycznie nie ma słabych punktów. Niestety, "Raw Sienna" okazał się jednorazowym przebłyskiem. Wkrótce po jego wydaniu ze składu odszedł główny twórca tego materiału, Chris Youlden. Wokalista postanowił zrobić karierę jako solista, jednak jego twórczość nie spotkała się z większym zainteresowaniem. Natomiast Savoy Brown komercyjnie radził sobie całkiem nieźle jeszcze przez jakiś czas, odnosząc nawet większe sukcesy niż zapewnił zespołowi "Raw Sienna" (odnotowany na 121. miejscu listy Billboardu - niżej od poprzedniego i kilku następnych albumów), jednak już nigdy nie nagrywając niczego równie udanego.

Ocena: 8/10



Savoy Brown - "Raw Sienna" (1970)

1. A Hard Way to Go; 2. That Same Feelin'; 3. Master Hare; 4. Needle and Spoon; 5. A Little More Wine; 6. I'm Crying; 7. Stay While the Night Is Young; 8. Is That So; 9. When I Was a Young Boy

Skład: Chris Youlden - wokal, pianino (4,6,9); Kim Simmonds - gitara, pianino (2); Dave Peverett - gitara; Tony Stevens - gitara basowa; Roger Earl - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Terry Noonan - aranżacja instr. dętych i smyczkowych
Producent: Chris Youlden i Kim Simmonds


5 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Nantucket Sleighride" (1971)



Drugi album Mountain nie przynosi praktycznie żadnych zaskoczeń. Podobnie, jak na debiutanckim "Climbing!", bardziej jednoznaczne stylistycznie kawałki, najczęściej z szorstkim śpiewem Lesliego Westa, przeplatają się tutaj z trochę bardziej różnorodnymi nagraniami, podniośle wyśpiewywanymi przez Felixa Pappalardiego. Jeśli chodzi o te pierwsze, to całkiem nieźle wypada hardrockowy "Don't Look Around", choć nie jest to tak konkretny otwieracz, jak "Mississippi Queen" z poprzednika. Pozostałe z jednoznacznych kawałków wypadają raczej sztampowo, co szczególnie dotyczy boogie "The Animal Trainer and the Toad" i bluesa "The Great Train Robbery". Natomiast śpiewane przez Pappalardiego utwory w rodzaju tytułowego "Nantucket Sleighride", dedykowanemu Jimiemu Hendrixowi "Tired Angels" czy "Travellin' in the Dark" łączą hardrockowe patenty z subtelniejszymi momentami. We wszystkich trzech uwagę zwracają bardziej wyraziste, zapamiętywalne melodie, w czym zdecydowanie przoduje utwór tytułowy, który nie przypadkiem na stałe trafił do koncertowego repertuaru grupy. Podczas występów był znacznie rozbudowywany, rozrastając się nawet do ponad półgodzinnych wersji. Cały longplay jest natomiast strasznie nierówny i niespójny, zbyt eklektyczny stylistycznie, kompletnie nieprzemyślany. Fatalnym pomysłem było np. umieszczenie balladowej miniatury "Taunta" na drugiej ścieżce, podobnie jak zakończenie całości najbardziej rozwleczonym "Great Train Robbery". Takie szczegóły sprawiają, że nie słuchałoby mi się tego zbyt dobrze, nawet gdyby każdy utwór z osobna był udany, więc tym bardziej przeszkadzają tutaj.

Ocena: 6/10



Mountain - "Nantucket Sleighride" (1971)

1. Don't Look Around; 2. Taunta (Sammy's Tune); 3. Nantucket Sleighride (to Owen Coffin); 4. You Can't Get Away; 5. Tired Angels (to J.M.H.); 6. The Animal Trainer and the Toad; 7. My Lady; 8. Travellin' in the Dark (to E.M.P.); 9. The Great Train Robbery

Skład: Leslie West - gitara, wokal (1,4,6,8,9); Felix Pappalardi - gitara basowa, wokal (3,5,7-9); Corky Laing - perkusja i instr. perkusyjne; Steve Knight - instr. klawiszowe
Producent: Felix Pappalardi


3 stycznia 2015

[Recenzja] Savoy Brown - "A Step Further" (1969)



Sprawdziło się raz, czemu więc nie spróbować ponownie? "A Step Further" został przygotowany dokładnie według tego samego schematu, co wydany kilka miesięcy wcześniej "Blue Matter". W połowie wypełniły go nagrania studyjne, a w połowie koncertowe. Utwory zarejestrowane w studiu prezentują się całkiem przyjemnie i różnorodnie. Album rozpoczynają dwa bardzo energetyczne, pogodne kawałki: "Made Up My Mind" oraz instrumentalny, za to wzbogacony sekcją dętą, "Waiting in the Bamboo Grove". Dla odmiany "Life's One Act Play" to bardzo zgrabna, nastrojowa ballada. Świetnie wypada tu partia wokalna Chrisa Youldena, podobnie jak gitarowe solówki, pulsujący bas oraz urozmaicające brzmienie dźwięki organów, pianina i dęciaków. Bardzo piosenkowo, niemalże popowo wypada natomiast "I'm Tired", zresztą wydany na singlu i nawet odnotowany na amerykańskiej liście (doszedł do 74. miejsca). Kończący stronę A "Where Am I" to już tylko niezbyt potrzebna perkusyjna miniaturka. Pomijając ten fragment, materiał prezentuje się naprawdę przyzwoicie.

Zdecydowanie mniej przekonuje mnie "Savoy Brown Boogie", zarejestrowany na żywo w londyńskim The Cooks Ferry Inn, 12 maja 1969 roku. To ponad dwudziestominutowy melanż rock'n'rollowych standardów ("I Feel So Good" Chucka Willisa, "Whole Lotta Shakin' Going On" Big Maybelle, "Little Queenie" Chucka Berry'ego), hendrixowskiego "Purple Haze" oraz musicalowego "Hernando's Hideaway". To takie typowo koncertowe granie, przy którym zapewne świetnie bawiła się publiczność, ale słuchane z płyty wypada raczej nużąco. Muzycy nie wykazali się szczególną inwencją, po prostu odegrali cudze kompozycje, nierzadko przeciągając je w zupełnie nieinteresujący sposób, powtarzając jeden motyw jako akompaniament do pokrzykiwań zachęcających widzów do zabawy. Miejsce na płycie można było wykorzystać znacznie lepiej. Właściwie najlepszym wyjściem byłoby zastąpienie "Blue Matter" i "A Step Further" jednym wydawnictwem, złożonym wyłącznie z nagrań studyjnych. Taki album nie ustępowałby uważanemu za najlepsze wydawnictwo Savoy Brown "Raw Sienna". "A Step Further" odniósł jednak pewien sukces komercyjny, o czym świadczy 71. pozycja na liście Billboardu.

Ocena: 6/10



Savoy Brown - "A Step Further" (1969)

1. Made Up My Mind; 2. Waiting in the Bamboo Grove; 3. Life's One Act Play; 4. I'm Tired; 5. Where Am I; 6. Savoy Brown Boogie (live)

Skład: Chris Youlden - wokal; Kim Simmonds - gitara; Dave Peverett - gitara; Tony Stevens - gitara basowa; Roger Earl - perkusja; Bob Hall - pianino
Producent: Mike Vernon


1 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Climbing!" (1970)



Korzenie amerykańskiej grupy Mountain sięgają 1969 roku, kiedy to doszło do spotkania Lesliego Westa, byłego gitarzysty rhythm and bluesowego The Vargants, oraz Felixa Pappalardiego, producenta najbardziej znanego ze współpracy z Cream. Pappalardi zaoferował Westowi pomoc w nagraniu solowego albumu. Wystąpił na nim nie tylko w roli producenta, ale także basisty i klawiszowca. Składu dopełnił natomiast perkusista Norman D. Smart. Album, stylistycznie utrzymany na pograniczu hard rocka i bluesa, został wydany w lipcu 1969 roku pod tytułem "Mountain", nawiązującym do sporych rozmiarów Westa. Wkrótce potem pojawił się pomysł trasy koncertowej. Do muzyków grających na albumie dołączył klawiszowiec Steve Knight, podjęto też decyzję o przekształceniu projektu w regularny zespół, któremu nadano nazwę Mountain. Grupa szybko zdobyła uznanie, m.in. za sprawą dobrze przyjętego występu na festiwalu Woodstock. Jeszcze przed końcem tego roku muzycy, w nieco zmienionym składzie - nowym bębniarzem został Corky Laing - zabrali się do pracy nad kolejnym albumem, będącym oficjalnym debiutem zespołu.

Zawartość "Climbing!" nierzadko porównywana jest z twórczością Cream. To przede wszystkim zasługa - lub wina - Pappalardiego, który zarówno sposobem gry na basie, jak i śpiewania, ewidentnie nawiązuje do Jacka Bruce'a. Jednocześnie trudno uznać Westa za amerykańskiego Erica Claptona, choć także jego korzenie to niewątpliwie blues. Gra jednak na gitarze i śpiewa w zdecydowanie bardziej szorstki, agresywny sposób, kierując muzykę zespołu w wręcz proto-metalowe rejony. Tak różne podejście dwóch najważniejszych muzyków w zespole zaowocowało dwoistym charakterem dokonań zespołu. Doskonale obrazują to dwa utwory otwierające "Climbing!". "Mississippi Queen", spory przebój singlowy w Stanach, to energetyczny, prosty kawałek z surową grą i wrzaskiem Westa (a także z charakterystycznym wykorzystaniem krowiego dzwonka). Dla odmiany, "Theme for an Imaginary Western" - nie aż tak bardzo odległa od oryginału wersja utworu Jacka Bruce'a (z wyprodukowanego przez Pappalardiego albumu "Songs for a Tailor") - to balladowe, podniosłe nagranie z melodyjnym, nieco patetycznym śpiewem Felixa oraz jego wyrazistą, niebanalną partią basu, a także z brzmieniem wzbogaconym o różne instrumenty klawiszowe: elektryczne organy, melotron czy pianino. W przeciwieństwie do pierwowzoru, bardziej wyeksponowane i ostrzejsze są gitarowe solówki. Reszta albumu nie przynosi już niemal żadnych zaskoczeń. Większość  utworów to albo konkretny, hardrockowy czad ("Never in My Life", "Sittin' on a Rainbow"), albo łagodniejsze, bardziej melodyjne nagrania ("Boys in the Band", "The Laird" i instrumentalny "To My Friend" - dwa ostatnie opierają się wyłącznie na akustycznym brzmieniu, co przyjemnie urozmaica całość). Czasem jednak oba te podejścia przeplatają się na przestrzeni jednego utworu, co daje najlepszy efekt ("Silver Paper", "For Yasgur's Farm").

Hard rock w wykonaniu Mountain brzmi bardzo po amerykańsku, jest to więc granie nieco prostsze, ale i bardziej wyluzowane od europejskich kapel. Ani pod względem kompozycji, ani wykonania, "Climbing!" nie zbliża się do najlepszych dokonań z tej stylistyki, ale nie powinien rozczarować jej wielbicieli. Spora dawka energii oraz gitarowego czadu, parę niezłych riffów czy solówek, a także na ogół zupełnie bezpretensjonalny charakter tej muzyki to jej największe zalety. 

Ocena: 7/10



Mountain - "Climbing!" (1970)

1. Mississippi Queen; 2. Theme for an Imaginary Western; 3. Never in My Life; 4. Silver Paper; 5. For Yasgur's Farm; 6. To My Friend; 7. The Laird; 8. Sittin' on a Rainbow; 9. Boys in the Band

Skład: Leslie West - gitara, wokal (1,3-5,8,9); Felix Pappalardi - gitara basowa, pianino (1,2,9), gitara (7), wokal (2,4,5,7,9); Corky Laing - perkusja i instr. perkusyjne (1-5,7-9); Steve Knight - instr. klawiszowe (2-5,9) i instr. perkusyjne (4)
Producent: Felix Pappalardi