31 stycznia 2015

[Recenzja] Keef Hartley Band - "Halfbreed" (1969)



John Mayall potrafił dobierać sobie utalentowanych współpracowników. Wielu spośród nich założyło potem własne zespoły. Wymieniając tylko te najlepsze, nie można zapomnieć o Cream, Colosseum, Fleetwood Mac, The Aynsley Dunbar Retaliation czy Keef Hartley Band. Za powstanie tego ostatniego odpowiadał, oczywiście, perkusista Keef Hartley. Jego muzyczna kariera zaczęła się już na początku lat 60., gdy zajął miejsce Ringo Starra w Rory Storm and the Hurricanes. Następnie dołączył do grupy The Artwoods (w której występował m.in. u boku Jona Lorda) i wziął udział nagrywaniu jej jedynego albumu, "Art Gallery". Wkrótce potem zainteresował się nim Mayall, zapraszając na sesje nagraniowe "The Blues Alone" i "Crusade". Hartley, podobnie jak i inni muzycy, nie zagrzał długo miejsca w Bluesbreakers. Idąc śladem innych, postanowił stworzyć własny zespół.

Perkusista pozostał jednak w przyjaznych stosunkach z Mayallem, o czym świadczy gościnny występ tego drugiego na debiutanckim albumie Keef Hartley Band, "Halfbreed". John udzielił swojego głosu w zabawnej introdukcji "Sacked" i będącej jej kontynuacją "Too Much to Take". Są to fragmenty zainscenizowanej rozmowy telefonicznej, podczas której Mayall zwalnia Hartleya ze swojego zespołu. Zasadnicza zawartość "Halfbreed" jest jednak całkiem na serio. Hartleyowi udało się zebrać fantastyczny skład, w którym znaleźli się tacy muzycy, jak śpiewający gitarzysta Miller Anderson, gitarzysta Spit James, basista Gary Thain (późniejszy członek Uriah Heep) oraz klawiszowiec Peter Dines. Może i dziś są to raczej anonimowe nazwiska, jednak wypadają tu nie gorzej od wielu lepiej zapamiętanych muzyków. Dziwi mnie zwłaszcza, że wypadający rewelacyjne w obu rolach Anderson nie zrobił większej kariery. W nagraniach wzięła też udział sekcja dęta złożona z renomowanych muzyków sesyjnych: trębaczy Henry'ego Lowthera i Harry'ego Beckett oraz saksofonistów Lyna Dobsona i Chrisa Mercera.

Pod względem muzycznym, album jest świetnym przeglądem tego, co działo się w muzyce rockowej pod koniec lat 60. - zespół pokazał tutaj bardzo dużą, nawet jak na tamte eklektyczne czasy, wszechstronność. Rozpoczynający album utwór po wspomnianym intro "Sacked", przechodzi w hardrockowy "Confusion Theme", który okazuję się tylko zmyłką (szkoda, że nie wykorzystano tego świetnego motywu w ciekawszy sposób) przed właściwą częścią, czyli tytułowym "The Halfbreed". To instrumentalne, być może improwizowane nagranie o nieco jazzrockowym charakterze, napędzane wyrazistą grą sekcji rytmicznej, z długimi solówkami gitarowymi i organowymi oraz pełniącymi rolę ozdobników dęciakami. Utwór kojarzyć może się z wczesnymi dokonaniami Santany, ale bez nachalnych wpływów latynoskich. Klimat dość mocno zmienia się w następującym tuż potem, najdłuższym na płycie "Born to Die" - klasycznej balladzie bluesowej balladzie, znów ze świetnymi popisami gitarzystów i klawiszowca. Do takiego grania zespół powraca jeszcze na chwilę w "Too Much Thinking", w którym istotną rolę odgrywają dęciaki, a dodatkowym smaczkiem jest solówka Lowthera na skrzypcach.

Na longplayu nie zabrakło również rasowego hard rocka, w postaci dwóch przeróbek bluesowych standardów: "Leavin' Trunk" Sleepy Johna Estesa oraz "Think it Over" B.B. Kinga. Ten pierwszy to przede wszystkim świetny popis gitarzystów - utwór aż kipi od porywających riffów i solówek. Brzmi to jak nieco bardziej surowy Led Zeppelin. W drugim pojawiają się natomiast bardzo hendrixowskie gitarowe zagrywki, rewelacyjnie dopełniane przez organy i funkową grę sekcji rytmicznej. "Just to Cry" to z kolei nieco bardziej subtelny, mocno psychodeliczny utwór, oparty na hipnotyzującej, ostinatowej linii basu, obudowanej klimatycznymi partiami organów i dęciaków. Gitary tym razem schodzą na nieco dalszy plan, z wyjątkiem intrygującej części instrumentalnej. Jeszcze inny charakter ma "Sinnin' for You" z pierwszoplanową rolą dęciaków o soulowym zabarwieniu, które pasuje do rhythm'n'bluesowej gry sekcji rytmicznej. Kontrastujące z resztą utworu długie solo gitarowe wprowadza natomiast sporo rockowej zadziorności. Tym razem skojarzenia idą w kierunku twórczości Colosseum albo albumu "Bare Wires" Mayalla. Przynajmniej do momentu, gdy wchodzi partia fletu, dodająca trochę folkowego charakteru.

Co najważniejsze, ta cała różnorodność wcale nie szkodzi spójności "Halfbreed". Wszystko tutaj idealnie do siebie pasuje. Muzykom udało się również utrzymać wysoki poziom od początku do samego końca albumu. Cieszy, że wybrano akurat te utwory, a nie uwzględniono nagranego podczas tej samej sesji "Leave It 'til the Morning" - osobliwego połączenia stylistyki country z banalnymi dęciakami. Kawałek ten pojawia się na większości kompaktowych wznowień i bardzo szkodzi spójności całości, obniżając też jej poziom. Na szczęście, na oryginalnym wydaniu go nie ma. W wersji winylowej nie mam właściwie żadnych zarzutów do kompozycji i ich wykonania, nawet jeśli nie wszystkie zachwycają mnie w równym stopniu. Plusem są też naprawdę pomysłowe aranżacje, pełne smaczków, które odkrywa się dopiero podczas kolejnych przesłuchań. Warto też zwrócić uwagę na bardzo dobre brzmienie, które praktycznie nic się nie zestarzało i wciąż jest tak samo świetnie. Kto nie zna, niech jak najszybciej nadrobi zaległości.

Ocena: 9/10



Keef Hartley Band - "Halfbreed" (1969)

1. Sacked / Confusion Theme / The Halfbreed; 2. Born to Die; 3. Sinnin' for You; 4. Leavin' Trunk; 5. Just to Cry; 6. Too Much Thinking; 7. Think it Over / Too Much to Take

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Spit James - gitara; Peter Dines - instr. klawiszowe; Gary Thain - gitara basowa; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John Mayall - głos (1,7); Henry Lowther - trąbka, skrzypce; Harry Beckett - trąbka; Lyn Dobson - saksofon tenorowy, flet; Chris Mercer - saksofon tenorowy
Producent: Neil Slaven


29 stycznia 2015

[Recenzja] Chicken Shack - "Imagination Lady" (1972)



Pomiędzy grupami Chicken Shack i Savoy Brown istnieje wiele podobieństw. Łączy je nie tylko stylistyka, ale także podobna i częściowo przeplatająca się historia oraz liczne powiązania personalne. W obu przypadkach jedynym stałym muzykiem jest gitarzysta. Na początku lat 70. Kim Simmonds stracił wszystkich swoich współpracowników, a wkrótce potem to samo spotkało Stana Webba, gdy pozostali instrumentaliści Chicken Shack odeszli do bardziej popularnego... Savoy Brown. Jakiś czas później sam Webb przeszedł na pewien czas do grupy Simmondsa. Wcześniej jednak podjął próbę skompletowania nowego składu własnego zespołu. Znaleźli się w nim późniejszy członek Jethro Tull, basista John Glascock oraz perkusista Pip Pyle. związany ze sceną Canterbury (później grał m.in. w Gong, Hatfield and the North i National Health). Miejsce tego drugiego szybko zajął Paul Hancox i tak powstał skład, który można usłyszeć na "Imagination Lady".

Album składa się z siedmiu utworów, w tym trzech przeróbek ("Crying Won't Help You Now" Tampy Reda, "If I Were a Carpenter" Tima Hardina oraz "Goin' Down" grupy Moloch, znanego też z wykonań Jeffa Becka i Deep Purple), a także nowej wersji "Telling Your Fortune" z poprzedniego longplaya Chicken Shack, "Accept". Zacznę od pozytywów, do których zdecydowanie zalicza się spora dawka energii oraz ciężkie, surowe brzmienie, bez żadnych niepotrzebnych nakładek czy innych niepotrzebnych ozdobników. To bardzo szczera muzyka, która równie dobrze mogłaby zostać nagrana podczas koncertu - trzech muzyków, trzy instrumenty. Dzięki takiemu rozwiązaniu, każdy instrumentalista ma dla siebie sporo przestrzeni. Przez większość płyty praktycznie nie istnieje podział na solistów i muzyków odpowiadających za warstwę rytmiczną, wszyscy odgrywają taką samą rolę. Za koncertowym charakterem tej muzyki przemawia też nieco jamowa budowa utworów. Właściwie dopiero finałowy "The Loser" ma bardziej zwartą strukturę i piosenkowy charakter. To jednak nie wychodzi mu na dobre. Jest to najbardziej sztampowy kawałek na tym longplayu, w dodatku niezbyt tu pasujący. Ale i bez niego nie byłoby wzorowo. Bo po pierwsze, album wydaje się nieco zbyt monotonny i właściwie jedynym większym urozmaiceniem jest spokojniejszy wstęp "If I Were a Carpenter". A po drugie, czasem mam wrażenie, że muzycy trochę na siłę wydłużają utwory, nic do nich nie wnosząc. Jednak naprawdę przegięty jest tylko "Telling Your Fortune", w znacznej części składający się z pozbawionej wyobraźni solówki Hancoxa. Minusem albumu są też średnio pasujące do takiej stylistyki partie wokalne Webba.

Pomimo tych zarzutów, uważam "Imagination Lady" za całkiem solidnie zagrany hard rock o silnych naleciałościach bluesowych. Właśnie ta bluesowa podstawa i jamowy charakter sprawiają, że jest to mimo wszystko ciekawsza muzyka od czystego hard rocka (do którego trio zbliża się w najbardziej banalnym "The Loser"). A na pewno jest to najlepsze wydawnictwo w dyskografii tego mało istotnego zespołu.

Ocena: 7/10



Chicken Shack - "Imagination Lady" (1972)

1. Crying Won't Help You Now; 2. Daughter of the Hillside; 3. If I Were a Carpenter; 4. Going Down; 5. Poor Boy; 6. Telling Your Fortune; 7. The Loser

Skład: Stan Webb - wokal i gitara; John Glascock - gitara basowa; Paul Hancox - perkusja i instr. klawiszowe
Producent: Neil Slaven


27 stycznia 2015

[Recenzja] Savoy Brown - "Street Corner Talking" (1971)



Na okładce widnieje nazwa Savoy Brown, jednak niewiele zostało tu z zespołu, który nagrał "Raw Sienna" i pozostałe z wcześniejszych albumów. W składzie przetrwał jedynie Kim Simmonds, któremu towarzyszą tu aż trzej muzycy podebrani z konkurencyjnego Chicken Shack - klawiszowiec Paul Raymond, basista Andy Silvester i perkusista Dave Bidwell - a także wokalista Dave Walker, późniejszy członek Fleetwood Mac i... Black Sabbath (pod koniec lat 70. chwilowo zajął miejsce Ozzy'ego Osbourne'a). Co odróżnia nowe wcielenie grupy od poprzednich? Przede wszystkim poszerzenie brzmienia ograny elektryczne organy oraz sekcja rytmiczna nierzadko grająca w bardziej funkowy sposób. Oczywiście nie brakuje tu bluesa, słyszanego przede wszystkim w gitarowych zagrywkach Simmondsa. Doskonale do takiej stylistyki pasuje mocny głos Walkera (w stylu Paula Rodgersa lub Davida Coverdale'a), choć niestety śpiewa on w dość nijaki sposób. Ale dobrze, że znalazł się w składzie. Bo śpiewający w jednym kawałku Raymond wypada jeszcze bardziej przeciętnie.

Poziom albumu nie jest zbyt wyrównany. Zdarzają się kawałki sztampowe ("Tell Mama", "Let It Rock") lub zwyczajnie przeciągnięte ("All I Can Do" oraz przeróbka bluesowego standardu "Wang Dang Dooodle", napisanego przez Williego Dixona dla Howlin' Wolfa). Kawałki te jako tako ratuje fajne brzmienie, w większości z ostrą gitarą, nieco psychodelicznymi organami oraz wyrazistą sekcją rytmiczną. A w przypadku dwóch ostatnich problemem są nie tyle same kompozycje, co ich wykonanie - muzycy grają zdecydowanie dłużej niż wystarczyłoby do zaprezentowania wszystkiego, co tu pokazali. Trochę szkoda, że akurat te fragmenty, do których można mieć najwięcej zastrzeżeń, pojawiają się na początku i na końcu płyty. Te najlepsze zostały natomiast skupione na środku. Zalicza się do nich bardzo fajnie zaostrzona, spowolniona i ogólnie przerobiona na bluesrockową modłę wersja przeboju The Temptations - "I Can't Get Next to You". Ale także bardzo eklektyczny "Time Does Tell", w którym jest miejsce i na bluesową gitarę, i funkową rytmiką, i nieco jazzowy fragment instrumentalny. Tylko trochę słabiej od tych dwóch utworów wypada tytułowy "Street Corner Talking", brzmiący jak nieco łagodniejsza zapowiedź tego, co Deep Purple będzie grało w latach 1974-75.

Siódmy album Savoy Brown nie wyróżnia się jakoś szczególnie na tle rockowego mainstreamu z wczesnych lat 70. - z pewnością przypadnie do gustu wielbicielom takiej stylistyki, choć niekoniecznie ich zachwyci. "Street Corner Talking" w chwili wydania odniósł jednak pewien sukces, dochodząc do 75. miejsca amerykańskiego notowania. Co ciekawe, następny album nagrany przez ten skład, "Hellbound Train" z 1972 roku, okazał się największym sukcesem komercyjnym w całej historii zespołu (34. miejsce w Stanach). Niestety, zawarta na nim muzyka w znacznej części brzmi dużo bardziej archaicznie od kilku wcześniejszych płyt. Bronią się nieliczne fragmenty, jak lekko soulowy "Lost and Lonely Child" i rozbudowane nagranie tytułowe, którego czas trwania - w przeciwieństwie do niektórych kawałków z "Street Corner Talking" - jest w pełni uzasadniony. Szkoda, że zamiast tych dwóch longplayów nie powstał jeden, złożony z ich najlepszych momentów. 

Ocena: 6/10



Savoy Brown - "Street Corner Talking" (1971)

1. Tell Mama; 2. Let It Rock; 3. I Can't Get Next to You; 4. Time Does Tell; 5. Street Corner Talking; 6. All I Can Do; 7. Wang Dang Doodle

Skład: Dave Walker - wokal (1,3-7); Kim Simmonds - gitara, harmonijka; Paul Raymond - instr. klawiszowe, gitara (1), wokal (2); Andy Silvester - gitara basowa; Dave Bidwell - perkusja
Producent: Neil Slaven


25 stycznia 2015

[Recenzja] John Mayall - "The Blues Alone" (1967)



Popularność Johna Mayalla wciąż rosła. Przedstawiciele wytwórni chcieli dodatkowo pomnożyć zyski, wydając kompilację z jego najpopularniejszymi utworami. Muzykowi pomysł się nie spodobał i jako alternatywę zaproponował nagranie na własny koszt premierowego materiału. Bez finansowego wsparcia wytwórni trzeba było jednak maksymalnie przyciąć koszty. Sesja nagraniowa zamknęła się w ciągu jednego dnia, 1 maja 1967 roku. Na repertuar złożyły się wyłącznie kompozycje Mayalla, który nie tylko samodzielnie je zaśpiewał, ale także zarejestrował wszystkie partie gitar, basu, instrumentów klawiszowych oraz harmonijki, a w dwóch utworach zagrał nawet na perkusji. W ośmiu innych kawałkach za bębnami zasiadł Keef Hartley i jest to jedyny muzyk, poza liderem, jakiego można usłyszeć na tym longplayu. Na liście płac znalazł się też producent Mike Vernon oraz dwóch inżynierów dźwięku.

W porównaniu z albumami nagranymi w pełnym składzie Bluesbreakers, "The Blues Alone" jest tylko trochę bardziej surowy. Dzięki możliwościom, jakie daje studio nagraniowe, Mayall był w stanie (niemal) samodzielnie odtworzyć brzmienie zespołu. Brakuje jednak jednego bardzo ważnego elementu, który w znacznej mierze decydował o charakterze i poziomie wcześniejszych wydawnictw. To solowe partie gitary, za które kolejno odpowiadali Eric Clapton, Peter Green i Mick Taylor, były tym, co najbardziej ekscytowało na poprzednich albumach. Mayall był na szczęście świadomy, że nie dorówna tamtym muzykom, dlatego gitar używa niemal wyłącznie do partii rytmicznych, a solowymi instrumentami są tu harmonijka i pianino, rzadziej inne klawisze. Swoje umiejętności gry na harmonijce prezentuje przede wszystkim w dwóch instrumentalnych nagraniach. W "Harp Man" akompaniament stanowi niemal taneczna partia basu i perkusja (w lewym kanale) oraz dźwięki czelesty (w prawym). Z kolei w żartobliwym "Catch the Train" solówce towarzyszy jedynie rytm... prawdziwego pociągu. W trzecim instrumentalu, "Marsha's Mood", wiodącą rolę pełni partia pianina - główny temat jest jednym z bardziej wyrazistych motywów w całej dyskografii Mayalla. Pozostałe nagrania mają już bardziej piosenkowy charakter. Przeważa energetyczne granie (np. "Please Don't Tell", najostrzejszy "Don't Kick Me"), ale nie brakuje też subtelniejszych momentów, jak utrzymane w wolniejszym tempie bluesy "Down the Line", "Cancelling Out" i najładniejszy z nich "Broken Wings", wyróżniający się najzgrabniejszą melodią oraz ograniczeniem instrumentarium do elektrycznych organów i perkusji.

John Mayall zdołał bez wsparcia zespołu nagrać album, który tylko nieznacznie ustępuje najlepszym albumom Bluesbreakers. Konieczność zaproponowania czegoś w miejsce gitarowych solówek wymusiła zwiększenie roli innych instrumentów lub stosowanie dotąd nieużywanych (czelesta). Dzięki temu album brzmi bardziej odkrywczo od opublikowanego nieco wcześniej - choć nagranego parę tygodni później - "Crusade", jedynie powielającego schematy z poprzednich albumów. Momentami jednak "The Blues Alone" wydaje się trochę niedopracowany, jakby zabrakło już czasu na dokończenie niektórych utworów. 

Ocena: 7/10



John Mayall - "The Blues Alone" (1967)

1. Brand New Start; 2. Please Don't Tell; 3. Down the Line; 4. Sonny Boy Blow; 5. Marsha's Mood; 6. No More Tears; 7. Catch That Train; 8. Cancelling Out; 9. Harp Man; 10. Brown Sugar; 11. Broken Wings; 12. Don't Kick Me

Skład: John Mayall - wokal, gitara, gitara basowa, harmonijka, instr. klawiszowe, perkusja (1,5); Keef Hartley - perkusja (2,4,6,8-12)
Producent: John Mayall i Mike Vernon


23 stycznia 2015

[Recenzja] The Aynsley Dunbar Retaliation - "The Aynsley Dunbar Retaliation" (1968)



Perkusista Aynsley Dunbar w trakcie swojej kariery zaliczył wiele artystycznych lub komercyjnych wzlotów. I to pomimo dość niefortunnego początku, gdy dosłownie o rzut monetą nie dostał się do zespołu Jimiego Hendrixa. Szybko jednak trafił do innej dobrze prosperującej grupy, Bluesbreakers Johna Mayalla Bluesbreakers. Dunbar zdążył wziąć udział w nagraniu albumu "A Hard Road" oraz EPki "All My Life" (z gościnnym udziałem amerykańskiego mistrza harmonjki Paula Butterfielda), zanim został zwolniony. Nie mogąc znaleźć nowego angażu, zaczął rozglądać się za muzykami do własnego zespołu. Padło na Roda Stewarta, Jacka Bruce'a oraz Petera Greena, który niedługo po nim odszedł z Bluesbreakers. Kwartet przyjął nazwę Crazy Blue i w połowie 1967 roku odbył swoją jedyną sesję nagraniową. Zarejestrowane zostały trzy utwory, z których publikacji doczekał się tylko jeden. "Stone Crazy", klasyczny blues w wolnym tempie, trafił na kompilację "History of British Blues (Volume One)" z 1973 roku. Niedługo potem Green założył własny Fleetwood Mac, a Bruce postanowił skupić się na działalności Cream.

Tymczasem Dunbar i Stewart dołączyli do nowej grupy Jeffa Becka. Po zaledwie jednej sesji nagraniowej, w trakcie której powstał singiel z utworami "Tallyman" i "Rock My Plimsoul", perkusista postanowił odejść z Jeff Beck Group, którego twórczość uznał za niewystarczająco bluesową. Wkrótce udało mu się zebrać nowy skład, tym razem złożony z mniej znanych muzyków: gitarzysty Johna Moorsheada, basisty Alexa Dmochowskiego oraz grającego na klawiszach, różnych dęciakach i gitarze Victora Broxa, któremu przypadła również rola wokalisty. Potrzebna była też nowa nazwa. Zdecydowano się na dość osobliwy szyld The Aynsley Dunbar Retaliation, co można przetłumaczyć jako Zemsta Aynsleya Dunbara (oczywiście na Johnie Mayallu, który go zwolnił). Jeszcze w 1967 roku ukazał się pierwszy singiel zespołu, zawierający dwa autorskie utwory. Energetyczny "Warning", oparty na bardzo nośnym motywie, został później nagrany przez Black Sabbath i wydany na jego debiutanckim albumie. "Cobwebs" to natomiast kolejny wolny blues, niezbyt odległy od wspomnianego wcześniej "Stone Crazy". Żadna z tych kompozycji nie powtórzyła się na wydanym już w następnym roku pełnowymiarowym debiucie.

Album o tytule tożsamym z nazwą kwartetu zawiera za to kilka całkiem pomysłowych momentów. Do nich zalicza się przede wszystkim otwieracz "Watch 'n Chain", zbudowany na potężnych bębnach Dunbara (samplowanych później m.in. przez Amona Tobina i Flying Lotusa), którym towarzyszy tylko linia basu, wielogłosowa partia wokalna oraz... pogwizdywanie. "Sage of Sidney Street" to z kolei instrumentalny popis Dunbara i Dmochowskiego, z niewielkim i wycofanym w miksie udziałem reszty składu. Jest jeszcze finałowy "Mutiny", czyli perkusyjna solówka z klamrą w postaci lekko jazzowego tematu granego zespołowo. Na ogół w zespołach rockowych perkusista jest muzykiem schowanym w tle, mającym za zadanie jedynie trzymać rytm. Dotyczy to nawet kapel, w których bębniarz jest liderem (jak np. Keef Hartley Band, założony przez innego byłego muzyka Bluesbreakers). Dlatego wysunięcie na pierwszy plan sekcji rytmicznej na tym albumie było świetnym pomysłem. Niestety, cała reszta longplaya to już bardzo typowy brytyjski blues w stylu Johna Mayalla. O poszczególnych kawałkach można powiedzieć właściwie tyle, że dzielą się na bardziej energetyczne, odrobinę bliższe rocka ("Trouble No More", "See See Baby", "Roamin' an' Rumblin'") oraz wolniejsze bluesy ("My Whisky Head Woman", "Double Lovin'", "Memory Pain"). O ile wyrazista sekcja rytmiczna także w tych nagraniach wywołuje bardzo pozytywne wrażenie, tak niespecjalnie zachwycają pozostali muzycy. Partie gitary i pianina są bardzo zachowawcze, zbyt mocno ograniczone bluesową konwencją. Niespecjalnie przekonuje mnie też barwa głosu Broxa i jakby przytłumiony sposób śpiewania.

Pierwszy album The Aynsley Dunbar Retaliation nie okazał się tak interesujący, jak pierwsze albumy wielu zespołów założonych przez innych byłych członków grupy Mayalla (by wymienić tylko Cream, Fleetwood Mac, Colosseum i Keef Hartley Band). Doceniam podjętą próbę stworzenia własnego brzmienia, w którym główną rolę odgrywa sekcja rytmiczna. Szkoda jednak, że muzycy zatrzymali się wcześniej niż w połowie drogi do nagrania czegoś całjowicie oryginalnego. Większość zawartych tutaj utworów niczym się nie wyróżnia wśród ówczesnego zalewu bluesrockowych grup. Ale słucha się tego, mimo wszystko, całkiem przyjemnie - oczywiście pod warunkiem, że lubi się taką konwencję.

Ocena: 7/10



The Aynsley Dunbar Retaliation - "The Aynsley Dunbar Retaliation" (1968)

1. Watch 'n Chain; 2. My Whisky Head Woman; 3. Trouble No More; 4. Double Lovin'; 5. See See Baby; 6. Roamin' an' Rumblin'; 7. Sage of Sydney Street; 8. Memory Pain; 9. Mutiny

Skład: Victor Brox - wokal, instr. klawiszowe, gitara, instr. dęte; John Moorshead - gitara; Alex Dmochowski - gitara basowa; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ian Samwell


21 stycznia 2015

[Recenzja] Savoy Brown - "Looking In" (1970)



Po odejściu Chrisa Youldena zespół nie szukał dla niego następcy. W końcu już wcześniej zdarzało się, że w roli wokalisty zastępował go gitarzysta Dave Peverett. Trzeba jednak pamiętać, że Youlden nie tylko posiadał charakterystyczny głos, ale był także głównym kompozytorem. To pisane przez niego utwory w znacznym stopniu decydowały o jakości poprzednich longplayów. Tym razem cały ciężar stworzenia materiału spoczął na pozostałych muzykach - głownie na Kimie Simmondsie, choć swoje dołożyli tez Peverett (współautor czterech kawałków) i basista Tony Stevens (autor "Poor Girl"). Zaproponowali dość zróżnicowane - choć nie wykraczające poza dotychczasowe ramy stylu zespołu - utwory. Nie tworzą one jednak tak spójnej całości, jaką był "Raw Sienna", choć próbowano stworzyć wrażenie dobrze przemyślanego dzieła. Album jest spięty klamrą w postaci dwóch delikatnych, bliźniaczych miniaturek: "Gypsy" i "Romanoff". Poza tym trudno wskazać tu jakikolwiek zamysł.

Niestety, poszczególne utwory też nie zawsze przekonują. Broni się na pewno początek. Po łagodnym "Gypsy" klimat zmienia się całkowicie - "Poor Girl" to czysto hardrockowy kawałek, z riffowaniem, jakiego nie było na wcześniejszych płytach grupy, a którego nie powstydziłby się żaden z czołowych przedstawicieli tego stylu. Fajna jest też gra sekcji rytmicznej, choć nieco zbyt wycofana w miksie. "Money Can't Save Your Soul" to już łagodniejsze nagranie, z brzmieniem wzbogaconym o pianino i kongi, ponadto z najlepszą, najbardziej wyrazistą partią wokalną Peveretta na tym albumie. Z kolei instrumentalny "Sunday Night", znów z kongami, ale też z lekko jazzującą gitarą, dość wyraźnie zdradza wpływ Santany. Wszystkie te kawałki wypadają bardzo przyjemnie, choć oczywiście nie jest to wielka muzyka. Dalej jednak niewiele już się dzieje ciekawego. Tytułowy "Looking In" powtarza rozwiązania ze poprzedzających go nagrań. "Take It Easy" to zdecydowanie przydługie boogie, sprawiające wrażenie nagranego parę lat wcześniej. Instrumentalny "Sitting an' Thinking" w znacznej części opiera się na powtarzaniu jednej, banalnej zagrywki. Natomiast najdłuższy na płycie "Leavin' Again" to kolejne boogie, we fragmentach ze śpiewem raczej toporne, za to nieco ożywiające w długiej części instrumentalnej o bardziej jamowym charakterze. Finałowy "Romanoff" to już tylko nieznacznie inaczej zagrany "Gypsy".

Można przypuszczać, że zespół po odejściu Youldena nie potrafił dojść do porozumienia w sprawie dalszej działalności. Świadczy o tym nie tylko zawartość tego albumu, ale tez rozpad grupy tuż po jego wydaniu. W składzie został wyłącznie Simmonds, a pozostała trójka założyła konkurencyjny Foghat. W kontynuowaniu współpracy nie pomógł nawet spory sukces "Looking In" na polu komercyjnym. Album pobił wyniki swoich poprzedników, dochodząc do 50. miejsca w Stanach, a także do 39. w Wielkiej Brytanii. Zresztą do brytyjskiego notowania nie trafiło żadne inne wydawnictwo Savoy Brown, ani wcześniej, ani później. Skąd takie powodzenie akurat tego albumu? Zespół po prostu od dłuższego czasu pracował na sukces, a po wydaniu "Raw Sienna" cieszył się dobrą prasą, czego efekty były widoczne dopiero w okresie wydania "Looking In". Ogólnie nie jest to zły album. Raczej z kategorii tych przyjemnych, do których jednak za bardzo nie mam po co wracać.

Ocena: 6/10



Savoy Brown - "Looking In" (1970)

1. Gypsy; 2. Poor Girl; 3. Money Can't Save Your Soul; 4. Sunday Night; 5. Looking In; 6. Take It Easy; 7. Sitting an' Thinking; 8. Leavin' Again; 9. Romanoff

Skład: Dave Peverett - wokal i gitara; Kim Simmonds - gitara i pianino; Tony Stevens - gitara basowa; Roger Earl - perkusja
Gościnnie: Owen Finnegan - kongi
Producent: Kim Simmonds


19 stycznia 2015

[Recenzja] Demon Fuzz - "Afreaka!" (1970)



Demon Fuzz to jedno z najbardziej osobliwych zjawisk brytyjskiej muzyki przełomu lat 60. i 70. Już sama okładka debiutanckiego albumu "Afreaka!" zdaje się mocno odbiegać od ówczesnych standardów. Co jednak najbardziej nietypowe, jak na grupę założoną w Wielkiej Brytanii, to obecność w składzie wyłącznie czarnoskórych muzyków - imigrantów z krajów Wspólnoty Narodów. Wbrew pozorom, zawartość longplaya nie brzmi szczególnie egzotycznie. Zespół czerpie przede wszystkim z afroamerykańskiej tradycji muzycznej - przede wszystkim z funku i soulu, a w niewielkim stopniu także z bluesa i jazzu - i nadaje im bardziej brytyjskiego charakteru, wyraźnie inspirując się także rockiem psychodelicznym. Bogate instrumentarium obejmuje gitarę, bas, bębny i perkusjonalia, a także elektryczne organy oraz różne dęciaki. Jest też wokalista o bardzo soulowej barwie i pasującym do niej sposobem śpiewania (może też kojarzyć się ze Steve'em Winwoodem lub Glennem Hughesem).

Otwarcie jest przepotężne. Instrumentalny "Past, Present, and Future" rozpoczyna posępny riff przesterowanego basu, który wraz z towarzyszącymi mu perkusjonaliami oraz orientalizującą gitarą, tworzy intrygujący nastrój. Wraz z wejściem perkusji robi się jeszcze bardziej transowo. Przed odczuciem monotonii chronią natomiast solowe partie saksofonu i organów. Niestety, mniej więcej w połowie następuje drastyczna zmiana klimatu. Utwór staje się bardziej pogodny i, co gorsze, mniej interesujący, bliższy standardowej psychodelii o lekko jazzowym zabarwieniu. Kolejne trzy nagrania mają już bardziej piosenkowy charakter. Mocno funkowy "Disillusioned Man" to moim zdaniem doskonały materiał na przebój, z niezrozumiałych przyczyn nigdy nie wydany na singlu. Są tu i rozpoznawalne motywy, i autentycznie chwytliwa linia wokalna. Rewelacyjnie wypada bujająca partia basu, podobnie jak ozdobniki w postaci partii klawiszy, dęciaków oraz perkusjonalia. Żeby jednak nie było zbyt prosto, w środku pojawia się długi fragment instrumentalny, z jazzową solówką saksofonu na bardziej nastrojowym, choć wciąż intensywnym podkładzie.

Na identycznie zasadzie zbudowany został "Another Country", nieco bardziej rockowy, a przy tym znacznie mniej charakterystyczny. Choć fragment instrumentalny znów wypada bardzo ciekawie. W sumie można było zrobić z tego dwa osobne utwory. Częściowo balladowy "Hymn to Mother Earth" też wydaje się nieco przekombinowany i niespójny, aczkolwiek tutaj uwagę przyciągają te subtelniejsze momenty, z ładnymi partiami fletu i organów oraz dość niezłą melodią. Całości dopełnia "Mercy (Variation No. 1)", instrumentalna improwizacja na bazie kompozycji "Mercy" Williego Mitchella. Muzycy zespołu nie byli wybitnymi instrumentalistami, dlatego nie należy spodziewać się po wykonaniu niczego niesamowitego, natomiast brzmi to całkiem przyjemnie, a nawet ma pewien klimat. Jest to jedno z bardziej spójnych nagrań na tym albumie, ale niestety także jedno z mniej charakterystycznych. Trzeba natomiast dodać, że pomimo dość rozległych inspiracji oraz zróżnicowanych utworów, pod względem stylistycznym jest to album bardzo konsekwentny. Można wręcz mówić o stworzeniu przez muzyków własnego stylu, który po nabraniu większej wprawy kompozytorskiej, mógłby zaowocować czymś jeszcze bardziej udanym.

Zespół jednak zakończył działalność wkrótce po wydaniu "Afreaka!". Równolegle ukazała się jeszcze EPka z trzema innymi kawałkami zarejestrowanymi podczas tej samej sesji. "I Put a Spell on You" to przeróbka standardu Screamin' Jaya Hawkinsa, w porównaniu z oryginałem bardziej energetyczna, bogatsza brzmieniowo oraz z subtelniejszą, soulową partią wokalną. Piosenkowy "Message to Mankind" i instrumentalny "Fuzz Oriental Blues" to już w pełni autorski materiał. Cała trójka wypada bardziej konwencjonalnie od utworów z albumu i pewnie dlatego tam nie trafiły. Przynajmniej pierwotnie, gdyż uwzględniono je na kompaktowych reedycjach. Dyskografię Demon Fuzz uzupełnia "Roots and Offshoots" z 1976 roku, na który trafiły wczesne demówki zespołu, w tym pierwsze podejścia do utworów z EPki, a także nieznane wcześniej kompozycje w nieco innej stylistyce, z wyraźnie słyszalnym wpływem reggae, za to niemal bez śladów psychodelii.

"Afreaka!" to mimo wszystko całkiem ciekawy album, niepodobny chyba do żadnego innego. Co prawda zdarzają się porównania do innych brytyjskich grup założonych przez czarnoskórych imigrantów, na czele z Cymande i Osibisa. Ten pierwszy był jednak bliższy czystego funku, a drugi skłaniał się w bardziej rockowym kierunku. Demon Fuzz miał na siebie nieco bardziej oryginalny pomysł. Trudno było jednak znaleźć odbiorców dla takiej muzyki. Dla rockowych słuchaczy okazał się zbyt bliski muzyki afroamerykańskiej, miłośników jazzu odstraszała już sama okładka, a brytyjskich wielbicieli funku zapewne dało się wówczas policzyć na palcach jednej ręki. "Afreaka!" podzielił los wielu innych albumów, które przepadły w chwili wydania, ale zyskały pewną popularność po latach, gdy rozwój internetu pozwolił na odkrycie takich wykopalisk. Warto sprawdzić.

Ocena: 7/10



Demon Fuzz - "Afreaka!" (1970)

1. Past, Present, and Future; 2. Disillusioned Man; 3. Another Country; 4. Hymn to Mother Earth; 5. Mercy (Variation No. 1)

Skład: Smokey Adams - wokal; Paddy Corea - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet, instr. perkusyjneClarence Crosdale - trąbkaRay Rhoden - instr. klawiszoweWinston Joseph - gitara; Jack Joseph - gitara basowa; Steven John - perkusja
Gościnnie: Ayinde Folarin - kongi
Producent: Barry Murray


17 stycznia 2015

[Recenzja] John Mayall's Bluesbreakers - "Crusade" (1967)



Od albumu "Blues Breakers" rozpoczęła się wielka popularność brytyjskiego bluesa. Grupa Johna Mayalla pozostawała jednym z czołowych, najbardziej cenionych przedstawicieli tego zjawiska. Pomimo tego, jej skład nieustannie się zmieniał. Po odejściu Erica Claptona i Hugh Flinta w szeregi Bluesbreakers wstąpili Peter Green i Aynsley Dunbar. Niedługo po wydaniu albumu "A Hard Road", Green zasugerował Mayallowi wyrzucenie Dunbara (który w odwecie założył The Aynsley Dunbar Retaliation) i przyjęcie na jego miejsce Micka Fleetwooda, z którym grał już wcześniej. Ten skład przetrwał jedynie kilka tygodni. Green, podobnie jak wcześniej Clapton, miał większe ambicje niż granie w cudzym zespole. Postanowił zebrać własną grupę, którą nazwał Fleetwood Mac, co miało zachęcić do przyłączenia się sekcji rytmicznej Bluesbreakers, Micka Fleetwooda i Johna McVie. Pierwszy z nich od razu przystał na tę propozycję. Natomiast drugi wahał się tak długo, że zdążył wziąć udział w jeszcze jednej sesji Mayalla. Podstawowego składu nowego wcielenia Bluesbreakers dopełnili Keith Hartley, wcześniej perkusista The Artwoods (w tej samej grupie karierę zaczynał Jon Lord) oraz zaledwie 18-letni Mick Taylor, późniejszy gitarzysta The Rolling Stones. John Mayall po raz kolejny wykazał się szóstym zmysłem do odkrywania nowych talentów.

Ale album "Crusade" już taki odkrywczy nie jest. Zdecydowanie brakuje tu nowych rozwiązań. Zamiast tego jest powtarzanie schematów z dwóch poprzednich longplayów. Podobnie jak tam, znaczną część materiału stanowią przeróbki cudzych kompozycji, przeplatające się z całkowicie premierowymi utworami, w większości autorstwa samego lidera. Tradycyjnie całość można podzielić na energetyczne, mocno urockowione kawałki (np. świetna wersja "Oh, Pretty Woman" z repertuaru Alberta Kinga, "Stand Back Baby"), te w wolniejszym tempie, bliższe bluesa (np. "My Time After a While" Tiny'ego Powella, "I Can't Quit You Baby" Otisa Rusha) oraz klasyczne bluesowe ballady (np. "Tears in My Eyes" lub "The Death of J. B. Lenoir", napisany przez Mayalla tuż po tym, gdy dowiedział się o śmierci wymienionego w tytule bluesmana, będącego dla niego istotną inspiracją). Nie mogło też zabraknąć nagrań instrumentalnych, jak wcześniej w liczbie dwóch. "Snowy Wood" i pożyczony od Freddiego Kinga "Driving Sideways" to czadowe nagrania będące przede wszystkim popisem Taylora (w tym drugim solówki grają też inni muzycy). Partie młodego gitarzysty są zaletą właściwie całego albumu, ale w tych kawałkach błyszczy najbardziej, bo właśnie w nich dostał najwięcej miejsca. Uważam jednak, że żaden z nich nie wypada równie porywająco, co "Stepping Out" i "Hideaway" z Claptonem, ani tak klimatycznie, jak "Supernatural" z Greenem. Większość pozostałych utworów także ma lepsze odpowiedniki na poprzednich albumach. Dlatego też na wyróżnienie zasługuje "Streamline", wyróżniający się wysuniętą na pierwszy plan psychodeliczną partią organów oraz schowaną w tle gitarą. Chociaż tyle nowego tu zaproponowano.

Pomimo tego całego narzekania na wtórność, uważam "Crusade" za całkiem solidny album. Poszczególne kawałki wypadają co najmniej przyzwoicie w swojej stylistyce, która jednak została już dość mocno wyeksploatowana. Największym bohaterem tej płyty jest, oczywiście, Mick Taylor, który sprostał bardzo trudnemu zadaniu, zajmując miejsce okupowane wcześniej przez Petera Greena i Erica Claptona. Trudno też przyczepić się do gry Hartleya, McVie i Mayalla, choć nie każdemu musi odpowiadać śpiew tego ostatniego.

Ocena: 7/10



John Mayall's Bluesbreakers - "Crusade" (1967)

1. Oh, Pretty Woman; 2. Stand Back Baby; 3. My Time After Awhile; 4. Snowy Wood; 5. Man of Stone; 6. Tears in My Eyes; 7. Driving Sideways; 8. The Death of J. B. Lenoir; 9. I Can't Quit You Baby; 10. Streamline; 11. Me and My Woman; 12. Checkin' Up on My Baby

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Mick Taylor - gitara; John McVie - gitara basowa; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Chris Mercer, Rip Kant - saksofony
Producent: Mike Vernon


15 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Live: The Road Ever Goes On" (1972)



Intensywne koncertowanie z przerwami na nagrywanie kolejnych albumów zmęczyło muzyków, którzy postanowili poświęcić się innym zajęciom. Felix Pappalardi wrócił do pracy producenta, Leslie West i Corky Laing nawiązali współpracę z Jackiem Bruce'em - przyjmując niezbyt oryginalny szyld West, Bruce and Laing - natomiast Steve Knight całkowicie wycofał się muzycznego biznesu. Na wieść o zawieszaniu Mountain błyskawicznie zareagował wydawca grupy, kompilując pierwszy w dyskografii grupy album stricte koncertowy. Wypełniły go nagrania zarejestrowane podczas trzech różnych występów w latach 1969-70. Tytuł "The Road Ever Goes On" został zaczerpnięty z "Hobbita" J.R.R. Tolkiena. Okładkę tradycyjnie przygotowała Gail Collins - żona Pappalardiego i autorka wielu tekstów grupy.

Całość rozpoczynają dwa utwory zarejestrowane podczas występu na festiwalu w Woodstock, 16 sierpnia 1969 roku. Znana z "Mountain", solowego debiutu Westa, kompozycja "Long Red" tutaj nabrała zdecydowanie cięższego, hardrockowego brzmienia. Zyskała też świetne perkusyjne intro, które po latach było chętnie samplowane przez twórców hip-hopowych. "Waiting to Take You Away" to natomiast jedyny z zawartych tutaj utworów, który nie ma studyjnego odpowiednika. Jest to całkiem miła, choć niewyróżniająca się jakoś szczególnie ballada. "Crossroader" to już nagranie z 29 stycznia 1972 roku w londyńskim Rainbow Theatre, jednego z ostatnich występów grupy. W porównaniu ze studyjną wersją z "Flowers of Evil" różnice są minimalne, ale dobrze, że muzykom udało się zagrać go z taką samą energią. Bardzo zmieniła się natomiast tytułowa kompozycja "Nantucket Sleighride". Podczas niektórych występów utwór ten rozrastał się nawet do długości pół godziny, tutaj jednak wybrano 17-minutowe wykonanie z 14 grudnia 1971 roku w nowojorskim Academy of Music. West, Pappalardi i Knight mają tutaj sporo miejsca na zaprezentowanie swoich umiejętności. O ile jednak do ich solówek trudno się przyczepić, to trochę brakuje jakiejś większej interakcji między nimi. Niemniej jednak jest to najbardziej porywające wykonanie tego utworu, jakie słyszałem. Dłuższe wykonania (np. z koncertówki "Twin Peaks") są już zbyt rozwleczone, a muzycy zdają się nieco zagubieni, natomiast tutejsze jest bardzo zwarte i dobrze przemyślane. Nie mam wątpliwości, ze to najlepsze nagranie, jakie ukazało się pod szyldem Mountain.

Album trwa zaledwie trzydzieści pięć minut, co pozostawia pewien niedosyt. Zawsze jednak lepiej w tę stronę niż odwrotnie. Tym bardziej, że repertuar zespołu nie był bogaty w udane kompozycje, a na koncertach muzykom zdarzało się wypadać dużo słabiej niż tutaj (dobitnie pokazała to koncertowa część "Flowers of Evil"). Trochę rozczarowuje nienajlepsza jakość brzmienia. "The Road Ever Goes On" jest za to zdecydowanie najrówniejszym i moim zdaniem najlepszym wydawnictwem Mountain. Jeśli ktoś chciałby mieć na półce tylko jeden tytuł tej grupy, to nie ma lepszego wyboru. Longplay osiągnął też pewien sukces komercyjny, dochodząc do 63. miejsca w Stanach oraz do 21. w Wielkiej Brytanii (najwyższe osiągnięcie w tym kraju). Zespół reaktywował się niedługo później, początkowo jedynie z Westem i Pappalardim z dotychczasowych muzyków, ale wkrótce dołączył też Laing. Grupa pozostawała, z przerwami, aktywna do 2010 roku i komplikacji zdrowotnych Westa. Niestety, od dawna bez Pappalardiego, który w 1983 roku został śmiertelnie postrzelony podczas kłótni z Gail Collins. Ogólnie nie polecam albumów nagranych po reaktywacji - a już zwłaszcza tych bez oryginalnego basisty - nikomu, poza największym wielbicielom hard rocka. Za to po "The Road Ever Goes On" warto sięgnąć nawet jeśli nie słucha się takiej muzyki na co dzień.

Ocena: 7/10



Mountain - "Live: The Road Ever Goes On" (1972)

1. Long Red; 2. Waiting to Take You Away; 3. Crossroader; 4. Nantucket Sleighride

Skład: Leslie West - gitara, wokal (1,2); Felix Pappalardi - gitara basowa, wokal (3,4); N.D. Smart - perkusja (1,2); Corky Laing - perkusja (3,4); Steve Knight - instr. klawiszowe
Producent: Felix Pappalardi


13 stycznia 2015

[Recenzja] Badger - "One Live Badger" (1973)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 8/13

Badger powstał po koniec 1972 roku z inicjatywy grającego na klawiszach Tony'ego Kaye'a oraz basisty Davida Fostera. Pierwszy z nich nieco ponad rok wcześniej wcześniej opuścił grupę Yes, z którym nagrał trzy pierwsze albumy. Drugi także miał z nią powiązania - jest współautorem dwóch utworów z albumu "Time and a Word", w których gościnnie wystąpił (w tytułowym zagrał na gitarze akustycznej, w "Sweet Dreams" udzielał się wokalnie), zaś wcześniej występował z Jonem Andersonem w grupie The Warriors. Do tej dwójki wkrótce dołączył perkusista Roy Dyke, znany z Ashton, Gardner & Dyke. On z kolei ściągnął gitarzystę Briana Parrisha, wcześniej członka Parrish & Gurvitz. Jedne z pierwszych występów Borsuka odbyły się w dniach 15-16 grudnia 1972 roku w londyńskim Rainbow Theatre, w roli supportu Yes. Ówczesna trasa Yes była rejestrowana na potrzeby planowanej koncertówki - wydanej w następnym roku jako "Yessongs". Nie inaczej było w przypadku tych występów, których fragmenty trafiły na wspomniany album. Przy okazji zarejestrowano też występ Badger.

Początkowo nie planowano wydawać tego materiału, tylko odłożyć to na później. Nagrania okazały się jednak na tyle dobre, że postanowiono je wydać jako pełnoprawny debiut grupy. Na płytę "One Live Badger" złożyły się fragmenty obu występów. Konieczne było też dokonanie paru poprawek ze względu na techniczne problemy. Przy okazji postarano się o jak najdokładniejsze wyciszenie odgłosów publiczności. W produkcję albumu zaangażowany był Jon Anderson, który postanowił dograć też własne chórki do jednego z utworów, "On the Way Home". Całości dopełniła grafika Rogera Deana, autora wielu okładek Yes (aczkolwiek nie albumów nagranych z Kaye'em). Ze względu na te liczne powiązania ze słynniejszą grupą. twórczość Badger jest zwykle zaliczana do rocka progresywnego. Pomimo pewnych podobieństw do wczesnego Yes, np. w kwestii brzmienia czy zbliżonej melodyki, jest to jednak inna muzyka, nie mająca wiele wspólnego z rockiem progresywnym. Poszczególne utwory są dość długie - wszystkie, poza jednym, trwają około siedmiu minut - jednak bardziej prostolinijne, nieprzypominające wielowątkowych kompozycji Yes. Mają bardziej piosenkowy charakter, a wydłużają je długie solówki Parrisha i Kaye'a. Gitarzysta gra zresztą w znacznie bardziej blues- czy nawet hardrockowy sposób od Steve'a Howe'a, nawet nie zbliżając się do jego finezji. To samo można powiedzieć o grze sekcji rytmicznej. Oczywiście, zabrakło też tak rozpoznawalnego wokalisty, jak Anderson. Dzielący się śpiewem Parrish i Foster wypadają przyzwoicie, ale nic ponadto.

Na repertuar "One Live Badger" złożyło się sześć utworów, czyli wszystkie, jakimi zespół w tamtym czasie dysponował. Połowa materiału została skomponowana przez gitarzystę jeszcze przed powstaniem Badger, na drugi album Parrish & Gurvitz (już wtedy nagrany, ale wydany dopiero po latach). Jednak jedynie "The Preacher" został podpisany jego nazwiskiem, zaś wszystkie pozostałe są sygnowane przez cały zespół. Materiał jest bardzo spójny stylistycznie i brzmieniowo, aczkolwiek w poszczególnych utworach nieco inaczej rozłożone są akcenty. Całkiem sprytnie ułożono też tracklistę - to, co najlepsze, dając na początek i - zwłaszcza - na koniec. Bardzo fajnie wypada otwieracz "Wheel of Fortune" z dość wyrazistym motywem, fajnie bujającą sekcją rytmiczną oraz długimi solówkami na gitarze, basie i organach. Subtelniejszy, ale nie całkiem balladowy "Fountain" również zwraca uwagę partiami solowymi Parrisha oraz grającego tym razem na syntezatorze Kaye'a. Nieco słabszy środek albumu to banalne "Wind of Change" i "River", aczkolwiek pierwszy z nich ratuje fajna część instrumentalna. Całkiem przyjemnie wypada natomiast najkrótszy w zestawie "The Preacher", który ma nawet pewien potencjał komercyjny (kompletnie zmarnowany, bo kawałek nie wyszedł na singlu). Najbardziej porywająco wypada jednak finałowy "On the Way Home", z wyjątkowo ciężkim riffem, świetnymi popisami solowymi i najbardziej wyrazistą, zapadającą w pamięć melodią.

Pomimo bardzo dobrego przyjęcia przed koncertami Yes, a także późniejszych występów m.in. u boku Black Sabbath, Gentle Giant i Groundhogs, "One Live Badger" kompletnie przepadł w notowaniach. Wkrótce doszło też do rozpadu oryginalnego składu, gdy kolejno opuścili go Parrish i Foster. Kaye i Dyke zdecydowali się kontynuować działalność, przyjmując nowych muzyków: basistę Kima Gardnera (kolejnego byłego członka Ashton, Gardner & Dyke), gitarzystę Paula Pilnicka, a także wokalistę Jackiego Lomaxa. Odświeżony zespół zarejestrował studyjny album "White Lady" (1974), na którym gościnnie wystąpił nawet Jeff Beck. Wypełniły go jednak przeciętne utwory o wyraźnie soulowym zabarwieniu. Przede wszystkim brakuje w nich energii i przyciągających uwagę popisów instrumentalnych, co udało się doskonale uchwycić w koncertowych nagraniach pierwszego składu. Drugi longplay również nie przyniósł komercyjnego sukcesu, a grupa wkrótce przestała istnieć. Pozostawiła po sobie przynajmniej jedno warte poznania wydawnictwo, którym jest oczywiście koncertowy "One Live Badger".

Ocena: 7/10



Badger - "One Live Badger" (1973)

1. Wheel of Fortune; 2. Fountain; 3. Wind of Change; 4. River; 5. The Preacher; 6. On the Way Home

Skład: Brian Parrish - gitara, wokal (1,4-6); Tony Kaye - instr. klawiszowe; David Foster - gitara basowa, wokal (2,3); Roy Dyke - perkusja
Gościnnie: Jon Anderson - dodatkowy wokal (6)
Producent: Jon Anderson, Geoffrey Haslam i Badger


11 stycznia 2015

[Recenzja] Savoy Brown - "Raw Sienna" (1970)



Savoy Brown tempo wydawania płyt miał niezwykłe. "Raw Sienna" to trzeci album opublikowany w ciągu dwunastu miesięcy. Jednak w przeciwieństwie do dwóch poprzednich - "Blue Matter" i "A Step Further" - tym razem nie było potrzeby posiłkowania się nagraniami koncertowymi. Do czasu sesji nagraniowej Chris Youlden zdążył napisać sześć utworów, Kim Simmonds dostarczył kolejne trzy. Po zarejestrowaniu wszystkich, zespół miał niespełna czterdzieści minut materiału, czyli w sam raz na płytę winylową. Warto dodać, że wyjątkowo udanego materiału. Nigdy wcześniej, ani już nigdy później, muzykom tworzącym pod szyldem Savoy Brown nie udało się stworzyć tak dobrego zestawu piosenek, które tworzyłyby tak spójną, choć różnorodną, całość.

W aranżacjach bardzo istotną rolę odgrywają instrumenty dęte, czasem pojawiają się też smyczki, pianino lub perkusjonalia. Muzyka zespołu nabrała trochę jakby soulowego charakteru - także za sprawą śpiewu Youldena, a momentami nawet lekko zbliża się do jazz-rocka, głównie dzięki niektórym solówkom Simmondsa. Savoy Brown stopniowo oddala się od swoich korzeni, od brytyjskiego bluesa, a zbliża do amerykańskich grup w rodzaju Blood, Sweat and Tears lub Chicago Transit Authority. Główna różnica polega na tym, że na "Raw Sienna" jest zdecydowanie więcej rockowego czadu. Dominują tutaj energetyczne, a przy tym wyluzowane kawałki, czego doskonałym przykładem "A Hard Way to Go", "That Same Feelin'" czy instrumentalny "Master Hare". Wszystkie łączą wyraziste, chwytliwe melodie z porywającą, bardzo zespołową i zaangażowaną, choć nieskomplikowaną grą muzyków a także z różnymi interesującymi smaczkami aranżacyjnymi (specjalnie nie wchodzę w szczegóły, żeby nie psuć zabawy). Zdarzają się momenty o jednoznacznie bluesowym charakterze, jak świetne "Needle and Spoon" i "I'm Crying". Jednak zespół znacznie poszerzył swoją ofertę, proponując np. kawałek nawiązujący do country ("A Little More Wine" z partiami Dave'a Peveretta granymi techniką slide), latynosko-jazzujący instrumental ("Is That So") czy subtelniejsze, częściowo akustyczne "Stay While the Night Is Young" i "When I Was a Young Boy". Koniecznie muszę wspomnieć też o brzmieniu, które jest nieporównywalnie lepsze od tego z wcześniejszych longplayów grupy. Pięknie brzmią wszystkie instrumenty, które mają wystarczająco dużo przestrzeni by właściwie wybrzmieć, a nawet w gęściejszych momentach nie zagłuszają się nawzajem.

Pierwsze wydawnictwa Savoy Brown nie zapowiadały, że zespół jest w stanie stworzyć tak wyrazisty - pod względem kompozycji, aranżacji, wykonania i brzmienia - album, na którym praktycznie nie ma słabych punktów. Niestety, "Raw Sienna" okazał się jednorazowym przebłyskiem. Wkrótce po jego wydaniu ze składu odszedł główny twórca tego materiału, Chris Youlden. Wokalista postanowił zrobić karierę jako solista, jednak jego twórczość nie spotkała się z większym zainteresowaniem. Natomiast Savoy Brown komercyjnie radził sobie całkiem nieźle jeszcze przez jakiś czas, odnosząc nawet większe sukcesy niż zapewnił zespołowi "Raw Sienna" (odnotowany na 121. miejscu listy Billboardu - niżej od poprzedniego i kilku następnych albumów), jednak już nigdy nie nagrywając niczego równie udanego.

Ocena: 8/10



Savoy Brown - "Raw Sienna" (1970)

1. A Hard Way to Go; 2. That Same Feelin'; 3. Master Hare; 4. Needle and Spoon; 5. A Little More Wine; 6. I'm Crying; 7. Stay While the Night Is Young; 8. Is That So; 9. When I Was a Young Boy

Skład: Chris Youlden - wokal, pianino (4,6,9); Kim Simmonds - gitara, pianino (2); Dave Peverett - gitara; Tony Stevens - gitara basowa; Roger Earl - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Terry Noonan - aranżacja instr. dętych i smyczkowych
Producent: Chris Youlden i Kim Simmonds


9 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Flowers of Evil" (1971)



Będąc pod silnym wpływem Cream, muzycy Mountain nie mogli odmówić sobie nagrania albumu składającego się zarówno ze studyjnych, jak i koncertowych nagrań. Studyjna część "Flowers of Evil", odpowiadająca pierwszej stronie winylowego wydania, wypada przyzwoicie, choć słychać pewną rutynę. Tytułowy kawałek to kolejny czadowy i raczej banalny otwieracz z surowym śpiewem Lesliego Westa, nieco zbyt patetyczny "King's Chorale" to jeszcze jedna instrumentalna miniatura, natomiast "Pride and Passion" z trochę mniej oczywistą budową i natchnionym śpiewem Felixa Pappalardiego to tutejszy odpowiednik tytułowego nagrania z "Nantucket Sleighride". Zostają dwa utwory: "One Last Cold Kiss" i "Crossroader". Na wyróżnienie zasługuje ten drugi, którego tytuł nie przypadkiem kojarzy się ze słynnym "Crossroads" Cream. To jeszcze jeden czadowy, ale tym razem niebanalny kawałek, zagrany w niemalże porywający sposób. Ciekawe, że za warstwę wokalną odpowiada basista, dotąd śpiewający w tych łagodniejszych nagraniach. Jednak tutaj jego głos pasuje zaskakująco dobrze.

Część koncertowa - fragmenty występu z 27 czerwca 1971 roku w nowojorskim Fillmore East - na pewno rozczarowują jakością nagrania, która jest po prostu beznadziejna. Jednak sam dobór materiału też pozostawia sporo do życzenia. Prawie całą stronę wypełnia 25-minutowy "Dream Sequence", składający się z kilku segmentów. Początek - gitarowe solo Westa, zachowawcze wykonanie rock'n'rollowego standardu "Roll Over Beethoven" oraz kolejne solo gitarzysty - jest tak strasznie pozbawiony jakichkolwiek przejawów kreatywności, że równie dobrze mogłoby to być nagranie z pierwszej próby nastolatków bez żadnego doświadczenia. Odrobinę lepiej wypada energetyczne wykonanie "Dreams of Milk and Honey" z solowego debiutu Westa, "Mountain", w którym muzycy pokazują nieco większe umiejętności, choć dalej nie grają nic nadzwyczajnego. Ostatnie dwa segmenty, "Variations" i "Swan Theme", to już zespołowe improwizacje, z nawet fajnymi partiami basu, ale ogólnie bardzo odległe od inwencji, jaką podczas koncertów prezentował Cream. Na zakończenie, już jako osobna ścieżka, pojawia się jeszcze przebój "Mississippi Queen", od wersji z debiutanckiego "Climbing!" różniący się tylko wplecionym riffem z creamowego "Politican" oraz nieporównywalnie gorszym brzmieniem.

"Flowers of Evil", szczególnie zaś jego koncertowa część, bardzo mocno obnażył wszelkie niedostatki muzyków Mountain, którzy aspirując do bycia nowym Cream nie tylko nie dysponowali wystarczającymi umiejętnościami, ale i nie potrafili tak dobrze ze sobą współpracować. Również jako kompozytorzy niewiele mieli do zaoferowania i głównie powtarzali te same patenty.

Ocena: 5/10



Mountain - "Flowers of Evil" (1971)

1. Flowers of Evil; 2. King's Chorale; 3. One Last Cold Kiss; 4. Crossroader; 5. Pride and Passion; 6. Dream Sequence: Guitar solo / Roll Over Beethoven / Dreams of Milk and Honey / Variations / Swan Theme  (live); 7. Mississippi Queen (live)

Skład: Leslie West - gitara, wokal (1,6,7); Felix Pappalardi - gitara basowa, wokal (3-5); Corky Laing - perkusja i instr. perkusyjne; Steve Knight - instr. klawiszowe
Producent: Felix Pappalardi


7 stycznia 2015

[Recenzja] Chicken Shack - "40 Blue Fingers, Freshly Packed and Ready to Serve" (1968)



Inspiracją dla nazwy tego zespołu był tytuł albumu Jimmy'ego Smitha, "Back at the Chicken Shack". Smith to jeden z pierwszych jazzmanów używających organów Hammonda. Nie jest to jednak dobry trop, jeśli chodzi o stylistykę grupy. Chicken Shack należy do licznych przedstawicieli brytyjskiego bluesa. To także jeden z pierwszych zespołów zakontraktowanych przez Blue Horizon - wytwórnię należącą do Mike'a Vernona, być może największego propagatora takiej muzyki. Vernon wspomagał jako producent i/lub wydawca m.in. Johna Mayalla, Savoy Brown, Ten Years After, Fleetwood Mac czy The Aynsley Dunbar Retaliation, a więc znaczną część czołowych reprezentantów stylu. Na przestrzeni lat przez skład wciąż funkcjonującego Chicken Shack przewinęło się wielu mniej i bardziej znanych muzyków, w tym Christine Perfect (później w Fleetwood Mac), Chris Wood (później w Traffic), Hughie Flint (wcześniej u Mayalla i w Savoy Brown), Paul Raymond (później w UFO), John Glascock (później w Jethro Tull), Pip Pyle (później w Gong, Hatfield and the North i National Health) czy Keef Hartley (wcześniej u Mayalla i we własnej grupie). Jedynie funkcje gitarzysty i wokalisty niezmiennie pełni Stan Webb.

Debiutancki album o strasznie długim tytule "40 Blue Fingers, Freshly Packed and Ready to Serve" nagrany został w kwartecie złożonym z Webba, grającej na klawiszach i udzielającej się wokalnie Perfect, a także basisty Andy'ego Silvestera i perkusisty Dave'a Bidwella. Sporadycznie udziela się tutaj także sekcja dęta w osobach trębacza Alana Ellisa oraz saksofonistów Dicka Heckstall-Smitha i Johna Almonda. Zawarta tutaj muzyka to bardzo typowy blues w brytyjskim wydaniu, a więc grany w bardziej żywiołowy, rockowy sposób. Z dziesięciu utworów ponad połowę stanowią interpretacje bluesowych standardów. Muzycy zespołu najwyraźniej wielką estymą darzyli Freddiego Kinga, który jest oryginalnym wykonawcą aż trzech kompozycji: "Lonesome Whistle Blues" i "See See Baby", w których sekcja dęta najmocniej zaznaczyła swoją obecność, a także instrumentalnego "San-Ho-Zay", w którym bardziej mógł wykazać się Webb (w większości pozostałych nagraniach mocno ograniczony piosenkową formułą). Pozostałe przeróbki to dość wolny, a przez to nie najlepiej sprawdzający się w roli otwieracza "The Letter" z repertuaru B.B. Kinga, a także dość ospałe ballady, "King of the World" Johna Lee Hookera oraz "First Time I Met the Blues" Eurreala Montgomery'ego.

Ponadto, po dwa kawałki dostarczyli Webb i Perfect. Gitarzysta odpowiada za instrumentalny "Webbed Feet", w którym znów może w większym stopniu zaprezentować swoje umiejętności, a także za finałowy "What You Did Last Night", kolejny wolny kawałek, których nadmiar trochę tu doskwiera. Większy talent kompozytorski pokazała Christine, bo "When the Train Comes Back" i "You Ain't No Good" to najlepsze tutaj utwory - wyraziste, lekko przełamujące bluesowe schematy, z nieźle budowanym napięciem, niezłymi partiami instrumentalnymi oraz śpiewem autorki. I w tej roli Perfect wypada lepiej od Webba, który jest bardzo przeciętnym wokalistą, a w dodatku często śpiewa z manierą, która mnie irytuje.

Debiutancki album nie wyróżnia się na tle licznych płyt w podobnej stylistyce, jakie zostały wydane w zbliżonym okresie. W porównaniu z wydanymi w tym samym roku albumami Johna Mayalla ("Bare Wires"), Fleetwood Mac (eponimiczny debiut) czy Ten Years After ("Undead"), Chicken Shack został daleko w tyle, nie oferując równie charakterystycznych kompozycji ani tak samo porywającego wykonania. Jednak tego typu granie cieszyło się wówczas tak dużą popularnością, że longplay doszedł do 12. pozycji brytyjskiego wydania. Równie dużym sukcesem komercyjnym był jego następca, nagrany w tym samym składzie i stylistyce "O.K. Ken?". Zespół zaznaczył też swoją obecność w pierwszej dwudziestce brytyjskiego notowania singli za sprawą przeróbki "I'd Rather Go Blind" z repertuaru Etty James. Było to jednak ostatnie wydawnictwo z udziałem Christine Perfect, która odeszła do Fleetwood Mac. Po jej odejściu zespół nie odnosił już takich sukcesów.

Ocena: 6/10



Chicken Shack - "40 Blue Fingers, Freshly Packed and Ready to Serve" (1968)

1. The Letter; 2. Lonesome Whistle Blues; 3. When the Train Comes Back; 4. San-Ho-Zay; 5. King of the World; 6. See See Baby; 7. First Time I Met the Blues; 8. Webbed Feet; 9. You Ain't No Good; 10. What You Did Last Night

Skład: Stan Webb - wokal i gitara; Christine Perfect - instr. klawiszowe, wokal (3,9); Andy Silvester - gitara basowa; Dave Bidwell - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Dick Heckstall-Smith - saksofon tenorowy; John Almond - saksofon altowy; Alan Ellis - trąbka
Producent: Mike Vernon


5 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Nantucket Sleighride" (1971)



Drugi album Mountain nie przynosi praktycznie żadnych zaskoczeń. Podobnie, jak na debiutanckim "Climbing!", bardziej jednoznaczne stylistycznie kawałki, najczęściej z szorstkim śpiewem Lesliego Westa, przeplatają się tutaj z trochę bardziej różnorodnymi nagraniami, podniośle wyśpiewywanymi przez Felixa Pappalardiego. Jeśli chodzi o te pierwsze, to całkiem nieźle wypada hardrockowy "Don't Look Around", choć nie jest to tak konkretny otwieracz, jak "Mississippi Queen" z poprzednika. Pozostałe z jednoznacznych kawałków wypadają raczej sztampowo, co szczególnie dotyczy boogie "The Animal Trainer and the Toad" i bluesa "The Great Train Robbery". Natomiast śpiewane przez Pappalardiego utwory w rodzaju tytułowego "Nantucket Sleighride", dedykowanemu Jimiemu Hendrixowi "Tired Angels" czy "Travellin' in the Dark" łączą hardrockowe patenty z subtelniejszymi momentami. We wszystkich trzech uwagę zwracają bardziej wyraziste, zapamiętywalne melodie, w czym zdecydowanie przoduje utwór tytułowy, który nie przypadkiem na stałe trafił do koncertowego repertuaru grupy. Podczas występów był znacznie rozbudowywany, rozrastając się nawet do ponad półgodzinnych wersji. Cały longplay jest natomiast strasznie nierówny i niespójny, zbyt eklektyczny stylistycznie, kompletnie nieprzemyślany. Fatalnym pomysłem było np. umieszczenie balladowej miniatury "Taunta" na drugiej ścieżce, podobnie jak zakończenie całości najbardziej rozwleczonym "Great Train Robbery". Takie szczegóły sprawiają, że nie słuchałoby mi się tego zbyt dobrze, nawet gdyby każdy utwór z osobna był udany, więc tym bardziej przeszkadzają tutaj.

Ocena: 6/10



Mountain - "Nantucket Sleighride" (1971)

1. Don't Look Around; 2. Taunta (Sammy's Tune); 3. Nantucket Sleighride (to Owen Coffin); 4. You Can't Get Away; 5. Tired Angels (to J.M.H.); 6. The Animal Trainer and the Toad; 7. My Lady; 8. Travellin' in the Dark (to E.M.P.); 9. The Great Train Robbery

Skład: Leslie West - gitara, wokal (1,4,6,8,9); Felix Pappalardi - gitara basowa, wokal (3,5,7-9); Corky Laing - perkusja i instr. perkusyjne; Steve Knight - instr. klawiszowe
Producent: Felix Pappalardi


3 stycznia 2015

[Recenzja] Savoy Brown - "A Step Further" (1969)



Sprawdziło się raz, czemu więc nie spróbować ponownie? "A Step Further" został przygotowany dokładnie według tego samego schematu, co wydany kilka miesięcy wcześniej "Blue Matter". W połowie wypełniły go nagrania studyjne, a w połowie koncertowe. Utwory zarejestrowane w studiu prezentują się całkiem przyjemnie i różnorodnie. Album rozpoczynają dwa bardzo energetyczne, pogodne kawałki: "Made Up My Mind" oraz instrumentalny, za to wzbogacony sekcją dętą, "Waiting in the Bamboo Grove". Dla odmiany "Life's One Act Play" to bardzo zgrabna, nastrojowa ballada. Świetnie wypada tu partia wokalna Chrisa Youldena, podobnie jak gitarowe solówki, pulsujący bas oraz urozmaicające brzmienie dźwięki organów, pianina i dęciaków. Bardzo piosenkowo, niemalże popowo wypada natomiast "I'm Tired", zresztą wydany na singlu i nawet odnotowany na amerykańskiej liście (doszedł do 74. miejsca). Kończący stronę A "Where Am I" to już tylko niezbyt potrzebna perkusyjna miniaturka. Pomijając ten fragment, materiał prezentuje się naprawdę przyzwoicie.

Zdecydowanie mniej przekonuje mnie "Savoy Brown Boogie", zarejestrowany na żywo w londyńskim The Cooks Ferry Inn, 12 maja 1969 roku. To ponad dwudziestominutowy melanż rock'n'rollowych standardów ("I Feel So Good" Chucka Willisa, "Whole Lotta Shakin' Going On" Big Maybelle, "Little Queenie" Chucka Berry'ego), hendrixowskiego "Purple Haze" oraz musicalowego "Hernando's Hideaway". To takie typowo koncertowe granie, przy którym zapewne świetnie bawiła się publiczność, ale słuchane z płyty wypada raczej nużąco. Muzycy nie wykazali się szczególną inwencją, po prostu odegrali cudze kompozycje, nierzadko przeciągając je w zupełnie nieinteresujący sposób, powtarzając jeden motyw jako akompaniament do pokrzykiwań zachęcających widzów do zabawy. Miejsce na płycie można było wykorzystać znacznie lepiej. Właściwie najlepszym wyjściem byłoby zastąpienie "Blue Matter" i "A Step Further" jednym wydawnictwem, złożonym wyłącznie z nagrań studyjnych. Taki album nie ustępowałby uważanemu za najlepsze wydawnictwo Savoy Brown "Raw Sienna". "A Step Further" odniósł jednak pewien sukces komercyjny, o czym świadczy 71. pozycja na liście Billboardu.

Ocena: 6/10



Savoy Brown - "A Step Further" (1969)

1. Made Up My Mind; 2. Waiting in the Bamboo Grove; 3. Life's One Act Play; 4. I'm Tired; 5. Where Am I; 6. Savoy Brown Boogie (live)

Skład: Chris Youlden - wokal (1-3,5); Kim Simmonds - gitara, instr. perkusyjne; Dave Peverett - gitara; Tony Stevens - gitara basowa; Roger Earl - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal (4,5); Bob Hall - pianino (1,3-6), klawesyn (2)
Gościnnie: Kenny Wheeler - trąbka (2,4,5); Eddie Blair - trabka (2,4,5); Butch Hudson - trąbka (2,4,5); Ray Davis - skrzydłówka (2-5); Bobby Haughey - skrzydłówka (2-5); Don Lusher - puzon (2-5); John Edwards - puzon (2-5); Bob Efford - saksofon tenorowy (2-5); Rex Morris - saksofon tenorowy (2-5); Don Honeywill - saksofon barytonowy (2-5); Mike Vernon - instr. perkusyjne
Producent: Mike Vernon


1 stycznia 2015

[Recenzja] Mountain - "Climbing!" (1970)



Korzenie amerykańskiej grupy Mountain sięgają 1969 roku, kiedy to doszło do spotkania Lesliego Westa, byłego gitarzysty rhythm and bluesowego The Vargants, oraz Felixa Pappalardiego, producenta najbardziej znanego ze współpracy z Cream. Pappalardi zaoferował Westowi pomoc w nagraniu solowego albumu. Wystąpił na nim nie tylko w roli producenta, ale także basisty i klawiszowca. Składu dopełnił natomiast perkusista Norman D. Smart. Album, stylistycznie utrzymany na pograniczu hard rocka i bluesa, został wydany w lipcu 1969 roku pod tytułem "Mountain", nawiązującym do sporych rozmiarów Westa. Wkrótce potem pojawił się pomysł trasy koncertowej. Do muzyków grających na albumie dołączył klawiszowiec Steve Knight, podjęto też decyzję o przekształceniu projektu w regularny zespół, któremu nadano nazwę Mountain. Grupa szybko zdobyła uznanie, m.in. za sprawą dobrze przyjętego występu na festiwalu Woodstock. Jeszcze przed końcem tego roku muzycy, w nieco zmienionym składzie - nowym bębniarzem został Corky Laing - zabrali się do pracy nad kolejnym albumem, będącym oficjalnym debiutem zespołu.

Zawartość "Climbing!" nierzadko porównywana jest z twórczością Cream. To przede wszystkim zasługa - lub wina - Pappalardiego, który zarówno sposobem gry na basie, jak i śpiewania, ewidentnie nawiązuje do Jacka Bruce'a. Jednocześnie trudno uznać Westa za amerykańskiego Erica Claptona, choć także jego korzenie to niewątpliwie blues. Gra jednak na gitarze i śpiewa w zdecydowanie bardziej szorstki, agresywny sposób, kierując muzykę zespołu w wręcz proto-metalowe rejony. Tak różne podejście dwóch najważniejszych muzyków w zespole zaowocowało dwoistym charakterem dokonań zespołu. Doskonale obrazują to dwa utwory otwierające "Climbing!". "Mississippi Queen", spory przebój singlowy w Stanach, to energetyczny, prosty kawałek z surową grą i wrzaskiem Westa (a także z charakterystycznym wykorzystaniem krowiego dzwonka). Dla odmiany, "Theme for an Imaginary Western" - nie aż tak bardzo odległa od oryginału wersja utworu Jacka Bruce'a (z wyprodukowanego przez Pappalardiego albumu "Songs for a Tailor") - to balladowe, podniosłe nagranie z melodyjnym, nieco patetycznym śpiewem Felixa oraz jego wyrazistą, niebanalną partią basu, a także z brzmieniem wzbogaconym o różne instrumenty klawiszowe: elektryczne organy, melotron czy pianino. W przeciwieństwie do pierwowzoru, bardziej wyeksponowane i ostrzejsze są gitarowe solówki. Reszta albumu nie przynosi już niemal żadnych zaskoczeń. Większość  utworów to albo konkretny, hardrockowy czad ("Never in My Life", "Sittin' on a Rainbow"), albo łagodniejsze, bardziej melodyjne nagrania ("Boys in the Band", "The Laird" i instrumentalny "To My Friend" - dwa ostatnie opierają się wyłącznie na akustycznym brzmieniu, co przyjemnie urozmaica całość). Czasem jednak oba te podejścia przeplatają się na przestrzeni jednego utworu, co daje najlepszy efekt ("Silver Paper", "For Yasgur's Farm").

Hard rock w wykonaniu Mountain brzmi bardzo po amerykańsku, jest to więc granie nieco prostsze, ale i bardziej wyluzowane od europejskich kapel. Ani pod względem kompozycji, ani wykonania, "Climbing!" nie zbliża się do najlepszych dokonań z tej stylistyki, ale nie powinien rozczarować jej wielbicieli. Spora dawka energii oraz gitarowego czadu, parę niezłych riffów czy solówek, a także na ogół zupełnie bezpretensjonalny charakter tej muzyki to jej największe zalety. 

Ocena: 7/10



Mountain - "Climbing!" (1970)

1. Mississippi Queen; 2. Theme for an Imaginary Western; 3. Never in My Life; 4. Silver Paper; 5. For Yasgur's Farm; 6. To My Friend; 7. The Laird; 8. Sittin' on a Rainbow; 9. Boys in the Band

Skład: Leslie West - gitara, wokal (1,3-5,8,9); Felix Pappalardi - gitara basowa, pianino (1,2,9), gitara (7), wokal (2,4,5,7,9); Corky Laing - perkusja i instr. perkusyjne (1-5,7-9); Steve Knight - instr. klawiszowe (2-5,9) i instr. perkusyjne (4)
Producent: Felix Pappalardi