31 grudnia 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "It's Only Rock 'n' Roll" (1974)



O zawartości "It's Only Rock 'n' Roll" praktycznie wszystko mówi jego tytuł. Zdecydowana większość tego albumu to stonesowski rock, wywodzący się bezpośrednio z rhythm 'n' bluesa i rock and rolla. Eksperymenty z innymi stylami poszły niemal w niepamięć. Niemal, bo jednak znalazły się tutaj takie utwory, jak akustyczny "Till the Next Goodbye" (przypominający folkowe kawałki Led Zeppelin), ballada "If You Really Want to Be My Friend", w której pojawiają się soulowe chórki (w wykonaniu członków zespołu Blue Magic), a także "Fingerprint File" oparty na taneczno-funkowej linii basu. Ten ostatni to zresztą jeden z najbardziej niedocenianych i najciekawszych utworów w dyskografii zespołu. Ów wspomniany, taneczny charakter, spotyka się tutaj z niemal hardrockową zadziornością gitarowych partii. A to, co Mick Taylor wyprawia na basie, to prawdziwe mistrzostwo.

Największą perłą tego albumu jest jednak "Time Waits for No One" - rewelacyjna ballada, z kilkoma wspaniałymi gitarowymi solówkami Taylora, z ładnymi klawiszowymi ozdobnikami Nicky'ego Hopkinsa, oraz z zapadającą w pamięć linią wokalną. Warto też zwrócić uwagę na wykorzystany w tle syntezator - rzecz wcześniej nie pojawiającą się na płytach zespołu. Reszta albumu to już typowi Stonesi - dynamiczni, zadziorni i trochę niechlujni. Energetyczne kawałki w rodzaju "If You Can't Rock Me" (swoją drogą - świetny otwieracz), "Ain't Too Proud to Beg" (oryginalnie wykonywanego przez The Temptations), "Luxury" i "Dance Little Sister" to dokładnie takie granie, jakiego można się po tym zespole spodziewać. Do nich zalicza się także tytułowy "It's Only Rock 'n Roll (But I Like It)" - jeden z najbardziej znanych utworów zespołu, który można wręcz uznać za jego hymn. Całości dopełnia jeden wypełniacz w postaci niezbyt interesującego, mimo bluesowych partii gitar, "Short and Curlies".

"It's Only Rock 'n' Roll" to powrót zespołu do wysokiej formy. Niestety, longplay okazał się ostatnim nagranym z najbardziej utalentowanym muzykiem, jaki przewinął się przez skład The Rolling Stones, Mickiem Taylorem. Gitarzysta nigdy nie pasował do reszty zespołu pod względem charakteru, ale szalę przeważyło nieuwzględnienie jego istotnego wkładu kompozytorskiego w ten album (wspólnie z Jaggerem stworzył utwory "Till the Next Goodbye" i "Time Waits for No One", tymczasem ich autorstwo zostało przypisane Jaggerowi i... niezaangażowanemu w ich powstanie Richardsowi). Odejście Taylora było największą stratą dla zespołu. Bo to w sporym stopniu dzięki niemu albumy zespołu z lat 1969-74 są tak udane.

Ocena: 8/10



The Rolling Stones - "It's Only Rock'n'Roll" (1974)

1. If You Can't Rock Me; 2. Ain't Too Proud to Beg; 3. It's Only Rock 'n Roll (But I Like It); 4. Till the Next Goodbye; 5. Time Waits for No One; 6. Luxury; 7. Dance Little Sister; 8. If You Really Want to Be My Friend; 9. Short and Curlies; 10. Fingerprint File

Skład: Mick Jagger- wokal, gitara (3,10); Keith Richards - gitara, bass (1), dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara, syntezator (5), kongi (7), bass (10), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass (2-9), syntezator (10); Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Billy Preston - instr. klawiszowe (1,2,8,10); Ian Stewart - pianino (3,7,9); Nicky Hopkins - pianino (4-6,8,10); Ray Cooper - instr. perkusyjne; Ed Leach - instr. perkusyjne (2); Charlie Jolly - tabla (10); Blue Magic - dodatkowy wokal (8)
Producent: Mick Jagger i Keith Richards


30 grudnia 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "Little Games" (1967)



Po kilkunastu miesiącach personalnej stabilizacji, skład The Yardbirds zaczął się sypać. Najpierw odszedł basista Paul Samwell-Smith, który postanowił zostać producentem muzycznym. Na jego miejsce przyjęto znanego muzyka sesyjnego, Jimmy'ego Page'a. Skład ten okazał się jednak efemerydą. W tym okresie zarejestrowano tylko trzy utwory: psychodeliczne "Happenings Ten Years Time Ago" i "Psycho Daisies", które wydano razem na singlu, a także hardrockowy "Stroll On", będący nową wersją "The Train Kept A-Rollin'" (z własnym tekstem). Ten ostatni powstał do filmu "Blow-Up" (w Polsce znanego jako "Powiększenie") w reżyserii Michelangelo Antonioniego (zespół wystąpił zresztą w jednej ze scen, pokazującej jak grają ten utwór podczas koncertu - zakończonego rozwaleniem gitary przez Jeffa Becka). Co ciekawe, każdy z tych utworów powstał w nieco innym składzie. "Psycho Daisies" jest jednym z dwóch utworów zespołu (obok "The Nazz Are Blue"), w którym rolę wokalisty pełni Beck, a także jedynym, w którym Page rzeczywiście zagrał na basie. W "Happenings Ten Years Time Ago" i "Stroll On" pełni już rolę gitarzysty solowego, dzieląc ten obowiązek z Beckiem, natomiast na basie grają odpowiednio John Paul Jones, jako muzyk sesyjny, oraz Chris Dreja, dotychczasowy gitarzysta rytmiczny, który pozostał basistą już do końca istnienia The Yardbirds.

Niedługo później doszło do kolejnego rozłamu. Muzycy mieli dość olewającego koncerty Becka i podczas jednej z jego nieobecności postanowili wywalić go z grupy. Przypadkiem lub nie, właśnie w tym czasie popularność zaczęły zdobywać zespoły z tylko jednym gitarzystą, jak The Who, Cream czy The Jimi Hendrix Experience. Dawało im to większe pole do popisu podczas koncertowych improwizacji (z drugim gitarzystą trudniej byłoby uniknąć chaosu), które również w tamtym czasie stawały się bardzo popularne. Okrojony skład The Yardbirds postanowił podpiąć się pod te trendy, włączając improwizacje do swoich występów. Niestety, ich koncertowe wyczyny, nie miały żadnego przełożenia na działalność studyjną. Wytwórnia podcięła muzykom skrzydła, przydzielając im jako producenta niejakiego Mickiego Mosta - faceta wciąż żyjącego w poprzedniej epoce, kiedy to najważniejsze były single. Podczas sesji kazał zespołowi pracować głównie nad podsuniętymi przez siebie cudzymi kompozycjami, które miały zostać wydane na małych płytach; znacznie mniej czasu pozwalając im pracować nad utworami, które miały wypełnić ich kolejny album długogrający (z kawałków singlowych znalazł się na nim tylko "Little Games", który dostarczyli wynajęci przez Mosta songwriterzy). W sumie na nagranie tego albumu - nie licząc zarejestrowanego wcześniej utworu tytułowego - muzycy dostali tylko trzy dni. W takim pośpiechu, pod okiem niechętnego eksperymentom i utworom dłuższym niż trzy minuty producenta, nie mogło powstać nic wyjątkowego.

"Little Games" to przede wszystkim proste piosenki, na pograniczu popu (banalne melodie, przewidywalne struktury) i rocka (ostre brzmienie). Taki jest chociażby utwór tytułowy czy "No Excess Baggage". Rozrzut stylistyczny jest tu jednak całkiem spory, szczególnie pod koniec albumu, gdy kolejno słuchamy tak różnych utworów, jak inspirowany przedwojennym bluesem "Stealing Stealing" (wzbogacony brzmieniem kazoo), oparty na brzmieniach akustycznych "Only the Black Rose", oraz brzmiący jak piosenka dla dzieci  "Little Soldier Boy". A przecież na albumie są też takie utwory, jak ciężki, bluesrockowy "Smile on Me" (oparty na "Shake on Me" Howlin' Wolfa), czy psychodeliczny odlot "Glimpses". Warto na chwilę się zatrzymać przy tym ostatnim, bo to naprawdę interesująca rzecz. Oparta na wyrazistej, mantrowej partii basu, z równie monotonną perkusją, intrygującą improwizacją Page'a, klimatyczną wokalizą i różnymi dodatkowymi dźwiękami. Longplay jednak przede wszystkim powinien zainteresować wielbicieli Led Zeppelin, bo to właśnie tutaj należy szukać korzeni tej grupy. Jimmy Page już tutaj zaproponował takie rozwiązania, jak granie na gitarze smyczkiem ("Tinker, Tailor, Soldier, Sailor") czy dublowanie linii wokalnej za pomocą gitary ("Drinking Muddy Water", oparty na bluesowym klasyku "Rollin' and Tumblin'", znanym m.in. z wykonania Muddy'ego Watersa). Nie można zapomnieć o instrumentalnym "White Summer", czyli pierwowzorze "Black Mountain Side" z debiutu Led Zeppelin. Podobnie jak w tamtym utworze, Page gra tutaj na gitarze akustycznej, imitującej brzmienie sitaru, z towarzyszeniem muzyka grającego na tabli (indyjskim instrumencie perkusyjnym). Jednak w "White Summer" pojawia się także partia oboju.

Chociaż na "Little Games" nie brakuje ciekawych utworów (z "Glimpes" i "White Summer" na czele), to stylistyczna niespójność wpływa negatywnie na odbiór całości - szczególnie pod koniec albumu pojawia się wręcz wrażenie chaosu. Gdyby jednak wyrzucić trzy ostatnie utwory, a pozostałe nieco wydłużyć (tylko "Glimpes" trwa powyżej czterech minut, ale to właśnie w nim najbardziej razi zbyt nagłe zakończenie), byłby to naprawdę niezły album.

Ocena: 6/10

PS. "Little Games" okazał się dla The Yardbirds łabędzim śpiewem. Niedługo po jego wydaniu, Keith Relf i Jim McCarty stwierdzili, że nie interesuje już ich granie rocka i odeszli z zespołu, by stworzyć folkowy duet Together, a następnie progresywno-folkową grupę Renaissance. Na ich miejsce przyjęto Roberta Planta i Johna Bonhama, a zespół zmienił nazwę na The New Yardbirds. Kiedy jednak jego szeregi opuścił także Chris Dreja (by poświęcić się innej pasji, jaką była fotografia), a jego miejsce zajął John Paul Jones, nazwa została zmieniona na Led Zeppelin. Podczas gdy Page i spółka odnosili coraz większe sukcesy, Keith Relf postanowił wrócić do mocniejszego grania, czego wynikiem było powstanie grupy Armageddon. Niestety, zespół zdążył wydać tylko jeden album, zanim w maju 1976 roku Relf zmarł w wyniku porażenia prądem ze źle uziemionej gitary. W latach 80. doszło do zjednoczenia Chrisa Dreji, Jima McCarty'ego i Paula Samwell-Smitha, którzy nagrali dwa albumy pod szyldem Box of Frog (na pierwszym wystąpił gościnnie m.in. Jeff Beck). W 1992 roku McCarty i Dreja reaktywowali natomiast The Yardbirds, który działa do dzisiaj (choć od dwóch lat już bez Dreji). Jedyny studyjny album tego wcielenia grupy, "Birdland", ukazał się w 2003 roku, a na jego zawartość składają się głównie nowe wersje utworów z lat 60., uzupełnione kilkoma nowymi kompozycjami (w tym znów jedną z gościnnym udziałem Becka).



The Yardbirds - "Little Games" (1967)

1. Little Games; 2. Smile on Me; 3. White Summer; 4. Tinker, Tailor, Soldier, Sailor; 5. Glimpses; 6. Drinking Muddy Water; 7. No Excess Baggage; 8. Stealing Stealing; 9. Only the Black Rose; 10. Little Soldier Boy

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Jimmy Page - gitara; Chris Dreja - bass (2,4-6,8-10), dodatkowy wokal; Jim McCarty - perkusja i instr. perkusyjne (2,4-10), dodatkowy wokal
Gościnnie: John Paul Jones - bass (1,7), aranżacja instr. smyczkowych (1); Dougie Wright - perkusja (1); Chris Karan - tabla (3); Ian Stewart - pianino (6)
Producent: Mickie Most


28 grudnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Nothing Is Easy: Live at the Isle of Wight 1970" (2004)



Najciekawszym okresem twórczości Jethro Tull była bez wątpienia pierwsza dekada działalności. Zespół wydał w tym czasie jedenaście albumów studyjnych, wśród których trafiły się dwa lub trzy niewypały, ale większość trzymała wysoki poziom. Z zupełnie niezrozumiałych względów, przez wiele lat dostępny był tylko jeden album koncertowy dokumentujący tamten okres - "Bursting Out". Zarejestrowany i wydany w 1978 roku, zawierał głównie utwory z najnowszych wówczas albumów, pomijając wiele interesujących kompozycji z początków kariery. Luka została uzupełniona dopiero w 1993 roku, kiedy ukazał się boks "25th Anniversary Box Set", na jednym z dysków zawierający fragment zapisu występu z 4 listopada 1970 roku w nowojorskiej Carnegie Hall (pominięto dwa utwory wydane wcześniej na kompilacji "Living in the Past" z 1972 roku; kompletny zapis opublikowano dopiero w 2010 roku, jako drugi dysk reedycji albumu "Stand Up"). Wydawnictwo to nie należało jednak do łatwo dostępnych, dlatego wielu fanów na pewno ucieszył wydany w 2004 roku album "Nothing Is Easy: Live at the Isle of Wight 1970", zarejestrowany kilka miesięcy wcześniej, a zawierający bardzo zbliżony repertuar (zabrakło "A Song for Jeffrey", "Sossity, You're a Woman" i "Reasons for Waiting", są za to znacznie ciekawsze "My Sunday Feeling" i "Bourée").

Album jest zapisem występu z 30 sierpnia 1970 roku na brytyjskim festiwalu Isle of Wight. Jethro Tull wystąpiło ostatniego, piątego dnia festiwalu, tuż przed Jimim Hendrixem. Zespół zaprezentował przekonujący wybór utworów z dotychczas wydanych longplayów - z porywającymi wersjami "To Cry You a Song", "Bourée", "Dharma for One" i "Nothing Is Easy" na czele - a także jedną nową kompozycję, "My God", która dopiero pół roku później została wydana na albumie "Aqualung". Wykonania są pełne rockowej energii, a muzycy nie unikają długich improwizacji. Każdy z nich ma czas na zaprezentowanie swoich umiejętności. Już w drugim w setliście "My God" pojawia się długa solówka Iana Andersona na flecie, a zagrany chwilę potem "With You There to Help Me" został rozbudowany o instrumentalną część noszącą tytuł "By Kind Permission of...", będącą przede wszystkim klawiszowym popisem Johna Evana (który dopiero co stał się pełnoprawnym członkiem grupy). Basowe solówki Glenna Cornicka słychać zarówno w "Bourée", jak i w "Dharma for One". W tym drugim pojawia się także długi perkusyjny popis Clive'a Bunkera (oraz nieobecna w wersji studyjnej partia wokalna). Gitarzysta Martin Barre okazję do zaprezentowania swoich umiejętności ma przede wszystkim pomiędzy utworami "We Used to Know" i "For a Thousand Mothers", ale błyszczy także w innych utworach, chociażby w świetnej wersji "To Cry You a Song".

"Nothing Is Easy: Live at the Isle of Wight 1970" to fantastyczne dopełnienie wczesnych albumów Jethro Tull, pokazujące jak skład z Cornickiem i Bunkerem radził sobie na żywo. Koncerty zespołu były wtedy o wiele bardziej energetyczne, niż w okresie "Bursting Out", a chociaż w jego repertuarze nie było jeszcze takich koncertowych klasyków, jak "Locomotive Breath" czy "Aqualung", zaprezentowany materiał sprawdzał się równie dobrze na żywo - a może nawet lepiej.

Ocena: 8/10



Jethro Tull - "Nothing Is Easy: Live at the Isle of Wight 1970" (2004)

1. My Sunday Feeling; 2. My God; 3. With You There to Help Me / By Kind Permission of...; 4. To Cry You a Song; 5. Bourée; 6. Dharma for One; 7. Nothing Is Easy; 8. We Used to Know / Guitar solo / For a Thousand Mothers

Skład: Ian Anderon - wokal, flet i gitara; Martin Barre - gitara; John Evan - instr. klawiszowe; Glenn Cornick - gitara basowa; Clive Bunker - perkusja
Producent: Ian Anderson


[Recenzja] The Rolling Stones - "Goats Head Soup" (1973)



"Goats Head Soup" to album niesłusznie pozostający w cieniu wydanego rok wcześniej "Exile on Main St.". Owszem, także dość nierówny, ale moim zdaniem pod wszelkimi innymi względami znacznie przewyższający słynnego poprzednika. Chociażby pod względem czasu trwania - jest krótszy, a tym samym mniej na nim wypełniaczy. Ale najważniejsze, że nie brakuje na nim wyrazistych utworów. To przecież właśnie na "Goats Head Soup" znalazła się kompozycja "Angie". Chyba najczęściej prezentowany kawałek The Rolling Stones przez polskie stacje radiowe (tak przynajmniej było dziesięć lat temu, gdy jeszcze zdarzało mi się słuchać radia). I chociaż zespół ma lepsze utwory od tego, to nie można odmówić "Angie" uroku. To przecież jedna z najładniejszych ballad zespołu, a nawet całej muzyki rockowej. Gitara akustyczna bardzo przyjemnie współgra tutaj z pianinem i smyczkami, a partia wokalna Micka Jaggera należy do najładniejszych i najbardziej chwytliwych, jakie wykonał. Całkiem nieźle wyszła też druga ballada, bardziej sielska "Coming Down Again", w której to Keith Richards wspina się na wyżyny swoich wokalnych możliwości.

Ale na albumie nie mogło zabraknąć i gitarowego czadu. Tutaj przede wszystkim trzeba wyróżnić funkująco-hardrockowy "Doo Doo Doo Doo Doo (Heartbreaker)", a także rock and rollowy "Starfucker" (bo tak naprawdę nazywa się utwór "Star Star", ocenzurowany na trackliście przez dystrybutora), brzmiący jak obmierzła wersja Chucka Berry'ego. Trzeba też zwrócić uwagę na świetny otwieracz "Dancing with Mr. D" - wolniejszy kawałek, utrzymany na pograniczu rocka, funku i bluesa, oparty na rewelacyjnie pulsującej partii basu (w wykonaniu Micka Taylora - jak większość najbardziej wyrazistych linii basu z albumów Stonesów). To mój ulubiony fragment albumu. Melodyjny, stopniowo nabierający ostrości "100 Years Ago" także wypada nieźle. Ale już rock and rollowemu "Silver Train" i utrzymanemu w stylu boogie "Hide Your Love" brakuje wyrazistości. Poziom jednak zaniżają przede wszystkim dwa pozostałe utwory. W tym trzecia na płycie ballada, "Winter", do której doklejono nachalne, zupełnie niepasujące smyczki i dęciaki (chociaż gitarowa solówka wypada naprawdę ładnie). Kompletny chaos pojawia się natomiast w "Can You Hear the Music", w którym wyjątkowo nieciekawie wypadają wpływy muzyki dalekowschodniej (a przecież bardzo lubię takie brzmienia, czego wyraz dałem już kilkakrotnie w różnych recenzjach).

"Goats Head Soup" to w sumie niezły album, na którym nie brakuje bardzo udanych utworów. Longplay wniósł też pewien powiew świeżości do dyskografii Stonesów - wpływy muzyki country, tak wyraźnie zaznaczone na czterech poprzednich albumach, tutaj zostały całkowicie wyparte przez elementy funkowe. Co, przynajmniej moim zdaniem, wyszło zdecydowanie na lepsze.

Ocena: 7/10



The Rolling Stones - "Goats Head Soup" (1973)

1. Dancing with Mr. D; 2. 100 Years Ago; 3. Coming Down Again; 4. Doo Doo Doo Doo Doo (Heartbreaker); 5. Angie; 6. Silver Train; 7. Hide Your Love; 8. Winter; 9. Can You Hear the Music; 10. Star Star

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka (6), pianino (7), gitara (8); Keith Richards - gitara, wokal (3), bass (4,6), dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara, bass (1,3), dodatkowy wokal; Bill Wyman - bass (2,5,7-10); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino (1-3,5,8,9); Rebop Kwaku Baah - instr. perkusyjne (1,9); Nicholas Pascal Raicevic - instr. perkusyjne (1,9); Billy Preston - instr. klawiszowe (2,4); Bobby Keys - saksofon (3,4); Jim Horn - flet i saksofon (4,8); Chuck Findley - trąbka (4); Ian Stewart - pianino (6,10); Jimmy Miller - instr. perkusyjne (9)
Producent: Jimmy Miller


23 grudnia 2015

[Recenzja] Love Sculpture - "Forms and Feelings" (1969)



"Forms and Feelings", drugi album Love Sculpture, ukazał się zaledwie rok po debiutanckim "Blues Helping". Przez ten krótki okres zespół przeszedł zaskakującą metamorfozę. Naprawdę trudno uwierzyć, że te dwa albumy są dziełem tych samych muzyków. Na "Forms and Feelings" nie ma ani odrobiny bluesa, którym przesiąknięta była każda sekunda poprzedniego longplaya. Zamiast tego zaproponowali bardzo różnorodny materiał, czerpiący z różnych gatunków i stylów. Muzycy sięgnęli po utwór mistrza rock and rolla, Chucka Berry'ego (zaostrzona wersja "You Can't Catch Me"), po balladę brytyjskiego piosenkarza Paula Kordy ("Seagull"), a także po... dzieła muzyki klasycznej ("Farandole" Georgesa Bizeta i "Tańca z szablami" Arama Chaczaturiana; amerykańskie wydanie albumu zawiera także interpretację "Marsa" Gustava Holsta, nieuwzględnioną na europejskich wydaniach z przyczyn prawnych).

To właśnie wykonania "Farandole" i wydłużonego do jedenastu minut "Sabre Dance" sprawiają największe wrażenie z zawartych tutaj utworów. Zagrane z niesamowitą szybkością, precyzją i wirtuozerią, są dowodem wielkiego talentu i umiejętności Dave'a Edmundsa. Co ciekawe, skrócona wersja tego drugiego utworu, była całkiem sporym przebojem singlowym w ojczyźnie muzyków, dochodząc do 5. miejsca na UK Singles Chart. Na albumie znalazły się także cztery utwory napisane przez producentów longplaya, Mike'a Finesilvera i Pete'a Kera, którzy zaproponowali bardzo zróżnicowany materiał. "In the Land of the Few" (jedyny utwór, w który kompozytorski wkład miał także Edmunds) to niesamowicie chwytliwa piosenka na pograniczu popu i rocka, wzbogacona klasycyzującymi klawiszami we wstępie oraz ostrym gitarowym solem. "Nobody's Talking" to dla odmiany ciężki utwór hardrockowy w wolnym tempie. Z kolei rozbudowany "Why (How Now)" i urocza ballada "People People" zdradzają silną inspirację rockiem psychodelicznym i beatlesowskimi melodiami.

Mimo zupełnie innej stylistyki, "Forms and Feelings" to album równie udany, co jego poprzednik. Z jednej strony znacznie bardziej intrygujący (w końcu "Blues Helping" tylko powielał bluesowe schematy), jednak przez ogromne zróżnicowanie stylistycznie - strasznie niespójny. Wychodzi na zero, czyli ocena powinna być taka sama.

Ocena: 8/10

PS. Po wydaniu tego albumu, zespół, w odświeżonym składzie (z drugim gitarzystą Mickeyem Gee i nowym perkusistą Terry Williams, późniejszym członkiem Dire Straits), wyruszył w trasę koncertową, która okazała się jego łabędzim śpiewem. Po rozpadzie Love Sculpture, Dave Edmunds rozpoczął karierę solową, osiągając całkiem spore sukcesy komercyjne (m.in. singiel "I Hear You Knocking", cover utworu Smileya Lewisa, który w 1970 roku doszedł na szczyt brytyjskiej listy).



Love Sculpture - "Forms and Feelings" (1969)

1. In the Land of the Few; 2. Seagull; 3. Nobody's Talking; 4. Why (How Now); 5. Farandole; 6. You Can't Catch Me; 7. People People; 8. Sabre Dance

Skład: Dave Edmunds - wokal, gitara i instr. klawiszowe; John Williams - bass, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Bob "Congo" Jones - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Dave Edmunds, Mike Finesilver i Pete Ker


21 grudnia 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Exile on Main St." (1972)



"Exile on Main St." uznawany jest za kolejne wielkie dzieło Stonesów. Zdarzają się nawet opinie, że właśnie ten longplay jest szczytowym osiągnięciem grupy. Trudno mi zrozumieć ten fenomen. Zarówno kiedy poznawałem "Exile..." przed pięcioma laty, jak i przypominając go sobie teraz, miałem dokładnie takie same odczucia. Mieszane, lecz z przewagą negatywnych. Uważam, że ten dwupłytowy album - częściowo składający się z odrzutów po "Let It Bleed" i "Sticky Fingers" - to chaotyczny zbiór (głównie) nieprzemyślanych, niedopracowanych i pozbawionych wyrazistości kawałków. Być może ogólne wrażenie byłoby lepsze, gdyby okrojono ten materiał do jednej płyty, o standardowym czasie trwania około czterdziestu minut. Choć i wtedy nie byłby to album na miarę trzech poprzednich (dwóch wyżej wspomnianych i "Beggar's Banquet"). Gdyż, moim zdaniem, nie ma tu żadnego naprawdę rewelacyjnego utworu. Choć kilka przyzwoitych kawałków można wyłapać.

Z pierwszej płyty właściwie tylko jeden utwór zwrócił moją uwagę - singlowy "Tumbling Dice" o dość przebojowej melodii i przyjemnie pulsującej linii basu (w wykonaniu Micka Taylora, grającego na basie także w trzech innych utworach). Od biedy mogę wyróżnić jeszcze zadziorny "Rocks Off", który całkiem nieźle sprawdza się na otwarcie, choć niczym szczególnym nie zachwyca, a także łagodniejszy "Torn and Frayed" (w którym błyszczą gościnnie zaproszeni muzycy, grający na gitarze hawajskiej, pianinie i organach). Druga płyta przynosi nieco więcej ciekawej muzyki. Chociażby intrygujący blues "Ventilator Blues" (jedyny utwór Stonesów, przy którym został uwzględniony kompozytorski wkład Taylora). Albo wyraźnie inspirowane soulem "Let It Loose" i "Shine a Light" (w tym drugim znów pojawia się świetna linia basu w wykonaniu Taylora, jego zgrabna solówka gitarowa, a także fantastyczne organy Billy'ego Prestona). Nie brakuje tu też bardziej zadziornego, a zarazem przebojowego grania - vide "All Down the Line" i "Soul Survivor". Z wymienionych utworów można by skompilować krótki jednopłytowy album, który może i nie byłby wybitnym osiągnięciem, ale przynajmniej by nie nudził. Jako dwupłytowy album "Exile..." niestety nudzi. Niemal połowa utworów jest tak bezbarwna, że po przesłuchaniu ich nic nie zostaje mi w głowie, a zdarzają się tutaj też kompletne niewypały. Do tych ostatnich zaliczam "Sweet Virginia" (kolejny kawałek w repertuarze grupy w stylu country), "I Just Want to See His Face" (zdecydowanie mniej udany, od wyżej wspomnianych, flirt z soulem), a także "Happy" (najbardziej znany utwór zespołu śpiewany przez Keitha Richardsa, jednak strasznie banalny).

"Exile on Main St." powstawał w okresie największych narkotykowych i alkoholowych ekscesów muzyków The Rolling Stones. I chyba tym właśnie należy tłumaczyć wydanie takiego albumu - nikt nie był na tyle trzeźwy, aby uświadomić sobie, że co najmniej połowa tego materiału powinna pozostać w archiwum. Druga ("mniejsza") połowa wyszła jednak całkiem nieźle, jak na warunki, w których powstawała.

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "Exile on Main St." (1972)

LP1: 1. Rocks Off; 2. Rip This Joint; 3. Shake Your Hips; 4. Casino Boogie; 5. Tumbling Dice; 6. Sweet Virginia; 7. Torn and Frayed; 8. Sweet Black Angel; 9. Loving Cup
LP2: 1. Happy; 2. Turd on the Run; 3. Ventilator Blues; 4. I Just Want to See His Face; 5. Let It Loose; 6. All Down the Line; 7. Stop Breaking Down; 8. Shine a Light; 9. Soul Survivor

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne, gitara (LP1: 5, LP2: 7); Keith Richards - gitara, bass (LP1: 4, LP2: 1, 9), wokal (LP2: 1), pianino (LP2: 4), dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara, bass (LP1: 5,7, LP2: 4,8); Bill Wyman - bass; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Nicky Hopkins - pianino; Bobby Keys - saksofon, instr. perkusyjne (LP2: 1); Jim Price - trąbka, puzon, organy (LP2: 2); Bill Plummer - kontrabas (LP1: 2, LP2: 2,4,6); Ian Stewart - pianino (LP1: 3,6, LP2: 7); Jimmy Miller - perkusja (LP1: 5, LP2: 1,8), instr. perkusyjne (LP1: 8,9, LP2: 4,6); Al Perkins - gitara (LP1: 7); Richard Washington - marimba (LP1: 8); Chris Shepard - tamburyn (LP2: 2); Billy Preston - pianino i organy (LP2: 8); Clydie King, Venetta Fields, Joe Green, Gram Parsons, Jerry Kirkland, Mac Rebennack, Shirley Goodman, Tami Lynn, Kathi McDonald - dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Miller


20 grudnia 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "The Christmas Album" (2003)



Studyjną dyskografię Jethro Tull zamyka album nietypowy, przynajmniej jak na zespół z nurtu rocka progresywnego, bo wypełniony utworami głównie o tematyce okołobożonarodzeniowej, czy też ogólnie zimowej. Tego typu wydawnictwa kojarzą się z najgorszą tandetą. Jednak "The Jethro Tull Christmas Album" wypada zaskakująco udanie. W końcu zespół nagrywał tego typu utwory na przestrzeni całej, ponad trzydziestoletniej kariery i nie odstawały one od reszty materiału. Pod względem muzycznym jest to dokładnie taki Jethro Tull, jaki zawsze najbardziej lubiłem. Album bardzo mocno nawiązuje do czasu klasycznych "Songs from the Wood" i "Heavy Horses". Słychać tutaj te charakterystyczne folkowe melodie oraz klimat szkockich lasów i wrzosowisk (tym razem przykrytych śniegiem) sprzed paru stuleci. W końcu wróciło też bardziej rozbudowane instrumentarium, na które składają się flet (naprawdę dużo tutaj fletu), gitary akustyczne i elektryczne, mandolina, akordeon, przeróżne klawisze, perkusja czy podkreślające świąteczny nastrój dzwonki oraz - w jednym nagraniu - kwartet smyczkowy. W tekstach nie brakuje natomiast charakterystycznego dla Iana Andersona humoru, więc zdecydowanie nie mamy tu do czynienia z przesadną ckliwością czy kiczem. Świetnym wprowadzeniem jest okładka, kojarząca się ze starymi pocztówkami bożonarodzeniowymi, nieco właśnie kiczowata, ale mająca fajny, zimowy klimat.

Jeżeli chodzi o repertuar, to znalazły się tutaj tylko trzy całkowicie premierowe, unikalne dla tego wydawnictwa utwory. Dwa kolejne, w tych samych wersjach ukazały się parę tygodni wcześniej na solowych albumach Andersona i Martina Barre'a. Wszystkie pozostałe to nowe wersje kompozycji znanych już z wcześniejszych wydawnictw zespołu, a także interpretacje tradycyjnych piosenek świątecznych oraz dzieł muzyki poważnej. Muzycy przypomnieli aż siedem mniej lub bardziej klasycznych utworów ze swojego dorobku: "Christmas Song" ze strony B singla "Love Story", "Bourée" ze "Stand Up", "Fire at Midnight" i "Ring Out Solstice Bells" z "Songs form the Wood", "Weathercock" z "Heavy Horses", odrzut z początku lat 80., "Jack Frost and the Hooded Crow", a także "Another Christmas Song" z "Rock Island". Co ciekawe, nowe wersje często w ogóle nie ustępują swoim pierwowzorom. Nawet głos Andersona nie różni się jakoś znacząco. O ile "Weathercock", "Fire at Midnight" i "Ring Out Solstice Bells" jedynie trzymają poziom oryginałów, tak pozostałe utwory przeważnie zyskują. W "Christmas Song" na dobre wyszło zastąpienie orkiestry innymi instrumentami. a "Jack Frost and the Hooded Crow" i "Another Christmas Song" wypadają nieporównywalnie lepiej dzięki rezygnacji z niepasującej do folkowego klimatu elektroniki oraz znacznie lepszej formie wokalnej Andersona. Ten ostatni w dodatku nie kojarzy się już tak mocno z Dire Straits, choć trochę tego zespołu pobrzmiewa jeszcze w partiach gitary. Nie przekonuje mnie jedynie nowe opracowanie "Bourée", fragmentu Suity lutniowej e-moll Bacha. Brakuje tutaj tej funkowej energii i rewelacyjnego popisu ówczesnego basisty Glenna Cornicka, które wyróżniają wersję z 1969 roku.

Zespół sięgnął nie tylko do repertuaru Bacha, ale też zaprezentował swoje podejście do "Pavane" francuskiego kompozytora Gabriela Fauré'a, oczywiście znacznie upraszczając tę kompozycję, dostosowując ją do reszty repertuaru. Bardzo ładnie wypadają tu jednak partie fletu Andersona, z nie mniej udanym akompaniamentem innych muzyków. Niestety, w tym akurat nagraniu nie udało się uniknąć odrobiny patosu. Bardzo fajnie i już całkiem bezpretensjonalnie wypadają przeróbki tradycyjnych brytyjskich kolęd, jak "God Rest Ye Merry, Gentlemen" i "We Three Kings" (tutaj jako "We Five Kings") czy XVI-wiecznej pieśni folkowej "Greensleeves" (tutaj "Greensleeved"). W tej pierwszej muzykom fajnie udało połączyć się fragmenty w klimacie folkowym z lekkim, kawiarnianym jazzem, a nawet odrobiną hard rocka. W podobnym do tych utworów, folkowo-świątecznym nastroju utrzymany jest także autorski instrumental "Holly Herald", wyróżniający się niemalże tanecznym charakterem i wykorzystaniem na największą skalę akordeonu. Drugi premierowy utwór instrumentalny, "A Winter Snowscape" - w tym samym roku wydany na albumie "Stage Left" Barre'a - to już rzecz znacznie subtelniejsza, z ładnymi partiami gitary akustycznej i fletu. Całości dopełniają trzy folkrockowe piosenki: "Birthday Card at Christmas" (opublikowany także na "Rupi's Dance" Andersona), "Last Man at the Party" oraz nagrana z udziałem kwartetu smyczkowego ballada "First Snow at Brooklyn". Ian już dawno nie napisał tak zgrabnych, chwytliwych kawałków, nawiązujących wprost do klasycznych dokonań grupy, które w dodatku zagrano z dawno zgubioną energią. 

Reedycja albumu z 2009 zawiera dodatkowy dysk "Christmas at St Bride's 2008", na którym znalazł się zapis specjalnego, bożonarodzeniowego występu grupy w londyńskim kościele St Bride. Pomiędzy utworami zespołu - w skład którego wchodzili wówczas Anderson, Barre, klawiszowcy John O'Hara (grający też na akordeonie) i Robert Jones, basista David Goodier oraz perkusista James Duncan Anderson (syn Iana) - występował kościelny chór oraz narratorzy. Na repertuar Jethro Tull złożyły się zarówno utwory z "Christmas Album", zaprezentowane w stricte akustycznych wersjach, a także równie skromne wykonania "Living in These Hard Times", "Jack in the Green" i krótkiego fragmentu słynnego "Thick as a Brick". To dość przyjemny dodatek do podstawowego materiału, choć nieco zbyt monotonny, a chóralne i, zwłaszcza, narracyjne wstawki szybko zaczynają nudzić.

"The Jethro Tull Christmas Album" to  jeden z najbardziej spójnych i równych albumów Jethro Tull, a pomimo częściowo powtórkowego charakteru - lub właśnie dzięki niemu - zdecydowanie najlepszy od naprawdę wielu lat, od końca lat 70. Choć niewątpliwie jest to dla zespołu krok wstecz, powrót do już przecież zarzuconej stylistyki, to właśnie w takim bardziej folkowym graniu Anderson i spółka zawsze wypadali najlepiej, a eksperymenty z bardziej współczesnym graniem kończyły się porażką. Obiektywnie ten album raczej nie zasługuje na ocenę powyżej 7/10, ale od lat chętnie i często do niego wracam w okresie świątecznym, bo zawsze wprawia mnie w bardzo dobry nastrój. W kategorii guilty pleasure jest to prawdopodobnie mój ulubiony longplay. Zresztą z całej dyskografii Jethro Tull wyżej od "Christmas Album" stawiam tylko "Songs from the Wood", "Thick as a Brick" i "Benefit".

Ocena: 8/10



Jethro Tull - "The Jethro Tull Christmas Album" (2003)

1. Birthday Card at Christmas; 2. Holly Herald; 3. A Christmas Song; 4. Another Christmas Song; 5. God Rest Ye Merry, Gentlemen; 6. Jack Frost and the Hooded Crow; 7. Last Man at the Party; 8. Weathercock; 9. Pavane; 10. First Snow on Brooklyn; 11. Greensleeved; 12. Fire at Midnight; 13. We Five Kings; 14. Ring Out Solstice Bells; 15. Bourée; 16. A Winter Snowscape

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina, instr. perkusyjne; Martin Barre - gitara; Andrew Giddings - instr. klawiszowe, gitara basowa (1,3,6-8,10,12,14), akordeon (2,13,15); Jonathan Noyce - gitara basowa (2,5,9,11,13,15); Doane Perry - perkusja i instr. perkusyjne (1,4,6,8,10,12,14)
Gościnnie: James Duncan - perkusja i instr. perkusyjne (2,3,5,9,11,13,15); Dave Pegg - mandolina (3), gitara basowa (4); Gábor Csonka - skrzypce (10); Péter Szilágyi - skrzypce (10); Gyula Benkő - altówka (10); András Sturcz - wiolonczela (10)
Producent: Ian Anderson


18 grudnia 2015

[Recenzja] Love Sculpture ‎- "Blues Helping" (1968)



Love Sculpture to jeden z tych licznych brytyjskich zespołów, które powstały w drugiej połowie lat 60. na fali popularności bluesa. Powstał w 1966 roku, z inicjatywy utalentowanego gitarzysty Dave'a Edmundsa, pełniącego także rolę wokalisty, a składu dopełnili basista John Williams i perkusista Robert Jones. Było to zatem klasyczne bluesrockowe power trio. Jego twórczość jednak różni się nieco od innych przedstawicieli stylu, jak Cream, The Jimi Hendrix Experience, czy Free. Mniej w niej rockowego czadu (nie licząc ostrych solówek Edmundsa), więcej stonowanego bluesa. Debiutancki album Love Sculpture, "Blues Helping", najbardziej przypomina mi inny debiut - a mianowicie grupy The Allman Brothers Band. Zresztą nie tylko stylistycznie, bo Edmunds nawet posiada zbliżoną barwę głosu do Gregga Allmana. Co jednak istotne, to "Blues Helping" ukazał się jako pierwszy, zanim jeszcze grupa braci Allman w ogóle powstała.

Pod względem kreatywności prowadzili jednak Amerykanie. Muzycy Love Sculpture na swój pierwszy album stworzyli tylko jeden własny utwór - dość przeciętny, instrumentalny "Blues Helping". Poza tym sięgnęli po (głównie) bluesową klasykę; utwory wykonywane oryginalnie przez takich wykonawców, jak np. B.B. King, Ray Charles, Elmore James, Howlin' Wolf, czy Slim Harpo. Materiał jest dość zróżnicowany. Obok wolnych, udramatyzowanych bluesów ("3 O'Clock Blues", "Don't Answer the Door"), pojawiają się też znacznie żywsze kawałki ("Wang-Dang-Doodle", "Shake Your Hips"). Opus magnum albumu stanowi przepiękne wykonanie "Summertime" - arii napisanej przez George'a Gershwina na początku lat 30. Pod względem wokalnym, wersja Love Sculpture wypada bardzo delikatnie w porównaniu ze słynnym wykonaniem Janis Joplin i Big Brother and the Holding Company, nagranym w tym samym roku, jednak muzycznie przynosi podobną, jeśli nie większą, dawkę emocji. Zaczyna się balladowo, jedynie z czystym akompaniamentem gitary, ale napięcie stopniowo rośnie, aż do punktu kulminacyjnego w postaci przeszywającej gitarowej solówki. Innym zasługującym na wyróżnienie utworem jest "On the Road Again" pochodzący z repertuaru Floyda Jonesa, oparty jednak na wersji amerykańskiej grupy Canned Heat (wydanej na początku 1968 roku). To najbardziej chwytliwy fragment albumu, a zarazem wyróżniający się dość niepokojącym, hipnotycznym nastrojem.

"Blues Helping" to solidny bluesrockowy longplay. Nie wznoszący do stylu niczego nowego, ale przecież nie o to chodzi w tego typu muzyce. Najważniejsze, że słucha się tego materiału wyśmienicie. Pozostaje tylko żałować, że grupa szybko, bo już na kolejnym albumie, porzuciła tego typu granie. Ale to już historia na inną recenzję.

Ocena: 8/10



Love Sculpture ‎- "Blues Helping" (1968)

1. Stumble; 2. 3 O' Clock Blues; 3. I Believe to My Soul; 4. So Unkind; 5. Summertime; 6. On the Road Again; 7. Don't Answer the Door; 8. Wang-Dang-Doodle; 9. Come Back Baby; 10. Shake Your Hips; 11. Blues Helping

Skład: Dave Edmunds - wokal, gitara i instr. klawiszowe; John Williams - bass, pianino (10); Bob ''Congo'' Jones - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Kingsley Ward i Malcolm Jones


16 grudnia 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "The Yardbirds" (1966)



Longplay "The Yardbirds" - znany także pod tytułami "Over Under Sideways Down" (tak wydano go w Stanach, Niemczech i Francji) i nieoficjalnym "Roger the Engineer" (ze względu na okładkę, narysowaną przez Chrisa Dreję, przedstawiającą inżyniera dźwięku Rogera Camerona) - to pierwszy album zespołu z prawdziwego zdarzenia. Nie koncertówka ("Five Live Yardbirds"), nie zbiór przypadkowych utworów nagranych w różnych składach ("For Your Love", "Having a Rave Up"), a materiał zarejestrowany podczas jednej sesji, przez tych samych muzyków, z myślą o wydaniu na płycie długogrającej. To także pierwsze - i jedyne - wydawnictwo grupy, na którym znalazły się wyłącznie kompozycje napisane przez członków The Yardbirds.

Album stanowi jeden z pierwszych przykładów rocka psychodelicznego. Jeszcze bardzo pierwotnego, wciąż mocno tkwiącego w stylach popularnych w pierwszej połowie lat 60. i wcześniej - bluesie, rhythm 'n' bluesie i rock 'n' rollu. Najbardziej psychodelicznym utworem jest "Farewell", oparty na bardzo prostym, wręcz dziecinnym akompaniamencie pianina, a także z wielogłosową partią wokalną. Podobny nastrój chórki tworzą także w balladzie "Turn Into Earth" i w "Ever Since the World Began". Natomiast "Hot House of Omagarashid" sporo czerpie z muzyki afrykańskiej. Nie można też zapomnieć o "Over Under Sideways Down", w którym psychodelicznie robi się za sprawą przetworzonej gitary Jeffa Becka. Z drugiej strony są tutaj także utwory, które można nazwać wczesną formą hard rocka (pełen bluesowych zagrywek "The Nazz Are Blue" - w którym w roli wokalisty wyjątkowo wystąpił Beck - a także ozdobiony świetnymi solówkami "Rack My Mind" i oparty na mocnej partii basu "What Do You Want").

Niestety, mimo prekursorskiego charakteru tego materiału, trudno uznać "The Yardbirds" za wielkie dzieło. Eksperymenty muzyków są ciekawe, ale ich zdolności kompozytorskie - co najwyżej przeciętne. Ich utworom brakuje dobrych melodii, zapamiętywalnych motywów. O większości z nich od razu się zapomina. Wyjątek stanowią chyba tylko dwie kompozycje: napędzany świetnym basowym motywem "Lost Woman" (mój faworyt z tego albumu), oraz najbardziej przebojowy "I Can't Make Your Way" (który jednak brzmi bardzo nieporadnie i banalnie na tle ówczesnych przebojów The Beatles czy The Rolling Stones). Chyba byłoby lepiej, gdyby zespół jednak pozostał przy graniu (głównie) cudzych kompozycji. 

Ocena: 7/10



The Yardbirds - "The Yardbirds" (1966)

1. Lost Woman; 2. Over Under Sideways Down; 3. The Nazz Are Blue; 4. I Can't Make Your Way; 5. Rack My Mind; 6. Farewell; 7. Hot House of Omagarashid; 8. Jeff's Boogie; 9. He's Always There; 10. Turn into Earth; 11. What Do You Want; 12. Ever Since the World Began

Skład: Keith Relf - wokal (1,2,4-7,9-12), harmonijka); Jeff Beck - gitara, bass (2), wokal (3); Chris Dreja - gitara, pianino, dodatkowy wokal; Paul Samwell-Smith - bass (1,3-12), dodatkowy wokal; Jim McCarty - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Paul Samwell-Smith i Simon Napier-Bell


11 grudnia 2015

[Recenzja] Muddy Waters - "The London Sessions" (1972)



Po sukcesie albumu "The London Sessions" Howlin' Wolfa, przedstawiciele wytwórni Chess Records postanowili wysłać do Londynu innego swojego podopiecznego, aby wspólnie z uznanymi brytyjskimi muzykami zarejestrował uwspółcześnione wersje swoich kompozycji. Tym razem padło na Muddy'ego Watersa. Podobnie jak w przypadku Wolfa, wytwórnia już wcześniej przekonała Watersa do nagrania kilku albumów z elektrycznym bluesem, zahaczających o "biały" blues ("Electric Mud" z 1968 roku, czy wydany rok później - a nagrany m.in. z pomocą Michaela Bloomfielda i Paula Butterfielda, członków "białego" The Paul Butterfield Blues Band - longplay "Fathers and Sons"). W londyńskiej sesji Muddy'ego, oprócz jego stałych współpracowników - gitarzysty Sama Lawhorna i grającego na harmonijce Careya Bella, wzięli udział m.in. tacy muzycy, jak słynny klawiszowiec Steve Winwood; jego kompan z Blind Faith i Traffic - basista Ric Grech; perkusista Mitch Mitchell, znany przede wszystkim z The Jimi Hendrix Experience; a także wschodząca gwiazda blues rocka - irlandzki wirtuoz gitary Rory Gallagher.

Muddy Waters (właść. McKinley Morganfield) zasłynął jako oryginalny wykonawca takich utworów, jak np. "Trouble No More", "I Can't Be Satisfied", "I Wonder Who's Gonna Be Your Sweet Man When I'm Gone", oraz napisanych dla niego przez Williego Dixona "Hoochie Coochie Man", "Just Make Love to Me (I Just Want to Make Love to You)", "You Shook Me" i "I'm Ready". Utwory te były później grane m.in. przez takich wykonawców, jak Chuck Berry, The Rolling Stones, The Animals, The Yardbirds, Jimi Hendrix, The Jeff Beck Group, Led Zeppelin, The Allman Brothers Band, Fleetwood Mac, Rory Gallagher, a nawet Motörhead. Jednak tylko nieliczne z nich pojawiły się na "The London Sessions". Waters i towarzyszący mu muzycy sięgnęli za to po kilka standardów bluesowych, oryginalnie wykonywanych przez innych wykonawców, jak np. "Key to the Highway" (po raz pierwszy nagrany w 1940 roku przez Charliego Segara; rockowym słuchaczom znany zapewne z wersji Derek and the Dominos), czy "Walkin' Blues" (utwór Roberta Johnsona z 1936 roku).

Podobnie, jak na bliźniaczym albumie Howlin' Wolfa, także tutaj utwory zostały urockowione: sekcja rytmiczna Mitchell/Grech zapewnia mocną podstawę, a Gallagher pozwolił sobie na kilka ostrzejszych, jak zwykle elektryzujących solówek (np. w "Young Fashioned Ways", "Who's Gonna Be Your Sweet Man When I'm Gone", oraz w najbardziej dynamicznych "I'm Ready" i "I Don't Know Why"). Brzmienie organów Winwooda (grającego tylko w trzech utworach: "Key to the Highway", "I'm Gonna Move to the Outskirts of Town" i "Sad Sad Day") też jest typowo rockowe. Wszystkie utwory zachowują jednak bluesowy nastrój, dodatkowo podkreślony przez pojawianie się w aranżacjach pianina, sekcji dętej, oraz często dominującej nad innymi instrumentami harmonijki (inna sprawa, że w "I Don't Know Why" brzmienie tego ostatniego instrumentu jest zaskakująco agresywne). A Muddy Waters nie próbował śpiewać w rockowy sposób i nawet w tych najbardziej dynamicznych fragmentach postawił na bluesowy śpiew, na granicy melodeklamacji. Dzięki temu powstało kolejne interesujące połączenie "czarnego" i "białego" bluesa.

Jako podsumowanie mógłbym tutaj napisać dokładnie to samo, co w recenzji "The London Sessions" Howlin' Wolfa - że album sprawdza się jako wprowadzenie do "prawdziwego" bluesa, dla osób lubiących jego "białą" odmianę, ale sam w sobie także jest warty poznania. Jak natomiast wypada porównanie tych dwóch londyńskich sesji? Chyba jednak odrobinę na korzyść albumu Wolfa, na którym była nieco większa różnorodność i większa "chemia" między muzykami (tutaj nieco brakuje zespołowej interakcji, choć każdy muzyk zdaje się dawać od siebie co najlepsze). Mimo wszystko, album Muddy'ego Watersa zasługuje według mnie na tak samo wysoką ocenę - bo również słucha się go bardzo przyjemnie, a na koniec pozostaje nawet pewien niedosyt (gdyż to tylko 36 minut muzyki).

Ocena: 8/10

PS. W 1974 roku ukazał się album "London Revisited", na stronie A zawierający odrzuty z londyńskiej sesji Muddy'ego Watersa ("Hard Days", "Highway 41", "I Almost Lost My Mind", "Lovin' Man"), a na stronie B - odrzuty z sesji Howlin' Wolfa ("Goin' Down Slow", "The Killing Floor", "I Want to Have a Word With You"). Materiał Wolfa został wznowiony na reedycji jego "The London Sessions", natomiast utwory Watersa nie zostały nigdy wydane na CD.



Muddy Waters - "The London Sessions" (1972)

1. Blind Man Blues; 2. Key to the Highway; 3. Young Fashioned Ways; 4. I'm Gonna Move to the Outskirts of Town; 5. Who's Gonna Be Your Sweet Man When I'm Gone; 6. Walkin' Blues; 7. I'm Ready; 8. Sad Sad Day; 9. I Don't Know Why

Skład: Muddy Waters - wokal i gitara; Rory Gallagher - gitara; Sam Lawhorn - gitara; Ric Grech - bass; Mitch Mitchell - perkusja (2-6,8); Herbie Lovelle - perkusja (1,7,9); Georgie Fortune - instr. klawiszowe (1,3,5-7,9); Steve Winwood - instr. klawiszowe (2,4,8); Carey Bell - harmonijka
Gościnnie: Seldon Powell - saksofon; Garnett Brown - puzon; Ernie Royal, Joe Newman - trąbka; Rosetta Hightower - dodatkowy wokal (1)
Producent: Esmond Edwards i Ian Green


2 grudnia 2015

[Recenzja] Danzig - "Skeletons" (2015)



Najnowsze wydawnictwo grupy Danzig to zapowiadany od dawna zbiór coverów. Jednak zamiast planowanej EPki, otrzymujemy regularny album, zawierający dziesięć kompozycji. I trzeba orzyznać, że niektóre wybory naprawdę zaskakują. Bo czy ktokolwiek spodziewał się usłyszeć na albumie Danzig utwory z repertuaru ZZ Top lub Aerosmith? Albo country'owo-rockandrollowego The Everly Brothers? Oczywiście są tu też bardziej oczywiste strzały, jak przeróbki Black Sabbath (wpływ tego zespołu był mocno słyszalny na trzech pierwszych albumach grupy) i Elvisa Presleya (Glenn Danzig bywa z nim czasem porównywany ze względu na barwę głosu). Co ciekawe, zabrakło czegoś z repertuaru The Doors - a przecież to właśnie do Jima Morrisona najbliżej Glennowi wokalnie i można było oczekiwać, że w końcu spróbuje zmierzyć się z jego twórczością. Szkoda, że zmarnowana została taka szansa, jaką dawała praca nad albumem z coverami.

Album rozpoczyna się od utworu "Devil's Angels", oryginalnie nagranego w 1967 roku przez Davie Allan & The Arrows, na potrzeby tak samo zatytułowanego filmu. I tutaj następuje pierwsze zaskoczenie, bowiem utwór brzmi jak zaginione nagranie Misfits. Glenn Danzig nie nagrał tak punkowego utworu od ponad ćwierćwiecza. A tego typu grania jest tutaj więcej - punkowego charakteru nabrały także kompozycje zespołów The Litter ("Action Woman"), The Young Rascals ("Find Somebody") i - zwłaszcza - The Troggs ("With a Girl Like You"). Utwory Presleya ("Let Yourself Go") i Aerosmith ("Lord of the Thighs") zostały natomiast podmetalizowane - tzn. nabrały ciężaru i bardziej riffowego charakteru. "Rough Boy" ZZ Top i "Crying in the Rain" The Everly Brothers zachowały natomiast swój balladowy charakter. Szczególnie zaskakująco - i bardzo ładnie - wypada drugi z nich, oparty na oszczędnym, gitarowo-klawiszowym akompaniamencie. Bliski oryginału jest także sabbathowy "N.I.B." - niestety, zrezygnowano z basowego wstępu, a gitarowe solówki wypadają zdecydowanie gorzej. Całości dopełnia jeszcze jeden filmowy utwór - "Satan" Paula Wibiera z filmu "Satan's Sadists" - niestety dość monotonny i raczej nużący.

"Skeletons" to całkiem ciekawe wydawnictwo, pokazujące jak zróżnicowane są inspiracje Glenna Danziga. Cieszy też jego dobra forma wokalna. Jednak materiał ten wiele traci przez amatorskie, demówkowe brzmienie. Jakoś można jeszcze je przeboleć w tych najbardziej punkowych kawałkach - tak samo brzmiały nagrania Misfits z lat 70. - ale w pozostałych utworach jest irytujące. Brzmi to, jakby Glenn postanowił oszczędzić na wynajęciu studia i nagrał całość w domu, na amatorskim sprzęcie (niejako potwierdza to fakt, że sam zagrał wiele partii instrumentalnych, nieznacznie wspomagając się dwoma muzykami z zespołu, gitarzystą Tommym Victorem i perkusistą Johnnym Kellym). Od wykonawcy z takim stażem i kilkoma naprawdę świetnymi albumami na koncie (pierwsze cztery longplaye Danzig), należy wymagać czegoś bardziej profesjonalnego. Wydanie takiej amatorszczyzny po pięcioletniej przerwie wydawniczej to zwyczajny brak szacunku dla fanów. 

Ocena: 6/10



Danzig - "Skeletons" (2015)

1. Devil's Angels; 2. Satan (from 'Satan's Sadists'); 3. Let Yourself Go; 4. N.I.B.; 5. Lord of the Thighs; 6. Action Woman; 7. Rough Boy; 8. With a Girl Like You; 9. Find Somebody; 10. Crying in the Rain

Skład: Glenn Danzig - wokal, gitara, bass, perkusja (3,6,7,8,10), pianino (10); Tommy Victor - gitara i bass; Johnny Kelly - perkusja (1,2,4,5,9)
Producent: Glenn Danzig


1 grudnia 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "Having a Rave Up with the Yardbirds" (1965)



"Having a Rave Up with the Yardbirds" to kolejna kompilacja przeznaczona na rynek amerykański. Podobnie jak na wydanej kilka miesięcy wcześniej "For Your Love", także tutaj znalazły się zarówno utwory nagrane z Erikiem Claptonem, jak i z Jeffem Beckiem. Okres, kiedy w zespole występował pierwszy z nich, reprezentują tutaj cztery nagrania koncertowe pochodzące z niewydanej w Stanach koncertówki "Five Live Yardbirds" (covery "Smokestack Lightning" Howlin' Wolfa, "Respectable" The Isley Brothers, oraz "I'm a Man" i "Here 'Tis" Bo Diddleya). Całą pierwszą stronę kompilacji wypełniają natomiast nowe utwory, nagrane już z Beckiem. To głównie nagrania dostępne wcześniej na singlach. Jednak tylko część z nich była wydana także w Europie (brytyjskie przeboje "Heart Full of Soul" i "Evil Hearted You", oraz strona B drugiego z nich, "Still I'm Sad"). Studyjna wersja "I'm a Man" została wydana na singlu tylko w Stanach, a pozostałe dwa utwory, "The Train Kept A-Rollin'" i "You're a Better Man Than I", były unikalne dla tego wydawnictwa (ten ostatni został wydany kilka miesięcy później na stronie B brytyjskiej wersji singla "Shapes of Things", pozostałe dwa nie były wydane w Europie aż do końca lat 70.).

Studyjne nagrania na "Having a Rave Up..." pokazują, że grupa nie stała w miejscu, nie bała się eksperymentować. To w sporym stopniu wpływ Jeffa Becka, który gra tutaj w bardzo pionierski sposób. Wystarczy porównać obie wersje "I'm a Man". Już ta starsza, z gitarą Claptona, ma o wiele więcej energii od bluesowego pierwowzoru, ale w nowszej dochodzi niemal hardrockowy ciężar. Gitarowego czadu nie brakuje także w zadziornych, ale zarazem bardzo chwytliwych, "Evil Hearted You" i "Heart Full of Soul" (oba utwory napisał dla grupy Graham Gouldman, autor hitu "For Your Love"). W tym pierwszym zwraca uwagę orientalizująca solówka Becka, w drugim - ciekawe współbrzmienie sfuzzowanej gitary prowadzącej i rytmicznego podkładu gitary akustycznej. Największy czad pojawia się natomiast w przeróbce "The Train Kept A-Rollin'" Tiny'ego Bradshawa. Riffowa moc tego utworu jest porażająca - a przynajmniej była w 1965 roku. Ani Cream, ani Hendrix, ani nikt inny w latach 60. - do czasu pojawienia się Led Zeppelin - nie grał tak ciężko, jak The Yardbirds w tym kawałku.

Zespół nie ograniczał się jednak tylko do grania ciężkich utworów, czego przykładem łagodniejszy "You're a Better Man Than I" (autorstwa Mike'a Hugga z zespołu Manfreda Manna, oraz jego brata Briana), wyróżniający się niesamowicie nośną melodią. O wszechstronności grupy świadczy jednak przede wszystkim "Still I'm Sad" (wyjątkowo napisany przez członków zespołu, Paula Samwella-Smitha i Jima McCarty'ego), kompozycja oparta na brzmieniach akustycznych, z przetworzoną gitarą Becka naśladującą brzmienie sitaru, a także z nisko mruczanymi chórkami producenta Giorga Gomelsky'ego, imitującymi chorał gregoriański. To naprawdę niezwykły utwór, o intrygującym klimacie (chociaż osobiście bardziej preferuję mniej klimatyczną, za to rewelacyjnie rozimprowizowaną przeróbkę Rainbow - oczywiście mam na myśli wersję z koncertówki "On Stage").

Jedyną wadą "Having a Rave Up..." są nagrania ze strony B. Nie dlatego, że są złe - to sprawnie zagrany blues rock (lub rock and roll - vide "Respectable"), ze świetnymi solówkami Erica Claptona. Problem w tym, że ich brzmienie jest znacznie słabsze od utworów ze strony A. Odstają od nich także pod względem stylistycznym - są bardzo konwencjonalne, w przeciwieństwie do eksperymentalnych i prekursorskich nagrań dokonanych po dołączeniu Jeffa Becka. Szkoda więc, że nie poczekano z premierą tego albumu aż zespół zarejestruje więcej utworów (niedługo później powstał przecież przebój "Shapes of Things" i kilka innych niealbumowych nagrań). Mimo wszystko, jest to bardzo interesujące wydawnictwo. Strona A to obowiązkowa "lektura" dla wszystkich wielbicieli hard rocka - to przecież korzenie tej muzyki. Natomiast strona B, choć niezbyt pasująca do poprzedniej, stanowi całkiem przyjemny dodatek.

Ocena: 8/10



The Yardbirds - "Having a Rave Up with the Yardbirds" (1965)

1. You're a Better Man Than I; 2. Evil Hearted You; 3. I'm a Man; 4. Still I'm Sad; 5. Heart Full of Soul; 6. The Train Kept A-Rollin'; 7. Smokestack Lightning (live); 8. Respectable (live); 9. I'm a Man (live); 10. Here 'Tis (live)

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne, gitara; Jeff Beck - gitara (1-6); Eric Clapton - gitara (7-10); Chris Dreja - gitara; Paul Samwell-Smith - bass, dodatkowy wokal; Jim McCarty - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Giorgio Gomelsky - dodatkowy wokal (4); Ron Prentice - bass (5)
Producent: Giorgio Gomelsky i Paul Samwell-Smith


[Recenzja] Pink Floyd - "1965: Their First Recordings" EP (2015)



Bez żadnych wcześniejszych zapowiedzi, w ostatni piątek do sklepów trafiło nowe wydawnictwo grupy Pink Floyd, limitowane do zaledwie 1300 sztuk (z czego trzysta przeznaczono do dystrybucji w Wielkiej Brytanii, a tysiąc w innych europejskich krajach). "1965: Their First Recordings" to dwie siedmiocalowe płyty winylowe, zawierające w sumie sześć utworów, nigdy wcześniej niepublikowanych. To prawdziwa gratka dla fanów, szkoda jednak, że tylko naprawdę nieliczni mogą stać się posiadaczami tego wydawnictwa. Co prawda, zespół już zapowiedział, że pod koniec następnego roku wszystkie zawarte tutaj utwory staną się łatwiej dostępne (także w fizycznej formie), jednak to przecież szmat czasu. Póki co, pozostaje tylko pocieszanie się cyfrową kopią z nieoficjalnych źródeł.

Materiał zawarty na "1965: Their First Recordings" powstał dokładnie 50 lat temu, podczas pierwszej sesji nagraniowej grupy (wówczas noszącej jeszcze nazwę The Tea Set i występującej w pięcioosobowym składzie, z gitarzystą Rado Klosem, który odszedł niedługo po tej sesji). Stylistycznie jest to zupełnie inna muzyka od tej, jaką zespół wykonywał później - nawet od tej z debiutanckiego albumu, "The Piper at the Gates of Dawn" z 1967 roku. Co w sumie nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że rock psychodeliczny "dotarł" do Wielkiej Brytanii dopiero kilka, a może nawet kilkanaście miesięcy później. Nie powinno też dziwić, że grupie w tamtym czasie najbliżej było do rhythm 'n' bluesa - wówczas tylko Beatlesi cieszyli się większą popularnością, niż muzyka tego typu. Dowodem ówczesnych inspiracjach członków zespołu jest fakt nagrania przez nich własnej wersji "I'm a King Bee" z repertuaru Slima Harpo. Nie odbiegli daleko od oryginału, przestawiając go w stricte bluesowej wersji, z harmonijką. Główna różnica to dłuższe i bardziej uwypuklone w miksie gitarowe solówki.

Pozostałe utwory to autorskie kompozycje członków grupy - cztery Syda Barretta i jedna Rogera Watersa. Zacznę od tej ostatniej, bo "Walk with Me Sydney" to wyjątkowy utwór w repertuarze zespołu, wyróżniający się... damsko-męskim duetem wokalnym. Barrett śpiewa tutaj razem z niejaką Juliette Gale (późniejszą żoną Ricka Wrighta). Pod względem muzycznym jest to natomiast prosta, rhythm 'n' bluesowa piosenka, o nieco popowej melodii. Znalazło się w niej miejsce dla klawiszowej solówki - to jeden z nielicznych fragmentów wydawnictwa, w których Wright wyraźnie zaznacza swoją obecność. Co ciekawe, przez wiele lat sądzono, że utwór ten w ogóle nie został zarejestrowany - dopiero podczas podczas pracy nad kampanią "Why Pink Floyd...?" (seria reedycji, wydawanych w latach 2011-12) odnaleziono obecne tu demo. Z kawałków Barretta najlepsze wrażenie robi dynamiczny, przebojowy "Lucy Leave", oparty na mocnym rytmie i ozdobiony nieco orientalizującą solówką. "Double O Bo" w zamyśle - co sugeruje tytuł - miał brzmieć jak połączenie stylu Bo Diddleya z muzyką z filmów o agencie 007, Jamesie Bondzie. Szczerze mówiąc, słyszę tylko wpływ tego pierwszego. Kolejny utwór, "Remember Me", wypada nieco chaotycznie, zwłaszcza przez bełkotliwą partię wokalną. Jednak w tle całkiem przyjemnie pobrzmiewają klawisze Wrighta. Wolniejszy, melodyjny "Butterfly" to z kolei utwór najbliższy późniejszym dokonaniom Pink Floyd z Barrettem. Jakby zapowiedź takich utworów, jak "Arnold Layne" czy "See Emily Play", jednak mocniej osadzona w rhythm 'n' bluesowym brzmieniu.

"1965: Their First Recordings" można oceniać na dwa sposoby. Z jednej strony wydawnictwo ma ogromną wartość historyczną - po 50 latach w końcu wydano najstarsze dokonania jednego z najsłynniejszych zespołów rockowych. Dzięki niemu w końcu można dowiedzieć się, jak muzycy grali na samym początku swojej kariery. Żaden fan Pink Floyd (szczególnie wielbiciele okresu z Barrettem) nie przejdzie obok tego faktu obojętnie. Z drugiej strony, jeśli oceniać te nagrania wyłącznie pod względem artystycznym - większych emocji raczej nie wzbudzają. To poprawne granie rhythm 'n' bluesowe, momentami słychać tutaj nawet trochę indywidualności, ale tak naprawdę niewyróżniające się szczególnie na tle dokonań innych ówczesnych wykonawców. Przyjemnie się tego słucha, ale z pewnością nie jest to muzyka, na którą warto wydać kilkaset złotych (najtańszy egzemplarz, jaki widziałem na eBayu, kosztuje 400 złotych z wysyłką; są też egzemplarze za ponad półtora tysiąca). Posłuchać jednak trzeba koniecznie.

Ocena: 7/10



Pink Floyd - "1965: Their First Recordings" EP (2015)

EP1: 1. Lucy Leave; 2. Double O Bo; 3. Remember Me
EP2: 1. Walk with Me Sydney; 2. Butterfly; 3. I'm a King Bee

Skład: Syd Barrett - wokal i gitara; Rado Klose - gitara; Roger Waters - bass, dodatkowy wokal; Nick Mason - perkusja i instr. perkusyjne; Rick Wright - instr. klawiszowe
Gościnnie: Juliette Gale - wokal (EP2: 1)
Producent: Andy Jackson


30 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Sticky Fingers" (1971)



"Sticky Fingers" to prawdopodobnie najbardziej popularny album Stonesów. Jego recenzje dzielą się na ultra-hiper-ekstra-entuzjastyczne, oraz na... takie, których nie znalazłem. Poważnie, nie widziałem ani jednej recenzji, która nie składałaby się z samych zachwytów. Czy jednak ten cały entuzjazm jest zasłużony? W wypromowaniu longplaya z pewnością pomogły dwa świetne single, "Brown Sugar" i "Wild Horses", oraz kontrowersyjna okładka, zaprojektowana przez Andy'ego Warhola (z prawdziwym zamkiem w pierwszym wydaniu). Ale longplay ma do zaoferowania znacznie więcej. Bo choć bezkrytyczne opinie na jego temat są według mnie jednak odrobinę przesadzone (nie wszystkie utwory trzymają równy poziom), to muszę przyznać, że to naprawdę mocna rzecz. Pozostawiająca w tyle nawet bardzo udany poprzedni album, "Let It Bleed".

Okładka wydania hiszpańskiego.
Trzeba jednak pamiętać, że zespół miał tym razem znacznie więcej czasu, niż kiedykolwiek wcześniej, aby dopracować każdy szczegół. Nagrywając po raz pierwszy dla własnej wytwórni, muzycy nie byli ograniczeni żadnymi terminami. W rezultacie sesje nagraniowe odbywały się na przestrzeni ponad roku. Pierwsze nagranie, "Brown Sugar", powstało już na samym początku grudnia 1969 roku, a ostatnia sesja zakończyła się w styczniu 1971 roku. Warto w tym miejscu wspomnieć o niesławnym występie grupy na Altamont Free Concert, 6 grudnia '69, gdyż miał on prawdopodobnie decydujący wpływ na ostateczny kształt albumu. To właśnie w jego trakcie, wynajęty do ochrony gang motocyklowy Hell's Angels zabił czarnoskórego uczestnika koncertu, który jednak sam wcześniej wyciągnął broń. Członkowie gangu zaczęli zachowywać się agresywnie już wcześniej, gdy zespół wykonywał utwór "Sympathy for the Devil" - fakty te zostały szybko powiązane i wkrótce potem nasiliły się oskarżenia o związki zespołu z satanizmem. Wówczas muzycy postanowili całkiem zerwać z "piekielną" otoczką, która od pewnego czasu im towarzyszyła. Począwszy od albumu "Sticky Fingers" teksty zespołu można streścić hasłem "sex, drugs & rock'n'roll". Przy czym w przypadku tego albumu, zdecydowanie najwięcej mowy o narkotykach.

Ale to nie warstwa tekstowa wpływa na jakość longplaya. Muzyka broni się sama. Już na otwarcie pojawia się cios w postaci jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów Stonesów, czyli wspomnianego już dwukrotnie "Brown Sugar". Zadziornego, bardzo dynamicznego kawałka, z charakterystycznym gitarowym riffem (wyjątkowo wymyślonym nie przez Richardsa, a Jaggera) i ostrymi solówkami Bobby'ego Keysa na saksofonie. "Sway" to dla odmiany wolniejszy utwór, w którym zgrzytliwe gitary przeplatają się z ładnym motywem pianina, a w tle pobrzmiewa orkiestracja. Można tu także podziwiać gitarowy kunszt Micka Taylora, który ozdobił utwór długą solówką graną techniką slide. A tuż potem rozbrzmiewa prześliczny "Wild Horses", z misterną konstrukcją gitar akustycznych (w tym 12-strunowych), czarującymi solówkami - tym razem w wykonaniu Richardsa, oraz świetnymi wejściami perkusji (niemal tak rewelacyjnymi, jak w wydanym w tym samym roku "Stairway to Heaven" Zeppelinów). Następujący tuż potem "Can't You Hear Me Knocking" to wręcz zwrot o 180 stopni - zgiełkliwy, nieco toporny utwór. Ale tylko przez pierwsze dwie minuty i czterdzieści sekund - później utwór niespodziewanie zmienia się w improwizowany, niemal jazzrockowy jam, z etnicznymi perkusjonaliami, oraz solówkami na saksofonie i gitarze, w tle zaś pobrzmiewają organy (na których zagrał Billy Preston, znany chociażby ze współpracy z The Beatles). Chyba nikt nie spodziewałby się takiego utworu po tym zespole.

Tuż potem następuje jednak utwór, który moim zdaniem ewidentnie odstaje od reszty albumu, zarówno pod względem stylistycznym, jak i poziomu. "You Gotta Move" to przeróbka gospelowej pieśni z lat 40., w wersji Stonesów oparta na country-bluesowej aranżacji Freda McDowella, której surowe, ascetyczne brzmienie (tylko wokal, gitary - ale bez basowej - i bardzo oszczędna perkusja), w połączeniu z monotonią, działa na mnie odpychająco. Na tle dopracowanej reszty albumu wypada bardzo słabo. Wysoki poziom na szczęście wraca w otwierającym drugą stronę winylowego wydania "Bitch" - kolejnym zadziornym i dynamicznym kawałku, ze świetnym gitarowym riffem i saksofonowymi solówkami. Reszta albumu jest już bardziej stonowana. "I Got the Blues" to przejmująca ballada, o - zgodnie z tytułem - bluesowym odcieniu. Wspaniale wypadają tutaj saksofonowe wejścia Keya, oraz organowe solo Prestona. A jeszcze bardziej przejmująca jest częściowo akustyczna "Sister Morphine". Utwór napisany przez Jaggera i Richardsa wspólnie z Marianne Faithfull, która zresztą także nagrała swoją wersję (z udziałem ponad połowy Stonesów, z wyjątkiem Billa Wymana i - nie grającego także w ich wersji - Taylora) i wydała ją już na początku 1969 roku. Pod względem tekstowym jest to szczere wyznanie narkomana, świetnie zinterpretowane wokalnie przez Jaggera, któremu towarzyszy intrygująca muzyka (z niesamowitym popisem Ry Coodera, który zagrał tutaj gościnnie na gitarze). Co ciekawe, kompozytorski wkład Faithfull był przez wiele lat był nieuwzględniany w opisie albumu - zmieniło się do dopiero w latach 90. po wygraniu sądowej batalii przez byłą kochankę Jaggera.

"Dead Flowers" to dla odmiany kompozycja o bardzo pogodnym charakterze. Niestety, jest to także drugi utwór z tego albumu, który niespecjalnie mnie przekonuje. O ile jednak w przypadku "You Gotta Move" mam wyłącznie negatywne odczucia, tak tutaj są one bardziej mieszane. Bo w sumie jest to całkiem przyjemny, melodyjny kawałek. A jednak odpychający swoją banalnością i aranżacją w stylu country, którego nie znoszę. Na zakończenie albumu czeka jednak kolejna świetna ballada, "Moonlight Mile". Wyróżniająca się naprawdę niezwykłym klimatem - z jednej strony słychać w niej wyraźną inspirację muzyką z dalekiego wschodu, a z drugiej przygniata (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) słuchacza niemal orkiestrowym rozmachem. Przede wszystkim zachwyca jednak wspaniałą melodią, która spokojnie może konkurować z "Wild Horses", "I Got the Blues" i "Sister Morphine". Sam nie mogę się zdecydować, który z tych utworów wywołuje u mnie największe emocje. Wszystkie są fantastyczne. Aż trudno uwierzyć, że cztery tego typu kompozycje znalazły się na jednym albumie. To przede wszystkim one decydują o wielkości "Sticky Fingers". Jednak gdyby wypełniały go tylko kompozycje tego typu - pewnie w pewnym momencie zaczęłyby nudzić. Na szczęście reszta utworów jest bardzo zróżnicowana i chociaż nie wszystkie z nich zachwycają, to w w większości trzymają mocny poziom.

Ocena: 9/10

PS. W sierpniu tego roku "Sticky Fingers" został wznowiony w licznych formatach, zawierających wiele bonusowych nagrań, w tym alternatywne wersje "Brown Sugar" (z gitarową solówką Erica Claptona), "Wild Horses" (akustyczna), "Can't You Hear Me Knocking" (bez części jamowej), "Bitch" i "Dead Flowers", a także pięć utworów w wersjach koncertowych zarejestrowanych w 1971 roku w londyńskim Roundhouse ("Live with Me", "Stray Cat Blues", "Love in Vain", 11-minutowe wykonanie "Midnight Rambler", oraz "Honky Tonk Woman"). Dostępne są trzy wydania winylowe: jednopłytowe bez bonusów i z oryginalną okładką (bez zamka), dwupłytowe z wspomnianymi wyżej bonusami (oprócz "Midnight Rambler") i oryginalną okładką (z zamkiem), oraz dwupłytowe z tymi samymi bonusami i hiszpańską wersją okładki. Z wydań cyfrowych najbardziej obszerne zawiera aż trzy płyty CD (jedną z oryginalnym albumem, drugą z wymienionymi wyżej bonusami, oraz trzecią z kompletnym zapisem występu na Uniwersytecie w Leeds, także z 1971 roku), płytę DVD (z rejestracją utworów "Midnight Rambler" i "Bitch" z londyńskiego Marquee Club - ponownie 1971 rok), oraz winylowy singiel z utworami "Brown Sugar" i "Wild Horses".



The Rolling Stones - "Sticky Fingers" (1971)

1. Brown Sugar; 2. Sway; 3. Wild Horses; 4. Can't You Hear Me Knocking; 5. You Gotta Move; 6. Bitch; 7. I Got the Blues; 8. Sister Morphine; 9. Dead Flowers; 10. Moonlight Mile

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara (2,9,10), instr. perkusyjne (1); Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara (1-7,9,10); Bill Wyman - bass, pianino (5); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (1,9); Bobby Keys - saksofon (1,4,6,7); Nicky Hopkins - pianino (2,4); Paul Buckmaster - aranżacja instr. smyczkowych (2,10); Jim Dickinson - pianino (3); Billy Preston - organy (4,7); Rocky Dijon - kongi (4); Jimmy Miller - instr. perkusyjne (4); Jim Price - trąbka (6,7), pianino (10); Ry Cooder - gitara (8); Jack Nitzsche - pianino (8)
Producent: Jimmy Miller


28 listopada 2015

[Recenzja] The Yardbirds - "For Your Love" (1965)



W Europie The Yardbirds zadebiutowali koncertówką, a w Stanach kompilacją... Którą można jednak potraktować jako regularny album, gdyż żaden utwór nie był wcześniej wydany na płycie długogrającej, ani nie został później powtórzony na żadnym albumie. "For Your Love" wydano z okazji sukcesu tak samo zatytułowanego singla, a także z powodu zbliżającej się pierwszej amerykańskiej trasy grupy. Na repertuar złożyły się utwory z trzech pierwszych singli zespołu ("I Wish You Would", "Good Morning Little Schoolgirl", "For Your Love"), ich strony B ("A Certain Girl", "I Ain't Got You", "Got to Hurry"), oraz niewydane wcześniej kompozycje, w tym trzy utwory zarejestrowane już z nowym gitarzystą, Jeffem Beckiem, który w marcu 1965 roku zajął miejsce Erica Claptona ("I'm Not Talking", "I Ain't Done Wrong", "My Girl Sloopy" - w Europie wydane kilka miesięcy później, na EPce "Five Yardbirds").

Do najciekawszych fragmentów longplaya z pewnością należy tytułowy "For Your Love". Utwór został napisany przez Grahama Gouldmana (późniejszego muzyka 10cc) dla jego ówczesnej grupy, Mockingbirds, jednak nie spodobał się wydawcy. Potencjał kompozycji dostrzegł jednak menadżer Gouldmana, który postanowił zaproponować ją Beatlesom - wcześniej jednak zainteresowali się nią muzycy The Yardbirds. Nagranie stało się punktem zwrotnym w ich karierze - z jednej strony przyniosło im pierwszy przebój (3. miejsce na UK Singles Chart, 6. w Stanach), z drugiej natomiast doprowadziło do odejścia Erica Claptona. Gitarzysta w tamtym czasie był zainteresowany wyłącznie wykonywaniem bluesa i rhythm 'n' bluesa, tymczasem "For Your Love" był komercyjnym nagraniem pop rockowym. Clapton odszedł w dzień premiery singla. Sama kompozycja wyróżnia się bardzo chwytliwą melodią, a także nietypowymi jak na tamte czasy zmianami tempa i nastroju - wolne zwrotki, wzbogacone brzmieniem klawesynu i bongosów, kontrastują z rock and rollowym przyśpieszeniem w refrenach. I co więcej, nie była wcale najbardziej popowym utworem, jaki nagrał w tamtym czasie zespół - o wiele bardziej komercyjnym nagraniem jest, także obecny na tym albumie, "Sweet Music" z gościnnym udziałem Manfreda Manna. Jednak pozostałe utwory nagrane w oryginalnym składzie rzeczywiście bliższe są tradycyjnego bluesa, a większość z nich ozdabiają świetne gitarowe solówki Claptona ("I Ain't Got You", "A Certain Girl", "Good Morning Little Schoolgirl" i - przede wszystkim - instrumentalny "Got tu Hurry").

Z utworów nagranych już po zmianie składu, prawdziwą perłą jest "I'm Not Talking" (oryginalnie wykonywany przez Mose'a Allisona), wyprzedzający swój czas o dobre dwa lata - ostre brzmienie gitary Becka, grającego blues rockowe riffy i solówki, podparte mocną sekcją rytmiczną, to przecież prototyp stylu Cream, The Jimi Hendrix Experience i podobnych im grup. W 1965 roku nikt tak jeszcze nie grał. Fakt, rok wcześniej pojawiło się "You Really Got Me" The Kinks, jednak to typowa dla tamtych czasów pop rockowa piosenka, tyle że z bardziej wyrazistym riffem i ostrzejszym brzmieniem gitary, ale z dość delikatnym śpiewem i grą sekcji rytmicznej. Z kolei w wydanym pod koniec 1965 roku utworze "My Generation" The Who jest już mocniejsza gra sekcji rytmicznej i bardziej zadziorną partia wokalna, ale z kolei brzmienie gitary pod względem ostrości nie może równać się z kawałkiem The Yardbirds. Wychodzi więc na to, że to właśnie "I'm Not Talking" było pierwszym w pełni hard rockowym utworem. Sporo gitarowego czadu pojawia się także w "I Ain't Done Wrong" - pierwszym utworze The Yardbirds nie będącym coverem ani kawałkiem napisanym dla grupy przez kogoś spoza składu; jego autorem jest wokalista grupy, Keith Relf. Ewidentnie słabiej wypada trzeci z utworów drugiego składu - rozwleczony "My Girl Sloopy", oparty na riffie podkradzionym z "Twist and Shout" (znanym przede wszystkim z wersji The Beatles) i bardziej archaiczny brzmieniowo.

Chociaż "For Your Love" składa się z utworów nagranych podczas kilku różnych sesji, odbywających się na przestrzeni ponad roku (od marca '64 do kwietnia '65), a nawet w różnych składach, całość brzmi dość spójnie i słucha się jej bardzo przyjemnie. Pozycja warta poznania, zwłaszcza jeśli kogoś interesują początki "białego" bluesa oraz korzenie muzyki hard rockowej.

Ocena: 7/10



The Yardbirds - "For Your Love" (1965)

1. For Your Love; 2. I'm Not Talking; 3. Putty (in Your Hands); 4. I Ain't Got You; 5. Got to Hurry; 6. I Ain't Done Wrong; 7. I Wish You Would; 8. A Certain Girl; 9. Sweet Music; 10. Good Morning Little Schoolgirl; 11. My Girl Sloopy

Skład: Keith Relf - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Eric Clapton - gitara (1,3-5,7-10); Jeff Beck - gitara (2,6,11); Chris Dreja - gitara; Paul Samwell-Smith - bass, dodatkowy wokal; Jim McCarty - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Brian Auger - klawesyn (1); Denny Pierce - bongosy (1); Ron Prentice - kontrabas (1); Giorgio Gomelsky - dodatkowy wokal (8); Manfred Mann - instr. klawiszowe i dodatkowy wokal (9); Tom McGuinness - gitara (9); Mike Vickers - gitara (9); Paul Jones - dodatkowy wokal (9)
Producent: Giorgio Gomelsky; Manfred Mann (9)


27 listopada 2015

[Recenzja] Howlin' Wolf - "The London Sessions" (1971)



Howlin' Wolf, a właściwie Chester Arthur Burnett, to jeden z najbardziej inspirujących bluesmanów. Także dla muzyków rockowych. To właśnie on jako pierwszy wykonywał takie utwory, jak np. "Smokestack Lightning", "How Many More Years", "Killing Floor", "No Place to Go", "The Red Rooster", "Spoonful", "I Ain't Superstitious" i "Back Door Man" (trzy ostatnie napisał dla niego inny słynny bluesman, Willie Dixon). Kompozycje te były później wielokrotnie coverowane przez licznych wykonawców, takich jak np. The Rolling Stones, The Yardbirds, The Animals, Cream, Jimi Hendrix, The Doors, Fleetwood Mac, The Jeff Beck Group, Led Zeppelin, a nawet Soundgarden i Megadeth.

Howlin' Wolf zaczynał karierę na początku lat 50., a więc jeszcze w czasach przedalbumowych. Dopiero pod koniec dekady chicagowski bluesman dorobił się pierwszego "długograja" - kompilacji "Moanin' in the Moonlight", zawierającej kilkanaście utworów z wydanych w latach 1951-58 singli. W późniejszych latach dorobił się jednak także kilku albumów sensu stricto, jak "Sings the Blues" (1962), "The Howlin' Wolf Album" (1969) i "Message to the Young" (1971). Te dwa ostatnie były zresztą odejściem od czystego bluesa - na fali popularności blues rocka (czyli "białego" bluesa), wytwórnia Chess Records przekonała Wolfa (i innych podległych im czarnoskórych bluesmanów) do zmodernizowania swojej muzyki, poprzez wzbogacenie jej o rockową energię i ostre gitarowe solówki. Jeszcze bardziej radykalnym krokiem w tę stronę jest "The London Album", będący dosłownym spotkaniem dwóch muzycznych światów - "czarnego" i "białego" bluesa.

Pomysł na jego nagranie narodził się pod koniec lat 60., podczas jednej z amerykańskich tras grupy Cream. Po jednym z koncertów, Eric Clapton spotkał niejakiego Normana Dayrona, pracownika Chess Records, który spontanicznie zaproponował mu nagranie albumu z Howlin' Wolfem. Dla każdego wielbiciela bluesa, a Clapton niewątpliwie się do nich zaliczał, byłaby to propozycja nie do odrzucenia. Postanowiono, że sesja nagraniowa odbędzie się w Londynie. Zasługą Erica było zaangażowanie sekcji rytmicznej The Rolling Stones, Billa Wymana i Charliego Wattsa. On także uparł się, aby na nagrania przyleciał Hubert Sumlin, gitarzysta od lat współpracujący z Wolfem (przedstawiciele Chess Records byli temu niechętni, ze względu na koszty). W nagraniach wziął udział także współpracownik Stonesów, pianista Ian Stewart, oraz grający na harmonijce Jeffrey Carp. A ponieważ podczas jednego dnia sesji nie mogli być obecni Wyman i Watts, zastąpili ich wówczas Ringo Starr i Klaus Voormann (basista grający na wielu solowych albumach Starra, Johna Lennona i George'a Harrisona). Po zarejestrowaniu, materiał został wysłany do Stanów, gdzie dograno dodatkowe partie instrumentalne - nie tylko amerykańskich muzyków, ale również Steve'a Winwooda, który właśnie koncertował po tamtej stronie Atlantyku ze swoją grupą Traffic.

Repertuar "The London Sessions" to klasyczne utwory Howlin' Wolfa (choć w niewielkim stopniu pokrywające się z wymienionymi na początku), wzbogacone kilkoma coverami równie klasycznych bluesów (jak "Built for Comfort" Dixona, czy "Sittin' on Top of the World" Mississippi Sheiks). Oczywiście zaprezentowane w wersjach odbiegających od stricte bluesowych pierwowzorów. Utwory zostały uwspółcześnione i "urockowione", poprzez takie zabiegi, jak bardziej dynamiczna gra sekcji rytmicznej, mniejsza rola instrumentów klawiszowych (raczej używanych jako "ozdobniki") oraz, przede wszystkim, zwiększenie roli gitary, która przestała być częścią akompaniamentu - wysunięto ją na pierwszy plan, na równi z wokalem Wolfa. Jej ostre brzmienie nie odbiega od ówczesnych standardów hardrockowych, chociaż np. taki "Sittin' on Top of the World" pod względem ciężaru oczywiście ustępuje wersji Cream. Jeszcze więcej rockowego czadu pojawia się w takich utworach, jak "Rockin' Daddy", "I Ain't Superstitious" (wzbogaconym zadziornymi partiami dęciaków), "What a Woman!", "Do the Do" czy "Highway 49". Nawet w utworach bliższych tradycyjnego bluesa ("Worried About My Baby", "Built for Comfort", "The Red Rooster", "Wang-Dang-Doodle"), nie brakuje energetycznych, bluesrockowych solówek Claptona. Jednak nie tylko on tutaj błyszczy, bo taki "Who's Been Talking?" to przede wszystkim popis Winwooda, który ozdobił utwór świetnymi solówkami na organach. Osobną kwestię stanowi warstwa wokalna. Wolf nie próbuje naśladować rockowych wokalistów (co zresztą byłoby niemożliwe przy jego warunkach głosowych), tylko śpiewa swoim charakterystycznym, zachrypniętym głosem w typowo bluesowy sposób.

"The London Sessions" to udany pomost pomiędzy "czarnym" i "białym" bluesem. Idealnie nadaje się jako album, od którego wielbiciele blues rocka mogą zacząć poznawanie "prawdziwego" bluesa (w następnej kolejności proponuję sięgnąć po "The Howlin' Wolf Album",  "Message to the Young", a potem już po stricte-bluesową twórczość Wolfa; chociaż wcześniej warto poznać też "The London Sessions" Muddy'ego Watersa, który niedługo również zrecenzuję). Longplay sprawdza się jednak nie tylko w celach edukacyjnych - zawarta na nim muzyka broni się sama.

Ocena: 8/10



Howlin' Wolf - "The London Sessions" (1971)

1. Rockin' Daddy; 2. I Ain't Superstitious; 3. Sittin' on Top of the World; 4. Worried About My Baby; 5. What a Woman!; 6. Poor Boy; 7. Built for Comfort; 8. Who's Been Talking?; 9. The Red Rooster (Rehearsal); 10. The Red Rooster; 11. Do the Do; 12. Highway 49; 13. Wang-Dang-Doodle

Skład: Howlin' Wolf - wokal, harmonijka (4,8); Eric Clapton - gitara; Hubert Sumlin - gitara;  Bill Wyman - bass (3-13), instr. perkusyjne (2,8,11); Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne (1,3-13)
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (1,7,11,13); Phil Upchurch - bass (1); Steve Winwood - instr. klawiszowe (2,5,6,8,12); Klaus Voormann - bass (2); Ringo Starr - perkusja (2); Jordan Sandke - trąbka (2,7); Dennis Lansing - saksofon (2,7); Joe Miller - saksofon (2,7); Lafayette Leake - pianino (3,4,9,10); Jeffrey Carp - harmonijka (3,5,6,12,13); John Simon - pianino (8)
Producent: Norman Dayron


23 listopada 2015

[Recenzja] The Rolling Stones - "Get Yer Ya-Ya's Out!" (1970)



Druga koncertówka Stonesów została zarejestrowana tuż przed premierą albumu "Let It Bleed". Głównie podczas występów w Nowym Jorku w dniach 27 i 28 listopada 1969 roku (jedynie utwór "Love in Vain" pochodzi z występu w Baltimore, z 26 listopada). Materiał opublikowano prawie rok później, w międzyczasie dokonując licznych studyjnych dogrywek i poprawek. Podobno aż w połowie utworów oryginalne partie wokalne Micka Jaggera zastąpiono studyjnymi wykonaniami, a w co najmniej trzech Keith Richards podmienił swoje gitarowe partie. Zawsze jednak powtarzam, że lepiej poprawić niedoskonałości, niż wydać stuprocentowo zgodny z rzeczywistością zapis, którego nie da się słuchać. "Get Yer Ya-Ya's Out!" stracił może na autentyczności, ale za to jak świetnie się go słucha! Na repertuar składają się przede wszystkim najświeższe wówczas dokonania zespołu, z albumów "Beggars Banquet" i "Let It Bleed", oraz niealbumowych singli z tego okresu ("Jumpin' Jack Flash", "Honky Tonk Women"), uzupełnione dwoma przeróbkami Chucka Berry'ego ("Carol" i "Little Queenie"). Trochę szkoda, że zabrakło miejsca dla wykonanych podczas tamtych występów utworów "Under My Thumb" i "Satisfaction", oraz granego podczas innych koncertów tamtej trasy "Gimme Shelter". Wszelkie braki wynagradzają jednak świetne wykonania obecnych kawałków.

Już na otwarcie rozbrzmiewa niesamowicie żywiołowe wykonanie "Jumpin' Jack Flash", a tuż po nim równie energetyczne wykonania "Carol" (z wersją z debiutu Stonesów nie warto nawet porównywać) i "Stray Cat Blues" (z początku nieco wygładzonego, ale potem stopniowo nabierającego ciężaru). Chwilę uspokojenia przynosi "Love in Vain", który tutaj wypada jeszcze piękniej, niż w wersji studyjnej. A potem następuje gwóźdź programu - rozbudowane do dziewięciu minut wykonanie "Midnight Rambler". Ale akurat ten utwór już w wersji oryginalnej miał dość rozimprowizowany charakter. Szkoda, że z pozostałymi utworami zespół nie pokombinował bardziej. Owszem, mają więcej energii od studyjnych pierwowzorów, ale poza tym szczególnie od nich nie odbiegają. Może jeszcze z wyjątkiem "Sympathy for the Devil", który został pozbawiony charakterystycznych chórków,a rytm nabrał bardziej rockowego charakteru, przez co utwór stracił swój klimat i wypada bardziej konwencjonalnie. Jednak szczerze mówiąc, mnie taka żywiołowa wersja odpowiada bardziej. Dodatkowym smaczkiem są tutaj dwie świetne gitarowe solówki. W "Live with Me" zabrakło partii saksofonu, jest za to znacznie więcej czadu - to idealny kawałek do grania na żywo. Emocje na chwilę opadają w wolniejszym "Little Queenie", ale to tylko chwilowa cisza przed burzą. O ile jeszcze "Honky Tonk Woman" wypada tylko trochę mocniej od wersji studyjnej, tak finałowy "Street Fighting Man" nabrał tutaj takiej zadziorności i żywiołowości, że ciężko uwierzyć, że to ten sam utwór, co na "Beggars Banquet".

"Get Yer Ya-Ya's Out!" na tle innych koncertówek wydanych w tamtym czasie (np. "Band of Gypsys" Hendrixa, "Live at Leeds" The Who, czy "At Fillmore East" The Allman Brothers Band), zdominowanych przez długie instrumentalne improwizacje, wypada bardziej konwencjonalnie. Jednak za sprawą niesamowitej energii wypada niemal równie porywająco. Zdecydowanie warto posłuchać.

Ocena: 8/10



The Rolling Stones - "Get Yer Ya-Ya's Out! The Rolling Stones in Concert" (1970)

1. Jumpin' Jack Flash; 2. Carol; 3. Stray Cat Blues; 4. Love in Vain; 5. Midnight Rambler; 6. Sympathy for the Devil; 7. Live with Me; 8. Little Queenie; 9. Honky Tonk Women; 10. Street Fighting Man

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka (5); Keith Richards - gitara, dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara; Bill Wyman - bass; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Ian Stewart - pianino (2,8,9)
Producent: The Rolling Stones i Glyn Johns


21 listopada 2015

[Recenzja] Queen - "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" (2015)



Dziś mija równo czterdzieści lat od ukazania się przełomowego w dyskografii Queen albumu "A Night at the Opera". To właśnie na nim znalazł się utwór "Bohemian Rhapsody", który zapewnił zespołowi międzynarodową popularność. Z tej okazji do sklepów właśnie trafiło wydawnictwo zatytułowane "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" - zapis jednego z koncertów trasy promującej ten album, który odbył się w londyńskim Hammersmith Odeon, 24 grudnia 1975 roku. Niestety, nie jest to tak ekscytujący materiał, jak wydany rok temu "Live at the Rainbow '74" (zawierający wiele kompozycji wcześniej nieobecnych na oficjalnych albumach koncertowych). Przede wszystkim dlatego, że większość utworów to powtórka z tamtego wydawnictwa. Mimo całego roku dzielącego rejestracje tych występów i wydania w międzyczasie nowego albumu, zespół nieznacznie zmienił swoją setlistę. Muzycy zrezygnowali z kilku utworów, dodali natomiast "Bohemian Rhapsody" (grany w dwóch odsłonach, bez wstępu i części operowej) i "Brighton Rock". Akurat te dwa kawałki raczej nie zachęcają do kupna "A Night at the Odeon", gdyż były już wydane na innych koncertówkach (chociażby klasycznej "Live Killers").

Powstaje zatem pytanie, dlaczego wydano akurat zapis występu w Hammersmith Odeon, a nie jakiegoś innego koncertu trasy, na którym zespół grał także inne utwory z "A Night at the Opera" - chociażby "The Prophet's Song" i "Sweet Lady" (wciąż niewydane na żadnym oficjalnym albumie koncertowym). Nie wspominając już o tym, że na niektórych koncertach trasy wykonywana była kompozycja "Hangman" - wciąż nieopublikowana w żadnej wersji na żadnym oficjalnym wydawnictwie Queen. Może i nie jest to jakiś wybitny utwór, ale fanów grupy na pewno ucieszyłaby jego oficjalna premiera, w końcu z dobrym brzmieniem, a nie w bootlegowej jakości (o ile taka wersja istnieje). Kawałek był grany m.in. podczas występu Queen w Tokio, 1 maja 1975 roku - tego samego, którego fragment pełni rolę bonusu na wydaniu DVD "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975". Kompletnie bez sensu wybrano powtarzające się z londyńskim występem utwory "Now I'm Here", "Killer Queen" i " In the Lap of the Gods... Revisited", zamiast "Hangman" lub także wówczas granego "Doing All Right" (kolejnego utworu grupy niewydanego na żadnej oficjalnej koncertówce).

Oczywiście "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" słucha się wyśmienicie. Zespół dopiero co osiągnął szczyt ("Bohemian Rhapsody" własnie okupował czwarty tydzień z rzędu 1. miejsce UK Singles Chart, a "A Night at the Opera" królował na liście albumów) i muzycy dawali z siebie wszystko, by wypaść jak najlepiej. Repertuar też niczego sobie - dominują w nim utwory o ewidentnie hard rockowym charakterze (jak np. "Now I'm Here", "Ogre Battle", "Liar" czy - znacznie niestety skrócony - "Son and Daughter"), ale znalazło się też miejsce dla kilku uroczych ballad ("White Queen (As It Began)", "In the Lap of the Gods... Revisited"), a nawet na odrobinę bluesa (niealbumowy "See What a Fool I've Been") i rock'n'rolla ("Jailhouse Rock (Medley)"). Problem jedynie w tym, że zdecydowana większość tych utworów, w równie dobrych - jeśli nie lepszych - wykonaniach, była już wydana na "Live at the Rainbow '74". W rezultacie "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" to album głównie dla najbardziej oddanych fanów Queen. Ewentualnie dla tych, którzy chcieliby poznać najbardziej hard rockowe oblicze grupy, a jeszcze nie słyszeli poprzedniej koncertówki. Osobiście polecam im jednak bardziej "Live at the Rainbow '74" - może i nie ma na nim "Bohemian Rhapsody", są za to fantastyczne "Father to Son" i "Stone Cold Crazy".

Ocena: 7/10



Queen - "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975" (2015)

1. Now I'm Here; 2. Ogre Battle; 3. White Queen (As It Began); 4. Bohemian Rhapsody; 5. Killer Queen; 6. The March of the Black Queen; 7. Bohemian Rhapsody (Reprise); 8. Bring Back That Leroy Brown; 9. Brighton Rock; 10. Guitar solo; 11. Son and Daughter; 12. Keep Yourself Alive; 13. Liar; 14. In the Lap of the Gods... Revisited; 15. Big Spender; 16. Jailhouse Rock (Medley); 17. Seven Seas of Rhye; 18. See What a Fool I've Been; 19. God Save the Queen

Skład: Freddie Mercury - wokal i pianino; Brian May - gitara, dodatkowy wokal, ukulele (8); John Deacon - gitara basowa, dodatkowy wokal; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Justin Shirley-Smith, Josh Macrae i Kris Fredriksson