31 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Under Wraps" (1984)



W 1983 roku Ian Anderson w końcu zrealizował swój pomysł z wydaniem albumu solowego. Nagrany z pomocą Petera-Johna Vettese'a "Walk into Light" znacznie odbiega od twórczości Jethro Tull - to album niemal stricte elektroniczny, całkowicie zdominowany przez brzmienia syntezatorów i automatu perkusyjnego. Longplay sprzedawał się nieźle, ale i tak słabiej od albumów Jethro Tull. Być może właśnie to doprowadziło do największego błędu, jaki kiedykolwiek popełnił Anderson - kolejny album postanowił wydać pod szyldem zespołu, mimo że pod względem muzycznym był ewidentną kontynuacją "Walk into Light".

"Under Wraps" całkowicie zdominowany jest przez syntezatory, a co gorsze, w ówczesnym składzie zabrakło perkusisty, co rozwiązano użyciem automatu. Charakterystyczny dla grupy flet jest tu praktycznie nieobecny, a do roli dodatku zostały zredukowane także partie gitar i basu - co prawda obecne w każdym utworze, ale ich brzmienie i sposób w jaki na nich grają Barre i Pegg tylko podkreślają dyskotekowy charakter całości. Bo zawartość "Under Wraps" to typowe dla "ejtisowego" synthpopu granie: proste piosenki o tandetnym, syntetycznym brzmieniu, z łatwo wpadającymi w ucho melodiami - ale też łatwo z niego wypadającymi. Wszystkie zawarte tu utwory są do siebie bardzo podobne, praktycznie nie do rozróżnienia. Na tle całości wyróżnia się tylko akustyczny "Under Wraps #2" - utwór zupełnie niepasujący do reszty albumu, nawiązujący za to do wcześniejszej twórczości grupy. Ma swój urok, ale zespół nagrał wiele lepszych utworów w tym stylu.

Grupa Jethro Tull w ciągu swojej kariery grała i blues, i folk, i hard rock, i rock progresywny, słyszalne były też wpływy jazzu i muzyki dawnej, ale zawsze od razu było słychać jaki to zespół. "Under Wraps" jest natomiast jego pierwszym albumem, który w ogóle nie brzmi jak Jethro Tull. Podczepienie się pod ówczesne trendy opłaciło się jednak, gdyż "Under Wraps" sprzedawał się świetnie - przynajmniej w Wielkiej Brytanii, gdzie osiągnął najwyższą pozycję od czasu "Songs from the Wood". Pod względem artystycznym album jest jednak kompletną porażką. To po prostu najsłabsze i najbardziej tandetne "dzieło" Andersona i spółki.

Ocena: 1/10

PS. W wersji kasetowej i na kompaktowych reedycjach "Under Wraps" zawiera cztery dodatkowe utwory: "Astronomy", "Tundra",  "Automotive Engineering" i "General Crossing". Ten ostatni był pierwszym utworem Jethro Tull, który nigdy nie został wydany na płycie winylowej - pozostałe trzy można znaleźć na 12-calowej wersji singla "Lap of Luxury". Wszystkie te utwory są jednak równie nieciekawe, co podstawowa zawartość longplaya.



Jethro Tull - "Under Wraps" (1984)

LP: 1. Lap of Luxury; 2. Under Wraps #1; 3. European Legacy; 4. Later, That Same Evening; 5. Saboteur; 6. Radio Free Moscow; 7. Nobody's Car; 8. Heat; 9. Under Wraps #2; 10. Paparazzi; 11. Apogee

CD: 1. Lap of Luxury; 2. Under Wraps #1; 3. European Legacy; 4. Later, That Same Evening; 5. Saboteur; 6. Radio Free Moscow; 7. Astronomy; 8. Tundra; 9. Nobody's Car; 10. Heat; 11. Under Wraps #2; 12. Paparazzi; 13. Apogee; 14. Automotive Engineering; 15. General Crossing

Skład: Ian Anderson - wokal, syntezator, flet i gitara; Peter-John Vettese - instr. klawiszowe i perkusyjne; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - bass
Producent: Ian Anderson


30 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "The Broadsword and the Beast" (1982)



Na "The Broadsword and the Beast" Anderson i spółka kontynuują swoje eksperymenty z muzyką elektroniczną, które dominowały na poprzednim w dyskografii "A", ale tym razem chętniej nawiązują do swojej wcześniejszej twórczości (nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że ten album od początku miał być sygnowany przez Jethro Tull, podczas gdy poprzednik był nagrywany jako solowe dzieło Andersona). Tym samym longplay stanowi całkiem udany pomost pomiędzy albumami zespołu z lat 70., a tymi z kolejnej dekady.

Rezultat połączenia tych dwóch muzycznych światów słychać już w otwierającym całość "Beastie", łączącym nowoczesną (jak na 1982 rok) elektronikę z zadziornymi partiami gitar. Fuzja brzmień syntezatorów i "żywych" instrumentów ciekawiej wyszła jednak w "Clasp" i "Fallen on Hard Times", w których za sprawą wykorzystania fletu i mandoliny pojawia się charakterystyczny dla grupy folkowy klimat. Przy okazji oba wyróżniają się dobrymi melodiami. "Flying Colours" rozpoczyna się balladowym wstępem, opartym wyłącznie na akompaniamencie pianina, po chwili jednak nabiera dynamiki - hardrockowe partie gitar i wyrazista gra sekcji rytmicznej znów uzupełniane są elektroniką, jednak podobnie jak w poprzednich utworach nie odbiera na rockowego charakteru. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy ładna ballada "Slow Marching Band", w której w ogóle nie użyto syntezatorów.

"Broadsword" dla odmiany opiera się głównie na brzmieniach elektronicznych, chociaż nie brakuje tu mocnej perkusji i gitarowych wstawek. "Pussy Willow" to kolejna ballada, w której znów dominują "prawdziwe" instrumenty, z bezprogowym basem na czele i brzmieniem gitary Martina Barre'a, które kojarzy się z Dire Straits. "Watching Me, Watching You" to z kolei najbardziej kontrowersyjny fragment albumu, w którym na pierwszy plan wysuwa się bardzo eksperymentalna elektronika o tanecznym charakterze. W tym jednym utworze zespół posunął się odrobinę za daleko. Nawet na poprzednim albumie nie było tak koszmarnego kawałka. Na szczęście więcej takich wpadek tu nie ma. "Seal Driver" to jeszcze jedna udana ballada (mimo że bardziej syntezatorowa od dwóch poprzednich). Całość zamyka natomiast zgrabna folkowa miniaturka "Cheerio", czarująca szkockim klimatem.

O ile na poprzednim albumie było zdecydowanie za mało charakterystycznego dla grupy klimatu (a gdy już się pojawiał, to często sprawiał wrażenie wymuszonego), tak tutaj udało się wkomponować go w brzmienie lat 80. "The Broadsword and the Beast" to najbardziej udany album Jethro Tull z tej dekady, aczkolwiek daleko mu do największych dokonań grupy.

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "The Broadsword and the Beast" (1982)

1. Beastie; 2. Clasp; 3. Fallen on Hard Times; 4. Flying Colours; 5. Slow Marching Band; 6. Broadsword; 7. Pussy Willow; 8. Watching Me, Watching You; 9. Seal Driver; 10. Cheerio

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara i syntezator; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - bass i mandolina; Gerry Conway - perkusja i instr. perkusyjne; Peter Vettese - instr. klawiszowe
Producent: Paul Samwell-Smith


27 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "A" (1980)



Grupa Jethro Tull została rozwiązana pod koniec 1979 roku. Perkusista Barriemore Barlow postanowił wycofać się z muzycznego biznesu (od tamtego czasu pojawiał się tylko gościnnie na albumach różnych wykonawców, m.in. "The Principle of Moments" Roberta Planta, czy "Outrider" Jimmy'ego Page'a), klawiszowcy John Evan i David Palmer zajęli się innymi projektami, a Ian Anderson postanowił nagrać album solowy, przy pomocy dwóch pozostałych członków ostatniego składu Tull, Martina Barre'a i Dave'a Pegga. Do nagrań zaproszeni zostali także perkusista Mark Craney, oraz - w charakterze gościa - grający na klawiszach i elektrycznych skrzypcach Eddie Jobson (znany z takich grup, jak Curved Air, Roxy Music i UK). Niestety, przedstawiciele wytwórni uznali, że nazwisko Andersona jest za mało rozpoznawalne i postawili mu ultimatum: albo album ukaże się pod szyldem Jethro Tull, albo nie ukaże się wcale. Tym samym longplay został wcielony do dyskografii zespołu, mimo że muzycznie niewiele ma wspólnego z jego wcześniejszą twórczością.

"A" to album zdominowany przez brzmienia syntezatorów. Co prawda, pojawiały się one w twórczości zespołu już od jakiegoś czasu - po raz pierwszy i zarazem najbardziej słyszalny na "A Passion Play" - ale ich rola zawsze ograniczała się do ozdobników. Tutaj natomiast wysuwają się na pierwszy plan, przysłaniając sobą pozostałe instrumenty. Nic dziwnego, że album spotkał się z bardzo złym przyjęciem przez fanów Jethro Tull i właściwie do dziś wywołuje głównie negatywne emocje. Na tle poprzednich wydawnictw grupy, "A" rzeczywiście prezentuje się słabo. Kompozycje uległy uproszczeniom, często ocierają się o banał (szczególnie "Batteries Not Included" oparty na żenującym klawiszowym motywie). I nawet jeśli gdzieniegdzie, za sprawą charakterystycznych partii fletu Andersona, pojawia się trochę znanego z poprzednich albumów folkowego klimatu, to przeważnie tonie on pod warstwą syntetycznych brzmień (np. "Protect and Survive").

Jeśli jednak uda się zapomnieć na te czterdzieści minut o wcześniejszych dokonaniach Jethro Tull, można tutaj znaleźć kilka całkiem interesujących momentów. Nieźle wypada otwieracz albumu, oparty na świetnej, funkowej linii basu "Crossfire". Melodia też niczego sobie, może trochę zbyt prosta, ale za to zapadająca w pamieć. Jeszcze lepiej wypada "Fylingdale Flyer", z ostrzejszym brzmieniem, jeszcze bardziej chwytliwą melodią i jeszcze lepszą partią basu (momentami wywołującą skojarzenia z Rush, kiedy indziej bardziej funkową). Chwilowy spadek poziomu następuje podczas "Working John, Working Joe" - muzycy próbowali połączyć tutaj swoje klasyczne brzmienie z nowinkami technicznymi, wyszedł chaos. I jeden z najbardziej odpychających refrenów w ich dyskografii. "Black Sunday" z początku zniechęca kiczowatym klawiszowym wstępem, ale później zmierza w bardziej rockowe rejony i okazuje się najbardziej ambitnym fragmentem longplaya. Z drugiej strony winylowego wydania warto właściwie poznać tylko dwa ostatnie utwory: instrumentalny "The Pine Marten's Jig", w którym za sprawą fletu, skrzypiec i mandoliny udaje się wytworzyć stricte folkowy nastrój (szkoda tylko, że w środkowej części zepsuty nagłym zaostrzeniem), a także finałową balladę "And Further On".

Odbiór "A" byłby na pewno o wiele lepszy, gdyby album został jednak wydany pod nazwiskiem Andersona, zamiast szyldu Jethro Tull. Jednak nawet wówczas pozostawiałby mieszane odczucia, gdyż zawarty na nim materiał jest bardzo nierówny - dobre utwory przeplatają się z wypełniaczami i ewidentnymi niewypałami. Nawet przy bardziej rockowym brzmieniu byłby to album co najwyżej średni.

Ocena: 5/10



Jethro Tull - "A" (1980)

1. Crossfire; 2. Fylingdale Flyer; 3. Working John, Working Joe; 4. Black Sunday; 5. Protect and Survive; 6. Batteries Not Included; 7. Uniform; 8. 4.W.D. (Low Ratio); 9. The Pine Marten's Jig; 10. And Further On

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara i flet; Martin Barre - gitara; Dave Pegg - bass i mandolina; Mark Craney - perkusja
Gościnnie: Eddie Jobson - instr. klawiszowe i skrzypce; James Duncan - głos (6)
Producent: Ian Anderson i Robin Black


24 marca 2015

[Recenzja] John Mayall - "Back to the Roots" (1971)



"Back to the Roots" to wyjątkowy album w karierze Johna Mayalla. W nagraniach wspomogli go nie tylko muzycy, z którymi kilka miesięcy wcześniej nagrał "USA Union" (Harvey Mandel, Larry Taylor, "Sugarcane" Harris), ale także wielu dawnych współpracowników (Eric Clapton, Mick Taylor, Keef Hartley, John Almond, Steve Thompson), oraz zupełnie nowi instrumentaliści (gitarzysta Jerry McGee i perkusista Paul Lagos). Podczas sesji zarejestrowane zostało tyle materiału, że postanowiono wydać album dwupłytowy.

Tytuł albumu sugeruje powrót Johna Mayalla do jego muzycznych korzeni. I rzeczywiście, nie brakuje tutaj bluesa i blues rocka (np. "Prisons on the Road", "Accidental Suicide", "Home Again", "Mr. Censor Man", "Devil's Tricks"). Niektóre utwory brzmią jak odnalezione pozostałości po sesjach nagraniowych wczesnych albumów Bluesbreakers. Chociażby ballada "Marriage Madness", ozdobiona rewelacyjnymi solówkami Micka Taylora, której klimat nawiązuje do albumu "Crusade".Ale "Back to the Roots" to nie tylko blues. Mayall przypomina tu także o swojej fascynacji jazzem, której dał wyraz na albumach "Bare Wires" i "The Turning Point", czego przykładem takie utwory, jak "Groupie Girl" i "Television Eye". Są one przede wszystkim popisem Johna Almonda, grającego wspaniałe solówki na saksofonie. Muzyk błyszczy także w "Dream with Me", który ozdobił piękną partią fletu. Z kolei "Looking at Tomorrow" ma coś z klimatu "Fly Tomorrow" z "Blues from Laurej Canyon"; tym razem pole do popisu ma Eric Clapton, przypominający o swoim talencie, który w tamtym czasie powoli zaczynał trwonić. Warto wspomnieć także o ładnej, subtelnej balladzie "Goodbye December", oraz bardzo chwytliwych "My Children" i "Unanswered Questions", wzbogaconych nadającymi psychodeliczny klimat organami. Nie wszystkie utwory wypadają jednak tak dobrze. Zdarzają się też niestety słabsze fragmenty (np. monotonny "Home Again", albo dłużący się "Force of Nature"), a nawet jeden ewidentny wypełniacz (instrumentalny "Boogie Albert").

"Back to the Roots" cierpi na tą samą przypadłość, co większość dwupłytowych albumów - na nierówny poziom utworów. Zapewne gdyby dokonano selekcji materiału i wydano tylko jedną płytę z najlepszymi utworami, można by mówić o kolejnym wybitnym dziele Johna Mayalla. Z drugiej strony - udanych kompozycji jest  tutaj więcej, niż pomieściłaby jedna płyta winylowa, więc dokonanie właściwej selekcji byłoby trudne, a w efekcie pewnie nikt nie byłby do końca zadowolony. Najlepiej więc chyba potraktować "Back to the Roots" jako próbę podsumowania dotychczasowej kariery Mayalla. Album naprawdę dobrze się z tej roli wywiązuje, mimo że trafił na niego zupełnie premierowy materiał.

Ocena: 7/10



John Mayall - "Back to the Roots" (1971)

LP1: 1. Prisons on the Road; 2. My Children; 3. Accidental Suicide; 4. Groupie Girl; 5. Blue Fox; 6. Home Again; 7. Television Eye; 8. Marriage Madness; 9. Looking at Tomorrow
LP2: 1. Dream with Me; 2. Full Speed Ahead; 3. Mr. Censor Man; 4. Force of Nature; 5. Boogie Albert; 6. Goodbye December; 7. Unanswered Questions; 8. Devil's Tricks; 9. Travelling

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Harvey Mandel - gitara (LP1: 2-4,7, LP2: 1,4,6,7); Larry Taylor - gitara basowa; Don "Sugarcane" Harris - skrzypce (LP1: 1,3-5,9, LP2: 2,7-9)
Gościnnie: Eric Clapton - gitara (LP1: 1,3,6,9. LP2: 4,6); Mick Taylor - gitara (LP1: 3,8, LP2: 2-4,8); Jerry McGee - gitara (LP1: 5, LP2: 8); Steve Thompson - gitara basowa (LP2: 2); Keef Hartley - perkusja (LP1: 2,4,7,8, LP2: 1-3,6,7); Paul Lagos - perkusja (LP1: 1,5,9, LP2: 8,9); John Almond - saksofon i flet (LP1: 2,4,7,8, LP2: 1,3,9)
Producent: John Mayall


23 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Stormwatch" (1979)



Koncertowy album "Bursting Out" zakończył erę wielkich albumów Jethro Tull. Grupa już nigdy nie miała się wspiąć na wyżyny, a pierwszą oznaką spadku formy był album "Stormwatch" - ostatni nagrany przez klasyczne wcielenie zespołu. Tym razem nie była to niestety jednorazowa wpadka (jak wcześniej "War Child" i "Too Old to Rock 'n' Roll..."), a początek długiej drogi w dół. Być może na słabszy poziom tego materiału miała wpływ ówczesna sytuacja w zespole - basista John Glascock zdążył zagrać tylko w trzech utworach, po czym z przyczyn zdrowotnych (wrodzona wada serca w połączeniu ze zbyt rozrywkowym trybem życia) musiał się wycofać. Zmarł niedługo później, w listopadzie 1979 roku, mając zaledwie 28 lat (a to z kolei doprowadziło do kolejnych zmian składu - bliski przyjaciel Glascocka, Barriemore Barlow, odszedł z grupy zaraz po zakończeniu trasy promującej "Stormwatch"). Pozostałe partie basu na album zarejestrował sam Ian Anderson, a dopiero na trasę zatrudniono nowego basistę, a właściwie basistów - najpierw Tony'ego Williamsa, a po jego odejściu Dave'a Pegga (znanego z folkowego Fairport Convention).

"Stormwatch" uznawany jest za trzecią (i ostatnią) część tzw. "folkowej trylogii". Trochę na wyrost, chociaż w pewnym sensie stanowi kontynuację dwóch poprzednich albumów - podczas gdy teksty na "Songs from the Wood" dotyczyły czasów dawnych, a na "Heavy Horses" okresu rewolucji przemysłowej, tak teksty na "Stormwatch" dotyczą współczesności (co zresztą sugeruje już "cyfrowa" czcionka, której użyto na okładce). Tym samym współcześniejsza jest także sama muzyka - w większości utworów jednoznacznie rockowa, tylko gdzieniegdzie pobrzmiewająca folkiem. Szkoda, bo tym samym uleciał charakterystyczny klimat poprzednich wydawnictw. Na "Stormwatch" brzmienie jest do bólu konwencjonalnie. Chociaż album zaczyna się całkiem niezłe. "North Sea Oil" to naprawdę zgrabny, dynamiczny utwór rockowy, ciekawie wzbogacony fletem i gitarą akustyczną, ale wyróżniający się przede wszystkim zapadającą w pamieć melodią. "Orion" wyróżnia się jeszcze cięższym - mimo akustycznych fragmentów - hard rockowym brzmieniem; pod względem melodycznym jest nieco mniej atrakcyjny, ale ogólnie się broni. Zwłaszcza na tle kolejnych utworów.

Począwszy od "Home" następuje znaczny spadek poziomu. Wspomniany utwór to zdecydowanie zbyt przesłodzona, pełna patosu ballada. Chociaż z oszczędniejszą aranżacją mógłby to być naprawdę piękny utwór, z wspaniałą melodią. Natomiast absolutnie nic dobrego nie mogę napisać o najdłuższym na albumie, ponad dziewięciominutowym "Dark Ages", który sprawia wrażenie chaotycznie posklejanego z różnych fragmentów. Następujący po nim instrumentalny, lekko orientalizujący "Warm Sporran" sprawia tylko wrażenie przydługiego przerywnika. Trochę lepiej wypada "Something's on the Move", wyjątkowo ciężki utwór, brzmiący jak Deep Purple z fletem - a tym samym za mało w nim Jethro Tull. Trudno jednak byłoby postawić mu jako zarzut, że nie pasuje do reszty albumu, bo właściwie każdy zgromadzony tutaj utwór utrzymany jest w nieco innej stylistyce. Np. w "Old Ghosts" pojawiają się - w końcu! - folkowe akcenty. Jednak gdyby trafił na któryś z dwóch poprzednich albumów, byłby tam najsłabszym fragmentem.

Znacznie lepszym nawiązaniem do klimatu poprzednich albumów jest akustyczny "Dun Ringill". Zresztą od tego utworu poziom "Stormwatch" znacząco się podnosi. Bo tuż po nim rozbrzmiewa opus magnum albumu - "Flying Dutchman", zainspirowany marinistyczną legendą o Latającym Holendrze. To kolejna rozbudowana kompozycja, tym razem jednak logicznie się rozwijająca i oparta na wyrazistej melodii. W długich instrumentalnych fragmentach pojawia się natomiast nieco folkowego klimatu. Na zakończenie longplaya umieszczona została jeszcze urocza instrumentalna kompozycja "Elegy", napisana przez Davida Palmera (dla zmarłego ojca, a nie - jak sądzą niektórzy - dla Johna Glascocka, który zresztą akurat w tym nagraniu zdążył jeszcze wziąć udział). Naprawdę piękny finał.

Nie sposób zaliczyć "Stormwatch" do najlepszych dokonań Jethro Tull, ale z drugiej strony nie jest to album, który powinno się zlekceważyć. Chociaż nie brakuje tutaj fragmentów po prostu nużących, to są też utwory, obok których nie można przejść obojętnie.

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "Stormwatch" (1979)

1. North Sea Oil; 2. Orion; 3. Home; 4. Dark Ages; 5. Warm Sporran; 6. Something's on the Move; 7. Old Ghosts; 8. Dun Ringill; 9. Flying Dutchman; 10. Elegy

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, bass (1,3-8); Martin Barre - gitara, mandolina; John Glascock - bass (2,9,10); Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe i aranżacja instr. smyczkowych
Gościnnie: Francis Wilson - recytacja (1,8)
Producent: Ian Anderson i Robin Black


21 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Bursting Out" (1978)



Muzycy Jethro Tull długo zwlekali z wydaniem albumu koncertowego. W czasach, kiedy standardem było wydanie koncertówki w okolicach piątego albumu studyjnego, oni zrobili to dopiero po jedenastym longplayu. Trochę szkoda, bo w rezultacie zabrakło na niej wielu ważnych utworów z wczesnego okresu działalności zespołu. Z drugiej strony, zawartość "Bursting Out" wynagradza wszelkie braki. Album zmontowano z fragmentów różnych koncertów trasy promującej album "Heavy Horses", z maja i czerwca 1978 roku (dokładne miejsca poszczególnych rejestracji nie są znane, ale przynajmniej cześć utworów pochodzi z szwajcarskiego Bern Festhalle, z 25 maja). I trzeba przyznać, że wybrano naprawdę świetne wykonania, które razem tworzą ekscytującą całość.

"Bursting Out" różni się jednak od innych koncertówek z lat 70. Prawdopodobnie dlatego, że został nagrany w czasach, gdy swoje pięć minut miał punk rock - gdy prostota i zwięzłość były bardziej cenione od wirtuozerskich popisów. Dlatego też, w przeciwieństwie do koncertówek z początku tamtej dekady, nie ma tutaj improwizacji rozciągających poszczególne utwory do kilkunastu minut (jedynie "Jack-in-the-Green", "Aqualung" i "Locomotive Breath" zostały lekko wydłużone). Ba, zamiast tego muzycy wręcz skracają utwory. Najbardziej dotknęło to, oczywiście, "Thick as a Brick", zaprezentowanego tutaj w zgrabnej, dwunastominutowej wersji. W tym przypadku wyszło na plus, bo zagrany w całości zająłby całą płytę, a to oznaczałoby rezygnację z innych utworów. Natomiast zaprezentowany tutaj skrót wypada naprawdę porywająco, szczególnie w instrumentalnej części z fantastycznie pulsującym basem. Jednak skrócone zostały także np. "Songs from the Wood" i "Minstrel in the Gallery", co trochę zmniejsza ich atrakcyjność.

Zamiast dodatkowych popisów wewnątrz utworów, znalazły się tutaj osobne solówki, grane pomiędzy właściwymi kompozycjami. Mamy więc tutaj improwizację Iana Andersona na flecie (częściowo z akompaniamentem pozostałych muzyków), do której przemycone zostały cytaty z angielskiej kolędy "God Rest Ye Merry Gentlemen", a także z "Suity E-moll na lutnię" Bacha (której opracowanie pojawiło się już na drugim albumie Jethro Tull, "Stand Up", pod tytułem "Bourée"). "Conundrum" to z kolei porywający popis umiejętności Martina Barre'a, Johna Glascocka i Barriemore'a Barlowa (z lekkim wsparciem klawiszowców, Johna Evana i Davida Palmera). Instrumentaliści mają swoje przysłowiowe pięć minut także pod postacią napisanego przez Barre'a "Quatrain" - prostej miniaturki o szkockim klimacie. Natomiast cały skład, włącznie z Andersonem, bierze udział w finałowej improwizacji na bazie utworu "The Dambusters March" angielskiego kompozytora Erica Coatesa, zakończonej cytatem z "Aqualunga".

Poza tym "dodatkami", znalazł się tutaj całkiem niezły przegląd dyskografii zespołu. Co prawda nie ma żadnego utworu z "This Was" i "Benefit", ale wszystkie pozostałe albumy są reprezentowane przez co najmniej jeden utwór. Całość rozpoczyna się naprawdę mocno, od utworów "No Lullaby" i "Sweet Dreams", zagranych znacznie ciężej niż w oryginale, w czym spora zasługa sekcji rytmicznej - znacznie lepiej słyszalnej niż na studyjnych albumach grupy. Po dziesięciu minutach następuje jednak nagły zwrot o 360 stopni - utworem "Skating Away" rozpoczęty zostaje kilkunastominutowy set akustyczny, obejmujący także "Jack-in-the-Green" i "One Brown Mouse". W samym "Skating Away" następuje małe przegrupowanie - Barre gra na marimbie, Glascock na gitarze, Evan na akordeonie, a Palmer... poszedł się odlać, jak poinformował publiczność Anderson. Do mocniejszego grania zespół powraca w "A New Day Yesterday" - fajnie, że znalazł się tu ten utwór, przypominający o blues rockowych korzeniach Jethro Tull. Na pierwszej płycie zmieściły się jeszcze wspomniane już "Songs from the Wood" i "Thick as a Brick".

Drugą płytę otwiera świetny "Hunting Girl", brzmiący trochę bardziej folkowo niż w oryginale, ale zachowujący dynamikę studyjnego wykonania. Po nim następuje natomiast utwór, którego w wersji studyjnej nie toleruję, czyli "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!", tutaj jednak zaprezentowany w bardziej surowym wykonaniu, które jest dla mnie odrobinę łatwiejsze do zaakceptowania. "Minstrel in the Gallery" wyszedł natomiast trochę przyciężkawo, całkiem tracąc świetny klimat oryginału. Na szczęście, dzięki ostatniej stronie (w wydaniu winylowym) można szybko zapomnieć o tej wpadce - złożyły się na nią bowiem trzy klasyczne kompozycje z albumu "Aqualung": "Cross-Eyed Mary", tytułowa i "Locomotive Breath". Te utwory zostały wręcz stworzone do grania na żywo i właśnie w tutejszych wersjach wypadają najlepiej.

"Bursting Out" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów rocka. Świetnie nadaje się też jako pierwszy album do zapoznania z twórczością zespołu. Niestety, ktoś wpadł na pomysł, jak zepsuć to wydawnictwo. Mamy tutaj do czynienia z dwiema rażącymi rzeczami: irytującą cenzurą niektórych zapowiedzi Iana Andersona (wypikane przekleństwa), a także słyszalne w kilku miejscach cięcia między utworami.

Ocena: 8/10



Jethro Tull - "Bursting Out" (1978)

LP1: 1. No Lullaby; 2. Sweet Dream; 3. Skating Away (On the Thin Ice of the New Day); 4. Jack-in-the-Green; 5. One Brown Mouse; 6. A New Day Yesterday; 7. Flute solo improvisation / God Rest Ye Merry Gentlemen / Bourée; 8. Songs from the Wood; 9. Thick as a Brick
LP2: 1. Hunting Girl; 2. Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!; 3. Conundrum; 4. Minstrel in the Gallery; 5. Cross-Eyed Mary; 6. Quatrain; 7. Aqualung; 8. Locomotive Breath; 9. The Dambusters March

Skład: Ian Anderson - wokal, flet i gitara; Martin Barre - gitara, mandolina, marimba (LP1: 3); John Glascock - bass, gitara (LP1: 3); Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne, flet; John Evan - instr. klawiszowe, akordeon (LP1: 3); David Palmer - instr. klawiszowe
Producent: Ian Anderson


18 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Heavy Horses" (1978)



Druga część tzw. "folkowej trylogii", "Heavy Horses", w pewnym sensie stanowi kontynuację wydanego rok wcześniej "Songs from the Wood", a zarazem jest to album o zupełnie innym charakterze. O ile teksty na poprzednim albumie inspirowane były brytyjskim folklorem z czasów średniowiecza i renesansu, tak na "Heavy Horses" przenosimy się do Wielkiej Brytanii z czasów rewolucji przemysłowej, kiedy maszyny zaczęły wypierać tytułowe konie pociągowe. Warstwa tekstowa ma odzwierciedlenie w warstwie muzycznej. Podczas gdy na "Songs from the Wood" dominowały klimaty folkowe, z domieszką brzmień rockowych, tak "Heavy Horses" brzmi bardziej współcześnie, bardziej rockowo, ale wciąż z folkowym pierwiastkiem.

Najbardziej błyszczą tutaj dwa najdłuższe utwory, "No Lullaby" i tytułowy "Heavy Horses". Oba charakteryzują się licznymi zmianami motywów i nastroju, przy czym w pierwszym zdecydowanie rządzą hardrockowe galopady, podczas gdy w drugim zadziorne partie gitary elektrycznej są tylko dodatkiem do przepięknej melodii - nie bez przyczyny utwór ten często jest wymieniany wśród największych arcydzieł Jethro Tull. Nastrój podkreśla tutaj partia skrzypiec w wykonaniu Darryla Waya z grupy Curved Air. Muzyk udziela się także w skocznym "Acres Wild", w którym wiodącą rolę pełni jednak celtycki motyw grany na mandolinie, dzięki któremu najbliżej mu do klimatu poprzedniego albumu. Stricte folkowym utworem jest także singlowy "Moths", oparty głównie na akompaniamencie gitary akustycznej i fletu. Z kolei "...And the Mouse Police Never Sleeps", "Rover", "One Brown Mouse" i "Weathercock" łączą folkowe brzmienia z rockową dynamiką. Całości dopełnia natomiast ostrzejszy "Journeyman", w którym skoczna melodia ubrana jest w hardrockowe brzmienie.

"Heavy Horses" to album trochę bardziej zróżnicowany od "Songs from the Wood" i nie tak równy (tam wszystkie kompozycje prezentowały podobny poziom, tutaj utwór tytułowy i "No Lullaby" zdecydowanie wyróżniają się na tle całości). Ponadto brakuje tutaj tego magicznego klimatu i bogatych aranżacji poprzednika. Jeśli jednak odrzucić na bok te porównania, "Heavy Horses" to naprawdę udany album - jeden z najlepszych w dyskografii Jethro Tull.

Ocena: 8/10



Jethro Tull - "Heavy Horses" (1978)

1. ...And the Mouse Police Never Sleeps; 2. Acres Wild; 3. No Lullaby; 4. Moths; 5. Journeyman; 6. Rover; 7. One Brown Mouse; 8. Heavy Horses; 9. Weathercock

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara i mandolina; Martin Barre - gitara; John Glascock - bass; Barriemore Barlow - perkusja; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe i aranżacja instr. smyczkowych
Gościnnie: Darryl Way - skrzypce (2,8)
Producent: Ian Anderson


16 marca 2015

[Recenzja] John Mayall - "USA Union" (1970)



"USA Union" to owoc współpracy Johna Mayalla z zupełnie nowymi instrumentalistami. Zgodnie z tytułem, byli to muzycy pochodzenia amerykańskiego: gitarzysta Harvey Mandel i basista Larry Taylor (obaj znani z grupy Canned Heat), oraz Don "Sugarcane" Harris, grający na... skrzypcach. Użycie tego instrumentu to zupełna nowość w twórczości Mayalla. Koncepcja pozostała jednak podobna jak na dwóch poprzednich albumach artysty - w nagraniach w ogóle nie ma perkusji, wróciły natomiast solówki na gitarze elektrycznej, choć są bardziej stonowane niż dawnej. Niestety, nie jest to tak pomysłowy i intrygujący materiał, jak na "The Turning Point", a nawet w porównaniu z mniej udanym "Empty Rooms" wypada niezbyt udanie. Utwory przeważnie są dość długie, nierzadko przekraczając pięć minut, a zarazem bardzo jednostajne, niewiele się w nich nie dzieje. W dodatku kolejne utwory są do siebie bardzo podobne, w większości utrzymane w tym samym, leniwym tempie i sielskim nastroju. Nawet te trochę żwawsze kawałki, jak "You Must Be Crazy" czy "Where Did My Legs Go", brzmią jakby muzycy byli zmęczeni i uleciała z nich cała energia. Szczególnie słychać to w partiach wokalnych Mayalla. Zdarzają się tu co prawda ciekawe momenty (jak jazzujący "Off the Road" oparty na świetnej partii basu, albo chwytliwy "Took the Car"), ale jako całość album jest bardzo monotonny i po prostu nudny. W chwili wydania "USA Union" był najsłabszym albumem Johna Mayalla. Niestety, nawet największym zdarzają się takie potknięcia.

Ocena: 5/10



John Mayall - "USA Union" (1970)

1. Nature's Disappearing; 2. You Must Be Crazy; 3. Night Flyer; 4. Off the Road; 5. Possessive Emotions; 6. Where Did My Legs Go; 7. Took the Car; 8. Crying; 9. My Pretty Girl; 10. Deep Blue Sea

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Harvey Mandel - gitara; Larry Taylor - gitara basowa; Don "Sugarcane" Harris - skrzypce
Producent: John Mayall


[Recenzja] Jethro Tull - "Songs from the Wood" (1977)



Album "Songs from the Wood" uznawany jest za pierwszą część tzw. "folkowej trylogii" (do której należą także dwa kolejne longplaye, "Heavy Horses" i "Stormwatch"). Trochę to jednak nietrafione określenie, bo przecież folkowe wpływy w twórczości Jethro Tull były wyraźnie słyszalne już od debiutanckiego "This Was". Fakt, że na "Songs from the Wood" ta inspiracja, przede wszystkim muzyką celtycką, stała się jeszcze bardziej słyszalna, nie jest to jednak album jednoznacznie folkowy. Nie brakuje tutaj przecież ostrych partii gitary elektrycznej, a mocne brzmienie perkusji dobitnie przypomina o hardrockowych korzeniach grupy. Ba, na tym albumie jest o wiele więcej rockowej dynamiki, niż na poprzednim w dyskografii "Too Old to Rock 'n' Roll: To Young to Die!".

Dobrą zapowiedzią całego albumu jest rozpoczynające go nagranie tytułowe, łączące folkową melodykę i instrumentarium (m.in. flet i gitara akustyczna) z mocnym rockowym brzmieniem. W sumie utwór nie odbiega daleko od wczesnych utworów Jethro Tull, więcej tu tylko brzmień klawiszowych (co nie powinno dziwić, bo przed nagraniem "Songs from the Wood" skład zespołu poszerzył się o drugiego klawiszowca, którym został stały współpracownik grupy, David Palmer). Innym przykładem łączenia folku z rockową dynamiką jest świetny "Cup of Wonder", wyróżniający się bardzo chwytliwym motywem przewodnim granym na flecie (a w jednym momencie także na pisaninie). Albo najdłuższy na albumie, ponad ośmiominutowy "Pibroch (Cap in Hand)", z początku bliższy bluesa, ale później nabierający bardziej "celtyckiego" charakteru.

Nie brak też tutaj utworów jednoznacznie folkowych, jak ascetyczny "Jack-in-the-Green" (w nagraniu którego brał udział tylko Anderson); przywołujący bożonarodzeniowy klimat, przepiękny "Ring Out, Solstice Bells"; równie uroczy "Velvet Green"; a także singlowy, bardzo chwytliwy "The Whistler". Na tle całości wyróżniają się natomiast "Hunting Girl" i "Fire at Midnight", w których prawie w ogóle nie słychać folku. Ten pierwszy to niemal hardrockowy kawałek, oparty na galopującej grze sekcji rytmicznej, wyróżniający się jednak bardzo bogatą aranżacją, obejmującą organy i flet. Drugi jest natomiast bardzo zgrabną balladą, której zarzucić można tylko jedno - że kończy się po niespełna trzech minutach.

"Songs from the Wood" to jedno z najwspanialszych dzieł Jethro Tull. Zebrane tutaj utwory tworzą bardzo spójną całość, dzięki unoszącemu się nad nimi folkowemu nastrojowi, a jednocześnie każdy z nich ma swój własny charakter.

Ocena: 9/10



Jethro Tull - "Songs from the Wood" (1977)

1. Songs from the Wood; 2. Jack-in-the-Green; 3. Cup of Wonder; 4. Hunting Girl; 5. Ring Out, Solstice Bells; 6. Velvet Green; 7. The Whistler; 8. Pibroch (Cap in Hand); 9. Fire at Midnight

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina, bass (2), perkusja (2); Martin Barre - gitara i lutnia; John Glascock - bass; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe; David Palmer - instr. klawiszowe
Producent: Ian Anderson


13 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" (1976)



Podobno nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Ian Anderson i spółka udowadniają, że jednak można. Analogicznie jak w przypadku albumu "War Child", "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" w zamyśle miał być soundtrackiem do filmu - i znów ostatecznie film nie powstał, a jedyną pozostałością projektu jest nieciekawa ścieżka dźwiękowa. W tym miejscu muszę podkreślić, że chociaż nie przepadam za albumem "War Child", to uważam, że ma on liczne zalety, z których największą jest różnorodność. Brakuje jej natomiast na "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" - w chwili wydania najbardziej monotonnym albumie Jethro Tull.

Wiele o jego zawartości mówi sam tytuł - całość brzmi właśnie tak, jakby Anderson i reszta rzeczywiście czuli się zmęczeni graniem rock and rolla. Na albumie tym dominują łagodne piosenki oparte na brzmieniu gitary akustycznej i orkiestracjach. Niestety, nie mają one klimatu utworów z wydanego rok wcześniej "Minstrel in the Gallery" - za to niebezpiecznie zbliżają się do granicy popu. Fakt, że poszczególnym utworom nie można odmówić uroku (np. "From a Dead Beat to an Old Greaser", zakończonemu piękną solówką na saksofonie), ale w takim natężeniu zwyczajnie męczą. Trochę mocniejszych, bardziej rockowych brzmień pojawia się w otwierającym album - i stanowiącym jego najciekawszy fragment - "Quizz Kid"; ale tak naprawdę jedynymi stricte rockowym kawałkami są "Taxi Grab" i "Big Dipper" - akurat dość kiepskie pod względem melodycznym. Najbardziej znanym utworem z tego longplaya jest natomiast tytułowy "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die", co ciężko mi zrozumieć - ta banalna, popowa piosenka jest według mnie najsłabszym momentem całości.

"Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" to po prostu najsłabszy album Jethro Tull z wydanych w latach 70. Na szczęście już kolejny album okazał się powrotem do wysokiej formy - ale to już temat na osobną recenzję.

Ocena: 4/10



Jethro Tull - "Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die!" (1976)

1. Quizz Kid; 2. Crazed Institution; 3. Salamander; 4. Taxi Grab; 5. From a Dead Beat to an Old Greaser; 6. Bad-Eyed and Loveless; 7. Big Dipper; 8. Too Old to Rock 'n' Roll: Too Young to Die; 9. Pied Piper; 10. The Chequered Flag (Dead or Alive)

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet i harmonijka; Martin Barre - gitara; John Glascock - bass; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - saksofon (5), aranżacja orkiestry; Angela Allen - dodatkowy wokal (2,7); Maddy Prior - dodatkowy wokal (8)
Producent: Ian Anderson


12 marca 2015

[Recenzja] Colosseum - "Live" (1971)



Pod koniec 1971 roku grupa Colosseum zakończyła swoją błyskotliwą, lecz zdecydowanie zbyt krótką działalność*. Na pocieszenie muzycy postanowili zostawić po sobie jeszcze jedno wydawnictwo - album zarejestrowany na żywo. "Live" to zapis fragmentów dwóch występów z marca 1971 roku, w Manczesterze i Brighton. Chociaż zespół promował wówczas swój najsłabszy album (sprzed reaktywacji), "Daughter of Time", to podczas koncertów prezentował się naprawdę wyśmienicie. "Live" to typowa koncertówka z tamtej epoki - pełna energii, oraz ekscytujących, rozbudowanych improwizacji, wydłużających utwory nawet do kilkunastu minut.

Już sam repertuar zaciekawia, jest bardzo nieoczywisty. Nie ma tu żadnego utworu z "Valentyne Suite" ani z "Daughter of Time", zaś debiutancki "Those Who Are About to Die Salute You" reprezentowany jest tylko jednym utworem, "Walking in the Park". Są natomiast dwa utwory z wydanego wyłącznie w Stanach "The Grass Is Greener" - oryginalnie wykonywany przez Jacka Bruce'a "Rope Ladder to the Moon", oraz autorski "Lost Angeles" (tylko pierwszy z nich był dostępny także dla europejskich fanów, dzięki składance "The Collectors Colosseum"). Poza tym znalazła się tutaj premierowa kompozycja "Skelington", oraz przeróbki jazzowego "Tanglewood '63" Mike'a Gibbsa i bluesowego "Stormy Monday Blues" T-Bone'a Walkera.

O świetnym wykonaniu byłem przekonany jeszcze przed odtworzeniem pierwszego utworu. W końcu już na studyjnych albumach instrumentaliści Colosseum pokazali swój niemały talent. A skoro w tamtych czasach na koncertach wszyscy grali lepiej niż w studiu... "Rope Ladder to the Moon", w porównaniu z niemrawą wersją z "The Grass Is Greener", znacznie zyskał na dynamice - Jon Hiseman przechodzi tu samego siebie, grając z niesamowitą pasją - oraz na ciężarze, dzięki gitarowym partiom Clema Clempsona; wiele wnoszą także rozbudowane solówki - saksofonowa Dicka Heckstall-Smitha i przede wszystkim organowa Dave'a Greenslade'a. W "Walking in the Park" muzycy grają wręcz z hardrockową mocą, przy okazji świetnie mieszając patenty bluesowe, jazzowe i rockowe, jakby chcieli zatrzeć granice między tymi gatunkami. Znacznie zyskał także "Lost Angeles", trzykrotnie dłuższy od studyjnego pierwowzoru, bardziej ekspresyjny, pełen solowych popisów i wspólnych improwizacji. Największe wrażenie robi stopniowo narastająca solówka Clempsona (trwająca ponad sześć minut), stawiająca go na pozycji jednego z najbardziej niedocenianych gitarzystów w historii muzyki rockowej.

Nie mniejsze wrażenie robi większość utworów premierowych. "Skelington" to niemal kwadrans głównie instrumentalnego, improwizowanego grania, przypominającego o szerokich inspiracjach muzyków. Poza jazzem, rockiem i bluesem, słychać tu również wpływy psychodelii. Tutejsza wersja "Stormy Monday Blues" jest wierna bluesowemu oryginałowi, lecz została znacznie rozbudowana organowo-saksofonowo-gitarowymi popisami. Kiepsko wypadł natomiast "Tanglewood '63", co po części jest winą samej kompozycji, nieciekawej w wersji oryginalnej, a po części muzyków Colosseum, którzy odgrywają ją dość wiernie, z tą różnicą, że za pomocą nieco innego instrumentarium. Szkoda, że w tym miejscu nie znalazł się np. "Valentyne Suite" albo jakiś inny utwór grupy. Jednak największym minusem tego wydawnictwa są moim zdaniem partie wokalne Chrisa Farlowe'a. Jego śpiew jest tutaj równie pretensjonalny, jak na "Daughter of Time" (i wszystkich innych albumach, na jakich śpiewał), a do tego często zagłusza popisy instrumentalistów bezsensownymi, kuriozalnymi wokalizami - niektóre z nich ewidentnie miały rozbawić publiczność, ale są raczej żałosne, niż śmieszne.

"Live" nie zmieściłby się w pierwszej dziesiątce moich ulubionych albumów koncertowych, ale przecież w samej pierwszej połowie lat 70. ukazało się tyle genialnych koncertówek, że nie dla wszystkich starczyłoby miejsca. Pod względem instrumentalnym album Colosseum nie ustępuje (a jeśli nawet, to niewiele) tym najwspanialszym. Jednak pod względem wokalnym wypada dużo słabiej, dla mnie odpychająco. W rezultacie nie jest to longplay, do którego chciałbym często wracać.

Ocena: 8/10

* Zespół reaktywował się (w składzie z "Live") w latach 90. i kontynuował działalność do 2015 roku (mimo śmierci Dicka Heckstall-Smitha w 2004 roku - jego miejsce zajęła Barbara Thompson, żona Jona Hisemana). Zespół zarejestrował w tym czasie kilka albumów studyjnych i koncertowych, jednak nie są one już tak ekscytujące i wartościowe, jak twórczość z pierwszego okresu działalności grupy.



Colosseum - "Live" (1971)

LP1: 1. Rope Ladder to the Moon; 2. Walking in the Park; 3. Skelington
LP2: 1. Tanglewood '63; 2. Stormy Monday Blues; 3. Lost Angeles

Skład: Chris Farlowe - wokal; Dave "Clem" Clempson - gitara, dodatkowy wokal; Dick Heckstall-Smith - saksofon; Dave Greenslade - instr. klawiszowe; Mark Clarke - gitara basowa, dodatkowy wokal; John Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Gerry Bron i Colosseum


[Recenzja] Jethro Tull - "Minstrel in the Gallery" (1975)



Muzycy Jethro Tull szybko wyszli z kryzysu twórczego, którego oznaką był album "War Child". Wydany niespełna rok później "Minstrel in the Gallery" to nie tylko powrót do formy, a wręcz jeden z najlepszych albumów w całej dyskografii zespołu. Longplay wydaje się efektem wyciągnięcia wniosków z błędów popełnionych na kilku poprzednich wydawnictwach. Ian Anderson i spółka doskonale zdawali sobie sprawę, że nie mogą sobie pozwolić na wydanie kolejnego albumu składającego się z jednej rozbudowanej kompozycji. Ale z drugiej strony najwidoczniej zdali sobie sprawę, że złym pomysłem było również przesadzanie w drugą stronę - nagranie albumu zawierającego dziesięć krótkich, prostych kawałków.

"Minstrel in the Gallery" jest bliski tzw. "złotego środka" między tymi dwoma podejściami. Nie brak tutaj łatwiejszych w odbierze utworów, o czasie trwania nieprzekraczającym pięciu minut (np. "Cold Wind to Valhalla", "Requiem"), ale są i bardziej rozbudowane formy - vide ponad 16-minutowy "Baker St. Muse" lub trwający o połowę krócej tytułowy "Minstrel in the Gallery". Właśnie od tej kompozycji wszystko się zaczyna. Po wyraźnie nawiązującym do muzyki dawnej wstępie - w którym słychać tylko głos Andersona i akompaniamentem gitary akustycznej - następuje nagłe przełamanie, po którym utwór nabiera hard rockowej mocy. Dużo w nim prog rockowego kombinowania, chociaż gitarowe riffy Martina Barre'a nie należą do najbardziej wyrafinowanych. W "Cold Wind to Valhalla" mamy podobną zmyłkę w postaci akustycznego wstępu, ale tutaj również po chwili następuje zaostrzenie. Tym razem jednak nad całą kompozycją - i to znacznie wyraźniej - unosi się klimat muzyki dawnej, podkreślony partiami fletu i smyczków.

Na podobnej zasadzie zbudowany został także "Black Satin Dancer". Z początku jest to przepiękna, podniosła ballada, która znienacka przeradza się w ognisty hard rockowy popis. Dla odmiany wieńczący pierwszą stronę winylowego wydania "Requiem" i "podwójna" kompozycja "One White Duck / 0^10 = Nothing at All" to utwory w całości oparte na ascetycznym brzmieniu gitary akustycznej, z delikatnym tłem instrumentów smyczkowych. A tuż po nich następuje opus magnum albumu, wspomniany już "Baker St. Muse". Akustyczno-orkiestrowy początek podtrzymuje "minstrealowy" nastrój poprzednich kompozycji, ale prawdziwa magia zaczyna się dopiero, gdy pojawia się kontrast w postaci rockowego instrumentarium. Cała kompozycja w typowy dla rocka progresywnego sposób charakteryzuje się licznymi zmianami nastroju i tematów. Pod tym względem wywołuje oczywiste skojarzenia z "Thick as a Brick" i "A Passion Play", mimo znacznie bardziej zwartej budowy. Według mnie jest to jednak o wiele bardziej wyjątkowy utwór, ze względu na specyficzny klimat muzyki dawnej. Następujący po nim "Grace" to już tylko półminutowy dodatek, nieodbiegający klimatem od reszty albumu.

Chociaż jednak album urzeka swoim "mistrelowym" charakterem i znalazły się na nim jedne z najbardziej wyjątkowych utworów w dorobku Jethro Tull (przede wszystkim tytułowy i "Baker St. Muse"), to mam wobec niego jeden poważny zarzut. Niestety, brakuje tutaj choćby jednego utworu, który wyróżniałby się zapadającą w pamięć melodią. A przecież nawet na poprzednim albumie, średnim "War Child", był taki "Bungle in the Jungle", który zostaje w głowie na długo już po pierwszym przesłuchaniu. Tymczasem z "Minstrel in the Gallery" nawet po wielokrotnym przesłuchaniu ciężko przypomnieć sobie jakąkolwiek melodię.

Ocena: 7/10



Jethro Tull - "Minstrel in the Gallery" (1975)

1. Minstrel in the Gallery; 2. Cold Wind to Valhalla; 3. Black Satin Dancer; 4. Requiem; 5. One White Duck / 0^10 = Nothing at All; 6. Baker St. Muse; 7. Grace

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara i flet; Martin Barre - gitara; Jeffrey Hammond - bass i kontrabas; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - aranżacja instr. smyczkowych; Rita Eddowes, Elizabeth Edwards, Patrick Halling i Bridget Procter - skrzypce; Katharine Tullborn - wiolonczela
Producent: Ian Anderson


11 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "War Child" (1974)



Po dwóch udanych, ale trochę zbyt pretensjonalnych albumach, Ian Anderson postanowił wydać bardziej konwencjonalny longplay, składający się z dziesięciu krótkich, niepowiązanych ze sobą utworów. "War Child" to taka trochę kompilacja niewykorzystanych wcześniej nagrań - "Skating Away on the Thin Ice of the New Day" i "Only Solitaire" to pozostałości po  nieudanej sesji w Château d'Hérouville, "Bungle in the Jungle" powstał na przełomie lat 1972/73, a "Two Fingers" to nowe opracowanie utworu "Lick Your Fingers Clean" - odrzutu z czasów albumu "Aqualung".

Jeżeli zespół sięga po odrzuty sprzed lat, zazwyczaj oznacza to kryzys twórczy. Niestety, dotyczy to także Jethro Tull i tego albumu. Tak przeciętnego materiału do tamtej pory jeszcze nie wydali. Brakuje tutaj zapadających w pamięć melodii lub motywów. Zamiast tego otrzymujemy drażniące na dłuższą metę, nachalne orkiestracje, wysuwające się na pierwszy plan w większości utworów. Ten filmowy rozmach to akurat pozostałość po pomyśle, aby "War Child" był soundtrackiem do filmu - który nigdy jednak nie powstał, mimo początkowego zainteresowania ludzi z branży filmowej. Ok, jest tutaj też kilka niezłych fragmentów. Jak zaczynający się folkowo, a później nabierający hard rockowej mocy "Back-Door Angels" - tutaj melodia wyjątkowo jest naprawdę dobra, szczególnie w łagodniejszych fragmentach. Ciekawie wpleciono w ten utwór partie różnych instrumentów: saksofonu, syntezatorów, oraz - oczywiście - fletu. Jeszcze lepszy i bardziej chwytliwy jest zadziorny "Bungle in the Jungle". Interesująco wypada także "Queen and Country", w którym hard rockowe gitary spotykają się z... partią akordeonu. Całkiem zgrabnej balladzie "Only Solitaire" brakuje natomiast ciekawego rozwinięcia - kończy się po niespełna stu sekundach. Najbardziej znanym utworem z albumu jest natomiast "Skating Away on the Thin Ice of the New Day" - dość monotonna kompozycja, oparta na skocznym akompaniamencie gitary akustycznej i akordeonu.

"War Child" w chwili wydania był najsłabszym albumem Jethro Tull. Pod pretensjonalnymi, nadętymi aranżacjami kryją się przeważnie miałkie kompozycje. Można tu jednak znaleźć kilka bardziej interesujących fragmentów, które ratują album przed kompletnym zapomnieniem.

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "War Child" (1974)

1. War Child; 2. Queen and Country; 3. Ladies; 4. Back-Door Angels; 5. Sealion; 6. Skating Away on the Thin Ice of the New Day; 7. Bungle in the Jungle; 8. Only Solitaire; 9. The Third Hoorah; 10. Two Fingers

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet i saksofon; Martin Barre - gitara; Jeffrey Hammond - bass i kontrabas; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe, akordeon
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry
Producent: Ian Anderson


10 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "A Passion Play" (1973)



Tworzenie następcy "Thick as a Brick" było jednym z najtrudniejszych momentów w historii Jethro Tull. Zespół zaszył się we francuskim Château d'Hérouville (miejscu, w którym został nagrany m.in. album "Obscured by Clouds" Pink Floyd), o którym Anderson mówił później "Château d'Isaster" (dosł. "zamek katastrofa"), ze względu na liczbę nieszczęść, jakie dotknęły tam muzyków. Co gorsze, rezultat trwającej ponad miesiąc sesji został uznany przez Andersona za niezadowalający, w związku z czym zarządził rozpoczęcie pracy nad nowym albumem od podstaw (już w londyńskim Morgan Studios). Większość materiału, nad którym grupa pracowała we Francji, została odrzucona. Wyjątkiem była kompozycja "Critique Oblique", zaadoptowana do nowego dzieła (a także utwory "Skating Away on the Thin Ice" i "Solitaire", do których zespół wrócił na następnym albumie, "War Child").

Jego ostateczny kształt przyjął natomiast taką samą formę, jak poprzedni album - wszystkie pomysły zostały połączone w jedną, ponad czterdziestominutową kompozycję, która następnie została podzielona na dwie części, ze względu na pojemność płyty winylowej. Nawet pod względem tekstowym "A Passion Play" jest kontynuacją poprzednika - o ile "Thick as a Brick" opowiadał o życiu jednego człowieka, Ronniego Pilgrima, tak następny album opowiada o tym, co działo się z nim po śmierci - w formie przedstawienia teatralnego, składającego się z czterech aktów. Pretensjonalne? Tak właśnie uważali ówcześni krytycy, którzy po okazaniu się albumu bez żadnych skrupułów zmieszali go z błotem. Ale i fani grupy nie byli przekonani do nowego dzieła. Przyjęcie "A Passion Play" było tak złe, że Anderson rozważał nawet rozwiązanie Jethro Tull.

Chociaż albumowi faktycznie można zarzucić powielanie patentów z poprzednika, to sam w sobie nie jest wcale tak tragiczny. Słabiej wypada tutaj tylko interludium pomiędzy drugim i trzecim aktem (rozmieszczone na końcu strony A i początku strony B winylowego wydania), będące groteskową opowieścią Jeffreya Hammonda o... zającu, który zgubił swoje okulary ("The Story of the Hare Who Lost His Spectacles"), wygłaszaną na tle równie groteskowego, teatralnego podkładu. Zasadnicza część "A Passion Play" prezentuje się jednak naprawdę dobrze. Podobnie jak na poprzedniku, mamy tutaj interesujący miks hard rocka, folku i rocka progresywnego, podany z iście symfonicznym rozmachem. Całość jest również dowodem poszukiwań zespołu, objawiających się przede wszystkim w eksperymentowaniu z instrumentarium: Ian Anderson niemal całkiem porzucił tutaj flet na rzecz saksofonu; zaś kompletną nowością w twórczości grupy jest wykorzystanie syntezatorów - które całkiem nieźle wtopiły się w brzmienie zespołu.

"A Passion Play" na pewno nie zasłużył na te wszystkie negatywne opinie, którymi został obrzucony. To naprawdę solidny materiał, nawet jeśli grupa ma w swoim dorobku lepsze albumy.

Ocena: 7/10



Jethro Tull - "A Passion Play" (1973)

1. A Passion Play, Part I; 2. A Passion Play, Part II

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, saksofon i flet; Martin Barre - gitara; Jeffrey Hammond - bass, wokal; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry
Producent: Ian Anderson


9 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Living in the Past" (1972)



W 1972 roku grupa Jethro Tull miała za sobą sześć lat działalności i pięć na albumów na koncie, z których wszystkie trafiły do pierwszej dziesiątki brytyjskiego notowania (a dwa najnowsze, "Aqualung" i "Thick as a Brick", także do amerykańskiego Top 10). Nic dziwnego, że przedstawiciele wytwórni uznali, że to doskonały czas, aby podsumować dotychczasową działalność grupy składanką. Takie wydawnictwa przeważnie nic nie wnoszą, dublują tylko materiał z regularnych albumów. Jednak z "Living in the Past" sprawa przedstawia się nieco inaczej. Skupiono się tutaj przede wszystkim na utworach niealbumowych, pochodzących z singli i wydanej w 1971 roku EPki "Life Is a Long Song". A dodatkową atrakcją jest materiał nigdy wcześniej nieopublikowany.

Z singlowych nagrań najbardziej błyszczy utwór, który dał całości tytuł. "Living in the Past" wyróżnia się chwytliwym motywem granym na flecie, a także nieco biesiadnym charakterem - pomimo skomplikowanego metrum na 5/4. Utwór jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych kompozycji w dorobku grupy, był też stałym punktem koncertów. Pozostałe kawałki z małych płyt można podzielić na dwie grupy: na te o bardziej hard rockowym charakterze ("Love Story", "Driving Song", "Sweet Dream", "Teacher") i na te pokazujące folkowe oblicze grupy ("Christmas Song", "Witch's Promise"). Wszystkie łączy jednak jedno - chwytliwe melodie, które można nucić już po pierwszym przesłuchaniu. Podobnie sprawa ma się z utworami z EPki, z tą różnicą, że wśród nich dominują łagodniejsze kompozycje o minstrelowo-folkowym nastroju ("Life Is a Long Song", "Up the 'Pool" i ascetyczny "Nursie"), chociaż "Dr. Bogenbroom" został wzbogacony o zadziorne partie gitary elektrycznej, a instrumentalny "For Later" ma lekko jazz rockowy charakter.

Jeśli zaś chodzi o materiał premierowy, to znalazły się tu np. dwa odrzuty z sesji do albumu "Benefit": "Singing All Day" i "Just Trying to Be". Oba łagodne i melodyjne, ale raczej nie zostające w pamięci na dłużej. Co innego "Wond'ring Again", do tamtej pory znany tylko we fragmencie (który pod tytułem "Wond'ring Aloud" trafił na album "Aqualung") - to przepiękna kompozycja, będąca prawdziwą ozdobą tego wydawnictwa. A są tu jeszcze wspaniałe koncertowe nagrania z nowojorskiego Carnegie Hall, zarejestrowane 4 listopada 1970 roku, wypełniające całą trzecią stronę kompilacji. Nieobecny na żadnym studyjnym albumie "By Kind Permission of" to po prostu dziesięciominutowa improwizacja, w sporej części będąca solowym popisem Johna Evana, ale są tu tez fragmenty, w których jamuje cały zespół. Natomiast znany z debiutanckiego "This Was" utwór "Dharma for One" w zamieszczonej tutaj wersji został znacznie rozbudowany i... wzbogacony o partię wokalną.

Niestety, "Living in the Past" nie wyczerpuje w pełni tematu niealbumowych utworów Jethro Tull. Zabrakło kompozycji z debiutanckiego singla grupy ("Sunshine Day" i "Aeroplane"), a także dwóch stron B z późniejszych małych płyt ("One for John Gee" i "17"). Zamiast tego umieszczono tutaj po jednym utworze z czterech pierwszych albumów grupy ("A Song for Jeffrey", "Bourée", "Inside" i "Locomotive Breath"; w wydaniu amerykańskim dwa ostatnie zostały zastąpione innymi utworami z tych albumów: "Alive and Well and Living in" i "Hymn 43"). W rezultacie "Living in the Past" nie jest ani kompletnym zbiorem niealbumowych nagrań, ani tym bardziej udaną kompilacją najlepszych utworów Jethro Tull (bo brakuje tak ważnych kompozycji, jak np. "A New Day Yesterday", "Nothing is Easy", "To Cry You a Song", "Aqualung" i "Cross-Eyed Mary"). A jednak jest to pozycja obowiązkowa w przypadku kolekcjonerów winyli, świetnie uzupełniająca regularne albumy Jethro Tull. Dla zbieraczy CD nie ma natomiast wielkiej wartości, ponieważ wszystkie zawarte na niej utwory są obecnie dostępne jako bonusy na reedycjach "This Was", "Stand Up", "Benefit" i "Aqualung".

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "Living in the Past" (1972)

LP1: 1. A Song for Jeffrey; 2. Love Story; 3. Christmas Song; 4. Living in the Past; 5. Driving Song; 6. Bourée; 7. Sweet Dream; 8. Singing All Day; 9. Witch's Promise; 10. Teacher; 11. Inside; 12. Just Trying to Be
LP2: 1. By Kind Permission of (live); 2. Dharma for One (live); 3. Wond'ring Again; 4. Locomotive Breath; 5. Life Is a Long Song; 6. Up the 'Pool; 7. Dr. Bogenbroom; 8. For Later; 9. Nursie

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet, mandolina, instr. klawiszowe, skrzypce; Mick Abrahams - gitara (LP1: 1,2); Martin Barre - gitara (LP1: 4-12, LP2: 1-8), instr. perkusyjne (LP2: 2); Glenn Cornick - bass (LP1: 1-12, LP2: 1-3), organy (LP1: 8); Jeffrey Hammond - bass (LP2: 4-8); Clive Bunker - perkusja i instr. perkusyjne (LP1: 1-12, LP2: 1-4); Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne (LP2: 5-8); John Evan - instr. klawiszowe (LP1: 9,12, LP2: 1-8), instr. perkusyjne (LP2: 2)
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry (LP1: 3,7); Lou Toby - aranżacja instr. smyczkowych (LP1: 4)
Producent: Terry Ellis i Jethro Tull


8 marca 2015

[Recenzja] John Mayall - "Empty Rooms" (1969)



Album "Empty Rooms" został zarejestrowany w tym samym składzie, co koncertowy "The Turning Point". Ogólna koncepcja pozostała bez zmian - żadnych gitar elektrycznych (nie licząc elektrycznego basu), ani perkusji. A jednak longplay ma zupełnie inny charakter. W studiu muzycy zrezygnowali z długich jamów. "Empty Rooms" to zbiór krótkich, bardzo konwencjonalnych utworów, którym tym razem często bliżej do country (np. "Don't Waste My Time", "People Cling Together") czy folku (np. uroczy "Don't Pick a Flower" z ładną partią fletu, albo "Thinking of My Woman"), niż kojarzonego z Johnem Mayallem bluesa (który, w akustycznej odmianie, też się tu pojawia - vide "When I Go", "Many Miles Apart"). Jest też odrobina wpływów jazzowych (np. "Something New" i trochę bardziej rozbudowany "Counting the Days" - oba z istotną rolą saksofonu - a także "To a Princess" z gościnnym udziałem basisty Canned Heat, Larry'ego Taylora, którego partie wchodzą w świetny "dialog" ze Stevenem Thompsonem). Mimo sporej różnorodności i kilku naprawdę przyjemnych fragmentów, album jest niestety dość nużący. Ten skład miał znacznie większy potencjał, co udowodnił na "The Turning Point". Tutaj brakuje tego innowacyjnego podejścia, jakie muzycy zaprezentowali na poprzednim wydawnictwie.

Ocena: 6/10



John Mayall - "Empty Rooms" (1969)

1. Don't Waste My Time; 2. Plan Your Revolution; 3. Don't Pick a Flower; 4. Something New; 5. People Cling Together; 6. Waiting for the Right Time; 7. Thinking of My Woman; 8. Counting the Days; 9. When I Go; 10. Many Miles Apart; 11. To a Princess; 12. Lying in My Bed

Skład: John Mayall - wokal, harmonijka, gitara, instr. klawiszowe; Jon Mark - gitara; Steven Thompson - gitara basowa; John Almond - saksofon i flet
Gościnnie: Larry Taylor - gitara basowa (11)
Producent: John Mayall


6 marca 2015

[Recenzja] Keef Hartley Band - "Overdog" (1971)



Muzycy Keef Hartley Band postanowili trochę poeksperymentować na swoim czwartym albumie. Poza typowymi dla grupy elementami, słychać tu także wpływy funku, muzyki gospel, oraz latynoskiego rocka. Efektem tej dziwnej mieszanki jest bardzo niespójny longplay. Poziom utworów też jest bardzo zróżnicowany. Rozpoczynające całość "You Can Choose" i "Plain Talkin'" to bezwstydnie komercyjne, sztampowe granie (pierwszy z nich kojarzy się z grupą Chicago, drugi ma w sobie coś z klimatu południa Stanów). Dla kontrastu, tuż po nich rozbrzmiewa naprawdę wspaniały "Theme Song / Enroute / Theme Song Reprise". Spinające go jak klamra dwie odsłony "Theme Song" składają się z bardzo ładnej partii wokalnej Millera Andersona z klimatycznym akompaniamentem gitary akustycznej i fletu. Środkowa część, "Enroute", to instrumentalny popis z solówkami Johna Almonda na flecie i Micka Weavera na klawiszach na tle bardzo intensywnej gry basisty Gary'ego Thaina i aż dwóch perkusistów - Keefa Hartleya i Jona Hisemana.

Nie najgorzej wypada tytułowy "Overdog", z funkową grą sekcji rytmicznej i świetnymi popisami Weavera w części instrumentalnej. Jednak prawdziwą perłą jest rozpędzony "Roundabout", łączący latynoski rock w stylu wczesnych albumów grupy Santana z hardrockowym riffowaniem i długimi, jazzującymi solówkami na dęciakach. Cały zespół - wraz z wspierającymi go muzykami sesyjnymi - gra tutaj jak natchniony, ale największy popis daje Hartley, ozdabiający utwór różnymi perkusjonaliami. Instrumentalny "Imitations from Home" zdaje się być przedłużeniem poprzedniego utworu. Latynoski klimat zostaje podtrzymany jeszcze większą ilością perkusjonalnych ozdobników, na których tym razem gra nie tylko Hartley, ale również Hiseman. Na koniec albumu poziom znów gwałtownie spada. Southernrockowa ballada "We Are All the Same" to najkoszmarniejszy utwór, jaki do tamtej pory nagrała grupa. Stonowane zwrotki są tylko lekko przesłodzone, za to od niby-gospelowego refrenu kicz leje się już strumieniami.

Zawartość "Overdog" sprawia wrażenie jakby zespół nie mógł zdecydować, czy ważniejszy dla niego jest sukces artystyczny, czy komercyjny. W rezultacie, część utworów pokazuje ich artystyczne ambicje, a pozostałe - komercyjne zapędy. Nie był to dobry pomysł. Te drugie obniżają tylko poziom całości, a popularności album i tak nie zdobył.

Ocena: 7/10



Keef Hartley Band - "Overdog" (1971)

1. You Can Choose; 2. Plain Talkin; 3. Theme Song / Enroute / Theme Song Reprise; 4. Overdog; 5. Roundabout; 6. Imitations from Home; 7. We Are All the Same

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Gary Thain - gitara basowa; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Mick Weaver - instr. klawiszowe (2-4,6,7); Jon Hiseman - perkusja (3), instr. perkusyjne (3,6); John Almond - flet (3); Dave Caswell - trąbka (5,6), skrzydłówka; Lyle Jenkins - saksofon (5); Peter Dines - instr. klawiszowe (5); Ingrid Thomas, Joan Knighton, Valerie Charrington - dodatkowy wokal
Producent: Keef Hartley i Neil Slaven


[Recenzja] Jethro Tull - "Thick as a Brick" (1972)



Po wydaniu albumu "Aqualung", przez wielu postrzeganego jako album koncepcyjny, Jethro Tull zaczął być zaliczany do nurtu rocka progresywnego - ku niezadowoleniu Iana Andersona, który nie chciał być częścią tego zjawiska. Dla przekory postanowił jednak dać ludziom to, czego oczekiwali - przynajmniej w pewnym sensie. "Thick as a Brick" miał być bowiem parodią rocka progresywnego, podkreślającym wszystkie najgorsze cechy tego stylu - bombastyczność, patetyczność, przerost formy nad treścią, itp. Dla ich podkreślenia, znalazła się na nim tylko jedna, ponad 40-minutowa kompozycja (podzielona na dwie części wyłącznie z powodu ograniczeń pojemnościowych płyty winylowej). Paradoksalnie, album został przyjęty z zachwytem wśród wielbicieli prog rocka i do dziś jest uznawany za jedno z największych arcydzieł tego stylu. Czy jednak słusznie?

Trzeba przyznać, że całość została przygotowana z godnym podziwu rozmachem. Przede wszystkim od strony wizualnej - płyta została opakowana w rozkładaną kopertę w formie... 12-stronicowej gazety. A w niej znalazł się szereg artykułów napisanych przez muzyków (głównie Andersona, Jeffreya Hammonda i Johna Evana). Tematem numeru jest konkurs literacki, w którym faworytem był poemat napisany przez genialnego ośmiolatka Geralda Bostocka, który jednak został w ostatniej chwili zdyskwalifikowany - oficjalnie z powodu rzekomej choroby psychicznej autora, stwierdzonej przez lekarzy po przeczytaniu dzieła, a naprawdę ze względu na jego satyryczny charakter, niepozostawiający na nikim suchej nitki. W "gazecie" pojawia się także sam poemat, opublikowany w całości, a także informacja, że... zespół Jethro Tull planuje nagrać album na jego podstawie.

"Thick as a Brick" to właśnie ten album, a warstwę tekstową stanowi na nim wspomniany wyżej poemat. Jego autorem był oczywiście Anderson, ale na albumie tekst został podpisany jako dzieło Bostocka - był to jeden z wielu pojawiających się tutaj żartów, ale wiele osób nie zorientowało się, że to postać fikcyjna. Warstwa muzyczna może natomiast przy pierwszych przesłuchaniach wydawać się nieco chaotyczna - to typowe dla rozbudowanych prog rockowych form żonglowanie różnymi tematami i nastrojami. Akustyczne fragmenty o folkowym charakterze przeplatają się tutaj z hard rockowym riffowaniem i ostrymi solówkami, klawiszowymi pasażami, lub podniosłym graniem z udziałem orkiestry. Instrumentarium jest zresztą znacznie bogatsze, niż na poprzednich albumach Jethro Tull - nowością są m.in. partie skrzypiec i saksofonu (na obu instrumentach zagrał Anderson).

Fakt, że całość nie ma takiej płynności, jak np. "Echoes" Pink Floyd. Ale po kilkukrotnym dokładnym przesłuchaniu okazuje się, że wszystko idealnie tutaj do siebie pasuje, a powtarzanie i przetwarzanie niektórych motywów zapewnia spójność. Zaletą na pewno jest też to, że zespół stosuje tutaj raczej proste rozwiązania, bez niepotrzebnego komplikowania. W rezultacie zamiast parodii wyszedł album, który pokazuje jak uniknąć pułapek, jakie zastawia na muzyków tego typu granie. Wystarczy wspomnieć tutaj o grupie Yes, która rok później wydała album "Tales from Topographic Oceans" - o wiele lepiej niż "Thick as a Brick" obnażający wszystkie ułomności rocka progresywnego; ukazujący wszelkie błędy, jakie można w tym stylu popełnić.

"Thick as a Brick" to album trudny do ocenienia. Ian Anderson nie osiągnął tutaj celu, jaki sobie wyznaczył. Chciał wydać album wyśmiewający rock progresywny, a tymczasem longplay zapewnił grupie Jethro Tull ogromne uznanie wśród słuchaczy takiej muzyki. Z perspektywy czasu nie ma to jednak znaczenia. Cóż z tego, że album nie spełnił swojej roli? Ważne, że zawarta na nim muzyka prezentuje bardzo wysoki poziom.

Ocena: 9/10



Jethro Tull - "Thick as a Brick" (1972)

1. Thick as a Brick, Part I; 2. Thick as a Brick, Part II

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet, skrzypce, trąbka, saksofon; Martin Barre - gitara, flet; Jeffrey Hammond - bass; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry
Producent: Ian Anderson


5 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Aqualung" (1971)



Tym razem obyło się bez utworu dla Jeffreya (dla przypomnienia: poprzednie albumy zawierały kompozycje o tytułach "A Song for Jeffrey", "Jeffrey Goes to Leicester Square" i "For Michael Collins, Jeffrey and Me"). Nie było to jednak potrzebne, gdyż na czwartym albumie Jethro Tull, zatytułowanym "Aqualung", Jeffrey Hammond pojawia się we własnej osobie - jako basista, na miejscu zwolnionym przez Glenna Cornicka. Ponadto skład zespołu poszerzył się o klawiszowca Johna Evana, co jednak nie miało większego wpływu na brzmienie grupy - klawisze wciąż stanowią tylko dodatek, pojawiają się ledwie w kilku utworach.

A jednak "Aqualung" jest nieco innym albumem od poprzednich w dyskografii Jethro Tull. W warstwie instrumentalnej na pierwszy plan wysunęły się brzmienia gitarowe, a jednocześnie zredukowane zostały partie fletu. Ważniejszą rolę instrument ten odgrywa właściwie tylko w dwóch utworach: zadziornym "Up to Me", oraz "My God", w którym nawet pojawia się długa improwizacja na flecie, częściowo bez akompaniamentu innych instrumentów. "My God" to zresztą jeden z najciekawszych utworów na albumie i w ogóle w całym repertuarze zespołu. Wyróżniający się rozbudowaną, nieoczywistą strukturą - to pierwsza kompozycja Andersona i spółki, którą śmiało można nazwać progrockową, chociaż sami muzycy zawsze zaprzeczali przynależności zespołu do tego nurtu, a wręcz nim gardzili.

Fakt, że w tamtym czasie było im zdecydowanie bliżej do hard rocka. Przykładem może być utwór tytułowy, oparty na charakterystycznym ciężkim riffie - najbardziej rozpoznawalnym z całej dyskografii zespołu. To taki ich "Smoke on the Water"... "Aqualung" wykracza jednak poza ciasne ramy hard rocka, gdyż sporo tutaj także gitary akustycznej, a nawet pojawiają się klawiszowe ozdobniki. Za to "Cross-Eyed Mary" to już prawdziwie hardrockowy czad - nie przypadkiem dekadę później własną wersję nagrała grupa Iron Maiden. A przecież są tu jeszcze takie utwory, jak oparty na kolejnym charakterystycznym riffie "Hymn 43", albo rozpędzony niczym lokomotywa "Locomotive Breath", albo najcięższy na albumie - mimo balladowego wstępu - "Wind-Up". Hardrockowe są także fragmenty wspomnianego już "My God".

Przeciwwagą dla tych utworów są kompozycje o akustycznym charakterze. Jak prześliczny "Cheap Day Return", z bardzo subtelną partią wokalną Iana Andersona i ascetycznym, ale wspaniałym gitarowym akompaniamentem. Szkoda tylko, że utwór kończy się po niespełna dwóch minutach... Pewnym wynagrodzeniem jest to, że bezpośrednio po nim pojawiają się dwa utwory o bardzo podobnym charakterze: niemal tak samo urocze "Mother Goose" (tutaj akurat aranżacja jest nieco bogatsza, pojawia się także flet i gitara elektryczna) oraz "Wond'ring Aloud" (będący w rzeczywistości fragmentem wydanej później kompozycji "Wond'ring Again"). W tym ostatnim, a także w kolejnej urzekającej miniaturce, "Slipstream", pojawiają się brzmienia orkiestrowe, tradycyjnie zaaranżowane przez Davida Palmera (współpracował z grupą już od czasu debiutu).

Od lat trwają dyskusje i spory o to, który album Jethro Tull jest najlepszy: "Aqualung" czy wydany rok później "Thick as a Brick". Ja opowiadam się zdecydowanie za tym pierwszym. Na jedenaście utworów, jakie na nim się znalazły, nie ma ani jednego nieudanego. A to naprawdę rzadka rzecz. Z drugiej strony, nie ma wśród nich także żadnego utworu, który można by uznać za naprawdę wybitny, za prawdziwe arcydzieło (ewentualnie o taki tytuł mogą się starać "My God" i tytułowy "Aqualung", ale nie postawiłbym ich w jednym rzędzie z np. "Stairway to Heaven" lub "Child in Time"). Ale ten problem dotyczy także wszystkich pozostałych albumów Jethro Tull - i pewnie właśnie dlatego zespół zawsze pozostawał w cieniu innych grup, rzadko bywa wymieniany wśród największych. Tego albumu nie wypada jednak nie znać.

Ocena: 9/10



Jethro Tull - "Aqualung" (1971)

1. Aqualung; 2. Cross-Eyed Mary; 3. Cheap Day Return; 4. Mother Goose; 5. Wond'ring Aloud; 6. Up to Me; 7. My God; 8. Hymn 43; 9. Slipstream; 10. Locomotive Breath; 11. Wind-Up

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet; Martin Barre - gitara; Jeffrey Hammond - bass; Clive Bunker - perkusja i instr. perkusyjne; John Evan - instr. klawiszowe
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry (5,9)
Producent: Ian Anderson i Terry Ellis


4 marca 2015

[Recenzja] Colosseum - "Daughter of Time" (1970)



Pod koniec lat 60. grupa Colosseum wydała dwa bardzo dobre albumy, będące jednymi z najlepszych przykładów bardziej rockowego jazz rocka. Szczególnie drugi z nich, "Valentyne Suite", to rewelacyjna mieszanka rocka, jazzu i bluesa, z domieszką psychodelii; ambitna, ale zarazem niezbyt skomplikowana i całkiem przystępna. Niestety, wkrótce po jego wydaniu, dotąd stabilny skład grupy zaczął się sypać. Najpierw śpiewającego gitarzystę Jamesa Litherlanda zastąpił Dave "Clem" Clempson, który jednak nie radził sobie z jednoczesnym graniem i śpiewaniem, więc wkrótce zatrudniono także wokalistę Chrisa Farlowe'a (późniejszego członka Atomic Rooster, znanego też ze współpracy z Jimmym Pagem). Następnie zaczęły się problemy z posadą basisty - po odejściu Tony'ego Reevesa objęli ją kolejno Louis Cennamo (później w Steamhammer i Armageddon) i Mark Clarke (później w Uriah Heep). Wszystkich trzech basistów słychać na "Daughter of Time" - trzecim albumie Colosseum, nagrywanym w trakcie tych personalnych roszad.

Rezultatem jest longplay wyraźnie słabszy od poprzednich. Największe zastrzeżenie mam do warstwy wokalnej. Farlowe figuruje w czołówce mojej listy najbardziej znienawidzonych wokalistów. Słuchanie jego pretensjonalnego sposobu śpiewania, zawsze sprawiającego wrażenie wymęczonego, wydobywanego ze ściśniętego gardła, to prawdziwa tortura dla moich uszu. W jednym utworze, "Take Me Back to Doomsday", mikrofon przejmuje Clempson, którego głos może i nie irytuje, ale jest po prostu nijaki.

Pod względem muzycznym album również niespecjalnie zachwyca. O braku pomysłów świadczy umieszczenie nieodbiegającej daleko od oryginału przeróbki "Theme for an Imaginary Western" Jacka Bruce'a, a zwłaszcza zarejestrowanego podczas koncertu "The Time Machine", składającego się głównie z perkusyjnej solówki Jona Hisemana - nawet niezłej, ale zdecydowanie przydługiej. Kuriozalnie wypada "Three Score and Ten, Amen", łączący fragmenty o podniosłym charakterze z banalnie piosenkowymi wstawkami. Z kolei w utworze tytułowym robi się nieco zbyt patetycznie. Na tym tle całkiem nieźle wypadają jazzująco-orkiestrowy "Time Lament", zadziorniejszy "Take Me Back to Doomsday", a zwłaszcza wolny blues "Downhill and Shadows" - świetny instrumentalnie i odrobinę bardziej znośny wokalnie. Prawdziwą perełką okazuje się natomiast instrumentalny "Bring Out Your Dead", zachwycający porywającymi popisami muzyków i ciekawymi zmianami nastroju. W tym jednym jedynym fragmencie słychać, że to naprawdę ten sam zespół, który nagrał "Valentyne Suite".

Niestety, jako całość jest to bardzo rozczarowujący album. Nierówny, na siłę wydłużony ("The Time Machine"), dość monotonny, zbyt rzadko dający instrumentalistom pole do zaprezentowania swoich umiejętności, a zbyt często eksponujący nowego wokalistę, który nie powinien śpiewać. Kilka fragmentów na poziomie wcześniejszych dokonań Colosseum tylko pogłębia żal, że zespół nie gra tu tak przez cały czas. Przepaść pomiędzy "Bring Out Your Dead" czy nawet "Downhill and Shadows", a takim np. "Three Score and Ten, Amen" jest ogromna.

Ocena: 6/10



Colosseum - "Daughter of Time" (1970)

1. Three Score and Ten, Amen; 2. Time Lament; 3. Take Me Back to Doomsday; 4. The Daughter of Time; 5. Theme for an Imaginary Western; 6. Bring Out Your Dead; 7. Downhill and Shadows; 8. The Time Machine (live)

Skład: Chris Farlowe - wokal (1,2,4,5,7); Dave "Clem" Clempson - gitara, wokal (3); Dick Heckstall-Smith - saksofon, głos (1); Dave Greenslade - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Mark Clarke - gitara basowa (1,5,7); Louis Cennamo - gitara basowa (2-4,6); Tony Reeves - gitara basowa (8); Jon Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Barbara Thompson - flet, saksofon i dodatkowy wokal (1-4); Jack Rothstein - skrzypce (2,4); Trevor Williams - skrzypce (2,4); Nicholas Kraemer - altówka (2,4); Charles Tunnell - wiolonczela (2,4); Fred Alexander - wiolonczela (2.4); Harry Beckett - trąbka i skrzydłówka (2,4); Derek Wadsworth - puzon (2,4)
Producent: Gerry Bron


[Recenzja] Jethro Tull - "Benefit" (1970)




"Benefit" to album, z którym niby wszytko jest w porządku, ale jednak nieszczególnie zachwyca. Może dlatego, że stylistycznie bardzo przypomina poprzedni longplay, "Stand Up", ale zawarte na nim utwory robią odrobinę mniejsze wrażenie. Z biegiem lat "Benefit" nic nie zyskał - zniknął w cieniu dwóch kolejnych albumów Jethro Tull, "Aqualung" i "Thick as a Brick", powszechnie uważanych za najlepsze w dyskografii zespołu. Z perspektywy czasu "Benefit" wydaje się zatem nic nie znaczącą pozycją. A jednak wartą poznania.

Znalazło się tutaj bowiem kilka interesujących fragmentów. Jak powoli rozkręcający się otwieracz "With You There to Help Me", oparty głównie na gitarze akustycznej, ale niepozbawiony ozdobników w postaci partii fletu i ostrych solówek Martina Barre'a. Albo balladowy "Nothing to Say", wyróżniający się naprawdę chwytliwą linią melodyczną - to jeden z najpiękniejszych utworów w całej dyskografii Jethro Tull. "Alive and Well and Living In" to z kolei utwór dość trudny do sklasyfikowania - łączący hardrockową zadziorność z niemal popową przebojowością, oraz fragmentami o nieco jazzowym charakterze. Nie zabrakło tu jednak utworów bardziej jednoznacznych stylistycznie, jak hardrockowy "To Cry You a Song", wyróżniający się świetnym riffowaniem, albo akustyczne "For Michael Collins, Jeffrey and Me" i "Sossity; You're a Woman", przypominające o folkowej fascynacji Iana Andersona.

Niestety są tu też słabsze fragmenty. Przede wszystkim trzeba wymienić przekombinowany "Play in Time", w którym zupełnie bez sensu zastosowano studyjne sztuczki typu puszczenie taśmy od tyłu. Irytująco banalny jest singlowy "Inside", natomiast "Son" i "A Time for Everything?" to typowe wypełniacze, które niepotrzebnie wydłużają album.

Ocena: 7/10

PS. Amerykańskie wydanie "Benefit" zamiast utworu "Alive and Well and Living In" zawiera przebojową kompozycję "Teacher" (ze strony B niealbumowego singla "Witch's Promise").



Jethro Tull - "Benefit" (1970)

1. With You There to Help Me; 2. Nothing to Say; 3. Alive and Well and Living In; 4. Son; 5. For Michael Collins, Jeffrey and Me; 6. To Cry You a Song; 7. A Time for Everything?; 8. Inside; 9. Play in Time; 10. Sossity; You're a Woman

Skład: Ian Anderson - wokal, gitara, flet, instr. klawiszowe; Martin Barre - gitara; Glenn Cornick - bass, organy; Clive Bunker - perkusja
Gościnnie: David Palmer - orkiestracja; John Evan - instr. klawiszowe
Producent: Ian Anderson


3 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Stand Up" (1969)



Po wyrzuceniu Micka Abrahamsa, nowym gitarzystą Jethro Tull został Tony Iommi. Nie zagrzał on jednak długo miejsca w zespole i szybko wrócił do swojej poprzedniej grupy, Earth, która niedługo później zmieniła nazwę na Black Sabbath i dokonała jednego z największych przełomów w muzyce rockowej. Chociaż Iommi odszedł z własnej woli (wolał grać w zespole będącym grupką przyjaciół), właściwie pewne jest, że prędzej czy później i tak musiałby opuścić Jethro Tull, gdyż podobnie jak Abrahams był gitarzystą bluesrockowym. Tymczasem Ian Anderson szukał muzyka, który podzielałby jego fascynację folkiem i muzyką dawną. W końcu znalazł go w osobie Martina Barre'a.

Pierwszy album nagrany z nowym gitarzystą, "Stand Up", przynosi muzykę o wiele bardziej różnorodną stylistycznie w porównaniu z debiutanckim "This Was". A jednak zespół nie odchodzi tu całkiem od swoich bluesowych korzeni. Chociażby otwierający całość "A New Day Yesterday" spokojnie mógłby znaleźć się na poprzedniku. Byłby tam jednak najcięższym utworem, zagranym z prawdziwie hardrockową mocą - dominują tutaj gitarowe riffy, a partia fletu jest tylko dodatkiem. W podobnym stylu utrzymany jest jednak jeszcze tylko finałowy "For a Thousand Mothers" - ciężki utwór o nieoczywistej budowie, tym razem z większą rolą fletu, który jednak idealnie uzupełnia hardrockowe riffy. Dynamicznie jest także w "Nothing is Easy", chociaż tutaj cięższe brzmienia gitary pełnią rolę drugoplanową. Cięższy fragment pojawia się jeszcze na zakończenie "Back to the Family", ale zasadnicza część utworu utrzymana jest w łagodnym nastroju.

W całości spokojne i bardziej piosenkowe są takie utwory, jak "Jeffrey Goes to Leicester Square", "Look into the Sun", "We Used to Know" (ze świetną solówką, która była inspiracją dla "Hotel California" The Eagles), oraz wzbogacony orkiestracją "Reasons for Waiting". Wyraźnie słychać w nich w jakim kierunku Anderson zawsze chciał podążyć. Wpływy folku i muzyki dawnej są tutaj jak najbardziej słyszalne, ale wciąż jest to muzyka oparta na rockowym gruncie. O inspiracjach Andersona jeszcze bardziej świadczą zatem dwa pozostałe utwory. "Fat Man" to czysty folk, zdominowany muzycznie przez perkusjonalia i partię mandoliny - Jethro Tull był jednym z pierwszych rockowych zespołów, które wykorzystały ten instrument. Natomiast "Bourée" to jazzująca improwizacja na bazie fragmentu "Suity E-moll na lutnię" Jana Sebastiana Bacha, w której na pierwszy plan wysuwa się świetna linia basu, a także popisy Andersona na flecie.

"Stand Up" pokazuje Jethro Tull jako zespół w pełni już dojrzały, doskonale wiedzący jaką muzykę chce grać. I szkoda tylko, że na oryginalnym wydaniu albumu zabrakło miejsca dla singlowych przebojów "Living in the Past" i "Sweet Dreams" - oba pojawiły się dopiero na kompaktowych reedycjach.

Ocena: 8/10



Jethro Tull - "Stand Up" (1969)

1. A New Day Yesterday; 2. Jeffrey Goes to Leicester Square; 3. Bourée; 4. Back to the Family; 5. Look into the Sun; 6. Nothing is Easy; 7. Fat Man; 8. We Used to Know; 9. Reasons for Waiting; 10. For a Thousand Mothers

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina, instr. klawiszowe, harmonijka; Martin Barre - gitara, flet; Glenn Cornick - bass; Clive Bunker - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Andy Johns - bass (5); David Palmer - aranżacja instr. smyczkowych (9)
Producent: Ian Anderson i Terry Ellis