31 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Thick as a Brick" (1972)



Po wydaniu "Aqualung", przez wielu postrzeganego jako album koncepcyjny, Jethro Tull zaczął być zaliczany do nurtu rocka progresywnego. Ku niezadowoleniu wielu osób, w tym samego Iana Andersona. W zasadzie trudno się temu dziwić. Jethro Tull niewątpliwe był zespołem progresywnym w dosłownym znaczeniu - jego inspiracje od samego początku wybiegały poza rockowy idiom, a niektóre kompozycje wykraczały poza przyjęte schematy. Jednak z drugiej strony, dokonania grupy do tamtego momentu niewiele tak naprawdę miały wspólnego z bombastyczną twórczością Yes, Genesis czy Emerson, Lake & Palmer. Wręcz przeciwnie, cechowały się raczej prostotą i bezpretensjonalnością. Anderson, znany ze swojego humoru, postanowił w przewrotny sposób wykpić zaliczanie jego zespołu do nurtu, z którym się nie utożsamiał. Kolejny album, "Thick as a Brick" miał być parodią rocka progresywnego, na którym przerysowane zostaną te cechy prog-rockowych grup, do których faktycznie można mieć zastrzeżenia: formalny monumentalizm, przesadne epatowanie wirtuozerią, próby naśladowania muzyki poważnej.

Do całego projektu przyłożono się jednak bardzo starannie, poświęcając mu wiele czasu. Wrażenie robi na pewno forma wydania, niezwykle pomysłowa i oryginalna. Standardową kopertę winylowego wydania zastąpiła... 12-stronicowa gazeta, wydrukowana w prawdziwej prasie do gazet. Napisaniem artykułów zajęli się przede wszystkim Anderson, Jeffrey Hammond i John Evan, wykazując się iście montypythonowskim humorem. Głównym tematem "St. Cleve Chronicle" (miejscowość o tej nazwie oczywiście nie istnieje) jest konkurs literacki, w którym faworytem był poemat napisany przez genialnego ośmiolatka Geralda Bostocka. W ostatniej chwili dzieło zostało zdyskwalifikowane. Rzekomej choroby psychicznej autora, stwierdzonej przez lekarzy po przeczytaniu dzieła, jednak nie brakuje teorii, że faktycznym powodem był satyryczny charakter tekstu, niepozostawiający suchej nitki na żadnej warstwie społecznej ówczesnej Wielkiej Brytanii. W gazecie opublikowano też kompletny tekst poematu oraz informację, że... zespół Jethro Tull zamierza wykorzystać go na swoim kolejnym albumie. Ponadto zamieszczono też inne humorystyczne artykuły, krzyżówkę i program telewizyjny. Co ciekawe, o ile przyzwyczajeni do tego rodzaju żartów Brytyjczycy od razu wiedzieli z czym mają do czynienia, tak wielu słuchaczy ze Stanów i Japonii sądziło, że album opakowano w autentyczną gazetę, a opisane w niej postaci i wydarzenia są prawdziwe.

Materiał na longplay został zarejestrowany w grudniu 1971 roku w londyńskim Morgan Studio. gdzie udało się osiągnąć znacznie lepsze brzmienie niż podczas nagrywania "Aqualung". Od czasu tamtej sesji ze składu odszedł Clive Bunker, który założył rodzinę i nie chciał już tak dużo koncertować. Nowym perkusistą został Barrie Barlow - od tamtej pory znany jako Barriemore Barlow - dawny współpracownik Andersona, Hammonda i Evana. W połowie lat 60. muzycy tworzyli grupę The John Evan Band, znaną też pod wieloma innymi nazwami. Ówczesny skład Jethro Tull różnił się więc jedynie gitarzystą, którym pozostał Martin Barre.

Na album "Thick as a Brick" złożyła się tylko jedna, tak samo zatytułowana kompozycja. Pomyślana jako jedno, 44-minutowe dzieło, ze względu na specyfikę płyt winylowych musiała zostać podzielona na dwa utwory o mniej więcej równej długości. Na płycie podpisano ją jako kompozycję Andersona z tekstem Gerarda Bostocka, co było kolejnym żartem (w rzeczywistości słowa napisał lider zespołu). Pomimo tak monumentalnej formy, mającej wykpić bombastyczność rocka progresywnego, powstało zaskakująco udane dzieło, na ogół sprawnie unikające częstych przypadłości tego nurtu. Przede wszystkim całość ma zupełnie bezpretensjonalny charakter, nad którym unosi się lekki, humorystyczny klimat. Natomiast muzycy bynajmniej nie próbują szpanować wirtuozerią. Grają prosto, ale niebanalnie, stawiając przede wszystkim na zespołową współpracę, choć nie brakuje tu świetnych solówek. Ogólny zamysł też nie jest skomplikowany. Po prostu przeplatają się tutaj łagodniejsze momenty, o folkowym brzmieniu i melodyce kojarzącej się z bardziej odległymi epokami, a także bardziej czadowe, zdecydowanie rockowe granie, w których wykazać może się przede wszystkim Barre i sekcja rytmiczna, ale także grający najczęściej na elektrycznych organach Evan. Brzmienie jest tu zresztą bardzo bogate za sprawą wykorzystania gitary akustycznej, pianina, klawesynu, fletu, saksofonu, trąbki i skrzypiec. W tych folkowych momentach otrzymujemy czyste Jethro Tull, natomiast bardziej dynamiczne, w znacznej części instrumentalne, kojarzą się raczej z Colosseum niż udającym orkiestrę symfoniczną ELP lub Yes. Ogromnym plusem jest też na pewno mnóstwo naprawdę świetnych melodii. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to tylko do tego, że o ile "Part I" zawiera mnóstwo fajnych pomysłów, które łączą się w całkiem spójną całość, tak "Part II" nie jest już tak zborny, a niektóre fragmenty wydają się nieco przeciągnięte.

"Thick as a Brick" miał być pastiszem rocka progresywnego, a jest jednym z najlepszych albumów wpisujących się w główny nurt tej muzyki, naprawdę nieznacznie ustępującym - i to tylko w drugiej połowie - takim dziełom, jak "Close to the Edge" Yes, "In the Court of the Crimson King" King Crimson, "Octopus" Gentle Giant czy "Pawn Hearts" Van der Graaf Generator. Jest to jednocześnie najlepsze wydawnictwo Jethro Tull, który dopiero tutaj pokazał, na co naprawdę go stać, a już nigdy później nie zbliżył się do tego poziomu.

Ocena: 9/10



Jethro Tull - "Thick as a Brick" (1972)

1. Thick as a Brick (Part I); 2. Thick as a Brick (Part II)

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, skrzypce, trąbka, saksofon; Martin Barre - gitara, lutnia; John Evan - instr. klawiszowe; Jeffrey Hammond - gitara basowa, głos; Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry
Producent: Ian Anderson


29 marca 2015

[Recenzja] Taste - "Live at the Isle of Wight" (1971)



Irlandzkie trio Taste zaliczyło obecność na jednym z największych festiwali muzycznych przełomu lat 60. i 70. - brytyjskim Isle of Wight Festival 1970. W trakcie pięciodniowej imprezy na scenie zaprezentowało się kilkudziesięciu wykonawców, w tym m.in. Jimi Hendrix, Miles Davis, The Doors, The Who, Jethro Tull, Ten Years After, Free czy Emerson, Lake and Palmer. Natomiast publiczność była jeszcze liczniejsza niż na słynnym Woodstocku rok wcześniej. Według szacunków koncerty oglądało od sześciuset do siedmiuset tysięcy widzów. Największe gwiazdy wystąpiły podczas ostatnich dwóch dni. Trio Rory'ego Gallaghera nie miało aż takiej renomy, więc występ odbył się trzeciego dnia, w piątek 28 sierpnia. Muzycy grali o dość wczesnej porze, przy dziennym świetle, gdy na terenie festiwalu nie było jeszcze największych tłumów. Pomimo tego dali autentycznie porywający występ.

Już w następnym roku fragmenty koncertu Taste trafiły na album "Live at the Isle of Wight". Brzmienie jest co prawda najlepsze - ale i nie najgorsze - jednak wynagradza to wykonanie. Na repertuar składają się nie tylko utwory znane z dwóch studyjnych wydawnictw tria. Debiutancki longplay reprezentują dwa tradycyjne bluesy: "Sugar Mama" oraz "Catfish". Już studyjne wersje charakteryzuje duża swoboda improwizatorska oraz świetne zgranie muzyków. Na żywo wypadły jeszcze bardziej porywająco. To w znacznym stopniu zasługa ekscytujących popisów gitarowych lidera, jednak sekcja rytmiczna ze swojego zadania też wywiązuje się znakomicie, a przy tym wyraźnie zaznacza swoją obecność. Błyskotliwych improwizacji całego tria nie brakuje zwłaszcza w "Catfish", który w pewnym momencie nabiera nawet odrobinę jazz-rockowego charakteru. Nie powinno to dziwić po tym, co zespół zaprezentował na swoim drugim albumie, "On the Boards". Tutaj jednak znalazły się tylko dwa bardziej piosenkowe fragmenty tamtego wydawnictwa: "What's Going On" i "Morning Sun". Oba jednak bardzo zyskały w porównaniu ze studyjnymi wersjami - są bardziej swobodne, energetyczne i brzmią ciężej. Fantastycznie wypada ten pierwszy, za sprawą rewelacyjnych solówek Gallaghera, ale także równie świetnych popisów basisty Richarda McCrackena. "Sinner Boy" to z kolei premierowa kompozycja Rory'ego, która w przearanżowanej wersji trafiła na jego solowy debiut. Koncertowe wykonanie jest bardziej surowe, niemal całkiem inne są partie gitary, ale wcale nie ustępuje finalnej wersji. Całości dopełnia interpretacja bluesowego standardu "I Feel So Good" Big Billa Broonzy'ego - jeszcze jeden świetny jam, w którym wszyscy muzycy mogą się wykazać (jest to nawet krótkie perkusyjne solo). W takim graniu czuli się zdecydowanie najlepiej.

"Live at the Isle of Wight" to koncertówka, jakiej nie powstydziłby się żaden czołowy rockowy wykonawca. Może i Taste odstawał od nich pod względem popularności, ale na pewno nie ustępował poziomem. Zresztą ten występ mógł znacznie poprawić komercyjną sytuację zespołu. Problem w tym, że trio rozpadło się wkrótce po tym wydarzeniu. Przyczyny nie są do końca znane, jednak nieco światła rzucają wypowiedzi Johna Wilsona, z których wynika, że sekcja rytmiczna często miała problem, by nadążyć za nieprzewidywalnymi improwizacjami lidera. Rory Gallagher rozpoczął wówczas udaną - także pod względem komercyjnym - karierę solową. Pozostała dwójka właściwie nic już nie osiągnęła. Po śmierci Gallaghera, McCracken i Wilson reaktywowali Taste, ale ten okres lepiej pominąć milczeniem. Dyskografia zespołu powinna ograniczać się do dwóch pierwszych albumów studyjnych oraz tej koncertówki. Cała reszta - włącznie z demówkami i bardzo słabej jakości nagraniami koncertowymi z Gallagherem - jest kompletnie niepotrzebna, a stanowi jedynie próbę zarobienia na wątpliwej wartości rzeczach, które sprzedadzą się dzięki późniejszym sukcesom solowym niegdysiejszego lidera Taste.

Ocena: 8/10



Taste - "Live at the Isle of Wight" (1971)

1. What's Going On; 2. Sugar Mama; 3. Morning Sun; 4. Sinner Boy; 5. I Feel So Good; 6. Catfish

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara; Richard McCracken - gitara basowa; John Wilson - perkusja
Producent: Tony Colton


27 marca 2015

[Recenzja] John Mayall - "Thru the Years" (1971)



O tym wydawnictwie wspominałem już w recenzji "Looking Back". "Thru the Years" to kolejna kompilacja zbierająca wyłącznie niealbumowe nagrania Johna Mayalla z czasów współpracy z Deccą. Jednak tym razem repertuar w mniejszym stopniu bazuje na utworach wydanych wcześniej na singlach, a bardziej na zupełnie premierowym materiale. Ponownie cofamy się w czasie do najwcześniejszych sesji Mayalla, któremu towarzyszyli wówczas John McVie na basie, Bernie Watson lub Roger Dean na gitarze oraz Martin Hart lub Hughie Flint na bębnach. Na "Looking Back" znalazły się strony B dwóch pierwszych singli, tutaj natomiast zamieszczono kawałki ze stron A: "Crawling Up a Hill" i "Crocodile Walk". Zaskakująco niewiele w nich bluesa, przypominają raczej kawałki ówczesnych grup rockowych. Zapewne na taki materiał naciskał wydawca. To fajna ciekawostka dla fanów, ale nie jest to zbyt interesujące granie. Trochę lepiej, bo bardziej bluesowo, prezentuje się "My Baby Is Sweeter", napisany przez Williego Dixona dla Little Waltera. Nagranie pochodzi z tej samej sesji, z lutego 1964 roku, gdy zarejestrowano singiel "Crocodile Walk" / "Blues City Shakedown".

Następnie od razu przeskakujemy do okresu z Peterem Greenem jako gitarzystą i Aynsleyem Dunbarem za perkusją. Trochę dziwi brak jakichkolwiek nagrań z Erikiem Claptonem, którego nazwisko mogłoby korzystnie wpłynąć na sprzedaż "Thru the Years". Natomiast nagrania w rodzaju singlowych "I'm Your Witchdoctor" i "Lonely Years" pasowałyby na tę kompilację o wiele bardziej od tych trzech wyżej wspomnianych staroci. Poza tym trudno do czegokolwiek się przyczepić, bo kolejne uwzględnione tu utwory prezentują dużo wyższy poziom. Fajnie wypadają dwie kompozycje J.B. Lenoira - jednego z największych idoli Mayalla - zarejestrowane podczas sesji nagraniowej drugiego albumu Bluesbreakers, "A Hard Road". "Mama, Talk to Your Daughter" to dość żwawy blues ze świetnymi popisami Greena. "Alabama Blues" to natomiast solowe nagranie tego muzyka, który samodzielnie go zaśpiewał, akompaniując sobie na gitarze. W tym samym okresie, w październiku 1966 roku, zarejestrowano też wspaniałą bluesową balladę "Out of Reach", oryginalnie wydaną na stronie B singla "Sitting in the Rain". To kompozycja Greena, zaśpiewana i zagrana przez niego w bardzo emocjonalny sposób. Mayall zagrał tutaj tylko partię rytmiczną gitary, bez której właściwie mogłoby się obyć. Dużo więcej wnoszą za to McVie i Dunbar.

Takich zaskakujących momentów jest tutaj więcej. Lider w ogóle nie towarzyszył Greenowi, McVie i Dunbarowi podczas sesji z lutego 1967 roku, reprezentowanej tu trzema utworami autorstwa gitarzysty. Bardzo fajnie wypadają dwa instrumentale: lekko jazzujący "Greeny" oraz czadowy, niemalże hardrockowy "Curly". Nie mniej udana okazuje się piosenka "Missing You", gdzie Green nie tylko śpiewa, ale też odpowiada za całkiem niezłą partię harmonijki. "Curly" - wraz z zarejestrowanym podczas tej samej sesji, ale tutaj nieobecnym "Rubber Duck" (w dużej części będącym popisem Dunbara) - został wydany na singlu sygnowanym wyłącznie nazwą Bluesbreakers. Miesiąc później, już z Mayallem, odbyła się ostatnia sesja tego składu. Zarejestrowany wówczas singiel zamieszczono tutaj w całości. W energetycznym "Please Don't Tell", napisanym przez lidera, znów pojawia się niemalże hardrockowa partia gitary, ale też sporo bluesowej harmonijki. Mayall wrócił do tego utworu na swoim solowym "The Blues Alone", ale tamtejszej wersji daleko do porywającego pierwowzoru. "Your Funeral and My Trial" z repertuaru Sonny'ego Boya Willimansona II to już znacznie łagodniejsze oblicze blues rocka. Głównym instrumentem jest tutaj harmonijka lidera, jednak pozostali muzycy zapewniają solidny podkład.

Kolejny utwór to przeskok do września 1967 roku. Choć minęło niewiele czasu, to w międzyczasie zarejestrowane zostały dwa albumy - wspomniany "The Blues Alone" oraz "Crusade" - a w zespole nie został żaden z wcześniejszych współpracowników Mayalla. Składu dopełnili Mick Taylor, Keef Hartley, Paul Williams, a także saksofoniści Dick Heckstall-Smith i Chris Mercer. Singiel "Suspicions" na "Looking Back" był reprezentowany przez nagranie "Suspicions (Part Two)". Na "Thru the Years" trafił natomiast bliźniaczy "Suspicions (Part One)", również autorstwa lidera. To bardzo podobny, tak samo energetyczny kawałek o nieco jazzrockowym charakterze. Brzmienie dęciaków wywołuje wyraźne skojarzenia z nagranym w kwietniu następnego roku "Bare Wires" lub dokonaniami Colosseum. Co w sumie wychodzi na jedno, bo ten zespół został założony przez trzech muzyków ze składu "Bare Wires" - wspomnianego Heckstall-Smitha, a także Jona Hisemana i Tony'ego Reevesa, którzy zastąpili Hartleya i Williamsa. Skład Bluesbreakers poszerzył się wówczas także o trębacza Henry'ego Lowthera. Wspominam o tym dlatego, że dwa ostatnie nagrania z tej kompilacji to odrzuty właśnie z "Bare Wires". Fakt, że te kawałki nie trafiły na album, nie znaczy wcale, że są gorsze od jego zawartości. "Hide and Seek" po prostu by tam niezbyt pasował, jako stricte bluesrockowy kawałek w stylu wcześniejszych płyt, pozbawiony sekcji dętej. Ale już energetyczny instrumental "Knockers Step Forward", z porywającym popisem Taylora (podpisanego jako współautor obok lidera), pasowałby tam idealnie i spokojnie mógłby zająć miejsce innego instrumentalnego nagrania, odrobinę mniej ciekawego "Hartley Quits".

Mam pewien problem z tym wydawnictwem, bo pomijając trzy pierwsze kawałki, słucha się go niemalże jak regularnego albumu. Choć te nowsze utwory zostały zarejestrowane podczas kilku sesji, na przestrzeni około półtora roku i w różnych składach, to tworzą całkiem zgrabną, choć eklektyczną całość. W większości prezentują naprawdę wysoki poziom, przebijając wiele nagrań z albumów Johna Mayalla. Świetnym urozmaiceniem są tu chociażby kawałki śpiewane przez Petera Greena (nawet jeśli przypominają przez to bardziej wczesny Fleetwood Mac niż Bluesbreakers), który niewątpliwie był lepszym wokalistą od lidera. Ale z drugiej strony, są tu też te starsze nagrania, brzmiące znacznie bardziej archaicznie od pozostałych, a tym samym kompletnie tu nie pasują. Nie są też tak dobre, jak późniejsze. Mimo wszystko, "Thru the Years" to bardzo zacna kompilacja, która - wraz z wcześniejszą "Looking Back" - doskonale uzupełnia podstawową dyskografię Johna Mayalla z lat 60. Zdecydowanie nie powinno pomijać się tych wydawnictw podczas zapoznawania się z dokonaniami tego zasłużonego muzyka.

Ocena: 8/10



John Mayall - "Thru the Years" (1971)

1. Crocodile Walk; 2. My Baby Is Sweeter; 3. Crawling Up a Hill; 4. Mama, Talk to Your Daughter; 5. Alabama Blues; 6. Out of Reach; 7. Greeny; 8. Curly; 9. Missing You; 10. Please Don't Tell; 11. Your Funeral and My Trial; 12. Suspicions (Part One); 13. Knockers Step Forward; 14. Hide and Seek

Skład: John Mayall - wokal (1-4,10-12,14), harmonijka (1-3,10,11,14), instr. klawiszowe (1-3,10,13), gitara (4,6,12); Roger Dean - gitara (1,2); John McVie - gitara basowa (1-4,6-11); Hughie Flint - perkusja (1,2); Bernie Watson - gitara (3); Martin Hart - perkusja (3); Peter Green - gitara (4-11), wokal (5,6,9), harmonijka (9); Aynsley Dunbar - perkusja (4,6-11); Mick Taylor - gitara (12-14); Paul Williams - gitara basowa (12); Keef Hartley - perkusja (12); Dick Heckstall-Smith - saksofon tenorowy i sopranowy (12,13); Chris Mercer - saksofon tenorowy (12,13); Tony Reeves - gitara basowa (13,14); Jon Hiseman - perkusja (13,14); Henry Lowther - trąbka (13)
Producent: John Mayall i Mike Vernon


25 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Aqualung" (1971)



Jethro Tull od początku kariery odnosił spore sukcesy komercyjne. Gdyby jednak zespół zakończył działalność po wydaniu trzech pierwszych albumów, dziś miałby status podobny do, powiedzmy, Atomic Rooster czy East of Eden. Zespołów kultowych w pewnych, niewielkich kręgach, ale obecnie kompletnie nieznanych wśród przypadkowych słuchaczy i całkowicie ignorowanych przez mainstreamowe media. Jednak czwarty album zespołu to prawdziwy kanon muzyki rockowej. Co ciekawe, jeśli patrzeć wyłącznie na notowania sprzedaży, "Aqualung" wcale nie był największym sukcesem grupy. W rodzimej Wielkiej Brytanii doszedł do 4. miejsca, a więc niżej od dwóch poprzedzających go albumów, natomiast w Stanach osiągnął 7. pozycję, który to wynik pobiły trzy kolejne longplaye. A jednak to właśnie "Aqualung" na przestrzeni lat sprzedał się w największej ilości egzemplarzy, w samych Stanach pokrywając się trzykrotną platyną. Przyniósł też kilka hitów, bez których nie mógł obyć się żaden koncert grupy.

Materiał został zarejestrowany na przełomie lat 1970/71 we właśnie otwartym londyńskim Island Studios (obecne Sarm West Studios). Sesja rozpoczęła się jeszcze z Glennem Cornickiem w składzie, jednak wkrótce usunięto go ze składu - ponoć prowadził zbyt rozrywkowy tryb życia. Nie jest to końca jasne, czy na albumie wykorzystano zarejestrowane przez niego partie. W każdym razie nazwisko Cornicka nie pojawiło się na okładce. Nowym basistą został natomiast Jeffrey Hammond, doskonale znany wielbicielom Jethro Tull z... tekstów. To właśnie Hammond jest bohaterem utworów "A Song for Jeffrey" z "This Was", "Jeffrey Goes to Leicester Square" z "Stand Up" oraz "For Michael Collins, Jeffrey and Me" z "Benefit". Do składu dołączył także klawiszowiec John Evan, który gościnnie udzielał się na poprzednim albumie. Hammond i Evan byli zresztą pierwszymi muzykami, z jakimi współpracował Ian Anderson jeszcze przed sformułowaniem Jethro Tull.

"Aqualung" to dość luźny album koncepcyjny. Pierwsza strona winylowego wydania, o tytule tożsamym z całym longplayem, różnych ludziach, jak obleśny bezdomny Aqualung czy nastoletnia prostytutka Zezowata Mary. Druga strona, "My God", jest z kolei wypełniona w znacznej części utworami krytykującymi zorganizowaną religię. Taka forma albumu kojarzy się z rockiem progresywnym, jednak pod względem stylistycznym jest to bezpośrednia kontynuacja "Benefit". Ponownie mamy do czynienia z mieszanką dość specyficznego hard rocka oraz folku. Największa różnica dotyczy brzmienia, w którym znacznie większą rolę odgrywają partie klawiszowe - pianina, elektrycznych organów oraz melotronu - nieco zaś mniej tutaj fletu Andersona.

Tytułowy otwieracz to chyba najbardziej znana kompozycja Jethro Tull, zbudowana na charakterystycznym, choć nieco topornym, hardrockowym riffie. Tylko trochę więcej polotu ma gitarowa solówka Barre'a, klawiszowe ozdobniki Evana oraz akustyczne zwolnienia w refrenie. W hardrockową stylistykę wpisuje się również "Cross-Eyed Mary", pomimo istotnej roli klawiszy i fletu. Po latach własną wersję tej kompozycji nagrała grupa Iron Maiden (trafiła na stronę B singla "The Trooper"). Reszta pierwszej strony albumu to już jednak granie o zupełnie innym klimacie: niemal stricte akustyczne, z wyraźnymi wpływami brytyjskiego folku oraz muzyki dawnej. Zarówno miniaturkom "Cheap Day Return" i "Wond'ring Aloud" (pomijając dość ckliwą orkiestrację tego drugiego), jak i nieco bardziej rozbudowanemu "Mother Goose", nie można odmówić uroku, ale taka seria łagodniejszych kawałków może nieco znużyć. Zwłaszcza, że czadowy początek nie zapowiadał tak szybkiego i długiego uspokojenia. W zamykającym tę część płyty "Up to Me" wręcz prosiłoby się o więcej gitarowego brudu, który pojawia się tylko momentami.

Drugą stronę rozpoczyna najambitniejszy fragment longplaya, siedmiominutowy "My God" - utwór najdalej odchodzący od piosenkowej formy. Nie dzieje się tu może tyle, co w utworach Gentle Giant, jednak sporo tu zmian nastroju i motywów, od klimatycznych momentów z akompaniamentem gitary akustycznej i pianina, przez posępne hardrockowe riffowanie oraz melodyjne tematy o wyraźnie folkowym zabarwieniu, po kojarzący się ze średniowieczem fragment, w którym słychać wyłącznie chór oraz partie kilku fletów. Tutaj faktycznie zespół zbliżył się do rocka progresywnego, choć sam Anderson bardzo źle reagował na takie porównania.

Singlowy "Hymn 43" to znów bardziej piosenkowe, całkiem zresztą chwytliwe nagranie, w którym ostry gitarowy riff uzupełniają łagodniejsze partie pianina i fletu. Tylko krótkie solo gitarowe wydaje się nieco zbyt sztampowe. "Slipstream" to z kolei jeszcze jedna urocza miniaturka z akompaniamentem gitary akustycznej oraz nieco przesłodzoną orkiestracją. Fortepianowy wstęp "Locomotive Breath" to tylko zmyłka przed najbardziej rozpędzonym i najostrzejszym, ale znów nieco topornym fragmentem longplaya. Ten utwór, podobnie jak tytułowy "Aqualung", stał się prawdziwym klasykiem. Co ciekawe, Anderson musiał samodzielnie zarejestrować część solowych partii gitary oraz perkusji, ponieważ nie umiał wytłumaczyć Barre'owi i Bunkerowi jak mają grać. Finałowy "Wind-Up" to jeszcze jedno melodyjne nagranie, łączące wolniejsze, spokojniejsze momenty z hardrockowym czadowaniem. Celowo lub nie, utwór zdaje się brzmieć gorzej od pozostałych nagrań, jakby pochodził z innej sesji. Być może to wina nowego studia, na które swego czasu Anderson bardzo narzekał.

Album zawdzięcza swoją wielką popularność kilku bardzo charakterystycznym utworom, na czele z tytułowym "Aqualung" i "Locomotive Breath". Jako całość sprawia niestety wrażenie dość niezbornego, co jest o tyle dziwne, że nie jest to przesadnie eklektyczny album. Hard rock przeplata się tutaj z folkiem - w większości utworów słychać elementy obu tych stylów w różnych proporcjach. Sporadycznie dochodzą do tego pewne wpływy muzyki dawnej. I to wszystko. A jednak nie klei się to w spójną całość. Longplay broni się dzięki poszczególnym utworom (wśród których największą perłą jest "My God", świadczący o większej kreatywności muzyków niż sugerują pozostałe nagrania). To zresztą problem z większością klasycznych albumów, żeby wspomnieć tylko o nagrywanej częściowo w tym samym miejscu i czasie "Czwórce" Led Zeppelin. Jako całość zwykle nie są najlepszym wydawnictwem danego wykonawcy, ale to właśnie na nich znalazł się ten najpopularniejszy utwór lub kilka dużych przebojów.

Ocena: 7/10



Jethro Tull - "Aqualung" (1971)

1. Aqualung; 2. Cross-Eyed Mary; 3. Cheap Day Return; 4. Mother Goose; 5. Wond'ring Aloud; 6. Up to Me; 7. My God; 8. Hymn 43; 9. Slipstream; 10. Locomotive Breath; 11. Wind-Up

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, instr. perkusyjne (10); Martin Barre - gitara, flet dyszkantowy (7); John Evan - instr. klawiszowe; Jeffrey Hammond - gitara basowa, flet altowy (7), dodatkowy wokal; Clive Bunker - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Palmer - aranżacja orkiestry (5,9)
Producent: Ian Anderson i Terry Ellis


23 marca 2015

[Recenzja] Taste - "On the Boards" (1970)



Drugi album irlandzkiego Taste ukazał się niespełna rok po debiucie. A mimo to słychać tu pewien postęp. Rory Gallagher poczuł się o wiele pewniej jako kompozytor i tym razem wszystkie utwory stworzył samodzielnie. Nie musiał już sięgać do repertuaru innych twórców, ponieważ sam miał wiele do zaoferowania. Napisany przez niego materiał już nie trzyma się tak kurczowo bluesrockowych patentów, jak miało to miejsce na debiucie. Irlandczyk miał o wiele szersze horyzonty muzyczne i dał tu tego wyraz, niejednokrotnie daleko oddalając się od bluesa w jakiejkolwiek postaci. "On the Boards" to album bardzo eklektyczny, zawierający utwory w różnych stylistykach, a jego brzmienie wykracza poza to najbardziej podstawowe instrumentarium.

Uwagę przyciąga już otwieracz - bardzo energetyczny i całkiem chwytliwy "What's Going On", z nośnym riffem, fajnymi zwolnieniami oraz świetną, choć bardzo treściową solówką Gallaghera. Wolniejszy "Railway and Gun" to utwór najbliższy poprzedniego longplaya, za sprawą jednoznacznie bluesrockowego charakteru. Ale zaraz po nim pojawia się pierwsze większe zaskoczenie, nieco jakby jamowy "It's Happened Before, It'll Happen Again", ze swingującą sekcją rytmiczną i zdecydowanie jazzującymi partiami gitarzysty, który zaprezentował tutaj też solo na... saksofonie altowym. Rory zdecydowanie nie był wirtuozem tego instrumentu, daleko mu do jazzowych saksofonistów, jednak zagrał całkiem przyzwoicie, w dodatku w bardzo jazzowy sposób. Na uwagę zasługuje też ciekawa linia wokalna. Po tak porywającym nagraniu przydaje się trochę oddechu, który zapewniają dwa kolejne utwory: akustyczny, lekko folkowy "If the Day Was Any Longer", w którym lider bardzo fajnie zagrał na harmonijce, a także bardziej energetyczny "Morning Sun", łączący hardrockowe brzmienie z rytmem boogie.

Kolejny energetyczny kawałek, rozpoczynający drugą stronę winylowego wydania "Eat My Words", przypomina trochę późniejsze dokonania Led Zeppelin (tak z okresu 1971-75). Na uwagę zasługują tu przede wszystkim świetne partie gitary, grane przez Rory'ego techniką slide, ale także solidne wsparcie sekcji rytmicznej. Tytułowy "On the Boards" to znów nagranie większego kalibru. Utrzymany w psychodelicznym, nieco orientalnym nastroju, z intrygującą grą Johna Wilsona, hipnotycznym basem Richarda McCrackena oraz lekko jazzującymi partiami Gallaghera. Znów też pojawia się udane solo na saksofonie. Obok "It's Happened Before..." jest to najciekawszy utwór na tym albumie. Oba świadczą o nieco większych ambicjach artystycznych muzyków, a także najlepiej pokazują ich umiejętności grania zespołowego. Nietrafionym pomysłem było natomiast umieszczenie zaraz po tytułowym nagraniu dość topornego "If I Don't Sing I'll Cry", opartego na rytmie boogie. Bardzo ładnie wypada natomiast "See Here", w którym słychać wyłącznie śpiew oraz gitarę akustyczną. Porównując ten utwór do podobnego "Hail" z debiutu, trudno nie zawyżyć znacznego rozwoju Gallaghera jako kompozytora. Zresztą pozostałe utwory tylko to potwierdzają. Na zakończenie pojawia się jeszcze najbardziej czadowy "I'll Remember" - udany, choć raczej nie będący najlepszym wyborem na finał.

Pierwszy album Taste pokazał trio jako godnych następców Cream. "On the Boards" prezentuje znacznie większą wszechstronność zespołu, zdradza też większe ambicje. Z drugiej strony, ten duży eklektyzm bywa też wadą, bo zdarza się, że sąsiadujące ze sobą kawałki zupełnie do siebie nie pasują. Poszczególne utwory sprawiają jednak przeważnie dobre wrażenie, a niektóre z nich należą do najlepszych w całym dorobku Rory'ego Gallaghera. Warto też dodać, że album całkiem dobrze się sprzedawał, dochodząc do 18. miejsca brytyjskiej listy, podczas gdy debiut Taste w ogóle nie wszedł do notowań.

Ocena: 8/10



Taste - "On the Boards" (1970)

1. What's Going On; 2. Railway and Gun; 3. It's Happened Before, It'll Happen Again; 4. If the Day Was Any Longer; 5. Morning Sun; 6. Eat My Words; 7. On the Boards; 8. If I Don't Sing I'll Cry; 9. See Here; 10. I'll Remember

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara, saksofon altowy (3,7), harmonijka (4,8); Richard McCracken - gitara basowa; John Wilson - perkusja
Producent: Tony Colton


21 marca 2015

[Recenzja] John Mayall - "Back to the Roots" (1971)



Tytuł "Back to the Roots" niejako zdradza czego spodziewać się po tym albumie. John Mayall najwyraźniej zatęsknił za perkusją i ostrzejszymi gitarami, bo oba te elementy pojawiają się w większości utworów na tym podwójnym longplayu. Co więcej, często odpowiadają za nie dawni współpracownicy Mayalla. W sumie w nagraniach wzięło udział jedenastu muzyków, występujących tu w przeróżnych konfiguracjach. Lider samodzielnie wykonał wszystkie partie wokalne, klawiszowe i na harmonijce, a także niektóre gitarowe. Przeważnie towarzyszy mu basista Larry Taylor, choć w jednym utworze jego rolę przejął Steve Thompson. Na perkusji na zmianę grają Keef Hartley lub Paul Lagos, choć zdarzają się też nagrania bez bębnów. Zazwyczaj pojawia się też od jednego do trzech gitarzystów - zwykle są to Harvey Mandel, Mick Taylor i Eric Clapton, rzadziej Jerry McGee. Brzmienie czasem dopełniają skrzypce Sugarcane'a Harrisa i/lub dęciaki Johna Almonda. Z tych wszystkich muzyków jedynie Lagos i McGee nie mieli wcześniej okazji grać z Mayallem.

Na dwóch płytach winylowych znalazło się osiemnaście premierowych utworów napisanych przez lidera. Choć jego dwa poprzednie albumy, "Empty Rooms" i "USA Union", świadczyły o pewnym wypaleniu twórczym, tym razem materiał prezentuje się naprawdę dobrze. Utwory są zróżnicowane i niepozbawione wyrazistości. Dominują różne odmiany bluesa, szczególnie te bliższe rocka, choć zdarzają się także nieznaczne skręty w nieco inne rejony. Jakby celowo pojawiają się nawiązania do różnych okresów twórczości Mayalla. Do czasów grupy Bluesbreakers, szczególnie jej pierwszych albumów, nawiązuje przede wszystkim wolny blues "Marriage Madness", nagrany z udziałem obu Taylorów, Hartleya i Almonda, a więc w bardzo zbliżonym składzie do albumu "Crusade". Uwagę zwracają przede wszystkim wspaniałe solówki Micka, ale duży wpływ na stworzenie odpowiedniego klimatu mają także partie organów, saksofonu oraz stonowanej sekcji rytmicznej. Z kolei energetyczny "Gropie Girl" i wolniejszy, bardziej rozbudowany "Television Eye", oba pokazujące to nieco bardziej jazzowe oblicze Mayalla, kojarzą się zarówno z "Bare Wires", jak i "The Turning Point". Z tym pierwszym przede wszystkim za sprawą rockowej sekcji rytmicznej Taylor / Hartley, a z drugim za sprawą swobodnych, porywających solówek Mandela, Almonda oraz - tylko w tym pierwszym - Harrisa.

Z kolei do tych późniejszych dokonań, charakteryzujących się brakiem perkusji, nawiązuje chociażby "Accidental Suicide", skrzący się od solowych popisów na harmonijce, skrzypcach oraz trzech gitarach elektrycznych (Claptona, Taylora i Mandela), czy już bardziej stonowanego "Home Again", zarejestrowanego w trio z Erikiem i Larrym. Ten ostatni ma też w sobie coś z ascetyzmu "The Blues Alone". W twórczości Mayalla nie brakowało też utworów, w których mógł pokazać swoje umiejętności gry na harmonijce - tutaj ma ku temu sposobność przede wszystkim w instrumentalnym "Blue Fox". W tym samym kawałku wykazać może się też Harris, a wszystko to na energetycznym akompaniamencie granym przez McGee, Larry'ego Taylora i Lagosa. Mayallowi zdarzało się też czasem zapuszczać w bardziej psychodeliczne rejony. Tutaj przykładem takiej wyprawy jest bardzo melodyjna piosenka "My Children", zdominowana przez brzmienie elektrycznych organów. Pojawiają się też ładne ozdobniki na flecie i saksofonie, ostrzejsza gitarowe zagrywki Mandela, a także solidny akompaniament Taylora i Hartleya. Nie brakuje tutaj też ostrzejszych kawałków, jak "Prisons on the Road" czy "Looking at Tomorrow". Oba zresztą zostały zarejestrowane w tym samym składzie, z Claptonem, Harrisem, basistą Taylorem i Lagosem. Szczególnie ciekawie wypada ten drugi, mający w sobie coś z klimatu  "Fly Tomorrow" z "Blues from Laurej Canyon". Wspaniale wypadają tu solówki gitary i skrzypiec. A to wszystko dopiero nagrania z pierwszej płyty.

Druga płyta w zasadzie podtrzymuje wysoki poziom. Problem w tym, że właściwie nie oferuje nic ponad to, co zaproponowano na pierwszej płycie. Wyjątek stanowi instrumentalna miniatura "Boogie Albert", w której słychać wyłącznie pianino. Jest to jednak zupełnie niepotrzebny dodatek. Oczywiście, wciąż sporo tutaj naprawdę dobrego grania, jak energetyczne "Mr. Censor Man" i "Unanswered Questions", oba z chwytliwą linią wokalną oraz porywającymi solówkami - Micka Taylora i John Almonda w pierwszym, Sugarcane'a Harrisa i Harveya Mandela w drugim. Albo też bluesrockowy, ale bardziej stonowany "Dream with Me", ładnie wzbogacony partią fletu. Niestety, zdarzają się też kawałki, jak "Goodbye December", "Devil's Tricks" czy "Force of Nature", które wydają się rozciągnięte nieco bez pomysłu. Choć nawet w nich można wyłapać fajne momenty, jak np. partie gitary slide Micka Taylora w tym ostatnim. Zresztą to właśnie Taylor wypada tutaj najlepiej ze wszystkich gitarzystów. W przeciwieństwie do takiego Claptona, który wszystkie najlepsze dokonania miał już za sobą i wkrótce miał się pogrążyć w kompletnej nijakości (aczkolwiek na tym albumie mający parę przebłysków, szczególnie w "Looking at Tomorrow"), Mick był wówczas w swojej szczytowej formie. A zarazem u szczytu popularności jako członek The Rolling Stones. Szkoda, że wraz z odejściem z tego zespołu, zaledwie trzy lata później, jego kariera praktycznie się skończyła. Z takim talentem mógł zrobić jeszcze wiele dobrego.

Gdyby "Back to the Roots" składał się wyłącznie z pierwszej płyty, byłby to jeden z najlepszych studyjnych albumów Johna Mayalla, porównywalny z "Blues Breakers", "A Hard Road" czy "Bare Wires". Niestety, druga płyta - pomimo kilku świetnych momentów - zaniża poziom całości. To jednak przypadłość właściwie wszystkich dwupłytowych albumów studyjnych. Nawet tak kreatywni muzycy jak Mayall nie byli w stanie zaproponować aż tyle materiału na równie wysokim poziomie. Choć i tak jest to znacznie ciekawsze wydawnictwo od jego dwóch poprzednich. Co ciekawe, pod koniec lat 80. muzyk postanowił powrócić do nagrań "Back to the Roots" i zaprezentować je w odświeżonej wersji. Wydany w 1988 roku album "Archives to Eighties" zawiera osiem utworów w zmiksowanych na nowo wersjach. Sporo do życzenia zostawia wybór utworów (uwzględniono "Force of Nature" i "Boogie Alert", a nie ma np. "Marriage Madness" czy "Groupie Girl"), jednak najbardziej kontrowersyjną decyzją było wycięcie wielu oryginalnych partii, w tym wszystkich Johna Almonda, Keefa Hartleya i Paula Lagosa. Lider zarejestrował sam wiele nowych, a także zaangażował perkusistę Joego Yuele ze swojego ówczesnego zespołu. Bębny w tych nowych wersjach brzmią strasznie nienaturalnie i zbyt głośno, co męczy tym bardziej, że Yuele nie gra tu nic ciekawego. Polecam omijać szerokim łukiem to dziwne wydawnictwo, a także unikać reedycji "Back to the Roots" na których remiksy z "Archives to Eighties" dodano jako bonusy. Oryginalny album i tak zawiera bardzo dużo materiału, w tym lepiej brzmiące wersje wszystkich powtarzających się

Ocena: 7/10
Ocena "Archives to Eighties": 5/10



John Mayall - "Back to the Roots" (1971)

LP1: 1. Prisons on the Road; 2. My Children; 3. Accidental Suicide; 4. Groupie Girl; 5. Blue Fox; 6. Home Again; 7. Television Eye; 8. Marriage Madness; 9. Looking at Tomorrow
LP2: 1. Dream with Me; 2. Full Speed Ahead; 3. Mr. Censor Man; 4. Force of Nature; 5. Boogie Albert; 6. Goodbye December; 7. Unanswered Questions; 8. Devil's Tricks; 9. Travelling

Skład: John Mayall - wokal, instr. klawiszowe, harmonijka, gitara, perkusja (LP2: 4); Larry Taylor - gitara basowa (oprócz LP2: 2,5); Eric Clapton - gitara (LP1: 1,3,6,9. LP2: 4,6); Don "Sugarcane" Harris - skrzypce (LP1: 1,3-5,9, LP2: 2,7-9)Paul Lagos - perkusja (LP1: 1,5,9, LP2: 8,9)Harvey Mandel - gitara (LP1: 2-4,7, LP2: 1,4,6,7); John Almond - saksofon tenorowy (LP1: 2,4,7,8, LP2: 3), flet (LP1: 2, LP2: 1,9), saksofon altowy (LP1: 8); Keef Hartley - perkusja (LP1: 2,4,7,8, LP2: 1-3,6,7); Mick Taylor - gitara (LP1: 3,8, LP2: 2-4,8); Jerry McGee - gitara (LP1: 5, LP2: 8); Steve Thompson - gitara basowa (LP2: 2)
Producent: John Mayall

John Mayall - "Archives to Eighties" (1988)

1. Accidental Suicide; 2. Force of Nature; 3. Boogie Alert; 4. Television Eye; 5. Prisons on the Road; 6. Home Again; 7. Mr. Censor Man; 8. Looking at Tomorrow

Skład: John Mayall - wokal, instr. klawiszowe, harmonijka, gitara, flet (8); Larry Taylor - gitara basowa (oprócz 3); Joe Yuele - perkusja; Eric Clapton - gitara (1,2,5,6,8); Mick Taylor - gitara (2,7); Harvey Mandel - gitara (2,4); Don "Sugarcane" Harris - skrzypce (1,5,8)
Producent: John Mayall

Po prawej: okładka "Archives to Eighties".


19 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Benefit" (1970)




"Benefit" miał sporo pecha. Ukazał się tuż po przełomowym "Stand Up" i chwilę przed dwoma najbardziej cenionymi albumami Jethro Tull, "Aqualung" oraz "Thick as a Brick". Z tego właśnie powodu album często oceniany jest nieco niżej. Niby wymieniany jest wśród tej lepszej części dyskografii zespołu, ale zwykle z pewną rezerwą. Zupełnie niesłusznie. To faktycznie jest jedno z najlepszych wydawnictw grupy, potwierdzające zdolność Iana Andersona do pisania wyrazistych utworów, aczkolwiek tym razem nieco bardziej surowych aranżacyjnie, bez niepotrzebnych ozdobników. Ponadto to właśnie "Benefit" jest tym longplayem, na którym styl zespołu wyraźnie okrzepł. Muzycy całkowicie oddalili się już od swoich bluesowych korzeni, proponując całkiem spójną mieszankę folku i hard rocka. A lider w końcu gra na flecie i śpiewa w taki sposób, że trudno go z kimkolwiek pomylić. Podstawowy skład nie zmienił się od czasu "Stand Up", aczkolwiek gościnnie wystąpił tu klawiszowiec John Evan - współpracujący z Andersonem już we wczesnych fazach powstawania zespołu - który wkrótce miał dołączyć na stałe.

Album wypełnia dziesięć utworów, raczej krótkich niż długich, trwających od niespełna trzech do nieco ponad sześciu minut. Raz bliższych folku, raz hard rocka, a często łączących oba te style. Doskonałym przykładem takiego melanżu jest otwierający całość "With You There to Help Me", w którym subtelne partie fletu ciekawie przeplatają się z ostrymi dźwiękami gitary. Albo następujący tuż po nim "Nothing to Say", w którym fletu akurat nie ma, jest za to sporo gitary akustycznej. To także jedne z najlepszych melodycznie utworów na płycie. Całkiem przyjemnie wypada również "A Time for Everything?", a "Play in Time" zwraca uwagę nieco psychodelicznymi efektami. Mniej udanym pomysłem jest nagłe uspokojenie w "Son", które po prostu niezbyt tam pasuje. Czasem zespół stawia wyłącznie na hardrockowy czad, jak ma to miejsce w świetnym, nieco jamowym "To Cry You a Song", z dwiema uzupełniającymi się gitarami elektrycznymi oraz energetyczną grą sekcji rytmicznej. Na przeciwnym biegunie mieszczą się takie nagrania, jak subtelna ballada "Sossity; You're a Woman", oparta na gitarze akustycznej, organach i flecie, czy przebojowy "For Michael Collins, Jeffrey and Me" (to już tradycja, że na albumie Jethro Tull pojawia się kawałek dla Jeffreya Hammonda), z misternymi partiami gitar akustycznych i uzupełniających je dźwięków pianina. W singlowym "Inside", pomimo dość intensywnej rytmiki, też dominują raczej łagodne brzmienia, w tym bardzo ładna partia fletu. Nieco większe ambicje zespołu zdradza natomiast "Alive and Well and Living In", w którym najbardziej wykazać mógł się Evan, grający w niemal jazzowy sposób. Trzeba jednak uważać, by nie nabyć amerykańskiego wydania "Benefit", na którym miejsce tego utworu zajął dość banalny "Teacher" (oryginalnie strona B niealbumowego singla "The Witch's Promise").

Nie należy spodziewać się po "Benefit" rocka progresywnego. To proste, bezpretensjonalne granie z naleciałościami folku i hard rocka. Zespół jednak na tyle dobrze się odnalazł w takiej muzyce, że jest to niewątpliwie jeden z najlepszych albumów w jego rozległej dyskografii. Tylko może być potrzebne nieco więcej czasu, by go w pełni docenić.

Ocena: 8/10



Jethro Tull - "Benefit" (1970)

1. With You There to Help Me; 2. Nothing to Say; 3. Alive and Well and Living In; 4. Son; 5. For Michael Collins, Jeffrey and Me; 6. To Cry You a Song; 7. A Time for Everything?; 8. Inside; 9. Play in Time; 10. Sossity; You're a Woman

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, bałałajka, instr. klawiszowe; Martin Barre - gitara; Glenn Cornick - gitara basowa, organy; Clive Bunker - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John Evan - instr. klawiszoweDavid Palmer - orkiestracja
Producent: Ian Anderson i Terry Ellis


17 marca 2015

[Recenzja] Taste - "Taste" (1969)



W drugiej połowie lat 60. ogromną popularnością cieszyła się muzyka bluesrockowa, czyli rock mocno osadzony w bluesie, tudzież blues grany z rockową mocą. Tego typu granie przyjęło się przede wszystkim w Wielkiej Brytanii oraz Stanach Zjednoczonych. To właśnie z tych krajów pochodzi większość tych najsłynniejszych przedstawicieli stylu, by wspomnieć tylko o takich muzykach i zespołach, jak John Mayall, Paul Butterfield, Jimi Hendrix, Cream, Jeff Beck, The Allman Brothers Band, Fleetwood Mac, Ten Years After, Free czy Led Zeppelin. Jednak także w innych krajach zdarzali się wybitni przedstawiciele, by wspomnieć tylko o pochodzącym z Irlandii Rorym Gallagherze - bardzo utalentowanym gitarzyście i kompozytorze, ale też niezłym wokaliście. W latach 70. cieszył się całkiem sporym uznaniem, a jego solowe albumy odnosiły komercyjne sukcesy, o które wcale nie zabiegał. Był też rozważany jako następca Ritchiego Blackmore'a w Deep Purple, a propozycję zastąpienia Micka Taylora w The Rolling Stones zdecydowanie odrzucił, chcąc zachować pełną wolność artystyczną. Taka postawa jest niewątpliwie godna uznania, choć jedną z jej konsekwencji jest to, że dziś już mało kto pamięta o zmarłym w 1995 roku Gallagherze.

Pierwszym poważnym przedsięwzięciem Irlandczyka było założenie w 1966 roku grupy Taste. Trzyosobowy skład doskonale wpisywał się w ówczesną modę na rockowe powertria, zapoczątkowaną przez Cream i The Jimi Hendrix Experience. Składu początkowo dopełnili basista Eric Kitteringham i perkusista Norman Damery. Okres ten został po latach podsumowany kompilacją "Taste First", zbierającą nagrania demo - niezbyt odkrywcze przeróbki bluesowych standardów. Wkrótce oryginalna sekcja rytmiczna została zastąpiona przez Richarda McCrackena oraz Johna Wilsona. Ten ostatni bębnił już wcześniej w Them u boku Vana Morrisona. Taste intensywnie koncertował w rodzimej Irlandii, ale też - najwyraźniej wzorem Beatlesów - w Hamburgu, gdzie zwrócił uwagę przedstawicieli niemiecko-brytyjskiej wytwórni Polydor. Po podpisaniu kontraktu muzycy zamieszkali w Londynie, a w sierpniu 1968 roku zarejestrowali materiał na debiutancki album, wydany dopiero osiem miesięcy później. W międzyczasie trio wciąż sporo koncertowało, głównie w Wielkiej Brytanii. Najważniejszym wydarzeniem był niewątpliwie listopadowy występ w Royal Albert Hall. Taste - wraz z inną początkującą grupą, przyszłymi gigantami rocka progresywnego, Yes - supportował wówczas Cream, który dawał swoje pożegnalne koncerty.

Eponimiczny debiut tria, opublikowany w prima aprilis 1969 roku, wypełniło pięć kompozycji Gallaghera oraz cztery aranżacje nie tylko bluesowych standardów. Już tutaj, choć jeszcze nie w pełni, słychać talent lidera do układania całkiem nośnych riffów i chwytliwych melodii. Najlepszym tego przykładem energetyczne "Blister on the Moon", "Born on the Wrong Side of Time" i "Same Old Story". We wszystkich pojawiają się także świetne gitarowe solówki. Co jednak istotne, gitara nie dominuje całkiem brzmienia. Zostaje tu sporo przestrzeni dla sekcji rytmicznej, która nie musi ograniczać się do banalnego akompaniamentu. McCracken i Wilson nie są oczywiście tandemem na miarę Jacka Bruce'a i Gingera Bakera z Cream, ani Billy'ego Coxa i Buddy'ego Milesa z hendrixowskiego Band of Gypsys, jednak radzą sobie całkiem nieźle. Zespołowe zgranie i improwizatorską inwencję słychać przede wszystkim w cudzych kompozycjach. Może jeszcze nie w "Leavin' Blues" z repertuaru Leadbelly'ego, choć warto tu zwrócić uwagę na lekko jazzujące partie instrumentalistów. Za to już w rozbudowanych interpretacjach tradycyjnych bluesów "Sugar Mama" i "Catfish" trio idzie na całość, właściwie nieznacznie tylko ustępując koncertowym poczynaniom Cream. Szczególnie powalająco wypada ten ostatni, wyróżniający się naprawdę dużym, jak na tamte czasy, ciężarem. Mniej kreatywny, choć całkiem przyjemny, okazuje się łagodniejszy "I'm Moving On" - urockowiona wersja standardu country, napisanego i oryginalnie wykonanego przez Hanka Snowa. Największą zapowiedzią wszechstronności Gallaghera jest natomiast autorski "Hail", w którym cały akompaniament ogranicza się do akustycznej gitary.

Chociaż w tamtym czasie bluesrockowe granie odchodziło już do lamusa, ustępując miejsca hard rockowi, debiut Taste wypada całkiem świeżo, a dzięki ciężkiemu brzmieniu nie odstaje od ówczesnych dokonań Led Zeppelin. Na tle późniejszych osiągnięć Rory'ego Gallaghera ten pierwszy album wydaje się może nieco zbyt zachowawczy i jednorodny stylistycznie, a kompozycje nie są jeszcze tak udane jak później. Słychać za to mnóstwo radości z grania, pasji do muzyki oraz młodzieńczej energii, a sam Gallagher już tutaj jawi się jako jeden z najlepszych gitarzystów rockowych.

Ocena: 8/10



Taste - "Taste" (1969)

1. Blister on the Moon; 2. Leavin' Blues; 3. Sugar Mama; 4. Hail; 5. Born on the Wrong Side of Time; 6. Dual Carriageway Pain; 7. Same Old Story; 8. Catfish; 9. I'm Moving On

Skład: Rory Gallagher - wokal i gitara; Richard McCracken - gitara basowa; John Wilson - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony Colton


15 marca 2015

[Recenzja] John Mayall - "USA Union" (1970)



John Mayall przeprowadził się do Stanów pod koniec lat 60. Zamieszkał w Kalifornii, w pobliżu Laurel Canyon. Fascynację tym miejscem wyraził już wcześniej w tytule jednego ze swoich albumów, "Blues from Laurel Canyon". Wkrótce zebrał nowy skład, złożony wyłącznie z amerykańskich instrumentalistów. Znaleźli się wśród nich dwaj byli członkowie bluesrockowego Canned Heat, gitarzysta Harvey Mandel i basista Larry Taylor (ten drugi zaliczył już wcześniej gościnny występ na albumie "Empty Rooms"), a także grający na skrzypcach Don "Sugarcane" Harris, znany przede wszystkim ze współpracy z Frankiem Zappą. Konsekwentnie zabrakło w składzie perkusisty, gdyż lider miał dość ciągłych zmian na tym stanowisku (tylko w latach 1966-68 zajmowali je kolejno Hugh Flint, Aynsley Dunbar, Micky Waller, Mick Fleetwood, Keef Hartley, Jon Hiseman i Colin Allen).

Nagranemu przez ten kwartet "USA Union" zdecydowanie bliżej do "The Turning Point" niż "Empty Rooms". Utwory są swobodniejsze i w większym stopniu oparte na grze zespołowej. Może nie w pełni wykorzystano możliwości, jakie dawała obecność Sugarcane'a (często nie słychać go wcale), ale już Taylor i Mandel zwykle wyraźnie zaznaczają swój udział. Ten ostatni, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, grającego wyłącznie na gitarze akustycznej Jona Marka, nierzadko sięga też po gitarę elektryczną, ubarwiając muzykę swoimi solówkami. Fakt, że ich brzmienie jest znacznie subtelniejsze od tych granych wcześniej przez Erica Claptona, Petera Greena i Micka Taylora. Niemniej jednak nie mamy tu do czynienia wyłącznie z powtórką "The Turning Point". Zamysł jest podobny, ale nieco inne instrumentarium - skrzypce, większa rola elektrycznej gitary, brak saksofonu i fletu - zmienia znacząco charakter muzyki. Inna sprawa, że same kompozycje nie są zbyt wyraziste i zanadto się ze sobą zlewają. W pamięć najbardziej zapadł mi "Crying" - teoretycznie typowy blues w wolnym tempie, ale z wysuniętą na pierwszy plan partią skrzypiec, dzięki czemu nie przypomina żadnego innego znanego mi utworu, Całkiem przyjemny jest też jazzujący Off the Road", z popisowymi partiami Taylora i dobrze odnajdującym się w takim graniu Mandelem. Szkoda tylko, że to najkrótsze na płycie nagranie. Na wyróżnienie zasługuje też otwieracz "Nature's Disappearing" z fajną harmonijką Mayalla i nie mniej udaną gra pozostałych instrumentalistów. No i jeszcze zagrany najbardziej intensywnie, trochę wręcz transowo "Possessive Emotions". Cała reszta jest co najwyżej przyzwoita.

Wciąż jednak jest to dużo ciekawszy album od poprzedniego "Empty Rooms", który zwyczajnie popadał w piosenkową nijakość. Tutaj pojawia się parę ciekawych rozwiązań aranżacyjnych, a towarzyszący liderowi muzycy mogą się dużo bardziej wykazać. Ze względu na nietypowe instrumentarium powstało całkiem unikalne wydawnictwo. Mimo wszystko, nie zaliczyłbym go do największych dokonań Johna Mayalla ze względu na brak choćby momentów, które zachęcałyby do kolejnych odsłuchów.

Ocena: 7/10



John Mayall - "USA Union" (1970)

1. Nature's Disappearing; 2. You Must Be Crazy; 3. Night Flyer; 4. Off the Road; 5. Possessive Emotions; 6. Where Did My Legs Go; 7. Took the Car; 8. Crying; 9. My Pretty Girl; 10. Deep Blue Sea

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Harvey Mandel - gitara; Larry Taylor - gitara basowa; Don "Sugarcane" Harris - skrzypce
Producent: John Mayall


13 marca 2015

[Recenzja] Flower Travellin' Band - "Satori" (1971)



Cykl "Trzynastu pechowców" - część 10/13

Japonia już w latach 70. miała bogatą scenę muzyczną. Działało tam wiele zespołów i wykonawców, którzy upodobali sobie sobie przede wszystkim takie gatunki, jak rock czy jazz, we wszystkich chyba odmianach. Niestety, większość z nich ograniczała się do kopiowania wzorców z muzyki północnoamerykańskiej oraz europejskiej, przeważnie nie zbliżając się nawet do poziomu tych najlepszych. Niektórzy jednak próbowali łączyć zachodnie wzorce z elementami japońskich tradycji muzycznych. Do nich właśnie zalicza się grupa Flower Travellin' Band, założona w 1970 roku przez muzyków posiadających już pewne doświadczenie. Głównie w odgrywaniu cudzych kompozycji. Na szybko skompletowany debiut "Anywhere" również składał się praktycznie z samych przeróbek, w tym zupełnie nieodkrywczych wersji "Black Sabbath" Black Sabbath i "21st Century Schizoid Man" King Crimson, czy bluesowego standardu "Louisiana Blues" Muddy'ego Watersa zagranego tak, jak zrobiłby to niemal każdy bluesrockowy zespół z późnych lat 60. Nieco ciekawiej wypadł tylko "The House of the Rising Sun", choć wzorowany na wersji The Animals, wykonany został w bardziej folkowy, pastoralny sposób. Album ten absolutnie nie sugerował, że zespół ma cokolwiek do zaoferowania.

Tymczasem już rok później ukazał się kolejny longplay. "Satori" ("Oświecenie") jest wypełniony, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, autorskim materiałem, którego inspiracje obejmują zarówno anglosaskiego rocka (psychodeliczny nastrój, hardrockowe brzmienie, gdzieniegdzie wyraźne wpływy bluesa), jak i muzykę z własnego podwórka (charakterystyczna melodyka niektórych partii wokalnych i instrumentalnych). Pięć zawartych tu kompozycji nosi ten sam tytuł, tożsamy z nazwą albumu, jednak każda część stanowi odrębny, nieco inny stylistycznie utwór. Rozpoczyna się od dość ciężkiego i posępnego "Part I", zbudowanego na kilku różnych riffach, które przypuszczalnie dostarczyły inspiracji muzykom grupy Slayer - bardzo podobne motywy można usłyszeć zarówno w "Raining Blood", jak i "South of Heaven". Już w tym utworze słychać, że warstwa instrumentalna "Satori" stoi na całkiem dobrym poziomie, aczkolwiek wysokie zaśpiewy Akiry Yamanaki mogą irytować. Jeszcze lepiej prezentują się "Part II", "Part V", a zwłaszcza instrumentalny "Part III", w których muzycy najsilniej nawiązują do własnej kultury, czasem tworząc dość ciekawy klimat. Z drugiej strony znalazło się też tutaj takie nagranie, jak "Part IV" - bardzo standardowy blues rock, o nieco jamowej strukturze, jednak popisy muzyków nie są zbyt interesujące. To najdłuższy utwór na płycie, który nie dość, że nie za bardzo pasuje do pozostałych, to jeszcze jest zdecydowanie najsłabszym fragmentem.

Album do dziś nie został oficjalnie wydany w Europie ani w Stanach, choć za oryginalną edycję japońską odpowiadała amerykańska firma Atlantic. Na własnym rynku wypuściła jedynie singiel ze skróconymi wersjami "Part I" i "Part II". "Satori" ukazał się natomiast w Kanadzie. Już w 1971 roku wypuściła go lokalna wytwórnia GRT. Tyle tylko, że w zmienionej wersji, z zupełnie inną, gorszą okładką i drastycznie zmienioną tracklistą. Całkowicie pominięto "Part IV", a cztery pozostałe utwory skrócono. Ponadto, "Part III" w tej wersji nosi tytuł "Hiroshima" i zawiera partię wokalną, a "Part V" przemianowano na... "Part III". Doszły też cztery zupełnie nowe utwory. Żywiołowy "Kamikaze" to wręcz proto-metalowe nagranie, choć z gitarowymi solówkami ewidentnie odwołującymi się do japońskich korzeni. Z kolei nastrojowy "Lullaby", w którym ludowej partii wokalnej towarzyszy jedynie akompaniament sitaru i fletu, to jedyne nagranie grupy całkowicie wolne od wpływów zachodnich. W sumie szkoda, bo takie oblicze zespołu wypada najciekawiej ze wszystkich. O wszechstronności Flower Travellin' Band świadczą też dwa pozostałe utwory, balladowy "Unaware" oraz ostrzejszy, choć wzbogacony gitara akustyczną "Gimme Air". To już jednak granie w typowo amerykańskie stylu. Warto dodać, że utwory "Hiroshima", "Kamikaze", "Unaware" i "Gimme Air" trafiły później na trzeci japoński album zespołu, "Made in Japan" (ukazał się jeszcze przed słynną koncertówką Deep Purple o tym samym tytule; warto go poznać ze względu na nieobecny tutaj "That's All" - jeden z najbardziej oryginalnych utworów grupy). "Lullaby" pozostał unikalny dla tego wydawnictwa.

"Satori", szczególnie w wersji kanadyjskiej, to całkiem ciekawa mieszanka anglosaskiego rocka przełomu lat 60./70. z elementami muzyki japońskiej. Nie miałbym jednak nic przeciwko temu, by tych ostatnich było tu więcej. Jednak jak na muzyków, którzy jeszcze parę miesięcy wcześniej parali się odgrywaniem bez polotu rockowych i bluesowych kawałków, wydanie takiego materiału jest całkiem sporym postępem. Nawet jeśli same kompozycje są na ogół niezbyt charakterystyczne (z wyjątkiem "Satori (Part I)" oraz "Lullaby", choć w przypadku drugiego jest to raczej kwestia zupełnie odmiennej stylistyki), a wykonanie stoi jedynie na przyzwoitym poziomie. Choć był w tym wszystkim spory potencjał i gdyby zespół umiał go lepiej wykorzystać, a wydawca zapewnił lepsze wsparcie, to kto wie, może dziś nazwa Flower Travellin' Band byłaby bardziej rozpoznawalna?

Ocena: 7/10



Flower Travellin' Band - "Satori" (1971)

Wydanie japońskie: 1. Satori (Part I); 2. Satori (Part II); 3. Satori (Part III); 4. Satori (Part IV); 5. Satori (Part V)

Wydanie kanadyjskie: 1. Satori (Part I); 2. Kamikaze; 3. Satori (Part II); 4. Hiroshima; 5. Unaware; 6. Gimme Air; 7. Satori (Part III); 8. Lullaby

Skład: Akira "Joe" Yamanaka - wokal, harmonijka; Hideki Ishima - gitara, sitar; Jun Kozuki - gitara basowa, gitara; Joji "George" Wada - perkusja

Producent: Ikuzo Orita i Yuya Uchida


Po prawej: okładka wydania kanadyjskiego.


11 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "Stand Up" (1969)



Pierwszym następcą Micka Abrahamsa został David O'List z właśnie rozwiązanego The Nice. Pomimo kilku wspólnych koncertów, nie zdecydował się dołączyć na stałe. Ofertę przyłączenia do Jethro Tull odrzucili także Mike Taylor z grupy Johna Mayalla oraz Steve Howe, późniejszy gitarzysta Yes. Przyjął ją natomiast młody, nikomu wówczas nie znany Tony Iommi. I on nie zagrzał długo miejsca w zespole. Można go za to zobaczyć w koncertowym filmie "The Rolling Stones Rock and Roll Circus" podczas segmentu Jethro Tull, choć wartość tego występu obniża fakt grania z playbacku. Młodemu gitarzyście nie odpowiadała atmosfera w zespole, a szczególnie zachowanie dystansującego się od reszty zespołu Iana Andersona, więc wrócił do swoich przyjaciół z grupy Earth, która niedługo zmieniła nazwę na Black Sabbath. Jego miejsce w Jethro Tull zajął Martin Barre - gitarzysta o stylu i podejściu znacznie bardziej pasujący do wizji Andersona niż jego poprzednicy. To zresztą własnie Barre okazał się muzykiem, który najdłużej towarzyszył Andersonowi, grając w zespole nieprzerwanie aż do jego rozwiązania kilka lat temu. Już na "Stand Up" - pierwszym albumie zespołu z jego udziałem, a drugim w ogóle - prezentuje się z jednej strony jak rasowy gitarzysta rockowej, a z drugiej instrumentalista potrafiący odnaleźć się w różnych stylach.

"Stand Up" nie odchodzi całkiem od muzyki, jaką zespół grał na debiutanckim "This Was", wciąż sporo tu eklektyzmu, ale jednocześnie jest to materiał bardziej dojrzały, nieco lepiej przemyślany, a także porządniej nagrany. Bluesowe korzenie słychać jeszcze przede wszystkim w "A New Day Yesterday" i "Nothing Is Easy", oba są jednak znacznie bardziej wyraziste od kawałków z debiutu. Z takiego bardziej dynamicznego, mocno rockowego grania są tu jeszcze "Back to the Family" z bardzo fajną grą Glena Cornicka na basie, "We Used to Know" z najlepszą solówką Barre'a w całej jego karierze (prawdopodobnie miała spory wpływ na muzyków amerykańskiego The Eagles, gdy komponowali "Hotel California"), a także najbardziej intensywny, wręcz hardrockowy "For a Thousand Mothers". We wszystkich tych nagraniach pojawiają się charakterystyczne partie fletu Andersona, które ciekawie dopełniają brzmienie i nadają trochę unikalności. Jeszcze większą rolę odgrywają w spokojniejszych kawałkach, o zdecydowanie folkowym zabarwieniu, jak "Jeffrey Goes to Leicester Square" (kolejny, po "A Song for Jeffrey", hołd dla Jeffreya Hammonda), a zwłaszcza w "Fat Man", w którym istotną rolę odgrywa także mandolina. Słabiej wypadają dwa inne lżejsze nagrania. Pozbawiony fletu "Look Into the Sun" wypada mało tullowo, natomiast "Reasons for Waiting" odrzuca nachalną, staroświecką orkiestracją Davida Palmera. Akurat te dwie piosenki niespecjalnie pasują do całości, a także - szczególnie druga z nich - zaniżają poziom.

Jest tu też jednak jeszcze jedno nagranie, przy którym bladną wszystkie pozostałe, a i zdecydowana większość z późniejszych albumów. Mowa oczywiście o instrumentalnym "Bourée", opartym na fragmencie  "Suity E-moll na lutnię" Jana Sebastiana Bacha. Muzycy Jethro Tull nie poszli jednak drogą Procol Harum i ich "A Whiter Shade of Pale". Nie nagrali zwyczajnej piosenki opartej na uproszczonej melodii z dzieła niemieckiego kompozytora (w tamtym przypadku była to "Aria na strunie G"), ale energetyczną, autentycznie porywającą improwizację na pograniczu rocka, bluesa, funku, jazzu i folku. Te różnorodne wpływy spajają się w bardzo spójną całość. Świetnie zagraną - pole do popisu mają tu przede wszystkim Anderson i Cornick - a przy tym zupełnie bezpretensjonalną, a nawet lekko żartobliwą. To bardzo rzadkie wśród rockowych wykonawców, którzy biorąc się za interpretowanie muzyki poważnej zwykle stawiają na patos. Przy okazji niemal zawsze zubożają oryginalną kompozycję, nie mając wystarczających umiejętności wykonawczych. Natomiast Jethro Tull podszedł do Bacha w tak nietypowy sposób, tak bardzo odchodząc od oryginału, że nie ma nawet sensu porównywanie ich wersji z pierwowzorem. Powstało zupełnie nowe, wartościowe dzieło. Na tym właśnie polega rock progresywny. Na łamaniu schematów i wnoszeniu do rocka nowych elementów, zaczerpniętych z innych gatunków.

Tyle tylko, że cała reszta reszta longplaya już tak postępowa wcale nie jest. W znacznej części po prostu wpisuje w trendy ówcześnie panujące w rocku. W końcu nawet obecność fletu nie jest niczym nowatorskim - instrument ten wcześniej był już stosowany na szeroką skalę i przez The Moody Blues, i przez Traffic, by wymienić tylko tych najbardziej znanych. Z drugiej strony, Jethro Tull na "Stand Up" jest już zdecydowanie bliżej stworzenia muzyki o własnym charakterze. To przede wszystkim zasługa coraz bardziej idiomatycznego śpiewu i gry na flecie Iana Andersona oraz obecności gitary Martina Barre'a, ale też większej roli wpływów folkowych. Świadectwem rozwoju są także coraz lepsze kompozycje.

Ocena: 7/10



Jethro Tull - "Stand Up" (1969)

1. A New Day Yesterday; 2. Jeffrey Goes to Leicester Square; 3. Bourée; 4. Back to the Family; 5. Look Into the Sun; 6. Nothing is Easy; 7. Fat Man; 8. We Used to Know; 9. Reasons for Waiting; 10. For a Thousand Mothers

Skład: Ian Anderson - wokal, flet, gitara, mandolina, bałałajka, instr. klawiszowe, harmonijka; Martin Barre - gitara, flet (2,9); Glenn Cornick - gitara basowa (1-4,6,8-10); Clive Bunker - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Andy Johns - gitara basowa (5); David Palmer - aranżacja instr. smyczkowych (9)
Producent: Ian Anderson i Terry Ellis


9 marca 2015

[Recenzja] Colosseum - "Live" (1971)



Nieustanne koncertowanie, z przerwami na sesje nagraniowe, zmęczyło muzyków Colosseum do tego stopnia, że podjęli decyzję o zakończeniu działalności. Na pocieszenie przygotowali jeszcze jedno wydawnictwo. "Live", czasem nazywany "Colosseum Live", zgodnie z tytułem przynosi nagrania koncertowe. Cały materiał na ten dwupłytowy album został zarejestrowany podczas dwóch występów: 18 marca 1971 roku na Manchester University oraz dziewięć dni później w klubie Big Apple w Brighton. Jon Hiseman, Dick Heckstall-Smith, Dave Greenslade, Clem Clempson, Chris Farlowe i Mark Clarke promowali wówczas wydany pod koniec poprzedniego roki album "Daughter of Time" - najsłabszy z dotychczasowej dyskografii. Jednak na żywo sekstet wypadł nieporównywalnie lepiej.

Ciekawy, a przy tym naprawdę niegłupi jest już sam dobór repertuaru. Nie ma ani jednego utworu z "Daughter of Time", podobnie jak i z poprzedzającego go "Valentyne Suite", natomiast debiutancki "Those Who Are About to Die Salute You" reprezentowany jest wyłącznie przez "Walking in the Park". Są za to "Rope Ladder to the Moon" i "Lost Angeles", których studyjne wersje w tamtym czasie były dostępne wyłącznie na amerykańskim albumie "The Grass Is Greener" (pomijając oczywiście oryginalną wersję "Rope Ladder to the Moon" z "Songs for a Tailor" Jacka Bruce'a). Jeszcze większą niespodzianką są przeróbki jazzowego utworu "Tanglewood '63" autorstwa Mike'a Gibbsa oraz bluesowego standardu "Stormy Monday Blues" T-Bone Walkera, a także premierowa kompozycja Hisemana i Clempsona, "Skelington". Żaden z tych trzech utworów nie został zarejestrowany przez Colosseum w studiu, co tym bardziej zwiększa wartość tego wydawnictwa. Warto w tym miejscu dodać, że kompaktowe wznowienia zawierają jeden bonus, który również nie jest oczywistym wyborem. Studyjna wersja "I Can't Live Without You" została nagrana w tym samym czasie, co debiutancki album, jednak na niego nie trafiła.

Niewątpliwie największą zaletą "Live" jest jednak autentycznie porywające wykonanie. Żaden utwór nie schodzi poniżej siedmiu minut, a najdłuższe "Skelington" i "Lost Angeles" trwają około kwadransa. Instrumentaliści mają zatem niemało okazji do zaprezentowania swoich umiejętności. Wszystkie utwory napędza niesamowicie energetyczna, często naprawdę błyskotliwa gra Hisemana i Clarka, stanowiąca coś więcej niż tylko tło dla świetnych popisów Clempsona, Heckstall-Smitha oraz Greenslade'a. Poszczególni instrumentaliści nie próbują jednak skupiać uwagi wyłącznie na sobie, lecz pamiętają o wzajemnej współpracy, co w takim jamowym graniu jest niezwykle istotne. Dużo tutaj grania instrumentalnego, ale fragmenty ze śpiewem Farlowe'a tym razem są całkiem znośnie. Na koncertach brzmiał bardziej zadziornie, nie popadając tak często w tę typową dla siebie, pretensjonalną manierę. Co prawda czasem niepotrzebnie próbuje o sobie przypomnieć niezbyt udanymi wokalizami, ale zawsze wynagradza to fantastyczna muzyka. Nawet jeśli zespół sięga po niezbyt wyszukane kompozycje - jak archetypowe bluesy "Skelington" i "Stormy Monday Blues" czy prostą piosenkę rhythm'n'bluesową "Walking in the Park" - to dzięki wykonaniu stają się czymś o wiele bardziej interesującym. Bardzo dużo zyskują też swobodniejsze, rozbudowane wykonania "Rope Ladder to the Moon" i "Lost Angeles". Mając w pamięci studyjne wersje, zadziwia mnie, jak wiele udało się tutaj muzykom wycisnąć z tych utworów. Najmniej przekonuje mnie "Tanglewood '63", zarówno ze względu na wyjątkowo banalny temat, jak i głupawe wokalizy Farlowe'a. Na szczęście i tutaj nie brakuje świetnych partii solowych oraz doskonałej gry sekcji rytmicznej.

Tak właśnie grano podczas koncertów na przełomie lat 60. i 70. Znane kompozycje były tylko punktem wyjścia do mniej lub bardziej porywających improwizacji. W przypadku Colosseum zdecydowanie bardziej niż mniej, choć nie jest to album pozbawiony wad. Mimo wszystko tak udane połączenie prawdziwie rockowego, a momentami wręcz hardrockowego czadu i właściwie prog-rockowego wyrafinowania nie zdarza się często. "Live" to doskonałe podsumowanie pierwszego okresu działalności zespołu i jego największe, obok "Valentyne Suite", osiągnięcie w ogóle. Rozwiązanie grupy zdecydowanie nikomu się nie przysłużyło. Przez blisko ćwierć wieku muzycy próbowali sił w innych, w tym we własnych zespołach, ale o efektach nie warto nawet wspominać. Zresztą powrót Colosseum w latach 90., w składzie z "Live", też lepiej przemilczeć. Było już po prostu na to za późno - rockmani w takim wieku praktycznie nigdy nie mają nic do zaoferowania. Zespół pozostaje wciąż aktywny, choć już bez zmarłego w 2004 roku Dicka Heckstall-Smitha. Jego miejsce zajęła Barbara Thompson, żona Jona Hisemana, współpracująca z zespołem już w czasach "Daughter of Time".

Ocena: 8/10



Colosseum - "Live" (1971)

LP1: 1. Rope Ladder to the Moon; 2. Walking in the Park; 3. Skelington
LP2: 1. Tanglewood '63; 2. Stormy Monday Blues; 3. Lost Angeles

Skład: Chris Farlowe - wokal; Dave "Clem" Clempson - gitara, dodatkowy wokal; Dick Heckstall-Smith - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy; Dave Greenslade - instr. klawiszowe, wibrafon; Mark Clarke - gitara basowa, dodatkowy wokal; John Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Gerry Bron i Colosseum


7 marca 2015

[Recenzja] John Mayall - "Empty Rooms" (1969)



Koncerty nowego zespołu Johna Mayalla cieszyły się dużym powodzeniem, podobnie jak podsumowująca je koncertówka "The Turning Point". Był to nie tylko komercyjny, ale także artystyczny sukces. Nic dziwnego, że lider postanowił zabrać ten skład do studia i nagrać studyjny album bez perkusji oraz gitarowych solówek. Niestety, rezultat tej sesji, longplay "Empty Rooms", przynosi spore rozczarowanie.

Zaletami "The Turning Point" były świetny materiał oraz fantastyczne wykonanie przez dobrze ze sobą współpracujący kwartet. Tutaj kompozycje są znacznie mniej ciekawe. Na ogół są to bardzo proste, schematyczne piosenki, stylistycznie utrzymane gdzieś na pograniczu akustycznego bluesa, country, folku i łagodnego rocka. Co gorsze, są to zupełnie niecharakterystyczne piosenki.  Jest to też znacznie mniej zespołowe granie. Pierwszoplanową postacią jest tu Mayall, natomiast udział gitarzysty Jona Marka, basisty Steve'a Thompsona oraz odpowiadającego za dęciaki Johna Almonda sprowadza się jedynie do zapewniania tła liderowi. Almond w większości kawałków jest w ogóle nieobecny. Więcej do zagrania miał tylko w przesłodzonej balladzie "Don't Pick a Flower", lekko jazzującym "Something New", a także najciekawszym tutaj, bo nieco bardziej złożonym "Counting the Days". Ten ostatni jako jedyny przywołuje odrobinę ducha "The Turning Point". Odnotować można też "To a Princess" ze względu na basowy duet Thomposona i byłego muzyka Canned Heat, Larry'ego Taylora. Cała reszta kawałka wydaje się jednak zupełnie pretekstowa.

"Empty Rooms" w momencie wydania był najmniej ciekawym wydawnictwem Mayalla. O dziwo, także jeden z najbardziej popularnych. W Stanach był najwyżej notowanym do tamtej pory studyjnym albumem muzyka - doszedł do 33. miejsca (o jedną pozycję niżej od koncertowego "The Turning Point"). Natomiast w Wielkiej Brytanii był jednym z jego czterech wydawnictw w ogóle, które dotarły do pierwszej dziesiątki UK Album Chart, gdzie dotarł do 9. miejsca (niżej o jedną pozycję od "Crusade", trzy od "Blues Breakers" i sześć od "Bare Wires"). Oczywiście, ten sukces w znaczniej mierze wynikał z renomy, jaką John Mayall do tamtej pory sobie wyrobił. Po serii udanych  wydawnictw nikt pewnie nie spodziewał się takiego spadku formy. Zwłaszcza, że wystąpił tu skład z najlepszego do tamtej pory "The Turning Point". 

Ocena: 5/10



John Mayall - "Empty Rooms" (1969)

1. Don't Waste My Time; 2. Plan Your Revolution; 3. Don't Pick a Flower; 4. Something New; 5. People Cling Together; 6. Waiting for the Right Time; 7. Thinking of My Woman; 8. Counting the Days; 9. When I Go; 10. Many Miles Apart; 11. To a Princess; 12. Lying in My Bed

Skład: John Mayall - wokal, harmonijka, gitara, instr. klawiszowe; Jon Mark - gitara; Steve Thompson - gitara basowa; John Almond - flet, saksofon
Gościnnie: Larry Taylor - gitara basowa (11)
Producent: John Mayall


5 marca 2015

[Recenzja] Jethro Tull - "This Was" (1968)



Na przestrzeni ostatnich trzech lat opisałem już dyskografie takich zespołów, jak Pink Floyd, King Crimson, Genesis, trio Emerson, Lake & Palmer czy Yes. Pora zatem na przybliżenie dokonań ostatniego przedstawiciela tzw. wielkiej szóstki rocka progresywnego (która tak naprawdę powinna być co najmniej ósemką, uwzględniającą także Gentle Giant i Van der Graaf Generator). Zaliczanie do niej Jethro Tull często wywołuje pewne kontrowersje. I faktycznie, jeśli pod pojęciem rocka progresywnego rozumieć określony sposób grania, będący wypadkową dokonań pięciu grup wymienionych w pierwszym zdaniu, to nie więcej niż dwa albumy z bogatej dyskografii brytyjskiego zespołu dają się tak sklasyfikować. Jednak w rzeczywistości rock progresywny nie jest konkretną stylistyką, a nurtem, którego przedstawiciele próbowali poszerzyć granice rocka. To właśnie robił Jethro Tull, mieszając rock z elementami brytyjskiego folku oraz muzyki dawnej. Tyle tylko, że nie na swoim debiutanckim albumie "This Was", który nie ma absolutnie nic wspólnego z progiem.

Historia zespołu sięga wczesnych lat 60., kiedy to trzech szkolnych przyjaciół - Ian Anderson, Jeffrey Hammond i John Evans - postanowiło, pod wpływem The Beatles, założyć własny zespół. Anderson został wokalistą i gitarzystą, Hammond wziął się za bas, a Evans (który z czasem skrócił nazwisko do Evan) zasiadł za bębnami, choć był przede wszystkim zdolnym pianistą. Z czasem zresztą przerzucił się na organy, a skład poszerzył się o perkusistę Barrie'ego Barlowa. Przez zespół przewinęli się też różni gitarzyści, a w pewnym momencie miejsce Hammonda zajął Glenn Cornick. Wielokrotnie zmieniała się też nazwa. Przez dłuższy czas muzycy posługiwali się szyldem The John Evan Band lub The John Evan Smash. Bynajmniej nie dlatego, że klawiszowiec był najważniejszą postacią. Po prostu to jego matka sfinansowała zakup lepszych instrumentów oraz furgonetki, dzięki której muzycy mogli podróżować po kraju, dając klubowe występy. Nie przynosiło im to jednak zysków, a utrzymanie sześcioosobowego składu było trudne, więc podjęto decyzję o rozwiązaniu. Anderson, Cornick oraz ówczesny gitarzysta Mick Abrahams chcieli jednak kontynuować wspólne granie. Po dodaniu perkusisty Clive'a Bunkera powstał nowy zespół. Muzycy znów występowali pod różnymi nazwami, jak Navy Blue, Candy Coloured Rain czy Jethro Tull. Ta ostatnia - zainspirowana nazwiskiem XVIII-wiecznego agronoma, twórcy siewnika - została z nimi na dłużej.

Kwartet został zauważony przez przedstawicieli MGM Records i wkrótce nagrał swój pierwszy singiel, opublikowany w lutym 1968 roku. Niestety, płytka z utworami "Sunshine Day" i "Aeroplane" została błędnie wydana pod szyldem Jethro Toe. Wkurzeni muzycy zerwali współpracę, choć singiel sprzedał się w tak małym nakładzie, że pomyłka była bez żadnego znaczenia. W czerwcu muzycy zaczęli nagrywać materiał na debiutancki album, nie mając nawet wydawcy, wszystko finansując z własnej kieszeni. Sytuacja odmieniła się jednak w sierpniu, po bardzo dobrze przyjętym występie grupy na National Jazz and Blues Festival w Sunbury-on-Thames. Wówczas zespół otrzymał oferty od paru wytwórni, decydując się na współpracę z Island. Pod koniec roku jej nakładem ukazał się album "This Was". Tytuł okazał się wyjątkowo trafny w kontekście późniejszych zmian, przede wszystkim stylistycznych. Debiut niewiele ma bowiem wspólnego z późniejszą działalnością zespołu. Fakt, głos Andersona trudno z kimkolwiek pomylić, choć jeszcze nie do końca wyrobił sobie własny sposób śpiewania. Stosunkowo mało tu jego gry na flecie (po instrument ten sięgnął, gdy zdał sobie sprawę, że nie będzie dobrym gitarzystą), zaś całkiem sporo na harmonijce. Stylistycznie materiał wyraźnie ciąży w stronę modnego w tamtym czasie blues rocka. To głównie zasługa Abrahamsa, który miał równie mocną pozycję w zespole co Anderson.

O ówczesnych inspiracjach zespołu najlepiej świadczy uwzględnienie w repertuarze bluesowego standardu "Cat's Squirrel", który w świecie rocka spopularyzowała supergrupa Cream. Wersja Jethro Tull w zasadzie jest bardzo podobna do starszego o dwa lata wykonania z "Fresh Cream", choć partie harmonijki zastąpiły świetne popisy Abrahamsa. O inspiracji tamtym triem świadczy także inny instrumentalny kawałek "Dharma for One", zbudowany na tej samej zasadzie, co słynny "Toad". Niestety, Bunker nie był Gingerem Bakerem i jego solo perkusyjne jest po prostu kiepskie, pozbawione jakiejkolwiek finezji i pomysłu. Lepiej wypada cześć zespołowa, fajnie urozmaicona brzmieniem tzw. claghorna - połączenia fletu bambusowego oraz ustnika od zabawkowego saksofonu. Ogólnie na albumie sporo jest kawałków o stricte bluesrockowym charakterze. "Some Day the Sun Won't Shine for You" i "It's Breaking Me Up" absolutnie niczym nie wyróżniają się na tle ówczesnej twórczości Johna Mayalla, Fleetwood Mac, Savoy Brown i pozostałych, licznych przedstawicieli tego stylu. W "My Sunday Feeling" i "Beggar's Farm" do bluesowych patentów dochodzą przynajmniej partie fletu - mało jeszcze andersonowskie - a w pierwszym z nich subtelnie wpleciono cytaty z "Pink Panther Theme" Henry'ego Mancini i "Work Song" Nata Adderleya.

Zdarzają się też jednak utwory o odmiennym charakterze. "Move on Alone" to właściwie popowa, dość staroświecka piosenka, urozmaicona udziałem orkiestry dętej. Za partię waltorni oraz orkiestrację całości odpowiadał David Palmer - od tamtej pory stały współpracownik zespołu, a pod koniec lat 70. jego członek. Co ciekawe, "Move on Alone" jest jedynym nieinstrumentalnym utworem Jethro Tull, w którym zaśpiewał ktoś inny niż Anderson. Partia wokalna Abrahamsa jest jednak równie bezbarwna, co całe nagranie, kompletnie nie pasujące do całości. Tylko trochę lepiej wpasował się tu "Serenade to a Cuckoo", interpretacja jazzowej kompozycji Ronalda Kirka. Zresztą to właśnie Kirk był główną inspiracją Andersona jako flecisty. Dlatego też właśnie w tym utworze partia fletu najbardziej przypomina późniejsze dokonania zespołu. Pozostali muzycy grają jednak niemrawo, jakby nie czuli się pewnie w tej bardziej jazzowej stylistyce. W podobnym klimacie utrzymany jest jeszcze finałowy instrumental "Round", który jednak łatwo w ogóle przeoczyć, bo kończy się już po minucie. Całości dopełnia singlowy "A Song for Jeffrey" - jeden z kilku utworów, które Anderson napisał dla swojego przyjaciela, Jeffreya Hammonda - całkiem sprawnie łączący rockową energię, bluesowe patenty i folkową partię fletu. To najbardziej wyrazista kompozycja na tym longplayu.

"This Was" pokazuje zespół, który jeszcze do końca nie wiedział, czego chce. W znacznej części wypełniają go niezbyt charakterystyczne kawałki bluesowe, choć zdarzają się też momenty kompletnie wyrwane z kontekstu. Te ostatnie czasem nawet świadczą o nieco większych ambicjach muzyków. Szkoda tylko, że wykonanie jest całkiem przeciętne, same kompozycje niezbyt ciekawe (poza "A Song for Jeffrey" i ewentualnie "My Sunday Feeling"), a do tego całość jest raczej kiepsko wykonana. Na szczęście już wkrótce ze składu wykopano Micka Abrahamsa - który po tym wydarzeniu założył Blodwyn Pig i kontynuował w nim granie blues rocka z jazzowymi naleciałościami - a pozostali muzycy znaleźli gitarzystę, z którym mogli pójść w ciekawszym kierunku.

Ocena: 6/10



Jethro Tull - "This Was" (1968)

1. My Sunday Feeling; 2. Some Day the Sun Won't Shine for You; 3. Beggar's Farm; 4. Move on Alone; 5. Serenade to a Cuckoo; 6. Dharma for One; 7. It's Breaking Me Up; 8. Cat's Squirrel; 9. A Song for Jeffrey; 10. Round

Skład: Ian Anderson - wokal (1-3,7,9), flet, harmonijka, pianino; Mick Abrahams - gitara, wokal (4), dodatkowy wokal; Glenn Cornick - gitara basowa; Clive Bunker - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: David Palmer - waltornia (4), aranżacja orkiestry (4)
Producent: Terry Ellis i Jethro Tull


3 marca 2015

[Recenzja] Colosseum - "Daughter of Time" (1970)



"Daughter of Time" powszechnie uznawany jest za najsłabszy album Colosseum z pierwszego okresu działalności. Całkowicie podzielam takie opinie. Całość sprawia wrażenie przygotowanego na szybko zbioru kawałków z różnych sesji nagraniowych, uzupełnionym zarejestrowaną na żywo solówką perkusyjną. Trochę przypomina to zeppelinową "Codę", pomimo że materiał pochodzi ze znacznie krótszego okresu. Był to jednak dość burzliwy czas dla zespołu. Najstarszy w tym zestawie, właśnie ów koncertowy utwór, został zarejestrowany prawdopodobnie jeszcze z udziałem oryginalnego basisty Tony'ego Reevesa (choć jego nazwisko nie pojawiło się na okładce albumu). Do studia zespół wszedł już jednak z dwoma nowymi muzykami: wokalistą Chrisem Farlowe'em oraz basistą Louisem Cennamo. Zanim jednak nagrania dobiegły końca, ten ostatni zdecydował się przejść do bluesrockowego Steamhammer, a jego miejsce zajął późniejszy członek Uriah Heep, Mark Clarke. W nagraniach uczestniczyło też wielu gości, przede wszystkim żona Jona Hisemana, saksofonista Barbara Thompson.

Utwory są przeważnie niezbyt dobre i nie tworzą spójnej całości. Czasem same w sobie nie są zbyt zwarte. Przykładem tego "Three Score and Ten, Amen", przeplatający podniosłe momenty z prostym rockowym graniem. Do tego niektóre przejścia są zbyt nagłe - moment, gdy po raz pierwszy wchodzi partii Farlowe'a podchodzi wręcz pod błąd w sztuce realizacji nagrań. A sam wokalista jest zdecydowanie najsłabszym punktem tego - i większości pozostałych - utworów. Farlowe śpiewa w strasznie nadekspresyjny sposób, z teatralną manierą, mocno szarżując, ale jego warunki głosowe są znacznie bardziej ograniczone niż Petera Hammilla, Czesława Niemena czy nawet Ronniego Jamesa Dio, przez co momentami brzmi bełkotliwie. W "Take Me Back to Doomsday" dla odmiany mikrofon przejmuje gitarzysta Clem Clempson, którego śpiew jest mniej drażniący, ale przy tym kompletnie nijaki, co znów zaniża poziom. Instrumentalnie tym razem jest zdecydowanie lepiej. To całkiem fajna, dynamiczna piosenka, napędzana świetną grą sekcji rytmicznej i niemal hardrockową gitarą, a do tego udanie wzbogacona partiami saksofonu, fletu oraz klawiszy. Utwór znalazł się niestety w wyjątkowo niefortunnym położeniu, pomiędzy "Time Lament" i "The Daughter of Time". Oba charakteryzują się aranżacyjnym rozmachem. W ich nagraniu uczestniczyła pięcioosobowa sekcja smyczkowa oraz dodatkowi muzycy grający na dęciakach. Okropnym patosem ociekają także partie Farlowe'a, co razem daje tak fatalny efekt, że nie ratują tego nawet bardzo dobra gra instrumentalistów zespołu.

O tym, że album nagrywany był w pośpiechu, świadczy chociażby sięgnięcie po kompozycję Jacka Bruce'a i Pete'a Browna, "Theme for an Imaginary Western" z albumu "Songs for a Tailor" byłego basisty Cream. Nagranego zresztą z pomocą Hisemana i Heckstall-Smitha. To już drugi utwór z tego longplaya, który przeszedł do repertuaru Colosseum. Parę miesięcy wcześniej muzycy zarejestrowali "Rope Ladder to the Moon", zresztą na tworzony w równie błyskawicznym tempie "The Grass Is Greener". Tamtemu utworowi chociaż nadali trochę własnego charakteru, abstrahując już od efektu. Do "Theme for an Imaginary Western" nie wnieśli absolutnie nic, poza bardziej teatralną partią wokalną. To zupełnie niepotrzebne nagranie. Choć jeszcze bardziej zbyteczny jest koncertowy "The Time Machine". Jasne, Hiseman to fantastyczny perkusista, zwłaszcza na rockowe standardy. Z przyjemnością słucham jego gry w pozostałych nagraniach. Jednak słuchanie przez osiem minut samych bębnów, nawet tak intensywnych jak tutaj, jest cholernie nużące. Może gdyby perkusista zaprezentował tu więcej technik, ale on praktycznie cały czas robi to samo! Znacznie lepiej prezentuje się "Downhill and Shadows" - klasyczny blues w wolnym tempie, świetnie zagrany. Nawet Farlowe aż tak bardzo nie szarżuje, stara się śpiewać w bardziej subtelny sposób i zostawia dużo miejsca na solowe partie instrumentalistów. Jednak zdecydowanie najlepszym fragmentem całości jest instrumentalny "Bring Out Your Dead", godny następca "Valentine Suite", a choć skondensowany to czterech minut, to znacznie bardziej treściwy od innych utworów z tej płyty, pełen świetnych pomysłów.

"Daughter of Time" to album nierówny, nieklejący się w całość, kompletnie niepotrzebnie wydłużony o perkusyjne solo z koncertu, a wcześniej zbyt często spychający na dalszy plan to, co tu najlepsze, czyli gra instrumentalistów zespołu. Kilka fragmentów na poziomie wcześniejszych dokonań Colosseum tylko pogłębia żal, że zespół nie gra tu tak przez cały czas. 

Ocena: 6/10



Colosseum - "Daughter of Time" (1970)

1. Three Score and Ten, Amen; 2. Time Lament; 3. Take Me Back to Doomsday; 4. The Daughter of Time; 5. Theme for an Imaginary Western; 6. Bring Out Your Dead; 7. Downhill and Shadows; 8. The Time Machine (live)

Skład: Chris Farlowe - wokal (1,2,4,5,7); Dave "Clem" Clempson - gitara, wokal (3); Dick Heckstall-Smith - saksofon sopranowy, saksofon tenorowy, głos (1); Dave Greenslade - instr. klawiszowe, wibrafon, dodatkowy wokal; Mark Clarke - gitara basowa (1,5,7); Louis Cennamo - gitara basowa (2-4,6); Tony Reeves - gitara basowa (8); Jon Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Barbara Thompson - flet, saksofon altowy, saksofon barytonowy, saksofon sopranowy, saksofon tenorowy, dodatkowy wokal (1-4); Jack Rothstein - skrzypce (2,4); Trevor Williams - skrzypce (2,4); Nicholas Kraemer - altówka (2,4); Charles Tunnell - wiolonczela (2,4); Fred Alexander - wiolonczela (2.4); Harry Beckett - trąbka i skrzydłówka (2,4); Derek Wadsworth - puzon (2,4); Neil Ardley - aranżacja instr. smyczkowych i dętych (2,4)
Producent: Gerry Bron