27 października 2018

[Artykuł] Lubisz Led Zeppelin i szukasz więcej muzyki w tym stylu? Są lepsze możliwości, niż Greta Van Fleet

Autentycznie przeraża mnie rosnąca popularność Grety Van Fleet i coraz większy szum wokół tej kapeli. Amerykański kwartet, niedawno debiutujący albumem "Anthem of the Peaceful Army", w sposób jawny, bezczelny i niewyobrażalnie odtwórczy kopiuje stylistykę Led Zeppelin. Nie tylko nie dodaje nic do siebie, ale wręcz jeszcze bardziej ją upraszcza, sprowadzając wyłącznie do prostych piosenek, całkowicie pozbawionych ambicji, jakie nierzadko zdradzał brytyjski kwartet. O ile mogę zrozumieć, że muzycy GVF po prostu nie mają żadnych artystycznych aspiracji i wystarcza im zabawa w swój ulubiony zespół, tak nie mogę pojąć, dlaczego ich twórczość jest tak nachalnie promowana przez media. Coraz więcej ludzi daje się nabrać na głoszone przez dziennikarzy bzdury o rzekomej świeżości (najlepszą odpowiedzią na to jest nazwanie przez magazyn "Pitchfork" muzyki zespołu czerstwym, wyświechtanym, przecenianym retrofetyszyzmem) i nowej nadziei dla muzyki rockowej (choć przecież pokazywanie, że nic się w niej nie zmieniło od pięciu dekad powinno być traktowane jako gwóźdź do trumny). Ludzie słuchają Grety z nostalgicznej tęsknoty za Led Zeppelin, który ostatni album wydał prawie czterdzieści lat temu, lub aby przenieść w lata 60. ubiegłego wieku.


Tymczasem zdecydowana większość z nich zapewne nie ma pojęcia, że w samych latach 60. i 70. istniało bardzo wielu wykonawców grających podobnie - ale nie identycznie - do Led Zeppelin. Grali na podobnym poziomie, równie kreatywnie czerpiąc z podobnych źródeł (przede wszystkim z bluesa, ale też innych gatunków, np. folku), dodając rockowej energii i własnego charakteru, jednak z czasem zostali nieco zapomniani. Nie goszczą już w mainstreamowych mediach muzycznych, dlatego przeciętny odbiorca nie ma pojęcia o ich istnieniu. I w rezultacie sięga po współczesnych kopistów pozbawionych kreatywności, zamiast słuchać autentycznej muzyki z tamtej epoki. I właśnie dlatego stworzyłem niniejszy przewodnik, mający na celu uświadomić, jak wiele wartościowej muzyki można słuchać, zamiast tracić czas na klonów z Grety Van Fleet. Pominąłem tych najbardziej oczywistych wykonawców - w rodzaju Cream, Jimiego Hendrixa, The Who (to nie pomyłka - patrz "Live at Leeds"), The Rolling Stones, The Doors, Janis Joplin, Black Sabbath czy Deep Purple - mając nadzieję, że ich twórczość jest wszystkim doskonale znana. Nie zamieściłem też żadnych Led-Klonów, a jedynie zespoły mające podobne inspiracje i przetwarzające je na własny sposób. Kolejność jest w znacznym stopniu przypadkowa. Oprócz wykonawców podaję też przykładowy album, który uważam za najbardziej reprezentatywny. Wybór ograniczyłem do dziesięciu wykonawców, ale chętnie udzielę dalszych porad w komentarzach.


The Jeff Beck Group - "Truth" (1968)

Debiutancki album grupy byłego gitarzysty The Yardbirds (nagrany m.in. z pomocą Roda Stewarta i Ronniego Wooda) powinien szczególnie zainteresować fanów Led Zeppelin. Na kilka miesięcy przed ukazaniem się eponimicznego debiutu Ołowianego Sterowca, Jeff Beck zaprezentował bardzo podobną odmianę blues rocka, charakteryzującą się niemal równie ciężkim brzmieniem. Repertuar w większości składa się z przeróbek bluesowych standardów, ale znalazło się też miejsce dla interpretacji folkowego "Morning Dew" i XVI-wiecznej pieśni "Greensleeves". Nagrany z udziałem Johna Paula Jonesa "You Shook Me" był wyraźną inspiracją dla zeppelinowej wersji, natomiast w "Beck's Bolero" wystąpił Jimmy Page, po raz pierwszy grając na gitarze smyczkiem. (Link do recenzji)

Z późniejszych dokonań Jeffa warto też zwrócić uwagę na supergrupę Beck, Boggert & Appice - sekcja rytmiczna grała wcześniej w grupie Cactus, nazywanej przez prasę amerykańskim Led Zeppelin. Zespół lepiej wypadł na żywo ("Live"), niż w studiu ("Beck, Boggert & Appice"). Gitarzysta nagrał też kilka udanych albumów w stylistyce fusion ("Blow by Blow", "Wired", "Live with Jan Hammer Group").


John Mayall with Eric Clapton - "Blues Breakers" (1966)

John Mayall nie był pierwszym białym muzykiem czerpiącym inspiracje z bluesa i dodającym do niego rockowej energii, ale to jemu przypisuje się stworzenie stylistyki zwanej brytyjskim bluesem lub blues rockiem. Album "Blues Breakers" - nagrany z młodym Erikiem Claptonem, który właśnie opuścił The Yardbirds - jest pierwszym w pełni dojrzałym albumem utrzymanym w tym stylu. A dzięki ostrym solówkom Claptona (np. w "All Your Love", "Steppin' Out") jest już wyraźną zapowiedzią hard rocka. (Link do recenzji)

Po odejściu Claptona do Cream, Mayall nagrał jeszcze wiele ciekawej muzyki, utrzymanej na podobnym poziomie. Bezpośrednią kontynuacją "Blues Breakers" są albumy "A Hard Road" i "Crusade", ale na szczególne polecenie zasługują "Bare Wires", "The Turning Point" i "Jazz Blues Fusion", dodające do bluesa i rocka elementy jazzowe. Muzycy, z którymi Mayall nagrał pierwszy z tych longplayów, założyli później grupę Colosseum - jeden z pierwszych zespołów jazzrockowych (album "Valentyne Suite" to prawdziwa perła tego stylu). John Mayall wciąż jest aktywnym muzykiem. W przyszłym roku przyjedzie na dwa koncerty do Polski (w Warszawie i Krakowie). Warto się wybrać, bo może to być ostatnia okazja do zobaczenia tej żywej legendy.

Z późniejszej twórczości Claptona najciekawsze są jego dokonania z grupami Cream, Blind Faith i Derek and the Dominos.


The Butterfield Blues Band - "East-West" (1966)

Miesiąc po premierze "Blues Breakers", amerykański kwintet The Butterfield Blues Band wydał album, który znacznie poszerzył bluesrockowe ramy. Repertuar składa się głównie z bardzo fajnych, choć nieco stereotypowych przeróbek bluesowych standardów - są bardziej czadowe momenty (np. "Walkin' Blues", "All These Blues"), jak i ekspresyjne ballady ("I Got a Mind to Give Up Living"). Ale muzycy zaprezentowali też żywiołową improwizację na bazie jazzowej kompozycji "Work Song" Nata Adderleya, jak również zupełnie własny porywający jam, "East-West", inspirowany twórczością Johna Coltrane'a i muzyką hindustańską, zarazem będący jednym z najwcześniejszych i najlepszych przykładów rocka psychodelicznego. Ale także w pozostałych utworach nie brakuje zachwycających popisów Paula Butterfielda na harmonijce oraz gitarzystów Mike'a Bloomfielda i Elvina Bishopa. (Link do recenzji)

Niestety, "East-West" to jedyne wybitne osiągnięcie zespołu. Choć warto też posłuchać debiutanckiego "The Paul Butterfield Blues Band" - utrzymanego w stylistyce elektrycznego bluesa chicagowskiego - a także wzbogaconego o sekcję dętą "The Resurrection of Pigboy Crabshaw" (ten drugi, niestety, został nagrany już bez udziału Bloomfielda). Ciekawym wydawnictwem jest też wydany po latach "East-West Live", zawierający trzy rozbudowane wykonania utworu tytułowego -charakteryzuje się niestety bootlegowym brzmieniem.


Roy Harper - "Stormcock" (1971)

Led Zeppelin inspirował się nie tylko bluesem, ale też folkiem. Nie jest tajemnicą, że muzycy cenili Roya Harpera. Nawet zadedykowali mu jeden z utworów na "Trójce". W 1985 roku Harper i Jimmy Page wydali razem album "Whatever Happened to Jugula?", ale współpracowali ze sobą już wcześniej. Gitarzysta Led Zeppelin wystąpił w jednym z utworów na wybitnym albumie "Stormcock". Wypełniają go tylko cztery utwory, w których nie dzieje się wiele, ale trudno się od nich oderwać - nieustannie przyciągają uwagę świetną grą Harpera na gitarze akustycznej i ciekawą barwą głosu. (Link do recenzji)

Godne polecenia wydają się też pozostałe albumy muzyka z lat 70., ze wskazaniem na "Flat Baroque and Berserk", "Lifemask" i "Bullinamingvase". Cenionym wydawnictwem jest także bardziej rockowy "HQ", nagrany m.in. z udziałem Johna Paula Jonesa, Davida Gilmoura i Billa Bruforda. Ponadto, śpiew Roya Harpera można usłyszeć w utworze "Have a Cigar" z albumu "Wish You Were Here" Pink Floyd.


Free - "Tons of Sobs" (1969)

Moim zdaniem zespół nigdy nie wykorzystał w pełni swojego potencjału. Choć posiadał świetnego wokalistę Paula Rodgersa (w latach 80. współpracował z Page'em w grupie The Firm) i fantastycznego gitarzystę Paula Kossoffa, rzadko grał muzykę, w której obaj mogli pokazać pełnię swoich możliwości. Na pewno nie na swoim najsłynniejszym albumie, bardzo komercyjnym "Fire and Water". Jednak debiutancki "Tons of Sobs" przynosi sporą porcję naprawdę fajnego blues rocka, w której błyszczą obaj Paulowie. Z wielką przyjemnością przypominałem sobie ten album podczas pisania niniejszego tekstu. (Link do recenzji)

Z wyżej opisanego powodu, trudno jest wskazać inne warte poznania wydawnictwa Free. Na kolejnych albumach zespół zwrócił się w stronę łagodniejszych, bardziej komercyjnych brzmień, co automatycznie spychało Kossoffa na dalszy plan. Całkiem przyjemnym wydawnictwem jest jednak drugi w dyskografii "Free", z pięknym finałem w postaci "Mourning Sad Morning" (z gościnnym udziałem Chrisa Wooda z Traffic).


Fleetwood Mac - "Then Play On" (1969)

Zanim Fleetwood Mac stał się popową gwiazdą, grał rasowego blues rocka. W oryginalnym składzie znaleźli się zresztą trzej byli współpracownicy Johna Mayalla - Peter Green, John McVie i Mick Fleetwood. "Then Play On" to najdojrzalsze dzieło z tego okresu. Podobnie jak Led Zeppelin, zespół potrafił grać bluesa z hardrockową mocą (np. "Rattlesnake Shake", "Searching for Madge"), ale nie unikał też brzmień akustycznych o folkowym rodowodzie (np. "When You Say"). Potrafił też zabłysnąć poruszającą balladą bluesową ("Without You"). (Link do recenzji)

Podobnie, jak wiele innych zespołów z lat 60., Fleetwood Mac wydawał część ze swoich najlepszych utworów wyłącznie na singlach. Dlatego świetnym uzupełnieniem bluesowego okresu jest kompilacja "Greatest Hits" z 1971 roku, zawierająca m.in. wielkie przeboje "Albatross" i "Black Magic Woman", a także nagrany później przez Judas Priest "The Green Manalishi". Przyjemnym wydawnictwem jest także eponimiczny debiut (czasem wznawiany jako "Peter Green's Fleetwood Mac"), jednak na tle innych wydawnictw opisanych w tym tekście, może wydać się nieco zbyt archaiczny.


Keef Hartley Band - "Halfbreed" (1969)

Perkusista Keef Hartley to kolejny muzyk, który bluesrockową karierę zaczynał w zespole Johna Mayalla (wcześniej grał też w The Artwoods u boku. m.in. Jona Lorda). Pod koniec lat 60. założył swój własny zespół, w skład którego weszli m.in. także świetny wokalista i gitarzysta Miller Anderson oraz późniejszy basista Uriah Heep, Gary Thain. Najlepszym wydawnictwem zespołu jest debiutancki "Halfbreed", zawierający fantastyczną mieszankę hard rocka ("Leavin' Trunk", "Think it Over"), bluesa ("Born to Die"), psychodelii ("Just to Cry") i jazzrocka w stylu Santany ("Halfbreed"). (Link do recenzji)

Z trzech kolejnych albumów zespołu najciekawszy jest środkowy, "The Time Is Near", zdradzający silniejsze wpływy jazzrocka (w stylu Colosseum), ale zawierający też odrobinę folkowych klimatów ("Another Time, Another Place").


The Allman Brothers Band - "At Fillmore East" (1971)

Muzycy Led Zeppelin lubili na koncertach znacznie rozbudowywać swoje utwory. Jednak największymi mistrzami koncertowych improwizacji byli członkowie The Allman Brothers Band. "At Fillmore East" to ich opus magnum i najlepsza rockowa koncertówka wszech czasów. Obok interesujących interpretacji paru bluesowych standardów, znalazły się tu także niesamowicie porywające wersje własnych "In Memory of Elizabeth Reed" i "Whipping Post". (Link do recenzji)

Warto też poznać album "Eat a Peach" - częściowo składający się z nagrań, które nie zmieściły się na "At Fillmore East" (w tym fantastyczna improwizacja "Mountain Jam"), uzupełnionych studyjnym materiałem - a także doskonały debiut "The Allman Brothers Band". Całkiem nieźle wypada też wydany po latach "Shades of Two Worlds", nagrany jednak bez tragicznie zmarłego w 1971 roku Duane'a Allmana. W swoim krótkim życiu gitarzysta zdążył jeszcze wesprzeć Erica Claptona w jego Derek and the Dominos - to właśnie Duane'owi zawdzięczamy słynny riff z "Layla".


Rory Gallagher - "Rory Gallagher" (1971)

Irlandzki gitarzysta Rory Gallagher pozostawił po sobie wiele wspaniałej muzyki, ale największym dowodem jego talentu - jako gitarzysty i kompozytora - jest prawdopodobnie eponimiczny debiut solowy.  To bardzo eklektyczny, a zarazem spójny materiał, zdradzający inspirację różnymi odmianami bluesa, folkiem, country, ale też jazzem (w "Can't Believe It's True" Rory zagrał nawet na saksofonie). Repertuar obejmuje zarówno hardrockowe czady ("Laundromat", "Hands Up"), jak i przepiękne ballady ("I Fall Apart", "For the Last Time"). (Link do recenzji)

Gallagher najlepiej czuł się jednak na scenie, gdzie mógł z pełną swobodą prezentować swoje umiejętności. Najwspanialszym zapisem jego koncertowych poczynań jest "Irish Tour '74", ale warto też posłuchać "Live in Europe" i "Live at Montreux". Ze studyjnych albumów oprócz debiutu trzeba wyróżnić przede wszystkim "Deuce" (z przepięknym, inspirowanym muzyką celtycką "I'm Not Awake Yet" czy świetnym popisem gry techniką slide w "Crest of a Wave"). Z kolei fanom hard rocka najbardziej do gustu mogą przypaść "Calling Card" i "Top Priority". Nie można też nie wspomnieć o wcześniejszych dokonaniach Rory'ego z grupą Taste - stricte bluesrockowym "Taste", bardzo eklektycznym "On the Boards" oraz żywiołowym "Live at Isle of Wight".


Ten Years After - "A Space in Time" (1973)

Z dość bogatej dyskografii Ten Years After wybrałem ten album, ponieważ najwięcej na nim gitary akustycznej i utworów nie tak odległych od łagodniejszego oblicza Led Zeppelin. "A Space in Time" to jednak nie tylko granie bez prądu lub częściowo akustycznie (jak w przeboju "I'd Love to Change the World"), ale też porcja świetnego blues rocka ("One of These Days"). (Link do recenzji)

Więcej bluesrockowego czadu zawierają albumy "Ssssh" i "Cricklewood Green", choć na tym drugim słychać też wpływy folku czy jazzu. Jednak podobnie jak większość bluesrockowych zespołów, Alvin Lee i spółka najlepiej wypadali na koncertach, co fantastycznie dokumentują albumy "Undead" i "Recorded Live", a także wydany po latach "Live at Fillmore East 1970". Grupa wciąż jest aktywna (choć od dawna nie ma w niej Alvina Lee) i wciąż przekonująco wypada na żywo (czego osobiście doświadczyłem dwa lata temu - tutaj relacja), jednak jej obecne studyjne poczynania lepiej pominąć milczeniem.


Koda

Jak już wcześniej wspominałem, powyżsi wykonawcy to tylko kropla w morzu. Na przełomie lat 60. i 70. działało znacznie więcej grup blues/hardrockowych, nierzadko prezentujących zbliżony poziom do tych wyżej opisanych lub wspomnianych (żeby wymienić tylko Groundhogs, The Aynsley Dunbar Retaliation, Quicksilver Messenger Service, Steamhammer, Love Sculpture, Mountain, Savoy Brown, Stone the Crows, The Climax Blues Band czy wczesne, przedschenkerowskie UFO). Odkrywanie twórczości tych wszystkich zespołów będzie z pewnością znacznie przyjemniejszym i bardziej kształcącym zajęciem, niż słuchanie chwilowo modnego produktu, jakim jest Greta Van Fleet, i bezrefleksyjne powtarzanie bzdur o jego świeżości i potencjale wystarczającym na ocalenie muzyki rockowej (która od dawna na zmianę kona i pożera własny ogon).

I małe przypomnienie na koniec: tak w 1989 roku Gary Moore i Ozzy Osbourne śpiewali o Grecie Van Fleet:


56 komentarzy:

  1. Promowanie bzdur o "świeżości" Grety to tak ogromna krzywda dla całej muzyki, że trudno to wyrazić. Wiem, że na chleb zarobić trzeba, ale byłoby mi zwyczajnie głupio, a wręcz wstyd, robić to, będąc opiniotwórczym dziennikarzem. Zastanawia mnie, dlaczego standardy tak nisko upadły. Naprawdę przez samą nostalgię "odrodzeniem" rocka ogłasza się zespół brzmiący jak grupa sprzed PÓŁ WIEKU?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem pewien, że wiele osób by chciało, żeby wciąż grano jak w 1969 roku. Żeby od tamtej pory nic się w muzyce nie zmieniło.

      Tym gorzej dla nich. Nam pozostaje się cieszyć, że mamy dużo większy wybór ;)

      Usuń
  2. Wg mnie prawie połowa z tych kapel nie powinna się tu znaleźć, bo dla przeciętnego wielbiciela Ołowiaków może być za trudna - a Cepeliny stanowią uproszczenie tej formuły. Najbardziej skrzywdzony został tutaj "Truth" który w ogóle (patrzę również na rok wydania) stoi kilka poziomów wyżej.

    Widziałeś na YT na kanale "Music is Win" film "Pitchfork is too good for GVF" (jakiś taki tytuł, to jeden z ich ostatnich filmów) i oburzenie komentujących, że pitchfork się nie zna i całą masę inwektyw?

    Przy okazji - widzę, jaki jest adres strony z powyższym artykułem, śmieszku ;) fuck dziennikarzy i media endorserskie, a nie GVF

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sądzę, że właśnie ci wykonawcy mogą spodobać się słuchaczom Led Zeppelin, a przy okazji naprowadzić ich na bardziej wartościową muzykę. Bo stąd jest już tylko krok do psychodelii, proga czy jazz rocka. Zbyt trudni mogą okazać się jedynie Harper i Allmani. Ale może zajrzy tu ktoś, kto doceni taką muzykę, a wcześniej po prostu nie miał skąd dowiedzieć się o jej istnieniu.

      Nie powiesz mi chyba, że Led Zeppelin gra prościej od Mayalla, Fleetwood Mac czy Free? Jeśli tak sądzisz, to posłuchaj "The Song Remains the Same" (albumu koncertowego, nie utworu) i porównaj z zaprezentowanymi tutaj albumami tych wykonawców ;)

      Nie widziałem, jak w ogóle nie oglądam kanałów na YT. Ale widziałem jakiegoś newsa, gdzie były cytowane niektóre z tych komentarzy.

      Usuń
    2. Dlatego powiedziałem prawie połowa (Truth, Butterfield, Allmani i TYA - bo ograniczyć się tylko do tego albumu co wspomniałeś byłoby wielkim błędem)

      Usuń
    3. "Truth" to prawie "Led Zeppelin 0", dlatego jest na szczycie listy. Nie wiem jak ten album mógłby się nie spodobać fanom Sterowca. Nawet Page i Jones na nim grają (i dużo pomysłów powtórzyli potem u siebie).

      Na "East-West" są tylko dwa utwory mogące sprawić trudność, reszta to prosty blues. Z dyskografii TYA trudniejsze mogą być tylko koncertówki - ale na pewno nie dl kogoś, kto ma już za sobą wspomniany wyżej "The Song Remains the Same".

      Poza tym, specjalnie nie wybrałem jakiś prostych rzeczy, tylko wykonawców, grających rozwijającą dla słuchaczy muzykę ;)

      Usuń
  3. Ja mogę polecić Joe Walsh`a artyste który z świetny sposób łączy blues-rock i hard-rock.

    OdpowiedzUsuń
  4. O jak miło widziec jakiś Artykuł od tak długiego czasu. Kierowniku to może jakiś artykuł o tym jak zacząc świadomie rozwijać się jako słuchacz bo znasz już chyba całego Rock'a więc mógłbyś przytoczyć konkretne zespoły czy liste płyt w której kolejności dobrze by było słuchać aby rozwinąć swój myzczny gust w dobrym kierunku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomyślę nad tym, choć nie wiem co z tego wyjdzie.

      Całej muzyki rockowej nie znam na pewno, ale z tego najważniejszego okresu (lata 60. i 70.) słyszałem już raczej wszystko, co istotne. A w rozwijaniu gustu w stronę bardziej ambitnej muzyki pomogli mi wykonawcy opisani (i wspomniani, jak Cream) w tym tekście.

      Usuń
  5. Bardzo fajnie by było gdybyś taki Artykuł stworzył ja bym z chęciom przeczytał. Wiele ludzi odnalazło by właściwą droge sam mi w tym pomogłeś, Dzięki tobie mam większy dystans do muzyki wychwalanej przez wielu i staram się byś bardzo obiektywny jak i otwart na nowe muzyczne doznania.

    OdpowiedzUsuń
  6. Niezmiennie śmieszy mnie Twój hejt na Gretę. Na dniach wrzucę recenzję ich nowej płyty i zgadnij: będzie pozytywna bo uważam że robią to dobrze i wolę żeby młodzi robili (a może i słuchali) taką muzykę niż żeby sięgali po Bieberów i inne gwiazdki. Pozostałych dlaczego uważam, że Greta to dobra rzecz (na swój sposób) odsyłam do felietonu "Kopistów było wielu" na moim blogu. Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety ale tak jak często neguję to co pisze Paweł tutaj muszę przyznać rację jemu. Niestety Panie L, czytuję pański serwis i po jego charakterze można łatwo wywnioskować, że pańskie muzyczne horyzonty są dużo węższe aniżeli Pawła. GVF uznało, że można wyciąć kilka patentów z kawałków Ołowiaków i robić w oparciu o nie dziesiątki prostackich kawałków, które nijak nie przygotują do chłonięcia wszystkich obliczy LZ.

      O ile dożyjemy to może w (jak liczę) 2039 roku jakaś młoda grupa zapaleńców nagra po swojemu i wyda Led Zeppelin I jako swój album. W końcu po 70 latach prawo autorskie wygasa.

      Usuń
    2. Narzekanie na (słuchanie) Biebera było modne dekadę temu. A tak właściwie - czym on różni się od GVF? W obu przypadkach mamy do czynienia ze starannie wykreowanym i doskonale promowanym produktem, grającym czysto rozrywkową muzykę. Czy to, że jeden z nich gra w stylu popularnym obecnie, a drugi - popularnym pół wieku temu, robi aż tak wielką różnicę? I nie rozumiem czemu akurat GVF tak bardzo się promuje, skoro nawet wśród retro-rockowych kapel jest wiele ciekawszych, nie ograniczających się do maksymalnie wiernego podrabiania jednego wykonawcy.

      Argumentacja typu lepiej słuchać [nazwa przeciętnego zespołu rockowego] niż [nazwa przeciętnego wykonawcy popowego] jest bardzo słaba. Bo wybór jest dużo, dużo większy. Problemem jest to, że muzyczne media w ogóle nie pokazują tej różnorodności, przez co wielu ludzi myśli, że naprawdę nie ma innej alternatywny dla mainstreamowego rocka, niż np. disco polo.

      Usuń
    3. A swoją drogą zabawne, że zarzut hejtowania pochodzi od kogoś, kto niedawno popełnił tekst o tym, dlaczego nie znosi Nosowskiej i jako główne argumenty podał jej wygląd oraz - uwaga! - swoje sny :D

      Jeśli o mnie chodzi, to hejtuję nie tyle samą GVF (jedynie szczerze wyrażam, co o nich myślę, na szczęście nikt nie zabrania mi myśleć), co zjawisko, jakim się stała. To zespół, który ma potencjał, żeby grać na weselach i festynach lub występować w programach typu "Mam Talent", gdzie mógłby pokazywać talent do podrabiania innego zespołu i być traktowany wyłącznie jako ciekawostka. Tymczasem kreowanie z niego wielkiej gwiazdy jest tyleż śmieszne, co smutne, bo - cytując kolegę Pawła K. - pokazuje to, jak nisko upadły wszelkie standardy. Wkurzające jest natomiast zachowanie mediów, które, mówiąc bez ogródek, pieprzą kompletne bzdury, byle tylko wypromować ten zespół i samemu potem zyskać na jego popularności (spodziewam się, ze niedługo TR poświęci im wkładkę, a w następnym numerze pewnie da ich na okładkę).

      Usuń
    4. Bieber był i jest łatwym celem, bowiem od czasów ogólnego szału na jego tle wśród dzieciarni nie było gwiazdki której popularność osiągnęłaby taką skalę. Sądzę, że wielu hejterów nie słyszało więcej niż kilkunastu - przypadkowo zasłyszanych - sekund jego twórczości. Ale hejtowanie muzyka popularnego jest zawsze w cenie, bo wtedy sprawia się pozory bycia kimś, kto ma lepszy - rzekomo bardziej elitarny - gust niż rzesze, w tym wypadku dzieciarni (bardzo dobre tło żeby błyszczeć, rzeczywiście). Bezmyślny, śmieszny, gimbusowy hejt.

      GVF niby ma dobre inspiracje, niby gitara jest brudniejsza - przez co może się wydawać, że jest to coś z wyższej, przynajmniej w dzisiejszym mainstreamie, półki, bo nie zdobędzie tylu wielbicieli, co dajmy na to Srake czy Człowiek Koścista Szmata. Ale mainstream to papka dla mas.

      Pan Lupus niestety idzie z prądem i z tym co dzisiaj jest popularne (lub mogłoby być i promuje to na blogu) przez co to wszystko ma bardzo małą skalę odniesień.

      Pawle P. - niestety z masami nie wygrasz, chociażbyś nie wiem jak głośno krzyczał, że GVF to gówno niemożebne (i nawet znalazł kilkunastu popleczników, wśród których się znajduję) to po drugiej stronie barykady są miliony, w tym wiele osób z bardzo długimi rękoma, które niestety mogą drygować masami jak chcą.

      Sny i wygląd? W takim razie ogromnie cieszę się, że mimo robienia przez parę tygodni nadzie Pan L nie zrecenzował niesłynnego "Mnieniema" bo zapewne skupiłby się na nazwie albo fryzurze kompozytora.

      Usuń
    5. Z masami nie wygram, ale jeśli choć parę osób uda mi się zainteresować bardziej sensowną muzyką, to będzie to wystarczający dla mnie sukces ;)

      Usuń
    6. Oj Paweł, a czy znasz takie pojęcie jak ironia? W wypadku Noskowskiej to była czysta zgrywa, ironia i zgniłe jajo jak nazwa "działu" wskazywała - Kij w Mrowisko. Miło, że przeczytałeś ;)

      Usuń
    7. Ironiczna wymowa tego tekstu bynajmniej nie uszła mojej uwadze. Ale nawet w takiej formie wypadałoby stosować merytoryczną argumentację, bo inaczej nie jest to rzetelne dziennikarstwo, a kiepska prowokacja. Nasuwa też pytanie, na ile autor jest szczery w swoich wypowiedziach. Skoro zależało mu tylko na wywołaniu kontrowersji, to może tak naprawdę nie ma żadnych zarzutów do, w tym konkretnym wypadku, Nosowskiej (zwłaszcza, że żadne sensowne i odnoszące się do jej twórczości nie padły), a może nawet po kryjomu jej słucha? A w takim razie: na ile szczere są jego pozytywne opinie o muzyce?

      Zalatuje mi to hipokryzją. Z jednej strony piszesz felietony, w których sprzeciwiasz się hejtowi, a z drugiej - prowokacyjny tekst dla zgrywy, który ma znacznie bardziej hejterski wydźwięk, niż mój powyższy artykuł. Artykuł, którego celem tak naprawdę jest polecenie fajnej muzyki, do czego zarzuty wobec GVF (całkiem obiektywne i odnoszące się do samej twórczości muzycznej) są tylko pretekstem.

      Usuń
    8. Niektórzy przedkładają chęć zdobywania coraz wyższego słupka wyświetleń i rozgłosu nad merytoryczne i rzetelne podejście, które - niestety - cieszy się mniejszą popularnością.

      Usuń
    9. przy okazji: https://lupusunleashed.blogspot.com/2017/10/luminiscencje-dream-theater-images-and.html

      wiele wyjaśnia

      Usuń
    10. A ja się wpiszę jako osoba, która zrecenzowała te płytę na 3 z plusem - nie można powiedzieć, że to słaba płyta pod tym względem, że uszy więdną przy słuchaniu i czasem nawet da się potupać nogą, ale z drugiej strony - to już było i po co to powielać jeszcze tak bezczelnie zrzynając patenty chociażby wokalne? Retrorocka da się grać zdecydowanie ciekawiej i z większym indywidualizmem.

      Usuń
    11. tak trochę w temacie:
      https://magazyn.wp.pl/artykul/to-jest-biznes-i-nie-ma-zadnego-buntu-jest-akceptacja

      Usuń
  7. Cholera jasna, już przed tym artykułem byłeś jedną z moich ulubionych osób piszących o muzyce w naszym kraju. Teraz mój szacunek do ciebie wzrósł jeszcze bardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale z jakiegoś powodu bardzo mi się spodobało to, że z oburzenia popularnością GVF postanowiłeś wziąć sprawy w swoje ręce ;)

      Usuń
    2. Bo jak wyżej wspomniałem, pomyślałem, że można wykorzystać popularność tego zespołu do zainteresowania ludzi ciekawszą muzyką. Nie czyni to twórczości GVF bardziej wartościową, ale choć taki może być z niej pożytek.

      Usuń
  8. Świetny artykuł. Akurat szukałem czegoś nieco w stylu Zeppelinów, więc trafiłeś w dziesiątkę :). Wspaniałe propozycje. Sama Greta jakoś niesamowicie mi nie przeszkadza, ale ta medialna otoczka, jaka wokół nich powstała, jest nie do zniesienia.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ludzie ! opamiętajcie się ! Wypisywanie peanów pochwalnych na cześć autora bloga bo skrytykował w swojej recenzji a następnie rozwinął do monstrualnych rozmiarów tę krytykę w specjalnym artykule kopiąc dupsko mało znaczącemu zespolikowi Greta Van Fleet jest żałosne. A już komentarze dotyczące Lupusa który ośmielił się mieć inne zdanie jest chamskie. Chcecie się stać” towarzystwem wzajemnej adoracji” ? Sam Robert Plant wypowiadał się o GVF w typowym dla siebie stylu z nutką uszczypliwej sympatii: „Jest w Detroit zespół o nazwie Greta Van Fleet. Oni brzmią jak „Led Zeppelin I”. Piękny, mały wokalista, nienawidzę go! Pożyczył swój głos od kogoś, kogo znam bardzo dobrze, ale co można na to poradzić? Przynajmniej ma trochę stylu, bo powiedział, że cały jego styl bazuje na Aerosmith. Jest naprawdę dobry. Gdzieś jest dla niego robota.” I tyle w temacie .Wywody typu czym różni się Bieber od GVF są żenujące. To proste jak konstrukcja cepa – typem słuchacza. Zgadzam się z Filipem M.że adresatem tego tekstu są żurnaliści , a nie sam zespół. Ale to jak zawracanie kijem Wisły, obrażanie się na świat i pretensje do mass mediów że istnieją . Medialny „koń jaki jest każdy widzi”. Nie jestem fanem GVF „wymiękłem” po 3 kawałkach.To nudziarstwo i Zepami nigdy nie będą bo nie mają tej charyzmy , ale to jest ich 5 minut. Nie pasuje masz pilot , czy przycisk On/Off i możesz zareagować. Panie Pawle nie wiem czy dobrze kojarzę ale pisał pan kiedyś że nie ma telewizora , rzadko słucha radia i czyta muzyczną prasę więc skąd informacje o ekspansji w mediach Grety Van Fleet ? Przypadek ? Skąd tyle jadu ? A już zupełnie nie rozumiem propozycji do posłuchania dla fanów Led Zeppelin które mają się jak pięść do nosa. Mam te wszystkie płyty na winylach oprócz Roya Harpera którego nie trawię .Dwie z nich uważam za arcydzieła koncert Allmanów i Keefa Hartleya. Myślący i zdeterminowany słuchacz w pewnym momencie wcześniej czy później poszuka w necie swojej muzy i będzie miał w dupie głosy redaktorków i pismaków a pozostali pozostaną przy słuchaniu disco polo.Twój blog na pewno pomoże mu w rozwijaniu muzycznych horyzontów, a być może szum wokół GVF sprawi że jakiś „kosmita”który nie słyszał Zepów po nich sięgnie ? I jeszcze jedno szanujmy się nawzajem !
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupełnie nie zrozumiałeś sensu tego artykułu albo nawet nie raczyłeś uważnie go przeczytać. Krytyka, zresztą odnosząca się do obiektywnych wad GVF, jest tu tylko pretekstem do polecenia znacznie bardziej wartościowej, a nieco zapomnianej muzyki. Proponowanie wykonawców grających identycznie jak Led Zeppelin całkowicie mijałoby się z celem - byłoby to zastępowanie jednego klona na innego. A celem artykułu - o czym byś wiedział, gdybyś go uważnie przeczytał - jest pokazanie w jak różnorodny i twórczy sposób można czerpać z podobnych inspiracji. Wracając do GVF - tak, dzięki nim ktoś może dowiedzieć się o istnieniu ciekawszej muzyki (chociażby trafiając na powyższy artykuł), ale to w żaden sposób nie czyni ich twórczości lepszym.

      Robert Plant nie powiedział niczego konkretnego. Zachował bezpieczną bezstronność, żeby nikomu się nie narazić. A Lupus sam wystawił się na ataki podszytym nutką złośliwości i arogancji komentarzem.

      Nie, nie różni się typem słuchacza. Różni się preferencjami słuchacza - jeden woli przestery, inny autotuning. Jednak obaj słuchają prostej, czysto użytkowej i komercyjnej muzyki.

      Nie mam telewizora, unikam radia, ale śledzę, co się dzieje w muzyce. Jakże mógłby tego nie robić, prowadząc taką stronę?

      Usuń
    2. Myślisz że ten artykuł to przypadek? Autor bloga nie tylko wyraża swoje zdanie na temat tego zespołu ale dzięki takim artykułom prowokuje dyskusję taką jak ta i zwiększa zasięgi bloga.

      Usuń
  10. Nie, to ty nie rozumiesz tego o czym się do Ciebie pisze. Sens twojego tekstu sprowadza sprowadza się do konkluzji że Greta Van Fleet to „shit” a dziennikarze ją promujący to jeszcze większy „shit” na co chór wyznawców w komentarzach zgodnym głosem ci przytakuje. Jeden „innowierca „ zostaje sprowadzony do parteru, a ty bez ładu i składu i żadnych powiązań z tematem (bo co te same lata ? dwóch członków Zepów w składzie z Beckiem,trochę bluesa,folku czy rocka)proponujesz fanom Led Zeppelin jedyną słuszną muzykę ? Tak nisko oceniasz inteligencję swoich czytelników ? Ktoś kto trafił na twój blog ma dość mainstreamu i jego mediów.I o tym między innymi piszę. Nie wierzę że fan LZ bezkrytycznie „łyknie „ Mayalla,Butterfielda czy Harpera którzy mają się do jego idoli jak „pięść do nosa „ o czym również pisałem. Klony Zepów można policzyć na palcach jednej ręki i wypadało je wymienić aby potencjalny słuchacz ocenił czy warte są zachodu. Resztę znajdzie na twoim blogu.Więc ten artykuł choćby z tego względu trafia jak „kulą w płot”.Dla jasności w typie słuchacza mieszczą się również jego preferencje nie tylko zresztą muzyczne. Widzę że zamiast ignorować wg ciebie prostą ,użytkową,komercyjną muzykę atakujesz ją , działa na ciebie jak czerwona płachta na byka. Wyluzuj ,włącz sobie Yatha Sidhra - "A Meditation Mass"i odpłyń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lepiej sam się zastosuj do swoich złotych rad, ochłoń trochę i przeczytaj uważnie artykuł, bo tam jest jasno wyjaśnione skąd taki dobór wykonawców. Bo póki co, tylko się kompromitujesz.

      Usuń
    2. Nikt nie rodzi się z umiejętnością rozróżniania wartościowej muzyki od bezwartościowej. Tego trzeba się nauczyć. Jak? Do tego potrzeba kogoś, kto wskaże właściwą drogę, odpowiednie albumy i wytłumaczy, dlaczego właśnie one mają jakieś (i jakie) walory artystyczne. A jeśli mimo takiej edukacji ktoś będzie wciąż przekładał swoje przyzwyczajenia i subiektywne upodobania nad obiektywnymi wartościami, to już jego problem. To on nie zazna wspaniałych estetycznych doznań towarzyszących słuchaniu różnorodnej ambitnej muzyki. I to on będzie się kompromitował przy bardziej osłuchanych ludziach wygłaszając pochwały na temat przeciętnych wykonawców.

      Muzyka GVF i Biebera jest kierowana do takiego samego odbiorcy: nie interesującego się naprawdę muzyką, nie poszukującego jej na własną rękę, tylko słuchającego tego, co aktualnie jest modne. Nie obchodzą go walory artystyczne, bo ważne jest tylko to, żeby było energicznie, przyjemnie i łatwo w odbiorze. Dopiero w dalszej kolejności typ ten dzieli się na osoby preferujące rock, metal, pop, rap lub techno.

      Wśród słuchaczy GVF są też jednak z pewnością osoby będące innym typem słuchacza - takim, który będzie chciał rozwijać swój gust, tylko potrzebuje odpowiedniego impulsu (i dla nich powstał ten artykuł). Ale to nie zmienia faktu, że zespół jest produktem stworzonym dla słuchacza tego wcześniejszego typu.

      Usuń
    3. Tak jak pisałem już o podobnym klonie ACDC czyli Airbourne tak w przypadku Grety trochę poszumi a za 2 lata już nikt nie będzie słyszał o tym zespole. W sumie to w marketingu nie chodzi o to czy produkt jest dobry. Liczy się to czy o nim się mówi. Dobrze to dobrze, źle to też dobrze. Ważne aby być dostrzeżonym. te wszystkie negatywne ataki działają na korzyść Grety bo duża ilość osób przez to wszystko kupi płytę i nieważne że wyrzuci ją do kosza albo będzie leżała na wieki na półce. Ważne że kasa poszła. I o to nie tyle zespołowi ale wytwórni płytowej chodzi. Tak więc im więcej będziecie w skali globalnej o niej pisali (nie ważne jak) tak więcej osób zwróci na ten zespół uwagę.

      Usuń
    4. Tak, to prawda. Ale działa to też w drugą stronę. Im bardziej zespół będzie popularny, tym więcej ludzi będzie wyszukiwało go w internecie i część trafi na takie teksty, jak powyższy artykuł, które dadzą im możliwość poznania bardziej sensownej muzyki. Czy skorzystają z tej szansy, to już ich sprawa.

      Usuń
  11. A co powiesz o recenzji pozytywnej, jednak co istotne z odwołaniami do wielu wykonawców. Da się :P

    https://www.rockowa.warszawa.pl/recenzja-plyty-anthem-of-the-peaceful-army-zespolu-greta-van-fleet/?fbclid=IwAR3tkIaSmBQeJi2QKEGFUeS_hLslVq46y6pwTaT6XIzBenCyo9RZvMBooag

    a tutaj mam prawdziwy koszmar: Greta Van Fleet rozciągająca swój plagiat "Whole Lotta Love" do 30 minut w ramach koncertowej improwizacji https://youtu.be/BXUqYFf4RfQ , o tej praktyce dowiedziałem się właśnie z recenzji w linku.

    Coraz częściej o powrocie do pisania recenzji, tylko że zamieszczałbym same negatywne, co nie oznacza jednak, że byłyby to koniecznie chujowe płyty. Byłyby chujowe lub nie zależnie od przyjętego punktu widzenia. Takiego blogu jeszcze nie było ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ciągu tych 30 minut Josh zdołał NIE skopiować od Planta wokaliz, sposobu poruszania się po scenie, trzymania mikrofonu, oraz ruchów rąk i całego ciała:D Samą improwizacja wydaje się... w całości przemyślana i opracowana na bazie nagrań z koncertów Wiadomo Kogo.

      Usuń
    2. Wszystko da się zrobić. Umiałbym napisać pozytywną recenzję GVF, na siłę wyszukując jakieś pozytywy, a potem dorzucić do tego nazwy lepszych zespołów, delikatnie sugerując, że lepiej ich słuchać. Ale to by było oszukiwanie czytelników, bo według mojej wiedzy, GVF nie zasługuje na pozytywne recenzje.

      Ta z linka nie jest taką recenzją. Jest raczej neutralna, z jednym zarzutem na koniec. Widać, że autor nie bardzo ma pojęcie o czym pisze (materiał, który niekoniecznie zalicza się do rockowego gatunku, itp.). Odniesienia do innych wykonawców są zupełnie przypadkowe i nietrafione. Jakby autorowi te nazwy i nazwiska gdzieś się kiedyś obiły o uszy, kojarzy je z właściwym okresem, więc postanowił je wrzucić do recenzji, by wyglądała bardziej profesjonalnie. Poza tym przyznaje się do słuchania Nightwish, więc nie sposób podejrzewać go o dobry muzyczny smak i umiejętność rozróżniania piękna od kiczu ;)

      Ogromny dysonans poznawczy wywołują o mnie wzmianki o bluesie i folku w kontekście twórczości GVF. Ja tam w ogóle niczego takiego nie słyszę, a jedynie hard rock obdarty z bluesowych korzeni, przeplatany akustycznym rockiem. Pewnie co niektórzy przeczytali gdzieś o bluesowych i folkowych inspiracjach Led Zeppelin, poza tym nie mieli z tymi gatunkami żadnej styczności i z góry założyli, że u GVF też są takie elementy.

      Linka nie odważę się odpalić. A co do ostatniego akapitu, to nie wiem czemu miałoby służyć takie krytykowanie. Jeśli nie polecaniu przy okazji czegoś wartościowego, to nie ma w tym sensu.

      Usuń
    3. Mniemam więc, że nie masz najlepszego zdania o Nightwish. Znam osobę, która bezgranicznie się tym zachwyca ;)

      Usuń
    4. Takie samo, jak o całym symfonicznym metalu, a zwłaszcza tym z wokalistkami, a szczególnie tymi śpiewającymi pseudo-operowym głosem. To szczyt kiczu i bezguścia.

      Usuń
    5. Recenzja jest neutralnie podszyta podziwem, że tacy młodzi muzycy mają takie inspiracje i robią to co (w mniemaniu autora tejże)nazywa się rock n' roll will never die

      Takie krytykowanie to byłoby polecanie na odwrót.

      Uważam, że nie ma sensu, żeby na kilku blogach pojawiały się pochwały na temat jednej płyty (a jak tak dalej pójdzie to za rok-dwa opiszesz tyle, że można by obdzielić tym kilka blogów), podparte bardziej lub niestety mniej merytorycznymi argumentami, stąd czasem warto sięgnąć po gówno i głośno je odradzić. Albo krytycznie spojrzeć na płytę która gównem nie jest, ale bez trudu można wypunktować jej wady (debiut VU na ten przykład)

      Na Stereolife jest napisane, że pisać zacząłeś gdyż nie zgadzałeś się z recenzjami płyt w gazetach. Powiedzmy, że byłoby to na tej samej zasadzie.

      "przyznaje się do słuchania Nightwish, więc nie sposób podejrzewać go o dobry muzyczny smak i umiejętność rozróżniania piękna od kicz"

      Dlaczego obrażasz ludzi o bardziej popularnym guście muzycznym, a gdy co gorsza ktoś odważy się skrytykować wykonawcę którego lubisz, to wyzywasz go od ignorantów? Co do szczytów w muzyce bym był ostrożny, bo z pewnością są gatunki i wykonawcy co do których bardziej pasuje to określenie. Powiem Ci szczerze, że w obawie przed inwektywami odechciało mi się wchodzić w jakąkolwiek polemikę.

      Usuń
    6. Możesz wskazać, w którym miejscu obrażam kogoś o innym guście? Stwierdziłem tylko, że ktoś, kto słucha kiczu - muzyki, której nie da się obronić obiektywnymi argumentami - ma zły gust i nie potrafi rozpoznać wartościowej muzyki. Ignorancją jest natomiast pisanie bzdur na temat muzyki obiektywnie posiadającej duże walory artystyczne.

      Symfoniczny metal to w uproszczeniu połączenie dwóch bardzo kiczowatych stylów - power metalu i neo-proga (może ten drugi nie jest bezpośrednią inspiracją, ale słychać bardzo wiele podobieństw). Nie potrafię sobie wyobrazić czegoś bardziej tandetnego.

      Usuń
    7. w cytacie. Ten kiczowaty wykonawca może być kroplą w morzu całej muzyki której słucha dana osoba, więc podsumowanie jej na podstawie krótkiego tekstu - bez zamienienia z nią słowa - jako bez dobrego smaku i ograniczonej jest bardzo nie na miejscu.

      Co sądzisz na temat takiego pomysłu na blog? Odradzam gówno, by ludzie mogli słuchać tego co wartościowe? ;)

      Usuń
    8. Gdybym nazwał kogoś np. debilem, to by było obrażanie. Ale kicz z definicji jest czymś w złym guście, a więc osoba słuchająca kiczu ma zły gust. Jeśli ten ktoś słucha i Nightwish, i bardziej wartościowych rzeczy - to tylko jeszcze bardziej by potwierdzało, że nie posiada umiejętności rozróżniania piękna od kiczu, jak już napisałem. Ale sądząc po całości tej recenzji, jest to człowiek nie posiadający dużej wiedzy o ogóle muzyki, prawdopodobnie specjalizujący się w jakiejś metalowej niszy.

      Szczerze? Nie podoba mi się ten pomysł. Jeśli będziesz tylko odradzał, to ludzie i tak nie będą wiedzieli czego warto słuchać. A jedynie czego - wg Ciebie - nie powinno się słuchać. Doskonały sposób, żeby zrazić do siebie zdecydowaną większość potencjalnych czytelników ;)

      Usuń
  12. Piszesz o kopiowaniu pedziowego stylu ruchu ciała Planta. Lepiej nie.

    OdpowiedzUsuń
  13. Nightwish to i tak lepsze od Within Temptation. Jedyne operowe wokalizy w metalu które mi się kiedyś podobały to te w utworze Gothic z płyty Gothic, Paradise Lost, ale tam to było tylko chwilowe tło. Jakby śpiewała cały czas to już byłby kicz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lepsze czy nie, to już ten poziom gówna, że nie ma sensu porównywać, które mniej śmierdzi, bo i tak jest to tylko gówno.

      Usuń
  14. A jaka jest twoja opinia o norweskim black metalu. Nie mówię o paleniu kościołów, strzelaniu se w łeb czy zarzynaniu kotów ale o samej muzyce ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomijając tę infantylną otoczkę, stylistyka ta jest dla mnie zbyt prymitywna i szczeniacko agresywna, a tym samym kompletnie niesłuchalna.

      Usuń
    2. No taka właśnie konwencja. W zamiarze jest prymitywna i agresywna oraz prosta. Ale mimo iż cały metal kiedyś przesłuchałem to jakoś black metal jakoś mnie ominął.

      Usuń
    3. Parę lat temu podobał mi się album "Storm of the Light's Bane" Dissection. Tzn. nie na tle, żeby chcieć do tego wracać, ale przesłuchałem bez większego bólu. Ale poza tym ta stylistyka zawsze była dla mnie nie do zaakceptowania.

      Usuń
  15. Koniec końców - teraz zawsze jak słyszę w radio (radia sam nie włączam, gra w miejscu gdzie przebywam w ciągu dnia, jednak nie zatykam całkiem uszu) coś Zeppelinopodobnego to staram się wsłuchać czy to oryginał, czy może dzieci które bardzo chca być jak ich idole

    OdpowiedzUsuń
  16. Rozwój muzyki rockowej dobiegł już chyba końca. Popularność Grety van Fleet i ekscytacja tym, że grają prawie tak (a prawie robi różnicę), jak się grało pół wieku temu jest tego najlepszym dowodem. Rozwój w większości dziedzin życia nie jest linowy i odbywa się zazwyczaj od jednej rewolucji do drugiej. Rockowa rewolucja, której katalizatorem było wynalezienie gitary elektrycznej (plus przemiany społeczne, które tę muzykę napełniły określonymi wartościami), wyczerpała już swój potencjał. Oczywiście dalej można słuchać wszystkich jej doskonałych owoców, ale do stworzenia czegoś faktycznie nowego i ożywczego konieczna jest kolejna rewolucja. Co może być katalizatorem nowej muzycznej rewolucji tego nie wiem, ale to już inny temat. Temat rzeka... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym wypadku "prawie" nie robi żadnej różnicy. Jak jeszcze nie wiedziałem o istnieniu GVF i przypadkiem usłyszałem ich kawałek w radiu, to zastanawiałem się czemu nie potrafię skojarzyć tego utworu Led Zeppelin z konkretnym tytułem. Przy czym brzmiało to jak jakiś albumowy wypełniacz lub odrzut, a okazało się i tak jednym z lepszych nagrań GVF. Więc nie mam pojęcia na co komuś coś takiego.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.