[Recenzja] Arthur Blythe - "Lenox Avenue Breakdown" (1979)

Dzisiejszą publikację tej recenzji miałem zaplanowaną jeszcze zanim dotarła do mnie wieść o śmierci gitarzysty Jamesa "Blood" Ulmera. "Lenox Avenue Breakdown" to jeden z najbardziej cenionych albumów, w których nagrywaniu brał udział. Oczywiście nie on jest tu głównym bohaterem, lecz saksofonista Arthur Blythe, który płytę sygnuje swoim nazwiskiem, a ponadto jest autorem całego repertuaru. W składzie znalazł się też Jack DeJohnette, basista Cecil McBee oraz grający na perkusjonaliach Guillermo Franco, a sekcję dętą uzupełnili flecista James Newton i tubista Bob Stewart. Nietypowe instrumentarium jednorazowego septetu wyróżnia go spośród innych jazzowych składów. Album wyprodukował Bob Thiele, najbardziej znany ze współpracy z Johnem Coltrane'em.
Arthur Blythe na saksofonie altowym zaczął grać w wieku kilkunastu lat, a jako nastolatek grywał już w grupach rhythm and bluesowych, dopóki nie odkrył jazzu. W 1969 roku, jako dziewiętnastolatek, zadebiutował fonograficznie na albumie "The Giant Is Awakened" Horace'a Tapscotta. Następnie przeprowadził się do centrum jazzowego świata - Nowego Jorku. Przez jakiś czas zarabiał jednak jako ochroniarz, a na swój drugi udział w sesji nagraniowej musiał poczekać aż do wiosny 1974 roku, gdy wziął udział w nagraniu "Bridge Into the New Age" Azara Lawrence'a. Od tego momentu stał się wziętym muzykiem sesyjnym, zapraszanym do studia lub na występy przez Charlesa Tylera, Juliusa Hemphilla, Chico Hamiltona, Gila Evansa, Lestera Bowiego, McCoya Tynera czy Jacka DeJohnette'a. Z czasem stał się ważną postacią nowojorskiej sceny loftowej. W roli lidera zadebiutował koncertowym "The Grip".
"Lenox Avenue Breakdown" to jego piąty autorski album, a drugi nagrany dla dużej wytwórni - Columbii, dla której tworzył jeszcze niemal przez dekadę. Tytuł płyty odnosi się do jednej z głównych ulic Harlemu, a na okładce znalazła się świetna ilustracja Marka Hessa, idealnie pasująca do wydawnictwa z nowojorskim jazzem. Wprawdzie styl obrazu kojarzy się raczej z wcześniejszym okresem, niż końcówka lat 70., ale podobnie jest z samą muzyką. Blythe ignoruje ówczesne trendy, a wręcz się im sprzeciwia, otwarcie nawiązując do estetyki post-bopu. To identyczne podejście, jak na niedawno opisywanym "Special Edition" DeJohnette'a, zresztą z udziałem tego saksofonisty.
Cztery premierowe kompozycje Blythe'a prezentują ambitniejsze, lecz bardzo przystępne oblicze jazzu. A jednocześnie każda ma nieco odmienny charakter. Najkrótszy w zestawie, niespełna ośmiominutowy otwieracz "Down San Diego Way" - tytułem nawiązujący do miasta, w którym lider dojrzewał - to zarazem najbardziej przebojowy i pogodny fragment albumu, z melodyjnymi solówkami saksofonu i fletu do afrokubańskiego akompaniamentu pozostałych instrumentalistów. Niemal dwukrotnie dłuższy tytułowy "Lenox Avenue Breakdown" to już nieco bardziej ekspresyjne i swobodniejsze granie, będące przede wszystkim doskonałym przykładem zespołowej współpracy - nawet jeśli solówki gra tylko sekcja dęta oraz basista, to i tak każdy z pozostałych uczestników nagrania wydaje się absolutnie niezbędny. Jeśli już musiałbym kogoś wyróżnić, to oczywiście Stewarta za słynne solo na tubie - instrumencie rzadko występującym w pierwszoplanowej roli.
Stronę B winylowego wydania wypełniają dwa blisko dziesięciominutowe utwory. W "Slidin' Through" gitara Jamesa Ulmera dodaje lekko funkowego pulsu, a jest tu jeszcze dłuższy popis McBee, swingujące przejście oraz najbliższe na tej płycie freejazzowej ekspresji solo Blythe'a. Finałowa "Odessa" dla odmiany pokazuje wolniejsze, odrobinę bardziej liryczne oblicze septetu. Nie jest to jednak żadna rzewna ballada, a mimo wszystko wciąż dość intensywne nagranie o gęstym, nocnym nastroju. W końcu nieco więcej przestrzeni dostał Ulmer, którego charakterystyczne solo gitarowe nawiązuje do ówczesnych idei Ornette'a Colemana na pograniczu jazzu, funku i rocka. Świetną robotę dla klimatu robią tu skradające się partie tuby, a Blythe gra swoje najbardziej emocjonalne solówki z tego albumu.
"Lenox Avenue Breakdown" to jedno z największych osiągnięć loftowego jazzu, ale też niestety nieco zapomniany klasyk. Obwiniać należy za to Columbię, która latami nie wznawiała tego materiału. Oprócz winyli z epoki ukazały się tylko dwie edycje kompaktowe - japońska w 1995 roku oraz amerykańska trzy lata później. Poza tym jest jeszcze wydawnictwo z 2016 roku o wszystko mówiącym tytule "Four Arthur Blythe Albums on Two Disc". "Lenox Avenue Breakdown" wrzucono tam na jedną płytę z wydanym pierwotnie w tym samym roku "In the Tradition", złożonym z faktycznie tradycjonalistycznych wykonań hardbopowych standardów. Może nieco psuć wrażenie po recenzowanym albumie, choć wydawnictwo ma fajny klimat i trzyma wysoki poziom wykonawczy, brakuje tylko unikalności.
Ocena: 8/10
Arthur Blythe - "Lenox Avenue Breakdown" (1979)
1. Down San Diego Way; 2. Lenox Avenue Breakdown; 3. Slidin' Through; 4. Odessa
Skład: Arthur Blythe - saksofon altowy; James Newton - flet; Bob Stewart - tuba; James Blood Ulmer - gitara; Cecil McBee - kontrabas; Jack DeJohnette - perkusja; Guillermo Franco - instr. perkusyjne
Producent: Bob Thiele
Kurcze, znam ten album od paru lat i, nie ukrywam, jakoś trudno mi się było w niego wciągnąć. Nie jestem w stanie nawet powiedzieć dlaczego, bo - jak piszesz - wszystko stoi na wysokim poziomie, fajna, kreatywnie pomyślana muzyka, a jednak zabrakło tego "czegoś".
OdpowiedzUsuńRecenzja wywołała u mnie jeszcze jedno, inne przemyślenie - kurcze, McBee to musi być jeden z najbardziej uniwersalnych basistów w jazzie. Chłop pierwsze kroki stawiał wraz z tymi flirtującymi z awangardą post-bopowcami dla Blue Note i idealnie wstrzelił się w podobne klimaty jazzu loftowego. Przez jakieś 15/20 lat grywał z najciekawszymi muzykami, a i sam zostawił kilka niezłych płyt jako lider.
Mnie też docenienie go zajęło parę lat. Co ciekawe, byłem pewien, że już dawno go zrecenzowałem i się zdziwiłem, chcąc go podlinkować w recenzji "Special Edition".
Usuń