15 stycznia 2017

[Recenzja] Roy Harper - "Stormcock" (1971)



"Stormcock" to artystyczny szczyt twórczości Roya Harpera. I być może najwspanialszy folkowy album, jaki kiedykolwiek nagrano i wydano. Interesujące, dotykające ważnych spraw teksty nie przyćmiewają warstwy muzycznej, która broni się sama. Na album złożyły się tylko cztery, za to dość długie utwory (trwające od siedmiu i pół do trzynastu minut), daleko odbiegające od "piosenkowego" charakteru poprzednich albumów Harpera - co bynajmniej nie znaczy, że brakuje im dobrych melodii. To także bardzo progresywna muzyka, mimo występującej tu czasem pozornej monotonii, która jest zamierzona i służy budowaniu odpowiedniego klimatu, powoli, lecz skutecznie wciągającego słuchacza - jak w dwóch krótszych utworach, "Hors d'œuvres" i "One Man Rock and Roll Band". W pierwszym z nich partii wokalnej i prostemu akompaniamentowi gitary akustycznej towarzyszy wyłącznie lekkie organowe tło - niby sztampowy zabieg, lecz doskonale tutaj pasuje, pomagając w tworzeniu nastroju. Drugi z nich opiera się natomiast na bardzo ciekawych gitarowych zagrywkach.

Najwspanialszym popisem gry na akustycznej gitarze jest jednak "The Same Old Rock", z niesamowitymi, misternie skonstruowanymi partiami Harpera i Jimmy'ego Page'a (który z przyczyn kontraktowych wystąpił pod pseudonimem S. Flavius Mercurius). Utwór wyróżnia się także bardzo chwytliwą linią wokalną, jednak jego komercyjny potencjał został zaprzepaszczony - z korzyścią dla wartości artystycznej - długim czasem trwania, przekraczającym dwanaście minut. Przedstawiciele wytwórni byli wkurzeni, że nie da się wyciąć z tego longplaya żadnego singla, którym można by promować wydawnictwo w radiu. Z drugiej strony, inne albumy Roya były promowane, a też nie zaistniały w notowaniach. Niektórym artystom jest po prostu nie po drodze z mainstreamem. Jednak świat bez ich muzyki byłby znacznie uboższy. Chociażby finałowy "Me and My Woman" to piękno w najczystszej postaci. Jeżeli kogoś nie urzeknie ta wspaniała melodia, lub nie doceni kunsztu niebanalnej aranżacji z orkiestracją, to jest albo kompletnie głuchy, albo nie ma za grosz gustu.

Wspaniały, przepiękny album. Tak naprawdę jednak żadne, nawet najbardziej wyrafinowane przymiotniki nie oddadzą w pełni jego wartości. To jeden z tych albumów, które każdy powinien znać i szanować, a jeśli ich nie docenia - nie przyznawać się do tego. W pełni zasłużona "dziesiątka". 

Ocena: 10/10



Roy Harper - "Stormcock" (1971)

1. Hors d'œuvres; 2. The Same Old Rock; 3. One Man Rock and Roll Band; 4. Me and My Woman

Skład: Roy Harper - wokal, gitara i pianino
Gościnnie: David Bedford - organy (1), orkiestracja (4); Jimmy Page - gitara (2)
Producent: Peter Jenner


3 komentarze:

  1. Wyborny - bez dwóch zdań.. :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba najlepszy folkowo-rockowy album, jaki znam. Nawet przed Thick as a Brick.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna recenzja! Czekam na "Lifemask" i "Flashes From The Archives Of Oblivion".

    OdpowiedzUsuń