3 sierpnia 2016

[Recenzja] Keef Hartley Band - "Halfbreed" (1969)



Keef Hartley Band to jeden z licznych - obok Cream, Fleetwood Mac, The Aynsley Dunbar Retaliation i Colosseum - zespołów założonych przez byłych muzyków grupy Johna Mayalla. Perkusista Keef Hartley karierę muzyczną zaczął na początku lat 60., gdy zajął miejsce Ringo Starra w Rory Storm and the Hurricanes. Następnie dołączył do grupy The Artwoods (w której grał m.in. u boku Jona Lorda) i wziął udział nagrywaniu jej jedynego albumu, "Art Gallery". Wkrótce potem trafił do Bluesbreakers i wystąpił na longplayu "Crusade", a także wspomógł Mayalla na jego solowym albumie "Blues Alone". Podobnie jak i inni muzycy, nie zagrzał długo miejsca w Bluesbreakers - także miał ambicję robienia czegoś na własny rachunek. Perkusista pozostał jednak w przyjaznych stosunkach z Mayallem, o czym świadczy gościnny występ tego drugiego na debiucie Keef Hartley Band, "Halfbreed". John udzielił swojego głosu w zabawnej introdukcji longplaya, "Sacked", będącej zainscenizowaną rozmową telefoniczną z Keefem, w której "zwalnia" go ze swojego zespołu (kontynuacja tej rozmowy, "Too Much to Take", kończy album).

Zasadnicza zawartość "Halfbreed" jest jednak całkiem na serio. Hartleyowi udało się zebrać fantastyczny skład, w którym znaleźli się tacy muzycy, jak śpiewający gitarzysta Miller Anderson, gitarzysta Spit James, basista Gary Thain (późniejszy członek Uriah Heep), oraz klawiszowiec Peter Dines. Może i nie są to "wielkie" nazwiska, ale ogromnego talentu nie można im odmówić. A w nagraniach wziął też udział słynny trębacz Henry Lowther.

Pod względem muzycznym, album jest świetnym przeglądem tego, co działo się w muzyce rockowej pod koniec lat 60. - zespół pokazał tutaj niezwykłą, nawet jak na tamte eklektyczne czasy, wszechstronność. Rozpoczynający (nie licząc wspomnianego "Sacked" i będącego zmyłką "Confusion Theme") album utwór tytułowy to instrumentalna jazzrockowa improwizacja, napędzana wyrazistą grą sekcji rytmicznej, z długimi solówkami gitarowymi i organowymi, oraz ozdobnikami na dęciakach. Utwór kojarzyć może się z wczesnymi dokonaniami Santany, ale bez nachalnych wpływów latynowskich. Najdłuższy na albumie, ponad dziesięciominutowy "Born to Die" to już klasyczna bluesowa ballada, znów ze świetnymi popisami gitarzystów i klawiszowca. Podobnym klimatem charakteryzuje się także "Too Much Thinking", tutaj jednak istotną rolę odgrywają dęciaki, a dodatkowym smaczkiem jest solówka Lowthera na skrzypcach.

Na longplayu nie zabrakło również rasowego hard rocka, w postaci dwóch przeróbek bluesowych kawałków - "Leavin' Trunk" Sleepy Johna Estesa i "Think it Over" B.B. Kinga. Ten pierwszy to przede wszystkim świetny popis gitarzystów - utwór aż kipi od porywających riffów i solówek. Brzmi to jak nieco bardziej surowy Led Zeppelin. W drugim pojawiają się natomiast bardzo hendrixowskie gitarowe zagrywki, rewelacyjnie dopełniane przez organy i funkową grę sekcji rytmicznej. "Just to Cry" to z kolei łagodniejszy, bardzo psychodeliczny utwór, oparty na transowej linii basu, obudowanej klimatycznymi partiami organów i dęciaków, oraz zawierający intrygujące gitarowe solo. Najbardziej zaskakującym utworem jest jednak "Sinnin' for You" z pierwszoplanową rolą dęciaków nadających soulowo-jazzowego charakteru. Tym razem skojarzenia idą w kierunku twórczości Colosseum, albo albumu "Bare Wires" Mayalla. Fajnym kontrastem jest ostra, porywająca solówka gitarowa. Ciekawą niespodzianką jest natomiast zamykająca utwór solówka na flecie.

Co najważniejsze, ta cała różnorodność wcale nie szkodzi spójności "Halfbreed". Wszystko tutaj idealnie do siebie pasuje. Muzykom udało się również utrzymać wysoki poziom od początku do samego końca albumu. Wykonawczo i kompozytorsko jest bez zarzutu, a aranżacje są naprawdę pomysłowe i wiele smaczków odkrywa się dopiero podczas kolejnych przesłuchań. Warto też zwrócić uwagę na bardzo dobre brzmienie, które praktycznie nic się nie zestarzało i wciąż brzmi świeżo. Kto nie zna, niech jak najszybciej nadrobi zaległości.

Ocena: 9/10



Keef Hartley Band - "Halfbreed" (1969)

1. Sacked / Confusion Theme / The Halfbreed; 2. Born to Die; 3. Sinnin' for You; 4. Leavin' Trunk; 5. Just to Cry; 6. Too Much Thinking; 7. Think it Over / Too Much to Take

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Spit James - gitara; Gary Thain - bass; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne; Peter Dines - instr. klawiszowe
Gościnnie: John Mayall - głos (1,7); Henry Lowther - trąbka, skrzypce; Harry Beckett - trąbka; Lyn Dobson - saksofon, flet; Chris Mercer - saksofon
Producent: Neil Slaven


8 komentarzy:

  1. Piękna rzecz.
    Po prostu majstersztyk!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapomniany i niestety niedoceniany, a bezdyskusyjnie świetny BAND. Miło, że o nim pamiętasz.. "Halfbreed" - to faktycznie kawał fantastycznego grania.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chciałbym zapytać którą płytę zespołu uważasz za najlepszą i od której najlepiej rozpocząć słuchanie tej grupy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten album jest zdecydowanie najlepszy. Nigdy później zespół nawet nie zbliżył się do tego poziomu. Jeszcze na "Time Is Near" jest sporo dobrego grania. A pozostałe albumy możesz sobie w ogóle odpuścić. Chyba, że te dwa bardzo polubisz.

      Usuń
  4. Płyta jest rewelacyjna! Nie spodziewałem się tak fenomenalnego grania. Nawet te jazzowe smaczki brzmią tu wyśmienicie. Tym bardziej jest to dla mnie wyjątkowe bo nie znoszę jazzu. A tutaj wszystko jest w doskonałych proporcjach. Jest też ukochany prze zemnie hammond.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ten album to fantastyczna mieszanka przeróżnych stylów i gatunków, a choć proporcje są różne w poszczególnych utworach, to całość brzmi niezwykle spójnie. Zdecydowanie jeden z moich kilkudziesięciu ulubionych longplayów.

      A jazz ma wiele różnych odmian. Nawet takie, które mają więcej wspólnego z rockiem, niż niektóre odmiany rocka.

      Usuń
  5. No właśnie ku mojemu zdziwieniu zauważyłem, że jazzowe wstawki(np.solówki gitary lub klawiszy) bardzo mi się podobają w twórczości chociażby Gallaghera, Jeffa Becka czy też Allmanów a teraz też Keef Hartley Band. Sam się sobie dziwię bo nie lubię jazzu. Możesz coś polecić hard rockowego z lekkim zabarwieniem jazzowym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim utwór "Gold and Silver" Quicksilver Messenger Service (z niezatytułowanego debiutu grupy). To de facto rockowa wersja jazzowego standardu "Take Five" Dave'a Brubecka.

      Na pewno znasz "No Quarter" Led Zeppelin, albo "Air Dance" Black Sabbath. Możesz natomiast poszukać alternatywnej wersji "Planet Caravan", która jest bardzo jazzowa. Poza tym do głowy przychodzą mi głównie wykonawcy, których wymieniłeś. Hardrockowcy raczej nie eksperymentowali z jazzem. Co innego bluesrockowcy. John Mayall na albumach "Bare Wire", "The Turning Point", "Jazz Blues Fusion" i "Moving On". W podobnym klimacie są dokonania grupy Colosseum (założonej przez współpracowników Mayalla), np. "Valentyne Suite". Także The Butterfield Blues Band na "East-West" zahaczyli w dwóch utworach o jazz (a reszta to doskonały blues, wstyd nie znać tak dobrego albumu).

      Mogę też polecić "The Inner Mounting Flame" Mahavishnu Orchestra. To zespół założony przez jazzowych muzyków (m.in. współpracowników Milesa Davisa), grających jazz, ale tak agresywnie i ciężko brzmiący (w składzie jest gitara, a nie ma dęciaków), że w 1971 roku, gdy album się ukazał, mało który zespół rockowy brzmiał tak ciężko i agresywnie.

      Usuń