25 maja 2020

[Recenzja] Mingus - "Mingus Mingus Mingus Mingus Mingus" (1964)



Charles Mingus w trakcie swojej kariery nagrywał dla niemal wszystkich spośród najbardziej prestiżowych wytwórni jazzowych. Współpraca z Impulse! Records nie trwała długo. Skończyła się na trzech albumach, jednak aż dwa z nich przeszły do absolutnego kanonu. Niesamowicie mocnym rozpoczęciem tego etapu był "The Black Saint and the Sinner Lady", a niemal równie wspaniałym zakończeniem - longplay z pięciokrotnie powtórzonym nazwiskiem basisty w tytule. To dość specyficzne wydawnictwo, gdyż składa się głównie z kompozycji Mingusa znanych już z płyt zarejestrowanych przez niego dla innych wytwórni (w większości pod nowymi tytułami, na co wpływ zapewne miały kwestie prawne). Wszystkie utwory zostały jednak na nowo opracowane, z pomocą Boba Hammera, na potrzeby większego składu instrumentalnego.

Ściślej mówiąc, składy były dwa, bo materiał zarejestrowano podczas dwóch odległych w czasie sesji - 20 stycznia oraz 20 września 1963 roku. Nie będę wymieniał wszystkich zaangażowanych muzyków, żeby za bardzo nie zanudzać (pełna lista i tak znajduje się pod recenzją), wspomnę tylko, że znaleźli się wśród nich Eric Dolphy, Jaki Byard i Charlie Mariano, by wymienić tych najbardziej znanych. Za każdym razem skład liczył jedenastu muzyków, natomiast instrumentarium obejmowało kontrabas, perkusję, pianino oraz rozbudowaną sekcję dętą, a podczas pierwszej sesji także gitarę. Dzięki starannemu rozpisaniu poszczególnych partii udaje się uniknąć chaosu - może nawet panuje tu nieco za duży ład (Mingus nie był zwolennikiem free jazzu, choć inspirował twórców z tego nurtu), niemniej jednak poszczególne instrumenty bardzo ładnie się dopełniają i uzupełniają, tworząc bogatą fakturę.

Repertuar to praktycznie sama klasyka, na czele z będącą popularnym standardem balladą "Goodbye Pork Pie Hat" (tutaj jako "Theme for Lester Young"), która pomimo nagrania w większym składzie, zachowuje swoją subtelność. Albo "Haitian Fight Song" ("II B.S.") i "E's Flat, Ah's Flat Too" ("Hora Decubitus"), oba skrócone w tych wersjach, ale zbudowane na tak samo porywających partiach kontrabasu. Jest też - choć nie na wszystkich wydaniach - zaangażowany "Freedom", wcześniej znany tylko z koncertowego "The Complete Town Hall Concert", wyróżniający się obecnością partii wokalnej oraz bardziej agresywnymi partiami dęciaków. Akurat tutaj w pewnym momencie niewiele brakowało, by muzycy poszli we freejazzową improwizację, jednak szybko wracają do bardzo poukładanego grania. Całości dopełnia jedna cudza kompozycja, "Mood Indigo" z repertuaru Duke'a Ellingtona. Wybrana zapewne nie przypadkiem, bo przecież Mingus w przeszłości występował w zespole słynnego pianisty. Idealnie więc pasuje na wydawnictwo o takim retrospektywnym charakterze.

Myślę, że nie ma większego sensu porównywanie, które wykonanie danej kompozycji jest lepsze. Nowe wersje niewątpliwie pokazują te utwory od nieco innej strony, dzięki poszerzeniu aparatu wykonawczego. Dlatego też "5x Mingus" jest nie tylko świetnym podsumowaniem wcześniejszych dokonań basisty, ale także wydawnictwem mającym swoją własną wartość.

Ocena: 8/10



Mingus - "Mingus Mingus Mingus Mingus Mingus" (1964)

1. II B.S.; 2. I X Love; 3. Celia; 4. Mood Indigo; 5. Better Get Hit in Yo' Soul; 6. Theme for Lester Young; 7. Hora Decubitus; 8. Freedom

Skład: Charles Mingus - kontrabas, pianino, wokal (8); Jaki Byard - pianino; Jerome Richardson - saksofon sopranowy, saksofon barytonowy, flet; Dick Hafer - saksofon tenorowy, klarnet, flet; Eric Dolphy - saksofon altowy i flet (1,4,6,7); Booker Ervin  - saksofon tenorowy (1,4,6,7); Charlie Mariano - saksofon altowy (2,3,5); Eddie Preston - trąbka (1,4,6,7); Richard Williams - trąbka (2,3,5); Rolf Ericson - trąbka (2,3,5);  Britt Woodman - puzon (1,4,6,7); Quentin Jackson - puzon (2,3,5); Don Butterfield - tuba; Jay Berliner - gitara (2,3,5); Walter Perkins - perkusja (1,4,6,7); Dannie Richmond - perkusja (2,3,5)
Producent: Bob Thiele


6 komentarzy:

  1. Z Mingusem mam taki problem, że wszystkie jego klasyczne albumy są zajebiste i bardzo je lubię, ale jednak każdemu z nich (poza Black Saint) czegoś brakuje do bycia prawdziwie genialnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobnie, co widać po ocenach. Niemniej jednak basistą i kompozytorem był wybitnym, i bardzo wpływowym.

      Usuń
    2. Właśnie fakt, że był tak wybitny powoduje u mnie tym bardziej frustrację, że jego albumy w większości balansują na granicy geniuszu, a tylko raz udało mu się ten geniusz osiągnąć (ale za to w jakim stylu!). Z tego powodu podwyższyłem ostatnio oceny Ah Um oraz Let My Children Hear Music na 9/10, żeby się mniej frustrować :D

      Usuń
    3. Podejrzewam, że to może wynikać z tego, że mimo wszystko miał bardziej tradycyjne podejście od muzyków grających free czy fusion, a nawet niektórych poruszających się jak on w post-bopie.

      Usuń
  2. Mój pierwszy ulubiony jazzman

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam na półce 34 albumy Charles'a Mingusa i przynajmniej połowę z nich, subiektywnie, uważam za genialne, a pozostałe za bardzo dobre. Za arcydzieło uważam album Tijuana Moods (mam w wersji Complete z pełnymi zapisami z sesji). Mingusa nigdy nie szufladkowano we free jazzie, uchodził raczej za osobnego modernistę (tak jak Monk), szukającego rozwiązań poza głównymi nurtami bopu. Wartość jego kompozycji wychodzi w dużych składach i dlatego polecam albumy trybutowego zespołu Mingus Big Band, pielęgnującego muzykę Mingusa i oferującego potężną moc tej muzyki. W zespole tym grają zresztą osoby, które miały jeszcze szczęście koncertować w jego bandach.
    Mingus był osobą z problemami psychicznymi (też jak Monk), prawdopodobnie miał chorobę dwubiegunową, która powodowała zmiany nastrojów. Potrafił być bardzo agresywny, na wkładce do jednej ze swoich płyt dziękuje swojemu psychiatrze. To skomplikowanie psychiczne i mieszane pochodzenie rasowe uważa się za istotne w zrozumieniu jego geniuszu.
    Posłuchajcie też płyty nagranej z okazji urodzin Mingusa przez Joni Mitchell (o tytule Mingus). Są tam fragmenty przyjęcia urodzinowego z jubilatem. Mingus bardzo cenił Joni i przyjaźnili się do końca jego życia (zmarł 4 lata po ukazaniu się tej urodzinowej płyty).

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".