25 marca 2020

[Recenzja] Hawkwind - "Doremi Fasol Latido" (1972)



#zostańwdomu i słuchaj dobrej muzyki

Opisywanie dorobku Hawkwind zakończyłem jakiś czas temu na dwóch pierwszych albumach. Mogło to prowadzić do przekonania, że zespół nie nagrał już później nic godnego uwagi. W rzeczywistości, tych najlepszych albumów jeszcze nie zrecenzowałem. Po prostu skupiłem się na innych, moim zdaniem ciekawszych, wykonawcach. Hawkwind nie zalicza się do moich ulubionych przedstawicieli kosmicznego rocka, który w wykonaniu tej grupy brzmi bardzo topornie i surowo. Zdecydowanie preferuję bardziej finezyjne i lepiej - a przynajmniej bardziej kreatywnie - zagrane dokonania Gong, Ash Ra Tempel, Tangerine Dream czy wczesnego Pink Floyd. Hawkwind to natomiast taki space rock dla wielbicieli hard rocka, kładący nacisk przede wszystkim na gitarowy czad, a dopiero później na kosmiczny klimat, budowany za pomocą bardzo prostych środków - riffowych repetycji i świergotu syntezatorów.

Na "Doremi Fasol Latido", trzecim albumie w dyskografii zespołu, w składzie zadebiutowała nowa sekcja rytmiczna: perkusista Simon King oraz basista Ian Kilmister, lepiej znany pod pseudonimem Lemmy. Obecność przyszłego założyciela Motörhead to kolejny powód, by hardrockowi słuchacze sięgnęli po dokonania Hawkwind. Zresztą to właśnie w czasie pobytu Lemmy'ego w składzie, zespół nagrał zdecydowaną większość swoich najsłynniejszych i najbardziej cenionych albumów. "Doremi Fasol Latido" nie umieściłbym jednak na podium. To bardzo solidny album, ale w znacznej części po prostu powielający rozwiązania z poprzedniego "X in Search of Space". Odrobinę świeżości wnosi dopiero umieszczona na samym końcu "The Watcher" autorstwa Kilmistera, trochę przypominający akustyczny blues, ale tak naprawdę niezbyt bluesowy (bardziej czadowa wersja została nagrana później przez Motörhead). Jest jeszcze klawiszowa miniatura "One Change" autorstwa Dela Dettmara - miły przerywnik, ale nic ponadto. Reszta longplaya przynosi dokładnie taką muzykę, jakiej można było się po tym zespole spodziewać - sporo psychodelicznego grania o jamowym charakterze, w wersji czadowej ("Brainstorm", "Lord of Light", "Time We Left This World Today") lub łagodniejszej, z dodatkiem brzmień akustycznych ("Space Is Deep", "Down Through the Night"). Najlepiej z nich wypada jedenastominutowy otwieracz "Brainstorm", w którym za pomocą wspomnianych na wstępie środków, faktycznie udało się zbudować transowy, wciągający klimat. Reszta albumu już tak nie olśniewa, ale też nie schodzi poniżej całkiem przyzwoitego poziomu.

Jeśli oceniać ten album w kategorii kosmicznego rocka, to wypada tak sobie, zbyt jednostajnie (nie w kwestii "transowości", tylko podobieństw między poszczególnymi kawałkami) oraz dość niechlujnie pod względem brzmienia i wykonania. Natomiast jeśli te wszystkie psychodeliczne efekty traktować jako próbę ciekawego urozmaicenia hard rocka, to trzeba przyznać, że rezultat jest bardzo udany. "Doremi Fasol Latido" - i ogólnie twórczość Hawkwind - może być dobrym punktem wyjścia dla hardrockowych słuchaczy, by zainteresować się graniem o podobnym klimacie, ale już bardziej ambitnym, jak Gong i wykonawcy krautrockowi, a w końcu może nawet twórczością Herbiego Hancocka, Johna Coltrane'a czy Sun Ra.

Ocena: 7/10



Hawkwind - "Doremi Fasol Latido" (1972)

1. Brainstorm; 2. Space Is Deep; 3. One Change; 4. Lord of Light; 5. Down Through the Night; 6. Time We Left This World Today; 7. The Watcher

Skład: Dave Brock - gitara, wokal;  Nik Turner - saksofon, flet, wokal; Del Dettmar - syntezator; Michael Davies - syntezator; Ian "Lemmy" Kilmister - gitara basowa, gitara, wokal; Simon King - perkusja
Producent: Dave Brock i Del Dettmar


1 komentarz:

  1. Doremi Fasol Latido za nami, a to oznacza, że zaczynamy trzy najlepsze albumy :)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".