10 września 2019

[Recenzja] Prince Lasha Quintet featuring Sonny Simmons - "The Cry!" (1963)



"The Cry!" mógłby być wspólnym albumem Erika Dolphy'ego i Ornette'a Colemana. To nie zarzut, bowiem Prince Lasha (właśc. William B. Lawsha) i Huey "Sonny" Simmons nie kopiują tutaj słynniejszych muzyków, lecz rozwijają ich pomysły na swój własny sposób. Obaj zresztą mieli okazję współpracować z Dolphym - wzięli udział w sesji, której wynikiem są albumy "Coversations" i "Iron Man". W tym samym czasie, na przestrzeni 1963 roku, wystąpili też na "Illumination!" Elvina Jonesa, a wspólnie z Donem Cherrym i Cliffordem Jordanem zarejestrowali "It Is Revealed". "The Cry!" nagrali jednak jeszcze przed tymi wszystkimi doświadczeniami, 21 listopada 1962 roku. Była to nie tylko ich pierwsza wspólna sesja, ale w ogóle pierwszy ich pobyt w studiu. Z trójki towarzyszących im instrumentalistów - basistów  Gary'ego Peacocka i Marka Proctora oraz perkusisty Gene'a Stone'a - jedynie ten pierwszy miał już za sobą liczne nagrania, choć wciąż był przed swoimi najważniejszymi sesjami (pozostała dwójka nigdy nie zrobiła kariery).

A mimo tego powstał album zachwycający kompozytorską dojrzałością Lashy i Simmonsa (wszystkie utwory są ich autorstwa) i porywającym wykonaniem. Kwintet (w jednym utworze zredukowany do kwartetu, w dwóch do tria) prezentuje tu dość różnorodną muzykę, nie odchodzącą co prawda całkiem od bopowej tradycji, ale wyraźnie kierującą się w stronę jazzowej awangardy. Rewelacyjnie wypada otwierający album "Congo Call", oparty na plemiennej, afrykańskiej rytmice, z hipnotyzującymi partiami dwóch kontrabasów (grający bardziej kreatywnie Peacock został uwypuklony w miksie) i podkreślającymi klimat, melodyjnymi partiami fletu Lashy, ale też niemal freejazzowo ostrymi partiami saksofonu altowego Simmonsa. Album nie zbliża się już więcej do tego poziomu, ale to nie znaczy, że nie dzieją się ciekawe rzeczy. Bardzo dobre wrażenie sprawiają pozostałe utwory zarejestrowane w pełnym składzie: melodyjny "Green and Gold", zadziorniejszy "Ghost of the Past", zabarwiony bluesowo "Red's Mood" oraz utrzymany w latynoskim klimacie "Juanita". We wszystkich świetnie przeplatają się ze sobą ostre dźwięki saksofonu Sonny'ego i łagodne brzmienie fletu Prince'a (z wyjątkiem "Ghost of the Past", w którym ten drugi zagrał na klarnecie basowym), na pozór niezależne od siebie partie obu basistów doskonale się dopełniają, a niebanalna gra Stone'a trzyma wszystko w ryzach.

Finałowy "A.Y.", zarejestrowany bez udziału Proctora, jest już zdecydowanie bardziej tradycyjny w warstwie rytmicznej, ale popisy obu liderów wypadają równie wspaniale, jak w wyżej wspomnianych nagraniach. Na albumie znalazły się również dwa utwory zarejestrowane w trio przez Simmonsa, Peacocka i Stone'a. Najdłuższy na płycie, siedmiominutowy "Bojangles" jest zarazem jednym z jej najbardziej ekspresyjnych fragmentów. Przynajmniej w kwestii partii saksofonu, bo gra sekcji rytmicznej jest bardzo zwarta i tradycyjna, nawet we fragmencie, gdy milknie saksofon. "Lost Generation" zaczyna się natomiast od długiego solowego popisu Sonny'ego, a sekcja rytmiczna dołącza dopiero w drugiej połowie. To najbardziej ukierunkowane na free jazz nagranie z tego albumu, choć nawet tutaj instrumentaliści trzymają się pewnych reguł, nie pozwalając sobie na całkowitą swobodę. To nawet lepiej, bo bardziej radykalne nagranie nie pasowałoby tutaj, a tak zostaje zachowany spójny charakter całości.

"The Cry!" to niesłusznie zapomniana jazzowa perła, którą śmiało można postawić obok ówczesnych dokonań Erica Dolphy'ego, Anthony'ego Williamsa, Grachana Moncura III, Andrewa Hilla czy wczesnej twórczości Ornette'a Colemana. To podobna stylistyka i podobny poziom. Bardzo kreatywna, dojrzała i świetnie wykonana muzyka.

Ocena: 8/10



Prince Lasha Quintet featuring Sonny Simmons - "The Cry!" (1963)

1. Congo Call; 2. Bojangles; 3. Green and Gold; 4. Ghost of the Past; 5. Red's Mood; 6. Juanita; 7. Lost Generation; 8. A.Y.

Skład: Prince Lasha - flet (1,3-6,8), klarnet basowy (4); Sonny Simmons - saksofon altowy; Gary Peacock - kontrabas; Mark Proctor - kontrabas (1,3-6); Gene Stone - perkusja
Producent: Lester Koenig


7 komentarzy:

  1. Podoba mi się kierunek, w jakim idziesz, z coraz wcześniejszym, a dobrym, jazzem - tą płytę na pewno bym przegapił. Chociaż na swoją kolej na moim Spotify trochę poczeka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jedyny słuszny kierunek - przecież nie będę opisywał jakiegoś podrzędnego, plastikowego fusion ;)

      Usuń
    2. Co masz na myśli pisząc o 'podrzędnym, plastikowym fusion?'

      Usuń
    3. Mam na myśli to, o czym napisałem m.in. w recenzjach "Romantic Warrior" Return to Forever i "Heavy Weather" Weather Report.

      Usuń
    4. No na fusion się nie znam, więc nie wiem, ile godnych polecenia płyt nie zostało jeszcze opisanych z tego nurtu. :P Chociaż faktycznie sporo już było na blogu.

      Usuń
    5. @Artur.O Kolejka na Spotifaju znam to, zawsze sięga 40stu płyt i mimo że słucham to się nie zmniejsza. Panie Pawle ale recenzję tych plastikowych płyt były potrzebne, prawda?

      Usuń
    6. Coś tam dobrego z fusion jeszcze zostało do zrecenzowania (np. "Lanquidity" Sun Ra, tylko że to jeden z jego późniejszych albumów, a wcześniej nagrał tyle, że trudno to ogarnąć), ale większość tych wartościowych już chyba opisałem, a nawet lekko zahaczyłem o tą zdegenerowaną formę tego stylu i nie zamierzam brnąc w to dalej, recenzując dalsze albumy WR i RtF, płyty członków tych grup czy dalsze poczynania Herbiego Hancocka, nie mówiąc o mniej znanych muzykach.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.