31 stycznia 2013

[Recenzja] Steven Wilson - "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" (2013)



Solowa kariera Stevena Wilsona nabrała rozpędu. O ile debiutancki "Insurgentes" był w sumie tylko nieśmiałą próbą spróbowania sił w nieco innej stylistyce, tak jego następca, "Grace for Drowning", był największym przedsięwzięciem w całej karierze muzyka - o czym świadczy chociażby liczba zaproszonych gości, często z najwyższej półki. Tym razem nie skończyło się na zarejestrowaniu materiału w studiu i powrocie do innych zajęć. Wilson zebrał regularny zespół, z którym mógł grać koncerty promujące "Grace for Drowning". Oprócz dwóch muzyków, którzy zagrali na albumie - Theo Travisa i Nicka Beggsa - w składzie znaleźli się także: gitarzysta Niko Tsonev, perkusista Marco Minnemann i klawiszowiec Adam Holzman. Po zakończeniu trasy, Wilson postanowił od razu zabrać się za kolejny solowy album, wykorzystując swój koncertowy zespół - jedynie Tsonev został zastąpiony przez Guthriego Govana.

Trzeci solowy album Wilsona, przedziwnie zatytułowany "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)", stanowi kontynuację retro-progresywnej stylistyki "Grace for Drowning". Tym razem materiału jest znacznie mniej, choć całkowita długość tych sześciu utworów to prawie godzina muzyki. Już na początek pojawia się najdłuższy, dwunastominutowy "Luminol". Pierwsze pięć minut to instrumentalny popis muzyków, potwierdzający, że Wilson potrafi dobierać sobie zdolnych współpracowników. To naprawdę świetny hołd dla klasycznego rocka progresywnego (zwłaszcza King Crimson, Yes i, za sprawą partii fletu, Jethro Tull), sceny Canterbury, a nawet jazz fusion w stylu Milesa Davisa (solówka Holzmana, który zresztą grał z trębaczem w latach 80.). Nie mam wątpliwości, że to najlepsze pięć minut, jakie Wilson nagrał do tamtej pory. Problem w tym, że utwór nie kończy się po tych pięciu minutach, tylko przechodzi w jakieś nudne smęcenie, które mogłoby trafić na dowolny album Porcupine Tree, ale na pewno nie na żadne wydawnictwo wspomnianych wcześniej wykonawców. Dopiero pod koniec utwór wraca na właściwe tory, ale ta końcówka nie jest już w stanie zatrzeć złego wrażenia.

I podobny problem powraca w kolejnych utworach. Nie brakuje w nich świetnych momentów, ale zawsze są czymś spieprzone. Dotyczy to zwłaszcza tych bardziej rozbudowanych utworów. W "The Holy Drinker" jest naprawdę dużo naprawdę fajnego grania instrumentalnego, brzmiącego jak połączenie King Crimson i jazz fusion. Ale są też dłuższe fragmenty z kiepskim, niepasującym wokalem, podczas których robi się dość monotonnie. Zupełnie niepotrzebna jest też smętna wstawka w ósmej minucie. Z kolei "The Watchmaker" przyciąga uwagę folkowym początkiem z gitarą akustyczną i nawet pasującym śpiewem, a przede wszystkim świetnym instrumentalnym przyśpieszeniem, podczas którego muzycy znów mogą pokazać swój talent. Ale po sześciu minutach zaczyna się nudniejsza część, brzmiąca jak zupełnie inny utwór, a po dziewięciu następuje nieciekawe zaostrzenie, niepasujące do niczego, co słyszeliśmy wcześniej. Nie mam pojęcia jak to możliwe, że facet słuchający naprawdę dobrej muzyki, któremu Robert Fripp zlecił remasterowanie albumów King Crimson, nie może zrozumieć, że rock progresywny nie polega na łączeniu kilku różnych kawałków w jeden.

W krótszych utworach jest już zdecydowanie mniej takiego niepotrzebnego kombinowania. Niestety, jest też więcej nudy i smęcenia. Naprawdę trudno wysłuchać w całości rozwleczonych i monotonnych "Drive Home" (który brzmi jak typowy kawałek Porcupine Tree) oraz tytułowego "The Raven That Refused to Sing" (wyraźnie inspirowanego, zwłaszcza w warstwie wokalnej, twórczością Radiohead). Trudno też przebrnąć przez początek "The Pin Drop" ze zbolałym śpiewem Wilsona (trochę w stylu Rogera Watersa z późnych albumów Pink Floyd, tylko znacznie bardziej żałosnego). Ale po półtorej minuty cierpienie wynagradza całkiem niezła (jak na rockowe standardy) solówka Travisa na saksofonie i bardziej znośna (pomijając chórki) dalsza część utworu.

Szkoda, że mając tak dobry zespół, Steven Wilson nie zdecydował się na nagranie albumu w całości instrumentalnego. Gdyby "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" zawierał wyłącznie muzykę w stylu początku "Luminol" oraz najlepszych fragmentów "The Holy Drinker" i "The Watchmaker", a poszczególne utwory były pozbawione bezsensownego wplatania kolejnych motywów, byłby to jeden z lepszych rockowych albumów XXI wieku. Fakt, że maksymalnie odtwórczy, ale czerpiący z naprawdę wspaniałych wzorców i bardzo dobrze wykonany. Niestety, przez te wszystkie piosenkowo miałkie wstawki w stylu Porcupine Tree, longplay jest kolejnym świadectwem twórczej niemocy Wilsona, który po prostu nie potrafi pisać dobrych utworów. Ze wszystkich jego dotychczasowych wydawnictw "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" wywołuje u mnie najbardziej mieszane odczucia. Są tu momenty które naprawdę mi się podobają, bardziej niż cokolwiek innego z jego twórczości, ale i takie, które okropnie mnie nudzą lub irytują. Szkoda, bo był potencjał na coś znacznie lepszego.

Ocena: 6/10



Steven Wilson - "The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" (2013)

1. Luminol; 2. Drive Home; 3. The Holy Drinker; 4. The Pin Drop; 5. The Watchmaker; 6. The Raven That Refused to Sing

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe, bass (3); Guthrie Govan - gitara; Nick Beggs - bass, Chapman stick (3), dodatkowy wokal; Marco Minnemann - perkusja i instr. perkusyjne; Adam Holzman - instr. klawiszowe; Theo Travis - flet, saksofon, klarnet
Gościnnie: Alan Parsons - gitara (3); Jakko Jakszyk - dodatkowy wokal (1,5); Dave Stewart - aranżacja instr. smyczkowych; London Session Orchestra
Producent: Steven Wilson i Alan Parsons


5 komentarzy:

  1. Akurat słucham. "Luminol" jest piękny. Dźwięki fletu poprzecznego to miód na me serce i duszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A te szybkie partie perkusji to jakby żywcem wzięte z "Into the Lens" Yesów.

      Usuń
  2. Alan Parson czuwał nad całością także nie mogło być lipy. Płyta GENIALNA! Ciary na plecach. Polecam wszystkim o dobrym guście muzycznym :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba ciężko idzie przeprawa przez te dokonania Wilsona (PT i solo). Mylę się? :)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.