29 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "Fear of a Blank Planet" (2007)



Dziewiąty studyjny album Porcupine Tree stanowi kontynuację ścieżki wyznaczonej przez "In Absentia" i "Deadwing". Znalazło się tu tylko sześć utworów, jednak całość jest niewiele krótsza od swoich poprzedników. Średnią długość utworów podnosi 18-minutowy "Anesthetize" (najdłuższe nagranie zespołu od czasu albumu "The Sky Moves Sideway"). Przez fanów traktowany jako wielkie arcydzieło współczesnej muzyki. A w rzeczywistości są to po prostu trzy połączone ze sobą kawałki, których nic nie łączy pod względem muzycznym. Pierwsza część to bardzo jednostajna ballada (gościnnie wystąpił tu Alex Lifeson z Rush, którego gitarowe solo mogłoby wyjść spod ręki każdego innego gitarzysty o niekoniecznie wybitnych umiejętnościach). W części drugiej następuje, oczywiście, metalowe zaostrzenie. Tutaj w końcu coś się dzieje, niektóre zagrywki są nawet fajne, ale smętny wokal Stevena Wilsona kompletnie nie pasuje do muzyki. Ostatnia część to już totalne smęcenie, z usypiającą monotonią i rzewnym nastrojem. Trudno uwierzyć, że ktokolwiek może stawiać tego potworka na równi z "Echoes", "Lizard" czy "Close to the Edge".

Wcale nie lepsze wrażenie sprawiają krótsze (trwające około sześciu minut) nagrania. "My Ashes" i "Sentimental" to kolejne anemiczne ballady, z tym najbardziej nieznośnym, smętnym sposobem śpiewania Wilsona. Odrobina żywszego grania pojawia się w singlowych "Fear of a Blank Planet" i "Way Out of Here". Oba zbudowano na sprawdzonym patencie, przeplatając piosenkowe, miałkie melodycznie fragmenty metalowym riffowaniem. W albumowych wersjach oba kawałki zostały rozciągnięte, a raczej jeszcze bardziej rozwodnione. W tym drugim podobno udziela się sam Robert Fripp (trudno jednak stwierdzić, które partie zostały zagrane przez niego). Cóż, nawet jemu może zdarzyć się podjęcie złej decyzji. Zawsze lepiej w tę stronę, niż gdyby to Wilson miał zepsuć jakiś utwór King Crimson swoim udziałem (na szczęście zespół Frippa nie tworzył już wtedy nowej muzyki). Pewną nowością jest mocno elektroniczny "Sleep Together". Gdyby nie ten okropny, zupełnie niepasujący wokal i brak jakiegoś rozwinięcia, byłoby to nawet niezłe nagranie.

Winylowe wydanie zawiera cztery dodatkowe nagrania, oryginalnie wydane na EPce "Nil Recurring". "Cheating the Polygraph" sprawia wrażenie sklejonego z dwóch różnych kawałków, z których jeden to jakiś bezbarwny pop, a drugi toporny metal. "Nil Recurring" to jakieś instrumentalne granie, z którego kompletnie nic nie wynika (i znów dziwi udział Roberta Frippa odwalającego chałturę). "Normal" (coś w rodzaju alternatywnej wersji "Sentimental", z tym samym refrenem) i "What Happens Now?" (zawierający jeden z riffów z środkowej części "Anesthetize") to już zwyczajne smęty, przy których można by usnąć z nudów, gdyby aż tak bardzo nie irytowały swoją bezpłciowością i tym tragicznym śpiewem.

"Fear of a Blank Planet", pomimo swojego niewątpliwego profesjonalizmu, jest albumem zwyczajnie słabym, doprowadzającym wręcz do absurdu stylistykę dwóch wcześniejszych wydawnictw Porcupine Tree. To mieszanka anemiczności współczesnego rocka mainstreamowego, neo-progresywnego smęcenia i bezsensownych wstawek metalowych. Nie mam pojęcia, jakim cudem Wilsonowi udaje się sprzedawać to jako ambitną i postępową muzykę, będącą alternatywą dla popowej papki z komercyjnych mediów. Przecież to nic więcej, jak rozwadnianie, rozciąganie i zaostrzanie miałkich piosenek. 

Ocena: 3/10



Porcupine Tree - "Fear of a Blank Planet" (2007)

1. Fear of a Blank Planet; 2. My Ashes; 3. Anesthetize; 4. Sentimental; 5. Way Out of Here; 6. Sleep Together

Winyl:
LP1: 1. Fear of a Blank Planet; 2. My Ashes; 3. Cheating the Polygraph; 4. Anesthetize
LP2: 1. Sentimental; 2. Way Out of Here; 3. Sleep Together; 4. Nil Recurring; 5. Normal; 6. What Happens Now?

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass; Gavin Harrison - perkusja
Gościnnie: Alex Lifeson - gitara (3); Robert Fripp - efekty (5), gitara (LP2: 4); Ben Coleman - skrzypce (LP2: 6); John Wesley - dodatkowy wokal; London Session Orchestra
Producent: Porcupine Tree

Po prawej: okładka EPki "Nil Recurring".


5 komentarzy:

  1. Znajomość panów Wilsona i Frippa datuje się jeszcze na lata 90. Słynny gitarzysta wziął udział w sesjach nagraniowych płyty duetu no-man (Wilson&Tim Bowness) "Flowermouth" i nagrał tam wiele podkładów oraz partii gitar. Niewątpliwie więc widział w tym potencjał. Swoją drogą, jak nie lubisz głosu Wilsona czy Jona Andersona, to Bowness też ci nie przypadnie do gustu.

    Płyta rzeczywiście okropna, szczególnie "Anesthetize" - to nie tyle jest złe, ile jest zwykłym oszustwem, bo na jednej ścieżce mamy dwa utwory sczepione ze sobą, za to nie mające wiele wspólnego. Czy chodziło tylko o długość?

    Zastanawiam się, na ile ta maniera jest czymś wykalkulowanym (żeby czasem nie znaleźć się na jakiejś liście przebojów - mam wrażenie, że tego przedstawiciele nurtu boją się najbardziej, bo przecież mają być "niekomercyjni"). Zresztą, gdzie tym utworom do "Epitaph" czy "Roundabout" (też długie, ale żywo brzmiące, energiczne i autentycznie przebojowe)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądzę, żeby chodziło u unikanie list przebojów, bo jednak Porcupine Tree od czasu "Stupid Dream" nagrało mnóstwo kawałków o singlowym potencjale (i często faktycznie wydanych na singlach, a czasem nawet notowanych na listach). Tutaj takim kawałkiem jest tytułowy, z bardzo radiowym refrenem.

      Natomiast co do tego, że muzyka Wilsona jest wykalkulowana, nie mam wątpliwości. Jest krojona pod ludzi, którzy chcą mieć poczucie, że słuchają czegoś ambitnego, ale tak naprawdę lubią proste melodie i bezpieczne, nieawangardowe aranżacje.

      Słuchałem jakiegoś albumu No-Man i była to jedna z najnudniejszych rzeczy, jakie słyszałem.

      Usuń
  2. Więc o co? Bo ja nie wiem, więc spekuluję. Słyszę za to, że wszystkie te płyty mają podobne brzmienie (od "Signify", odbiór jest bardzo podobny). Czy nie ma tu jakichś wpływów Radiogłowych z "OK Computer"?

    Swoją drogą, mam wrażenie, że jak w przypadku "Sky Moves Sideways" Wilson reklamował się jako "odnowiciel proga", to wielu ludzi łyknęło to tak bardzo, jakby było na to zapotrzebowanie. Sam Wilson sprawia czasem wrażenie kogoś, kto dużo mówi bez zastanowienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie sądzę, ze chodzi mu o udawanie, że gra ambitną muzykę, żeby trafić do ludzi, dla których zbyt trudna jest ta naprawdę ambitna muzyka.

      Wpływy Radiohead jak najbardziej są.

      Usuń
  3. Zespół znany mi przede wszystkim z trójkowej audycji "Noc muzycznych pejzaży". Bardzo często prezentowano tam ich muzykę, a nawet płyty tego zespołu były wybierane jako albumy roku, co teraz po latach jest dla mnie niezrozumiałe.
    Dzisiaj ta muzyka nie robi na mnie wrażenia. A audycji jednak szkoda, bo mimo wszystko miała pewien klimat.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.