27 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "In Absentia" (2002)



"In Absentia" uznawany jest za rozpoczęcie nowego etapu w dyskografii Porcupine Tree. Nie tyle ze względu na zmianę perkusisty (nowym bębniarzem został Gavin Harrison), co stylistyczny zwrot w stronę metalowych brzmień. Steven Wilson w tamtym czasie zafascynował się twórczością takich grup, jak Meshuggah i Opeth (tę drugą rok wcześniej wspomógł jako producent podczas nagrywania albumu "Blackwater Park"). I rzeczywiście, słychać tu ich wpływ. Ale raczej w śladowych ilościach. W "Blackest Eyes" i "Gravity Eyelids" ciężkie riffy są tylko urozmaiceniem, dominuje piosenkowe smęcenie z akompaniamentem akustycznej gitary. Więcej metalowego ciężaru pojawia się w "The Creator Has a Mastertape" i "Strip the Soul" (w obu łagodzą go jednak delikatniejsze dźwięki i anemiczny śpiew Wilsona), a zwłaszcza w instrumentalnym "Wedding Nails" (który jako jedyny faktycznie jest czymś nowym w twórczości zespołu, inna sprawa, że sam w sobie nie jest interesujący).

Reszta albumu to już łagodne piosenki, kontynuujące poprockową stylistykę dwóch poprzednich wydawnictw zespołu - "Stupid Dream" i "Lightbulb Sun". Nie brakuje tu oczywiście anemicznego smęcenia, z jakiego słynie Wilson (np. "Lips of Ashes", "Prodigal", ".3"). Ale są też bardziej udane momenty. Na czele z "Trains" - zdecydowanie najzgrabniejszą piosenką, jaką do tamtej pory napisał Wilson. Zbudowany na mniej oczywistym metrum, nieco cięższy (ale nie metalowy) brzmieniowo "The Sound of Muzak" to także całkiem przyjemna piosenka. Ładne, dość wyraziste melodie pojawiają się również w "Heartattack in a Layby" i "Collapse the Light Into Earth", choć oba w pewnym momencie zaczynają się rozmywać (a ten drugi staje się wręcz kiczowaty). Zabrakło w nich pomysłu na dobre rozwinięcie. Można by powiedzieć, że Wilson w ogóle nie uczy się na błędach i wciąż w ten sam sposób psuje swoje utwory. Tylko z drugiej strony - dlaczego miałby zmieniać swoje podejście, skoro jego kolejne dokonania spotykają się z coraz większym uznaniem? Oczywiście niezasłużenie, bo będąc zbiorami wtórnych, poprockowych kawałków, zbierają pochwały za rzekomą nowatorskość i ambicje.

Pojawiające się często w kontekście "In Absentia" określenie metal progresywny wywołuje dysonans poznawczy. Bo metalu tu niewiele, a progresywności nie ma już nawet na zasadzie inspiracji rockiem progresywnym. "In Absentia" to w praktyce mieszanka współczesnego mainstreamowego rocka (i to bardziej takiego pod Coldplay, niż Radiohead) ze sporadycznymi elementami współczesnego metalu. Jest to oczywiście muzyka profesjonalnie zagrana i wyprodukowana z dbałością o najmniejsze szczegóły, zdarzają się fajne momenty (na szczęście rozproszone po całym albumie), ale całość jest dość nużąca, zbyt wiele tu smęcenia i zbyt rozcieńczonych kompozycji.

Ocena: 6/10



Porcupine Tree - "In Absentia" (2002)

1. Blackest Eyes; 2. Trains; 3. Lips of Ashes; 4. The Sound of Muzak; 5. Gravity Eyelids; 6. Wedding Nails; 7. Prodigal; 8. .3; 9. The Creator Has a Mastertape; 10. Heartattack in a Layby; 11. Strip the Soul; 12. Collapse the Light Into Earth

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe, bandżo; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass; Gavin Harrison - perkusja i instr. klawiszowe
Gościnnie: John Wesley - gitara (1), dodatkowy wokal (1,4,7); Aviv Geffen - dodatkowy wokal (4,7)
Producent: Steven Wilson


13 komentarzy:

  1. O "Trains" póki co tylko i wyłącznie słyszałem, ale utworu nie - przecież to jest mainstreamowe pitolenie na miarę XXI wieku, po dwóch minutach zaczął mnie boleć żołądek, zacząłem się nerwowo rozglądać, czy nikt inny nie słyszy czego słucham, a po trzech wyłączyłem.

    Akustyczna gitara, zagrywki, odpowiednio łagodny wokal. Na pewno nie nazwałbym tego czymś zgrabnym, a jezeli to jest bardziej udany moment... Lepiej dam sobie spokój z PT, chyba że na potrzeby bloga z pomyjami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo cały album to takie mainstreamowe pitolenie na miarę XXI wieku, co zaznaczyłem w ostatnim akapicie. A w zdaniu o "Trains" kluczowa jest ostatnia część, po przecinku.

      A mimo wszystko, słuchanie Porcupine Tree nie wywołuje u mnie tak negatywnych odczuć, jak słuchanie (oczywiście nie z własnej woli) muzyki granej w Anty Radiu, która powoduje prawdziwe zażenowanie. PT jest jednak jakby bardziej wyrafinowany (na tym tle). Tylko że nużący.

      Usuń
    2. Ale skoro Wilson nie jest taki skrajnie tragiczny to skoro Trains jest najzgrabniejszy z jego wówczas 10 letniego cyklu wydawniczego, to musi być całkiem dobry.

      Nie zarzekaj się przy każdej okazji, że nie słuchasz Antyra nie z własnej woli, bo jeszcze zacznę w to wątpić ;)

      A z niedalekiego tematu - skoro nie masz telewizora, to gdzie oglądasz te wszystkie filmy które potem oceniasz na filmwebie? Szukasz w necie?

      Oj, w Antyradio pojawiają się rzeczy przebijające ten syf (nawet biorąc pod uwagę samą muzykę od 2002 w górę).

      Usuń
    3. Ale z twierdzenia, że Wilson nie jest skrajnie tragiczny nie wynika, że choć czasem musi być całkiem dobry. A "Trains" wcale nie jest tak fatalny, jak piszesz. Gdyby tak brzmiał cały współczesny mainstream, to nie musiałbym tak zarzekać się, że nie słucham radia ;)

      Filmy oglądam z internetu. Dziwię się, że przy obecnych możliwościach ktokolwiek woli, żeby to telewizja wybierała mu, co ma oglądać. I to jeszcze zwykle z absurdalnymi przerwami na reklamy.

      Usuń
    4. Nawiązałem w pierwszym zdanku do tej kluczowej "drugiej części" i połączyłem to z tym, że Twoim zdaniem Wilson nie jest tragiczny aż tak by odradzać go nastolatkom - więc ja spodziewałem się czegoś lepszego.

      Jak przeglądam Twój filmweb to dużo filmów wygląda właśnie na takie, które były na tyle niewybitne, że dziś mało kto wymienia je jako klasyki i przypomina je właśnie telewizja puszczając co jakiś czas.

      Usuń
    5. Czasem można wśród mało znanych (i mających na FW średnią pomiędzy 6-7) filmów trafić na coś naprawdę dobrego. Nie mówię, że wybitnego, ale przecież większość tych popularnych klasyków też nie jest wybitna.

      Usuń
    6. Fakt, jeżeli w poszukiwaniu filmów również nurkujesz jak z muzyką to możesz znaleźć rzeczywiście sporo. Też bym to robił, ale czas, czas, czas

      Usuń
  2. Progresji tu niewiele, a metalu prawie wcale. Porównanie z Coldplay i mniej eksperymentalnym Radiohead na miejscu. :p Lubię tę płytę, przede wszystkim właśnie "Trains" i "The Sound of Muzak".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, metalowe wpływy faktycznie tu są wyraźnie zaznaczone (choć nie występują w takich ilościach, jak jest często sugerowany), ale progresywnych nie ma już wcale.

      Usuń
  3. Czy tylko mnie się wydaje, że tytuł "The Creator Has A Mastertape" to nawiązanie do "The Creator Has A Master Plan" Sandersa? Ktoś, kto zna lub kojarzy że sobą oba, może się drogo zdziwić tym, co w tak zatytułowanym utworze wykminił Wilson :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądzę, żeby to był przypadek. Wilson zapewne otarł się o jazz w swoich muzycznych poszukiwaniach.

      Cały czas nie mogę zrozumieć jak to się stało, że mając tak dobre i różnorodne inspiracje, nie potrafił wyciągnąć z nich tego, co istotne. Ostatnio zasłuchuję się w "The Rotter's Club" Hatfield and the North i podczas któregoś odsłuchu sama nasunęła mi się myśl, dlaczego Wilson, obracając się w podobnych klimatach (na "The Raven..." oprócz King Crimson słychać silne wpływy Canterbury) nie może grać tak bezpretensjonalnie i konkretnie, a zawsze dodaje patos, muzyka jest rozwleczona, a wokal smętny.

      Usuń
    2. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda się uzyskać na to odpowiedź. Poza wokalem - facet ma, niestety, taką barwę głosu, jaką ma i na to trudno coś poradzić (przynajmniej jest dość rozpoznawalna). Samą siłę śpiewu mógłby sobie wyćwiczyć, ale podejrzewam, że męczyłby się wtedy niesamowicie.

      Mnie jeszcze bardziej nie daje spokoju jego skłonność do wpieprzania metalowych riffów, gdzie popadnie :D Gdyby pozbył się tego jednego nawyku, część jego kompozycji z pewnością byłaby nieco lepsza.

      Usuń
    3. Niech sobie wpieprza te metalowe riffy, tylko niech pasują do reszty utworu i niech będą czymkolwiek uzasadnione, a nie na zasadzie: hmm, jakby tu zrobić z ośmiominutowego kawałka dwunastominutowy? ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.