18 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "Abbey Road" (1969)



W styczniu 1969 roku Beatlesi rozpoczęli nagrywanie następcy "Białego albumu", roboczo zatytułowanego "Get Back". Jednak narastające napięcia i konflikty pomiędzy muzykami znów niemal doprowadziły do rozpadu zespołu. Na kilka dni odszedł z niego George Harrison. Po jego powrocie, muzycy podjęli decyzję, aby przerwać pracę na sprawiającym wiele trudności materiałem i rozpocząć wszystko od początku, z nowymi utworami, starając się przezwyciężyć wzajemną niechęć. To zresetowanie wyszło zdecydowanie na dobre - nagrania ruszyły pełną parą, a nowy materiał okazał się zaskakująco udany. Choć jednak nikt nie mówił tego na głos, wszyscy byli przekonani, że to już ich ostatnie wspólne przedsięwzięcie. We wrześniu - już po nagraniu albumu, a tuż przed jego wydaniem - decyzję od odejściu podjął John Lennon (co przez wiele kolejnych miesięcy trzymano w tajemnicy).

Kiedy jednak "Abbey Road" trafił do sprzedaży, nikomu chyba nie przyszło na myśl, że w zespole dzieje się tak źle. Zawarty tutaj materiał sprawia raczej wrażenie nagrywanego w bardzo dobrej, wyluzowanej atmosferze. Zespoły będące na skraju rozpadu, wewnętrznie skłócone, nie nagrywają przecież tak udanych longplayów. Inna sprawa, że ta cała otoczka wokół "Abbey Road" sprawia, że album jest nieco przeceniany. Zdecydowanie nie jest to, wbrew powszechnej opinii, skończenie doskonałe arcydzieło. Całość jest nieco nierówna i za bardzo eklektyczna. Takie piosenki, jak musicalowy "Maxwell's Silver Hammer" czy brzmiący jak piosenka dla dzieci "Octopus's Garden", same w sobie nie należą do specjalnie udanych, a umieszczone pomiędzy bardziej rockowymi utworami, sprawiają wrażenie wyrwanych z kontekstu. Nie przekonuje mnie też idea tzw. "Abbey Road Suite" (bardziej pasowałby tytuł "Abbey Road Medley"), czyli ośmiu ostatnich kawałków (nie licząc ukrytego "Her Majesty") zmiksowanych w taki sposób, aby tworzyły całość. Jednak ze względu na eklektyzm poszczególnych części, brzmi to bardzo chaotycznie. Ponadto fragmenty te potraktowane zostały bardzo pobieżnie, przez co trudno traktować je jako pełnoprawne, pełnowartościowe utwory.

Album ma też jednak sporo naprawdę udanych momentów. Jak napisany przez McCartneya doo-wopowy "Oh! Darling", może niezbyt interesujący od strony instrumentalnej, ale wyróżniający się bardzo ekspresyjną partą wokalną kompozytora. Bardzo przyjemnie wypadają obie kompozycje Harrisona - ładna ballada "Something" i uroczy "Here Comes the Sun". Jednak w zdecydowane najlepszej formie kompozytorskiej był Lennon, który dostarczył trzy fantastyczne utwory: najbardziej chyba znany z tego albumu "Come Together", oparty na świetnej, choć bardzo prostej linii basu, z fajnym zaostrzeniem w refrenie; nastrojowy "Because", oparty na akordach "Sonaty księżycowej" Beethovena granych od tyłu, z bardzo bogatymi harmoniami wokalnymi i zastosowaniem syntezatora Mooga; a także będący moim zdecydowanym faworytem, potężny "I Want You (She's So Heavy)" z fantastycznymi, bluesowymi partiami gitary, rewelacyjnie pulsującym basem, niezłymi organami i naprawdę ciężką końcówką. Ten ostatni to jeden z najmniej beatlesowskich utworów w dorobku zespołu - właściwie pozbawiony jakichkolwiek charakterystycznych dla niego elementów - ale i jeden z najwspanialszych w całej jego dyskografii.

"Abbey Road" jest z pewnością albumem ważnym z historycznego punktu widzenia, zaś z muzycznego - na pewno udanym, zawierającym wiele wspaniałych momentów, ale dość niespójnym stylistycznie (choć nie ma tu aż tak dużego rozstrzału, jak na poprzednim longplayu) i nierównym. Tak więc znać go wypada, ale popadać w bezkrytyczny zachwyt to już niekoniecznie.

Ocena: 8/10



The Beatles - "Abbey Road" (1969)

1. Come Together; 2. Something; 3. Maxwell's Silver Hammer; 4. Oh! Darling; 5. Octopus's Garden; 6. I Want You (She's So Heavy); 7. Here Comes the Sun; 8. Because; 9. You Never Give Me Your Money; 10. Sun King; 11. Mean Mr. Mustard; 12. Polythene Pam; 13. She Came In Through the Bathroom Window; 14. Golden Slumbers; 15. Carry That Weight; 16. The End; 17. Her Majesty

Skład: John Lennon - wokal, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, efekty; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, efekty; George Harrison - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Ringo Starr - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Gościnnie: George Martin - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne, orkiestracje; Billy Preston - organy (2,6)
Producent: George Martin


6 komentarzy:

  1. Być może najlepsza płyta Beatlesów. Garść wspaniałych i ponadczasowych utworów. Poza nudnym Sun King ciężko znaleźć zły utwór. Oceniam tak samo :D.
    PS: Czy pojawi się recenzja Sierżanta Pieprza? Jestem ciekaw Twojej opinii.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem prawie pewny, że gdyby "Yer Blues" było albo wcześniej, albo gdybym drugiej płyty słuchał po kilku godzinach, to na pewno bym docenił to bardziej, bo słyszałem tam pewne zalety.

    Mam dziwne podejrzenia, że moim ulubionym ulubionym albumem Beatlesów będzie "Abbey Road", ponoć w domu też był na winylu, ale że sporo winyli zniknęło stąd w tajemniczych okolicznościach, to nie było go na zdjęciach które kiedyś Ci wysyłałem.

    Mam jeszcze jedno pytanie pośrednio związane z tym krążkiem ale lepiej iść z nim do Q&A

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Abbey Road" cierpi na ten sam problem, co "White Album" - jest nierówny i cholernie niespójny stylistycznie.

      Usuń
    2. Rzeczywiście nierówny i niespójny, ale w przeciwieństwie do innych płyt Bitlesów - ja przynajmniej - nie czułem prawie w ogóle zażenowania (pojedyncze momenty "Abbey Road Suite" i ewentualnie chwilami Oh Darling i Octopus' Garden, który wcale nie jest jak dla mnie dziecinny. Tu prawie w ogóle nie ma zdziecinnienia)

      Początek (tj. dwa pierwsze utwory) jest świetny, potem temperatura spada, znowu zwyżka przy I want You (she's so heavy). Obok "Magical Mystery Tour" moja ulubiona płyta Bitlesów, nawet lepsza, bo tam chwilami było bardzo dziadkowo - tutaj prawie wcale.

      Usuń
    3. "MMT" to granie młodych, naćpanych hipisów ;) Dziadkowe są obecne poczynania żyjących członków zespołu. Co do "Abbey Road", to ogólnie jest na pewno lepszy od poprzednika, ale sprawia wrażenie, jakby muzykom nagle odechciało się nad nim pracować, więc zamiast skończyć resztę utworów - połączyli ich skrawki w kolaż. Im zresztą dalej do końca "Abbey Road Suite", tym bardziej się to rozmywa i pogrąża w chaosie. A z niektórych fragmentów można było zrobić całkiem przyzwoite utwory.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.