19 stycznia 2013

[Recenzja] The Beatles - "Let It Be" (1970)



Kiedy relacje w zespole zaczęły się psuć, Paul McCartney nabrał przekonania, że jedynie powrót do koncertowania i muzycznych korzeni może uratować zespół. O ile pomysł powrotu na scenę został zdecydowanie odrzucony przez Johna Lennona i George'a Harrisona (aczkolwiek 30 stycznia 1969 roku zespół, wsparty przez klawiszowca Billa Prestona, zagrał pojedynczy, niezapowiedziany występ na dachu swojej londyńskiej siedziby), tak druga część propozycji McCartneya spotkała się z akceptacją. Jednak sesje nagraniowe albumu (mającego nosić tytuł "Get Back") jeszcze bardziej skłóciły muzyków, a jakość zarejestrowanego materiału pozostawiała wiele do życzenia. Projekt został więc wstrzymany, a zespół rozpoczął pracę nad innym materiałem, który wypełnił album "Abbey Road".

Tuż przed jego wydaniem, we wrześniu 1969 roku, ze składu odszedł Lennon. Pozostała trójka - świadoma, że dalsza działalność nie ma sensu - postanowiła przynajmniej dokończyć zarzucony wcześniej projekt "Get Back". Na początku 1970 roku muzycy zatrudnili nowego producenta, Phila Spectora, którego rola polegała przede wszystkim na dodaniu orkiestrowego tła do kilku utworów. Ponadto zespół nagrał od nowa wiele partii, a także zarejestrował jedną zupełnie nową kompozycję, "I Me Mine". W ten sposób udało się ukończyć dziewięć utworów, w tym dwa już wcześniej wydane ("Get Back" ukazał się na singlu, a "Across the Universe" na charytatywnej kompilacji). Repertuaru dopełniły trzy kawałki zarejestrowane podczas wspomnianego występu na dachu ("Dig a Pony", "I've Got a Feeling" i "One After 909"). Wydawnictwo ostatecznie otrzymało tytuł "Let It Be".

Muzycy rzeczywiście cofnęli się do swoich korzeni - do rock and rolla i bluesa (nawet nagrali jedną ze swoich najwcześniejszych kompozycji, rockandrollową "One After 909", napisaną jeszcze w końcówce lat 50.). Ale efekt jest zupełnie inny, niż na wczesnych albumach zespołu. Bardziej dojrzały, pozbawiony tej młodzieńczej naiwności. Zamiast tego słychać zmęczenie muzyków i to, że materiał powstawał w bólach. Idealnie pasuje tutaj surowe brzmienie z oryginalnej sesji, natomiast efekt ten psują orkiestracje dodane do spokojniejszych utworów - w "I Me Mine", "Let It Be" i "The Long and Winding Road" dodają niepotrzebnego patosu, zaś wręcz kuriozalnie brzmią w psychodeliczno-folkowym "Across the Universe". Pomijając kwestie stylistyczne i brzmieniowe, same kompozycje w znacznej części są po prost przeciętne. Pozytywnie wyróżnia się przede wszystkim tytułowy "Let It Be" - bardzo ładna ballada, w albumowej wersji ozdobiona fajną, ostrą solówką Harrisona. Na plus zaliczyć można także bluesrockowy "Dig a Pony", prawie hardrockowy "I've Got a Feeling", akustyczny, zahaczający o stylistykę country "Two of Us", a także "Across the Universe". Bardzo obiecująco zaczyna się "I Me Mine", ale rockandrollowe zaostrzenia psują cały klimat. Najgorzej wypadają natomiast niby-żartobliwe przerywniki "Dig It" i "Maggie Mae".

W 2003 roku ukazało się wydawnictwo "Let It Be... Naked", zawierające zremiksowaną wersję albumu, bliższą oryginalnego pomysłu McCartneya. Zmieniono na nim kolejność utworów (dzięki czemu np. całość rozpoczyna czadowy "Get Back", zamiast niepasującego w roli otwieracza "Two of Us"), a także zrezygnowano z "Dig It" i "Maggie Mae", zastępując je udanym, bluesrockowym "Don't Let Me Down" (oryginalnie wydanym na stronie B singla "Get Back", tutaj jednak wykorzystano nagranie z koncertu na dachu, ze świetnymi partiami organów i basu). Największą zaletą tej wersji albumu jest jednak rezygnacja z orkiestracji w "Across the Universe", "I Me Mine", "Let It Be" i "The Long and Winding Road". Zyskał na tym przede wszystkim ten ostatni, który w takiej bardziej ascetycznej wersji odsłania cale swoje piękno, we wcześniej znanej wersji ukryte pod sporą dawką kiczu. Minusem tej wersji albumu jest jednak wykorzystanie w "Let It Be" łagodniejszej solówki, podobnej do tej z singlowej wersji utworu.

Sam pomysł na to wydawnictwo był ciekawy, ale takie czynniki, jak nienajlepsza atmosfera w studiu i nietrafiona zmiana producenta, negatywnie wpłynęły na ostateczny efekt. Głównym problemem była jednak mała ilość naprawdę dobrego materiału, przez co nawet przygotowany po latach, bardziej udany miks albumu tylko nieznacznie podniósł jego poziom. "Let It Be" jest zdecydowanie najsłabszym studyjnym wydawnictwem The Beatles z dojrzałego okresu twórczości ("Yellow Submarine" nie liczę jako pełnoprawnego albumu) i mało imponującym zwieńczeniem dyskografii.

Ocena: 6/10
7/10 dla "Let It Be... Naked"



The Beatles - "Let It Be" (1970)

1. Two of Us; 2. Dig a Pony; 3. Across the Universe; 4. I Me Mine; 5. Dig It; 6. Let It Be; 7. Maggie Mae; 8. I've Got a Feeling; 9. One After 909; 10. The Long and Winding Road; 11. For You Blue; 12. Get Back

Skład: John Lennon - wokal, gitara, bass; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; George Harrison - wokal, gitara, tambura (3); Ring Starr - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Preston - instr. klawiszowe
Producent: Phil Spector, George Martin

Po prawej: okładka planowanego albumu "Get Back".


The Beatles - "Let It Be... Naked" (2003)

1. Get Back; 2. Dig a Pony; 3. For You Blue; 4. The Long and Winding Road; 5. Two of Us; 6. I've Got a Feeling; 7. One After 909; 8. Don't Let Me Down; 9. I Me Mine; 10. Across the Universe; 11. Let It Be

Skład: John Lennon - wokal, gitara, bass; Paul McCartney - wokal, bass, gitara, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; George Harrison - wokal, gitara, tambura (10); Ring Starr - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Preston - instr. klawiszowe
Producent: Paul Hicks, Guy Massey, Allan Rouse

Po prawej: okładka "Let It Be... Naked".


6 komentarzy:

  1. Uwielbiam Beatlesów, ale "Let It Be" słabo znam.
    PS Bardzo podoba mi się Twój blog. Informujemy się o nowych notkach?

    OdpowiedzUsuń
  2. 4 na 10? U, no lekka przesada. Na płycie znajduje się co najmniej 5 dobrych utworów (Across..., Let It Be, Long and Winding..., Get Back, I Me...). Z reguły współczesne płyty z 5 dobrymi utworami są oceniane jako co najmniej przeciętne (czyli 5, 6 na 10). Tak ze ocena 4 jest dosyć surowa. Dig It, Maggie... i For You Blue są rzeczywiście słabe i całość w ogóle bardzo surowo zgrana, ale nie na tyle, żeby dać tylko 4. Mi wyszło 6 lub 7 (warto sobie czasami pooceniać utwór po utworze i wyciągnąć średnią, która często zaskakuje, choć nie zawsze oceną całego albumu być może). Ale ok, oceny są subiektywne...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W nowej wersji recenzji ocena wzrosła, natomiast co do pomysłu oceniania każdego utworu z osobna i wyciągania z tego średniej - to najgorszy możliwy sposób oceniania albumu. Za przykład niech posłuży "Meddle" Pink Floyd - dlaczego dwuminutowy "Seamus" miałby mieć taki sam wpływ na ocenę całości, jak dwudziestoczterominutowy "Echoes", trwający lekko ponad połowę całego albumu? Jednak przede wszystkim albumy powinny bronić się jako całość i dlatego na ocenę istotny wpływ powinno mieć to, czy są spójne, czy nie. A nie tylko jakość poszczególnych elementów i wyciągnięta z ich średnia - w ten sposób można co najwyżej oceniać składanki.

      Usuń
  3. Czy dla Let It Be... Naked wystawiłbyś taką samą ocenę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiedź właśnie znalazła się w nowej wersji recenzji ;)

      Usuń
  4. "The Long and Winding Road" w wersji "Naked" jest przewspaniałe. Jeden z najpiękniejszych utworów The Beatles. Za aranżacją Spectora też nie przepadam.

    Ciekawostka - wersję tego utworu bez orkiestry można było usłyszeć (i zobaczyć) już w 1970 roku, w filmie "Let It Be" o nagrywaniu albumu "Get Back". Polecam obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.