22 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "Up the Downstair" (1993)



Steven Wilson to bez wątpienia ważna postać współczesnej sceny rockowej. Muzyk jest znany z licznych projektów - ostatnio działa głównie jako solista, ale najbardziej chyba kojarzony jest z grupą Porcupine Tree. Dla wielu słuchaczy pozostaje jednym z największych objawień ostatniego trzydziestolecia, prawdziwym zbawcą rocka progresywnego i muzycznym guru. A dla innych - w tym niżej podpisanego - jest to zwykły szarlatan żerujący na ludzkiej niewiedzy i nieosłuchaniu. Wilson czerpie bowiem bardzo wyraźnie i dosłownie z twórczości zarówno powszechnie znanych klasyków rocka progresywnego, jak i od wykonawców znacznie mniej znanych. Dzięki temu jego dokonania mogą faktycznie wydawać się nieco bardziej oryginalne, sprawiać wrażenie rozwinięcia prog-rockowej stylistyki. Inspiracje Wilson zawsze miał zacne, ale jego własny wkład ogranicza się do nadania wszystkiemu współcześniejszego brzmienia i bardziej anemicznego charakteru, rozwadniając zapożyczone od innych elementy typową dla siebie flegmą.

Jak już wspomniałem, sławę Wilson zyskał dzięki swoim dokonaniom z grupą Porcupine Tree. Tak naprawdę, na samym początku był to jego solowy projekt. Zadebiutował albumem "On the Sunday of Life..." (1992), będącym w rzeczywistości zbiorem demówek, zarejestrowanych w latach 1988-92, z niewielkim udziałem gościnnym innych muzyków. Pierwszym właściwym albumem, od początku pomyślanym jako całość, jest zatem wydany rok później "Up the Downstair". Na tym etapie Wilson wciąż był jednym członkiem Porcupine Tree, obsługującym wszystkie instrumenty, jednak warto zwrócić uwagę na gościnny udział basisty Colina Edwina w "Always Never" i klawiszowca Richarda Barbieriego w utworze tytułowym - obaj wkrótce potem stali się pełnoprawnymi członkami zespołu.

Na "Up the Downstair" ewidentnie słyszalna jest inspiracja kosmicznym rockiem - szczególnie wczesnym Pink Floyd, Gong i Hawkwind, gdzieś tam można też wyłapać wpływy krautrocka, a nawet progresywnej elektroniki. Cóż jednak z tego, skoro wszystko to zostaje przetworzone przez typowo wilsonowe podejście, a w rezultacie album muli, zamiast intrygować. Szczególnie drażnią te bardziej piosenkowe momenty ("Synesthesia", "Always Never", "Small Fish", "Fadeaway"), ze smętnym śpiewem i mdłymi melodiami. Nieco lepiej prezentują się utwory instrumentalne, w których Wilson próbuje grać w bardziej hipnotyzujący sposób. Różnie to wychodzi. "Not Beautiful Anymore" jest zbyt hałaśliwy, jak na tego typu granie. Ale już tytułowy "Up the Downstair" przez pierwsze trzy minuty naprawdę intryguje za sprawą wysuniętych na pierwszy plan brzmień elektronicznych, wywołujących skojarzenia z twórczością Tangerine Dream, Klausa Schulze'a lub Manuela Göttschinga. Jednak wyraźnie zabrakło tu pomysłu na rozwinięcie. Pojawiająca się nagle toporna partia gitary Wilsona rujnuje cały klimat. A reszta utworu to już nudne powtarzanie tych samych motywów. Przydałoby się tu więcej swobody, zamiast ograniczającej, niemal zwrotkowo-refrenowej struktury. Nieco lepiej prezentuje się drugi dłuższy utwór, "Burning Sky", w którym pojawia się nieco więcej swobody, ale też dużo monotonii. Nagranie brzmi jak wariacja na temat Pink Floyd z "Animals" z brzmieniem Rush z tego samego okresu i elektroniką w tle. Jak zwykle, Wilson nawet nie zbliża się do poziomu tego, czym się inspirował. Ale na tle reszty albumu, "Burning Sky" wypada całkiem dobrze.

"Up the Downstair" to album, który naprawdę może się podobać - pod warunkiem, że wcześniej nie słyszało się zbyt wiele muzyki, a już zwłaszcza tej, którą Wilson się inspirował. Wszyscy, którzy już wcześniej dobrze poznali rock progresywny - ten prawdziwy, z lat 70. - z pewnością dostrzegą wtórność Porcupine Tree i przepaść, jaka dzieli jego twórczość od dokonań tych, którymi się inspirował. Dla wszystkich pozostałych istnieje zagrożenie, że wpadną w zachwyt i z przyjemnością będą sięgać nie tylko po różne projekty Wilsona, ale także po innych anemicznych odtwórców, a potem powtarzać bzdury, jakie to wszystkie nowatorskie, ambitne i wybitne. Podczas gdy jest to tylko powielanie i upraszczanie wybranych rozwiązań z przeszłości. Dlatego szczerze przestrzegam przed twórczością Stevena Wilsona i innych szarlatanów. Zamiast tego, polecam zagłębić się dokładnie w dokonania klasycznych przedstawicieli głównego nurtu proga (Pink Floyd, King Crimson, Gentle Giant, Van der Graaf Generator, itd.), a także jego bardziej eksperymentalne odmiany, jak krautrock i scena Canterbury. I ewentualnie wtedy, po dobrym poznaniu tej muzyki, można posłuchać Porcupine Tree jako ciekawostki.

Ocena: 5/10



Porcupine Tree - "Up the Downstair" (1993)

1. What You Are Listening To...; 2. Synesthesia; 3. Monuments Burn into Moments; 4. Always Never; 5. Up the Downstair; 6. Not Beautiful Anymore; 7. Siren; 8. Small Fish; 9. Burning Sky; 10. Fadeaway

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, bass, instr. klawiszowe, programowanie
Gościnnie: Colin Edwin - bass (4); Richard Barbieri - elektronika (5); Suzanne J. Barbieri - głos (5)
Producent: Steven Wilson


18 komentarzy:

  1. Coś gdzieś musiałem chyba zrobić źle, bo osłuchałem się dosyć dobrze z tym, co wymieniłeś na końcu i twórczość PT nie wywołuje u mnie tak negatywnych emocji :D Już prędzej gadanie głupot o progresywności tego, nie mówiąc o "progresywności solowego Wilsona:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale chyba nie twierdzisz, że to poziom, powiedzmy, "Larks' Tongues in Aspic", "Dark Side of the Moon", "Acquiring the Taste" lub "Pawn Hearts"? ;)

      Ten album i ogólnie cała twórczość Porcupine Tree nie jest zła sama w sobie (choć przeszkadza mi jej wtórność i anemiczność), ale złe jest to, że sprowadza słuchaczy na manowce. Fani PT i SW chętniej sięgają po inne pseudo-progresywne zespoły (Opeth, Riverside, Anathema, Dream Theater, itp.) niż do korzeni i myślą, że prog polega na graniu w taki sposób, a te najlepsze rzeczy z klasycznego proga są dla nich niesłuchalne, bo zbyt skomplikowane (poza Pink Floyd od "Meddle", oczywiście).

      Usuń
    2. Myślę, że warto zwrócić tu uwagę na inny nurt, a mianowicie Canterbury i grupę Gong, a szczególnie ich album "You" (posłuchajcie "The Isle of Everywhere"!) oraz gitarzystę Steve'a Hillage'a. Ważną inspiracją dla Wilsona było jego wydawnictwo "Green" (1978), a także osobliwa twórczość grupy Ozric Tentacles grającej muzykę transową, do której dogrywano różne ozdobniki (co kojarzy się jednoznacznie z "Up The Downstair" czy "Burning Sky"). Wszystkie ich płyty zawierają podobną muzykę, inaczej jednak są rozłożone akcenty rocka, elektroniki (w tym techno), muzyki świata i innej.
      Zresztą, Jeżozwierze koncertowały z nimi nieco później (1995).
      To jest ważny element u wczesnego Porcupine Tree, mocna elektronika transowa z lat 70. i 80.

      Ciekawostką na tej płycie jest "Small Fish", wilsonowy odpowiednik depeszowego "See You", jeden z pierwszych utworów muzyka, który nagrał go jako kilkunastoletni chłopiec (koło 1983-4). Z tekstu piosenki pochodzi tytuł "Gorejące niebo".

      Usuń
  2. Twierdzę nawet coś odwrotnego;) Ale nie kruszyłbym o to z kimś kopii dopóty, dopóki nie uszłyszałbym jakichś pierdół o nowatorskości czy progresywności.

    To, że taka muzyka sprowadza słuchaczy na manowce, to bardziej wina słuchaczy niż muzyki. Muzyk nie jest od tego, żeby ludzi gdzieś prowadzi czy wskazywać im, czego słuchać, tylko tworzyć to co mu w duszy gra. A jak w duszy gra mu gówno (nie jest to przytyk do PT), to cóż... Dlatego jestem za tym, żeby słuchać jak najwięcej jak najróżniejszych rzeczy. Czasem nawet powinno się mieć styczność ze złymi rzeczami, bo wtedy można należycie docenić te najlepsze.

    Zresztą nie jest regułą, że dobra muzyka prowadzi do innej dobrej muzyki. Znam osoby, które od Hendrixa i Led Zeppelin przeszły niemal bezpośrednio do Malmsteena, Jasona Beckera i Vinniego Moore'a. ;) Przy czym narzekają się, że są oni lepszymi gitarzystami niż Hendrix, Page czy Blackmore. Wśród potomnych argumentów były na przykład takie, że więcej czasu spędzają z instrumentem, albo, cytuję: Becker zagrały każdą partię Blackmore'a, a Blackmore Becker nie :D Między innymi dlatego stoję murem za przewagą subiektywnego odbioru muzyki nad obiektywnym (abstrahując od tego, czy uważam to za dobre czy nie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem w tym, że zwykle fani Wilsona - ci nie znający rzeczy, z których czerpie, czyli większość, jak sądzę - powtarzają te pierdoły. Sam Wilson mógłby chociaż podawać na okładkach czym się inspirował, zamiast udawać prekursora.

      To nie do końca wina słuchaczy. Prawda jest taka, że każda przesłuchana rzecz w jakiś sposób kształtuje gust. I jeśli taki Wilson - który sam ma dobry gust, bo z dobrych rzeczy czerpie, choć w niekoniecznie dobry sposób - kształtuje gusta swoich odbiorców tak, że wolą słuchać smęcenia zamiast czegoś kreatywnego, to jednak uważam swoje pretensje za uzasadnione ;)

      Usuń
    2. Musiałbym założyć, że robi coś takiego specjalnie, a nie nieświadomie czy przy okazji, a nie czuję podstaw, by go podejrzewać o złe intencje. No chłop stara się, próbuje, ale mu nie wychodzi. Bywa i tak;)

      Usuń
  3. Myślę że rolą takiego Wilsona jak i innych nie jest zachęcanie do słuchania tego co on słucha tylko tego co on gra. Inaczej musiałby pójść do pracy. Każdy orze jak może.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie ma tutaj znaczenia co jest rolą Wilsona, czy co robi specjalnie, a co nieświadomie. Chodzi o fakt, że twórczość jego i jemu podobnych autentycznie szkodzi mniej wyrobionym słuchaczom. Czego przykładów widać aż nadto na różnych forach, grupach, itd., gdzie ludzie dyskutują o wielkości i nowatorstwie Wilsona, a nie mają pojęcia o istnieniu Gentle Giant, Van der Graaf Generator, nie mówiąc już o przedstawicielach krautrocka czy sceny Canterbury, zaś dyskografia King Crimson kończy się dla nich na debiucie i "Red". A z drugiej strony twórczość SW i podobnych szkodzi wizerunkowi rocka progresywnego. Bo są też ludzie, którym taka muzyka się nie podoba, a racji tego, że jest tak chwalona, wydaje im się, że cały rock progresywny to takie smęcenie. I dlatego nigdy nie sięgną po ciekawszych przedstawicieli, bo spodziewają się czegoś w stylu np. Porcupine Tree.

    Więc nawet jeśli nie można mieć o to wszystko pretensji do samego Wilsona, to warto uświadamiać, że jego muzyka nie jest ani nowatorska, ani wybitna, ani nie ma nic wspólnego z rockiem progresywnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak czy inaczej, "Up the Downstair" sam w sobie nie jest zbyt udanym albumem. Za dużo tu smęcenia, a jak już pojawia się jakiś ciekawy pomysł, to szybko zostaje zmarnowany nietrafionymi rozwiązaniami.

      Usuń
  5. Oj właśnie często na forach właśnie jak wspomnę o King Crimsonach itp to słyszę że to własnie smęcenie. Na forum teraz rocka napisz słowo King Crimson a zobaczysz jaka lawina hejtu na ciebie spadnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo na Teraz Rocku piszą głównie dzieciaki słuchające metalu i innej muzyki nie mającej nic wspólnego z artystycznymi ambicjami. Mnie chodziło o miejsca, w których piszą ludzie mający ochotę słuchać muzyki z takimi ambicjami i myślą, że to robią, ale tak naprawdę dali się nabrać różnym szarlatanom i zasłuchują się w czymś, co tylko udaje ambitną muzykę.

      Usuń
    2. Ostatnio ktoś mi odpisał że muzycy King Crimson są słabymi muzykami bo nie potrafią zagrać utworu tak samo jak na płycie bo tak smęcą że nie pamiętają już jak zagrać swój utwór który trwa 18 minut. Oczywiście nie docierały do nich argumenty że takie zespoły improwizują trzeba być dobrym muzykiem aby tak umieć grać a Metallica wystarczy że jeden zagra inną nutę i przestaną grać bo się pogubią.

      Usuń
    3. I jeszcze przeczytałem jedną śmieszną rzecz a mianowicie że takie zespoły jak King Crimson fałszują bo bas gra co innego niż gitara i grają nie w tempie :)) Nie rozumieją że własnie o to w tym chodzi. Według nich wychodzi na to że wszyscy jazzmani nie umieją grać.

      Usuń
    4. I to pokazuje, że nie warto z nimi w ogóle dyskutować, bo o muzyce nie mają najmniejszego pojęcia.

      Według moich obserwacji metalowcy nie różnią się absolutnie niczym od dresów słuchających z telefonów rapu lub pseudo-techno. Taka sama mentalność, tak samo zerowa wrażliwość muzyczna. Choć wśród tych pierwszych pewnie częściej zdarzają się wyjątki - ludzie, którzy z czasem zwrócą się w stronę ciekawszej muzyki.

      Usuń
    5. No ja jestem przykładowo takim wyjątkiem. Przez całą młodości słuchałem tylko metalu i to w dużej mierze tego ekstremalnego (choć uważam że takie zespoły jak Carcass czy Death mają więcej wspólnego z ambitnym graniem niż Iron Maiden bo w death metalu pojawiały się zespoły grające jazz metal jak własnie Death czy Atheist czy chociażby awangardowy Cascass z ich płytą Necrotisicm czego nie uświadczyłem w klasycznym heavy) i własnie dzięki tej muzyce zaprowadziło mnie to do proga czy częściowo do jazzu. Myślę że od techno bym do tego nie doszedł.

      Usuń
    6. Podejrzewam, że gdzieś są pojedyncze osoby, które po usłyszeniu jazzowych sampli w hiphopie czy techno zwróciły się w stronę jazzu. Sądzę, że jest to prawdopodobne.

      Usuń
    7. Przypomniałem sobie, że znałem osobiście człowieka, który słuchał przede wszystkim hiphopu (amerykańskiego) i jazzu, poza tym lubił pojedyncze rzeczy z innych gatunków (na pewno Dylana, Hendrixa i Beatlesów). To dzięki niemu dowiedziałem się o istnieniu Davisa i Coltrane'a, a także po raz pierwszy przesłuchałem "Kind of Blue" i "Giant Steps". Na tamtym etapie swojego muzycznego rozwoju nie umiałem jednak słuchać takiej muzyki. Nie uważałem, że jest zła, wręcz przeciwnie, ale nie czułem potrzeby ani ochoty zagłębiania się w nią.

      Usuń
  6. No ja też w czasach metalowych nie uważałem jazzu ani proga za coś złego, doceniałem kunszt, nie gardziłem tym tak jak popem czy disco ale tak samo na tym etapie nie byłem w stanie słuchać Crimsonów czy Coltrana. Wydawało mi się to nudne i smętne. Dlatego rozumiem wspomnianych fanów teraz rocka bo kiedyś miałem podobnie i często daje im mój przykład że za 15 lat być może przestaną słuchać Maidenów i się sami zdziwią jak zmieni im się gust (oczywiście pewnie niektórym). Pamiętam też że jak byłem nastolatkiem to mój ojciec (który był a muzykalny) miał kumpla który za młodu pogrywał na basie i ten jego kumpel puszczał mi Zeppelinów i Purpli i się zażegnywałem że ja nigdy takich staroci nie będe słuchał a po latach okazało się że przeszedłem przez takie granie które jednak dla mnie teraz dużo nie różni się od Metalliki. A co by było gdyby puścił mi wtedy Crimsonów. Pewnie wyrzuciłbym go z domu :))

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.