23 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "The Sky Moves Sideways" (1995)



Po sukcesie singla "Voyage 34" - inspirowanego muzyką klubową (i zawierającego sample z utworów Pink Floyd i Van der Graaf Generator) - zaczęto domagać się występów Porcupine Tree. Tym samym jednoosobowy projekt Stevena Wilsona musiał przekształcić się w regularny zespół. Składu dopełnili: klawiszowiec Richard Barberi i basista Colin Edwin (obaj wystąpili już gościnnie na "Up the Downstair") oraz perkusista Chris Maitland. Porcupine Tree swoje pierwsze koncerty zagrał w grudniu 1993 roku. A w następnym roku zabrał się za nagrywanie kolejnego albumu. W studiu udział nowych muzyków ograniczył się jednak do zagrania partii w kilku utworach, podczas gdy pozostałe Wilson znów zarejestrował samodzielnie.

"The Sky Moves Sideways", jak zatytułowano trzeci album Porcupine Tree, to ewidentny wyraz fascynacji Pink Floyd. A właściwie hołd dla jednego albumu - "Wish You Were Here". Dokładnie taka sama jest struktura. Najdłuższa, składająca się z kilku części kompozycja tytułowa została podzielona na dwa utwory, z których pierwszy rozpoczyna album, a drugi go zamyka. Zaś pomiędzy nimi zamieszczono kilka krótszych (z jednym wyjątkiem) kawałków. Wpływy floydowe słyszalne są także w samej muzyce. Przede wszystkim w nagraniu tytułowym, które nie tylko pod względem budowy kojarzy się z "Shine on You Crazy Diamond". Zbliżony jest klimat, a Wilson całkiem nieźle podrabia na gitarze brzmienie i sposób grania Davida Gilmoura. Efekt pozostawia jednak nieco do życzenia. Przede wszystkim w "The Sky Moves Sideways (Phase I)", który wypada bardzo anemicznie i monotonnie. Bronią się jedynie fragmenty, jak zgrabna gitarowa solówka i gościnna partia Theo Travisa na flecie w drugiej połowie (bardziej kojarzącej się z, powiedzmy, Tangerine Dream, niż Pink Floyd). Ale już "The Sky Moves Sideways (Phase II)" to jedno z ciekawszych nagrań w karierze Wilsona, z przyjemnymi brzmieniami elektronicznymi i długimi gitarowymi solówkami - tej ostatniej z pewnością nie powstydziłby się sam Gilmour.

Z pozostałych utworów wyróżnia się przede wszystkim "Moonloop" - kilkunastominutowy jam, zarejestrowany w studiu przez Wilsona, Edwina, Maitlanda i grającego na perkusjonaliach Ricka Edwardsa. Z początku bardzo klimatyczny, ambientowy, lecz stopniowo nabierający intensywności (nawet za bardzo, bo mocno gitarowa końcówka kompletnie tu nie pasuje). Może i nie jest to granie nowatorskie, ale stanowi całkiem udany hołd dla twórców muzyki elektronicznej z lat 70. Pozostałe trzy utwory to już solowe nagrania Wilsona, który zagrał w nich na wszystkich instrumentach z towarzyszeniem automatu perkusyjnego. Najbardziej intensywny "Dislocated Day", z pseudo-arabskim riffem, wokalnym smęceniem i ogólną monotonią, brzmi jak główne źródło inspiracji dla pewnego koszmarnego zespołu z Polski. Ale już balladowy "The Moon Touches Your Shoulder" to całkiem przyjemna piosenka, z ładnymi partiami gitary i ciekawym, atonalnym fragmentem pod koniec (przed wejściem ostrzejszego riffu, który z kolei pojawia się tu raczej bez sensu). "Prepare Yourself" to z kolei subtelna, niespełna dwuminutowa miniaturka. Na pewno nie szkodzi całości, ale też niewiele do niej wnosi.

Na oryginalnym amerykańskim wydaniu pominięto "Prepare Yourself", a "Moonloop" został drastycznie skrócony. Zamiast tego dodano piosenkowy "Stars Die", który pod względem instrumentalnym prezentuje się całkiem znośnie, ale odpycha usypiającą partią wokalną. Warto też wspomnieć o dwupłytowej reedycji albumu z 2004 roku. Na pierwszej płycie znalazło się pięć utworów z europejskiego wydania - pominięto "Moonloop", który zamieszczono na drugiej płycie (jako dwie osobne ścieżki: "Moonloop (improvisation)" i "Moonloop (coda)") razem z "Stars Die" i niepublikowaną wcześniej, alternatywną wersją utworu "The Sky Moves Sideways" (tym razem w jednym, 35-minutowym kawałku; oryginalnie zresztą nagranie miało być jeszcze dłuższe i wypełniać cały album). Na potrzeby tego wydania partie automatu perkusyjnego w "Dislocated Day" i "The Moon Touches Your Shoulder" zostały zastąpione partiami Gavina Harrisona (który w 2002 roku zajął w zespole miejsce Maitlanda).

"The Sky Moves Sideways" to bez wątpienia przełomowe wydawnictwo w dyskografii Porcupine Tree. Nie tylko ze względu na rozbudowanie składu, ale także samą muzykę, która prezentuje się tutaj znacznie ciekawiej, niż wcześniej. Aczkolwiek wciąż nie jest to muzyka pozbawiona wad. Steven Wilson, czerpiąc z naprawdę dobrych wzorców, nie dodaje od siebie nic, poza znaczną dawką smęcenia. Często też wrzuca do utworów zupełnie niepotrzebne i niepasujące fragmenty, co zapewne miało je czynić bardziej progresywnymi. "The Sky Moves Sideways" nie jest ani trochę progresywny, ale stanowi całkiem udany hołd dla prawdziwie progresywnych twórców, z Pink Floyd na czele.

Ocena: 7/10



Porcupine Tree - "The Sky Moves Sideways" (1995)

1. The Sky Moves Sideways (Phase I); 2. Dislocated Day; 3. The Moon Touches Your Shoulder; 4. Prepare Yourself; 5. Moonloop; 6. The Sky Moves Sideways (Phase II)

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe, programowanie, efekty, bass (2,3); Richard Barbieri - instr. klawiszowe (1,6); Colin Edwin - bass (1,5,6); Chris Maitland - perkusja i instr. perkusyjne (1,5,6)
Gościnnie: Theo Travis - flet (1); Ricky Edwards - instr. perkusyjne (5); Suzanne Barbieri - dodatkowy wokal (6)
Producent: Steven Wilson


3 komentarze:

  1. Zastanawiałem się co to za "koszmarny zespół z Polski", ale odpaliłem wspomniane nagranie i po kilkudziesięciu sekundach już wiedziałem. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. A już liczyłem, że recenzje PT będą niekończącym się morzem pomyj

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To by było bez sensu - wtedy wystarczyłaby jedna recenzja. Ale spokojnie, jeszcze będą pomyje.

      Jakiś czas temu podlinkowałeś listę zespołów, których nie powinni słuchać gimnazjaliści. I, jak wtedy napisałem, zdziwiła mnie obecność na niej Wilsona. Z jednej strony doskonale rozumiem, dlaczego się tam znalazł - bo jego twórczość może popsuć gust, kierując słuchaczy raczej w stronę tego, co w progu najgorsze. Ale z drugiej - jego twórczość sama w sobie prezentuje się dużo lepiej od innych wykonawców z tamtej listy, obok chłamu nagrywał też niezłe rzeczy, jak np. powyższy album.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.