30 stycznia 2013

[Recenzja] Porcupine Tree - "The Incident" (2009)



"The Incident" to kolejny ukłon Porcupine Tree w stronę rocka progresywnego (choć z wciąż obecnymi wpływami współczesnego mainstreamu rockowego i metalowymi wstawkami). Album składa się z dwóch płyt (choć wydano też budżetową wersję z całym materiałem na jednym kompakcie). Pierwsza z nich zawiera 55-minutową kompozycję tytułową podzieloną na czternaście ścieżek. Tak przynajmniej sugerował sam Steven Wilson. W rzeczywistości jest to czternaście różnych utworów, nie tworzących logicznej całości (pomimo płynnych przejść), jedynie ze spójną warstwą tekstową. Na drugą płytę trafiły cztery kawałki niezwiązane tekstowo z poprzednimi.

Tytułowa pseudo-suita składa się głównie z miniatur trwających około dwóch minut. Część z nich to niepotrzebne interludia (np. "Occam's Razor", "The Yellow Windows of the Evening Train" czy najbardziej bezsensowny, pogłębiający wrażenie chaosu metalowy riffowiec "Circle of Manias"). Inne mają bardziej piosenkową formę (tutaj warto wyróżnić uroczy "Kneel and Disconnect" - najładniejszą kompozycję w całej karierze Wilsona i na tyle krótką, że nie dało się jej spieprzyć). Jest tu też kilka dłuższych fragmentów, które same w sobie sprawiają wrażenie posklejanych z niepasujących do siebie części ("The Blind House", "Drawing the Line", "The Incident", "Octane Twisted"). Najdłuższy, dwunastominutowy "Time Flies" to z kolei wariacja na temat floydowskiego "Dogs", tylko dużo nudniejsza od pierwowzoru, zwłaszcza w warstwie wokalnej. Choć to w sumie jeden z bardziej udanych momentów tego albumu, całkiem logicznie się rozwijający, bez żadnych niepotrzebnych metalowych dodatków. Pomijając wspomniany "Kneel and Disconnect", lepiej wypada tylko "I Drive the Hearse" - ładny utwór oparty głównie na akompaniamencie gitary akustycznej i klawiszy, z niejagorszym śpiewem, ozdobiony ostrzejszą, bardzo gilmourowską solówką. Szkoda tylko, że nie kończy się tuż po niej, bo ostatnie dwie minuty to już tylko wysilone, monotonne smęcenie.

Nagrania z drugiego dysku, choć w teorii nie są bonusami, sprawiają właśnie takie wrażenie. Zamieszczono tu trochę anemicznego smęcenia ("Flicker", "Black Dahlia") i jeszcze więcej anemicznego smęcenia, ale dopełnianego metalowymi wstawkami ("Bonnie the Cat", "Remember Me Lover"). Takich kawałków zespół nagrał wcześniej dziesiątki, nierzadko robiąc to lepiej, więc spokojnie można było sobie darować tę drugą płytę. I ewentualnie wydać osobno jako EPkę - zespół więcej by zarobił, fani byliby zadowoleni z nowego wydawnictwa, a ja nie musiałbym tego słuchać (wystarczą męki związane z przypominaniem sobie regularnych albumów Porcupine Tree, bez przesady żeby jeszcze przesłuchiwać i recenzować poboczne wydawnictwa).

Pierwsza płyta "The Incident" jest kompletnie nieprzemyślanym, chaotycznym zbiorem utworów, które wbrew zamierzeniom twórców, w ogóle nie sprawiają wrażenia jednej całości. Można jednak wyłapać w tym bałaganie kilka całkiem znośnych momentów, a nawet trzy udane utwory (choć dwa dłuższe przydałoby się skrócić). Druga płyta jest natomiast zupełnie niepotrzebnym dodatkiem.

Ocena: 5/10



Porcupine Tree - "The Incident" (2009)

CD1: 1. The Incident (Occam's Razor / The Blind House / Great Expectations / Kneel and Disconnect / Drawing the Line / The Incident / Your Unpleasant Family / The Yellow Windows of the Evening Train / Time Flies / Degree Zero of Liberty / Octane Twisted / The Séance / Circle of Manias / I Drive the Hearse)
CD2: 1. Flicker; 2. Bonnie the Cat; 3. Black Dahlia; 4. Remember Me Lover

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Richard Barbieri - instr. klawiszowe; Colin Edwin - bass, kontrabas; Gavin Harrison - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Porcupine Tree


7 komentarzy:

  1. To czemu aż 5? Byłem przekonany że 76 minut syfu zasługuje góra na 3 (bo raczej jest to "nudne")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdzie nie napisałem, że to 76 minut syfu. Raczej zasugerowałem coś innego.

      Usuń
    2. Ale nudą jest, to mi przyznasz. I dlatego mówię o 3. Rzeczywiście syf to byłby na 1, albo wyśnione zero.

      Usuń
    3. Nudne - tak, ale z przebłyskami i to lepszymi, niż na "In Absentia" czy "Deadwing". W sumie jakby zrezygnować całkiem z drugiej płyty, a na pierwszej nie udawać na siłę, że to "suita" (zrezygnować z przejść między poszczególnymi utworami i z tych bezsensownych przerywników, zwłaszcza "Circle of Manias"), to byłoby całkiem w porządku.

      Usuń
  2. Podobno to ta druga płyta jest pierwszą, tj. została nagrana jako pierwsza. Okropnie nudny, niespójny album - jak widzę, dla mnie Wilson od pewnego momentu (gdzieś od 2002-2003) stał się mało zjadliwy. Inna rzecz, że nie przepadam za dominującym współcześnie brzmieniem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak to jest możliwe, że u faceta inspirującego się tak silnie klasycznym prog-rockiem, pojęcie "rockowej suity" sprowadza się do kilku utworów połączonych w jeden? Nagrywania "suit" to on chyba uczył się od Rush, a nie Pink Floyd czy Genesis :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tego nie rozumiem, te utwory przecież nie mają ze sobą wiele wspólnego, jako całość zwyczajnie się to rozłazi (abstrahując już od jakości). Tu nie ma powtarzających się motywów muzycznych (patrz: "The Wall").
      Nie za bardzo potrafię pojąć, czy Wilson po prostu chce przełożyć muzykę lat 70. na czasy współczesne (co samo w sobie nie jest złe, to raczej naturalny proces; wydaje się zrozumiałe, że człowiek, który dorastając słuchał tych grup, nimi właśnie będzie się przede wszystkim inspirował, a nie muzyką korzenną), czy o coś innego.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.